Hrabina Helena/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Hrabina Helena | |
| Wydawca | Polska Agencja Telegraficzna | |
| Data wyd. | 1918 | |
| Druk | Władysław Łoziński | |
| Miejsce wyd. | Lwów | |
| Tłumacz | anonimowy | |
| Tytuł orygin. | La Comtesse Hélène | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
CHARLES MÉROUVEL. ————————————————————— HRABINA HELENA. |
Było to pierwszych dni września roku tysiąc ośmset siedmdziesiąt siódmego.
Pociąg pospieszny bretoński pędził całą siłą pary.
Przebywszy płaszczyzny ciągnące się pomiędzy Verrieres i Perrey, zapuścił się w lasy sąsiadujące z lasami Rambouiller, zaledwie się zatrzymał na stacyi i pognał dalej ku Epernon i Chartres.
Ale pozbył się pewnej części podróżnych.
Dwaj podróżni, którzy w milczeniu siedzieli naprzeciw siebie w wagonie salonowym, wydali westchnienie ulgi, owe westchnienie ludzi niezadowolonych z sąsiedztwa, którego się pozbyli.
Starszy, który zdawał się drzemać, otworzył małe, dziwnie żywe, szare oczka.
Musiał mieć około pięćdziesięciu lat.
Ubiór jego, bardzo wygodny, przedstawiał się nieco surowo. Wierzchnia narzutka wyglądała w połowie na ulster, a w połowie na sutannę. Krągły kapelusz pilśniowy z płaskiem rondem, miał pozory księżego okrycia głowy, a z białego i sztywnego kołnierza, wyglądającego z pod surduta, zapiętego pod samą brodę, można go było wziąć za bardzo szanownego protestanckiego pastora.
Oblicze było chude, pociągłe, ostre, żeby się tak wyrazić, wygolone, usta szerokie i chytre.
Spojrzenie latające, nieuchwytne.
Wystrzegajmy się ludzi, którzy nam nie patrzą prosto w oczy. Przy danej sposobności, gotowi nam się dać we znaki.
Figura zwykła, wzrost wydający się słuszniejszym niż był w istocie, z powodu chudości; ogólny wygląd księdza lub urzędnika, który jednakże nie budził zaufania. Takim był rysopis osobistości, której fizyczny portret, chociaż bardzo nieszczególny, więcej był wart niż moralny.
Całkiem inaczej przedstawiał się jego towarzysz.
Widocznie grał przy nim rolę podwładnego, służącego, sekretarza, lub pomocnika biurowego.
Ubrany w garnitur popielaty, bardzo obszerny, był gruby, krótki i wesoły.
Twarz jego, szeroka i zabarwiona rumieńcem, wyzierała z kołnierza.
Oczy wyłupiaste, policzki, które już opadały własnym ciężarem, usta wydatne, grube, dość starannie utrzymane ręce, nadawały mu pozór młodego dwudziestopięcio letniego wieśniaka, wyrosłego na świeżem powietrzu i nieco ociosanego pobytem w mieście.
W każdym razie, nie można mu było odmówić wielkiego sprytu w spojrzeniu i familiarnej poufałości, upoważnionej zapewne przez towarzysza.
Młody nazywał się Łazarz Pidoux.
Prawdziwe nazwisko starego było Hans Straub.
W Paryżu, gdzie mieszkał od lat dwudziestu, znano go jednak pod nazwiskiem Fulgentego Guillard.
Jaki był jego zawód?
Jakie środki pozwalały mu żyć wygodni w jego apartamencie, przy ulicy des Pretres, w zmurszałym cieniu Saint-Germain l’Auxerrois, nikt tego nie umiał określić.
Ale my możemy to powiedzieć.
Fulgenty Guillard należał do ciemnej bandy, używanej przez ministerstwo spraw wewnętrznych do podejrzanych i podziemnych misyj.
Nie brakuje na bulwarach ludzi, których sposoby do życia są równie tajemnicze.
Setki oczów Argusa były tylko słabą aluzyą do oczu tej inkwizycyi tegoczesnej, która żadnym zewnętrznym znakiem nie afiszuje swego zawodu.
— A zatem, kochany mistrzu — zaczął młody człowiek w popielatym garniturze, zapalając cygaro — jedziemy do barona Raynaud?
— Do jego zamku koło Mayenne.
I czego chce od nas ten baron Raynaud?
Kochany mistrz zacisnął usta i nie odpowiedział. tylko podniósł kościste swoje palce w górę, na znak nieświadomości.
— Czy on zamożny, ten baron? — spytał młody.
— Jak sam Rothschild.
— Do licha!
— Mój kochany — oświadczył profesor — na pewnych wyżynach, majątek się już nie liczy. Czy człowiek posiada dwa miliony rocznego dochodu, czy dwadzieścia pięć, to jedno. Człowiek mający dwadzieścia pięć, może uczynić więcej złego, jeżeli mu przyjdzie fantazya, oto wszystko.
— Głęboko pomyślane — zapewnił Łazarz, wydmuchując dym. — Ach, gdybym ja go miał, ten milion!
— A ja odrzekł drugi, jak echo.
Wykrzyknik mógł się wydawać dziwnym, wychodząc z ust tak poważnej osobistości.
A przecież nie zadziwił palącego.
Nastała chwila milczenia.
Skorzystam z tego, aby wyjaśnić w kilku słowach, jakie węzły łączyły dwóch towarzyszy.
Młody, uznany nieślubny syn dziewczyny z piwiarni w Nancy, która się nazywała Odila Pidoux, w dziesiątym roku życia, po śmierci matki, został przygarnięty przez Fulgentego Guillard.
Fulgenty znajdował się wtedy w Paryżu. Liczne jego zdolności nie omieszkały mu dostarczyć ważnej posady, którą zajmował już od lat blisko piętnastu.
Nie zdradzając się przed nikim z powodów, jakie go do tego skłoniły, przywiązał się do sieroty, posyłał go do szkoły i wykształcił, korzystając z jego usług.
Utworzyła się wtedy pomiędzy nimi zamiana różnych usług, jako od opiekuna dla protegowanego i mistrza dla ucznia. Rzadko kiedy się rozłączali; życie Łazarza było łatwe, a praca lekka.
Zażywał wielkiej swobody i otrzymywał tysiąc dwieście franków na swoje osobiste potrzeby.
— A zatem pan nie wiesz nic o projektach barona? — spytał Łazarz.
— Nic wcale; otrzymałem tylko pare słów od niego: Przyjedź, potrzebuję ciebie. Oto wszystko.
Rozmowa znowu się przerwała.
Łazarz zaczął przypatrywać się polom, łąkom i lasom, które migały w przelocie, widziane przez okno.
Fulgenty pogrążył się w marzeniach z przymkniętemi oczami.
Urodził się w pewnej osadzie w Lotaryngii, na kamieniach cuchnącego sklepiku handlarza starzyzną bez grosza przy duszy, pochodzącego z okolic Badenu. Handlarza, a później syna jego, nie nazywano nigdy inaczej jak Badeńczykiem.
Pozbawiony rodziców, zanim chodzić zaczął o własnych siłach, Hans był wychowany z litości na słomie stajni, jak chora psina.
Miał odwagę nauczyć się pisać i czytać prawie sam jeden, pasąc gęsi, aż do chwili, w której został przyjęty na służącego do liceum. Tam będąc, czyścił buty uczniom, zamiatał klasy, udoskonalając się w nauce, kradnąc książki i podsłuchując pode drzwiami.
Nieporozumienie, jakie miał z policyą w Meuche, w którem dał dowody nieopisanej inteligencyi i bezczelności, zwróciło na niego uwagę. Bronił się sam i obrócił w niwecz oskarżenie. Baron Józef Raynaud, ojciec teraźniejszego, będący wtedy wszechpotężnym ministrem, uderzony cennymi talentami nicponia, dał mu urząd, na którym nabył szybko ogromnego wpływu i z którego nikt go usunąć nie mógł z powodu tajemnic, do których klucz posiadał. Lecz jeżeli sposób życia nie jest tam nudny, korzyści tego wstrętnego rzemiosła są ograniczone. W pięćdziesiątym roku życia, Hans Straub, odtąd Fulgenty Guillard, nie urzeczywistnił żadnego ze swoich ambitnych marzeń prócz nadziei nędznej emerytury, a dochód tysiąca dwustu czy pięciuset franków, które otrzymywał jako pensyę, doliczywszy do tego boczne korzyści, wydawał mu się, chudym, jak siedm głodnych krów z Pisma Świętego.
Pożerała go wściekła żądza majątku.
Od dawna już, wyobraźnia jego, jak chart, który węszy w rosie porannej, szukając pewnych śladów, była w poszukiwaniu za porządną jaką zbrodnią, ale spełnioną cichaczem, bez narażenia się na niebezpieczeństwo.
Jednakże, żadne z tych marzeń nie wyrażało się na jego twarzy obleczonej, jakby woskową maską, wyrazem obłudnej dobroduszności.
Pociąg zatrzymał się nagle i zawołano:
— Le Mans! Trzydzieści minut!
Jednocześnie, wierny Łazarz pociągnął swego sąsiada za rękaw, mówiąc:
— Możebyśmy coś przetrącili?
Gdy wrócili do wagonu, zastali w nim trzech myśliwych, którzy tam się rozsiedli.
Straub i Łazarz wrócili jeden do swojej przerwanej kontemplacyi, drugi do wątku marzeń, gdy tymczasem myśliwi zawiązywali rozmowę, która wkrótce pochłonęła uwagę mistrza.
— Moi drodzy — mówił jeden z nich — bardzo się obawiam, czy nie po raz ostatni robimy wycieczkę do Marcilles.
— Ba!
— Z naszym gospodarzem jest coraz gorzej, wyrażając się po kupiecku, i co dnia głębiej zapada...
— Podobno jeszcze ojciec hrabiego pozostawił mu bardzo zawikłane interesy?
— Tak powiadają. Jan mógł był połatać braki, żeniąc się bogato. Zakochał się w małej de Liguères, swojej kuzynce, pięknej Helenie. Od tego czasu idzie coraz gorzej; oczekują katastrofy.
— Brr Chevaignes oblewa nas zimną wodą. Mam prawie ochotę zawrócić z drogi.
— Nie próbuj! Uraziłbyś Marcilles’a. Zresztą, poluje się jutro u barona Raynaud i co do mnie, nie wyrzekłbym się moich strzałów, gdyby mi za każdy płacono nawet po dwadzieścia pięć ludwików.
— Jest bardzo uprzejmy dla Marcilles’ów, ten baron — zauważył trzeci myśliwy — i gdyby piękna Helena chciała!... Ale ona przepada za swoim mężem!
— Co się z nią stanie, jeżeli Jan jest zrujnowany całkowicie?
— Ba! — wtrącił pierwszy — Chevaignes patrzy na wszystko zbyt czarno, a rzeczy nie przedstawiają się tak rozpaczliwie. Jest najprzód Cezar de Marcilles, młodszy brat...
— Kapitan sztabu generalnego?
— Tak. Chłopak pełen serca, który przyjdzie z pomocą temu nieszczęśliwemu Janowi.
— Kapitan nie ma już ani grosza — zauważył nielitościwy Chevaignes. — Wino, karty, kobiety... Nie pozostaje mu nic, prócz ziemi, która nic nie warta. Wystarczy na suchy chleb, popijany czystą wodą.
— A jego ciotka, cóż o njej powiesz?
— Owszem, pomówmy o niej — odrzekł Chevaignes bardzo ironicznie. — Posiada milion gotówki pewnie ulokowany i oszczędności niewiadomo ile.... tylko....
— Ach! jest więc jakieś tylko....
— Ta stara waryatka, która gnieździ się w okolicach Montaudin, o trzy mile od Marcilles i Combiers, jest bardzo skąpa i nie dałaby ani grosza dla wyrwania z rąk wierzycieli nawet własnego ojca, gdyby jeszcze żył. Zamieszkuje, starą, ohydną ruderę z jedną, prawie stuletnią służącą, swoją dawną mamką, w głębi lasów, gdzie chyba raz na tydzień jaki wóz przejeżdża. Miejscowość, która strachem przejmuje! A co najgorsze to, że jeżeli licytacya Marcilles zostanie ogłoszona, ciotka jest gotowa wydziedziczyć Jana z powodu wstrętu, jaki czuje do niedostatku i oddać cały majątek na szpitale, z obawy, aby nie był rozproszony. Widzicie więc jak sprawy stoją.
— Jesteś rozpaczliwy!
— Jestem praktyczny. Co mogłoby się stać najpomyślniejszego, to, żeby jaka gorączka położyła jednego z tych dni kres życiu starej wiedźmy!
— Amen! zabrzmiał chór myśliwych.
Fulgenty kreślił sobie notatki. Zawsze jest dobrze notować sobie, na każdy wypadek.
Pisał ołówkiem na książeczce.
„Marcilles. — hrabia Jan. — Zrujnowany. Ciotka jego, stara panna, mieszka w starej ruderze, koło Montaudin. — Trzy mile od Combieres. — Olbrzymie oszczędności. — Służąca wiekowa“.
Ale nie zdawał się zajmować swoimi sąsiadami.
Proboszcz, czytający swój brewiarz, nie byłby bardziej obcy temu, co się wokoło niego działo.
W Laval, wysiadł z pociągu.
Myśliwi uczynili to samo.
Brek zaprzężony w silne konie pocztowe, z zawiązanymi w węzeł ogonami, czekał na nich.
Piękny, wysokiego wzrostu mężczyzna z opaloną twarzą otwartą i sympatyczną, siedział na koźle.
— Witaj nam, Janie! — zawołano chórem.
— Wsiadajcie! — odrzekł wesoło.
Powstrzymywał perszerony, które potrząsały dzwonkami.
Powozik zaprzężony w dwa prześliczne bułanki, oczekiwał na Paryżan, którzy wsiedli natychmiast, wyprzedzając brek.
— Powóz barona Raynaud — rzekł hrabia Jan. — Jutro u niego otwarcie polowania. Wszyscy jesteśmy zaproszeni, w drogę!
Powozik szybko pędził.
Łazarz, na koźle, bawił stangreta swojem opowiadaniem.
Pan jego, zagłębiony w poduszkach, węszył swój ślad i był bliski rozstrzygnięcia.
Ta stara, samotna skąpica mogła być dobrą gratką, he! Brek trzymał się w pewnem oddaleniu od powozu, unikając kurzu.
Dwa zaprzęgi długo toczyły się po drodze, ocienionej dwoma rzędami topol.
Kilka mil za Laval, okolica staje się prawie pusta. Przez trzy godziny jechano przez różne okolice: wązkie doliny, zarośla i wrzosowiska.
Około wieczora, powozik, z którym brek rozłączył się, zjeżdżając na boczną drogę, wjechał w długą aleję wiązów i buków, na końcu której wznosił się zamek z imponującą fasadą.
Było to Combiers, posiadłość barona Maksyma Raynaud.
Combiers nie jest posiadłością dla średnio zamożnych ludzi.
Trzeba mieć, jak to mówią, worek dobrze wypchany, aby ją utrzymać.
Olbrzymi, datujący z czasów Renaissance zamek ten przedstawia wspaniały widok.
Za naszych czasów, finanse tryumfują; zaćmiewają wszystko inne, przemysł, talent.
Bank, który agituje, który trzyma pierwsze karty w olbrzymiej sali giełdy i puszcza w ruch publiczne kapitały, zagarnia miliony jednym rzutem, skupia posiadłości ziemskie, pałace i sam jeden zastępuje wszystkie dawniejsze feudalności.
Ojciec i dziadek barona Maksyma Raynaud grali tę grę i udoskonalili metodę.
Baron Maksym, epikurejczyk przesycony złotem, zadowalał się używaniem swego majątku, nie doznając potrzeby przysparzania.
Raynardowie nie byli założycielami Combiers.
Nabyli tę ziemię od potomków znakomitej rodziny, która popadła w niedostatek.
Posiadali jeszcze inny, lepszy, majątek, La Varennes, w departamencie Seine et Marne, którego zazdrościli im wszyscy.
Temu lat kilka, właściciel spędzał tam najczęściej letnie miesiące i dzielił swoje łaski pomiędzy Varennes a swój pałac na przedmieściu Saint Honoré.
Rzadko widywano go w Combiers, a gdy przypadkiem zdarzało mu się tu przybyć, bawił tylko przelotnie, nie pozostając długo.
Zmieniło się to całkiem nagle.
Baron, mając lat czterdzieści dwa, rozmiłował się niespodziewanie w Mayenne.
Przypadkowe spotkanie było tego powodem.
Podczas jednego ze swoich dojazdów do Combiers, marzył, siedząc w rogu wagonu, gdy na dworcu Lillé-le-Guillaume, młoda para ludzi weszła do tego samego przedziału, umieszczając się naprzeciw niego; widocznie mąż i żona.
Milioner z roztargnieniem spojrzał na męża, pięknego mężczyznę, słusznego wzrostu, silnej budowy, z ciemnymi włosami i wąsami, żywem i otwartem spojrzeniem, z postawą oficera bez sztywności i zarozumiałości, który musiał mieć około dwudziestu siedmiu do ośmiu lat.
Lecz widok młodej kobiety wywarł na nim to, co nazywają rewolucyą całej istoty.
Wdowiec od pięciu czy sześciu lat po żonie, której nigdy prawdziwie nie kochał i po której pozostała mu córka, mająca w owym czasie dziesięć do dwunastu lat, baron nie żałował sobie żadnych przyjemności, któremi darzy Paryż człowieka jeszcze dość młodego, dla którego pieniądze się nie liczą.
Lecz od chwili tego zjawiska, tancerki Opery, najsławniejsze i najmodniejsze kobiety, sławne artystki, zniknęły z przed jego oczu, jak gwiazdy, gdy słońce wschodzi.
Czuł się poruszony do głębi na widok tej słusznej kobiety o włosach cudnej barwy popiołu z odbłyskami zachodzącego słońca, o cerze białej, zdrowej i gorącej, o ustach nieco za wydatnych, czerwonych, z po za których, gdy się uśmiechała do swego towarzysza, ukazywały się zęby idealnej piękności.
Nieznana dotychczas zazdrość szarpnęła go w sercu, od pierwszej chwili, gdy ją zobaczył.
Zadawał sobie pytanie, czemu ta kobieta, która urzeczywistniała wszystkie jego pragnienia, ten wzór wypieszczony w wyobraźni, którego daremnie szukał, nigdzie nie znajdując, należała do tego wiejskiego szlachciury zamiast do niego i obiecał sobie, że użyje wszystkiego, co było w jego mocy aby mu ją odebrać.
Otóż, gdy baron Raynaud coś sobie obiecał, miał zwyczaj dotrzymywać.
Przedmiot pożądany nie był na sprzedaż. Młoda kobieta nazywała się Heleną hrabiną de Marcilles.
Marcilles’owie zamieszkiwali o dwie i pół mili od Combiers dwór szlachecki, otoczony trzystu do czterystu hektarami lasu i miernego gatunku gruntów, które hrabia niepotrzebnie uprawiał z wielkim kosztem.
Interesa ich, zawsze bardzo zawikłane, staczały się do ruiny po rozpaczliwej pochyłości.
Rzeczywiście, jak się wyrażono przed tym gadem, Straubem, jedna rzecz mogła tylko ich wyratować: śmierć panny Angeliny-Sybilli de Marcilles, która mieszkała w starej posiadłości Orgéres o trzy mile od Combiers i miała posiadać olbrzymie oszczędności.
Lecz ta szansa nie była do przewidzenia.
W siedmdziesiątym roku życia, Angelina de Marcilles była zdrowa jak rydz i można było się spodziewać, że dożyje stu lat.
Pod całem sklepieniem niebieskiem nie istnieje żadna istota tak pełna sił żywotnych, jak owe kapitalistki skąpe i żądne zysku, które wegetują w ruinach, jak wrony, na dawonnicy kościelnej.
Powiedzmy, na pochwałę biednego hrabiego Jana, że unikał każdej myśli o tej nadziei i miałby skrupuł życząc sobie tej śmierci, która jednakże była dla niego jedyną deską ratunku.
Helena i Jan żyli z dnia na dzień z młodzieńczą nieoględnością.
Cóż w tem dziwnego?
Oboje razem, nie liczyli więcej, jak pół wieku!
Od chwili tego spotkania, postanowienie barona było nieodwołalne.
Nie trudno mu było zawiązać znajomość z hrabią, najbliższym swoim sąsiadem.
Dowiedziawszy się wkrótce o stanie jego interesów, znalazł sposób przysłużyć mu się, spłacając najuciążliwszych wierzycieli i korzystał z każdej sposobności, aby oświadczać swoje uczucia hrabiemu.
Przez całe dwa lata czynił wszystko co mógł, aby hrabinę sobie zjednać, używał wszelkich próśb, błagań i obietnic.
Ona pozostawała niewzruszona.
Kochała swego męża i kochać będzie zawsze tylko jego jednego.
Czy pozostanie biednym, czy bogatym, będzie losy jego z nim dzielić.
Dotknięta do głębi duszy tem hańbiącem naleganiem, które ukrywała przed wszystkimi, oszczędzała jednakże tego niebezpiecznego wielbiciela, który jednem słowem mógł ich zgubić, dopełniając ich ruiny.
Rzeczy tak stały w chwili, gdy Straub przybył do Combiers.
Namiętność barona doszła do szczytu. Widok hrabiny de Marcilles wzniecał w nim napady wściekłego gniewu; drżał, patrząc na smukłą jej postać; pełne lęku spojrzenia, któremi o litość go błagała, ognistą lawę w żyłach mu zapalały.
Gdy powóz wiozący Strauba i jego ucznia zatrzymał się przed bramą zamku, baron niecierpliwie już go wyczekiwał.
W kilka minut później zamknął się z nim w swoim gabinecie, na końcu szeregu królewskich salonów i bez żadnych przygotowań zapytał:
— Jesteś mi pan oddany?
— Pan baron chyba o tem nie wątpi.
— Mój ojciec wyrządził panu w swoim czasie niektóre usługi...
— Nie zapomniałem tego.
— Przypominam je, nie dla tego, aby pana upokorzyć, ale po prostu, chcąc zaznaczyć, że pomiędzy nami istnieją już pewno związki...
Badeńczyk się ukłonił.
— Zdaje mi się, że znam ciebie dobrze — dodał finansista — musisz pan z pewnością życzyć sobie mieć majątek, a kilka tysięcy franków są dla ciebie tylko kroplą wody na ognisku, który je wysusza.
Baron Maksym starał się podkreślić uśmiechem swoje słowa, lecz wzburzenie, którego tajny agent nigdy u niego nie widywał, silnie mu rysy zmieniało.
W innych warunkach, rysy te były dystyngowane, przychylne.
Szpakowate włosy wydawały się raczej upudrowane przez zalotność, niż posiwiałe wskutek wieku. Bardzo bujne, podniesione były na skroniach i lekko ondulowane ręką zręcznego służącego. Nos był zgrabny, prosty, nieco impertynencki, usta uparte, cera matowa, oko blado-błękitne, zimne i twarde w spojrzeniu.
Wąsy i broda starannie wygolone.
Wstążeczka oficera Legii honorowej rozweselała czarny żakiet.
— Powinienem był uczynić jeszcze więcej dla pana, niż uczyniłem, kochany Straub — mówił dalej — i właśnie sposobność do tego się zdarza. Lecz wymagam pewnej przysługi... usługi bardzo ważnej...
— Jeśli tylko możliwe....
— Wszystko jest możliwe.
— O cóż więc idzie?
Baron uczuł gorąco w skroniach.
Trzeba spalić mosty za sobą.
Jest to zawsze ciężka chwila do przebycia.
— Kocham pewną kobietę.... młodą kobietę.... — rzekł.
Straub zagryzł usta.
Właściciel zamku Combiers miał czterdzieści pięć lat, wiek uporczywych, dzikich, szalonych namiętności.
— Paryżanka? — spytał, wpatrując się w oblicze finansisty.
— Nie, kobieta z tych okolic.... sąsiadka.... żona zrujnowanego szlachcica....
— Jej nazwisko?
— Powiem, skoro będzie czas po temu. Pragnę ostatni raz z nią się rozmówić. Jutro wydaję wielkie przyjęcie dla sąsiedztwa, polowanie. To przyjęcie ma jedyny cel, zbliżyć ją do siebie. Jeżeli nie zechce mnie wysłuchać, udam się do pańskiej pomocy.
— Co trzeba będzie uczynić?
— Ta kobieta ma męża.
— Którego kocha?...
— Głupio.
— A pan chce?...
— Aby zniknął.
— To ciężka sprawa.
— Wiem o tem. Gdyby to było rzeczą prostą, czyżbym się do ciebie udawał?
— Pan baron zaszczyt mi czyni — wyrzekł Straub ironicznie. — Pan baron wspominał o majątku....
— Jest w twoich rękach....
— Ale czy prawdziwy?
Baron się nie targował.
— Sam cenę wyznaczysz — rzekł.
Badeńczyk oparł się w krześle, pogłaskał sobie podbródek i zdawało się, jakby szukał natchnienia na suficie.
— Pan baron pozwoli mi zadać sobie kilka pytań? — rzekł.
— Mów!
— Wiek męża?
— Około trzydziestu lat.
— Zdrowie?...
— Kwitnące.
— Fortuna zagrożona... pan baron powiedział?... Jak na obecną chwilę, przynajmniej. Ale w przyszłości?
— Nadzieje... niepewne... Siostra ojca...
— Przedmiot pragnień pana barona będzie tu jutro!
— Ze swoim mężem.
— Na każdy wypadek potrzebuję ją obserwować. Lepiej powiedzieć od razu... to hrabina de Marcilles!
Baron poruszył się, zdziwiony.
— Znasz ją? — zapytał.
— Och! — odrzekł Straub skromnie — przypadek odgrywa dziwną rolę w życiu. Więc pan chce usunąć hrabiego?
— A dlaczegoż mi zawadza?
— I pragnie pan polecić mi tę sprawę?
— Tobie samemu.
— Środki do mnie należą?
— Nie chcę nawet o nich słyszeć. Jeżeli dopuścisz się jakiej niezręczności...
— Pan wszystkiemu zaprzeczy?
— Ma się rozumieć.
— Dobrze. Czekam na rozkazy.
— Będziesz je miał.
— Kiedy?
Baron rzucił okiem na zegar, stojący w gabinecie, przedstawiający grupę trzech gracyj.
— Jutro, o tej samej godzinie, gdy zadzwonią na obiad, będziesz powiadomiony.
Z wyjątkiem kilku początkowych wyrazów, dwaj spólnicy byli tak spokojni, jak gdyby chodziło o umowę co do kupna jakiego kawałka ziemi, lub o wyborczy program.
W tej samej chwili, Łazarz Pidoux starał się zjednać sobie służbę barona w oficynie, żartując z praczką, Martą Bibourt i wprawiając wszystkich w dobry humor swoimi dowcipami.
Ten Łazarz Pidoux, uczeń mistrza w szalbierstwie, był także siłą pierwszorzędną w swojem rzemiośle.
Ujrzymy go przy robocie.
Gdy po smacznym obiedzie, oblanym szlachetnem winem, Hans Straub czyli Fulgenty Guillard, wszedł do swego pokoju, aby wypocząć, serce jego było przepełnione wielką radością.
Swoim rzutem oka drapieżnego ptaka obejmował szerokie pole działania, z którego miał odnieść podwójną korzyść.
Dosyć już miał tych ciemnych, zawiłych i podejrzanych usług, źle opłacanych, z których zaledwie wyżyć było można z dnia na dzień, zaciskając pasa, bez wszelkich przyjemności, których pożądał całą siłą.
Czas już z tem skończyć.
Bo do czego dojdzie?
Do marnego końca, zapomniany, na uboczu, do wegetowania w jakiej norze ze szczupłą emeryturą....
Jeszcze czego!
Czego pożądał, to łatwego, szerokiego trybu życia w powietrzu i przestrzeni, z kobietami i wszystkiemi rozrywkami, które nieprzezwyciężenie go pociągały, budząc zazdrość i żądze nienasycone.
Fortuna mu się uśmiechała. Czy ją odrzuci?
Głowa jego pracowała w obszernym pokoju o wspaniałych obiciach, których bogactwo jeszcze nędzniejszem czyniło skromne urządzenie mieszkania jego w Paryżu, przy ulicy des Prêtres.
Szukając zawiązku dla swojej intrygi, powtarzał sobie nazwiska hrabiego de Marcilles, hrabiny Heleny i milionowej ciotki.
Podobny był do dramaturga, którego rozpalona głowa pracuje nad główną osnową sztuki, obmyślanej w ogólnych zarysach.
Zastanawiał się tylko, że w takich dramatach żywcem odegranych, autor własną głowę naraża i ta myśl ochłodziłaby go, gdyby mózg jego był zdolny się rozpalić nad miarę.
Lecz był to mózg człowieka wyrachowanego i matematyka pierwszej siły.
Rano, gdy się obudził, plan jego był nakreślony, akt po akcie i czekał tylko rozkazu swego zwierzchnika, aby w czyn go wprowadzić.
Posłyszał nagle donośny odgłos trąb koło stajen.
Baron Raynaud, żegnając go wczoraj na progu jego pokoju, wyrzekł:
— Jutro, obserwuj bacznie.
Rada była zbyteczna.
Fulgenty Guillard słuchał nieustannie i nie przestawał patrzeć.
Najdrobniejsze szczegóły, najbardziej tajemnicze znaki, wyrazy, wyrzeczone pospiesznie we framugach okien, ukradkiem, nic nie uszło jego uwagi.
Wkrótce usłyszał parskanie koni i odgłos kół, skrzypiących na piasku alei.
Goście barona zjeżdżali się jedni po drugich.
Opalone twarze wiejskich szlachciców, poczciwe oblicza właścicieli zadowolonych z polowania, notaryusze z sąsiednich okręgów, doktorzy miasteczkowi, dla których ta feta, polowanie, a następnie bankiet, były rozrywką w monotonii życia, a nareszcie we wczorajszym breku, hrabia Jan de Marcilles i jego trzej goście, ubrani w garnitury aksamitne, w kamasze, ze strzelbami w kasetkach skórzanych, z małemi walizkami, w których mieli strój galowy na obiad.
Obfite śniadanie podano w olbrzymiej sali jadalnej.
Skoro Badeńczyk się pojawił, ukazując swoją twarz szczupłą i mizerną, zrobił się ruch zaciekawienia między gośćmi.
— Pan Fulgenty Guillard, mój przyjaciel — rzekł baron Maksym.
Lody natychmiast przełamane zostały. Jego przyjaciel! przyjaciel gospodarza!
Fulgenty umiał być przyjemny wrazie potrzeby, a szczególnie interesujący. Czy stało się to przypadkiem? Znalazł się przy stole obok hrabiego de Marcilles i mógł go studyować swobodnie.
Hrabia Jan był zamyślony. Pomimo wysiłków, ślady zaniepokojenia dawały się widzieć na męskiej jego twarzy. Chwilami brunatne brwi marszczyły się pod ciężkiem wrażeniem myśli.
Jeszcze wczoraj, po powrocie, zastał w domu przykrą wiadomość.
Jeden z wierzycieli wymagał zapłaty piętnastu tysięcy franków, której termin zapadał. List był pełen groźby.
Żadnego kredytu. Notaryusze zamykali przed nim swoje kasy; bratu jego, Cezaremu de Marcilles, także już brakowało środków.
Gracz i lekkomyślny, dopóki miał pieniądze, dawał bratu, z którym wiązało go serdeczne przywiązanie.
Należał do rzędu tych ludzi, którzy uczciwi bez zarzutu i szczodrzy do ostatniego grosza, nie zadawali sobie nigdy trudu rachowania się z pieniędzmi.
Badeńczyk zawiązał rozmowę i zręcznie sprowadził ją na grunt, na którym mógł łatwo wywołać pewne zwierzenia.
Chwalił kulturę Marcilles, o której utrzymywał, że wiele już słyszał, co sprowadziło gorzki uśmiech na usta szlachcica.
Nie czynił tajemnicy ze swoich kłopotów.
— Nigdy nie byłem bogaty — wypowiedział ze szczerością. — Obecnie, jesteśmy biedni. Może będę musiał wyemigrować.
Lecz był na wszystko przygotowany, dla dobra swojej Heleny.
Nie mówił tego; domyślać się tylko można było po jego płomiennem spojrzeniu rzuconem przed siebie, w przestrzeń, ku niewidzialnemu przedmiotowi.
— Czy zobaczymy panią hrabinę przy obiedzie? — spytał Guillard.
— Tak, ma przyjechać.
I hrabia dorzucił melancholijnie:
— Będzie to ostatni nasz występ.
Czy trudno było oszukać tego młodego człowieka o szczerem znalezieniu, z którym czuło się od razu swobodnym i który nie mając nic do ukrywania w życiu, w niczem nie dysymulował, pewien, że jeżeli ruina mu zagrażała, honor czysty pozostał, bez skazy!
Fulgenty Guillard powiedział sobie, że sprawa była nadto ponętna i zabawką będzie dla niego.
Około południa myśliwi wyszli w pole. Całe tłumy wieśniaków i gajowych rozbiegły się, naganiając im zwierzynę. W rozległej posiadłości słychać było nieustanną strzelaninę, jak na wojnie.
Większa część służby, pociągana ciekawością, snuła się za myśliwymi w pewnem oddaleniu, wraz z Łazarzem Pidoux, zachwyconym tym widokiem.
Dom więc pozostał prawie opustoszały.
Straub, korzystając z tego, wsunął się do przedsionka i rozpoczął badanie paltotów, wiszących na szaragach.
Ktoś kiedyś wyrzekł bardzo słusznie:
— Dajcie mi dwa wiersze pisma człowieka niewinnego, a potrafię skazać go na powieszenie.
Szanowny Guillard może nie życzył sobie powiesić Jana de Marcilles, ale nie gniewałby się, gdyby mógł tymczasem posiadać próbkę jego pisma.
Powiodło mu się według życzenia.
W jednej z kieszeni hrabiego znalazł portfel, który porwał pospiesznie, rzuciwszy przedtem badawcze spojrzenie wokoło.
Nikt nie śledził, nikt nie widział tej kradzieży. W posiadaniu szacownego dokumentu, Badeńczyk wrócił cichaczem do swego pokoju i zamknął się na klucz.
Portfel nie zawierał nic kompromitującego; notatki, kilka rachunków, dwa banknoty, pozostałość po lepszych czasach i list panny de Marcilles.
Dowiaduję się z publicznych pogłosek o złym stanie twoich interesów. Woźni bywają codziennie w Marcilles. Czemu mnie nie słuchałeś? Zamiast żenić się z panną bez posagu, przyzwyczajoną do rozrzutności, trzeba było wziąć „héritierę“, której majątek byłby wszystko uratował. Nie licz na mnie, że przyjdę ci z pomocą. Pogardziłeś mojemi radami, nie będziesz więc miał moich pieniędzy, pomimo, że bardzo mnie upokarza to, co dzieje się w naszym domu.
Czytając ten list, zdawało się, że się słyszy kwaśny głos skąpicy; Fulgenty uśmiechnął się szyderczo.
Posiadał rozmaite talenty.
Wziął papier, pióro i w jednej chwili, ze zręcznością nie do uwierzenia, przepisał list, naśladując trzęsącą rękę, która go kreśliła z taką dokładnością, że można było wziąć kopię za oryginał, gdyby nie papier, po którym widać było wyrafinowane przyzwyczajenie do skąpstwa u starej panny.
Potem wziął się do dalszych poszukiwań.
Notatki hrabiego świadczyły o rozpaczliwej sytuacyi, a potwierdzał ją jeden list, w którym zawinięta była fotografia jego żony.
Na widok tego portretu, Badeńczyk zrozumiał namiętność barona Raynaud i jego uniesienie.
Helena de Marcilles, była blondyną, słusznego wzrostu, prześlicznych kształtów, silna, a zgrabna i wysmukła, o drobnych rękach, głębokich oczach prawie czarnych, w twarzy olśniewająco białej.
Fotografia nie była nadzwyczajna, a jednak uderzała.
Cóż to musiało być w rzeczywistości!
Fulgenty Guillard pod mądrą i ascetyczną powłoką, ukrywał namiętności zapalne, jak Wezuwiusz.
Nie mógł się powstrzymać od wykrzykniku, pełnego pożądliwości:
— Ech! ten parweniusz miał słuszność nazwać ją piękną Heleną! Jest tak piękną, że pożar wznieciłaby w całej prowincyi!
List był od hrabiny, odpowiadający na kłopoty męża.
„Nie rozpaczaj — pisała. Czyż nie podtrzymuje nas nasza miłość? Czy wobec niej możemy cierpieć? Obawiam się tylko niedostatku dla naszej Gabryeli! Wziąłeś mnie, wybrałeś, pomimo, że nie byłam majętna. Wrócę do mierności bez skargi, byleś ze mną pozostał z tobą będę szczęśliwa, chociażbyśmy mieli żyć, jak ci rybacy, których odwiedzaliśmy kiedyś w głębi Finistere, pomiędzy skałami Penmarch.
„Odwagi Kocham Ciebie.
Hrabia nie rozłączał się z tymi przedmiotami, tak drogimi sobie.
List mówił prawdę.
Młoda kobieta namiętnie męża swego kochała.
Ożenił się z nią, sierotą, bez majątku, po śmierci jej ojca, pułkownika de Liguères, którego pensya ustawała razem z jego śmiercią.
Fulgenty Guillard skopiował ten list tak samo jak poprzedni i zwrócił oryginał do portfelu.
Następnie zeszedł na dół, do westybulu.
Dyabelski uśmiech rozjaśniał jego blade oblicze.
Ze zręcznością pick-packiet’a przeszukał kieszenie, których poprzednio nie badał.
Znalazł w nich papierośnicę i chustkę do nosa, obie z koroną hrabiowską. Pod koroną, na chustce były litery: J. M.
Straub nie uznał żadnej niestosowności w przywłaszczeniu sobie tego bezwartościowego przedmiotu, o którym jego właściciel mógł myśleć, że gdzieindziej go zapomniał, lub zgubił.
I wróciwszy do pokoju, jak lis do swojej nory, przyłączył chustkę do kopii dwóch listów, szepcząc z wewnętrznem zadowoleniem: — he he! Oto początek arsenału!
Posiadał już więcej niż dwa wiersze potrzebne do powieszenia niewinnego.
Gdy kończył układać swoje dokumenty, turkot powozu pociągnął go ku oknu.
Brek Marcilles’ów zatrzymał się znowu przed peronem. I tym razem wysiadła z niego kobieta promiennej urody. Baron Raynaud stał przy powozie i podawał rękę nowoprzybyłej.
Był to oryginał fotografii z portfelu, hrabina Helena de Marcilles.
Szybki dyalog nastąpił pomiędzy młodą kobietą a baronem.
Fulgenty Guillard nie mógł go słyszeć, lecz z ruchu ust byłby stenografował słowa.
Baron Maksym mówił:
— Dziękuję, że pani przyjechała.
— Czyż zaproszenie pana nie było rozkazem?
— Prośbą, co najwięcej.
— Chce pan ze mną mówić?...
— Po raz ostatni.
Chmura zaciemniła oblicze młodej kobiety.
— Dobrze — odrzekła. — Zgadzam się.
Baron zaprowadził hrabinę przez park, aż do ławki, naprzeciw stawu, w którym kaczki pluskały się w słońcu i usiadł obok niej.
Byli sami przed tą równą płaszczyzną, gdzie nikt ich nie mógł podsłuchać.
W dali, wystrzały na linii myśliwych, ciągle się odzywały.
Hrabina przerwała milczenie.
— Słucham pana — wyrzekła.
— Heleno — rzekł baron głosem, w którym drżała namiętność — dwa lata mijają od chwili, gdy na tem samem miejscu powiedziałem ci po raz pierwszy: kocham ciebie.
— Proszę mnie nazywać panią de Marcilles — odezwała się łagodnie.
— Nie pora na ceremonie — odrzekł z żywością — kocham ciebie i powtarzam ci to. Losy nas wszystkich rozstrzygają się w tej chwili, podczas tej rozmowy ostatniej.... Odrzuciłaś mnie!
— Czyż nie byłam powinna?
— Jesteś jak z kamienia. Nic ciebie nie porusza. Strzeż się. Z przesadną surowością kobiet uczciwych, obracasz mi bez miłosierdzia nóż w sercu, dorzucając do odmowy, którą mnie gnębisz, pełno uprzejmości dla tego drugiego, którego ubóstwiasz, a któremu zazdroszczę pomimo jego nędzy, szczodrze uposażonemu w swojej biedzie, ponieważ posiada ciebie duszą i ciałem, gdy ja odbieram tylko twoją pogardą...
— Pogardę?
— Obojętność przynajmniej, gorszą niż nienawiść. To też postanowiłem sobie po raz ostatni przemówić za sobą...
Baron daremnie czekał odpowiedzi.
Zbladł jeszcze bardziej i mówił dalej z powściąganym gniewem:
— Bardzo by mnie ździwiono dawniej, gdyby mi kto powiedział, że ja, baron Maksym Raynaud, dojdę do stanu, który mnie znicestwia, że moja wola, siła, będzie zniszczona dzięki temu despotycznemu uczuciu, że każdej godziny dnia i nocy będę miał przed oczyma to oblicze kobiety, która o zawrót głowy mnie przyprawia. Nie wierzyłbym temu, nie, stanowczo! A jednak tak jest. Od dnia, w którym ciebie spotkałem, myślę tylko o tobie, pragnę tylko ciebie. Stajesz się jedynym celem mego życia i jesteś mi tak nieodzownie potrzebna, że odrzucony, oszaleje, lub zabiję się z rozpaczy i z szalonej zazdrości. Widzisz, że nie ukrywam przed tobą prawdy! Ale ty igrasz z moim spokojem. Podoba ci się okazywać się okrutnie surową. Udrapowana w swoją cnotę wiernej małżonki, śmiejesz się z moich męczarni, które są nie do zniesienia. Proszę ciebie, Heleno, zastanów się...
Zbliżył się do niej i szepnął głosem drżącym:
— Kocham ciebie!
— Czegoż pan ostatecznie wymaga odemnie?
— Chcę, abyś odtąd do mnie tylko należała, bez podziału. Chcę, abyś opuściła ten dom, który się rozpada i nie może już być schronieniem dla ciebie, i tego człowieka, którego nienawidzę, bo jest przeszkodą pomiędzy nami. Chcę, jednem słowem, abyś była moją, moją kochanką, to znaczy kobietą, która rozkazuje, króluje, której zachcianki są urzeczywistnione natychmiast, skoro tylko objawione zostaną. Przypadek, który uczynił mnie bogatym, pozwala mi otoczyć ciebie wszystkiem, co może się podobać. Pomyśl o tem, co ciebie czeka, jeżeli będziesz trwać w swojem niepojętem zaślepieniu. Hrabia jest całkowicie zrujnowany. Kto wie, do jakich rzeczy ta ruina pociągnąć go może, w jakie głębie przepaści się stoczy! A ty? Mężczyzna może zdoła stawić czoło walkom z niedostatkiem i dzięki odwadze, odzyskać majątek. Lecz kobieta? Traci wszystko w takich przejściach: godność osobistą, odwagę, a nawet urodę, która potrzebuje zbytku, któryby ją podwyższył, tak samo, jak obraz wymaga ram, a brylant światła. Jestem u twoich stóp! Każesz mi tu pozostawać od dwóch lat. Czyż to nie dosyć? Wszystko opuściłem, zaniedbałem, o wszystkiem zapomniałem dla ciebie, o Paryżu i jego świetności, o świecie i moich osobistych sprawach. Przyjechałem zakopać się w tym kraju zabitym deskami pod marnym pozorem restaurowania domu, do którego nic mnie oprócz ciebie nie wiąże. Mojem jedynem szczęściem było widywać ciebie czasami przez chwilę, szczęściem okrutnem, ponieważ rodzi tylko żale i nienasycone pragnienia. Czyż to wszystko nie mówi o potędze mojej miłości i czy możesz opierać się próbom tak często powtarzanym?
Cała jego istota dygotała. We wzroku jego był gniew i nienawiść, nienawiść do szczęśliwego rywala, który zamykał przed nim serce hrabiny, ale także miłość pełna zapału, ognista jak lawa wulkanu.
— Zgódź się — mówił baron dalej, usiłując pochwycić rękę młodej kobiety — a nigdy żaden poganin nie ugnie się chętniej u stóp swego bożyszcza odemnie.... Moje życie do ciebie należeć będzie, moje życie, majątek, jednem słowem, wszystko.
— A jeśli się nie zgodzę?
— Jeżeli mi odmówisz, opuszczę ten kraj.... z rozpaczą w duszy, opuszczę bez powrotu i będę się starał zapomnieć o swojem marzeniu w zamęcie życia paryskiego, którego się wyrzekłem dla ciebie.
Zamknęła oczy, zanim odpowiedziała.
Wreszcie, głosem bardzo łagodnym, starając się złagodzić cios, który miała mu zadać:
— Dziękuję panu — rzekła — za sympatyę, którą mi okazujesz. Nie wolno mi odpowiedzieć przychylnie, gdybym nawet chciała....
— Heleno!
— Nie należę do siebie. Wychodząc za mąż za pana de Marcilles, przysięgłam, że wierną mu pozostanę. Dotrzymam przysięgi w złej czy dobrej doli. Co by pan o mnie pomyślał, gdybym obecnie przed niedostatkiem usunęła się od człowieka, któremu tyle jestem winna i który może z mego powodu znalazł się w tem położeniu bez wyjścia... Proszę więc zapomnieć o mnie i proszę nie dodawać do zmartwień, które już mam, jeszcze tego, że panu przykrość robię po tylu przysługach, które odebraliśmy od pana.
— A więc pani się upiera?...
— Przy moim obowiązku, tak.
— Bardzo więc pani go kocha? — dodał przez zaciśnięte zęby.
— Tak, kocham. Czemu miałabym zaprzeczać? Z wolnej woli wiarę mu przysięgłam. Nic mnie nie zmusi, abym się go zaparła.
— Niech i tak będzie! — rzekł baron głosem zmienionym. — Przyszłość pokaże, kto z nas miał słuszność. Może bliskim już jest dzień, w którym pani zrozumie wartość przyjaźni takiej, jak moja.
I powstając z miejsca porywczo:
— Nie mówmy już o tem! — dodał.
Puścił się z powrotem, ona za nim. Przez jakiś czas szli obok siebie w milczeniu.
Pożerał ją wzrokiem, te włosy niezrównanej barwy, których grube sploty opadały na kark mlecznej białości i ramiona, wychodzące z krótkich rękawów letniej sukni.
U progu do zamku rzekł do hrabiny:
— Serce mi rozdzierasz; obyś nigdy nie żałowała tego, co czynisz!
A ona odpowiedziała tak samo, jak zawsze:
— Nie jestem wolna. Będzie, co Bóg zechce!
Odpowiedział gestem, który miał oznaczać:
— Losy rzucone!
Przez cały wieczór zagłębiał w sobie, żeby się tak wyrazić, miecz, który cios mu zadał w serce.
Nie spuszczał oczu z hrabiny, ale ani słowa już do niej nie przemówił.
Gdy wsiadła do powozu z hrabią i jego przyjaciółmi, Badeńczyk, uważny na wszystko, pochwycił ton smutny, ale pełen godności, z którym odpowiedziała na komplementa pana domu, przyciskając na tych słowach:
— Żegnam pana, baronie.
Miało to oznaczać koniec ich stosunków, rozkaz, aby wyrzekł się daremnych usiłowań i zapewnienie, że nikt już więcej nie ujrzy jej w Combiers.
Baron poczuł zimno około serca i tem większą wściekłość na rywala, zabierającego z sobą kobietę, za którą on zapłaciłby chętnie połowę swoich milionów.
Skoro zniknął ostatni powóz z gośćmi, zaprosił Strauba, aby przeszedł z nim do gabinetu, gdzie go wczoraj przyjmował.
Niema ani jednej osady, ani wsi, na pograniczu Bretanii, któreby nie miały swojej legendy.
Legendą w tych okolicach, od Fongères aż do Mayenne i jeszcze dalej, jest beczka pełna złota, starej panny de Marcilles.
Wiedziano, że hrabia Jan jest całkowicie zrujnowany, a jednak nikomu się nie śniło go żałować.
Poczciwi ludzie mawiali z zazdrością:
— Dostanie swoją część z beczki.
Skarb istniał i nie miał w sobie nic bajecznego.
Czterdzieści sześć lat temu, w roku 1831 panna Angelina-Sybilla de Marcilles otrzymała spadek po swoich rodzicach, razem ze swoim bratem, ojcem hrabiego Jana i Cezarego de Marcilles, kapitana sztabu generalnego.
Panna Angelina była wtedy młodą, dwudziesto-cztero-letnią osobą, nieco ułomną, z twarzą długą i kościstą chorobliwej bladości, pokrytą piegami, wśród których spostrzegało się na samym wstępie parę oczu bardzo przenikliwych, które patrzyły jednocześnie na obie strony, czyli wyrażając się jaśniej, zezem.
Nikt nie zgłaszał się o jej rękę, pomimo zamku d’Orgères, który jej przypadł w udziale wraz z dziesięcioma tysiącami franków dochodu.
Z tego powodu powzięła wielki żal do ludzi i usunęła się ze świata wraz ze swoją mamką, która poświęciła się pielęgnowaniu tej biednej istoty.
Ale nie wstąpiła do klasztoru.
Ten przytułek starych panien nie przypadał do smaku despotycznemu jej charakterowi.
Zamknęła się w dworzysku d’Orgères i nie mogąc mieć urody ani miłości, zapragnęła posiąść majątek.
Miała tylko jeden sposób, aby go uzyskać: oszczędność. Posunęła ją do ostatnich granic, aż do punktu, w którym zmienia nazwę i przechodzi w brudne skąpstwo.
Wszystko dla niej stało się możliwe, byle tylko grosz zbierać do grosza.
Angelina zerwała stosunki z całem sąsiedztwem.
Odmawiała wszystkim zaproszeniom, aby nie być zmuszoną odwzajemniać się.
Nie miała więcej sług tylko swoją mamkę, aby im nie płacić i nie żywić ich.
Kazała pozamurowywać okna, aby podatku od nich nie płacić, przestała uprawiać ogród na jarzyny i żyła mlekiem dwóch czy trzech kóz, snujących się w poszukiwaniu pożywienia po rowach wokoło dworu i po drogach.
Wobec takich oszczędności, dziesięć tysięcy dochodu wkrótce się pomnożyły najprzód zwolna, a po kilku latach z wielką szybkością dochodząc do pewnych rezultatów, matematycznie przeprowadzonych.
W sześćdziesiątym roku życia, stara panna, która stała się wyschnięta i skulona jak żebraczka, od dawna już posiadała więcej niż milion; gdy skończyła lat siedmdziesiąt, nikt nie mógł by dokładnie oznaczyć cyfry jej majątku.
Zawsze z żywą inteligencyą, ale bardzo osłabiona, zgrzybiała, jak pień pleśnią porosły, nie trudziła się już umieszczaniem swoich kapitałów.
Gdzie one się podziewały? Nikt nie wiedział.
Ztąd owa legenda o beczce złota, w którą każdy wierzył.
Nikt nie wchodził nigdy do zamku d’Orgères, z wyjątkiem mamki, która doszła już do ostatnich granic starości.
Obie kobiety gnieździły się w tym dziwnym domu bez okien, jak dwie sowy w dziupli drzewa.
Wyobraźmy sobie kwadratową budowę z surowego granitu, popękaną w wielu miejscach, z otworami zabitymi cegłami, z wyjątkiem dwóch okien na pierwszem piętrze i drzwi w parterze.
Wyschnięte rowy, w których gdzie niegdzie widać jeszcze było trochę zapleśniałej wody, w której żaby się odzywały, tworzyły rodzaj obrony tego zamku, a wchodziło się do niego przez most o dwóch arkadach, na pół zwalony.
W około, na przestrzeni mniej więcej dwóch kilometrów, rozciągały się wieczne lasy, niszczone siekierą drwali, a wśród nich fermy, nigdy nie poprawiane, w których dzierżawcy, okryci łachmanami, pocili się, aby wydobyć dochody dla nigdy nienasyconej właścicielki.
Z jednego z najbliższych folwarków la Brousse była rodem Marta Ribourt, przyjaciółka Łazarza Pidoux, najstarsza córka Laurentego Ribourt, dzierżawcy panny de Marcilles.
Po upływie miesiąca, Łazarz, mianowany rządcą Combiers, nie opuszczając swego posterunku, znał do gruntu topografię Orgères i legendę o skarbie.
Wszystko, co mówiono wokoło niego, nie wpadało w ucho głuchego.
Dobra krew Strauba nie zmarniała w jego potomku.
Zresztą, trudno było wymarzyć bardziej dobrodusznego rządcę i bardziej rozrzutnego od Łazarza.
Wszystko, o co go proszono, naprzód już było udzielone. Zamykał oczy na sprawki kłusowników. Pijaństwo było ogólnie tolerowane, a w kuchniach zamku ciągła biesiada!
Personal pozostały w Combiers, był zresztą nieliczny.
Baron zabrał z sobą służbę, która zwykle z nim przyjeżdżała.
Byli w domu tylko stróże, ogrodnicy i strażnicy, czyli parobcy od psów.
Jedyna kobieta, Marta, bieliźniarka, mieszkała w zamku.
Gdy temu dwa lata wstąpiła na służbę do barona, była to dziewczyna chuda, jak tyka, płaska, jak deska, ale ponętna z wielkiemi czarnemi oczami, jak żarzące węgle i zgrabną figurą.
Wyszła dopiero co z magazynu bielizny w Laval, gdzie pewien porucznik strzelców podjął się jej wykształcenia. Obfita kuchnia w Combiers wytuczyła ją i wypełniła wszelkie braki.
Obecnie, była bliską trzydziestki, przewrotna, jak wąż, który skusił Ewę, przystojna, gwaltowna i popędliwa, dość zgrabna, aby się podobać wielbicielom elegancyi kobiecej i dość krąglutka dla tych, którzy lubią stół obficie zastawiony.
Przebąkiwano o jakichś błędach, o jakiemś dziecku, chowanem w tajemnicy, o dwa kroki od zrujnowanego domostwa Orgères, ale nikt nie miał interesu wdzierania się w te tajemnice rodzinne.
Marta Ribourt zresztą, znała wybornie sposoby zdobywania sobie sympatyi.
Od pierwszych dni obiecała sobie, że pozyska względy nowego rządcy. I nie trudno jej to przyszło.
Te dwa występki zrozumiały się natychmiast wzajemnie.
Przy końcu września Marta, zachwycona zaletami swego nowego przyjaciela, jego werwą i dobrym humorem, przyznawała mu palmę pierwszeństwa nad wszystkimi, z którymi dotychczas miała do czynienia.
W dodatku rządca Combiers, pozornie, niczem się nie zajmował, tylko swojemi własnemi przyjemnościami i wszystkich wokoło, a o pp. Marcilles zdawał się wcale nie myśleć.
Zaledwie tylko, gdy przy stole, wspomniano przypadkiem o nich w ciągu rozmowy, wtrącał parę słów pochwalnych pod ich adresem.
— To byłoby smutne, żeby nieszczęście ich spotkało! Hrabia Jan, jakiż to zacny człowiek! A hrabina niezrównana! Oto kobieta, która niejednemu w głowie zawróciłaby, gdyby tylko chciała!
Ten Łazarz był wyjątkowo życzliwy dla państwa Marcilles!
Marcilles leży o dwie i pół mili od Combiers; Orgères o trzy.
Trzydziestego września, Łazarz napisał do zacnego swego mistrza, Fulgentego Guillard list następujący:
„Osaczenie gotowe. Możemy zaczynać. Chwila stosowna! Odwiedziny woźnych coraz częstsze tam, gdzie wiadomo, a stara wrona ledwie jednem skrzydłem porusza na swojej dzwonnicy. Kto czeka za długo, wszystko może stracić. Skoro zwierz zginie, sępy, to znaczy spadkobiercy, spadną na gniazdo, aby wszystko zabrać, nawet słomę. Proszę mi przysłać człowieka, posłuży mi za posłańca. Ja sam spełnię grubą robotę, chociaż wstręt ona czyni mojej wrodzonej łagodności, ale zysk wart trudu. Rozpowiadają o rzeczach bajecznych. Wierzę tylko w połowę, ale i to wystarczy.
„P. S. Postaram się o uzdeczkę. Jest znaczona J. M. Ci biedni ludzie dziwnie są porządni. Zapowiedziałem na każdy przypadek przybycie rodzaju architekta do ogrodu. Niechaj potrafi odegrać swoją rolę, to rzecz główna. Zresztą, pan wiesz czego potrzeba. W całej okolicy w ogień by za mną skoczyli“.
Uczeń Strauba sam zaniósł list na pocztę, opatrzywszy go przedtem specyalną pieczęcią, chroniącą przed niedyskrecyą.
Odpowiedź nie dała na siebie czekać.
Przyniesiona została do Combiers przez posłańca wyglądającego nader szacownie.
Był to jeden z owych artystów mierników, którzy tworzą plany ogrodów i parków. Przez cztery dni oddawał się, w około pałacu rozmierzaniom gruntów z całym przyborem przyrządów mierniczych, do których zapotrzebował pomocy trzech robotników.
Mówiono o przerabianiu ścieżek i gazonów, o rozszerzaniu ogrodu, połączonem ze znacznymi kosztami, czemu się nikt nie dziwił.
Od mianowania Pidoux zarządcą, ciągle tylko była mowa o robotach przeznaczonych na podniesienie dobrobytu w majątku.
Baron stał się dobrodziejem ludzkości, a Pidoux prawie opatrznością.
Geometra zresztą był człowiekiem poważnym, który gruntownie znał swoje rzemiosło.
Miał lat około trzydziestu pięciu, włosy siwiejące, pełną brodę, oczy bardzo prostoduszne, mowę pełną namaszczenia, wiele rezerwy i uprzejmości w zachowaniu.
Piątego dnia, nadszedł z Paryża bilecik bardzo krótki, ponieważ zawierał tylko jedno słowo: Zaczynajcie!
I wieczorem, po konferencyi rządcy z geometrą, oto co zaszło z nastaniem nocy:
Chłopak około dwudziestoletni, ubrany w strój wieśniaka, w błękitnej bawełnianej czapce na głowie, wyszedł z pawilonu, zamieszkałego przez rządcę, położonego u rogu warzywnego ogrodu w Combiers.
Ten chłopak, którego nikt nie spotkał, prześlizgnął się pomiędzy gaikami drzew i skierował się w stronę Marcilles, unikając wstępowania do wsi, które mogły znaleźć się na jego drodze.
Ten wieśniak o tajemniczem zachowaniu, który zdawał się znać wybornie okolicę, przybył około ósmej wieczorem w pobliże dworu w Marcilles, wielkiej białej budowy, wydłużającej się na tarasie, w niejakiej odległości od wzorowej fermy, gdzie służba miała pomieszczenie.
Hrabia Jan mieszkał w pałacu z żoną, córeczką Gabryelą i dwiema służącemi, kucharką i panną służącą, ale prawie cały swój czas spędzał na fermie, w którą wkładał wszystkie swoje pieniądze.
Wieśniak położył się pod kolczastym żywopłotem, ogradzającym aleję, wiodącą z pałacu do folwarku i czekał.
Około dziewiątej, Jan de Marcilles wyszedł z pałacu, w oknach którego migało kilka światełek, świadczących, że hrabina i jej służące znajdowały się już w swoich pokojach.
Hrabia zszedł zwolna po stopniach tarasu i zawróciwszy wokoło środkowego trawnika, wszedł w aleję.
Wieśniak szybko skierował się w tę stronę.
Hrabia ździwiony słysząc przyspieszone kroki, zatrzymał się.
Wieśniak zbliżywszy się, podniósł rękę do czapki.
— Czy z panem de Marcilles mam zaszczyt mówić? — spytał.
— Jestem hrabią de Marcilles rzeczywiście.
— Przepraszam! W ciemnościach nie poznałem pana.
— Kto jesteś?
— Jeden z synów Ribourt, z folwarku la Brousse, należącego do ciotki pana....
— Cóż dalej?
— Hrabina kona i prosi pana natychmiast, ale samego, bez hrabiny.
Hrabia się wstrząsnął.
Ciotka go wzywała; może to był ratunek. A wielki czas!
— Oto spełniłem moje polecenie — dodał wieśniak. — Życzę dobrej nocy panu hrabiemu.
Gdy pan de Marcilles chciał go jeszcze o coś zapytać, on już był daleko.
Hrabia Jan udał się do stajni na folwarku, sam sobie konia osiodłał w pospiechu i puścił się w drogę galopem.
Koń hrabiego był biały jak śnieg.
Takie rzeczy widzi się nawet w nocy.
A przytem koń znany był w tych okolicach prawie tak samo, jak jego pan.
Kilku zapóźnionych wieśniaków powracających z miasteczka, gdzie oddawali się przydługim libacyom, spotkało go i zaledwie mieli czas usunąć się z drogi, tak szybko przeleciał.
Galopował bez opamiętania.
Chociażby się wcale chciwym nie było, trudno nie usłuchać wezwania umierającej ciotki milionowej.
Pasterz, strzegący swojej trzody na łące, widział galopującego białego konia.
Jadąc, silnie usadowiony na swoim wierzchowcu, hrabia Jan czuł głęboką radość w sercu.
Niedostatek go nie przerażał; ale myślał o swojej Helenie, której bieda przestała by grozić, o bracie Cezarym, któremu by zwrócił jego pieniądze, gdyby otrzymał oszczędności starej kutwy.
Jeżeli go wzywano, to chyba tylko w celach zgody. W dodatku, nie miał sobie nic do wyrzucenia. Okazywał się zawsze względem samotnicy z Orgeres pełnym szacunku i względności i nie wątpił, że dobre instynkty w niej zwycięstwo odniosą.
Skoro się ma opuszczać ten świat, namiętności przygasają. Drobiazgowość ich ustępuje w obec wieczności.
Była przeszło dziesiąta, gdy jeździec znalazł się u wrót ruiny d’Orgères.
Noc była bardzo ciemna.
Wiatr się wznosił, wiatr zachodni, brzemienny deszczem. Chmury płynęły nisko i zdawały się pozostawiać swoje łachmany na gałęziach drzew rzadko rosnących w około domu, tak jak barany pozostawiają kępki swojej wełny na krzakach przydrożnych.
Wszystkie światła były pogaszone. Nie marnowano daremnie świec u panny Angeliny de Marcilles.
Budowa czyniła wrażenie wieży kwadratowej, olbrzymiej a niskiej, rysującej się czarno na ciemnem niebie.
Hrabia się zoryentował.
Ta cisza ciemności w domu osoby konającej, ździwiły go.
Może jego ciotka już umarła?
Zeskoczył na ziemię, przywiązał konia do pnia dębu i przechodząc ostrożnie po zbutwiałym moście, doszedł do masywnych drzwi, zamykających jedyne wejście do domu i zastukał.
Następnie czekał.
Nie potrzebował stukać ponownie.
Starzy ludzie mają sen bardzo lekki, szczególnie, gdy drżą o swoje skarby, których strzegą i śpią tylko jednem okiem.
Najprzód okno, potem żaluzye na pierwszem piętrze otwarły się i głos drżący, osłabiony, zapytał kwaśno:
— Kto tam?
— Ja.
— Co za ja?
— Jan de Mercilles.
— Mój siostrzeniec.
— Tak, ciotko.
Stara panna mruknęła jakieś przekleństwo pod adresem natręta, który tak nie w porę się zjawił, ale, czy to przez ciekawość, czy z innego powodu, ulżywszy sobie mruczeniem, pochyliła się znowu przez okno i rzekła:
— Poczekaj, schodzę.
Hrabia Jan ujrzał wątło światełko migające przez małe szybki okna, usłyszał wewnątrz domu stuk sabotów po kamiennych schodach, otwieranie niezliczonych zamków i zasuwek, potem zgrzytanie klucza w zamku bramy, która wreszcie obróciła się na zawiasach.
Panna Angelina de Marcilles nie obawiała się swego spadkobiercy.
Gdyby ciemności nie były tak gęste, ujrzałaby o dwa kroki od bramy, przykucniętą pomiędzy chwastami rosnącymi swobodnie do samych murów, istotę ludzką okrytą łachmanami ciemnej barwy, której oczy błyszczące namiętnie śledziły tę scenę nocną.
Ale nic nie widziała i nie posiadała nawet nędznego psa, któryby mógł ją przestrzedz.
Łazarz Pidoux dobrze o tem wiedział.
Przez Martę, swoją kochankę, był powiadomiony o wszystkich zwyczajach i maniach starej czarownicy z Orgères.
Ukazała się na progu, w negliżu, który nie miał w sobie żadnej zalotności, podniosła dymiące światło lampki na twarz hrabiego i poznawszy go:
— Wejdź, mój siostrzeńcze! — rzekła.
Hrabia Jan usłuchał.
Był całkiem zbity z tropu, widząc ją taką samą, jaką zawsze ją widywał.
Zdrowie jej wydawało się ani lepsze, ani gorsze, niż zazwyczaj.
Była to zawsze ta sama garbuska, skulona we dwoje, zarówno z powodu kalectwa, jak wskutek lat podeszłych.
Była cała pomarszczona, jak zwiędłe jabłko, blada i wychudzona postem, który sobie ze skąpstwa zadawała; ale oczy, zawsze pełne życia, błyszczały w głębi oczodołów, ocienionych nastrzępionemi brwiami.
Ukazała ruchem, z pewną dystynkcyą, dziurawe krzesło swemu spóźnionemu gościowi i wyrzekła piskliwym głosem:
— A teraz, mój siostrzeńcze, powiedz mi, co ciebie tutaj sprowadza.
— Mój Boże, ciotko — zaczął zakłopotany — przybyłem, bo mnie wezwałaś po prostu,
— Ja? — zawołała, potrząsając głową.
