Insurekcya/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Miasto tonęło jeszcze w szarej i suchej mgle; z tych wczesnej godziny pierzastych tumanów zaledwie majaczyły wyniosłe mury arsenału. Potężne ściany starożytnej struktury widniały jakoby z pod mętnej i sinawej wody. Nawet przysadziste narożne baszty, pocięte strzelnicami, dawały postać oblepionych przemiękłą wełną. Od strony ulicy Długiej czerniały pryzmy działowych kul, w akuratnych odstępach postożone, zaś cztery harmaty rychtowały długie gardziele ku Bielańskiej, Długiej i Lesznu. Zwodzony most nad szeroką fosą, pełną przegniłego błota, prowadził do nizkiej, na głucho zawartej bramy.
Warty, stojące co parę kroków z karabinami na ramionach, miały pozór kamiennych słupów, nie salutowały bowiem nawet oficyerów, przemykających się do wązkiej furty; otwierała się tylko na hasło. Drugie wejście do arsenału, niemniej strzeżone, było od strony Nalewek.
Za główną bramą, uczynioną z dębowych bali, żelaznych sztab i zawaloną od środka worami piasku i kamieniami, czaiły się granatniki przy zamaskowanych strzelnicach i biwakował pluton kanonierów.
Ze sieni, przypominającej obszernością beczkowatą nawę kościelną, prowadziły wejścia do sal zbrojowni oraz na piętra, zaś ostatnie na lewo, na kwaterę komendanta, pułkownika Dobrskiego. Była to amfilada niewielkich, sklepionych izb z oknami na wewnętrzny dziedziniec, obudowany pawilonami składów, koszar i artyleryjskich warstatów.
Na kwaterze mimo wczesnej godziny kancelarya już pracowała i panował ruch znaczny, bowiem co trochę ktoś wpadał z raportami.
W ostatniej stancyi, przy środkowym stole, siedziały wyższe szarże. Brzask kilku świec, tłumiony przemglonym porankiem, zaledwie pozwalał rozeznać twarze.
Wszedł porucznik Zaręba.
— O świcie przyniósł mi te odpisy Kiliński — meldował, podając generałowi Cichockiemu kartelusze, zapełnione drobnem pismem — wedle jego zapewnień, pochodzą z tajnej kancelaryi Igelströma.
Cichocki, pochłonąwszy je, podał w milczeniu Dobrskiemu; ten przeczytawszy, zaczął kląć i podsunął papiery generałowi Orłowskiemu, byłemu komendantowi Kamieńca. Na ostatku powędrowały pod okno do długiego stołu, przy którym pracowało kilku młodszych oficyerów. Czytano je z niezmierną uwagą.
— Nie chce mi się wprost uwierzyć! — odezwał się Cichocki do Zaręby.
— Majster głową ręczy za prawdziwość odpisu. Mieliśmy z tego samego źródła już parę ważnych doniesień i wszystkie okazowały się prawdziwemi.
Zjawił się kapitan Chomentowski; witał się ze wszystkiemi, jakby jeno nie spostrzegając Zaręby, który to wziął jako zapłatę za wczorajszą obronę króla.
— Hetman — rozpoczął Cichocki, raz jeszcze przeglądając kartelusz — rozkazał dowódcom wszystkich wojsk konsystujących w Warszawie, aby na przypadek powstania łączyli swoje komendy z moskiewskiemi wojskami i wespół uderzali na buntowników. Nieposłusznych poleca brać pod areszt i odsyłać do ukarania Igełströmowi. Ordonans wydany imieniem króla, że bez królewskiej zgody, to pewne. Wiedziałbym coś o tem.
Chomentowski pokręcił głową wątpiąco.
— Mamy jeszcze coś lepszego: odpis listu biskupa Kossakowskiego do ambasadora! Budująca epistoła godnego pasterza. Radzi w zaufaniu, jak zdusić grożącą wybuchem insurekcyę i przeszkodzić zbliżaniu się Kościuszki do Warszawy. Rada cale nie głupia. Owo poucza: żeby w Wielką Sobotę, w czasie rezurekcyi, Ożarowski wojska koronne rozprószył, wysyłając je pod pozorem asysty przy nabożeństwach do wszystkich kościołów w Warszawie. Tak podzielone oddziały należy natychmiast otoczyć moskiewskiemi wojskami, a upatrzywszy stosowną chwilę, wezwać je do złożenia broni. Jeśli nie posłuchają, uderzyć na nie bagnetem i dokończyć kartaczami, równocześnie zdobyć arsenał, zająć główne urzędy i wziąć pod swoją opiekę króla. Rozbrojone wojska i lud, pozamykany w kościołach, nie staną na przeszkodzie. Takim jest tenor biskupiego orędzia! Cóż Waszmość na to? — pytał Chomentowskiego.
— Uprzedzając groźne zamysły, uderzyć choćby dzisiaj w nocy!
— Jutro zdeterminujemy dzień powstania — odezwał się Dobrski.
— A jeśli znowu będzie odłożone, a tymczasem ambasador posłucha chytrej rady i nim się spostrzeżemy, rozpędzi nas i pobije? — niepokoił się Orłowski.
— Musi rozpocząć od arsenału, a niechaj spróbuje go brać! — zawarczał Dobrski.
— O ile znam Igelströma — wtrącił Cichocki — za radą Kossakowskiego nie pójdzie, będzie w niej węszył podstęp. Oni tylko w oczy świecą sobie bakę, ale za oczy jeden drugiemu szyje buty. Wiadomości mam za prawdziwe i groźne, przymuszą nas do rychłej decyzyi. Biskup zarabia sobie na słuszną wdzięczność.
— Po Efialtesie stanie się drugim patronem zdrajców — podniósł się głos z pod okna.
— Gdzie zbrodnie publiczne zostają bezkarne, tam niemasz rządu i praw, tam wolność nigdy ugruntowaną nie będzie — szepnął żałośnie Orłowski.
— Te zbrodnie nie pozostaną bezkarne — upewniał Chomentowski — i koronowanych tyranów dosięgnie sprawiedliwość. Nikt ich nie obroni — spojrzał ponuro na Zarębę.
Porucznik zbladł i odpowiedział wyzywającym wzrokiem. Przez chwilę smagali się srogiemi oczami gniewów. Ich stara przyjaźń konała w tem mgnieniu.
Zameldowano Berka Joselewicza. Porwał się na to Dobrski i zakrzyczał:
— Róbcie z tym Machabeuszem, co uważacie, ale ja powtórzę swoje: do arsenałów żydów nie dopuszczę i pod swoją komendą mieć nie chcę! — wybiegł zaperzony.
— Poruczniku! — zwrócił się Cichocki do Zaręby — w teatrze zbiera się kompania wolonterów aktora Rutkowskiego; trzeba ich zaprzysiądz, wciągnąć w regestra, jako tako wyekwipować i wyznaczyć im stanowiska. Weź ich pod swoją komendę...
— Jeszcze jedno — wołał Dobrski oknem z dziedzińca — siodeł i uprzęży ze swoich składów nie wydam tej hałastrze! Niech jeżdżą na oklep i uzbroją się tykami od chmielu.
— Żebyś tylko nie poszedł w niewolę pięknych komedyantek — ostrzegał po chwili Cichocki.
— Wedle rozkazu p. generale! — mruknął posępnie Zaręba i wyszedł.
