Józef Balsamo/Tom II/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII
DWADZIEŚCIA PIĘĆ LUIDORÓW NICOLINY

Powróciwszy do swego pokoju, Andrea zajęła się zaraz przygotowaniami do podróży. Nicolina pomagała jej z takim zapałem, że rozproszyła niebawem chmurę, jaka zawisła pomiędzy nią a jej panią, z powodu nieporozumienia porannego.
Andrea, spoglądając na swą pokojówkę z pod oka, uśmiechała się przyjaźnie.
— Dobra to w gruncie rzeczy dziewczyna — mówiła sobie w duszy, dobra, wierna i wdzięczna, a że ma swoje słabości, to i któż ich nie ma na świecie?... Zapomnijmy!
Nicolina ze swej strony nie spuszczała z oczu fizjognomji pani i spostrzegła w tej chwili dobroć, malującą się na tej pięknej i spokojnej twarzyczce.
— Jakżem ja głupia — myślała — o mało, że o tego łotrzyka Gilberta, nie naraziłam się dobrej panience, która zabierze mnie do Paryża, gdzie tak łatwo zrobić karjerę.
— Zapakuj-no moje koronki do pudła — oderwała się Andrea.
— Do pudła, panienko? — a do jakiego?... — zapytała pokojówka.
— Czy ja wiem! Czy nie mamy żadnego?
— I owszem, jest to, które mi panienka podarowała... mam je u siebie w pokoju.
I pobiegła z taką gotowością, że ostatecznie zjednała sobie Andreę.
— Ależ to twoja własność, — powiedziała panna de Taverney, zobaczywszy powracającą Nicolinę — możesz sama go potrzebować, moja droga.
— Skoro panience przydać się może, służę z całego serca.
— Pamiętaj, że chcesz iść na swoje gospodarstwo — odpowiedziała Andrea — i że w takim razie nigdy się niema zadużo sprzętów.
Nicolina zarumieniła się po uszy.
— Pudło to — odezwała się znowu Andrea — będzie ci potrzebne do ułożenia ślubnego stroju.
— O! panienko — odpowiedziała wesoło potrząsając głową Nicolina — mój strój ślubny niewiele mi zajmie miejsca.
— Dlaczego? Chcę abyś, wychodząc zamąż, była szczęśliwa, a nawet bogata.
— Bogata? — proszę panienki.
— Naturalnie, bogata, względnie.
— Czy panienka znalazła dla mnie jakiego zamożnego dzierżawcę?
— Nie; ale znalazłam posag dla ciebie.
— Napnwdę, panienko?
— Wiesz, co się znajduje w mojej sakiewce?
— Wiem panienko, — dwadzieścia pięć luidorów w złocie.
— Otóż te dwadzieścia pięć luidorów, tobie przeznaczam, Nicolino.
— Ależ to majątek panienko!... — zawołała promieniejąca Nicolina.
— Tem lepiej, moja droga, jeżeli takie masz przekonanie.
— Panienka daruje mi te pieniądze?
— Już ci je darowałam.
Zdziwionej i wzruszonej Nicolinie łzy zakręciły się w oczach. Chwyciła ręce Andrei i gorąco wycałowała.
— Chyba mąż będzie zadowolony? — zapytała panna de Taverney.
— Z pewnością; że będzie bardzo zadowolony, panienko — odpowiedziała Nicolina.
I zaczęła zaraz rozmyślać, że Gilbert dlatego najpewniej tak się względem niej znalazł, iż się obawiał nędzy, a teraz, gdy się stała bogatą, stanie się może bardziej pożądaną.
Postanowiła że ofiaruje zaraz Gilbertowi część skarbu Andrei, pewna, że w ten sposób przywiąże go do siebie i uchroni od złego. Była to prawdziwie szlachetna strona projektu. Kto wie jednak, czy jaki złośliwy komentator tych marzeń, nie dopatrzyłby w szlachetności owej, maleńkiego ziarenka próżności mimowolnej, a może chęci upokorzenia tego, który ją poniżył.