— Ciotka sama! Bez twego zaproszenia nie byłbym sobie pozwolił przeszkadzać ci o tej porze!
Oczy starej szeroko się otwarły.
— Żartujesz sobie ze mnie? — mruknęła.
— Za dobrze mnie ciocia zna, aby mnie o to posądzić. Mam dla ciotki szacunek, jaki miałbym dla mojej matki i....
— Ależ w takim razie wytłumacz się!
— Posłaniec przybył przed chwilą do Marcilles, spotkał mnie na drodze, gdy wychodziłem przejść się trochę i rzekł do mnie: Ciotka pana czuje się cierpiącą i wzywa pana. Wskoczyłem na konia; leciałem galopem przez trzy milową przestrzeń, która nas dzieli oto jestem. Mój koń jest tutaj, przywiązany do drzewa. Widzę z przyjemnością, że przesadzono, mówiąc mi o chorobie i że zdrowie ciotki nic nie pozostawia do życzenia. Cieszę się z tego, moja ciotko; proszę mnie wytłumaczyć i pozostaje mi tylko odjechać, aby ciotka mogła wrócić na spoczynek.
Hrabia Jan powstał z miejsca.
Pomimo smutku i udręczeń, jakich doznawał, uśmiechnął się łagodnie do starej panny. Męska jego twarz nie wyrażała żadnego rozczarowania. Zdawał się tak szczerze zadowolony, że zastał ją w lepszem zdrowiu, niż myślał, że stara się tem wzruszyła.
Obudził się w niej wyrzut sumienia z powodu surowości, z jaką obchodziła się z synem swego brata.
Dusza jej, zatwardziała i żeby się tak wyrazić, skostniała w półświadomym egoizmie, zmiękła pod łagodnem spojrzeniem tego zacnego młodzieńca, tak szczerego i bezinteresownego.
Zrozumiała może co znaczy miłość, mówiąc sobie, że ona także mogła być kochaną przez kogoś podobnego do niego.
Przyszło jej nagle jakby wspomnienie własnej, wydziedziczonej wiosny i powrotna fala czułości tak długo powściąganej.
Oblicze jej zmieniło się na minutę i prawie z dobrocią rzekła do niego:
— Pozostań jeszcze, ponieważ przybyłeś.
I siadając obok niego:
— Czy to prawda, Janie, że masz wielkie kłopoty?
— Tak, moja ciotko, ale nie mówiłbym ci o tem, gdybyś nie była tak dobrą mnie o to zapytać.
— A Cezar?
— Cezar jest zmuszony do oszczędności. Mówi mi często o tobie, ciotko, a zawsze z przywiązaniem.
Panna de Marcilles zacisnęła zwiędło usta i zdawała się namyślać.
Hrabia znowu chciał wstać, pożegnać się.
— Późno jest, moja ciotko — wyrzekł — w twoim wieku potrzeba spoczynku. Zresztą wyjechałem niespodziewanie i Helena będzie niespokojna.
— Helena — mruknęła stara panna z niechęcią — ona najwięcej się przyczyniła do naszego nieporozumienia.
— To anioł — wyrzekł hrabia ze stanowczością — i gdybyś ją ciotko lepiej znała, myślałabyś tak samo..
— Kochasz ją więc, Janie? — spytała stara.
— Och! tak.
— Bardzo ją kochasz? — powtórzyła.
— Z całej duszy.
Staruszka przymknęła oczy.
— Dawniej — myślała — dałabym połowę mego majątku, a może nawet wszystko, aby to posłyszeć....
Hrabia dodał:
— Jest zdolna do wszystkich poświęceń, aby dać dowód swego przywiązania tym, których kocha. Gdybyś nie była zamknęła przed nią swego serca, ciotko, klęczała by przed tobą, tak, jak ja. Nigdy ani jednem słowem nie uczyniła mi żadnej wymówki z powodu naszej ruiny majątkowej.
— Ruiny? A więc jesteś zrujnowany? — zawołała stara panna.
— Do szczętu, moja ciotko. Próbowałem wszystkiego, aby się ratować. Los sprzysiągł się przeciw mnie. Nic mi się nie udało.
— I woźni odwiedzają Marcilles?
— Święta prawda.
Co się działo w duszy panny de Marcilles.
Czy wzruszyła się tą katastrofą tak dzielnie znoszoną i wyznaną bez osłonek?
Czy duma rodowa czoło jej wyprostowała?
Porwała hrabiego za rękę i wyrzekła głosem stanowczym:
— Słuchaj, Janie, ktoś z ciebie zażartował. Nikogo do ciebie nie posyłałam.
— Co ciotka mówi?
— Prawdę.
— Któż by więc śmiał?...
— Nie mam pojęcia. Ale jestem szczęśliwa, żem ciebie widziała. Przyjechałeś. To oznacza dobroć serca, bo byłam bardzo niedobra dla ciebie....
— Moja ciotko!
— Chodź ze mną! Chcę tego!
Ze swoim kagankiem w ręku, zaprowadziła go na koniec kurytarza, w głębi którego schody zagłębiają się w ziemię dwudziestu pięciu granitowymi stopniami.
Drzwi wychodzące na most na pół zawalony, pozostały odchylone.
Głowa pokryta rudą szczeciną, wsunęła się najprzód do obszernej sali, do której się prosto z tych drzwi wchodziło.
Bardzo słabe światło, pochodzące z lampki na schodach, jedynie wnętrze oświecało; oczy tej głowy śledziły w ciemności.
Wkrótce ciało ukazało się za głową, pełzając po ziemi, jak głaz i z sali przeszło bez hałasu do pobocznego gabinetu, gdzie przykucnęło pod jakimś starym łachmanem.
Panna de Marcilles zeszła wraz z Janem ze schodów granitowych.
Gdy przybyli do sklepionej piwnicy, usunęła stare szczapy drzewa, rzucone w nieładzie w jednym kącie.
Worki ze złotem nagromadzone były jedne na drugich w tym schowku, łatwym do odkrycia.
Na widok worków, oczy starej nowym ogniem się zapaliły.
Miała chwilę wahania.
Rozłączyć się ze swoimi pieniądzmi było to dla niej torturą bez nazwy, ale zapanowała nad swoją namiętnością.
— Masz, Janie, bierz — rzekła. — Jest tego tutaj pełno, od strychu do piwnicy. To dla ciebie i dla Cezara.
I jakby się obawiała siebie samej, dodała z rodzajem gniewu:
— Weź prędko i jedź sobie! Stara Rozalia przykuta do swego łóżka, ruszać się już nie może. To całe szczęście. Nie trzeba, żeby wiedziała!...
I z naiwną obawą przed kłótliwą sługą, dodała:
— Nie, nie trzeba, bo może by mnie wyłajała. A ty potem jeszcze wrócisz!
Chude jej ramiona drżały ze wzruszenia.
Hrabia teraz się wahał i bąkał:
— Ależ ja nie chcę, ciotko!... Nie chcę! To za dużo.... za dużo!
Schyliła się ostatkiem sił, podniosła dwa worki i w ręce mu włożyła.
— Odejdź — rzekła. — Idź już sobie!
A gdy ją ucałował z wybuchem wdzięczności, rozczulony tą ofiarą, która tyle ją kosztować musiała, odprowadziła go do drzwi, powtarzając mu, jak, kochanka, żegnająca swego wielbiciela:
— Wrócisz tu, Janie, Wrócisz!
Towarzyszyła mu aż do końca mostu, podnosząc kaganek, aby z macierzystą pieczołowitością ułatwić mu przejście po zbutwiałych kamieniach.
Potem stała, patrząc, jak odwiązywał swego konia i wsiadał na siodło.
I sama jedna wśród wilgotnej nocy uszczęśliwiona pocałunkiem, który ręką przesyłał jej odjeżdżając, jak gdyby z żalem, że ją opuszcza, słuchała najdłużej, jak mogła, kroków jego konia po stwardniałej ziemi i dopóty nie zdecydowała się wrócić, aż zupełna cisza nastała.
Wtedy wstrząsnęła się, jakby zimno serce jej zmroziło.
Dom jej ogołocony ze wszystkiego, pyłem okryty, w którym oddychała tylko ta staruszka, która nigdy jej nie opuszczała, leżąca rzeczywiście w łóżku z powodu osłabienia wynikającego z podeszłego wieku, niemiłe na niej wrażenie robił. Przypomniała sobie świetne grono rodzinne z czasów swojej młodości, wygodne i ciepłe ognisko domowe, ożywione obecnością znajomych, wesołe polowania, imieniny rodziców i krewnych świetnie obchodzone i wstręt ją przejął z powodu jej osamotnienia.
Gromadzić niepotrzebnie złoto, układać worki jedne na drugich, odmawiając sobie wszystkiego dla marnej przyjemności przebierania rękami w tym zimnym metalu, mówiąc sobie na widok tylu bogactw: — wszystko to moje... Co za próżność! co za oszukaństwo samej siebie!
Przez chwilę przeklinała swój egoizm.
Pomyślała o Cezarym, tym świetnym oficerze zmuszonym do wegetowania, o Janie, tym Janie tak dobrym, życzliwym, który cierpiał, a ona nie myślała ulżyć mu w jego kłopotach.
I nagle, stara panna przypomniała sobie, co Jan jej mówił o człowieku, który go wezwał do Orgères, niby w jej imieniu.
Kto taki? Po co?
Czy nie była to jaka zasadzka? Może złodzieje?... Wiele o niej mówiono w okolicy Wszyscy w około wiedzieli o istnieniu tej sławnej beczki ze złotem, której zapewne każdy pożądał i którą tak łatwo było wziąć dwom starym kobietom, samotnym, w odosobnionym domu.
Miała już ochotę wyjść i krzyczeć, powołując Jana na pomoc.
Ale on już był daleko, nadto daleko, aby mógł posłyszeć.
Ograniczyła się na zabarykadowaniu drzwi starannie, pozasuwała zasuwki, obróciła kluczem w zamku i wydała westchnienie ulgi.
Chwała Bogu! była już zabezpieczona przed napaścią. Brama była silna, dębowa, zaopatrzona w sztaby żelazne, mury porządnie zacementowane.
Wszystko dobrze!
Ale skoro się obróciła, aby wrócić do pokoju, głosu jej w gardle zabrakło. Człowiek jakiś, z wejrzeniem dzikiego zwierza, z twarzą sadzą oczernioną i zarośniętą rudą brodą, stanął przed nią z nożem w jednej ręce, z zadziergniętą pętlicą w drugiej, mówiąc:
— Ani mru-mra! Pieniądze!
Panna de Marcilles była inteligentną, kobietą.
Odgadła wszystko, pułapkę zastawioną, zbrodnię obmyślaną i czuła, że jest zgubioną.
Rozalia, jej niedołężna służąca, nie mogła jej być żadną pomocą.
Głucha, prawie ślepa, na pół sparaliżowana, nie wiedziała nic, co się dzieje.
Stara panna była więc sama, sama jedna, niezdolna się obronić i bronić swego
skarbu.
Przezorność, którą się otoczyła dawniej, aby się odosobnić, przeciw niej się obracała.
Zrozumiała swój błąd z jasnością ostatniej chwili, którą, jak utrzymają ogólnie, miewają umierający.
— Kto jesteś? — spytała.
Człowiek zaśmiał się szyderczo.
— Ktoś, czyjego nazwiska nigdy się nie dowiesz.
— Czego chcesz?
— Beczki złota.
— Weź ją.
— Gdzie ona jest?
— Poszukaj!
— Nie chcesz mówić?
Panna de Marcilles zaprzeczyła ruchem głowy.
Mężczyzna, ruchem gwałtownym, zarzucił jej na szyję pętlę z uzdeczki i pociągnął.
Krzyk chrapliwy, straszny, donośny, wydobył się z piersi starej panny.
— Pieniądze? — powtórzył człowiek.
A gdy ona milczała:
— Na co się przyda upierać dodał. — Czy nie wyszłaś przed chwilą z piwnicy pokazywał otwarte schody — z tym hrabia de Marcilles, twoim pięknym siostrzeńcem? Może on wszystko zabrał?
Zachowywała ciągle milczenie.
Człowiek silniej pociągnął za pętlę.
Oczy nieszczęśliwej, uparcie wpatrzone w jego twarz, wyszły na wierzch. Język zwisał z ust wykrzywionych.
Usunęła się na kamienną podłogę.
— Nie będziesz mówić, czarownico? — zagrzmiał bandyta. — A więc, umieraj!
I pochylając się nad nią:
— Już ja sam znajdę pieniądze — dodał — chociażbym miał rozwalić twoją budę kamień za kamieniem.
Panna de Marcilles już nie słyszała.
Ostatnie konwulsye wstrząsały jej postacią chudą jak szkielet, niekształtną i wykrzywioną, jak gałąź skarłowaciałego dębu.
Mężczyzna puścił z rąk rzemień.
— Skończone — rzekł. — Trudniej poszło niż myślałem.
Otarł sobie skronie.
— Te stare sowy mają dusze przygwożdżone do powłoki — dodał. — Ale mamy już ręce wolne. Beczka złota? Zobaczymy.
Kopcący kaganek panny de Marcilles drżał, tak jak ona sama w ostatniej agonii.
Człowiek czemu ukrywać dłużej jego nazwisko? Łazarz Pidoux wyciągnął z kieszeni stoczek i zapalił go spokojnie.
Potem odchylił drzwi i zawołał z cicha:
— Cabirol!
— Jestem — odrzekł głos wychodzący z zarośli, z których Łazarz wyszedł przed chwilą.
— A szkapa?
— Jest tam, o trzydzieści kroków.
Zanim zamknął drzwi za geometrą, ucharakteryzowanym z umiejętnością, która dowodziła specyalnych studyów, Łazarz rzucił okiem na dwór. Drobny deszcz siekł
bardzo przenikliwy i śmiertelna cisza panowała w około.
O jakich kilkaset metrów od domu, pies wył na folwarku, w którym mieszkała rodzina Ribourt.
W gęstwinie, w niejakiem oddaleniu, koń rżał z cicha.
Dwaj mężczyźni zamknęli się tak samo szczelnie, jak przed chwilą panna de Marcilles.
— Zabrałeś zwierzę ztamtąd, gdzie je umieściłem, Nik? — spytał Łazarz.
— Tak.
— Nikt ciebie nie widział?
— Nikt.
— A w Marcilles?
— Tylko sam hrabia. Był w alei, kiedy mu powiedziałem.
— Sam?
— Sam jeden.
Uczeń Strauba nie ukrywał swojej radości i zatarł sobie ręce.
— Wszystko idzie jak po maśle — rzekł — Och! biedny człowiek!
Kogo miał na myśli?
— Czy jest kto w domu? — spytał geometra.
— Stara dziewięćdziesięcioletnia baba, która nie może się ruszyć, ani widzieć, ani słyszeć.
— To nie przeszkadza, że trzeba się spieszyć.
Cabirol popatrzył na swój zegarek.
— Pół do dwunastej — rzekł. — Zanim wrócimy do Combiers, będzie druga. Chodźmy!
Dwaj hultaje przeszli tą samą drogą, którą przebywała niedawno panna de Marcilles ze swoim siostrzeńcem.
Nie trudno im przyszło odkryć schowek, ponieważ w piwnicy panował nieporządek, bo stara panna nie miała ani czasu, ani siły narzucić drzewa na nowo.
Prawie widocznie, pod polanami i słomą kryło się około pół tuzina worków.
Łazarz rozwiązał jeden z nich. Złoto błysnęło w świetle latarni.
W każdym worku musiało być około czterdziestu tysięcy franków.
— Nie zła gratka! — rzekł mierniczy.
Łazarz skrzywił się pogardliwie.
— Mało! — mruknął. — Szukajmy dalej!
I nagle uczuł, że pod jego obcasem, jedna z płyt kamiennych głuchy odgłos wydaje.
Podniósł ją bez trudu.
W garnku kamiennym połyskiwała masa złotych ludwików. Było tam co najmniej sto tysięcy franków.
— To rozumiem! — zawołał i oczy jego zabłysły. Szef będzie zadowolony.
W piwnicy nic więcej nie było.
Bandyci wrócili do sali, gdzie leżała panna de Marcilles.
W chwili, gdy tam wchodzili, jękliwy głos wołał z wyższego piętra:
— Angelo!
— Krzycz głośniej, stara wiedźmo! — rzekł Łazarz. — Ona ciebie nie usłyszy.
Zmykajmy! — namawiał drugi, przerażony.
Lecz przedtem, trzeba było urządzić obmyślaną naprzód komedyę.
Zmarła miała na szyi uzdeczkę skórzaną, znaczoną literami J. M., pochodzącą ze stajni hrabiego.
Resztki ognia paliły się na wielkim kominku tej kuchni, jedynego apartamentu parterowego, zamieszkałego przez starą pannę.
Łazarz wyjął delikatnie z kieszeni chustkę do nosa, ozdobioną na jednym z rogów koroną, chustkę ukradzioną na każdy przypadek przez Fulgentgo Guillard z paltota hrabiego podczas polowania w Combiers i położył ją na węglach, zatrzymując róg z wyhaftowaną koroną w ręku.
Płótno skręciło się i zwęgliło, lecz jedna cząstka, jak gdyby wskutek przeciągu, pozostała na boku, zdala od ognia.
Był to właśnie rożek z koroną, najlepszy dowód, jaki wymarzyć było można.
Łazarz obrzucił wtedy zadowolonem spojrzeniem miejsce, gdzie dramat się odegrał.
Według cynicznie bezczelnego żartu geometry, który otrząsnął się już ze swego lęku, „robota była czysto wykonana“.
Stara panna sztywniała, leżąc na brzuchu na kamiennej, pełnej kurzu podłodze kuchennej, ze skórzanym rzemieniem na szyi.
Łazarz wsunął w jedną z kieszeni zmarłej papier, złożony we czworo.
Był to dokument, przysłany przez Fulgentego, dla dopełnienia zdruzgotania jego ofiary.
Później się dowiemy o jego zawartości.
Zresztą żadnego śladu walki w mieszkaniu.
Miernik otworzył drzwi i wyjrzał przez nie na dwór.
Wszędzie wokoło jednostajna cisza.
Kuc, ukryty w zaroślach, oznajmiał swoją obecność, lekkiem rżeniem wzywając swego pana.
W dali, pies Riboust’ów wył nieustannie, nudząc się, uwiązany na łańcuchu, a zgóry, stara Rozalia wołała skrzeczącym swoim głosem, coraz bardziej zirytowanym i żałośnym:
— Angelo!
Łazarz i miernik dwukrotnie wykradali się z domu, wynosząc pieniądze.
Skoro wszystko było wyniesione, wrócili i zamknęli drzwi za sobą.
Sprawa była skończona.
Dom zapadł znowu w ciszę i ciemność.
Ale wypadało umieścić łup w bezpiecznem miejscu.
Gdzież mogłoby być bezpieczniej, jak u bogacza, barona Raynaud?
Jakżeby kto mógł posądzać kogokolwiek w tej wspaniałej posiadłości, w której odbywały się ciągle rauty i przyjęcia?
Czyż nie była ta miejscowość nienaruszona, własność potężnego finansisty, do której nawet policya wejśćby się nie ośmieliła?
Złożyli swoje brzemię szacowne w rodzaj juki umieszczonej na grzbiecie zwierzęcia, które służyło zazwyczaj za wierzchowca rządcy Combiers i puścili się w drogę z przezornością przemytników, kroczących po ścieżce pełnej żandarmów.
Skręcili pomiędzy liście gęstwiny i opuszczone zrębowiska; jeden zawsze szedł przodem o kilka kroków, rozglądając się i pokazując drogę.
Nareszcie ujrzeli przed sobą faliste masy wysokich drzew Combiers i wkrótce znaleźli się w parku, który jedynie rów głęboki dzieli od drogi.
Byli uratowani.
Pozostawało tylko prześlizgnąć się po pod drzwiami, aż do pawilonu intendenta, który sami tylko zajmowali.
Szkapa została odprowadzona do stajni, wory wyładowane i ukryte starannie.
Za chwilę, wielki ogień zapłonął na kominku pokoju Łazarza.
Deszcz padał coraz większy i zmuszał nawet kłusowników do pozostania w domu.
Łachmany służące do przebrania dwóch spólników zostały w popiół obrócone.
O trzeciej rano mogli już położyć się do łóżka i zasnąć z zadowoleniem spełnionego obowiązku.
Nikt nie podejrzywał ich nocnej wyprawy.
Noc minęła cicha i spokojna, a gdy dzień wrócił, chmury się rozpierzchły. Poranny wiatr pędził przed sobą resztki mgły, a deszcz pozostały na gałęziach drzew i reszcie pożółkłych liści w formie błyszczących kropelek, opadał z chrzęstem na piaski alei.
Nic nie dawało do poznania, że jakaś katastrofa zaszła w pobliżu.
Ogrodnicy, z grabiami i motykami na ramieniu, szli ciężkim krokiem do swojej codziennej pracy.
Strażnicy leśni i polowi, ze strzelbą na ramieniu i blachą na piersiach, udawali się na swoje stanowiska.
Mikołaj Cabirol z nowym zapałem stawiał swoje tyczki i rozwijał swój plan, który przed wykonaniem miał być przede wszystkiem przedstawiony właścicielowi do aprobaty.
Łazarz Pidoux ze swojej strony, wysyłał do zacnego swego opiekuna zagadkowe sprawozdanie:
„Miejsce, które panu zawdzięczam, jest wyborne i może pan być spokojny co do przyszłości. Wszystko dobrze idzie.
„Dziękuję panu za rady; ciągnę z nich korzyść i zaszczyt mi przynoszą; główna rzecz zrobiona“.
Nowiny na wsi rozpowszechniają się z nadzwyczajną szybkością; nawet bez telegrafu.
Najprzód Marta przyszła odwiedzić swego kochanka w chwili, gdy był w biurze, zajęty zestawianiem rachunków.
Wyglądała czegoś nienaturalnie przejęta.
— Nie widziałem ciebie wczoraj wieczorem — rzekł Łazarz.
— Byłam u mego ojca, w Orgères.
— Widziałaś dziecko?
— Tak. Czasami przychodzi mi zachcianka i lecę jak szalona na fermę.
— To całkiem naturalne — odrzekł Łazarz obojętnie. — Matka!
— Ale gdy wracałam lasem, usłyszałam...
Rządca spojrzał na nią bacznie, ukradkiem.
Czyżby przypadek źle mu się przysłużył?
Wystarczało nieraz nic nieznaczącej okoliczności, aby w niwecz obrócić najdokłaniej obmyślane plany.
— Cóż dalej? — spytał z zaschniętem gardłem, zajmując się pozornie swoimi rachunkami, aby ukryć zmieszanie.
— Przechodziłam obok domu starej panny...
— O której godzinie?
— Było około jedenastej.
— I cóż więcej?
— Usłyszałam krzyk straszny...
Łazarz pobladł jak ściana, ale nikt nie mógł się domyślać, co w nim się działo.
Pisał z podwójnym zapałem, pochylony nad regestrami.
— Zdawało ci się... — bąknął.
— Och! — zawołała. — Wcale nie! Nie jestem głucha, a wśród nocy... Byłam przerażona... Stałam oparta o drzewo. Ciemno było, jak w kotle... Zdawało mi się, że słyszałam rżenie konia w zaroślach...
— A potem?...
— Potem, ponieważ znowu było cicho, odeszłam bardzo prędko; ale na każdym kroku musiałam się zatrzymywać. Strach!... Więcej, niż trzy godziny zabrał mi powrót.
— A dalej co jeszcze? — rzekł znowu Łazarz z niecierpliwością.
— Wróciłam do pałacu i nie ośmieliłabym się wyjść znowu. Ten krzyk mnie prześladował. Było to tak, jak gdyby ktoś panią mordował.
— To dziwne — szepnął Łazarz. — Masz przecie rozum, a to, co mówisz, jest niemożliwe!...
— To jest prawda! — upierała się.
— Konia przecie nie widziałaś?...
— Noc była za ciemna.
— Trzeba było przyjść do mnie po swoim powrocie....
I dodał, ujmując jej ręce:
— Czekałem na ciebie.
Uspakajał się. Był to przeciwnie, jeszcze jeden dowód obciążający nieszczęśliwego, którego chciał zgubić.
Wyszedł z domu i zbliżył się do robotników, którzy pomagali mierniczemu.
— Marta ładne rzeczy mi opowiadała — rzekł. — Zawsze sobie myślałem, że nieszczęście zdarzy się skąpicy z Orgères.
W południe, listonosz przyszedł w chwili, gdy siadano do stołu.
Ci ludzie mają dobry węch, który ich sprowadza w stosownej porze do dolnej kuchni.
— Wiecie państwo nowinę? — rzekł.
— Co takiego?
— Panna de Marcilles została uduszona tej nocy.
Okrzyk zgrozy rozległ się w kuchni.
Oblicze rządcy wyrażało głębokie politowanie. A Mikołaj Cabirol, miernik, podniósł obie ręce do sufitu.
— W tak spokojnej okolicy! Czy to możliwe? — zawołał.
To było prawdą. On o tem wiedział lepiej, niż ktokolwiek inny.
Hrabia Jan wyszedłszy z Orgères był w szczęśliwem położeniu człowieka, który zamiast przepaści otwierającej się przed jego stopami, widzi ukazującą się łąkę pełną kwiatów.
Porównanie jest stare, zużyte, ale słuszne.
Nie wierzył własnym oczom i zadawał sobie pytanie, czy śni, będąc igraszką jednego z tych marzeń ironicznych, które pierzchają w chwili, gdy się jest pewnym, że szczęście się osiągnęło.
Gdy koń jego kroczył po drodze do Marcilles, ważył w ręku worki złota, które przedstawiały dla niego honor odzyskany, dobrobyt, rękojmię na przyszłość.
Była to nagła zmiana, która dokonywała się w jego egzystencyi.
Nauczony gorzkiem doświadczeniem, obiecywał sobie, że odtąd stanie się przezorny.
Cóż mu było ostatecznie do szczęścia potrzeba?
Jednego z owych domów skromnego filozofa, w którym ma się prawo oddychać spokojnie, i uśmiechu tej ubóstwianej kobiety, która mu zastąpi wszystkie skarby świata i wystarczy na całe życie.
Czy potrzebował gonić za majątkiem? Jakież dobra światowe mogłyby mu zastąpić ów spokój serca, ową pogodę, którą zmącił starając się pozyskać majątek, z którym nie wiedział co robić?
Są to uwagi, które przychodzą każdemu z nas, po największej części za późno, skoro klęska spowodowana naszą nieudolnością, śmiałością lub nieprzezornością, jest niedonagrodzenia.
Hrabia był szczęśliwszy, gdyż mógł jaszcze polepszyć swoje interesy.
Dobra wróżka przyszła mu z pomocą.
To też serce mu się podnosiło w łonie na myśl o szczęściu, które wniesie do domu.
Dwa worki złota, otrzymane od ciotki, były ciężkie, ale nie czuł ich ciężaru w silnych swoich rękach.
Przejeżdżał przez te pola odzyskane, te lasy pełne wspomnień młodości, które mógł teraz zachować, aby obnosić pomiędzy nie swoje szczęście i miłość młodą i silną, nie czuł deszczu, który padał, wiatru, który go smagał po twarzy i oddychał pełną piersią.
Gdy wrócił do stajen pałacowych, słudzy jego spali na swoich łóżkach po rogach stajni.
Nie budził ich.
Sam przywiązał białego konia do żłobu, sporządził mu z pomocą wideł legowisko ze słomy i zabierając swoje szacowne brzemię, szybkim krokiem skierował się w stronę pałacu.
Światło połyskiwało z okien jego pokoju; cień rysował się na pół odchylonych firankach.
Hrabina, zaniepokojona, czekała na niego.
— Gdzie byłeś? — spytała.
Uśmiechnął się do niej i w swojej radości, rzucił oba worki na posadzkę i objął ją ramionami.
W workach pieniądze zabrzęczały.
— Uratowani! — zawołał.
— Co to jest? — spytała, uwalniając się.
— To? to jest swoboda, dobrobyt, szczęście! to są pieniądze, których nam brakowało!
— Nie rozumiem.... — odrzekła, niedowierzając.
— Zaraz wszystkiego się dowiesz.
I zaczął jej opowiadać wszystko co zaszło, spotkanie wieśniaka w chwili, gdy z domu wychodził, rozkaz przybycia do Orgères, gdzie jego ciotka miała być bliską śmierci, swoją jazdę, pomyłkę popełnioną prawdopodobnie przez posłańca, ale cóż to szkodzi, jeżeli wizyta jego miała tak szczęśliwy skutek? Ciotka przyjęła go z dobrocią, której się u niej nie spodziewał i której dowodów brakło do tej pory. Ale się nawróciła, opamiętała, czy to nie było główną rzeczą?
I powtarzał ostatnie słowa, tak pełne uprzejmości, któremi stara panna go żegnała:
— Ty wrócisz, Janie, ty wrócisz?
Hrabina z trudem uwierzyć mogła temu nagłemu szczęściu, które spadło na nich jak burza.
Stała wyprostowana obok męża, który usiadł przy stole i wypróżniał jeden worek, aby przeliczyć jego zawartość.
Naturalnie, że nie wątpiła w niego.
Obawiałaby się obrazić Boga, który uczynił go tak dobrym, słodkim, uczciwym, ale ten nagły majątek ją przytłaczał.
Widziała w nim coś, czego sobie wytłumaczyć nie mogła.
Tak samo, jak hrabia Jan, gdy opuszczał Orgères, zdawało jej się, że śni.
— I ty znasz tego posłańca? — spytała machinalnie, jakby pragnąc uchylić zarzuty, które narzucały się jej w umyśle.
— Ja? odrzekł z roztargnieniem, układając pieniądze w kolumny.
— Tak.
— Nie widziałam go dobrze. Noc była bardzo ciemna, a pod drzewami... rozumiesz...
— Ale któż to był, ostatecznie?
— Jeden z synów ojca Riboust, wiesz dobrze, dzierżawcy mojej ciotki z La Brousse.
— Ach!
— Nigdy go dotychczas nie spotkałem.
— To dziwne!
Hrabina zamilkła.
Słychać było tylko dźwięk pieniędzy, układanych na stole.
— Jest czterdzieści tysięcy franków – rzek hrabia Jan. — I zapewne tak samo w drugim worku. Ładny pieniądz. Jest czem poprawić sytuacyę... prowizorycznie.
— Więc panna de Marcilles to wszystko ci dała? — spytała młoda kobieta.
— Wszystko. I w jaki sposób! Ach! bardzo ją zapoznawałem! ja, który myślałem, że ona ma serce twarde, jak kamień! Byliśmy wobec niej nadto dumni. Starzy ludzie lubią być pieszczeni, pochlebiani. Przez delikatność nie chcieliśmy jej o nic prosić. Trzeba było przyznać się jej do naszych kłopotów.
— I zrobiłeś to, Janie?
— Tak, bo mnie pytała, wyciągała ze mnie słówko po słówku! Wtedy, cóż miałem robić? Wszystko jej wyznałem odrazu, bez ogródek....
— Ale tyle pieniędzy!
— Posiada ich jeszcze więcej! Gdybyś wiedziała!
I dodał żartobliwie:
— Tyle jest tego, że nie mógłbym unieść naraz. Musiałbym wracać z dziesięć razy. W każdym razie mamy czem zaspokoić najpilniejszych wierzycieli. Poślę jutro do Leriche, tego komornika z Mayenne, który okazuje się najbardziej na nas zażarty.... Tak, jutro, zaraz zrana. I kto będzie zawstydzony? Spryciarz, który myślał, że jesteśmy zgubieni, zrujnowani.... i który nas wyzyskuje bez miłosierdzia.
— Cóż chcesz? — odrzekła hrabina zamyślona. — To jego rzemiosło!
— Pomóż mi — rzekł hrabia — chciałbym już skończyć.
Zaczęła liczyć złoto, ale brała je końcami palców, niedbale, jak gdyby czuła, że nieszczęście jej przyniesie.
A gdy skończyli:
— Gdybyśmy poszli spać? — rzekła tonem zmęczonym.
— Jak zechcesz; chyba nigdy lepiej spać nie będę. Zdaje mi się, jakbyśmy byli odrodzeni.
Był taki spokojny, rozpromieniony, tak wolny od wszelkiej troski, że ją to uspokoiło.
— Komu najprzód zapłacimy? — spytał.
Otoczyła mu szyję ramionami i w czoło go ucałowała.
— Chodź — rzekła — jutro o tem pomyślimy.
Wsunął złoto w workach do szuflady i poszedł do swego pokoju.
Zapewne, że byli tak samo niewinni oboje, jak byli młodzi, piękni, uśmiechnięci, a jednak, gdyby przewidywali, co ich czeka tego jutra, o którem mówili z projektami szczęścia i wytchnienia, uciekliby, gdzieby ich oczy poniosły, przejechali by morza raczej niż by mieli stawić czoło niebezpieczeństwu, które wisiało nad ich głowami.
Rano, gdy hrabina się obudziła, słońce już było wysoko na horyzoncie, a męża jej już w domu nie było.
Zmienił zdanie.
Zamiast posyłać do Mayenne, sam pojechał powozem, zawieść piętnaście tysięcy franków długu, panu Leriche.
Młoda kobieta nie miała powodu czuć się niezadowoloną, a jednak wstała ze ściśnionem sercem, jakby złem przeczuciem. Była ciągle pod wpływem jakichś przewidywań, niespokojna bez przyczyny, jak przed chorobą, której symptomaty czuć się już dają.
Zaledwie ośmielała się spojrzeć na kołyskę, w której mała jej córeczka jeszcze spała. Grunt, po którym stąpała, niepewny jej się wydawał, kroczyła po nim zwolna, ostrożnie, jak gdyby miał się otworzyć i pochłonąć ją w przepaści.
Bywają czasami takie chwile.
Jeśli przyjdą na kogo, trzeba się strzedz. Nieszczęście jest nie daleko.
Baron Raynaud dotrzymał słowa. Odjechał od dawna i wcale się hrabiną nie zajmował. Było to ulgą.
Czegoż więc miała się obawiać? Co jej grozić mogło? Zadawała sobie to pytanie daremnie i nigdy, nawet w największych kłopotach i zmartwieniach, jakie przechodzili, nie czuła się tak strasznie smutną. W końcu, otrząsnęła się i miała żal do siebie za tę słabość.
Poszła do szuflady, w której hrabia złożył swoje pieniądze. Klucz był w zamku. Popatrzyła na stos złota, około sześćdziesięciu tysięcy franków, które tam pozostały.
Mąż jej pozostawił notatkę, napisaną ołówkiem, wskazującą na co użył sumy, którą zabrał: „Dług u Leriche’a i inne, dwadzieścia tysięcy franków“.
Zeszła do ogrodu, przechadzała się dość długo, wypiła śniadanie i wróciła do swego pokoju. Chciałaby, żeby Jan wrócił, aby go znowu pytać.
Pomimo woli, niejasność tej sprawy ją przerażała. Prawieby wolała grożącą biedę wczorajszą niż obecne bogactwo. Ten nieznany posłaniec ją przerażał.... Było to zapewne niedorzecznością.
Mówiła to sobie, ale nie umiała się przekonać.
Około drugiej godziny, nie będąc zdolną do żadnego zajęcia, marzyła siedząc przy oknie, wychodzącem na gęstwinę bzów i akacyj, od strony ogrodu. Mała Gabryelka, córeczka jej, bawiła się u jej stóp, na dywanie.
Piękne ręce hrabiny, miękkie i białe, trzymając robotę, leżały na jej kolanach, gdy nagle, kilka słów wymienionych głosem cichym pod oknem, zwróciły jej uwagę.
Ogrodnik rozmawiał z kucharką przez okno w oficynie.
— Bardzo zła sprawa, Franciszko!
— I czy temu wierzycie, Saturninie?
— Wierze i nie wierzę. To pewne, że tak się stało, kiedy Riboust’owie przysłali do nas z zawiadomieniem. Właśnie młodsza córka, siostra Marty, która jest w Combiers, znalazła się, przynosząc jej mleko, jak codziennie. Posłano zawiadomić mera i dom jest strzeżony.
— To straszne! — zawołała kucharka.
— Zawsze wszyscy mówili, że ta beczka złota nie wyjdzie starej na zdrowie!
— Czy to możliwe?
— Uduszono ją rzemieniem skórzanym i leży wyciągnięta na ziemi, przed kominkiem.
Pani de Marcilles powstała ruchem automatycznym, blada jak trup, z drżącemi rękami, cała wstrząsana kurczowym spazmem.
Zęby jej dzwoniły.
Wielkie, ciemne oczy wpatrywały się w jeden punkt niewidzialny, olśnione, jakby w słońce patrzyły.
Rzeczywistość stawała przed nią bez osłonek, bez przygotowania, nieszczęście, którego się obawiała, które czuła od wczoraj. Było ono okropniejsze, bardziej druzgocące, niż wszystko, co przeczuć mogła.
A jednak, jej Jan ukochany, jej mąż, człowiek, którego ubóstwiała, którego szanowała nadewszystko w świecie, nie mógł być winny.
Nigdy nie ukrył przed nią żadnej swojej myśli i żadnego czynu.
Nigdy przed nią nie skłamał, nigdy!
Ogrodnik mówił dalej:
— Nie wiadomo, jak to pani powiedzieć. Nikt nie śmie się tego podjąć. Gdzie jest pan? Kto może to wiedzieć! i czy wróci! Osiodłał sobie konia wczoraj w nocy, gdy wszyscy słudzy już byli w domu. Powrócił dopiero około północy. Bartieu, który nie spał, patrzył się. Miał z sobą dwa worki, w których brzęczało... Wiecie, Franciszko, to wszystko wydaje się podejrzane! To nie jest jasne, a właściwie, mogłoby być nadto jasne! A oni byli w takich kłopotach, w pałacu!..
— To straszne, co mówicie!
— Pewnie! Ja nie wierzę, ale policya zechce wtrącić swój nos w tę sprawę i ba!...
Hrabina uderzona w samo serce, opadła na krzesło; ale zrobiła wysiłek, podniosła się jak na sprężynach i przechylając się przez okno:
— Saturninie! — zawołała.
— Pani?
— Czy syn Ribousta jest jeszcze?
— Tak, pani.
— Niechaj mi go przyszlą.
— Dobrze, pani.
— Wszystko słyszała! nieszczęście! — rzekł ogrodnik z żalem do kucharki.
Za chwilę później syn dzierżawcy La Brousse wchodził do gabinetu młodej kobiety.
— Nazywasz się?... — spytała.
— Cypryan Riboust, pani.
— Ilu was jest braci?
— Trzech, pani.
— Wszyscy mieszkają w La Brousse?
— Nie, pani. Jeden jest w służbie w Rennes u jednego sędziego. Najstarszy jest w wojsku. Ja jeden jestem w domu.
— I nie przysyłano ciebie z żadnem poleceniem do mego męża, wczoraj, wieczorem?— szeptała przejęta strasznem ściśnieniem serca.
— Nie, pani hrabino.
— Nie przychodziłeś.... do pałacu.... w nocy?...
— Nie, pani.
— A dzisiaj przychodzisz nas powiadomić....
— Ştraszne nieszczęście, pani hrabino.
— Że....
— Że panna de Marcilles została zamordowana tej nocy....
— Zamordowana?
— Przez złodziei.
Młoda kobieta bledsza niż płótno, pochwyciła ręką oparcie okna, aby nie upaść.
I mer ciebie przysyła? — dodała.
— Tak, pani hrabino, aby powiadomić pana hrabiego.... spadkobiercę — wyrzekł w złym zamiarze, który dotknął nieszczęśliwą, jakby zatrutą strzałą.
I dodał jeszcze:
— Mer kazał także uprzedzić sądy w Mayenne i Laval.
— Dobrze. Możesz odejść.
Hrabina Helena pozostała chwilę przybita, oszołomiona, nie mogąc z miejsca się ruszyć. Wtem, kroki się ozwały w kurytarzu i hrabia wszedł do pokoju.
Nie wiedział jeszcze o niczem.
Gdy przybył, służba się usunęła. Nikt nie ośmielił się oznajmić mu, co się dzieje.
Hrabina się nie wahała.
Porwała go za obie ręce i patrzyła mu prosto w oczy, aż do głębi.
— Co tobie jest? — spytał uderzony jej zachowaniem.
— A więc nie jeszcze nie wiesz?
— Co mam wiedzieć?
— Twoja ciotka została zamordowana tej nocy i okradziona! Okradziona, słyszysz, Janie?
— Czy podobna?
— Szczera prawda. I ty będziesz oskarżony!
— Ja?
— Ty!
Wskazała mu córkę.
— Przysięgnij mi na honor, na pamięć mojej matki, na twoje dziecko, że nie ty ją zabiłeś!
— Heleno! — krzyknął, odtrącając ją od siebie, oburzony.
Tyle było stanowczości w jego wyrazie, tyle zgrozy w ruchu, że rzuciła mu się w ramiona.
— Ach! — szepnęła — ja dobrze wiedziałam, że ty nie możesz być winny!
Mayenne nie sili się na pretensye stolicy. Jest to sobie tylko skromna podprefektura, ale posiada, jak każda inna, swój trybunał, sądy, a w tych czasach mogła się poszczycić, że ma w swoich murach doskonały typ urzędnika.
Może surowy, a bez zaprzeczenia ambitny i niezmordowanie czynny, zapobiegliwy, skoro tylko szło o wspinanie się po drabinie hierarchii, Cezaryusz Bazouges, miał lat trzydzieści ośm.
Był biedny, wątły, bez zarostu i chudy; przytem poznaczony silnie śladami przebytej ospy. W dodatku był sędzią śledczym.
Zamieszkiwał skromny domek mieszczański na przedmieściu, od strony Parigné i spędzał swój czas na pielęgnowaniu ogródka, przeklinając los, który mu nie zsyłał żadnej zbrodni na żer.
Zbrodnia, sensacyjna sprawa kryminalna: oto, o co błagał bogi litościwe!
Syn, któryby pokrajał własną matkę na kawałki, jakaś prowincyonalna Brinvilliers, trująca całe rodziny, młoda dziewczyna z najlepszego domu, gwałtem porwana przez uwodziciela, jednem słowem straszny jakiś dramat, który by dreszczem zgrozy przejął czułe dusze przynajmniej na jaki tydzień, oto co by mu przyniosło pełne zadowolenie.
A nieba słuchać go nie chciały!
Ta zbrodnia, piedestał jego przyszłej sławy, stopień do awansu, stanowczo była mu koniecznie potrzebna.
Co za ironia losu!
Być pożeranym gorączkową czynnością, newrozą — według dzisiejszego określenia — spraw kryminalnych i mieć do czynienia tylko z drobnymi wypadkami; marząc o Lacenaire i Troppmanie, a mieć pod ręką tylko złodziei królików, biednych wagabundów, rybaków, którzy się mylą co do kalendarzowej daty i kłusowników, którzy dali się złapać, strzelając do królików, to można palce sobie pogryźć z bezsilnej złości!
To też, Cezaryusz Bazouges nie przestawał się wściekać.
Gdy go widywano przechodzącego ulicami Mayenne, z cerą poznaczoną żółciowemi plamami, mówiono sobie:
— Sędzia śledczy cienko przędzie!
Na domiar nieszczęścia, był żonaty.
Żona, która wniosła mu bardzo niewielki posażek, należała do niezliczonej kategoryi tych, o których niema co mówić.
Nie była ani mała ani duża, ani piękna ani brzydka, ani brunetka ani blondynka, ani mądra ani głupia, ale za to zjadliwa, jak zmija, zazdrosna i zła, jak szatan.
Nic nie przesadzamy.
Nazajutrz po dramacie w Orgères, przyjemna ta osoba, będąca od samego rana na czatach, ujrzała przejeżdżającego hrabiego de Marcilles faetonem.
Hrabia Jan przyjechał w interesach i wiózł piętnaście tysięcy na spłacenie długu u Lariche’a.
Pani Bazouges z domu Klara-Atenais Pilache, zawołała swego męża.
Sędzia w domowym stroju, w popielatej flanelowej kurtce, wiszącej wolno na jego kościstej figurce i w pantalonach, wyrudziałych i pomiętych, nie wyglądał nader okazale.
Lisie jego, drobne i kańciaste oblicze, tworzyło tak uderzający a niekorzystny kontrast z hrabią Janem, powożącym końmi energicznemi rękami i z męską jego, życzliwą i otwartą twarzą, że żona sędziego usta zagryzła ze złości.
— Popatrz-no, Cezaryuszu — rzekła — jaki kurz robią ci ludzie! Myślałem, że są zrujnowani!
— Tak jest. Pozwy przychodzą codziennie do Marcilles. Mówią o licytacyi na przyszły miesiąc.
— Hrabina była zanadto dumna — wtrąciła Klara tonem drażniącej grzechotki. —
Trzeba będzie spuścić z tonu, piękna pani!
Sędzia wzruszył ramionami.
— Zawsze będą bogatsi od nas — mruknął.
— Z powodu?...
— Mają przecież garbatą w Orgères. Zapomni kiedyś obudzić się zrana, a są tam grosze...
— Nim słońce wejdzie!...
Klara przerwała sobie nagle.
Dwaj żandarmi ukazali się na koniach, które stąpały ciężkim krokiem po ulicy.
— Patrz twoi adjutanci, gwardya przyboczna, szpiedzy! — rzekła z wielką cierpkością. — Na nieszczęście, nie umieją nagonić zwierzyny.
Sędzia śledczy miał na ustach uśmiech gorzki, pełen zniechęcenia.
— Idą tutaj — dodał piskliwy głos małżonki.
Rzeczywiście, dwaj jeźdźcy, na swoich ciężkich wierzchowcach, skierowali się do niskiej bramy domu sędziego.
Młoda, rozczochrana i brudna służąca otworzyła bramę.
— Słówko od mera z Orgères, do pana Bazouges — rzekł starszy.
Sędzia pochylił się przez okno.
— O co chodzi, Maricon?
— Ważna sprawa, panie Bazouges.
Serce małego człowieka podskoczyło w ciasnej piersi.
— Ważna sprawa? — powtórzył niedowierzająco.
— Olbrzymia, panie Bazouges.
Żandarm na swoim koniu znajdował się prawie na tej samej wysokości co okno, ponieważ jedyne piętro w domu było dość niskie.
— Panna de Marcilles została zamordowana — rzekł.
— Kiedy? — spytał sędzia cały drżący z ciekawości.
— Tej nocy.
Oczy p. Bazouges zapaliły się prawdziwym ogniem radości.
Zbrodnia tak bardzo pożądana! Co za szczęśliwy przypadek!
— Trzeba uprzedzić prokuratora, pisarza — zaskomlał. — Biegnijcie, Maricol, lećcie, Murst! Po drodze, zobaczcie, czy doktor Marais jest w domu i zamówcie nam z urzędu porządny powóz w Tête-Noire. Ani minuty do stracenia. Baczność! I usta zamknięte!
Mały sędzia zamienił się w pakiet fajerwerków.
Skoro żandarm ze swoim podwładnym odjechali, rzucił się na szyję Klary, w wybuchu radości i zawołał:
— Zdaje mi się, że tym razem ją trzymam!
Swoją sprawę, wielką, sensacyjną sprawę, która w świetle go postawi i awans przyniesie!
Co za akta śledcze, wielkie nieba i jakimi argumentami, jakimi dowodami ją naszpikuje!
W kilka minut, ubrał się czarno, z białym krawatem; nałożył rękawiczki podejrzanej czystości i wązką głowę, na której włosy rzednieć poczynały, pokrył kapeluszem, którego połysk się zacierał.
Cezaryusz był już gotów do walki.
Umysł jego naprzód się zaostrzał, przygotowując sobie rozjaśnienie ciemnych punktów.
Gdy wychodził z domu rozgorączkowany i cały przejęty swoją misyą, wpadł na egzekutora Leriche, otyłego człowieka, który sam jeden swoją osobą całe „tillbury“ wypełniał.
Zazwyczaj urzędnik nie odzywał się do tego podrzędnego wykonawcy władzy, zadowalając się kiwnięciem mu głową protekcyjnie.
Tym razem, podniósł rękę do czoła, ogniska wszelkiego natchnienia i zawołał:
— Leriche proszę na jedno słówko!
— Na usługi pana! — odrzekł egzekutor, zatrzymując swój ekwipaż z tem większym pospiechem, że zawsze się obawiał jakiejś nagany za nadmierną gorliwość w wykonywaniu swoich czynności.
— Czy możesz mi pan powiedzieć, jak stoją interesa hrabiego de Marcilles?
— Bardzo chętnie. Poszukiwałem na nim długu Lenille, na zwrot którego nie chcę dłużej czekać.
— Wiem o tem.
— Zrobił mi bardzo miłą niespodziankę.
— Jakto?
— Płacąc wszystko od razu, kapitał, procenta i koszta.
— Jakimi pieniędzmi?
— Wspaniałą złotą monetą, nowymi ludwikami. Niema co mówić. Chyba znalazł kogoś, kto mu pożyczył. Ale to długo trwać nie może... chyba, że ciotka z Orgères dopomoże.
— Dziękuję.
Egzekutor popędził konia i pojechał zawieść swoje pozwy innym, ale w złym humorze rybaka, który łapał na wędkę szczupaka, a dostała mu się marna płotka.
Sędzia śledczy zanotował pospiesznie w swojej książeczce pierwszą uwagę:
„Wypłata piętnastu tysięcy franków długu Lenile u Leriche, dnia szóstego października, wczesnym rankiem, złotą monetą!“
— A jednak, gdyby to hrabia Jan de Marcilles popełnił tę zbrodnię — pomyślał — co za rozgłos! Co za tryumf!
I natychmiast, naturalnym biegiem rzeczy, zaczął sobie życzyć, aby hrabia Jan był winny.
W dziesięć minut później, wsiadając razem z prokuratorem i pisarzem trybunału do kolaski, datującej co najmniej z czasów Restauracyi, zawyrokował sobie, że trzeba, aby hrabia Jan był wystawiony pod pręgierz i przekonany, że spełnił zbrodnię.
Zadawał sobie nawet pytanie, czy nie wydać przeciw niemu rozkazu zaaresztowania.
Ale zatrzymała go tylko uwaga, że gdyby hrabia chciał uciec, nie byłby zaraz zrana przybył rzucić się w paszczę lwa, wypłacając piętnaście tysięcy franków Leriche’owi.
Użyczył mu więc wspaniałomyślnie swobody, aż do dalszych wypadków, ale już oskarżenie przybierało kształty w jego umyśle.
Prokurator z Mayenne, człowiek godny i miłego usposobienia, nie oskarżał nikogo, czekał. W gruncie rzeczy ta sprawa go nudziła. Zawadzała jego rozleniwieniu i zwyczajom. Zamożny i bez ambicyi, prócz tej, żeby zakończyć dni swoje w Mayenne, pełniąc urząd prezydenta, ten prokurator był jedynym w swoim rodzaju.
Co do pisarza trybunału, Atanazego Besnou, brata notaryusza rodziny de Marcilles, człowiek ten był zgnębiony.
Syn intendenta z Marcilles w czasach minionych wspaniałości, był całkowicie oddany hrabiemu Janowi, a mały sędzia bardzo zjadliwy, odzywał się od czasu do czasu z aluzyami, które go niepokoiły.
Atanazy Besnou uchodził za najłagodniejszego ze starych kawalerów i dotychczas, najmilszem jego zajęciem było wyrabianie zwierzątek i okręcików z papieru.
Cezaryusz Bazouges przynaglał furmana, podjudzał konie, wysyłał naprzód żandarmów, przyspieszając podróż przez ogołocone przestrzenie, pomiędzy Mayenne i Montaudin.
W chwili, gdy ekwipaż wiozący członków sądu, zbliżał się do Orgères, hrabia wrócił do domu. Nie wiedział jeszcze o gwałtownej śmierci swojej ciotki.
Wykrzyknik hrabiny go objaśnił.
W jednem mgnieniu oka ujrzał spisek, w który został omotany.
Fakta sprzysięgały się przeciw niemu z nieubłaganą logiką. Czuł w tem rękę potężnego wroga, genialnego łotra.
Kto nim był?
Któż mógł się znęcać nad rodziną zrujnowaną i tak strasznie dotkniętą niepowodzeniem, że wczoraj, w chwili, gdy ten spisek został w czyn wprowadzony, tylko litość budzić mogła, ponieważ nikt nie mógł przewidywać niespodziewanego odruchu serca tej zakamieniałej istoty z zakorzenionym egoizmem, która się nazywała panną de Marcilles?
Komu on sam zaszkodził, czy komu źle życzył?
W jakim celu znęcano się nad nim?
Pytanie, na które trudno, jeśli nie niepodobna było odpowiedzieć.
Jedyną jego nadzieją było odkrycie prawdziwego mordercy.
Niespodziewana wspaniałomyślność jego ciotki, grała w tej sprawie, razem z zamaskowanym wrogiem, rolę fatalną, która obala lub ułatwia wszystkie najbystrzejsze kombinacye.
A przecież, przeciw niemu się zwracała.
Szczodrobliwość zmarłej go przygnębiała.
Pieniądze, które mu dała, w chwili spóźnionego wybuchu serdeczności, były dla niego potępieniem.
Ale wkrótce odzyskał swoją energię.
Po chwili prostracyi, zrobił wysiłek i wrócił do równowagi.
Silny swoją niewinnością, zapatrywał się z większą zimną krwią na straszne niebezpieczeństwo, które spadło na niego.
Uciec, jeszcze było możliwe.
Zdawało się dość łatwą rzeczą wskoczyć na konia, galopem dolecieć do Cancale lub Saint-Malo, wynająć łódź rybacką, dotrzeć do Jersey, ztamtąd do Anglii i w świat.
Namiętny myśliwy, Jan de Marcilles zachował jeszcze kilka starych koni, których by podobna przejażdżka nie ździwiła.
Byłby to ratunek jego miłości.
Helena, która nie mogła być wplątana w oskarżenie, połączyłaby się z nim później i ukrywaliby się razem aż do dnia, w którym wszystkoby się uspokoiło, w którym mógłby się usprawiedliwić i wrócić do Francyi.
Lecz uciekać, czyż nie znaczyło to przyznać się do winy?
Wstyd, nawet chwilowy, wstrętnym był dla tej duszy dumnej i uczciwej.
Pragnął stawić czoło niebezpieczeństwu z pogodą czystego sumienia bez skazy.
Nie domyślał się, zresztą, rozmiarów brzemienia, które przytłoczyć go miało.
I Po krótkiej walce, kazał osiodłać sobie konia wśród lodowatego milczenia przerażonej służby i wracając do peronu, gdzie hrabina go czekała, ujął ją w ramiona razem z córką, trzymał je długo w uścisku, wziął chustkę wilgotną od łez, którą hrabina oczy sobie ocierała, wsunął ją do kieszeni, jak talizman, znalazł siłę uśmiechnąć się do niej po raz ostatni i puścił się galopem w drogę do Orgères.
Trybunał w tej samej chwili wysiadał z kocza, przechodził arkady mostu w ruinie i wchodził do mieszkania zmarłej, wokoło którego pięciu żandarmów straż trzymało, pod wodzą wachmistrza Maricat.
Nigdy jeszcze Cezaryusz Bazouges nie był na fecie podobnej.
Wszystko to było bardzo imponujące.
Wieśniacy zbiegając się ze wszystkich stron, zdejmowali czapki.
W sali, na dole, trup leżał na podłodze.
Niktby się nie ośmielił dotknąć nawet pajęczyny w tem mieszkaniu, w oczekiwaniu na władze; z wysokości pierwszego piętra, żałosny i złamany starością głos służącej, wołał ciągle:
— Angelino!
Na widok przybyłego w galopie białego konia, okrytego pianą, głuchy szmer przeleciał po tłumie wieśniaków.
Wyglądało to mniej więcej, jak gdyby ujrzano uznanego mordercę, przyłączającego się do krewnych, odprowadzających jego ofiarę na ostatni spoczynek.
Hrabia Jan mógłby być uderzony pospiechem, z jakim żandarmi odebrali od niego konia i widocznem staraniem, najlepiej mu znanych wieśniaków unikania pozdrowienia z jego strony.
Lecz był nadto stroskany, aby na to uważać.
Poznał Marilot, wachmistrza z Combiers.
Marilot nie raz bywał zapraszany na śniadanie do Marcilles, gdzie każdy był uprzejmie przyjmowany.
Był to człowiek łatwy, jowialny, ale obecnie zagryzał wąsy z widocznem zakłopotaniem.
— Czy można wejść? — spytał go hrabia.
— Nie wiem! Idź zobaczyć Huret — rozkazał jednemu ze swoich żandarmów.
— Kto tam jest? — dodał hrabia.
— Trybunał i całe zatrzęsienie.
— Z Mayenne?
— Tak. Prokurator, sędzia śledczy pan Bazouges, doktor Marais i pisarz trybunału: wszyscy!
I dodał tonem surowym, prawie grożnym:
— Bardzo smutna sprawa!
Powracający żandarm dał mu znak.
— Proszę iść — rzekł wachmistrz do hrabiego.
A do swoich ludzi:
— Spodziewam się, że może wejść — dodał, gdy hrabia się oddalił. — Ciekawość tylko, jakiemi drzwiami ztamtąd wyjdzie!
Hrabia przekroczył próg i zatrzymał się.
Zwłoki jego ciotki pokryte były prześcieradłem, pod którem odznaczały się chude i drobne jej członki, dziwacznie powykręcane.
Jan de Marcilles rzucił zasmucone spojrzenie pisarzowi, który przesyłał mu ukłon serdeczny, pełen współczucia.
Sędzia śledczy przeciwnie, zmierzył go okiem z tryumfalnym wyrazem i przerwał dyktowanie protokołu.
— W samą porę pan się zjawia — rzekł tonem pełnym zarozumiałości.
Dwaj żardarmi umieścili się u wejścia na most, po dwóch stronach drzwi.
Ich karabiny zabrzęczały o podłogę.
Widocznie rozkaz był z góry wydany.
Pan Bazouges wlepił swoje chytre oko, które miało być głębokie, w spokojną twarz prokuratora.
To przewrotne spojrzenie mówiło:
— A czy nie mówiłem? Czy nie dobrze poszło? Mamy w ręku zbrodnię i winowajcę!
Prokurator odpowiedział tylko lekkiem wzruszeniem ramion i ruchem ust, które mogło w ten sposób być zrozumiane:
— Jeżeli sam przychodzi do nas, to znaczy, że nie ma nic na sumieniu.
Mały sędzia zastukał z widocznem zniecierpliwieniem palcami po stoczonym przez robaki stole, na którym pisarz rozłożył swoje papiery.
Zaprzeczył by pan oczywistości — mruczał — nawet, że słońce świeci w samo południe.
Przekonanie jego utrwalało się według tego, jak chciał.
W przeciągu pół godziny zgromadził wszystkie dowody.
Pieścił je, haczykowatymi swymi palcami. Były tutaj, rozklasyfikowane w porządku, ponumerowane, wciągnięte w inwentarz; pognębiały ofiary szatańskich machinacyj Strauba.
Ach! ten Straub, ten policyant na żołdzie barona Raynaud, ta istota przewrotna, tajemnicza, działająca pod ziemią jak kret, znał on dobrze ludzi takich, jak mały Bazouges!
Wiedział czego im potrzeba, dosadnych, materyalnych dowodów, dowodów brutalnych, tych, które uderzają jak młotem w umysły sędziów, i pod którymi oskarżony ugina się, jak pod gruzami skał, walących się na niego.
Praca małżonka Klary Atenaïs Pituche była już zrobiona; pozostawało mu tylko ustroić się w pawie piórka tego sępa, Strauba.
— Ponieważ przypadek tutaj pana sprowadził — wyrzekł mały sędzia, unosząc z godnością swój ołówek w stronę hrabiego — przystąpimy do wstępnego badania. Proszę się zbliżyć.
— Czyż byłbym podejrzywany?...
— Zapewne pan w to nie wątpi.
— O taką zbrodnię?
Pan Bazouges wyrzucił z ust lodowatym tonem:
— Jesteś pan podejrzany o morderstwo!..
I z pełną pogardą, dokończył:
— I o kradzież!
Jan de Marcilles nie mógł powstrzymać odruchu oburzenia.
Postąpił krok i oczy mu zabłysły.
— Panie! — zawołał.
Wzrok jego był tak groźny, że mała, zjadliwa istota się przelękła.
— Żandarmi! — krzyknął.
Hrabia Jan uczynił ruch pogardliwy.
— Niechaj się pan nie boi — rzekł. — — Przedstawiasz prawo i z tego tytułu winienem panu szacunek i nie zapomnę o tem. Nie ma się pan czego obawiać.
— Chwała Bogu! — rzekł sędzia śledczy uspokojony. — Proszę wziąć pod uwagę, że nie moją jest winą, jeżeli wszystko pana oskarża, w tej smutnej sprawie.
— Wszystko?
— Tak, mój panie.
— Czyż to możliwe?
— Zdarza się zawsze chwila obłędu w zaniepokojonym mózgu zbrodniarza i w takiej chwili zapomina o najbardziej pierwotnych zasadach przezorności, koniecznych dla zabezpieczenia. To właśnie dopomaga nieubłaganej a bezinteresownej sprawiedliwości do wyszukania go i skazania, chociażby stał bardzo wysoko w klasie społecznej.
Cezaryusz Bazouges obrócił głowę w stronę prokuratora i pisarza, czekając na pochwałę.
Frazes jego stary, zużyty, zwietrzały z powodu wielokrotnego używania, wydawał mu się bardzo sprytny.
Prokurator pozostawał oziębły.
Pisarz według zwyczaju, składał w ręku kawałek papieru, któremu zamyślał nadać kształt wielkiego statku.
Pan Bazouges dodał, zwracając się do hrabiego Jana:
— Czy może mi pan powiedzieć, czem się pan zajmował wczorajszego wieczora?
— Bez wątpienia.
— Wiadome są panu fakta. Ciotka pana panna Angelina Sybilla de Marcilles, została zamordowana tej nocy.
— Dowiedziałem się o tem przed chwilą.
— Ciało jej jeszcze tutaj leży, obok pana.
Sędzia wskazywał na bezkształtną masę leżącą na ziemi tak, jak ją rano znaleziono.
— Zbrodnia, według zdania obecnego tutaj doktora Marais, musiała być spełniona pomiędzy jedenastą a dwunastą w nocy. Gdzie pan się wtedy znajdował?
— Wyszedłem z domu około dziesiątej. Człowiek, którego twarzy rozpoznać nie mogłem i który mi powiedział, że jest jednym z synów dzierżawcy Riboust, przystąpił do mnie w alei, zawiadamiając mnie, że panna de Marcilles czuje się bardzo źle i wzywa mnie, abym przyjechał jak najspieszniej. Sam osiodłałem konia, bo moi ludzie już spali i poleciałem do Orgères.
— Nie zaprzecza pan tej wizyty?
— Mówię całą prawdę.
— Ten człowiek, jeżeli istnieje, może być wyszukany.
— Przypuszczam. Istnieje, ponieważ z nim mówiłem.
— Poznałby go pan?
— Nie mogłem rozróżnić jego rysów.
— To co najmniej dziwne.
— Noc była za ciemna, szczególnie pod drzewami.
— Niech i tak będzie. Wyjaśni się ten punkt kiedy indziej. Jestem bezstronny.
Hrabia się skłonił.
— A skoro pan przyjechał na miejsce?... badał dalej sędzia.
— Moja ciotka była w swoim pokoju. Nie było żadnego światła. Zapukałem, otworzyła okno, dość zdziwiona moją spóźnioną wizytą. Zeszła do tej sali, gdzie mnie przyjęła. Sam byłem zdziwiony, bo spodziewałem się zastać ją chorą, otoczoną osobami, które by ją pielęgnowały, ponieważ jej stara służąca nie była zdolna do tego. Zrozumiałem natychmiast, że padłem ofiarą jakiejś machinacyi, albo po prostu nieporozumienia.
— Był pan w złych stosunkach z panną de Marcilles?
Nie sądzę, abym był z kimkolwiek w złych stosunkach. Tylko moja ciotka mogła być nieco zirytowana złym stanem moich interesów, a nie chcąc jej o nic prosić, rzadko ją odwiedzałem.
Sędzia rzucił baczne spojrzenie na hrabiego, a potem zapytał:
— Interesa pana są bardzo zawikłane?
— Jestem zrujnowany, nie waham się tego wyznać. Wszyscy o tem wiedzą. Mój honor nie jest dotknięty tą ruiną, która wypływa z różnych powodów.
— Jest pan nawet narażony na skargi?
To prawda. Miałem zamiar zdecydować się na zlikwidowanie wszystkiego i wystawienie swoich gruntów na licytacyę, aby uniknąć nieodzownej katastrofy.
— Cóż dalej?
Hrabia Jan opowiedział w kilku słowach o nagłej zmianie w usposobieniu ciotki i o tem, że go sama zaprowadziła do piwnicy i tam wręczyła mu dwa worki pieniędzy.
— Ach! zawołał pan Bazouges, co raz bardziej sarkastyczny — i ileż w nich się znajdowało?
— Ośmdziesiąt tysięcy franków.
— Ładny podarunek ze strony takiej skąpicy!
— Powiedziała mi, że dom jej jest pełen złota.
— Pan o tem nie wiedział?
— Wiedziałem, tak samo jak inni, z tego, co publicznie mówiono.
— Następnie?
— Obok tych worków, które zmusiła mnie przyjąć, znajdowało się jeszcze z pięć lub sześć tych samych rozmiarów i nie ukrywała przedemną, że pewną ich liczbę miała schowaną w pokojach, a może na strychach, nakazywała mi, abym wrócił, dając mi do zrozumienia z dobrocią, za którą zachowam jej wiekuistą wdzięczność, że zamierzała koniec położyć wszystkim moim kłopotom.
— I odjechałeś pan?...
— Około pół do jedenastej.
— Nic pan szczególnego nie zauważył wokoło domu?
— Nic.
— Nie dostrzegł pan żadnej podejrzanej osobistości?
