I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom... |
| Pochodzenie | Modlitwa Pańska |
| Wydawca | Polskie Towarzystwo Nakładowe |
| Data wyd. | 1905 |
| Druk | Drukarnia Narodowa w Krakowie |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
JAKO I MY ODPUSZCZAMY
NASZYM WINOWAJCOM...
Pan radca Zatecki wyciągnął się na fotelu i silnie ziewnął.
Był to radca szkolny, jeden z najwięcej szanowanych i wpływowych. Choć mały i drobny, przedstawiał typ człowieka silnego, który miał chęć i wolę »dojścia« i doszedł, jakkolwiek swej obecnej sytuacyi nie uważał jeszcze za punkt kulminacyjny swej karyery. Ambicya jego sięgała wyżej i, bezstronnie rzecz określając, nie miała granic.
Czy ambicya ta była usprawiedliwiona?
Z ogólno ludzkiej miary biorąc — była usprawiedliwiona, a nawet słuszna. Radca Zatecki był w całem słowa tego znaczeniu solidnym człowiekiem, użytecznym członkiem społeczeństwa, człowiekiem taktownym, pełnym miary, godności, a zwłaszcza nadzwyczaj imponującym w obejściu.
I pozyskanie tego imponującego tonu jest tem godniejsze uznania, że Zatecki był mały, niepokaźny, z trupią głową, obciągniętą żółtą skórą zamiast twarzy. Ale było w nim »coś« — podniesienie głowy, założenie rąk pod brodę i oparcie łokci na biurku, a zwłaszcza pewien sposób patrzania na interlokutora z pod przymkniętych powiek, który dodawał mu tej wyniosłości i dumy, której mu brakowało w tuszy i we wzroście.
Przed tym wzrokiem korzyło się wszystko, nietylko co nosi mundur i miano »młodzieńca szkolnego«, lecz wszystko, co jest z pewnym odłamem szkoły związane. Władza ta, poważna i przejmująca jak febryczne dreszcze, przenosiła się nawet na rodzinę pana radcy. Pani radcowa, równie jak mąż drobna i mała, uznawała wyniosłość swego męża i poddawała się jej bez apelacyi. W zamian za to, gdy była sama, rewanżowała się szybko, przybierając względem innych powagę i arogancki takt pana radcy. Byli oni tem, co się nazywa: »dobrane małżeństwo«. Z latami nie można było rozróżnić, kto na kogo oddziałał, tak się wspólnie pomieszały i zjednoczyły ich wady i zalety. Wady ukrywali starannie, że nikt ich dostrzedz nie mógł nawet przez mikroskop pesymizmu. Za to zalety wystawiali oboje ze zręcznością prestydygitatorów i w coraz to nowem a dyskretnem oświetleniu. Porozumiewali się łatwo i wyczuwali się wzajemnie.
Wzrok, jeden nieznaczny gest — i porozumienie następowało wybornie. On, gdy mówił: »moja żona« — miał specyalny uśmiech, pełen szacunku i powagi; ona, gdy wymawiała słowa: »mój mąż« — przybierała wyraz słodyczy i miłosnej, ale w samę miarę skromnej ekstazy. W kołach znajomych małżeństwo Zateckich uchodziło za wzór doskonałości. Niktby nie uwierzył, iż pobrali się od lat dwudziestu pięciu. Za kilka miesięcy mieli obchodzić srebrne wesele i mówili o tem z melancholijną dumą. Jedna z ich córek była »wydana« bardzo przyzwoicie i dostatnio za młodego adwokata, który posiadał także takt, powagę i pewien odcień wyniosłości swego teścia. Dwie panienki podrastające były jeszcze w domu i z zapałem oddawały się rozbijaniu fortepianu i wertowaniu balowych karnecików.
W pomieszkaniu Zateckiego było wszystko to, co stanowi podstawę solidnego urządzenia domu ludzi seryo. A więc: portyery ciężkie aksamitne, pełne bacylów, meble czarne, kryte aksamitem, stół, na którym rozłożono wszystkie dozwolone oczom panieńskim publikacye illustrowane, dywany zamazane potwornem kwieciem, lampy z oniksowemi kolumnami strojne w rozpięte na drutach abażury, a pod oknami stały smutne i kurzu pełne fikusy i palma, która zdaleka wyglądała jak zielona miotła. Odpowiednio do salonu umeblowane były i dalsze pokoje. Po nich biegały lakierowano obute stopy »panienek,« przesuwały się taktowne i solidnie odziane stopy pani domu i skrzypiały lekko, bardzo leciuchno buty samego pana radcy.
