Józef Balsamo/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wydania 1925
Druk „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ALEKSANDER DUMAS
(OJCIEC)
PAMIĘTNIKI LEKARZA
JÓZEF BALSAMO
ROMANS
Tom I
WARSZAWA — E. WENDE i S-ka
Łódz i Katowice — Ludwik Fiszer. Poznań — Fiszer i Majewski


Drukarnia „Rola“ J. Buriana, Mazowiecka 11





PROLOG
I
GÓRA PIORUNÓW

Na lewym brzegu Renu, o kilka mil od miasta Worms, prawie u źródeł niewielkiej rzeczki Selz, wyrastają pierwsze grzbiety gór, których najeżone wierzchołki zdają się biec ku północy, niby spłoszone stado bawołów, niknące we mgle.
Góry owe panują nad okolicą pustą prawie, a nazwy biorą bądź od kształtów, bądź od podań, jakie są do nich przywiązane. Jest tu i „Krzesło królewskie“, i „Góra róż dzikich“, jest „Skała sokola” i „Szczyt wężowy“, góra zaś, która najwyżej wystrzela ku niebu, a granitowy szczyt swój wieńczy prastaremi ruinami, zwie się „Górą Piorunów“.
Gdy wieczorem mrok pod konarami dębów jeszcze zgęstnieje a ostatnie promienie zachodzącego słońca ozłocą wierzchołki olbrzymów, zdaje ci się że cisza zstępuje z wyżyn nieba na dolinę, że jakaś ręka niewidzialna a wszechmocna, rozwiesza ponad znużonym światem płaszcz lazurowy, usiany gwiazd miljonami.
Wszystko zwolna milknie, wszystko usypia na ziemi i w powietrzu.
Wśród tej uroczystej ciszy tylko mała Selz, czyli Selzbach, jak ją nazywają okoliczni mieszkańcy, szemrze niestrudzona w cieniu jodeł nadbrzeżnych, dniem i nocą dążąc do Renu, aby w głębinach jego utonąć.
Bieży z miłością i pośpiechem, nie zatrzymują jej ani skały, mchem miękkim wysłane, ani złociste piaski łożyska, ani ukwiecone brzegi; bieży szparko a cicho od Morsheim, gdzie wypływa, aż do Freiwenheim, gdzie jest jej kres.
Nieco powyżej źródła, od Albisheim do Kircheim-Poland, wije się droga, wyżłobiona między skałami i pełna wybojów. Droga ta nieco dalej, poza Danenfels, zmienia się w wąską ścieżynę i niknie u stóp Góry Piorunów, zwanej tak dlatego, że ją często ogień z nieba nawiedza.
Szóstego maja 1770 roku, w chwili kiedy słońce zachodziło poza wieżę katedry Strasburskiej, człowiek jakiś, jadący z Moguncji, zbliżył się do wioski Danenfels i skierował się pod górę ścieżką, dopóki była widoczną; gdy zaś wszelki jej ślad zaginął w zaroślach, zsiadł z konia i uwiązał go za uzdę do jodły, rosnącej na skraju dzikiego lasu.
Zwierzę zarżało niespokojnie, a cały las jakby drżenie przebiegło na odgłos tak tu niezwykły.
— No, no — wyrzekł nieznajomy — uspokój się wierny Dżeridzie. Zrobiliśmy mil dwanaście i ty przynajmniej stanąłeś już u celu.
To powiedziawszy, spojrzał w gąszcz, jakby go chciał przeniknąć wzrokiem, lecz już tak się ściemniło, że widział tylko cienie drzew pobliskich odcinające się na tle jeszcze czarniejszem gęstniejącej kniei.
Podróżny podszedł do konia, którego nazwa wskazywała na pochodzenie arabskie, i, objąwszy oburącz głowę zwierzęcia, przyłożył twarz do dymiących jego nozdrzy.
— Żegnam cię, dzielny biegunie, bo może cię już nie zastanę tutaj — żegnam cię, towarzyszu wierny!
Znowu rzucił wzrokiem bystro dokoła, jakby się bał lub wręcz przeciwnie, jakby pragnął być usłyszanym.
Rumak wstrząsnął jedwabistą grzywą, uderzył nogą o ziemię i zarżał tak, jakgdyby był w pustyni i czuł zbliżanie się lwa.
Podróżny skinął potakująco głową, jakgdyby chciał powiedzieć:
— Nie mylisz się, Dżeridzie, niebezpieczeństwo blisko.
Widocznie jednak nie zamierzał z niem walczyć, bo wyjął z olstrów dwa wspaniałe pistolety z lufami cyzelowanemi, o czerwonych kolbach, wykręcił z nich naboje i kule wraz z prochem wysypał na trawę.
Po ukończeniu tego dziwnego zajęcia, włożył znów pistolety do olster.
Lecz na tem nie koniec.
Nieznajomy miał u pasa szpadę o stalowej rękojeści; odpiął ją, okręcił pasem i podłożył pod siodło.
Wreszcie strząsnął kurz z butów, przeszukał kieszenie, wyjął z nich nożyczki oraz scyzoryk w oprawie z konchy perłowej i cisnął to wszystko po za siebie, nie patrząc wcale, gdzie upadło.
Raz jeszcze pogłaskał Dżerida, odetchnął pełną piersią a nie widząc nigdzie jakiejkolwiek ścieżki, puścił się na los szczęścia w las gęsty.
Wypada nam zapoznać teraz czytelnika z osobistością podróżnego, któremu przypadnie ważna rola do odegrania w opowiadaniu naszem.
Wyglądał na lat trzydzieści dwa. Wzrostu więcej niż średniego, zbudowany przepysznie, wysmukły i giętki, wydawał się uosobieniem siły i zręczności. Miał na sobie czarną aksamitną kurtkę podróżną ze złotemi guzami, z pod której wystawała kamizelka haftowana. Strój ten uzupełniały obcisłe spodnie łosiowe i czarne lakierowane buty.
Twarz o rysach ruchliwych, znamionujących typ południowy, wyrażała szczególną mieszaninę subtelności. Spojrzenie o wyrazie ciągle się zmieniającym, zdawało się przenikać każdego do głębi duszy.
Płeć śniada musiała być niewątpliwie spalona słońcem od naszego gorętszem.
Wreszcie usta pięknego kształtu, choć duże, osłaniały zęby śliczne, olśniewająco białe przy ciemnej cerze. Nogę miał długą lecz wąską, rękę małą lecz silną.
Zaledwie nieznajomy postąpił kilka kroków, dało się słyszeć gwałtowne bicie kopytami w miejscu, gdzie konia zostawił.
W pierwszej chwili chciał zawrócić, lecz się powstrzymał. Wspiął się tylko na palce, ażeby zobaczyć, co stało się ze zwierzęciem.
Ktoś niewidzialny je uprowadził. — Dżerida już nie było.
Nieznajomy zmarszczył czoło, poczem, uśmiechnąwszy się zlekka, poszedł w głąb lasu.
Tu i owdzie przez gałęzie, przedostawała się jeszcze resztka światła dziennego, niezadługo jednak ciemność zupełna otoczyła idącego.
Zatrzymał się, obawiając się zabłądzić.
— Do Danenfels — wymówił głośno — była droga jeszcze możliwa; z Danenfels dojechałem do Czarnych Jarów ścieżyną zaledwie widoczną, z Czarnych Jarów doszedłem tutaj bez żadnej już drogi, ale w lesie było jeszcze widno; teraz muszę się zatrzymać, bo nie widzę już nic.
Zaledwie wymówił te słowa nawpół po francusku, nawpół po sycylijsku, gdy o pięćdziesiąt kroków od niego zajaśniało światło.
— Dziękuję! — wyrzekł — pójdę teraz za tem światłem.
Światełko posuwało się naprzód równo, bez migotania; przypominało ono płomienie sztuczne na scenie, kierowane ręką maszynisty.
Podróżny uszedł tak ze sto kroków, i naraz usłyszał cichy szept koło siebie.
Zadrżał.
— Nie odwracaj się!... rzekł głos z prawej strony — bo zginiesz.
— Dobrze! — odpowiedział nieznajomy spokojnie.
— Nie odzywaj się!... wyrzekł głos z lewej — bo umrzesz!
Nieznajomy w milczeniu skinął głową.
— Jeżeli się boisz — odezwał się głos trzeci, wychodzący z pod ziemi jak głos ojca Hamleta, — jeżeli ci brak odwagi, wracaj skąd przychodzisz.
Podróżny machnął ręką i szedł dalej w milczeniu.
Noc była ciemna a las gęsty; pomimo światła przewodniczego, podróżny potykał się co chwila. Prawie przez godzinę płomień posuwał się naprzód, a podróżny podążał za nim, bez skargi, bez strachu.
Nagle światło znikło.
Podróżny wydostał się już z lasu.
Podniósł oczy w górę; na ciemnym lazurze nieba błyszczały gwiazdy.
Szedł dalej naprzód w tym kierunku, gdzie znikło światełko; naraz wynurzyły się przed nim z ciemności ruiny. Był to szkielet starego zamczyska.
Jednocześnie nogą stąpił na gruzy, a na skroniach poczuł zimny jakiś przedmiot, który mu zasłonił oczy. Odtąd nie widział nawet ciemności.
Jednakże musiał się tego spodziewać, nie okazał bowiem żadnego oporu, wyciągnął tylko rękę, jak ślepy, szukając przewodnika.
Ruch ten widocznie został zrozumiany; ręka zimna, twarda, koścista, ujęła dłoń podróżnego.
Była to wyraźnie ręka kościotrupa, lecz gdyby szkielet ten miał czucie, przekonałby się, że dłoń podróżnego nie zadrżała.

W jednej chwili ręka puściła go, przepaska z oczu spadła i... ujrzał się na szczycie Piorunowej Góry.

II
JA JESTEM, KTÓRY JESTEM!

Pośród brzóz starych, o kształtach dziwacznych, wznosiły się ruiny jednego z tych zamków, jakie panowie feudalni rozsiali niegdyś po całej Europie, wróciwszy z wojen krzyżowych.
Opustoszałe przedsionki, niegdyś zdobne w posągi, dziś oplecione chwastem i dzikiem kwieciem, ukazywały na bladem tle nieba — burzą i wichrem poszczerbione sklepienie.
Podróżny, otworzywszy oczy, znalazł się przed omszałemi i wilgotnemi schodami głównego portyku.
Na pierwszym stopniu stało widmo, którego ręka koścista przyprowadziła go tutaj.
Powłóczysty całun okrywał je; ręką kościstą wskazywało nieznajomemu wielką wznoszącą się wyżej salę, po przez której przedziurawione sklepienie wpadało tajemnicze światło.
Podróżny skłonił głowę na znak przyzwolenia.
Widmo bez szmeru, cicho i wolno przesunęło się po schodach i zagłębiło w ruinach; nieznajomy podążył za niem. W tejże chwili z hałasem i brzękiem zawarła się brama główna.
Przy wejściu do okrągłej pustej sali, przybranej czarno i oświetlonej trzema zielonemi lampami, widmo się zatrzymało.
Nieznajomy przystanął również.
— Otwórz oczy! — wyrzekło widmo.
— Widzę wszystko — odparł nieznajomy.
Wtedy widmo ruchem szybkim i śmiałym wydobyło z pod całuna szpadę i uderzyło nią o słup bronzowy; ozwał się dźwięk metaliczny.
Na odgłos ten uniosły się płyty podłogi kamiennej i niezliczona moc duchów, podobnych do pierwszego, ukazała się z mieczami w ręku.
Widma zasiadły na ławach kamiennych w zielonawem świetle i już nie poruszały się wcale, jak gdyby skamieniały.
Wszystkie te posągi ludzkie dziwnie odbijały się na tle czarnego kiru, pokrywającego mury.
Siedm siedzeń znajdowało się na pierwszem miejscu; sześć zajętych było przez widma przewodniczące — jedno było jeszcze puste.
Siedzący pośrodku podniósł się majestatycznie.
— Ilu nas jest, bracia? — zapytał zebranych.
— Trzystu nas jest! — odrzekły duchy jednym głosem, który zagrzmiał po sali, rozpłynął się i zginął w żałobnych obiciach murów.
— Trzystu! — podjął przewodniczący, a każdy przedstawia dziesięć tysięcy stowarzyszonych; trzysta szpad, wartych trzy miljony sztyletów! Poczem zwrócił się do podróżnego:
— Czego żądasz? — zapytał.
— Światła! — odpowiedział przybyły.
— Ścieżka, wiodąca na górę ognistą, twarda jest i ostra; nie boisz się na nią wstąpić?
— Ja niczego się nie boję.
— Pamiętaj jednakże, że wracać stąd nie wolno. Pamiętaj o tem i zastanów się dobrze.
— Zatrzymam się dopiero u celu.
— Czyś gotów przysiąc na to?
— Przysięgnę.
Przewodniczący podniósł rękę i głosem powolnym, uroczystym wyrzekł:
— Przysięgam na Boga ukrzyżowanego, że zerwę wszelkie węzły, łączące mnie z ojcem, matką, braćmi, siostrami, żoną, krewnymi, kochankami, dobrodziejami, z każdą istotą, której winien jestem wierność i posłuszeństwo“.
Podróżny powtórzył te słowa, a duch mówił dalej:
— Przysięgam, że wyjawię nowemu zwierzchnikowi wszystko, com widział i czynił, com czytał i słyszał, czegom się dowiedział lub czegom się choćby domyślił“.
Przewodniczący zamilkł, a nieznajomy powtórzył, co usłyszał.
— „Czcij i poważaj truciznę — podchwycił przewodniczący, nie zmieniając głosu — truciznę, jako środek szybki, pewny i niezbędny do oczyszczania kuli ziemskiej, do usunięcia przez śmierć lub zniedołężnienie tych, którzy chcą poniżyć prawdę, lub wydrzeć ją z rąk naszych.
Wiernie, jak echo, nieznajomy powtórzył i te słowa.
Przewodniczący ciągnął dalej:.
— „Niech cię wspomaga Bóg Ojciec, Bóg Syn i Bóg Duch Święty“.
Nieznajomy od początku do końca wygłosił przysięgę z jednakową siłą i spokojem.
— A teraz — dodał przewodniczący — włóżcie mu na głowę opaskę świętą.
Dwa widma zbliżyły się do nieznajomego, czekającego z głową pochyloną; jedno przyłożyło mu do czoła wstążkę koloru jutrzenki, z literami srebrnemi i wyobrażeniem Matki Bożej Loretańskiej, drugie związało dwa końce z tyłu głowy; poczem odsunęły się od niego.
— Czego żądasz? — zapytał przewodniczący.
— Trzech rzeczy — odrzekł nowicjusz.
— Jakich mianowicie?
— Ręki żelaznej, szpady ognistej i wag djamentowych.
— Do czego pragniesz ręki żelaznej?
— Ażeby zdusić tyranię.
— Do czego szpady ognistej?
— Ażeby świat oczyścić.
— Do czego wag djamentowych?
— Ażeby ważyć przeznaczenie ludzkości.
— Gotów jesteś na próby?
— Gotów jestem w każdej chwili.
— Próby! próby! — odezwały się głosy.
— Odwróć się! — rozkazał przewodniczący.
Nieznajomy spełnił żądanie i znalazł się naprzeciw człowieka, bladego jak śmierć, w kajdanach i zakneblowanego.
— Co widzisz? — zapytał przewodniczący.
— Zbrodniarza lub ofiarę.
— Zdrajcę!... — Wykonał on przysięgę taką, jak ty przed chwilą, a potem wydał tajemnicę zakonu.
— A więc zbrodniarz.
— Tak. — Na co zasłużył?
— Na śmierć!
Trzysta widm powtórzyło:
— Śmierć!
W tejże chwili skazany, pomimo nadludzkich wysiłków, wepchnięty został w głąb sali. Słychać było szamotanie i głos, świszczący przez knebel.
Sztylet zaświecił w blasku lamp, następnie rozległo się głuche uderzenie, potem upadek ciała martwego, potem ostatnie przedśmiertne chrapanie...
— Sprawiedliwości stało się zadość! — powiedział przewodniczący, zwracając się do strasznego zgromadzenia duchów, które błyskając oczyma z pod całunów napawały się okropnym widokiem.
— Czy pochwalasz wykonanie wyroku, jakiego byłeś świadkiem?
— Pochwalam, jeżeli dotknął istotnie winnego.
— I będziesz pił za śmierć każdego, który, jak ten, zdradzi tajemnicę świętego zgromadzenia naszego?
— Będę pił niezawodnie.
— Każdy napój?
— Każdy bezwarunkowo.
— Przynieście czarę z krwią zabitego!... rzekł przewodniczący.
Jeden z oprawców zbliżył się do nowicjusza podał mu napój czerwony i ciepły w czaszce ludzkiej, oprawnej w bronzową podstawę.
Nieznajomy wziął czarę z rąk kata i uniósł w górę:
— Piję!... — wyrzekł — za śmierć każdego, który zdradzi tajemnicę świętego zakonu.
Następnie zbliżył czarę do ust, wychylił ją do ostatniej kropli i spokojnie zwrócił temu, od którego ją był otrzymał.
Szmer podziwienia przebiegł po zgromadzonych, widma spoglądały na siebie z poza całunów.
— Dobrze — wyrzekł naczelnik. — Podajcie pistolet!
Jedno z widm zbliżyło się, trzymając pistolet, kulę ołowianą i nabój prochu.
Nowicjusz zaledwie raczył spojrzeć w tę stronę.
— Przyrzekasz bezwzględne posłuszeństwo zakonowi świętemu?
— Przyrzekam.
— Nawet gdybyś miał działać na szkodę własną?
— Wchodzący tu nie należy do siebie, lecz do wszystkich.
— Jaki bez względu na to rozkaz otrzymasz, czy usłuchasz natychmiast?
— Usłucham.
— Natychmiast?
— Natychmiast.
— Bez wahania?
— Bez wahania.
— Weź ten pistolet i nabij go.
Nieznajomy wziął pistolet, wsypał proch w lufę, przybił go, włożył kulę, przybił ją stemplem i podsypał panewkę.
Grobowa cisza panowała w zgromadzeniu, wiatr tylko jęczał pośród sklepień rozwalonych.
— Nabity!... — wyrzekł nieznajomy chłodno.
— Czyś tego pewny? — zapytał przewodniczący.
Uśmiech przemknął się po ustach nowoprzybyłego; wyjął stempel i zapuścił w lufę. Stempel wystawał o dwa palce.
Przewodniczący skinął głową potakująco.
— Tak — przemówił — dobrze jest nabity.
Co mam z nim uczynić?
— Odwiedź kurek.
Słyszeć się dał trzask odwodzonego kurka.
— Przyłóż lufę do czoła.
Nieznajomy spełnił wezwanie w tej chwili.
Cisza głębsza zapanowała, lampy zbladły, widma oddech wstrzymały.
— Strzelaj!
Błysnęło na panewce lecz proch się tylko spalił, huk nie wstrząsnął powietrza.
Okrzyk podziwu rozległ się w zgromadzeniu, przewodniczący mimowolnie wyciągnął rękę do nieznajomego. Lecz niedość było tych dwóch prób; widma zawołały:
— Sztylet! Sztylet!
— Żądacie koniecznie? — zapytał przewodniczący.
— Tak! sztylet! sztylet! — odezwały się te same głosy.
— Podajcie zatem sztylet.
— Zbyteczne!... rzekł z pogardą nieznajomy.
— Jakto zbyteczne? — wrzasnęło zebranie.
— Zbyteczne!... — powtórzył nieznajomy głosem pognębiającym wrzaski — zbyteczne, powiadam, napróżno tylko czas drogi tracicie.
— Co przez to rozumiesz? — wykrzyknął przewodniczący.
— Znam wszystkie tajemnice wasze; przetrwane próby są tylko igraszką dziecinną, niegodną ludzi poważnych. Powiadam wam, że człowiek zamordowany nie umarł; że krew, jaką piłem, to wino ukryte na jego piersiach, pod odzieżą; że kule i proch wypadły z lufy, gdym kurek odwodził. Zabierzcie broń swą nieużyteczną, dobrą na postrach dla tchórzów; prawdziwie silni jej się nie ulękną.
Okrzyk zgrozy wzbił się pod sklepienia.
— Znasz nasze tajemnice! — zawołał przewodniczący — więc jasnowidzącym jesteś albo szpiegiem?
— Kto jesteś? — spytało naraz trzysta głosów, a jednocześnie dwadzieścia szpad zabłysło w rękach widm najbliższych i skierowało się ku piersiom nieznajomego.
A on spokojny, uśmiechnięty, podniósł głowę, wstrząsnął gęstemi włosami przewiązanemi wstążką i zawołał:
Ego sum qui sum!... — Jam jest, który jest!...
I powiódł wzrokiem po otaczających.
Pod wzrokiem tym, pełnym siły, szpady się opuszczały, tak potężne wrażenie wywierał na ściskających je w ręku.
— Wyrzekłeś słowo niebaczne, nie znasz całej doniosłości jego znaczenia.
Obcy głową potrząsnął z uśmiechem:
— Powiedziałem, com powinien był powiedzieć.
— Skądże więc przybywasz?
— Przybywam z kraju, z którego światło przychodzi.
— Zapowiedziano nam przybycie twoje ze Szwecji.
— Ale do Szwecji można przybyć ze Wschodu!...
— Po raz wtóry powtarzam, że my cię nie znamy. Kto jesteś?
— Kto jestem?... Dobrze — odparł nieznajomy — powiem wam zaraz, ponieważ widzę, że mnie nie rozumiecie, lecz powiem wam najprzód, kto wy jesteście...
Widma zadrżały, szpady zaszczękły znów w rękach, kierując się ku piersiom nieznajomego.
— Najpierw — ciągnął nieznajomy, wskazując ręką na przewodniczącego — ty, który się masz za boga, jesteś tylko jego poprzednikiem; przedstawicielu stowarzyszeń szwedzkich, powiem ci zaraz twe imię.
Swedenborgu, czy aniołowie, rozmawiający poufale z tobą, nie odkryli ci, że oczekiwany przez ciebie nadchodzi?...
— Prawda — odrzekł przewodniczący, unosząc całunu, ażeby lepiej widzieć mówiącego — powiedzieli mi o tem.
— To dobrze — rzekł nieznajomy. — Po lewej stronie masz przedstawiciela stowarzyszenia angielskiego, który stoi na czele loży Kaledońskiej. Pozdrowienie, milordzie! Krew twoich przodków odżyła w tobie. Anglja może się spodziewać, że światło zagasłe na nowo dla niej zabłyśnie.
Szpady się zniżyły. Podziw zastąpił oburzenie.
— A! — to ty kapitanie? — ciągnął nieznajomy, zwracając się do widma, po prawej ręce przewodniczącego, — w którymże to porcie zostawiłeś piękny swój statek, który uwielbiasz jak kochankę? Dzielna to fregata ta „Opatrzność“, a imię jej przyniesie szczęście Ameryce.
Potem, zwracając się dalej, mówił:
— Na ciebie kolej, proroku Zurichski, spojrzyj mi w oczy, ty, który znajomość fizjonomiki posuwasz do cudu; powiedz głośno, czy w linjach twarzy mojej nie dostrzegasz świadectwa posłannictwa mojego?
Ten, do którego przemówił, cofnął się zdumiony.
— Idźmy dalej — ciągnął nieznajomy, patrząc na swego sąsiada. — No i cóż, potomku Pelazgów, czy chcesz Maurów wypędzić po raz drugi z Hiszpanji?... Łatwoby to przyszło, gdyby kastylijczycy nie zatracili byli szpady Cyda.
Piąty dowódca stał milczący, nieruchomy: rzekłbyś głos nieznajomego w kamień go przemienił.
— A mnie — zapytał szósty nieznajomego, który jakby o nim zapomniał — mnie nic nie masz do powiedzenia?
— Chcesz tego? — odparł podróżny, przeszywając go do głębi wzrokiem: powiem ci, co Chrystus powiedział Judaszowi, powiem ci natychmiast.
Ten, do którego to mówił, bledszym się stał od całuna. Zebrani szemrać zaczęli, domagając się wyjaśnień.
— Zapominasz o przedstawicielu Francji — odezwał się przewodniczący.
— Nie ma go tutaj — odrzekł nieznajomy — a ty, który to mówisz, wiesz o tem dobrze, ponieważ miejsce jego nie zajęte. Nie zapominaj, że zasadzki wywołują śmiech w tym, który widzi w ciemnościach, działa naprzekór żywiołom i żyje naprzekór śmierci.
— Młody jesteś — odrzekł przewodniczący — a mówisz z powagą bóstwa. — Rozważ, że pewność siebie może stropić tylko niezdecydowanych i ciemnych.
Uśmiech najwyższej pogardy ukazał się na ustach nieznajomego.
— Wszyscyście niezdecydowani — wymówił — bo nie możecie mnie pokonać; ciemni też jesteście, albowiem nie wiecie kto jestem, kiedy ja, przeciwnie, wiem, kto wy jesteście; a śmiałością wszystkiego u was dopnę; lecz na co śmiałość temu, kto jest wszechmocny?
— Daj nam dowód tej wszechmocy, daj nam dowód natychmiast!
— Kto was tu zwołał? — zapytał.
— Koło najwyższe!
— Nie bez celu — wyrzekł nieznajomy, zwracając się do przewodniczącego i pięciu jego towarzyszy — nie bez celu ty przybyłeś aż ze Szwecji, ty z Londynu, ty z Nowego Yorku, ty z Zurichu, ty z Madrytu, a ty z Wenecji; wy wszyscy nakoniec z czterech części świata, aby się zebrać w świątyni straszliwej wiary.
— Zebraliśmy się tu — odrzekł przewodniczący — na spotkanie założyciela tajemniczego państwa na Wschodzie, który złączył obie półkule we wspólności wierzeń, który związał w braterskim uścisku ręce ludzkości.
— Czy macie jaki znak pewny, po którym poznać go możecie?...
— Mamy — odrzekł przewodniczący — Bóg przez pośrednictwo aniołów raczył mi go objawić.
— Więc znasz go?
— Ja jestem tylko jeden.
— Wymień go na głos.
Przewodniczący się zawahał.
— Powiedz natychmiast! — powtórzył nieznajomy tonem rozkazującym — powiedz, albowiem chwila objawienia nadeszła.
Przewodniczący wyrzekł:
— Będzie miał na piersiach gwiazdę brylantową, a na niej błyszczące trzy pierwsze litery godła, znanego tylko jemu.
— Jakie są te trzy litery?
— L. P. D.
Nieznajomy szybkim ruchem rozpiął krótką kamizelkę, na koszuli z cienkiego batystu ukazała się jaśniejąca tysiącem ogni gwiazda brylantowa, a na niej trzy błyszczące litery rubinowe.
— On! — wykrzyknął przewodniczący przerażony; — byłżeby to On?...
— On! którego świat oczekuje! — zawołali z niepokojem naczelnicy.
— Wielki Kofta! — zaszemrało trzysta głosów.
— I cóż?... — zawołał z triumfem nieznajomy — będziecie mi teraz wierzyć, gdy wam po raz drugi powiem:
Ja jestem, który jestem!...
— Wierzymy! — odrzekły widma, kłoniąc się ku ziemi.