W pierwszej stancyi natknął się na Berka, przyglądającego się bateryom w dziedzińcu. Żydowin był słusznego wzrostu i przystojnej twarzy, czarny, jak kruk, srodze wąsaty i z kabłąkowatemi nogami. W kawaleryjskiej granatowej kurcie, przy szabli i ostrogach, przepasany szarfą, prezentował się cale godnie. Jeno haczykowaty nochal, królicze czerwone obwódki oczów i głowa, pokryta wełnistymi pierścionkami, pokazywały słodką nacyę krajowego cudzoziemca.
— Obywatelu-Poruczniku! — zagadał, zabiegając mu drogę — czy »mała rada« otrzymała uniwersał Naczelnika do Żydów?
— Nie słyszałem. Może o tem wie kancelarya! — odpowiadał, zajęty czem innem.
— Obywatelu-Poruczniku! — z prędkości mowy aż się zachłystywał — na taki uniwersał czeka cała Litwa i Korona! Naczelnik go nam obiecał! Niech się tylko ukaże, a wszyscy żydzi opowiedzą się przy Polsce! I bronić jej będą! I nie poskąpią krwi ni mienia! Do mnie już dniem i nocą zgłaszają się ochotnicy! Ja się więc pytam...
— Odpowiedzą generałowie, właśnie czekają na obywatela! — przerwał mu i odszedł.
Na ulicach już było widno; podniosło się słońce i z pod opadających mgieł, wyłaniał się cudny, wiosenny dzień. Nagrzane powiewy muskały twarze, ptaki świergotały po drzewach i dachach, pachnąca młodą zielenią aura przejmowała lubością. Otwierały się okna, dzieci z krzykiem goniły się po ulicach.
Jeno Zaręba obcy był temu, co się dokoła wyrabiało. Nienawiść, jaką był wyczytał w oczach Chomentowskiego, dopiekała, niby świeżo otrzymana rana. Postąpił przecież wedle sumienia i nie bez obaw rozważał następstwa swojej wczorajszej deklaracyi. Spodziewał się ostracyzmu socyuszów, a nadewszystko plotek i podejrzeń. Rozumiał się pomawianym o jakieś nizkie, niegodne pobudki, a może nawet o schlebianie królowi i zabieganie o jego fawory! I w takiej przykrej dyspozycyi serca i udręczonego umysłu wszedł bocznemi drzwiami do teatru.
Mrok zalegał ogromną salę, tyle że na proscenium kopciło się parę kaganków i gdzieś z górnych lóż migły się smugi mętnego światła. Dopiero oswoiwszy się nieco z tym mrokiem, dojrzał oddział wolonterów, egzercyrujący się na widowni. Przy nieustannym warkocie tarabanu kilkudziesięciu młodych ludzi z karabinami na ramionach, w modnych fraczkach, przepasanych czerwonymi bandoletami, w kapeluszach z białemi piórami, czyniło przeróżne obroty, rypiąc nogami, aż cały teatr dygotał. Aktor Rutkowski, w czerwonym płaszczu, odrzuconym na ramiona, ze wściekle zielonym pióropuszem na głowie, opasany do pół piersi czerwoną szarfą ze złotymi frendzlami i ze szpadą w ręku, prowadził wolonterów cale sprawnie, jeno komendę podawał głosem, jakby chciał przekrzyczeć ryki wełn morskich i huraganów. Po każdym znaczniejszym obrocie z parterowych lóż sypały się rzęsiste brawa, słowa uznania i fijołki. Siedziały tam młode i stare aktorki w asyście podżyłych amantów i przyjaciół. Sam Bogusławski, dyrektor kompanii aktorów, brał miejsce na scenie przed zapuszczoną zasłoną, niby na generalnej próbie spektaklu, jeno miasto scenaryusza, trzymał w ręku prawidła mustry dla wolonterów, z których od czasu do czasu podpowiadał cicho Rutkowskiemu. Mustra odprawowała się z niezmiernym zapałem, iż co chwilę grzmiały ostre stąpania, bijące akuratnie do taktu tarabanu.
Niekiedy w przerwach garście cukrów wzmacniały bohatyrów, zaś piękne rączki obcierały uznojone czoła i twarze.
Zaręba, przystanąwszy w cieniu lóż, uważnie przyglądał się obrazowi.
— A chodźże do nas! — rozległ się nad nim głos Woyny.
— Krok w miejscu! Raz, dwa, raz, dwa — srożyła się komenda.
— Sewer, nasze księżniczki pragną cię uwielbić, bohatyrze z pod Racławic! — krzyczał Woyna, zapraszając do loży. Zaręba wszedł bardzo niechętnie.
Woyna z nieporównaną brawurą prezentował mu wszystkie komedyantki.
— Oto »Piękna Nieznajoma«; sama Venus, pokazałaby się przy niej, karczemną dziewką. Oto dumna »Ximena i Zelia«, w jednej zjawiona postaci; oto boska Terpsychora z »Axur«; oto smętne »Dziecko Miłości«; oto »Tymona Odludka«, słodka heroina; oto ze »Szkoły Obmowy«, najmowniejsza; oto posępna »Emilia Galotti«; oto »Wyspy Olczyny«, pasterka niebiańska; korowód muz najprzedniejszy, korowód bohatyrek, wiernych żon, wzniosłych matek i wdów traicznych. Masz i antyczne ciotki, piekielne sekutnice, hydliwe potwory, hetery rozwiązłe, anielskie pannice i kapłanki Amora, zaś razem najmilsze babusy, teatrowi narodowemu oddane, dzielne patryotki, a nadewszystko oficyerów uwielbiające. Dixi! — recytował jednym tchem swoim krotochwilnym sposobem i chybił celu, miasto bowiem aplauzów, posłyszał sykania i protestacye. Komedyantki nad facecyę przekładały aktualnie wojenne obroty, grochot bębnów i głos komendy, srogą Bellonę napominający.
Zaręba, również nieusposobiony, rozkazał sporządzić regestr i przystąpić do przysięgi.
Jakoż po chwili zasłona poszła w górę i w głębi sceny, na tle rozwalin jakiegoś rzymskiego miasta, okazał się marmurowy, wyniosły ołtarz; z boków wznosiły się cztery połupane, obwinięte bluszczami kolumny, na kapitelach siedzące białe orły spuszczały z dziobów czerwoną wstęgę z napisem: Pro patria!
Przy głuchym warkocie bębnów oddział wolonterów wkroczył na scenę; trupa aktorów, z Bogusławskim na czele, ustawiła się na stronie, a kiedy na ołtarzu zapłonęły krwawe pochodnie, zjawił się przed nim jakiś ksiądz w komży i z krzyżem w ręku.
Zaręba, dobywszy szabli, w krótkiej przemowie wezwał do przysięgi na wierność ojczyźnie i Naczelnikowi. Powtarzali za księdzem rotę przysięgi w uniesieniu.
Po skończeniu Zaręba, odciągnąwszy Woynę na stronę, zapytał:
— Nie podoba mi się ten ksiądz. Sądząc z mowy, to jakaś cudzoziemska wywłoka?
— Włoch, nazywa się Martelingo. Prawie domowy Ksawerego Działyńskiego.
— Martelingo, widziałem to nazwisko w proskrypcyjnym regestrze Konopki.
