Il fanatico per la musica

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Il fanatico per la musica
Pochodzenie Improwizacje dla Moich Przyjaciół. Xiążeczka do zapalania fajek
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1844
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

Szpargał Dziewiąty.


IL FANATICO PER LA MUSICA.
Zdaje mi się że widzę; gdzie? przed oczyma
duszy mojéj!
Szekspir.

Z czwartą pieśnią pielgrzymki Child Harolda przybyłem do Rzymu, pożerany ciekawością, trawiony nią wewnętrznie. Chciałem oddychać powietrzem téj krainy, która tak długo przetrzymawszy świat w dłoni, dziś, jak rozwalona świątynia, która tysiące ludu mieściła w sobie, stoi pusta i bez duszy. Namiętny wielbiciel muzyki, jechałem do Włoch, płakać nad zgonem jéj w téj krainie, nad oniemiałemi stolicy jéj murami. Bo nie prawdaż, że muzyka we Włoszech umarła? że Niemcy leżące na ziemi berło harmonji pochwycili, i przyczepiwszy do niego trochę dzwonków, brzęczą nim nad zdumionym światem? Byłem młody, krew wrzała jeszcze we mnie. Kiedym raz piérwszy stąpił na te pagórki uwieńczone wspomnieniami wieków, kiedym odetchnął powietrzem tyle sławioném Italji, kiedym ujrzał krainę opiewaną, wynoszoną, niegdyś świata monarchinią, serce moje zadrżało; było to samo uczucie, którego doznawałem nad grobem wielkiego bohatéra. Dzisiejszy Rzym jest popiołem dawnego Rzymu. W stolicy muzyki dziś głucho; dzwony tylko, przeciągły głos organów, niezgrabne pieśni wynędzniałego ludu, niesforne orkiestry i chóry kościelne, oto muzyka włoska w Rzymie. A ja, com jechał rzuciwszy czarujące opery Niemiec, stanąłem jak nad rozbitą lutnią Orfeja, nastawiałem ucho, czekałem — we Włoszech nie było muzyki, trzeba było pragnącą dźwięków duszę poić tylko wspomnieniem. Duch wielkich mistrzów staréj poważnéj muzyki kościelnéj odleciał ztąd na wieki. Lazzaroni śpiewali w niezrozumiałym djalekcie śpiewki zwiędłe i skoszlawione.
Zwiedzałem sławne galerje obrazów, tonąłem w pustych gmachach, jak dziecię w sukniach szytych na olbrzyma; oko moje pochłonęło Watykan; przypomniałem Michała Anioła, dziwiłem się, rozpływałem, ale niebyłem szczęśliwy, bo nie było muzyki.
A dusza moja pragnęła jéj tak silnie, żądała jeśli nie nią, rozmową przynajmniéj o niéj się pocieszyć; lecz napróżno — zdawało się, że w całym Rzymie ja jeden tylko o muzyce myślałem, bo kiedy głosem entuzjasty, akcentem cudzoziemca, ozwałem się do jakiego muzyka z professji, ten mierzył mię od stóp do głowy, kłaniał się, śmiał i odchodził.
Już miałem wyjeżdżać i pożegnać na wieki ten kawał płótna, na którym niegdyś tak piękny był obraz, gdy jednego ranku udałem się do mego bankiera, mieszkającego na Strada del Popolo. Znano mię tam z ciężkich nudnych wyrzekań o muzyce, za zapalonego wielbiciela téj sztuki; po krótkiéj więc rozmowie szepnął mi gospodarz, że jeśli chcę o tym przedmiocie dowoli się nagadać, mogę się udać do tego jegomości.
To mówiąc, wskazał mi małe stworzenie suche, blade, żółte, łyse, całe czarno ubrane, siedzące na boku samotnie i zdające się być głęboko w myślach pogrążone.
Zacząłem rozmowę; mała figurka sucha prowadziła ją ozięble; lecz gdym o muzyce zaczął mówić z takim zapałem, z takim ogniem, na jaki tylko prawdziwy artysta zdobyć się może, ten mały jegomość powstał, wlepił we mnie oczy pełne ognia, westchnął silnie, porwał za rękę i wyprowadził z sobą tak nagle, żem się nie miał czasu z bankierem pożegnać.
Lecieliśmy nic z sobą nie mówiąc przez ulicę; on mię prowadził długo, długo, ażeśmy na Strada del Corso weszli, tu zatrzymał się przed małym domkiem, lichym z powierzchowności, stuknął, i stara baba drzwi nam otworzyła.
