Humoreski (Twain)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Humoreski
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Nr. 616.
Biblioteka Powszechna.png
Mark Twain.

HUMORESKI.

I.

TŁÓMACZYŁ

Z. NIEDŹWIEDZKI.




MARK TWAIN.
PL Feta w Coqueville (Émile Zola) 007a.jpg



HUMORESKI.
I.

TŁÓMACZYŁ

Z. NIEDŹWIECKI.

PL Mark Twain-Humoreski I p0007a.png



LWÓW — ZŁOCZÓW.
Nakładem i drukiem księgarni Wilhelma Zukerkandla.




Nasz włoski przewodnik.

...Nie mogę się powstrzymać od poświęcenia przy tej okazyi słów kilku Michałowi Aniołowi Buonarotti.
Uwielbiam potężny geniusz Michelangela, człowieka, który był wielkim w poezyi, wielkim w malarstwie, rzeźbie, architekturze, we wszystkiem, czego się dotknął. Nie wynika stąd jednak, aby mnie miano Michałem Aniołem częstować na pierwsze i drugie śniadanie, na obiad, podwieczorek i kolację a oprócz tego drugie tyle razy w międzyczasie. Lubię we wszystkiem rozmaitość. Tymczasem naprzykład w Genui wszystko zostało wykonane według planów Michała Anioła, w Medyolanie czego sam nie rysował lub nie malował, to rysowali i malowali jego uczniowie; jezioro Como przez niego zostało pomalowane, w Padwie, Weronie, Bolonii, Wenecyi nie usłyszysz z ust przewodników nic innego, oprócz imienia Michelangela. We Florencyi wszystko malował a prawie do wszystkiego sporządzał plany, do czego zaś osobiście twórczej nie przyłożył ręki, tam miał przynajmniej zwyczaj siadać na ulubionym kamieniu, aby się przyglądać rzeczom. Kamienie te naturalnie pokazywano nam i musieliśmy je także podziwiać. W Pizie wszystko jest wedle jego projektów z wyjątkiem starej wieży, ale i tę by mu na pewne przypisano, gdyby tak krzywo nie stała. On również, nie kto inny, projektował kościół św. Piotra, on projektował papieża, Panteon, mundury gwardyi szwajcarów papieskich, regulacyę Tybru, Watykan, Kolosseum, Kapitol, skałę tarpejską, pałac Barberinich, kościół św. Jana laterańskiego, Kampanię, via Appia, siedm wzgórz Romy, łaźnię Karakalli, wodociąg Klaudyusza i Cloaca Maxima. Nieśmiertelny stworzył wieczne miasto i malował w niem wszystko, co tylko było do pomalowania, chociażby rzeczoznawcy i książki wręcz przeciwnie twierdzili. Przyjaciel mój dr. Daniel zawołał też dnia jednego do przewodnika:
— Dosyć!... na miłość boską dosyć!... Ani słowa więcej!... To wszystko nic!... Powiedz poprostu, że Pan Bóg stworzył Włochy podług planów Michała Anioła.
Nigdy przez całe moje życie nie było mi tak lekko na sercu, nie doświadczyłem takiego ukojenia, takiego spokoju duszy, jak wczoraj, kiedym się dowiedział, że Michelangelo już umarł.
Pocieszającą tę nowinę mamy do zawdzięczenia naszemu przewodnikowi. Oprowadzał on nas całemi milami wśród lasu malowideł i rzeźb w nieskończenie długich krużgankach Watykanu i znowu milami poprzez szeregi posągów i obrazów, w dwudziestu innych miejscach. Pokazał nam wielkie malowidło w kaplicy sykstyńskiej, freski, freski i freski w takiej ilości, że możnaby niemi pokryć całe sklepienie niebieskie, wszystko pędzla Michelangela. To też urządziliśmy sobie wreszcie i z tym także przewodnikiem tę samą zabawkę, zapomocą której udawało nam się już nieraz poskramiać ciceronów: poczęliśmy mu stawiać niedorzeczne pytania prostaczków. Istotom tym jednak brak wszelkiej przenikliwości, nie mają pojęcia o sarkazmie. Pokazując nam jakąś figurę, rzekł:
Statu bronzo.
Spojrzeliśmy na rzeźbę obojętnie, doktor zaś spytał:
— Michała Anioła?
— Nie. Nie wiem czyja.
Potem pokazał nam stare Forum rzymskie, a doktor znowu:
— Michała Anioła?
Przewodnik wytrzeszczył na nas oczy, lecz odpowiedział:
— Nie, tysiąc lat wcześniejsze od jego przyjścia na świat.
Toż samo przy obelisku egipskim.
— Michała Anioła?
— Oh! mon Dieu!... Dżentlmen, to jest o dwa tysiące lat starsze od Michel-Angela.
Ustawiczne tego rodzaju pytania tak go w końcu zniecierpliwiły, że chwilami zdawało się, jakby, z obawy przed niemi, lękał się nam pokazać coś jeszcze. Nieszczęśliwiec starał się dać nam do zrozumienia, że na Michała Anioła tylko za pewną część tego wszystkiego, co się znajduje na kuli ziemskiej spada odpowiedzialność, nie znalazł jednak u nas posłuchu.
Jakaś rozmaitość wśród nadmiernych wysiłków oczu i mózgu w czasie oglądania tylu osobliwości, jest rzeczą nieodzowną — inaczej bylibyśmy chyba powaryowali. Dlatego przewodnik musiał jeszcze czas pewien znosić zadawane mu przez nas męki. Jeżeli go to nie bawiło, tem gorzej dla niego, nas rozweselało dyabelnie.
Mógłbym w tem miejscu osobny rozdział poświęcić temu malum necessarium, jakiem jest dla turystów przewodnik europejski. Niejeden z zwiedzających Europę radby się obejść bez przewodnika, w przeświadczeniu jednakże, że to jest niemożliwe, chciałby sobie przynajmniej na jego konto troszkę pożartować i znaleźć w tem kompensatę niezbyt miłego towarzystwa. I ja tę cząstkę wybrałem, a jeśli niektóre z moich doświadczeń przydadzą się na co drugim, sprawi mi to niekłamaną przyjemność.
Przewodnicy genueńscy oddają się chętnie na usługi amerykańskich turystów, albowiem ci nie szczędzą zachwytów i podziwu najmniejszej nawet relikwii po Krzysztofie Kolumbie. I nasz przewodnik również skakał z tego powodu koło nas z tak gutaperkową elastycznością, jak gdyby połknął sprężynowy materac. Był pełen nieopisanej werwy i paląc się z niecierpliwości, poganiał nas bez przerwy:
— Za mną dżentlmeni! za mną!... Pokażę dżentlmenom teraz listy Krzysztofa Kolumba, pisane przez niego samego, jego własną ręką.
Zawiódł nas do ratusza. Po zgrzytnięciu jeden Bóg wie ilu kluczów i otwarciu całego szeregu zamków, ujrzeliśmy wreszcie rozpostarte przed nami rzeczone pismo. Oczy przewodnika ciskały błyskawice radości. Pląsając dokoła nas w ciągłych podrygach, obmacywał palcami pergamin i krzyczał:
— A co ja powiedziałem? dżentlmeni?!... Czym skłamał?... Pismo Krzysztofa Kolumba! przez niego samego pisane!...
Patrzyliśmy na rękopis obojętnie, bez najmniejszego wzruszenia. Doktor przyglądał się dobrą chwilę pismu z wielką bacznością, poczem odezwał się bez cienia jakiegokolwiek zajęcia:
— To jak... jak to pan powiedziałeś, nazywał się ten, co to miał napisać?...
— Krzysztof Kolumb!... Wielki Krzysztof Kolumb.
Ponowne, nader skrupulatne oględziny pisma.
— Hm... Czy to on sam pisał, czy też kto inny?...
— Ależ sam pisał!... Własne pismo sławnego Krzysztofa Kolumba, przez niego samego pisane.
Doktor położył dokument, mówiąc:
— Widziałem w Ameryce czternastoletnich chłopców, którzyby lepiej potrafili napisać.
— Ależ to jest ten wielki Krzysz...
— Wielki nie wielki, nie pytam się wcale kto zacz on jest, dosyć, że list jest najohydniej nabazgrany, w życiu mojem nie widziałem takich kulasów... Niech się panu nie zdaje, że nam potrafisz zamydlić oczy, dlatego żeśmy nietutejsi... Na to, uważasz, oddawna już za stare z nas wróble... Jeżeli tu macie do pokazania coś w rzeczy samej osobliwie napisanego, to owszem, na stół z tem!... Ale jeżeli nie — szkoda czasu, chodźmy dalej.
Poszliśmy dalej, przewodnik silnie skonfundowany. Zdawało się jednak, że ma ochotę zrobić z nami jeszcze jedną próbę, mając w odwodzie coś, co, jego zdaniem, powinno nas było wprawić w zdumienie.
— Ach! Dżentlmenowie!... Proszę za mną! Pokażę piękny, przepiękny biust Krzysztofa Kolumba! Wspaniały! przepyszny kawałek!... coś zadziwiającego!...
Zaprowadził nas przed owo wspaniałe popiersie — było ono w istocie takiem — poczem odskoczywszy, przybrał obmyślaną pozę i zapytał:
— A co!.. Przypatrzcie się tylko dżentlmeni temu ślicznemu popiersiu Krzysztofa Kolumba!... Wspaniały biust!.. A jaki wspaniały piedestał?!..
Doktor podniósł binokle, specyalnie do tych aktów podziwu nabyte:
— A jak się to... powiadasz pan... nazywał ten jegomość?...
— Krzysztof Kolumb!... Wielki Krzysztof Kolumb!
— Krzysztof Kolumb?.. Wielki Krzysztof Kolumb?!.. A co on właściwie takiego zrobił?...
— Ależ... Amerykę odkrył!.. Odkrył Amerykę!..
— Odkrył Amerykę?!... Hm... to się trochę nie zgadza... My przecież jesteśmy z Ameryki, a nie słyszeliśmy o tem wcale, aby... Krzysztof Kolumb!... A no, nie brzydkie nazwisko. Żyje on też jeszcze?
Corpo di Baccho!... Umarł od trzystu lat!
— A na co umarł?
— Nie wiem. Nie mogę powiedzieć.
— Pewnie na ospę?
— Nie wiem, dżentlmeni, nie potrafię objaśnić, na co umarł...
— Albo może na tyfus plamisty?
— Możliwe... możliwe... ale nie wiem. Zdaje mi się, że musiał w każdym razie na coś umrzeć...
— Czy jego rodzice jeszcze żyją?
— Nie-mo-żli-we.
— No więc któryż nareszcie z tych biustów jest jego — a który piedestał?
Santa Maria!.. Mówiłem przecie, że ten biust i naturalnie ten piedestał.
— Widzę już teraz, widzę. Wcale, wcale szczęśliwa kombinacya. I czy to pierwszy raz zrobiono z niego taki biust?...
Efekt tego ostatniego żartu jednakże przepadł, gdyż przewodnicy włoscy nie zawsze umieją się poznać na subtelnościach amerykańskiego dowcipu.
Nie omieszkaliśmy wszakże z nim zapoznać także i naszych przewodników w Rzymie. Wczoraj n. p. spędziliśmy trzy czy cztery godziny w Watykanie, tym cudownym świecie osobliwości i arcydzieł. Często budziło się tam w nas zajęcie a nawet podziw, które jednakże, acz z niemałą trudnością, udawało nam się powstrzymać. Nikt chyba z zwiedzających muzea watykańskie nie zdołał dokazać tej sztuki. To też przewodnik nasz mięszał się, tracił głowę wobec naszej kamiennej nieczułości. Biegał na wszystkie strony do połamania nóg, wyciskał jak cytrynę cały swój kunszt cicerona, byle wyszperać coś, coby nas wreszcie przejęło zdumieniem — wszystko nadarmo, nie zdołał nas zainteresować niczem! Na sam ostatek zachował coś, co uważał za największą osobliwość: królewską mumię egipską, najlepiej może zachowany egzemplarz z znajdujących na kuli ziemskiej. Zaprowadził nas do niej. Był tym razem tak pewien sukcesu, że odzyskał w całości wszystką swą swadę pierwotną i zapał.
— Widzicie dżentlmeni?!.. Oto jest mumia... Mumia...
Spokojnie i z rozmysłem, jak zazwyczaj, uniosło się szkiełko doktora ku jego oczom.
— E... za pozwoleniem... jak to pan powiedziałeś brzmi nazwisko tego dżentlmena?..
— Nazwisko?.. Nie ma nazwiska. To mumia! mumia egipska!..
— Ahaaa!.. Tu urodzona?..
— Nie! Skądże!.. Egipska mumia!
— Uhm, zapewne z Francyi rodem.
— Ależ nie! Nie z Francyi!.. Ani z Rzymu!.. Urodzona w Egipcie!
— W Egipcie urodzona!... Pierwszy raz słyszę... Jakaś mało znana miejscowość zapewne... Mumia... Hm!.. Mumia! Jaka spokojna!.. I poważna... a może ona jest nieżywa?!..
Sacrebleu!.. Nieżywa! i to od trzech tysięcy lat!
Na to doktor jak się nie rzuci ku niemu, rozindyczony:

— Cóż to znowu za żarty?.. Kpisz sobie pan z nas?... czy co?.. Dlatego, że ma przed sobą cudzoziemców, którzy przyjechali do Europy czegoś się nauczyć, to już... Do trzystu dyabłów! idźno pan sobie precz z swymi spróchniałymi kościotrupami, pókim dobry... Jeżeli macie jakiego pięknego, świeżego nieboszczyka, to rozumiem, to go nam pokazać, w przeciwnym jednak razie, panie!... z pańską głową może być źle!..