— Rozkazuj mistrzu! — dodał przewodniczący, a wespół z nim pięciu wodzów z czołami kornie pochylonemi — mów, a będziemy ci posłuszni.

III
L:. P:. D:.[1]

Nastała cisza uroczysta. Nieznajomy zdawał się namyślać. Nareszcie odezwał się:
— Panowie! złóżcie broń niepotrzebną i słuchajcie uważnie; wiele się dowiedzieć możecie z kilku słów moich.
Uwaga się podwoiła.
— Źródła wielkich rzek są prawie zawsze mityczne, a zatem nieznane. O Nilu, Gangesie, Amazonce, wiemy dokąd dążą, lecz nie wiemy skąd płyną! I ja wiem gdzie jestem, ale nie wiem skąd pochodzę. Przypominam sobie tylko, że w dniu, gdy oczy duszy mej ujrzały przedmioty zewnętrzne, znajdowałem się w Medynie, mieście świętem, w pysznych ogrodach mufty Saladyma. Był to starzec godzien szacunku, kochałem go jak ojca, choć mi nim nie był. Ale patrzył na mnie z czułością, ale mówił do mnie z powagą. Trzy razy na dzień opuszczał mnie, a wtedy inny starzec, którego imię wymawiam z wdzięcznością, a zarazem ze strachem, przychodził do mnie. Posiadał on wszystkie wiadomości, wyćwiczony przez siedm duchów wyższych w tem, czego się uczą aniołowie, aby rozumieć Boga. Nazywał się Althotas. Był to mój nauczyciel, mój mistrz, obecnie jest moim przyjacielem czcigodnym, a dwa razy starszym jest od najstarszego z was.
Gdy dobiegłem lat piętnastu, dano mi już przeniknąć główne tajemnice natury. Znałem botanikę, nie tę ograniczoną, którą bada każdy uczony na kawałku ziemi, gdzie mieszka. Ja znałem sześćdziesiąt tysięcy grup roślin, rosnących na całym świecie. Gdy mistrz mój kładł mi ręce na czoło i rozkazywał zejść do oczu moich zamkniętych promieniom światła boskiego, pogrążony w kontemplacji nadnaturalnej umiałem zapuścić wzrok na dno morskie; widziałem fantastyczną roślinność, okrywającą olbrzymiemi porosty gniazda potworów szkaradnych, bezkształtnych, jakich oko ludzkie nie oglądało nigdy.
Poświęciłem się także językom umarłym i żyjącym. Znałem wszystkie narzecza od Dardanelów do cieśniny Magelońskiej. Czytałem tajemnicze hieroglify na Piramidach. Zgłębiałem umiejętności ludzkie od czasów Sanchoniatona do Sokratesa, od Mojżesza do Ś-go Hieronima, od Zoroastra aż do Agrippy. Studjowałem medycynę nie z pomocą Hipokratesa, Galena, Averrhoësa, — mistrzem w tej nauce była mi natura. Podchwyciłem tajemnicę Koftów i Druidów. Zbierałem nasiona niedoli i szczęścia. Gdy simun i huragan przelatywały nad głową moją, miałem moc powierzać im ziarna, które niosły w dal śmierć lub życie, stosownie do tego, czym potępił lub pobłogosławił okolicę w którą zwróciłem twarz zagniewaną lub uśmiechniętą.
Pośród tych nauk, prac i podróży, doszedłem lat dwudziestu.
Pewnego dnia mistrz mój wszedł do groty marmurowej, gdzie się schroniłem przed upałem. Twarz miał surową, a jednocześnie uśmiechniętą; w ręku trzymał flakon.
— Acharacie — rzekł do mnie — mówiłem ci zawsze, że nic się nie rodzi i nic nie umiera na świecie; że kolebka i grób to bracia, a człowiekowi, ażeby widział jasno swoje minione egzystencje, brak tylko jasnowidzenia, które go równym Bogu uczyni. Od chwili bowiem, gdy posiądzie jasnowidzenie, stanie się jak Bóg nieśmiertelnym. Ja, zanim znajdę napój, zwyciężający śmierć samą, znalazłem napój, który rozprasza ciemności. Acharacie, wypiłem wczoraj tyle, ile brak w tej buteleczce — ty wypij dzisiaj resztę.
Miałem nieograniczoną ufność, miałem szacunek najwyższy dla mistrza, a jednak ręka mi drżała za dotknięciem flakonu, podawanego mi przez Althotasa; tak musiała drżeć ręka Adama, gdy brał jabłko od Ewy.
— Wypij! — rzekł, uśmiechając się.
Położył mi ręce na głowie, jak zwykle, gdy chciał na chwilę obdarzyć mnie wzrokiem podwójnym.
— Śpij — rzekł — i pamiętaj.
Usnąłem zaraz. Śniło mi się, że leżę na stosie z drzewa sandałowego i aloesowego; anioł, przelatujący ze Wschodu na Zachód z rozkazami Boga, musnął skrzydłem drzewo i stos mój buchnął płomieniem. Zamiast wzruszyć się, przestraszyć, zamiast bać się płomieni, wyciągnąłem się rozkosznie pośród języków ognistych, jak feniks, czerpiący nowe życie w zagładzie. Wtedy wszystko, co było we mnie materją, znikło, dusza jedynie pozostała, zachowując formy ciała, przezroczyste, niepochwytne, lżejsze od atmosfery, w jakiej żyjemy, i ponad którą się uniosła. I jak Pytagoras pamiętał, iż był obecny przy oblężeniu Troi, tak ja objąłem pamięcią trzydzieści dwa istnienia, które już przeżyłem. Widziałem przesuwające się wieki, jak szereg wzniosłych starców. Poznawałem się pod różnemi imionami, jakie nosiłem od pierwszych narodzin, do ostatniego zgonu. Wszak wiecie, bracia, bo to jest podstawą naszej wiary, że dusze, to niezliczone cząstki bóstwa, które z każdem tchnieniem ulatają z piersi Boga, napełniają powietrze i dzielą się na przeróżne kategorje. Są dusze wzniosłe i upośledzone. Człowiek w chwili urodzenia wciąga w siebie, przypadkowo może, jedną z tych dusz błądzących, a oddaje ją z siebie w chwili śmierci, na nowe błądzenie i dalsze przemiany.
Nieznajomy mówił tak przekonywująco — oczy wznosił w niebo z wyrazem tak pełnym wiary w to co wykładał, że szmer uwielbienia rozszedł się po sali; zdziwienie ustąpiło zachwytowi, jak gniew wprzód ustąpił zdziwieniu.
Po zbudzeniu się — mówił wtajemniczony czułem się więcej niż człowiekiem; zrozumiałem, że Bogiem prawie jestem.
Wtedy postanowiłem nietylko istnienie obecne, lecz wszystkie, jakie mi zostają do przeżycia, poświęcić dla szczęścia ludzkości.
Nazajutrz Althotas, jakgdyby odgadł myśl moją, rzekł do mnie:
— Synu mój, dwadzieścia lat upływa odkąd matka twoja umarła, dając ci życie; od dwudziestu lat przeszkoda nieprzezwyciężona nie pozwala znakomitemu ojcu twojemu dać ci się poznać; teraz udamy się w podróż. Ojciec twój będzie się znajdował pomiędzy tymi, których spotkamy; weźmie cię w objęcia, ucałuje, lecz ty nie będziesz wiedział, że to twój ojciec.
Wszystko więc we mnie, jak u wybrańców Boga, musi być tajemnicze: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
Pożegnałem muftę Saladyma — pobłogosławił mnie i obsypał darami, następnie przyłączyliśmy się do karawany zmierzającej do Suezu.
Wybaczcie, panowie, wzruszeniu memu. Pewnego dnia człowiek jakiś poważny uściskał mnie, i dziwne drżenie przejęło całą mą istotę, gdy uczułem bicie jego serca. Był to szeryf Mekki, książę nader wspaniały i sławny. Dużo on wojen widział i za jednem skinieniem jego ręki trzy miljony głów ludzkich chyliło się ku ziemi.
Zapuściliśmy się w głąb Azji; szliśmy w górę Tygru, zwiedziliśmy Palmirę, Damaszek, Smyrnę, Konstantynopol, Wiedeń, Berlin, Drezno, Moskwę, Sztokholm, Petersburg, Nowy-York, Buenos-Ayres, Aden i znów znaleźliśmy się prawie w tem miejscu z któregośmy wyruszyli. Następnie udaliśmy się do Abisynji z biegiem Nilu; wylądowaliśmy w Rodos; dalej na Maltę, gdzie okręt wypłynął na nasze spotkanie i dwóch kawalerów zakonu powitało nas; uścisnęli Althotasa i zaprowadzili nas triumfalnie do pałacu wielkiego mistrza Pinto.
Dziwi was zapewne, panowie, dlaczego muzułmanin Acharat, przyjmowany był z honorami przez tych właśnie, którzy zaprzysięgają zagładę niewiernym.
Althotas był katolikiem i kawalerem maltańskim. Mówił mi zawsze o Bogu potężnym, jedynym, utrzymującym z pomocą aniołów swoich harmonję ogólną, o Bogu, który nadał tej całości zgodnej piękne, wielkie miano: „Wszechświat”. Stałem się deistą.
Podróże moje skończyły się, lecz widok tych miast o nazwach przeróżnych, obyczajach najrozmaitszych, nie wywarł na mnie wrażenia. Nic nowego nie było dla mnie pod słońcem. Przez ciąg trzydziestu dwóch istności, zwiedziłem już był wszystko; tylko jedna rzecz mnie uderzyła: ludzie się zmienili. Unosząc się duchem ponad wypadkami i dążąc za pochodem ludzkości, widziałem, że umysły zmierzały do postępu, a postęp prowadził do wolności. Widziałem, że zjawiali się prorocy, natchnieni przez Boga, aby wspierać chwiejny pochód ludzkości, która, ślepa od urodzenia, w ciągu wieku czyni krok jeden ku światłu, a wiek — to dzień jeden ludzkości.
Rzekłem sobie, że nie poto odkryto mi tyle rzeczy nadprzyrodzonych, ażebym je w sobie zagrzebał. Napróżno góra zamyka w swem wnętrzu żyły złota, napróżno ocean na dnie perły ukrywa; górnik wytrwały rozedrze łono góry, nurek zstąpi w głębiny morza... Lepiej więc naśladować nie górę i morze, lecz słońce, lepiej roztaczać światło nad ziemią!
Rozumiecie mnie teraz?...
Nie dla dopełnienia obrzędów masońskich przybyłem ze Wschodu.
Przybyłem, aby rzec: Bracia!... pożyczcie skrzydeł i oczu od orłów, wznieście się ponad świat, stańcie wraz ze mną na szczycie góry, gdzie szatan zaniósł Chrystusa, i rzućcie wzrokiem na ziemię. Ludy to olbrzymie, zrodzone w różnych epokach i w warunkach odmiennych, idą swym torem i przybyć muszą do celu, dla którego stworzone zostały.
Postępują bezustannie, choć zdają się odpoczywać, a gdy się cofają jakimś trafem niespodzianym, nie znaczy to, aby szły wstecz; przeciwnie, nabierają wtedy rozpędu do przebycia lub złamania przeszkody.
Francja stoi w przedniej straży narodów, włóżmy jej w rękę pochodnię, a choćby nawet sama od niej spłonęła, pożar to będzie zbawienny, bo oświeci świat cały.
Oto, dlatego brakuje tu przedstawiciela Francji, że cofa się on przed swem posłannictwem!... Trzeba człowieka, nie cofającego się przed niczem... ja więc pójdę do Francji!...
— Pójdziesz do Francji? — powtórzył przewodniczący.
— To najważniejszy posterunek... biorę go na siebie; to dzieło najniebezpieczniejsze... podejmuję je zatem!
— Wiesz więc, co się dzieje we Francji? — zapytał przewodniczący.
— Wiem, bo sam to przygotowałem. Stary, niedołężny, zepsuty król, mniej jednak niedołężny i beznadziejny od monarchji, którą reprezentuje, zasiada na tronie Francji. Zostaje mu zaledwie kilka lat życia. Na dzień śmierci jego trzeba przygotować odpowiednio przyszłość, Francja jest kluczem i podporą gmachu; niech sześć miljonów rąk podniesie się na znak Koła najwyższego, niech wyrwą podporę, a gmach monarchiczny runie. W dniu, w którym zginie król Francji, na całą Europę spłynie błogosławieństwo przewrotu.
— Wybacz mistrzu, — odezwał się jeden z przewódców, którego akcent zdradzał pochodzenie szwajcarskie — czy wszystko zbadałeś? —
— Wszystko! — odrzekł wielki Kofta.
— Mistrzu! na szczytach gór naszych, w głębinach dolin i nad brzegami jezior naszych — przyzwyczajeni jesteśmy mówić otwarcie, więc powiem ci — chwila źle jest wybrana...
Widziałem córkę Marji-Teresy, zmierzającą do Francji. Widziałem ją, w całym blasku urody i bogactwa dążącą, aby połączyć krew siedemnastu Cezarów z krwią spadkobiercy sześćdziesięciu dwóch królów. Ludy się cieszą, jak zawsze, gdy im rozluźniają lub złocą kajdany. Powtarzam, czas nie nadszedł jeszcze!...
Ogólne zapanowało milczenie, wszyscy zwrócili oczy na śmiałego mówcę.
— Mów dalej, bracie, — rzekł wielki Kofta. My, wybrańcy nieba, nie odrzucamy rad dobrych.
Szwajcar mówił dalej:
— Nauka i życie dały mi doświadczenie i moc odgadywania charakterów z fizjognomji ludzkiej.
Napróżno człowiek łagodzi wzrok, napróżno każe się ustom uśmiechać, charakter przebija się mimowoli w jego twarzy.
Czytałem więc na czole młodej dziewicy, mającej panować nad Francją, dumę, odwagę i tkliwe miłosierdzie dziewcząt niemieckich; twarz młodego człowieka, mającego zostać jej mężem, wyraża zimną krew, słodycz i zmysł spostrzegawczy. Naród francuski, niepomny złego, a dobrego niezapominający; naród, któremu wystarczał Karol Wielki, Ludwik Święty i Henryk IV przy dwudziestu monarchach podłych i okrutnych, jakżeby nie miał pokochać królowej młodej, pięknej i dobrej, króla łagodnego, skromnego i dobrze rządzącego?
Marja-Antonina przekracza właśnie granicę Francji — ołtarz i łoże przygotowują w Wersalu; czyż to chwila, aby zacząć działać we Francji?
— Skończyłem, mistrzu, do ciebie należy osądzić, czy miałem słuszność.
Po tych słowach apostoł z Zurichu usunął się, a szmer uznania rozległ się dokoła.
Wielki Kofta odpowiedział:
— Bracie! ty czytasz w obliczach ludzkich, ja zaś czytam w przyszłości.
Marja-Antonina jest dumną, zechce więc walczyć i padnie pod ciosami; Ludwik jest dobrym, łagodnym, osłabnie zatem w walce z nami i zginie przez żonę i wraz z nią. Obecnie czują przyjaźń dla siebie; nie dopuścimy aby się pokochali, a za rok nienawidzieć się będą. Zresztą, na co się zdało radzić z której strony nadejdzie światło; jasność jest we mnie, który idę ze Wschodu, a prowadzi mnie, jak pastuszków gwiazda, zwiastująca powtórne odrodzenie.
Od jutra biorę się do dzieła. Z waszą pomocą za lat dwadzieścia będzie ono uwieńczone powodzeniem. Czasu tego starczy, jeżeli złączeni i silni pójdziemy wytrwale do celu.
— Dwadzieścia lat! — powtórzyły widma, to bardzo długo.
Wielki Kofta zwrócił się do niecierpliwych:
— Tak jest, długi to przeciąg czasu! Lecz idei nie zabijesz nożem, jak zabijesz człowieka. Myślicie, że to tak łatwe zadanie wymazać imię królewskie z serc trzydziestu miljonów? Myślicie, że łatwo zohydzić Francji kwiat lilji cudowny? Spróbujcie bracia: ja nie dwadzieścia lat, ale wiek cały wam daję!
Stoicie odosobnieni i drżący, nic nie wiedząc o sobie... Ja jeden znam was i oceniam wasze zdolności; ja jestem łańcuchem, wiążącym was w wielkie braterstwo. Otóż ja chcę ażeby za dwadzieścia lat — to, o czem myślicie i co półgłosem opowiadacie dzieciom waszym, to, za co wtrąceni bylibyście do więzień strasznych — ażeby za lat dwadzieścia było to obwoływane głośno po ulicach. Chcę, aby armje walczyły tylko za wolność i braterstwo ludów, aby dzieci nasze igrały na gruzach Bastylji i inych więzień.
To stać się może nie po śmierci monarchy, lecz po zgonie monarchizmu, po wytępieniu arystokratów i po równym podziale ziemi. Żądam dwudziestu lat na odbudowanie świata.
— A teraz, bracia, idę wyzwać lwa w jaskini jego, poświęcam życie tej sprawie.
A wy co dla niej uczynicie?
Pytam was, powiedzcie?
Cisza głęboka zapanowała w ponurej sali.
Sześciu naczelników wystąpiło.
Przewodniczący powiedział:
— Jako przedstawiciel Szwecji, ofiaruję pomoc górników i sto tysięcy sztuk srebra.
Wielki Kofta zapisał te słowa.
— Ja reprezentuję biedną Irlandję i Szkocję — rzekł drugi; w imieniu Anglji mówić nie mogę, ale w imieniu Szkocji i Irlandji obowiązuję się dostarczyć trzech tysięcy ludzi i sumę trzech tysięcy koron rocznie.
— A ty? — zapytał Kofta trzeciego.
— Jestem Amerykaninem — odparł mężczyzna silnie zbudowany o posępnej twarzy — i powiadam, że dopóki starczy złota, dawać je będziemy, krew zaś przelejemy do ostatniej kropli.
Lecz od nas zacznij, wielki mistrzu, nas oswobodź przedewszystkiem od najazdu obcych...
— Bóg rzekł: „Pomagajcie sobie wzajemnie“ — dokończył wielki Kofta — wy pierwsi wolność odzyskacie, a Francja wam do tego dopomoże.
— Ja zaś od siebie dodaję — rzekł wysłaniec szwajcarski — że kraj mój zawsze sprzyjał Francji, zawsze jej wiernym pozostanie.
— Dobrze!... — odpowiedział Kofta.
— Na ciebie kolej przedstawicielu Hiszpanji.
— Ubogi jestem — trzy tysiące braci moich oddaję.
Potem inni się zbliżali wysłańcy, każdy przyrzekał ofiary, podług możności, wielki zaś Kofta spisywał.
— A teraz — rzekł — hasło, godło trzech liter, po których poznaliście mnie, niech ogarnie świat cały. Niech każdy stowarzyszony nosi je w sercu wyryte.
My! wielki mistrz loży Wschodu i Zachodu nakazujemy zagładę lilji!
Okrzyk, podobny do szmeru morza wzburzonego, rozległ się po sali i odbił o wierzchołki gór niebotycznych.
— W imię Ojca i mistrza, rozejdźcie się! zstąpcie w porządku w podziemia Piorunowej Góry i jedni wodą, inni lasem lub doliną rozpierzchnijcie się przed wschodem słońca.
Ujrzycie mnie raz jeszcze w dzień triumfu!
Zakończył przemowę znakiem masońskim, zrozumiałym tylko przez sześciu starszych, którzy też zostali z nim jeszcze.
Potem usunął się ze Szwedem na stronę.
— Swedenborgu! tyś człowiek natchniony, Bóg ci dziękuje przez usta moje. Wyślij pieniądze do Francji pod adresem, który ci wskażę.
W ten sposób, pożegnawszy wszystkich kolejno, wielki Kofta sam pozostał.
Dziwny ten człowiek w tym dramacie będzie postacią główną. Gdy sam pozostał, zapiął ubranie aksamitne, włożył kapelusz, nacisnął sprężynę drzwi bronzowych, które się za nim zamknęły, zapuścił się lekkim krokiem w załamy góry, jakgdyby znał ją wybornie, przeszedł las pomimo ciemności i, prowadzony niewidzialną ręką, znalazł się w miejscu, gdzie wczoraj konia zostawił. Dało się słyszeć rżenie oddalone, gwizdnął pocichu, a za chwilę Dżerid nadbiegł, wierny i jak pies posłuszny. Podróżny lekko wskoczył na siodło i obydwaj w szalonym pędzie zniknęli w ciemnych zaroślach, ciągnących się pomiędzy Danenfels a szczytem Góry Piorunowej.