Tymczasem zapewnijmy pesymistów, że w obecnej chwili, suma dobrych chęci Nicoliny przenosiła o wiele jej złe pragnienia.
Andrea patrzyła bacznie na zamyśloną dziewczynę. — Biedne dziecko! — westchnęła, a mogłaby być taka szczęśliwa!
Nicolina, posłyszawszy te słowa, zadrżała.
Słowa te ukazały jej, płochej dziewczynie, całe Eldorado jedwabiu, brylantów, koronek i miłości, o których Andrea, lubująca się w życiu cichem, ani żartem nie marzyła nawet.
Nicolina odwróciła jednak zaraz oczy od tego obłoku ze złota i purpury, przesuwającego się na horyzoncie.
Oparła się pokusie.
— Może, proszę panienki, będę nareszcie szczęśliwa, rzekła; może zdobędę sobie skromne chociażby szczęście!
— Zastanów się dobrze, moje dziecko.
— O panienko, dobrze się zastanawiałam.
— Daj ci Boże abyś była szczęśliwą, ale nie bądź już odtąd szaloną.
— O, panienko, korzystam ze sposobności i przyznaję, że byłam naprawdę szalona, a przedewszystkiem, że bardzo zgrzeszyłam względem panienki, ale niech mi pani przebaczy. Gdy kochamy...
— Więc tak bardzo kochasz Gilberta?
— Tak, panienko, kocha... kochałam go, odpowiedziała Nicolina.
— Dla mnie trudne to do uwierzenia, powiedziała z uśmiechem Andrea; ale jest widocznie coś, co ci się w tym chłopcu podobało? Skoro go tylko zobaczę, muszę się przypatrzeć uważnie temu pożeraczowi serc.
Nicolina patrzyła na Andreę, i nie wiedziała, jak sobie to wszystko tłumaczyć. Czy to głęboka hipokryzja, czy też szczerość prawdziwa? Być może, iż piękna Andrea nie zwracała uwagi na Gilberta, pomyślała, lubo faktem jest, że on bardzo patrzył na Andreę.
Postanowiła koniecznie dokładniej się poinformować i zapytała:
— Czy Gilbert nie pojedzie z nami do Paryża, panienko?
— A to po co? odpowiedziała Andrea.
— A no...
— Gilbert nie jest służącym; a nie może być rezydentem w domu paryskim. Tu w Taverney, kochana Nicolino, ludzie są niby ptaszyny świegocące w cieniu mojego ogródka i w żywopłotach alei. Ziemia tu uboga, ale żywi. Rezydent w Paryżu za drogo kosztuje, tam nie trzyma się nikogo bez zajęcia.
— Gdybym go poślubiła jednakże, panienko... wyjąkała Nicolina.
— Gdybyś go poślubiła, zostałabyś z nim w Taverney, odpowiedziała Andrea tonem stanowczym i pilnowalibyście tu tego domu, który matka moja tak bardzo lubiła.
Nicolina uczuła się oszołomioną; w słowach Andrei, niepodobna było najmniejszej dopatrzyć tajemnicy.
Zrzekła się Gilberta bez żadnej myśli ukrytej, bez cienia żalu; ustępowała innej tego, którego w przeddzień zaszczycała swojemi względami. To niepojęte doprawdy.
— Bezwątpienia, wielkie panie są inaczej zupełnie stworzone — pomyślała Nicolina — i dlatego to tak mało prawdziwych zmartwień, a tak wiele intryg widziałam w klasztorze.
Andrea odgadła to wahanie się Nicoliny, tę jej chwiejność pomiędzy dążeniem do paryskich rozkoszy, a spokojną miernością w Taverney i słodko ale poważnie powiedziała:
— Nicolino, postanowienie jakie musisz powziąć teraz, może decydować o całem twojem życiu, rozważ więc wszystko moja droga, pozostawiam ci na to godzinę czasu. Termin to krótki, co prawda, ale wiem, że orjentujesz się bardzo szybko: albo służba i Paryż, albo mąż i Taverney. Nie chcę zamężnej pokojowej...