Rogers.

W miasteczku X., w południowej Anglii, poznałem tego Rogersa przypadkowo w czasie mego chwilowego tamże pobytu. Z tytułu, że jego ojczym ożenił się był w swoim czasie z daleką krewną mego ojczyma, którego potem powieszono, Rogers wywodził blizkie między sobą a mną pokrewieństwo.
Dzień w dzień przyłaził do mnie, rozsiadał się jak u siebie i paplał. Z pomiędzy wszystkich przyjemnych natrętów, których wściubstwo dało mi się kiedykolwiek we znaki, temu oddaję bez zastrzeżeń palmę pierwszeństwa.
Wpadło mu raz do głowy obejrzeć mój cylinder. Nie byłem od tego, pomyślawszy, że skoro przeczyta wewnątrz firmę słynnego kapelusznika przy ulicy Oksfordzkiej, podskoczę tem samem w jego opinii. Obracał go czas jakiś na wszystkie strony z widocznem politowaniem, potem wyskrobał na rondzie dwie czy trzy plamki, nakoniec zauważył, że jako od świeżo przybyłego, trudno odemnie wymagać, abym wiedział, gdzie się załatwia tego rodzaju sprawunki. Co rzekłszy, zawołał:
— Pozwólno pan! — i począł wycinać z kawałka pąsowego tapetu papierowego ozdobny krążek, który przykleił za pomocą odrobiny gumy arabskiej na dnie mego cylindra w taki sposób, że firma fabrykanta, na którą tak byłem dumny, zupełnie została zasłonięta.
— Teraz przynajmniej nikt nie będzie mógł poznać, gdzie pan ten nieszczęsny kapelusz kupiłeś. Przyszlę panu potem markę firmową mojego kapelusznika, to ją pan sobie wkleisz w to miejsce.
Czy można sobie wyobrazić coś prostszego?.. To też wprawił mnie w taki podziw, że go wprost wypowiedzieć nie zdołam — zwłaszcza, że jego własny kapelusz leżał na stole tuż przedemną w wyzywającej do porównań blizkości: od Bóg wie jak dawna wyszła z mody rura przedwiecznego fasonu! wytarta z włosa na łyso, zrudziała na deszczach, i okolona — niby równikiem — tłustą smugą nawskróś przepoconych pomad.
Innym razem począł znów rozpatrywać mój surdut. Nie byłem w najmniejszej obawie o pomyślny wynik tych oględzin, gdyż na kryształowych drzwiach atelier mego krawca złoci się napis: „Nadworny dostawca Jego Królewskiej Wysokości Księcia Walii“ i t. d. Nie wiedziałem jeszcze podówczas, że napisy tej treści znajdują się na wszystkich krawieckich magazynach w Anglii a nawet w niejednym na kontynencie, i że o ile wedle stwierdzonego od wieków przysłowia dopiero dziewięciu krawców znaczy tyle, co jeden kompletny człowiek, o tyle niemniej niżeli stupięćdziesięciu krawców potrzeba, aby mniej więcej kompletnie ubrać jednego angielskiego księcia.
Tymczasem, wyobraźcie sobie państwo, surdut mój przyprawił Rogersa o rozpacz!... Dał mi niezwłocznie adres swojego krawca, zapewniając, że bylebym się nie przyznał do mego literackiego pseudonymu, zostanę obsłużony jak najlepiej. Albowiem nazwisko nieznanego brzmienia (a ja byłbym przysiągł, że sława mego pseudonymu sięga po wszystkie krańce Anglii!.. co za boleść!..) nie zobowiąże krawca do niczego, natomiast jeśli się powołam na nazwisko Rogersa, wszystko pójdzie inaczej. Zauważyłem żartem:
— Ale bo on gotów wtenczas znowu dniami i nocami pracować i zdrowie sobie nadweręży.
— To nic — odrzekł z całą powagą Rogers, — już ja dla niego dosyć uczyniłem, dość dałem mu dowodów uznania dla jego pracy.
Mumię bym prędzej rozśmieszył moim dowcipem, niż tego człowieka.
On tymczasem kontynuował z flegmą:
— Wszystkie moje garnitury robione są w tej pracowni. W innych pokazać się niepodobna.
Zażartowałem znowu w formie uwagi:
— Szkoda, żeś pan nie ubrał dzisiaj któregoś z nich, radbym bardzo zobaczyć...
— Cóż do licha! — obruszył się — a cóż ja mam na sobie?.. To właśnie robiono u Morgana.
Przyjrzałem się ubiorowi uważnie. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że surdut kupiony został gotowy u handlarza tandetnej krawieczyzny przed laty mniej więcej dwudziestu. Zupełnie nowy kosztować mógł najwyżej cztery dolary. Obecnie zaś był znoszony do ostateczności, wytarty, wystrzępiony i popruty, plama na plamie. Nie umiałem się wstrzymać od zwrócenia mu uwagi na puszczające szwy... Wywarło to na nim jednak takie wrażenie, że pożałowałem natychmiast mej złośliwości. W pierwszej chwili zdawało się, że Rogers zapada w otchłań bezdennego bólu. Opamiętał się jednak wprędce i z giestem, jakby odtrącającym wszelkie współczucie świata, rzekł spokojnym, choć jak mi się zdawało i żałosnym tonem:
— Panie! To nic... Nie pytaj mnie o to. Wdzieję inny.
Odzyskawszy po chwili zwykłą fantazyę o tyle, że mógł się zwrócić do wykrętów, zawołał:
— Ba! Wiem już... Toż sprawka mego służącego, który mnie rano ubierał!...
Jego służący!.. Nie! wiecie państwo, było coś rozbrajającego w tej bezczelności!
W podobny opisanemu sposób zaszczycał codzień inną część mego stroju swą uwagą — idyotyczne zajęcie, trudne naprawdę do zrozumienia u człowieka, posiadającego w całym swoim majątku jedno tylko jedyne ubranko, powstałe według wszelkiego prawdopodobieństwa za czasów wojen krzyżowych.
Może to był podszept dziecinnej próżności — coraz bardziej jednak opanowywało mnie pragnienie, ażeby w tym człowieku choćby raz przecież wzbudzić podziw czemś, będącem moim czynem lub własnością. I w tobie, kochany czytelniku, zagrałoby może takież same uczucie?.. Sposobność nie kazała na siebie czekać. Wybierając się z powrotem do Londynu, zestawiłem sobie spis lepszej bielizny, przeznaczonej do prania. Utworzyła ona w jednym kącie pokoju spory pagórek: pięćdziesiąt pięć kawałków. Raz jeszcze przejrzawszy listę, położyłem ją na stole niby przez zapomnienie. Rozumie się, że Rogers nie omieszkał jej zaraz po przekroczeniu progu ująć w swe szpony a zlustrowawszy szczegółowo treść aż do ogromnej sumy u spodu, mruknął lakonicznie, odkładając papier:
— To zapewne z ostatniego tygodnia?.. Powinienbyś pan sobie niejedno dokupić.
Trudno odmalować obraz rękawiczek w bardziej opłakanym będących stanie niżeli te, jakiemi się posługiwał. Nie przeszkadzało mu to wcale doradzać mi, gdzie mogę się zaopatrzyć w tę samą sortę. Miał również pełne dziur buty — ale za to nosił w krawacie szpilkę z wprawionem w nią szkiełkiem, które nazywał: „dyamentem morfilitycznym«[1] — czart jeden wie, co to miało znaczyć? — i co do którego utrzymywał, że w ogóle dwa tylko podobne okazy znaleziono dotychczas, drugi znajduje się w posiadaniu cesarza chińskiego.
Później, w Londynie, miewałem nieraz sto pociech, kiedy mnie ten włóczykij-fantasta, w konwersacyjnej sali hotelowej, w arystokratyczny swój sposób zagadywał. Zawsze musiał mieć jakąś nową i zmyśloną wielkość na języku; jedyną rzeczą nie ulegającą zmianie były u tego człowieka jego suknie.
Ile razy mu przy[2] przyszło odezwać się do mnie w obecności osób nieznajomych, nazywał mnie zawsze podniesionym głosem:
— Sir Ryszardzie, — albo:
— Jenerale! — lub wreszcie:
— Wasza lordowska mość!
A gdy obecni, zwróciwszy na nas uwagę, poczynali się nam, zaciekawieni, przypatrywać, zarzucał mnie natychmiast pytaniami, dlaczego nie przyszedłem wczoraj wieczór do księcia Argyll i przypominał mi, że jesteśmy na dzień najbliższy proszeni do księcia Westminster. Nie ręczę doprawdy za to, czy z czasem sam nie zaczynał wierzyć w te kłamstwa.
I tak na przykład zjawił się u mnie pewnego dnia z prośbą, ażebym z nim poszedł do Earla of Warwik, gdzie przepędzimy razem wieczór. Odparłem na to, że nie mam formalnego zaproszenia. Na co on: to nic nie znaczy, ponieważ Earl nie bawi się z nim ani z jego przyjaciółmi w żadne ceremonie. Zapytałem go, czy mogę tam iść tak jak stoję. Odpowiedział, że niepodobna. W domu dżentlmena nie można wieczorem jawić się inaczej, jak tylko w ubiorze wizytowym. Oświadczył, że zaczeka, aż się przebiorę, poczem udamy się do niego, gdzie znowu ja poczekam, przy butelce szampana i cygarze, aż on zmieni ubranie.
Ponieważ byłem bardzo ciekaw końca tej całej historyi, przewdziałem tedy ubranie i poszliśmy.
Zaproponował, jeśli nic nie mam przeciwko temu, abyśmy drogę odbyli pieszo. Przystałem, nie przewidując, że marsz ten, wśród mgły i błota, potrwa godzinę z okładem. Nakoniec przybyliśmy do jego apartamentu, który się składał z jednej jedynej stancyjki w bocznej uliczce nad sklepikiem golarza. Dwa krzesła, stolik, stara kanapa, miednica i dzbanek, nieposłane łóżko, ułamek tafli lustrzanej, wazonik z uschłą geranią, (nazwał ją tajemniczo: „egzotycznym kwiatem, zakwitającym raz tylko na sto lat, podarek zmarłego lorda Palmerstona, za który mu już ofiarowywano olbrzymie kwoty),— to było całe umeblowanie. Dodać należy lichtarz z ogarkiem świecy.
Rogers zapalił światło i poprosił, abym usiadł i rozgościł się jak u siebie. Zaraz potem nadmienił, że radby był bardzo, jeślibym miał pragnienie, może mnie bowiem uraczyć szampanem takiej marki, jaka pojawia się w handlu tylko wyjątkowo. A może wolę Sherry, lub Porto?.. Ma w piwnicy Porto, okryte na palec grubo pajęczyną, której każda warstwa oznacza jednę ludzką generacyę. Co się zaś tyczy cygar — lecz te już niechaj osądzę sam. Wystawił głowę za próg i krzyknął:
— Sackville!
Żadnej odpowiedzi.
— Hejże!.. Sackville!
Znów nic.
— Co się u dyabła dzieje z piwniczym?.. Nie pozwalam służbie nigdy... Ach! patrzcie no się!... Ten bałwan musiał wziąć z sobą przez pomyłkę klucze... Bez kluczów nie dostanę się do najbliższego pokoju...
Zdumiewałem się, wyznaję, w cichości serca, nad zuchwalstwem, z jakiem łgarz zawołany podtrzymywał bajkę o szampanie, i starałem się sobie wyobrazić, jak on się też z tego wywikła.
W tej chwili przestał wołać Sackville'a, natomiast krzyknął:
— Angely!
Ale Angely nie pokazał się także.
— To już drugi raz koniuszy pozwolił sobie wyjść do miasta bez mego zezwolenia. Nie ma co, wypędzę go jutro!
Teraz zaczął wołać Tomasza a kiedy Tomasz nie przychodził — Teodora, ale i Teodor nie zjawił się wcale.
— Dam lepiej pokój — oznajmił mi wówczas. — Służba nie przywykła do tego, abym wracał do domu o tej godzinie, więc się porozłaziła. Bez koniuszego i stajennych mogę się ostatecznie obejść, jeżeli się do cygar i wina nie dostaniemy dzisiaj, to także nie taka straszna historya... Ale jak ja się przebiorę bez lokaja?..
Pospieszyłem ofiarować mu w tym względzie moją pomoc, nie chciał jednak o niczem słyszeć. Dał mi do zrozumienia, że czułby się skrępowanym gdyby nie miał przy ubieraniu pomocy wprawnej ręki. Zresztą — zakończył — taki stary przyjaciel, jakim był dla Earla, nie urazi go przybyciem raz, wyjątkowo, na wieczór w zwykłym spacerowym stroju. Wzięliśmy dorożkę, wskazał woźnicy adres i pojechaliśmy. Pojazd zatrzymał się przed jakąś wielką budowlą. Nie widziałem Rogersa nigdy jeszcze w kołnierzyku na szyi. Zaledwieśmy wysiedli, przystanął pod jedną z latarni i wyjąwszy z kieszeni u surdutu szanowny ze starości kołnierzyk papierowy oraz krawatkę, począł je sobie przypinać. Poczem wstąpił na schody i zniknął za progiem domu, nakazawszy mi giestem, abym się zatrzymał. Zaledwie mi jednak zniknął z oczu, już się ukazał z powrotem i biegnąc ku mnie co żywo, wołał:
— Chodź pan... prędko!...
Przyspieszyliśmy kroku i skręcili za najbliższy róg.
— Teraz jesteśmy bezpieczni — wyrzekł zadyszany, zdejmując z szyi kołnierzyk i krawat i chowając je do kieszeni. — Udało nam się szczęśliwie umknąć.
— Nie rozumiem...
— Na św. Jerzego! hrabina jest w Londynie!...
— Więc cóż stąd?... Czy hrabina pana nie zna?...
— Czy mnie nie zna!... Ależ ona szaleje za mną!!... To też zobaczywszy ją teraz przypadkiem, zanim sam przez nią zostałem spostrzeżony — zofnąłem[3] się coprędzej!... Od dwóch miesięcy nie widzieliśmy się. Tak nagłe zjawienie się przed nią mogłoby za sobą pociągnąć najfatalniejsze następstwa!... Nie potrafiłaby tego z pewnością spokojnie przenieść... Ale trudno mi było przeczuć, że wróciła do Londynu... Wiedziałem, że bawi w jednym z swoich zamków, na wsi... Wesprzyj mnie pan, proszę... Trochę tylko... Tak... Dziękuję... Już mi lepiej... Bardzo dziękuję!... Nieba!... Ależ zmykałem...
Tak tedy nie byłem na wieczorze u Earla. Zapamiętałem jednak dom, aby się później wywiedzieć... I cóż? Pokazało się, że to najzwyczajniejsza czynszowa kamienica, nie pałac Earla, i że ją zapełnia od piwnic po same kominy najuboższa klasa ludności.