— Patrzy na niego. Bibosz to przedni, kostera i w ciągłej pogoni za dukatem. Był miłosnym spowiednikiem króla Jegomości baletu. Złośliwi nazywali go po prostu rajfurem. Między duchowieństwem cieszy się najgorszą opinią; już go w Nuncyaturze oskarżano, jako na dzień parę mszów odprawia. Zabawiał się i w drugi sposób, bowiem kiedyś urządzał w Brühlowskim pałacu dla najwyższej socyety »Teatrum pokus św. Antoniego«. Kilkanaście cudnych pokus, przybranych jeno we własne skóry i precyoza, dawało spektakl nad miarę swywolny. Pono baron Asch z legacyi rosyjskiej i Zubow patronowali temu przedsięwzięciu. Oto masz prawdziwy konterfekt tego męża.
— Wkręcił się tutaj nie bez przyczyny i gotów o wszystkiem donieść Baurowi.
— W teatrze znajdziesz go codziennie, zna wszystkie sekreta. Uwaga! Idzie.
Włoch w asyście paru aktorek zbliżył się do nich; czarny, gładkiej twarzy, wykrygowany, giętki, cały w ukłonach i dygach, w rzymskim mantoleciku na ramionach, pachnący, z utrefionymi włosami, dworny, wygadany, dawał postać doskonałego labusia.
Przyczepił się do Zaręby, adorując go wyróżniającym sposobem.
Woyna zaprosił całą kompanię na stokfisza po kapucyńsku. Poszli więc wszyscy do traktyerni w domu Latura, w którym przeważna część aktorów zamieszkiwała.
W obszernej stancyi z oknami na kościół Pijarów, gdzie już wszystko było przygotowane, uczyniło się wnet gwarno, jak w ulu. Zadzwoniły pierwsze kielichy.
To liczne bractwo, zbywszy się karabinów i wojskowych odznak, rzuciło się do stołów z niepohamowanem męztwem. Sporo było pomiędzy nimi fircyków i miejskich frantów, kręcących się koło teatru, oraz paru literatów. Że zasię amfitryon hojnie traktował wyborowemi winami, nie żałując przytem pieprznej przyprawy trywolnych wielce dowcipów, zabawa z miejsca przybrała postać siarczystej pohulanki. Nawet Zaręba zgubił rychło swoją posępną dyspozycyę i usadowiony pomiędzy najpiękniejszemi aktorkami, jął namiętnie zabiegać o ich fawory.
Po nasyceniu głodu, kiedy wjechały na stół baterye pękatych, sędziwych gąsiorków, Woyna wniósł zdrowie wolenterów. Odpowiedział mu Rutkowski w kwiecistej i z bohatyrską swadą wygłoszonej przemowie! Traktyernia zatrzęsła się od wiwatów! Czułością dla ojczyzny wezbrane serca, pofolgowały sobie łzami. Ogarnęło wszystkich patryotyczne uniesienie. Przysięgano sobie walczyć do ostatniej kropli krwi! Spełniano kielichy dozgonnej przyjaźni. Poczem zaczęto wnosić najprzeróżniejsze zdrowia; prym w nich trzymał pucołowaty, smukły młodzieńczyk, zaczynający aktor Żółkowski, sierżant wolonterów i najzagorzalszy jakobin. Sypał wierszami jak z rękawa i prawił takie koncepty, że pokładano się od śmiechu. Literaci nie zabierali głosu, tylko jeden z nich, mały i chudy, z twarzą głodomora, w wytartej zielonej bekieszy i z włosami jakby zjedzonymi przez mole, przepijał z każdym z osobna i niekiedy znacząco chrząkał, a kiedy się uspokajało w oczekiwaniu toastu mówił:
— Powiadajcie swoje, właśnie koncypuję przemowę; nalejcie mi tymczasem.
I nalewał się do dna z niezamąconym spokojem, reszta zaś wrzała coraz głośniejszym gwarem. Zaczęto opowiadać anegdoty i facecye. Ks. Martelingo opowiadał Boccaciowe historyjki z tak wyrazistą mimiką i sprośnymi ruchami, zaśmiewano się do łez. Potem Żółkowski udawał wielce trafnie znane w mieście persony, naśladując je w mowie, postaciach i ruchach. Ktoś znowu zaczął udawać głosy ptaków i zwierząt, że traktyernia napełniła się świegotem, ujadaniem psów i rykami bydła. Ktoś zaczął śpiewać jakąś aryę, zaimprowizowana kapela zagrała do wtóru; jeden trąbił na zwiniętej dłoni, drugi udawał basetlę na nodze od stołu, trzeci bił w taraban, a ostatni przebierał palcami na wargach, wypuszczając głos na podobieństwo flotrowersu. Wesołość dochodziła już do szczytu, aż przyleciał gospodarz, meldując, jako zgorszone tem tłumy zbierają się przed traktyernią. W odpowiedzi Woyna wyrzucił go za drzwi, rozkazując podać ostryg i szampańskiego.
Pili już na umór. Wielu już chrapało po kątach, wielu walało się pod stołami, zasię reszta szalała, powtarzając pełnymi głosami jakąś piosenkę i rozbijając flachy.
Naraz piękna Terpsychora spróbowała tańcować; że ciasno było na podłodze i pełno rozbitego szkła i kałuż, Zaręba jednym ruchem oczyścił stół i postawił ją na nim. Zatańczyła wściekłą sarabandę. Nie było końca wrzaskom, brawom i bisom. Zatańcowała więc jeszcze kozaka, poczem opuściły ją nagle siły i zleciała w ramiona Zaręby; coś długo nie mogła się oderwać z jego piersi. Porucznik był wesołym nad miarę, przepijał z każdym, bratał się ze wszystkiemi, krzyczał i śpiewał z drugimi, całował i był całowany, brał na suweniry jakieś wstążki i rozdawał dukaty, przysięgał wieczną miłość i w tej chwili zapominał o całym świecie. Wreszcie zaczął huśtać na nodze jakąś figę z niebieskiemi oczami, a tak śliczną, jasną, różaną, pełną dołeczków i lubych okrągłości, że w końcu porwał ją na ręce i biegając z nią po izbie, na śmierć zacałowywał.
Ledwie był skończył tę lubą zabawę, kiedy jeden z kredencarzy, wcisnął mu w rękę jakiś podłużny karteluszek; osądził go zwyczajnym billet doux, ale dojrzawszy jego czerwoną barwę, natychmiast oprzytomniał i przeczytał. Mistrz nakazywał podążyć na zebranie do generała Mokronowskiego i relacyę złożyć jeszcze dzisiejszej nocy. Miasto podpisu czerniała jeno liczba jeden, ujęta w nawias. Nawet rad był temu rozkazowi, słusznie rozumiejąc, jako z loży »Obrońców Wolności« jeszcze go nie wykluczono. Wyszedł bez pożegnania i w sieni spotkał się z Woyną.
— Wychodzisz? — zdziwił się, gdyż starościc nie lubiał przerywać sobie zabawy.
— Mam jeszcze przed nocą ważne sprawy, a ty?
— Wezwano mnie do arsenału, służba! — oświadczył wymijająco.
Rozeszli się pośpiesznie.
Zaręba pojechał na swoją kwaterę i zdziwił się niepomiernie, zastawszy w domu formalną inwitacyę generałowej Mokronowskiej właśnie na dzisiejsze zebranie. Spędził to na zbieg okoliczności i przebrawszy się po cywilnemu, już o zmroku wchodził do antyszambry Mokronowskich na Krakowskiem i oko w oko spotkał się znowu z Woyną! Ledwie przemówił ze zdumienia.
— A to niespodzianka i zbieg okoliczności — uśmiechnął się, pomieszany i przywstydzony.