KONIEC PROLOGU


I
BURZA

W tydzień po scenie przez nas opowiedzianej, około piątej wieczorem, duży powóz, zaprzężony w cztery konie, z dwoma pocztyljonami, opuszczał Pont-à-Mousson, małe miasteczko, położone między Nancy i Metz.
Zaledwe powóz znikł z oczu, gdy kumoszki zaczęły sobie rozmaicie o nim opowiadać.
Bo też takiego wehikułu nie widziano nigdy na moście, zbudowanym przed pięćdziesięciu laty przez dobrego króla Stanisława, na Mozelli, dla prędszej komunikacji między jego małem państewkiem a Francją.
Ciekawości takiej nie wzbudzała nawet buda alzacka, która w dni jarmarczne przywoziła z Falzburga potwory o dwóch głowach, niedźwiedzie tańczące i muzykantów wędrownych.
Powóz głęboki jak landara, miał z przodu jakby kabrjolet koloru niebieskiego, a na drzwiczkach połyskiwała elegancka korona baronowska z literami I. B., artystycznie splecionemi. Dwa okienka z białemi firankami, które wychodziły na przedni kabrjolet, wpuszczały światło wewnątrz. Krata żelazna ochraniała szyby od stłuczenia.
Przedpotopowa ta buda była ośm stóp długa a sześć szeroka. Pośrodku sterczał nawet komin, z którego ciągle snuł się niebieskawy dymek. Powóz ten możnaby uważać za nowy wynalazek, w którym zdolny mechanik połączył siłę pary z siłą koni.
Z tyłu powozu szedł uwiązany śliczny koń, o łebku zgrabnym, niewielkim, z nogami sprężystemi, okiem ognistem — widocznie rasy arabskiej. Siodło na koniu wskazywało że podróżni, zamknięci w tej arce Noego, musieli go niekiedy dosiadać.
W Pont-à-Mousson ręka biała i muskularna wysunęła się z poza firanek skórzanych, opinających szczelnie kabrjolet, i dała pocztyljonowi hojny napiwek.
Pocztyljon uradowany, podziękował jaśnie panu, a głos dźwięczny odpowiedział mu po niemiecku:
Schneller! Schneller! (Prędzej! Prędzej!)
Pocztyljoni rozumieją wszystkie języki, skoro tylko ujrzą monetę, przeznaczoną dla nich.
Ruszył z miejsca galopem, poczem nieco zwolnił biegu.
O siódmej zmieniono konie w Saint Michel; ta sama ręka z poza firanki wysunęła pocztyljonowi pieniądze, ten sam głos kazał się śpieszyć.
Powóz wszędzie budził podziw, zwłaszcza, że noc ciemna nadawała mu pozór fantastyczny.
Za Saint Michel droga pnie się pod górę; w pół godziny ujechano zaledwie ćwierć mili.
Na szczycie wyniosłości konie przystanęły dla wypoczynku, a przed oczyma podróżnych, siedzących w kabrjolecie, roztoczył się rozległy horyzont, mgłą przesłonięty. Niebo, dotąd pogodne, zasępiło się; wielka chmura, ciągnąca z południa, groziła burzą, która mogła zaskoczyć podróżnych przed przybyciem do Bar-le-Duc, gdzie miano przenocować.
Droga spadzista wiła się na krawędzi góry. Po jednej jej stronie widniała głęboko dolina Meuzy. Pocztyljoni dla bezpieczeństwa jechali bardzo wolno.
Chmura nadciągała coraz bliżej; na widnokręgu zdawała się dotykać ziemi. Czarną swą masą zasłoniła ostatnie promienie słońca.
Zapadł siny mrok. Na drzewach liście drżały, chociaż wiatru nie było.
Nagle oślepiająca błyskawica przecięła obłoki; niebo zaroiło się wężami ognistemi i cały firmament rozgorzał jak wnętrze piekła. Zahuczał piorun, roznosząc echa po lesie i straszna burza szaleć zaczęła. Powóz z kominem posuwał się ciągle, tylko dym z jego otworu przybrał kolor opalu.
Niebo pociemniało jeszcze bardziej. W powozie okienko przednie zabłysło różowem światłem. Widocznie mieszkaniec ruchomej celi oświetlił swoje mieszkanie.
Nie dojechano jeszcze do doliny, gdy drugi piorun uderzył z hukiem straszliwym. W tejże chwili lunął deszcz ulewny. Rzęsiste krople padały obficie.
Powóz się zatrzymał.
— Co się stało? — zapytał dźwięczny głos — dlaczego, u djabła, nie jedziecie?
— Więc można jechać dalej, proszę pana? — spytali pocztyljoni.
— To ja powinienem pytać was, a nie wy mnie — odparł głos. — No, jedźcie!
Tyle było woli i siły w tem powiedzeniu, że pocztyljoni usłuchali, i powóz potoczył się z pochyłości góry.
— Dobrze! — odezwał się głos.
Firanki, na chwilę rozchylone, zasunęły się znowu i oddzieliły podróżnych od woźnicy.
Od deszczu ziemia gliniasta tak rozmiękła i oślizła, że konie znów stanęły.
— Proszę pana! — odezwał się pocztyljon — dalej jechać nie sposób.
— Dlaczego? — zapytał znany głos.
— Konie nie idą, ale się ślizgają.
— Jak daleko do stacji?
— Cztery mile.
— Podkujcie je srebrem, to pójdą, — rzekł nieznajomy, otwierając firanki i rzucając cztery talary.
— To bardzo szlachetnie, proszę pana, — przemówił pocztyljon, chowając pieniądze w cholewę buta.
— Pan coś mówi do ciebie, — zawołał pocztyljon, siedzący na koniu, gdy posłyszał dźwięk monety.
Rozmówiłem się już i zaraz jedziemy.
— Konie nie pójdą.
— Od czego masz ostrogi?
— Choćbym je całe w brzuchy im wpakował, jeszczebym nie ruszył z miejsca; niech mnie Bóg skarze, jeżeli...
Nie dokończył, bo przerwał mu nowy piorun.
— Na taki czas dobrzy chrześcijanie siedzą w domu. A! — co ja widzę... nasz powóz sam się posuwa... Wielki Boże! co to znaczy?...
Rzeczywiście ciężka landara, nie znajdując oporu, sama zaczęła staczać się powoli, a następnie własnym już rozpędem pchana, pędziła coraz szybciej.
Konie, napierane, poniosły i powóz popędził jak strzała po stromej spadzistości, zbliżając się nad przepaść.
Teraz z powozu ukazała się głowa podróżnego.
— Niezdaro! — krzyknął — pozabijasz nas. Na lewo jedź, na lewo!
— Ba! kiedy nie mogę, — odpowiedział woźnica, ściągając lejce i napróżno usiłując konie powstrzymać.
— Józefie! — dał się słyszeć po raz pierwszy głos kobiecy. — Józefie, ratunku! O! święta Madonno!
Niebezpieczeństwo było straszne, i usprawiedliwiało wzywanie Matki Najświętszej.
Powóz, pchany ciężarem, zbliżał się z każdą chwilą ku przepaści.
Przednie konie zdawały się już w nią zapadać. Jeszcze trzy obroty kół, a konie, powóz, ludzie — wszystko runie w otchłań i zostanie zmiażdżone. Wtem z kabrjoletu wyskoczył podróżny, schwycił pocztyljona za kołnierz, podniósł go jak dziecko, rzucił na ziemię, sam zaś wskoczył na kozioł, ujął lejce i głosem potężnym:
— Na lewo!... — krzyknął na konnego pocztyljona — na lewo błaźnie, albo ci w łeb wypalę!
Rozkaz wywarł skutek cudowny; pocztyljon, prowadzący przednie konie, uczynił nadludzki wysiłek, zawrócił powóz przy pomocy podróżnego na środek drogi i popędził po niej z szybkością.
— Prędzej! — zawołał podróżny; — galopem! jeżeli ustaniesz, przejadę po twoim trupie.
Pocztyljon zrozumiał, że to nie żarty.
Powóz pędził z szybkością zdumiewającą; gwałtowny turkot, komin ognisty, czyniły go podobnym do jakiegoś wozu piekielnego, niesionego huraganem.
Podróżni, uniknąwszy jednego niebezpieczeństwa, mieli nad sobą drugie.
Gnała ich chmura przepełniona elektrycznością. Od czasu do czasu nieznajomy podnosił głowę i zaniepokojony wpatrywał się w straszne błyskawice.
Gdy powóz zjechał z góry i z równą szybkością toczył się po płaszczyźnie, nagle chmura się rozdarła, a błyskawica, piorun i grzmot jednocześnie, hukiem straszliwym ogłuszyły i oślepiły podróżnych. Płomień fioletowy, zielonawy, później biały, objął konie. Dyszlowe wspięły się, rwąc uprząż, lejcowe padły, jakby im ziemi pod nogami zabrakło, poczem jeden z nich, na którym siedział pocztyljon, zerwał się, a czując się wolnym, poniósł i znikł z jeźdźcem w ciemnościach. Powóz posuwał się jeszcze przez kilka chwil, aż się wreszcie zatrzymał. Drogę zagrodził mu koń, rażony piorunem. Z głębi landary odezwał się rozpaczliwy głos kobiecy.
Trwoga śmiertelna ogarnęła wszystkich.
Odwaga podróżnego zachwiała się wobec szalejących żywiołów. Kobieta zemdlała. Ale nie o niej najpierw pomyślano. Nieznajomy zeskoczył z kozła i popędził ku tyłowi karety, gdzie uwiązany był śliczny rumak. Stał z grzywą rozwianą, wylękły, z sierścią najeżoną, z okiem błędnem i pianą na pysku. Szlachetne zwierzę daremnie usiłowało zerwać przytrzymujące je więzy, daremnie szarpało się niespokojnie, ale gdy pan jego gwizdnął i pogłaskał je podług zwyczaju, zarżało, widocznie go poznając.
— Jeszcze ten koń djabelski! — dał się słyszeć głos drżący z wnętrza powozu — przeklęte zwierzę!
Następnie tenże głos zniecierpliwiony i gniewny odezwał się po arabsku:
Nhe goullac hogoud shaked haffrit![2]
— Nie gniewaj się na Dżerida, mistrzu, wyrzekł podróżny — bał się, a miał czego, doprawdy!

Poczem odwiązał konia, zaprzągł do dyszla, a sam, rozchyliwszy firanki, wszedł do wnętrza powozu i drzwi zamknął za sobą.

II
ALTHOTAS

Podróżny znalazł się w powozie obok starca o oczach siwych, nosie krogulczym i rękach drżących; prawą ręką przewracał on karty rękopisu pergaminowego, zatytułowanego „La Chivre del Gabinetto“ w lewej trzymał wielką łyżkę srebrną.
Ta postać, ta twarz o zmarszczkach nieruchomych, na której oczy tylko i usta wydawały się żyjącemi, to wszystko zresztą, co się tu znajdowało, było widocznie dobrze znane przybyłemu, nie zwracał bowiem żadnej uwagi na szczególne umeblowanie wnętrza landary.
Trzy ściany landary owej zawieszone były półkami, pełnemi książek, ponad któremi na mniejszych półeczkach stały w wielkiej ilości flaszeczki, słoiki i pudełka, oprawione w drewniane podstawy, niby naczynia szklane na okręcie. Każdy potrzebny sobie przedmiot starzec mógł dosięgnąć z łatwością, posuwał tylko fotel, który w miarę potrzeby, zapomocą maszynerji wewnątrz ukrytej, zniżał się lub podnosił.
Pokój, jak nazywać będziemy wnętrze, był ośm stóp długi, sześć szeroki i sześć wysoki. Wprost drzwi, przy czwartej ścianie, miał kominek z mieszkiem i rusztem. Tu obecnie rozpalało się do białości naczynie z miksturą, z której dym białawy ulatniał się rurą, wyprowadzoną na wierzch powozu.
Pośród flaszek, pudełek, książek i papierów, rozrzuconych w malowniczym nieładzie, widniały szczypce miedziane, węgle, moknące w przeróżnych preparatach, duże naczynie, do połowy napełnione wodą i wiszące u sufitu pęki ziół świeżych i suchych. Wszystko to wydawało woń silnie aromatyczną.
W chwili gdy wchodził podróżny, starzec przesunąwszy fotel z nadzwyczajną zręcznością do ogniska, szumowął miksturę z uwagą i wielkiem przejęciem. Oderwany przypadkowo od zajęcia, nacisnął na uszy czapkę aksamitną, niegdyś czarną, z pod której wysuwały się rzadkie kosmyki siwych włosów, i z widoczną złością wyciągnął z pod kółek fotelu połę szaty jedwabnej watowanej, wytartej od dziesięcioletniego użycia, jak łachman.
Był w jaknajgorjszym humorze.
— Boi się, przeklęte zwierzę; ale czego? Szarpnął tak mocno, że piecyk się zatrząsł i wylała mi się czwarta część eliksiru na ogień. Acharacie! proszę cię, na miłość Boga, porzuć to bydlę po drodze w jakiej pustyni.
Podróżny się uśmiechnął.
— Po pierwsze, mistrzu, nie jesteśmy już w pustyni, jesteśmy we Francji; po drugie, nie mogę pozbywać się konia, który wart jest tysiąc luidorów i pochodzi z rasy Al-Borach.
— Tysiąc luidorów!... tysiąc luidorów!... dam ci, jeżeli chcesz, nawet dwa tysiące, bo więcej niż miljon kosztuje mnie ten twój koń przeklęty, nie wliczając w to dni życia, które mi odkrada.
— Cóż tam znowu uczynił ten biedny Dżerid?
— Co uczynił? Gdybym miał był jeszcze kilka minut spokojnych, eliksir byłby się zagotował i nie byłaby się rozlała ani kropla, co Borri bezwarunkowo zaleca.
— Poczekaj więc, mistrzu kochany, kilka sekund jeszcze, a płyn zakipi na nowo.
— A tak! zakipi! Przekleństwo, Acharacie! ogień gaśnie, coś widocznie leci kominem!...
— Wiem co — odparł uczeń — woda.
— Jakto woda? Stracony zatem eliksir! Muszę od początku zaczynać, jakgdybym miał wieki czasu przed sobą! Boże! wielki Boże! — wykrzyknął stary mędrzec, wznosząc z rozpaczą ręce do nieba: woda! jaka to woda? Acharacie, odpowiedz!
— Czysta woda z nieba, mistrzu; deszcz pada, czyś nie zauważył?
— Alboż mogę co widzieć, będąc zajętym?... Woda!... Acharacie, na moją duszę, nie ścierpię tego! Od sześciu miesięcy błagam cię o nakrycie komina, — Żeby to jeszcze od sześciu miesięcy tylko. Dlaczego nie pomyślisz o tem. Nie masz przecie nic innego do roboty, a przytem młody jesteś. Patrz, co się dzieje, dzięki twemu niedbalstwu!... Dziś deszcz, jutro wiatr psują wyrachowania, niweczą pracę moją — a wiesz dobrze, na Jowisza, że muszę się spieszyć. — Dzień mój nadchodzi, a jeszczem nie gotów. Jeżeli nie odnajdę eliksiru życia, co będzie z mądrym, uczonym Althotasem?
Rozpoczynam setny rok życia, 13 lipca o 11-ej wieczór; na ten dzień eliksir musi być gotowy.
— Zdaje mi się, kochany mistrzu, że wszystko idzie jak najlepiej — powiedział Acharat.
— Czyniłem próby, lewa ręka sparaliżowana odzyskała władzę; mam także i tę korzyść, że jadam raz na dwa dni tylko. Jedna łyżeczka eliksiru, choć nie taki jest, jak należy, od czasu do czasu zażyta, podtrzymuje moje siły.
Gdybym miał jeden listek rośliny, obok której tysiąc razy możeśmy przejechali, którą końmi lub kołami stratowaliśmy nieraz, gdybym miał, Acharacie, jeden listek tej rośliny, o której Pliniusz wspomina, że uczeni jej znaleźć ani poznać nie umieli...
— Trzebaby koniecznie zapytać o jej nazwisko, Lorenzy uśpionej, nieprawdaż?
— Uspokój się mistrzu, zapytam jej o to.
— Ale tymczasem mój eliksir jeszcze nie gotów — odpowiedział uczony z głębokiem westchnieniem, potrzebuję trzy razy po piętnaście dni, aby naprawić to, co się zepsuło. Strzeż się, Acharacie, stracisz prawie tyle, co ja, w dniu mojej śmierci.
— Lecz co to za hałas? Czy to turkot powozu?
— Nie, mistrzu, to grzmoty.
— Więc burza?
— Tak, burza, która o mało życia nas nie kosztowała.
— Widzisz, — rzekł starzec, uderzając ręką o wyschłe kolano, aż kość zatrzeszczała, — widzisz na co narażasz mnie przez swoją lekkomyślność. Acharacie, mógłbym zginąć od pioruna, mógłbym być zabity przez iskrę elektryczną, którą, gdybym tylko miał czas, zmusiłbym, aby zstąpiła do pieca i ogrzewała ten oto tygiel.
Nie dość żem jest wystawiony na złość i głupotę ludzką, narażasz mnie jeszcze na niebezpieczeństwo, któremu tak łatwo można było zaradzić?
— Wybacz, mistrzu, ale nie rozumiem...
— Jakto! czy nie odkryłem ci systemu słupów piorunowych? Jak skończę z eliksirem, opowiem ci to raz jeszcze, bo teraz nie mam czasu.
— Więc przypuszczasz, że można opanować pioruny?
— Nietylko można je ujarzmić, ale poprowadzić dokąd się podoba. Kiedyś, gdy przekroczę drugą pięćdziesiątkę, oczekując spokojnie trzeciej, nałożę piorunom wędzidło stalowe i kierować niemi będę, jak ty Dżeridem. Tymczasem każ-że zrobić mi daszek nad kominem, błagam cię, Acharacie!
— Uczynię to, bądź spokojny.
— Uczynię, uczynię... zawsze mówisz w czasie przyszłym, jakby jutro do nas należało. Nie, nigdy nie będę zrozumiany! — wykrzyknął starzec, załamując ręce rozpaczliwie. — On mi każe być spokojnym, kiedy za trzy miesiące, jeżeli nie przygotuję eliksiru, wszystko się dla mnie skończy. Niechaj jednak przebrnę drugą pięćdziesiątkę, niechaj odzyskam młodość, sprężystość członków i zdolność do czynu! o! wtedy nie będę nikogo potrzebował i nikt mi wtedy nie powie: „zrobię“, bo mu odpowiem:
Już zrobiłem!
— Czy będziesz mógł w końcu powiedzieć to samo o naszem wielkiem zadaniu?
— O! gdybym miał taką pewność co do wynalezienia eliksiru, jak co do zrobienia brylantów.
— Mistrzu!... więc to prawda?
— Prawda, ponieważ już je zrobiłem.
— Zrobiłeś?
— Idź i zobacz!
— Gdzie?
— Tam, z prawej strony, w szklanem naczyniu.
Podróżny porwał chciwie wskazane naczynie; był to kubeczek kryształowy, niezwykle cienki, w którego wnętrzu znajdował się proszek.
— Czy to proszek djamentowy?... — wykrzyknął młody człowiek.
— Naturalnie, że djamentowy! przypatrz się tylko dobrze.
— O! widzę brylant wielkości ziarnka prosa.
— Wielkość nie znaczy nic; wynajdziemy sposób łączenia tego proszku; z każdego jego ziarnka będzie ziarno duże jak groch.
Tylko, na Boga!... drogi Acharacie, każ zrobić daszek nad kominem i konduktor piorunowy!... Niech mi woda nie kapie — niech pioruny idą na bory i lasy.
— Dobrze, dobrze, bądź spokojny mistrzu!
— Zawsze to samo nieśmiertelne: bądź spokojny! O! młodości szalona, zarozumiała! — zawołał stary z grobowym śmiechem, odsłaniającym bezzębne szczęki.
— Mistrzu — podchwycił Acharat — ogień twój gaśnie, tygiel stygnie; co znajduje się w tym tyglu?
— Idź i zobacz! Acharat odkrył naczynie i ujrzał kawałek węgla zeszklonego, wielkości orzecha.
— Djament! — wykrzyknął.
Lecz zaraz dodał:
— Ale plamisty, bez wartości.
— Bo ogień wygasł, Acharacie, bo przykrycia nie było nad kominem, czy słyszysz?
— Przebacz, mistrzu, — rzekł młodzieniec, obracając djament, to błyszczący, to znów matowy. — Przebacz i posil się, pokrzep swe siły.
— Nie potrzebuję, przed dwoma godzinami wypiłem łyżeczkę eliksiru.
— Mylisz się mistrzu, piłeś o szóstej rano!
— A teraz która godzina?
— Druga po północy.
— Boże! — zawołał uczony, składając ręce — znów jeden dzień stracony! Dni coraz krótsze, czyż już nie składają się z dwudziestu czterech godzin?
— Jeżeli jeść nie chcesz, to zaśnij, mistrzu, choć na chwilę.
— Dobrze, zasnę na dwie godziny; spójrz na zegarek i obudź mnie po upływie tego czasu.
— Obudzę.
— Acharacie!... — dorzucił starzec głosem pieszczotliwym — gdy zasypiam, strach mnie ogarnia, czy to nie na wieki.
— Przysięgnij, że mnie obudzisz!
— Przysięgam ci, mistrzu!
— Za dwie godziny?
— Dobrze, mistrzu!
Gdy to mówili, dał się słyszeć na drodze tętent konia i krzyk, zdradzający niepokój i zdziwienie.

— Co to może znowu znaczyć? — zawołał nieznajomy i jednym skokiem znalazł się na gościńcu.

III
LORENZA FELICIANI

Oto co się zdarzyło na drodze podczas rozmowy podróżnego z uczonym.
Gdy konie lejcowe powaliły się od pioruna, a dyszlowe cofnęły się gwałtownie, kobieta w kabrjolecie zemdlała. Długą chwilę leżała bez czucia, ponieważ jednak strach tylko był powodem jej omdlenia, powoli przyszła do siebie.
— Boże! — zawołała — czyż nikt mi nie pospieszy z pomocą? — czy sama jestem zupełnie?...
— Pani! — odezwał się głos nieśmiały — jeżeli pozwolisz, ja tu jestem na twoje usługi.
Na dźwięk tego głosu młoda kobieta wyprostowała się, i wychyliwszy głowę z poza firanek, znalazła się nawprost młodzieńca, stojącego na stopniach powozu.
— Czy to pan mówiłeś? — zapytała.
— Ja, pani — odrzekł młodzieniec.
— Pan mi ofiarowałeś swoją pomoc?
— Ja, pani.
— Co się to stało, powiedz mi pan?
— Piorun uderzył i zerwał lejce przednich koni, które uciekły, unosząc pocztyljona.
Kobieta obejrzała się niespokojnie.
— A ten... który z kozła powoził, gdzie jest?
— Wszedł w tej chwili do powozu.
— I nic mu się nie stało?
— Nic a nic.
— Jesteś pan pewny tego?...
— Jak najpewniejszy.
— Chwała Bogu!...
Młoda kobieta uspokoiła się i po chwili zapytała:
— A pan gdzie się znajdował, że tak w porę przybył mi z pomocą?
— Zaskoczony burzą, schowałem się w jaskini, która jest zejściem do kopalni, gdy naraz ujrzałem pędzący powóz. Sądziłem, że konie go ponoszą, przekonałem się jednak, iż trzyma je ręka silna i wprawna... Naraz nowy straszliwy huk piorunu obezwładnił mnie zupełnie. To, co opowiadam, wydaje mi sennem widziadłem.
— Nie jesteś pan zatem pewny, czy ten kto powoził z kozła jest obecnie wewnątrz powozu?
— Ależ pani, — ocknąwszy się z osłupienia, widziałem doskonale jak tam wchodził.
— Sprawdź pan to z łaski swojej raz jeszcze, proszę pana...
— W jaki sposób mam to uczynić?...
— Nasłuchując. Jeżeli jest w powozie, to będzie słychać dwa głosy...
Młodzieniec skoczył na stopień, nachylił się do pudła karety i słuchał.
— Może pani być zupełnie spokojna — rzekł powracając.
Kobieta skłoniła głowę i wpadła w zadumę; młody człowiek patrzył na nią uważnie.
A miał na co patrzyć. Była to bowiem śliczna dwudziesto-czteroletnia brunetka, o płci ciemnej, matowej. Cudne niebieskie oczy, wzniesione w górę, błyszczały jak gwiazdy, a włosy czarne, niepudrowane, wbrew ówczesnej modzie, spadały na szyję o odcieniach opalu.
Naraz powzięła zamiar jakiś.
— Gdzie się teraz znajdujemy? — zapytała.
— Na drodze ze Strasburga do Paryża, o dwie mile od Pierrefitte.
— Co to jest Pierrefitte?
— Małe miasteczko.
— A za Pierrefitte co będzie?
— Bar-le-Duc.
— Czy to także miasto?
— Tak pani.
— Ludne?...
— Ma cztery, czy pięć tysięcy mieszkańców.
— Czy niema stąd jakiej bliższej drogi do Bar-le-Duc?
— Niema, a przynajmniej ja o niej nie wiem.
Peccato! — rzekła zcicha, cofając się do kabrjoletu.
Młodzieniec poczekał jeszcze chwilę, a widząc że jest niepotrzebny, chciał się oddalić. Poruszenie to wyrwało kobietę z zadumy.
— Panie! — zatrzymaj się — zawołała.
— Jestem na usługi, — rzekł zbliżając się.
— Jedno chcę jeszcze zadać panu pytanie!
— Słucham.
— Z tyłu powozu był koń uwiązany.
— Nie ma go już tam, proszę pani; człowiek, który wszedł do powozu, przywiązał go z boku.
— Jest to koń niezmiernie cenny, pragnę się przekonać czy zdrów i cały; jak mogę go zobaczyć?
— Chętnie przyprowadzę go pani.
— O! uczyń to pan, proszę, będę panu nieskończenie wdzięczna.
Młodzieniec zbliżył się do konia, który zarżał, podnosząc głowę.
— Nie bój się pan!... — odezwała się kobieta, łagodny jest jak baranek.
Później głos trochę zniżając:
— Dżerid! Dżerid! — zawołała.
Młodzieniec zaczął odwiązywać zwierzę, które poczuwszy rękę niewprawną, szarpnęło się i uwolniwszy się ruchem gwałtownym, odskoczyło o dwadzieścia kroków od powozu.
— Dżerid! — zawołała kobieta głosem pieszczotliwym, — Dżerid, zbliż się tutaj!
Arabczyk wstrząsnął pięknym łbem, wciągnął powietrze gwałtownie i w lansadach, jakby w takt muzyki, zbliżył się do kabrjoletu.
Kobieta wychyliła się do połowy.
— Chodź tu, Dżerid, chodź — powiedziała.
Posłuszne zwierzę wyciągnęło łeb.
Młoda kobieta jedną rączką pochwyciła za grzywę konia, a opierając się drugą o kabrjolet, wskoczyła na siodło z lekkością widma z ballady niemieckiej.
Młodzieniec chciał rzucić się ku niej; lecz ruchem rozkazującym wstrzymała go na miejscu.
— Słuchaj pan — rzekła — choć młody jesteś, a raczej właśnie dlatego żeś młody, nie obce ci być powinno poczucie ludzkości. Nie przeszkadzaj mi. Uciekam od ukochanego, bo przedewszystkiem jestem rzymianką i katoliczką.
Gdybym z nim dłużej jeszcze przestawała, człowiek ten zgubiłby moją duszę. To ateusz, czarnoksiężnik, którego Bóg ostrzega głosem piorunów. Oby usłuchał przestrogi! Powiedz mu, coś słyszał odemnie i bądź błogosławiony za udzieloną mi pomoc. Żegnam!...
Po tych słowach lekka jak mgła puściła galopem Dżerida.
Widząc ją znikającą, młodzieniec wydał okrzyk zdziwienia.

Ten to okrzyk obudził czujność podróżnego.