— Nie.
— Żadnych włóczęgów?
— Żadnych.
— Słyszał pan, jak ciotka drzwi zamykała?
— Słyszałem. Jednak, odjeżdżałem właśnie w tej chwili na moim koniu, umieściwszy się na jego grzbiecie razem z pieniędzmi.
— Był pan bardzo zadowolony ze swojej wizyty?
— Bardzo. Ten powrót panny de Marcilles do lepszych uczuć względem nas, radością mnie napełniał.
Mały sędzia podrapał się w kark.
Temi dobrodusznemi pytaniami chciał uśpić nieufność ofiary, aby lepiej się radować później jej przygnębieniem, z powodu ciosów, które zamierzał mu zadać.
Było to bardzo politycznie i bardzo okrutnie.
— A zatem, masz pan zupełnie spokojne sumienie? — zapytał.
Hrabia Jan podniósł piękną swoją głowę i z jasnem i szczerem spojrzeniem, przed którem pan Bazouges spuścił mrugające swoje oczy:
— Tak samo, jakiebym miał pod ciosem gilotyny, panie, gdyby mnie skazano za zbrodnię, której nie jestem winny.
Nastało milczenie.
Prokurator był wzruszony. Pisarz położył pióro i przetarł chustką oczy.
Tortury zadawane przez tego kata o głowie tchórza temu wyniosłemu szlachcicowi, sprawiały mu nieopisaną mękę.
Cierpiał, z powodu tego wyrafinowanego badania, więcej jeszcze niż sam obwiniony.
Pan Bazouges zacisnął wązkie swoje usta i stukał po stole ołówkiem.
Czekał, aby to wzruszenie się uspokoiło.
— Co zrobiłeś pan z sumą wręczoną przez pannę de Marcilles? — zapytał wkońcu.
— Zwróciłem piętnaście tysięcy wraz z kosztami dziś rano panu Lariche w Mayenne i wyrównałem niektóre zaległe rachunki u dostawców.
— A reszta?
— Reszta jest w moim pokoju. Znajdzie się w mojem biurku wraz z notatką wskazującą, jaki użytek zrobiłem z tego, co brakuje.
Nie można było być bardziej szczerym.
Prokurator ukrył twarz w dłoniach.
Nie chciał wierzyć w winę tego człowieka, tak pełnego prostoty, szczerości i domyślał się niejasno jakiegoś spisku uknutego wokoło niego przez zręcznych zbrodniarzy.
Pisarz Atanazy Besnou, jeszcze silniej był przekonany o niewinności Jana de Marcilles, którego prawość znał od dawna, ale drżał z obawy o niego i czuł, że jest zgubiony.
Mały sędzia trzymał w rezerwie niezbite argumenta, tak jak pojedynkowicz sekretne ciosy, którymi chce walkę zakończyć.
— Przyznaję — rzekł — iż system pana, bardzo dowcipny, bez wątpienia, lecz pomimo wszelkiej życzliwości, jaką by się miało względem pana, bardzo jest trudny do przyjęcia. Opiera się na nieprawdopodobieństwie, graniczącem z absurdem. Ten nieznany posłaniec, którego znaleźć nie można, dogodne ciemności, które panu nie dozwoliły rysów jego rozpoznać i zwalniają pana od wymienienia jego nazwiska, ta wizyta nocna u osamotnionej krewnej, której pan dawno nie widział, pośpiech, z jakim pan puszcza się w drogę nie zawiadamiając swoich służących, dar, prawie niedouwierzenia tak znacznej sumy przez kobietę, która pana nie kochała, i której legendarne skąpstwo przechodziło wszelkie granice, zabójstwo wreszcie, spełnione w samą porę, aby pan mógł pieniądze uratować i zbiegające się dziwnie z rozpaczliwym stanem interesów pana, jest to tyleż zarzutów, które by wystarczyły, aby pana skazać... ale są jeszcze inne, dosadniejsze.
Oblicze hrabiego Jana zlekka pobladło, ale nie tracił panowania nad sobą.
Jednakże, dusza w nim zamierała.
Pojmował nieubłaganą logiczność faktów.
Sędzia przybrał najbardziej solenny ze swoich wyrazów i zwracając się do jednego żandarmów:
— Gironnet — rozkazał — podnieście zasłonę, która ukrywa rysy zmarłej.
Żandarm usłuchał.
Sędzia wpatrywał się w oblicze oskarżonego.
Cezaryusz Bazouges znał wszelkie arkana swojego zawodu.
Hrabia Jan ani okiem nie mrugnął.
Patrzył na zmienione rysy swojej mniemanej ofiary z powściąganem wzruszeniem, przykląkł obok niej, podniósł jedną z jej rąk i przyłożył do ust a potem, podnosząc się, zrobił znak krzyża i wrócił do poprzedniej swojej postawy, pełnej spokoju i godności osobistej.
— Proszę się pochylić i spojrzeć na szyję zmarłej — rozkazał sędzia.
— Dlaczego, mój panie?
— Czy zna pan rzemień, którym zabójca się posługiwał.
Hrabia pochylił się i pobladł.
— Ten rzemień pochodzi z pańskich stajni?
— Rzeczywiście.
— Jest naznaczony literami pana.
— To prawda.
— Jak pan sobie ten fakt tłumaczy?
— Wcale sobie nie tłumaczę. Dziwi mnie.
— To jeszcze nie wszystko.
— Cóż jest, więcej?
Sędzia wskazał mu szmatkę białego, bardzo cienkiego płótna. Na tym kawałku widać było koronę hrabiowską, prześlicznie wyhaftowaną.
— Do kogo należała ta chustka?
— Do mnie.
— Czy ten haft nie jest dziełem rąk hrabiny?
— Ma pan słuszność.
— Co pan mówi na tę okoliczność?
— Nic tego nie rozumiem.
— Musiano próbować zdławić krzyki ofiary pierwszym lepszym przedmiotem. Niepodobna o wszystkiem naprzód pomyśleć. Jest to rzecz, którą dawniej nazywano „palec Boży“, palec, który wskazuje winowajcę.
Sędzia stawał się coraz bardziej majestatyczny.
Wynosił się na sytuacyę jak na piedestał.
Czoło jego, lekko podłysiałe, wydawało się otoczone aureolą sławy.
To śledztwo szło z błyskawicznym pospiechem.
— Wspominał pan o życzliwości panny de Marcilles — dodał z surowością — a oto przedstawię panu formalne tego zaprzeczenie. Proszę słuchać. Zmarła sama panu odpowiada.
Rozwinął papier złożony we czworo.
Szczególna rzecz! Ten zmięty papier był taki sam, jak ten, który zmarła zawsze używała, papier pospolity, którego wszyscy znali i na rogu którego był napis banalny: Bath.
Zawierał tylko kilka wierszy pismem starej panny, lub tak dokładnie naśladowanem, że nie możnaby rozróżnić imitacyi od oryginału.
Słowa były straszne.
Był to testament nieformalny i bez wartości, ponieważ podpisu nie było, ale który przynajmniej stwierdzał nienawiść panny de Marcilles do jej spadkobierców.
Zaczynał się w ten sposób:
„To jest ostatnią moją wolą.
„Życzę sobie, aby moi siostrzeńcy nic nie otrzymali z mego spadku.
„Wydziedziczam ich, z powodu ich rozrzutności.
„Zapisuję wszystkie moje dobra szpitalom...“
— To pismo niedokończone — mówił dalej sędzia — dowodzi, do jakiego stopnia zbrodnia była potrzebna, aby panu zapewnić ten majątek. Co pan odpowiada na tyle niezbitych dowodów, pozwalam sobie zapytać?
Hrabia nie schylił głowy.
— Tylko to jedno — odrzekł — że gdybym był popełnił ten wstrętny występek, nie byłbym pozostawił po sobie dowodów, które z taką łatwością oskarżyć by mnie mogły, że nic w mojej przeszłości nie znalazłoby się takiego, co mogłoby kogoś upoważnić do zarzucenia mi takiej nikczemności i takiej głębokiej głupoty, że zamiast przyjechać konno, drogą przez wszystkich uczęszczaną, byłbym się ukrywał wśród nocy, że zamiast pokazywać moje pieniądze, byłbym je schował starannie, że zamiast zabierać je z sobą, byłbym je wziął w kilka dni później, jako naturalny spadkobierca, że wreszcie rzemień był wcale niepotrzebny, bo dla uduszenia biednej starej i chorej kobiety, nie potrzebowałbym uzdy pochodzącej z moich stajen, ani chustki z moim znakiem.
Ruchem mimowolnym ukazał panu Bazouges silne, czerwone swoje ręce.
Mały człowieczek, jakby uczuł ściśnięcie na własnej szyi i powściągnął się od wstrząśnienia.
— Powtarzam więc — mówił dalej hrabia Jan — że czuję w tej sprawie rękę jakiegoś wroga, który chce mnie zgubić. Słuchając pana, zadaję sobie pytanie, kim jest ten wróg, jaki jest powód jego nienawiści, jaki jego cel i nazwisko. Tego człowieka, jakim nie będzie mój los, poświęcę całe moje życie, aby go odkryć i jutro, czy za lat dwadzieścia, jeżeli Bóg pozwoli, odnajdę go.... A wtedy!...
Zatrzymał się.
Pan Bazouges wzruszył ramionami.
Atanazy Besnou, jego pisarz, rzucił mu dziwne spojrzenie.
Ten spokojny stary kawaler był tego samego zdania, co hrabia Jan.
Widział tego zamaskowanego wroga, jak działał w cieniu, odgadywał go, przeczuwał.
Ale kto to był?
A ten sędzia śledczy, który nie chciał nikogo słuchać i szedł błędną drogą chwytając pozornego winowajcę zamiast rzeczywistego, który mu się wymykał i którego spólnikiem się wydawał, stawał mu się wstrętny.
Prokurator zachowywał milczenie.
Wątpił.
Pan Bazouges wystąpił znowu na scenę.
— Jestem bezstronny — rzekł. — Przysięgli pomyślą o pańskiej obronie co zechcą.
Nie ja pana będę sądził. Znam tylko mój obowiązek, którym jest wydanie pana w ręce sprawiedliwości. Tak też zrobię. Żandarmi, aresztujcie pana de Marcilles..
Wachmistrz się zbliżył.
— Gdzie mnie zaprowadzicie? — spytał hrabia.
Sędzia odpowiedział:
— Do więzienia w Mayenne, prowizorycznie.
— Czy będę mógł zobaczyć się z hrabiną?
— Nie, ale może pan do niej napisać.
— Panowie — zwrócił się sędzia do swoich towarzyszy — oto sprawa na dobrej drodze. W przeciągu mniej niż dwudziestu czterech godzin po dokonanej zbrodni, winowajca aresztowany i olbrzymie dowody zebrane, to wystarcza.
— To nadto śmieszne — wyrzekł pisarz z dwuznacznym wyrazem.
Gdyby nie wstręt do mordu, byłby chętnie udusił Cezaryusza Bazouges, jak uduszono samotnicę z Orgères.
Pani de Marcilles, na kolanach w swoim pokoju, sama jedna tylko z córką, w ponurej ciszy, panującej w domu, modliła się za męża, za swego Jana ukochanego, na którego czekała z bijącem sercem.
Ale on nie miał wrócić do domu.
Jan de Marcilles do hrabiny Heleny.
„Przeczucia Ciebie nie myliły, droga moja, ukochana! Jesteśmy ofiarami jednego z najpiekielniejszych pomysłów, które kiedykolwiek zgubiły honor całej rodziny. Mam nadzieję, że cała rzecz się wyjaśni. Nie staraj się obecnie widzieć ze mną. Nie pragnę dla Ciebie poniżeń ani upokorzeń, któremi kazano by Ci zapłacić za to, że jesteś nadto piękną i czystą.
„Ucałuj naszą Gabryelkę za jej ojca i pamiętaj, że oddałbym za was ostatnią kroplę krwi mojej.
P. S. Co za cios dla Cezara, gdy dzienniki przyniosą mu tę straszną wiadomość.
„Napisz do niego, jeżeli masz odwagę“.
Jan de Marcilles do hrabiny Heleny.
„Stało się; jestem już przeniesiony do więzienia w Laval.
„Sprawa moja wejdzie na pierwszą kadencyę sędziów.
„Każdy dzień zbliża mnie do procesu i każdego dnia nadzieja coraz mniejsza.
„Pozwalają mi napisać do Ciebie, zawiadamiając mnie, że moje listy będą czytane przed wysłaniem na miejsce przeznaczenia.
„Nie mając nic do ukrywania piszę z całą swobodą, co myślę.
„Tylko o naszej miłości nie mogą z Tobą mówić. Ona nie życzy sobie pośrednika, a zresztą nasze dusze rozumieją się bez słów.
„Naprzód już czuję się potępiony i w sercu pozostają mi tylko dwa uczucia: moja miłość dla ciebie, która potęguje się z godziny na godzinę, podniecona rozłączeniem, pozbawiona twoich pocałunków, które nieopisaną radością serce mi przepełniały, do tego stopnia, że wolałbym nędzę z tobą, wygnanie, niż wszelkie dobra tego świata, gdybym musiał ciebie się wyrzec, aby je posiadać.
„Drugiem uczuciem, którem zatruta jest moja dusza i którego nie znałem dotychczas, jest nienawiść, lecz nienawiść na zimno, wyrezonowana, spokojna i cierpliwa do nieznajomego, który rzucił nas w to straszne nieszczęście i którego sędziowie nie chcą szukać razem ze mną.
„Ach! ci sędziowie! darmo przedstawiam im działalność tej tajemniczej ręki, która wszystko zrobiła, wskazując im sieć, usnutą z taką zręcznością, która powinna im być dowodem mojej niewinności, nie chcą mnie słuchać.
„Są głusi; mają to, czego im potrzeba, winowajcę. Inny zawadzałby im, kłopotu narobiłby im. Jestem pod ręką; trzymają mnie jak kozła ofiarnego tej zbrodni, o której nigdy nie myślałem.
„Raczej byłbym sobie rękę uciął, rozpłatał brzuch, jak samuray, niżbym się miał skarżyć, nawet wtedy, gdyby panna de Marcilles, siostra mego ojca, używając praw swoich, wydziedziczyła nas, a tymczasem zrzucają na mnie najnikczemniejszą zbrodnię, jaka kiedykolwiek popełnioną została.
„Co za umysł mógł wymyślić tak czarną intrygę?
„W jakim celu?
„Kim jest człowiek, który ją uskutecznił?
„Jest to zagadka, nad którą mój umysł nieustannie pracuje, idée fixe.
„Co ja mu zrobiłem?
„Nie przypominam sobie, żebym popełnił jaką niedelikatność lub niesprawiedliwość względem kogokolwiek. Mogę sobie oddać tę sprawiedliwość, że z natury byłem zawsze łagodny i niezaczepny, a nawet nadto słaby, ponieważ nasze pieniądze szły w znacznej części na uczynki miłosierdzia i na ratunek dla nieszczęśliwszych od nas.
„W jakiż więc sposób, czemu przyszło mu na myśl zhańbić nas i rozłączyć?
„Rozłączyć!
„Jakże często ten wyraz na usta mi wraca!
„Czyż nie jest to przede wszystkiem to, czego on sobie życzył?
„Ta myśl do szaleństwa by mnie doprowadzała, gdybym nie wiedział, jakie skarby miłości i poświęcenia w twojem sercu się mieszczą i do jakiego stopnia nasze dusze są zespolone!
„Gdyby mi przyszło uwierzyć, że ty mogłabyś o mnie kiedy zapomnieć, roztrzaskałbym sobie czaszkę o mury więzienia.
„Ale to niemożliwe i pomimo mojej bezsilności, pomimo, że jestem więźniem, śmieję się z tych usiłowań.
„Ja tego człowieka nienawidzę, Heleno, przeklinam go!
„Dałbym dziesięć lat mego życia, aby go znać przynajmniej!
„Ten człowiek istnieje! Prosty przypadek nie jest w stanie nagromadzić tych dowodów przeciw nieszczęśliwemu.
„Ten człowiek jest nie tylko złodziejem.
„Złodziej, nie byłby pozostawił w Orgères wszystkiego złota, które policya znalazła, to daje powód temu Bazouges do sztyletowania mnie tym argumentem, że ja sam tylko nie miałem żadnego interesu do zabierania z domu mojej ciotki tego, co miało mi się dostać, jako spadkobiercy.
„Zwykły rzezimieszek byłby wszystko zabrał.
„I cóż? ja jestem uwięziony, gdy ten człowiek tajemniczy przechadza się w słońcu, używa swobody i wydaje mu się, że jest kryty przed niebezpieczeństwem, ale przysięgam przed Bogiem! Przysięgam na głowę naszej Gabryelki, na miłość, jaką mam dla ciebie, na nazwisko, które noszę i które on kala w hańbie publicznego procesu, że się zemszczę! Ja mu zadam cios, gdy na mnie przyjdzie kolej, w serce jego serca, aż do szaleństwa, aż do śmierci!
„Kiedy to nastąpi? Nie wiem. W jaki sposób? Także nie mam pojęcia.
„Lecz sprawiedliwość u góry winna mi ten odwet.
„I czuję, że mi go nie odmówi.
„Porzućmy te smutne żale.
„Mówmy o tobie.
„Co ty robisz? Co z tobą się dzieje?
„Jest to dla mnie torturą, bez miary nie wiedzieć o tem.
„Z mego więzienia — pisał dalej hr. stając na jednym z krzeseł, które posiadam, widzę, przez kraty, bieg rzeki Mayenne i ludzi, którzy chodzą w swoich interesach.
„Parę dni temu, miałem chwilę wielkiego wzruszenia.
„Zdawało mi się, że ciebie widzę, opartą o parapet, z oczami utkwionemi w ciemne mury starego zamku, jakbyś chciała przeniknąć je swoim wzrokiem.
„Stałem zdyszany wobec tego zjawiska, drżąc, aby nie zniknęło.
„Tak, to byłaś ty na prawdę, moja Heleno ubóstwiana!
„Któż inny mógłby się interesować moim losem?
„Stałaś nieruchoma, obojętna na pogardę, a może drwiny przechodniów.
„Moja dusza wyrywała się do ciebie w przestrzeni, przeklinając surowość dozorców, którzy bronili Ci wstępu do mego więzienia, jak gdybym był już nie oskarżonym, ale skazanym!
„Łzy bolu i wściekłości wzrok mi przysłaniały.
„Gdy je otarłem, zmrok zapadał; mgła unosiła się nad rzeką. Widziałem, jak oddalałaś się powolnym krokiem i patrzyłem za Tobą, aż zniknęłaś w cieniach, pozostawiając mnie w zgnębieniu.
„Mojej duszy już przy mnie nie było; towarzyszyła Ci tam i serce moje się rozdzierało.
„Bądź błogosławiona Ty, która zachowałaś swoją wiarę i miłość w tak ciężkich przejściach, gdy tylu innych wątpi, wprowadzonych w zamieszanie z powodu pozorów i dowodów, które nikczemna ręka gromadzi na moją głowę!
„Na szczęście, męka oczekiwania jest bliską końca.
„Sądzę, że zebrali już więcej, niż trzeba środków, aby mnie zgubić.
„Kadencya listopadowa bliska.
„Wtedy nasz los się rozstrzygnie.
„Myśl o mnie.
„Kocham ciebie! kocham!
Jan de Marcilles do hrabiny Heleny.
„Nie miałem więcej szczęścia. Nie ujrzałem już ciebie, Heleno ukochana! A przecież ten widok był prawdziwem szczęściem dla mnie.
„Gdy ciebie tak wyglądam, daremnie, zdaje mi się, że coś zrywa się w mojej piersi.
„Co chwila pytam się, gdzie ty jesteś, co robisz i widzę biedne twoje oczy zmęczone łzami, obracające się w ten punkt ciemny, gdzie najsroższą moją katuszą jest, że nie mogę patrzeć na ciebie, uścisnąć ciebie w ramionach.
Wtedy, przychodzą na mnie chwile wściekłości, targam prętami tej klatki, wobec których bezsilnym się czuję; mówię sobie, że podpaliłbym miasto, gdybym mógł, aby tylko dostać się do ciebie.
„Jacy oni okrutni, że zamykają drzwi tej celi przed tobą! Czego się obawiają? Na co tyle surowości?
„Prosiłem wczoraj prokuratora o pozwolenie widzenia się z tobą, choćby na chwile, odmówił mi.
„Aby usprawiedliwić tę surowość, odrzekł mi bez bliższych wyjaśnień:
„— Mam rozkaz!
„Rozkaz? od kogo?
„Widuję jeszcze czasami pana Bazouges, pomimo, że śledztwo ukończone i akta już przeszły w inne ręce.
„Nie umiałbym określić wrażenia, które na mnie czyni.
„Jesto stworzenie przebiegłe, chytre, czasami obrzydliwe, a zawsze bezlitosne.
„Jednakże nie czuję do niego żadnego żalu.
„Pan Bazouges spełnia swoje rzemiosło.
„Trzeba mu było dla własnego interesu, dla honoru urzędnika, dla ambicyi, znaleźć winowajcę.
„Byłby w rozpaczy, gdyby w tem polowaniu na winnego nikogo nie znalazł.
„Znalazłem się pod jego ręką, jak zwierzyna wskazana przez los i porwał się na mnie z zapałem.
„Zrobił ze mną to, co czyni myśliwy z rannym zającem. Wsadził mnie do swojej torby i przyniósł mnie do domu.
„Nie mam mu tego za złe.
„Przeciwnie, nabył prawa do mojej wdzięczności, za sposób, w jaki znalazł się wobec ciebie.
„Badał ciebie z grzecznością; osądził ze szczerości twoich zeznań, że byłaś obcą okrutnym projektom, których nie miałem i pozostawił ciebie na swobodzie.
„Od niego czerpię te szczegóły.
„Jakżebym cierpiał, wiedząc, że jesteś narażona na tysiące upokorzeń, które znoszę!
„Błogosławię pana Bazouges, że ci ich oszczędził.
„Ten sędzia, zresztą, może jest dobrej wiary. Pozory go mylą.
„Trzebaby wyjątkowej inteligencyi, węchu kłusownika, aby znaleźć ślad tego subtelnego nieznajomego, o którym myśl spokoju mi nie daje i który wypuścił za mną swoją sforę z taką przebiegłością.
„Nawet mój adwokat nie ma zaufania.
„Znasz go; jest to szanowny pan de La Jarriere, człowiek uczciwy, poważany w całej okolicy.
„Domyślam się jego przekonań, z różnych powściągliwości, z litośnych uśmiechów, gdy mu przedstawiam moje plany środków obrony.
„Potrząsa głową i mówi:
„— Dowód!
„Ale jest zadowolony. Obiecuje sobie piękne efekty oratorskie i ogromny sukces osobisty, tak jak chirurdzy, którzy zabijają chorego w ciągu wspaniałej operacyi.
„Lecz ja, jestem zgubiony. To nie ulega wątpliwości.
„Czy wiesz, co mi wczoraj powiedział?
„— Niech pan się nie obawia o swoją głowę; uratujemy ją.
„I dodał nie bez zarozumiałości:
„— Odpowiadam za to.
„Podobno, że świadkowie są pognębiający.
„Nawet ta żmija, Marta Ribourt, garderobiana z Combiers, która oświadcza, że słyszała krzyk mojej ciotki, właśnie w chwili, gdy byłem w Orgères i widziała mego konia, przywiązanego w krzakach.
„Czy widziała i słyszała, nie wie na pewne, bo była bardzo przerażona, ale jest pewna, że był koń.
„Mój koń był przywiązany obok drzwi w Orgères, przy drodze.
„Ale jakże wątpić w słowa dziewczyny, która nie obawia się nawet wyznać, przez poszanowanie prawdy, swojej hańby?
„Wyznaje, że chodziła odwiedzić swoje — słyszysz, dziecko? — które wychowuje w tajemnicy u swego ojca, w la Brousse i wracając ztamtąd przypadkiem po pod domem ciotki, krzyk ten słyszała.
„Wtedy uciekła.
„Myślała, że mordują obie kobiety.
„Świadectwo jej jest rozstrzygające, jak twierdzi pan de La Jacrière.
„Co jest prawdą w tem wszystkiem?
„Czy ta dziewczyna kłamie, czy rzeczywiście widziała i słyszała?
„Czy prawdziwy zabójca miał innego konia, ukrytego w lesie?
„Co za zamieszanie!
„Albo może była w zmowie z bandytami, którzy nas pognębiają?
„Ta dziewczyna jest w służbie u barona Raynaud!
„Czemu to nazwisko tak często plącze mi się w pamięci?
„Co może być wspólnego pomiędzy mną a nim?
„Zdawało mi się czasami, że rzucał w twoją stronę ogniste spojrzenia; ale uważam, że stoisz tak wysoko po nad wszelkie podejrzenia, iż odrzucam podobne myśli, skoro wracają, z głuchym gniewem przeciw sobie samemu.
„Czy masz wiadomości od mego brata?
„Gdyby on także przypuszczał, że jestem winny, byłby to cios ostateczny!
„Zdaje mi się, że jestem odważny, ale ta myśl sama o dreszcz mnie przyprawia.
„Żegnam Ciebie, biedna moja Heleno! Byłem taki uradowany, wracając z Orgères! Ktoby mógł się spodziewać podobnego jutra?...
„Całuję Was z rozpaczą.
Wicehrabia Cezar de Marcilles do hrabiego de Marcilles, w więzieniu w Laval,
Byłem zdala od Francyi podczas wypadku, który gubi nas obu.
„Wysłany w pewnej misyi do Rossyi, w Petersburgu doszła mnie ta straszna wiadomość.
„Najprzód przez dzienniki!
„Następnie, z listu Heleny.
„Nadto ją kochałeś. Pragnąłeś widzieć ją otoczoną zbytkiem i bałeś się dla niej niedostatku.
„Ta kobieta była twoim złym geniuszem.
„Nigdy już widzieć jej nie chcę! Podałem się do dymisyi przez ministra i pierwszym moim odruchem było w łeb sobie palnąć.
„Czemu tego nie zrobiłem?
„Może przez tchórzostwo.
„Moja karyera jest skończona i nie wiem gdzie ukryć hańbę, która odtąd przywiązana będzie do naszego nazwiska.
„Pomimo zarzutów, które ciążą na tobie, możliwe, że jesteś niewinny i że obrona twoja zwycięży.
„Będę więc czekał na wyrok, a potem postanowię, co mam czynić; lecz jakiby nie był wynik, chyba, żeby znalazł się prawdziwy winowajca, nasz honor jest stracony i jedynie tylko wygnanie może mi oszczędzić obelg i pogardy świata.
„Tobie zawdzięczam ten wstyd.
— Pozostaję tutaj tymczasowo. Nikt mnie tu nie zna.
„Nie potrzebujesz pisać do mnie.
„Po wydaniu wyroku ustalę się gdzieś za granicą, może w Szwajcaryi, jak banita, lub w Ameryce jak zbrodniarz, który próbują uciec przed sprawiedliwością.
„Co do majątku mojej ciotki, nie chcę z niego ani grosza.
„Dzięki tej bezinteresowności, może uchylę podejrzenia, że maczałem rękę w zbrodni, której korzyści odrzucam.
„Polecę braciom Besnou, mym przyjaciołom lat pomyślnych, uregulowanie moich interesów i nikt już o mnie nic słyszeć nie będzie.
„Umarły dla honoru jestem umarły dla świata.
„Żegnam ciebie, Janie.
„Przeklinałbym ciebie, gdybym nie wiedział, jak jesteś nieszczęśliwy.
Hrabia Jan do hrabiny Heleny:
„Od chwili, jak jestem pod kluczem, otrzymałem tylko jeden list od istot, na których skupia się całe moje uczucie.
„Ten list jest od Cezara.
„Bez wątpienia, gdyby mi pozostawało nieco odwagi wobec przeciwności, które mnie zabijają, ten list byłby mi resztę odebrał.
„A więc on także nie wysłuchawszy mnie, nie widząc się ze mną, potępia nas oboje!
„Mój brat! Cezar!
„Gdy piszę te słowa, zimny pot na czoło mi występuje.
„Gdybyś ty także, Heleno!::;
„Zatrzymają się, a jednak, kto wie?
„Może to jest powodem twego milczenia.
„Jestem przykuty do tego więzienia, siedzę jak w grobie, w którym nawet moi najbliżsi mnie nie odwiedzają.
„Od kiedy otrzymałem ów list fatalny, jestem oszalały z bolu.
„A jednak, jakąż winę popełniłem?
„Co do mnie, czuję wszędzie rękę wroga, widzę go prawie!
„Czy tylko ja sam!
„Mój adwokat wzrusza ramionami z pogardliwym wyrazem, gdy mu o nim mówię Z gorącem pragnieniem, abym był wolny, żeby módz się bronić nie wobec innych, tylko wobec was, tego brata, który mnie opuszcza i przeklina i ciebie, Heleno, którą może przekonywują o mojej nikczemności.
„— To dobre dla galeryi — odpowiedział mi — dla mnie, wynajdź pan coś innego.
„Trzeba go było słyszeć, gdy to wygłaszał!
„Zresztą, łamie sobie głowę, aby urządzić moją obronę, daremny trud sobie zadaje, żeby zlepić jakiś system, i dziwi się, gdy mu mówię:
„— Chcę być broniony tylko tem, co jest prawdą!
„— Ależ kiedy wszystko jest przeciw panu! — zawołał przed chwilą, opuszczając mnie.
„A skoro mu tłumaczę, że zbrodniarz byłby ukrył przedmioty, które go oskarżają, odpowiada mi, że byłem wzburzony moją zbrodnią, że byłbym ukrył pieniądze, gdyby pośpiech działania pana Bazouges nie przewidział tego i nie pokrzyżował moich planów.
„Ten mały sędzia — pisze dalej Jan — jest bohaterem dnia.
„Cały trybunał pod niebiosa go wynosi.
„Oto nagle i niespodziewanie doczekał się wstąpienia na wyżyny!
„Niestety ja mu będę służył za pierwszy stopień do wdrapania się na górę!
„Och! ten człowiek, który pozostaje w ukryciu i którego głowa wymyśliła to arcydzieło nikczemności i przewrotności, które w błąd wprowadza nawet najuczciwszych i najmądrzejszych, któż mi go wyda!
„Co za tortury wymyślę z mojej strony, aby mu oddać złe za złe, hańbę za hańbę Jakże go będę tarzał w błocie! Jakiemi obcęgami będą mu szarpał ciało, jak rozpalonem żelazem ramię mu naznaczę, jeżeliby wpadł kiedy w moje ręce!
„To jedyna nadzieja, która mnie podtrzymuje i ożywia.
„Będę cierpliwy, poczekam. Będę żył!
„Od tygodnia nie widziałem nikogo z wyjątkiem mego dozorcy i adwokata.
„Klucznik jest dawnym wojskowym i rozmawia ze mną dość otwarcie.
„Przez niego dochodzą mnie odgłosy z zewnątrz.
„Cała okolica jest przeciw mnie.
„Zwolna, opinia się wyrobiła i nie mam się niczego spodziewać.
„Czemu mnie nie sądzą?
„Piszę listy, nie mając nic innego do roboty, a potem je drę z obawy, aby ich nie czytano i nie znaleziono w moim gniewie, który chwilami pohamować się nie daje, nowych powodów do surowości względem mnie.
„Ale cóż mogliby gorszego wymyśleć, jak osamotnienie, w którem mnie trzymają, aby wyciągnąć odemnie wyznania czynów, których nie popełniłem? Cóż jest okrutniejszego, jak ta nieświadomość, w której pozostaję, wszystkiego co do Ciebie się odnosi, do Ciebie i małej Gabryelki o której myśl sama gorące łzy mi wyciska!
„Pan de La Larrière coraz bardziej ponury.
„Gdyby siedział na ławie przysięgłych, skazałby mnie tak samo, jak inni, czuję to.
„Nie ma wiary.
„Zrozumiałem to od pierwszego dnia; ale wtedy miałem jeszcze siły do walki.
„Już ich nie posiadam.
„Jedno twoje spojrzenie, jeden uśmiech ust twoich wróciłby mi te siły, a ja ciebie nie widzę!
„Połowę dni moich przebywam w oknie, stojąc jak na szczycie masztu okrętowego, wpatrując się rozgorączkowanym wzrokiem w tłum, który snuje się po ulicy.
„I nie!
„Czemu nie wróciłaś na to quai, gdzie spostrzegłem ciebie kiedyś!
„Ciągle mi się zdaje, że ciebie ujrzę, że oczy nasze się spotkają, że wrócisz mi energię, której mi braknie!
„To jest szaleństwo, wiem o tem, niedorzeczność, mieć ciągle nadzieję, ale zdarzają się chwile, w których rozum mi się mąci w tem osamotnieniu!
„Czekam z upragnieniem mego procesu.
„Raczej wszystko, niż to zamknięcie, lepsze wygnanie, galery, szafot! wszystko!
„Może z ławy oskarżonych ujrzę ciebie w sali i będziemy mogli zamienić jedno z tych spojrzeń, które natchnie mnie wymową, konieczną, aby wygłosić wobec przysięgłych moją niewinność i przekonać ich!
„Dnia tego przyjdź, błagam ciebie, choćby to miało ciebie wiele kosztować.
„Może w tem będzie nasz ratunek.
„Kocham ciebie wszystkiemi siłami mojej duszy. Jesteś mojem jedynem pragnieniem i zniósłbym wszelkie męczarnie, aby połączyć się z tobą.
„Kocham ciebie, jednem słowem!
„P. S. — Rozprawa odbędzie się za cztery dni. Mój dozorca mi to w tej chwili oznajmił. Daję mu ten list. Obiecuje, że zostanie ci wręczony.
„Niechaj ciebie zobaczę, choćby tylko na sekundę! Niech wiem, że jesteś przy mnie!
„Przyjdź! na kolanach ciebie o to proszę!
Pułkownik de Liguères był człowiekiem, którego nazwisko, w czasie krymskiej wojny, otoczone było legendą sławy.
Krew, która płynęła w żyłach jego córki była więc krwią szlachetną i mężną.
Hrabina wszystkiego próbowała, aby zobaczyć się z ukochanym mężem, lecz napotykała nieustannie na przeszkody, bezlitosny zakaz.
Pan Bazouges ukazał się, co do formy, pełen kurtuazyi.
Gdy zjechał do pałacu de Marcilles dla wybadania hrabiny i zabrania papierów hrabiego, był uderzony prostotą i szlachetnością jej odpowiedzi.
Tak samo, jak hrabia Jan, nie ukrywała nic ze swoich kłopotów i strapień.
Sześćdziesiąt tysięcy franków znalazło się rzeczywiście w szufladzie wraz z notatką, na co reszta sumy użyta została.
Hrabia dziwnym był zbrodniarzem, który pozostawiał po za sobą dowody, tak łatwe do ukrycia przed sądem.
Sędzia, nie będąc osłem, miał nadto sprytu, aby tego nie zrozumieć.
Ale trzeba mu było ofiary.
Miał w ręku nieszczęśliwego i nie chciał go puścić.
Zapewne, że tak jak utrzymywała hrabina ostatkiem energii, zbrodniarze, wiedząc o skąpstwie panny de Marcilles, mogli wkraść się do samotnie stojącego domu, czekać na odjazd hrabiego i spełniwszy zbrodnię, uciec w ciemną noc.
Hrabina zapewniała o niewinności męża.
Ale gdy pragnęła dostać się do niego, aby go pocieszyć, odwagi dodać, rozbijała się o złą wolę, której złamać nic nie było w stanie.
Odmawiano jej, tłumacząc się niejasno z zimną grzecznością, zamykając wrota wszelkiej nadziei.
Zresztą, w okolicy mało zwolenników jej pozostało.
Nieszczęśliwi nie mają przyjaciół.
Zbrodnia hrabiego miała podwójny skutek, zniesławiając go i dopełniając jego ruiny majątkowej.
Nie dziedziczy się po tych, których się jest mordercą.
Spadek starej panny przechodził na rzecz hrabiego Cezara, który nie pokazywał się w Mayenne.
Dwaj bracia Besnou byli może jedynymi przyjaciółmi, którzy pozostali wierni hrabiemu Janowi.
Pisarz trybunału, Maurycy Besnou, artysta w wyrabianiu papierowych okręcików, będąc obecny przy ponurej komedyi śledztwa, doszedł do przekonania, że hrabia wpadł w najokropniejszą pułapkę, jaka komukolwiek zdarzyć się mogła.
Pomimo pozorów, pisarz posiadał głęboką znajomość serca ludzkiego.
Według jego mniemania, istniał inny zbrodniarz, prawdziwy.
Lecz u obu braci, przekonanie było rzeczą sentymentu.
Jak słusznie twierdził uczciwy pan de La Jarrière, dowodów brakowało.
Nikt nic nie widział, nic nie słyszał; nikt nie podejrzywał nawet istnienia tajemniczego człowieka, winowajcy, oskarżonego przez hrabiego.
A co uderza urzędnika, przysięgłego, który decyduje o życiu oskarżonego, to dowody; to, czego chcą, czego szukają, to materyalnych i namacalnych dowodów, świadków, którzy potwierdzają winę lub niewinność człowieka.
Tych dowodów było pełno, ale przeciw hrabiemu.
Był osaczony, omotany w sieć pojęczą, która przyrosła jakby do niego.
Lepiej może, niż sam tego pragnął, baron Raynaud został obsłużony przez tego bandytę, artystę pod względem przewrotności, którego opłacił.
Myliliśmy się jednak twierdząc, że hrabia Jan miał tylko dwóch zwolenników, braci Besnou, którzy ośmielali się stawać w jego obronie.
Posiadał jeszcze jednego w Combiers, ale bardzo głośnego i śmiałego, który nie obawiał się wyrazić swego zdania.
Był nim Łazarz Pidou.
Miernik, po ukończonej robocie w parku, odjechał do Paryża.
Lecz rządca pozostał na swojem stanowisku i hrabia Jan nie posiadał gorętszego obrońcy.
Na wszystkie zarzuty, które mu stawiano na ucztach w Combiers, podczas których omawiano tę sprawę, tak jak wszędzie zresztą, bo w całej okolicy, o pięć mil wokoło o niczem innem nie mówiono, odpowiadał zuchwale:
— Ta, ta, ta! Nie przekonacie mnie. Hrabia miał serce zacne i szlachetne! W tem wszystkiem jest coś podejrzanego!
I dodawał urywane, niezrozumiałe zdania.
— Czy można coś wiedzieć na pewne? Sądy A iluż to niewinnych skazali! Bywają bandyci tacy chytrzy!
Baron Raynaud, ze swojej strony, zachowywał się jak gentleman.
Napisał list pełen szacunku do hrabiny Heleny, ofiarowując swoje usługi, oddając do jej dyspozycyi swój kredyt, kieszeń i wpływy, jakie posiadał.
O swojej miłości ani słowa. Żadnej aluzyi do przeszłości.
Młoda kobieta nie odpisała.
W uszach jej, tak samo, jak u hrabiego Jana, nazwisko barona niemile dźwięczało.
Miała pewne wątpliwości.
Ta katastrofa, wybuchająca natychmiast po odjeździe jej prześladowcy, który nastąpił po ostatniej ich rozmowie, podejrzenia w niej budziła.
Tysiące przypuszczeń snuły jej się w głowie.
Zamknięta w pokoju, z którego wyjść nie miała odwagi, w ciszy domu, który większa część służby opuściła, poddawała się rozmaitym najdziwaczniejszym domysłom, z których żaden nie zbliżał się do rzeczywistości.
Bez żadnych wiadomości od męża, którego listy zatrzymywano, wątpiąc prawie w niego czasami i wyrzucając sobie to natychmiast, jak grzech ciężki, czuła, że rodzaj obłędu zwolna ją napada.
Wkońcu poważnie się rozchorowała; gorączka nerwowa się rozwinęła, życiu zagrażając.
Nastąpiło to na drugi dzień po jej wycieczce na quai w Laval.
Jedna tylko służąca wierną jej pozostała, Zuzanna Robin, córka leśnika, zmarłego na służbie rodziny de Marcilles, temu lat około piętnastu.
Wychowana w pałacu, Zuzanna posiadała rysy dość pospolite, ożywione świeżością dobrego zdrowia, ręce bardzo zręczne, mowę otwartą, nieco szorstką.
Była tylko o trzy lata starsza od swojej pani.
Ona to uratowała młodą kobietę, zarówno dzięki swoim staraniom, jak uspokajającemi słowami.
— Przyszłość daleko — mówiła. — Trzeba mieć nadzieję! Jeszcze zobaczymy, jak się wszystko skończy.
Wielki dzień nadszedł nareszcie.
Trzydziestego listopada woźny trybunału ogłosił donośnie:
— Sprawa Marcilles!
Sala była pełna po brzegi.
Ciekawość kobiet doszła do szczytu.
Zbrodnia w Orgères roznamiętniła opinię już od dwóch miesięcy; lecz jeżeli pańska postawa hrabiego budziła tajemne sympatye wśród obecnych, nie było ani jednej osoby, któraby chciała się założyć, że będzie uniewinniony.
Prokurator generalny w roli oskarżyciela publicznego obiecywał sobie łatwy tryumf.
Mały sędzia z Mayenne dostarczył mu materyału do budowy niewzruszonego gmachu, a pan de La Jarrière, jeszcze w ostatniej chwili, szukał sposobu, aby go zwalić.
Skoro oskarżony pojawił się pomiędzy dwoma strażnikami, głębokie milczenie zaległo nagle na sali pośród obecnych, żądnych wrażeń: Jan de Marcilles był zmieniony.
Dwa miesiące zamknięcia i tortur moralnych, ślady na nim pozostawiły: policzki wychudły, oczy w głąb zapadły, cera przybrała barwę popiołu. Łatwo było czytać na tem męskiem, dumnem obliczu katusze, przez jakie przechodził.
Niezmąconym wzrokiem spojrzał po świadkach swojej hańby i zwolna, obrócił się ku drzwiom. Czoło mu się pofałdowało. Usta zacisnęły się ruchem zawodu i cierpienia.
Jej nie było!
Wtedy, przymknął oczy i usiadł na swojem miejscu, obojętny z pozoru na wszystko, co się w około niego działo.
Akt oskarżenia był okrutny z powodu swego umiarkowania.
Fakty były w nim przedstawione z wstrzemięźliwością pełną mocy.
Od samego początku można było zrozumieć, że uznano za niepotrzebne wytaczanie argumentów przeciw nieszczęśliwemu, naprzód już skazanemu.
Hrabia Jan odpowiadał zmęczonym głosem na zadawane mu pytania. W kilku słowach streścił to, co mówił przed sędzią śledczym.
Jedynej kobiety, wobec której pragnąłby się bronić, mu brakowało.
Zamiast słodkiego oblicza, którego szukał, spostrzegł szeroko uśmiechniętą, powleczoną pokostem życzliwości, fizyognomie Łazarza Pidou, popularnego rządcy Combiers.
Łazarz ukłonił mu się z wyrazem współczucia.
Przybył, aby posłyszeć debaty sensacyjnej sprawy i zeznania przyjaciółki swojej, Marty Tribourt, powołanej na świadka, wraz z kilku sąsiadami Orgères.
Defilada szybko się skończyła.
Świadkowie nie przekręcali prawdy.
Całkiem szczerze powiedzieli to, co słyszeli i widzieli.
Marta nic nie przesadzała.
Opowiedziała, co słyszała, krzyk ofiary rozlegający się w nocy i łagodne rżenie konia w zaroślach.
I tak dalej, aż do końca.
Pan de La Jarrière rzucał ukradkiem błagalne spojrzenia swoim kolegom.
Czuł się unicestwiony.
Gorzej jeszcze było, gdy prokurator generalny rozpoczął pompatyczną przemowę.
Im wyżej stał społecznie oskarżony, tem srożej zły przykład, idący z góry, powinien być ukarany.
Prokurator miał nader łatwe zadanie przed sobą.
W kilka minut skupił wszystkie argumenty, które musiały w niwecz obrócić obronę.
Stan interesów oskarżonego, antypatya ciotki, której dowodem był niedokończony testament, sfałszowane dzieło Straub’a, które miała przy sobie; nocna wizyta hrabiego, z której czynił tajemnicę przed swoimi sługami, a nawet przed samą hrabiną; ten posłaniec, którego znaleźć nie było podobna, który niby miał oznajmić o zmyślonej chorobie ciotki i którego nikt w okolicy nie widział; stosy złota, pozostałe w domu, które pospolici bandyci byliby zabrali, a wkońcu, te niezbite dokumenty — wyrazy wypowiedziane były efektownie, z szerokimi ruchami rąk rozłożonych — rzemień i chustka do nosa, żeby się tak wyrazić, podpisane przez winowajcę i jakby dopominające się kary.
Drżenie przebiegło salę, gdy prokurator generalny usiadł, wymagając kary śmierci za zbrodnię morderstwa, popełnioną z rozmysłem, prawie ojcobójstwo, otoczone najwstrętniejszemi okolicznościami.
Sprawa była przesądzona.
Nie mniej przeto, pan de La Jarrière przez trzy godziny walczył zajadle o głowę swego klienta.
O niczem nie zapomniał, nawet o tajemniczym człowieku, który uknuł piekielną zasadzkę.
Lecz doświadczony adwokat znał swoją publiczność.
Szmer niezadowolenia powitał ten system.
Nie wierzono w niezwykłość; każdy pragnie dotknąć ręką faktów.
Owa tajemnicza osobistość nie miała żadnego powodzenia.
Adwokat, widocznie zbity z tropu, dyskutował miękko, z zakłopotaniem i wkońcu, w bolesnej przemowie, polecił swego klienta, człowieka honoru, znanej sprawiedliwości sędziów przysięgłych.
Nie ośmielił się dodać, wyrozumiałości, ale ten wyraz z ust mu się wyrywał.
Jan de Marcilles, zapytany przez prezydenta, zadowolił się wypowiedzeniem głosem silnym i stanowczym:
— Jestem niewinny, przysięgain wobec Boga.
I usiadł na swojem miejscu, z głową ukrytą w dłonie.
O jedenastej wieczorem, przysięgli przynieśli wyrok, umiarkowany łagodzącemi okolicznościami.
Oskarżony się nie poruszył.
Trybunał wygłosił wyrok:
— Ciężkie roboty do końca życia.
Jan de Marcilles spojrzał wtedy na krucyfiks wiszący nad fotelem prezydenta i powstał.
Był blady, jak śmierć.
Łza błyszczała mu w oku.
W chwili, gdy miał wychodzić, otoczony strażą, rozdzierający okrzyk ozwał się z głębi sali:
— Janie!
Kobieta w czerni, przed którą tłum się rozstępował, padła mu w ramiona.
Nastała chwila nieopisanego wzruszenia.
Nawet żandarmi nieco się usunęli.
Byłaś tutaj? — zawołał hrabia.
— Przybywam w tej chwili... sama jedna... wyczerpana!...
— Dlaczego ciebie nie widziałem.
— Popatrz na mnie!
— Chora?
— Umierająca!
— Moje listy?...
— Nie otrzymałam ich.
— Więzienie!...
— Zamknięte przedemną!
— Nędznicy!
Wtedy z Heleną w ramionach, Jan obrócił się w stronę trybunału i powtórzył jeszcze donośniej:
— Jestem niewinny! Kto inny zbrodnię popełnił. Bóg jest sprawiedliwy. Uratuje mnie i pomszczę się!
W ostatnim uścisku przygarnął żonę do piersi, szepcząc:
— Czekaj! Miej nadzieję! Kocham ciebie!
Na znak prezydenta, straż się zbliżyła: żandarmi go uprowadzili.
Nie opierał się wcale.
Hrabina, nieprzytomna, blada jak całun usunęła się bezwładnie na posadzkę.
W cztery miesiące później, stara fregata przemieniona w statek parowy zaopatrzony w koła i noszący ponurą nazwę „Atropos“, najohydniejszą z Furyi, przecinał wody Atlantyku, za pomocą siły ośmiuset koni, które nie należały do nader rączych.
Wiózł ładunek deportowanych do Guyany.
Zazwyczaj, rezerwuję Nową Kaledonię, albo mówiąc w skróceniu Nową, której klimat jest wspaniały, dla skazańców francuskich.
Inni, Algerczycy i Kochinczycy, wysyłani bywają na zabójcze wybrzeża Kayenny.
Rzadko ztamtąd wracają.
Jednakże, zdarza się to czasami.
Ale trzeba być zbudowanym z wapna i cementu, żeby się oprzeć temu klimatowi żółtej gorączki, murzyńskiego vomito i tym podobnych chorób, które panują wszechwładnie, urządzając peryodyczne pogromy, których medycyna nigdy na seryo nie zwalczała.
Dwaj skazańcy, wsadzeni na okręt w Ruchefort, leżeli jeden obok drugiego na ławkach drewnianych w ciasnej kabinie, którą sami zajmowali.
Ich towarzysze łańcucha, stłoczeni jak j sardynki w blaszanem pudełku, roili się pod pomostem statku.
Byli to po większej części Arabowie, lub deportowani z kolonij.
Dwaj mężczyźni z kabiny byli Francuzami.
Zawdzięczali swoje odosobnienie doktorowi statku, który wziął ich pod swoją opiekę.
Mniej więcej w tym samym wieku, prawie podobni byli do siebie z większą dystynkcyą z jednej strony, większą dziką energią z drugiej.
Jednym z nich był hrabia de Marcilles.
Drugi, nazywał się Tomasz Vardon, czyli La Bréche, przezwisko kłusownika.
Wyraz twarzy hrabiego Jana był bolesny, lecz dumny i zrezygnowany.
Oblicze La Bréche było niespokojne, ponure, prawie dzikie.
Rysy jego ostre, oczy czarne, całe zachowanie świadczyło o nieokiełzanej woli.
Oba byli słusznego wzrostu, tęgo zbudowani i zarówno silni, słowem piękni ludzie, których mężczyźni się obawiają, a kobiety nie mogą nienawidzieć.
Była to noc, ale jedna z owych jasnych świetlanych nocy, które widzieć można tylko w krajach słońca.
Kabina, którą zajmowali, była oświetlona tylko małą lampką, przytwierdzoną do sufitu.
Promień księżyca przenikał przez okno zamknięte rodzajem szklanej soczewki, o którą fale morza się rozbijały.
Ta soczewka była zakratowana z wewnątrz, aby przeszkodzić ucieczce, niemożliwej zresztą na pełnem morzu.
W kabinie nie było innych sprzętów, tylko ławki, przytwierdzone do ściany.
Pod niemi, widać było dwa długie, płaskie wory, wypchane słomą, które miały służyć za materace.
Więźniowie byli odziani w szare kurtki i słomiane kapelusze.
— Gdzie się znajdujemy, La Bréche? — spytał hrabia Jan.
— Dalibóg, panie hrabio, zdaje mi się, że się już zbliżamy.
Gorzki uśmiech zarysował się na zarośniętych ustach skazańca.
Rzucił długie, pogardliwe spojrzenie na swój ubiór.
— Nazywaj mnie Janem, mój przyjacielu — rzekł.
— Przecież nikt nas nie słyszy!
— Cóż z tego? Jesteśmy sobie równi, mój biedny Tomaszu. równi w nieszczęściu! I na długo!
— Kto wie?
Tomasz Vardon był biedakiem z Seine-et-Marne, z okolic Nangis, który oddał się kłusownictwu przez poświęcenie.
Może się to dziwnem wydawać.
A jednak tak było naprawdę.
Ojciec Vardona, dawny żołnierz, uwolniony z wojska po włoskiej kampanii, mieszkał z córką dwudziestoletnią, dość ładną i zgrabną, ale na pół idyotką, w małym domku miasteczka Chesnay u krańca Varenne, wspaniałej posiadłości barona Raynaud.
Ojciec Vardon z amputowaną nogą, najmował się do pracy w sąsiednich folwarkach.
Maszyna do młócenia zboża rękę mu zmiażdżyła.
Utrzymywano, że wypadek zdarzył się wskutek jego własnej nieostrożności.
Koszta leczenia i bezczynność, na jaką został skazany, doprowadziły go do ostatniej nędzy.
Syn wyszedłszy z piechoty morskiej, w której odbył swoją służbę wojskową, przyjął miejsce służącego u pewnego lekarza w Montereau.
W skutek wypadku ojca, opuścił swoją służbę i wrócił do rodziny, chcąc im dopomódz swoją pracą.
Lecz pomimo wysiłków, jakie czynił pracując z zapałem, nędza rozgościła się w domu i opuścić go nie chciała.
Tomasz, strzelec pierwszego rzędu, dał się skusić sąsiedztwem pełnych dziczyzny okolic i w towarzystwie śmiałych włóczęgów udawało mu się przysporzyć nieco dobrobytu rodzinie, spędzając noce w zasadzce po dniach poświęcanych pracy rolnej.
Lecz strażnicy czuwali.
W departamencie Seine-et-Marne wojna ciągle otwarta pomiędzy nimi a kłusownikami.
Jakiś powód nienawiści rozdmuchał animozyę pomiędzy La Bréche a jednym ze strażników barona Raynaud.
Ten strażnik był nielubiony w okolicy wskutek swojej surowości, czasami niesłusznej i dla innych przyczyn, z których najgłówniejszą było jego zachowanie się wobec dziewcząt, które dla skrócenia drogi przechodziły przez jego terytoryum.
Idyotka z Chesnay często tamtędy chodziła.
Wynikło z tego, że przyszło na świat dziecko nieżywe; hańba zasiadła przy ognisku domowem Vardońów, jako towarzyszka biedy.
A dawny strzelec z piechoty morskiej, był jedyną podporą rodziny.
Strażnik, zwany Ryszard, nie ukrywał nikczemnej awantury, której był smutnym bohaterem.
La Bréche poszedł do barona Raynaud i powiedział mu wszystko, z poparciem dowodów.
Baron nie był z natury cierpliwy.
— Czego więc żądacie? — odrzekł. — Pieniędzy?
La Bréche się wyprostował.
— Nie, panie baronie. Nie jadam tego chleba.
— Więc w takim razie....
— Proszę pana wypędzić swego strażnika.
— Ten sługa jest mi potrzebny.
— Stanie się nieszczęście, dziś czy jutro, pomiędzy nami.
— Co mnie to obchodzi?
— Jeżeli Ryszard opuści te strony, znajdzie miejsce gdzieindziej, a ja będę się starał zapomnieć....
— Potrzebuję go. Historye babskie mnie nie obchodzą. Niechaj dziewczęta się bronią! Wynoś się!
La Bréche ukłonił się i wyszedł, mówiąc:
— Dobrze więc.
Następnej niedzieli spotkał strażnika przed kościołem w Clesnay i wypoliczkował go wobec przeszło stu osób, wyzywając go na uczciwą walkę dla porachunku.
Ryszard odmówił z drwiącym uśmiechem.
W dwa tygodnie później znaleziono strażnika leżącego w rowie z ładunkiem śrutu w piersiach.
Był nieżywy.
Co zaszło?
Nikt nie wiedział, ale uwięziono La Bréche na żądanie barona Raynaud.
Tomasz był niewinny; aby się uratować, musiałby zadenuncyować przyjaciela.
Milczał, mając nadzieję, że go uwolnią.
Kłusownicy źle są widziani wogóle przez władze.
Jednakże, w braku dowodów, przysięgli byliby się zapewne wahali.
Zeznanie barona Maksyma Raynaud i jego wpływy przeważyły.
Baron wspomniał o groźbach kłusownika. Wychwalał swego dozorcę i czynił wszystko, aby zgubić nieszczęśliwego Tomasza.
Dwadzieścia lat ciężkich robót zadowoliło urazę potężnego finansisty.
La Bréche miał nieszczęście ukazać mu pięść, zapewniając, że się spotkają.
Baron Maksym uśmiechnął się tak samo, jak jego strażnik, złym uśmiechem.
Dzięki jemu, w kilka miesięcy później, La Bréche podróżował na „Atroposie“ ku wybrzeżom, z których trudno wrócić...
Odjechał, tak jak hrabia de Marcilles z nienawiścią w sercu, z rozpaczą w duszy, pozostawiając w Clusnay młodą, ładną dziewczynę, którą serdecznie kochał.
Proces jego, z innej strony, miał także fatalne skutki.
Ojciec jego, doprowadzony do rozpaczy, powiesił się na swoim strychu.
Siostra, oszalała do reszty wskutek śmierci swego dziecka, musiała być oddana do zakładu obłąkanych w Melim, gdzie wkrótce życie zakończyła.
Skazaniec przysiągł sobie, że wróci i pomści swoją krzywdę.
Jan de Marcilles znał historyę dawnego strzelca.
Tomasz Vardon nie był tak szczegółowo powiadomiony o sprawach hrabiego, ale pojmował, że ten człowiek o prawem i szlachetnem sercu, mógł być tylko ofiarą fatalności i ścisła wspólność wzajemnego nieszczęścia zbliżyła ich do siebie.
Nie byli podobni do swoich towarzyszy niedoli.
Ci ludzie, dzikie zwierzęta o niskich instynktach, nie mieli w sobie nic ludzkiego, nawet w twarzy; z wyjątkiem kilku zbłąkanych, pociągniętych ku zbrodni przez nieszczęśliwe okoliczności, były to same szumowiny, błoto społeczeństwa.
Prawdziwem cierpieniem skazańców, u których poczucie honoru i godności osobistej nie zgasło, jest być w ciągłej styczności z tem plugawem błotem, strasznem jak tyfus, zaraźliwem jak dżuma.
Hrabia Jan miał chwilami pokusę uwolnić się, rzucając się w fale morskie.
Był to punkt kulminacyjny, do którego doprowadziła go tajemnicza nienawiść nieznajomego sprawcy jego niedoli.
Kilkakrotnie zrozpaczony, poniżony tą mieszaniną, tą stycznością, której obrzydzenie przechodziło miarę cierpień, jakich mógł się spodziewać, wzrokiem radził się swego towarzysza.
Nie mówiąc ani słowa, rozumieli się.
La Bréche dodawał mu odwagi spojrzeniem lub jednem słowem.
Myśli ich spotykały się w tej samej potrzebie cierpliwości, w nadziei strasznego odwetu, na który czas przyjdzie później.
Doktor okrętowy zrozumiał, że ci dwaj skazańcy nie mieli nic wspólnego z innymi.
Złagodził im o ile możności ten ponury przejazd, którego punktem wyjścia było więzienie, a końcem śmiertelna banicya.
Hrabia Jan czuł dla niego w głębi serca wiele wdzięczności, gdy tymczasem nienawiść rosła w nim z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z powodu urazy, rozgoryczonej tysiącem upokorzeń, wstydu i rozłączenia z Heleną, które było najstraszniejszą dla niego męczarnią.
— Pierwsze brzaski dnia bielały na horyzoncie.
Tomasz położył rękę na ramieniu hrabiego.
— Morze twarde. To oznacza blizkość ziemi. Znam te strony, bo byłem tu kiedyś.
Może za kilka godzin staniemy na miejscu. A tam, co zrobimy?
— Trzeba nam będzie pomagać sobie wzajemnie!
— Zapewne, ale będziemy rozłączeni...
— Może.
— Dwaj ludzie na wszystko gotowi, mają szanse powodzenia. Pan będzie rozkazywać. Ja słuchać. Będę pańskim pomocnikiem, parobkiem!
— Nie — rzekł Jan de Marcilles — będziesz moim bratem. Bez ciebie, byłbym skończył samobójstwem. Umrzemy jeden dla drugiego, jeżeli wypadnie potrzeba.
— Mając łódź, barkę, pień drzewa, możemy dostać się do Brazylii, a ztamtąd, do najdalszych krajów Ameryki południowej. Pan ma pieniądze!
— Dwa tysiące franków. Jeden przyjaciel wręczył mi je ukradkiem w chwili odjazdu.
— Musi się pan starać ukryć je przed strażą; przydadzą się nam na później.
I głosem cichym, jakby mówiąc sam do siebie, Tomasz dodał:
— Trzeba będzie się spieszyć. Ludwika jest biedna. Nie będzie czekać.
Hrabia wzdrygnął się.
Te słowa La Bréche, którego głos drżał, odpowiadały jego tajemnym myślom, tej dotkliwej zazdrości, która serce mu żarła w miarę, jak się oddalał od tej ziemi francuskiej, gdzie pozostawiał dwa swoje ukochania, hrabinę i córkę!
Co z niemi się stanie?
Kto ich podtrzyma w tej walce z rozpaczą i niedostatkiem?
Czy Helena wytrwa?
Czy potrafi czekać, tak samo, jak Ludwika Moraines, biedna dziewczyna, narzeczona jego towarzysza?
Zazdrość była chorobą hrabiego, która wprawiała go silną gorączkę, co doktor stwierdzał za każdą ze swoich wizyt.
Tak samo było z La Bréche, który szalał za Ludwiką Moraines, jak hrabia Jan za swoją żoną.
Ludwika Moraines, dziewczyna słusznego wzrostu, o żywych, aksamitnych oczach, szczupła i wysmukła, pracowita i wesoła, miała lat ośmnaście.
Chodziła razem z matką na zarobki po folwarkach i zajmowała się szyciem.
Nikt nigdy o niej źle nie mówił.
Kłusownik zdusił by w gminie każdego, któryby się ośmielił lekko o niej wyrazić.
Ludwika była jego narzeczoną; wszyscy to wiedzieli. Ślub miał się odbyć, gdy stała się ta katastrofa.
Przysięgła narzeczonemu, że wierną mu pozostanie, choćby miała czekać przez lat dwadzieścia, dokąd nie wróci.
Takie przysięgi łatwo się czynią.
Nie zawsze jednak się dotrzymują.
Lecz Tomasz wiedział, że jest kochany, a przytem sam kochał, więc tem większą boleścią dla niego było rozłączenie i straszniejsze obawy go gnębiły.
Uścisnął znowu rękę hrabiego.
— Na życie i śmierć! — rzekł — i zdrajcą ten, który nie dotrzyma!
Jan de Marcilles odpowiedział mu uśmiechem pełnym nadziei.
Znowu zamilkli.
Hrabia marzył.
Po przez niezmierzoną przestrzeń widział rysy swojej Heleny, oczy jej szafirowo-czarne, biedne oczy łzami zalane. Myślał sobie, z jakimi kłopotami musi walczyć, zrujnowana, opuszczona, odarta z czci wyrokiem, który go zhańbił na zawsze.
Myślał o Gabryeli, o niewinnem dziecku, biednej ofierze, której nigdy już nie zobaczy!
I serce mu skakało w łonie pod kurtką więzienną, z wściekłości, oburzenia i żalu.
Tomasz się nie mylił.
Na pokładzie słychać było przyspieszone kroki, szczęk broni, rozkazy wydawane przez oficerów marynarzom i żołnierzom.
Było to jakby przygotowanie do bitwy.
Słońce powstało ponad falami, ozłoconemi jego światłem.
Dawny żołnierz marynarki uniósł się na łokciu i słuchał chwilę.
— Zimno — rzekł.
— I z oczami utopionemi w oczach hrabiego:
— Przysięga? — dodał.
— Tak, przysięga.
— Wszystko dla odzyskania wolności?
— Wszystko!
Padli sobie w ramiona.
W dziesięć sekund później, strażnicy otworzyli kabinę.
— Cayenna! Wstawać!
I natychmiast wystrzał armatni wstrząsnął kadłubem „Atroposa“.
Z tylnego pokładu, na który wyprowadzono obu przyjaciół, ujrzeli dwie wyspy o stromych brzegach, okryte zielenią, wychodzące z wody, podobne do koszów z podzwrotnikowymi kwiatami, a dalej linię błękitną rysującą się na horyzoncie, wśród wspaniałości olśniewającej jutrzenki.
A z cyplu wyspy najbliższej kłęby białego dymu uniosły się w różowem świetle i jednocześnie strzał dał się słyszeć.
Armata ponurej kolonii, ziemi o złudnej wspaniałości, odpowiadała na ich powitanie.
Hrabina Helena po skazującym wyroku na męża, wróciła do domu w przygnębieniu, którego żadne słowa opisać nie były w stanie.
Bywają cierpienia, na które nazwy niema.
Wszystko na nią spadło odrazu.
W dwudziestu trzech latach, znalazła się sama jedna, z dzieckiem prawie w kołysce, bez pomocy, bez rady, bez przyjaciół, najdawniejsi znajomi nawet domu jej unikali — a wreszcie bez środków do życia.
Co robić?
Ojciec jej, pułkownik de Liguères, zmarł od wielu lat, matki prawie nie znała, a wicehrabia Cezar nie dawał znaku życia.
Widocznie wierzył w winę swego brata i we wspólnictwo Heleny!
Była więc przez wszystkich opuszczona.
Gorączka, która ustąpiła na chwilę, wróciła z większą jeszcze gwałtownością.
Przez całe dwa miesiące walczyła biedna pomiędzy życiem a śmiercią i w nieprzytomności wołała swego męża z rozpaczą, której nic uspokoić nie mogło.
Sytuacya jej była straszna!
Lecz istota pełna poświęcenia czuwała nad nią.
W pustym domu, który słudzy opuszczali jedni po drugich, tak jak się ucieka z murów, które się zarysowują, grożąc zawaleniem i śmiercią dla mieszkańców, pozostała tylko jedynie Zuzanna Robin.
Zuzanna nie mogła się zdecydować opuścić hrabiny.
Potężne wspomnienie ją powstrzymywało.
Bez wątpienia, kochała swoją panię.
To przywiązanie widziało się w jej oczach, w zachowaniu, w mowie.
Ale czy byłoby dość silne, aby kazać jej zapomnieć o własnych interesach?
Można w to wątpić.
Zuzanna miała krew wieśniaczą w żyłach, ale niech nikt nie myśli, że chcemy obmawiać wieśniaków.
Warci są oni więcej, niż kto się spodziewa, a jeżeli myślą o swojej przyszłości, jeżeli zbierają grosz do grosza na stare lata, czyniąc oszczędności z ciężko zarobionych pieniędzy, czyż można ich za to ganić?
