Przejdź do zawartości

Intuicja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Intuicja
Podtytuł Pracownia Szczepanika
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


INTUICJA.
(Pracownia Szczepanika).

 Z pozoru dom — jak wszystkie domy w Wiedniu, bez charakteru, banalny — zda się zamieszkany przez liczne „partje“ mieszczaństwa.
 Lecz już od klatki wchodowej dmie i huczy ten dom doniedawna jeszcze spokojny na owej Ungarngasse, zamieszkałej przez ludzi, mających tak mało z genjuszem wspólnego.
 Coś drży — coś grzmi obok nas, za ścianami, pod kamieniem posadzki. Jakieś olbrzymy czy koboldy kują, tym jesiennym wieczorem złota bryły lub srebnesrebrne sztaby na korony dla swych książątek. Sień domu oddziela nas od Wiednia, gdzie wszystko jest tak gemütlich, a w kamienicach pysznią się napisy Oberskaffee. — Zapomina się, że jest niedaleko Stadtpark, a w nim bony z dziećmi i nieco dalej secesja z kilkoma dziełami sztuki i całą litanją bohomazów. Weszło się w inną dziedzinę, w inny świat. I nie w świat fabryczny, bo w tym warsztatowym huku jest inna, niż po wszystkich warsztatach, nuta. To coś drga gorączkowo, pulsuje, wiruje, porywa za sobą duszę. Tu gra duch ludzki na harfie warsztatowej przędzy — tu jest niewidzalna potęga, niepojęta, płynąca naprzód z bystrością górskiego potoku.
 To siedziba — Szczepanika.

............................................

 U progu wita mnie wysoki blondyn o sympatycznej twarzy. Ma ruchy szerokie człowieka pewnego siebie i zadowolonego z teraźniejszości i przyszłości, którą ma śmiało przed sobą zarysowaną. To p. Kleinberg, wspólnik materjalny Szczepanika, jego niańka finansowa, ten sam, który pierwszy uwierzył (choć nie entuzjastycznie) w genjusz biednego wiejskiego nauczyciela, który z kilkunastoma guldenami w kieszeni przywędrował do Wiednia, chcąc opatentować swój wynalazek.
 — Szczepanika niema w domu, — mówi p. Kleinberg — nie wiedzieliśmy, że Pani przyjdzie, nie byliśmy przygotowani. Lecz ja poślę po niego...
 — Nie! nie! zawołałam— zawołałam żywo — ja wolę zobaczyć najprzód dzieło a potem... poznać człowieka.
 W przedpokoju na ścianie wisi tablica z napisem, który każdy z nas, pracujących umysłowo, powinien wypisać u siebie dla nieproszonych gości:

Zeit ist Geld.

 A w poczekalni mniej grzeczne lecz bardzo sprawiedliwe zdanie:
 — Zabierać nam czas, to kraść nam pieniądze — a powiedziane jest — nie kradnij!
 Zaraz obok poczekalni — p. Kleinberg wprowadza mnie do małego pokoiku, w którym się znajduje karton Rauchingera i ów sławny gobelin, tkany dla cesarza, wręczony przez Szczepanika na audjencji w burgu.
 Gobelin przedstawia Najjaśniejszego Pana siedzącego na tronie w płaszczu gronostajowym bez korony — i zapatrzonego wdal z wielkim smutkiem i tęsknotą. — Ponad cesarzem unosi się Anioł z palmą w ręku. U stóp zaś siedzi rycerz w kasku i z mieczem w ręku.
 Jest to kompozycja allegoryczna, jubileuszowa i jako taka musi być sądzona inaczej, niż dzieło sztuki. — Niemniej jednak Rauchinger usiłował wyjść z banalności i ów rycerz, siedzący na ziemi, przedstawia się na kartonie silnie, z pewną imoponującąimponującą werwą w rysunku. — Natomiast ku górze siła niknie i umyślnie rozpływa się w delikatniejszej mgle anielskiej szaty.
 Gobelin pomniejszył rozmiary rysunku, lecz najdoskonalej oddał ogólny nastrój i intencję artysty. — Zdumienie i podziw ogarnia na widok tej tkaniny, która zdaje się być najwyborniejszym rysunkiem, wykonanym z całą subtelnością artysty. — Po bliższem zbadaniu widzi się dopiero tysiące nitek, utkanych i wiązanych w rozmaity sposób, dający możność otrzymania doskonałego wycieniowania kolorów. W gobelinie dolna część kompozycji (a mianowicie ów rycerz) zbladła cokolwiek, lecz zato górna część otrzymała tak wspaniałe srebrne światło na szacie anioła, na włosach i palmie, że stokroć przewyższa w potędze świetlanej karton Rauchingera. — Gobelin ten tkano dzień cały. — Dawniejszym sposobem wykonany zająłby czasu lat parę.
 Prawda — że... zająłby i rąk więcej. Dałby utrzymanie i kawałek chleba na dłuższy czas tym, którzy mieli nieszczęście urodzić się — tam „w dole“ — lecz...

