Improwizacja. Do polskich artystów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
IMPROWIZACJA.
Do Polskich Artystów.



Z pomników, które się godzi
Wystawić ludzkiéj pamięci,
Kiliński, jak lud wywodzi,
I wojsku dodaje chęci,
Niech stanie na starém mieście,
Zrób go z zaciśniętą pięścią,
Jak kiedy z spiskowych częścią
Uchodził z domu niewieście.
I testament kładł na stole,
A szablę ściskał pod pachą,
I ładunki trzymał w pole,
Dla drugich szewców pod blachą.

Jak pod ciężarem aż klęka,
Z radością w poczciwém oku,
Patrzący w szewckie okienka,
Co jedne świecą we mroku.
Niechże ten polski szewc stary,
Będzie oddany jak z ciała,
Żeby go babka z pod Fary
Za jednym razem poznała.
Po Kilińskim na zapiecku,
Gdzie dziś pełno ptasich klatek,
Niechaj pokazują dziecku
Lewicką, najlepszą z matek. —
Jak we łzach u więzień proga,
Od boleści wynędzniała,
Jużby kamień przebłagała,
A nie może zmiękczyć wroga.
Na jéj ustach głos matczyny,
Niech czytają w późne laty,
On bez winy, on bez winy,
Ach! wypuśćcież go z za kraty.
On tak słaby, piersi kruche,
Coraz gorzéj... twarz zapadła,

Rób ją jak na bramy głuche,
Załamane ręce kładła,
A na bramie jedno słowo,
Które wódz położył dziki,
Jak napis nad Zbawcy głową,
Polityczne prostupniki.

Nad zdrojami w tamtéj stronie
Stanie bliźniéj braci troje,
Cali z bronzu, w dłoniach dłonie,
Opłakaneż te nadzdroje.
Kociszewski, Dobrycz, Żarski,
I Potocki druch mój złoty,
Konfederat pewnie Barski,
Przyjąłby ich do swéj roty.
Tacy dzielni, tak gotowi,
Dusze czyste jak źrzenice,
Przyszli służyć narodowi,
A znaleźli szubienicę,
Szubienica téż niech krzywa,
Nad ich głowy ramię zniża,

Kto się zbawcą nie nazywa,
Niech nad sobą ma pół krzyża.

Za ogrodem plac zielony,
Niech ozdobi marmur biały,
Jak sybirskie śnieżne wały,
Na dwie części rozdzielony,
A śród wału posieleniec,
Zda się starzec choć młodzieniec,
Na popsutéj broni palnéj,
Złożył ręce, zwiesił głowę,
Przy nim wielkie psy stepowe,
I ren skubie porost skalny.
A na ziemi, na śnieżycy,
Wszystkim wiernym imie znane,
Imie matki męczennicy,
Polska... krzyż... a reszta zwiane.

A gdy już tak zdobić place,
Uprzytomnić łez pamiątki,
Niechże cichych modlitw prace
Jak ubogie siądą prządki.
...........

Po niewiastach i któż jeszcze
Kamienném wyjrzy obliczem,
Po niewiastach polscy wieszcze,
Więc Brodziński z Mickiewiczem.
Pierwszy jako wieśniak prawy,
Lutni dzierży się jak pługa,
A nie żądny próżnéj sławy,
Kiedy w kraju dżdży szaruga,
O niebieskiém marzy słonku,
Wielbiąc dziwne sądy Boże,
»Już ty śpiewasz mój skowronku,
»Już téż i ja ziemię orzę.«
Jaki naród, śpiewak taki,
Szczery, cichy, prostoduszny,
Polsce wierny i posłuszny,
Istny wieśniak nad wieśniaki,
W ręku trzyma piórko pawie,
A wzrok puszcza aż za Kraków,
I coś marzy o Wiesławie,
I o poselstwie Polaków,