IV
GILBERT

Podróżny wyszedł spiesznie z karety, zamykając starannie drzwi za sobą i spojrzał bystro dokoła.
Najpierw spostrzegł młodzieńca, który stał zmieszany i przestraszony. Światło błyskawicy pozwoliło mu zobaczyć go dokładnie.
Był to chłopiec lat szesnastu do siedmnastu, mały, chudy, nerwowy, oczy jego czarne były ładne, choć brakowało im słodyczy; nos miał cienki, orli, usta drobne; policzki wydatne oznaczały powściągliwość i chytrość, gdy jednocześnie broda, wystająca i zaokrąglona, znamionowała stanowczość.
— Czyś to ty krzyczał przed chwilą?... — zapytał podróżny.
— Tak panie, to ja — odpowiedział chłopiec.
— A dlaczego?
— Bo... bo... i — zamilkł.
— Bo co? — powtórzył podróżny.
— Bo, proszę pana... w tym kabrjolecie siedziała jakaś dama.
— Tak jest.
— Był także koń, uwiązany do resorów powozu...
— Tak; ale gdzież on, u djabła?
— Dama z kabrjoletu odjechała na nim.
Podróżny nie krzyknął, ani nie wymówił słowa; skoczył do kabrjoletu, odsłonił firanki i przy świetle błyskawicy ujrzał puste wnętrze.
— Na krew Chrystusa! — ryknął wściekle i opuścił ręce.
— Dopędzać Dżerida na jednym z tych koni — wyrzekł — znaczyłoby wysłać w pogoń żółwia za gazellą... Dowiem się jednak, dokąd się udała, jeżeli tylko...
Wyjął spiesznie z kieszeni pugilares, w którego przegródce znajdował się pukiel czarnych włosów, zawiniętych w papier.
Na widok włosów tych, twarz podróżnego wypogodziła się i uspokoiła.
— Odnajdę ją — rzekł, przeciągając ręką po czole spoconem — odnajdę z pewnością. Czy kazała mi co powiedzieć?
— Kazała powiedzieć, iż nie z nienawiści pana porzuca, lecz że jest dobrą chrześcijanką... pan zaś...
Młodzieniec się zawahał.
— Ja zaś? — powtórzył podróżny.
— Nie wiem, jak to wyrazić? — powiedziała, że pan jesteś ateuszem, niedowiarkiem, któremu Bóg tej nocy ostatnie zesłał ostrzeżenie, powiedziała, że błaga pana, abyś tej przestrogi usłuchał.
— I to wszystko, co ci powiedziała?
— Wszystko.
— Dosyć, mówmy o czem innem.
Przy tych słowach ostatnia chmura zeszła z czoła nieznajomego.
Młodzieniec patrzył na tę twarz, odbijającą sprzeczne uczucia, patrzył z ciekawością, dowodząc, że i on umiał obserwować.
— A teraz — wyrzekł podróżny — powiedz mi, młody przyjacielu, jak się nazywasz?
— Gilbert, proszę pana!
— Gilbert? tylko Gilbert? — ależ to tylko imię chrzestne?
— Jest to moje nazwisko rodzinne.
— Widocznie, kochany Gilbercie, Opatrzność postawiła cię na mej drodze. Prowadź mnie więc do końca. Wskaż mi schronienie jakie na noc dzisiejszą.
— Niedaleko jest skała, pod którą ukryłem się przed burzą.
— Ba, wolałbym coś w rodzaju domu — z dobrą kolacją i wygodnem łóżkiem.
— O to będzie trochę trudniej.
— Czyż tak daleko stąd do jakiej wioski?
— Najbliższa, Pierrefitte, leży o półtorej mili.
— Półtorej mili? toż my w noc tak ciemną i burzliwą nie zajedziemy i we dwie godziny. Pomyśl, przyjacielu, czy nie ma bliżej czego lepszego?
— Jest tu o trzysta kroków zamek Taverney.
— To jedźmy do zamku!... czemuż odrazu o tem nie powiedziałeś?
— Jakto? — podchwycił chłopiec zdziwiony — przecież zamek Taverney nie jest zajazdem?
— Czy w nim kto mieszka?
— A mieszka.
— Któż taki?
— Baron de Taverney.
— Któż to ten pan baron?
— To ojciec panny Andrei.
— Bardzo mi przyjemnie dowiedzieć się o tem, — rzekł podróżny z uśmiechem — ale ja pytam co to za człowiek ten baron?
— Stary, sześćdziesięcioletni magnat, który, jak mówią, był kiedyś bardzo bogatym.
— A teraz zbiedniał?... — Zwykła historja. Prowadź nas, przyjacielu, do pana barona de Taveney.
— Do barona de Taverney? — zawołał chłopiec przestraszony.
— Czyżbyś mi odmówił tej przysługi?
— Nie panie; ale... ale on was nie przyjmie.
— Co?... nie przyjmie szlachcica, zabłąkanego podczas burzy? To chyba niedźwiedź z niego, a nie baron.
— Tak, niby...
— Nic nie szkodzi, spróbuję!
— Ja panu nie radzę — podchwycił Gilbert.
— No, przecie mnie ten baron nie pożre!
— Ale zamknie panu drzwi przed nosem.
— To je wyłamiemy — bylebyś wskazał nam drogę...
— Nie odmawiam.
— Więc ruszajmy...
Podróżny wyjął małą latarkę z kabrjoletu.
Gilbert pewny był, że dla zapalenia jej nieznajomy wejdzie do powozu i że wtedy będzie mógł przez okienko drzwiczek zobaczyć, co się tam wewnątrz znajduje.
Lecz nieznajomy nie zbliżył się nawet do karety, latarkę zaś podał Gilbertowi.
— Co mam z tem zrobić?
— Będziesz nam przyświecał, a ja poprowadzę konie.
— Ależ w latarce niema światła!
— Zaraz ją zapalimy.
— Zapewne masz pan ogień w powozie.
— I w kieszeni także — odpowiedział podróżny.
— Ciężko to chyba będzie zatlić hubkę podczas deszczu.
Podróżny uśmiechnął się.
— Otwórz latarkę — rzekł.
Gilbert usłuchał.
— Osłoń mi ręce kapeluszem.
Gilbert znów usłuchał, patrząc ciekawie na przygotowania. Nie znał bowiem innego sposobu rozniecania ognia jak za pomocą krzesiwa.
Podróżny wydobył z kieszeni srebrny futeralik, wyjął zapałkę, otworzył drugą stronę futeralika, zagłębił zapałkę w masę, jaka się tam znajdowała, i drewienko zapaliło się z trzaskiem.
Na ten widok Gilbert zadrżał.
Uśmiech zjawił się znów na wargach nieznajomego, wobec tego zdziwienia, bardzo naturalnego w epoce, gdzie zaledwie kilku chemików znało fosfor i trzymało tę wiadomość w tajemnicy, zachowując ją do osobistych doświadczeń. Podróżny zapalił świecę i, zamknąwszy futeralik, schował go do kieszeni.
Młodzieniec pożerał oczami tę nowość; dużoby bardzo oddał, za posiadanie takiego cudownego skarbu.
— Teraz, gdy mamy światło, będziesz nas prowadził?...
— Służę panu — odpowiedział Gilbert.
Młodzieniec poszedł naprzód, towarzysz zaś jego ujął konie za cugle i skłonił do ruszenia z miejsca.
Nieznajomy pierwszy przerwał milczenie.
— Widzę, że znasz dobrze barona de Taverney, mój przyjacielu!... powiedział.
— Rzecz bardzo prosta, bo jestem u niego od dzieciństwa.
— Może to twój krewny?
— Nie, panie.
— Więc opiekun?
— I to nie.
— A zatem twój pan?
Na słowo „pan“ młodzieniec zadrżał i krew zabarwiła twarz jego, zazwyczaj bladą.
— Ja nie jestem służącym — odparł.
— Musisz przecie być czemśkolwiek — zauważył podróżny.
— Jestem synem dawnego dzierżawcy barona; matka moja wykarmiła pannę Andreę.
— A!... rozumiem: wychowałeś się w tym domu, jako brat mleczny młodej panienki, bo przypuszczam, że córka barona jest młoda?
— Ma lat szesnaście.
Gilbert zamilczał o tem, jak był w tym domu traktowany.
Podróżny zauważył to, skierował zatem rozmowę na inny przedmiot.
— Skądże znalazłeś się na drodze w taką burzę? — zapytał.
— Nie byłem na drodze, ale w jaskini przy drodze.
— Coś tam robił?
— Czytałem.
— Czytałeś?
— Tak.
— A co czytałeś?
Umową społeczną Jana Jakóba Rousseau.
Nieznajomy z podziwem spojrzał na niego.
— Zapewne wziąłeś tę książkę z bibljoteki barona?
— Nie, panie, kupiłem ją sobie.
— Gdzie? czy w Bar-le-Duc?
— Kupiłem ją u kolportera; dużo ich chodzi po wsiach od niejakiego czasu i z dobremi dziełami.
— Kto ci powiedział, że „Umowa społeczna“ jest dobrą książką?
— Sam to poznałem, czytając.
— Czytałeś więc i złe książki, kiedy umiesz odnaleźć różnicę.
— O! czytałem.
— A co nazywasz złemi książkami?
— Nazywam złemi takie, jak: le Sola, Tanzai i Neadarme i wiele innych w tym rodzaju.
— Skądżeś, u djabła, wyciągnął te dzieła?
— Z bibljoteki barona.
— A skąd baron może brać te nowości, mieszkając w takiem ustroniu?
— Przysyłają mu je z Paryża.
— Ale jakim sposobem taki biedak, jak powiadasz, może wydawać pieniądze, na takie niedorzeczności?
— On nie kupuje, dają mu je darmo.
— Dają mu? któż taki?
— Jeden z bogatych jego przyjaciół.
— Czy wiesz, jak się nazywa ten magnat?
Książę Richelieu.
— Jakto! stary marszałek?
— Tak, marszałek, ten sam.
— Spodziewam się, że baron nie rozkłada tych książek przed panną Andreą.
— Owszem, pełno ich po wszystkich kątach.
— Czy panna Andrea także jest takiego jak ty zdania o tych książkach? — zapytał podróżny, uśmiechając się złośliwie.
— Panna Andrea nie czyta ich — odpowiedział sucho Gilbert.
Podróżny zamilkł na chwilę. Znać było, że natura chłopca niepospolita, mieszanina złego i dobrego, wstydliwości i zuchwalstwa, zajmowała go pomimo woli.
— Dlaczego czytałeś te książki, wiedząc, że nie są dobre? — ciągnął dalej ten, którego stary mędrzec nazywał Acharatem.
— Nie znałem ich wartości, gdym brał je do ręki.
— A oceniłeś je z łatwością?
— Z łatwością...
— I pomimo to czytałeś dalej?
— Czytałem do końca.
— W jakim celu?
— Uczyły mnie rzeczy nieznanych.
— A Umowa społeczna?
— Uczy mnie tego, co odgadywałem.
— Czegóż?
— Że wszyscy ludzie są braćmi, że społeczeństwa źle są zorganizowane i że się kiedyś wszyscy zrównamy.
— A tak! — westchnął podróżny.
Nastała chwilowa cisza. Podróżny prowadził konie, Gilbert niósł latarnię.
— Pragniesz bardzo się uczyć, mój przyjacielu? — zapytał.
— To moje jedyne życzenie.
— A czego chciałbyś się uczyć?
— Wszystkiego — odpowiedział chłopiec.
— Dlaczego chcesz się uczyć?
— Aby się wynieść wyżej.
— Do jakiej wysokości?
Gilbert zawahał się. Widocznie cel miał upatrzony, lecz nie chciał wypowiedzieć tej tajemnicy.
— Dokąd tylko człowiek może dosięgnąć — dodał po chwili.
— A czy chociaż nauczyłeś się czego?
— Nic do tego czasu. — Jak mogłem się uczyć, będąc biednym i mieszkając w Taverney?
— Jakto! nie posiadasz nawet początków matematyki?
— Nie.
— Ani fizyki? ani chemji?
— Nie. Umiem tylko czytać i pisać; lecz wszystko będę umiał.
— Kiedy?
— Niedługo.
— Jakim sposobem?
— Nie wiem; lecz będę umiał.
— Szczególne dziecko! — rzekł zcicha podróżny.
— A później... — mówił Gilbert do siebie.
— Co późnej?...
— A tak!
— Co — a tak?...
— Nic.
Podróżny i przewodnik jego szli już przeszło kwadrans. Deszcz ustał zupełnie, a ziemia wydawała ostry zapach, jak zwykle na wiosnę po burzy gwałtownej.
Gilbert rozmyślał głęboko.
— Proszę pana — odezwał się nagle — czy pan wie, co to jest burza?
— Wiem, naturalnie.
— Pan?
— Tak, ja.
— Pan wie co to burza? A skąd się biorą pioruny?
Podróżny uśmiechnął się.
— Jest to zetknięcie się dwojakiej elektryczności, z chmury i z ziemi.
Gilbert westchnął.
— Nie rozumiem — rzekł.
Może podróżny byłby to zrozumiałej wytłumaczył chciwemu wiedzy młodzieńcowi, lecz na nieszczęście pomiędzy liśćmi zabłysło światło.
— A! odezwał się nieznajomy — co to jest?
— To Taverney.
— Więc już przybyliśmy?
— To brama wjazdowa.
— Otwórz ją.
— Brama z Taverney, proszę pana, nie otwiera się zwyczajnie.
— Więc to forteca, to twoje Taveney?
No, zastukaj!
Gilbert zbliżył się nieśmiało do bramy i zastukał raz jeden.
— O! — rzekł podróżny — nie usłyszą cię wcale — stukaj mocniej!
Rzeczywiście nic nie wskazywało, ażeby wezwanie Gilberta odniosło skutek. Cisza panowała grobowa.
— Nie bój się niczego, odpowiedzialność biorę na siebie.
Gilbert już się nie wahał dłużej i walił z całych sił, że na milę wokoło dźwięk się rozlegał.
— Na honor! jeżeli twój baron nie usłyszy, to chyba jest głuchy jak pień — wyrzekł nieznajomy.
— O! już Mahon zaszczekał — odpowiedział chłopiec.
— Zapewne z grzeczności dla przyjaciela, księcia Richelieu, pies tak się nazywa?
— Nie rozumiem.
— Mahon, to ostatnia zdobycz marszałka.
Gilbert znów westchnął.
— Niestety! ja nic nie wiem, jak panu to już mówiłem.
Dwa te westchnienia zwiastowały podróżnemu cały szereg ukrytych cierpień i pragnień tłumionych.
Nareszcie dał się słyszeć odgłos kroków.
— Aha!... — rzekł nieznajomy.
— To starowina La Brie — oznajmił Gilbert.
Brama się rozwarła, lecz La Brie, zaskoczony znienacka widokiem nieznajomego i oryginalnej landary, chciał zamknąć ją coprędzej.
— Wybacz, przyjacielu!... — odezwał się nieznajomy — my tu właśnie przybyliśmy i nie można zatrzaskiwać nam drzwi przed nosem.
— Muszę jednak uprzedzić pana barona o tej niespodziewanej wizycie...
— Nie trudź się, wierzaj mi, zgadzam się nawet na kwaśne przyjęcie, ale, jeżeli zechcą mnie wypędzić, zaręczam, że nie uda im się to prędzej, aż się ogrzeję, osuszę i posilę. Słyszałem, że macie dobre wino, ty o tem musisz coś wiedzieć.
La Brie, zamiast odpowiedzi, spróbował oporu, ale podróżny ani myślał ustąpić. Wprowadził konie i powóz, poczem dopiero Gilbert zamknął bramę. La Brie, widząc się pokonanym, postanowił sam oznajmić przegraną i biorąc stare nogi za pas, pobiegł w stronę domu, wrzeszcząc z całych sił:
— Nicolino! Nicolino!
— Kto jest ta Nicolina? — zapytał nieznajomy, idąc jak najspokojniej w stronę zamku.
— Nicolina? — powtórzył Gilbert z lekkim drżeniem.
— Tak, Nicolina, której woła ten totumfacki.
— To pokojówka panny Andrei.
Na krzyk La Brie, światło zamigotało pod drzewami i ukazał się śliczny buziak młodej dziewczyny.
— Czego chcesz odemnie, La Brie, co znaczy ten hałas? — zapytała.
— Prędko, Nicolino, prędko; idź powiedź panu baronowi, iż jakiś obcy, zaskoczony burzą prosi o gościnność.
Nicolina nie dała sobie tego powtarzać, pomknęła lekko w stronę pałacu i znikła z oczu obecnych.
La Brie, uspokoiwszy się, że baron został już uwiadomiony, przystanął dla nabrania tchu.
Niezadługo poselstwo odniosło skutek, bo z ganku, z pomiędzy akacyj, odezwał się głos ostry i rozkazujący:
— Któż to jest? Co to za jeden? Jak się do kogo przychodzi, to przynajmniej wypada podać nazwisko.
— Czy to baron? — zapytał La Brie’ego sprawca całego zamieszania.
— Tak, panie — odpowiedział biedny człeczyna, przejęty trwogą; czy pan słyszy, czego chce?
— Żąda mego nazwiska... nieprawdaż?
— Tak. A ja zapomniałem zapytać pana.
— Oznajmij barona Józefa Balsamo — odrzekł podróżny. To może rozbroi twego pana.
La Brie, ośmielony, oznajmił to swemu panu.
— Dobrze, dobrze — odburknął głos gniewny — niech wejdzie, kiedy już jest... Proszę iść tędy...
Nieznajomy poszedł szybkim krokiem, dochodząc jednak do ganku, obejrzał się, czy Gilbert idzie za nim.

Gilberta nie było.

V
BARON DE TAVERNEY

Chociaż o ubóstwie barona de Tavemey uprzedzony został przez Gilberta nieznajomy, który się podał za barona Józefa Balsamo, zdziwił się jednak, gdy zobaczył mizerne domostwo, szumnie przez młodzieńca ochrzczone mianem zamku.
Dom był jednopiętrowy, w kształcie długiego prostokąta, a po obu jego stronach wznosiły się dwa kwadratowe pawilony, jakby baszty. Przy bladem świetle księżyca, przepływającego pomiędzy chmurami, poszarpanemi przez huragan, nieregularna ta całość nie była jednak pozbawiona pewnego malowniczego uroku. Sześć okien na dole, dwa w każdej baszcie, czyli po jednem na każdem piętrze, szeroki ganek, którego obszerne schody, tworzyły na każdem spojeniu głębokie szpary, oto była całość, jaka się przedstawiała przybyszowi, zanim przestąpił próg, gdzie, jak powiedzieliśmy, oczekiwał na niego baron w szlafroku, ze świecznikiem w ręku.
Baron de Taverney był to niski staruszek, sześćdziesiąt czy sześćdziesiąt pięć lat liczący, oczy miał żywe, czoło wysokie, lecz w tył podane, nosił zużytą perukę, której pukle, oszczędzone przez szczury w szafie, pomaleńku poopalały się od świec. W ręku trzymał serwetę podejrzanej białości, co oznaczało, że przeszkodzono mu w chwili, kiedy miał siadać do stołu.
Twarz jego złośliwa, w której możnaby odnaleźć pewne podobieństwo do Voltaire‘a, ożywiona była w tej chwili jak łatwo było zauważyć dwoma uczuciami: grzeczność wymagała, ażeby się uśmiechał do nieznajomego gościa, niecierpliwość zaś zamieniała ten uśmiech w skrzywienie żółciowego rozdrażnienia i złości. Oświecone drżącemi błyski świecznika oblicze barona de Taverney, mogło uchodzić za bardzo brzydkie.
— Panie! odezwał się szorstko, czy mogę wiedzieć, jakiemu szczęśliwemu przypadkowi zawdzięczam przyjemność pańskiego przybycia?
— Tej burzy, panie, która przestraszyła konie, tak że poniosły i omało mi nie rozbiły powozu.
Zostałem sam na gościńcu, jak palec, bez pocztyljonów, bo jeden z nich spadł, drugi uciekł z koniem i dopiero młody chłopiec, którego spotkałem, wskazał mi drogę, prowadzącą do zamku, ręcząc mi za pańską znaną gościnność.
Baron podniósł świecznik, dla oświetlenia szerszej przestrzeni, aby zobaczyć owego chłopca, któremu zawdzięczał wspomnianą przed chwilą przyjemność.
Podróżny także się obejrzał, aby się przekonać raz jeszcze, czy młody jego przewodnik zbiegł.
— A czy pan wie, jak nazywa się ten, który panu wskazał mój zamek? — zapytał baron de Taverney, z twarzą człowieka, pragnącego dowiedzieć się: komu wyrazić ma swoją wdzięczność.
— Młodzieniec ten, o ile mi się zdaje, nazywa się Gilbert.
— A! a! Gilbert; nigdybym się nie spodziewał, aby był zdatnym choćby do tego. O! ten próżniak Gilbert, ten filozof!
Z tego wylewu epitetów, groźnie zaakcentowanych, zrozumiał gość, że niewiele istniało sympatji między panem zwierzchnikiem, a jego podwładnym.
— Ale odezwał się baron, po chwili milczenia, niemniej wymownego od słów — zechciej pan wejść.
— Prosiłbym, jeśli to możliwe — odrzekł podróżny, — ażeby wolno mi było sprowadzić tu mój powóz, w którym jest sporo kosztownych przedmiotów.
— La Brie! — krzyknął baron — la Brie! wtocz powóz pana barona do wozowni; będzie mu tam lepiej, niż na dziedzińcu, bo w wozowni dość miejsca i jest dach, ale co do koni, nie ręczę, czy znajdą kolację; ponieważ jednak nie należą do pana tylko do pocztmistrza, powinno to być dla pana zupełnie obojętnem.
— Jednakże — odparł zniecierpliwiony podróżny — jeżeli panu mojem przybyciem sprawiam różnicę, jak zaczynam przypuszczać...
— O, bynajmniej — przerwał baron grzecznie, nie sprawisz mi pan kłopotu, uprzedzam tylko, że będzie panu niewygodnie.
— Niech mi pan wierzy, że w każdym razie będę panu wdzięcznym.
— Nie łudzę się nawet co do tego — rzekł baron, znowu podnosząc świecznik, ażeby rozszerzyć krąg światła z tej strony, gdzie Józef Balsamo, z pomocą La Brie wtaczał powóz. I podnosząc głos w miarę, jak gość się oddalał: Nie łudzę się — rzekł Taverney zbyt smutnem jest miejscem pobytu a nadewszystko ubogiem.
Podróżny zanadto był zajęty, ażeby odpowiedzieć. Korzystając z pozwolenia barona de Taverney, wybierał w wozowni miejsce, najmniej zrujnowane, ażeby postawić w niem powóz. Skoro umieścił go pod dachem, wsunął luidora w rękę La Brie i powrócił do barona.
La Brie schował pieniądz do kieszeni, przekonany, że jest to moneta warta ze dwadzieścia trzygroszniaków, lecz i za to dziękował niebu, gdyż taka gratka oddawna mu się nie zdarzyła.
— Boże uchowaj, ażebym myślał o tym zamku tak źle, jak pan sam o nim mówi — odpowiedział baronowi z ukłonem Balsamo; gospodarz zaś na dowód, że nie przesadzał, poprowadził gościa przez szeroką i wilgotną sień, kiwając głową i mrucząc.
— O, wiem ja, co mówię; zaraz o tem pana przekonam. Gdyby pan był francuzem rodowitym, baronie, lubo akcent pański wskazuje raczej na niemieckie pochodzenie, samo nazwisko de Taverney wywołałoby w pamięci pana wspomnienia zbytku i świetności; mawiano u nas niegdyś: bogaty jak Taverney.
Ale to do rzeczy nie należy...
Balsamo myślał zrazu, że frazes ten westchnieniem się zakończy, ale się zawiódł.
— Filozof ja! — pomyślał.
— Tędy, panie, tędy — krzyknął baron, otwierając drzwi do sali jadalnej. — Hola! mości La Brie, usługuj, jak gdybyś sam jeden stu lokai zastępował.
La Brie z pośpiechem spełniał rozkazy pana.
— Mam tylko tego jednego lokaja — mówił Taverney, i ten mi bardzo źle usługuje. Lecz nie mogę mieć więcej. Ten błazen od dwudziestu lat jest u mnie, nie oglądał dotychczas ani grosza zasług, a karmię go... prawie tak samo, jak on mi usługuje... Głupi jest, zobaczy pan!
Balsamo w dalszym ciągu czynił w milczeniu spostrzeżenia.
Baron zamknął drzwi za sobą i wtedy dopiero, przy świetle świecznika, który wzniósł nad głową, podróżny mógł objąć wzrokiem całą salę.
Była ona wielka i niska, stanowiła zapewne niegdyś główną izbę budynku folwarcznego, podniesionego przez właściciela do godności zamku; stało w niej tak mało sprzętów, że na pierwszy rzut oka wydawała się pusta. Krzesła, wyplatane słomą, ryciny, kopje z bitew Lebrun’a w czarnych ramkach dębowa szafa, poczerniała od dymu i starości, oto cały dobytek.
Pośrodku znajdował się mały okrągły stolik, na którym dymił jedyny półmisek z kuropatwami i kapustą. Wino w jakieś brzuchatej butelce, srebro stołowe reprezentowały trzy nakrycia, kubek i solniczka, wszystko wytarte, zczerniałe i pogięte. Ta ostatnia, wytwornej roboty, wydawała się cennym klejnotem, pomiędzy szczątkami bezwartościowemi i niepozornemi.
— Oto, panie, wszystko — rzekł baron, podając gościowi krzesło i śledząc jego badawcze spojrzenie. A! zauważył pan solniczkę; podziwia ją pan; prawda, jaki smak, jaka wytworność roboty; jest to jedyny przedmiot, godny widzenia tutaj. Dzięki, serdeczne dzięki; lecz nie, mylę się. Posiadam jeszcze coś drogocenniejszego, na honor! córkę moją.
— Pannę Andreę? — rzekł Balsamo.
— Tak, pannę Andreę... — odpowiedział ze zdziwieniem, że gość jego tak dobrze był powiadomiony. — Chciałbym jej przedstawić pana!... Andreo! Andreo! chodź dziecię, nie lękaj się.
— Nie lękam się, mój ojcze, — odpowiedziała słodkim i dźwięcznym głosem, wysoka i piękna dziewica, stanąwszy we drzwiach bez zakłopotania, a zarazem bez zbytniej śmiałości.
Józef Balsamo chociaż, jak wiemy, umiał panować nad sobą, nie mógł się powstrzymać od podziwu wobec tak niezwykłej urody.
Andrea rzeczywiście samem ukazaniem się dodała powabu i blasku skromnemu otoczeniu; włosy miała ciemno-blond, połyskujące u skroni i u szyi jaśniejszym odcieniem. Oczy czarne, głębokie, szeroko rozwarte, patrzyły śmiało, a jednak spojrzenie posiadało słodycz niewysłowioną. Usta różowe, figlarnym łukiem zarysowane, połyskiwały jak koral wilgotny i lśniący; przepiękne były jej ręce, ramiona olśniewające białością i kształtem. Cała jej postać, giętka i silna zarazem, wyglądała jak posąg starożytny, który ożył; nóżki, cudnie utoczone, zwróciłyby uwagę obok nóżek Djany, i tylko cudem równowagi zdawały się unosić ciężar całej postaci; wreszcie ubranie jej skromne, było jednak gustowne i wybornie zastosowane do całej powierzchowności.
Szczegóły te uderzyły Balsama odrazu, skoro tylko panna de Taverney weszła do sali jadalnej i zanim jeszcze zdążyła go powitać; baron zaś nie uronił ani odrobiny z wrażeń, doznawanych przez gościa, na widok tak wyjątkowej doskonałości.
— Masz pan zupełną słuszność — cicho powiedział Balsamo, zwracając się do gospodarza to rzadka piękność.
— Nie pochlebiaj pan zbytecznie biednej Andrei — niedbale odparł baron — wyszła z klasztoru i gotowa w to uwierzyć; mówię to nie dla tego — dodał — abym się miał lękać, że stanie się zbyt zalotną, przeciwnie, drogie dziecię zamało posiada kokieterji, a jako dobry ojciec, rozwijam w niej tę zaletę, dającą siłę kobiecie.
Andrea zarumieniła się i spuściła oczy. Pomimo najlepszych chęci, uniknąć nie mogła wysłuchania tej szczególniejszej teorji, wygłoszonej przez ojca.
— Czyż mówiono o tem pani, gdy była w klasztorze? — śmiejąc się, zapytał Balsamo barona.
— Mam ja o tem własne pojęcie — odpowiedział baron — mógł to pan już zauważyć.
Balsamo skłonił się na znak, iż w zupełności podziela przekonanie barona.
— Nie — ciągnął dalej ten ostatni — nie chcę wcale wstępować w ślady tych ojców, którzy prawią swej córce: bądź skromnisią nieugiętą i ślepą, żyj tylko honorem, delikatnością, bezinteresownością. Niedołęgi!... Skoro słyszę pedagogów podobnych, wyobrażam sobie sekundantów, prowadzących na plac bezbronnego zapaśnika i nakazujących mu potykać się zwycięsko z przeciwnikiem od stóp do głowy uzbrojonym. Nie, nigdy a nigdy!... Moja córka, moja Andrea, gąską podobną nie będzie, pomimo, że wychowała się w tym zapadłym kącie, w tej obrzydłej dziurze, Taverney.
Naturalnie, że Balsamo uznał za obowiązek grzeczności zaprotestować przeciw takiemu poniżeniu przez barona jego posiadłości.
— No, no, — odparł starzec — znam ja Taverney doskonale i wiem dobrze co mówię; powtarzam jednak, że pomimo, iż znajdujemy się tak daleko od słońca, zwanego Wersalem, moja córka pozna świat jaknajdokładniej, dlatego, że ja miałem sposobność poznać go, jak to mówią — nawylot. W mojem doświadczeniu, w moich wspomnieniach, w radach moich, znajdzie wyborny dla siebie arsenał. Muszę atoli uprzedzić pana, że klasztor spłatał mi szkaradnego figla... Moja córka, o czem ja wiem tylko, była najpierwszą uczennicą, skorzystała bardzo wiele i trzyma się ściśle zasad Ewangelji. Przyznaj pan, że nie mam szczęścia...
— Panna Andrea to anioł — odpowiedział Balsamo — a jeżeli mam być szczery, powiem otwarcie, iż to, co usłyszałem, nie dziwi mnie wcale.
Andrea skłoniła się przyjaźnie baronowi i na znak, dany jej wzrokiem przez ojca, zajęła miejsce przy stole.
— Siadaj pan, panie baronie — odezwał się Taverney — i jeśliś głodny, zabieraj się do jedzenia. Uprzedzam tylko, że potrawka musi być nieszczególna, bo to bydlę, mój La Brie, nic uczciwie przyrządzić nie potrafi.
— Jakto!... Pan kuropatwy nazywasz nieszczególną potrawką?... — zapytał gość z uśmiechem — ależ to jawna niesprawiedliwość względem własnej kuchni. Kuropatwy w maju, toż to osobliwość prawdziwa. Czy to z pańskich posiadłości?
— Moich posiadłości?... A toż ja, Bóg wie odkąd, nic a nic zgoła nie posiadam. Poczciwy ojciec dosyć mi co prawda zostawił, ale poszło to wszystko oddawna między ludzi, wszystko oddawna zostało sprzedane, zjedzone i przetrawione. Niestety, albo raczej dzięki Bogu, nie mam obecnie ani jednej piędzi ziemi!...
To ten próżniak, Gilbert, który tylko czytać i marzyć potrafi i który, licho wie skąd, wykręcił sobie jakąś starą fuzję, a umie zawsze zdobyć gdzieś trochę śrutu i prochu, wymyka się od czasu do czasu i plądruje po gruntach sąsiadów moich.
Jestem przekonany, że wcześniej czy później dostanie się za to na galery, a bronić go z pewnością nie będę. Owszem, będę bardzo rad, że choć w ten sposób uwolnię się od nicponia. Gdyby nie to, iż Andrea przepada za zwierzyną, dawnobym już przepędził niegodziwca.
Balsamo wpatrywał się tymczasem w piękną twarzyczkę dziewczęcia i nie dostrzegł na niej ani jednej zmarszczki, ani najlżejszego rumieńca. Zasiadł pomiędzy nią i baronem, a ona nie okazując wcale zakłopotania z powodu skromnej zastawy stołu, przysunęła potrawę zdobytą przez Gilberta, przyprawioną przez La Brie’a, a skrytykowaną przez barona.
Biedny La Brie nie uronił naturalnie ani jednego słowa z pochwał, jakie Balsamo oddawał jemu i Gilbertowi, i zmieniał talerze z najskromniejszą w świecie miną.
— Nawet nie posolił poczciwie tego paskudztwa! — zawołał de Taverney, spożywszy już dwa skrzydełka, które mu córka położyła na talerzu. — Andreo, podajno solniczkę panu baronowi.
Andrea, posłuszna wezwaniu, wyciągnęła z przedziwną gracją rękę.
— Widzę, że cię zachwyciła moja solniczka, baronie! — odezwał się de Taverney.
— Nie — odparł Balsamo — zachwyciła mnie rączka pani.
— Wybornie! Widzę, że z ciebie Richelieu prawdziwy!... No, no, ale skoro masz pan już w ręku ten gracik, i skoro tak się odrazu na nim poznałeś, to bądźże łaskaw przypatrz mu się dokładnie. Wykonał go kiedyś słynny złotnik Lucas, na zamówienie Regenta. Rzeźba wyobraża miłostki satyrów z bachantkami. Trochę to nieprzyzwoite, ale piękne.
Balsamo teraz dopiero zauważył, że grupa ta, pięknie pomyślana i prześlicznie wykonana, obraża w najwyższym stopniu poczucie skromności.
Spokój, z jakim Andrea spełniła rozkaz ojca, obojętność z jaką podała solniczkę, wprowadziły Balsama w zdumienie.
De Taverney tymczasem, jakgdyby wziął sobie za obowiązek zedrzeć powłokę niewinności, która, niby szata dziewicza okrywała jego córkę, objaśniał dalej szczegóły wyrobu, pomimo usiłowań Balsama, aby rozmowę zwrócić na inne tory.
— Jedz! jedz... baronie — odezwał się wreszcie de Taverney — bo ci nic więcej nie dadzą; myślisz może, że będzie jeszcze pieczyste, a potem deser także, no, nie łudźże się, bardzo proszę, bo byś się złapał szkaradnie.
— Za pozwoleniem — wtrąciła Andrea, ze zwykłym sobie chłodem — jeżeli mnie Nicolina zrozumiała, dostaniemy jeszcze zaraz leguminę i to sporządzoną według mego własnego przepisu...
— Co? ty dałaś przepis na leguminę twojej pokojówce? Tego tylko jeszcze brakowało, doprawdy!... Jakto? Czyż księżna de Chartauroux albo margrabina de Pompadour wtrącały się kiedy do garnków?... Niech Bóg broni!... Prędzej król usmażył czasem jakiś omlecik dla nich... Przebóg! czyż moja córka... ale nie... nie.... baronie, to nieprawda, nie miej jej tego za złe!...
— Mój ojcze, trzeba przecie koniecznie spróbować — odpowiedziała obojętnie Andrea, i zawołała głośniej trochę: — Nicolino, podawaj...
W tej chwili w progu ukazała się młoda dziewczyna z półmiskiem w ręku.
— Ja tego wcale jeść nie będę! — wrzasnął Taverney z wściekłością i rzucił talerz o ziemię.
— Pan może będzie jadł? — zapytała najobojętniej Andrea pana Balsamo, a potem zwróciła się do ojca i dodała:
— Wiesz ojcze, że z serwisu, który odziedziczyłam po mamie, pozostało wszystkiego siedemnaście talerzy.