— Albo jednobrzmiące rozkazy! — szepnął otwarciej Woyna.
— Inwitacye — poprawił z naciskiem — zastałem swoją w domu i jestem.
Woyna uśmiechnął się pobłażliwie i wziąwszy go pod ramię, weszli na pokoje.
Wyszła naprzeciw generałowa i głosem nie dopuszczającym wątpienia, oznajmiła:
— Witam Waszmościów! Moje panny pokończyły aftowanie sztandarów, jutro je poświęcimy u św. Krzyża. Chodźcie podziwiać i chwalić.
W obszernej bawialni, pełnej porozstawianych krosien i stolików, panien i dam zajętych pracą, ze starą księżną wojewodziną Jabłonowską na czele, widniały rozpięte na ścianach bojowe chorągwie. Jedna, przeznaczona dla kosynierów, pokazywała na dnie czerwonem złoty snop pszeniczny, nad nim skrzyżowane kosy, a w otoku pod laurowym wieńcem złotem wyrażony napis: »Żywią i Bronią«. Druga była chorągwią ziemi Mazowieckiej; na czerwonej płachcie srożył się biały orzeł. Na białych ścianach choręgwie grały jakby kałuże krwi; zasię napis na kosynierskiej ciągnął oczy, budząc szczególniejsze uczucia i napędzając łzy do oczów.
Woyna po dłuższej admiracyi, skłoniwszy głowę w stronę panien, rzekł uroczyście:
— Hołd oddawam i część cnym sentymentom i kunsztowi afciarek.
— Te chorągwie powiedą nas do sławy i zwycięstwa! — dorzucił ogniście Zaręba.
Na co znów Woyna, zasiadłszy do otwartego klawicenu, zagrał Marsyliankę i począł śpiewać cudnym, porywającym głosem. Zerwały się panny od krosienek, powstała sama wojewodzina Jabłonowska, zbiegły się z drugich pokojów damy, zjawiło się niewiadomo skąd kilkunastu mężczyzn i wszyscy wraz zaśpiewali, powtarzając z niesłabnącem uniesieniem pierwszą zwrotkę po kilka razy. Wszystkich przejęło czułe poruszenie, łzy pociekły z oczów, twarze się spłomieniły, a z piersi rwał się ten śpiew najgłębszej miłości ojczyzny i wolności. A już Zośka Radzimińska, stojąca wpodle Woyny, z oczami utkwionemi w choręgwie, dawała ze siebie obraz prawej Bellony! Duszę dawała w ten śpiew zapamiętały, górny i bohatyrski. Była piękną, lecz w tym momencie zdała się być jednym cudem, wzniosłością i zarazem gniewem. Z pod spiętych groźnie czarnych łuków brwi, oczy jej gorzały żarami wulkanów, twarz pobladła na płótno, a nizki głos huczał, jak dzwon, na bój, na walkę, na śmierć!
Wreszcie panny zasiadły z powrotem do krosien, wyszywania na bandoletach przeróżnych napisów i wszystko powróciło do zwyczajnego ładu. Kupa młodych oficyerów, pilnie się zasługiwała przy nawijaniu kordonków, podawaniu kłębuszków i rysowaniu ołówkami napisów. Nie brakowało i cywilnych elegantów, bowiem fraucymer generałowej składał się z panien, reprezentujących pierwsze domy w województwie.
Woyna szeptał na boku z Radzymińską; spojrzenia panien często zezowały w ich stronę.
W sąsiedniej komnacie przez otwarte, wyzłocone podwoje, widać było kilkanaście dam z miasta, nigdy nie spotykanych na asamblach znaczniejszych domów. Generałowa traktowała je ze szczególną uprzejmością. Zajęte były chrupaniem cukrów, skubaniem szarpi i narządzaniem długich bandażów. Całe kupy białych szmat i płócien stożyły się na posadzce. I przy nich kręciło się do pomocy kilku oficyerów.
— I my się gotujemy — szepnęła generałowa Zarębie — codziennie schodzimy się na taką właśnie zabawę. Niema już stanów, gdy idzie o ojczyznę — dodała, nazywając zebrane damy; były to przeważnie żony i córki wielkich kupców, miejskich obywatelów, bankierów i członków magistratu, a zaledwie kilka pań z wyższego świata.
Obejrzał się dokoła, jakby szukając kogoś.
— Kogóż Waść tutaj nie najduje? Zbieramy się partyami, codzień gdzieindziej...
— Myślałem spotkać p. Barsową! — szepnął zniżonym głosem.
— Lwica rewolucyi i bożyszcze jakobinów, nie czułaby się swoją pomiędzy nami! — powiedziała z nieukrywaną awersyą, powstając na wejście nowego gościa.
Z tych słów wymiarkowawszy opinie, jakim aktualnie hołdowała generałowa, miał się na baczności i większą zwracał uwagę na to, co się dokoła działo. I posłyszawszy rozmowy z komnaty generała, posunął się tam, jakby w rekonesansie. Przy okrągłym stole brała miejsce liczna kompania sprzysiężonych wprawdzie, ale samych moderantów i mieszczan w sporej kwocie. Królował pomiędzy nimi głośny swojego czasu J. Wyssogota Zakrzewski, były prezydent Warszawy, obrońca miast na sejmie, i pierwszy, który się był przepisał na prawo miejskie. Człowiek był mądry i cnotliwej duszy obywatel i wielce miłowany przez miejskie pospólstwo; mąż już w latach, ale pomimo wieku i siwizny, krzepki jeszcze, postaci wspaniałej i pięknego oblicza. Nosił się po francusku i wielbił Voltair’a. Za nim siedzieli posobnie: Ksawery Działyński, Sz. Szydłowski, Fr. Gottie, J. Horain, J. Wybicki, Fr. Tykiel, A. Ciemniewski, Fr. Makarowicz, W. Borakowski, Eliasz Alve i wielu drugich. Generał Mokronowski siedział z papierami przed sobą i piórem w ręku. Generał Cichocki, paląc lulkę, krążył po komnacie, nie bierąc udziału w dyskursach. Deliberowano nad dniem wybuchu; kilku z mieszczan, a szczególniej Morin, bankier i spólnik Kapostasa, przekonywał zgromadzonych o konieczności odłożenia terminu powstania. Podnosiły się żywe sprzeciwy. Rozmowa stawała się coraz żywszą.
Mokronowski, spostrzegłszy Zarębę, odprowadził go do bokówki.
— Mam dla Waści miłe słowa, jeśliś ciekawy — przemówił bardzo łaskawie.
— Ciekawym, bo się znikąd takowych słów nie spodziewam, p. generale.
— Toć powiem prosto: król bardzo cię wysławiał za jakąś przysługę mu oddaną.
Nie w smak mu poszła ta pochwała, lękał się jakiegoś podstępu.
— Musiałeś zasłużyć na tak miłościwe słowa Najjaśniejszego Pana — próbował indagować.
— Podobało się królowi mieć to przysługą, co było jeno powinnością poddanego.
— Nie będę cię wyłuskiwał ze sekretów, ale toć powiem: mógłbym cię uplasować przy królewskiej osobie, byłby z tego niemały profit dla naszej sprawy — powiedział z żołnierską otwartością.
— Panie generale — odparł, poruszony niespodzianą propozycyą — rozumiem honor, ale znajduję takie obowiązki, o wiele przewyższające moją zdatność. Pozwolę sobie mniemać, jako do takowych funkcyi musi być odkomenderowany, kto giętki w karku, obrotny i słyszący, jak trawa rośnie. A przytem moje principia nie byłyby ścierpiane na Zamku.