W ciągłém milczeniu, mała figurka zaprowadziła mię aż do pokoiku na górę. Tu odetchnęliśmy oba, a ja się obejrzałem: wokoło nas na stolikach, krzesłach powywracanych, na ziemi, po kątach, leżały partytury, nóty, skrzypce, flety i tysiące ułamków najrozmaitszych instrumentów; koło okna stał mały fortepianik. Mały spójrzał na mnie, na izbę, westchnął scisnął mię za rękę, i zobaczyłem dwie łzy błyszczące w jego oczach. Potém posadził mię na krześle, i tak mówić zaczął:
— Jeślim się nie omylił, jesteś muzykiem. Znalazłem przecię trzecią duszę tak czułą, jak nas dwoje, jak ja i Rosa moja. Czy nie będziesz mnie miał za szaleńca, jeśli przed tobą mówić zacznę z takim ogniem, jaki od dzieciństwa płonie w duszy mojéj? —
Ja nic mówić nie mogłem, kiwnąłem tylko głową, on mówił daléj:
— Nie uwierzysz co ucierpiałem za to, żem się urodził z duszą z samych tonów złożoną, pragnącą pokarmu, harmonji, wyrywającą się za muzyką.
Walczyłem z nędzą, z obojętnością ludzi, z ich głupstwem; musiałem dla kawałka chleba przekształcać boskie tony tak, aby przecie uczuli je długiemi uszami swemi! Ach! co ja ucierpiałem! i dziś dopiéro los zesłał mi w tobie pociechę. Chwilkę przeżyjem razem. Ty nastrojony jesteś do mojéj duszy: będziem mogli grać razem i razem się unosić. Gdzież Rosa? —
I pobiegł, a jam pytał sam siebie, kto Rosa? może żona? może siostra? może synowica? może córka?
Wszedł; za nim szła kobiéta, Włoszka prawdziwa, z oczyma jak dwa ogniska, z lubieżném spójrzeniem, z ciałem ulaném dla saméj roskoszy. Spójrzawszy na nią, nie pytałem kto była; dość na tém, że była zachwycającą!
Niewiém jakem nie skonał z roskoszy, kiedym jéj śpiew usłyszał, kiedy mały mój towarzysz patrzał na mnie i Rosę swą pokazywał z tryumfem, jak boginię harmonji. Złączyłem się z niemi. Cały dzień przeszedł nam, jak mgnienie oka; nasyciłem się muzyką, graliśmy i śpiewali, a Rosa ku wieczorowi więcéj mię jeszcze od muzyki zajęła. Rosa była jego żoną. Byli ubodzy, bardzo ubodzy oboje; on żył z muzyki, ona z jego pracy; byli biédni, byli smutni, a moje przybycie, moje postępowanie z niemi tak ich uszczęśliwiło, żeśmy się ledwie późno w noc rozstali, z przyrzeczeniem jak najczęstszych odwiedzin.
Ten tylko pojmie roskosze moje w tych chwilach pamiętnych, kto pożerany jakiémkolwiek uczuciem, nie mógł się z niém wylać długo i znalazł nareście duszę podzielić je gotową! Ach! niéma męczarni sroższych nad odosobnienie uczuć, nad różnicę tak wielką w zdaniach i myślach z ludźmi, iż się z niemi porozumieć, zgodzić nie możemy! niéma roskoszy nad znalezienie serca i duszy, mogących zdanie nasze, uczucia podzielać!
Jakżeśmy byli szczęśliwi w tych godzinach zachwycenia, kiedy zapominając o całym świecie, wzniesieni nad wszystko co nas otaczało, dni całe boskiéj poświęcaliśmy muzyce. Trzebaż było ziemskiemu uczuciu wmięszać się w tę sprawę! Głos Rosy, ten głos, któremu równego nigdy nie słyszałem, który mię przenosił w nieznane kraje marzeń, który mi przypominał harmonją nieba słyszaną wprzódy, niżelim się urodził, głos ten, dla którego mały muzyk poślubił Rosę, równic go jak ja ceniąc, pozbawił mię rozumu i czucia — zakochałem się w niéj, ale nie tak, jakbym kochał dziéwczę, któreby mię zwiodło wzdętą piersią wpół-rozwinioną, mdlejącém okiem, uśmiechem, wejrzeniem — w Rosie kochałem głos tylko. Gdybym mógł głos jéj tylko słyszeć zawsze, mieć przy sobie, gdyby jéj głos dochodził mego ucha na każde żądanie, resztę wdzięków pięknéj Włoszki: usta, pierś, rączkę i wszystkie roskosze, których udzielić mogła, oddałbym najchętniéj. Ten głos opętał mię; słyszałem go wszędzie; dręczył mię, stał mi w uszach, śnił mi się nocy całe — nie mogłem wytrzymać, i biédnemu, ubogiemu starcowi wyrwałem ostatni jego, ostatni skarb, jedyną pociechę — uwiozłem Rosę.