Powiedziawszy to, zabrała się do pokrajania potrawy, która wyglądała niezmiernie ponętnie.

VI
ANDREA DE TAWERNEY

Zmysł spostrzegawczy Józefa Balsamo znajdował niezmiernie bogaty dla siebie materjał w każdym szczególe dotyczącym barona, dziwaka i oryginała, zagrzebanego w zapadłym kącie lotaryńskim.
Solniczka, przypadkowo ale dokładnie, uwydatniła mu charakter pana de Taverney.
Teraz, przyzwawszy na pomoc całą przenikliwość swoją, zaczął badać rysy Andrei. Zabrał się do tego w chwili gdy młode dziewczę zabawiało się, wodząc końcem noża po figurkach, wyrzeźbionych na solniczce, które wyglądały, jakby zbiegły z jednej z uczt nocnych, wyprawianych za regencji, przy końcu których Canillac, jak wiadomo, był obowiązany światła gasić.
Czy to przez ciekawość, czy innem jakiem wiedziony uczuciem, Balsamo tak uporczywie wpatrywał się w Andreę, że panna de Taverney, ulegając sile jego wzroku, coraz mimowoli oczy swoje zwracała na niego.
Czysta i prawdziwie niewinna istota znosiła zrazu to badanie z zupełnym spokojem, ale niebawem uległa nerwowemu podrażnieniu, napędzającemu krew do głowy, a następnie uczuła się wzburzoną.
Chciała stawić opór panu Balsamo i zaczęła także wpatrywać się weń natarczywie wielkiemi oczyma.
Na nic się to jednak nie zdało. Poczuła, że powieki ciążyć jej zaczynają, że jej z trudnością przychodzi je podnosić.
Podczas gdy tajemniczy podróżny staczał tę niemą walkę ze swoją piękną przeciwniczką, baron de Taverney to zrzędził, to się śmiał, to mruczał coś pod nosem, to klął jak prawdziwy szlachcic wiejski, lub też szczypał w łokieć biednego La Brie, który na swoje nieszczęście, akurat się w pobliżu znajdował.
Ten sam los byłby spotkał z pewnością i Nicolinę, gdyby nie to, że spojrzenie pana barona padło przypadkowo i z pewnością poraz pierwszy na jej ręce bardzo ładne.
Pan de Taverney miał słabość do pięknych rączek.
W tej słabości czerpały początek wszystkie szaleństwa, jakie wyprawiał za młodu.
— Hej, hej! patrzajcie no, — zawołał, co za śliczne paluszki ma ta bestyjka, co za paznokietki przecudowne! Osobliwość, słowo honoru!... A coby to było, gdyby rąbaniem drzewa i szorowaniem rondli nie była sobie rogu zdzierała!... Bo paznokieć to róg, panno Nicolino, róg najzwyczajniejszy!...
Nicolina, nieprzywykła do komplimentów barona, spojrzała nań z lekkim uśmiechem, zdradzającym zdziwienie raczej niż zadowolenie z pochwały.
— Tak... tak... — odezwał się de Taverney, zauważywszy, co się działo w serduszku dziewczyny. — Tak... tak... moja panno... świętą prawdę ci powiedziałem — i radzę zanotuj ją sobie w pamięci. Bo muszę ci powiedzieć, kochany gościu, — dodał, zwracając się do Balsamo, — że panna Nicolina, którą tu oto widzisz, nie jest bynajmniej taką jak jej pani świętoszką, i wcale się nie przeraża, gdy jej kto podobać się pragnie.
Balsamo spojrzał żywo na córkę barona i spostrzegł, że piękna jej twarzyczka przybrała wyraz jaknajwyższej pogardy. Nastroił się też na tę samą zaraz nutę, za co Andrea była mu wdzięczna widocznie, bo z mniejszym chłodem czy niepokojem zaczęła spoglądać na niego.
— Czy uwierzysz, kochany gościu, — zaczął znowu baron, pogłaskawszy Nicolinę pod brodę, — czy uwierzysz, że ta ladaco przeszła przez klasztor, tak samo jak moja córka, i że także odebrała pewne wykształcenie? Nie rozstają się też z sobą ani na chwilę nawet. Podobne przywiązanie mogłoby bodaj wywołać uśmiech zadowolenia panów filozofów, utrzymujących, że i ten gatunek stworzeń posiada taką samą jak my duszę.
— Nicolina jest u mnie nie dla tego, że mnie kocha, — odpowiedziała Andrea wyniośle, — ale dlatego tylko, że mi się ją trzymać podoba.
Balsamo spojrzał zukosa na pokojówkę, aby sprawdzić, jakie wrażenie sprawiły na niej te słowa jej pani.
Wyraz niezadowolenia przemknął jak błyskawica po twarzy dziewczyny, a odwróciwszy się szybko dla ukrycia łez, jakie, jak się zdaje, w oczach się jej zakręciły, zaczęła patrzeć uważnie w okno, wychodzące na dziedziniec.
Balsamo interesował się bardzo żywo wszystkiem co dotyczyło otoczenia, do którego został wprowadzony. Śledząc Nicolinę, dojrzał, jak mu się zdawało, przedmiot, na który zwróciła uwagę, ukazującą się za oknem głowę mężczyzny.
— Dziwny to dom jakiś doprawdy — pomyślał — każdy tu ma jakąś tajemnicę swoją. Pana barona i Nicolinę rozumiem już zupełnie, niebawem i pannę Andreę zrozumiem. — Zamyślił się krótką chwilę, a baron to zauważył.
— Marzysz o czemś, kochany gościu, — powiedział. — Dajże pokój i zostaw to sobie na noc. Bo marzenie jest bardzo zaraźliwą chorobą, udziela się niezmiernie łatwo. Marzącą jest tu przedewszystkiem panna Andrea, marzącą jest panna Nicolina, marzącym jest i ten próżniak, który te oto kuropatwy zastrzelił...
— Gilbert? — zapytał Balsamo.
— Taki sam jak La Brie filozof. Ale, ale, czy nie jesteś pan przypadkiem zwolennikiem filozofów?... Bo w takim razie nie zgodzilibyśmy się ze sobą, uprzedzam...
— Nie znam się z filozofami wcale — odpowiedział obojętnie Balsamo.
— Tem lepiej dla pana! Gadziny to jadowite i szpetne. One to swojemi wstrętnemi zasadami podkopują podstawy monarchji, Francja nie śmieje się już, tylko czyta, ale w tem sekret co czyta. Całe nieszczęście stąd pochodzi, że Jego Królewska Mość dopuścił do rozmowy ze sobą tego kuglarza Voltaire‘a, że czytał jego bazgroty, studjował Diderota.
Gościowi wydało się, że poza oknem mignęła znowu ta sama twarz blada, którą widział przed chwilą, i że zniknęła dlatego tylko, iż spojrzał na nią.
— A pani czy jest filozofką? — zapytał z uśmiechem pannę de Taverney.
— Nie rozumiem co to jest filozofja, — odpowiedziała Andrea, — ale wiem to tylko, że kocham wszystko co poważne i piękne.
— Głupstwa pleciesz, moja panno! — zawołał baron; — żyj i używaj, oto rzecz poważna, piękna i jedynie rozumna.
— Przecież pani, o ile mi się zdaje, nie ma wstrętu do życia, — zauważył Balsamo.
— To rzecz względna... — odpowiedziała Andrea.
— Oto i nowe znowu głupstwo, — zawołał de Taverney. — Czybyś też pan uwierzył, kochany gościu, czego mi kiedyś syn mój dowodził?...
— Pan baron ma zatem syna?...
— Mam, niestety!... Vice-hrabia de Taverney, porucznik żandarmów Delfina! Przepyszny okaz!...
Ostatnie dwa wyrazy wymówił baron z jakimś szczególnym naciskiem.
— Winszuję, — rzekł Balsamo z ukłonem.
— Pan porucznik, — zaczął starzec, — to także skończony filozof. Śmieszne to, słowo honoru; zaczął oto rozprawiać o potrzebie wyswobodzenia murzynów. A cóż się z cukrem stanie? — zapytałem. — Pijam kawę bardzo słodką i król Ludwik XV także. — Mój ojcze!... — odpowiedział vicehrabia, — lepiej się obyć bez cukru, niż patrzeć na to, tak strasznie cierpiące plemię... — Co za plemię?... — zawołałem oburzony — plemię małp — dodałem i tak zawiele czyniąc im honoru. — A wiesz pan, co mi synek mój odpowiedział? — Nie odgadniesz tego, choćbyś myślał lata całe. Zaczął mi oto dowodzić, że wszyscy ludzie są sobie braćmi. Więc ja, uważasz, ja, jestem bratem murzyna! Nie, daję słowo szlacheckie, że jest coś w powietrzu, co w głupich głowach przewraca. Ja jestem bratem murzyna!... Jakże się to panu podoba?...
— Pan porucznik zadaleko się posunął, — odparł Balsamo.
— Mam szczęście, kochany gościu, nieprawdaż? Jestem ojcem dwojga dzieci, ale nie mogę powiedzieć, że się w potomstwie mojem odrodzę...
Córka anioł, a syn apostoł!... Prześlicznie!... Pijżeż pan to moje obrzydłe wino!...
— Dla mnie jest ono wyborne — rzekł Balsamo, spoglądając na Andreę.
— Aha, więc i pan jesteś także filozofem!... Strzeż że się, bo każę córce, aby ci powiedziała kazanie. Ale nie — nie potrzeba. Filozofowie nie mają przecież żadnej religji. Lepiej to jednak było na świecie, gdy wierzono w Boga i króla. Daleko lepiej... Obecnie trzeba się wiele uczyć, przeczytać stosy książek, ażeby w nic nie wierzyć. Za moich czasów uczono się rzeczy przyjemnych tylko, uczono się dobrze robić szablą, dobrze grać w faraona, dobrze tańczyć i zręcznie się umizgać do kobietek. Oto historja moja. Całe Taverney poszło na balet i operę; a jedyna rzecz, która mnie boli, to fakt iż człowiek zrujnowany, przestaje być człowiekiem. Panu się zdaje, że jestem oryginałem i niczem więcej — nieprawda?... — A wiesz dlaczego? Dlatego tylko, że jestem zrujnowanym, że muszę żyć w tej tutaj dziurze przeklętej, że mam perukę kiepską, a ubranie wyszarzane... Ale spojrzyj pan na mego przyjaciela, marszałka, który ma szaty nowe, perukę nastroszoną, który mieszka w Paryżu, posiada dwieście tysięcy liwrów rocznego dochodu. I młody i świeży i rześki, chociaż o dziesięć lat starszy odemnie. O całe dziesięć lat, kochany panie!...
— Mówisz pan o panu Richelieu?
— Naturalnie, że o nim mówię...
— O księciu de Richelieu?...
— Spodziewam się, że nie o kardynale. Nie sięgam aż tak daleko.
— Dlaczegóż jednak, mając przyjaciół równie potężnych, usunąłeś się pan od dworu?...
— Dla chwilowego jedynie wypoczynku, — odparł stary baron, — ale powrócę tam niezadługo, — dodał, rzucając dziwne na córkę spojrzenie.
Balsamo zauważył to spojrzenie.
— Marszałek proteguje zapewne pańskiego syna?
— Mego syna! Gdzież tam — nie znosi go.
— Nienawidzi syna przyjaciela?
— Ma najzupełniejszą słuszność.
— Co pan mówisz?
— Pan porucznik jest filozofem! Marszałek się nim brzydzi.
— A Filip nie pozostaje mu dłużnym, wypłaca mu się z procentem — wtrąciła Andrea z niezamąconym spokojem. — Posprzątaj, Nicolino — zawołała jednocześnie.
Dziewczyna oderwała oczy od okna i podbiegła do stołu.
— Dawniej — powiedział baron z westchnieniem — siadywało się przy obiedzie przynajmniej do drugiej po północy. Bo dawniej było co jeść! A gdy się zjadło, to się piło... Raczyć się byle lurą nie sposób!... Hej, Nicolino! — przynieśno butelkę maraskino... jeżeli jest jeszcze notabene.
— Idź, przynieś — potwierdziła Andrea, gdy dziewczyna zdawała się czekać na to zaakceptowanie rozkazu barona.
Baron rozparł się wygodnie w fotelu, przymknął oczy i wzdychał.
— Wspomniał mi pan o marszałku de Richelieu... — wtrącił Balsamo, który widocznie usiłował padtrzymać rozmowę.
— No tak, mówiłem o nim, — odpowiedział baron i zanucił jakąś arję równie smętną, jak były smętne westchnienia.
— Jeżeli marszałek brzydzi się, jak pan powiadasz, synem pańskim i jeżeli słusznie potępia go jako filozofa, powinien był jednakże zachować przyjaźń dla pana, boć pan filozofem nie jesteś, jak mi się zdaje.
— Nie jestem, dzięki Bogu!
— Na tytułach, jak sądzę, wcale także panu nie zbywa, boć służyłeś pan królowi...
— Okrągłe lat piętnaście. Byłem właśnie adjutantem marszałka; odbyłem przy jego boku kampanję pod Mahon, a przyjaźń nasza datuje się... zaraz... zaraz... datuje się od sławnego oblężenia Philipsburga, to jest od 1742 roku.
— Jakto?... — zawołał Balsamo — byłeś pan przy oblężeniu Philipsburga... No więc jesteśmy kolegami....
Starzec wyprostował się w fotelu i spojrzał na niego szeroką rozwartemi oczyma.
— Za pozwoleniem, — rzekł — a ileż to lat sobie liczysz, drogi mój gościu?
— Ja nigdy swoich lat nie obliczam, — odpowiedział Balsamo, podając kieliszek, aby go piękna Andrea napełniła maraskinem.
Baron przypuszczał, że Balsamo nie ma ochoty przyznać się do swego wieku.
— Pozwól mi pan, — rzekł — powiedzieć sobie, że wcale nie wyglądasz na żołnierza z pod Philipsburga; od r. 1742 do dzisiaj upłynęło lat dwadzieścia ośm, a pan nie masz więcej bodaj, jak trzydzieści.
— Któż to nie ma lat trzydziestu? — odparł niedbale podróżny.
— No ja naprzykład! — zawołał baron — nie mam ich od lat trzydziestu...
Andrea patrzyła na przybysza z nieprzepartą ciekawością. Szczególny ten człowiek coraz to w innem przedstawiał się jej świetle.
— Nie rozumiem, — odpowiedział baron — ale przypuszczam, że pan się mylisz, że bierzesz Philipsburg za jakieś inne miasto. Wyglądasz pan na lat trzydzieści najwyżej. Czy nie prawda, Andreo?
— Tak jest, odpowiedziała córka, usiłując wytrzymać wzrok gościa, lecz i tym razem bez skutku.
— Wiem dobrze co mówię, — oświadczył Balsamo tonem stanowczym. — Mówię o sławnym oblężeniu Philipsburga, podczas którego książę de Richelieu zabił w pojedynku kuzyna swego, księcia de Lixen. Miało to miejsce w czasie powrotu z fosy po lewej stronie gościńca. Przebił go szpadą nawylot. Przechodziłem właśnie tamtędy w chwili, gdy książę de Deux-Ponts podtrzymywał konającego w swoich objęciach. Siedział on nad fosą, a pan de Richelieu tymczasem najspokojniej w świecie obcierał szpadę z krwi.
— Na honor!... — zawołał baron — to prawda. Wszystko tak było, jak pan opowiadasz.
— Znane są panu te szczegóły?... — zapytał spokojnie Balsamo.
— Byłem świadkiem pana de Richelieu, który wówczas nie był jeszcze marszałkiem, ale to do rzeczy nie należy.
— Zaraz... zaraz — przerwał Balsamo, wpatrując się z uwagą w barona.
— Co takiego?
— Czy nie byłeś pan wtedy kapitanem?
— Tak panie.
— W pułku lekkiej jazdy imienia królowej, w pułku, który w Fontenoi, prawie że w pień wycięto?...
— Czy pan i tam także byłeś? — zapytał baron, próbując drwinkować.
— Nie, odpowiedział Balsamo; nie, ja już nie żyłem wtedy.
Baron wytrzeszczył oczy, Andrea zadrżała, Nicolina przeżegnała się krzyżem świętym.
— A zatem — zaczął znowu Balsamo — nosiłeś pan uniform lekkiej jazdy, przypominam to sobie doskonale. Gdy marszałek się potykał, pan przytrzymywałeś jego konia. Zbliżyłem się i zapytałem o szczegóły; a pan mnie objaśnił...
— Ja?
— No tak!... pan! Teraz poznaję pana. Nazywano pana wówczas małym rycerzem.
— Co to jest! — wykrzyknął baron zachwycony.
— Proszę mi wybaczyć, że nie odrazu poznałem pana. Ach, trzydzieści lat mogą zmienić człowieka. Za zdrowie zatem Richelieu‘ego, drogi baronie!
Rzekłszy to, Balsamo, podniósł w górę swój kieliszek i wychylił go do ostatniej kropli.
— Więc pan to wszystko widziałeś?
— Na własne oczy baronie.
— Masz zatem lat pięćdziesiąt?
— Mam tyle, ile potrzeba.
Baron przechylił się w fotelu z miną wyrażającą gniew i zakłopotanie. Nicolina nie mogła powstrzymać się od śmiechu, Andrea zaś zamyśliła się i utkwiła oczy w Balsamo.
Czekał on widocznie tej chwili i przewidywał takową.
Powstał i cisnął parę błyskawic ze swych ognistych źrenic, a młode dziewczę, jakby prądem elektrycznym rażone, zadrżało.
Z rękami bezwładnemi, z głową pochyloną, uśmiechnęła się bezwiednie do przybysza i zamknęła oczy.
Balsamo stojąc ciągle, dotknął jej ręki: poczuł że zadrżała jeszcze.
— Więc pani — rzekł — przypuszczasz także, że kłamię, gdy utrzymuję, iż byłem przy oblężeniu Philipsburga?
— Nie, ja wierzę panu — odparła z mocą Andrea, robiąc nadludzki wysiłek.
— Zatem ja chyba jestem warjat — powiedział baron. Bardzo przepraszam! jeżeli jednak nie jesteś pan ani widmem, ani cieniem!...
Nicolina wytrzeszczyła oczy przerażone.
— Kto to wie! — powiedział Balsamo z taką powagą, że do reszty zapanował nad młodą dziewczyną.
— Policzmy no uważnie, kochany gościu, zawołał starzec, postawiwszy widocznie rzecz tę wyjaśnić czy naprawić. Masz lat przeszło trzydzieści. Nie wyglądasz wcale na więcej.
— Czyż mi pan baron uwierzy, jeśli powiem mu coś prawie nieprawdopodobnego?
— Nie umiem odpowiedzieć na to, odparł baron z miną zakłopotaną, podczas gdy Andrea wsłuchiwała się w rozmowę z natężeniem. Jam wielki niedowiarek, uprzedzam...
— Nacóż więc zadawać mi pytania, jeżeli nie chce się wysłuchać odpowiedzi?
— No, a gdybym jej wysłuchał — czy to zadowolili pana?...
— Zapewne — lubo powtórzę w takim razie to tylko, co raz już powiedziałem — powtórzę mianowicie, że widziałem pana barona, że znałem go nawet podczas oblężenia Philipsburga.
— Chyba jako dziecko tedy?
— Zapewne.
— Lat czterech lub pięciu co najwyżej?
— Nie; miałem wówczas lat czterdzieści.
— Ha! ha! — zaśmiał się baron na całe gardło. Nicolina mu zawtórowała.
— Miałem więc rację, baronie!... — odezwał się poważnie Balsamo, że mi pan nie zechcesz uwierzyć...
— Jakże w takie głupstwa możną wierzyć, daj mi pan dowód jaki na to co mówisz?...
— Dowód na to, co takie jasne i proste — odrzekł Balsamo, nie okazując najmniejszego zakłopotania. Miałem wówczas lat czterdzieści i jeden, lubo nie utrzymuję wcale, żem był wtedy tym samym co dzisiaj człowiekiem...
— Ha! ha! ha!... — wykrzyknął baron — ależ to zaczyna trącić już bałwochwalstwem. Był jakiś filozof grecki — ci nędznicy filozofowie — trafiali się od najdawniejszych czasów! był otóż jakiś filozof grecki, który nie jadał nigdy soczewicy z tej racji, że w jej ziarnkach mają siedlisko dusze — mój zaś syn utrzymuje, że mają dusze murzyni. Jakżeż się u djabła nazywa ten kiep, co wymyślił takie głupstwo?...
— Pytagores — odpowiedziała Andrea.
— Tak, Pytagores — uczyli nas tego jezuici. Ojciec Porée kazał raz mnie i koledze memu Aronet‘owi, opisać wierszem łacińskim tego błazna. Tak, tak, Pytagores.
— Skądże pan może wiedzieć, czy ja nie byłem Pytagoresem? Nie przeczę, że mogłeś pan być nim kiedyś — odpowiedział baron; ale wiem, że Pytagores nie był przy oblężeniu Philipsburga. Przynajmniej ja go tam nie widziałem.
— Ale za to widziałeś pan tam może niejakiego Jana des Barreaux, co to służył w czarnych muszkieterach.
— A tak — tego to widziałem... ale on nie był wcale filozofem lubo miał wstręt do soczewicy i jadł ją tylko, gdy nic lepszego nie było.
— Czy przypomina sobie pan baron, że nazajutrz, po pojedynku pana de Richelieu, ów des Barreaux był razem z panem w fosie?...
— Pamiętam to najwyborniej.
— Przypominasz pan sobie także zapewne, że czarni muszkieterowie i lekka jazda, co siedm dni razem służbę pełnili.
— Tak — więc cóż z tego?
— Otóż! Kule jak grad padały tego wieczoru. Des Barreaux, bardzo smutny, zbliżył się do pana i poprosił o poczęstowanie tabaką. Podałeś mu ją pan w złotej tabakierce.
— Na której był portret kobiety?
— Tak jest... Widzę go dokładnie w tej jeszcze chwili. Portret kobiety blondynki... czy tak?...
— Co to jest do licha! — mruknął baron prawie osłupiały. — No i cóż dalej?
— Dalej — kończył Balsamo, gdy des Barreaux właśnie zażywał tabaki, kula go ugodziła w szyję, i jak niegdyś de Berwickowi urwała głowę.
— Niestety! potaknął smutnie baron; biedny des Barreaux!
— A więc szanowny panie, musiałem znać i widzieć cię w Philipsburgu, ja to byłem bowiem tym des Barreaux, ja w mej własnej osobie.
Baron przechylił się w fotelu przerażony.
— Ależ to czary! — wykrzyknął. Przed stu laty, za takie facecje poszedłbyś na stos, gościu kochany. Boże! zdaje mi się, że czuję koło siebie strzygę, czy wisielca. Boże! wielki Boże.
— Panie baronie — rzekł z uśmiechem Balsamo, — prawdziwych czarowników ani wieszają, ani palą. Na stos lub na stryczek głupcy się tylko dostają. Ale dajmy pokój na dziś wszystkiemu, bo oto panna de Taverney już usypia. Rozprawy metafizyczne mało ją widocznie obchodzą.
W rzeczy samej, Andrea, pokonana przez siłę nieznaną a niezwalczoną, pochylała lekko czoło, jak kwiat, na którego kielichu za wielka kropla rosy osiadła.
Posłyszawszy słowa Balsama, zrobiła wysiłek, podniosła głowę, powstała i podtrzymywana przez Nicolinę, wyszła z jadalnej sali.
Jednocześnie zniknęła twarz do szyb przylepiona, twarz, w której Balsamo poznał już Gilberta.
W chwilę potem słychać było Andreę silnie uderzającą w klawisze.
— Mogę żałować z Archimedesem: „Eureka“ rzekł Balsamo.
— Co to Archimedes? — zapytał baron.