— Jak uważasz! Miałem cię rojalistą. Namyśl się jeszcze, nie często się zdarzają tak fortunne sposobności — usilnie go namawiał.
Lecz nie dokonawszy niczego, odszedł nieco kwaśny i obruszony.
Zaręba zaś, powróciwszy do bawialni pomiędzy rozszczebiotane panny, zauważył zmianę, jaka zaszła w starościcu: miał wypieki na policzkach, ponure spojrzenia i trzęsły mu się ręce. Siadł przy nim i przeglądając jakieś angielskie kopersztychy, zapytał:
— Co ci się stało? Doszedłeś z panną do porozumienia? — Pożałował tego pytania.
— Łatwiej z nią dojść do konfidencyi, niźli do jakiego ładu — odparł łzawo Woyna — Jakbyś postąpił — mówił zniżonym, gorączkowym głosem — gdybyś na szczerą deklaracyę posłyszał: »Kocham cię! Żoną twoją nie będę, ale jeśli chcesz, będę twoją kochanką, jeno pod warunkiem, że mi potem pozwolisz zginąć!« Pojmijże taką mowę? Cobyś zrobił?
— Wziąłbym ją chyba, zginąć nie pozwolił, a jeślibym kochał, gotówbym na postronku zaciągnąć do ołtarza! Kobiece fanaberye trzeba łamać, albo od nich uciekać.
— Nie wiem jeszcze, co zrobić, ale gotów jestem na każde szaleństwo... na każde...
— Nie poznaję cię, to mowa nie twoja! — szeptał ze szczerem współczuciem.
— To słodka pieśń tryumfującej miłości — drwił sam ze siebie — ale co ty wiesz o tem, człowieku szczęśliwy! Kochałeś jeno w pochodach i na rasztakach; co ty wiesz?
— Radbym zapomniał, że kiedyś wiedziałem. Jedźmy! — zerwał się nagle jak sparzony.
— Poczekaj, muszę się jeszcze rozmówić... — Obejrzał się, Zośki nie było w pokoju.
— Nie uważasz, jak tutaj się kaptuje mieszczaństwo i moderantów?
— Nawet ci powiem sprawy, jakie się ważą na dzisiejszem zebraniu — odparł, ożywiając się znacznie — agituje się wybór wodza na czas nieobecności Kościuszki i rządu, któryby objął władzę natychmiast po wybuchu powstania.
— Te sprawy należą do decyzyi jutrzejszego generalnego zebrania Rady.
— A tymczasem nazwano mi już parę nazwisk tutaj wybranych; pełną listę przyślę ci jutro rano, może ci się przyda do powinnego raportu — spojrzał mu w oczy.
— Nie rozumiem cię! Do jakiego raportu? — okrył się zdumieniem, jak maską.
— Nie lada z ciebie gracz i jedynyś do sekretu. Nie będę grał z tobą w ciuciubabkę i wyznam: Byłem jednym z trzech, którzy na wczorajszej kapitule wzięli twoją stronę.
— Ciszej, na Boga, ściany mają uszy — pochylił głowę nad kopersztychami — sprawiłeś mi ulgę tem wyznaniem. Byłem pewny, że potem, co zaszło, wykluczą mnie z loży.
— I nie zważałeś na następstwa; to mnie przerażało.
— Parę cali żelaza w piersiach od zamaskowanego socyusza — uśmiechnął się przymuszenie.
— Ustawa przewiduje i takie zakończenie.
— Znam ją, przywoziłem z Paryża. Mam już dosyć tej jakobińskiej maskarady.
— Sama ostrożność nakazuje nie zrywać z lożą otwarcie — przestrzegał.
— Jedźmy, pomówimy o tem obszerniej w domu. Moje konie czekają przed pałacem.
Ale powróciła Zośka i porucznik, nie doczekawszy się końca ich szeptań, odjechał sam.
Na kwaterze oczekiwało go tyle przeróżnych spraw, że nazajutrz prawie o świtaniu poleciał do arsenału, gdzie już codziennie zbierała się »Mała Rada«, przeniesiona z pod Sfinksów w obawie przed Baurowskiemi szpiegunami, tutaj bowiem był ośrodek wszystkich konspiracyj i powstańczych przygotowań. Owo i z tej przyczyny arsenał aż dygotał w posadach od wzmożonej, nieustającej pracy. Dziedzińce były zapchane ludźmi, jaszczami, harmatami i wojennym rynsztunkiem. W stajniach gromadzono coraz więcej cugów. W kuźniach i ludwisarni dzień i noc gorzały ogniska, pracowały miechy i biły młoty. W reperacyjnych warstatach broni ani na chwilę nie umilkały skrzyboty pilników i złowrogie piszczenia brusów, toczących szable i bagnety. Kołodzieje, szewcy, krawcy, rusznikarze, siodlarze i miecznicy przepełniali nizkie pawilony. Nawet w kazamatach, w ciasnych, sklepionych komorach wrzała gorączkowa robota; wyrabiano tam karabinowe naboje i działowe pociski pod szczególnym nadzorem Dobrskiego. Wyrabiano je również po klasztorach, jak u Kapucynów na Miodowej, u Dominikanów na Freta i u Bernardynów na Krakowskiem. Dozór nad temi fabrykami miał Ojciec Serafin. Właśnie spotkał się z nim w dziedzińcu Zaręba. Mnich był strasznie wymizerowany.
— Więc dzisiaj generalne zebranie? — spytał, ciężko dysząc i pokaszlując.
— Dzisiaj. Mniemam, jako najpóźniej wystąpimy w piątek w nocy.
— Daj Boże jak najprędzej. Muszę Waści powiedzieć o Konopce. To wściekły człowiek. Spotkałem go przed chwilą u tego ludojada, ks. Meiera. Nie miarkuję, z czego poszło, ale jak wszedłem, krzyczał na cały głos, że jeszcze kajdany brzęczą, a już spiski przeciw wolności formują, że moderanci z królem tajnie się znoszą i kontrrewolucyę gotują, że generał Cichocki tylko pozornie trzyma ze spiskiem, a całą duszą zaprzedany królowi, któremu o wszystkiem donosi. Tak się w końcu zbiesił, że groził, jako nie czekając powstania, zacznie wieszać arystokratów i z moderantami zrobi porządek. Nota bene, ma na zawołanie całą bandę sankulotów, gotowych na każde skinienie. To jest rezolut, nie cofnie się przed żadnym azardem — ostrzegał, niemało poruszony.
— Od paru dni tyle się na mnie wali, że mi już łeb pęka od przeróżnych turbacyi! — jęknął Zaręba i poszedł w swoją stronę. Był w najgorszem usposobieniu i tak skłopotany i nie mogący zebrać myśli, że zepchnąwszy co najpilniejsze sprawy, poszedł na miasto bez potrzeby i celu. A na domiar złego, skoro go owionęło wiosenne powietrze, przejęte zapachami pól i zieleni, poczuł w sobie jakąś głuchą, niezmożoną tęsknotę. Czasami gonił oczami żórawiane klucze, lecące nad miastem z przejmującym, dalekim klangorem. Czasami jakieś zielone drzewo, pławiące się w słońcu, przyciągało jego uwagę. A czasam i burza jakichś złych przeczuć i udręczeń porywała go w okrutną zamieć. I nie potrafił się otrząsnąć i zapanować nad sobą jak nie mógł znaleźć powodów takiej dyspozycyi. Na niczem zeszedł mu cały dzień, a nie mogąc się doczekać wieczora, o pierwszym zmierzchu poszedł do koszar artyleryi na zebranie. Naturalnie było jeszcze za wcześnie i wielka sala na piętrze stała pusta i mroczna. Zajrzał do kantyny na parterze; siedziała tam garść młodych oficyerów, część grała w bilard.