On — lubił swój dom, lubił swój gabinet, w którym przeważnie drzemał, lubił swoją bibliotekę, której nigdy nie otwierał, a w której przeważnie kwitły grzędy encyklopedyi, lubił ciszę i spokój tego hom, które przez ćwierć wieku chroniło go w swe zaciszne, szablonowe objęcia. Na otomanie w swoim gabinecie odbywał króciuchną poobiednią drzemkę, do której poduszeczki dostarczyła mu jego ulubienica, najmłodsza córka. Stasiuchna, panienka smukła, ładna, o regularnych rysach, szykowna w swych batystowych bluzeczkach, rozjaśniała cokolwiek ciemny apartament złotą masą swych blond włosów, ujętych w długi warkocz, niedbale spadający na cokolwiek chude ramiona. Dziewczynka ta była uosobieniem dobrze wychowanej panienki. Siadała, kłaniała się, mówiła, śmiała się, jak lalka na sprężynie. »Papa, mama,« wahadłowy ruch rączki, zastąpiony był »tak, panie...,« »nie, panie,« a przytem delikatny szelest wachlarzyka, umiejętne wyciągnięcie kształtnego owala z ramek wysokiego kołnierzyka. Wogóle Stasieczka była tem, co ludzie zwykle nazywają: »wychuchana« przez rodziców i warunki życiowe. Radca Zatecki, patrząc na nią, nie żałował nigdy, że nie miał syna. Lubił to, co »ładne,« ale tylko co ładne. Piękność go przerażała, ładność mu wystarczała. Piękny ale trochę brutalny i zbyt żywiołowo silny syn zbyt wielkim hałasem napełniałby cichy i dobrze utrzymany apartament. Monotonny szelest gam albo barkarole, wydzwaniane dyskretnie w półcieniu salonu delikatnym i dość dźwięcznym głosem Stasi wystarczało mu zupełnie. Leżąc na otomanie, napawał się tą atmosferą spokojnego domowego ogniska, które stworzył sobie, i na które według swego ocenienia życia zasłużył. Zresztą przyznawali mu to wszyscy, nietylko władze, nietylko społeczeństwo, lecz i własna rodzina. Był człowiekiem »bez skazy« i prostował się jak struna na samą myśl o tej nieskazitelności. Dobrze mu było, błogo, uczciwie i przyjemnie.
Bo — życie »bez skazy« prowadzi zwykle do takiej błogiej, uczciwej i przyjemnej starości.
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
Starym pan radca Zatecki znów nie był w całem słowa tego znaczeniu. Ani starym, ani niedołężnym. Przeciwnie. Nigdy nie czuł się tak energicznym, tak dzielnym w spełnianiu swych skomplikowanych obowiązków. Bojąc się, aby nie posądzono go, iż się starzeje, powiększał dozę energii i surowości tak, że jego podwładni drżeli na samą myśl o tym Katonie. Przechodził przez życie spowity w togę niepokalanej czystości, i wszyscy usuwali się oślepieni jego doskonałością. Obowiązki swoje wypełniał z całą przesadą człowieka, widzącego cel swego istnienia w drobniuchnem kole codziennych obowiązków, od innych tak samo żądał tej ślepej miłości dla życia i jego wymagań, jaką sam wyznawał. Nawet od dziatwy szkolnej, ledwo rozwiniętej, przepełnionej jeszcze wonią pól i łąk, którą wtłaczano w duszne jamy szkolnych gmachów, radca Zatecki żądał i wymagał zrozumienia »obowiązków«, jakie całym ostrokołem paragrafów otaczały zwolna ich istoty. Nazywano Zateckiego »żelaznym radcą« — i nikt nie ważył się prosić go o jakąś ulgę, jakieś wstawienie się lub choćby o najlżejsze ustępstwo.