Myślicież, żem był szczęśliwy, odebrawszy szczęście drugiemu? sam go użyć nie mogłem! Rosa chciała roskoszy we mnie i uciekła od starego męża — dla roskoszy, ja szukałem w niéj tylko głosu, tego niebieskiego głosu, który ją wyższą czynił nad pospolite kobiéty; ona chciała, bym się z nią pieścił bez ustanku, ja, by mi ciągle śpiewała! innéj od niéj roskoszy nie żądałem! czciłem ją jak bóstwo, szanowałem jak arcydzieło, jak instrument w chwili szczęsnéj ręką biegłego sztukmistrza zdziałany — byliśmy nieszczęśliwi! Jam nie mógł udzielić jéj pieszczot, bom się lękał jedném uściśnieniem niezgrabném zepsuć jéj głos; chowałem ją, obwijałem, pieściłem jak cacko, ale kochać, jak kochają dla wdzięków, nie mogłem!
Rosa płakała z rospaczy, ja wzdychałem; zgodziliśmy się nareście, namiętnie pragnąc roskoszy oboje, ażebym ja ją pół dnia pieścił, ona mi pół dnia śpiewała. Ach! krótkie szczęście. W dni kilka jam zasłabł, ona ochrzypła! Tak miotani oboje smutkiem i roskoszą, odlecieliśmy daleko od Włoch; przyjechaliśmy do mojéj rodzinnéj ziemi, do Niemiec. Podróż nasza długo trwała, nim się skończyła. Oboje wypłakaliśmy oczy. Ja wielbiłem jéj głos, ale ona śpiewać niechciała; ona mnie kochała, ale się na oziębłość skarżyła.
Przybyliśmy do Berlina. Jedną późną nocą wracałem z koncertu do gospody; noc była ciemna; słyszę, że któś idzie za mną; nic dziwnego! tyle ludzi chodzi! Ja się zawracam, ten któś się zawraca, pilnuje mnie oczywiście; którą stroną ulicy idę, on za mną krok w krok; stanę, stoi; zwalniam kroku, on powoli; przyśpieszę, leci! To mnie zdziwiło. Gdyby to jeszcze we Włoszech, gdyby w Rzymie, Neapolu lub Wenecyi, lękałbym się sztyletu; tu obdartym tylko zostać się bałem; nie przyszło mi na myśl, że starzec nieszczęśliwy, któremum wydarł skarb drogi, będzie mię szukał z zemstą w drugim końcu Europy.
Stanąłem wreście na odludnéj uliczce, oparłem się o mur pod rewerberem i czekałem; mała jakaś postać zbliżała się; o dwa kroki poznałem, że to był żebrak; chciałem się śmiać z siebie i iść daléj, ale chwycił mię za rękę; sztylet błysnął; nie miałem czasu się bronić, i zabił mnie.
— Jak to zabił? chyba ranił? —
— Ale nie! zabił, zabił, mówię, w samo serce ugodził! —
— Hm! i Waćpan żyjesz? — cha! cha! cha! —
— Nie żyję! —
— Hm! ts! to dalipan! a coż było daléj? —
— Albo ja wiém? czyż mogę wiedzieć co było po śmierci? —
— Więc... hm! ale to śmiesznie! więc umarłeś? —
— Tak! jęknąłem tylko kilka razy boleśnie i wyzionąłem duszę. —
— A taż dusza, Mości Dobrodzieju, gdzie się podziała? —
— Ta dusza, Panie, przeniosła się do skrzypców Paganiniego! —
— A WPan Dobrodziéj sam? —
— Jak to ja sam? —
— Tak, WPan, który to mówisz, kto jesteś? —
— Ja — jestem — ja — nazywam się — Nemo. —
— Za pozwoleniem. Czy WPan Dobrodziéj dawno zostałeś wypuszczony od Bonifratrów? —
— Przed godziną się ztamtąd wymknąłem. —
— A! to co inszego! Do nóg upadam! —
— Czekajże! —
— Upadam do nóg! radbym służyć, ale — ale —
— Może się mnie boisz? —
— Nie — tylko że od Bonifratrów! Upadam do nóg!
— Chwilkę! chwilkę! mam jeszcze powiastkę ciekawą. —
— Nie! nie — upadam do nóg! padam do nóg! —
— Słówko! —
— Najniższy sługa!! najniższy!! —






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.