— Dzielny i uczony człowiek, którego znałem lat temu dwa tysiące sto pięćdziesiąt — odrzekł Balsamo.

VII
EUREKA

Czy, że fanfaronada barona wydała się staremu za przesadną, czy, że słów ostatnich nie dosłyszał, czy, że dosłyszawszy, zapragnął uwolnić dom swój od tego szczególnego gościa, dość, że doczekawszy się wyjścia Andrei de Tavemey zaproponował panu Balsamo, iż odwieść go każe do poblizkiego miasta.
— Szkapę — rzekł — mam tak nędzną, że może tego spaceru nie przetrzyma, ale mniejsza o to, przynajmniej będę pewny, że tę noc jak należy przepędzisz. U mnie znalazłby się zapewne i pokój i łóżko jakie takie, ale ja gościnność pojmuję po swojemu: „Albo dobrze albo wcale nie“ oto zasada moja.
— Więc pan mnie przepędza baronie — odezwał się Balsamo, pokrywając śmiechem przykrość doznaną. Ha! trudno... nie mogę być natrętnym.
— Ależ — dajże pan pokój na honor! Postępuję z panem po przyjacielsku. Gdybym chciał cię tu zatrzymać, dałbym dowód, że ci życzę nieszczególnie. Przykrem mi jest to co robię — ale nie mogę postąpić inaczej dla spokoju mego sumienia; pomimo, albo raczej dla tego właśnie, żeś mi się bardzo podobał, mój gościu kochany.
— Jeżeli naprawdę podobałem ci się, baronie, to nie zmuszaj mnie, ażebym się zabierał i wynosił do miasteczka, kiedy jestem strudzony, tu mógłbym wyprostować moje członki i wypocząć sobie w łóżku. Nie przesadzaj swego niedostatku, jeżeli nie chcesz, abym cię posądził o złą wolę względem mnie.
— No, jeżeli tak, to i owszem, to przenocuj pan w zamku.
Obejrzał się za La Brie, a dostrzegłszy stojącego w kącie, powiedział:
— Zbliż no się, stary łajdaku!
La Brie podszedł z pokorą.
— Ruszże się niedołęgo do licha i powiedz, czy czerwony pokój będzie odpowiedni dla gościa?
— O, panie baronie — odpowiedział sługa, wszak to pokój, w którym mieszka pan Filip, skoro do Taverney przyjeżdża.
— To co jest doskonałem dla biednego porucznika, przybywającego dla przepędzenia paru miesięcy u zrujnowanego ojca, może być całkiem nieodpowiedniem dla pana, jeżdżącego we cztery konie pocztowe.
— Zaręczam, panie baronie, wtrącił Balsamo, że będzie mi tu wybornie.
De Taverney skrzywił się, jakgdyby chciał powiedzieć: „Wiem co to warto“ i głośno dodał:
— Przygotuj zatem czerwony pokój, skoro pan chce koniecznie, aby stracił chęć powrotu kiedykolwiek do Taverney.
Koniecznie chcesz pan tu zatem nocować?
— Koniecznie, panie baronie.
— Ale zaraz... ja znalazłbym jeszcze pewien sposób.
— Na co?
— Ażebyś pan nie odbywał drogi konno.
— Jakiej drogi?
— Do Bar-le-Duc, naturalnie.
Balsamo czekał na bliższe wyjaśnienie propozycji.
— Wszakże pocztowemi końmi przybyłeś pan tutaj?
— Tak, jeśli tylko nie powoził nimi szatan.
— No, nie byłoby w tem nic nadzwyczajnego, bo zapewne dobrze ze sobą jesteście.
— Czynisz mi, panie baronie, daleko większy zaszczyt, niż na to zasługuję.
— Mógłbyś pan zatem odjechać temi samemi końmi, któremi się tu dostałeś.
— Nie, to niemożliwe, bo z czterech dwa tylko pozostały. Powóz mam bardzo ciężki.
— Jeszcze zatem jeden powód. Widocznie chodzi panu o to, ażebyś tu nocował.
— Chciałbym mieć przyjemność zobaczenia się z panem jeszcze jutro, bo chciałbym wywdzięczyć ci się, baronie...
— Jest bardzo prosty sposób na to.
— Jaki?
— Ponieważ w takich jesteś dobrych z djabłem stosunkach, poproś go, aby mi pozwolił znaleźć kamień filozoficzny.
— Jeżeli, panie baronie, tak ci bardzo o to idzie...
— Ależ bardzo! bardzo!...
— Trzebaby się udać w tym względzie do kogoś, kto nie jest bynajmniej djabłem!
— Do kogoż mianowicie?...
— Do mnie, jak powiedział Corneille, nie pamiętam już w której komedji swojej, którą mi był recytował, gdyśmy przechodzili przez Pont-Neuf w Paryżu, lat temu sto kilkanaście...
— La Brie, stary łotrze! zawołał baron, przypuszczając, że rozmowa o tej godzinie i z takim człowiekiem, może być niebezpieczną; La Brie!... poszukaj no tam gdzie świecy i zaprowadź pana do czerwonego pokoju.
La Brie zabrał się do poszukiwania świecy a przedewszystkiem przywołał Nicolinę, aby tymczasem zrobiła porządek w pokoju.
Nicolina opuściła Andreę, zadowolona, że mogła pozostać sama i zebrać swoje myśli.
Baron złożył gościowi życzenia dobrej nocy i poszedł się położyć.
Balsamo spojrzał na zegarek, bo przypomniał sobie obietnicę uczynioną Althotasowi. Zamiast dwóch, uczony spał już półtrzeciej godziny. Trzydzieści minut było już zatem straconych. Zapytał La Brie, czy kareta stoi w tem samem co poprzednio miejscu, a odebrawszy potakującą odpowiedź, poszedł obudzić Althotasa, zbadawszy wpierw topografję drogi prowadzącej do czerwonego pokoju.
Pan de Tavemey nie przesadził w opisie tego pokoju: umeblowany był on tak samo, jak i inne pokoje zamku.
Dębowe łóżko, stara wypłowiała kołdra adamaszkowa, poobdzierane firanki, wielki komin kamienny z czasów Ludwika XIII, zarzucony staremi gazetami, stół z pokrzywionemi nogami, dwa krzesła drewniane i szafa pomalowana na szaro z powybijanemi szybami, oto apartament, jaki Balsamo zająć miał na noc dzisiejszą. Podczas gdy La Brie porządkował ów przybytek, Balsamo zbudził Althotasa i wracał do domu.
Przechodząc około drzwi Andrei, zatrzymał się i zaczął słuchać. Grała na fortepianie.
Zrobił rękami kilka ruchów, które możnaby poczytać za zaklęcia, bo pod ich wrażeniem młoda kobieta powoli grać ustawała, a potem zaraz opuściła bezwładnie ręce i zwróciła się ku drzwiom ruchem powolnym i sztywnym, jak ktoś, co ulega dziwnemu jakiemuś wpływowi i dokonywa rzeczy, z których nie jest w stanie zdać sobie sprawy.
Balsamo uśmiechnął się, jakgdyby widział przez drzwi zamknięte.
Tego właśnie życzył sobie i odgadł, że życzenie jego zostało spełnione. Zaczął wchodzić po schodach do czerwonego pokoju.
W miarę, jak się oddalał, Andrea tym samym powolnym i sztywnym ruchem powracała od drzwi do fortepianu. Wstępując na ostatni stopień, posłyszał pierwsze nuty przerwanej melodji.
Wszedł do czerwonego pokoju i odprawił La Brie‘a.
La Brie, służbista, zwrócił się w tej chwili ku drzwiom, ale nagle przystanął.
— Co tam? — zapytał Balsamo.
La Brie sięgnął ręką w kieszeń od kamizelki i nic nie mówiąc zaczął w niej szukać czegoś.
— Czy masz mi co powiedzieć, przyjacielu? — powtórzył Balsamo.
La Brie wyciągnął z wysiłkiem rękę z kieszonki.
— Mam panu powiedzieć, że pan popełnił pewną pomyłkę.
— Ja?... mój przyjacielu.
— Zamiast ofiarować mi sztukę dwudziestoczterosusową, dał mi pan dwadzieścia cztery liwry.
Otworzył dłoń i ukazał monetę błyszczącą.
Balsamo spojrzał na starego wzrokiem dowodzącym, że o prawości ludzkiej miał bardzo mizerne przekonanie.
And honest! — rzekł z Hamletem.
I sięgnąwszy z kolei do swej kieszeni, położył obok pierwszego, drugiego jeszcze luidora.
Radość starego na widok ofiary tak hojnej, granic poprostu nie miała. Za dwadzieścia lat przynajmniej nie widział wszak wcale złota.
Nie był wstanie uwierzyć swojemu szczęściu. Ażeby go przekonać, że nie jest igraszką sennego złudzenia, Balsamo zmuszonym był sam mu wsunąć pieniądze do kieszeni.
Skłonił się do ziemi i chciał wychodzić, ale go Balsamo zatrzymał.
— Jakie są zwyczaje w zamku? — zapytał.
— Pan de Taverney sypia długo; panienka wstaje bardzo rano.
— O której?
— O szóstej.
— Kto mieszka nad moim pokojem?
— Ja, panie.
— Kto podemną?...
— Nikt — bo tam się sień znajduje.
— Dobrze, dziękuję ci, i zarazem żegnam cię przyjacielu.
— Dobranoc panu.
— Dobranoc ci. Ale, ale, pamiętaj też o moim powozie.
— Niech pan będzie zupełnie spokojny.
— Gdybyś posłyszał w nim szmer jakiś, lub światło wewnątrz zobaczył, nie przestrasz-że się tem. Śpi tam mój stary zniedołężniały służący. Ostrzeż pana Gilberta, żeby go nie niepokoił i poproś go jednocześnie, ażeby się zaraz z rana zobaczył koniecznie ze mną. — Cóż... będziesz pamiętał o tem wszystkiem mój staruszku?...
— Z pewnością; ale czy pan tak wcześnie chciałby nas opuścić?
— Nie wiem jeszcze, odpowiedział z uśmiechem Balsamo, ale to wiem, że jutro wieczorem potrzebuję być w Bar-le-Duc koniecznie.
La Brie westchnął, rzucił okiem na łóżko i wziął świecę, aby podpalić gazety, jakie zamiast drzewa ułożył na kominku.
Balsamo go powstrzymał.
— Daj pokój, rzekł, daruj życie tym szpargałom; jeżeli spać nie będę, będę miał co czytać przynajmniej.
La Brie skłonił się i wyszedł.
Balsamo podszedł ku drzwiom i zaczął nadsłuchiwać. Wkrótce po nad jego głową rozległo się stąpanie. To La Brie chodził u siebie.
Zbliżył się wtedy do okna. W mieszkaniu Nicoliny, w mansardzie przeciwległego skrzydła pawilonu, światło paliło się jeszcze. Poprzez źle zasłoniętą firankę widać było jak młoda dziewczyna rozbierała się zwolna, jak odpinała suknię i jak coraz wychylała się z okienka, jakby usiłując dojrzeć coś w podwórzu.
Balsamo przypatrywał się jej z zajęciem, którego nie chciał widocznie zdradzać podczas kolacji.
— Dziwne podobieństwo! szepnął nareszcie.
— W tej chwili światło w mansardzie zagasło, ale Nicolina nie położyła się jeszcze.
Balsamo oparł się o ścianę i czekał. Dźwięki klawikordu wciąż doń dochodziły.
— Słuchał czy szelest jaki nie mieszał się z głosem instrumentu... Nareszcie, upewniony, że Andrea sama jedna czuwała pośród ogólnej ciszy, otworzył ostrożnie drzwi, zszedł pocichutku ze schodów i znalazł się w salonie.
Panna de Taverney jego wejścia nie dosłyszała.
Piękne jej, matowej białości ręce, przesuwały się po zżółkłej klawiaturze instrumentu, grając smutną jakąś melodję. Improwizowała, jak się zdaje, odtwarzała jakieś wspomnienia czy marzenia swoje dawniejsze. Być może, że duch jej, znudzony pobytem w Taverney, wymknął się na chwilę z pałacu, aby pobujać swobodnie po obszernych ogrodach klasztoru w Nançy, zapełnionych wesołemi pensjonarkami. Bądź co bądź, oczy jej błądziły w tej chwili dokoła pokoju słabo oświetlonego jedną jedyną świecą, postawioną na fortepianie.
Czasami grać przestawała i wtedy przypominała sobie pewnie dziwną wizję wieczorną i nieznane uczucia następstwem jej będące. Czuć było, że serce jej bije, że ją przenikają dreszcze. Mimo, że była sama jedna, czuła zbliżanie się jakiejś istoty żyjącej i to ją niepokojem przepełniało.
Naraz, jakby zapragnęła zdać sobie sprawę z tych uczuć dziwacznych, zadrżała na całem ciele jakby za dotknięciem iskry elektrycznej. Spojrzenie się rozjaśniło, myśl jakby się wzmocniła; dostrzegła jakby ruch jakiś w lustrze.
Były to drzwi do salonu otwierające się pocichu.
W tych drzwiach cień się ukazał.
Palce Andrei zbłąkały się na klawiszach.
A jednak zjawisko bardzo było naturalnem przecie.
Cień, trudny do poznania, bo pogrążony jeszcze w mroku, mógł być wszakże cieniem pana de Taverney lub Nicoliny, lub też starego La Brie, który przed udaniem się na spoczynek zwykł był wałęsać się po pokojach.
Snać jednak oczami duszy odgadła młoda dziewczyna, że nie była to żadna z tych trzech osób.
Cień zbliżał się wolnym krokiem i coraz stawał się wyraźniejszym, a gdy wszedł nareszcie w jasny krąg świecy, panna de Taverney poznała w nim cudzoziemca o przerażająco bladej twarzy, w czarnem aksamitnem ubraniu.
W tajemniczych widocznie jakichś celach zrzucił ubranie jedwabne, które nosił zwykle.[3]
Andrea usiłowała cofnąć się i krzyknąć, ale Balsamo wyciągnął ku niej ręce i stanęła jak wryta.
— Panie, rzekła, na Boga, czego chcesz ode mnie?...
Balsamo się uśmiechnął, a Andrea gwałtownie się weń wpatrywała.
Nie odpowiedział nic jednakże.
Młoda kobieta jeszcze raz napróżno powstać usiłowała, jakaś siła niewidzialna a potężna, jakieś odrętwienie nie pozbawione uroku, przykuły ją do fotelu.
Ogarnął ją przestrach wielki, poczuła bowiem, że jest na łasce tego nieznanego sobie przybysza. Chciała zawołać o pomoc i nadludzkim wysiłkiem zdołała otworzyć usta, ale Balsamo uniósł ręce nad jej głową i głos zamarł jej w piersiach.
Teraz nie miała już ani siły, ani woli i opuściła bezwładnie główkę na ramię.
W tejże chwili Balsamo posłyszał szmer jakiś w okolicy okna; gdy się żywo obejrzał, dostrzegł jakby cień ludzki, który przesunął się i zniknął zaraz poza szybami.
Zmarszczył brwi; i... dziwna rzecz, taki sam wyraz odbił się na twarzyczce Andrei. Zwrócił się ku niej, opuścił ręce, które trzymał ciągle ponad głową dziewczęcia i zrobił kilka ruchów od góry ku dołowi.
— Śpij! wyrzekł następnie.
Andrea próbowała opierać się urokowi.
— Śpij, powtórzył tonem rozkazującym Balsamo. Śpij! bo ja żądam tego!...
Andrea oparła się o klawikord, złożyła główkę na ręku i zasnęła.
Balsamo wyszedł i powrócił do swego pokoju.

Skoro tylko drzwi salonu zamknęły się poza nim, ta sama postać, która przed chwilą mignęła pod oknami, ukazała się znowu.