Dość było spojrzeć na tę kościstą figurkę, rozsadzoną dumnie za biurem, kryjącem do połowy postać pana radcy, aby zrozumieć, że te przymrużone oczy litości nie znają i znać nie chcą.
Za oknem gmachu Namiestnictwa, gdzie znajdowała się kancelarya pana radcy, drzewa na szkarpach szumiały, a słońce szerokiemi złotemi plamami słało się po piasku. Wiosna płynęła w powietrzu i zdawać się mogło, że cała gracya Botticellowskiego orszaku leciuchno rozpływała się w przestrzeni. I młodo, i czysto, i miłośnie było dokoła. Tylko na kurytarzach, wysłanych dywanikami, cicho było jak w więzieniu. Tu i owdzie drzwi szklane, na nich napis: »Radca X« lub »Radca Z« — i znów ściana biała, pusta i zimna. Ani do kurytarza, ani do kancelaryjnych pokojów nie dochodził promień słońca, ani ciepły powiew wiosennych draperyi strojnej w stokrocie Primavery. Story dziwne, malowane, przedwiekowe, pospuszczane do połowy okien, broniły słońcu wstępu. Za storami cały szereg takich radców Zateckich siedział w urzędowej postawie za dużemi, porządnemi biurami.
Słońce rozczochrane, wiosenne słońce nie miało tu co robić. Czuło to i cofało się dyskretnie.
Od pewnej chwili radca Zatecki uczuł się zaniepokojonym. Na kurytarzu najwyraźniej słyszał szmer, jakieś delikatne kroki chodziły pode drzwiami, oddalały się, znów powracały. Zdawało się, że ktoś chce wejść, lecz waha się i przychodzi mu to z trudnością.
Wreszcie — leciuchno zastukano. Zatecki zmarszczył brwi. Nie lubił, gdy go nachodzono w biurze. Nie odpowiedział nic. Stukanie powtórzyło się. Zatecki zaciął się i milczał. Wreszcie klamka nacisnęła się zwolna. Zatecki gniewnie się żachnął, ale widząc drzwi uchylające się, powściągnął swój gniew.
Na progu stała jakaś obca kobieta.
Była bardzo zmieszana. Surowy wyraz twarzy Zateckiego zwiększył jeszcze jej pomieszanie. Chwilę zdawało się, że się cofnie. Na bladej jej twarzy odbiła się jakaś wewnętrzna walka. Puściła klamkę i zbliżyła się na środek pokoju. Zatecki wstał powoli z fotelu i patrzał na nią pytająco.
Milczenie trwało długą chwilę, podczas której kobieta oddychała ciężko. Wreszcie zapytała cichym, zdławionym głosem:
— Pan radca Zatecki?
Odpowiedź była sucha, wyniosła:
— Ja. Czem mogę służyć?
Kobieta prawie rozpaczliwie zacisnęła palec około zniszczonej parasolki, gryzła usta, i widocznie nie mogła zdobyć się na wyjaśnienie swej prośby.
Wreszcie czując, że owo milczenie trwać dłużej nie może, wykrztusiła:
— Ja... za synem...
— O co chodzi?
— To... długa historya... on został... z klasy pierwszej gimnazyalnej wydalony...
Zatecki przybrał wyraz lodowaty i chmurny.
— To do mnie nie należy, to nie mój wydział...
Grzecznie, ale bardzo stanowczo zaczął przewracać papiery, leżące na biurku, dając tem do poznania, że audyencya skończona.
Ale kobieta stała ciągle koło biurka, tylko na twarz jej wystąpiły dwie czerwone plamy.
— Ja myślałam... ja sądziłam... — zaczęła znów nieśmiało.
On przerwał jej niecierpliwym gestem:
— Przepraszam. Ja wypełniam zawsze tylko swoje obowiązki. Raz już powiedziałem, że ta sprawa nie należy do mnie. A potem, gdybym nawet mógł wydać jakiś wyrok w tej kwestyi, proszę mi wierzyć, iż nic nie przeszkodziłoby mi w wypełnianiu mego obowiązku. To samo tuszę myśleli i inni koledzy, gdy syna pani usuwali z grona uczącej się młodzieży. Spełnili swój obowiązek... o co więc pani chodzi? Czy chcesz ich swą prośbą sprowadzić z drogi obowiązku?