Przy nim drugi, postać dumna,

Ku obłokom twarz zwrócona,
Przy nim złamana kolumna
Wielkiego Napoleona,
Na jéj odłamku oparty,
Na wiek następców potomny,
Sybilijskie rzuca karty,
Jak owe ceny ogromnéj.
Przepowiada erę nową,
Nie marzenia ale czynu,
I potężne Boży Synu,
Wisi mu na ustach słowo.
Nieprzyjaciel on niewoli,
Nieprzyjaciół pęta kruszy,
A co powie duszy kwoli,
To jakby ci wyrwał z duszy.
Wichry grzywę lwią rozwiały,
W ręku strzałę wartką trzyma,
Brwi jak skrzydła nad oczyma,
Z pod brwi lecą spojrzeń strzały,
To téż cała Polska młoda,
Przenikniona ich tysiącem,
Jak młodości jego oda,

Za wolności rusza słońcem.
Cały kraj się godzi, brata,
Głuchną waśni, próżne spory,
Daléj z posad bryło świata,
Nowemi cię pchniemy tory,
A na płaskorzeźbach bocznych
Dwa dążenia, dwa widzenia,
Kaźmirza kształtów przezrocznych
Wielka postać opromienia;
Nad konającego łożem,
Postać przebita jak mieczem,
Tego co był synem bożym,
A nazywał się człowieczym.
Ten mistrz prawdy i pokory,
Któréj stolica na niebie,
W obłok wstępuje gdy chory,
Zda się go przyjmować w siebie.
A z postaci co się korzy,
Z zwyciężonych już boleści
Znać że to jest kmiotek Boży,
Że go w raju Pan domieści,
Że już odrobił pańszczyznę,

I jak chłopek przy niedzieli,
Rozmodlony idzie w bieli,
Z ziemskiéj w niebieską ojczyznę.

Mickiewicza myśli, życie,
Wszystkie sny i wszystkie cele,
Zbiegły w jedno serca bicie,
Razem młodzi przyjaciele.
Pieśń zacichła, lutnia głucha,
Wiatr po złotych strónach wieje,
Lecz z żywego Polski ducha
Nowe już się snują dzieje.
Za tym stepem, za Bałkanem,
Za tą górą, za tém morzem,
Za tém niebem nieprzejrzaném,
Jeszcze sobie Polskę stworzym.
Polska nasza, Litwa święta,
Wrócą nam za dni nie wiele,
Jedna młodość kruszy pęta,
Razem młodzi przyjaciele.
I przed orli duch Adama
Umęczona, w grób złożona,

Wyszła z grobu ona sama
I otwarła swe ramiona.
Głosem ubogiego gminu,
Szarych skał i ciemnych kniei,
I łez wszystkich i nadziei,
Zawołała: witaj synu!
I rozkryła płaszcz królewski,
Jedną stronę złotéj szaty,
Ukazując w mgle niebieskiéj
Góry nasze, łąki, chaty;
Pod wrażeniem jéj widoku,
Szumu lasów i gór echa,
Patrz, jak zmarły się uśmiecha,
Jaka radość w zimném oku.
Kto co kocha za czém goni,
Duchem naprzód wytężonym,
To mu się choć raz odsłoni
Na godzinę przedezgonem.

Kto tu większy, kto odgadnie,
Kto obdarzon większą łaską?...
Czy ów który berłem władnie,

Czy ów co pastuszą laską?
Pan Bóg widzi ludzkie chęci,
Niedość na to my rozumni,
Czasem święci nie są święci,
Czasem dumni nie są dumni.

Po Adamie na Powązkach,
W rozkwitłego bzu gałązkach,
Których zapach słodki, miły,
Uwesela i mogiły.
Jak to słowo konających,
Jak uśmiech z grobowéj deski,
Czuwający w pośród śpiących,
Z teorbanem siadł Malczewski.
I wybiera dźwięk po dźwięku
Na torbanie, a kukułki
I jaskółki z nad rzeczułki,
Posiadały mu na ręku.
I pod wieczór cichy, złoty,
Od śpiewaka Ukrainy
Zasłuchane te ptaszyny
Polskiéj uczą się tęsknoty.