VIII
SIŁA PRZYCIĄGAJĄCA

Gilbert, nie mający prawa wstępu do salonu zamku Taverney, podpatrywał cały wieczór szczęśliwców, którzy z prawa tego korzystali.
Widział podczas kolacji Balsama uśmiechającego się i rozprawiającego, widział jaką uwagą zaszczycała go Andrea, widział niezwykłą dla niego uprzejmość barona, widział uniżoność La Brie‘a względem gościa.
Gdy wstawano od stołu, skrył się w gęstwinę bzów i buldenżów, z obawy, aby go Nicolina przy zamykaniu okiennic nie dostrzegła i aby mu nie przeszkodziła. Nicolina spełniła istotnie tę zwykłą powinność swoją, ale w salonie pozostawiła okiennice otwarte, bo były tak popsute, że zamknąć ich nie było sposobu.
Gilbert wiedział o tem dobrze i nie opuścił swego stanowiska.
O co chodziło temu chłopcu? zapyta zapewne czytelnik. Znał on przecie doskonale mieszkańców zameczku, boć patrzył na nich ustawicznie, już siedmnaście czy ośmnaście lat zrzędu.
Tego wieczoru miał on jednak oprócz obserwacji pewne inne zamiary.
Nicolina spełniwszy wszystko, co do niej, a nawet i do Gilberta, należało, udała się do swego pokoju.
Łatwo zrozumieć, że Gilbert przylgnął nieruchomo do drzewa, nie śmiejąc prawie oddychać i nie tracąc z oczu ani jednego jej ruchu, a gdy zniknęła i gdy w jej mieszkanku na mansardzie zabłysło światło, podszedł znowu na palcach ku oknu, przykucnął w cieniu i pożerał oczyma Andreę, siedzącą przy klawikordzie.
W tej chwili Józef Balsamo wszedł właśnie do salonu.
Gilbert zadrżała na ten widok i iskrzącym wzrokiem śledził scenę, jakąśmy opowiedzieli.
Zdawało mu się, że Balsamo winszował Andrei talentu, a ona odpowiadała mu ze zwykłym sobie chłodem; że nalegał z uśmiechem, ażeby grać przestała a porozmawiała na pożegnanie z gościem. Podziwiał wdzięk z jakim się oddalała. Z całej tej sceny, którą, jak mu się zdawało rozumiał, rzeczywiście nie zrozumiał nic, bo istota jej inną była zupełnie.
Gilbert dosłyszeć, nic nie mógł, widział tylko poruszające się usta i ręce. Jakkolwiek dobry spostrzegacz, nie mógł domyśleć się tajemnicy tam, gdzie wszystko działo się jak najnaturalniej z pozoru.
Po odejściu Balsama, Gilbert już nie podglądał, lecz z zachwytem wpatrywał się w Andreę, tak piękną w zaniedbanej postawie, lecz wkrótce spostrzegł ze zdziwieniem, że ona śpi. Kilka chwil jeszcze nie ruszał się z miejsca, ażeby się przekonać czy ten stan nieruchomy jest istotnie snem. Dopiero, gdy się upewnił zupełnie, powstał, chwytając się za głowę oburącz, jak człowiek, który się boi, ażeby napływ myśli nie rozsadził mu czaszki, i z wysiłkiem woli podobnym do szału:
— O! jej ręka! — rzekł, gdyby ją tylko przycisnąć do ust. No, Gilbercie, idź! ja tak chcę.
I, powiedziawszy to, posłuszny samemu sobie, pobiegł do przedpokoju, i dostał się do drzwi salonu, które otwarły się przed nim również bez hałasu, jak wprzód przed Balsamem.
Zaledwie jednak drzwi się otworzyły, zaledwie znalazł się wobec dziewczęcia, od którego nic go już nie oddzielało, zrozumiał naraz doniosłość czynu, jaki miał popełnić. On, Gilbert, syn oficjalisty i wieśniaczki, chłopiec nieśmiały, pokorny nieomal, on, który w poniżeniu swem ledwie śmiał oczy podnieść na dumną pannę, teraz dotknąć miał ustami rąbka sukni, lub koniuszka palców tego uśpionego majestatu, który mógł się lada chwila obudzić i spiorunować go wzrokiem.
Na tę myśl, całe upojenie, jakie zamroczyło umysł i zmąciło mózg, znikło.
Przystanął i uczepił się framugi drzwi, bo nogi uginały się pod nim, i, pomimo że był silnym, ledwie nie upadł...
Zamyślenie jednak, czy sen Andrei było bardzo głębokie; Gilbert właściwie nie wiedział, czy dziewczyna śpi, czy rozmyśla, gdyż nie poruszyła się wcale, chociaż mogła była dosłyszeć bicie serca Gilberta, które daremnie starał się przytłumić; przez chwilę stał rozgorączkowany; dziewczę pozostało nieruchome.
Tak była piękną, lekko oparta na ręce, z długiemi splotami włosów nieupudrowanych i spadających na szyję i ramiona, że w żyłach jego ogień przytłumiony strachem, ale nie zagasły wybuchnął znowu z całą siłą. Doznał znów zawrotu; był to jakby szał jakiś odurzający; paląca żądza dotknięcia czegoś, co jej dotykało. I znów krok postąpił ku niej.
Podłoga zaskrzypiała pod niepewnem stąpnięciem; na odgłos ten pot zimny zrosił czoło młodzieńca, lecz Andrea jakby nie słyszała.
— Śpi — wyszeptał Gilbert. — Co za szczęście! śpi.
Po przejściu jednakże trzech kroków, Gilbert zatrzymał się znowu, jakby go coś przestraszyło; był to niezwykły błysk lampy, która przed zgaśnięciem rzucała ostatnie silniejsze blaski, po których zwykle następuje ciemność. Zresztą w całym domu nie słychać było najmniejszego hałasu, najmniejszego szmeru. Stary La Brie położył się i niezawodnie spał; u Nicoliny nie świeciło się wcale.
— Dalej! — rzekł.
I znów postąpił naprzód.
Rzecz dziwna, podłoga znów zaskrzypiała, Andrea nie obudziła się jednak.
Gilberta zdziwił ten sen szczególny, prawie go przestraszył.
— Śpi — powtórzył z tą zmiennością myśli, jaka dwadzieścia razy w ciągu minuty zachwiać może postanowienie kochanka lub nikczemnika. — Podły, kto zapanować nie umie nad swem sercem. — Śpi! o mój Boże! mój Boże!
Ale wśród tych gorączkowych wzruszeń, wśród obaw i nadziei, Gilbert zbliżał się ciągle i znajdował się już o dwa kroki od Andrei.
Odtąd jakby magja poczęła działać; chciał uciec, gdyby ucieczka była możebną; lecz, znajdując się w zaczarowanem kole, którego punktem środkowym było dziewczę, czuł się związanym, skrępowanym, zwyciężonym; padł na kolana.
Andrea pozostała nieruchoma, niema.
Gilbert ujął rąbek jej sukni i ucałował.
Potem podniósł głowę zwolna ruchem automatycznym, powstrzymując oddech; źrenice jego poszukały oczu Anderi.
Oczy szeroko były otwarte, Andrea jednak nie widziała nic.
Gilbert nie wiedział, co o tem myśleć, przygnębiony ciężarem zdumiewającego odkrycia. Na chwilę przeraziła go myśl, że umarła. Ażeby się przekonać, ośmielił się ująć ją za rękę: ciepła była i puls uderzał łagodnie. Jednakże ręka Andrei pozostała bezwładna w dłoni Gilberta. Wówczas Gilbert wyobraził sobie, odurzony bezwątpienia tem rozkosznem dotknięciem, że Andrea widzi, że czuje, że odgaduje jego bezmierną miłość; mniemał, biedne zaślepione serce, że spodziewała się jego przyjścia, że milczenie jej było przyzwoleniem, nieruchomość — pobłażliwością.
Wtedy podniósł rękę Andrei ku ustom i wycisnął na niej przeciągły i gorący pocałunek.
Nagle Andrea zadrżała i Gilbert uczuł, że go odpycha.
— Zgubiony jestem! — wyszeptał, wypuszczając rękę dziewczęcia i uderzając czołem o posadzkę.
Andrea powstała, jakby za naciśnięciem sprężyny, oczu nawet nie zwracając na podłogę, gdzie leżał Gilbert nawpół przygnieciony wstydem i przestrachem i nie miał siły prosić o przebaczenie, którego się nie spodziewał.
Andrea zaś z głową podniesioną w górę, podana naprzód, jakby kierowana tajemniczą siłą ku niewidzialnemu celowi, dotknęła, przechodząc, ramienia Gilberta, minęła go i poczęła posuwać się ku drzwiom jakby z trudem i przymusem.
Gilbert, czując że odchodzi, nawpół podniósł się oparty na rękach, obrócił ku niej i śledził ją zdumionem spojrzeniem.
Andrea szła dalej ku drzwiom, otworzyła je, przebyła przedsionek i zbliżyła się do schodów.
Gilbert, blady i drżący posuwał się za nią, czołgając się na kolanach.
— O! — pomyślał — jest tak obrażona, że nie raczyła na mnie spojrzeć: pójdzie do barona i opowie mu o moim bezwstydnym szale i wypędzą mnie jak sługusa!
Chłopcu w głowie się zakręciło na myśl, że nie będzie mógł być w Taverney, że już widzieć nie będzie tej, która dla niego była światłem i życiem; rozpacz dodała mu odwagi; podniósł się na nogi i pobiegł ku Andrei.
— O! przebacz, pani, na imię Boga! przebacz! — wyszeptał.
Andrea jakby nie słyszała; poszła jednak dalej, nie wstępując do ojca.
Gilbert odetchnął.
Andrea postawiła nogę na pierwszym stopniu schodów, potem na drugim.
— O! mój Boże! mój Boże! — wyszeptał Gilbert — dokąd ona iść może. Te schody prowadzą tylko do pokoju czerwonego, który zajmuje cudzoziemiec i na poddasze La Brie’go. Gdyby potrzebowała La Brie‘go, zawołałaby go, zadzwoniła. Czyżby więc szła?... O! nie! to niepodobna! niepodobna!
I Gilbert zacisnął pięści z wściekłości na samą myśl, że Andrea może iść do Balsama.
Przed drzwiami pokoju cudzoziemca zatrzymała się.
Pot zimny spływał po czole Gilberta; uczepił się poręczy schodów, ażeby nie upaść, i dalej postępował za Andreą. Wszystko co widział, wszystko co odgadywał, jak sądził, wydawało mu się potwornem.
Drzwi od pokoju Balsama były nawpół uchylone; Andrea popchnęła je, nie zapukawszy wcale.
Światło, jakie przez nie padło, oświeciło twarz jej szlachetną, czystą i złotemi błyskami odbiło się w jej szeroko otwartych oczach.
W głębi pokoju Gilbert mógł dojrzeć cudzoziemca, stojącego z okiem wlepionem w przestrzeń, ze zmarszczonem czołem i ręką wyciągniętą rozkazująco.
Potem drzwi się zamknęły.

Gilbert czuł, że mu sił braknie. Ręka puściła poręcz, druga podniosła się do rozpalonego czoła; obrócił się na miejscu, jak koło spadłe z osi i padł nieprzytomny na zimny głaz pierwszego schodu, z okiem jeszcze utkwionem w te drzwi przeklęte, poza któremi znikły wszystkie jego dawne marzenia, całe szczęście teraźniejsze i cała nadzieja na przyszłość.

IX
JASNOWIDZĄCA

Balsamo przystąpił do dziewczęcia, które weszło do niego, nie zbaczając na włos z prostej linji, krokiem automatycznym, jak statua komandora.
Jakkolwiek osobliwe było to zjawisko, jednakże Balsama nie zdziwiło bynajmniej.
— Kazałem ci spać — rzekł — śpisz...
Andrea westchnęła, nic jednak nie odpowiedziała.
Balsamo zbliżył się do dziewczęcia:
— Musisz mówić — wyrzekł.
Dziewczę zadrżało.
— Słyszałaś? — zapytał cudzoziemiec.
Andrea skinęła głową potwierdzająco.
— Więc dlaczego nie mówisz?
Andrea przyłożyła rękę do gardła, jakby chciała wyrazić, że nie może wydobyć słowa.
— Dobrze! — siadaj — wyrzekł Balsamo.
Ujął ją za tę samą rękę, którą Gilbert ucałował.
Dziewczę, prowadzone przez Balsama, cofnęło się o trzy kroki i usiadło na fotelu.
— Teraz — wyrzekł Balsamo — widzisz.
Źrenice Andrei rozszerzyły się, jakby chciały pochłonąć niemi wszystkie promienie, które rzucało światło dwóch świec.
— Nie każę ci patrzeć oczyma — rzekł Balsamo — ale sercem.
I, wydobywszy z pod haftowanej kamizelki pałeczkę stalową, dotknął jej końcem falujących piersi dziewczęcia.
Andrea skoczyła, jakgdyby strzała ognista przeszyła jej ciało i przeniknęła do serca; oczy jej zamknęły się w tejże chwili.
— A! dobrze — wyrzekł Balsamo — zaczynasz widzieć, nieprawdaż?
Skinęła głową potwierdzająco.
— I będziesz mówiła, nieprawdaż?
— Będę mówiła — odpowiedziała Andrea.
Jednocześnie jednak podniosła rękę do czoła, z niewysłowionym wyrazem boleści.
— Co ci jest? — zapytał Balsamo.
— O! cierpię!
— Dlaczego cierpisz?
— Bo zmuszasz mnie widzieć i mówić.
Dwa czy trzy razy Balsamo wzniósł ręce ponad czołem Andrei, jakby chciał osłabić nieco prąd magnetyczny, mogący je rozsadzić.
— Czy jeszcze cierpisz? — zapytał.
— Mniej — odpowiedziało dziewczę.
— Dobrze; teraz patrz, gdzie się znajdujesz?
Oczy Andrei pozostały przymknięte, ale twarz jej sposępniała i zdawała się przytem wyrażać jaknajżywsze zdziwienie.
— W pokoju czerwonym — wyszeptała.
— Z kim?
— Z panem — mówiła dalej, dojrzawszy.
— Co ci jest?
— Boję się! wstyd mi.
— Czego? Czy nas nie łączy sympatja?
— Tak jest.
— Czy nie wiesz, że sprowadziłem cię tu w najczystszych zamiarach.
— O tak, to prawda — odrzekła.
— I że cię szanuję jak siostrę.
— Tak, wiem o tem.
I twarz jej wypogodziła się, potem znów spochmurniała.
— Ale chociaż widzę, że mi nie życzysz nic złego, życzysz przecie źle innym.
— Być może — szepnął Balsamo, — ale tem się nie zajmuj — dodał tonem rozkazującym.
Andrea przybrała zwykły wyraz twarzy.
— Czy wszyscy śpią w domu?
— Nie wiem — odparła.
— To przypatrz się.
— W którą stronę mam patrzyć?
— Najpierw w stronę ojca. Gdzie jest?
— W swoim pokoju.
— Co porabia?
— Leży.
— Czy śpi?
— Nie, czyta. — Co czyta?
— Jedną z tych brzydkich książek, do których czytania zawsze mnie zachęca.
— A ty ich nie czytasz?
— Nie — odrzekła.
— Dobrze. Z tej strony jesteśmy spokojni.
Spojrzyj teraz w stronę Nicoliny, do jej pokoju.
— W pokoju jej nie świeci się wcale.
— Czy potrzeba ci światła, ażeby widzieć?
— Nie, jeżeli pan każe.
— Tak; chcę.
— O! widzę ją.
— I cóż?
— Nawpół ubrana odchyla ostrożnie drzwi od swego pokoju; schodzi po schodach.
— Dobrze. Dokąd idzie?
— Zatrzymuje się przy furtce od dziedzińca, chowa się za furtkę; czai się; czeka.
— Balsamo uśmiechnął się.
— Czy na ciebie czai się i czeka? — zapytał.
— Nie.
— O! to rzecz najgłówniejsza. Kiedy młodej dziewczyny nie śledzi ani ojciec, ani pokojówka, nie potrzebuje się już niczego obawiać, chyba...
— Nie — odrzekła.
— Ho! ho! odpowiadasz na myśl moją.
— Czytam ją.
— Więc nie kochasz nikogo?
— Ja? — podchwyciło dziewczę pogardliwie.
— A tak, ty, bo zdaje mi się, że mogłabyś przecie kogoś, kochać!
Andrea potrząsnęła głową.
— Serce moje jest wolne — wyrzekła smutno.
I taki wyraz niewinności i wstydu dziewiczego upiększył jej rysy, że Balsamo rozpromieniony wyszeptał:
— Lilja! ideał! jasnowidząca!
I złożył ręce, jakby na znak radości i podzięki; potem, zwracając się do Andrei:
— Jeżeli jednak nie kochasz — mówił dalej — bezwątpienia jesteś kochaną.
— Nie wiem — odpowiedziało dziewczę łagodnie.
— Jakto? nie wiesz — odparł Balsamo dosyć szorstko. — Poszukaj! kiedy pytam, to chcę mieć odpowiedź.
I po raz drugi dotknął piersi dziewczęcia pałeczką stalową.
Dziewczę znowu zadrżało pod wrażeniem bólu, widocznie jednak mniej żywego od pierwszego.
— Cóż widzisz? — zapytał Balsamo.
— O! ależ to niepodobna! — odrzekła Andrea.
— Cóż widzisz?
— Młodzieńca, który od powrotu mego z klasztoru, śledzi mnie, chodzi za mną, pożera mnie oczyma, ale zawsze ukradkiem.
— Cóż to za młodzieniec?
— Nie widzę jego twarzy, tylko odzież; to prawie ubiór robotnika.
— Gdzież on jest?
— Przed schodami; cierpi, płacze.
— Dlaczegóż nie widzisz jego twarzy?
— Bo zasłania ją rękami.
— To spojrzyj przez nie!
Andrea jakby uczyniła wysiłek.
— Gilbert! — wykrzyknęła. — O! wszak mówiłam, że to niemożebne!
— A dlaczegóż niemożebne?
— Bo on nie ośmieliłby się mnie kochać!... — odpowiedziało dziewczę z wyrazem najwyższej pogardy.
Balsamo uśmiechnął się, jak człowiek, który zna ludzi i wie, że niema stopni społecznych, którychby nie przebyło serce, choćby nawet między niemi była przepaść.
— I cóż on tam porabia przy schodach?
— Zaraz. Ręce odejmuje od czoła, podnosi się i idzie. Dokąd?
— Tu... Napróżno jednak, nie ośmieli się tu wejść.
— Dlaczego nie ośmieli się wejść?
— Bo się boi — wyrzekła Andrea z pogardliwym uśmiechem.
— Ale będzie podsłuchiwał?
— Tak, przykłada ucho do drzwi, nasłuchuje.
— Przeszkadza ci?
— Tak, bo może słyszeć, co mówię.
— Czy zdolnym jest nadużyć tego nawet względem ciebie, którą kocha?
— Tak, w przystępie gniewu lub zazdrości; o! tak, w takich chwilach zdolny jest do wszystkiego.
— To się go pozbędziemy — wyrzekł Balsamo.
I podszedł hałaśliwie ku drzwiom.
Widocznie śmiałość nie wstąpiła jeszcze w Gilberta, gdyż na odgłos kroków Balsama, obawiając się, ażeby nie był przyłapany, usiadł na poręczy schodów, jak na koniu i zesunął się szybko na dół.
Andrea wykrzyknęła z przestrachu.
— Przestań patrzeć w tę stronę — odezwał się Balsamo, powracając do Andrei. — Takie pospolite miłostki są rzeczą małej wagi. Czy zechcesz mi teraz mówić o baronie de Taverney?
— Chcę tego tylko, czego ty chcesz — wyrzekła Andrea z westchnieniem.
— Zatem baron bardzo jest biedny?
— Bardzo biedny.
— Tak biedny, że nie może ci dostarczyć żadnej rozrywki?
— Żadnej.
— Więc nudzisz się w tym zamku?
— Śmiertelnie.
— Może jesteś ambitną?
— Nie.
— A czy ojca kochasz?
— Kocham — odrzekło dziewczę prawie z wahaniem.
— Jednakże zdawało mi się wczoraj wieczorem, że miłość tę córki dla ojca zasępia jakaś chmurka — podchwycił Balsamo z uśmiechem.
— Mam żal do niego, że po warjacku zmarnotrawił majątek mojej matki, tak, że biedny Maison-Rouge nudzi się w garnizonie i niema pola aby nosić godnie imię swej rodziny.
— Któż to jest Maison-Rouge?
— To mój brat Filip.
— Dlaczego nazywasz go Maison-Rouge?
— Bo takie jest, a raczej było imię jednego z zamków naszych, i synowie najstarsi nosili je aż do śmierci swego ojca; poczem dopiero nazywali się Taverney‘ami.
— I kochasz swego brata?
— O! bardzo! bardzo!
— Więcej, niż wszystko?
— Nadewszystko!
— A dlaczego kochasz go tak namiętnie, a ojca tak umiarkowanie?
— Bo to szlachetne serce; on życie oddałby za mnie.
— Gdy ojciec?...
Andrea zamilkła.
— Nie odpowiadasz?
— Nie chcę odpowiedzieć.
Widocznie Balsamo nie chciał tym razem przełamywać woli dziewczęcia. Zresztą, być może, wiedział już o baronie wszystko, czego się pragnął dowiedzieć.
— A gdzie w tej chwili przebywa kawaler de Maison-Rouge?
— Pytasz mnie pan, gdzie jest Filip?
— Tak.
— Znajduje się w załodze strasburskiej.
— Czy widzisz go w tej chwili?
— Gdzie?
— W Strasburgu.
— Nie widzę.
— Czy znasz to miasto?
— Nie.
— Ja je znam; poszukajmy razem, dobrze? zgadzasz się?
— I owszem.
— Może w teatrze jest?
— Nie.
— To w kawiarni na placu ratuszowym wraz z innymi oficerami.
— Nie.
— Może powrócił do swego mieszkania? Chcę ażebyś zajrzała do mieszkania brata.
— Nie widzę go tam. Myślę, że go niema w Strasburgu.
— Czy drogę ze Strasburga znasz?
— Nie znam.
— Mniejsza o to! ja ją znam; pójdźmy tą drogą. Może w Savernie jest?
— Nie.
— To w Saarbrück?...
— Nie.
— Może w Nancy?
— Zaraz, zaraz.
— Dziewczę podniosło głowę; serce ledwie jej me wyskoczyło z piersi.
— Widzę! widzę! — wyrzekła z wybuchem radości. — O! drogi Filip, co za szczęście!
— Cóż się tam dzieje?
— Drogi Filipie! — powtórzyła Andrea, a oczy jej błyszczały radością.
— Gdzież on jest?
— Konno przejeżdża przez miasto, które znam wybornie.
— Cóż to za miasto?
— Nancy! Nancy! gdzie byłam w klasztorze.
— Czyś pewna, że to on?
— O! tak, pochodnie, któremi jest otoczony, oświetlają twarz jego.
— Pochodnie? — wyrzekł Balsamo zdziwiony — skądże pochodnie?
— Konno jedzie! konno! przy drzwiczkach złocistej karety.
— A! — wyrzekł Balsamo, jakgdyby zrozumiał — a któż jest w karecie?
— Młoda kobieta... O! jaka wspaniała, jaka piękna! jaka czarująca! O! to dziwne, zdaje mi się, że ją już widziałam; nie, nie, omyliłam się, to Nicolina jest do niej podobna.
— Nicolina podobna jest do tej kobiety tak dumnej, tak majestatycznej, tak pięknej?
— Tak! tak! ale jak jaśmin do lilji.
— Co się dzieje w tej chwili w Nancy?
— Młoda kobieta wychyla się z karety i daje znak Filipowi, ażeby się zbliżył; posłuszny jest, zbliża się, odkrywa głowę z głębokim szacunkiem.
— Czy możesz słyszeć, co sobie powiedzą?
— Będę słuchała — wyrzekła Andrea, powstrzymując Balsama ruchem ręki, jakby chciała ażeby żaden szmer nie odrywał jej uwagi.
— Słyszę! słyszę! — wyszeptała.
— Co mówi młoda kobieta?
— Ze słodkim uśmiechem rozkazuje mu, ażeby przyspieszył bieg koni. Powiada, że eskorta musi być gotowa nazajutrz o szóstej zrana, gdyż w drodze chce się zatrzymać.
— Gdzie?
— O to ją właśnie brat pyta... O! mój Boże! ona chce stanąć w Tayerney! Chce się z ojcem naszym zobaczyć... O! taka wspaniała księżna stanąć chce w naszym domu ubogim! Co poczniemy, bez srebra, bez nakrycia stołowego?
— Uspokój się! Wystaramy się o to.
— O! dziękuję! dziękuję!
I dziewczę, które podniosło się nawpół, upadło wyczerpane na fotel, z głębokiem westchnieniem.
Wtedy Balsamo zbliżył się do niej i, zmieniając zapomocą paru magnetycznych poruszeń kierunek prądów, przywrócił spokojny sen temu pięknemu ciału, które się gięło złamane, tej główce ociężałej, która opadała na piersi dyszące.
Andrea zdawała się odzyskiwać spokój zupełny, pokrzepiający.
— Zbierz siły — rzekł do niej Balsamo rozkazująco — za chwilę potrzebować będę jeszcze twego jasnowidzenia. O! wiedzo! — dodał z uniesieniem — ty tylko jedna nie zawodzisz! Tobie jednej człowiek powinien wszystko poświęcić. O! Boże! jakże piękną jest ta kobieta! jak czystym jest ten anioł, Ty wiesz o tem dobrze, Ty, coś stworzył anioły i kobiety! A dla mnie jednak co znaczy w tej chwili piękność? co warta niewinność? Tyle tylko, ile się mogę od tej piękności i niewinności dowiedzieć. Niechaj każda istota piękna, czysta, doskonała, umiera, byleby tylko usta jej wprzód mówiły. Niechaj przepadną rozkosze całego świata, miłość, namiętność, uniesienie, bylebym ja mógł zawsze stąpać krokiem pewnym i świadomym! A teraz ty, dziewczę, coś potęgą mej woli nabrało przez sen kilku sekund tyle siły, jakbyś przespało lat dwadzieścia, teraz obudź się, a raczej pogrąż się znów w stan jasnowidzenia. Potrzeba mi, ażebyś jeszcze mówiła, ale tym razem będziesz mówiła tylko dla mnie.
I Balsamo, wyciągając znów ręce ku Andrei, zmusił dziewczę, ażeby się wyprostowało pod tym wszechpotężnym prądem.
Widząc ją przygotowaną i uległą, wyjął z pugilaresu papier, złożony we czworo, w którym był zawinięty pukiel włosów czarnych, jak smoła. Perfumy, jakiemi były skropione, poplamiły papier.
Balsamo włożył pukiel włosów do ręki Andrei.
— Patrz! — zażądał.
— O! jeszcze! — wyrzekło dziewczę z wyraźnym bólem. — O! nie, nie, pozostaw mnie pan w spokoju, cierpię zanadto. O! mój Boże! mój Boże! przed chwilą było mi tak dobrze!
— Patrz! — odrzekł Balsamo, bez litości dotykając pałeczką stalową piersi dziewczęcia.
Andrea załamała ręce; starała się oprzeć eksperymentom tyrana. Na usta jej wystąpiła piana, jak niegdyś u Pythji, siedzącej na świętym trójnogu.
— O! widzęl widzę! — zawołała z rozpaczą, gdy jej wola została przełamana.
— Co widzisz?
— Kobietę.
— O! — wyszeptał Balsamo z dziką radością — wiedza więc nie jest czczym wyrazem, jak cnota; Mesmer zwyciężył Brutusa. No, opisz mi tę kobietę, ażebym się dowiedział, czy dobrze widzisz.
— Cera ciemna, oczy niebieskie, włosy czarne, ręce nerwowe.
— Co teraz porabia?
— Jedzie, pędzi, unosi ją koń wspaniały, okryty potem.
— W którą stronę?
— Tam, tam — rzekło dziewczę, wskazując na wschód.
— Dokąd ta droga prowadzi? czy do Chalons?
— Tak.
— To dobrze — rzekł Balsamo — i ja tam się udaję. Do Paryża zmierza, jak i ja. To dobrze, odnajdę ją w Paryżu. Teraz odpocznij — wyrzekł do Andrei, odbierając jej pukiel, którego nie wypuściła z ręki.
Ręce Andrei opadły bezwładnie.
— Teraz — rozkazał Balsamo — powróć do fortepianu.
Andrea postąpiła krok ku drzwiom, lecz nogi osłabione wskutek niezmiernego zmęczenia, odmówiły jej posłuszeństwa. Zachwiała się.
— Nabierz sił i idź dalej — podchwycił Balsamo, poddając ją znów działaniu prądu magnetycznego.
Andrea naśladowała szlachetnego rumaka, który wysila się by spełnić wolę swego pana.
Poszła.

Balsamo otworzył drzwi od swego pokoju, Andrea zaś, wciąż uśpiona, zeszła zwolna po schodach.