Spojrzał na nią z pod przymrużonych powiek i nagle doznał jakby olśnienia.
Gdy tak stała przed nim nędzna i mizerna w swej wiosennej okrywce i niemodnym kapeluszu, z ręką, zaciskającą nerwowo parasolkę, i patrzała na niego trwożliwie i błagająco, dziwnej piękności szaremi oczyma, zdawało mu się, że już raz przechodził taką chwilę, że już tak jakaś kobieta stała przed nim i patrzała przez łzy, pięknemi, szaremi oczyma. Coś niespokojnego zakołatało mu dokoła serca, jakieś wspomnienie gorzkie i palące. I z ciągłym już teraz niepokojem i wzrastającą niepewnością patrzał na nieznajomą i słuchał jej głosu, w którym odnajdował także już bardzo dawno zasłyszane dźwięki.
Trwało to wszystko mgnienie oka, chwilę jedną, ale strasznie bolesną i niezwykle silną. Zatecki przerwał swą mowę, ale zebrawszy całą przytomność umysłu, powtórzył, uderzając w biurko:
— Czy chcesz ich pani sprowadzić z drogi obowiązku?
Kobieta przerażona milczała, tylko jej siwe oczy napełniały się zwolna łzami.
— A zresztą, syn pani musiał dopuścić się jakichś czynów karygodnych, jawnego zgorszenia, przestępstw, za które surowa kara spotyka winowajcę...
Kobieta zdobyła się wreszcie na odpowiedź:
— On mały... on ma ledwie jedenaście lat.
— Jedenaście lat! — przerwał Zatecki — jedenaście lat to już wiek poważny, moja pani. Ja, gdy miałem lat jedenaście, dawałem lekcye... ja...
Przerwało mu ciche łkanie.
Ta kobieta, oparłszy się o biurko, płakała nerwowo, nie mogąc widocznie powstrzymać wezbranej w duszy goryczy. Zatecki zmarszczył brwi, przygryzł usta, niezadowolony z tej sceny, która go wytrącała z ciszy i równowagi. Ale takt i dobre wychowanie nakazywały okazać pewną względność płaczącej kobiecie.
Szybkim ruchem ręki wskazał jej stojące po drugiej stronie biurka krzesło.
Gdy ona, wciąż płacząc, osunęła się na nie, znów Zateckiego przeszedł ten sam dreszcz, jakiego doznał pod wpływem spojrzenia jej smutnych głębokich źrenic. Ten gest rozpaczliwy zasłonienia oczu, to osunięcie się prawie martwe na krzesło pod jego wzrokiem, to wszystko już raz widział, przeżył taką chwilę z beznadziejnie nieszczęśliwą i spłakaną kobietą.
— Proszę... niech się pani uspokoi... — wymówił bezdźwięcznym głosem. — Przykro mi, że muszę zwrócić pani uwagę, iż zwykle błędy dzieci są winą rodziców. Dziecko jest materyałem podatnym jak wosk...
— Nie, panie radco! — przerwała kobieta: — mój syn przyszedł chyba tak nieukrócony, tak pyszny i zuchwały. Robimy wszystko co można, aby to zuchwalstwo zniweczyć, ale napróżno. Zresztą mój mąż zajęty po za domem, w magistracie, pracuje ciężko. Ja znów mam miejsce w administracyi jednego dziennika, więc...
— Rozumiem, dziecko opuszczone i pozostawione własnym instynktom. To bardzo źle, i tu leży ogrom pani winy.
— Ubodzy jesteśmy, musimy na chleb pracować.
— Obowiązki względem dziecka przed troskami o byt materyalny. Wina pani jest za ciężka, aby mieć dla niej względy.
Głęboka brózda przecięła jej czoło. Jakoś teraz inaczej, surowiej, gniewniej wpatrzyła się w jego twarz.
Coś jakby słowa silniejsze chciały się jej wyrwać na usta, ale powściągnęła je całą siłą.
Błagalnie znów zaczęła:
— Jeżeli pan radca zechce... wstawić się może za mem dzieckiem... Wina jego nie jest znów tak straszna... Od lutego, gdy dostał cenzurę, jest tak rozdrażniony... Uwzględnić trzeba... Panie radco!