W niektórych kwestyach Rogers przestawał być narwańcem, w innych atoli był nim w całem tego słowa znaczeniu, choć o tem z pewnością, nie wiedział. Umiał w takich zachować razach niczem niewzruszoną powagę.
Zeszłego lata rozstał się z tym światem na morzu — jako: Earl of Ramsgate.


Opowiadanie komiwojażera.

Biedny, strapiony przybyszu!... Było w twej skromnej minie, w twojem zmęczonem spojrzeniu, w wytwornym lecz podszarzanym ubiorze twoim coś, co posiew litości pobudziło w mem sercu do kiełkowania, jakkolwiek spostrzegłem od razu u ciebie pod pachą portfel, na którego widok z duszy mojej wydobył się szept gorącej modlitwy: — „Wszechmocny losie!... tylko mnie też nie wtrącaj na miłość Boską, w objęcia komiwojażera!...“
Że jednak ludzie ci potrafią, żeby tam nie wiedzieć co, rozdmuchać naszą ciekawość, nim tedy zdążyłem zdać sobie sprawę, jak się to stało i kiedy, już gość mój znajdował się w pełnym toku opowiadania swoich życiowych przygód a ja mu się przysłuchiwałem z największą uwagą i współczuciem.
Opowieść jego brzmiała mniej więcej:
— Rodzice mnie odumarli... ach!... kiedym był jeszcze małą, niewinną dzieciną. Stryj Ithurel zajął się wówczas moją sierocą egzystencyą i przygarnąwszy mnie do swego serca, traktował od tej chwili jak rodzonego syna. Był to jedyny mój krewny na całym świecie; na szczęście był to człek dobry, bogaty i hojny. Otoczył on mnie takim zbytkiem, że niczego, co tylko za pieniądze nabyć można, nigdy mi nie brakowało.
Skończywszy z biegiem czasu uniwersytet, udałem się na wojaż w towarzystwie dwóch służących. Cztery lata bujałem z miejsca na miejsce na lekkich skrzydłach uciech. Wybacz pan ten poetycki sposób wyrażania się człowiekowi, który się zawsze palił do poezyi. Pozwoliłem sobie na to tem śmielej, albowiem czytam z pańskich oczu, że i pan także poświęcasz się czarownej sztuce władania mową bogów. W odległych od mej ojczystej ziemi krajach karmiłem moją młodość tą ambrozyjską potrawą, co syci umysł, duszę i serce. Z pomiędzy wszystkich rzeczy jednakże, z jakiemi poznać się było mi danem w owych dniach szczęścia, najwięcej przypadł do smaku wrodzonemu mojemu zmysłowi estetycznemu tak częsty u ludzi bogatych zwyczaj zbierania rzeczy kosztownych, pięknych i rzadkich, skusiło mnie też coś — przeklęta to była godzina!... — że zapoznałem stryja mego Ithurela z tą dziedziną użycia.
Zacząłem mu pisać i opowiadać o pięknym zbiorze muszli jednego z kolekcjonerów, o niezwykłej kolekcyi cygarnic z pianki morskiej drugiego, o niezmiernie bogatych i w żaden sposób odczytać się nie dających skarbach autografów trzeciego, o czwartego nieocenionem nagromadzeniu starej porcelany, o bajecznym komplecie marek pocztowych innego jeszcze i t. d. i t. d. Entuzyastyczne listy moje wydały niebawem owoce: stryj mój począł się rozglądać, jaka też kolekcya byłaby dla niego najodpowiedniejszą? Wiadomo panu zapewne, z jaką piorunującą szybkością zamiłowania tego rodzaju są w stanie wybujać. W niedługim czasie stryja mego ogarnął formalny szał zbierania, o czem wtedy jeszcze w każdym razie nic nie wiedziałem.
W ślad za tem począł zaniedbywać swój olbrzymi handel świniami, niedługo zaś nawet całkiem wycofał się z interesów, aby się całkowicie oddać manii kolekcyonerskiej.
Na szczęście majątek jego był kolosalny, — nie oszczędzał go jednak z drugiej strony na ten cel.
Nasamprzód począł zbierać dzwonki dla krów. Zgromadził kolekcyę, która wypełniała pięć dużych sal a obejmowała wszelkie rodzaje dzwonków dla krów, jakie kiedykolwiek stworzono — z wyjątkiem jednego. Ten jeden — okaz starożytny, jedyny w swym rodzaju — znajdował się w posiadaniu innego zbieracza. Stryj mój ofiarowywał za tę rzadkość bajeczną sumę, ale właściciel unikatu nie chciał o sprzedaży nic słyszeć. Co teraz musiało nastąpić, z łatwością pan sobie wyobrazisz. Dla prawdziwego zbieracza kolekcya niekompletna nie przedstawia żadnej wartości. Serce mu pęka na myśl o jej brakach — i pozbywa się w końcu ukochanego skarbu, aby zwrócić cały swój interes ku dziedzinie, która wydaje mu się jeszcze nietkniętą.
Tak samo postąpił i mój stryj. Wziął się do zbierania cegieł. Skompletowawszy zbiór wielki i nader ciekawy, utknął na tym samym co poprzednio szkopule. Jego wielkie serce ugodzone zostało po raz wtóry — sprzedał więc znowu ukochanie swej duszy pewnemu piwowarowi, który się także poświęcał zbieraniu cegieł, wycofawszy się z interesów, a w którego kolekcyi znajdowała się właśnie owa brakująca mojemu stryjowi cegła — biały kruk.
Teraz spróbował z narzędziami z epoki kamiennej. Tutaj pokazało się wszakże niebawem, że fabryka, pokrywająca jego zapotrzebowanie, zaopatruje w takie same okazy i innych zbieraczy. Począł tedy zbierać napisy Asteków i wypchane wieloryby, ale po niesłychanych trudach i kosztach i tu go spotkało nieszczęście. W chwili kiedy jego kolekcye zdawały się już całkowite, przywieziono z Grenlandyi wypchanego wieloryba a z Condurango w Ameryce środkowej napis Asteków, oba okazy prześcigające wszystko, co przedtem znane było w tej dziedzinie. Stryj zakrzątnął się co żywo około zakupienia tych skarbów bez ceny. Powiodło mu się też, co prawda, nabyć wypchanego wieloryba, lecz napis Asteków sprzątnął mu z przed nosa inny zbieracz. Prawdziwy napis Asteków z Condurango jest, jak panu może wiadomo, rzeczą tak cenną, że szczęśliwy kolekcjoner, któremu uda się go zdobyć, gotów się raczej rodziny wyrzec, niż tak drogocennego okazu. Tymczasem stryj mój patrzeć na to musiał, jak przedmiot marzeń jego kolekcyonerskiej duszy powędrował bezpowrotnie w inne ręce. To też kruczy włos nieszczęśliwego zbielał w przeciągu jednej nocy jak śnieg.
Pauzował teraz czas jakiś i rozważał. Uczuł, że jedno jeszcze tego rodzaju fiasko — dobije go. I zdecydował się teraz przedsięwziąć kolekcyę, na jaką żaden przed nim umysł ludzki nie wpadł jeszcze. Rozpatrzywszy rzecz gruntownie, całkiem gruntownie, wystąpił na arenę jako zbieracz — ech!
— Czego? — zapytałem, nastawiajcie ucha.
— Ech, panie!... ech!... Pierwszym jego nabytkiem było echo w Georgii, odpowiadające cztery razy; następnym sześciokrotne echo w Marylandzie, dalej trzynastokrotne echo w Maine, jeszcze później dziewięć razy powtarzające głos echo w Kanzan, za którem poszło dwunastokrotne echo w Tennessee. To ostatnie udało mu się bardzo tanio nabyć, albowiem prawie — że tak powiem — przestało funkcyonować. Mianowicie głaz skalny, odbijający głosy, stoczył się. Stryj mój wszakże miał nadzieję przywrócić do pierwotnego stanu rzecz całą kosztem kilku tysięcy dolarów, ba nawet wzmocnić odgłos przez wzniesienie odpowiedniego muru. Ale ponieważ architekt, który się podjął tej roboty, nie hodował jeszcze nigdy przedtem żadnych ech, więc też sfuszerował obstalunek zupełnie. Przed jego łataniną echo odgderywało jeszcze czasem to i owo jak zniedołężniała teściowa, ale potem kwalifikowało się już tylko chyba do demonstracyj w instytucie głuchoniemych. Następnie zakupił mój stryj partyę tanich ech podwójnych, rozrzuconych po całym kraju. Oddano mu je z 20-procentowym rabatem, ponieważ nabył odrazu całą grupę. Z kolei kupił echo w Oregon, istny szmermel[4] ech, które go kosztowało, wierz mi pan — majątek! Zapewne łaskawemu panu wiadomo, że cena ech wzrasta kulumatywnie[5] na podobieństwo karatowej skali brylantów. I tak jednokaratowe echo warte jest tylko o dziesięć dolarów więcej, niżeli kawałek gruntu, na którem się daje słyszeć. Dwukaratowe echo warte trzydzieści, pięciokaratowe już dziewięćset pięćdziesiąt dolarów, a echo dziesięciokaratowe ceni się na dolarów trzynaście tysięcy. Echo w Oregon, mego stryja, zwane „The Grèat Pitt Echo” było klejnotem 20-karatowym i kosztowało 216.000 dolarów. Było ono położone w odległości 400 mil od najbliższej osady ludzkiej.
Ja zaś żyłem tymczasem jakby pośród gajów różanych: byłem narzeczonym jedynej i prześlicznej córki angielskiego earla, zakochany powyżej uszu w mej wybrance, nurzałem się w morzu niebiańskiej szczęśliwości. Rodzina mojej ukochanej była mi bardzo rada, nietajno jej bowiem było, że jestem jedynym spadkobiercą mojego stryja, posiadającego pięć milionów dolarów majątku. Nikt z nas podówczas nie wiedział jeszcze, że stryj mój został zbieraczem, co mogło go znacznie dalej zaprowadzić, niżeli do estetycznego roztargnienia.
Teraz jednak zaczęły się nad mą niewinną głową chmury gromadzić. Odkryto właśnie boskie echo, znane odtąd w świecie jako „wielki Kohinor” ech, także pod nazwą „Góry odgłosów.” Był to klejnot pięćdziesiątego szóstego stopnia. W czasie pogody powtarzały echa rzucony im wyraz przez piętnaście minut. Poczęła teraz wszakże w grę wchodzić inna jeszcze okoliczność. Oto pojawił się drugi zbieracz ech i obaj, żwawo zawinąwszy rękawy, poczęli się uwijać około ubicia tak ponętnego kupna. Posiadłość składała się z dwóch małych wzgórków, między nimi płytki strumyczek, wszystko razem w niejakiem oddaleniu od kolonii stanu New York. Obadwaj zbieracze zjawili się na miejscu jednocześnie, żaden wszakże o przybyciu drugiego nie wiedział. Cóż się pokazało?... Drogocenne echo nie miało jednego, lecz dwóch właścicieli, z których jeden posiadał zachodnie, drugi wschodnie wzgórze, rzeczułka tworzyła granicę. Podczas kiedy stryj mój nabył od właściciela wschodni pagórek za 3,280.000 dolarów — współzawodnik stryja kupił wzgórze tamtego drugiego za przeszło trzy miliony.
Wiesz pan, co teraz nastąpiło?... Najwspanialszy na świecie zbiór ech został jednym zamachem i raz na zawsze zdekompletowany, obejmował bowiem tylko jednę połowę króla wszystkich ech. Żaden z obu właścicieli dwu połów nie był oczywiście kontent z swej połowicznej własności, żaden jednakże nie chciał drugiemu swojej części ustąpić. Stąd zgrzytanie zębów, marszczenie się, waśnie!... W końcu tamten drugi zbieracz wpadł na myśl tak niebywale złośliwą, jaka tylko w świecie kolekcyonerów wykwitnąć może: postanowił skasować swój pagórek i zniszczyć tem samem całkowicie przesławne echo. Ponieważ sam nie mógł echa posiąść na wyłączną własność — niechże go nikt nie posiada. Mój stryj nie omieszkał przeciw temu remonstrować, lecz tamten odpowiedział:
— Połowa echa jest moją, więc wolno mi zniszczyć tę połowę. Patrz pan tylko swojej części. Tymczasem stryj mój postarał się o sądowne wstrzymanie. Tamten apelował — i w końcu rzecz cała weszła przed najwyższy trybunał. Nałamano tam sobie głów nad nią, nałamano!... Dwóch sędziów było zdania, że echo może stanowić przedmiot własności osobistej, jako coś, co nie da się wprawdzie dotknąć ani zobaczyć, co jednak może być, jak świadczą niezbite fakta, sprzedanem i nabytem, zatem i otaksowanem. Dwóch innych sędziów znowuż mniemało, że echo to poprostu nieruchomość, wiąże się ono bowiem ściśle, w sposób, dający się udowodnić, z pewną określoną miejscowością i nie może być przeniesionem z jednego miejsca na drugie. Inni sędziowie zawyrokowali, że echo, jako takie, nie może być absolutnie niczyją prywatną własnością. W rezultacie zgodzono się wreszcie, że echo może być przedmiotem posiadania podobnie jak oba pagórki, a dalej, że każda z stron spornych jest prawdzie niezawisłym od drugiej posiadaczem swego pagórka, echo jednakże jest wspólną obu własnością. Dlatego też pozostawiono pozwanemu w zasadzie swobodę skasowania jego pagórka, jako jego niezaprzeczalnej własności, zanimby jednak przystąpił do owego skasowania, musi wpierw złożyć kaucyę w kwocie trzech milionów dolarów, jako ewentualne odszkodowanie za to, jeśliby część echa, należąca do mego stryja, uległa jakiemukolwiek uszczerbkowi skutkiem tej operacyi.
Postanowiono dalej, że stryj mój nie ma prawa używać pagórka swego sąsiada do wytwarzania echa bez tegoż zezwolenia, i może w tym celu korzystać jedynie z swego własnego wzgórza. Oczywiście jego połowa echa nie da się oddzielnie wydobyć, lecz na to już sąd nic nie poradzi. Również i stronie przeciwnej zabroniono korzystania z pagórka mego stryja do wydobywania jego części echa. Nietrudno pojąć następstwa: ani jeden, ani drugi nie miał prawa wzbudzać echa i oto najosobliwsze i największe z ech zamilkło skutkiem tej uchwały na zawsze. Od chwili zapadnięcia wyroku przepyszna posiadłość straciła zupełnie na wartości i nikt jej nie chce obecnie kupić.
Na tydzień przed mem weselem, w chwili kiedy szczęście moje zbliżało się do zenitu, a śmietanka towarzyska zjeżdżała się zdala i zblizka dla uświetnienia naszych zaślubin, dochodzi mnie naraz wiadomość o śmierci mego stryja a równocześnie odpis jego ostatniej woli, naznaczającej mnie jedynym i wyłącznym spadkobiercą. Ach!... nie żył więc!... najdroższy mój dobroczyńca nie żył już!!... Bolesna ta nowina zawładnęła mem sercem naprzekór nastrojowi godowych dni. Złożyłem w ręce earla odpis testamentu, nie będąc w stanie sam go odczytać oczyma zalanemi przez łzy. Aliści earl, przeczytawszy, odzywa się:
— Mój panie!... I pan się poważasz pozować na majętnego człowieka?... Chyba że w pańskiej ojczyźnie przechwałek i blagi uchodzić może coś podobnego za majątek. Pan jesteś tylko spadkobiorcą ogromnej kolekcyi ech, jeśli się godzi wogóle nazywać kolekcyą coś, co jest rozprószonem na całej przestrzeni amerykańskiego kontynentu?... Nie dość na tem, mój panie. Pan siedzisz powyżej uszu w długach, albowiem ani jedno z pańskich ech nie jest wolnem od ciężarów hipotecznych. Nie jestem ja zaiste człowiekiem twardego serca, muszę jednak stanąć, kochany młodzieńcze, na straży interesów mojego dziecka. Gdybyś pan miał prawo bodaj jedno z swych ech z całą słusznością nazwać swojem, jedno jedyne, wolne od długów, tak abyś się tam mógł osiedlić z mojem dzieckiem i pracować uczciwie na zaspokojenie waszych życiowych potrzeb, — nie powiedziałbym wówczas: Nie!... Nie mogę jednak oddawać mego dziecka żebrakowi... Nie zbliżaj się do niego, moja córko!... A pan — z Bogiem, mój panie. Zabierz pan sobie swoje obdłużone echa i bądź łaskaw nadal omijać mój dom. Szlachetna moja Celestyna z płaczem mi się rzuciła na szyję i przysięgła, że z chęcią — nie: z radością by mnie poślubiła, gdybym nawet nie miał ani jednego na całym świecie echa... Lecz niepodobna!... Musieliśmy się rozstać: ona, aby przed upływem pół roku zwiędnąć i umrzeć — ja, aby w smutku i samotności kontynuować długą wędrówkę mego życia, błagając niebo co dzień, co godzinę, abym ją kiedyś tam przynajmniej napotkał, gdzie wszelkie nędze ludzkiego żywota mają swój kres.
A teraz zechciej pan z łaski swojej przejrzeć te oto mapy i plany w mojej tece. Zaręczam panu, że u nikogo innego nie dostaniesz pan ech po cenach tak nizkich jak u mnie. Spojrz pan naprzykład na to!... Kosztowało mego stryja w swoim czasie trzydzieści dolarów — ja je zaś panu odstąpię za...
— Pozwól pan, że przerwę — wykrzyknąłem. — Nie mam obecnie ani jednej chwili spokojnej od komiwojażerów. Kupiłem w tych dniach maszynę do szycia, zupełnie mi niepotrzebną, mapę pełną usterek i niedokładności, zegar, który nie chce iść! Kupiłem niezawodną tynkturę na mole, za którą mole przepadają, — nakupiłem pod wpływem wymowy komiwojażerów całą masę rzeczy kompletnie do niczego, lecz teraz — basta!... Nie wezmę od pana pańskiego echa, nawet darmo. Na pańskiem miejscu starałbym się wogóle bawić tu jak najkrócej. Nienawidzę ludzi, usiłujących mi sprzedawać echa. A zresztą... czy widzisz pan tę flintę?... No więc zabierzże pan sobie swoją kolekcyę i zniknij mi z oczu jak najprędzej, abym przez pana nie stał się winnym przelanej krwi.
Komiwojażer nie przestawał się jednak mimo wszystko uśmiechać uśmiechem smętnym i słodkim, a przytem wyciągać coraz to więcej planów z teki. Konsekwencje nietrudno sobie wyobrazić, bo gdzie się rajzendera[6] raz wpuściło za próg, tam o nieszczęście nietrudno.
Po upływie godzinki interes między nami był ubity. Kupiłem dwukrotne echo w jaknajlepszym stanie, dorzucił mi zaś bezpłatnie, na przyczynek, jeszcze jedno, utrzymując, że niepodobna znaleźć na nie kupca, bo szwargocze tylko po niemiecku.
— Mówiło w swoim czasie — objaśnił — wszystkimi językami, straciło jednakże z niezbadanej przyczyny swój talent polygloty.


Rewolucya w Pitcairn.