Zaręba pił wino, palił lulkę i zbierając rozprószone myśli, błądził oczami po ścianach, przybranych w obrazy bitew, konterfekty sławnych wodzów i broń. O parę kroków od niego, przy stoliku pod oknem, siedziało dwóch poruczników artyleryi: Linowski i Caspari, z jakimś młodym podporucznikiem, którego twarzy nie pamiętał, a który rozmawiał namiętnie i tonem, nie dopuszczającym sprzeciwów. Towarzysze patrzyli w niego z podziwem uwielbienia, jeno niekiedy wtrącając jakieś lękliwe słowa. Traktował ich z pyszną wyrozumiałością. Poruszał najprzeróżniejsze materye, a o wszystkiem miał zdanie zuchwałe i niewzruszenie pewne. Rąbał, jakby toporem, i rozbijał nieubłaganie i to zarówno Arystotelesa, jak i maksymy francuskich jakobinów. Natrząsał się nad nimi.
Zwróciło to uwagę Zaręby, zaczął pilniej nasłuchiwać i ukradkiem spozierać.
Podporucznik był średniej miary; złożony sucho, barczysty i o wypukłych piersiach, dawał obraz zdrowia i młodości, zastanawiała jeno długa twarz, blada i srodze pofałdowana, zacięte wargi, duży nos, ogromne czarne oczy, czoło nadmiernie wysokie i w skroniach rozwinięte, pobróżdżone i pionową zmarszczką naznaczone. Głowę miał wielką, czarnym, zwichrzonym włosem pokrytą, przegarniał je ustawicznie długimi palcami. Mówił prędko, wybuchając co chwila gniewem, szyderstwem, śmiechem lub dumą. Wciąż zapalał lulkę gasnącą mu ustawicznie. Nie tykał wina, jakie mu skwapliwie podsuwali. Pomimo młodych lat, sawant to był nielada, bowiem swoje dowodzenia popierał sentencyami, branemi z ksiąg całego świata i wszystkiemi językami. Wykład miał trudny i zawiły.
— Skąd idziemy? Nie wiem i nie pytam — mówił, jakby w ekstazie. — Czem jestem? Wolą świadomą. Może urodziłem się z promieni Bożego spojrzenia. I od tej pory lecę przez nieskończoność, ja słońce, ja gwiazdy, ja marzenie o sobie. Niekiedy przypominam sobie, jak byłem przydrożnym kamieniem. Czasem wiem, kiedy byłem huraganem, miotającym kosmosami. Czasem widzę swoje awatary i wędrówki po słońcach i planetach. Byłem kolejno wszystkiem we wszystkim wszechświecie, nim poczułem się jestestwem. I oto po milionach lat stałem się nieśmiertelnością. Otom jest! Oto już wiem, jakom jest. Byłem, kiedy ten nędzny glob stawał się dopiero mgławicą, i będę, gdy się obróci w kosmiczne pyły. Ale pozazdroszczono mi potęgi. Tę ziemię zrobiono mojem więzieniem. Skowanego w ciało, rzucono pod nogi przemocy. Szatan siadł przy mnie na straży! Zerwałem pęta i stanąłem do walki. Strącono mnie w otchłanie cierpień, niemocy i śmierci. Przemogę jednak okrutne potęgi. Mojem będzie zwycięstwo! Moją będzie moc i panowanie. Gwiazdy będę zapalał tchnieniem i światy będę wywodził z mej woli wszechwładnej. Wierzę w to i wiem o tem. Jakże mi więc dbać o życie i sprawy jego? Wszystko, co ziemskie, to jeno gra sił materyalnych i wiecznych przemian. Czemże jest moje ciało? Łachmanem, który odrzucę przed progiem zmartwychwstania. Wiele jest pałaców duszy mojej w nieskończonościach i nie wiem jeszcze, gdzie i jaki kształt widomy przybierać będę. Ale czuję, jako na ziemię już nie powrócę i życiem ludzkiego robactwa więcej żyć nie będę. Mam awersyę do życia. Tęsknota porywa mnie na swoje tęczowe skrzydła i niesie do mojej prawej ojczyzny, w bezkresy! — dokończył bezsilnym szeptem.
Zadumał się; nie śmieli przerywać milczenia, słychać było przyspieszone oddechy i niemal kołatania ich serc poruszonych. Myśli mieli pogubione i zmącone czucia, patrzyli oczami powracających z głębin marzenia.
Powiedział im jeszcze coś po cichu, a dokończył głośniej, jakby wyzywająco:
— Jestem czemś więcej, niźli Polakiem: jestem człowiekiem — i zerwał się z krzesła.
Powstali wszyscy, bowiem nad głowami rozlegały się już liczne stąpania i gwary.
— Cóż to za jeniusz! — spytał Zaręba na schodach Linowskiego.
— Podporucznik artyleryi fortecznej Wroński, po chodzi z Lublina. Słyszał go Waszmość?
— Piąte przez dziesiąte. Prawił, jakby się napił szaleju. Konia z rzędem, kto zrozumie.
Linowski tak gorąco wystąpił w obronie przyjaciela, aż mu Zaręba rzekł zniecierpliwiony:
— Mnie się jednak te mądrości wydały womitami z naczytanych książek, co jeno dowodzi, jako nic a nic na nich się nie rozumiem — złagodził w zakończeniu.
— Jeniusz to, jakiego w Polsce, a może i we świecie jeszcze nie bywało. On jeden poradziłby zaprowadzić we świecie nowy porządek.
— Czy aby zdatny do służby? Taki filozof nie odróżnia zwykle rury do barszczu od karabina.
— Niema u nas drugiego, któryby się lepiej rozumiał na wszystkiem, co się tyczy artyleryi i fortyfikacyi. Wszak już w szkole za swoją zdatność miał być wysłany królewskim sumptem do Paryża na naukę wyższej matematyki. A przytem rezolut, sam się napiera ze mną i Casparim iść na stanowisko w dziedzińcu Krasińskich.
— Zobaczymy, jak ten jeniusz będzie się sprawiał pod kulami. Wejdźmy, już pora.
Sala była ogromna i mroczna, okna miała pozasłaniane i zaledwie parę świeczników, stojących na stołach, rozkrążało nieco światła. Osób było już sporo i po ciemnych kątach słyszeć się dawały szeptania i brzęki szabel. Co chwila jeszcze ktoś spiesznie nadchodził i turkotały zajeżdżające pojazdy. Ale nastrój panował dziwnie ospały. Jakby lęk przyczajał się w mrokach. Szeptano sobie na ucho i trwożnie. Twarze widniały blade, gorączkowe spojrzenia i niepewne ruchy. Niepokój władnął duszami. A kiedy ostatni z nadchodzących przynieśli wiadomość, jako pomnożone wojska moskiewskie rozciągnęły się po wszystkich ulicach i postawiły warty co kilkanaście kroków, powstało silne poruszenie. Czyżby odkryto spisek? A może ktoś wydał zebranie i zaciągają sieci, aby wszystkich wyłapać? Tysiące złowrogich przypuszczeń zakrakało w duszach. Podniesły się głosy, aby wobec grożącego niebezpieczeństwa rozejść się, póki czas. Zwłaszcza obywatele cywilni dawali wyraz swoich obaw, najgłośniejsze roznosząc zamięszanie i niepokoje. Dopiero kiedy Chomentowski zapewnił, jako dwie kompanie kanonierów z harmatami strzegą bezpieczności, nastąpiło jakie takie uspokojenie. Podniesły się natomiast głosy rozmów, zgromadzenie bowiem było bardzo liczne, sto kilkadziesiąt person, samych najznaczniejszych sprzysiężonych, przepełniało salę, zajmując wszystkie ławy pod ścianami i miejsca.