— Godzinę mi tylko pozostawia panienka do namysłu?
— Godzinę tylko.
— Dobrze, panienko, więcej mi nie potrzeba.
— Spakuj wszystkie moje rzeczy, dołącz do nich rzeczy mojej matki, które są dla mnie relikwjami i powracaj zaraz oznajmić mi swoje postanowienie, jakiekolwiek ono będzie. Daję ci dwadzieścia pięć luidorów. Jeżeli wyjdziesz za mąż, będą one twoim posagiem, jeżeli pojedziesz ze mną, będzie to twoja pensja za pierwsze dwa lata.
Nicolina wzięła sakiewkę i ucałowała rękę Andrei.
Nie chciała stracić ani sekundy z udzielonej jej godziny, wypadła z pokoju, zbiegła szybko ze schodów, przebiegła przez podwórze i znikła w alei.
Andrea patrzyła za nią i myślała:
— Biedna zbłąkana, któraby tak łatwo szczęśliwą być mogła! Czy miłość jest rzeczywiście tak słodka?...
W pięć minut potem, Nicolina stukała do okna Gilberta, mianowanego przez Andreę rezydentem, a próżniakiem przez barona.
Gilbert, odwrócony do okna plecami, szperał w czemś w głębi pokoju.
Posłyszawszy odgłos paluszków Nicoliny na szybie, porzucił swoje zajęcie, jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku, i szybko zwrócił się do niej.
— A! to ty, Nicolino?
— Tak, to ja jeszcze — odpowiedziała przez szybę z uśmiechniętą, wyzywającą miną.
— Bardzo mi przyjemnie — powiedział Gilbert otwierając okno.
Nicolina, rozczulona tem powitaniem, podała rękę chłopakowi, który ją uścisnął.
— Dobrze idzie — pomyślała — nie pojadę do Paryża.
Myśli jej towarzyszyło westchnienie.
— Wiesz — rzekła opierając się łokciami na oknie — wiesz, że państwo wyjeżdżają z Taverney.
— Wiem — odpowiedział Gilbert.
— A wiesz dokąd jadą?
— Do Paryża.
— Wiesz, że i ja jadę także?
— Nie, o tem nie wiedziałem.
— A cóż ty na to?
— Jeżeli ci to sprawia przyjemność, to i owszem, winszuję...
— Jak, jak powiedziałeś?
— Powiedziałem: jeżeli sprawia ci to przyjemność — to ci szczerze winszuję.
— To zależy — odpowiedziała Nicolina.
— A więc znowu masz mi coś do powiedzenia?
— Chcę ci powiedzieć, że od ciebie tylko zależy, ażeby mi się nie podobało.
— Nie rozumiem — odparł Gilbert, siadając w ten sposób na oknie, że kolanami dotykał rąk Nicoliny, i że mogli prowadzić rozmowę, ukryci w bluszczach otaczających ich głowy.
Nicolina spojrzała czule na Gilberta, a on uczynił szyją i ramionami ruch, mający oznaczać, że nic zgoła nie rozumie.
— Skoro tak... to dobrze... Skoro wszystko ci wypowiedzieć trzeba, to słuchajże.
— Słucham — odpowiedział zimno.
— Panienka chce, abym pojechała z nią do Paryża.
— Szlachetnie!... — powiedział Gilbert.
— Jeżeli tylko...
— Jeżeli tylko?... — powtórzył chłopak.
— Jeżeli tylko nie będę miała sposobności wyjść tu zamąż.
— Więc ciągle ci o to chodzi? — zapytał Gilbert niewzruszony.
— Zwłaszcza odkąd stałam się bogatą — odpowiedziała Nicolina.
— Stałaś się bogatą? — powtórzył Gilbert z flegmą, która była dowodem, że Nicolina myliła się w swych przypuszczeniach.
— Bardzo bogatą, Gilbercie.
— Doprawdy?
— Doprawdy.
— Jakim-że to cudem się stało?