C’est le génie qui passe!...

 Pan Kleinberg z największą kurtuazją robi mi honory domu — oprowadza, pokazuje cały ten dom zaczarowany, który od kuchen i piwnic począwszy, jest cały przeładowany elektrycznością tak dalece, że trwoga ogarnia iść naprzód, tak ciągle stąpa się po drutach, które jak siatka ogarniają dom cały w swe więzy.
 I zaraz, przeszedłszy biura, urządzone z pewną wysoką elegancją i komfortem, którego nutą artystyczną jest prześliczny i w tajemniczym utrzymany nastroju portret Marka Twaine’a ołówka Rauchingera i kilka palm, rosnących wśród biur, pomiędzy gwiazdami lampek elektrycznych z niedbałością dzieci, bawiących się w chwili uderzenia piorunu — wydostajemy się do warsztatów, z których najpierwszy, najbliższy pomieszkania Szczepanika, zawiera w sobie przyszłe cuda, o których już wątpić się nie godzi.
 W podłużnym pokoju — stół duży — nad nim lampy, przysłonięte zielonemi abużuramiabażurami. Na stole — maszyny — niewielkie, ciemne — napozór nieskomplikowane. Ponad niemi pochylony młody, smukły Niemiec, Kaiser nazwiskiem.
 Te maszynki spokojne, tak drzemiące w zielonem świetle iamplamp — to... telefon i telegraf bez drutu.
 Kaiser demonstruje przede mną wynalazek zatrzymywania i zapobiegania zderzeniu się pociągów, biegnących naprzeciw siebie. — Pan Kleinberg prosi mnie, aby nie opisywać tych demonstracji szczegółowo. Wolno mi tylko zaznaczyć, iż widziałam rezultat cudowny, zdumiewający — który zapobiegnie zbiorowym hekatombom, jakie tyle razy na ołtarzu rels — potwór, ziejący ogniem i parą, a przed którym żegnają się rosyjskie mużyki — z ciał ludzkich robił. I patrząc na to światełko błękitne, które jaśnieje jak gwiazda wśród ciemności laboratorjum, zdaje się, że to jakiś anioł litościwy zapalił je wśród cmentarzyska spiętrzonych wagonów, z pod których słychać jęki konających i sterczą rozpaczliwie ręce trupów, wyciągnięte w ostatniem wzywaniu pomocy.
 Po krętych schodach schodzimy na dół i tu panuje tak straszny huk, łoskot, oślepiające światło, że chwilę stać muszę nieruchomo, trzymając się poręczy.
 To są właściwe warsztaty Szczepanika, w których na miejscu wyrabia się wszystko, co jest do jego wynalazków potrzebne.
 A więc stolarnia, a w niej maszyna, która zapomocą elektryczności wykonuje wszystkie roboty stolarskie. A więc: hebluje, tnie, wierci — piłujepiłuje. — I lecą dokoła wióry i trociny, a jeden tylko robotnik do tej olbrzymiej pracy wystarcza. Szczęściem, że taka maszyna kosztuje tylko... 3000 zł i że nie tak łatwo znajdą się majstrowie, mogący sobie na nią pozwolić. Inaczej — ileżby znów nędzy stała się ona sprawczynią!
 Lecz — oto warsztaty tkackie, największe na świecie, bo 8000 platyn, podczas gdy nawet w Ameryce zatrudniano warsztaty najwyżej o 4000 platyn. — Cała kaskada złotych nici drży w przestrzeni. Właśnie odcięto jeden gobelin — lecz dla mnie puszczono w ruch czółenko i oto w mgnieniu oka rośnie srebrzysta wstęga atłasu wśród huku i migania przelatującego czółenka. Pan Kleinberg z dumą spogląda na warsztat i zwraca mą uwagę na tysiące kart, zawieszonych u sufitu — to jest dziurkowanych kartonów, jakby nut — potrzebnych do fabrykacji gobelinu.
 — Chodzi nam o usunięcie rysowników przy robotach tkackich mówi— mówi p. Kleinberg.
 Usunięcie!
 Jak to łatwo wymówić, jak łatwo chleb od ust odebrać... Już w Niemczech, gdzie zapłacono za ów wynalazek Szczepanikowi 800.000 marek, kilka tysięcy rysowników jest pozbawionych miejsca. — Opowiada mi to p. Kleinberg — nawet z podniesieniem żalu w głosie. Lecz wzrok jego błądzi triumfująco po warsztatach, a błyszczy radością i niepohamowaną dumą, gdy mówi:
 — My tu zbudujemy w Wiedniu największe atelier elektryczne w świecie całym!
