Hymn do czasu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
II. Hymn do czasu.




Istoto niepojęta rozumem śmiertelnym,
Któréj ani, choć nieba zmierzył cyrklem dzielnym,
Zmierzy dowcipny gwiazdarz, próżne susząc myśli;
Którą duch sam ogarnia tylko i okryśli:
Czasie! ty niewidomy lat i dni potoku,
Pozwól, nim legnę martwy w nieprzespanym mroku,
Dokąd mię nurt twój pędzi, stanąć nad tym brzegiem,
I wód bystrych wzrok napaść niedościgłym biegiem.
Któreż oko dosięże źródła twéj istoty?
Która myśl kres ukaże? skąd pierwsze obroty
Lot twój żartki rozpoczął? ty sam niezmierzony
Domierzasz ogromnemi wieczności ramiony.
Wieczność kolebką twoją, w niéj leżąc ukryty
Jużeś był, acz bez władzy, nim sklep gwiazdolity,
Nim ziemię dzielny twórca, i co dysze na niéj,
Z mętnéj spornych żywiołów wydźwignął otchłani.
Znagła się ciemnych lochów smętne wstrzęsły progi,
Błysnął zewsząd gwiazd orszak srebrzystemi rogi;
Tyś wyszedł. Bóg ci pewne przepisał prawidła.
On lotne lekkim pierzem przyodziawszy skrzydła,
Rzekł do natury: tobie w dziale czasy skore,
Póki świata, oddaję; ja pan wieczność biorę.
Boże! to twa istota; pod twojemi oczy
Bystry wieków ocean szumne nurty toczy
Po doczesnych lepiankach wszechwładnéj prawicy;
Lecz nigdy nieśmiertelnéj nie sięgnie stolicy.
Mijają wieków roty, rok po roku znika,
Dzień strąca, godzina godzinę połyka,
Stoją martwe lat stosy, zaledwo je zliczym.
Cóż są one przed tobą, wieczny panie? — niczym.
Próżnoż na tych zwaliskach, nad tym stojąc błotem,
Mocnym się, bym nie zginął, chcę odgrodzić płotem.
Czas mię goni, czas chwyta, i me drobne lata,
Ów to proszek nikczemny, rączym skrzydłem zmiata;
Że ledwo dojrzéć zdołam, jak rychło, niestety!
Proch ten znika, kwapiąc się do fatalnéj mety.
Gdzie jeno rzucę okiem, zewsząd smutne zwłoki
Okropnemi zniszczenia trwożą myśl widoki:

Tu porosłe mchem groby zgniłe cisną trupy,
Tu w gruzach mury leżą, tu stłuczone słupy;
Tu, kędy stały miasta, niemasz i pamięci:
Wszędy czas srogich zębów wytłoczył pieczęci.
Niebo, ziemia, nic jego nie oprze się mocy.
Lecz kiedy w ciemnych lochów niedostępnéj nocy
Ślepym ryje podkopem, waląc okrąg świata;
Uniesiona myśl ogniem, wyżéj niebios lata:
I sama tylko czasów nie znająca skazy
Patrzy z góry na rumy i okropne głazy.

Wieki, których już niémasz, i co was nadchodzi,
Niech mi się jedne cofnąć, drugie przymknąć godzi.
Sam tu do mnie: myśl moja w jednę sforę sprzęga,
Już obu świata krańców bystrym okiem sięga;
A patrząc na znikomych rzeczy błahy wątek,
Widzi razem ich koniec i pierwszy początek.
Zemdlone długim biegiem słoneczne woźniki,
Ujrzą zwolna wysychać ogniów swych poniki.
Zwolnieją kół niebieskich osie wyjeżdżone:
A jako z gór przerwanych bryły odszczepione
Lecą z ogromnym trzaskiem na niskie padoły;
Stoczą się w stos niekształtny skruszone żywioły.
Tu swe bezbrzeżna wieczność zacznie panowanie,
W tym wszelki czyn znikomy zniknie oceanie;
W nim się i czas ochynie jak strumyczek lichy:
Lecz duch mój, śmiertelnemi niepożyty sztychy,
Nieścigłym piór zapędem wylatując w górę,
Deptać będzie zburzoną w gruzach swych naturę.

Stwórco! tyś sam bezdenne morza ograniczył,
Tyś najdrobniejsze czasu momenta policzył:
Sobie samemu tron twój zachował to mglisty,
Kiedy przyjdzie ów moment nocy wiekuistéj;
Świat nie wie i próżno się o to badać kusi;
To wie, że ginąc codzień, zginąć kiedyś musi.
Ludzie! gdy was okropnym bita z wieży młotem
Miedź ostrzega, jak szybkim czasy płyną lotem;
Ach, jak was hasło owo brzękiem swym przenika!
Wnet się dusza z twardego letargu ocyka;
A płoche nadstawiając uszy, mniema oto,
Że za nią: Pódź do trumny! blada woła Kloto.
Błędni, co wam za gruba ćmi rozum ślepota?
Moment do myśli macie, moment do żywota;

Lecz i ten, acz z nikczemnym równo znika cieniem,
Nie jestże dla was jeszcze nieznośnym brzemieniem?
Zbiera cudze, wędzi się różnemi kłopoty,
Niebaczny marnotrawca własnéj swéj istoty.
Ledwo sam siebie poznał, ledwo zawziął siłę,
Sam się gubi, sam kopie okrutną mogiłę!
Ten z pieluch umarł, stu lat ciężarem skrzywiony,
Ów samym sobą kupczy dla marnéj mamony;
Ten szuler mózg przy kartach susząc, zdrowie stracił,
Ow bogacz wszystkim złotem radby się opłacił
Czasowi, co go dręczy: tak żyć obelżywie
Jest mniemać, że nie żyjąc, żyć można szczęśliwie.
Długoż tedy tak srogą zmamieni ślepotą
Błądzić będziem? myśl naszą jedyną istotą:
Téj saméj człek prawdziwie drogim żyje darem,
Ta sama czasów naszych winna być wymiarem.
Kochajmy mądrość; wszak to największa nauka
Znać siebie, i żyć z sobą: kto jéj pilniéj szuka,
Prowadzi wiek szczęśliwy; a na czas upłynny
Patrząc, liczy bez trwogi wszelkie swe godziny.
Jeśli kiedy dla bogactw, dla podłego zysku
Wolnością mam frymarczyć i żyć w pośmiewisku;
Jeśli me serce iść ma w gnuśne zmysłów pęta,
Czasie! skróć, proszę, życia mojego momenta.
Niech me kości przed czasem zawrze loch podziemny;
Wolę chwalebnie umrzéć, niźli żyć nikczemny.
Lecz jeśli serc powolnych rymy me dolecą,
I w nich szlachetnéj cnoty czysty płomień wzniecą;
Jeśli przez nie niewinność znajdzie utrapiona
W troskach wdzięczną pociechę, w złym razie patrona;
Jeśli miły przyjaciel folgę w swych uczuje
Żalach, i łzy płynące hojnie pohamuje;
Postój chwilę, miéj baczność na me drobne latka.
Niech jeszcze przez czas dłngi ukochana matka
Ziemia hołd uprzejmości synowskiéj odbiera.
Ty zaś, sławo! ty, cnoto! których nie umiera
Nigdy imię; po długiéj lat moich osnowie,
Złóżcie skrzydła złociste na méj siwéj głowie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Naruszewicz.