Lat temu mniej więcej sto załoga brytańskiego statku Bounty zbuntowała się i wysadziwszy kapitana wraz z oficerami na pełnem morzu, owładnęła okrętem, poczem pożeglowała na południe, aby zaopatrzywszy się u rodowitych mieszkańców Tahiti w kobiety, zwrócić się w stronę bezludnych skał w środku Oceanu Spokojnego, noszących nazwę Pitcairn; tam, zabrawszy z statku wszystko, co tylko mogło się na coś przydać, zniszczyli go i osiedlili się na wybrzeżu.
Pitcairn leży tak dalece z drogi płynącym skąd i dokądkolwiek okrętom, że często mija lat kilka, zanim się jakaś flaga ukaże na widnokręgu. Uchodziła ona zawsze za wyspę niezamieszkałą, to też w roku 1808, w którym pewien statek po raz pierwszy od długiego czasu zarzucił u jej brzegów kotwicę, kapitan tegoż zdziwił się niepomału, znajdując miejscowość zaludnioną.
Jakkolwiek między zbuntowanymi przyszło do krwawych waśni, tak że niedługo zostało ich przy życiu dwóch tylko czy trzech, reszta zaś wytłukła się wzajemnie, stało się to jednak dopiero po przyjściu na świat pewnej liczby dzieci. Tym sposobem ludność wyspy wynosiła w roku 1808 dwadzieścia i siedm dusz. John Adams, głowa rokoszu, należał do liczby pozostałych przy życiu, przeżył też jeszcze niejeden rok jako wódz i patryarcha gminy. Z buntownika i mordercy stał się pobożnym chrześcijaninem i kaznodzieją a jego mały ludek, złożony z dwudziestu siedmiu głów, był z całą pewnością jednym z najbogobojniejszych i najczystszych w całem chrześcijaństwie. Adams wywiesił był oddawna flagę Wielkiej Brytanii i ogłosił swą wyspę jako przynależność korony brytańskiej.
Dziś liczy ludność wyspy dusz dziewięćdziesiąt: szesnastu mężczyzn, dziewiętnaście kobiet, dwudziestu pięciu chłopców i trzydzieści dziewcząt, wszystko potomstwo rokoszan, wszyscy noszący ich rodowe imiona, wszyscy mówiący językiem angielskim, wyłącznie angielskim.
Wyspa sterczy nad morzem stromo i wysoko. Długość jej wynosi około trzech czwartych mili angielskiej, szerokość zaś miejscami pół mili. Uprawne grunta poprzydzielano poszczególnym rodzinom zgodnie z powziętem przed laty postanowieniem. Żyje tam trochę zwierząt: kóz, świń, drobiu, kotów, nie ma tylko psów i grubszego bydła. Jedyny kościół służy jednocześnie za ratusz, szkołę i halę odczytową. Przez dwie czy trzy generacye tytuł wielkorządcy brzmiał: „Naczelnik i najwyższy zawiadowca, podwładny jej królewskiej mości królowej Wielkiej Brytanii.” Władzy jego urzędu przysługiwało: ustanawianie praw i przestrzeganie tychże. Dostojeństwo to było wybieralnem. Każdy osobnik, który ukończył lat szesnaście, posiadał tu czynne prawo wyborcze bez względu na płeć.
Ludność trudniła się uprawą roli i rybołowstwem. Jedynym dla niej wypoczynkiem była służba boża. Nie istniał tu natomiast handel ani pieniądze. Strój i sposób życia były nader pierwotne, prawa — prostoty dziecięcej. Życie tych ludzi biegło w głębokiej ciszy sabatu, zdala od światowego zgiełku i trosk, w zupełnej niefrasobliwości i niewiedzy tego, co wstrząsa potężnemi mocarstwami, leżącemi zdala od ich bezgranicznego oceanu.
Raz na trzy, cztery lata zawijał do ich brzegów statek, przywożąc przedawnione już wieści o krwawych wojnach, niszczących zarazach, o obalonych tronach i upadłych dynastyach, poczem zamieniwszy z nimi mydło i nieco odzieży na dostarczone przez nich artykuły żywności, odpływał, zostawiając mieszkańców w ciszy ich pobożnego, sennego żywota.
Dnia 8. września zeszłego roku odwiedził admirał Harsey, nadkomendant brytańskiej floty Oceanu Spokojnego wyspę Pitcairn i wyraził się o niej w raporcie, złożonym admiralicyi, jak następuje:
„Mieszkańcy wysepki mają groch, rzepę, marchew, kapustę, nieco kukurudzy, ananasy, figi, pomarańcze, cytryny i orzechy kokosowe. Odzież dostają w zamian za żywność od przybijających statków. Na wyspie nie ma żadnych źródeł; jednakże raz w miesiąc pada deszcz, tak że ostatecznie wody mają podostatkiem, chociaż zdarzało im się niekiedy w poprzednich latach ucierpieć od suszy. Użycie gorących napojów, po za celami leczniczymi, jest tutaj nieznane a pijanego człowieka nie widziano na wyspie nigdy.
„Z potrzebami mieszkańców wyspy najłatwiej się zapoznać przy zamianie produktów spożywczych na przedmioty, przywożone im przez statki. Są niemi: flanela, jedwab, sukno, płótno, płytkie trzewiki, grzebienie, mydło. Daje się tu również uczuć brak map i tabliczek szyfrowych dla dziatwy szkolnej, pożądane zaś są wielce wszelkiego rodzaju narzędzia. Podarowałem im z naszych zapasów flagę angielską do wywieszania na powitanie przypływających statków, oraz piłę, czemu Wasza Lordowska Mość nie odmówi zapewne swojej aprobaty. Skoro wiadomość o ubóstwie tej małej dalekiej kolonii dojdzie uszu szczodrych mieszkańców Anglii, sądzę, że samotna osada nie będzie potrzebowała długo czekać na wsparcie...
„Służba boża odbywa się tutaj o godzinie dziesiątej minut 30 przed południem i o trzeciej po południu w budynku, wzniesionym na ten cel przez Johna Adamsa, który też w nim do samej śmierci, to jest do roku 1829, funkcjonował. Msze odprawiane bywają ściśle podług liturgii kościoła anglikańskiego. Mister Szymon Young obrany został pastorem przez ludność, która go wielce poważa. Co środę przypada godzina czytania biblii, na której każdy może być obecnym wedle swojej możności i woli. Podobnież raz na miesiąc w pierwszy piątek zbierają się wszyscy na wspólną modlitwę. W każdej rodzinie najpierwszą rzeczą zrana i ostatnią wieczorem jest modlitwa. Przed i po każdym posiłku również modlitwa. Religijność tych wyspiarzy wzbudzić musi istotnie wysokie poszanowanie. Przed ludem, dla którego najwyższą radością i rozkoszą modlitwa i śpiewanie psalmów, zadowolonym, czynnym i wolnym występków, trapiących inne zbiorowiska ludzkie, przed takim ludem słusznie należy schylić głowę.”
W tem miejscu atoli napotykamy w raporcie admirała zdanie, które mu się zapewne niechcący z pod pióra wymknęło, nie naprowadzając go wcale na myśl, iżby z niego miano wysnuwać jakieś wnioski, a zwłaszcza przypuszczenie, że tkwić w niem mogą wróżby dziejowej tragedyi. Zdanie to brzmi: „Obcy przybysz, Amerykanin, zjawił się od niedawna na wyspie; wątpliwej wartości nabytek.”
Wątpliwy! — zaiste — nabytek. Kapitan Ormsby, przybywszy na statku „Hornet” w jakieś cztery miesiące po wizycie admirała do brzegów wyspy, dowiedział się przy tej okazyi o całym szeregu faktów, charakteryzujących owego Amerykanina więcej niż dostatecznie.
Spróbujemy je odtworzyć po porządku metodą historyczną.
Nazwisko rzeczonego Amerykanina brzmiało: Butterworth Stavely.
Natychmiast po zaznajomieniu się z wszystkimi wyspiarzami — a starczyło mu na to oczywiście dni kilka — począł się chwytać wszelkich sztuczek celem wślizgnięcia się w ich łaski. Zdobył też wnet nadzwyczajną powagę i popularność. Przedewszystkiem porzucił swój zupełnie światowy tryb życia i stał się człowiekiem na wskróś religijnym. Rozczytywał się ciągle w biblii, to znowu się modlił, śpiewał psalmy lub w jakikolwiek inny zwracający uwagę sposób kołatał do nieba o łaskę, czynił zaś to wszystko tak wytrwale i z taką żarliwością, że nikt mu w tych rzeczach dorównać nie był w stanie.
Skoro tylko jednak osądził, że chwila stosowna nadeszła, dalejże siać niezadowolenie w łonie małego narodku. Od samego mianowicie początku celem jego sprytnie obmyślanych zabiegów, zrazu okrywanym naturalnie jak najściślej, było obalenie istniejącego rządu. Stosował do tego względem rozmaitych osób rozmaite środeczki. Wśród jednych tedy niecił malkontencyę, zwracając uwagę na krótkość niedzielnej służby bożej, twierdząc, że powinno się jej poświęcać nie dwie ale trzy godziny. Niektórzy byli już przedtem tego mniemania, porozumieli się więc teraz, by wspólnemi siłami rzecz przeprowadzić. W kobiety znowuż zdołał wmówić, że w zbiorowych modlitwach niedość wydatne przypada im miejsce, — co powołało do życia drugą partyę niezadowolonych. Żadnym środkiem nie pogardzając w swoich wichrzycielskich machinacyach, zniżał się nawet do nieletnich dzieci, aby rozdmuchać w niewinnych ich serduszkach przedwczesną malkontencyę z tytułu, że — jak wyszperał — zbyt pobieżne nauki niedzielne traktowały jakoby, po macoszemu najmłodszą generacyę. Trzecia partya niezadowolonych.