Zuzanna, dziewczyna przewidująca, mówiła sobie, że nie zawsze będzie młodą, a jednak pozostawała w Marcilles, w tym domu, w którym wszystkiego brakowało, obciążonym hipotekami, przy pani biednej, dla której, trzeba to powiedzieć, oddawała ostatnie swoje oszczędności.
Bo doszło już do tej ostateczności!
Już kilkakrotnie żądano Zuzannę w małżeństwo. Żywa, pracowita, apetyczna, choć nie piękna, należała do rzędu tych kobiet, które każdy dzierżawca chętnie widzi w swoim domu w roli żony.
Nie obawiała się przyłożyć ręki do pracy.
Miała też pełno poważnych wielbicieli.
Lecz ona odmawiała bez wyjątku, śmiejąc się, jednemu po drugim. I to od chwili, gdy skończyła lat ośmnaście.
— Dobrze mi jest — mówiła. — Po cóż mam szukać czegoś nowego?
Jeżeli jej było dobrze, czy nie było to dlatego, że nosiła w sercu jedną z tych tajemniczych miłości, które czasami dziewczęta na jej stanowisku ukrywają zazdrośnie, cierpią z tego powodu i zamykają sobie drogę do innych uczuć?
Jeżeli nikt nie mógł się dostać do tego zamkniętego serca, czy nie było to dlatego, że miejsce już było zajęte?
Przez kogo?
Łatwo się domyśleć.
Czyż można myśleć, że taka dziewczyna, jak Zuzanna, mogła żyć bezkarnie obok tak pięknego chłopca, jakim by Jan de Marcilles, jej mleczny brat, który głaskał ją pod brodę, ściskał ją żartobliwie i często w dziecinnej zabawie, chociaż przestał być dzieckiem, zakrywał jej oczy dłońmi, zachodząc ją ukradkiem, obracał jej głowę szybkim ruchem i składał na jej czole, lub gęstych kasztanowatych włosach niewinny pocałunek?
Młodość ich przeszła w ten sposób.
Nigdy nie zamienili z sobą słowa miłości.
Dla Jana de Marcilles, Zuzanna należała do rodziny.
Dla Zuzanny, Jan był bożyszczem, które wielbiła w głębi duszy, nie zwierzając się nikomu ze swoją tajemnicą.
Gdy się ożenił, doznała wielkiej boleści, ale słuszność mu przyznawała.
Powiedziała sobie, że hrabina godną go była, że ona, Zuzanna, aż nadto będzie szczęśliwa, żyjąc obok swego bożyszcza, oddychając tem samem powietrzem i nie przestając go widywać, żyć jego życiem, że wkońcu, najokropniejszem dla niej zmartwieniem byłoby rozłączyć się z nim.
Gdy katastrofa spadła na Marcilles Zuzanna była nią równie gwałtownie dotknięta, jak sam hrabia.
Z większą jeszcze energią, niż bracia Besnau, była przekonaną o niewinności Jana de Marcilles. Tak samo jak oni, czuła, że jest ofiarą potężnej jakiejś nienawiści, intrygi, której nici złapać nie mogła, ale która mimo to, istniała.
Pozostać przy nieszczęśliwej hrabinie Helenie, znaczyło w dalszym ciągu poświęcić się dla ubóstwianego Jana, zachować coś z niego, jego żonę, córkę, wszystko, co kochał, doczekać się o nim wiadomości i kto wie? zobaczyć go w przyszłości, a może pracować na jego uwolnienie; bo w swojej wieśniaczej naiwności, Zuzanna nie wątpiła, że kiedyś niewinność hrabiego wyjdzie wkońcu na jaw.
Około połowy stycznia, hrabina zaczęła podnosić się z łóżka, ale zaledwie była w stanie utrzymać się na nogach.
Zegar w jej pokoju wskazywał trzecią po południu.
Przez okna widać było drzewa alei, ogołocone z liści. Kilka suchych listków drżało jeszcze na gałęziach, które zdawały się obumarłe w bladem świetle mglistego dnia.
Młoda kobieta była czarno ubrana.
Czyż nie była wdową?
Wychudłe jej policzki nosiły ślady strumieni łez, które je wyżłobiły; piękne jej, popielate włosy, opadały w nieładzie na szyję, białą jak kość słoniowa. Sine plamy podkrążały oczy, które wydawały się większe, przygasłe i zmęczone nocami gorączki i bezsenności.
Córeczka jej, cała różowa w żałobnej sukience, bawiła się u jej stóp, z niewinną lekkomyślnością dziecinnego wieku.
Weszła Zuzanna.
Wracała z targu, z Mayenne.
— Już z powrotem? — spytała pani.
— Spotkałem p. Pidoux!...
— Rządcę z Combiers?
— Tak.
Hrabina brwi zmarszczyła.
— Odwiózł mnie powozem. Mówił mi o pani z wielkiem zainteresowaniem. On nie wierzy w winę pana! Chwała Bogu!
Helena jej przerwała:
— Widziałaś się z adwokatem.... panem de La Jarriere? — spytała.
— Tak, pani.
— I cóż?
— Żadnej nadziei. Zresztą, czyż pani tak nie myślała? — I ożywiając się, mówiła dalej. — Czy wie pani o co mnie spytał pan de la Jarrière? Czy ja wierzę, że pan ten czyn popełnił? Winny! On? Nasz pan nigdy nikomu nic złego nie zrobił! Nasz pan nie byłby skrzywdził nawet kurczęcia! Pan, który nawet nigdy nie powiedział ani jednego słowa przeciw swojej ciotce! Pan, jednem słowem, najmniej interesowany i najłagodniejszy ze wszystkich ludzi! Pan de La Jarrière się upierał. — Ależ dowody! — rzekł do mnie. — Jest ich za wiele. Uczyniłem co mogłem! — Pańskie dowody! — odrzekłam — czy pan wie, czego one dowodzą? Oto, że są zręczni łotrzy na świecie! — Popatrzył na mnie drwiąco. — A ci łotrzy, gdzież oni są? — Ach, gdybym wiedziała! Ale istniejące władze znaleźć ich powinny! Pan de La Jarrière przybrał poważną minę. Władze odrzekł — potrzebują tylko jednego winnego, drugi zawadzałby. Znaleziono go, albo zdawało się, że znaleziono. Był to wasz pan. Omylili się, czy nie, sprawa skończona. — Z tem mnie pożegnał. Ale ja nie odchodziłam. — Co zrobią z naszym panem? — spytałam. — Co zechcą. Jest umarły dla społeczeństwa, dla świata, dla rodziny. — A dla pani? — Pytanie go zakłopotało. Ociągał się z odpowiedzią. Lecz wkońcu się zdecydował: — Żal mi waszej pani — odrzekł — jeżeli nic nie wiedziała o zamysłach swego męża. Lecz na teraz niema żadnej rady. Może za kilka lat będzie mogła otrzymać pozwolenie połączenia się z nim. Jeżeli będzie sobie tego życzyć, poczynię potrzebne kroki, ale nie teraz, później.
Zuzanna się zatrzymała.
Posłyszała łkanie.
Hrabina dławiła okrzyki bolu, przyciskając chustkę do ust.
A zatem, jak mówiła Zuzanna, wszystko było skończone; rozłączenie było zupełne.
Jan był dla niej umarły.
I nadomiar, już o nim wcale nic nie słyszała. Ktoś upierał się ich rozdzielić, wznieść pomiędzy nimi nieprzebytą granicę, mur, przez który nic przejść nie mogło, ani listy, ani wiadomości, ani skargi i nadzieje.
Od dnia tego, w którym tulił ją w ramionach, szepcząc w ostatnim pocałunku: „Czekaj i miej nadzieję!“ nie wiedziała nawet, w jakiem więzieniu go zamknięto.
— To dobrze — rzekła powstając. — My także musimy się zdobyć na jakieś postanowienie. W Paryżu zobaczę, dowiem się.
— Pani jeszcze bardzo bezsilna.
— Mniejsza o to! Nie możemy tu dłużej pozostać. Wszystko tutaj należy do wierzycieli. Widziałaś się z panem Besnou?
— Notaryuszem?
— Tak. Cóż on mówi?
— Że nie trzeba, żeby się pani troszczyła; że wszystkiem się zajmie, wszystkimi interesami.... że trzeba, aby pani najprzód wyzdrowiała....
— Jestem już zdrowa.... dzięki tobie, Zuzanno. Gdyby nie ty, jużbym nie żyła....
Wzięła swoją małą w ramiona i uściskała ją namiętnie.
— Tak — dodała — życzyłam sobie umrzeć ale ona, ta opuszczona, co by się z nią stało, gdyby została sama na świecie? Będę więc żyła.... straszna to katusza.... zniosę ją, ale wyjedziemy, musimy wyjechać.
Mówiła urywanemi zdaniami, z głową spuszczoną, zaczerwienionemi oczami, lecz suchemi, bez łez.
Zatrzymała się, nadsłuchując.
Słychać było zgrzyt kół na piasku, przed peronem.
Powóz się zatrzymał i wysiedli z niego dwaj panowie.
Byli to bracia Besnou.
Nie trzeba chyba mówić, jak bardzo byli przygnębieni tem, co słusznie uważali za pomyłkę sądową.
Pisarz trybunału szczególnie, Atanazy Besnou, stary kawaler, tak był przybity tym ciosem, że prawie wyrzekł się swojej niewinnej zabawki.
Miął tylko w ręku kawałki papieru ze zwyczaju i rzucał w ogień.
Ten stary kawaler, łagodny jak baranek, miewał teraz napady złego humoru.
Lecz Atanazy Besnou nie tłumaczył się nikomu, nawet najbliższym sobie, z powodów swojej hipochondryi.
Trzeba było pozostawić trochę czasu, na zmianę opinii.
Na razie, była ona otwarcie wroga dla rodziny Marcilles.
Sensacyjne wejście Heleny do sali sądowej, sprawiło korzystne wrażenie, ale już się ono zatarło.
Rzeczywiście, trudno było uniewinnić hrabiego Jana.
Sieć była nastawiona ręką mistrza.
Atanazy Besnou czekał więc, aby czas upłynął.
Posiadając około piętnastu tysięcy franków dochodu i swoją pensyę, mógł sobie żyć jak magnat na prowincyi i w wolnych chwilach robić co mu się podobało.
Nigdy nie miał sympatyi do małego sędziego śledczego, ale od owego tryumfu Bazouges, a szczególnie Klary Atenaïs, która dumna z arcydzieła swego męża, hałaśliwie radość swoją objawiała znienawidził małego człowieka.
Ofiarowałby dużą sumę pieniędzy, aby go przekonać, że z całym swoim geniuszem, którym tak się chwalił, popełnił potworną pomyłkę i skazał niewinnego człowieka, zamiast zbrodniarza.
Atanazy Besnou był milczący i cierpliwy, uparty, zawzięty w razie potrzeby.
Tacy ludzie są niebezpieczni, tembardziej, że mało czynią hałasu.
Mówiono o awansie sędziego śledczego.
Była nawet pogłoska, że zostanie prezydentem trybunału w Mayenne, o którą to posadę ubiegał się prokurator i co stanowiło szczyt jego ambicyi.
— Tem lepiej — myślał pisarz — pozostanie nam pod ręką.
Razem ze swoim bratem wziął sobie za zadanie przywrócenie honoru rodzinie de Marcilles.
Rzecz przedstawiała pewne trudności, ale nie należała do niewykonalnych.
Notaryusz i pisarz myśleli sobie z wielką słusznością, że z czasem wszystko się wyjaśnia, że nadchodzi chwila, w której najzręczniejsi się zdradzają i że działając gorliwie, w ukryciu, dojść można wkońcu do odkrycia tajemnic, które można było uważać za nieprzeniknione.
Atanazy Besnou, mniej zajęty od brata, obiecał sobie, że nie zasypie gruszek w popiele, zbierze wszystkie fakty, zeznania, zarzuty i sposoby zdolne do ustalenia niewinności Jana de Marelles i zwalenia sławnej procedury, będącej dumą Bazouges.
To dzieło cierpliwości wcale go nie nudziło ani przerażało.
Przeciwnie, było to dla niego prawie dobrą gratką.
W próżni swojej egzystencyi, czepiał się tej myśli, jak tonący źdźbła słomy.
Dwaj bracia wchodząc do hrabiny, zostali przyjęci ze łzami.
Serce nieszczęśliwej stopniało na ich widok.
Byli to przyjaciele, wobec których mogła się wyżalić.
Usiedli wszyscy w milczeniu.
Wobec tych dwóch istot czarno ubranych, pisarz trybunału ponowił przysięgę, którą sam przed sobą uczynił i wstręt instynktowny, którym obdarzał małego sędziego wraz z jego połowicą, Klarą Atenaïs, spotęgował się jeszcze bardziej.
— Pani hrabina życzyła sobie nas widzieć? — zaczął notaryusz. — Zuzanna nam to powiedziała. Pragnęliśmy oszczędzić pani fatygi. Ciągle pani czuje się cierpiąca?
— Tak, ale już mi jest lepiej.
I dodała, kładąc rękę na piersiach:
— Główna moja choroba jest tutaj.
— Jakie są pani zamiary? — spytał znowu po chwili notaryusz.
— Pragnę opuścić ten dom.
— Gdzież pani się uda?
— Przed siebie! Zapewne do Paryża. Czyż nie jest to przytułek wszystkich tych, którzy nie śmieją ludziom się pokazać i których życie stracone?
— Życie pani nie może się nazwać straconem.... nie bezpowrotnie przynajmniej.
Czegoż mogę się spodziewać? Ta ziemia już do nas nie należy, ponieważ pełno na niej długów, które trzeba zapłacić. Czy tylko będą spłacone?
— Za to pani ręczę....
— W Paryżu, będę szukać.... Może znajdę jakie zajęcie....
— Pani!
— Bezwątpienia. Nic już nie posiadam na własność. Nawet mój szwagier nas potępia. Czyż to nie okropność? Gdzie on się znajduje?
— Nikt o tem nie wie. Mamy powody mniemać, że udał się do Ameryki, pod obcem nazwiskiem. Przed swoim odjazdem, napisał do mnie list, prosząc mnie jako o przysługę, żebym mu przysłał natychmiast pieniądze za ziemię, która mu pozostała. Było to nazajutrz po zapadłym wyroku na hrabiego. Otrzymał siedmdziesiąt tysięcy franków przez pocztę. Przysłał mi w zamian generalne pełnomocnictwo na imię mego brata, abym uregulował jego interesy jak uznam za stosowne. Do tego dokumentu dołączony był list, polecający mi, abym wyrzekł się w jego imieniu spadku po ciotce jego, pannie de Marcilles i oświadczający, że nie chce ruszyć z niego ani grosza i że nigdy już nikt o nim nie usłyszy. Ten spadek, którego pewna część jest umieszczona na procencie, przechodzi jeszcze półtora miliona, pomimo popełnionej kradzieży, która, podejrzywam, że więcej wynosi niż sądy się domyślają. Oto wszystko, co wiem o nim. Co do pani, hrabino, proszę być ze mną szczerą co pani pozostaje?
— Już panu powiedziałam. Nic zgoła.
— Czemu pani do nas się nie odniosła?
— Panowie już nas zobowiązali tyle razy....
— Jesteśmy pani najzupełniej oddani, proszę nam wierzyć. Pomiędzy rodziną państwa a nami są więzy, których zerwać nic nie jest wstanie. Może pani tu pozostać, jeżeli pani zechce; biorę wszystko na siebie.
— To niemożliwe — odrzekła. — Nie potrafiłabym zawdzięczać mojej egzystencyi i mojej córki, wspaniałomyślności choćby najlepszych przyjaciół. Moje postanowienie jest powzięte od dawna. Jedynie choroba powstrzymała mnie od wykonania moich zamiarów.
— Więc koniecznie pani chce odjechać?
— Tak, koniecznie.
Notaryusz westchnął.
— Nie śmiem się sprzeciwić — rzekł — jednakże...
— Nie, pozwól mi pan ztąd się oddalić. Tutaj, zamieram z bolu; wszystko mi przypomina mego męża, niewinnego i nieszczęśliwego, skazanego na najhaniebniejszą karę. Tam, będę szukać, zobaczę, pójdę choćby do samych ministrów. Niepodobna, aby ukrywano przedemną miejsce jego zasłania, żeby mi nie pozwolono z nim korespondować, abym pozostała bez żadnych o nim wiadomości, bezsilna, aby go podtrzymać, pocieszyć. To okrucieństwo... Co za ręka tajemnicza nas pognębia w ten sposób? Czy wobec innych postępuje się także z taką samą surowością? I czyż można zabronić ojcu, chociaż byłby największym winowajca, przesłać pocałunek córce, żonie, które po nim płaczą i powiedzieć im, jak cierpi i żałuje tego, czego się dopuścił? A oto, jak nas traktują, nas, którzy nie mamy sobie nic do wyrzucenia i którzy znosimy cierpienia za winy innego! Ach! ten człowiek, gdzież on jest? I jakiż rachunek będzie musiał zdać za tyle męczarni! Pojadę więc do Paryża, będę się czołgać u nóg tych, od których losy nasze zależą, jeżeli tego będzie potrzeba! Zniosę wszelkie upokorzenia, ale chcę wiedzieć, chcę! Nieświadomość jest gorsza, niż śmierć!
Notaryusz otarł łzę, która kręciła mu się w oku.
Pisarz miął machinalnie kawałek papieru w ręku.
Był głęboko wzruszony tym głosem, który zwolna podnosił się, zirytowany, zrozpaczony.
— Dobrze więc — rzekł notaryusz — ale wymagam pewnej obietnicy.
— Jakiej?
— W przejeździe wstąpi pani do mnie do Mayenne. Będę miał dla pani niektóre wskazówki, wyjaśnię pani, jakie nam pozostają nadzieje.... chociaż bardzo słabe.... Zna pani Paryż?
— Bardzo mało. Bywaliśmy tam rzadko i nie na długo. Żyliśmy bardzo odosobnieni. Nasze ograniczone środki nie pozwalały nam na podróże.... A przytem — dodała ze smutnym uśmiechem, słabem odbiciem jej dawniejszego szczęścia — czuliśmy się tutaj tacy szczęśliwi.... w naszej wsi.... pomimo niedostatku.... byliśmy razem i kochaliśmy się!
— Kiedy pani chce jechać?
— Ależ jak można najprędzej... Jutro...
— Dobrze, przyszlę powóz po panią....
— Jaki pan dobry! Czy mogę zabrać niektóre rzeczy z pałacu?
— Wszystko, co pani zechce.... meble potrzebne do mieszkania.... tam.... Zuzanna jedzie z panią...
— Lecz.... — wyrzekła zakłopotana. — Wierzyciele, a przytem....
— Proszę niczego się nie obawiać.
Zacny człowiek nie przyznał się, że sekwestry były powstrzymane dzięki jemu, że zapłacił wierzycielom, aby oszczędzić nieszczęśliwej kobiecie widoku przymusowej licytacyi.
Ona to jednak zrozumiała i w wybuchu wdzięczności podała mu obie ręce.
Skoro stary kocz, unoszący dwóch braci, zniknął na zakręcie alei, hrabina czuła się ożywiona tymi dowodami przyjaźni.
Sił jej przybyło.
Nazajutrz wstała rano i gdy Zuzanna przygotowywała kufry, wybierając z pomiędzy rzeczy te, które mogły być najulubieńsze i najpotrzebniejsze młodej kobiecie na nowem jej stanowisku, ona sama poszła snuć się pomiędzy drzewa otaczające pałac i rzucić po raz ostatni okiem na miejsca, w których spędziła tyle dni szczęśliwych i zniosła najcięższe cierpienia.
Był to mroźny i suchy dzień zimowy.
Mróz chwycił w nocy. Szron zwisał z gałęzi drzew. Ziemia, pomieszana z trawą, miała barwę rudą, spaloną. Dwóch parobków folwarcznych snuło się po obszernych budynkach, tak ożywionych temu kilka miesięcy. Marcilles miało ponury i smutny pozór ziemi, po której śmierć przeszła.
Hrabina wróciła do siebie z sercem ściśnionem, z pragnieniem opuszczenia co prędzej tego domu w nieładzie i rozpoczęcia nowej egzystencyi.
Powóz notaryusza czekał.
W południe, powóz zatrzymał się w Mayenne przed domem okazałym, jednym z owych prowincyonalnych pałaców, gdzie trawa rośnie pomiędzy brukiem dziedzińca a mury zieleniają, pokryte pleśnią.
Pani de Marcilles wysiadła i weszła do dużej sali, wykładanej drzewem, gdzie dependenci pisali przy stołach, założonych papierami.
Notaryusz, mężczyzna o surowem a zarazem życzliwem obliczu, ukazał się na progu sąsiedniego gabinetu i zaprosił ją, mówiąc:
— Proszę wejść, pani hrabino.
Skoro drzwi się za nimi zamknęły:
— Zechce pani podpisać te papiery — rzekł. — Nie wiele to warte, co robimy, ale później to uregulujemy.
Następnie, wyjaśnił jej w kilku słowach swoje zamiary:
Pragnąłby zobaczyć się z wice hrabią Cezarem, zrobić mu kilka uwag. Przytem, pozwoli bratu, pisarzowi, użyć generalnego pełnomocnictwa, jak będzie uważał za stosowne. Zastanowi się, co przezorność wskaże mu zrobić ze spadkiem po pannie de Marcilles. Zawsze będzie czas wyrzec się go, skoro vicehrabia wyrazi swoją wolę inaczej, niż w chwili pierwszej rozpaczy. Opinia publiczna, zbałamucona niefortunnemi okolicznościami, wróci, miał nadzieję, do uznania niewinnie skazanego.
— Tymczasem — kończył — pozwoli mi pani oddać sobie drobną przysługę. Nie życzę sobie, aby hrabina de Marcilles opuściła swoje okolice bez pieniędzy. Oto jest dziesięć tysięcy franków; skoro się wyczerpią, proszę o nas pamiętać. Oba z moim bratem jesteśmy pani zupełnie oddani. Jeżeli pani potrzebuje jakiejś rady, lub kilku banknotów, proszę o nas nie zapominać. Odbierzemy je sobie przy likwidacyi interesów pani i wicehrabiego. Ale może powinnaby pani zostać w tych okolicach. Życie tutaj byłoby tańsze.
— Nie. Chcę być w Paryżu, starać się, aby mi pozwolono połączyć się z Janem! Udzielają przecież innym tej łaski.
Notaryusz potrząsnął głową.
On także wątpił.
Tak samo, jak brat, podejrzywał jakąś tajemnicę i domyślał się, z surowości, jaką otaczano skazańca, z nieugiętości, z jaką starano się odsunąć hrabinę od niego, że potężna jakaś siła działała przeciw nim i że rozłączając ich, dawała do myślenia o jakiejś tajemnicy, w której miłość musiała grać rolę.
Lecz wszystko to były tylko domysły.
Pan Besnou sądził, że najrozsądniej jest czekać, co przyszłość przyniesie.
— Niechajże więc pani jedzie — rzekł — i życzę powodzenia!
Hrabina powozem dojechała do Laval z córeczką i Zuzanną, a o jedenastej wieczorem wsiadała do paryskiego pociągu, aby się zgubić w tem mieście w tłumie wydziedziczonych, zmuszonych do walki z życiem.
Ostatnie węzły pomiędzy przeszłością i przyszłością były rozerwane.
Tego samego dnia, o tej samej godzinie, „Atropos“ wypływając z Charente, przy odgłosie armatniego strzału z fortu Bayard, zakręcając wokoło skały Antioche, dostał się na wody Atlantyku, zabierając w ładunku skazańców hrabiego Jana de Marcilles i Tomasza Vardon, dwie ofiary nienawiści i miłości barona Maksyma Raynaud.
Dzieło nikczemnego człowieka było dokonane.
Pałac barona Raynaud jest jednym z tych, które wychodzą z jednej strony na przedmieście Saint-Honoré, a z drugiej na avenue Gabriel, gdzie znajdują się prawdziwe parki, zasadzone najpiękniejszemi drzewami z całego Paryża.
Tych uprzywilejowanych pałaców jest nie wiele, dziewięć lub dziesięć najwięcej.
Pałac barona Maksyma Raynaud znajduje się prawie w samym środku.
Jest to jeden z gmachów, na które mogą sobie pozwolić jedynie ludzie, posiadający kilka milionów.
Kamienie bez skazy, żelazne balkony na wagę złota, architektura okazała o surowych zarysach, monumentalne kraty żelazne, wszystko to się tam znajdowało.
Dom barona Maksyma jest prześlicznym i wspaniałym pałacem.
Gabinet pana domu mieści się w parterze, po za szeregiem salonów, przez które cały Paryż arystokratyczny i finansowy przedefilował.
Jest to wysoki pokój ozdobiony delikatnemi boazeryami, na których rozciągnięto jedwab zielony, barwy wody morskiej, zasiany jasnymi kwiatami.
Meble są w najczystszym stylu z epoki Ludwika XVI.
Każdy stół, każdy fotel, jest prawdziwym wzorem w swoim rodzaju.
Był koniec lutego.
Około dziesiątej rano, baron siedział w tym gabinecie, przed wspaniałem biurem z drzewnej mozaiki, ozdobionem przepysznymi bronzami, dzieło Gauthiera.
Wielki ogień palił się na ogromnym kominku z czerwonego marmuru, udzielając miłego i dobroczynnego ciepła najdalszym nawet zakątkom pokoju.
Blade słońce wchodziło przez okna, okryte firankami z gipiury, po za któremi widać było zarysy drzew w parku i białość marmurowych posągów.
Baron Maksym wyglądał zafrasowany.
Czarne jego brwi marszczyły się nad źrenicami o spojrzeniu zimnem jak stal.
Obrócił się na szerokim fotelu, oparł się wygodnie, wyciągnął nogi na dywanie przed ciepłem i jasnem ogniskiem i błądził oczami po suficie.
Drzwi sąsiedniego salonu otwarły się bez hałasu i młoda dziewczyna, dziecko raczej, ubrana w białą wełnianą sukienkę z czerwoną szarfą, zbliżyła się na palcach.
Miała około dwunastu lat.
Była blondynką, ale barwy jasnej, nikłej, przygasłej.
Błękitne oczy miały w sobie coś z samowolnej twardości wzroku barona.
Figura wysmukła, wątła, była jeszcze nierozwinięta. Przeczuwało się jednakże, iż z czasem będzie elegancka. Cera chorobliwej przejrzystości, świadczyła o delikatnem zdrowiu, o skłonności do chorób nerwowych.
Lecz całość tej fizyognomii, nieco drwiącej, bystrej, wyniosłej i samowolnej, była sympatyczna.
Gdy się znalazła blisko fotelu barona, zatrzymała się chwilę, a potem nagłym ruchem okrążającym, stanęła przed nim.
Baron, ździwiony, uczynił ruch niezadowolenia.
— Marcela! — wyrzekł zniecierpliwiony.
— A więc, cóż?
— Zawsze dziwna!
— Tak — odrzekła z dąsem — rozumiem Przeszkadzam ci. Oczekujesz kogoś!
— To prawda!
— Antoni mi to powiedział, twój stary kamerdyner, słowem, pan Antoni! Któż to ma przyjść?
— Co ciebie to obchodzi?
— Może ten wielki, suchy, chudy, cienki człowiek.... którego często tu spotkać można?
— Może!
— Bardzo brzydki pan, mówiąc pomiędzy nami!
— Marcelo!
— I który strasznie mi się nie podoba!
— Wielka szkoda, rzeczywiście!
— Hypokryta, nieszczery, szkaradny!
— Dość tego!
Zmieniła ton na poważny.
— Źle robię — rzekła — zapominam, że ja się nie liczę, że nikt nie chce mnie widzieć ani słyszeć.
Ojciec spojrzał łagodniej na dziecko, nadto opuszczone, jedyną swoją córkę, na którą przeniósł obojętność, z którą zawsze traktował jej matkę.
Przyciągnął ją na kolana, wziął jasną główkę w obie ręce i ucałował jej czoło.
Odetchnęła głośno, głęboko.
— Jaka to dobra rzecz, pocałunek ojca — ale jak rzadka!
I chcąc złagodzić gorycz, którą ta uwaga mogła zawierać, natychmiast dodała:
— Nie czynię ci wymówki, nie myśl tego przynajmniej. Twój czas jest drogi; masz tyle interesów!
Uśmiechnął się i odrzekł:
— A ty?
— Och ja, mam ich zanadto.
— Nadto? — spytał ździwiony.
— Jest najprzód, jest miss Brampton, młoda i straszna miss Brampton, z którą rozmawiam po angielsku przez całe trzy godziny. Jakże ona mnie drażni, miss Brampton, Ewelina !nikt się tego domyśleć nie może! Tłumaczy mi przez cały czas Biblię i chce mnie nawrócić, jak mi się zdaje, na swoją religię. Nudzi mnie ta jej religia! Następnie mamy szanowną wdowę, Wilhelminę Brauer, która mnie uczy po niemiecku, istna piła, ku wielkiemu memu zmartwieniu! Nareszcie, ładna Julieta Sporzi, która mówi do mnie pięknym językiem Florencyi i Neapolu, melodyą miłości. Co za praca, wielki Boże! Nie mówiąc już o maneżu, o profesorze tańca i fortepianu, p. Bissles, który jest dla mnie najwstrętniejszy z całej kolekcyi! Jeżeli ci się wydaje, że ja nie mam także swoich interesów! A tymczasem, tak słodko byłoby mi spacerować z tobą, piechotą lub powozem... gdziebyś chciał!... czasami...
— Zobaczymy.
Wydała znowu westchnienie.
— Tak, zobaczymy, może!
Ojciec bawił się długimi warkoczami dziecka.
Widział dwie łzy, świecące u brzegu długich rzęs barwy słomy spalonej i miał już jej odpowiedzieć, serdecznie zapewne, gdy podniosła się portyera u drzwi gabinetu.
Antoni, ulubiony pana, stary sługa, z białą, prawie szanowną twarzą, ukazał się, mówiąc:
— Pan Fulgenty Guillard zapytuje, czy może się widzieć z panem baronem.
— Naturalnie. Niech wejdzie.
Marcela gniewnie uderzyła nogą w zięmię.
— Znowu on! — zawołała. — On nam nieszczęście przyniesie, ten człowiek!
Baron się wstrząsnął. Te słowa córki odpowiadając jego ukrytym myślom, dotknęły go głęboko.
— Zostaw nas — wyrzekł prawie twardo.
Ona się nagle zbuntowała.
— Tak odrzekła — wrócę do miss Brampton, kwakierki, do pani Wilhelminy Brauer i signoriny Juliety Sporzi i p. Bissles, pianisty i profesora tańców! To moja rodzina, bo ja nie mam matki!
— Marcelo!
Rzuciła się ojcu na szyję.
— Wyłaj mnie — rzekła — bij, jeżeli chcesz, ale kochaj mnie!
Fulgenty Guillard wszedł, gdy Marcela podawała czoło ojcu.
— Ucałuj mnie! — błagała.
Ucałował ją, lecz z roztargnieniem i oddalił ja ruchem ręki.
Wyszła zirytowana.
Przechodząc obok natrętnego gościa, który przerwał jej rozmowę z ojcem, uniosła się na palcach i z miną obrażonej monarchini rzuciła mu pełne nienawiści spojrzenie.
A skoro znalazła się dalej, łzy zawieszone na rzęsach, spływały jej po policzkach.
Pomimo swojej młodości wszystko odgadywała.
Dzieci miewają wzrok może daleko przenikliwszy od starców.
Ojciec jej, baron Maksym, nie kochał jej, tak samo, jak nie kochał jej matki, smutnej blondynki, której portret czuwał nad łóżeczkiem.
Dość rzeczy słyszała. Nikt się nie wystrzega uszu dziecka.
Ojciec pozostawiał ją na opiece tych, których opłacał.
Myśli jego, przywiązanie, pragnienia, uczucia, szły gdzieindziej.
Marcela widywała czasami tajnego agenta, który przychodził zamykać się z jej ojcem w gabinecie.
Widywała go także w Combiers.
Co on tu miał do czynienia ze swoją obleśną i obłudną miną?
Robił na niej wrażenie jednego z tych jadowitych gadów, skorpionów czy żmij, które instynktowym wstrętem nas napełniają.
Serdecznie go nienawidziła i miała słuszność.
Drzwi gabinetu zamknęły się za nią.
Antoni, wierny sługa, wypełnił rozkaz.
Fulgenty ukłonił się baronowi z wielką swobodą.
Odtąd, była pomiędzy nimi pewna łączność i oblicze jego blade, cienkie i kanciaste, nosiło na sobie cechę dumnego zadowolenia z siebie samego.
Większem prawem, niż mały sędzia śledczy z Mayenne, Cezaryusz Bazegues, mógł sobie powinszować, że sprytnie i chytrze załatwił się ze swoją sprawą.
Baron Maksym pragnął być uwolnionym od hrabiego Jana de Marcilles.
Stało się, jak sobie życzył.
Dzieło było dokonane w całej pełni, aż do końca.
Przychodził więc upomnieć się o zapłatę.
— Jesteśmy sami? — spytał, siadając na brzegu fotela i przysuwając się z nim do biurka.
— Sami.
— Możemy więc rozmawiać.
— Wybornie.
— Myślę, że pan jest zadowolony, panie baronie?
— Jestem.
— W tej chwili, mąż pięknej Heleny znajduje się w drodze, na koszt rządowy, do bardzo miłej miejscowości, którą nazywają Cayenne!
Fulgenty Guillard — alias Hans Straub — był nadzwyczajnie z siebie zadowolony. Powodzenie w głowie mu mieszało. Każdy ma miłość własną swego rzemiosła. Jego miłość własna czuła się pochlebiona. Dokonał tego, co nazywają wspaniałym sztychem.
I mówił dalej z werwą:
— Kto chce dojść do pomyślnego końca, musi mieć środki. Mieliśmy wybór pomiędzy Cayenne a Nauméą. Otóż, w Nauméa, żyje się prawie tem samem życiem, co gdziekolwiek indziej i nadto łatwo ztamtąd uciec. Z Cayenne się nie ucieka i życie jest wogóle krótkie. Mało kto długo wytrzyma, panie baronie. Dzięki staraniom, otrzymaliśmy Guyanę. Hrabia Jan został tam wysłany w towarzystwie tego kłusownika, którym pan baron raczył się interesować.
I Fulgenty Guillard dokończył dowcipnie, zacierając kościste ręce:
— Dzięki protekcyi, daleko zajść można!
Baron się uśmiechnął i zapytał:
— Uważasz pan swoją misyę za skończoną?
Badeńczyk odpowiedział pytaniem, na to pytanie:
— Cóżby mi jeszcze pozostawało do czynienia?
Maksym Raynaud skłonił się.
— Pozostaje mi więc tylko wypłacić panu honoraryum — odrzekł.
Otworzył szufladę.
Fulgenty zapuścił skośne spojrzenie do jej wnętrza.
Pakiety błękitnych banknotów leżały jedne przy drugich.
Straub naliczył ich dziesięć.
Milion! ognista cyfra!
Każdy pakiet, na pierwszy rzut oka, musiał zawierać sto tysięcy franków.
Baron wziął z nich połowę i delikatnie rzucał paczki po jednej na biuro.
Można było zauważyć rodzaj pogardliwej wyniosłości w ruchu, jakim rzucał cenę krwi w oczy zdrajcy, który sprzedał ją.
Lecz Badeńczyka to nie zbiło z tropu. Otrzymywał już większe afronty w ciągu zaszczytnej swojej karyery.
— Pięć kroć sto tysięcy franków — rzekł baron. — Czy to wystarcza?
— Dwa razy tyle lepiejby smakowało — odrzekł bezczelnie obywatel z ulicy des Pretres.
— Będziesz je miał.
— Kiedy?
— Najprzód, niektóre wskazówki.
— Jestem na rozkazy.
— Gdzie jest hrabina de Marcilles?
— Pan nie wie?
— Wiem, że jest w Paryżu od trzech tygodni.
— Tak jest w istocie.
— Ale nie znam jej mieszkania.
— Ulica de Verneuil, piąte piętro.
— Numer?
— Siedmdziesiąt dwa.
— Jesteś bezcennym człowiekiem.
Fulgenty Guillard, przyjął tę pochwałę z gestem pełnym skromności.
Baron Raynaud zapisał sobie w notatce.
A potem dalej pytał:
— Z czego żyje?
— Ona nie żyje; wegetuje.
— Sama jedna?
— Ze służącą i córeczką.
— Jej zwyczaje?
— Czasami, bardzo rzadko, o zmroku, wychodzi przejść się po Quais, które o tej porze są prawie puste, po stronie Inwalidów. W dzień, chociaż powstała niedawno z ciężkiej choroby, biega po ministeryach, chcąc się dowiedzieć, gdzie mąż jej się znajduje i prosić o łaskę, aby mogła z nim się połączyć.
— Przyjmują ją!...
— Nigdzie.... Dzięki przedsięwziętym staraniom...
— Wkrótce zapewne się zniechęci?
— Zdaje mi się, że to już nastąpiło.
— A więc hrabia Cezar de Marcilles?
— Zniknął. Według powziętych wiadomości, które mam wszelkie dane uważać za dokładne, wypłynął z Saint Nazaire do Buenos-Ayres czy Montevidéo.
— Dobrze.
Rozmawiając, Fulgenty Guillard chował do kieszeni pięć plików banknotów barona.
— A renumeracya? — spytał bezczelnie.
— Trzeba na nią zarobić.
— W jaki sposób?
— Och bardzo prosty...
— Słucham.
W stosunku, w jakim finansista i jego spólnik byli względem siebie, nie powinni byli się obawiać otwarcie odkryć sobie wzajemnie śmiałość swoich planów, a jednakże baron Maksym zawahał się chwilę.
Lecz ta chwila długą nie była.
— Dostaniesz resztę do miliona — wyrzekł tonem oschłym, — w dniu, w którym hrabina Helena będzie nie tylko osamotnioną w Paryżu...
— Lecz wdową? — dokończył Guillard, strzelając błyskiem szarych swoich oczu na barona.
— Prawdziwa przyjemność mówić z tobą. Pojmujesz wszystko...
— Z pół słówek...
Badeńczyk kalkulował w myśli swoje korzyści.
Pięćkroć od barona i trzykroć z Orgéres.... ośmkroć. Dobry początek!
Dokonanie dzieła nie sprawiało mu wcale niepokoju.
Hrabia Jan de Marcilles sam się zatraci w najbliższym czasie.
Chodziło tylko o to, aby mu trochę dopomódz.
Straub już o tem myślał, przez przezorność.
Tylko umarli nie wracają.
Zapewnił się, że kieszenie jego surduta były wypchane szacownymi papierami i zamierzał się pożegnać.
Baron, ruchem ręki zaprosił go, aby usiadł znowu.
— Słuchaj pan — rzekł — musisz mi opowiedzieć tajemnicę dramatu w Orgères. Jak się to stało, właściwie?
— Dalibóg, panie baronie, prawdopodobnie nikt się tego nigdy nie dowie.
— Mówiąc między nami, hrabia de Marcilles nie byłby zdolny do zbrodni podobnej.
— Dlaczegoż by nie? Hrabia miał tę wadę, że był biedny, jak Hiob, zrujnowany do szczętu i nagabywany przez sforę wierzycieli. Nędza jest sytuacyą, na którą nikt z łatwością się nie rezygnuje, szczególniej, gdy się jest przyzwyczajonym do innej. Pan, dla ubóstwianej kobiety, gotów był poświęcić dziesięciu ludzi. A któż panu zaręczy, że, aby uczynić bogatą tę, którą kochał, hrabia nie poświęcił starej panny, która go wydziedziczała?
— Obmawiasz go. On jest niewinny — powtórzył baron.
— W takim razie my jesteśmy winni — rzekł agent wzruszając ramionami. — pan i ja. Na szczęście, on płaci za innych.
— A gdyby wrócił?
— Nie wraca się z Cayenne. Klimat...
— Cuda się zdarzają.
Fulgenty Guillard potrząsnął głową.
— Ja w to nie wierzę — zapewnił. — Zresztą, można dopomódz naturze.
— Masz na wszystko sposoby. Jakże to?...
— Ależ, ułatwiając ucieczkę skazańca naprzykład. Hrabia musi wszelkiemi siłami tęsknić do swobody. Otóż, w Cayenne, deportowany, który ucieka, ma przed sobą tylko dwie szanse...
— Jakże?
— Być zastrzelonym przez wartę, lub utonąć w morzu — odrzekł Guillard — szczególnie, gdyby łódź, w której pozwolonoby mu uciec, nie była wstanie daleko odpłynąć.
— To jest sposób, w samej rzeczy — rzek baron w zamyśleniu.
— Hrabia de Marcilles jest strasznie nieszczęśliwy — dodał agent. — Otóż, żołnierz, który by go obecnie kulą poczęstował, wyrządziłby mu prawdziwą przysługę. I ten żołnierz dałby mi zarobić pół miliona. Sprawa jest delikatna, lecz może być, że tak się stanie... Tylko trzeba na to czasu. Mędrzec nigdy nie działa porywczo.
Powstał z miejsca.
Baron Maksym zamknął szufladę.
Pięć pakietów z banknotami zniknęło.
— Będziesz je miał — wyrzekł — w dniu, w którym przyniesiesz mi wiadomość wraz z dowodami. Życie tego niewinnego, który musi mnie nienawidzieć, ciąży mi, niepokoi...
— Dlaczego ma pana nienawidzić?
— Czyż wszystko się nie odgaduje? Kocham hrabinę. Chcę ją mieć.... za każdą cenę, sam widzisz. A w dniu, w którym ją posiędę, Jan de Marcilles będzie o tem wiedział, jeżeli będzie żył! W takim razie ja stanę się wrogiem, obarczonym jego przekleństwem. Pragnę żyć w spokoju.
Uniósł się, on, który zachowywał zawsze ten spokój, który dają pieniądze, ta największa potęga.
Ale uczynił wysiłek, uspokoił się i z przesadną obojętnością:
— Działaj — wyrzekł — nigdy nie trzeba zatrzymywać się w połowie drogi i pozostawiać dzieła niedokończonem. Reszta miliona czeka na ciebie.
Badeńczyk się ukłonił.
Wychodził już, gdy finansista go odwołał.
— Wręczając ci go, dodam wynagrodzenie za koszta, ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Pomiędzy spólnikami winno się mówić całą prawdę. Opowiesz mi historyę Orgères.
— Zgoda, panie baronie.
Cayenna nie jest właściwie miejscem rozkoszy.
Ta kolonia, zwana poprawczą, posiada tylko niejasne podobieństwo z rajem ziemskim, a mianowicie, że tak samo, jak w czarownej miejscowości, będącej kolebką miłości naszych pierwszych rodziców, wąż jest ukryty pod kwiatami.
Wszystko jest wspaniałe, bajeczne w tym kraju, który zyskał tak ponurą sławę.
Nigdzie nie istnieje potężniejsza wegetacya, jak pośród tych bezgranicznych lasów dziewiczych, otaczających kolonię francuską, ograniczoną na małej przestrzeni nieprzebytym, cudownym pasem zieleni.
W tym klimacie, gdzie panuje nieustanna wilgoć, rozgrzana czterdziestu stopniami gorąca równikowego słońca, drzewa wystrzelają do niepomiernej wysokości, stopy ich kąpią się w bagnach utworzonych z rozlicznych biegów wody, jedynych dróg w tym bajecznym kraju, gdy głowy kołyszą się o dwieście stóp po nad ziemią, tak gęste i rozgałęzione, że pod ich olbrzymie sklepienie nie dochodzi ani promyk słońca, ani podmuch powietrza.
Po za tymi tajemniczymi lasami rozciągają się nieznane przestrzenie, zaludnione dzikimi Indyanami, synami zbiegłych niewolników, których cywilizacya nie może wygonić z ich mieszkań, zdobytych na dzikich zwierzętach i którzy, żyjąc z łowów na ryby i z polowania, zamieszkują otwarte ze wszystkich stron chaty i którzy jeszcze dzisiaj, gdy cały świat używa udoskonalonych narzędzi, posługują się instrumentami pierwotnych ludzi z epoki kamiennej, toporami ze skały i strzałami z drzewa żelaznego, napuszczonymi straszną trucizną curare.
Lecz z samego miasta, zbudowanego na stoku góry, na wyspie zamkniętej ze strony lądu dwiema szerokiemi rzekami, rozciąga się cudowna panorama.
Aż do piasku wybrzeża, zieloność rozkłada swoje nieopisane bogactwo.
Drzewa tropikalne, paletunie, rozrastają się prawie w oczach, zacieniając coraz nowe obszary, a w niejakiej odległości, palmy, podobne do starożytnych kolumn, wznoszą w powietrze swoje bukiety liści.
Na placach i ulicach tej dziwnej stolicy, zabudowanej na sposób francuski i dużej jak skromna podprefektura, mrowi się ludność, w której mieszają się wszystkie typy rodzaju ludzkiego, wszystkie odcienia skóry, od błyszczącej czarności murzynów z Senegambii do olśniewającej białości rasy kreolów.
Kultura, która je otacza, nie przekracza przestrzeni, na jakiej Paryż się rozciąga.
A dalej, las, las olbrzymi bez granic i bez dróg żadnych, obszerny jak świat.
Zesłaniec, któryby chciał go przejść, pozostawiłby w nim swoje kości. Z tej strony nie było przykładu pomyślnej ucieczki.
Od strony morza, rozciąga się nieskończoność, na którą na prostej łodzi puszczać się nie podobna.
Baron Raynaud mógł więc spać spokojnie.
Klusownik, niesłusznie posądzony, nie będzie już trzebił jego obszernych zagajników.
Hrabia Jan nie wróci już tak samo, jak widmo, które tylko we śnie się widuje, aby bronić kobiety pożądanej przez niego, hrabiny Heleny.
Gdyby nawet, po kilku latach, w razie, gdyby silne ich zdrowie je przetrzymało, dano im koncesyę na grunt z chatą w głębi lasów palmowych i bawełnianych, jeszcze by nie mogli odzyskać wolności.
Ale miano otoczyć ich dodatkowem staraniem, aby się pozbyć ich na zawsze.
Skoro tylko „Atropos“ zbliżyła się do Cayenne, kapitan kazał spuścić łódź, która miała zanieść depesze do gubernatora.
Pałac gubernatorski jest domem poważnym z wyglądu, którego fasada ukrywa się pod prawdziwym potopem roślin podzwrotnikowych.
Oficer dowodzący na szalupie „Atroposa“ został natychmiast wprowadzony do dużego salonu, opatrzonego w żaluzje, przez które powietrze wchodziło, utrzymując stały chłód w pokoju.
Waniliowe drzewa w kwiecie roztaczały delikatne wonie, arumy szerokolistne, fuksye olbrzymie pięły się po balkonach i galeryach, czepiały się krat i pokrywały mury zieloną kaskadą, zaludnioną ptaszkami o błyskotliwem opierzeniu.
Chwila nadejścia wiadomości z ojczyzny jest zawsze niecierpliwie oczekiwana i witana z rozkoszą.
Gubernator obecny był prawdziwym gentlemanem, zrujnowanym w Paryżu życiem nadto szerokiem w stosunku do dochodów i musiał postarać się o posadę, której dochód zastąpiłby majątek, lekkomyślnie stracony w burzliwej młodości.
— Niechże pan zechce usiąść — rzekł do młodego oficera, wskazując mu duży trzcinowy fotel, stojący obok stolika, na którym rozłożono butelki z likierami z wyspy — dobrą mieliście przeprawę?
— Znakomitą, panie gubernatorze.
— Kogo nam pan przywozi?
Około sześćdziesięciu skazańców, po największej części Algerczyków.
Gubernator rozdzielał depesze.
Pozostawił dla siebie kilka uperfumowanych liścików, które musiały przynosić wspomnienia z przeszłości. Oficyalne depesze zostały odłożone na stronę.
Gdy skończył sortować, zawołał:
— Raki!
Wielkiego wzrostu człowiek, gruby, jak kufa, z ciemną, zaczerwienioną twarzą, z kwitnącym nosem i cerą trędowatą z powodu nadużycia w jedzeniu i piciu, wszedł, kołysząc się przesadnie całą postacią.
Był to mulat z Cayenny, stały sekretarz urzędników zmieniających się ciągle w Guyanie i w gruncie rzeczy rzeczywisty kierownik i dyrektor kolonii.
— Co takiego?
— Oto jest!
Mulat nalał sobie najprzód porządną porcyę rumu i umoczył w nim usta.
Następnie otworzył urzędowe koperty.
— Ach! — zawołał Saberway — mamy dwóch Francuzów.
Gubernator, który się uśmiechał czytając jeden z listów, którego zapach wciągał w siebie z rozkoszą, podniósł głowę.
— I niebezpiecznych, podobno — dodał Raki.
Oficer uczynił gest niedowierzający.
Raki nie był ślepy. Spostrzegł to.
— Takimi mi ich opisują — rzekł. — Jak wyglądają?
— Bez zarzutu — oświadczył oficer.
— Ba!
— Nawet dystyngowanie; jeden z nich szczególnie wygląda jak gentleman.
— A drugi?
— Drugi? Moja matka miała dozorcę, który był do niego podobny i który był najzacniejszym człowiekiem w świecie. Oblicze energiczne! Głowa żołnierza, budząca zaufanie.
— Zaręczają mi, że pierwszem ich usiłowaniem będzie spróbować ucieczki.
— Niepodobna — zapewnił gubernator, pogrążając się na nowo w czytaniu.
Raki otworzył kopertę do niego osobiście adresowaną, która zacierała tę uwagę: „Poufne“.
W miarę jak czytał szyderczy wyraz wybijał się na jego płaskiem i złem obliczu.
Dobry interes — mruknął wsuwając papier do kieszeni.
I wracając do rozmowy:
— Wymknąć się? — zawołał — ach! — niebaczny ! Ależ nie ucieka się z Cayenny.
Morzem, jeżeli się nie rozporządza trójmasztowcem lub yachtem, tonie się i idzie się na pożarcie rekinom, towarzyszącym dopóty, dopóki ciebie nie połkną. Lądem, rzadkim trafem dociera się do murzynów Bonis, Galibis, lub tym podobnych, niebezpieczniejszych od tygrysów, skorpionów, boa i grzechotników. Wymknąć się z Cayenny! moje dzieci, co za myśl!
— Cóż oni zawinili? — spytał oficer.
— Jeden z nich zabił strażnika leśnego barona Raynaud.
Gubernator podniósł głowę.
— Baron Raynaud? — wyrzekł. — Znałem go. Milioner pierwszej potęgi! Purytanin zimny i despotyczny, z gruntu nieugięty i nielitościwy. Ojciec jego, baron Józef Raynaud, dumny minister, wszystko miał w ręku za ostatnich rządów. Syn, trzyma się zdala od wszystkich spraw publicznych; ale z jego majątkiem, robi się zawsze, co się podoba. Posiada się większą potęgę niż magnat feudalny i wszyscy baronowie średniowieczni. Można kupić honor i życie drugiego. Za sto tysięcy franków, a nawet mniej, znajduje się ludzi, którzy uwalniają od figur, które się nie podobają, lub rywali, którzy zawadzają. Człowiek posiadający dwadzieścia pięć milionów, jest księciem. Taki, który ma ich sto, jest królem.
Mulat słuchał mowy gubernatora ze szczególniejszym uśmiechem.
Oficer zapytał znowu:
— A drugi?
— Drugi zamordował swoją ciotkę, starą pannę, aby ją okraść.
— To niemożliwe — szepnął młody człowiek.
— Ciężkie roboty na całe życie! Przysięgli nie byli zdania pana. Wielka szkoda dla tego deportowanego.... Nazywa się hrabia de Marcilles.
— Gdzie ich umieścimy? — spytał gubernator.
Raki zdawał się chwilę namyślać.
— Jabym proponował „Prozerpinę“ — rzekł.
„Prozerpina“, stary statek wojenny nie do użycia, jest jednem z więzień karnych, pływających w zatoce Cayenny.
Jest to rodzaj pontonu, podobny tym, na których Anglicy umieszczali jeńców wojennych za pierwszego Cesarstwa.
Pamiętne są cierpienia, jakie nieszczęśliwi znosili na tych okrętach.
W zatoce stoją trzy pontony, urządzone na wzór angielskich.
Ale urządzenie jest z większym komfortem, jeżeli można użyć tego wyrazu na więzienie, niż dawne angielskie.
Nazywają się „Chimère“, „le Grondeur“ i wreszcie „Prozerpine“, ofiarowana uprzejmie na mieszkanie przez szanownego Raki, dla dwóch pensyonarzy, których mu zarekomendowano.
Każdego poranku skazańcy schodzili na ląd pod dobrą eskortą, aby pracować nad ładowaniem i wyładowywaniem statków rządowych, lub oczyszczaniem portu, ulic i dróg, pod kierunkiem dozorców. Wracali na obiad na okręt, a gdy zadzwoniono na południe, szli znowu do pracy, aby wrócić na pontony dopiero na noc.
Raki, mulat, był rzeczywistym władcą kolonii.
Otóż ten człowiek skupiał w sobie wszystkie występki żarłoczną chciwość, okrucieństwo i najgłębszą pogardę wszystkiego, co co się zowie moralnością.
Badeńczyk Hans Straub znalazł tam grunt wspaniale przysposobiony, w który mógł siać wszystkie swoje nikczemności, będąc pewny, że ziarno wkrótce zejdzie i owoce przyniesie.
Gubernator, usłyszawszy o „Prozerpinie“, ukazał swoje niezadowolenie.
Zkądże tak szczególna uczuciowość względem tych dwóch skazańców?
Pochwały oficera, odnoszące się do nich, go uderzyły, zarówno jak nazwisko barona Raynaud.
Czy nie byli ofiarą jakiej tajemniczej zawiści?
Oficer powstał z fotela.
— Jakie rozkazy, panie gubernatorze? — zapytał.
— Wylądowanie o piątej. Wszyscy skazańcy na przystani. Agenci wskażą każdemu miejsce pobytu. Poprosi pan komendanta i oficerów, aby zrobili mi zaszczyt przyjścia do mnie dziś na obiad.
— Dobrze, panie.
Pozostawszy sam z sekretarzem, gubernator popatrzył badawczo na niego.
— Otrzymałeś wskazówki?...
— Specyalne, tak.
— Od kogo?
— Pochodzą z bardzo wysoka.
— Świat jest dziwny, Raki — wyrzekł gubernator. — Lituję się nad tymi dwoma ludźmi.
— Źle pan robi.
— Podejrzywam jakąś tajemnicę w nienawiści, której są celem.
— I po cóż zużywać swoje sentymenta dla nieznajomych?
Raki dokończył swoją szklankę rumu.
— Prawdą w świecie jest tylko powodzenie, panie, a dobrem, kwiaty, kobiety, smaczny stół i swoboda. Każdy, kto to straci, jest głupcem, którym nie warto się zajmować. Pracujmy, jeżeli pan sobie życzy, nie myśląc więcej o tych dwóch nędznikach.
Gubernator zapalił wyborne cygaro z tytoniu ze swego ogrodu, który rywalizował słusznie z najlepszymi hawańskimi i pogrążył się w marzeniach.
Zapomniał o dwóch deportowanych, aby myśleć o perfumowanych literkach, które mu Paryż przypominały, jego młodość burzliwą i bankiety, które wydawał.
W dali morz barwy mlecznej, pośrebrzone promieniami słońca, iskrzyło się.
„Atropos“ kołysał się na kotwicy o dwa kilometry od portu, a łódź oficera wracała do fregaty pod miarowem wiosłowaniem ośmiu majtków.
Pióro mulata skrzypiało na papierze.
Szybko rozdzielił deportowanych pomiędzy karne kolonie i przygotował rozkazy.
— Proszę podpisać — rzekł do gubernatora, podając mu papiery.
Czy może być coś przyjemniejszego dla urzędnika, jak ukończenie pracy?
Gubernator odpisał nie wypuszczając z ust cygara.
Podpisując, widział pismo z listu otrzymanego, tańczące na papierze.
List był podpisany: Cara!
Czyż podobna zamować się galernikami, gdy upijają podobne wspomnienia?
O piątej „Atropos“ wszedł do portu.
Żołnierze w pełnem uzbrojeniu, czekali na skazańców.
Tłum upstrzony sukniami czerwonemi, żółtemi i błękitnemi, poruszał się na molo, chcąc się przypatrzeć zawsze ciekawemu widokowi lądowania.
O ósmej, gdy słońce miało zapaść w wody Oceanu, łódź dobiła do starego statku bez masztów, którego pomost pokryty był daszkiem, podobnym do strzechy chaty murzyńskiej.
Daj mężczyźni, ubrani w strój galerników, weszli na pokład i zostali zaprowadzeni przez dozorcę na tył statku, gdzie wisiały dwa hamaki.
— Oto, wasze miejsca — wyrzekł.
Dwaj skazańcy zamienili ukradkiem spojrzenie.
Około dwunastu żołnierzy z morskiej piechoty, mając karabiny w kozły ustawione, siedziało na ławkach na drugim końcu pontonu.
W środku, menażki blaszane czekały na gości tego oryginalnego mieszkania, którzy mieli wrócić z roboty.
Sądząc z ilości menażek, na „Prozerpinie“ nie musiało być więcej nad dwieście deportowanych.
— Długo tu pozostaniemy? — spytał Jan de Marcilles.
— Niewiadomo — odrzekł dozorca. — Może na zawsze.
— Możemy pisywać?
— Nie.
— Dlaczego?
— Rozkaz gubernatora.
— Odbierać listy?
— Także nie.
— Z powodu?...
— Rozkaz gubernatora.
— To dobrze — odrzekł hrabia, zamykając oczy.
Dozorca się oddalił.
Dwaj mężczyźni, nie mówiąc ani słowa, uścisnęli się za ręce.
Nie rozłączono ich!
Wiosna wróciła.
Paryż przystroił się w godowe szaty.
O tej porze roku, ogrody paryskie przedstawiają niezrównaną świeżość i wdzięk.
Pęczki na drzewach alei okrywają się zielenią; gazony wypełniają się kwiatami, które całe legiony ogrodników wysyłają ze swoich cieplarni. Paryżanie, schodząc ze swoich pięter, otrząsają się w słońcu, jak ptaszki na gałęziach po ciepłym deszczu.
Zaczyna się odrodzenie rzeczy i ludzi.
Baron Maksym nie zapomniał objaśnień, które miał od swego Argusa z ulicy des Prètres.
Wiedział dzień po dniu co porabia hrabina i czekał z niecierpliwością na chwilę zniechęcenia i wyczerpania.
Powinna była nadejść niedługo, a także gniew i bunt.
Wybiegawszy się daremnie po ministeryach, aby uzyskać ulgę dla męża, odrzucana, zmęczona tylu upokorzeniami i afrontami, przestała nagle chodzić i wcale z domu nie wychodziła.
Z sercem rozdartem, z duszą pełną go̟ryczy, pomiędzy dwiema istotami, które jedynie kochać się ją zdawały, pomiędzy swoją córką, Gabryelą, skazaną na niesławę zhańbionego nazwiska — i Zuzanną, wierną służącą, czuła w sobie pragnienie pomsty tak samo gwałtowne, jak to, którem hrabia Jan był pożerany w Cayennie.
Powtarzała sobie, że nie może zwątpić w męża, że wszystkie nieszczęścia, rozłączenie, sromotę, zawdzięczają nieznanemu jakiemuś nieprzyjacielowi.
Mówiła sobie, że będzie to dla niej najwyższą radością poznać go i oddać mu cios za cios, hańbę za hańbę, ból za ból.
Podczas nocy spędzanych w gorączce, z głową w ogniu, przewalały się w jej mózgu najbardziej fantastyczne projekta, a w ciągu dnia pozostawała całe godziny nieruchoma, siedząc przy oknie wychodzącem na cichą, martwą ulicę, przy której mieszkała, z oczami utkwionemi w mały kwadrat nieba, widzialny w górze, przygnębiona osłabieniem i bezsilnością.
Pewnego wieczora około ósmej, Zuzanna rzekła do niej:
— Trzeba, żeby pani się ruszyła, wyszła z domu, odetchnęła świeżem powietrzem.
Hrabina westchnęła.
Powstała, poszła do łóżeczka, w którem spała jej córka i nic nie odrzekła.
Zuzanna wkońcu się rozgniewała.
— Rozchoruje się pani wkońcu! Czy to się na co przyda? I tak już pani nie bardzo silna.
Ten wyraz ją uderzył.
Chciała być silną, czuć się zdrową, jak dawniej, a także piękną i świetną, jak w zamku Combiers, gdy baron Raynaud mówił jej, że nie może żyć bez niej, że ją ubóstwia, że jest jak oszalały i że na całym świecie tylko ona jedna dla niego jest pożądana.
— Daj mi suknię — rzekła. Masz słuszność. Muszę wyjść.
— Chwała Bogu! — odparła Zuzanna. — Tam, można było oddychać, a tutaj aż duszno.
Zapewne, że Marcilles nie byli bogaci, ale posiadłość przedstawiała się dość okazale. Z okien widziało się perspektywę alei; pola zieleniły się zbożem, roślinność wydawała woń zdrową i przenikającą. W około niej był ruch, życie. Ogrodnicy szli rano śpiewając do swojej roboty, pasterze przechodzili z trzodami, rolnicy z pługami.
To było życie.
Wewnątrz, pałac zachował ślady dawnej zamożności.
Oddychało się swobodnie w tych wysokich salach, gdzie powietrza nie brakowało, dobrego, ożywczego powietrza pól i lasów.
Obecnie, trzeba było się zamknąć w tej ciasnej przestrzeni, na samej górze ponurego domu; dusić się pod niskimi sufitami, które ciężyły jak wieko trumny na piersi.
I wszystko to dla tego, że przyszedł zły człowiek pastwić się nad nimi jak nad ofiarą, zadając im cios we wszystko najdotkliwsze, majątek, honor, miłość, zabijając w nich teraźniejszość i przyszłość! Koniec z pocałunkami, koniec z serdecznymi wyrazami, którymi Jan usuwał jej niepokoje, koniec z pieszczotami, które dopomagały im zapatrywać się na klęski jako na próby, z których mieli wyjść zwycięzko, podtrzymując się wzajemnie.
I tak samo jak skazanego, myśl o baronie Raynaud gnębiła ją nieustannie.
Nie mogła myśleć o swoich nieszczęściach, łez wylewać, aby natychmiast obraz milionera nie stawał jej w pamięci.
Dlaczego?
Czyż nie było to istną niedorzecznością z jej strony? I czyż doprawdy można go było posądzić o wszystko, co się stało?
Z wyjątkiem bileciku, bardzo krótkiego, który napisał do niej z zapewnieniami o swojej sympatyi, nie dał ani znaku życia.
Wyglądało tak, jak gdyby rzeczywiście doprowadził do skutku swoje plany i rzucił się w wir życia towarzyskiego, znajdując tam rozrywki, których mu było potrzeba.
A zatem, była zapomniana.
Kończyła się ubierać z niejaka zalotnością. Spojrzała do lustra i uznała się za brzydką.
Co za zmiany!
Zuzanna zaprotestowała.
— Piękniejsza pani niż kiedykolwiek — oświadczyła.
Zuzanna miała słuszność.
Po przebytej chorobie, rysy hrabiny odzyskały swoją delikatność. Oczy wydawały się większe i ciemniejsze, przy twarzy olśniewającej białości, otoczone jeszcze przelotną sinością, pozostałą po chorobie, posiadały blask niewidziany dotąd, nieco gorączkowy, który dodawał jej niezrównanego powabu.
Narzuciła krepowy kapelusz na wspaniałe swoje włosy, otuliła się lekkim płaszczem futrzanym, wpadającym do stanu, ucałowała córeczkę nie budząc jej i wyszła.
Na quai doznała bardzo miłego wrażenia.
W półmroku wieczora nikt nie mógłby jej poznać.
Od czasu strasznego swego przejścia, musiała się zdobywać na nadludzką odwagę, aby ukazać się w biały dzień na ulicy.
Bywają chwile, w których wolałabym nie żyć — myślała — a przecież, tak miło żyć!
Ludzie snuli się po trotuarach leniwym krokiem istot, których zajęcia ukończyły się na dzisiaj.
Topole nad brzegiem wody kołysały po nad parapetami kępki swoich blado-zielonych gałązek.
Hrabina, jeszcze osłabiona, szła powoli. Przeszła ulicę du Bac na końcu mostu Royal, następnie, wzdłuż quai d’Orsay, prawie pustego. minęła koszary kawaleryi i znalazła się przed majestatycznemi ruinami Rady stanu, pozostałością złowrogiej epoki, której Paryż jeszcze nie zatarł.
Poetyczność tej miejscowości ją ujarzmiła.
Zatrzymała się przed tym rzymskim palacem, którego kontury zarysowywały się na gwiaździstem tle nieba i spostrzegłszy niezajętą ławkę, usiadła.
Ta melancholijna miejscowość, te sykomory, wyrosłe z popiołów i pomiędzy szparami kamieni, ta gęstwina, biorąca zwolna w posiadanie gmach zniszczony pożarem, dostrajały się do smutnych myśli nieszczęśliwej kobiety.
Siedziała z oczami utkwionemi przed siebie, prawie nie patrząc, z duszą pełną obrazu człowieka, za którym płakała krwawemi łzami, gdy nagle podniosła głowę.
Jakiś przechodzień wstrzymał się przed nią.
— Pani? — zawołał. — Jakim cudem?
Był to baron Maksym Raynaud.
A gdy milczała, patrząc na niego oczami, które chciałyby go przeniknąć do głębi duszy, zdziwiona i rozgniewana tem spotkaniem niespodziewanem, on zapytał:
— Więc pani była w Paryżu?...
— Pan o tem nie wiedział?
— Gdybym był wiedział, czyżbym przez czas tak długi wyrzekł się widzenia pani?
— Kogoż mogą obchodzić nieszczęśliwi?
Patrzył na nią uważnie przy świetle gazowej latarni, umieszczonej naprzeciw niej.