Zaręba, stojący samotnie na uboczu, przyglądał się Wrońskiemu, który otoczony młodzieżą wojskową, coś im namiętnie rozpowiadał. Patrzyli w niego, jak w cud niepojęty.
— Słusznie powiadają: »Wystaw pełne koryto, a świnie się znajdą« — szepnął mu rubasznie Ojciec Serafin. — Fakcya »Obrońców Wolności« na stanowisku. Uważaj Waszmość, podają sobie jakieś karteluszki. Konopka ma minę dyktatora! Coś spikują...
Zaręba zbył go milczeniem, nie czując się w usposobieniu do kontrowersyi.
— I moderanci w komplecie — szeptał niestrudzenie mnich — będą znowu nastawali na odroczenie; nie darmo Gautier z Morinem obrabiają Kilińskiego. Majster nie pozwoli się przekabacić. Nie dałbym mu rozgrzeszenia, choć taki poczciwy.
— Dobrze, iż mi Ojciec przypomniał — zaczął Zaręba, odciągając go na stronę — muszę Ojcu zakomunikować, co Rada postanowiła. Od jutra mają we wszystkich kościołach zasiąść w konfesyonałach nasi księża do słuchania Wielkanocnej spowiedzi, a pod tym pozorem będą rozdawali spiskowym: hasła, termin wybuchu, komu potrzeba, to i naboje, no i będą ich zaprzysięgać przy komunii. Jest tutaj na sali ks. Meier, ks. Jelski i ks. Wrześniewski, może się z nimi Ojciec porozumie.
— Pomysł bezbożny używać do takich spraw konfesyonału z kościoła, nie przyłożę do tego ręki. Profanacya! Nie, nigdy! — odrzekał się, przejęty zgrozą i strachem.
— Taki jest rozkaz, spełnienie go jest patryotyczną świętą powinnością.
— Już wiem! Boże, co ze mną wyrabiają te Belzebuby! Któż mnie z takiego postępku rozgrzeszy?
— Własne sumienie, zwycięstwo dobrej sprawy i wdzięczna pamięć przyszłych pokoleń.
— Baj baju, chłop śliwy rwie, a jeno ich dwie! — wyrzekł płaczliwie — Czy mnie oczy nie zwodzą? — zawołał nagle — Jasiński z Grosmanim! — i wskazał radośnie na przeciskających się w stronę Chomentowskiego. Zaręba przysunął się do nich i po serdecznych powitaniach z pułkownikiem i z »municypałem wileńskim« pozostał już przy socyuszach z loży. Konopka witał go, jak zwyczajnie, zaś ks. Meier i Chomentowski, z wyróżniającą życzliwością. Nawet był rad takiemu obrotowi sprawy.
Otoczono Jasińskiego, który, jak zwykle, piękny, smukły, z włosami w puklach spływających nieledwie na ramiona, z oczami pełnemi błyskawic, porywający i wzniosły, opowiadał o wileńskich przygotowaniach i usposobieniach. Głos mu brzmiał, niby spiżowa tarcza pod uderzeniem brzeszczota, przenikał żarem i przesycał otuchą. Już sam jego widok, jakoby obraz samej cnoty, samej wiary i stałości, skrzepiał serca i myślom dawał lot podniebny.
— Zaczynajcie! — wołał donośnie, aż w sali uczyniła się cichość — Chwila jedyna; jeśli pozwolicie jej przeminąć, nie powróci. Cała Polska na nas czeka! Wilno już gotowe! I wojska i lud, i szlachta, i nawet żydzi! Czekamy na hasło Warszawy. Na Litwie wszystko już gotowe, nawet postronki dla zdrajców! Uderzajcie! Niema już przeszkód nad opieszałość, bojaźń lub niewiarę, a tego suponować niktby się wam nie ważył — grzmiał ogniście.
Właśnie wybiła oznaczona godzina i Wielka Rada ukazała się w komplecie.
Zasiedli przy długim stole na środku sali, drugi obok zajęła kancelarya.
Generał Cichocki zabrał pierwsze miejsce, otoczony liczną asystą, jak generałów: Deybla i Orłowskiego; pułkowników: Dobrskiego i Poniatowskiego, oraz paru majorów i kapłanów. Z cywilnych byli: kasztelanic Mostowski, A. Trebicki, X. Działyński, brat szefa regimentu, J. Wybicki, Ciemniewski, E. Alve, Kiliński, Maruszewski i jeszcze kilku poważnych mieszczan. Jasiński z Grosmani’m, zostali zaproszeni do stołu Rady.
Cichocki, otworzywszy posiedzenie, udzielił głosu kapitanowi artyleryi, Wł. Roppowi.
Mówił zwięźle i po żołniersku, gorąco nawołując do powzięcia ostatecznej decyzyi.
Poczem reprezentanci regimentów i miasta zgłaszali swoją obecność i plenipotencyę.
Następnie wybrano komendantów poszczególnych kwartałów miasta i oddziałów, mających być odkomenderowanymi w pomoc ludowi.
Wszystko szło dziwnie składnie, prędko i bez zbędnych dyskursów.
Dopiero, kiedy na porządek przyszedł wybór tymczasowego wodza powstania, zgromadzenie ożywiło się niezmiernie i fakcya »Obrońców Wolności« podniesła głowę.
Rada wysunęła St. Mokronowskiego. Na to ozwały się aprobacye i klaskania.
A kiedy Cichocki w dłuższem przemówieniu wysławił jego ciche, a wielkie zasługi dla insurekcyi, jego cnoty obywatela i patryoty, jego zdatność jako wodza, jego wziętość i uważanie w całym kraju, cała sala zatrzęsła się od okrzyków.
— Zgadzamy się! Niech żyje generał Mokronowski! Niech nas prowadzi!
— Żądamy mieć wodzem szefa Działyńskiego! — zakrzyczeli naraz fakcyoniści.
— Szef Działyński wiele tygodni temu pochwycony od Moskalów i wywieziony do Kaługi! Strata to dla nas niepowetowana! — tłumaczył Cichocki.
— Nie chcemy Mokronowskiego! Zaufany przyjaciel króla. Targowiczanin! — wołali licznie.
— Na takie niegodne inwektywy odpowiem: Sam najwyższy Naczelnik w liście do Rady, poleca jego kandydaturę. Kto ciekawy, może przeczytać — wrzasnął Cichocki.
Opozycya umilkła i generał Mokronowski został obrany tymczasowym komendantem siły zbrojnej księstwa mazowieckiego. Moderanci tryumfowali.
Wtedy fakcya »Obrońców Wolności«, wniesła projekt wybrania tymczasowego Rządu, któryby z chwilą wybuchu powstania, objął władzę — uzasadniał go ks. Meier.
Ze wszystkich stron podniesły się namiętne protestacye.