— Nigdy!... — zabrzmiała sucha odpowiedź — nigdy!... mieszać się w to nie będę!...
Powstał, suchy, energiczny, nieubłagany.
Wówczas i ona podniosła się zwolna, otarła łzy biedną, tanią chustką i, ukłoniwszy się, bez jednego słowa zmierzyła ku wyjściu. Ale, gdy już była u drzwi, widocznie zbuntowało się w niej coś gwałtownie, i odwróciła się ku Zateckiemu, który z niepokojem i bólem w sercu śledził znów jej chód chwiejny i jakby zbłąkany.
— Wypada... — wyrzekła już głosem pewniejszym i jakby nagle odzyskującym siłę — wypada, ażebym usprawiedliwiła się z tego, dlaczego do pana właśnie przyszłam po ratunek w tej ciężkiej dla mnie chwili...
Zatecki wyciągnął szybko rękę, jakby chciał powstrzymać jakieś słowo zbyt ważne, które mogło paść nań i zdruzgotać w jednej chwili. Przeczuciem wiedziony, wyczuł to słowo i nerwowo je słyszał dźwiękiem, ale pojąć nie mógł jeszcze znaczenia nici, jaka wiązała jego istotę z faktem istnienia tej kobiety.
— A przecież trzeba, ażebym powiedziała panu prawdę — mówiła kobieta i zmieniła się teraz, zmieniła fizycznie i moralnie.
Urosła, wyprostowała się, patrzała wprost w twarz Zateckiego bez lęku i z pewną gorączkową siłą.
— Nie! nie!
— Jak się nazywam z męża — to mniejsza. Pan nie zechcesz nic zrobić dla mego dziecka, więc to niepotrzebne, ale jak się nazywam... z matki, to pan musisz wiedzieć.
Nazwisko moje Mitman — Zofia Mitman.
Tak, padło to słowo, i stało się nagle dokoła radcy głucho i pusto. Kobieta stała jeszcze we drzwiach, a przecież Zateckiemu się zdawało, że ona nagle jest przeniesiona bardzo daleko i stamtąd rzuca ku niemu swe nazwisko.
— Pan nie chciałeś uwzględnić mego położenia... pan potępiłeś mnie za to, że według pana nie spełniłam swych obowiązków względem mego dziecka... A czy pan spełniłeś obowiązek względem swojego dziecka? względem... mnie?
Nastała chwila wielkiej, dziwnej ciszy. Ojciec i córka stanęli naprzeciw siebie, rozpoznając się wzajemnie. W tej chwili jasno przed oczyma Zateckiego stanęły przyczyny bólu i niepokoju, jakich doznał pod spojrzeniem oczu tej kobiety, gestów, jej płaczu, jej chodu.
Tak płakała, tak odchodziła od niego po raz ostatni — tamta, jej matka, gdy on młody jeszcze student, a już pełen zimnej rachuby i karyerę mający na względzie, rozstawał się z nią w sposób straszny, bezwzględny i dla kobiety zniesławionej i opuszczonej tragiczny.
Jego córka, ich córka, stała teraz o kilkanaście kroków od niego i patrzała na niego dziwnym, nieokreślonym wzrokiem. W sercu starego człowieka nie wzbudziło się nic, prócz pragnienia, aby się to wszystko raz skończyło, i aby ta kobieta znikła z jego życia tak samo, jak tamta, jej matka, znikła — bez scen, bez gwałtów, spokojnie, z taktem i godnością.
— Jeszcze panu jedno powiem — mówiła dalej Zofia, a głos jej nagle nabrał jakiegoś miększego, milszego tonu: — pan jest wielki, bardzo uczciwy, bardzo obowiązkowy i bardzo surowy. Ale mnie moja matka nauczyła Modlitwy Pańskiej, i tam codzień powtarzam te słowa: Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Niech pan to codzień powtarza... bo kto wie... może każdy z nas, może nawet pan... ma jaką winę ciężką na sumieniu!...
Cicho, jak cień, wysunęła się z pokoju.
Zatecki patrzał za nią przygasłym, tępym wzrokiem. Postarzał się, zmalał, stracił swą piękną prezencyę szlachetnego manekina.
A w powietrzu dźwięczało ciągle:
— I odpuść nam nasze winy...