 Koło warsztatu stoi młody człowiek, odziany ciemno, o niezmiernie głębokiem i dziwnem spojrzeniu. Interesuje się wszystkiem i tłumaczy pracę warsztatów w malowniczy, trochę ekscentryczny sposób. To Rauchinger, twórca kartonu gobelinowego, a przedewszystkiem portretu Twaine’a.
 I dalej znów wiedzie mnie niestrudzony p. Kleinberg. Widzę w osobnej izbie tak potworny aparat fotograficzny, iż przechodzi przez wybity otwór w murze i zajmuje sobą dwa pokoje. Oświetlają go lampy elektryczne o sile 800 normalnych świec i negatywy są metrowej wysokości. Obok w komórkach, w zaułkach, w piwnicach, wszędzewszędzie wre praca gorączkowa, wszędzie jakiś robotnik siedzi pochylony nad stołem lub krząta się koło maszyn. I chodzimy po schodkach, jeździmy windami od strychu do piwnic — potykamy się o relsy, po których jak czarne potwory jeżdżą skioptykony wynalazku Szczepanika, któremi fotografują się wzory dla tkactwa i tu się wykonywują.
 Cała armja retuszerów zajęta przy stołach nad mozolną pracą kropkowania kart. Jedna osobna izba mieści same kobiety, także retuszerki.
 — Ilu macie robotników? — zapytuję Kleinberga.
 — Siedmdziesięciu ośmiu.
 — Jaki jest wasz wydatek dzienny?
 — Do... tysiąca guldenów miesięcznie. Cyfra mówi sama za siebie.
 Wracamy teraz do apartamentów Szczepanika.
 Wszystko tam jeszcze świeże i nowe, mówi o świeżej instalacji, niedawnej zamożności, która dozwala tapicerom rozgościć się w domu. Saloniki o kilku angielskich mebelkach zielonych, o secesyjnych fotelikach. Pianino, na niem rozłożone nuty. Szczepanik gra na skrzypcach i gra podobno bardzo dobrze. Wszędzie przerażające zimno. Szczepanik bowiem i w zimie sypia przy otwartych oknach. Wiadomo, że był nauczycielem ludowym, a nauczyciele ludowi w Galicji często w wichurę śniegową mają w swych izbach wyrwane okna i śnieg miecie wprost... na środek izby. Szczepanik do ciepła kaloryferów przyzwyczaić się nie może.
 I nie wątpię również, czy może się przyzwyczaić do tych banalnych pokoi, w których niema nic z jego duszy, z jego własności, z jego nuty osobistej. Napróżno się oglądam za czemś, coby mi o nim opowiedziało więcej niż słowa Kleinberga i jego znajomych. Wszystko stoi na swojem miejscu, na czerwonych dywanach, biurko sprzątnięte — kurz starty, pióra systematycznie poukładane...
 W szafach bibljotecznych wspaniale oprawne leksykony i dzieła, przeważnie traktujące o elektryczności.
 Na stoliku maszyna do pisania z płytką, mającą napis fabryki i słowa — „Genjalnemu wynalazcy“ i t. d.
 Na maszynie tej Szczepanik nie pisze nigdy, nie pracuje z pewnością i w tym gabinecie, w którym tak jest czysto, tak porządnie, jak w gabinecie żonatego dentysty.
 Odkrywam wreszcie małą szafkę...
 W niej trochę książek, broszurek.
 Twain, Burget, Mirandolla... Szczepańskiego „Srebrne noce“ niosą jakąś poetyczną nutę.
 To wszystko.
 Kleinberg podaje mi książkę, w której zapisują się wszyscy.
 Przeglądam — dużo nazwisk znanych. Każdy napisał „genjuszowi“. Ja piszę... — artyście, bo choć artyzmu na tych ścianach niema, ale gorączkowy żar ludzkiego ducha pracuje tu wszechwładnie. I ja — mimowoli, wyobraźnią moją widzę, jak tego samouka wśród bezsennych nocy ogarnia nagle potęga wszechwiedzy — dręczy jego mózg, szepcze mu i dyktuje — a on rwie się, jak szaleniec, wśród sieci nitek i mlecznej drogi światełek elektrycznych, sięgając śmiałą dłonią po ogień wszechpotężny — po motor życia i ruchu tajemniczy i ujarzmiwszy go — oddać na usługi ludzkości.
 Pytam pana Kleinberga — czy jasno Szczepanik tłumaczy techniczną stronę swoich wynalazków?
 Odpowiada mi, iż Szczepanik w zdumienie wprowadza najbieglejszych fachowców ogromem wiadomości, jakiemi zdaje się rozporządzać. — Lecz skąd?
 I w tej świetlanej przestrzeni huczących warsztatów pada z ust wszystkich obecnych słowo:
 — Intuicja!