Uczą się tych dźwięków duszy,
Pół wesela, pół katuszy,
Które każda dusza śpiewa,
Gdy już nic się nie spodziewa.

A za zamkiem na tarasie,
Zkąd na Wisłę widok długi,
Zkąd widać wieśniacze pługi,
I jak pastuch bydło pasie,
I drzew kępy rozrzucone,
Wszystko zielone, zielone.
Tylko Wisła w barwach nieba
W swém łożysku się koleba,
I z nieporęckiemi bory
Długie wiedzie rozhowory.
Na tarasie któż pod klonem
Siedzi z czołem zamyślonem?
Oczy w świat wpatrzone ducha,
Coś postrzega i rozważa,
Jednę rękę wzniósł do ucha,
Drugą pieśni dźwięk powtarza.
Rzekłbyś patrząc nań z pociechą,

Że to cudne leśne echo,
Zawsze w lasach się kryjące,
Wyszło przecie raz na słońce.
Lecz gdy zbliżysz się powoli,
Widzisz, że go nóta boli,
I że coś go tylko zmusza,
By śpiewała cierpiąc dusza.
To téż z każdą jego zwrotką,
By jak nie wiem dźwięczną, słodką,
Zawsze zmiesza się łza rzewna,
Więc to siedzi boleść śpiewna.
Gdy się przyjrzysz twarzy z bliska,
Niepewnością cię zakłóca,
Raz w parobka się przerzuca,
To we prządkę u ogniska.
Patrz jakiego chcesz wyrazu,
Wszystko dojrzysz z tego głazu,
Wszystko odda dziwne lice,
Tylko własne tajemnice
W najtajniejszą głąb ukrywa,
Próżna więc ciekawość człeka,
Niech już reszty nie docieka,
Człowiek ten to Polska żywa.

Imie, imie, patrz pod stopy,
Coś w imieniu z chłopskiéj szopy.
W tym Szopenie, w szopce naszéj
Świeciła się gwiazda drżąca,
Skrzyżowanych błysk pałaszy,
Wisła lśniąca od miesiąca,
Wszystkie ptaki gniazda słały,
Wszystkie w niéj się dzieci śmiały.
A gdy umarł bracia wieśni,
A miał takiéj braci dużo,
Rozebrali po nim pieśni,
Podzielili się jak różą.
Ten wziął listek, ten wziął wtory,
Na zimowe, na wieczory.

Daléj, daléj, jeszcze komu
Ku ojczystych miast ozdobie,
Czyby nie czas prosić sobie
O tablicę w bożym domu.
Gdziebym wolny od pośmiechu,
Odpoczywał w murów cieniu,
Z tym napisem po imieniu:

Robotnik polskiego cechu,
Tkacz snów złotych w dniach posuszy,
Wieczny pokój jego duszy.

Tylkoć prawda, takie tłumy
Bez pogrzebu leżą w świecie,
Więc leż i ty biedne dziecię,
I niech dzikie wichrów szumy,
Przebiegając puste łany,
Zastępują ci organy.

Dość roboty dla snycerzy,
Dość pomników dla rycerzy
Będzie, będzie, lecz wprzód jeszcze
Niech się sny wypełnią wieszcze,
Duch od stepów, wielkie Dziady,
I przedświtu pieśń jutrzenna,
Istne pereł wodospady.
Pieśni polska, perło cenna,
Jak perła powstała z bólu,
Patrz kto w Polsce gospodarzy,
Kto zapędza się po polu,

Wciąż tatarzy i tatarzy.
A gdzie twoje obietnice,
Polska wolna, niebo wtore,
Pieśni zakryj cudne lice,
Pieśni, uderz dziś w pokorę...
I odwołaj coś wyrzekła,
Że już krew nie będzie ciekła.

Cicho, cicho, ukróć żale,
Patrz wiślane płyną fale,
Jak ta Wisła nie przepłynie,
Tak ta Polska nie zaginie.

Porto d'Anzio 1859.



Poezje Teofila Lenartowicza t1 page100.png





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teofil Lenartowicz.