Jako głowa wszystkich tych trzech partyi mając się obecnie za największego w łonie gminy potentata, osądził, że może się ważyć na nowy krok naprzód, krokiem zaś tym było ni mniej, ni więcej, jak tylko postawienie w stan oskarżenia samego naczelnika gminy, Jamesa Russel Nickoy, męża pełnego zdolności i charakteru, przytem posiadacza znacznego majątku. Miał on dom własny, w którym znajdował się salon, trzy i pół akra dobrej ziemi i jedyną na wyspie łódź rybacką. Nieszczęście chciało, że skarga ta przypadła w dość stosownym czasie. Jednem z najstarszych i najprzedniejszych praw na wyspie było prawo nietykalności domowego ogniska. Zostawało ono w wysokiem poszanowaniu i było uważane za palladium narodowej wolności. Otóż zdarzyło się było lat temu ze trzydzieści, iż przed sędziego dostała się sprawa z tej właśnie dziedziny. Mianowicie kura, będąca własnością Elżbiety Young, podówczas pięćdziesięcioośmioletniej córki Johna Milla, jednego z rebelantów załogi Bounty, wtargnęła pewnego czwartku miesiąca października na grunt, należący do Chrystyana (29-letniego wnuka Fletchera Christiana, także jednego z rokoszan), który to Chrystyan kurę uśmiercił. Podług prawa Chrystyanowi wolno było zabitą kurę zatrzymać dla siebie na własność, lub jeśliby zechciał, zwrócić ją pierwotnej właścicielce w zamian za odszkodowanie, równające się wysokości spustoszeń, zrządzonych na jego terenach przez intruza. Sąd zaciągnął był do protokołu, że rzeczony Chrystyan gotów jest zwrócić kurę rzeczonej Elżbiecie Young, przyczem wszelako rości sobie pretensyę do odszkodowania za poniesione straty w formie jednego buszla „Yam.” Elżbiecie Young pretensya ta wydała się nazbyt wygórowaną, ponieważ zaś nie można było w żaden sposób przywieźć stron spornych do zgody, więc sprawa Chrystyana znalazła się u sędziego. Przegrawszy o tyle, że przysądzono mu tylko pół miary „Yam”, apelował. Proces wlókł się całemi latami, przechodząc przez różne instancye, które obniżały coraz więcej surowość pierwotnego wyroku. Nakoniec sprawa dostała się przed najwyższy trybunał, gdzie zalegała lat dwadzieścia, nie mogąc doczekać się rozstrzygnięcia. Zeszłego roku zapadła wreszcie ostateczna uchwała, przywracająca moc pierwotnemu wyrokowi z przed lat trzydziestu, a Chrystyan przyjął obecnie wyrok z zadowoleniem zupełnem. Stavely jednak, który przysłuchiwał się rozprawie, szepnął do ucha jemu i jego prawnemu doradcy, aby dla samej tylko formy, na dowód, że odnośne prawo rzeczywiście istnieje, zażądał okazania rękopismu tegoż. Żądanie to wydało się trochę dziwacznem, ale ostatecznie uzasadnionem i trybunał, przychyliwszy się doń, wyprawił posłańca do magistratu z poleceniem, aby przyniósł manuskrypt. Atoli wysłany wrócił niedługo z niczem, oświadczając, iż rękopis owego prawa zginął z archiwum bez śladu. Zaczem trybunał widział się zmuszonym unieważnić ostatnią bwoją[7] uchwałą, jako opartą na prawie nieistniejącem.
Powstało ogromne wzburzenie. Po całej wyspie gruchnęła wieść, że palladium wolności przepadło; Mówiono, że zostało zniszczone sposobem zdradzieckim. Nim zbiegło pół godziny, cały narodek zgromadził się w sali sądowej, to znaczy w kościele. Za sprawą Stavely'ego wniesiono skargę przeciwko głowie gminy. Ten z całą godnością swego dostojeństwa stawił czoło dopustowi losu. Nie spierał się ani tłómaczył, oznajmił tylko swym oskarżycielom krótko i węzłowato, że nie miał nic do czynienia z manuskryptem zawieruszonej ustawy, że trzymał akta państwowego archiwum w tej samej skrzyni na świece, w jakiej mieściło się od początku, krótko mówiąc, że zaginięciu czy też zniszczeniu dokumentu wcale nie jest winien.
Nic mu to jednak nie pomogło. Obwiniono go o zdradę stanu i złożono z urzędu; nadto wszystkie jego dobra uległy konfiskacie.
Najidyotyczniejszym w całej tej opłakanej chryi był argument, użyty przeciw niemu przez jego wrogów, którzy mu zarzucili, że zniszczył rozmyślnie owo pismo na korzyść Chrystyana, dlatego, że Chrystyan był jego kuzynem!... Tymczasem w całej kolonii jeden tylko Stavely nie był niczyim kuzynem, boć przecie wszyscy ci ludzie byli potomkami zaledwie pół tuzina mężczyzn, ich pierwsze dzieci żeniły się między sobą i dały życie wnukom rokoszan, które znowu pomiędzy sobą zawierały związki, tak samo ich potomstwo, tak że obecnie wszyscy bez wyjątku byli tam sobie krewnymi. W ogóle stosunki pokrewieństwa są tam w całem słowa znaczeniu osobliwe. I tak naprzykład kiedy pewien cudzoziemiec zagadnął jednego z wyspiarzy:
— Mówisz pan o tej młodej kobiecie jako o swojej kuzynce, tymczasem przed chwilą nazwałeś ją pan swoją ciotką? — Tamten objaśnił go:
— Ano bo tak! Ona jest też i moją ciotką, ale swoją drogą moją kuzynką. Jest także moją przyrodnią siostrą, moją synowicą, moją kuzynką czwartego stopnia, moją kuzynką trzydziestego trzeciego i dwudziestego siódmego, moją ciocią babcią, wdową po moim szwagrze, a najbliższego tygodnia zostanie także moją żoną.
Oto dlaczego zarzut nepotyzmu, uczyniony głowie gminy, nie wytrzymywał krytyki. Czy jednak był słuszny czy niesłuszny — Stavely został następcą złożonego z urzędu. Pałając niepohamowaną żądzą reform, wziął się oczywiście co rychlej do dzieła. W niedługim stosunkowo czasie wszyscy mieszkańcy ulegli szałowi modlitwy. Druga poranna modlitwa niedzielna, trwająca wszystkiego małe pół godzinki a której treścią były błagania o dobro świata całego, dalej o dobro narodu a wreszcie o dobro własnego gniazda, otrzymała półtoragodzinną rozciągłość i pomieściła w sobie żarliwe prośby o pożytek wszelkich możliwych narodów na obu półkulach. Wszyscy się tem zachwycali, jak również rozszerzeniem dotychczasowego trzygodzinnego kazania na godzin sześć. Narodek zebrał się, aby gorąco podziękować swemu nowemu przywódcy. Stare prawo, zabraniające gotować w dzień sabatu, zostało o tyle poprawionem, że zabroniono także i jeść. W końcu postanowiono naukę niedzielną odbywać także i w dnie powszednie. Radości ogółu nie było wobec tych wszystkich reform końca. W niedługim czasie nowy przywódca stał się narodowem bożyszczem.
Teraz wydało się temu człowiekowi, że nadeszła chwila stosowna do uczynienia nowego kroku naprzód. Zaczął bardzo ostrożnie zrazu podburzać przeciw Anglii opinię publiczną. Biorąc na bok jednego po drugim co znamienitszych obywateli, omawiał z nimi rzecz w cztery oczy. W krótce począł występować głośniej i śmielej, dowodząc, że naród ma obowiązek względem samego siebie, względem swego honoru i swoich wielkich tradycyj, dźwignąć się w całej swej potędze i zerwać uciskające go jarzmo angielskie.
Prości wyspiarze odpowiadali:
— Nie czujemy żadnego ucisku... I co tu właściwie ma cisnąć?... Anglia przysyła co trzy, cztery lata okręt z mydłem, odzieżą i innemi rzeczami, które nam są potrzebne i które przyjmujemy z wdzięcznością — ale nie cięży nam wcale... Pozwala nam przecie kroczyć spokojnie naszą drogą.
— Pozwala wam kroczyć waszą drogą?... Otóż tak zawsze czuje i gada każdy niewolnik!... Słowa te najlepszem są świadectwem, jak nizkoście upadli, jak głębokoście ugrzęźli w waszem poniżeniu, jakeście zezwierzęcieli w poniewierce długoletniej tyranii!... Jakto?!... zamarłaż do szczętu męzka dusza w piersiach waszych?... Niczemże dla was wolność?... Czy wam rzeczywiście wystarcza być tylko przyczepką obcego, niezawisłego imperyum, gdy macie wszelką możność wznieść się do zajęcia należącego się wam poczestnego miejsca w rzędzie wielkiej rodziny ludów?!... Wielcy, wolni, oświeceni, niezawiśli, nie na łasce obcego mocarstwa ale jako panowie własnej doli, jako głos, jako siła w wielkiej radzie bratnich wam ludów, rządzących światem!... oto do czego dążyć powinniście.
Przemówienia tego rodzaju poczęły wywierać stopniowo swój skutek. Obywatele poczęli zwolna coraz dotkliwiej odczuwać ciężar angielskiego jarzma. Nie wiedzieli wprawdzie dokładnie, gdzie i jak ono ich gniecie, nabrali jednak przekonania, że gniecie. Poczęli naprzód szemrać, potem jęczeć, wreszcie burzyć się w ucisku krępujących ich pęt, tęskniąc coraz goręcej do jutrzenki oswobodzenia. Znienawidzili flagę angielską, symbol swego narodowego poniżenia, i odwracając od niej oczy, gdy przechodzili mimo ratusza, spuszczali je, zgrzytając przytem zębami. Pewnego rana nawet znaleziono ją obok drąga, na którym była wywieszona, rzuconą w błoto i nie znalazła się ręka, coby ją stamtąd podniosła. I stało się, co prędzej czy później stać się musiało, kilku najwybitniejszych obywateli zwróciło się do przywódcy wyspiarskiego społeczeństwa z oświadczeniem:
— Nie potrafimy dłużej znosić tej tyranii straszliwej, powiedz nam, jak się od niej uwolnić?
— Przez zamach stanu.
— Jak?
— Przez zamach stanu!... Znaczy: wszyscy się według moich wskazówek przygotują, ja zaś, jako prawnie wybrana głowa ludu, ogłoszę w odpowiedniej chwili tegoż niezawisłość i zdejmę zeń obowiązek dotrzymania przysięgi wierności, złożonej jakiemukolwiek obcemu mocarstwu.
— Wydaje się to dość proste i nie takie znów trudne do przeprowadzenia. Czemuż nie mielibyśmy tego zrobić? Ale co potem?
— Potem przedsięweźmie się wszelkie środki obrony. Po proklamacyi praw wojennych postawi się armię i marynarkę na stopie wojennej i ogłosi niezawisłe cesarstwo.
Śmiały ten program spodobał się naiwnym wyspiarzom. Rzekli:
— To wielkie! To wspaniałe! Ale czy Anglia nie zechce się sprzeciwić?
— Niech tylko spróbuje!... Te skały to Gibraltar!
— Prawda. Tylko że to cesarstwo... Nam nie potrzeba ani cesarza ani cesarstwa...
— Wam potrzeba, moi kochani, jednośc i[8][9] Spojrzcie na Niemcy! na Włochy!... One są zjednoczone!... Zjednoczenie to wszystko! Ono dopiero nadaje wartość narodowej egzystencyi, ono wytwarza postęp! Potrzeba nam armii stałej i marynarki. Oczywiście ustanowi się podatki. Wszystkie te rzeczy, razem wzięte, składają się w rezultacie na wielkość. Jedność i wielkość! — czegoż wam trzeba więcej? Zaprawdę! po jednem tylko cesarstwie spodziewać się możecie tych zdobyczy!...
Tak tedy dnia 8. grudnia wyspa Pitcairn proklamowaną została jako wolne i niezawisłe państwo. Tegoż samego dnia odbyła się koronacya Butterwortha I. cesarzem wyspy Pittcairn[10] wśród wielkiej radości całego narodu i uroczystych obchodów. Cały naród — z wyjątkiem czternastu osób, przeważnie małych dzieci — przedefilował z sztandarami i muzyką, gęsiego, przed tronem swego pana i władcy, rozwinąwszy się w pochód długości dobrych stóp dziewięćdziesięciu. Czegoś podobnego nie pamiętano dotąd w dziejach wyspy. Zapałowi nie było granic.