— Nie wolno nam uzurpować sobie praw sejmujących Stanów! — ostrzegał J. Wybicki.
— Pierwej zwycięstwo, wypędzenie nieprzyjaciół, a potem Rząd! — grzmiał Cichocki.
Konopka, ks. Meier, Trębicki, Chomentowski w długich wywodach dawali coraz nowe racye, gruntujące nieodzowność natychmiastowego sformowania Rządu.
Cichocki, widząc, jako deliberacye się przeciągają, przerwał je oświadczeniem:
— Nie mamy w tej materyi instrukcyi od Naczelnika, wobec czego dyskusyę zamykam i przechodzimy do czynności najważniejszej, zdeterminowania dnia wybuchu.
— Zgoda! Dobrze! Potośmy tu przyszli! — ozwały się liczne głosy.
Nim jednak do tego przystąpiono, czytano raporty o siłach i środkach powstania.
Pułkownik Dobrski dał regestr zapasów arsenału.
Kapitan Ropp wyszczególnił siły moskiewskie i polskie, oraz ich stanowiska w mieście.
Porucznik inżynierów Kubicki wyliczył punkty oporu, fortyfikacye rogatek i domy, przysposabiane do obrony, gdzie miały mieć pozycye wolonterzy.
A w ostatku Chomentowski dał obraz położenia, przymuszający do natychmiastowego powstania. Obraz wypadał groźny, położenie było nad wyraz niebezpieczne.
— Mojem zdaniem powinniśmy wystąpić najpóźniej w piątek — zakończył kapitan.
Moderanci pragnęli przesunięcia terminu jeszcze na jakiś tydzień.
— Jeśli cała sprawa nie ma przepaść, nie odkładajmy ani na jeden dzień — zabrał głos kapitan Mycielski — słyszeliście obywatele przed chwilą: Naczelnik prawie otoczony i nie w możności przedarcia się do nas. Nieprzyjaciele uzuchwaleni naszą bezczynnością wzmagają się na siłach i odwadze. Prusacy ciągną na pomoc moskiewskim wojskom rozbitym pod Racławicami. Stan jest okropny; jeszcze zwłoka, i będzie rozpaczliwy. Zaczynajmy choćby w piątek! Zaczynajmy, na Boga, by nie było za późno!
Na to wystąpił Kiliński; był głęboko poruszony i głos mu się łamał, gdy zawołał:
— Nie w piątek, we czwartek zaczynać musimy! Powiem, dlaczego. Już znacie obywatele, co listy Ożarowskiego i Kossakowskiego zapowiadały? Dołożę jeszcze, co wiem najpewniej, bo ze samej kancelaryi Igelströma. Oto Moskale postanowili, jako w Wielki Piątek, o zmierzchu, skoro ludność znajdzie się w kościołach uderzyć na nią i wyrżnąć! Zasię, by się im to przedsięwzięcie udało, naprzeciw każdego kościoła mają przygotowane harmaty nabite kartaczami, pochowane po sieniach, sklepach i parterowych kwaterach. Widziałem je żywemi oczami, dotykałem ich temi rękami.
— Zali to możebne? Bajędy powiada! Egzageracya! — ozwały się dość liczne głosy.
— Słuchajcie mnie — rzucił się na kolana i wołał z rozpaczą — przysięgam w obliczu Boga ukrzyżowanego, jako prawdę mówię! Zaczynajmy we czwartek! Zaczynajmy!
Tyle jednak sprawił, iż stanęła jednogłośna uchwała: rozpoczęcia powstania dnia 17 kwietnia we czwartek, o godzinie świtania. Znakiem rozpoczęcia miał być strzał armatni, dany z pod Żelaznej Bramy, i bicie dzwonów.
Przeczytano jeszcze generalny plan działania i rozkaz Cichockiego.
»Aby jutro we środę, dobrze przed północą, zameldowali się w arsenale wszyscy naczelnicy cyrkułów, delegaci regimentów, dowódcy wolenterów, a to z powinnymi raportami i w zbrojnej gotowości do wystąpienia«.
Na tem zakończono to ostatnie zebranie.
Nazajutrz we środę dzień przyszedł w nieco odmiennej postaci, mgławy był bowiem, chłodny i deszczem grożący. Wszystko jednak się toczyło, jak co dnia, i nie wtajemniczony aniby przeczuł nadciągające wypadki. Wszędzie było pełno i gwarno, zarówno po bilarach, jak i kawiarniach i szynkowniach. Sklepy były przepełnione i targowały w najlepsze. Zasię jeno z racyi Wielkiego tygodnia unosiły się po mieście smakowite zapachy wielkanocnych specyałów i nie słyszało się muzyckich rzempołów. Na ulicach panował wielki ruch i gwar, pomnażany jeszcze turkotami licznych pojazdów i tententem przelatujących ordynansów z kresami. Szczególniej rojno i gwarno było na Freta, Długiej i Starem Mieście. Na Długiej, przed oknami, poza któremi piękne dziewczęta szyły kornety i stroje, kręcili się jak codziennie, różni franci i młodzi oficyerowie. Ciżbiono się przed jatkami rzeźników, gdzie w obramieniu białych i różowych hijacyntów, na zwojach wędzonych kiełbas, paradowały pieczone prosięta z jajkami w ryjach lub szczerzyły kły dzicze łby, uwieńczone bluszczami. Nie mniej żarliwie admirowano jatki cukierników, pełne bab, mazurków i wszelakiego ciasta. Widać się dawało sporo przyjezdnych, wałęsających się od sklepu do sklepu. Dzieci latały z grzechotkami. Po rogach ulic sprzedawano wielkanocne baranki, misternie ze śnieżystej wełny uwinięte. Na stacyach stały, jak zawsze, powozy do najęcia. Kościoły z powodu Wielkiej Środy i spowiedzi do późnej nocy stały otwarte. Pod tym pretekstem u Kapucynów na Miodowej gromadziła się spiskowa młodzież. W bocznej nawie siedział Ojciec Serafin i spowiadał każdego, który się ujawnił umówionym znakiem. Zaczem, po komunii odebrawszy przysięgę, rozdawał wraz z błogosławieństwami bandolety, naboje, kartelusze z instrukcyą i hasło na jutrzejszą walkę. Toż samo u Bernardynów czynił ks. Jelski; toż samo ks. Meier na Freta u Dominikanów, a drudzy prawie we wszystkich kościołach. Nawet Barani Kożuszek, siedzący na swojem zwykłem miejscu, rozdawał spiskowcom rozkazy, czasem naboje, a niektórym nawet puginały.
Szło wszystko sprawnie i cicho. Zgromadzano się bez zwracania uwagi i rozpraszano się na znak starszyzny, ostrożnie się przebierając na wyznaczone miejsca. Ani kto mógł imaginować, co się taiło w tych tłumach, mrowiących się po ulicach jakby bez potrzeby i celu. I ktoby tam zwracał na pospólstwo uwagę! Jakże? Toć była prawie sama młódź cechowa, kupczykowie, lokajstwo, ludzie bez wyraźnej kondycyi, zbiegli poddani, liberya bez miejsca i zdezarmowani żołnierze.
I nikt juści nie wiedział, jako czuwali nad nimi oficyerowie, kierujący każdem ich poruszeniem. I nikt też się nie zastanowił, dlaczego natychmiast po zamknięciu sklepów ulice bardzo rychło opustoszały.
Uczyniło się pusto, cicho i ciemno, zaczął padać rzęsisty deszcz.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.