— Jaka pani blada!
— Blada i bezsilna.
— Pani była chora?
— O mało nie umarłam.
— I nie zawiadomiła mnie pani!
— Jakiem prawem miałabym pana o tem zawiadamiać?
— Odpowiadała krótko, tonem prawie zaczepnym:
— Jest pani rozgoryczona.... — wyrzekł.
— Tak strasznie jestem zgnębiona!
— Nikt więcej odemnie nie współczuje ze zmartwieniami pani.
— Prawdę pan mówi?
Baron zagryzł wargi.
Pomiędzy pojedynkującymi się, zdarza się na kilka minut zawieszenie broni, w czasie którego spoczywają, oparci na swoich szpadach, przypatrując się sobie nawzajem.
Pomiędzy hrabiną a baronem nastała podobna chwila.
Baron Maksym, w półcienia wieczora, wydawał się młodszy niż był rzeczywiście.
Bardzo elegancko ubrany w jasny paltocik, z pod którego widać było błękitny żakiet, ze wstążeczką w dziurce od guzika, z matową cerą, pieszczotliwym wzrokiem pożerał hrabinę, której obecność podniecała dawne jego żądze.
— Nie umie pani cenić swoich przyjaciół — wyrzekł.
— Czy jest nim pan rzeczywiście?
— W jaki sposób panią o tem przekonać?
— Oddając mi przysługę.
— Proszę mnie wystawić na próbę.
— Nieznana jakaś potęga staje zawadą pomiędzy mną a moim mężem. Przesadzają w surowości prawa. Wiem o tem. Pytałam się. Chodziłam wszędzie. Stukałam do wszystkich drzwi. Nie mogę ani napisać do niego, ponieważ nie wiem, gdzie się znajduje, ani otrzymywać listów od niego. Umarł dla mnie. Jest to okrucieństwo nie do zniesionia! Proszę, niech mi pan powie, co z nim zrobili? Niechaj wiem przynajmniej czy żyję, czy nie, czy myśli o mnie, czy już zapomniał! Zrób pan to, a będę pana błogosławić.
Baron cofnął się o krok.
Młoda kobieta wyrażała się z takim zapałem, tak gwałtowne wzruszenie biło od niej, miłość, która serce jej przepełniała dla skazańca, z taką siłą brzmiała w tej prośbie, że uczuł się ukąszony szaloną zazdrością.
— Pani więc zawsze go kocha? — zawołał.
— Zawsze!
— Nawet winnego?
— Jest niewinny! I cierpi..., mniej odemnie!
Straszna bladość rozlała się na jej obliczu. Zdawała się bliska omdlenia.
Ale się nie dała.
— Ach! Wcale mnie pani nie oszczędza! — zawołał baron, powściągając się — i nadto pani zapomina o moich uczuciach dla pani; ale uczynię, co pani sobie życzy. Jeżeli to tylko możliwe, dowie się pani o wszystkiem.
Nie uczynił więcej żadnej aluzyi do swojej miłości.
Usiadł przy hrabinie i wypytywał się z zainteresowaniem o wszystko, co zaszło od wyroku na Jana de Marcilles.
Dobra hrabiego zostały sprzedane, długi popłacone. Atanazy Besnou, pisarz trybunału z Mayenne, nabył Marcilles za cenę długów.
Helena wyjaśniła mu w kilku słowach swoje starania, ich bezowocność, brutalność, z jaką jej się pozbywano.
Nie ukrywała przed nim, że pod tą surowością domyślała się ręki wroga. W zwykłych okolicznościach niepodobna by być tak okrutnym dla kobiety, która ostatecznie, chociażby mąż był winien, nie ma sobie nic do wyrzucenia.
— A przecież — dodała — któż by mógł być jego wrogiem?
Baron słuchał w milczeniu, bardzo uważnie.
— Zobaczę — rzekł — i przyjdę udzielić pani wiadomości, które pozbieram. Pozwala pani?
— Proszę pana.
Czuła się bardziej osłabiona.
Wzruszenie tego spotkania siły jej wyczerpało..
Baron odprowadził ją na ulicę de Verneuil.
Mimowoli opierała się na jego ramieniu.
Z chwilą, gdy zgadzał się zająć losem hrabiego, czyż nie okazał się dla niej przyjacielem?
Chwytała się go, jak deski zbawienia.
I z ciekawości kobiecej, rodzajem instynktownej zalotności, pragnęła dowiedzieć się, co nosił w głębi serca.
Zapewne, że nie chciała uwierzyć, aby on dołożył ręki do intrygi, skierowanej przeciw jej mężowi. Byłoby to rzeczą tak ohydną, że doprawdy przypuścić niepodobna takiej podłości! A jednak, ta myśl ją uderzała, wbrew jej usiłowaniom. Nie mogła pomyśleć o swoich nieszczęściach — a ciągle o nich myślała! — żeby natychmiast to nazwisko na usta jej nie wybiegło! I jeszcze dziś, tego wieczora, kto go postawił na jej drodze, w chwili, gdy najmniej o tem myślała?
— Czemu miesza się nieustannie w jej życie?
W Combiers, w kilku zagadkowych wyrazach, podobnych do groźby, w chwili ostatniej z nią rozmowy, czyż nie przepowiedział jej nieszczęść, które spotkać ją miały, chwaląc się potęgą swojej przyjaźni, której może będzie potrzebowała kiedyś później?
Gdy ją opuścił u bramy domu, w którym mieszkała, uścisnął jej rękę i powtórzył dwukrotnie z lekkiem drżeniem głosu:
— Do widzenia, wkrótce!
Odpłaciła mu się smutnym uśmiechem, skłoniła się lekko i zaczęła powoli wchodzić na schody, mówiąc sobie:
— Chcę wiedzieć! Prędzej czy później, dowiem się!
Baron Raynaud dotrzymał słowa.
Nie ociągał się z pojawieniem się znowu i od tego spotkania, odgrywał przy hrabinie, z nadzwyczajnym taktem i dyskrecyą, rolę pocieszyciela i przyjaciela.
Dzięki jemu, dowiedziała się o wszystkiem, czego tak bardzo pragnęła się dowiedzieć.
Mąż jej był na „Prozerpinie“, stojącej w zatoce Cayenny.
Odtąd mogła z nim korespondować.
Baron podjął się wysyłania listów.
— Nie gwarantuję pani, czy dojdą na miejsce przeznaczenia — dodał tylko.
Udzielił jej kilku wyjaśnień.
Administracya okazywała się nader surową względem deportowanych, szczególnie w pierwszych latach. Po jakimś upływie czasu, łagodniała ta surowość. Lecz zawsze przejmowała listy, które w czemśkolwiek miały dar jej się nie podobać. Wszystko było odczytywane i starannie badane.
Nie mniej przeto hrabina pisywała do swego ukochanego więźnia.
— Kocham ciebie — mówiła mu. — Cierpię zdala od ciebie, przejęta niepokojem i rozpaczą. Kiedy się znowu zobaczymy?
Listy jej były przepełnione największą serdecznością. Zawierały w sobie pełne zapału przysięgi wierności.
W każdym ustępie odczuć było można uczucie natchnione ostatniemi słowami zamienionemi przez nich po wyroku, który ich pognębił: — Czekam i mam nadzieję!
Zapewne kilka listów doszło do niego, bo w grudniu, otrzymała odpowiedź od męża.
Był to dzień radosny!
Oświadczał w nim, że jest zrezygnowany ze swoim losem.
Silne jego zdrowie opiera się wszelkim zmianom klimatu, mniej zabójczego niż się przypuszczało i pracy, do której jest zmuszony razem ze swoimi towarzyszami niewoli.
— Mam zamiar — kończył — uzyskać, dzięki przychylności naszych przełożonych koncesyę, jeżeli nie zaraz, to przynajmniej nieco później i potrzebne upoważnienie, abyś mogła do mnie przyjechać. Wtedy, niesprawiedliwy wyrok, który nas poniża, nie będzie dla mnie wstrętny, ponieważ będzie mi wolno odzyskać jedyne dobro, którego żałuję, i za którem tęsknię.
A zatem, żył!
Chciała jechać, pomimo życzenia hrabiego Jana, który rozkazywał jej pozostać we Francyi.
Lecz baron odwiódł ją od tego zamiaru.
— Będzie pani powodem, że jeszcze surowiej zaczną z nim postępować — mówił.
Zresztą, pod ponurą rezygnacyą Jana, domyśliwała się podstępu, w celu zmylenia uwagi dozorców.
Znała jego energię.
Wiedziała, że pozostanie więźniem tylko tak długo, jak mu będzie potrzeba do zerwania więzów.
Szybko teraz wracała do zdrowia.
Jędrna jej młodość tryumf odniosła nad tylu ciosami.
Od kiedy miała wiadomości o nieobecnym, mogła pisywać do niego, mówić mu, że ciągle o nim myśli i zawsze kocha, życie inaczej się jej przedstawiało.
— Czekaj i miej nadzieję!
Te słowa brzmiały ciągle w jej uszach.
Słyszała je w dzień i w nocy i odwaga jej się pokrzepiła.
Baron Raynaud, tracąc nadzieję, że potrafi zwyciężyć i zatrzeć pamięć o tym rywalu, tak wyzyskanym przez los, doznawał coraz większej irytacyi.
Ale umiał dysymulować.
Pewny spełnienia obietnicy swego agenta, zadowalał się tymczasem wkradaniem w łaski hrabiny, starając się przytłumić jej nieufność, wyrządzając jej pełno przysług.
Raz jeden tylko, przechadzając się po Champs Elysées na avenue Gabriel, gdzie spotkał panią de Marcilles, będącą teraz w pełni rozkwitu urody i zdrowia, pozwolił sobie na wyrażenie tej nadziei:
— Pani mnie odepchnęła, mnie, który dałbym dziesięć lat życia za jeden pani uśmiech, ale musi mi pani oddać sprawiedliwość, że czekam cierpliwie.
Zarumieniła się i odrzekła z żywością:
— Sądzi pan, że w sercu tak zbolałem jak moje, może zostać choć najmniejsze miejsce na miłość?
— Sądzę i wierzę temu.
— Źle pan robi.
— Wierzę silnie — odrzekł baron — że czas posiada dar zabliźniania wszystkich ran. Jeżeli hrabia został niesprawiedliwie skazany, jak pani myśli, prawdziwy winowajca zdradzi się kiedyś i wtedy, honor męża pani będzie odzyskany...
— Dałby Bóg!
Ton, którym hrabina te słowa wymówiła, wstrząsnął nim do głębi.
Głosem nieco wahającym, mówił dalej:
— Jeżeli przeciwnie, hrabia na prawdę jest winny, jest umarłym dla pani, a wtedy...
— Wtedy?
— Wtedy — dokończył — odzyskawszy swobodę, zrozumie pani, że nie może wiązać swego losu z człowiekiem umarłym dla społeczeństwa. Powie pani sobie wtedy, że kobieta potrzebuje podpory; że nie powinna przez karygodny upór, skazywać swojej córki na stanowisko niepewne, pełne niebezpieczeństwa, że jest więcej, niż nierozsądkiem, raczej szaleństwem, odrzucać uczciwą dłoń, która do pani się wyciąga, że niedostatek, na który pani ma odwagę się skazywać, jest niegodny pani, że boska uroda pani potrzebuje ram, któreby ją uwydatniały i że słowem, nie spotka pani drugi raz w życiu dość odważnego człowieka, który zechce brawować przesądy, dość zakochanego, aby pani ofiarować swoje nazwisko bez skazy, w zamian za nazwisko zhańbione i złożyć u stóp pani uwielbienie, tak pełne pokory i serdeczności, jak moje.
A gdy gestem odrzucała jego propozycyę:
— Proszę mi nie odpowiadać — wyrzekł. — Jeszcze nie nadeszła chwila decyzyi dla pani. Proszę sobie pomyśleć, że jeżeli przerwałem milczenie, które sobie nakazałem, stało się to wbrew mojej woli: Szanuję boleść pani i pragnę ją uleczyć. Należy pani do męża do chwili, w której nie uzna go pani niegodnym swojej miłości i dopomógłbym pani szukać prawdziwego winowajcy, tego kogoś nieznanego, gdybym na nieszczęście, nie wątpił w jego istnienie....
— Panie!...
— Niechże pani zimno zapatruje się na rzeczy. Hrabia kochał panią namiętnie.
Czyż mogło być inaczej? Obawiał się dla pani upokorzeń, niedostatku. Otóż w chwili obłędu, uległ szalonej, strasznej pokusie. Nie obwiniam go. Czy popełnia się podobne czyny przy zdrowych zmysłach? Gdybym był jego sędzią, powiedziałbym sobie, że upajająca piękność pani służyła mu za wymówkę. Inni inaczej zadecydowali. Czy moja w tem wina? Czemuż mnie za to karać? Nie proszę panią o miłość. Przyjaźń pani mi wystarcza. Proszę mi jej nie odmawiać, opierając się na mojej przyjaźni.
Odtąd; nigdy już nie poruszył wobec niej tego przedmiotu.
Rozmawiał z nią tylko o wypadkach, które mogły ją zainteresować, dowiadując się o jej planach na przyszłość, o środki, jakimi rozporządza.
Dziesięć tysięcy franków otrzymanych od notaryusza z Mayenne, topniały w oczach, pomimo najściślejszej oszczędności przestrzeganej przez hrabinę.
Bracia Besnou dowiadywali się często, w jakim stanie kasa jej się znajduje.
Ale raczej by poszła żebrać na ulicę zanimby skorzystała z ich dobroci.
Powiedziała baronowi, że chce szukać jakiegoś zajęcia.
— Pani by miała iść w służbę! — rzekł z uśmiechem. — To dobre! Przyszła by pani ochota rzucić się w Sekwanę po upływie trzech tygodni.
W początkach 1879 r. listy jej męża przestały nagle przychodzić.
Od kilku miesięcy, Fulgenty Guillard korespondował stale z uczciwym Raki, wszechpotężnym mulatem.
Wizyty barona Raynaud w domu przy ulicy de Verneuil były dość rzadkie, gdy pewnego majowego wieczora, tak pogodnego jak wtedy, gdy hrabina spotkała go po raz pierwszy na quai d’Orsay, powóz barona zatrzymał się przed bramą jej domu.
W dwie minuty potem dzwonił do drzwi hrabiny.
Zuzanna poszła otworzyć.
Baron Raynaud powitał panią de Marcilles z tragiczną miną.
— Ma pan jakie wiadomości? — spytała z żywością.
Skłonił się potakująco.
— Złe? — dodała.
— Niestety!
I gdy zagryzał usta zakłopotany:
— Och! — zawołała — może pan mówić. Pan wie, że jestem silna, ponieważ nie umarłam po tem wszystkiem, co z nami się działo. Czegoż gorszego mogłabym się obawiać?
I wpatrując się w niego gorączkowym wzrokiem, dodała:
— Jan jest chory?
— Nie.
— Może nie żyje?
Stanęła przed nim wyprostowana z szeroko otwartemi oczami, nieruchoma, czekając odpowiedzi.
Wyjął z kieszeni gazetę i podał jej.
— Proszę przeczytać rzekł.
Porwała chciwie, a raczej wyrwała mu z ręki papier.
Dziennik miał wypisany wielkiemi literami tytuł: Moniteur de la Guyanne, urzędowa gazeta kolonii.
Na pierwszy rzut oka spostrzegła na drugiej kartce artykuł na całych dwóch kolumnach, podkreślony czerwonym ołówkiem, pod tytułem:
„Smiała ucieczka dwóch deportowanych“.
Wyraz dzikiego tryumfu rozjaśnił jej oblicze.
Cała jej miłość dla hrabiego objawiła się w tej przemianie, w tem szybkiem przejściu. z obawy do radości.
Baron pozostał niewzruszony z pozoru.
— Proszę przeczytać — dorzucił ze zwykłym swoim wyrazem obłudnego smutku.
Wtedy, ze ściśnionem sercem czytała.
Cytujemy tylko główne ustępy artykułu:
„Dwaj skazani na ciężkie roboty, przywiezieni do Guyanny w ciągu 1878 r. na „Atroposie“, zostali umieszczeni na „Prozerpinie“ w zatoce Cayenny pod ścisłym dozorem.
Wyróżniali się od innych swoją karnością i łagodnością.
Jednym z nich był hrabia Jan de Marcilles, skazany wyrokiem. trybunału w Mayenne na dożywotnie ciężkie roboty, drugim, niebezpieczny kłusownik z Seine-et-Marne, zabójca jednego z dozorców barona Maksyma Raynaud.
Wbrew temu, czego się po nich spodziewano, administracya mogła tylko oddać pochwały ich zachowaniu.
Lecz ta pozorna uległość pokrywała plany, których specyalna okoliczność o mało nie dopomogła im wykonać“.
Papier wysunął się z rąk hrabiny.
Pobladła i powtórzyła z wyrazem obłędu:
— O mało... nie dopomogła... wykonać!...
A zatem, nie udało się!
— Proszę czytać dalej — wyrzekł baron łagodnie.
Przesunęła ręką po oczach.
Mgła jakaś je przysłaniała.
— Nie mogę — szepnęła.
Podniósł gazetę i sam czytał dalej:
„Przydzieleni do szpitala na Ile-la-Mère wskutek gorączki, która u obu skazańców jednocześnie się objawiła, skorzystali z mglistej nocy i braku dozoru w tej infirmeryi, aby spróbować wolność odzyskać.
Z niesłychaną śmiałością zeskoczyli z drugiego piętra szpitala na skały nadbrzeżne, dopomagając sobie gałęziami drzewa rosnącego zbyt blisko murów.
Zabrali z sobą koce z łóżek.
Wskutek niesłychanego niedbalstwa pewnego dostawcy żywności, łódź, zresztą w dość złym stanie, pozostała przywiązana prawie pod samemi oknami szpitala.
Dwaj zuchwali towarzysze rzucili się w łódź, odciąwszy wprzód łańcuchy i pomimo burzy, która mogła rozbić łódź na skałach tego niebezpiecznego miejsca, próbowali dostać się na pełne morze.
Powiedzmy od razu, że to usiłowanie nie miało żadnej szansy powodzenia.
Gdyby nawet ich nie spostrzeżono, gorszy wyrok wydaliby na siebie, niż ich sędziowie, idąc na śmierć pewną.
Lecz urzędnicy, zawiadomieni krzykiem sióstr i dozorców, nadbiegli i skierowali, nieco na chybił trafił z powodu nocy, swoje karabiny na uciekających; strzały musiały ich dosięgnąć.
O świcie kanonierka i krążownik rządowy udały się na ich poszukiwanie, lecz oni już nie istnieli.
Znaleziono tylko wyrzucone przez fale na wybrzeżu Ile-la Mère, jeden z koców i ich kapelusze, tak samo jak szczątki łodzi, która musiała wywrócić się wskutek strzałów wymierzonych do niej, albo rozbić się na licznych skałach, któremi wyspa jest otoczona.
Co do zbiegów, nie mogło z nich pozostać ani śladu.
Grobem ich prawdopodobnie jest brzuch rekinów, których zuchwalstwo jest znane i które towarzyszą okrętom aż do samego portu.
Akt ich zejścia został spisany przez władze miejscowe.
Nie było przykładu, aby usiłowanie ucieczki było ukoronowane powodzeniem w Guyanie.
Lecz więźniowie się tem nie zrażają.
A jednak tak straszne wypadki śmierci, mogłyby im odebrać ochotę do ponawiania podobnych przedsięwzięć“.
Baron zamilkł.
Pomimo wysiłków, jakie czynił, aby to ukryć, radość ponura błyszczała w szarych jego oczach.
Plany jego udały się pod każdym względem; sprawę oddał w dobre ręce.
Obecnie dzieło Fulgentego Guillard było dokonane i wspaniale dokonane.
Hrabina Helena ze sztywnym wzrokiem, ze zmienioną twarzą dotkliwym bolem, blada jak śmierć, opadła na krzesło z rękami skrzyżowanemi na kolanach.
— A zatem jest pani wdową! — wyrzekł baron.
Hrabina Helena nic nie odpowiedziała.
— A zatem, jest pani wolną!
Nie przerywała milczenia.
— Jest pani bez oparcia, bez majątku — mówił dalej — ale nie chcę, żeby pani rozpaczała. Inna przyszłość otwiera się przed panią, pełna czaru, bezpieczeństwa. Trzeba zapomnieć tę straszną przeszłość. Heleno, ofiaruję ci moją rękę i nazwisko, w zamian za wszystko, co tracisz.
Spojrzała na niego z dziwnym wyrazem.
— Mnie pan czyni tę propozycyę? — rzekła. — Wdowie deportowanego! Pan, baron Maksym Raynaud!
Na usta jego wybiegł wyniosły uśmiech.
— Bywają ludzie, którzy mogą sobie na wszystko pozwolić, którzy górują nad opinią i zmuszają ją do pobłażania. Proszę o mnie nie myśleć! To moja sprawa. Proszę — myśleć o sobie. Kocham ciebie!
— Bardzo dobrze! Dam panu odpowiedź.
— Kiedy?
— Za miesiąc.
Ukłonił się, ujął rękę hrabiny i pożerał ją pocałunkami.
I nie mówiąc ani słowa, wyszedł.
Słuchała jak schodził powoli ze schodów i przez okno, ukryta za firanką, widziała, jak wsiadał do powozu i oddalał się ciągniony przez wspaniałą parę karych koni.
Suche jej oczy nie wylały ani jednej łzy.
— Ach! — pomyślała z goryczą — nie poczekał nawet, abym wypłakała się po tamtym, moim mężu najdroższym.... który jest może jego ofiarą!
W jedenaście miesięcy później, to znaczy 2 kwietnia 1879 r., dwóch podróżnych wysiadło w Hawrze z parowca, przypływającego z Folkestone.
Ubrani byli w garnitury w kratki, ciepłe i mocne, z angielskiego szewiotu, bardzo przylegające, z wązkimi pantalonami, jak dżokieje.
Zbytecznie by było pytać, zkąd przybywają.
Ubranie miało swoją markę, narodowość, aby się tak wyrazić.
Byli obywatelami wszechświata, pochodzącymi z wolnej Ameryki.
Której?
Z północy czy z południa?
Trudno było określić, lecz wydawało się, że raczej z krajów sąsiadujących z Brazylią w dół, aż do Patagonii i Ziemi ognistej.
Na garniturach mieli płaszcze z pelerynami, z bronzowego sukna w żółte pasy, przedstawiające się nader malowniczo.
Twarze ich, opalone od morskiego wiatru i słońca podrównikowego, były prawie tak czarne, jak mulatów i do połowy przysłonięte gęstą brodą.
Jeden i drugi byli słusznego wzrostu, dobrze zbudowani i wydawali się posiadać energię i siłę wyjątkową.
Skoro tylko parowiec przybił, rzucili się na quai z walizkami w ręku i skierowali się do jednego z owych szynków, gdzie marynarze i ludzie portowi jadają obiady.
— Garson — rozkazał jeden z podróżnych z silnym cudzoziemskim akcentem —szynki, chleba i szklankę „ale“.
— Zaraz, panie.
Było około piątej po południu.
Mała salka, do której weszli, była prawie pusta.
W halu wchodowym, goście pijący przy stołach, rozmawiali z sobą nie zajmując się nowoprzybyłymi.
Hawr, miasto kosmopolityczne, a przedewszystkiem miasto interesów różnego rodzaju, pozostawia nieograniczoną swobodę cudzoziemcom i nie otacza ich niedyskretną ciekawością.
Gdyby ujrzano indyanina, przybranego w pióra, ze szkiełkami w nozdrzach i z łukiem na plecach, nie obdarzonoby go szczególniejszą uwagą.
Garson wyszedł, aby przynieść, co mu rozkazano.
Podróżny, który zdawał się znaczniejszy od drugiego, rzucił okiem na ściany, pokryte papierem z karykaturami, tym samym, co za czasów Ludwika Filipa i który wszędzie się spotyka, i na sufit zadymiony, od którego zwisała lampa gazowa, mocno znieważona przez muchy.
Pierś jego uniosła się radosnem wrażeniem.
— Brzydko tutaj — rzekł — ale jakże swobodnie się oddycha!
I z wyrazem głębokiego zadowolenia dodał:
— Docieramy do celu, nareszcie!
Drugi, dał mu znak prawie niewidzialny, zalecając przezorność.
— Nie obawiaj się niczego — odrzekł mu towarzysz. — Któżby poznał w tem przebraniu plantatora z Jamajki, Jana de Marcilles i Tomasza La Brêche, wracających z la Pata? Zresztą, jesteśmy umarli, mój kochany, a umarłych pozostawia się spokojnie w ich grobie, czy on się znajduje w jakim zakątku ich ojczyzny, czy w głębi mórz dalekich. Moje wiadomości są pewne.
— A jeżeli Anglik się mylił? — zauważył La Brêche.
— Niepodobna. Widziałem depeszę: Jan de Marcilles i Tomasz La Brêche, zginęli.
Akty zejścia sprawdzone.... A zatem, jesteśmy wykreśleni z liczby żyjących. Ale uspokój się. To nam nie przeszkodzi zabrać się do dzieła z przezornością czerwonoskórych. Chodzi tylko o zawiadomienie mojej żony z jednej strony, a z drugiej młodej dziewczyny, która czeka na ciebie. A potem odjeżdżamy; one nadjadą, aby się z nami połączyć. Niepodobna uprzedzić ich inaczej. Gdyby się tylko dowiedzieć, co z niemi się dzieje!
Garson wrócił.
— Oto jest — wyrzekł.
— O której godzinie wychodzi pociąg do Paryża? — spytał hrabia.
— Pospieszny?
— Może być pospieszny.
— O szóstej czterdzieści, panie.
— Przybywa tam?...
— Około północy.
— Masz tobie tak późno? a zwykły?
— Nie wiem, panie. W Hawrze wszyscy się spieszą. Wsiadają na ekspres. Ten prędzej idzie.
— Dobrze.
Dwaj mężczyźni pozostawszy sami, spojrzeli po sobie.
Wypadało się rozliczyć.
Kasa ich była skromna.
Posiadali zaledwie tyle, ile potrzebowali na podróż, tam i z powrotem i lepiej było znaleźć się prędzej na pełnem morzu.
Pobyt we Francji nie był dla nich bezpieczny.
Przyjechali obaj, narażając się na utratę wolności drogo nabytej, aby odnaleźć dwie kobiety, które czekać na nich były powinny, które wypadało zawiadomić w tajemnicy i zdecydować, aby z nimi jechały zdala od niebezpiecznych okolic, które zgubić ich mogły, do wolnego kraju, zkąd przybyli i gdzie mieli nadzieję majątek zdobyć.
Mogli byli napisać.
Ale byłoby to zdradzić tajemnicę ich istnienia, narazić swoją przyszłość.
A przytem, oczekiwanie, zwłoka, niepewność!
Miłość ich była namiętna, porywcza.
Swoboda miała dla nich tylko tyle ceny, o ile pozwalała im wrócić w posiadanie tego dobra, które utracili.
Przybyli więc, narażając życie, z zuchwalstwem, którego nabyli w życiu, przywykłem do niebezpieczeństwa.
Jakiż kochanek, rozmiłowany do szaleństwa, cofnąłby się przed niebezpieczeństwem, aby odzyskać ukochaną kobietę!
Historya ich była całkiem prosta.
Chcąc ich zgubić, uratowano ich.
Ta łatwa ucieczka do której ich zapraszano, żeby się tak wyrazić, poddając im sposoby uwolnienia się, była tylko pułapką.
Raki, mulat, rozciągnął sieć, w którą powinni byli fatalnie się uwikłać.
Nie udało mu się.
Łódź ich, stary statek wielorybi, uzbrojony w maszt z kwadratowym żaglem, o mało dziesięć razy nie rozbiła się na skalistym pasie, który przebyć musieli, lecz w nocy, płynąc na chybił trafił, unikając tylko latarni morskich, oświecających te przejścia, prawie nadzy, bez broni, bez żywności i bez oznaczonego celu, znaleźli się wyrzuceni na pustą plażę o jakich pięćdziesiąt mil na południe od Cayenny.
Na szczęście łódź, wbrew wszelkim oczekiwaniom, wytrzymała tę drogę.
Na tem niegościnnem wybrzeżu, dzikiem, niezamieszkałem, gdzie lasy ciągnęły się prawie do samego morza, gąszcz nieprzenikniony, gdzie walczyć trzeba przeciw wszelkim klęskom, dzikim zwierzętom, jadowitym wężom i głodowi, sytuacya była nie mniej krytyczna.
La Brêche i hrabia umieli jako tako kierować łodzią.
Dawny żołnierz piechoty morskiej dość długo żył w towarzystwie marynarzy, hrabia Jan lubił łowić ryby na normandzkich wybrzeżach u swoich przyjaciół.
Nie byli więc nowicyuszami.
Walczyli odważnie z przeznaczeniem, żywili się czem mogli, lawirowali pomiędzy zakrętami wybrzeża, gdy ósmego dnia po ucieczce, wyczerpani zmęczeniem, nie mając innego pożywienia, tylko dzikie ananasy i kilka muszli, zostali pociągnięci z szaloną szybkością ku północnemu morzu.
Długo przed zachodem słońca ziemia znikała na horyzoncie, aż całkiem z oczu ją stracili.
Wśród nocy, dwaj zbiegowie zgubili się w niezmierzonej przestrzeni morza, mając tylko gwiazdy nad głową, a wokoło prąd, który ich pociągał ku nieznanym przepaściom.
Łódź, bliska rozbicia, brała w siebie wodę za każdym podskokiem wściekłych fal, gdy złowrogie trzeszczenie rozlegało się na wszystkie strony.
W trzydzieści godzin później, o świcie, po nieopisanych przejściach, hrabia i Tomasz ujrzeli w promieniach jutrzenki, wśród wspaniałości oświetlenia, widzialnego jedynie tylko w krajach równikowych, trójmasztowiec, płynący w ich kierunku pełnymi żaglami.
Doznali chwilowo olbrzymiej radości i trwogi.
Czy było to zbawienie, czy zguba?
Jeżeli trójkolorowa flaga powiewała na maszcie, mogli zostać oddani władzom i odesłani do miejsca, zkąd uciekli.
Raczej śmierć.
Hrabia, na przodzie łodzi wpatrywał się bacznie w okręt.
— Uratowani! — zawołał. — To Hiszpan, wielki statek handlowy.
Był to rzeczywiście statek płynący z Cadix z przeznaczeniem do La Plata, który huragan spędził z drogi.
Zbiegowie zaczęli nawoływać za pomocą rozpaczliwych sygnałów.
Kapitan był człowiekiem ludzkim, a przytem bardzo mu było spieszno.
Przyjął rozbitków nie gnębiąc ich pytaniami, wyjaśnił im, że dostali się w najpotężniejszy i najbardziej niebezpieczny prąd Amazonki, dał im ubranie i puścił się w dalszą drogę, w której spotkała ich cisza morska, przerywana ciągłemi burzami, co zdarza się bardzo często pod równikiem.
Zresztą zbiegowie nie mogli się porozumieć z załogą okrętu, który nosił nazwę „don Pedro“.
Z wyjątkiem kapitana, który znał trochę francuskich wyrazów, zaledwie tyle, aby się jako tako porozumieć, porucznik i majtkowie wcale tym językiem nie umieli mówić, tak samo jak dwaj zbiegowie po hiszpańsku.
Lecz na szczęście hrabiemu udało się przechować dwa szacowne bilety po tysiąc franków, ostatnią deskę ratunku, pochodzącą od notaryusza z Mayenne. Mógł więc wywdzięczyć się za oddaną przysługę. „Don Pedro“ zużył całe dwa miesiące na przepłynięcie ogromnej zresztą przestrzeni, dzielącej Guyenne od la Plata.
Jan de Marcilles i jego towarzysz skorzystali z wolnego czasu podczas podróży, ucząc się języka hiszpańskiego, który słyszeli wokoło siebie i którym się mówi prawie wyłącznie w całej Ameryce południowej.
Dzięki tym studyom, hrabia Jan mógł, wysiadając w Buenos-Ayres, ofiarować kapitanowi „don Pedra“ zapłatę za przejazd, przemawiając do niego w jego ojczystej mowie.
Kapitan znalazł się bardzo szlachetnie.
Zadowolił się pięciuset frankami za podróż dwóch przypadkowych pasażerów i polecił ich pewnemu bardzo majętnemu Hiszpanowi z Madrytu, który opuścił swój kraj od lat przeszło czterdziestu, w skutek krwawej awantury, której rozgłos zajmował w swoim czasie całą Hiszpanię.
Była to jedna z najokropniejszych zemst zazdrosnego kochanka, która przeraziła kiedykolwiek kraj cywilizowany.
Ten Hiszpan nazywał się don José Cavero, margrabia d’Aguilas.
Był już bardzo stary, suchy, chudy jak deska, z twardymi rysami, z miną hidalga dumną i wspaniałą.
Przyjął dwóch Francuzów z gburowatością, która nie zapowiadała nic pomyślnego, ale przyjął ich w służbę jako dozorców w jednej ze swoich estancias, w okolicach Buenos-Ayres.
Te estancias, są to olbrzymie fermy, łąki i pastwiska bez końca, na których pasą się niezliczone i prawie dzikie trzody, strzeżone przez jeźdzców.
Szczególnym wypadkiem, intendent margrabiego, którego wszyscy nazywali po prostu don José Cavero, umieścił dwóch przyjaciół w posiadłości najbliższej miasta, do którego starzec jeździł prawie co tygodnia.
Don José nie omieszkał poznać w hrabi de Marcilles wznioślejsze uczucia, które dostrajały się do jego uczuć. Wkrótce, Jan de Marcilles wyznał mu, że musiał wyjechać z Francyi z powodu ruiny majątkowej i pragnął w obczyźnie odzyskać majątek, że żona jego pozostała w Paryżu i że najgorętszem jego pragnieniem było uzbierać potrzebną sumę, żeby pojechać i zabrać ją z sobą.
— A towarzysz pana? — spytał don José.
— Ma narzeczonę.
— I także chce ją przywieźć?\
— Gorąco tego pragnie.
Szatański uśmiech wykrzywił rysy starca.
— Żona pańska ładna? — dodał.
— Dla mnie ładna, ponieważ ją kocham.
— I nie obawiasz się pan, że w twojej nieobecności, jakiś galant może ci ją odebrać?
— Ufam jej.
Ciemne oczy don Joségo zabłysły.
— Ja także posiadałem to głupie zaufanie i zostałem ukarany. Jednakże, nie znajdowałem się tak daleko od mojej zdrajczyni, jak pan. Czy Paryżanki więcej warte od kobiet z Castylii i Andalnzyi?
— Ja wierzę mojej żonie.
Margrabia wzruszył ramionami.
— Od jak dawna opuściłeś pan Francyę? — zapytał.
— Od ośmnastu miesięcy.
— To dawno. A pański towarzysz?
— Wyjechaliśmy razem.
Starzec mruczał coś, z czego można było się domyśleć, że wypowiada mniej więcej to zdanie: Nie gniewałbym się, gdybym się dowiedział, czy się nie mylę...
I nagle:
— Chcesz jechać do Europy i wrócić do tego kraju!
— Tak.
— Czegoż ci brakuje, aby przedsięwziąć tę podróż?
— Jakich tysiąca franków.
— Mój intendent ci je wypłaci.
— Jakto! Kiedy?
— W tej chwili. Jedźcie więc i przywieźcie z sobą te wzorowe kobiety.
Gwałtowna ironia leżała w tych słowach.
Hrabia, uszczęśliwiony tą wspaniałomyślnością, odrzekł:
— Gdyby pan znał Helenę, nie wątpiłby pan w nią.
— Myślałem dawniej tak samo — odrzekł don José. — Byłem młody i pełen zapału. A przytem, byłem potężnie bogaty. Kobiety lubią dostatki. Lecą do tego, co błyszczy, jak motyle do światła. A jednak, mnie oszukano. Ta, którą kochałem z zaślepieniem, nazywała się Dolores. Jej imię oznacza boleść. Wiele cierpiałem. Cała Hiszpania zna naszą historyę. Zginęła z nożem w sercu. Co do jej kochanka, kazałem go rzucić do fosy z wysokości wieży. Wieża ma sto stóp.
Hiszpan zrobił znak krzyża świętego.
Milczał chwilę. Pomimo panowania nad sobą, rysy mu się zmieniły, gdy wymawiał imię Dolores.
Za chwilę potem, pożegnał hrabiego.
— Chce mi się wierzyć — dodał — że zanim przybyliście tutaj, przejechaliście przez Cayenne. Droga nie jest ani prosta, ani bezpieczna. Kapitan opowiadał mi wasze spotkanie. Nie wydaję sądu o drugich. Opowiedziałem ci moją historyę w dwóch słowach; opowiecie mi swoją później. Jedźcie i wracajcie. Zastaniecie swoje miejsca u mnie nie zajęte. Mam sympatyę do ciebie. Będę jej miał więcej, jeżeli się omyliłeś, tak samo, jak ja. Niechaj to będzie dla ciebie pociechą! Żegnam.
W ten sposób wyjechali.
O trzy na dwunastą w nocy, tak jak mówił garson, pociąg pospieszny wjechał na dworzec kolei Saint-Lazare w Paryżu.
Dwaj podróżni wysiedli, wślizgnęli się niepostrzeżeni w tłum dążący w ulicę d’Amsterdam i weszli do hotelu stojącego prawie naprzeciw dworca, aby zamówić dwa pokoje.
Następnie wyszli razem.
Serce hrabiego Jana biło tak silnie, jakby z piersi wyskoczyć chciało.
U kłusownika z la Varenn. uderzało także przyspieszonem tętnem, ale nie z taką gwałtownością.
Narzeczona jego, Ludwika Morasino, znajdowała się dalej, niż hrabina Helena.
Dwaj przyjaciele wskoczyli do fiakra.
— Ulica de Verneuil — rozkazał hrabia — a prędko!
Na pięć minut przed dwunastą, fiakier zatrzymał się przed numerem 72.
Na tej cichej ulicy, rzeczywiście podobnej do prowincyonalnej dzielnicy, ludzie zwykle nie czuwają długo w nocy.
Gaz wszędzie był pogaszony.
Hrabia dwa razy zadzwonił do bramy.
Drzwi się otwarły z przygłuszonym hałasem.
Jan de Marcilles wszedł do przedsionka i spostrzegł światło, nie większe od główki szpilki w głębi ciemnej loży.
— Pani de Marcilles? — spytał.
Głos zachrypnięty odrzekł z głębi.
— Nie mieszka tutaj.
— Czy znacie ją?
— Naturalnie.
— Mieszkała tutaj?
— Wyprowadziła się.
— Od kiedy?
— Od sześciu miesięcy.
— Jej adres?
— Niewiadomy. Przychodziła czasem pytać o listy. Nie było ich. Od tej pory nie wróciła.
Przeczucie nieprzewidzianego niebezpieczeństwa ścisnęło serce nieszczęśliwego.
— Czy to jest wszystko, co wiecie?
— Wszystko.
— Dziękuję.
— Dobranoc.
Gdy hrabia Jan wrócił do powozu, oblicze jego było zmienione.
Promienny nadzieją przybywając na ulicę de Verneuil, był teraz zirytowany, prawie groźny.
Zirytowany, z powodu tego wypadku, który niweczył jego zamiary i wprawiał go w niesłychany kłopot!
— Co panu jest? — spytał go towarzysz.
— Nic! Przeszkoda... Wyjaśnię ci...
Rzucił adres hotelu fiakrowi, wsiadł do karety i zamknął drzwiczki.
— Już tutaj nie mieszka — rzekł — i nie wiem gdzie jest.
— Znajdzie ją pan.
— Może.
Hrabia się nie rozchmurzał.
Zapewne, że każdy inny mógłby znaleźć jej ślad, szukać w tym wielkim Paryżu nie kompromitując się, starać się o wskazówki, w razie potrzeby udać się do policyi.
Lecz on! Skazaniec, zmuszony do przezorności, do ukrywania się... Do kogo się udać? Nie znał tu nikogo, komu mógłby się zwierzyć, na kim mógłby polegać!
Zaledwie mógł zapanować nad gniewem na los, który tak znęcał się nad nim.
Bezwątpienia była to przeszkoda, której nie przewidział.
Czyby ją zmęczyło czekanie, o które ją prosił? czy by straciła nadzieję?... Czyż mogła mieć tak mało odwagi? Albo może nędza zmusiła ją do zmiany trybu życia? Może poszukała sobie gdzieś jakiegoś zajęcia?... Nadto ją kosztowało zwierzać się z tem dozorczyni. Nie chciała się przyznać do swojej nowej sytuacyi... przez dumę.
Hrabia był przygnębiony tym ciosem, którego druzgocące skutki obliczał.
Za jednem pociągnięciem, ujrzał zniszczone wszystkie woje zamiary.
Myślał, że będzie rzeczą całkiem prostą przyjechać do Paryża, wejść niespodziewanie do żony i przemówić do niej, padając jej w ramiona:
— Jestem wolny! Sprawiedliwość Boża udzieliła mi tego ratunku. Zapomnijmy o reszcie świata. Chodź! odrobimy majątek, tam! Później, będziemy pracować nad odzyskaniem honoru. Mamy naszą miłość, to główna rzecz. Uciekaj ze mną!
Jakże on pieścił ten projekt!
Co za cudowne marzenia w ciągu tej nieskończenie długiej podróży!
I oto rozbijał się o kaprys tego głupiego przypadku!
Przybywszy do hotelu, uścisnął energicznie rękę swego towarzysza i zamknął się w swoim pokoju.
Zamiast nieopisanej radości powrotu, spotkania, zamiast wynurzeń miłosnych, przebył noc bolesną, bezsenną, gorszą od nocy spędzonych na „Prozerpinie“, jednej z tych, W czasie których włosy siwieją i człowiek starzeje się o lat dziesięć, trapiony najokropniejszemi przewidywaniami i obawą i natychmiast rano, gdy Tomasz wsiadał na pociąg lugduński, aby dążyć co prędzej w okolice la Varenne, do najlepszego ze swoich przyjaciół, drwala, mieszkającego w opuszczonej chacie, on sam biegł znowu na ulicę de Verneuil i wchodził do loży dozorcy domu.
Zastał tam tylko jego żonę, kobietę około pięćdziesięcioletnią, której mąż, młodszy od niej o siedm czy ośm lat, był woźnym w Credit Lyonnais.
Kobieta była sama w domu.
Siedząc na aksamitnym fotelu, którego włos wytarty świadczył o częstem używaniu, zapijała się z rozkoszą kawą z mlekiem.
Podniosła okulary na czoło i przypatrywała się intruzowi, który wtargnął do jej przybytku.
Dobre na niej zrobił wrażenie.
— Czem panu mogę służyć? — spytała.
— To właśnie ja byłem tu wczoraj....
— Około północy?
— Tak.
— Zapytać o jedną lokatorkę?
— Pania de Marcilles.
— Chwila źle wybrana na odwiedziny młodych i uczciwych dam, kochany panie, chyba, gdy się jest jej mężem — dodała, rzucając złośliwe nieco spojrzenie hrabiemu. — Ale mówiono mi, że mąż jej znajduje się daleko i w takiem miejscu, z którego nie wraca każdy, coby sobie tego życzył. Podobno jest już nieboszczykiem. Opowiadają, że zanim był nieboszczykiem, miał pewne nieprzyjemności z sądem....
— Ale sądy mylą się czasami — zauważył hrabia bardzo łagodnie, starając się lepiej usposobić żeńskiego cerbera. — Zdarzało się....
— Wiem, sama widziałam przykłady. Ale czego pan potrzebuje od tej młodej damy?
Dozorczyni przypatrywała się z uwagą, prawie z przychylnością temu obcemu, który tylko z wielkim trudem zachowywał się prawie obojętnie.
— Czego ja chcę.... — powtórzył nie bez zakłopotania — mówić z nią... widzieć.
ją... spełnić polecenie, dane mi do niej przez kogoś, który się nią zajmuje.
— Czy ten ktoś nie mieszka w kraju?
— Nie.
— A pan, z daleka przybywa!
— Zkąd pani wie o tem?
— Te suknie są angielskie... Maloiseau, mój pierwszy mąż, był krawcem.. na swój sposób. Drugi, ten co panu wczoraj odpowiadał, jest woźnym. Jest to zawód bardziej porządny, regularny... potrzebuje ruchu, z powodu, że tyje...
— Przybywam z Liwerpolu, rzeczywiście... i wracam tam natychmiast.
Dozorczyni wróciła do swego śniadania.
— A zatem, — rzekł hrabia — pani nie zna nowego adresu pani de Marcilles?
— Nie.
— Nie pozostawiła go pani! To dziwne.
— Czasami... nie ma się ochoty. Pan mnie rozumie...
— Nie. Dlaczego?
— Pomyśl pan sobie... ładne kobietki snują różne intrygi... Nie przypuszczam nic złego... A zresztą, czy mnie obchodzą cudze sprawy... Ale skoro się nie ma nic do ukrywania, nie obawia się powiedzieć, gdzie się mieszka.. komukolwiek...
— Może mogła by mi pani powiedzieć, do kogo mam się udać?
— Dalibóg nie znam jej stosunków! Nie odbierała listów, trzy czy cztery zaledwie... przez czas, w którym tu mieszkała.
— A wizyt?
— Ach! tak. I jakie! Czekaj pan... jakiś jegomość, który przyjeżdżał powozem w dwa konie, że aż cała ulica się przypatrywała...
— Jak on wyglądał?
— Ekwipaż?... wspaniały.
— A sam pan?
Miernego wzrostu, szczupły, sztywny, ale musi mieć pieniądze, to pewne....
— Jego nazwisko?
— Oto, czego panu powiedzieć nie mogę, bo sama nie wiem.
Kobieta odpowiadała bez drwin, prawie z uprzejmością.
— Nie może pani nic więcej mi powiedzieć?
— Więcej nic. Bardzo mi przykro, mój dobry panie.
— Dziękuję pani i odchodzę.
Miał minę tak strapioną, że kobieta nad nim się zlitowała.
— Proszę się nie zniechęcać... Może ją pan jeszcze kiedy spotka... Do widzenia.
Hrabia wyszedł zrozpaczony.
Wobec stróżki, czynił nadludzkie wysiłki, aby się powściągnąć.
A zatem, zamiast się zamknąć w odosobnieniu, aby marzyć o nieobecnym, Helena przyjmowała wizyty... wizyty podejrzane, ponieważ nawet ta kobieta prosta i naiwna miała pewne domysły, których nie wyrażała, ale które odgadnąć było łatwo z jej powściągliwości!
Ten człowiek, który do niej przychodził, który zdawał się mieć wolny wstęp, którego ekwipaż intrygował sąsiadów, ten człowiek, którego przyjmowała jak kogoś bliskiego sobie, gdy powinna była zamknąć się w swojej żałobie, kim on był?
Szukał chwilę pomiędzy znajomymi, ale żaden z nich nie posiadał majątku, któryby mu pozwalał na takie zbytki.
I nagle przyszło mu na myśl jedno nazwisko:
— Baron Raynaud, może!
Co za myśl! Chciał ją usunąć, ale wracała z uporem.
Baron jedynie odpowiadał rysopisowi, danemu pobieżnie przez dozorczynię.
Miał ochotę wrócić i znowu ją pytać.
Ale wstyd mu było i machinalnie się oddalił.
Zresztą, na pół przytomne jego zachowanie, zwróciło już uwagę policyanta.
Hrabia sobie przypomniał.
Nawet na ulicy musiał się powściągać.
Udał się na Quai i skierował się na plac de la Concorde przez ogród Tuileries.
Czyż nie poza tym placem, na przedmieściu Saint Honoré, mieszkał baron Raynaud.
Żadnej wątpliwości, że on był tym gościem przy ulicy de Verneuil.
W jednej chwili podejrzenia jego odżyły, jak płomień przygasły, na który ktoś dmuchnął.
I rzeczywiście, któż inny mógł uknuć nikczemną intrygę, brzemię której dźwigał na sobie.
Któż inny z pomiędzy tych, których znał, którzy byli wmieszani w jego życie, miałby tę potęgę, aby działać z taką precyzyą i bezkarnością?
Ileż to razy na „Prozerpinie“, gdy męczył się w bezsennych nocach, nie mając siły zdobyć się na rezygnacyę, leżąc w hamaku pośród swoich towarzyszy galerników, wracały mu okrutne zwątpienia, które otrząsnąć z siebie usiłował nadaremno!
Źrenice jego rozszerzały się wobec tego światła, które je oświecało.
Baron Maksym w Combiers, miewał często samotne rozmowy z hrabiną! Zuchwałe jego spojrzenia pożerały ją chwilami! On, w swojej ufności mężowskiej, w zaślepieniu miłosnem, uśmiechał się z tej przyjaźni, a raczej nie przypisywał do niej żadnej wagi. Czego by sam nie był zdolny popełnić, wierzył, że inny także popełnić nie może. Niezdolny do chytrości, nie podejrzewał jej u nikogo. Obdarzać dowodami przyjaźni, tysiącem delikatnych ustępstw, uśpić kogoś, aby łatwiej ukraść mu to, co miał najcenniejszego? — hrabia czułby się poniżony we własnych oczach, gdyby nawet myślał coś podobnego.
A jednak, może to była podła komedya, grana na jego koszt, komedya z początku, dramat straszny na końcu?
A im więcej o tem myślał, tem większa pewność czyniła się w jego umyśle.
Tak, w tem był zawiązek intrygi, przyczyna wszelkich jego nieszczęść!
Był oszukany szalenie, ohydnie oszukany!
Gdy snuł się pod wielkiemi drzewami ogredu Tuileries, szyderczy śmiech don Joségo Cavero, tej drugiej ofiary oszukaństwa, który przyznawał się do niedorzecznego zaufania ukaranego zdradą, brzmiał mu w uszach.
Jak ten szyderca przypatrywał mu się ciekawie, gdy mówił mu o swojem zaufaniu, o tej miłości wiernie chowanej w sercu kobiety, tysiącem mil rozdzielonej od niego!
Jak marszczyło się szatańskie oblicze starca, w tym uśmiechu politowania!
On znał świat, ten magnat milionowy, bo kochał i cierpiał do tego stopnia, że skazał się na banicyę i wszystko opuścił, aby odosobnić się, ze swoją nienawiścią i żalem!
Kto miał słuszność, czy ślepy w swojem zaufaniu, czy sceptyk zblazowany okrutnem doświadczeniem?
Wszystkie te uwagi, zmącone i niewyraźne, mieszały się w chorym mózgu hrabiego, gdy wyszedł z ogrodu na plac de la Concorde.
Nagle się zatrzymał.
Jeden z jego szkolnych kolegów, przyjaciel dawniejszy, wicehrabia de Piernay, zbliżał się z przeciwnej strony.
On zapewne musiał wiedzieć, co się dzieje z hrabiną.
Jan de Marcilles postąpił krok ku niemu.
Wicehrabia rzucił nieufne spojrzenie temu egzotycznemu przechodniowi, którego nie poznał, zastanowił się chwilę, jakby chciał sobie coś przypomnieć i poszedł dalej.
Jan nie śmiał się zbliżyć.
Kim że on był, ostatecznie?
Zbiegłym galernikiem.
W gruncie rzeczy, czuł się zadowolony.
A więc, dwa lata do tego stopnia go zmieniły, że najbliżsi nawet go nie poznawali!
Szedł dalej ku przedmieściu Saint Họnoré.
Dlaczego? kroczył przed siebie, prawie na chybił trafił, jakby pociągany nieznaną siłą.
Może znajdzie, w sąsiedztwie pałacu barona Raynaud, jakiego służącego. który potrafi go objaśnić.
Pałac oficynami wychodzi na przedmieście. Główna, monumentalna brama, zajmuje środek tych oficyn. Pałac stoi w głębi pomiędzy dziedzińcem, a ogrodem.
Brama otwarta szeroko.
W głębi dziedzińca, widać było przedsionek pałacu, nad peronem białym kamiennym, pokrytym dywanem, ozdobionym wspaniałą markizą.
Żadnego ze służby nie widać było w pobliżu pałacu.
Hrabia nie śmiał wejść.
Minął pałac i poszedł dalej.
Naprzeciw kościoła Saint-Philippe du Roule, zoryentował się.
Podobny był do marynarza, rzuconego w łodzi na fale morskie, bez busoli i gwiazdy polarnej, który już nie wie, w którą stronę się obrócić.
Kilka powozów wspaniałych stało wzdłuż trotuaru przy kościele.
Aby czas zabić, Jan de Marcilles zaczął je liczyć.
Było ich tylko cztery, wszystkie pierwszej jakości.
Jakaś ceremonia musiała się odbywać w Saint-Philippe-du Roule, ale bez pompy i wystawności, jakiś ślub, zapewne.
Stangreci i lokaje imponujący na kozłach, konie gniade i kare, żujące wędzidła, które pianą się okrywały, świadczyły o prawdziwym dostatku, który poznać można na pierwsze wejrzenie.
Mała liczba ciekawych stała przed portalem.
Hrabia Jan się zbliżył.
— Panna młoda w żałobie — mówiła jakaś kobieta. — Co za cudna blondyna! Nie ma piękniejszej kobiety w całym Paryżu.
Jan de Marcilles nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co słyszał.
Podobne rozmowy codziennie się toczą wokoło kościołów, gdzie śluby się odbywają.
— Nie będzie pożałowania godna, ta pani! Będzie sobie mogła kupować stroje. Ale umie je nosić, to pewne!
— Któż to się żeni? — spytał hrabia jakiegoś służącego w liberyi, który stał obok niego.
— Pewien osobnik, któremu nie brak grosza!
— Bogaty?
— Spodziewam się!
— Nazywa się?
— Baron Raynaud.
Hrabia Jan oparł się ręką o ścianę portyku.
Chwiał się na nogach, jak gdyby otrzymał cios maczugą w głowę.
Ale się opanował.
Cóż dziwnego w tem małżeństwie? Czyż baron nie był wdowcem od wielu lat?
— Urojenie! — szepnął.
I natychmiast ta uwaga przyszła mu do głowy:
— Ta, z którą się żeni, także jest wdową. Mówiono o tem w tłumie.
Czyż Helena nie była wdową? Czyż jego akt zejścia nie był spisany? On umarł przecie, utopił się tam, w zatoce Cayenny. Wiedział o tem od kilku dni, wskutek objaśnienia zaczerpanego w Guyannie przez agencyę londyńską. Gdyby nie to, czyżby się ośmielił pokazać na niebezpiecznym bruku paryskim?
Przepchał się przez tłum zalegający portal i wszedł do kościoła.
Ślub się już odbył.
Nikogo już przy ołtarzu nie było. Pozostały tylko ślady obrzędu. Mgła kadzidła snuła się w powietrzu, unosząc się aż do witraży wielkiego okna w głębi.
Zakrystyan gasił świece.
Kościół był zupełnie pusty..
Jan de Marcilles zrobił ruch, chcąc wyjść. Wolał zachować bolesną nieświadomość, która serce mu ściskała, niż dowiedzieć się prawdy, któraby go pognębiła.
Zły był za swoje podejrzenia, jak gdyby one były profanacyą jego miłości!
Helena jedyna kobieta, która serce mu zabrała, matka córki jego Gabryeli! Oddać się innemu! Zapomnieć o przeszłości, o swoich przysięgach, o jego nieszczęściu, dopełnionem tą zdradą! Dać się pociągnąć, skusić ponętnością olbrzymiego majątku, poniżyć się, z obawy niedostatku!
Nie, znał ją nadto dobrze!
I tajemnicza jakaś potęga przykuła go do miejsca w bocznej nawie, do której się schronił.
Tajemniczy głos szeptał mu, że życie jego rozgrywało się w tej chwili. Słyszał go prawie:
— Ty nie wyjdziesz!
Wszyscy doświadczyliśmy tego dziwnego wrażenia, w chwilach, gdy rozstrzygają się pociechy lub smutki naszej egzystencyi.
Mrok panował wokoło niego; blade światło mglistego dnia zachodziło do wnętrza świątyni, bardziej jeszcze przyćmione ciemnymi witrażami i wysokością domów otaczających kościół.
Zaledwie o kilka metrów możnaby rozróżnić rysy przechodzącej osoby.
Nagle halabarda szwajcara stuknęła przy drzwiach zakrystyi.
Hrabia Jan usunął się pod kolumnę, kilka kroków od głównego wejścia.
Organy nie grały.
Stanowczo, ten ślub odbywał się bez wszelkich ceremonij.
Jedynie tylko szwajcar, mężczyzna wspaniały, mający sześć stóp wysokości, poprzedzał państwa młodych.
Nowozaślubieni szli tuż za olbrzymem, oboje czarno ubrani.
Z wyciągniętą szyją, ze sztywnem, nabiegłem krwią spojrzeniem, zaciskając paznogcie na piersiach, Jan de Marcilles usiłował rozróżnić rysy młodej kobiety.
Szyderczy śmiech, don Joségo Cavero z większą jeszcze niż pierwej gwałtownością, brzęczał mu nad uszami.
Nagle, nawa została oświecona olśniewającą światłością.
Wielkie drzwi główne otwarły się.
Fala światła padła wielkim blaskiem na oblicze młodej kobiety.
Nieszczęśliwy, zdławił okrzyk wściekłości.
Hiszpan miał słuszność!
Nędznikiem jest ten, który ufa sercu kobiety!.
Ta panna młoda, ta małżonka barona Maksyma Raynaud, ta, która zbliża się oparta na jego ramieniu postępując za wygalonowanym szwajcarem, w towarzystwie świadków ślubu, kroczących parami z uśmiechem na ustach, to córka pułkownika de Ligueres, sierota, którą hrabia Jan wziął biedną, bez majątku, aby oddać jej całe swoje życie, matka córki jego, Gabryeli, hrabina Helena de Marcilles.
Opadł na klęcznik, stojący przed nim i ukrył twarz w dłoniach, nie na to, aby błagać Boga o siłę do zniesienia swego nieszczęścia, ale żeby zdławić okrzyk przekleństwa.
Zamek la Varenne, posiadłość barona Raynaud, leży na szerokiej przestrzeni, ciągnącej się pomiędzy Naugis a Monlereau.
Trzy gminy należą do posiadłości.
Baron, na wzór sobie równych, potężnych magnatów bankowych, chętnie poświęca dochód z majątku, przedstawiający dla niego marną sumę, na przyjemności polowania.
Pola czterech wielkich folwarków, otaczających park, zamiast uprawy, zasiane są gaikami drzew, przeznaczonych na schronienie dla zwierzyny. A przytem ogromne lasy otaczają posiadłość ze wszystkich stron, od Valjouan do Bréau.
W tej ostatniej gminie, trzy wioski, złożone z domków bez piętra, z dachem pokrytym słomą, lub staremi gontami, toną w okalającej je zieleni.
Zastawmy stół, założony najsmaczniejszemi potrawami przed zgłodniałym, który tydzień nic nie miał w ustach, a będziemy mieli słabe pojęcie o pokusach, na jakie są narażeni biedni drwale, lub dzienni najemnicy wobec tego raju, pełnego zwierzyny, którego wrota są bardziej strzeżone, niż skarby w banku francuskim.
Na końcu najludniejszej z tych wiosek, w pośrodku pola wrzosów, wznosił się w tych czasach prawdziwy szałas węglany, który musiał być postawiony wtedy, gdy karczowano lasy Coutangon, własność jednego z marszałków pierwszego Cesarstwa.
Ta nędzna chatka, pomiędzy chudemi zaroślami i cierniami, które ją na pół przysłaniały przed okiem ludzi dążących drogą z la Chapelle Gauthier do Monléreau, miała ponury wygląd.
Można powiedzieć, że kontrast tworzyła z wesołemi okolicznemi budowami, a o zmroku, lub w nocy, przy świetle księżyca, możnaby ją wziąć za ruinę, zniszczoną przez pożar.
A jednak była zamieszkała.
Służyła za przytułek niebezpiecznej rodzinie włóczęgów, których rzemiosłem było pracować dla kupców drzewa w sąsiednich lasach.
Mieli oni jeszcze drugie, uboczne rzemiosło.
Zajadli kłusownicy, pustoszyli dniem i nocą okoliczne posiadłości.
— Wojna na życie i śmierć — dali już tego dowody — toczyła się pomiędzy nimi a strażą leśną, która się ich obawiała.
Chałupka nazywała się la Hutte-aux-Biques.
Mieszkańcy zwali się Rivolard.
Ojciec Sebastyan Rivolard, zabity temu lat piętnaście w bójce z leśnymi z Varenne, pozostawił dwóch synów, Szymona i Jakóba i córkę.
Troje ich się nie pożeniło i mieszkali razem z wdową, kobietą pięćdziesięcio ośmiu do sześćdziesięcio-letnią, z twarzą sowy o krągłych oczach i zakrzywionym nosie.
Rodzina mieściła się, jak mogła, w dwóch norach, stanowiących parter chaty.
Na górze, na strychu, gromadzono zapasy do jedzenia, słomę, drzewo i suchy wrzos, na którym mężczyźni najczęściej sypiali.
Obok kuchni, szopa służyła za pracownię w lesie.
Widać tam było narzędzia potrzebne do wyrobu sabotów.
Ta chata otwarta na wszystkie wiatry, wraz z ośmiu do dziesięciu akrami stepu należała do pewnego rolnika z Danne Marie, który wynajął ją Rivolardom na złość właścicielowi Varenne, za czynszem dziesięciu bażantów, które lokatorowie regularnie mu wypłacali.
Nie trzeba dodawać, że to ich kosztowało tylko parę uncyj prochu.
W chwili, gdy hrabia de Marcilles wchodził do kościoła Saint-Philippe du Roule, towarzysz jego pukał do drzwi Rivolardów.
Usłyszał hałas przerzucanych przedmiotów wewnątrz i głos ochrypły zawołał:
— Kto tam?
Tomasz pocisnął drewnianą klamkę.
Mężczyzna trzydziestokilkoletni, z twarzą okrytą rudą brodą, z szerokim nosem, z błyszczącemi oczami, z szyją jak u byka, siedział przy kominie ubitym z gliny, na którym palił się ogień z trzasek, pozostałych od roboty sabotów.
Pies mieszaniec, podobny do owczarskich, o twardej, czarno-płowej sierści, zamruczał u nóg mężczyzny.
— Spokój, Finaud — rzekł jego pan.
Salka, do której wszedł Tomasz, była czysta i ciekawie umeblowana.
Dwa łóżka wyciosane z nieheblowanego drzewa, głębię zajmowały. Kilka naczyń kuchennych wisiało na ścianie, glinianej tak samo jak komin. Zydle i stół z grubego ociosany stały na środku.
I natychmiast dwie dubeltówki, w doskonałym stanie, rzucały się w oko, wiszące obok komina.
Odgadywało się, że stanowiły one główne źródło zarobku dla rodziny.
Na widok intruza i jego cudzoziemskiego stroju, człowiek z chaty wydał się mniej zaniepokojony, jak zdziwiony.
Wpatrzył się w przybyłego przenikliwym wzrokiem i zapytał mrukliwym tonem:
— Czego sobie życzysz?
— Gdzie jest twój brat, Szymonie? — wyrzekł Tomasz.
Na dźwięk tego głosu drwal pochylił się naprzód i przypatrzył się baczniej nieznajomemu.
Oczy jego zdawały się chcieć go przeniknąć.
— Pytam się ciebie, gdzie jest Jakób — powtórzył Tomasz. — Czy mnie nie poznajesz?
Szymon Rivolard podniósł się jednym rzutem i z wybuchem radości:
— Vardon! — zawołał.
— Ech! tak.
— Mój biedny przyjacielu. Myślałem, że nie żyjesz!
— Widzisz, że tak nie jest.
— Taka pogłoska się rozeszła.
— Kiedy? Temu siedm lub ośm miesięcy.
— To fałsz... na szczęście.
— Gdyby ciebie poznano w kraju.
— Nie pozostanę tu długo. Co z wami się dzieje?
— Siadaj — rzekł Szymon podsuwając mu zydel i poprawiając ogień na kominie.
Następnie, odpowiadając na pytanie, Szymon mówił:
— Nic dobrego się nie dzieje. Interesa źle idą. Straż jest podwojona w Varenne.
U innych tak samo. Sędziowie nas gnębią. Jakób jest w więzieniu w Melun. Złapał się na dwa miesiące. Oto kozioł, który drogo go kosztuje! Baron jest złym sąsiadem. Ty wiesz coś o tem! Nie życzy sobie, aby psuć proch i rozciągać sidła na jego gruntach. A trzeba przecież żyć, do licha! Za jedną kuropatwę kazałby powiesić człowieka. Może mi powiesz: Pocóż polować na cudzym gruncie? To leży w krwi. Człowiek się nie przerobi!
— A Mela?
— Moja siostra? Zawsze ta sama. Jest w Melun, poszła sprzedać dwa wędzone króliki, wszystko com zdołał zdobyć tej nocy.
— Dobrze się miewa?
— Wcale nie źle.
— Nie idzie zamąż?
— Ktoby ją chciał! Piękna i dobra dziewczyna, ale rozumiesz, córka Rivolard’ów, wzięto by ją chętnie, ale dla żartu...
— A matka?
— Wściekła Ciągle się złości... Gdyby miała w garści tego Raynauda, gorzka byłaby jego godzina. Ale on drwi sobie z niej, jak jego konie ze źdźbła słomy. Wróci dopiero w nocy. Jest w lesie du Houx, gdzie sidła zastawia, A ty? Wymknąłeś się im?
— Cudem, z jednym towarzyszem... Mieliśmy szczęście dostać się do południowej Ameryki, po drugiej stronie, gdzie jest Brazylia...
— Nie znam... — rzek Rivolard. — To nadto daleko.
— Powinien byś tam przyjechać. Można tam zarobić pieniądze.
Szymon wstrząsnął swoją grzywą.
— Nie ma obawy rzekł.
— A zwierzyny... zatrzęsienie....