Teraz wszakże poczęły się szybko sypać jedna za drugą cesarskie reformy. Stworzono szlachtę; mianowano ministra marynarki a łódź rybacka, skonfiskowana byłemu namiestnikowi angielskiej tyranii, awansowała na mocy odręcznego pisma jego cesarskiej mości na statek liniowy; nastąpiła nominacya ministra wojny, któremu poruczono zorganizowanie armii stałej. Z kolei minister skarbu otrzymał rozkaz skreślenia projektu podatkowego, oraz wdrożenia z obcemi mocarstwami pertraktacyj, mających unormować stosunki handlowe i pozawierać odnośne układy. W ślad zatem poszły nominacye całego szeregu jenerałów, admirałów, szambelanów, marszałków nadwornych i innych dygnitarzy.
Nominacye te wyczerpały jednak wkrótce cały materyał w ludziach, jaki na wyspie był do rozporządzenia. Wielki książę de Galili, minister wojny, żalił się, że wszyscy szesnastu dorosłych mężczyzn w państwie zostali oficerami sztabowymi, wskutek czego nie ma absolutnie kim zapełnić szeregów i postawić armię stałą pod bronią. Podobne skargi dawały się również słyszeć z ust markiza de Ararat, ministra marynarki, który oświadczył, że gotów się ostatecznie i podjąć sterowania państwowym okrętem, byle jednak miał do pomocy chociaż ze dwóch majtków przy wiosłach.
Cesarz zrobił wobec tego wszystkiego co było najlepszego w podobnych warunkach do zrobienia i zabrawszy matkom wszystkich chłopców powyżej lat dziesięciu, wpakował ich w szeregi armii. Utworzyło to korpus, złożony z siedmnastu chłopa pod dowództwem jednego jenerałlajtnanta i dwóch jenerałmajorów. Spodobało się naturalnie bardzo ministrowi wojny, kiedy się ujrzał naraz w posiadaniu poważnej siły zbrojnej, ale natomiast usposobiło wrogo wszystkie matki w cesarstwie. Poczęły też głośno wykrzykiwać, że jeźli najdrożsi ich sercu legną kiedykolwiek w krwawych mogiłach ofiar morderczej wojny, to nikt inny, jak tylko on, Butterworth I., nie będzie za to odpowiedzialny. Niektóre bardziej rozżalone niewiasty poczęły nawet czatować na władcę i mimo czujności przybocznej gwardyi cesarskiej obrzuciły przejrzałemi figami koronowaną głowę pomazańca.
Z powodu niedostatecznego materyału w ludziach stało się rzeczą niezbędną zażądać od jeneralnego dyrektora poczt, księcia de Bethany, aby objął dodatkowo w szeregach marynarki służbę przy wiośle, podobnież od jednego z szlachty, urzędnika nieco niższej rangi, nadsędziego wicehrabi Canaan. Zatruło to wszakże jadem niezadowolenia serce księcia de Bethany, czyniąc zeń skrytego konspiratora — skutek, który cesarz przewidział, któremu wszakże zapobiedz nie był w stanie.
Wewnętrzne sprawy cesarstwa potoczyły się jednakowoż niedługo jeszcze gorszym torem. Pewnego dnia mianowicie cesarz podniósł niejaką Nancy Peters do stanu parów i zaraz nazajutrz ożenił się z nią, pomimo że gabinet zalecał mu ze względów państwowych małżeństwo z Ermeliną, najstarszą bratanicą prymasa de Betleem. Wypadek ten pociągnął za sobą niezadowolenie potężnej partyi: kościoła. Nowa cesarzowa pozyskała sobie wprawdzie przychylność i poparcie dwóch trzecich z trzydziestu sześciu dorosłych białogłów, zamianowawszy je damami dworu. Ale za jednym zamachem porobiła sobie śmiertelne nieprzyjaciółki z pozostałych dwunastu. Rodziny dam dworu poczęły się jednak również niebawem burzyć, żadna z nich bowiem nie chciała od tego czasu pilnować gospodarstwa. Dwanaście pokrzywdzonych obywatelek zaś z oburzeniem odrzuciło uczynioną im propozycyę zajęcia się kuchnią dworską, tak że cesarzowa była zmuszoną zażądać od hrabiny Jerycho i innych wysokiego urodzenia dam dworu, aby nosiły wodę, zamiatały i spełniały inne roboty domowe, co i w tej także części damskiego świata niemało napsuło krwi.
Wszyscy wszakże poczęli się jednogłośnie uskarżać, że podatki, zaprowadzone dla pokrycia kosztów utrzymania armii, marynarki i innych urządzeń cesarskich, są ciężarem nie do zniesienia i że naród zejdzie przez nie w niedługim czasie na dziady. Odpowiedź cesarza: — „Spójrzcie na Niemców, na Włochów!... czyż wyście od nich lepsi?... A czyliż za to nie macie niezawisłości?” — nie zadawalniała ich już.
Odpowiadali:
— Niezawisłością się nie pożywi, a my zaczynamy przymierać z głodu. Pola leżą odłogiem. Wszystko, co żyje, służy w wojsku albo przy marynarce, piastuje różne urzędy, paraduje w uniformach, nic w gruncie rzeczy nie robiąc, ale też i nie mając co jeść, bo i jakże, skoro nikt ziemi nie uprawia.
— Spójrzcie na Niemcy! na Italię!... Znajdziecie tam to samo. Taką już jest niezawisłość i niema na to żadnego innego środka. Inaczej się jej nie osiągnie.
Tak mówił cesarz za każdym razem.
Szemrzący wszakże odpowiadali również jednakowo:
— Nie jesteśmy już w stanie podołać podatkom. To przechodzi nasze siły...
Na dobitek gabinet wystąpił z projektem pożyczki narodowej w wysokości 45 dolarów, po pół dolara na głowę. Słyszał mianowicie, że tego rodzaju środki ratunkowe są w podobnych wypadkach w zwyczaju. Dalej zaprojektował także cła przywozowe i wywozowe a w końcu emitowanie państwowych obligacyj kredytowych i banknotów, płatnych w obrębie lat pięćdziesięciu w figach i kapuście głowiastej. Rząd był zdania, że armii, marynarce i w ogóle ruchowi całej maszyny państwowej zagraża utknięcie i jeżeli się celem zaradzenia złemu czegoś zaraz nie przedsięweźmie, bankructwo państwa stanie się nieuniknionem, w następstwie — rewolucya. Cesarz postanowił tedy użycie środków, jakie dotychczas na wyspie Pitcairn nie miały jeszcze nigdy miejsca. W cesarskich szatach, na czele armii, udał się w niedzielę rano do kościoła i kazał ministrowi skarbu urządzić na poczekaniu kwestę.
Stało się to ową przysłowiową kroplą, która przepełnia puhar. Najpierw podniósł się jeden z obywateli, zaraz po nim drugi i zaprotestowali obadwaj przeciw temu jawnemu rabunkowi. Bezpośredniem wszakże następstwem odmowy jednego i drugiego była natychmiastowa konfiskata majątku malkontentów. Surowość ta przejęła takim strachem resztę niezadowolonych, że kwesta potoczyła się dalej wśród ciszy ponurej i złowieszczej. Oddalając się na czele swych wojsk, zawołał cesarz do poddanych:
— Ja wam pokażę, kto tu panem!
Kilka osób odpowiedziało okrzykiem:
— Precz z niezawisłością!
Uwięziono krzyczących niezwłocznie i wśród płaczu ich rodzin i przyjaciół uprowadzono ich pod strażą.
Równocześnie jednak, jakby go prorok wywróżył, pojawił się na widowni — socyalny demokrata! i kiedy cesarz wsiadał u wrót kościoła do złoconego ręcznego wózka, pełniącego w cesarstwie rolę galowej karety, socyalista wymierzył w dworski wehikuł piętnaście czy szesnaście kamieni, ale z tak specjalnie socyaldemokratyczną niezręcznością, że za każdym razem chybił.
Tejże nocy ogólne oburzenie doprowadziło do wybuchu. Naród podniósł się jak jeden mąż, pomimo że czterdziestu siedmiu rewolucjonistów zaliczało się do płci żeńskiej. Piechota rzuciła o ziemię widły od siana, artylerya cisnęła precz kokosowe orzechy wszelkich kalibrów, marynarka również podniosła bunt, poczem pojmano cesarza w jego pałacu i związano mu ręce i nogi.
Rzekł wtedy:
— Wyzwoliłem was z ucisku tyranii, dźwignąłem was z waszego poniżenia i uczyniłem narodem między narodami; dałem wam silny i pewny rząd centralny, obdarzyłem was największem z dóbr tego świata — niezawisłością! Oto wszystko, com dla was uczynił — w nagrodę zaś za to spotyka mnie z waszej strony najczarniejsza w świecie niewdzięczność i nienawiść, urąganie i te hańbiące pęta!... Weźcie mnie, zróbcie ze mną, co wola wasza. Chętnie zdejmę z bark moich to nazbyt zaiste ciężkie bremię[11]. Dla was na siebie je wziąłem — dla was je z siebie składam. Niech zgaśnie imperatorski blask mego dla dobra narodu panowania, skoro ład, będący mojem dziełem, przez was obrócony w niwecz, leży oto u nóg waszych zdeptany i opluty, jak tego sami chcieliście.
Jednogłośnie skazał naród cesarza i socyaldemokratę na dożywotnie wykluczenie z gminy zgrupowanej dokoła kościoła lub na dożywotnie również ciężkie roboty w charakterze galerników na łodzi rybackiej — co będą woleli.
Najbliższego dnia naród zgromadził się ponownie, zawiesił napowrót flagę angielską na żerdzi, wprowadził z powrotem na ojczystą ziemię wielkobrytańską tyranię, redukując zarazem stan szlachecki do jego pierwotnej liczby, poczem skupił całą swoją uwagę na spustoszonych i zaniedbanych polach, na wskrzeszeniu starych, pożytecznych rzemiosł i starej, nieprzesadzonej, pokrzepiającej serca nabożności. Ekscesarz zwrócił zaginiony rękopis prawa domowego, przyznając się, że to on sam go był świsnął, wszakże nie aby na sławę czyjąś rzucić cień, lecz w interesie swoich rozległych planów politycznych. Dawny naczelnik narodu odzyskał swoją godność i swój skonfiskowany majątek.
Po dojrzałym namyśle ekscesarz i socyalny demokrata przenieśli dożywotnie wykluczenie z gminy kościelnej nad ciężkie roboty na galerach „z dopuszczeniom do służby bożej”, jak opiewał wyrok. Narodek, wnosząc z tego, że skazanych rozum opuścił, postanowił ich wziąć pod klucz, co się też i stało.
Taką to jest szczegółowa historya „wątpliwego nabytku” wyspy Pitcairn w osobie czasowego jej władcy Butterwortha.