— Panienka mnie wyposażyła.
— Winszuję ci, Nicolino.
— Patrz — powiedziała ta ostatnia, i wysypała na rękę dwadzieścia pięć luidorów.
I patrzyła w oczy Gilbertowi, i usiłowała pochwycić w nich choćby promyk radości, albo co najmniej chciwości.
Ale on ani mrugnął nawet.
— Ładny grosz, słowo daję! — powiedział.
— To wcale jeszcze nie wszystko, pan baron będzie bogaty, mają odbudować zamek Maison-Rouge i upiększyć Taverney.
— Wierzę temu.
— A wtedy zamek będzie musiał być strzeżony.
— Bez wątpienia.
— Panienka ofiarowała miejsce...
— Miejsce stróża dla szczęśliwego małżonka Nicoliny — dokończył Gilbert z ironją tak wyraźną, iż dotkliwie uderzyła delikatny słuch dziewczyny.
Zapanowała nad sobą jednakże.
— Czy tym szczęśliwym małżonkiem Nicoliny, nie mógłby zostać ktoś, kogo ty znasz, Gilbercie?
— O kim chcesz mówić, Nicolino?
— Mój kochany... albo jesteś naprawdę półgłówkiem, albo ja nie mówię po francusku? — zawołała z gniewem dziewczyna, gra ta bowiem niecierpliwić ją zaczynała.
— Rozumiem cię najwyborniej — odpowiedział Gilbert — proponujesz mi, abym został twoim mężem, wszak tak, panno Legay?
— Tak, panie Gilbercie.
— I to, zostawszy bogatą, żywisz jeszcze takie względem mnie zamiary, no, no, bardzo ci jestem wdzięczny.
— Doprawdy?
— Bezwątpienia.
— A zatem — zawołała Nicolina — daj mi rękę.
— Ja?
— Przystajesz, nieprawda?
— Odmawiam.
Nicolina odskoczyła.
— Słuchaj — powiedziała — masz złe serce, albo co najmniej źle w głowie i, wierzaj mi, że to twoje znalezienie się, nie przyniesie ci szczęścia. Gdybym kochała cię jeszcze, a nie powodowała się tylko uczciwością i honorem, zdruzgotałbyś mi serce. Chciałam, aby nie powiedziano, że Nicolina, zostawszy bogatą, pogardziła Gilbertem, ale teraz mój panie, wszystko skończone między nami.
Gilbert uczynił gest, wyrażający najzupełniejszą obojętność.
— Nie możesz mieć wątpliwości, co o tobie myślę — dodała Nicolina. — Ja, której charakter równie jest jak twój niepodległy, przystawałam na zagrzebanie się tutaj, kiedy czeka mnie Paryż! Paryż, który będzie teraz sceną dla mnie, rozumiesz? Decydowałam się mieć przed oczami dni, lata, życie całe, tę zimną i nieprzeniknioną twarz, poza którą tyle kryje się niskich myśli! Było to poświęcenie; nie rozumiałeś go, tem gorzej dla ciebie. Nie mówię, że mnie będziesz żałował, ale mówię, że odrazę mieć będziesz do mnie i że rumienić się będziesz, widząc mnie tam, dokąd mnie powiedzie dzisiejsza twoja pogarda. Mogłabym zostać jeszcze uczciwą; brakło mi tylko ręki przyjaznej, aby się zatrzymać nad brzegiem przepaści nad którą stoję i w którą wpadnę. Wołałam: pomóż mi! podtrzymaj, a tyś mnie odepchnął, Gilbercie!... Staczam się w otchłań i ginę. Bogu zdasz rachunek z tej zbrodni. Żegnaj, Gilbercie, żegnaj!...
I dumne dziewczę odeszło bez gniewu, bez zniecierpliwienia, okazawszy w końcu szlachetną, jak wszystkie natury wybrane, głębię swej duszy.
Gilbert zamknął spokojnie okno i powrócił do swego tajemniczego zajęcia, które przerwało przyjście Nicoliny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.