— Widzisz, mój stary La Bréche, jest się tutaj przykutym na całe życie. Jesteśmy w wojnie z baronem. Zdaje mi się, że był by to rodzaj dezercyi, gdyby się opuściło la Hutte-aux-Biques. Zedrze z nas skórę, to możliwe, ale w każdym razie pomrzemy tutaj.
— Mój towarzysz przyjechał po swoją żonę.... — rzekł Tomasz. — Ja przyjechałem po Ludwikę......
Szymon Rivolard wykręcił się od odpowiedzi..
Schylił głowę i nabrał trzasek, aby je rzucić w ogień.
Tomasz wahając się nieco, czekał aż Szymon skończył swoją robotę i ważąc słowa, żeby się tak wyrazić:
— Chciałem ciebie prosić prosić o pewną przysługę.
— Jaką?
— Zawiadomisz ją.... Nie mogę pokazać się na wsi.... Rozumiesz.... Przyszedłem tu bocznemi drogami, naokoło.... Zabieram ją z sobą. Tam, będziemy szczęśliwi.... Zrobimy majątek.
Szymon Rivolard nie ruszał się.
Kręcił brodą z zakłopotaniem.
Nie możesz mi tego odmówić — dodał Vardun.
— Zapewne.
— Koledze!
Drwal wziął rękę Tomasza w jedną ze swoich mamutowych dłoni i ścisnął ją energicznie.
— Wiesz o tem dobrze — rzekł — że wszystko ci jestem winiem, swobodę, a może nawet życie, bo mnie nie oszczędzanoby. I wstydzę się doprawdy, że pozwoliłem ciebie ukarać, zamiast samemu ponieść winę. Nie spodziewałem się tego. Gdyby nie ten przeklęty baron, byliby ciebie uwolnili. Rzuciłbym się w ogień i wodę na jedno twoje słowo. Ale wiedziałem, do czego zmierzasz i wolałbym, żebyś mi nie mówił o Ludwice. Oszalałeś dla tej, dziewczyny?
— To prawda.
— Zawsze tak samo dbasz o nią?
— Więcej niż dawniej.
— Domyślałem się tego.... Tylko trzeba, żebyś się dowiedział.... zaszły różne rzeczy...
La Brèche zaczął się trząść całem ciałem.
— Co chcesz przez to powiedzieć? zawołał.
— Ludwika była dzielną i uczciwą dziewczyną i zdaje mi się, że ci się odwzajemniała za twoją przyjaźń, a może jeszcze coś więcej. Najlepszym dowodem, że po twoim wyjeździe była śmiertelnie smutna.... Mizerniała do niepoznania. Wziąłbyś ją za jej cień.
— Umarła — zawołał Tomasz unosząc się na pół z zydla.
— Nie, ale może lepiej by się stało. Trzeba żyć. Matka jej się rozchorowała i zarobki i tak już nie duże, skończyły się prawie. Przytem, jeżeli się niema szczęścia podobać baronowi Raynaud, nie zdrowo pozostawać w okolicy. Nie znajdowała już żadnej roboty. Po upływie roku, przyszła ostateczna nędza. Stan zdrowia matki się pogorszał. Nie mając żadnych środków do życia, Ludwika poszła do Paryża zarabiać na jej utrzymanie. I udało jej się wystarać się dla niej o trochę dobrobytu. W jaki sposób? Tego nie potrafię ci wytłumaczyć. Ale było już za późno. Pomimo wszystkiego, biedna kobieta umarła. Nie jesteśmy bogaci, ale dopomagaliśmy jej o ile było można. Na nieszczęście, zawsze się zdarzało, że jeden z nas, ja, czy mój brat, byliśmy pod kluczem, a przez ten czas robota czekała. Złożono biedną kobietę do ziemi. Wieczorem, tego samego dnia, Ludwika przyszła się z nami pożegnać, a nazajutrz wsiadła na pociąg. Od tej pory jej nie widziano!
— Odjechała?
— Właśnie rok będzie w przyszłym miesiącu.
— Gdzież ona jest?
— Nikt tego nie wie.
— Ty nie chcesz mówić, Szymonie!
— Zaręczam ci...
— Wiesz więcej, niż to, co powiedziałeś. Co?
— Nie wiem, gdzie mieszka, ani co robi... ale, jeżeli mam wierzyć temu, co rozpowiadają, lepiej żebyś jej nie szukał. Okolica nie jest bezpieczna dla ciebie. Odjeżdżaj bez niej. Może byś już dziś nie chciał....
— Bardzo dobrze — wyrzekł Tomasz, spuszczając głowę na ręce — rozumiem!
— Biedna dziewczyna nie jest tak winna, jakbyś myślał. Nie miała już nadziei.
Byłeś skazany na dwadzieścia lat. Wiedziano, że jesteś w Cayennie. Z ludzi, którzy tam jadą, nikt prawie nie wraca. Troska ją zdjęła. Nędza dopełniła złego.
— Stracona Ludwika!
Usłyszano kroki na dworze.
— Nie bój się — rzekł Szymon — to Mela
Słusznego wzrostu dziewczyna, o ciemnych włosach, silnie zbudowana, śmiała w spojrzeniu, olśniewająco białej cery i pięknych zębach, w krótkiej spódnicy i w sabotach, weszła z koszykiem w ręku.
Podeszła prosto do mężczyzny w garniturze w kratki, tak samo, jak brat wydała okrzyk ździwienia i rzuciła mu się na szyję.
— La Brèche! Żyje!
— Cicho! — rozkazał Szymon. — Przygotuj nam śniadanie, a prędko. Opowiem ci wszystko.
Wielkiego wzrostu dziewczyna pozbyła się swego koszyka i położyła pięćdziesiąt centimów na stole.
— Masz — rzekła — oto wszystko, co mogłam wyciągnąć. Spotkałam dwóch żandarmów, Lebrec’a i Raillard’a; nie dowierzali mi, ale nie śmieli mnie zatrzymać.
Uśmiechnęła się w szczególny sposób, który mówił więcej, niż słowa.
Potem poszła wziąć jaja z kurnika, rynkę, masło i w mgnieniu oka jajecznica była gotowa.
Szymon Rivolard położył na stole chleb, butelkę wina i ser kozi.
Około pół tuzina kóz pasło się wokoło chaty, w zaroślach.
— Byłbyś lepiej obsłużony w pałacu — rzekła dziewczyna — ale to, co my mamy, dajemy z dobrego serca.
— Zachowasz moją tajemnicę, Melo?
— Zabiliby ją, a nie zdradziłaby przyjaciela — zaręczył Szymon.
— Bądź spokojny, Tomaszu, nie życzę ci nic złego, przeciwnie. Wiesz o tem dobrze.
Można było zauważyć odcień serdeczności w tych kilku słowach.
— Jest jeden człowiek, któremu źle życzę — rzekł La Brèche.
— Baron?
— Odgadłeś. On mnie zgubił? Jego nienawidzę!
Szymon wzniósł ramię do góry.
— Możesz krzyczeć ile ci się podoba — rzekł. — Nadto wysoko stoi, aby twój śrut go dosięgnął. Mów nam lepiej o twoich podróżach.
Długo razem pozostali.
W kwietniu, słońce późno zachodzi. Przez ostrożność zbieg nie chciał wrócić do Paryża przed nocą.
O zmroku przyjaciele opuścili chatę, trzymając się pod rękę.
Tomasz prawie nie wymówił nazwiska Ludwiki Moraines.
Rivolard widząc go spokojniejszym, opowiedział mu całą prawdę.
Nikt nie znał jej dokładnego adresu w Paryżu, jedno tylko wszyscy wiedzieli, że po daremnych usiłowaniach wyszukania jakiegoś zajęcia, nieszczęśliwa, zrozpaczona dziewczyna upadła tak nisko, że podnieść już jej nie można było.
Tak przynajmniej utrzymywali ludzie z pałacu La Varenne, śmiejąc się pomiędzy sobą i nazywając ją „kobietą La Brèche“.
Niektórzy z nich, furmani i parobcy stajenni, którzy przyjechali do La Varenne w jesieni na wielkie polowania, zapewniali, że spotykali ją często na bulwarach w okolicach kościoła Madeleine i przechwalali się ścisłą z nią znajomością.
Gdy nocą dwaj przyjaciele przechodzili po pod bramami zamku, Tomasz pięść mu ukazał, mówiąc:
— Kiedy i jak, będę w stanie oddać ci złe za złe?
Przybyli na dworzec kolei w Nangis o ósmej, w chwili, gdy pociąg miał wyruszyć.
Szymon Rivolard ulotnił się, uścisnąwszy rękę Tomasza i rzekł do niego:
— Strzeż się. Gdyby ciebie złapano, może nie mógłbyś wrócić po raz drugi.
Vardon był kolegą, na którego można było liczyć.
Rivolardowie wiedzieli o tem z doświadczenia.
Nie on by sprzedał przyjaciela.
Na dworcu dwaj żandarmi przeszli obok niego.
Dreszcz nim wstrząsnął na widok mundurów.
W pociągu, odetchnął. Jednakże, czuł się głęboko zniechęcony. Pomimo zahartowania wskutek tylu przejść bolesnych, tylu ciosów, które spadły na niego, doznawał najstraszniejszego rozdarcia, gorszego od wszystkich, które przecierpiał dotychczas.
Tą ośmnastoletnią dziewczynę, którą znał prawie dzieckiem, kochał podwójną miłością ojca i brata czułego, pełnego poświęcenia, pragnącego jej szczęścia i spokoju.
Kochał ją przede wszystkiem jedną z owych energicznych, szlachetnych miłości, która wypełnia życie, czyniąc je szczęśliwem, jeżeli odpłaca wzajemnością, a do rozpaczy doprowadza w razie zawodu.
Utrata jej, sprawiała mu boleść dotkliwą, jak rana.
Jadąc, przypominał sobie jej czarne oczy, słodkie i miłe jak aksamit, usta świeże jak kwiat, wdzięk młodości. Powtarzał sobie obietnice zamienione w ostatniej chwili, przysięgi, że nigdy go nie zapomni, chociaż by miała umierać dziewczyną. Myślał o pieszczocie jej głosu, gdy szeptała, oparta na jego ramieniu: „Kocham ciebie!“ gdy przechadzali się sami we dwoje, wieczorami, po ścieżkach. w około osady i często w obecności jej matki, gdy wychodził naprzeciw niej, jak wracała z roboty.
Kochała go miłością czystą i głęboką.
Był tego pewny.
Należała wtedy do niego, wyłącznie do niego!
A teraz!
Któż jej narzucił to ohydne rzemiosło, jeżeli nie baron Raynaud, którego wpływ szkodliwy wpłynął na jego własny wyrok?
Widział go przy pracy, przy dobrodusznych, niepewnych siebie przysięgłych, nie znajdujących wymówki, wobec całkiem słusznej zemsty, przeciw wymiarowi sprawiedliwości, o którą go posądzano.
Była prawie jedenasta, gdy wysiadł z pociągu na wschodnim dworcu kolei.
Udał się ulicą La Fayette, aby wrócić do swego hotelu, połączyć się z hrabią de Marcilles, zapewne szczęśliwszym od niego.
Szedł krokiem szybkim, oglądając się w prawo i lewo na przechodniów, szczególnie na spotykane kobiety.
A gdyby ona tam była! Gdyby ją spotkał!
A przecież, tak samo, jak jego towarzyszowi niedoli, przychodziła mu wątpliwość do głowy.
W jaki sposób tak straszna przemiana mogła nastąpić?
Może to były plotki, przechwałki lokajskie.
W pobliżu Opery jednakże skupił uwagę i zwolnił kroku. Zamiast na prawo, zawrócił na lewo, ku bulwarom.
Ludzie barona mówili o okolicach Madeleine.
Towarzysz jego mógł być niespokojny, lecz ostatecznie, będzie to opóźnienie najwyżej kilku minut.
A przytem, cóż go reszta obchodziła?
Nie chodziło mu już o nic, ani o własne bezpieczeństwo, a nawet o życie.
Cios, który go spotkał, był ostatnim, który mógł go dotknąć.
Czyż Ludwika Moraines nie była wszystkiem, co najszacowniejszego posiadał? Ani godziny nie przebył na „Prozerpinie“, aby o niej nie myśleć.
Nigdy, nawet wtedy, gdy niesprawiedliwy wyrok wydano na niego, nie czuł w sercu takiej próżni, takiej boleści.
Szedł przed siebie na chybił trafił.
Wielkie kawiarnie bulwarowe rzucały olśniewające światło na trotuary.
Szedł zwolna, zapominając, że może być poznany, zapominając o wszystkiem, nie myśląc o niczem, tylko o Ludwice Moraines.
W pobliżu Madeleine wszedł w potrójną aleję platanów, rosnącą przy promenadzie, obok stacyi wielkich omnibusów Madeleine-Bastille, gdy został obudzony ze swoich myśli dość banalnym wypadkiem.
Kobieta bez kapelusza, w popielatej sukni obcisłej i za lekkiej, w której trząść się z zimna musiała, potrąciła go przechodząc.
Odrzucił ją gestem tak porywczym, że zachwiała się na nogach.
A gdy patrzyła na niego ździwiona, szepcząc: — Bydlę! — zatrzymał się, porwał ją za rękę i pociągnął pod gazową latarnię.
To była ona!
Ludwika Moraines patrzyła na niego.
Najróżnorodniejsze uczucia, radość, przestrach, wstyd, malowały się przez chwilę na zniszczonem jej obliczu.
— Ty? — szepnęła.
— Co tutaj robisz?
Nie mogła się napatrzeć na niego. To był rzeczywiście on, zaginiony przyjaciel! Jakim sposobem powrócił?
A on, ściskając jej rękę aż do bólu, szepnął jedno obelżywe słowo, blady z gniewu.
Nie zdawała się go rozumieć. Tyle słodyczy było w błędnych jej oczach, że litość go zdjęła.
Wyraz wściekłego gniewu, który zmienił mu rysy, zniknął.
— To ty, to ty! Podaj mi rękę i chodź. Patrzą na nas. Gdyby ciebie złapano!...
Tomasz usłuchał.
Oddalili się w kierunku placu.
Wieczór by zimny. Powietrze, mgłą przesiąkłe, mroziło ludzi.
W pobliżu ulicy Royale, było ich mniej.
Tomasz z Ludwiką tam się skierowali.
— Nie spodziewałam się ciebie zobaczyć.... nigdy... — rzekła. — Jestem szczęśliwa.
Czuł, że ręka biednej dziewczyny drżała na jego ramieniu.
— Zimno ci? — spytał.
— Nie. Jesteś więc wolny?
— Umknąłem. Znalazłem sobie miejsce, zajęcie, służbę, jeżeli wolisz, w kraju, którego nie znasz.
— Dlaczegoż więc to porzuciłeś?
— Dlaczego? Aby przyjechać po ciebie.
— Po mnie?
— Naturalnie. Czyż nie byłaś wszystkiem, co kochałem na świecie?
— Dawniej.... Ależ w takim razie nie powiedzieli ci!...
— Co takiego?
— Że już za późno.... że nie powinieneś myśleć o mnie.... jednem słowem, że nie jestem warta....
Tłumaczyła się bez żadnego wahania, głosem powolnym, stanowczym, aby się tak wyrazić, jak gdyby mówiła o rzeczach zupełnie zwykłych.
— Gdybyś był pisał, doniesiono by ci...
— Wolałem sam przyjechać — odpowiedział tym samym tonem, jakby zmuszony do tego pokorą Ludwiki. — Ten sposób wydał mi się lepszy, a przytem... spieszno mi było zobaczyć się z tobą... Bardzo jestem zmieniony?
— Nie, ponieważ zaraz ciebie poznałam.
— Ty, tak, ale inni! Ponieważ nie znałem twego adresu, pojechałem do la Hutte-aux. — Biques, do Rivolard’ów.
— Widziałeś Melę? — spytała z ożywieniem.
— Tak.
— I nic ci nie mówiła!
— Nic.
— To jest przyjaciółka, prawdziwa... Przyjeżdża czasami do mnie, a skoro niema u nich ani grosza, także zarabia... Oni o tem nie wiedzą.
I głosem przyciszonym dodała:
— Ach! biedne dziewczęta, nieszczęśliwe! Tomaszu, nie trzeba po nich deptać! Gdyby się domyślano powodów... często!
I przerywając sobie zapytała:
— A Szymon?
— Wziął mnie za cudzoziemca. Musiałem powiedzieć swoje nazwisko! czy uwierzysz? Podobno, że miano nas za umarłych! A nikogo nie obchodzą już skazańcy, którzy są na tamtym świecie! W ten sposób, byłem dla Szymona rodzajem widma. Dowiedziałem się wtedy o tobie. Wiadomości nie były dobre! A przecież byłaś dzielną dziewczyną dawniej, w swoim czasie! Pamiętasz?
— Cóż chcesz? Nie byłam wytrwałą... stchórzyłam... nie tłumaczę się, ale okoliczności były ciężkie. Moja matka zamierała z choroby i głodu... zewsząd nas wypędzano...
— Z mego powodu.
— Ja nie wiem... Ale odmawiano mi roboty. Rivolard’owie dopomagali nam jak długo mogli... z twego powodu tym razem — dodała z anielskim uśmiechem. — Ale sami dla siebie nie wiele mają... Pewnego dnia, zdobyłam się na odwagę... Ludwika zatrzymała się i wyjaśniła:
— Źle mówię... Zapewne, że lepiej było umrzeć, ale miałam nadzieję, że znajdę sobie gdzieś miejsce służącej, lub robotnicy. Ale bywają nieszczęśliwi, którym się nic nie udaje... Tak samo, jak w Bréau i Varenne oddalano mnie, mówiąc, że nie mają dla mnie nic stosownego. I tak doszło do tego... Posyłałam matce pieniądze... Umarła w dwa miesiące później, na niczem jej nie brakowało... nie wiedząc, zkąd czerpię na jej utrzymanie. U nas, na wsi, myślano, że mam zajęcie w pracowni... Gdy moja matka umarła, wróciłam do Paryża i dalej... trochę rzadziej... wiodłam ten sam tryb życia... wtedy, gdy grosza nie miałam przy duszy. Każdego wieczora mówiłam sobie, pełna wstrętu do siebie samej, że kupię kubeł węgla, lub rzucę się w rzekę, ale odwagi nie miałam... Myślałam sobie, że zawsze będzie na to czas i odkładałam do jutra.
Oparła się silniej na jego ramieniu i przytuliła się do niego cała drżąca.
— Myślałam o tobie... wypytywałam się kogo mogłam, czy można wrócić z Cayenny... wymknąć się... Tak bym sobie życzyła zobaczyć ciebie, ucałować, choć na chwilę przed śmiercią! Ale ty byś teraz nie chciał!
Drżenie dziewczyny udzieliło się Tomaszowi.
Głos nieszczęśliwej poruszał go do głębi serca.
Nie myślał już o niczem, ani o tem, czem była, ani o jej upadku, tylko o tem, że była jeszcze piękną, pomimo wymizerowania i oczu zmęczonych, że to była ona, Ludwika jego ukochana, którą odnalazł i miał tuż blisko, trzymającą się kurczowo jego ramienia, jakby w obawie, aby go jej znowu nie wydarli.
Przeszli plac de la Concorde, na którym drżało kilka zapalonych kandelabrów, z płomieniem poruszanym wiatrem wschodninm, który wiał coraz silniej.
Pochylił się nad Ludwiką i ucałował jej włosy czarne, błyszczące, kręcące się naturalnie, które za płaszcz służyć jej mogłyby.
W Bréau i w okolicy, nazywano je „piękne włosy“.
— Nie gniewasz się więc na mnie? — spytała
Westchnął i nic nie odpowiedział. Pytanie było nader stanowcze.
Sam sobie nie śmiał odpowiedzieć.
Czuł, że coś stanęło pomiędzy nimi, wstyd, hańba i że przyjaciel jego, Szymon Rivolard, pomimo swojej brutalności i nieokrzesania, miał słuszność.
Tysiąc razy lepiej by było, gdyby jej nie spotkał.
Ten straszny Szymon, dziki człowiek z Seine-et-Marne, pojmował honor na swój sposób.
Bywają upadki, z których podnieść się nie można, ani zapomnieć o nich.
Daremnie jednak walczył z pociągiem, jaki czuł do niej, z urokiem, jaki wywierała na niego.
A ponieważ przypadek sam ich sprowadził, ponieważ czuł jej rękę na swojem ramieniu, nie miał siły jej odrzucić. Jeżeli doznawał, że z podwójną siłą wraca mu miłość dawniejsza z dni, w których była czystą, niewinną, zakochaną w nim i gotową oddać mu się na całe życie, jemu jednemu, czyż miał ją odrzucić w rynsztok, z którego ją podniósł?
Czyż nie było wymówki dla jej upadku?
Czyż nie poświęciła się, aby matkę ratować?
A zresztą tam, w dalekich krajach, czy nie mógłby zapomnieć, rozpocząć z nią jakby nowe życie i nigdy nie wracać do tych miejsc, świadków minionej hańby?
Byli sami.
Kilku przechodni, z połową twarzy ukrytą w podniesiony kołnierz, za nikim się nie oglądało.
Tomasz posłyszał, że młoda dziewczyna szlochała.
To go zdecydowało do skończenia walki.
— Nie płacz — rzekł, obejmując ją i przyciągając ku sobie — zapomniemy o przeklętej przeszłości. Uciekniemy za morze, do kraju, z którego przybywam. Żal mi ciebie, moja Ludwiko. Wynagrodzisz swój błąd. Przyszłość przed nami. Na nią tylko patrzmy. Chodź ze mną!
Usta ich połączyły się w pocałunku i powiedział jej szybko, głosem cichym:
— Nikomu nie wspominaj o tej smutnej historyi. Są ludzie, którzyby nami pogardzali, tobą jako dziewczyną upadłą, mną, jako nikczemnikiem. Kocham ciebie! Kocham!
Uwolniła się z jego objęć i pociągnęła go dalej za sobą.
— Oto czego sobie życzyłam — wyrzekła. — To słowo zapłaciłabym krwią własną. Dziękuję ci. Ale widzisz, Tomaszu, że pewne myśli ci wracają. Później, pomyślisz sobie, że inni mieli słuszność. Bo czemże ja jestem? Nieszczęśliwą, zgubioną!... A gdybyś w dobroci swojej zapomniał... ja nie zapomnę!
— Nie! Chodźmy.
— Niepodobna.
— Późno jest. Przyjaciel na mnie czeka. Musi być niespokojny... nie mamy czasu do stracenia. Tutaj, bruk stopy mi pali!... on także przyjechał po....
— Po uczciwą kobietę... swoją żonę!...
— Tak.
— A czyż ja mogłabym dotknąć jej ręki?
— Dlaczegoż nie! Kto będzie wiedział o tajemnicy... Chodź!
— Jeszcze chwilę. Musimy sobie wszystko powiedzieć... Chciałabym wiedzieć, że jesteś szczęśliwy...
— Będę nim!
— A więc, pocałuj mnie jeszcze na znak przebaczenia!
Byli na środku mostu de la Concorde.
Zwolna, nieznacznie, pociągnęła go ku parapetowi.
Wziął ją znowu w ramiona i tulił serdecznie do siebie.
Powóz jakiś wykwintny przejechał szybko obok nich.
Tomasz obrócił głowę i zwolnił uścisk.
Ludwika Moraines wyrwała mu się gwałtownie i zanim mógł się zastanowić co czyni, pochyliła się nad parapetem i zniknęła w próżni.
Wydał okrzyk rozpaczy:
— Ludwiko!
Inny okrzyk mu odpowiedział:
— Adieu!
Czarne fale wody, kipiące wokoło słupów o trzydzieści stóp poniżej, otworzyły się i pod upadkiem zamknęły.
To było wszystko.
Agenci, przechadzający się wzdłuż mostu, ujrzeli tylko przechodnia, który rzucił wierzchnie ubranie i rzucił się do Sekwany, wołając:
— Na pomoc!
W dwadzieścia minut później, marynarze z posterunku przynieśli na wybrzeże dwa ciała bez życia, mężczyzny, na pół uduszonego, który trzymał silnie w objęciach młodą dziewczynę o czarnych włosach, ubraną w bardzo skromną popielatą suknię.
Nagie ramiona ukazywały się z pod podartych rękawów; musiała walczyć, aby umrzeć, aby bronić się przeciw temu wybawcy, którego pomocy odmawiała.
Oczy czarne, szeroko otwarte, przedstawiały wyraz niezłomnej woli, brwi zmarszczone i fałd poziomy na czole, świadczyły o postanowieniu samobójstwa.
Usiłowano przywołać ją do życia.
Wszystkie starania były nadaremne.
— Bardzo jest piękna — wyrzekł dowódca posterunku. — Co za szkoda!
— Nie ma lat dwudziestu!
Skończyło się.
Ludwika Moraines żyć przestała.
Mężczyzna był szczęśliwszy.
Po jakimś czasie otworzył oczy.
Ujrzawszy młodą dziewczynę bez życia obok siebie, miał siłę powściągnąć się i ukryć swoją rozpacz.
Ubrał się w swoje rzeczy, wyschnięte przy sutym ogniu, dotknął ręki tej, która była jego narzeczoną, jakby chcąc zobaczyć, czy zimna, uścisnął ją serdecznie i usuwając się przed powinszowaniami agentów i marynarzy, wyszedł.
Przeszedł znowu, lecz sam tym razem, plac de la Concorde z suchemi oczami, zmienioną twarzą i pożerany głuchym bólem.
Gdy przybył na ulicę d’Amsterdam, hrabia Jan czekał na niego z głową ukrytą w dłoniach, oparty łokciami na stole, nieruchomy i ponury.
W sześć tygodni później sleamer „la Plata“ z towarzystwa de Messageries marilimes, przywiózł do Buenos Ayres dwóch podróżnych, których rzeczy mało miejsca zajmowały na pokładzie.
Opuścili Francyę przy końcu srogiej zimy i znaleźli się raptem pod niebem olśniewającej czystości, w pośród rozbujałej wegetacyi wiecznej wiosny.
Udali się prosto do wielkiego domu, zbudowanego na hiszpański sposób z balkonami i loggiami, pokrytemi roślinami podzwrotnikowemi, osłoniętemi purpurowym aksamitem.
Dom ten, otoczony parkiem niezrównanej piękności, jest bez zaprzeczenia najwspanialszym w mieście pampasów.
Gdy przybyli zostali wprowadzeni natychmiast przez murzyna do pawilonu, kryjącego się pod kaskadą lianów i kwiatów pachnących.
Wielkiego wzrostu, wyniosłej postawy starzec, o sarkastycznem obliczu, tam na nich oczekiwał.
Na ich widok, na twarzy jego ukazał się grymas ironicznego politowania.
— Jakto, sami? — zawołał. — Myślałem, że przywieziecie nam wasze piękne Francuzki, aby zaludnić te kraje, w których mamy za mało mieszkańców! Gdzież one są?
— Ależ....
— Czyżby was zdradziły te niezrównane kobiety, wzór cnoty i wierności?
— Panie....
— Chytre jak fale morskie, zmienne jak kameleony, lotne i niestałe jak efemerydy, lekkie jak bańki mydlane! We Francyi tak samo jak gdzieindziej! Co?
— Ma pan słuszność, panie margrabio — wyrzekł hrabia Jan.
— Pańska żona?
— Myślała, że nie żyję i....
— Wyszła drugi raz za mąż.... z pospiechem?
— Odgadł pan!
— Cóż dziwnego? Dobry grunt nie powinien pozostawać jałowy! Opowiesz mi później twoją historyę ze szczegółami, gdy będziemy sami. A wy? — dodał don José Cavero, zwracając się do Tomasza.
— Ja byłem biedny. Moja narzeczona miała matkę do wyżywienia. A ponieważ zabrakło jej roboty, sprzedała się, aby ją utrzymać przy życiu.
— To bardzo interesujące. Proszę dalej!
— Matka jej umarła. Pozostawszy samą w nędzy, nie miała co innego do roboty... Ujrzawszy mnie, zdjął ją wstyd i rzuciła się do Sekwany.
— Utopiła się?
— Próbowałem ją ocalić. Ale chciała umrzeć, o mało mnie z sobą nie pociągnęła.
Wyciągnięto nas oboje, ją, bez życia, mnie, na pół umarłego. Wróciłem do życia.
Tomasz by smutny jak śmierć.
— I oto jesteście z powrotem — dorzucił don José. — Otóż, czego teraz chcecie?
Hrabia Jan zabrał głos:
— Jesteśmy nieszęśliwi i zrozpaczeni obydwaj, panie margrabio. Nasze nieszczęście jest większe niż pan może sobie wyobrazić. Powiem panu wszystko. Ale oto jest czego chcemy: Oba, ja, hrabia Jan de Marcilles i on, Tomasz Vardon, mamy bezwątpienia jednego i tego samego wroga. On tego wszystkiego jest sprawcą. Ożenił się z hrabiną Heleną de Marcilles, której pożądał i był powodem śmierci biednej dziewczyny, którą Tomasz miał pojąć za żonę. On jest potężny, my jesteśmy słabi, bogaty, a my jesteśmy biedni. Nasza broń nie była by równa. Ja także chcę być bogaty, chociaż bym miał ziemię sam orać, jak wół, zejść do kopalni jak niewolnik, zaprzedać się i zdobyć pieniądze za moje ciało i duszę, aby tylko wrócić do Francyi, oddać zło za zło, hańbę za hańbę, ząb za ząb.
Oczy don Joségo Cavero ciskały błyskawice z poza brwi krzaczastych.
— Dobrze, mój synu, bardzo dobrze — rzekł z wybuchem radości, zelektryzowany zapałem tych słów.
I wracając do szyderskiego tonu:
— Jest to życzenie dobre i chwalebne — dodał — lecz rezultat wątpliwy. Fortuna jest kobietą, jak każda inna, skłonną do tysiąca kaprysów. Koło jej druzgocze często najlepszych ludzi. Tymczasem, możecie wrócić do waszych zajęć. Nie samej pracy będziecie zawdzięczać miliony. Będziecie żyć. A to już coś znaczy.
Dwaj Francuzi ukłonili się.
Gdy hrabia Jan miał wychodzić, Hiszpan zrobił mu znak, aby się zatrzymał.
— Przyjdź pan jutro — rzekł. — Spieszno mi poznać szczegóły tej awantury. Musi być pieprzna. Idź i do widzenia jutro, w porze siesty. Pamiętaj.
Pozostawszy sam, margrabia powiedział sobie:
— Dobrze mnie oszukiwała. Zabiłem ją wraz z jej kochankiem, zabezpieczywszy mój majątek. Jeżeli ten Francuz ma serce, chętnie mu dopomogę do zemsty. Nienawidzę wszystkich ludzi i pragnąłbym ich widzieć zabijających jedni drugich.
Zadzwonił na swego murzyna.
— Brutusie — rozkazał — nalej mi Xeresu z moich winnic, Ta nędznica, Dolores, przepadała za nim.
Don José Cavero miał duszę przygwożdżoną do ciała.
Podobne natury oschłe i przekorne są tak jak skały, które morze podmywa przez całe wieki, a one stoją nienaruszone.
Trzeba jakiegoś kataklizmu, aby je rozluźnić lub powalić.
Przytem, don José Cavero, bawił się znakomicie, choć tego widać nie było.
Nacierpiawszy się okrutnie sercem, doprowadził do tego, że to główne naczynie w nim zaschło, stwardniało, skamieniało do tego stopnia, jakby go wcale nie było.
Jest to rzecz bardzo zdrowa i praktyczna, aby żyć długo.
Don José usunąwszy się od wszelkich namiętności, tak jak się usuwa od interesów na starość, używał patrząc na życie innych, nie mieszając się do niczego. Boleści, radości, niedole bliźniego, pozostawiały go zimnym jak marmur.
Kataklizmem, który miał powalić tę skałę, było proste zapalenie płuc.
Jest to rzecz bardzo niebezpieczna dla starców.
Hidalgo z Buenos-Ayres doświadczył tego na sobie.
Nabawił się tej choroby zwiedzając po raz ostatni swoje posiadłości, zanim położył się na ostatni spoczynek na cmentarzu l’Annonciade, w grobowcu, który kazał sobie wybudować, spodziewając się, że nie zamieszka tam przed skończeniem stu lat.
Don José pomylił się o piętnaście lat. Umarł, mając dopiero ośmdziesiąt pięć.
Natychmiast po pogrzebie, notaryusz margrabiego wezwał hrabiego Jana de Marcilles do swego biura.
Z wielką uroczystością odczytał Francuzowi długi dokument, zaczynający się od tych słów:
„W Imię Trójcy Przenajświętszej, będąc w posiadaniu wszystkich władz umysłowych, zredagowałem ten testament:
„Zapisuję wszystkie moje dobra, bez wyjątku, słudze mojemu, któremu sam nadałem imię i nazwisko Ramon Silva, temu lat sześć, przyjmując go do mego domu. Pozostawiam mu jednocześnie moje nazwisko i tytuły i wymagam, aby odtąd nazywał się don Ramon Cavero, margrabia d’Aguilas, prawem adoptowania za syna i spadkobiercę uczynionem miniejszym dokumentem“.
Następowało pełno poszczególnych rozporządzeń na rzecz kościołów w Buenos-Ayres i innych sług margrabiego, poleconych opiece spadkobiercy.
Ludność w la Plate, bardzo mieszana i utworzona z awanturników rozmaitych ras i pochodzenia, dowiedziała się bez zdziwienia, że oryginalny Hiszpan wybrał sobie za generalnego spadkobiercę jednego ze swoich sług, że pozostawił mu olbrzymią swoją fortunę i adoptował go według wszelkich praw.
Spadkobierca miał więc odtąd nazywać się jego nazwiskiem.
Imię tylko było zmienione.
O pochodzenie nowego margrabiego nikt się nie kłopotał.
Wiedziano tylko, że szczęśliwy spadkobierca, wszedł w służbę do Joségo Cavero temu lat kilka, jako dozorca jednej z „estancia“ w pobliżu miasta i zwolna wszedł w łaski swego pana, który trzymał go zawsze przy sobie.
W tych dziewiczych krajach, zaludnionych wydziedziczonymi wygnańcami, gdyby chciano zajmować się przeszłością swoich sąsiadów, czas by się nadaremnie traciło.
Don Ramon Cavero stał się więc prawnym właścicielem olbrzymich gruntów, z których większa część kosztowała margrabiego, temu lat czterdzieści, tylko tyle trudu, aby je sobie przywłaszczył i bajecznej ilości dublonów i piastrów, które wziął sobie na własność, oddawszy przedtem wspaniałe ostatnie honory swemu kapryśnemu dobroczyńcy.
I natychmiast po objęciu własności, zapragnął zwiedzić swoje posiadłości i zdać sobie sprawę ze stanu swego majątku, zanim uda się w drogę do starej Europy.
Ta podróż na sercu mu leżała.
Musiał się zdobyć na nadzwyczajną siłę woli, aby oprzeć się tak długo potężnemu pociągowi do ziemi, z której tu przybył.
Pomimo tak wielkiego oddalenia, oczy jego zawsze w tę stronę zwrócone były.
Tam odnosiło się jego przywiązanie i nienawiść.
We Francyi miał stare rachunki do załatwienia.
W jaki sposób i z kim?
Domyślał się, ale trzeba mu było nie tylko domysłów, ale pewności.
Na niego teraz przyszła kolej być sędzią i obiecywał sobie, że nasyci swoją nienawiść za pomocą legalnego odwetu.
Tak samo, jak mały sędzia z Mayenne, p. Bazouges, jak jego adwokat p. de La Jarrière, Jan de Marcilles pragnął dowodów.
I te dowody mieć będzie.
Dzięki majątkowi margrabiego d’Aguilas pochlebiał sobie, że je dostanie, chociażby najwięcej kosztować go miały.
Czyż pieniądze nie są potęgą naszego wieku, zapomocą których wszystko się da kupić?
Spieszno mu było znaleźć się na gruncie, gdzie walka miała zawrzeć.
Ach! ten baron Raynaud ukradł mu Helenę! Olśnił ją bliskiem milionów, ogłuszył dźwiękiem pieniędzy!
Kto wie znając przywiązanie nieszczęśliwej do tego męża, którego kochała — jakże mógł w to wątpić? — znalazł tylko jeden sposób, aby ją od niego oderwać, uczynić go jej wstrętnym, a to dzięki pohańbieniu go; ogłosił go nikczemnym, wyrzucił go z łona społeczeństwa pomiędzy złodziei, fałszerzy, zbrodniarzy!
Wydawało się to niemożliwe, nieprawdopodobne, tak wstrętne, że rozum jego własny, jego, który stał się jego ofiarą, uwierzyć temu nie chciał!
A gdyby przecież to było prawdą?
Im więcej o tem rozmyślał, ten bardziej to przekonanie wgłębiało się w jego duszę, jak ćwiek wbity młotem.
Tak, nie mogło być inaczej! Czy baron Raynaud nie skorzystał z tej zbrodni? Czyż nie doszedł do celu, przywłaszczając sobie ciało i duszę tej kobiety, której pożądał?
Czyż jej nie posiadał?
Helena nosiła jego nazwisko.
Należała do niego.
Na tę myśl, pomimo upłynionego czasu, pomimo oddalenia, które ich dzieliło, serce hrabiego Jana żywiej uderzało, a krew napływała do skroni.
Jeżeliby nareszcie przekonał się, że baron Raynaud wszystkiego tego był sprawcą, że go zrujnował, zmieszał z błotem, zhańbił, rzucił wkońcu na wygnanie, na galery, co by mu zrobił?
W jaki sposób wziąłby odwet?
Było to jego idée fixe, jego zmorą!
Gdy mówił o tem przed don José Cavero, starzec się ożywiał; bezzębne usta grymas wykrzywiał i odpowiadał swojemu przyszłemu spadkobiercy:
— Szukaj, mój synu! Wysila się wyobraźnię, wymyśla się, łamie się głowę!
Jan de Marcilles szukał, ale nie znajdował.
Nic mu się nie wydawało dość okrutne, wyrafinowane, aby dług swój zapłacić.
Ale najprzód wypadało wiedzieć.
W ośm dni po śmierci margrabiego d’Aguilas, hrabia opuścił Buenos-Ayres ze świtą jeźdźców.
Tomasz mu towarzyszył.
Od lat kilku Jan de Marcilles nauczył się cenić swego towarzysza wygnania, jego energię, pewność siebie, jego poświęcenie.
Tomasz był do niego przywiązany, jak pies do swego pana, a to przywiązanie było wzajemne. Kłusownik cierpiał z nim razem. Hrabia pragnął, żeby dzielił z nim majątek.
Razem byli skazani, wysłani razem, razem żyli w niesławie pływającego więzienia na „Prozerpinie“. Razem uciekli. W oczach świata, według prawa, umarli razem, aby odżyć, jeden jako margrabia d’Aguilas, drugi obywatel la Plata, pod nazwiskiem Perez Lucar, służący don Ramona Cavero.
Bezpieczeństwo ich teraz było zupełne.
Czas, słońce równikowe, zmartwienia, zmieniły ich do niepoznania.
Ktoby ich poznał?
A gdyby przypadkiem ktoś ich podejrzewał, jakże ścigać ludzi, którzy już nie istnieją na tym świecie?
Jadąc konno jeden obok drugiego, zwierzali się sobie ze swoich nadziei, przebywając te cudowne okolice, których ogromne przestrzenie były posiadłością hrabiego.
Tomasz wiedział, że Jan de Marcilles miał do ukarania jedną z tych obelg, które krwią tylko zmazać się mogą, że posądzał barona Raynaud o straszną, przerażającą intrygę, do której klucza szukał, aby zacząć działać.
Był to punkt, który jeszcze wyświecić należało tymczasem, Tomasz był zdecydowany słuchać ślepo swego towarzysza, którego wpływ uznawał.
Don José Cavero posiadał w la Plata obszary, których rozległość bajeczną wydała by się we Francyi.
Przyzwyczajonym do wymiaru gruntu na hektary lub metry, zaledwie w głowie pomieścić się może, czem są owe imponujące przestrzenie dziewiczych gruntów, na których Hiszpanie pierwsi osiedli i wzięli je w posiadanie.
Zwiedzanie posiadłości trwało kilka tygodni.
Nowy margrabia d’Aguilas, ze swoją eskortą gauchos, aby się wyrazić według miejscowej nazwy, zwiedził pięćdziesiąt olbrzymich estancias, których się stał właścicielem.
Pewnego wieczora, gdy wjeżdżali w okolicy Las Floras, do jednej z najpiękniejszych posiadłości margrabiego, spotkali się w drodze, przechodząc brodem rzeki, z inną wyprawą jeźdźców, których dowódca uklonił się im grzecznie.
Ten dowódca zachował w swojej postawie i zachowaniu ową cechę francuskiego oficera, którą poznać można nawet w tych, którzy dawno czynną służbę porzucili.
Jan de Marcilles, na jego widok, stanął zdumiony.
Jeździec uczynił to samo.
Stali chwilę nic nie mówiąc, oko w oko, starając się przypomnieć sobie, poznać się wzajemnie, walcząc może z pewną wątpliwością.
Nagle, Jan de Marcilles otworzył ramiona i szepnął prawie nieśmiało:
— Cezar!
— Któż pan jesteś? — spytał jeździec prostując się.
— Czyż jestem tak bardzo zmieniony?
Brwi dawnego kapitana sztabu generalnego zmarszczyły się.
— Jan — wyrzekł kolejno, ale z wyrazem pogardy i nie podając ręki temu bratu, spotkanemu o kilka tysięcy mil od ojczyzny.
— Ach! — zawołał hrabia dotknięty do głębi. — Masz mnie ciągle za winowajcę! nieszczęśliwy!
— Jakże można wątpić?
— Nie chcesz mnie wysłuchać?
— Owszem! Broń się, a przysięgam, że zdejmiesz mi ciężar z serca.
— Chodźże więc ze mną!
Dwie grupy się połączyły.
Noc już była, gdy wjechali na wspaniałą miejscowość Dolores.
Margrabia ją tak nazwał przez pamięć na swoją ofiarę.
Obszerne budynki stanowiły rodzaj fortecy pośród bezgranicznej równiny.
— Pozwólcie mi ofiarować wam gościnę — rzekł Jan de Marcilles do towarzyszy brata. — Na szczęście, jesteśmy oczekiwani.
Podczas jazdy, kapitan zamknął się we wrogiem milczeniu.
Nie przebaczył bratu utraty swoich nadziei, wygnania i znieważenia nazwiska.
To było jasne.
Rana była ciągle otwarta i krwawa.
— Czy to twoje, te grunta? — spytał zsiadając z konia.
— Moje, a przytem jeszcze wiele innych. Cenię twoją przyjaźń więcej, niż to całe bogactwo i chcę, abyś mi ją zwrócił. Wejdźmy!
Kobieta, najczystszego typu hiszpańskiego, przyjęła ich u progu, mówiąc, że oczekiwano „pana margrabiego“.
— Co mówi ta senora? — spytał kapitan. — Jesteś teraz margrabią?
— Od kilku dni.
— Jakim cudem?
— Wskutek śmierci pewnego człowieka, który uczynił mnie spadkobiercą swego majątku, nazwiska i tytułu.
— Nazywał się?
— Don Cavero, margrabia d’Aquilas.
— Do licha! — rzekł Cezar de Marcilles. — Don José Cavera! magnat z pampasów! i ty jesteś jego następcą?
— Jak widzisz!
— Winszuję ci!
Było tyle goryczy, co cierni, w tonie kapitana.
Stół był nakryty w ogromnej sali. Baron mógł przyjąć z honorem swoich gości.
Pozostawił z nimi Perez Lucare i zamknął się z bratem w osobnym salonie.
— Wydajesz się uszczęśliwiony tym spadkiem? — rzekł Cezar.
— Rzeczywiście.
— Bo będziesz mógł urządzić sobie życie szerokie, bez troski.
— Nie — odrzekł Jan — lecz dlatego, że ten majątek dopomoże mi pomścić się i ukarać winnych.
— Pomścić się, na kim?
— Na pewnym człowieku, którego zdemaskuję.
— A ukarzesz, za jaką zbrodnię?
— Że zostałem odarty z honoru, nawet wobec mego brata.
— Ach! — wyrzekł oficer po prostu, jeszcze niedowierzający.
— A ty? — spytał Jan.
— Co z tobą się działo?
— Schroniłem się do tego kraju.
— Powiodło ci się?
— Aby żyć, tak, ale nie, aby się wzbogacić. Miałem za mało pieniędzy, przybywszy tutaj.
— A spadek po naszej ciotce?
— Wyrzekłem się go, nie chciałem, aby mnie oskarżono, że brałem udział w twojej zbrodni.
— Mojej zbrodni?
— Jakże mam nazwać morderstwo i....
Jan go powstrzymał.
— Zbrodnia była, masz słuszność, ale nie ja ją spełniłem.
Wtedy opowiedział Cezarowi, który chciwie go słuchał, wszystko, co działo się w Marcilles, sidła, które na niego zastawiono, bezsilność jego w odkryciu prawdziwego winnego. Opowiedział mu swoje cierpienia w więzieniu, z których największem było milczenie brata i myśl, że nawet jego najbliżsi wyrok na niego wydali. Mówił mu o cudownej prawie swojej ucieczce, o podróży do Paryża, aby zabrać Helenę, tę kobietę, którą kochał jedyną miłością w życiu i o ciosie strasznym, jakiego doznał, będąc świadkiem ślubu jej z baronem Raynaud.
— Ona była twoim złym geniuszem — rzekł oficer.
— Niesłusznie ją oskarżasz!
— Ty ją jeszcze bronisz?
— Nie wydaję na nią sądu. Jeżeli zawiniła, otrzyma karę wraz z innymi. Jeśli ma coś na swoje wytłumaczenie, chcę to usłyszeć. Wystawię ją na próbę!
— W jaki sposób?
— To moja rzecz, ale pragnę ci dać także dowody, że co by nie zaszło, musisz uwierzyć!
— Dałby Bóg!
— Chciałem być bogaty, — kończył Jan de Marcilles, — aby walczyć z potężnymi nieprzyjaciółmi. Teraz nim jestem. Za kilka dni pojadę do Francyi i wtedy zacznie się walka. Pójdę za śladem tego tajemniczego człowieka, jak Indyanie na wielkich preryach śledzą swoich nieprzyjaciół. Znajdę go. Dowiem się wszystkiego: jaka głowa zrodziła ten projekt, jaka ręka go wykonała i będę bez litości. Ci ludzie są twoimi przeciwnikami Cezarze, tak samo, jak moimi; ciebie zniesławili zarówno jak mnie. Chodź ze mną i dopomóż mi przeciw nim!
Mówił z takim zapałem, że oficer był zachwiany.
— Ty jeszcze wątpisz! — zawołał starszy brat. — Jak ciebie przekonać?
— Pokazując mi wroga, o którym mówisz. Masz słuszność: połączmy się. Będziemy razem szukać.
Cezar de Marcilles poddał się nareszcie zrozumiawszy niesłuszność swoich uprzedzeń i ujęty serdecznością brata.
Przyznał się do wszystkiego, do wiary w winę Jana i do swego zniechęcenia.
Prerye la Plata nie wzbogaciły go, jak wielu innych, bo pracował niechętnie, zmęczony swoją samotnością, żałujący w głębi duszy swojej ojczyzny, przyjaciół z Francyi. Czasami, zrozpaczony, jechał do Bahia-Blanca, najbliższego miasta obok miejsca jego zamieszkania i jedna noc gry w karty, pochłaniała mu całoroczny zarobek.
Odbył przed bratem prawdziwą spowiedź.
Niknął ze zmartwienia pod tem obcem niebem, ale gdyby nie spotkanie z bratem, umarłby raczej niż wrócił do Francyi, przekładając wszystko, wygnanie, tęsknotę i nudy, niż wstyd, jaki miałby, gdyby musiał czerwienieć się przed swymi przyjaciółmi za swoje shańbione nazwisko.
— Chodź ze mną — powtórzył Jan de Marcilles — pomożesz mi i przywrócimy dawny blask i honor naszemu nazwisku!
W ośm dni później, w środku marca 1884 r. hrabia Jan, obecnie don Ramon Cavero, margrabia d’Aguilas, wsiadał na statek parowy „La Gironde“, płynący do Saint-Nazaire.
Towarzyszył mu Tomasz Vardon, przezwany obecnie Perès Lucar, wicehrabia Cezar, siedmiu kolorowych służących i dwie mulatki uderzającej urody.
Miał z sobą listy nieograniczonego kredytu na banki Rothschildów w Paryżu i Londynie i inne.
Po szczęśliwej podróży, dojechał do celu, wsiadł na pociąg do Paryża i uskutecznił swój wjazd szesnastego kwietnia o dziewiątej wieczorem, wraz ze swoją świtą.
Hrabina Helena nazywała się od lat pięciu, baronową Maksymową Raynaud.
Pojedynek pomiędzy skazańcem z Laval i jego ukrytymi nieprzyjaciółmi miał się zacząć.
Przy ulicy Castiglione, na rogu ulicy Saint Honoré, prawie w samem sercu Paryża, widać w pewnym domu w parterze, pod arkadami, rodzaj sklepu, niepodobnego do innych.
W samej rzeczy nie jest to sklep, tylko rodzaj biura, zwany z angielska: „office“.
W takiej office wszystko się uprawia, z wyjątkiem porządnego, uczciwego handlu.
Ptaki z lasu paryskiego, które tam się kryją, są ptakami wysoko lotnymi, sokoły, sępy, i jastrzębie.
Na witrynach, u góry, można przeczytać: Agencya Pidoux, Straub i S-ka.
I tu i ówdzie, pomiędzy fotografiami will i pałaców, anonse o kupnie i sprzedaży rozmaitych posiadłości, pożyczki hipoteczne i inne, zmiany pieniędzy i operacye bankowe, wyjaśnienia i t. d. Brakowało tylko utartych, tradycyonalnych wyrazów: dyskrecya í pośpiech.
Dzięki tym napisom i sprytnemu systemowi witraży, z zewnątrz nic widzieć nie można, co się dzieje w tym oryginalnym domu handlowym, ale za to z biura widzi się dokładnie całą ulicę.
Agencya jest pełna prostoty i wygody.
Dnia 18 kwietnia 1884 r., z rana, panowało tam głębokie milczenie.
Z jednej strony, rachmistrz czytał swoją gazetę przy stole, pełnym imponujących ksiąg, grubych in folio, o zielonym grzbiecie, rogach bronzowych, nasuwających myśl o olbrzymich interesach handlowych i porządku bez zarzutu.
Z drugiej strony, po za kratą, przeznaczoną na ochronę kasy przed zuchwałemi napaściami, kobieta w czarnej sukni pochylona była nad książką o żółtej okładce, która musiała być świeżo wydaną powieścią.
Ta kobieta, jeszcze młoda pomimo trzydziestu pięciu lat, o żywych, ognistych oczach, czarnych włosach, interesująca ze swojem myślącem czołem, opartem na ręce szczupłej, okrytej pierścionkami, zadziwiająco była podobna do Marty Ribourt, garderobianej z Combiers, trochę tylko tęższa i bledsza, jak roślina przesadzona z gruntu do cieplarni.
Rachmistrz był ubrany jak szef biura bankowego.
Ale włosy jego przerzedzone na skroniach i czaszce, oczy zmęczone, otoczone siecią zmarszczek, usta opadłe, oblicze wygolone jak u aktora, świadczyły o niskich namiętnościach i pomimo usiłowań, aby stać się podobnym do urzędników z porządnego biura, mężczyzna, przypatrzywszy mu się bliżej, pozostawał zawsze włóczęgą trotuarowym, nocnym cyganem, którego suknie tylko maskują.
Ktoś posiadający dobrą pamięć, który spędził ze dwa tygodnie w Combiers, temu sześć czy siedm lat, poznałby pod tem przebraniem ogrodnika parków i ogrodów, nocnego posłańca do Marcilles, pomocnika Lazarza Pidoux w owej sławnej wyprawie do Orgères, Mikołaja Cabirol, przezwanego przyjacielem kobiet przez statystki małych teatrzyków, w czasach, gdy tak trudno było mu zdobyć i utrzymać w kieszeni parę groszy.
Cabirol zmienił się, ale nie na korzyść.
Wbrew pozornemu awansowi, wyglądał blady, stetryczały i nachmurzony.
Życie mu zbrzydło w tej budzie.
Jednem słowem, nudził się.
Nuda, bezbarwna i monotonna go gryzła.
Trzeba mu było dawnego życia, gdy był statystą w Châtelet, popychadłem w policyi, zręcznym w przebieraniu się, swobodnym, pomimo marnego zarobku, niezależnym od nikogo.
Od czasu, kiedy zmienił zawód, od lat czterech, przy otwarciu agencyi Pidoux, chudł w sukniach porządnego człowieka pomiędzy tymi papierami, które go nie męczyły i gdzie prawdę powiedziawszy, nie miał innej zabawy, tylko polerowanie sobie paznokci i pisanie, aby się rozerwać, strzelistych epitetów do kasyerki, Marty Riboust, która drwiła sobie z niego.
Marta ubóstwiała swego dawnego przyjaciela z Combiers, z którym mieszkała w tym samym domu, nad agencyą, na mezaninie.
Cabriol się wściekał, ale sam był sobie winien!
Czemu wyrzucał przez okno, ze swojej mansardy na trzeciem piętrze przy ulicy du Bondy, z taką lekkomyślnością dwadzieścia tysięcy franków, otrzymanych z udziału w sprawie d’Orgères?
Pieniądze nie długo trwały.
Ale przynajmniej Gaskończyk nie miał nigdy lepszej sposobności zasłużenia na nazwę przyjaciela kobiet.
Dwadzieścia tysięcy franków, co za gratka.
Statyści, koledzy, różni towarzysze mieli udział w biesiadzie.
Pieniądze, ukradzione pieniądze, płynęły jak woda z ręki Cabriola, pomimo, że źródło ich, po pierwszej chwili upojenia, z gruntu mu się nie podobało.
Nie raz miewał wyrzuty sumienia, nie z powodu tego, co zrobił, ale co widział, że inny zrobił.
Dalibóg ten Łazarz Pidoux, to dobry numer! Cabriol był opancerzony, sentymentalność nie leżała w jego naturze. Ale ta stara panna, ta biedna garbuska zaduszona, leżąca na podłodze z rzemienną krawatką na szyi, spać mu nie dawała.
A hrabia Jan! Jakże szybko został uwikłany, usidlony, omotany w intrydze mistrza Guillard, jak antylopa w pierścienie boa dusiciela!
Dopóki pieniądze trwały, wyrzuty sumienia Cabriol’a drzemały.
Szeroka zabawa, przyjaciółki i przyjaciele, uczty w restauracyjkach w okolicach Paryża, kadryle w Elysée Montmartre, albo Moulin de la Galette, wycieczki w landarach, szampan i trufle, paraliżowały jego sumienie.
Przy ostatnim zmienionym banknocie stufrankowym, sumienie to obudziło się raptownie.
Wtedy Cabriol lekkim krokiem udał się do swego przyjaciela, Łazarza, aby mu przypomnieć, iż czyn, który razem spełnili, nie był właściwie zgodny z przepisami ścisłej moralności, lub ustawami prawa.
Jednocześnie zażądał nowego zasiłku.
Cabriol wcale się nie krępował i szeroko usta otworzył.
Pidoux wysłuchał go z zimną krwią.
— Gdyby ci pozwolono — rzekł, — potrafiłbyś połknąć budżet Paryża. Pieniędzy ci nie zabraknie, ale trzeba je zarobić.
I zaproponował mu posadę, tę, którą Cabriol zajmował od chwili utworzenia agencyi.
Guillard i Pidoux mieli go na oku i pilnowali we wszystkiem.
Utworzenie tej agencyi było nowem dziełem mistrza Fulgentego Guillard.
Człowiek podziemny, jak go żartobliwie nazywał Gaskończyk, upozorował tem pochodzenie swej nowej fortuny.
Guillard prosperował, lecz bez rozgłosu, w ciemnościach, w których się lubował.
W świetle mrugał oczami, jak sowy, koty, nietoperze i inne nocne stworzenia.
Prosperował nawet w nadzwyczajny sposób.
Wiadomo, że skrupuły mu nie przeszkadzały.
Uczciwi ludzie mają wzgląd na prawo bliźnich i nie ośmielają się porywać na ich osobę lub kieszeń.
Lecz to słabostka, której nie rozumiał Badeńczyk.
Dla śmiałych ludzi, podobnych do Straub’a, najtrudniej przychodzi zarobić tylko pierwsze tysiąc franków.
Fulgenty, w swojej młodości, nie umiał wziąć się do dzieła.
Pierwsze usiłowania się nie powiodły.
Proste niedoświadczenie debiutanta!
Ale sprawa d’Orgères świetnie poprawiła sytuacyę.
Była to wspaniała kombinacya podwójna, dzieło artysty, wykonane przez zastępcę, który miał swoją wartość.
Łazarz Pidoux postąpił jako uczeń godny profesora.
Nie chodziło tu już o tysiąc franków.
Fulgenty dokonał podwójnego sztychu, jak myśliwi, trafiający kuropatwę na lewo, a bażanta na prawo.
Kuropatwą było trzykroć stotysięcy franków ukradzionych starej pannie w Orgères.
Bażantem, majątek obiecany przez barona Raynaud.
Cabriol, statysta w zbrodni, tak jak był nim w teatrze du Châtelet, wynagrodzony małym kosztem, nie przystąpił do podziału.
Łazarz Pidoux, nie zgłębiając nadto tej sprawy, odgadywał, jakie więzy łączyły go z jego protektorem.
Czuł, że interesa ich były wspólne i że majątek zebrany dostanie mu się kiedyś całkowicie.
Dla siebie więc pracował służąc temu ojcu, który się nie objawiał, ale który postępował jak przyjaciel, opiekun i kierował z taką pieczołowitością swojego potomka na złą drogę.
Otrzymał od barona Raynaud milion dwiema ratami, pierwszy raz za to, że uwolnił go od hrabiego Jana de Marcilles wysyłając go do Cayenny, a drugi, że radykalniej jeszcze go od niego oswobodził, wysyłając go na tamten świat.
Dwaj bandyci mogli więc żyć spokojnie po zdobyciu tego złotego runa, które przynosiło im rocznie, około sześćdziesięciu tysięcy franków dochodu.
Było to więcej niż dobrobyt.
Lecz tego Guillard’owi było jeszcze za mało i stała się rzecz dziwna.
Z bystrym węchem i przewidującym umysłem, Fulgenty sobie powiedział, że nagły jego majątek może obudzić podejrzenie, że ludzie zechcą badać jego źródło, że zaczną się dowiadywać i strach go zdjął o swoje bezpieczeństwo.
་ Przyszły na niego obawy zbrodniarza, osaczonego przez policyę; otoczył się nadzwyczajną ostrożnością, wiódł dalej swoje odosobnione życie przez całe dwa lata i okazywał się bardziej surowy i oszczędny niż kiedykolwiek.
W nędznem swojem mieszkanku przy ulicy des Prêtres, w małych zebraniach pomiędzy kolegami, popisywał się przesadnem skąpstwem, narzekał gorzko na ciężkie czasy, na niewdzięczność rządu, który tak źle opłaca oddane usługi.
Z jego rozkazu, Łazarz Pidoux pozostał na swojej posadzie rządcy i nie skarżył się na to.
Garderobiana z Combiers, która dzięki jego osamotnieniu, coraz większy wpływ wywierała, była dla niego bardzo miłą rozrywką i żył sobie jak szlachcic wiejski, ucztując i polując, w tej posiadłości, w którėj rządził się jak właściciel i do której baron Raynaud nigdy nie zaglądał.
Po prawdzie, wypadki w Orgères,. nadto niedawne, ciążyły brzemieniem na umyśle barona.
Obecnie wiedział już wszystko.
Z bezczelnym cynizmem, Straub opowiedział mu historyę zbrodni we wszystkich szczegółach, nic nie ukrywając przed tym poważnym spólnikiem.
Baron obawiał się więc ujrzeć w Combiers widmo swojej ofiary, a zresztą, hrabina Helena, która jedynie pociągała go do tego miejsca, już tam nie była. Ale wszystko ma swój koniec.
Gdy hrabia Jan utonął w wodach Cayenny, a przynajmniej gdy autor jego nieszczęść w to uwierzył na pewne, gdy przedewszystkiem hrabina, oszukana wiadomościami z Guyany, postanowiła sobie zemstę, nie oglądając się na żadne względy i dziwnem przeczuciem wiedziona, zgodziła się na poślubienie barona, Fulgenty Guillard pozwolił sobie na pewne ustępstwa co do swojej osoby.
Wymawiając się wielkiem wyczerpaniem, dolegliwościami nabytemi z powodu tajemniczych usług, pozostał na swoim posterunku tylko o tyle, o ile mu było potrzeba, aby wpływ zachować i mieć oko otwarte na wszystko, co mogło go interesować.
Opuścił ulice des Pretres i najął na avenue d’Antin na pierwszem piętrze, skromne mieszkanie za pięćset franków.
Jednocześnie założył agencyę Pidoux, której właściwie sam był szefem i która przynosiła mu znaczne korzyści, dzięki niezliczonym tajemnicom, które posiadał.
W rzeczywistości, rzeczy, które tam praktykowano z największem powodzeniem, były to dwa występki, z których jeden kwitł zawsze: lichwa, a drugi wydaje się większą specyalnością naszej epoki: szantaż.
Synowie zamożnych rodziców znajdowali przy ulicy Castiglione pożyczki na piętnaście lub dwadzieścia procent, co było prawie uczciwie, których gdzieindziej dostać nie mogli w braku poważnych gwarancyj; cudzoziemcy napływali dzięki sprytnemu systemowi werbowania, radząc się, jak użyć piastrów, dolarów czy rubli, które przyjeżdżali tracić w Paryżu.
Wieczorem, podziemny człowiek schodził przez Champs Elysées, otulony w swoją bundę, przesuwał się pod arkadami ulicy de Rivoli i szedł sprawdzać rachunki swego przedstawiciela i wypowiedzieć swoje zdanie co do interesów będących w obrocie.
Zazwyczaj miewał dla niego tylko same pochwały i mówił cienkim swoim głosem, odchodząc:
— Dobrze, mój synu, bardzo dobrze! Kula się zaokrągla.
Następnie, wracał ku wyżynom dzielnicy de l’Europe, gdzie kończył swój wieczór.
Później dowiemy się, w jakiem miejscu i w jaki sposób.
Taki był stan rzeczy w chwili, gdy hrabia Jan de Marcilles i brat jego wracali do Europy.
Kula śniegowa Badeńczyka zaokrąglała się z wielką szybkością.
Straub posiadał pewny rzut oka i rzadko się mylił w ocenieniu ludzi, z którymi miał do czynienia.
Był to w rzeczywistości najniebezpieczniejszy z jaguarów tego lasu paryskiego, w którym spotyka się dzikie zwierzęta rozmaitego rodzaju, od szakala i kota dzikiego, do pantery i tygrysa.
Dziesiąta rano wybiła na zegarze wiszącym na ścianie agencyi.
Wesołe słońce wiosenne połyskiwało na szybach, pociągając rachmistrza na ulicę, jak pokusa.
Cabriol nie umiał opierać się pokusom.
Jakże miło by było snuć się po trotuarach, po pod sklepami, po za robotnicami, modystkami niosącemi pudełka, szwaczkami, wypuszczonemi jak uczniowie ze szkoły z uderzeniem dwunastej w południe, w okolicach ulicy de la Paix i bulwarów, rozsiadać się na ławkach na skwerach, rozmawiając z mamkami, w poszukiwaniu przygód.
Zawód, który pełnił, doprowadzał go do rozpaczy, tego poranku więcej niż kiedykolwiek.
Podłożyłby ogień pod rejestry i spalił całą budę, aby módz wybiedz ku rozrywkom.
Głos oschły i rozkazujący dał się słyszeć po za kratą kasy:
— Cabriol!
Och! ten głos, jakże on go drażnił, głos tej kobiety zakochanej i zazdrosnej, obok której żyć był zmuszony i która nie raczyła na niego zwrócić więcej uwagi, niż na listonosza, lub frotera, przychodzącego czyścić posadzkę codziennie!
I powiedzieć, że ta kobieta szalała za Pidoux, jak gdyby ten Pidoux znaczył więcej od niego!
Jednakże, Gaskończyk odpowiedział:
— Pani!
— Jak stoi sprawa des Charmes?
— Weksel płatny trzydziestego wrócił niezapłacony.
— Dobrze!
— Jakto, dobrze?
— Szef na to liczył. Niema więc żadnej niespodzianki.
Szef, to był Pidoux.
Pidoux miał władzę, Pidoux miał swobodę, Pidoux miał kasę przedewszystkiem.
Cabirol był tylko podwładnym, subjektem, niewolnikiem przykutym do łańcucha, a jednak, on znał także niejedną tajemnicę!
A kieszeń jego była pusta, całkowicie pusta! Ani dziesięciu franków na śniadanie!
Jeszcze raz trzeba było się upokorzyć!
Dama z za kraty otworzyła boczne drzwiczki, opuściła swoje biuro i zbliżyła się do rachmistrza z piórem za uchem.
Była to rzeczywiście Marta Ribourt, lecz Marta przerobiona na Paryżankę w eleganckiej i poważnej toalecie.
Suknia czarna, bardzo skromna, lecz przykrojona przez dobrą krawcową; włosy gładko uczesane nad czołem, jak kość słoniowa, oczy błyszczące jak karbunkuły.
Wyglądała zmęczona, przywiędła, straciła swoją świeżość z czasów, gdy zachwycała oficerów w Lawal, ale mogła jeszcze podobać się inaczej, jak owoc dojrzały.
Dawny statysta westchnął.
Wzdychał przy każdej kobiecie.
Była to jego wada, a raczej słaba strona.
I zraził się nagle. Pomimo korzystnej pozy, którą przybrał, pomimo głębokiego
westchnienia, pomimo spojrzenia omdlewającego karpia, kasyerka nie raczyła zwrócić na niego większej uwagi, jak zazwyczaj.