Nieszczęśliwy narzeczony Aurelii.

Z faktami, jakie poniżej opiszę, zapoznałem się z listu młodej damy, mieszkającej w pięknem mieście San José. Damy tej nie znam, imię, którem go podpisała „Aurelia Marya” — uważam za pseudonim, smutna zaś i zagmatwana historya, w którą wmięszało ją życie, a z której nie jest w stanie biedactwo wyplątać się w chaosie sprzecznych rad nieszczerych przyjaciół i złośliwych wrogów, opowiedziana mi przez nią wśród błagań o ratunek z wzruszającą gadatliwością, która głaz nawet nieczuły byłaby w stanie zmiękczyć — przedstawia się jak następuje.
W 16-tym roku życia, pisze mi owa osóbka, poznała pewnego młodego człowieka z New Jersey, starszego od niej o jakie lat sześć, nazwiskiem Williamson Breckinridge Caruthers, i zakochała się w nim z całym ogniem swego wrodzonego temperamentu. Zaręczyli się niebawem za zgodą obu rodzin i czas jakiś zdawało się, że czeka ich życie szczęśliwe, wolne od trosk, zatruwających zazwyczaj ludzkie egzystencye. Naraz odwróciło się szczęście: Caruthers zachorował na ospę a kiedy wyzdrowiał, twarz biednego chłopca podobną była do pilnika, uroda zniknęła na zawsze[12] W pierwszej chwili Aurelia miała ochotę zerwać, lecz litość dla nieszczęśliwego przemogła w jej sercu i odłożono tylko na parę miesięcy zaślubiny, aby się biedaczka miała czas oswoić z obecnym stanem jego oblicza.
W tem w dniu, naznaczonym na ślub, wpada Breckinridge, zapatrzywszy się na szybujący w przestworze balon, do rowu i łamie nogę, którą musiano mu amputować wyżej kolana. Znowu niewiele brakowało do rozchwiania się zamierzonego związku, lecz miłość zwyciężyła i tym razem, Aurelia odłożyła tylko dzień ślubu, aby się mieć czas przystosować do zmienionych okoliczności.
Tymczasem wrogi los nawiedza ponownie młodego człowieka. Przedwczesny wystrzał armatni z okazyi festynu na uczczenie rocznicy unii Stanów urywa mu jedno ramię, a drugie, w trzy miesiące później, młockarnia. Dwie te straszliwe katastrofy o mało nie stały się ciosom śmiertelnym dla serca nieszczęśliwej Aurelii. Ból nie do opisania rozdzierał je, kiedy musiała patrzeć, jak jej ukochanego ubywa kawałek po kawałku. W łzawem strapieniu żałowała, że nie została jego żoną zaraz po pierwszym nieszczęśliwym wypadku, podobnie do giełdowego gracza, który zaraz po pierwszym spadku kursu stara się o pokrycie. Poskromiła w sobie jednakże wszystkie, wzbudzone tem, co się stało, uczucia i postanowiła się pogodzić z tak zredukowanem obecnie uposażeniem ziemskiej powłoki swego narzeczonego.
Lecz co powiecie? — za ponownem zbliżeniem się daty ślubu — nowe nieszczęście!... Caruthers zapadł na oczy i stracił jedno z nich! Krewni narzeczonej, mniemając, że Aurelia uczyniła już dla swej miłości znacznie więcej, niżeli najbardziej wymagający mógłby od niej wymagać, oczekiwali z jej strony zerwania zaręczyn. Tymczasem, po pewnem wahaniu, wielkoduszne dziewczę oświadcza, że rozważywszy z całym spokojem spadłe na Breckinridge'a kalectwa, nie widzi w nich nic takiego, coby go miało wykluczać z jej serca. Odłożyła tylko znowu dzień ślubu a on tymczasem złamał drugą nogę.
Smutny to był dla biednej Aurelii dzień, kiedy patrzeć musiała, jak lekarze zabierali z poważnemi minami worek, którego przeznaczenie tak dobrze znała od czasu poprzedniej amputacyi, a który zaostrzał w niej bolesne przeświadczenie, że oto znowu kawałek jej narzeczonego ubywa bezpowrotnie. Czując wszakże, że skłonność ku nieszczęsnemu coraz głębiej w jej serce wrasta, odtrąciła wszelkie perswazye rodziny, i raz jeszcze, w terminie przypuszczalnego wygojenia się Caruthersa, naznaczyła ślub.
Na krótko przed owym terminem — zważcie, co za fatalność — nieszczęście zsyła nowy dopust. Tego roku Indyanie Owens Riwer oskalpowali jednego z białych i tym jedynym oskalpowanym białym był właśnie nasz biedny William Breckinridge Caruthers z New Jersey. W powrocie do domu postradał ni stąd ni zowąd na wiek wieków swe piękne włosy, co go przejęło taką rozpaczą, że o mało nie przeklął bluźnierczo łaski niebios, dzięki której nie zabrano mu i głowy razem z czupryną.
Otóż Aurelia nie wie, biedactwo, co ma właściwie począć. Kocha swego Breckinridge'a pomimo wszystko, pisze mi nawet w tej mierze z iście niewieścim sentymentem, że nie przestanie jej być drogiem nad życie i to, co zeń jeszcze pozostało, rodzina jej jednak sprzeciwia się już teraz ich połączeniu z całą stanowczością, ponieważ Caruthers nie jest zdolnym do żadnej pracy a oboje nie mają majątku — „więc co ja mam wobec tego wszystkiego począć?” kończy rozpaczliwem zapytaniem, pełnem bólu i trwogi.
Trudną jest zaiste i drażliwą odpowiedź na to pytanie, tyczące się dożywotniego szczęścia kobiety z blizko dwoma trzeciemi częściami mężczyzny, — czuję też wielką odpowiedzialność, jaką by na mnie włożyło sformułowanie odpowiedzi w tonie rozstrzygającym. Napomykając jednak mimochodem o możliwości nadania Caruthersowi i dziś jeszcze względnie zbliżonej do normalnego człowieka postaci za pomocą drewnianych członków z dobrej fabryki, szklanego oka i peruki — rozumuję tak.
Ponieważ to wszystko, co się już stało, odstać się nie może, udzielić Caruthersowi trzymiesięcznej zwłoki na wygojenie się i jeśli do tego czasu karku nie skręci, zawrzeć z nim ślub i pozostawić resztę zwykłemu biegowi rzeczy. Cóż bo już obecnie panna Aurelia ryzykuje?... Jeżeli jej narzeczony zachowa w dalszym ciągu swój szczególny talent podpadania cielesnym uszkodzeniom przy każdej nadarzającej się sposobności, najbliższy eksperyment już go uśmierci, a w takim razie — zamężna czy wolna — pozbędzie się go raz na zawsze. Prócz tego, gdybyś za niego, panno Aurelio, wyszła — owdowiawszy, nie postradałabyś go w gruncie rzeczy całego, lecz tylko jego części żyjące, części drewniane zaś, metalowe, szklane i  t. d. mogłabyś sobie schować na pamiątkę, skutkiem czego i strata twoja o tyle byłaby mniejszą i mniejbyś potrzebowała wylać łez żalu na opłakiwanie ułomka tylko swego szlachetnego ale nieszczęśliwego męża, co nie szczędziłby zapewne rzetelnej fatygi okazania się godnym oddanej mu przez ciebie rączki. Spróbuj więc, panno Aurelio! Ja, rozważywszy sprawę wszerz i wzdłuż, nie mogę znaleźć innego wyjścia. Byłoby wprawdzie ze strony Caruthersa daleko piękniej, gdyby był zaczął w swoim czasie szereg sypiących się na niego katastrof od przeciwnego końca, to znaczy, odrazu od skręcenia karku. Skoro jednak tego nie zrobił, skoro miast tej skróconej procedury wolał smętnym kolejom swych ubywających członków nadać rozwlekłość możliwie największą, przystosujmy się do okoliczności, oddajmy mu rączkę... Jeźli się kogoś tak gorąco, jak pani jego, kocha, należy spróbować, ma się prawo spróbować...