X
NICOLINA LEGAY

Cały czas, przez jaki trwały doświadczenia Balsama, Gilbert spędził w niewysłowionych cierpieniach.
Stojąc u stóp klatki schodowej, bo już nie śmiał dostać się pode drzwi i podsłuchiwać, o czem mówiono w pokoju czerwonym, wpadł wreszcie w rozpacz, która, przy skłonnym do uniesień charakterze Gilberta, doprowadzić musiała do wybuchu.
Rozpacz tę powiększało poczucie słabości i niższości.
Balsamo był wprawdzie tylko człowiekiem, bo Gilbert, obdarzony umysłem silnym i niezależnym a przytem początkujący filozof, nie nazbyt wierzył w czarowników.
Lecz człowiek to był potężny, a on Gilbert słaby; człowiek to był odważny, a Gilbert takim jeszcze nie był. Dwadzieścia razy Gilbert chciał iść na schody, choćby się miał nawet spotkać z baronem. Dwadzieścia razy nogi ugięły się pod nim i nie ruszył z miejsca.
Wtedy w głowie powstała mu myśl, ażeby poszukać drabiny, której La Brie, zarazem kucharz, lokaj i ogrodnik, używał, przy oplataniu ściany bluszczem i dzikiem winem. Przystawiwszy drabinę do galerji schodów i wszedłszy na nią, niezawodnie słyszałby wybornie wszystko, czego tak gorąco pragnął się dowiedzieć.
Z przedpokoju wydostał się na podwórze i pobiegł do miejsca, gdzie zwykle drabina leżała pod ścianą. Kiedy jednak nachylił się, ażeby ją podnieść, zdawało mu się, że słyszy jakiś szmer od strony domu; obrócił się.
Źrenicami rozszerzonemi w ciemności, zobaczył w ciemnej framudze otwartych drzwi jakąś postać ludzką, ale przesunęła się tak szybko i cicho, jakby była raczej widmem, niż istotą żyjącą.
Zostawił drabinę na miejscu, a sam z bijącem sercem poszedł do zamku.
Wyobraźnie pewnego typu są nieodzownie zabobonne; zwykle zdarza się to najbogatszym z nich i najbardziej egzaltownym; przypuszczają możebność bajki równie jak rzeczywistości, świat realny uważając za zbyt pospolity, a mają pociąg doniemożliwości, a przynajmniej do idealności. Dlatego tęsknią do ciemnych lasów, że w zmroku ich kryją się duchy lub dobre genjusze. Tak samo starożytni, którzy byli tak wielkimi poetami, śnili o podobnych rzeczach wśród jasnego dnia. Że jednak ich słońce płonie ogniście, a nasze jest tylko słabem jego odbiciem, z którego ogniska mamy tylko odblask, wyklucza pojęcie wszelkich widm i upiorów, wyobrażali sobie oni wesołe driady i oready powiewne.
Gilbert, dziecko kraju chmurnego, gdzie pojęcia zawsze są posępne, myślał, że to duch jakiś.
I, jakkolwiek niedowiarkiem był, przypomniał sobie, co mu powiedziała owa kobieta, uciekająca od Balsama; czyż czarownik nie mógł wywołać jakiego upiora, który miał władzę popchnąć do złego nawet anioła czystości?...
Jednakże drugą myślą Gilberta była zawsze refleksja. Przywołał na pomoc wszystkie argumenty uczonych przeciw istnieniu duchów i artykuł o widmach, w słowniku filozoficznym przywrócił mu niejaką odwagę, choć zarazem obudził postrach, i to bardziej uzasadniony.
Jeżeli kogoś zobaczył, musiała to być istota żyjąca, a nadto chciała ona widocznie kogoś śledzić.
Strach wskazał mu pana de Taverney; sumienie podszepnęło inne imię.
Spojrzał w okno drugiego piętra w pawilonie. Powiedzieliśmy już, że u Nicoliny nie świeciło się wcale.
Najmniejszego hałasu, ani światła w całym domu, oprócz w pokoju cudzoziemca.
Patrzył, nadsłuchiwał, i przekonany był teraz w zupełności, iż mu się tylko przywidziała owa postać, że, mówiąc technicznie, było to tylko złudzenie optyczne.
Lecz kiedy przystawił drabinę i wszedł już na pierwszy jej szczebel, drzwi od pokoju Balsama otworzyły się i zamknęły, przepuszczając Andreę, która zeszła po schodach bez światła i bez szmeru, jakgdyby kierowała i podtrzymywała ją moc jakaś nadprzyrodzona.
Tak doszła do sieni, minęła Gilberta, o którego otarła się suknią i poszła dalej.
Pan de Taverney spał, La Brie także się położył, Nicolina znajdowała się w innym pawilonie, drzwi u Balsama były zamknięte, wszystko zabezpieczało młodzieńca od wszelkiej niespodzianki.
Uczynił gwałtowny wysiłek dla zapanowania nad sobą samym i podążył za Andreą, krok w krok.
Andrea przeszła przedpokój i udała się do salonu.
Gilbert podążył za nią z rozdartem sercem. Jednakże przy otwartych drzwiach zatrzymał się.
Andrea usiadła na taboreciku przy fortepianie, na którym paliła się świeca.
Gilbert szarpał sobie pierś paznokciami; w tem samem miejscu przed pół godziną ucałował suknię i rękę tej kobiety, a ona nie rozgniewała się na niego wcale; jakież on miał wtedy nadzieje, jakże się czuł szczęśliwym!
Zapewne pobłażliwość dziewczęcia była owocem zepsucia, o jakiem czytał Gilbert w romansach, stanowiących księgozbiór barona.
— Gdyby tak nawet było! — szepnął pod wpływem tej myśli — błogosławić będę to zepsucie, czy też słabość. Skoro anioł rzuca na wiatr swą szatą niewinności, niech i mnie dostanie się z mej kilka strzępków!...
Tym razem postanowienie Gilberta było niezachwiane, rzucił się do salonu.
Ale, gdy miał już przestąpić próg, ręka czyjaś wysunęła się z cienia i pochwyciła go energicznie za ramię.
Gilbert obrócił się przerażony, zdawało mu się, że serce wyskoczy mu z piersi.
— A! mam cię nareszcie, bezwstydniku! — szepnął mu do ucha głos gniewny — teraz wyprzyj się jeszcze, że nie masz z nią schadzek, spróbuj kłamać, że jej nie kochasz...
Gilbert nie miał nawet siły, ażeby ramię wyrwać z tego uścisku.
A jednak nie było to tak trudno. Przytrzymywała go tylko dłoń młodej dziewczyny.
Była to Nicolina Legay.
— Czegóż chcesz? — spytał tylko zniecierpliwiony.
— A! chcesz, ażebym zapytała się głośno? podchwyciła Nicolina groźnie.
— Nie, nie, chcę ażebyś milczała — odparł Gilbert z zaciśniętemi zębami, pociągając Nicolinę za sobą do przedpokoju.
— To chodź ze mną.
Tego tylko chciał Gilbert, bo, idąc z Nicoliną, oddalał się od Andrei.
— Dobrze, idę z tobą.
I poszedł za Nicoliną, która go zaprowadziła na dół i zamknęła drzwi za sobą.
— Ale — odezwał się Gilbert panienka wróci do swego pokoju i zawoła cię, ażebyś ją rozebrała do spania, a ciebie nie będzie.
— Jeżeli myślisz, że o to się w tej chwili troszczę, to się grubo mylisz. A co mnie to obchodzi, czy będzie wołała, czy nie! Ja muszę się z tobą rozmówić.
— Mogłabyś, Nicolino, odłożyć do jutra, co masz mi do powiedzenia; panienka nie lubi żartować, wiesz o tem dobrze.
— O jej! nie radzę jej się złościć, szczególniej na mnie!
— Nicolino, jutro, przyrzekam ci...
— Przyrzekasz! Piękne są te twoje obietnice, można na nie liczyć! A czyś nie przyrzekał, że będziesz na mnie czekał dziś o szóstej, przy Czerwonym Dworze? A gdzieżeś bywał o tym czasie? innej zupełnie stronie, boś przyprowadził podróżnego.
— Nicolino, pomyśl tylko, że cię odprawią ze służby, jeżeli zauważą...
— A ciebie to nie wypędzą, ciebie, kochanka panny; nie?... baron ani się zawaha.
— Mnie?... — wyrzekł Gilbert, próbując się bronie — żadnej racji nie ma, ażeby mnie wypędzać.
— Doprawdy! więc chcesz, ażeby pan ci pozwalał umizgać się do córki? Nie przypuszczam, ażeby był takim filozofem.
Gilbert mógł jednem słowem dowieść Nicolinie, że, chociaż sam był winien, jednak w tej winie Andrea nie miała najmniejszego udziału. Dość mu było opowiedzieć, co widział, wszystko, co się wydawało tak nieprawdopodobnem, a Nicolina, dzięki dobrej opinji, jaką kobiety mają nawzajem o sobie, byłaby we wszystko uwierzyła z pewnością. Wszelako pewna myśl głębsza powstrzymała młodzieńca w chwili wyznania.
Na takich tajemnicach, jaką była tajemnica Andrei, ludzie się bogacą, czy kiedy pragną skarbu miłości, czy gdy pożądają skarbów bardziej materjalnych i pewnych.
Gilbert pragnął skarbów miłości, obliczył, że gniew Nicoliny było to niebezpieczeństwo mniejsze niż pragnienie posiadania Andrei. Natychmiast wybrał jedno z dwojga i postanowił zamilczeć o szczególnej przygodzie nocnej.
— Więc dobrze, ponieważ chcesz koniecznie, to porozumiejmy się z sobą.
— O, to można zrobić prędko! — zawołała Nicolina, której charakter odmienny, niż Gilberta, me pozwalał panować nad zmysłami — ale masz słuszność, tu nam niedobrze, chodźmy do mego pokoju.
— Do twego pokoju! — zawołał Gilbert przestraszony — ależ to niepodobna.
— Dlaczego?
— Bo nas może kto zejść.
— Cóż znowu! — odparła Nicolina z pogardliwym uśmiechem. — Panna! ho! ho! ona musi być zazdrosna o pięknego panicza! Tem gorzej dla niej, bo ludzi, których zna się tajemnice, można się nie obawiać. O! panna Andrea miałaby być zazdrosną o Nicolinę! Co za zaszczyt dla mnie! I śmiech wymuszony, straszny jak huczenie burzy, przeraził Gilberta bardziej od wszelkiej pogróżki.
— Nie panny się boję, Nicolino, lękam się o ciebie.
— A tak! mówiłeś mi nieraz, że gdzie niema skandalu, tam niema nic złego. Filozofowie są nieraz obłudni, dlatego też wyznaczasz sobie z panną schadzki po nocy! No! no! dość już tych wykrętów!... Chodź do mego pokoju, ja tak chcę.
— Nicolino! — zawołał, zgrzytając zębami.
— Cóż takiego? — podchwyciła dziewczyna.
— Strzeż się!
I zamierzył się.
— O! nie boję się. Biłeś mnie już raz, kiedy byłeś o mnie zazdrosny. Wtedy mnie kochałeś. Było to w tydzień po naszym dniu miodowym i pozwoliłam się bić. Ale dziś nie pozwolę, bo mnie już nie kochasz, bo dziś ja jestem zazdrosna.
— I cóż mi zrobisz? — rzekł Gilbert, chwytając dziewczynę za rękę.
— O! będę tak krzyczała, że panna zapyta cię jakiem prawem dajesz Nicolinie, co dla niej tylko powinieneś mieć teraz. Puść mnie, radzę ci.
Gilbert puścił rękę Nicoliny.
Potem, wziąwszy drabinę i ciągnąc ją ostrożnie, przystawił do pawilonu tak, ażeby dostała do okna Nicoliny.
— Widzisz, co to jest przeznaczenie — rzekła; — drabina, po której prawdopodobnie miano się zakraść do pokoju panny, posłuży poprostu do wyjścia z poddasza Nicoliny Legay. To dla mnie pochlebne.
Nicolina czuła swą przewagę i przyśpieszała gorączkowo chwilę triumfu, jak zwykle kobiety, które nieraz potem drogo opłacają to zwycięstwo przedwcześnie otrąbione.
Gilbert czuł, jak fałszywe było jego położenie i starał się zebrać wszystkie siły do walki, którą przeczuwał.
I, jako człowiek przezorny, przedewszystkiem upewnił się co do dwóch rzeczy.
Po pierwsze, przechodząc pod oknem, ujrzał, że panna Taverney pozostawała wciąż w salonie.
Po drugie, przyszedłszy do Nicoliny, sprawdził, że można było, bez obawy złamania karku, skoczyć ze szczytu drabiny na ziemię.
Pod względem prostoty, pokój Nicoliny nie różnił się od innych mieszkań zamku.
Było to właściwie poddasze, którego mur zniknął pod obiciem szarem z zielonemi floresami. Łóżko drewniane i duża geranja, stojąca w okienku, stanowiły umeblowanie pokoju, do którego Nicolina dodała jeszcze dużą skrzynię, pożyczoną jej przez Andreę, która służyła zarazem za komodę i stół.
Nicolina usiadła na brzegu łóżka, Gilbert na krawędzi skrzyni.
Nicolina, idąc po schodach, uspokoiła się. Teraz, panując nad sobą, czuła się silną. Gilbert, przeciwnie, drżący jeszcze od wewnętrznych wzruszeń, nie mógł odzyskać zimnej krwi i czuł, jak gniew w nim rośnie, w miarę, jak pod działaniem woli zdawał się przygasać u młodej dziewczyny.
Na chwilę zapanowała cisza, Nicolina patrzyła na Gilberta okiem płomiennem i gniewnem.
— Więc to tak — odezwała się — kochasz się w pannie, a mnie oszukujesz?
— Kto ci powiedział, że się kocham w pannie? — odparł Gilbert.
— No, przecie masz z nią schadzkę?
— A któż ci powiedział, że to z nią mam schadzkę?
— Do kogo więc miałeś interes w zamku? Może do czarnoksiężnika?
— A może! Wiesz, że jestem ambitny.
— Powiedz raczej, zawistny.
— To ten sam wyraz, tylko tłumaczony w dobrem lub w złem znaczeniu.
— Nie bawmy się w czcze słówka. Nie kochasz mnie już, wszak prawda?
— I owszem, kocham cię zawsze.
— Więc czego odemnie stronisz?
— Bo, gdy się spotkamy, zawsze kłócisz się ze mną.
— Dlatego, że się tylko spotykamy.
— Wiesz, że zawsze byłem dziki i lubiłem samotność.
— Tak, wiem, że szukasz samotności, wchodząc po drabinie.
Gilbert czuł się pobitym na tym pierwszym punkcie.
— No, no, bądź szczerym, jeżeli możesz, Gilbercie, i przyznaj się, że mnie już nie kochasz, albo że kochasz nas obie?
— A gdyby tak było — rzekł Gilbert — cóżbyś na to powiedziała?
— Powiedziałabym, że to potworne.
— Czyż tak?
— Tak, i że to tylko wina twego serca!
— Nie, ale naszego społeczeństwa. Są kraje, gdzie, jak wiesz, każdy mężczyzna ma po siedm lub ośm żon.
— To nie są chrześcijanie — odparła Nicolina niecierpliwie.
— To są filozofowie! — wyniośle odpowiedział Gilbert.
— O! panie filozofie! więc uważałbyś za dobre, gdybym jak ty, postarała się o drugiego jeszcze kochanka?
— Nie chciałbym być względem ciebie niesprawiedliwym i tyranem, nie chciałbym powściągać popędów twego serca... Przedewszystkiem, niech się nikt nie krępuje... Zmień przedmiot miłości, Nicolino! nie mógłbym cię zmusić do wierności, która, zdaniem mojem, obca jest naturze ludzkiej.
— A!... — zawołała Nicolina — widzisz, że mnie nie kochasz! Czy przynajmniej masz dobrą pamięć, panie filozofie? — dodała z uśmiechem ironicznym.
— Jak kiedy — odpowiedział Gilbert.
— Czy przypominasz sobie, coś mi powiedział, kiedy przed pięciu miesiącami przyjechałam tu z panną z klasztoru?
— Nie, ale przypomnij mi.
— Powiedziałeś do mnie: „Jestem biedny“. Było to tego dnia, kiedy czytaliśmy razem Tanzai w ruinach zamku.
— Cóż dalej?
— Wtedy bardzo drżałeś!
— Być może; jestem z natury lękliwy, ale czynię co mogę, ażeby się wyleczyć z tej wady, jak i z innych.
— Tak, a skoro się poprawisz ze wszystkich swych wad — rzekła Nicolina ze śmiechem — będziesz doskonałym.
— A przynajmniej silnym, bo mądrość daje siłę.
— Gdzieś to wyczytał, proszę?
Co ci do tego? Cóż ci jeszcze mówiłem w ruinach?
Nicolina czuła, że coraz bardziej traci grunt pod nogami.
— A! mówiłeś: „Jestem biedny, Nicolino, nikt mnie nie kocha, nikt nawet nie pomyśli, że i ja mam tutaj coś“ i uderzyłeś się po sercu.
— Mylisz się, Nicolino, jeżeli, mówiąc to uderzyłem się, to nie po sercu, ale po głowie. Serce jest tylko pompą tłoczącą, przeznaczoną do rozprowadzania krwi po ciele. Przeczyta, w „Słowniku filozoficznym“ art. „Serce”.
I Gilbert wyprostował się dumnie. Wobec Balsama upokorzony, nadawał sobie ton wyniosły wobec Nicoliny.
— Masz słuszność, Gilbercie, musiałeś uderzyć się po głowie. Powiedziałeś więc wtedy, uderzając się po głowie: „Traktują mnie tu, jak psa podwórzowego, a nawet Mahon lepiej się ma odemnie“. A ja ci wtedy odpowiedziałam, ze niesłusznie nie kochają ciebie, że gdybyś był moim bratem, tobym cię kochała. Zdaje mi się, że odpowiedziałam ci to z serca, a nie z głowy Ale może się omyliłam: ja nie czytałam „Słownika filozoficznego“.
— Szkoda, żeś nie czytała, Nicolino.
— Wtedy objąłeś mnie. „Nicolino, jesteś sierotą, rzekłeś do mnie, ja jestem także sierotą. Nasza nędza i poniżenie czynią nas rodzeństwem — kochajmy się więc Nicolino, jakbyśmy byli nimi rzeczywiście. Zresztą, gdybyśmy nimi naprawdę byli, społeczeństwo zabroniłoby nam kochać się tak, jak chcę, ażebyś mnie kochała“. Wtedy mnie pocałowałeś.
— Być może.
— Czy myślałeś tak, jak mówiłeś?
— Zapewne. Zawsze się myśli, co się mówi w danej chwili.
— A dziś?
— Dziś, jestem starszy o pięć miesięcy, poznałem rzeczy, o których nie wiedziałem i odgaduję inne, których jeszcze nie znam. Dzisiaj myślę inaczej.
— Jesteś więc fałszywym, kłamcą, obłudnikiem zawołała Nicolina unosząc się.
— Nie większym, niż podróżny, którego pytają w głębi doliny, co myśli o krajobrazie, i któremu to samo pytanie zadają, gdy wszedł na szczyt góry, która mu zasłaniała widnokrąg.
— Więc się ze mną nie ożenisz?
— Nigdy ci nie powiedziałem, że się z tobą ożenię odrzekł Gilbert z pogardą.
— Ho! ho! zawołała dziewczyna zrozpaczona — zdaje mi się, że Nicolina Legay warta jest Sebastjana Gilberta.
— Wszyscy ludzie są sobie równi — rzekł Gilbert — tylko natura lub wykształcenie dają im odmienną wartość i różne zdolności. Według tego, czy mniej czy więcej rozwijają się te zdolności, oddalają się jedni od drugich.
— A ponieważ ty masz je bardziej rozwinięte niż ja, więc oddalasz się odemnie?
— Naturalnie. Jeszcze nie rozumujesz, ale już rozumiesz.
— Tak, tak! — wykrzyknęła Nicolina zrozpaczona — tak, rozumiem.
— Co rozumiesz?
— Że jesteś nieuczciwym człowiekiem.
— Być może. Wielu ludzi rodzi się z instynktami złemi, lecz wola je poprawia. Pan Rousseau także się urodził ze złemi popędami, jednak się poprawił. Będę naśladował pana Rousseau.
— O! mój Boże, mój Boże! — rzekła Nicolina — jak mogłam kochać takiego człowieka?
— To też nie kochałaś mnie — podchwycił zimno Gilbert — podobałem ci się tylko i nic więcej. Przybyłaś z Nancy i widziałaś tylko seminarzystów, którzy ci się wydawali smiesznymi, albo wojskowych, których się bałaś. Myśmy byli oboje młodzi, oboje niewinni, i oboje pragnęliśmy już takimi nie być. Głos natury odzywał się w nas nieprzeparcie. Przez dwa miesiące żyliśmy, zamiast wegetować. Ale czyż dla tego, że dzięki sobie wzajemnie byliśmy szczęśliwi przez dwa miesiące, mamy się nawzajem unieszczęśliwić na zawsze. Cóż znowu, Nicolino.
— Czy to filozofję mi wykładasz? — podchwyciła Nicolina.
— Tak — odpowiedział Gilbert.
— Więc dla filozofów niema nic świętego?
— I owszem, rozum.
— Tak, więc ja, która co chciałam zostać uczciwą dziewczyną...
— Przepraszam, ale na to już za późno.
Nicolina zbladła, potem się zarumieniła.
— Kobieta zawsze jest uczciwą, pocieszałeś mnie, kiedy jest wierną temu, którego jej serce wybrało. Przypominasz sobie tę teorję o małżeństwach?
— Mówiłem o związkach, Nicolino, gdyż nigdy się nie ożenię.
— Nie ożenisz się nigdy?
— Nigdy. Chcę być uczonym i filozofem. Owoż wiedza wymaga odosobnienia duchowego, a filozof ja — fizycznego.
— Panie Gilbercie — rzekła Nicolina — jesteś nędznikiem i sądzę, że więcej warta jestem od ciebie.
— Skończmy — rzekł Gilbert, powstając — bo tracimy czas daremnie, ty na wymyślanie, a ja na słuchanie. Kochałaś mnie, bo ci się podobało, nieprawdaż?
— Naturalnie.
— Więc to jeszcze nie racja, ażebym został unieszczęśliwiony dlatego żeś ty uczyniła coś, co ci się podobało.
— Głupiec! — rzekła Nicolina — myśli, że mnie przekonał i udaje, że się nie boi.
— Ciebie się mam bać, Nicolino?
— Tak? A cóż ty możesz mi zrobić? Zazdrość cię zaślepia.\
— Zazdrość!... ja mam być zazdrosną? — podchwyciła młoda dziewczyna, śmiejąc się nerwowo, — O! grubo się mylisz, jeżeli mnie masz za zazdrosną. O co byłabym zazdrosną, proszę? Gdybym miała takie białe ręce jak panna, a mieć je będę jeszcze, kiedy przestanę pracować, to czy mi się nie równać z naszą panną. Spojrzyj, jakie mam włosy — i dziewczyna odwiązała wstążkę, która je przytrzymywała — mogą mnie okryć od stóp do głowy jakby płaszczem. Jestem zgrabna, dobrze zbudowana. — I Nicolina objęła rękami swą kibić. — Zęby mam jak perły. — I przyjrzała się zębom w lusterku ponad łóżkiem. — Kiedy się do kogo uśmiechnę i popatrzę w pewien szczególny sposób, zawsze się zarumieni, zadrży i ugnie się pod mojem spojrzeniem. Jesteś moim pierwszym kochankiem, to prawda, ale nie pierwszy z ciebie człowiek, którego bałamuciłam. O, Gilbercie — mówiła dalej młoda dziewczyna, której urywany śmiech był bardziej złowróżbny niż gwałtowne groźby — wierzaj mi, nie zmuszaj mnie do wojny z tobą; nie sprowadzaj mnie z tej wąskiej ścieżki, na której mnie zatrzymuje jeszcze mgliste wspomnienie rad mojej matki i echo jakichś moich modlitw dziecięcych. Gdy raz zrzucę z siebie wstyd wszelki, strzeż się wtedy, Gilbercie, bo będziesz miał sobie do wyrzucenia nietylko nieszczęścia, jakie stąd dla ciebie wynikną, ale i te, jakie spadną na innych.
— Ho! ho! — odrzekł Gilbert — widzę, żeś teraz porządnie zhardziała Nicolino i przekonany jestem, że...
— Że co?
— Że gdybym chciał się teraz ożenić z tobą...
— To co?
— Tobyś mi odmówiła.
Nicolina zamyśliła się; potem z zaciśniętemi pięściami, zgrzytając zębami, wyrzekła: \
— Zdaje mi się, że masz słuszność, Gilbercie; zdaje mi się, że zaczynam wdrapywać się na tę górę, o której mi mówiłeś; zdaje mi się, że i ja mam jakieś wyższe przeznaczenie, że za mało dla mnie byłoby zostać żoną uczonego lub filozofa. Teraz idź, Gilbercie, na swą drabinę, a nie skręć karku, chociaż zaczynam przypuszczać, że byłoby to wielkiem szczęściem dla innych, a może i dla ciebie.
I młoda dziewczyna, obróciwszy się tyłem do Gilberta, zaczęła się rozbierać, jakby go wcale nie było.
Gilbert pozostał przez chwilę nieruchomy, niezdecydowany, bo podniecona zarówno poezją gniewu, jak i ogniem zazdrości, Nicolina wyglądała zachwycająco.
Ale Gilbert postanowił już sobie niezachwianie zerwać z Nicoliną.
Nicolina mogła szkodzić zarówno jego miłości, jak i ambitnym planom.
Oparł się.
Po chwili Nicolina, nie słysząc poza sobą żadnego szmeru, obróciła się; w pokoju nie było nikogo.
— Poszedł! — wyszeptała — poszedł!
Przystąpiła do okna; wszędzie zalegały ciemności, nigdzie nie błyszczało światełko.
— A panna? — rzekła Nicolina.
I młoda dziewczyna zeszła po schodach na palcach, stanęła pode drzwiami swej pani i nadsłuchiwała.
— Aha! — wyrzekła — sama się rozebrała i śpi. Do jutra więc. O! dowiem się, czy ona go kocha!

KONIEC TOMU PIERWSZEGO



Przypisy

  1. Lilia:, Pedibus:, Destrue:.
  2. Nakazuję ci spokój, szatanie.
  3. Wiadomo, że jedwab jest złym przewodnikiem elektryczności Osobę, mającą ubranie z jedwabiu prawie niepodobna jest zmagnetyzować.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.