— Zawsze więc pozostanie pani nieubłaganą? — szepnął.
Nawet mu nie odpowiedziała.
Pogardliwym ruchem wzruszyła ramionami, wstrząsnęła niecierpliwie lornetką, którą w ręku trzymała i rzekła:
— Zachowaj-że się pan przyzwoicie! Hrabia de Chaimes? — rozkazała. — Proszę mi pokazać.
Cabirol mrucząc położył przed nią księgę rachunkową.
Zaczęła z niej wypisywać, gdy drzwi od ulicy otwarły się.
Gentleman, ubrany bez zarzutu, rzadkiej dystynkcyi, wszedł i zapytał:
— Pan Łazarz Pidoux?
Marta Ribourt porzuciła księgę.
Jednym rzutem oka zmierzyła tego obcego o wyniosłem i zimnem obliczu, który w niczem nie przypominał młodych rozrzutników, odwiedzających często biuro w celach pożyczki.
Powóz jego, koczyk od Bryon, stał przed drzwiami, po drugiej stronie arkad ulicy de Castiglione.
Ten klient był średniego wzrostu, bardzo silny, około czterdziestoletni, brunatnej cery jak Meksykanin, opalony zapewne wskutek ciągłego pobytu na dworze, z prostym nosem, wysokiem czołem, z czarnemi oczami, głęboko osadzonemi, zkąd świeciły jak węgle.
Włosy były krótko przycięte. Gęsta broda pokrywała część twarzy.
Zapięty szczelnie surdut odchylał się u góry i widać było olśniewającej białości kołnierz i krawatkę jasną, spiętą brylantem.
Marta Ribourt przypatrywała się bacznie tej osobistości wybitnie cudzoziemskiej.
Postać ta interesowała ją i dziwiła.
Z jakiego powodu?
— Czego pan sobie życzy? — spytała głosem uprzejmym, stosownie do okoliczności.
— Przybywam z południowej Ameryki.
— Z Brazylii, panie?
— Nie, pani.
— Z Uruguayu?
— Nie.
— Może z Buenos-Ayres?
— — Właśnie, z Buenos-Ayres. Przybywam — a raczej przybywamy spędzić jakiś czas w Paryżu... Liczna rodzina... Potrzebował bym pewnych wskazówek...
— Pana Pidoux niema w tej chwili w domu, ale jeżeli mogłabym panu służyć...
— Dlaczegoż by nie? Oto o co idzie. Chciałbym mieć mieszkanie... duży apartament... albo pałac...
— W jakiej dzielnicy?
— Na Champs-Elysées... wyłącznie. Nająłbym... albo kupię, w razie potrzeby. Zapewniają mnie, że pan Pidoux mógł by służyć za pośrednika...
— I oszczędzić panu kłopotów... zwłoki.... Zapewne, zapewne — dodała Marta żywo.
I spojrzawszy na rachmistrza:
— Proszę poszukać, Cabriol. Musimy mieć to, czego ten pan sobie życzy.
Podała bardzo wygodny fotel obywatelowi z Buenos-Ayres i usiadła obok niego, gdy Gaskończyk przeglądał notatki.
— Buenos-Ayres — rzekła — kraj, który rozwija się z dnia na dzień. Mamy stamtąd wielu klientów. Pan przyjechał?...
— Wczoraj.
— Długa podróż! Zobaczy pan Paryż w najkorzystniejszem świetle. Na wiosnę jest bajeczny! Pan go nie znał dotychczas?
— Mieszkałem tu jakiś czas... dawniej.
— Zawsze ma się ochotę wracać, będąc raz w Paryżu.
Rzeczywiście było to mojem życzeniem.
Marta Ribourt umiała przyjemnie rozmawiać.
Cudzoziemiec ze swojej strony patrzył na nią nie bez zainteresowania.
Nie byli zupełnie obcy dla siebie.
Ale gdzie się widzieli?
Cabirol przerwał te uwagi.
— Mamy pałac Merales przy parku Monceau...
Obcy mu nie dał skończyć.
— Mówiłem już, że Champs-Elysées.
Cabiral czynił dalej poszukiwania.
— Z tej strony nie widzę nic...
— Ależ owszem, owszem — rzekła żywo Marta Ribourt. — Mamy dom księcia Wasilewa... to będzie zupełnie stosowne.
— Ach! rzeczywiście!
— Avenue d’Antin. Apartament księcia jest wolny od jego śmierci... temu dwa lata. Mamy polecenie wynająć lub sprzedać posiadłość. Pan mógłby pójść zobaczyć i w dwóch słowach interes byłby ukończony.
Ex-garderobiana z Combiers wyrażała się jak kobieta inteligentna.
Jednocześnie, uśmiechała się do cudzoziemca w sposób ujmujący.
I w samej rzeczy, ten Amerykanin z Południa, ten cudzoziemiec, który na pierwszy rzut oka wydawał się dość surowy i groźny, zyskiwał przy bliższem poznaniu.
Był bardzo elegancki z powierzchowności, w ruchach i nie przesadzał — a nawet przeciwnie — w pociągu do krzyczących barw i klejnotów, na wzór innych cudzoziemców.
Mała i nerwowa jego ręka, bawiła się rączką laski, mogącej służyć za szpicrutę.
Z wyjątkiem cery brunatnej, spalonej słońcem równikowem w wędrówkach wśród pampasów, można go było wziąć za farmera, którego typ posiadał w całej pełni, o nerwach Paryżanina, którego zwyczaje zdawał się znać dobrze.
Zawsze bardzo ciekawa, młoda kobieta stawała się jeszcze bardziej w obec tego klienta, który musiał być potężnie bogaty, sądząc po lekceważeniu, z jakiem mówił o wszystkiem, co nabyć zamierza.
Badała go dalej, gdy Cabriol był zajęty sporządzaniem notatki o domu Wasilewa.
— Zamierza pan długo tutaj pozostać? — spytała.
— Być może.
— Nie jest pan pewny?
— To zależy od okoliczności.
— Zamieszkał pan na razie?...
— Mogę to pani powiedzieć.... W hotelu d’Albion.
— Obok nas?
— Prawdopodobnie temu zawdzięczam znajomość z panią. Polecono mi dom państwa.
— Firma poważna! — czuła się w obowiązku zapewnić Marta Ribourt.
Cudzoziemiec uczynił gest obojętny, który zapewne miał znaczyć:
— Pilnujemy się!
— Oto potrzebne wskazówki — rzekła kasyerka, podając mu papier napisany przez Cabirola. Mam nadzieję, że dom panu się podoba. Dozorca jest bardzo uczciwym człowiekiem i wszystko panu pokaże. Ale jeżeli pan sobie życzy, żeby kto panu towarzyszył....
— Dziękuję, to zbyteczne.
Cudzoziemiec wsiadł do powozu, który puścił się w stronę Champs Elysées przez ulicę de Rivoli.
— Bardzo mi się podoba ten klient — rzekła Marta do Gaskończyka. — Jest bardzo, bardzo dobrze!
I przypominając sobie:
— Ale, ale zapomniałam spytać go o nazwisko. Idź pan do hotelu. Tam będą wiedzieli.
Cabirol powstał z pośpiechem.
Była to dla niego sposobność włóczenia się po ulicach, użycia promieni kwietniowego słońca, które tak grzeje.
Było południe, gdy wrócił.
— Wie pani — rzekł — jest to interas bardzo porządny, wcale nie żaden szych.
Ten piękny człowiek jest tylko zastępcą, przyjacielem, krewnym margrabiego d’Aguilas.
— Znane nazwisko.
— Spodziewam się! Największy bogacz z Argentyny, a nazwisko pięknie brzmiące.
Do niego należy połowa Buenos-Ayres. Margrabia jest w hotelu z dziewięciorgiem służby, pomiędzy którymi dwie mulatki, prześliczne! Widziałem je. Cuda! Niema co, piękna gratka wpadła nam w sidła! (book from Wikisource) Można zyskać na tem monetę, choćby tylko przy cenie kupna domu. Spadkobiercy Wasilewa siedzą gdzieś w głębi Kaukazu. Szef ma całkowite pełnomocnictwo. Nie będzie się żenował, żeby sobie wyskrobać porządną gratyfikacyę... Życzę sobie tego, pragnę gorąco!
Kasyerka spojrzała na niego pytająco.
— Nie masz już pan pieniędzy? — spytała.
— Ani grosza.
— Jesteś katem na pieniądze!
— To smutne, ale cóż pani chcesz? mam wykwintne gusta i skoro znajduję się z przyjaciółmi, szczodrobliwość bierze górę... Nie umiem oszczędzać.
Marta Ribourt wzruszyła ramionami.
— Oto szef — rzekła. — Rozmów się pan z nim.
Łazarz Pidoux wchodził rzeczywiście, rzuciwszy przedtem niedbale pieniądze fiakrowi, który go przywiózł.
W samej rzeczy wyglądał bez zarzutu.
Krawiec jego musiał być pierwszorzędny.
Pidoux ubierał się u Marston and Co. jako sportsman.
— Co nowego? — spytał Pidoux, który wydawał się bardzo zaaferowany.
Każdy Pidoux, posiadający agencye i różne interesy tego rodzaju, jest z zasady zawsze zaaferowany i burzliwy.
Marta odrzekła:
— Przychodzono tutaj w interesie domu.
— Ach jakiego domu?
— Pałacu Wasilewa.
— Proszę!
— Jakiś Amerykanin... z la Plata.
— Człowiek poważny?
— Tak.
— Dobrze!
Cabirol stał, postanawiając rozmówić się ze swoim dawnym spólnikiem.
Marta usunęła się, przewidując burzliwe przejście.
W chwili, gdy wchodziła na schody swego mieszkania, młody człowiek wykwintnie elegancki, zeskakiwał u drzwi ze swego kabryoletu, zaprzężonego w konia, który podziw budził na ulicy, rzucając lejce małemu groomowi.
— Wice hrabia des Charmes! — rzekł Łazarz.
— Przyjeżdża zapłacić swój weksel — mówił Cabirol, czekając.
— Niema obawy!
Pidoux się nie mylił.
— Antoni des Charmes podpisywał chętnie weksle, ale ich nie płacił.
Bez żadnego zakłopotania przystąpił natychmiast do interesu.
— Trzeba mi dwustu ludwików — rzekł.
— Kiedyż bo... odezwał się Łazarz.
— Wiem.... moje weksle niezapłacone.
— Wszystkie. Ostatni tak samo, jak pierwsze.
— Tem lepiej — wyrzekł wice hrabia ze wspaniałą otwartością — procenta rosną. Tyle pańskiego zysku.
— Kasa jest pusta na razie... zauważył Pidoux.
— Mój kochany — odrzekł Antoni — jeżeli jesteś pan tchórzem, trzeba mi to powiedzieć. Poszukam sobie gdzieindziej. Zjadłem spadek po matce i nadpocząłem ten, który mam po ciotce, ale pozostaje mi dwóch wujów z podagrą i ojciec surowy, który mnie w karbach trzyma i zmusza do rujnujących przedsięwzięć. Dogadzam moim zachciankom na dwadzieścia pięć procent od sta. W moich aktywach nie liczę jeszcze ciotecznego brata, którego mają pogrzebać w grobach przodków najdalej za piętnaście miesięcy. Wybryki doprowadziły go do tego bardzo wcześnie. Daję wam pierwsze miejsce pomiędzy waszymi współzawodnikami. Korzystajcie z tego, albo powiedzcie, nie, po prostu. Mam przed sobą jeszcze dwa czy trzy lata wesołego życia. W trzydziestym roku życia ustatkuję się i ożenię. Tak napisano. Gdzież jest tych dwieście ludwików?
Pidoux się skłonił.
— Pan wice-hrabia taki przekonywujący — rzekł.
Przeszedł do biura oddzielonego kratą i zapytał:
— Złotem, czy papierami?
— Złotem. To lepiej brzmi.
Pidoux rozłożył złoto na półce okienka kasy.
Cabirol rzucił chciwem okiem na pieniądze.
Wice-hrabia podpisał niedbale papier i wrócił do swego kabryoletu.
— Chciałbym znać kobietę, która pożera jego monetę — rzekł Pidoux, patrząc na odjeżdżający ekwipaż.
Zamknął kasę, gotując się odejść za swoją kochanką, i rzucił okiem na Gaskończyka, który nie ruszał się z miejsca.
— Głód mi dokucza — dodał. — Wchodzisz? Idę na śniadanie.
Cabirol zastąpił mu drogę.
— Chciałbym uczynić to samo — rzekł. — Na nieszczęście nie mam monety!
— Nic?
— Nic a nic.
— A twoja pensya miesięczna? — zapytał Łazarz kwaśnym tonem.
— Rozlazła się!
— Trzeba było prosić Martę o zaliczkę.
— Kazała mi z tobą się rozmówić. Zresztą, wolę raz już nareszcie wyjaśnić tę sprawę z tobą.
Pidoux wrócił do kasy i otworzył ją z miną niezadowoloną.
Końcami palców wyjął pięć ludwików i ułożył je rzędem na półeczce.
Cabirol się nie ruszył.
— Cóż chcesz, żebym z tem zrobił? — rzekł zacinając usta.
— Ach!
Dwaj mężczyźni patrzyli na siebie przez sekundę, jak dwa dogi, które warcząc, gotują się rzucić na siebie.
Łazarz Pidoux wstrząsnął palcami.
Okrągłe jego pełne oblicze z czerwonego przeszło we fioletową barwę, jak u apoplektyka.
Ale nie wymówił ani słowa.
Czekał co powie Cabirol. Cabirol był bardzo spokojny.
— Jutro musiałbym znowu powtórzyć to sam — rzekł. — To nadto nudne, mój kochany. Nie jestem stworzony, aby żebrać. Mam tego dosyć.
— Jałmużny?
— Mniej więcej.
— Bierzesz czterysta franków miesięcznie.
— Piękny zysk! Wy chowacie do kieszeni setki i tysiące!
— Tyle, co się zarabia!
— Zarabia się, zarabia! — mruczał Gaskończyk. — A czem? jeżeli nie dzięki pieniądzom starej, ty wiesz, tam, z Orgères!
— To stara historya.
— Tak bardzo stara?
— A przytem, za często o niej mówisz!
— Tak trudno z was coś wycisnąć. Jesteście egoiści! Wszystko dla was.
— Ostatecznie, czegoż chcesz? Spieszę się.
Cabirol nie obwijał w bawełnę.
— Dwieście ludwików, tak samo jak wicehrabia. Tylko, że ja ci ich nie oddam!
Pidoux zacisnął pięście.
— Tyle potrzebuję — oświadczył tamten — sprawa sercowa.
Pidoux był nadto ostrożny, aby wybuchnąć, chociaż nie brakło mu ochoty.
— Jestem zakochany — dodał Cabirol spokojnie.
— W kim?
— W pewnej młodej dziewczynie, którą poznałem, i którą chcę olśnić.
— Nazywa się?...
— Nie znam nawet jej nazwiska. A przytem, to moja sprawa. Zresztą, jest ich dwie i nie jetem jeszcze pewny, która lepiej mi się podoba. Gdybym opowiedział twoje wybryki Marcie, która jest zazdrosną, jak tygrysica! Nie zajmuję się tobą, nie zajmuj się ty mną.
I wyciągając rękę, dodał:
— Daj!
Łazarz był nachmurzony.
Rzucił na stół piętnaście ludwików.
— Masz pozbieraj sobie — rzekł. — Potem, zobaczymy!
— Błazen — mruknął Cabirol, zagarniając trzysta franków.
Wziął kapelusz i wyszedł.
Łazarz zamknął drzwi i wszedł zwolna na schody, wiodące na górę.
— Cabirol zaczyna być niewygodny — myślał.
Dawna garderobiana z Combiers, znudzona czekaniem, powtarzała sobie myśląc o gentlemanie z Buenos-Ayres:
— Widziałam gdzieś tę twarz! Już dawno temu. Ale gdzie?
Gdy powóz egzotycznego klienta Pidoux Straub et Cie. stał przed agencyą, mężczyzna ubrany prawie tak samo jak on, tego samego wzrostu, ale starszy o lat kilka, z rudą brodą, w której widać było trochę jaśniejszych włosów, przyciętą w sposób, z którego na pierwszy rzut oka można było poznać czystej krwi Yankesa, z jednem ramieniem nieco wyższem od drugiego, co może było skutkiem sztucznego przebrania, przechadzał się pod arkadami ulicy de Rivoli w stronę Tuileries.
Ten przechodzień, który miał z klientem Pidoux coś, co nazywają rodzinnem podobieństwem, z wyjątkiem brody, był przedewszystkiem chmurniejszy i bardziej wyglądał zmęczony od tamtego.
Odgadywało się u niego troski i ciężkie zmartwienia, gdy jego towarzysz miał pozór wygnańca, powracającego do ojczyzny.
Rzeczywiście, dawny kapitan sztabu generalnego był ożywiony, odmłodzony, jednem słowem, atmosferą tego Paryża, gdzie odnajdywał swoje właściwe środowisko.
Prócz tego, dawny oficer, po kilku dniach spędzonych w towarzystwie brata, zrozumiał, ile ten nieszczęśliwy musiał wycierpieć i jeszcze cierpi.
Trudno było nie wierzyć w jego niewinność. Kapitan domyślał się teraz w tej intrydze, która ich pognębiła, ręki potężnego wroga.
Walka miała się rozpocząć pomiędzy nimi, a tym ukrytym nieprzyjacielem i czuł się pełen zapału, myśląc o tem.
Była to jakby wojna, a kapitan wnosił do niej cały zapas chytrości i gwałtowne pragnienie zwycięstwa.
Jeżeli nie stawał do walki za ojczyznę, walczył o honor rodziny, z tym pięknym zapałem, że pragnął wynagrodzić własną niesprawiedliwość względem tego brata, którego całą winą było, że był nieszczęśliwy.
Innym zupełnie był stan umysłu skazańca z Laval.
Na tej ziemi, na której wyrok na niego wydano, dopóki on nie był zniesiony, gdzie żył człowiek, którego nienawidził śmiertelnie, gdyż ukradł mu jego miłość i ten drugi — kto wie? może ten sam — który ukradł mu honor, w tym Paryżu, gdzie znajdował się tak blisko kobiety dawniej ubóstwianej, ku której szły wszystkie jego myśli i pragnienia podniecone wygnaniem i rozłączeniem, Jan de Marcilles czuł w sobie burze gniewu i miłości.
Koczyk jadąc ku Champs Elysèes, zatrzymał się przy nim.
Wskoczył lekko, usiadł obok Cezara i zapytał po prostu:
— I cóż?
— Zdaje mi się, że mam, czego nam potrzeba.
— Tak prędko?
— Kwestya pieniędzy.
— A gdzie?
— Avenue d’Antin, o dwa kroki od avenue Gabriel.
Powóz przejechał plac de la Concorde i wjechał na Champs Elysées.
Przejeżdżając po pod park pałacu barona Maksyma Raynaud, pełnego wysokich drzew, odgrodzonego kratą od avenue Gabriel, margrabia d’Aguilas wyciągnął rękę.
— Tutaj ona mieszka razem z nim — rzekł po hiszpańsku.
Czoło kapitana się zachmurzyło.
— Zostaw że już raz tę kobietę — rzekł — i myśl o karze.
— Nie bez wysłuchania, co ona mi powie... — szepnął margrabia.
— Po cóż? Zgubisz ją!
— Ona niezdolna do zdrady! I więcej wie!
— Jakże ty się mylisz! — rzekł Cezar ze smutkiem.
— Mam nadzieję przekonać ciebie, że jest przeciwnie.
— W takim razie, jakże sobie tłumaczysz jej postępowanie?
— Sam nie wiem! Zobaczę.
I dodał ciszej:
— A przytem, cóż chcesz! Nie mogę jej nienawidzić!
Powóz jechał dalej.
Mniej więcej po środku avenue d’Antin, tej drogi zabudowanej z obu stron pałacami, która rozpoczyna się przy rond-point des Champs Elysées, ciągnąc się ku Sekwanie, powóz zatrzymał się przy rogu ulicy Jean Goujon, przed wielkim czteropiętrowy domem.
Na balkonie pierwszego piętra wisiał pas płótna z napisem:
„Mieszkanie do najęcia.“
— Wejdźmy — rzekł wicehrabia Cezar.
W loży, umeblowanej jak gabinet niższego urzędnika, gruby człowiek o kręconych włosach, o szerokich rękach, czytał gazetę, zagłębiony w wygodnym fotelu.
Podniósł głowę i patrzył na dwóch intruzów.
— To tutaj pałac hrabiego Wasilewa? — spytał wicehrabia.
— Księcia? — poprawił grubas.
— Księcia, macie słuszność — odrzekł kapitan — oto słówko do was.
Gruby człowiek przeczytał notatkę Cabirola.
— Panowie chcą zwiedzić?
— Prosimy.
Dozorca powstał z miejsca.
— Na usługi panów — rzekł.
Poprzedził obu braci na schody iście książęce i otworzył drzwi pierwszego piętra.
Apartament należy do jednego z najpiękniejszych w tej dzielnicy, która posiada wiele wspaniałych.
Hala przepyszna, salony jedne za drugimi, galerye, w których można by przyjąć całe miasto, z loggią dla muzykantów, niczego nie brakowało.
Dom stał zaledwie od lat piętnastu.
Zbudowany był przez księcia Wasilewa, milionowego Rossyanina, zmarłego temu półtora roku.
Był na sprzedaż.
Miał dwa wejścia, od ulicy Jean-Goujon, a drugie — główne — od avenue d’Antin.
Było to bardzo wygodne.
Dozorca dodał do objaśnień:
— Obecnie z braku cierpliwości, oddanoby dom za tanie pieniądze.
Jan de Marcilles zaledwie słuchał wyjaśnień dozorcy. Zwrócony w stronę pałacu barona Raynaud, patrzył pomiędzy drzewa, jak gdyby miał dar przenikania przez ich gałęzie.
Od chwili powrotu do Paryża, oddał cały kierunek wice-hrabiemu Cezaremu, zajęty jedną tylko myślą:
— Ona znajduje się o dwa kroki odemnie, a nie mogę jej ani widzieć, ani z nią mówić.
Lecz kapitan umiał go zastąpić.
— Ten dom jest cały najęty? — spytał.
— Czy panowie kupiliby go?
— Możliwe.
— Spodziewam się, że najęty, od góry do dołu, wszystko, z wyjątkiem apartamentu księcia. Apartament to piękny! trzeba mieć dobre dochody, aby go zajmować!
Odźwierny dał żądane wyjaśnienia:
— Na drugiem piętrze, bogata wdowa Hiszpanka, d’Alvar; na trzeciem, konsul Uruguay’u.
Od dziedzińca, w budynku wychodzącym na ulicę Jean Goujon, lokatorowie skromniejsi, ale spokojni, nie zalegający z czynszem. Dawny adwokat, dwóch szefów departamentu biura finansowego i urzędnik pensyonowany, Fulgenty Guillard, zajmujący na piątem piętrze mały apartamencik, bardzo cichy i spokojny.
Jednem słowem, lokatorowie bez zarzutu!
— Doskonały interes! — zakończył dozorca.
Usłyszawszy nazwisko Fulgentego Guillard, Jan de Marcilles, który patrzył przez okno, odwrócił się.
Po siedmiu latach nieobecności, przypadek zbliżał istoty związane z sobą różnemi przygodami, których wspomnienie budziło się zwolna.
— Jak on wygląda, ten p. Guillard? — zapytał.
— Dużego wzrostu, cienki, bardzo grzeczny, chuderlawy.
— W jakim wieku?
— Przeszło pięćdziesiąt.
— Majętny?
— Nic nie wydaje, ale musi mieć grosze!
— Zresztą — wyrzekł Jan de Marcilles wracając do swojej obojętnej roli — nie wiem, po co was pytam o rzeczy, które mnie nie obchodzą. Mieszkanie mi się podoba.
— A cały dom?
— Może.
— Jeżeli panowie zechcą mnie pozostawić na miejscu, będę służył wiernie. Nazywam się Chauvagnat.... jestem znany w dzielnicy.
— Pomyślimy o tem, mój zuchu — odrzekł kapitan. — Dawno już jesteście w tym domu?
— Czternaście lat, panie, od kiedy dom został zbudowany.
— Jesteście żonaci?
— Kawaler.
— Dobrze więc, namyślimy się, — powtórzył wice-hrabia.
Jan de Marcilles nie zajmował się już dozorcą.
Doskonale sobie teraz przypominał tego Fulgentego Guillard.
Był to ten, którego spotkał u barona Maksyma Raynaud, w Combiers, kilka tygodni przed swoją katastrofą. Znalazł się przy stole obok niego. Fulgenty Guillard przywiózł nowego rządcę, tego grubego, wesołego młodzieńca, który jako sąsiad, okazał się pełen względów dla niego i dawał mu dowody przynajmniej pozornie wielkiego zainteresowania.
Cóż to dowodziło?
Jednakże, nie gniewał się wcale z tego zbliżenia i że będzie mógł, w razie potrzeby, śledzić tego Fulgentego Guillard tak, żeby on się tego nie domyślał.
Przeczucie, instynkt mówił mu, że może on był w jakiś sposób wmieszany w jego życie, że grał pewną rolę w jego nieszczęściach.
Czy doprawdy przypadek sprowadzał ich znowu razem?
Ta postać męzka, koścista, obłudnie zakonna, miała w sobie coś fałszywego, co go uderzało i sympatyi nie budziło!
Pożegnał się z dozorcą, wsuwając mu ludwika w rękę, — więcej niż ludwika, bo jedną z tych złotych monet z la Plata, wartości pełnych pięciu piastrów, to znaczy dwadzieścia pięć franków pięćdziesiąt centymów.
Był to namacalny dokument jego kraju, z którego pochodził.
Dozorca pożegnał go słowem — dziękuję! — płynącem z głębi serca.
— Starajcie się panowie porozumieć — dodał — dom jest bez zarzutu!
I patrząc za oddalającym się cudzoziemcem z pochylonem ramieniem w jedną stronę, pomyślał sobie:
— Bardzo hojny ten pan, ale trochę garbaty.
Margrabia d’Aguilas już był zdecydowany.
W powozie, rzucił okiem na brata.
— Ten dom ci dogadza? — spytał.
— Wyborne pole do obserwacyi!
— A zatem, bierz go bez targu.
— Pozostaw mi tę sprawę.
O drugiej po południu, dumny kapitan sztabu generalnego wychodził z agencyi Pidoux, Straub i Cie, umówiwszy się o warunki kupna.
O trzeciej, sporządzono kontrakt, w biurze p. Durand przy ulicy Royale, notaryusza sprzedających.
O piątej, margrabia Ramon d’Aguilas z Buenos-Ayres, podpisywał kontrakt wręczając jako zapłatę czek na dziewięć kroć sto tysięcy franków, płatny w domu Rotszylda w Paryżu.
Słusznie mówił dozorca, że interes był dobry.
Był nim nawet dla wszystkich.
Agencya Pidoux, Straub et Cie otrzymała piękne komisowe trzy od sta, zawarowane przez pełnomocnika spadkobierców.
Chauvagnat, zatrzymany na swojej posadzie ku wielkiemu swemu zadowoleniu, mógł sobie w dalszym ciągu czytywać dzienniki, siedząc wygodnie na skórzanym fotelu swojej loży.
Przez cały tydzień nie wychodzili z domu tapicerzy i dostawcy.
Pałac d’Aguilas został we wszystko zaopatrzony i urządzony po książęcemu.
Lecz margrabia za całą służbę przyprowadził tych, których przywiózł ze swego kraju i których był pewny.
Konie i powozy zostały sprowadzone ze stajen i wozowni Bryan.
— Gdy wice-hrabia Cezar zajmował się dawnym pałacem Wasilewa, Jan de Marcilles biegał po sąsiednich dzielnicach, szukając innego mieszkania, według swego upodobania.
Każdemu wystarcza zwykle jedno mieszkanie, ale obywatel z Buenos Ayres był innego zdania.
Po dwóch dniach poszukiwania, znalazł w pobliżu Champs-de-Mars jedną z owych szkaradnych budowli, gipsem posmarowanych, otoczonych pustymi placami, które pozostały w nowych dzielnicach po starym Paryżu.
Było to, mniej więcej w pośrodku avenue Bosquet, ruina popękana, osypująca się, czekała na zburzenie.
Zajmował ją handlarz tandety, ściągający zewsząd ohydne meble, które ogień jedynie mógłby oczyścić, i starzyznę, której największy nędzarz nie chciałby użyć dla siebie.
Grunt, dość obszerny, pokryty był z jednej strony szopami i stajniami z desek, gdzie nocny fiakier trzymał swoje suchotnicze konie i wehikuły.
W jednym rogu, nędzny odrapany pawilon, niegdyś stanowiący pied-à-terre jakiegoś rentyera, był niezamieszkały.
Składał się z dwóch pokoi na pierwszem piętrze i z dużej, wilgotnej sieni na dole, w której stał jeszcze szkielet dość eleganckich dawniej schodów.
Margrabia d’Aguilas rozmówił się z handlarzem tandety, oświadczając mu, że ma zamiar zbudować pałac na tym gruncie, wynagradzając hojnie lokatorów, aby się wynieśli.
Kupno całego obejścia przyszło do skutku za tanie pieniądze.
Właściciel, który daremnie szukał kupca w tych ciężkich czasach, był uszczęśliwiony z tej gratki.
Z handlarzem starzyzny, nowy nabywca tej mało ponętnej posiadłości, porozumiał się od razu.
Miał pozostać na miejscu aż do chwili, gdy cudzoziemiec zacznie budowę, co nigdy nastąpić nie miało.
Jednocześnie gdy się urządzało wspaniały apartament przy avenue d’Antin, przyniesiono do pawilonu trochę najpotrzebniejszych sprzętów, łóżko żelazne, trochę naczyń i prosty stół, a sąsiedzi się dowiedzieli, że mieszkanie zostało oddane za darmo pewnemu ślepemu, który od czasu do czasu przyjdzie tu nocować, gdy mu wypadnie żebrać w tej dzielnicy.
Najemca nie był bogatszy od większej części żebraków, nie raziło go więc sąsiedztwo. Zresztą pawilon miał wejście główne od ulicy Grenelle, na rogu której był zbudowany.
Hrabia Jan de Marcilles miał swoje widoki i plan jego naprzód był ułożony.
Nie chciał wydawać sądu o tej, która była jego żoną, pragnął wiedzieć dlaczego i w jaki sposób go zdradziła i w jakim stopniu to jej tak szybkie wyrzeczenie się miało za powód miłość, obawę niedostatku lub chciwość.
Stary pawilon w avenue Bosquet, znajdował się w rzeczywistości o dwa kroki od wspaniałego domu księcia Wasilewa i pałacu barona Maksyma Raynaud.
Przechodziło się przez Sekwanę po moście des Invalides, trzysta czy czterysta metrów ulicą Saint-Dominique i było się już na miejscu.
Przy końcu kwietnia, w jakie dwa tygodnie po wylądowaniu margrabiego d’Aguilas w Saint-Nazaire, instalacya była skończona.
Dzielnica, zajęta przez cały tydzień zmianą, zaszłą w pałacu Wasilewa, przesyciła się szybko tą nowością, Paryż nie lubi myśleć długo o jednej rzeczy.
Trzeba mu codziennie coś nowego.
Posiadano w mieście jednego więcej cudzoziemca, a jest ich i tak niemało.
Ten cudzoziemiec był bogaty i dawał tego dowody. Paryż zachwyca się nimi i pochlebia im nawet wtedy, gdy oni ich oszukują, tembardziej, gdy przyjeżdżają rozrzucać w mieście swoje piastry lub dolary.
Każdy w około wiedział, że nowy właściciel nazywał się don Ramon Cavero, margrabia d’Aguilas, a konsul Uruguayu, jego lokator, mógłby potwierdzić jego autentyczność, gdyby czeki, które rozsiewał na wszystkie strony, nie zwolniły majętnego Argentyńczyka od wszelkich poświadczeń.
Montevideo nie leży tek daleko od Buenos-Ayres, żeby bajeczne bogactwo hiszpańskiego hidalga, pierwszego z kolonizatorów tego dziwnego kraju, nie było tam od dawna wiadome każdemu.
Kapitalistów tego rodzaju nie trzeba pytać o papiery, zresztą, margrabia mógł je przedstawić w razie potrzeby i to najbardziej autentyczne.
Nikt zresztą nie mógłby poznać w tym Amerykaninie rudym i utuczonym, pięknego szlachcica, skazanego w Laval.
Trzydziestego kwietnia wieczorem, po obiedzie i kawie, w towarzystwie brata, na którą został zaproszony Tomasz Vardon, przezwany Perezem Lacar, który pełnił funkcye intendenta pałacu, dawny skazaniec zatarł ręce z zadowoleniem.
Pragnął być bogaty.
Był nim.
Mógł walczyć równą bronią ze swoim wrogiem i teren był przygotowany.
Dom margrabiego był urządzony tak, jak sobie tego życzył i przedstawiał oryginalny wygląd ze służbą kolorową i dwiema zachwycającemi mulatkami, pełnemi wdzięku, jako panny służące.
Zawołał swego dawnego towarzysza z „Prozerpiny“ na balkon i ukazał mu Paryż, przysłonięty mleczną mgłą cudownego wiosennego wieczora.
Lampiony gazowe połyskiwały długim sznurem światła wzdłuż Champs-Élysées i quais.
Słychać było donośną wrzawę tego miasta interesów, a przede wszystkiem rozrywek i przyjemności, które zdaje się budzić do życia w porze, gdy małe miasta pogrążają się w ciszę i sen.
Jan de Marcilles ujął za rękę swego towarzysza niedoli i pokazując mu niezmierzony las domów, rozciągających się w perspektywie bez końca, rzekł głosem, w którym wibrowały różne uczucia:
— Oni są tam!... Trzeba ich znaleźć.
— Pana wróg — odrzekł Vardon. Mego, znam...
Jan de Marcilles gorzko się uśmiechnął.
Czyż nie mieli wspólnego wroga?
— Obiecałeś mi czekać, nic nie rozpoczynać...
— Obiecałem.
— Dotrzymasz obietnicy?
— Dotrzymam, byleśmy zaczęli działać.
— Bądź spokojny, będziesz zadowolony.
Jedna z mulatek weszła, zbliżyła się do wice-hrabiego Cezara i szepnęła:
— Jakiś pan pyta o pana.
— Nazywa się?
— Oto jego karta.
Dawny oficer rzucił okiem i przeczytał:
Nie wydał się ździwiony.
— Dobrze — rzekł — poproś do mego gabinetu; zaraz tam idę.
Rzucił resztę cygara na ulicę i uderzając brata po ramieniu:
— Chodź! — wyrzekł.
Tomasz La Brèche, pozostawszy sam, słuchał, jak drzwi się zamykały.
Wpatrzył się w miejsce, w którem Ludwika Moraine w Sekwanę się rzuciła i z ponurym wzrokiem, z nienawistnym wyrazem twarzy:
— Drzemaj sobie, jeżeli chcesz — szeptał, myśląc o swoim towarzyszu niedoli — ja czuwam! i przysięgam Bogu, że dosięgnę wroga i będę bez litości!
Atanazy Besnou nie zmienił się wcale od dnia, w którym w towarzystwie małego sędziego z Mayenne, Cezara Bazougue przyjechał do starej rudery Orgères.
Na niektórych twarzach nie można poznać wieku.
Nikt nie powiedziałby, że siedm do ośmiu lat przeszło nad tą głową, która musiała być łysą około trzydziestki.
Było to zawsze to samo spokojne oblicze, obramowane krótkimi faworytami, o ustach ściągniętych chytrym grymasem, o sprytnych oczach mrugających filuternie po za szafirowemi szkłami pince-nez.
Atanazy Besnou, ubrany czarno, opięty w wytartą narzutkę, dość był zaintrygowany przechodząc przez wspaniałe salony margrabiego d’Aguilas.
Ten zbytek go zadziwiał, jego, który nie łatwo się dziwił. Ładna mulatka o ciele giętkiem jak liana, o ognistych oczach, o rysach powleczonych rozkoszną niedbałością, z włosami skręconymi pod żółtym fularem, przenosiła go o tysiące mil po za Paryż.
Dwa dni temu otrzymał list, którego pismo było mu nieznane. Ten list był dość zagadkowy.
Oto, co zawierał:
„Wiemy, iż zachowałeś pan prawdziwe przywiązanie do hrabiego Cezarego de Marcilles. On ze swej strony nie zapomniał o więzach, jakie łączyły obie rodziny.
„Jeżeli życzy sobie pan mieć o nim wiadomości, proszę przybyć do pałacu margrabiego d’Aguilas, przy avenue d’Antin, 84. Pokłada się zaufanie w dyskrecyę pana; zostaną panu udzielone bardzo interesujące wiadomości, które go dotyczą“.
Pisarz porozumiał się ze swoim bratem, notaryuszem i puścił się w drogę.
W jakim celu miano by go mistyfikować?
Przepych salonów margrabiego, nie pogrążając go w zachwyt, do którego nie był zdolny, budził w nim ciche zadowolenie.
Człowiek tak bogaty nie mógł przecież żartów sobie stroić ze skromnego pisarza prowincyonalnego.
A z drugiej strony, wicehrabiemu Cezarowi zapewne interesa musiały się poprawić, jeżeli posiadał tak wysoko stojących przyjaciół.
Mulatka podniosła ciężką portyerę jedwabną i rzekła:
— Proszę wejść!
Znalazł się w gabinecie, urządzonym z komfortem, nieznanym dla niego.
Dywany, meble, dzieła sztuki, wszystko świadczyło o znakomitym guście i bogactwie.
Piękna dziewczyna wskazała mu fotel, szepnęła kilka słów, z których można było się domyśleć, że pan zaraz nadejdzie, opuściła portyerę i odeszła.
Pisarz nie długo czekał.
Pozostało mu zaledwie pięć minut, aby się skupić i rozglądnąć w około, gdy portyera znowu się podniosła i weszli dwaj mężczyźni.
Na widok pierwszego, który zbliżał się do niego z wyciągniętemi rękami, pozostał chwilę w pomieszaniu, wahając się, ale tylko chwilę.
— Pan! — zawołał.
— Tak — odrzekł dawny oficer, ja! Pan mnie poznaje, panie Besnou!
— Bezwątpienia, panie wicehrabio.
Oczy pisarza utkwiły uporczywie w obliczu drugiego mężczyzny.
— Margrabia d’Aguilas — zaprezentował Cezar de Marcilles.
Besnou się ukłonił, lecz oczy jego nie opuszczały twarzy margrabiego. Bąknął kilka słów niewyraźnych.
— Myliłem się... zdawało mi się.
— Co takiego? — spytał Cezar.
— Rodzaj podobieństwa... Myślałem... Ale nie... to nie jest hrabia Jan.
— Nie — odrzekł kapitan, zamykając drzwi starannie.
Margrabia usiadł obok kominka i zdawał się obcy temu, co się działo.
— A więc, jesteśmy sami — dodał wice-hrabia — usiądź pan, wszystkiego się pan dowie.
Opowiedział pisarzowi w kilku słowach historyę swoją i brata.
Jan de Marcilles, siedząc na uboczu, czuł się zadowolony.
Pokazało się, że nawet najlepsi przyjaciele poznać go nie mogli.
Skończywszy mówić, kapitan wyjaśnił, czego się spodziewał po przyjaźni obu braci z Mayenne.
Pragnął zrehabilitować skazańca, znaleźć prawdziwych winowajców i ukarać ich, albo oddać w ręce sprawiedliwości.
Niczego nie pożałuje, aby dojść do tego rezultatu.
Potrzebował znać stan umysłów w okolicach Marcilles, wiedzieć, czy coś nie zaszło w czasie jego nieobecności, czy nie odkryto jakich śladów.
Zdawało mu się niepodobieństwem, żeby winni, owi prawdziwi, uspokojeni skazaniem niewinnego, jego pozorną śmiercią, pewni teraz, że sprawa na zawsze była umorzona, nie popełnili jakiej z owych nieprzezorności, która zdradza najzręczniejszych złoczyńców.
Oblicze pisarza się rozpromieniło.
Wązkie jego usta uniosły się w kącikach złośliwą radością.
Miał to, czego sobie życzyli.
On przynajmniej, czuwał.
— Co się dzieje w Mayenne? — spytał wicehrabia.
Atanazy Besnou, według zwyczaju, miął w ręku kawałek papieru i odpowiedział:
— Och, nic nadzwyczajnego. P. Cezaryusz Bazouges jest prezydentem trybunału. Jestto nagroda za jego usługi w sprawie d’Orgères. Spodziewał się czegoś lepszego. Liczył co najmniej na mianowanie radcą dworu, czego nie osiągnie. Zaczynają wierzyć, że się pomylił i zwolna dokonywa się zwrot na korzyść jego ofiary. Ale dotychczas niema dowodów. Sprawa była znakomicie zorganizowana przez prawdziwych artystów. Prezydentowa wścieka się, bo honory nie wypełniają kieszeni. Zraża wszystkich do siebie swojem żądłem. Prokurator marzący o prezydenturze, nie gniewałby się wcale, gdyby mógł kiedyś zemścić się na małym Bazouges i ja ze swojej strony, dałbym chętnie tysiąc, a nawet dwa tysiące franków tylko na to, żeby widzieć, jaką zrobiłby minę, gdyby mu przyniesiono namacalny dowód, że zawdzięcza swoje wywyższenie głupstwu, które popełnił. A więc....
— A więc? — spytał Jan de Marcilles, który słuchał uważnie, z oczami utopionemi w pisarza.
— A może — mówił dalej Besnou — z tego powodu i innych, z których najgłówniejszym jest przywiązanie, jakie mamy obaj z bratem do pańskiej rodziny....
Przerwał sobie i z porywczością dodał:
— Lecz nie trzeba nas brać za lepszych niż jesteśmy z próżniactwa, aby czas zająć i na złość zrobić Bazougesom, zabrałem się do sporządzenia opisu, w przeciwnym kierunku do prezydenta. Nikt o tem nie wie, prócz mego brata i moja kolekcya zwiększa się od czasu do czasu nowym jakimś dokumentem.
I zwracając się do margrabiego d’Aguilas:
— Ponieważ myślałem, że pan nie żyje, a z drugiej strony nie wiedziałem, co się dzieje z wicehrabią Cezarym, nie spieszyłem się, pracując kiedy chciałem....
— A te dokumenta?... — spytał kaptan z ożywieniem.
— Te dokumenta... na każdy przypadek... przywiozłem... myśląc, że będę ich potrzebował... ponieważ obiecywano mai zwierzenia... Oto są.
Pokazał oba braciom tekę adwokacką, złożoną na biurze obok jego kapelusza i przywłaszczając sobie bez ceremonii fotel gospodarza domu, który pozostał niezajęty, umieścił się w nim i otworzył tekę.
Jan de Marcilles i kapitan zbliżyli się.
Atanazy Besnou zdjął swoje pince-nez błękitne, które mu zawadzało w czytaniu i pochylił się nad papierami, których dotykał prawie krótkim i płaskim nosem.
Miał niemożliwie krótki wzrok.
— Najprzód mamy punkt wyjścia zaczął — a przynajmniej wskazówkę bardzo ważną co do źródła intrygi, dotyczącej zbrodni w Orgères.
— Jakąż to? — spytał Cezar.
— Małżenstwo barona Raynauda. Rzecz oczywista, że baron musiał myśleć o tem od dawna i że to małżeństwo było niemożliwe, dopóki żył hrabia Jan.
Jan de Marcilles i brat jego zadrżeli.
— Od tego punktu wyszedłem w mojem śledztwie — mówił dalej pisarz — i w otoczeniu barona staram się szukać winowajców, którzy tak subtelnie podstawili nas na swojem miejscu. Zdaje mi się, że to rezonowanie jest dość słuszne.
Atanazy Besnou pogłaskał się po brodzie z zadowoleniem.
Hrabia Jan się nie poruszył. Cezar pochylił głowę na znak potwierdzenia.
— Zauważyłem zresztą — mówił dalej pisarz — w akcie oskarżenia, zredagowanym przez tego jadowitego węża, Bazougues, nadmiar dowodów, dokumentów: uździenicę z literami hrabiego Jana, chustkę do nosa z koroną, co wszystko musiało być obmyślone tylko przez istotę wydoskonaloną w sztuce kompromitowania ludzi, których pragnie się zgubić. Uznaję hrabiego Jana nadto sprytnym, aby miał popełnić tyle błędów, gdyby, broń Boże, przyszła mu straszna i ohydna myśl zamordowania starej panny. Następnie, przy pomocy obliczeń, w których kierowałem się wspomnieniami biednej służącej z Orgères, niańki, zmarłej w sześć tygodni po swojej pani, doszedłem do tego przekonania, że sprawcy zbrodni zabrali sobie około trzykroć pięćdziesiąt, do czterykroć sto tysięcy franków w złocie z piwnicy, gdzie te pieniądze musiały się znajdować. Z tego wnoszę, iż ludzie barona Raynaud — nazywam rzeczy po imieniu — przywłaszczyli to sobie, bez wiedzy barona, który chciał zgubić hrabiego Jana, ale nie miał żadnego interesu, aby go okradać.
To rezenowanie było słuszne. W swojej logiczności, pisarz domyślał się istotnej prawdy, ale obu braciom przedstawiała się ona niejasno. Lecz oni się nie poruszyli.
Czekali na wyświetlenie.
Atanazy Besnou oparł się łokciami na biurze, podparł brodę na pięściach i patrząc na wice-hrabiego:
— Pan wie, ile wynosi majątek pańskiej ciotki? — zapytał.
— Nie.
— Milion złożony w banku. Cztery kroć sto tysięcy franków znalezionych w domu. Prawie trzykroć sto tysięcy narosłych procentów. Proszę policzyć.
— Co mnie to obchodzi?
— Ten majątek należy do pana!
— A przecież się go zrzekłem.
— Ale ja, nie.
— Ależ....
— Jestem praktyczny....
— Jednakże.... mój list....
— Nie brałem go w rachubę — odrzekł spokojnie pisarz. — Jeżeli panu o to idzie, zawsze jest czas zrzec się tej fortuny. Co do mnie, mając pana pełnomocnictwo, rachowałem wszystko prowizorycznie. Zapłaciłem długi pańskiego brata, odkupiłem Marcilles.... wyrównałem podatek od spadku.... Słowem, postąpiłem jakby dla siebie samego. Posiada pan dość piękne dochody.... Zachowałem je wrazie potrzeby. Pieniędzy nigdy nie jest za wiele i sam pan to widzi, gdyż jeździłeś tak daleko, aby się o nie postarać!
— A więc, proszę mówić dalej — rzekł Cezar. — Jesteś pan dzielnym i uczciwym człowiekiem, Besnou!
— Och! — odrzekł pisarz po prostu — szuka się zajęcia, gdzie ono się zdarzy. To była dla mnie rozrywka. Chce pan dalszego ciągu? udzielę panu trochę moich skromnych obserwacyj.
— Proszę!
— Nie wyrzekając się mojej idée fixe, a nie dając poznać tego po sobie, dowiedziałem się, że na kilka tygodni przed zbrodnią w Orgères, przybyły do Combiers dwie osoby dość dziwne, z których starsza miła oblicze szubienicznika.
— Ach! — zawołał hrabia Jan, jak iskrą elektryczną tknięty — może Fulgenty Guillard?
— Jakto! pan go zna? — spytał Besnou.
— Mieszka w tym domu.
— Opatrzność panu go zesłała. Dowiedziałem się więc, że ten Fulgenty Guillard przyjechał do Combiers w dniu wielkiego polowania i pozostał tam tylko przez czterdzieści ośm godzin.... Ale przywiózł z sobą pewnego Łazarza Pidoux....
— Co? — zawołał teraz kapitan. — Powiedziałeś pan?...
— Łazarz Pidoux.
— Znam go.
— Ma dom komisowy.
— Właśnie!
— Otóż ten Łazarz Pidoux, przyjęty do Combiers, pozostał tam tylko dwa lata.
— To długo! — wtrącił Cezar.
— Wcale nie; gdyby był natychmiast odjechał, podejrzywano by coś złego, jednem słowem, mógł by zostać posądzony. Pozostał dwa lata na swojej posadzie, tyle ile było potrzeba, aby sprawa się umorzyła, aby ludzie mieli czas się uspokoić. Hrabia umiera w Cayennie, albo przynajmniej tak przypuszczają; łotr mówi sobie, że wszystko pięknie się skończyło i wraca do Paryża, gdzie otwiera bank, czy agencye... Za co? Za pieniądze barona, nagrodę za usługę oddaną i ofiary swojej z Orgères trzykroć pięćdziesiąt tysięcy franków, które zniknęły. Czy nie jest to słuszne rezonowanie?
— Przypuszczenia! — szepnął kapitan, na pół przekonany.
— Zapewne, proste przypuszczenie dotychczas, ale które trzeba zmienić w pewność! Skoro się posiada posadę taką, jak rządcy posiadłości Combiers, które przynosi baronowi Raynaud siedmdziesiąt pięć do ośmdziesięciu tysięcy franków dochodu, a daje dziesięć do dwunastu intendentowi, nie opuszcza się jej bez powodu. Ten Łazarz Pidoux jednakże odjechał dobrowolnie, zabierając z sobą dziewczynę, z której zrobił swoją kochankę, Marte Ribourt, z la Brousse. To sprawa niejasna.
— Martę? — powtórzył kapitan córkę dzierżawcy mojej ciotki?
— Tę samą.
— Kasyerke agencyi! Stanowczo, wpadliśmy pomiędzy dawnych znajomych!
— Poczekajcie, panowie!
— Cóż więcej?
Besnou poprawił się na krześle.
— Szperając tu i owdzie, dowiedziałem się, że przez dwa tygodnie przed katastrofą, widziano w Combiers rodzaj miernika przysłanego z Paryża pewnie przez Guillarda, który to miernik porobił plany, które nigdy wykonane nie zostały. Ten podejrzany człowiek wrócił do Paryża natychmiast po sprawie i nigdy już się w Combiers nie zjawił. Ale znam jego nazwisko.
— Nazywał się? Mikołaj Cabirol. Zdawał się być w porozumieniu z Pidoux, tak jakby wspólnie popełnili jakiś zły czyn.
— A ten Cabirol?...
— Nie odnalazłem jego śladu, lecz....
Pisarz uczynił wiele znaczącą pauzę.
Bracia patrzyli w niego z coraz większą uwagą.
Zaczynali dorozumiewać się związku w faktach jeszcze niejasnych, niezrozumiałych, ale stanowczych.
— Proszę kończyć, panie Besnou — rzekł wicehrabia Cezar.
— Znalazłem natomiast ślad Guillarda, głównego działacza, osi intrygi, i Pidoux, rządcy z Combiers, instrumentu, którymi musiał się posługiwać w działaniu. Nikt mnie od tego przekonania nie odwiedzie.
— A ten Guillard?
— Mówiliśmy, że aby wymyślić sposób zarówno prosty i skomplikowany, którymby hrabia Jan niewinny, jak nowonarodzone dziecko, został zmiażdżony za jednym zamachem, trzeba było rozumu człowieka znającego do głębi kruczki sprawiedliwości i sposoby, za pomocą których bez trudności zdobywa się wyrok skazujący człowieka....
— Cóż dalej?
— Ten Fulgenty Guillard, który trzymał się na uboczu po krótkiem zjawieniu się w Combiers, tyle czasu ile potrzebował, aby przestudyować ludzi, z którymi miał do czynienia i miejscowość ten Fulganty Guillard, który, według mnie, jest głównym sprawcą wszystkiego, głową, która obmyśliła całą akcyę, wybrał wykonawców i kierował nimi, ten Fulgenty Guillard jest agentem tajnej policyi i jednym z najbardziej wpływowych.... albo przynajmniej był nim w owym czasie. Odtąd, nieznane zyski pozwoliły mu zapewne usunąć się z tego podłego urzędu, po zrobieniu majątku....
Atanazy Besaou uczynił to oświadczenie skandując wyrazy dobitnie, jak mówca, zadowolony z wrażenia, które uczynił.
Bracia spojrzeli po sobie.
Gwałtowna czerwoność wystąpiła na czoło Jana de Marcilles.
Ujął głowę w obie ręce, jak gdyby chcąc powściągnąć myśli, nadać im właściwy kształt.
— Jesteś pan pewny tego, co mówisz? — zapytał Cezar.
Pisarz rzucił okiem na zegar wiszący na ścianie.
— Tak samo pewny, jak tego, że ten zegar ósmą pokazuje — rzekł.
— Zkąd czerpiesz pan tę pewność?
Ach! otóż to, niema w tem żadnej mojej zasługi.
— Ba!
— Sami zobaczycie.
I dodał, wyciągając ręce:
— Przypadek!
Twierdzenie jego nie było słuszne.
Przypadek dopomaga tylko tym, którzy mu dopomagają. Kto posiada umysł tępy, ten nie usłucha wskazówek przypadku i nie skorzysta z niego.
— Rzecz jest najprostsza w świecie — dodał. — Temu cztery lata, w chwili wyborów, pewien komiwojażer zjechał do Mayenne na dni kilka. Wydawał wiele i nic nie sprzedawał. Każdego wieczora przychodził do naszej kawiarni, rozprawiał z zapałem o polityce i grał wściekle. Znam się na takich rzeczach. U nas, skoro ktoś przegra talara na tydzień, robi się skandal. Ten agent handlowy, który nic nie robił, zastanawiał mnie. Zaproponował mi fenomenalne partye. Zgodziłem się i w trzy wieczory wygrałem od niego pięćset franków w pikietę. W trakcie tego, wypytywał mnie o podprefekta, który wydawał mu się ciepłą wodą, o prokuratora, którego znajdował zacofanym i komisarza policyi, który gnębił kawiarzy i handlarzy win będących wpływowymi wyborcami, których oszczędzać należało. Zdawało mi się, że rozumiem sekretne obowiązki mego znajomego. Wykorzystałem jego złe skłonności. Gdy odjeżdżał, winien mi był trzy tysiące pięćset franków na słowo i pożyczyłem mu tysiąc franków gotówką, na co mi dał weksel. Za tę rzecz zdobyłem jego przyjaźń. Miałem mój cel. W jakiś czas potem pojechałem do Paryża i zaprosiłem go na obiad. Wziąłem z sobą jego weksel. Przy deserze, było to w Café de la Paix — wyciągnąłem go z pularesu, bardzo delikatnie. Na ten widok, mój gość się zarumienił. I natychmiast wymówił się chwilowym brakiem gotówki, który stawiał go w niemożności oddania mi długu. Postąpiłem jak magnat:
— Broń Boże! — rzekłem — abym miał panu kłopot sprawić. Są to drobnostki, które nic nie znaczą pomiędzy nami.
Schowałem papier na miejsce i pulares do kieszeni.
— Zapłaci mi pan kiedy zechce — dodałem. — Nie będę panu nawet o tem wspominał i proszę ze swojej strony nie myśleć o tem. Jestem kawalerem i na niczem mi nie braknie.
Mój gracz był tem ujęty i dziękował mi serdecznie.
— Gdybyś pan nawet dodałem, — potrzebował kilku setek, nie trzeba się krępować. Jestem na usługi pana.
Spojrzał na mnie sprytnem okiem.
Nie był to wcale głupi człowiek.
Wiedział, że nikt nie postępuje w ten sposób z ośmiodniowym znajomym, jeżeli nie wymaga od niego jakiej przysługi.
— Możesz mnie pan zobowiązać także ze swojej strony — rzekłem do niego nalewając mu kieliszek wina w chwili, gdy zabierał się do smacznego Camembert.
— Czyż mógłbym panu czegokolwiek odmówić? — odrzekł z pełnemi ustami.
— Znasz pan dobrze Paryż....
— Och, do głębi.
— Musiał pan spotykać pewnego Fulgentego Guillard?
Nóż, którym zamierzał krajać, pozostał zawieszony w powietrzu.
— Bezwątpienia.
— Przyjaciela barona Maksyma Raynaud?
— Och! Przyjaciela?... protegowanego! Ojciec barona, minister, wyrządził mu pewne przysługi, które zobowiązują. Ten Guillard, który pierwej nazywał się inaczej, miał niejakie nieprzyjemności z policyą.
Wytężyłem słuch.
— Gdzie?
— Gdzieś.... w Alzacyi. Tak się mówi.
— Baron widuje go w Paryżu? — spytałem.
— Prawdopodobnie.... może wtedy, gdy go potrzebuje.
— Potrzebuje?
— W celu jakichś wyjaśnień.... tajemnych usług, za które się płaci.
— Ach!
Obiad był doskonały, wina nie żałowałem. Rzadko się zdarza, aby język nie rozwiązał się w takich warunkach przy czarnej kawie, chociażby był bardzo powściągliwy.
Tak się też stało, chociaż w mniejszym stopniu, jakbym tego pragnął.
— O czem mogę pana zapewnić, to, że ów Guillard był przyjęty jako przyjaciel u barona Maksyma Raynaud, w Combiers, obok Mayenne — rzekłem.
Mój gość zaczął się śmiać całkiem szczerze.
— W takim razie, chyba byłoby coś pomiędzy nimi, jakiś trup.
— Do licha — zawołałem.
— Jakiż pan naiwny! Trup, jest to awantura, o której z niechęcią się opowiada.
— Jaki jest zawód tego Guillard? — spytałem, udając dalej naiwność, o którą mnie posądzał.
— No, jeżeli panu trzeba łopatą kłaść do głowy, wszystko wyjaśnię, ale pod pieczęcią tajemnicy, bo jestem w obec pana zobowiązany.
Położyłem palec na ustach, dając mu znak, do jakiego stopnia tajemnica będzie zachowana.
— Pan Guillard, jak wielu innych jemu podobnych, których rzemiosło jest sekretne, odkrywa tajemnice, których się nie wyjawia nikomu, sprzedaje objaśnienia trudne do otrzymania, a czasami dokumenta, których dostać nie można tylko za pomocą specyalnych sztuczek.
— Jednem słowem, należy do policyi?
— Administracyjnej! — dodał mój znajomy.
Jednocześnie, naśladując mnie, położył palec na ustach.
— Pst! — szepnął — już za dużo powiedziałem!
Zamilkłem i przez parę minut, mój gość smakował z rozkoszą kieliszek koniaku i wyborną kawę.
Brakowało mi ostatniego wyjaśnienia.
— Ten p. Guillard, którego zawód zaczynam pojmować — rzekłem znowu do mego znajomego, — miał, o ile sobie przypominam, ucznia, rodzaj przybranego syna, który rzadko z nim się rozstawał przed kilkoma laty?
— Pidoux! — zawołał natychmiast mój człowiek, nieco oszołomiony winem, które uderzało mu do głowy.
— Zdaje mi się w istocie, że tak się nazywał.
— Nicpoń, któremu nie brakuje zręczności. Człowiek przyszłości. Zabawialiśmy się czasami świetnie z nim razem. Guillard wszystko mu wybaczał. Ten Pidoux musi być jednym z jego grzeszków młodości, lecz stary niechętnie się wywnętrza. Bardzo byłby sprytny ten, który wyciągnąłby go na słowo.
— I cóż się stało z tym Pidoux?
— Straciłem go z oczu. Musiał znaleźć jakieś miejsce na prowincyi... coś korzystnego. Mówiono, że wrócił do Paryża. Jeden z kolegów go spotkał. Nie zginie. Dobra głowa i pięść, skoro wypadnie potrzeba.
Wspomniałem nazwisko Cabirola.
Mój znajomy popatrzył na mnie nie rozumiejąc i potrząsając głową ruchem miękkim, bezwiednym, Zaczynało mu się mieszać w głowie i nie znał miernika.
Spodziewałem się wyciągnąć z niego jeszcze jakie szczegóły, lecz nagle, zlał trzy kieliszki do próżnej filiżanki z kawy, uniósł się z trudem, skrzyżował ręce na obrusie i głosem pijanego, bełkocząc:
— Ho! ho! — wyrzekł usiłując dowcipkować — zdaje mi się, że chcą mnie pociągnąć za język! Widzę, do czego zmierzasz, mój panie! Dość gadaniny na dzisiaj. Wrócimy do naszej rozmowy, kiedy ci się podoba, ale przed obiadem. Jednakże, nie żałuję tego, com ci powiedział, bo jesteś dobrym towarzyszem i nie odmówisz, w razie potrzeby, pożyczenia mi piętnastu ludwików.
— Jakżeż z całą przyjemnością!
Zażądałem rachunku.
Wynosił siedmdziesiąt sześć franków, pięćdziesiąt centymów.
Zapłaciłem banknotem tysiąc frankowym, ku któremu paliły się oczy komiwojażera i z wydanych drobnych, odłożyłem żądanych piętnaście ludwików.
Nie żałowałem ich.
Posiadałem kilka potrzebnych szczegółów do dołączenia do moich dokumentów, w których znajdziecie to wszystko uporządkowane według dat.
Miałem nadzieję, że zobaczę znowu mego znajomego i wyjaśnię, dzięki jemu, kilka punktów, które spokoju mi nie dawały. Ale gdy poszedłem dowiedzieć się o niego za drugiej mojej podróży do Paryża, dozorca jego domu oznajmił mi, że zniknął z mieszkania.
Chodziły głuche wieści, że został zadławiony przez ludzi niezadowolonych ze sposobów, jakich używał do zdobycia — według jego wyrażenia — dokumentów, których się nie otrzymuje tylko za pomocą specyalnych sztuczek.
Są to wypadki, na które jest się narażonym w uczciwym zawodzie, któremu się poświęcił i który jest także zapewne zawodem obu łotrów, co do których mnie oświecił.
Mój dług zaliczyłem do liczby strat. Nigdy zresztą nie spodziewałem się zwrotu tej sumy.
I pisarz zakończył skromnie:
— Widzicie panowie, że nie gram żadnej roli w tem odkryciu, które dość mętne światło rzuca na wypadki, w które ten Guillard i Pidoux prawdopodobnie byli wmieszani.
— Jesteś bezcennym człowiekiem, Besnou! — zawołał dawny oficer sztabu generalnego.
— To tylko prosta nić — upierał się pisarz — bardzo słaba.
Hrabia Jan, z przymkniętemi oczami, rozmyślał, Widział teraz, prawie wyraźnie, oczka siatki, którą zarzucono na niego i w którą się złapał.
Obraz hrabiny Heleny unosił się nad tą chmurą, z której wyszła błyskawica, aby piorunem go porazić.
Nie mieszał się w dalszą rozmowę pisarza z bratem.
Oficer pisał notatki.
Wielkiemi literami nakreślił w karneciku trzy nazwiska: Guillard, Pidoux, Cabirol, byli to tylko pospolici najemcy, których kupić można było za pieniądze.
Byli tylko bronią, która cios zadała.
Ręką był baron Raynaud.
Wszystko mu o tem mówiło.
Do pałacu przy avenue Gabriel cały się zwracał.
Tam był klucz tajemnicy.
Tam trzeba go było poszukać.
— Besnou — rzekł nagle — pan, który wie wszystko, proszę mi wytłumaczyć, w jaki sposób pani de Marcilles tak szybko się zmieniła.... dlaczego, po czułych oświadczeniach, którym wierzę dotychczas, zgodziła się zostać żoną barona Raynaud?
Pisarz zagryzł usta i podrapał się w głowę, zakłopotany.
— Doprawdy — rzekł mało znam kobiety i nie bardzo je lubię. Najlepszym tego dowodem, że zostałem kawalerem.
Zakłopotanie jego było widoczne.
Hrabia Jan to spostrzegł.
— Bądź pan szczery — dodał. — Niepodobna, aby od mego wyjazdu, nieszczęśliwa kobieta działała nie radząc się was. Znam was obu.... bylibyście jej dopomogli....
podtrzymali ją....
Pisarz zaczerwienił się jak mak.
— Słusznie — bąknął coraz bardziej zmieszany. Zaliczyliśmy jej małą sumkę, gdy wyjeżdżała do Paryża, sumkę, z której musiała żyć aż do swego ślubu.... Muszę powiedzieć, że zawiadomiła nas także o naleganiach barona.... Była bardzo udręczona....
— Cóż dalej?
— Wtedy — wyrzekł pisarz naiwnie — nie będę przed panem ukrywać, że namawiałem ją, aby nie odrzucała propozycyi barona.... Mój brat się wahał.... A ja powiedziałem po prostu: — Jesteś pani młoda; mąż pani nie żyje nie spodziewano się nigdy już pana zobaczyć — jesteś pani dumna. Nie chce pani przyjąć żadnej pomocy. Co z panią się stanie? Wychodząc za mąż za barona, zapewnia pani przyszłość sobie i swojej córce! Użyłem innych jeszcze perswazyj, które pan zrozumie i których wyjaśniać nie potrzebuję. Proszę się postawić na mojem miejscu. Co pan by zrobił?
Po chwili mówił dalej:
— Miałem moją myśl. Niepodobna mi było odłączyć barona od historyi w Orgères. Mówiłem sobie, że musiał w jakiś sposób być w to wmieszany. A jednak nie znałem jeszcze wtedy działania jego agentów. Myślałem sobie, że wychodząc za mąż, hrabina wchodziła do nieprzyjacielskiego obozu i że skoro tam będzie, odkryje w końcu wiele tajemnic.
Zamilkł.
Prawdą było, że pisarz byłby poświęcił wszystkie kobiety całego świata, aby dorzucić kilka ważnych szczegółów do swoich dokumentów w sprawie d’ Orgères, zawstydzić małego Bazouges i przekonać go, że jego arcydzieło, które uczyniło go prezydentem, było tylko oszustwem i pomyłką.
Co za rozgłos w Mayenne! Co za wstyd dla prezydentowej, tak impertynenckiej i takiej złośliwej plotkarki!
Była to komedya obok dramatu, ale czy nie dzieje się tak wszędzie, nawet w najkrwawszych i najtragiczniejszych historyach?