Umiejętność — contra: traf.

— W Kentucky — opowiadał czcigodny Mr. K. — obowiązywało podówczas nadzwyczaj surowe prawo przeciwko grom t. zw. hazardownym. Przeszło tuzin młokosów oskarżono pewnego dnia o to, że się zgrywali o pieniądze w „Seven-up” czyli „Old sledge” i sąd wytoczył im proces.
Jim Surgis podjął się bronić obwinionych. Im dłużej się jednak nad sprawą zastanawiał, im bardziej ważył dowody, tem wyraźniej widział, że jak dwa a dwa cztery, przegra sprawę z kretesem. Nie dało się tutaj poprostu nic a nic zrobić. Młodzieńcy oddawali się hazardowi o pieniądze — fakt ten był jasny jak słońce. To też opinia nie omieszkała dać wyraz znanym swoim sympatyom dla Surgisa w ubolewaniu, że tak wiele obiecujący obrońca nie waha się narażać swej karyery przez podjęcie się procesu, skazanego z góry na przegranę.
Atoli po kilku bezsennie spędzonych nocach błysła Surgisowi naraz myśl tak świetna, że uradowany zerwał się natychmiast z posłania. Ryzykowna do tej chwili sprawa przedstawiła mu się gładką jak posadzka balowej sali.
Poszeptawszy tego samego jeszcze ranka w cztery oczy z swoimi klientami i kilkoma z ich przyjaciół, z olimpijskim spokojem czekał odtąd na termin rozprawy, skoro zaś wreszcie do niej przyszło, przyznał wobec trybunału, że grano w tym wypadku istotnie w „Old sledge“ o pieniądze, wystąpił jednak z zdumiewającym wszystkich zarzutem, że „Old sledge“ nie jest wcale grą hazardowną.
Sofistyczny ten wykręt przyjęli obecni wybuchem homerycznego śmiechu. Nawet przewodniczący raczył się uśmiechnąć. Ale oblekający twarz Surgisa wyraz powagi nie zachwiał się ani na sekundę, można raczej było przypuścić, że przeszła ona w surowość.
Oskarżyciel publiczny, pewien swego, próbował tonem wesołego żartu wyprzeć obrońcę z zajętego przezeń stanowiska, ale daremnie. Również kiedy sam prezydujący wytoczył w lekki sposób pełne jurydycznej wagi argumenty, obrońca pozostał przy wyrzeczonem zdaniu. Rzecz poczęła przybierać kształty seryo. Sędzia, zniecierpliwiony, zauważył, że należy wreszcie dać pokój żartom. Ale Jim Surgis odpowiedział, że tutaj o żartach wcale nie może być mowy, bo na klientów jego bezwarunkowo nie może spadać odpowiedzialność za dopuszczenie się czegoś, co wprawdzie ci i owi zowią w rzeczy samej hazardem, czego atoli, jak dotychczas, nie zdołano dostatecznie udowodnić.
Sędzia z oskarżycielem publicznym na to, że o nic tutaj łatwiej niż o dowody, a kiedy pierwszy z nich powołał w tym celu jako rzeczoznawców diakonów Joba, Petersa, Burke'a i Johnsona oraz pastorów Wirta i Miggles'a, ci jednomyślnie i znaciskiem odparli kuglarstwo krasomówcze obrońcy Surgisa orzeczeniem, że „Old sledge“ nazywany był jak świat światem grą hazardowną.
— A jakieżby pan obrońca grze tej chciał nadać miano? — zapytał prezydujący z przekąsem.
— Nazywam ją grą naukową, grą nie na zrządzeniach trafu opartą, lecz na umiejętności, i gotów jestem niezbicie udowodnić, że mam racyę.
Przychylono się do zawartego w tych słowach życzenia.
Przytoczył cały szereg dowodów, spiętrzył całą górę świadectw, wykazujących, że „Old sledge“ jest grą, polegającą na umiejętności nie hazardzie.
I oto problem, na pierwszy rzut oka najprostszy w świecie, okazał się po tych wywodach niesłychanie zawiłym. Sędzia począł się drapać w głowę, zrzędząc, że na tej drodze nie osiągnie się żadnego rezultatu, boć można będzie znaleźć równą ilość świadków za jak i przeciw przytoczonemu twierdzeniu. Aby jednak zadosyćuczynić wymogom sprawiedliwości, oświadczył, że gotów jest zgodzić się na projekt, obiecujący wybrnięcie z tej matni, jaki obrońca sam przedłoży, byle takowy rzecz prosta nadawał się do przyjęcia.
Surgis pochwycił w lot okazyę.
— Proszę wyznaczyć „jury”, złożone z dwa razy po sześciu mężów, reprezentujących „traf” z jednej, contra „umiejętność” z drugiej strony i zaopatrzyć ich w świece tudzież w kilka talij kart. „Jury” niechaj się uda do sali narad a my tymczasem zaczekamy na wynik.
Projektowi nie można było uczynić żadnego zarzutu. Czterech więc diakonów i dwu pastorów zaprzysiężono jako grupę broniącą hazardu, sześciu zaś miejscowych rutynowanych profesorów gier w karty jako przedstawicieli: umiejętności. Ciało to udało się do sali narad.
W dwie godziny potem diakon Peters kazał prosić jednego z przyjaciół swoich na ławie sędziów przysięgłych o pożyczenie trzech dolarów. (Wielkie poruszenie w sali). Po dalszych dwu godzinach pastor Miggels zapukał w podobnymże duchu do kieszeni innego przysięgłego o zasiłek na „stawki” do gry. (Jeszcze większe poruszenie). W ciągu następnych trzech czy też czterech godzin posyłała także reszta pastorów i diakonów do członków ławy po mniejsze i większe zasiłki pieniężne. A ciżba słuchaczy stała tymczasem w cierpliwem oczekiwaniu na rezultat, był to bowiem nadzwyczaj ciekawy wypadek sądowy, z natury rzeczy pełen interesu dla każdego z ojców rodzin.
Pozostała część zdarzenia da się opowiedzieć w krótkości.
Skoro dzień zaczął świtać, gremium rzeczoznawców wkroczyło z powrotem do sali rozpraw, a diakon Job jako przewodniczący tychże, odczytał co następuje:

WYROK:

„My, grono ekspertów w procesie zwierzchności Stanu Kentucky przeciw Johnowi Wheglerowi i towarzyszom o oddawanie się grze hazardownej, po wszechstronnem rozpatrzeniu sprawy oraz rozmaitych teoryj, jakie tutaj w celu należytego jej oświetlenia przytaczano — przyszliśmy do przekonania, że znana pod nazwą „Seven-up” albo „Old sledge” gra w karty jest grą w całem słowa znaczeniu naukową t. j. opartą na umiejętności a bezwarunkowo nie hazardowną.
„W toku przedsięwziętych, powtórzonych, rozważonych i w dalszym ciągu raz po raz przedsiębranych, powtarzanych i rozbieranych badań w tym kierunku przez całą noc ubiegłą, okazało się w sposób niezbity, że gracze, spekulujący na szczęście czyli „traf”, ani jednej partyi wygrać nie byli w stanie pomimo szans równych dla stron obu, a nawet czasem dla strony przeciwnej niepomyślnych. Celem poparcia niniejszego orzeczenia naszego zwracamy uwagę na fakt znamienny, że rycerze „trafu” przegrali co do jednego wszystkie partye, podczas kiedy przedstawicielom umiejętności przypadała wygrana za wygraną. Owóż jest stanowczem zapatrywaniem gremium rzeczoznawców, że teorya hazardu, o ileby się miała tyczyć „Seven-up'a” jest absolutnie błędną, obliczoną na to, aby posiać nieszczęście i ruinę materyalną wszędzie, gdzieby w imię tejże odważano się zasiadać do gry w „Seven-up'a”.

Tak to „Seven-up” uznany został — wyjątkowo — w Kentucky za grę niehazardowną, a oddawanie się jej po dziś dzień jest w tym stanie bezkarnem.






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; inny typ cudzysłowu przy otwarciu, inny przy zamknięciu.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędny wyraz.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – cofnąłem.
  4. Przypis własny Wikiźródeł szmermel (z niem. Schwärmer) – fajerwerk
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – kumulatywnie.
  6. Przypis własny Wikiźródeł rajzender (z niem. Reisender – podróżny, podróżnik) – tu: handlarz obwoźny, komiwojażer
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – swoją.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jedności.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak wykrzyknika.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Pitcairn.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – brzemię.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.