............................................

 O wielkie, święte, tajemnicze słowo, tak tajemnicze, że przeraża swoim ogromem i w grozę wprowadza tych, którzy „intuicji“ swe prace podobno zawdzięczają.
 Intuicja! Wampir i strzyga ludzi tworzących — udręka mózgów przekrwionych, niezdolnych oprzeć się tajemniczej potędze, która im dyktuje, przed oczy śle całe kłęby mglistych obrazów — szarpie niemi i zatruwa całe istnienie.
 O ileż szczęśliwszy ten, który pracuje z nagromadzonego powoli mózgowego materjału, który z notatek, mozolnie, bez gorączki, bez wysiłku pisze, składa kombinacje, a po skończeniu swej pracy twórczej „odpoczywa“, zapominając o swej robocie i spokojnie powracając do niej o oznaczonej godzinie.
 O takim mówi się zwykle: to człowiek pracy, z szacunkiem i uznaniem...
 O tych, którzy inaczej tworzą — mówią ludzie — och! on lub ona tworzy to intuicyjnie, — i pewne lekceważenie przebija się na twarzy mówiącego.
 A intuicja, to zmora życia, która dławi i do szaleństwa doprowadza. Toć halucynacja. Toć wizja ciągła — to sto duchowych stanów w jednym, biednym duchu — to chwilami obłęd z całą świadomością tego obłędu. — I owa intuicja nie opuszcza nigdy swej ofiary — budzi ją ze snu, nie dozwoli spoczynku ani w rozrywce, ani w smutku, ani w miłości — poszarpie siły, wolę i śmierć przyśpiesza.

............................................

 Szczepanika poznałam tego dnia wieczorem.
 Mówiłam z nim mało umyślnie, lecz przypatrywałam mu się ciągle.
 Jest to wizjoner — bardzo prosty, nieskomplikowany, jako istota ludzka, lecz najwidoczniej dręczony strasznie ową „intuicją“, z nerwami poszarpanemi na strzępy.
 Ma on w swej twarzy prześliczny, dziecinny uśmiech, który zdaje się być swobodny i szczerze wesoły. Nagle uśmiech zmienia się w grymas nerwowy, oczy niespokojnie biegają dokoła i wiecznie, zawsze zatrzymują się na elektrycznych światłach.
 Jak motyl krąży on ciąglęciągle koło tego blasku, który go ciągnie ku sobie magnesem i nie dozwala wymknąć się z zaczarowanego koła.
 — Mnie żadne towarzystwo nie chce asekurować na życie — mówi, wzruszając ramionami.
 Biedne to życie! Smutne życie, intuicyjne życie — ze śmiertelnym gromem elektryczności, czyhającym gdzieś woddali.
 Wiedeń, 10. Grudnia 1898 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.