Jednem słowem, pisarz, uniesiony zapałem walki przeciw Bazouges i stawiając honor nazwiska, którego bronił, po nad uczucie miłości, którego nie znał wcale, zlekceważył całkowicie namiętność hrabiego Jana dla kobiety, która była jego żoną.
— Przecież pan umarł!... — powtórzył wymawiając się przed nieszczęśliwym, który patrzył na niego z czołem zmarszczonem, z ponurym wzrokiem.
— A od tego czasu — zapytał wicehrabia Cezar — baronowa Raynaud pisała do pana?
— Często, z początku, zapewne w tajemnicy, listy pełne żalu. Czuło się w nich ogromny smutek. Wkrótce, listy stawały się coraz rzadsze, a nareszcie całkiem ustały. Na nowy rok tylko przychodziła karta z jednem słowem: „Souvenir“.
— Nawet tego roku? — spytał oficer.
— Tego roku tak samo, jak zawsze.
Hrabiego Jana dreszcz przeszedł.
Fala krwi do twarzy mu uderzyła.
A więc Helena także pamiętała!
Wicehrabia Cezar dodał:
— Czy to wszystko?
— Wszystko.
— Nie masz pan nam nic więcej do powiedzenia, Besnou?
— Nic.
— Dobrze więc. Reszta do nas należy.
Dwaj bracia uścisnęli serdecznie ręce zacnego człowieka.
A skoro pozostali sami, Cezar położył dłoń na ramieniu starszego brata.
— I cóż? — spytał. — Co myślisz o tem wszystkiem?
Błysk radości opromieni oblicze hrabiego Jana.
— Myślę, — odrzekł — że jesteśmy szczęśliwi, mając takich przyjaciół, że Helena nie jest winna, jak sądziłeś, że mam nadzieję, iż dam ci tego dowód i w końcu, że może Pan Bóg jest z nami!
Paryż jest miastem, w którem niczego nie brakuje.
Szukając dobrze, wszystko znaleźć można kulawych, którzy, gdy noc nastanie, biegają na obu nogach, jak króliki, fałszywych kalek bez obu nóg, którzy je ukrywają niewiadomo w jaki sposób, lub ślepych, którzy wzroku nie stracili.
Świat żebraków jest niezgłębioną pustynią.
Przechodzień, który rzuca grosz w czapkę biedaka prowadzonego przez psa, nie domyśla się wcale, że ten żebrak może mieć pięćdziesiąt tysięcy franków ukrytych w sienniku i losy rządowe przynoszące gruby procent.
Piątego maja Champs-Elysées obudziły się wśród zieleni nowych liści i woni soków ożywczych.
Czuło się jakby na nowo pobudzonym do życia w ciepłej i czystej atmosferze. Oddychało się pełną piersią miłą wonią wiosny, wychodzącej z ziemi.
Około dziewiątej spacerujących było coraz więcej samotnych przechodni, którzy szli marzyć w alejach słońcem zalanych, i jeźdzców jadących grupami, zajętych rozmową.
Ci, którzy przechodzili wzdłuż bajecznych parków avenue Gabriel, mogli zauważyć, że nieznany ślepiec obrał sobie stanowisko na trotuarze, obok kraty zamykającej z tej strony wspaniały ogród pałacu Raynaud.
Ten pałac zajmuje prawie sam środek w rzędzie magnackich posiadłości wychodzących z jednej strony na przedmieście Saint-Honoré, a z drugiej, nie mając prawa budowania, na Champs-Elysées.
Miejsce zostało bardzo stosownie wybrane przez ślepego żebraka.
Przechodni mało jest w tych stronach, ale jakość wynagradza liczbę, której brakuje.
Na tym trotuarze ocienionym drzewami nie widać wcale ludzi źle ubranych, którzy mają pustkę w kieszeni.
Słudzy z dobrych domów, o twarzach tłustych i czerwonych, bony od dzieci i mamki okrągłych kształtów, milionerzy ze świata egzotycznego lub finansów, — oto główna ludność tej dzielnicy.
Otóż, żebrak, o którym mowa, był jakby przeznaczony do bogatej dzielnicy.
Ubranie jego było porządne.
Paltot jego, cerowany na wszystkie strony, buty łatane i kapelusz wyrudziały, wszystko to było tak czyste, że ani pyłku na tem widać nie było.
Było to wytarte, wynoszone, zużyte do gruntu, ale czyste.
Ręka, trzymająca na sznurku psa białego jak mleko, który podawał przechodniom miseczkę blaszaną z rozumnym wyrazem pyszczka, była brunatna jak u metysa pochodzącego od murzyna i kreolki, ale starannie umyta.
Trudno było dokładnie określić wiek tego biednego.
Nawet przypatrzywszy mu się najuważniej, nie można było wiedzieć, czego się trzymać.
Wiek ten wahał się pomiędzy trzydziestu pięciu a pięćdziesięciu laty.
Zresztą, należał zapewne do kategoryi wstydzących się żebrać.
Kapelusz za wielki opadał mu aż do brwi, bardzo gęstych. Przez zamknięte powieki widać było od czasu do czasu wązki pas białka oka, bez spojrzenia.
Kołnierz surduta był podniesiony pomimo ciepłego powietrza, prawdopodobnie z powodu braku bielizny. Głowa pochylała się do połowy i jedno tylko widzieć się dawało z tej twarzy, z rodzajem pokory utkwionej w ziemi, a tem była gęsta broda, która prawie zakrywała rysy oblicza.
Karta przyczepiona na jego piersiach opowiadała jego historyę w kilku słowach: „Szofer popalony w wybuchu kotła“.
Było to bardzo proste i obrane z poezyi.
Nikt go nigdy nie widywał w tej dzielnicy.
Agenci snujący się pod okolicznymi kasztanami, patrzyli na niego z życzliwością, którą zawsze obdarzają tych, którzy nie robią hałasu.
W miejscu, w którem się znajdował przy kracie ogrodu barona Raynaud, nie mógł nikomu zawadzać.
Miał wszelką swobodę. Jemu także nie zawadzali ani przechodnie, ani powozy.
Kilku przechodni brało z wyciągniętej jego ręki błękitne lub różowe papierki, z których przyszłość się wyczytuje, składało jałmużnę w miseczkę psa, który dziękował w imieniu pana i odchodzili.
Slepy był milczący i nieporuszony.
Tylko gdy na trotuarze nikogo nie było, skoro nikt nie patrzył na niego, obracał się w stronę parku barona Raynaud i nastawiał uszu, jakby próbował posłyszeć jakie odgłosy.
Lecz pałac był daleko.
Czy ten biedny był rzeczywiście ślepy?
Można było w to wątpić z powodu uwagi, z jaką sondował przez przymknięte powieki głębie wspaniałego parku.
Zresztą, owe arystokratyczne domy, obecnie prawie wszystkie będące w rękach książąt finansów, czynią na przechodniach wrażenie rajów, do których wejście wzbronione.
Żaden inny pałac nie budzi więcej tej myśli, jak pałac Raynaud.
Po za kratą, prawie pośrodku, prosta aleja ocieniona wielkiemi drzewami, jakby wymalowanemi ręką mistrza pendzla, w tym cywilizowanym krajobrazie, gdzie sztuka cudownie dopomaga naturze, prowadzi do peronu pałacu, którego widać fasadę z szarych kamieni, na których odcinają się białe żaluzye.
Nieco bliżej, taras dotyka avenue Gabryel, na pół przysłonięty przed okiem ciekawych firanką bluszczu, rozpiętego na żelaznej balustradzie oparcia.
Kilka posagów marmurowych, ukrytych w zieleni i różach pnących, zdobi taras, a przy murze sąsiedniego domu, w osłonie z bluszczu, stoi mały kiosk, cel przechadzek i miejsce spoczynku dla mieszkańców pałacu.
Żebrak wpatrywał się zgasłemi oczami w ten park z takim zapałem, że widocznie obrał sobie miejsce przy kracie w celu szpiegowania, a jego nędza była tylko maską przybraną.
Ale nikomu się nie śniło szpiegować jego samego.
Stał tam dwie godziny na posterunku, zbierając drobne dary przechodniów na tym bulwarze, który ożywia się tylko w gorące letnie wieczory.
Musiało już być około pół do dwunastej i wyraz zniechęcenia wystąpił na jego rysy, gdy na peronie, który widniał na końcu długiej alei dochodzącej do samej kraty, ukazała się młoda kobieta w jasnej, prawię białej sukni, prowadząc za rękę dziewczynkę, mogącą mieć ośm do dziesięciu lat.
Żebrak podniósł rękę do piersi, jakby powściągajac bicie serca. Powieki jego zamrugały; dwie łzy spłynęły po ciemnej twarzy i zgubiły się w gęstwinie rudej brody, w której srebrne nitki błyszczały.
Drżenie nerwowe przebiegło go od stóp do głowy i trzeba mu było wysiłku energii, aby słysząc kroki dwóch osób, które się zbliżały, obrócić się w ich stronę, szepcząc żałośnem głosem:
— Dla biednego ślepego co łaska!
Dwaj mężczyźni zbliżający się trotuarem byli sami z niewidomym i jego psem.
Nie rzucili sutej jałmużny do miseczki i oddalili się.
Lecz jeden z nich, młodszy, wyrzekł do drugiego mężczyzny słusznego wzrostu, ubranego w płaszcz tak długi, że z pleców podobny był do sutanny:
— Ten Cabirol mnie niepokoi. Jest nienasycony.
Słuszny a chudy, odrzekł po prostu:
— Zobaczy się!
Ślepy poruszył się, jakby nagle czem uderzony.
Poznał człowieka, który to powiedział.
Był to Guillard, Fulgenty Quillard.
A jego towarzysz, którego twarzy nie mógł dojrzeć, wymówił nazwisko Cabirol!
Dwa nazwiska z pomiędzy trzech, które pisarz z Mayenne przytoczył wczoraj obu braciom!
A więc Fulgenty Guillard był ciągle w stosunkach z Cabirol’em!
Idąc za Guillardem, byłoby prawdopodobnie możliwe odnaleźć ślad tego nienasyconego Cabirol’a, który zawadzał jego spólnikom.
W umyśle niewidomego błysnęło jakby nagłe światło....
Ale jednocześnie, zdawał się zapominać o dwóch przechodniach i wrócił do przerwanego marzenia.
Młoda kobieta schodziła zwolna ze schodów peronu białego marmuru, trzymając dziecko za rękę.
Wkroczyła w gęstwinę otaczającą szeroki trawnik, zasiany koszami kwiatów, po za którym wznosiły się wysokie drzewa przytykające do avenue Gabriel.
Chwilami, suknia jej z wełny kremowej, ozdobiona węzłami wstążki blado-błękitnej, ukazywała się i znikała po za bukietami rododendronów i azalij.
Serce ślepego żebraka musiało uderzać gwałtownie, bo stał nieruchomy, dyszący, aby się tak wyrazić, w postawie myśliwego na stanowisku.
Niepewność jego długo nie trwała.
Młoda kobieta zdążała prosto w jego stronę, ale tym samym krokiem powolnym i sennym, którym schodziła ze schodów peronu.
Chód posiada swój odrębny smutek, tak samo, jak ruchy i słowa.
Niepodobna było mylić się co do tego.
Słodkie oblicze, kobiety wyrażało głęboką melancholię. Świadczyły o tem zmęczone oczy, fałdy na czole, ramiona, opuszczone bezwładnie wzdłuż ciała, bladość cery, a pomimo tego wszystkiego była zawsze tak samo cudownie piękna, może bardziej ponętna, niż w Marcilles, w czasach, gdy się nazywała Heleną de Marcilles.
Ale była nią inaczej.
Nie była to już pełna zdrowia, rumiana parafianka, była Paryżanką, znudzoną światem, przyjemnościami, balami, teatrami, przyjęciami wszelkiego rodzaju.
A może było jeszcze coś innego niż znudzenie i zmęczenie w tej postawie prawie zgnębionej, bezradnej i opuszczonej.
Co takiego?
Żal może; a może wyrzuty sumienia.
W miarę, jak zbliżała się do avenue, żebrak, nie otwierając oczu, nie czyniąc żadnego ruchu, zdawał się być pod wpływem gwałtownego wzruszenia.
Wkrótce, nie było nie pomiędzy nimi prócz kraty i bluszczu, który ją oplatał.
Dama zatrzymał się chwilę i spojrzenie jej pobiegło w dal, ku przepysznemu ogrodowi Champs Elysées, chlubie Paryża.
Mogła była słyszeć uderzenia serca ślepego, gdyby się choć domyślała, że jakiś człowiek tak blizko niej się znajduje.
Ale on usunął się na przymurek, tworzący rodzaj ławki dla spacerujących.
Baronowa Raynaud — czemu nie dać jej obecnego jej nazwiska? — usiadła ze swojej strony na jednem z krzeseł rozstawionych w około kiosku tarasu i przyciągnęła córkę do siebie.
Trzymała ją przy swoich kolanach i obsypywała jej włosy długimi pocałunkemi.
— Jaka ona do niego podobna! — szepnęła.
I biorąc jej główkę w obie ręce: Teraz, kiedy jesteśmy sami, pomówmy o twoim nieszczęśliwym ojcu.
Głos jej zadrżał nagle.
— Modliłaś się szczerze za niego dziś rano, Gabryelko?
Dziecko odpowiedziało głosem poważnym:
— Tak, mamo.
— Trzeba o nim myśleć codziennie. Później, gdyby ci o nim powiedziano: To był zbrodniarz, podniesiesz głowę i odpowiesz śmiało: To był męczennik!
Gorąca łza spłynęła z oka żebraka.
Ta łza rozpaczliwa uzyskała mu dwie sztuki srebrnej monety ofiarowane przez stare damy, które przechodziły obok i miały go za bardzo nieszczęśliwego.
Cierpiał okrutnie w istocie, ale nie z powodu nędzy.
Różnorodne uczucia burzyły się w jego duszy.
Drżał z oburzenia, myśląc, że ta kobieta tak piękna, ponętna, jego własna żona, że ta istota tak wspaniała, jedna z tych, dla posiadania której można dopuścić się zbrodni, była w posiadaniu innego, że ten inny musiał być sprawcą jego nieszczęść, jego hańby, wygnania; że ukradł mu wszystko, co do niego należało i zmuszał go żyć w jego własnej ojczyźnie, jak istocie wykreślonej z liczby żyjących.
Drżał także z miłości, żalu i pragnienia.
Cała jego dusza szła do tej kobiety, której serce do niego dawniej należało. Nie wiedział, które z tych dwóch uczuć górowało w nim, czy pogarda z powodu niedotrzymanej przysięgi i nikczemności zdrady, czy namiętność niedość uśpiona, która budziła się z większą gwałtownością, niż kiedykolwiek.
Chciałby krzyczeć do tego dziecka, będącego jego obrazem i jego krwią:
— Chodź! Ten ojciec, o którym ci mówią, jest tutaj, słyszy ciebie, widzi!
I powstrzymywał się, mówiąc sam do siebie:
— Nie! Jeszcze nie czas!
Odgłos dzwonka ozwał się zdala.
Był to dzwonek umieszczony na rogu pałacu, wzywający na śniadanie.
Baronowa powstała, pieszczotliwą dłonią zamykając usta córce.
— Ani słowa nikomu! — rzekła. — To nasza tajemnica, nasza własna, Gabryelko.
Mała powstała także na małe nóżki i odpowiedziała tylko spojrzeniem tak pieszczotliwem, że matka ją porwała, uniosła w ramionach i przycisnęła do serca z szalonym wybuchem czułości.
Oddaliły się zwolna, z żalem.
Wtedy głos żebraka się ozwał:
— Biedny ślepy prosi co łaska!
Baronowa żywo się obróciła.
— Ktoś był tutaj! — rzekła.
Wyjęła ludwika z kieszeni, włożyła córce do ręki i rzekła:
— Idź, Gabryelko!
Dziecko zbliżyło się do kraty.
Biały piesek podawał jej miseczkę przez szczeble.
Wpuściła na nią sztukę złota z uśmiechem.
A gdy wracała do matki z powagą, niewidomy przytknął rękę do ust i przesłał jej pocałunek, w którym była cała jego dusza.
Baronowa wracała ociężałym swoim krokiem aleją wiązową i kasztanową, na gałęziach których młoda zieloność ukazywać się zaczynała.
Figura jej była zawsze zarówno szczupła i giętka, ani jedna zmarszczka nie znaczyła atłasowej cery, ani jedna nitka srebrna nie ukazywała się w jej pięknych włosach.
Jednem słowem, była w całym rozkwicie swoich lat trzydziestu, w którym to wieku uroda kobieca dochodzi do kulminacyjnego punktu.
Przytem, owa uroda była podniesiona tem wszystkiem, co majątek dać może.
Jednakże, odgadywało się, nie z powierzchowności, która zmuszała każdego do zachwytu, lecz z duszy, która w niej mieszkała, ukryte cierpienie, które zdławić usiłowała może przez dumę, i które pomimo wszystkiego na zewnątrz się przejawiało, jak owe dalekie pożary widoczne z powodu łuny rozciągającej się po niebie.
Gdy córka do niej wróciła, baronowa spytała:
— Czy widziałaś już kiedy tego ślepego, Gabryelko?
— Nie, mamo.
— A więc widocznie od niedawna on tutaj przychodzi?
— Zapewne.
— Jak on wygląda?
Dziecko wydało się ździwione.
— Ja nie wiem — rzekła.
— Młody, czy stary?
Otworzyła wielkie oczy, ale nie odpowiedziała.
Złożyła pieniądze w miseczkę psa i nie wiedziała nic więcej.
Baronowa także zamilka i szły dalej.
W gruncie rzeczy, na co te pytania?
I w czem ten biedny mógł ją interesować więcej niż każdy inny?
Tak samo, jak córka, nie patrzyła na niego. Prawdę mówiąc, głos jego ją uderzył. Znajdowała w nim specyalne brzmienie, jakby ton tego głosu ukochanego, który siedm lat temu mówił jej z taką energią i serdecznością:
— Czekaj i miej nadzieję!
Ale czyż nie był to skutek tego wspomnienia zawsze żywego, jedno ze złudzeń roznerwowanych zmysłów, wyostrzonych ciągłym żalem, a nawet wyrzutami sumienia!
Nie było godziny, aby nie wyrzucała sobie swego małżeństwa i nie przeklinała samej siebie za to, że się nań zgodziła.
Cóż jej z tego przyszło, jeżeli nie wstręt i żal gorzki?
Było to nikczemną niewiernością zdrady, wobec jedynego człowieka, którego kochała, obelgą dla jego pamięci.
A jednak, aby się usprawiedliwić, nie brakowało jej pretekstów.
Zanim uległa, długo z sobą walczyła.
Gwałt musiała sobie zadać, aby złożyć rękę w dłoń barona.
Lecz w końcu, powiedziała sobie, że chce poznać straszną tajemnicę, która ich zgubiła, że użyje całego swego wpływu na barona Raynaud, aby prawdę od niego wydobyć, że wszelkimi sposobami będzie się starała zrehabilitować pamięć swego Jana, swego męża, jedynego człowieka, któremu serce jej się oddało, ojca Gabryeli, ofiary tajemniczej nienawiści.
Tak ta niejasna prawda, którą przeczuwała, która uderzyła w nią jak błyskawica w dniu, gdy baron zdradził się ze swoją radością z powodu śmierci rywala, w dniu, w którym z takim pospiechem prosił ją o rękę, przysięgła sobie, że ją pozna, wbrew wszelkim przeszkodom, które stanąć jej mogły w drodze.
Oto przede wszystkiem był powód, który ją zniewolił do przystania na prośbę barona, a którego myśl sama, z początku, wstręt w niej budziła.
Weszła w to małżeństwo jak do domu wroga, aby wkraść się do wnętrza fortecy i przeniknąć wstrętne tajemnice.
Wtedy, otwarcie nienawidziła człowieka, który kładł się u jej stóp.
To on ich zgubił!
Jaką nienawiścią napawał ją w jej rozpaczy po stracie, o której przyszedł ją powiadomić!
A później, trzeba to wyznać, brakło jej odwagi.
Po tym związku, zawartym w uniesieniu nienawiści, nie odkrywając nic, otoczona względami i najczulszemi staraniami, zasklepiła się, zdrętwiała, zgnuśniała w dobrobycie nowego swego stanowiska.
W walce swojej z baronem Raynaud, nie ona była silniejsza.
Stopniowo, zimna rozwaga zastępować zaczęła dotkliwe wrażenia pierwszej chwili.
Bez poparcia, stając się igraszką w rękach tego człowieka niezłomnej woli i wyższego umysłu, nie mając w ręku żadnych dowodów, a nawet żadnej wskazówki, wyrzekła się posądzania o tak ohydną zbrodnię człowieka, który może w jednem tylko zawinił że kochał ją szalenie.
Nie kochając sama barona, oddała mu się z powściągliwością serca pełnego innej miłości, dała się wzruszyć niezliczonymi względami tego człowieka tak potężnego, wyniosłego, tak ostrego i nielitościwego często wobec innych, a tak zawsze wobec niej pokornego.
W adoracyi i więcej niż w adoracyi, bo w zachwycie przed kobietą, która jedyna go ujarzmiła, której pożądał z zapałem duszy zwyciężonej i oczarowanej, używał całej swojej inteligencyi, wszystkich środków olbrzymiej swojej fortuny, aby ją zdobyć, zatrzeć w niej nawet wspomnienie o szczęśliwym rywalu, którego zwalczył i złamał tak nieuczciwą bronią.
Zamiast się zmniejszyć z latami, wyczerpać się wskutek posiadania, miłość jego coraz się potęgowała, podniecana mimowolną oziębłością Heleny, niepodobieństwem, w jakiem się czuł, żeby jako pan i władca opanował to serce na pół zamknięte.
Miłości jego przeciwstawiała miękki, lecz niezwalczony opór.
Coś tajemniczego wznosiło się pomiędzy nimi.
Była to jakby przeszkoda, którą przekracza się czasami, ale nie obala i wobec której zawsze się spotyka.
Z pozoru jednakże w oczach świata, ten związek wydawał się bez zarzutu.
Po niejakich wahaniach, wskutek rozgłośnej sprawy Mayenne, Paryż przyjął młodą kobietę, jako jedną z niezaprzeczonych monarchiń mody.
Istnieją dwie potęgi, wobec których świat kapituluje zawsze, a temi są uroda kobiet i majątek mężczyzn.
Smutne to, ale prawdziwe.
Baron miał miliony, baronowa urodę, lecz urodę wspaniałą, która imponuje.
Helena jednakże miała jedną nieprzyjaciółkę obok siebie.
Słudzy ją ubóstwiali.
Jej panna służąca, Zuzanna Robin, wieśniaczka wychowana w Marcilles, przyjaciółka, która jej nie opuściła w jej nieszczęściu, dałaby się za nią posiekać, tak jak dawniej za Jana de Marcilles.
Nieprzyjaciółką była Marcela Raynaud, córka pierwszej żony barona.
Marcela wyrosła.
Była to teraz młoda dziewczyna słusznego wzrostu o ciemno kasztanowatych włosach, o czarnych oczach błyszczących w twarzy bladej, o ustach, w zarysie których widać było silną wolę, wyniosła jak ojciec, który dał jej najstaranniejsze wychowanie.
Malowała akwarelą artystycznie, mówiła trzema językami, była dobrą pianistką i jeździła konno jak woltyżerka z wyższej szkoły.
Odosobniała się w pałacu, mało rozmawiała z jego mieszkańcami i nie wychodziła wcale ze swojej pracowni, którą baron urządzić jej kazał i gdzie używała swobody na angielski sposób, przyjmując u siebie.
Miała wtedy lat dziewiętnaście,
Jedynaczka, gdyż baron w drugim związku nie miał dzieci, naturalnie miała pełno konkurentów.
Odrzucała ich z jednakową pogardą.
Najzapalczywszym i najmniej łatwym do odrzucenia był jeden z dalekich jej kuzynów, margrabia Krystyan de Parsay-Monthélin.
Parsay’owie figurowali we wszystkich wojnach krzyżowych, a Krystyan, ich spadkobierca, mógłby także tam figurować uzbrojony w żelazo od stóp do głowy, nie czując na sobie najmniejszego ciężaru.
Majętny i niezależny, dwudziesto ośmioletni obecnie margrabia z łatwością zdławił by wołu dużemi swemi rękami i walczył by w barakach w Neuilly ze wszystkimi znanymi siłaczami.
Był to olbrzym o szyi byka i stalowych muskułach.
Inteligencya pozostała mierna, dystynkcya żadna, ale margrabia był dla wszystkich sympatyczny.
Pociągał swoją dobrocią i siłą.
Marcela Raynaud chętnie brała go za kozła ofiarnego swoich kaprysów, ale on pozostawał jej wierny, pomimo wszystkich jej dokuczeń i mówił jej wesoło:
— Nigdy nie będziesz należeć do innego! Ustąpisz w końcu! Jestem cierpliwy.
Będę czekał.
Wzruszała ramionami, wzruszona w głębi duszy tem trwałem i pełnem poświęcenia przywiązaniem, które spotykała na każdym kroku.
Lecz wszystkie władze duszy Marceli skupiały się do głuchej i upartej nieprzyjaźni, której wdzięk i uprzejmość młodej macochy rozbroić nie były w stanie.
Marcela miała rodzaj przeczucia, że obecność hrabiny de Marcilles w domu jej ojca będzie powodem różnych nieszczęść, które spadną także na nią.
Gdy baronowa weszła na schody peronu, dzwon wzywający na śniadanie przebrzmiał już od kilku minut.
Marcela Raynaud, bardzo elegancka w kostiumie z czerwonego jedwabiu, stała na ostatnim stopniu w towarzystwie swojej nauczycielki, miss Eweliny Brampton, płaskiej Angielki wysokiego wzrostu, podobnej do tych, które widuje się ogólnie z włosami barwy słomy i oczami koloru morza w portach Sauthamton i Douvres.
— Jak się miewasz, Marcelo? — spytała łagodnie baronowa.
— Bardzo dobrze, dziękuję pani.
— Miłą miałaś przejażdżkę?
— Bardzo. Kapryśnica zaczęła unosić się, jak zawsze, ale otrzymała porządną nauczkę.
Kapryśnica była karą klaczką wielkiej urody ulubioną młodej dziedziczki, która miała ich z pół tuzina w stajni.
Miss Bramptom przechyliła się, aby ucałować małą Gabryelę.
Dobra z natury, lecz biedna, miss Brampton szanowała każdego, usuwając się skromnie w kącik.
Nawet mówiąc o Gabryeli, nie wymawiano nigdy w tym domu nazwiska hrabiego de Marcilles.
Dziecko nazywano tylko krótko: Gabryelą.
Skazaniec jak gdyby nigdy nie istniał i pamięć o nim była zagrzebana w głębi przepaści Guyany tak samo, jak jego szkielet.
W tej chwili koczyk zakręcił w około dziedzińca od strony przedmieścia Saint-Honoré.
Baron wysiadł z niego świeży i wesoły, z rozetką w dziurce od guzika.
Wszedł krokiem młodzieńczym.
— O mało co nie czekaliście na mnie — rzekł rzucając okiem na zegarek.
Śniadanie było podane w sali jadalnej, ozdobionej z poważnym zbytkiem i ostatnią elegancyą, która charakteryzuje domy arystokracyi paryskiej.
Wszystko, co w niej się znajdowało, było przecie bezcenne; niektóre rzeczy, amatorowie złotem by pokryli.
Już wchodząc do tej sali, czuło się miłe wrażenie dobrobytu i wykwintu.
Baron Maksym był w wybornym humorze,
— Za mało mieliśmy Meksykanów, Brazylijczyków, Chilijczyków i Peruwiańczyków w Paryżu — rzekł — zapowiadam wam jeszcze jednego.
— Jak się nazywa? — spytała Marcela.
— Nie wiem dobrze. Don Ramon Cadero czy Cavern, margrabia d’Agnadas czy d’Aguilas. Ale oto jego karta.
Podał ją baronowej, która przeczytała:
— On sam ci ją dal? — spytała.
Nie. Wziąłem ją z biura mego przyjaciela Marchal.
— Znają się?
— Stosunki pieniężne. Margrabia posiada czeki na jego dom i wiele innych.
— Bogaty?
— Jak Peru — jak to mówią — albo raczej jak la Plata, z której pochodzi.
— Przyjemna znajomość — rzekła Marcela. — Będę ją uprawiać.
— W jakim celu?
— W podróżach można się spotykać.
— Chcesz podróżować? — spytał baron.
— Aby się rozerwać, skoro tylko będę pełnoletnią.
— Nudzisz się?
— Straszliwie!
— Nawet w Paryżu?
— Nie mogę go znieść.
Rzuciła spojrzenie pełne nienawiści w stronę baronowej.
Baron milczał, przelękniony oschłością tych odpowiedzi i nieprzełamaną nieprzyjaźnią.
Helena nic nie mówiła. Siedziała zamyślona.
Zdawało jej się, że słyszy ciągle brzmiącą w uszach skargę, która ją uderzyła na avenue Gabryel.
— Biednemu ślepemu, co łaska!
Po skończonem śniadaniu, nie prze stała pogrążać się w swoich marzeniach, gdy baron wsunął jej rękę pod ramię i pociągną ją za sobą do drugiego salonu.
Gdy podniosła oczy, wychodząc z zamyślenia, byli sami.
Oblicze młodej kobiety przedstawiało wyraz widocznego niezadowolenia, prawie cierpienia.
Od dawna już ogłuszała się w nieustannym gwarze światowej egzystencyi, której czcze rozrywki jej nie bawiły, obojętna na wszystko w świecie z wyjątkiem tego, co się tyczyło jej córki.
Serca, nad któremi los się znęca, stają się w końcu nieczułe.
A jednak, czyż miała czas na wspomnienia w tym prądzie, który ją unosił?
Teatry, przyjęcia, sezon polowania zawsze bardzo świetny w pałacu Varenne, dwa miesiące pobytu nad brzegiem morza, absorbowały ją zupełnie, skracając bieg czasu.
Dawała się unosić temu prądowi jak liść wiatrom, starając się nie myśleć, bo nadto wycierpiała, aby jeszcze cierpieć.
Głos pełen skargi, który usłyszała, ten głos, który tak dziwnie ją uderzył, cofnął ją nagle o sześć lat wstecz.
Baron usiadł obok niej na otomanie, pieszcząc białą dłoń, którą trzymał w swoich.
Usunęła ją bez przesady.
Oparł się na poduszkach otomany, wyciągnął rękę i zaczął się bawić puklami jej włosów na szyi.
Drżenie przebiegło po ciele Heleny, ale się nie usunęła.
Tylko cień głębszy zasnuł jej oblicze.
— Nie jesteś w humorze dzisiaj, moja kochana — rzekł baron powściągając odruch zniecierpliwienia.
— Ja? — odrzekła czerwieniąc się.
— Ty! Nie staraj się tego ukrywać.
— Zaprzeczam...
— Czy byłbym tego powodem?
— Ach!
— Miałbym ochotę w to wierzyć.
— Nie zważaj na to! Wiesz, że podlegam często napadom smutku, na które rady nie ma.
I dodała prawie bojaźliwie:
— Przebacz mi...
— Przebaczyć ci — odrzekł składając lekki pocałunek na jej ręku — ależ tylko szczęście ci zawdzięczam! Tylko ta melancholia, którą chciałbym precz odpędzić, niepokoi mnie i do rozpaczy doprowadza. Czy masz jakie życzenie, które byłoby w mojej mocy zadowolić?
Potrząsnęła głową.
— Nie mam żadnych życzeń. Uprzedzasz je wszystkie, zanim wypowiedziane zostały. Byłabym niewdzięczną, gdybym tego nie uznawała.
— A jednak rzadko bardzo widzę uśmiech na twojej twarzy, Heleno, a nie wiem cobym dał za to, żebym mógł widzieć istotną na niej radość.
Helena nie odpowiedziała.
Długie jej rzęsy, prawie ciemne, ten szczególny wdzięk blondynek, przysłoniły jej źrenice.
Łza zabłysła pod jej powieką i pozostała zawieszona na niej, jak płynna perła. Zapominając o obecności męża, zagryzła usta i wytężyła słuch.
Czyżby chciała usłyszeć ten głos dziwny, który poruszył całą jej istotę?
— Stanowczo masz jakąś tajemnicę, której nie chcesz mi powierzyć, — odezwał się po chwili baron. — Zapewno jakiś kłopot. Zamilczając źle czynisz. Czyż nie jestem twoim najlepszym przyjacielem?
— Nie bierz mi tego za złe — prosiła Helena — to nerwowe.... Nie dobrze się czuję.
— Marcela jest dzieckiem, którego złośliwości nie mogą cię dotykać...
— Nie skarzę się na Marcelę — odrzekła łagodnie Helena. — Marcela nie może myśleć inaczej, jak inne młode dziewczęta. Kochała swoją matkę. Byłoby to szczególnym nierozsądkiem chcieć ją zmuszać, by kochała osobę obcą, która zajęła miejsce jej matki.
— Jesteś dobra i wyrozumiała.
— Sprawiedliwa tylko.
— Marcela wyjdzie za mąż. Wówczas będziesz oswobodzona od tych ukłuć szpilką, od tych udręczeń, które mnie zasmucają, a których nie chcę rozmazywać.
— Nie mówmy już o tem. O to wcale nie chodzi.
Maksym Raynaud objął Helenę ramieniem.
— A o cóż idzie? Czy o przeszłość?
Ona skłoniła głowę.
— Czy zawsze?
— Zawsze.
Baron zacisnął pięści w gniewie i wstał.
— A! — zawołał — jakbym ja pragnął zniszczyć tę przeszłość, nakazać jej milczenie, wyrwać ją z mojej i twojej pamięci! A ona jest ciągle żywa, staje pomiędzy nami, wciska się pomiędzy twoje i moje usta, hamując pieszczoty, mrożąc twoje pocałunki i przypominając mi nieustannie, z nieubłaganą srogością, że mogę posiadać twoje ciało, twoją piękność, która mnie o zawrót głowy przyprawia, lecz nigdy nie posiędę twej duszy! Kocham cię do szaleństwa; oddałbym połowę mego majątku, połowę tych milionów, które wzbudzają wokół nas tyle zazdrości, aby cię uczuć drżącą i poddającą się, odwzajemniającą mi te namiętność, jaka rzuca mnie pod twoje stopy. I rozbijam się o niemożebność! Tłum, widząc mnie przechodzącego, mówi: To baron Raynaud! Zazdroszczą mi, mniemając, że jestem szczęśliwy, bez pożądań, w posiadaniu wszelkich rozkoszy i władzy! Jakże się mylą! Jedyne dobro, którego pragnę, wymyka mi się, a jedyne i największe pragnienie moje ziścić się nie chce.
Powrócił do kanapy, na której siedziała baronowa, z twarzą ukrytą w dłoniach i porywając ją znowu za rękę zmusił do podniesienia głowy. Z oczami błyszczącemi, patrząc jej prosto w twarz, zawołał:
— A więc mów! Co ci brakuje?
— Nic.
— Czego żądasz?
— Niczego.
— A więc za czem żałujesz?
Helena nie dała odpowiedzi.
— A! — krzyknął, odpychając ją — czyż potrzebuję się pytać? Czyliż nie wiem. Ty kochałaś tego hrabiego de Marcilles, tak bardzo, że nawet jego zbrodnia nie zdołała cię od niego oderwać. Do niego należałaś całkowicie, bez ograniczeń. Zazdrościłem mu wówczas. A teraz jego wspomnienie nawiedza cię i opanowywa! To jest owa skała, o którą się rozbijam. Niema na to rady. Nawet zhańbiony, nawet umarły, on tryumfuje a ja walczę nadaremnie z tem widmem, które cię pociąga! I oto jestem zniewolony, ja, baron Maksym Raynaud odgrywać upokarzającą rolę nieszczęśliwego rywala prostego....
Nie mógł dokończyć.
Helena ruchem brutalnym zamknęła mu usta ręką.
— Milcz! milcz! — krzyknęła w oburzeniu — bo inaczej przysięgam ci, że w tej chwili dom ten opuszczę, aby już nigdy nie wrócić? Jan zginął, zabity nie wiem przez kogo. Pozwól mu spoczywać w grobie w spokoju i nie lżyj go!
Zniemożona tym wysiłkiem, Helena upadła na kanapę i kryjąc twarz w dłonie tłumiła szlochanie.
Baron stał nad nią, z zaciśniętemi pięściami, zdumiony tym wybuchem buntu, zły na siebie, że go wywołał:
O tem, co ich dzieliło, wiedział przecież dobrze.
Przelana krew niewinnego domagała się zemsty.
Gdy Straub, zły duch barona, aby posiąść cenę zbrodni, opowiadał mu cynicznie straszną scenę w Orgères, sam uczuł pewnego rodzaju trwogę.
Ale cóż Straub mógł ryzykować i dlaczegoż miałby się wahać z opowiedzeniem baronowi szczegółów tej haniebnej intrygi?
Czyliż nie byli spólnikami?
Wszak działano na rozkaz barona i w jego interesie.
Przecież baron nakazał i opłacił zbrodnię. Czyż z niej nie korzystał?
Korzystał więcej niż ktokolwiek, — posiadł bowiem zachwycającą hrabinę, wdowę ofiary.
Więc Straub nie potrzebował się krępować.
Zataił tylko jeden szczegół, jedyny: to jest kradzież trzech kroć stu tysięcy franków z piwnicy starej panny.
Ale ten szczegół był bez znaczenia. Tem zresztą nie można się było chwalić.
Baron w pierwszej chwili po tej rewelacyi, uczuł istotny wstręt do Strauba.
Obudziło się w nim nagle sumienie i nie mógł się powstrzymać, by nie rzucić Straubowi w twarz obelgi:
— Nędzniku!
Ale ten zaśmiał się tylko ironicznie i odparł.
— Któż jest większym nędznikiem, czy ten, który cios zadaje, czy ten, który za to płaci?
Łatwo mu przyszło bronić się przeciw zarzutom.
Wszakże baron pozostawił mu swobodę w wyborze środków. Czegoż więc chciał teraz? Wszak życzył sobie, aby hrabia de Marcilles przestał istnieć. Hrabia zhańbiony, usunięty z widowni, przecież żył jeszcze, po pierwszej operacyi. Straub był zadowolony z siebie, że postąpił po ludzku. Przecież cofnął się przed spełnieniem morderstwa.
Panu baronowi widocznie nie dopisywała pamięć, skoro całą odpowiedzialność chciał zwalić na innych.
Straub był wymowny i w miarę ironiczny.
Uwagi swoje zakończył zuchwałym, lecz nie pozbawionym słuszności zwrotem:
— Pan baron okazał rzeczywiście wzorową i rzadką wspaniałomyślność, ale jeżeli zechce na zimno sprawę rozważyć, przyjdzie niewątpliwie do przekonania, że dokonana praca zasługiwała na taką nagrodę.
Baron nie znalazł odpowiedzi a niebawem jego pierwsze oburzenie znacznie zmalało. Niemal uznawał już, że Straub postępował w sposób zupełnie poprawny, skoro nie myślał nadużywać sytuacyi, która otwierała mu na oścież kasę finansisty i chciał zadowolić się umówioną ceną.
Wkrótce też baron przestał myśleć Janie de Marcilles i pochłonięty namiętnością do hrabiny, doszedł do przekonania, że gdyby zbrodnia, która mu wydała Helenę, miała być na nowo spełniona, nie wahałby się wcale.
Chciał mieć tę kobietę dla siebie, tylko dla siebie. Tak sobie był postanowił i oto ją posiadał.
Cóż go zresztą obchodziło!
Helenę obudziły z odrętwienia gorące pocałunki, którymi baron okrywał jej ręce, włosy, policzki.
— Przebacz mi! — mówił, klękając przed nią — jestem dziki brutal. Wściekłość mnie porywa, ilekroć widzę, że się pogrążasz w żalu za przeszłością. Pocóż ją wspominać, gdy nawet sam Bóg nie zdołał by jej zmienić!
O godzinie piątej dnia tegoż cały wykwintny Paryż, który przechadza się po avenue des Acacias, w lasku Bulońskim, mógł podziwiać baronową Raynand u boku męża, opartą o poduszki wytwornego pojazdu, spokojną i pogodną z pozoru, bez żadnej zmarszczki na wygładzonem czole. I rzeczywiście, pośród kobiet światowych klas rozmaitych, snujących się po tej słynnej alei, podziwiających się i zazdroszczących sobie nawzajem, nie było niewątpliwie ani jednej godniejszej podziwu od tej wspaniałej istoty, będącej wcieleniem urody i wdzięku.
To też baron mówił sobie w duchu, że aby posiąść skarb taki, warto było dopuścić się najniegodziwszego czynu, a pewny bezkarności oddychał swobodnie i rozkoszując się swoim tryumfem chłonął w siebie subtelną woń włosów tej cudnej kobiety, bez której obejśćby się już nie zdołał.
Wtem nagle poczuł, że Helena silne zadrżała.
Spojrzał na nią i ujrzał, że zbladła.
— Co ci jest? — zapytał.
Nie odpowiedziała.
Sztywnym wzrokiem śledziła inny pojazd, który wydostawszy się z szeregu na przecięciu dwu alei, znikał już w oddali.
W pojeździe tym siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, młodszy wiekiem, miał pełną czarną brodę. Drugi o rudawym zaroście, przystrzygał swą brodę na sposób Amerykanów z Chicago lub Bostonu.
Na koźle, obok woźnicy, siedział lokaj bez liberyi, o cerze ciemnej i z pełną brodą, jak ów młodszy z panów siedzących w powozie. Na widok barona Raynaud, czoło tego służącego zmarszczyło się groźnie, zacisnęły się usta, a oczy rozgorzały płomieniem wściekłości, czego baron nie dostrzegł zajęty troską o żonę.
Zdziwiony jej milczeniem, ponowił pytanie:
— Co ci się stało?
— Mnie? Nic.
— Stanowczo, moja droga, potrzebujesz zmiany powietrza. Pogoda prześliczna.
Wyjedziemy na czas jakiś do Varenne. Chcesz?
— Tak.... tak.... — odpowiedziała żywo. Ale jeszcze nie teraz.... Później....
Z dwóch mężczyzn, których dostrzegła przejeżdżających, twarz jednego uderzyła ją mocno, — twarz wicehrabiego Cezara.
Nie był do tego stopnia zmieniony, aby nie mógł być poznanym. Nic go zresztą nie zmuszało do ukrywania się jak skazaniec.
Helena doznała nagłego wstrząśnienia.
Nieokreślone jakieś przeczucie mówiło jej, że jej losy ulegną nowej zmianie.
Baron Raynaud dążył ku l’arc de l’Etoila i spotkał się w drodze z jednym ze swoich znajomych, w de Saint-Géron, sportsmanem, będącym zwykle w posiadaniu najnowszych wiadomości.
— Czy zna pan tych cudzoziemców, którzy przed chwilą przejeżdżali tędy? — zapytał baron.
— W alei akacyowej?
— Tak.
— Powóz bardzo wykwintny z najlepszej fabryki?
— Niewątpliwie.
— To Argentyńczyk, następca księcia Wasiliewa z avenue d’Antin, ze swoim kuzynem.
— Margrabia d’Aguilas?
— Tak. Opowiadają o nim szczególniejsze historye.
— Opowiesz mi je pan kiedy indziej. Tymczasem dziękuję.
Helena zapisała sobie w pamięci to nazwisko.
Może to Cezary! — myślała. — Ale nie, to niemożebne.
I przesuwając ręką po czole, pytała sama siebie z trwogą:
— Czyżbym traciła zmysły.
Fulgenty Guillard był szczęśliwy, jak ryba w wodzie. Wszystko szło mu pomyślnie, bez przeszkód.
Są chwile, w których najbardziej nawet wierzący, poczynają wątpić w sprawiedliwość Bożą. Dzieje się to zwłaszcza wówczas gdy widzą, jak łotry tryumfują bezczelnie.
We wszystkiem szczęściło się Badeńczykowi. Agencya jego przy ulicy Castiglione prowadzona była znakomicie przez jego ucznia, Pidoux. Przynosiła mu dochody, zwiększała majątek, a w razie potrzeby wyjaśniała jego źródło.
Pidoux z pomocą dawnej szwaczki z Combiers, rządził znakomicie — wszystko szło jak z płatka.
Cabirol swoją skromną zresztą rozrzutnością zaledwie rzucał cień lekki na ten pogodny obraz.
Cabirol nie sprawiał kłopotu Straubowi. Ten bowiem wiedział, że kilkoma setkami franków, zręcznie rzuconemi, może w każdej chwili uspokoić jego bunty chwilowe.
Zresztą, gdyby Cabirol zaczął zanadto zawadzać Guillard znalazłby w swej bujnej wyobraźni rychło sposób pozbycia się go bez rozgłosu.
Cabirol lubił zabawy wszelkiego rodzaju lubił bankieciki w podmiejskich szyneczkach, rozgłośne wieczory w Elysée-Montmartre, miłosne schadzki w Neuilly. Cabirol przede wszystkiem przepadał za kobietami wogóle, bez różnicy barwy, czy to były brunetki, czy blondynki, żółtej czy czarnej skóry. Ostatnia jego namiętność była zawsze najgwałtowniejsza.
Ludzie tego pokroju nie są nigdy strasznymi przeciwnikami.
Guillard wiedział o tem i drwił sobie z irytacyi i trwogi swego ucznia, Pidoux.
Guillard posiadał zadziwiającą sprężystość.
Trudności podniecały go i utrzymywały W naprężeniu.
Umiał on godzić interesy z przyjemnościami, które ukrywał w cieniu, z właściwą sobie hypokryzyą, a tymczasem kasa jego zapełniała się w sposób istotnie cudowny, a nie wypróżniała się tak łatwo.
Straub sprawiał sobie czasem uczty, ale po cenach umiarkowanych; nie lubił zbyt drogich wybryków.
W tym właśnie czasie miał tylko jedną kochankę.
Po wielu wahaniach się i pomrukiwaniach, ujęły go wreszcie obfite wdzięki pewnej dziewczyny, spotkanej w zakątku ulicy de Rome, opodal dworca kolei Saint-Lazare.
Było to przy końcu października w wieczór zimny i dżdżysty.
Dziewczyna ta, ubrana bardzo skromnie a bez gustu, drżała z zimna. Strój pospolity nie zraził Guillarda, który wolał bujne wdzięki, niż marny urok toalety.
Jednym rzutem oka ocenił, że jeśli strój był lichy, to postać tej grzesznicy ulicznej — co do jej cnoty bowiem nie można było mieć żadnego wątpienia — była pociągająca bogactwem nadmiernem swych kształtów.
Włosy czarne, upięte jak kask na szczycie głowy, szyja silna, pierś szeroka, biodra niezwykle rozwinięte — wszystko to podobało się Guillardowi.
Twarz o rysach męskich, mniej mogła mieć uroku.
Była to słaba strona tego bożyszcza przedmieścia.
Od pierwszego jego wejrzenia Guillard uczuł się ujarzmiony.
Rozpoczął zaraz rozmowę, kryjąc się w cieniu.
Tymczasem deszcz coraz rzęsistszy padać począł.
Z początku dwa parasole rozpięte były po nad ich głowami.
Umawiano się z cicha.
Wreszcie parasol płócienny pięknej damy został zwinięty, a ona sama przygarnęła się do chudego starego Lowelasa i oboje, już pod jednym parasolem, chwiejącym się to na prawą to na lewą stronę, stosownie do przechodzących tłumów, skierowali się ku ciemnym zaułkom bulwaru Hausmanna.
O czem mówiono?
Jaka umowa tajemnicza zawarta została pomiędzy nimi?
Nie trudno się domyśleć.
Dawny agent mówił z cicha. Młoda dziewczyna — bo istotnie była jeszcze młoda, mogąca liczyć 26 lub 27 wiosen najwyżej, — odpowiadała monosylabami.
Na rogu bulwaru Malesherbes rozeszli się.
Kobieta wróciła w kierunku dworca kolejowego Saint-Lazare, a Badeńczyk poszedł dalej w kierunku Pól Elizejskich.
Przed tem jednak wcisnął w jej rękę kilka sztuk złotej monety. Był to rodzaj zadatku.
Kobieta zdawała się wahać.
Lecz za chwilę, zamiast zająć swój posterunek na trotoarze, rzuciła okiem na zegar kolejowy.
Dochodziła dziesiąta.
Zawołała fiakra i rzekła spiesznie do woźnicy:
— Dworzec Lyoński. Jechać prędko. Pięć franków napiwku.
Fiakier puścił się pędem.
Na dworcu Lyońskim dama z czarnymi włosami wsiadła do ostatniego pociągu.
Około północy, wysiadła w Montereau, mając za cały bagaż podróżny tylko parasol, coraz bardziej jej potrzebny. I krokiem spiesznym podążyła w dal, wiejską drożyną.
Nie pytała nikogo o kierunek.
O tej godzinie droga, którą obrała, była pusta.
Niebawem opuściła ją i weszła w labirynt krzyżujących się ścieżek.
Deszcz padał rzęsisty, droga stawała się coraz bardziej błotnistą; ubranie kobiety było na wskróś przemoknięte.
Widocznie jednak znała ona dokładnie okolice.
W ciągu niemal trzech godzin szła przez las, skracając sobie drogę i nie błądząc, pomimo panujących ciemności.
Ani jednej gwiazdy na niebie, żadnego światełka wśród mgły gęstej okalającej świat cały.
Kobieta szła krokiem pewnym, śmiałym i zatrzymała się wreszcie przy chatce, która czarniejszą plamą odcinała się wśród cieniów nocy. Dotarła do celu swej podróży.
Chata ta nosiła nazwę la Hutte-aux-Biques.
Kobieta otworzyła drzwi.
Woń tytoniu i dymu z mokrego drzewa ścisnęła ją za gardło, podczas kiedy głos jakiś ostry i zachrypnięty, raczej groźnie niż z obawą zapytał:
— Kto tam?
Przybyła odrzekła:
— Nie bój się. To ja, matko. Gdzie Szymon?
— Szymon tylko co wyszedł.
— O tej godzinie?
— Tak. Ma interesy w okolicy Bourron, w la Brette-aux-Roches. Chce tam być przed świtaniem.
— Rozumiem.
Stara zaklęła rozpaczliwie i poczęła narzekać na ciężkie czasy.
— Ten biedny chłopak skończy jak brat jego, z tej nędzy.
Przybyła nie dała odpowiedzi. Zaświeciła zapałkę i przy jej płomieniu ujrzała tę, którą nazwała matką i która była nią istotnie. Stara wyglądała jak wiedźma, z siwymi, rozczochranymi włosami, z ustami zapadniętemi w skutek braku zębów, z nosem krogulczym, z zapadniętymi policzkami. Wyciągnęła przed siebie obnażone duże ramię i pogroziła niewidzialnym istotom, mrucząc:
— Ach, łotry!
Przybyła nie zwróciła na to uwagi.
Musiała być przyzwyczajona do gniewów matczynych i zupełnie obojętnie słuchała przekleństw.
Zebrała nieco gałęzi, leżących na podłodze i rzuciła je na przygasające ognisko, które się wnet rozpłomieniło.
Stanęła teraz w podwójnem oświetlaniu świecy, którą w tejże chwili zapaliła i płomieni jaskrawych, padających z kominka.
W jednem mgnieniu oka zrzuciła z siebie przemoknięty kaftanik i spódnicę. Zdjęła liche obuwie, kupione za pięć franków w składzie, a które teraz przemokłe i podziurawione nie miało już żadnej wartości. Stała tak, rozebrana, na garstce suchej słomy, wspaniała i ohydna zarazem jako wcielenie występku i siły brutalnej, obojętna i apatyczna, nie kryjąca bynajmniej swych na poły obnażonych wdzięków. Rozpuszczone włosy rozsypały się kaskadą, sięgając aż do bioder.
Był to jakby żyjący posąg piękności ludowej.
Była to Amelia Rivolard, siostra kłusowników z Varenne, przyjaciółka Vardona, koleżanka Ludwiki Moraines, nieszczęsnej narzeczonej skazańca.
Ze spokojem, nie żaląc się bynajmniej na przebytą, tak bardzo utrudzającą drogę, rozłożyła swoją odzież na ławce. Pięć luidorów, już uszczuplonych kosztami podróży, wydały dźwięk metaliczny.
Oczy starej, skulonej na swem łożysku, zabłysły ogniem chciwości.
— Co to dźwięczy, Mela? — spytała.
— To pieniądze. Jest dwadzieścia franków dla ciebie, matko.
— W czas przychodzą.
— Czyż nie macie już nic?
— Nic. Ty nas żywisz, moja biedna córko. Od czasu, gdy Szymonowi skonfiskowano strzelbę, ostatnią, nieborak jest bezradny. Zaledwie dziesięć franków na tydzień zarobić może. Ludzie z Varenne dobierają się nam do skóry. Szymon się wścieka. Skoro tylko wyjdzie, osaczają go ze wszystkich stron i chyba w taką noc straszną jak dzisiejsza, może puścić się w drogę. Co się tyczy wyrobu drewnianego obuwia, cena jego nie zwraca kosztów materyału. Gdybym go nie kradła, nie byłoby czem zapłacić kawałka chleba.
Te ostatnie wyrazy wymówiła stara z głuchym gniewem. Słowo „kraść“, z trudem przechodziło przez gardło, które jednak tyle z siebie wyrzucało przekleństw i bluźnierstw.
— Widzisz, moja Melu — mówiła dalej — okolica tutejsza nie jest dla nas dobra. Lepiej się ztąd wynieść. Jakób nie żyje, Szymon ma na sumieniu życie człowieka, a kto wie? czy nie popełni nowego zabójstwa, gdy się zniecierpliwi. Gdyby mnie chciał słuchać, usunęlibyśmy się ztąd.
Mela, zajęta suszeniem swych rzeczy, nie przerywała matce; zaledwie ją słuchała.
Wreszcie tonem obojętnym, odparła:
— Jeśli Szymon nie chce, to darmo. On jest tu panem. I dodała szeptem:
— Co ja zrobię? Nie mam po prostu co włożyć na siebie, aby tam powrócić. Jeżeli pogoda się nie zmieni, jak sobie poradzić?
Otrząsnęła swój kaftanik i rozłożyła go ponownie przy ogniu, który rzucał wesołe blaski na całą tę nędzę.
Wnętrze chałupy było też nędzniejsze niż kiedykolwiek.
To już nie było tylko dzikie schronisko kłusownika czy rabusia.
W tej na poły rozwalonej, na wszystkie wiatry otwartej chacie, w niczem i nigdzie niezaopatrzonej widziało się krańcową czarną nędzę i owo rozpaczliwe zniechęcenie, które nie usiłuje już nawet zapobiegać ostatecznemu zniszczeniu.
Pośród tej ruiny, wyglądającej ze wszystkich kątów, dwie kobiety: jedna, ohydna, z pianą nienawiści na ustach, leżąca na kupie łachmanów, druga, zobojętniała na wszystko, niemal pogodna, wyglądająca jak posąg kamienny, wyciosany ręką mistrza, lecz bezduszny.
Amelia miała może jaką duszę, lecz w swym upadku haniebnym usiłowała ją ukryć.
— Oto masz — ozwała się do matki, kładąc dwa luidory na stole, — niech to będzie dla Szymona.
Będzie mógł kupić sobie za to strzelbę.
Stara nie zapytała nawet o źródło tych pieniędzy. Znała je bowiem dobrze.
Już dawniej, gdy Mela udawała się do Paryża, pod pozorem odwiedzenia swej przyjaciółki Ludwiki Moraines, matka domyślała się powodów istotnych tych podróży; próbowała nie widzieć i nie dorozumiewać się nędzy w la Hutte-aux—Biques, wszelkie pod tym względem złudzenie stawało się niemożliwem.
Od tego czasu minęło lat pięć.
Ludwika Moraines zginęła. Wiedziano, w jaki sposób, chociaż nie znano powodów tego samobójstwa.
Vardon pojawił się raz tylko jeden u Rivolardów i nie ukazał się ponownie.
Szymon nie zdradzał tajemnicy.
Ale od tego czasu spochmurniał; zionął nienawiścią. Coraz nowe nieszczęścia spadały na nich tymczasem. Brat Szymona, Jakób umarł w sześć miesięcy potem z choroby, nabytej, czy też niedbale leczonej w więzieniu.
Ten Jakób nie miał nigdy szczęścia.
Niemal sześć miesięcy w roku spędzał pod kluczem.
— Czy zamierzasz jutro powracać? — spytała matka Amelię.
— Tak, jutro.
— Czy to konieczne?
— Konieczne.
Wyjaśnienia rodzinne były rzadko kiedy obszerniejsze.
Amelia, ze zwykłą sobie poważną powolnością, skończywszy przygotowania, ułożyła się na spoczynek na legowisku Szymona.
Okryła się, jak mogła, podartą kołdrą wełnianą i wnet zasnęła głęboko.
Nazajutrz rano, około godziny ósmej, przebudziwszy się, uściskała matkę i rzekła:
— Nie rychło się tu pojawię. Ale nie obawiaj się niczego wam nie zabraknie.
Wybierała się wykonać umowę, zawartą z zacnym Fulgentym Guillardom.
Zmrok zapadał.
Było to około ósmej godziny wieczorem, tego samego dnia, gdy ów niewidomy stanął po raz pierwszy u wejścia do pałacu barona Raynaud.
Zapalano właśnie latarnie gazowe w pół mroku wieczornym; była to pora, w której najmniej rozpoznać było można twarze przechodniów.
Sześć miesięcy minęło od czasu spotkania się Amelii Rivolard z Fulgentym Guillard, w okolicy dworca Saint-Lazare.
Spotkanie to stało się powodem nagłej zmiany w ich życiu.
Siostra strasznych kłusowników zaczynała się ustalać.
Postąpiła o kilka szczebli wyżej w kategoryi tego rodzaju kobiet. Wyrzekła się ulicznych wędrówek i przypadkowych znajomości, zmieniła krawcowę, bieliźniarkę i modystkę.
Uroda jej niewątpliwie zyskała na tem; charakter i usposobienie pozostały te same.
Była to zawsze ta sama natura zimna i obojętna na nędzę czy na rozkosze życia, banalna, na pół dzika.
Ale dzięki swej posągowej postawie, swym kształtom silnym i zdrowym, musiała zapanować niebawem nad Guillardem, swym dojrzałym, a rozpustnym adoratorem.
Trzymała go silnie w swych szponach, jak zdobycz, która się już jej wymknąć nie mogła. W kamienicy dość porządnie wyglądającej, położonej w połowie ulicy de Moscou, trzy okna apartamentu na czwartem piętrze, jaśniały na froncie ciemnym.
Widocznie odbywała się tam jakaś uczta.
Czyżby to było mieszkanie spokojnych obywateli mieszczan?
Niewątpliwie, nie.
Poważni mieszczanie, rentierzy rzadko kiedy zajmują mieszkania w tej okolicy. Zresztą, oko wprawne, dostrzegłszy już tylko okna, przysłonięte firankami kolorowemi o kokardach różowych, musiałoby od razu domyślać się, jakiej sfery lokator zajmował rzęsiście oświetlony apartament. Te trzy okna nie kłamały wcale.
Dość piękny apartament na czwartem piętrze tej kamienicy zajmowała niewiasta należąca do licznej kategoryi kobiet utrzymywanych, a zajmująca miejsce pośrednie pomiędzy rozrzucającemi marnotrawnie pieniądze swych bogatych protektorów, a wydziedziczonemi, żyjącemi z zarobków ulicznych.
Czynsz za to mieszkanie mógł wynosić co najwyżej trzy tysiące franków rocznie.
O godzinie, zaznaczonej powyżej, o zmroku, jakaś wysoka postać, wysunęła się z pobliskiej ulicy Petersburskiej i zniknęła w kurytarzu kamienicy o oświetlonych trzech oknach.
Pomimo kapelusza, wciśniętego głęboko na oczy, nietrudno było rozpoznać w tej postaci Fulgentego Guillarda.
Sprawy dnia były załatwione; zbliżał się czas odpoczynku i — przyjemności.
Szanowny dyrektor naczelny agencyi Pidoux, człowiek tajemniczy, któremu dawano bezwzględny posłuch w zakładzie przy ulicy Castiglione, udawał się codziennie o tej porze do domu przy ulicy de Moscou, aby odpocząć po całodziennych znojach, które bynajmniej nie zasługiwały na nagrodę cnoty.
Wszedł w korytarz kamienicy, pozdrowił uprzejmie dozorcę, przechodząc obok jego loży i minął się z idącym naprzeciw człowiekiem, niepozornie ubranym, wyglądającym na komisyonera, o bardzo ciemnym zaroście, który zmierzył wchodzącego zaciekawionem spojrzeniem.
Wyszedłszy z kamienicy człowiek ów zatrzymał się nagle.
Zauważył bowiem, że ktoś drugi, zupełnie podobny do pana Pidoux, dyrektora agencyi z ulicy Castiglione, szedł ślad w ślad za Fulgentym Guillard.
Pidoux promieniał z uciechy.
Wkrótce zniknął także w kurytarzu kamienicy. Lecz w tem ktoś trzeci, który prawdopodobnie go śledził, stanął przed wejściem do kamienicy, przypatrzył się fasadzie domu, zapisał sobie parę szczegółów w notatniku i zatarłszy ręce z zadowoleniem odszedł.
Pierwszy jednak nie ruszał się z miejsca i z zadziwieniem patrzał na te manewry, dość podobne do jego własnych.
Postanowił wreszcie odejść za przykładem owego nieznajomego, który był Cabirolem w swej własnej osobie, gdy z cieniów kurytarza wybiegł na ulicę wysoki mężczyzna, czarny jak kominiarz, w lichej, połatanej odzieży. Wybiegłszy, przystanął, rzucając w okół badawcze spojrzenie.
Wahał się krótko. Przeszedł przez ulicę, zmierzając w stronę, gdzie stał ów pierwszy nieznajomy.
Przechodząc mimo niego, poczuł nagle silną rękę na swojem ramieniu i usłyszał głos, mówiący szeptem:
— Szymonie!
Zagadnięty w ten sposób, cofnął się nieco, mierząc zdziwionym wzrokiem człowieka, który go zatrzymał.
Nie poznawał go widocznie, bo uczynił ruch, jak by chciał się pozbyć napastnika.
Ale ręka spoczywająca na jego ramieniu, była silna.
A głos powtórzył z większym naciskiem: Szymonie!
— Czy to się ma do mnie stosować? — odburknął z niechęcią zaczepiony.
— Oczywiście do ciebie.
— Nie znam cię... nie widziałem cię nigdy...
— Czy masz tak krótką pamięć?
Szymon Rivolard, był to bowiem ów kłusownik z Varcune, brat Amelii, — tarł ręką czoło, nie mogąc widocznie sobie przypomnieć.
Wówczas nieznajomy, wsuwając bez ceremonii swą rękę pod ramię kłusownika, pochylił się ku niemu i szepnął:
— Jestem Toussaint Vardon!
— To niemożebne!
— Przypatrz mi się lepiej niedołęgo!
— Teraz poznaję... rzeczywiście! Ależ to ze mnie bałwan. Lecz co prawda zmieniłeś się strasznie, nieboraku.
— Nie dziwota.
— A zresztą — dorzucił z pewnego rodzaju zawstydzeniem, — jeżeli mam być szczery, to przyznam się, wypiłem sporo kieliszków tam, na górze, a to mi wzrok zamąciło.
— U kogo, na górze?
— U Meli...
— Twoja siostra tu mieszka?
— Tak. Wstydzę się tego, ale tak jest.
— W tej kamienicy, pod nr. 102.
— Więc znasz ten dom?
— Widzę go po raz pierwszy w życiu.
— Tak.... tak.... — powtórzył kłusownik z czołem zmarszczonem i mówił dalej, z trudnością wymawiając wyrazy, z widocznym niesmakiem, jak gdyby były gorzkie:
— Tu mieszka nieszczęsna Mela, w apartamencie wspaniałym; wszędzie złocenia i jedwabne obicia, a kuchnia wyborna, trufle masami i pulardy po piętnaście franków sztuka. Mela ma kucharkę i pokojową. Słowem, jest panią. Ale łatwo zrozumiesz czem to się opłaca.... Duszę się ze wstydu ale co poradzić? Nędza wszystkiemu winna. Mela z pewnością nie z własnej ochoty poszła tą drogą. Gdy chodziła dawniej na targ sprzedawać naszą zwierzynę, nie brakowało jej adoratorów poważnych, bo była dobrą dziewczyną, zawsze w dobrym humorze. Nie skarżyła się nigdy na nie. Ale nadeszły złe czasy. Niepodobna było ustrzelić czy to bażanta, czy zająca w noc księżycową! W samem Varenne jest dwunastu strażników. Ścigany ciągle, musiałem zaprzestać polowania. Handel sabotami także nie dopisywał; zabrakło drzewa na ich sporządzenie. Matkę wpakowano na sześć tygodni do kozy za to, że zbierała kawałki deszczułek, które nie były zgubione! W fabrykach nie chcą mnie przyjąć.... I biedna Mela poświęciła się....
jeszcze za życia Jakóba. A teraz znalazła sobie jakiegoś starego lamparta, który się w niej rozkochał i żyć już bez niej nie może. Codziennie przychodzi tu do niej na obiad, a co tygodnia wyprawia uczty dla przyjaciół. Dzisiaj właśnie taki bal. Widzisz jak rzęsiście okna oświetlone!
Załamał ręce z wściekłością.
— Dalibóg — zawołał — żałuję, żeś mnie niegdyś ocalił i to z własną krzywdą, mój biedny Toussaint! Wstręt mi sprawia ten chleb, który jeść muszę. Brzydzę się samym sobą. Nie mogę z tem się pogodzić, ani do tego nawyknąć. Ale cóż chcesz? Włóczy się człowiek z szynku do szynku, próżnuję dzień cały, bo pracy znaleźć nie może i wreszcie nie zdoła zdobyć na chwilę odwagi, by sobie łeb roztrzaskać.
— Nie mów głupstw, Szymonie. Z tamtego świata już się nie powraca.
— Więc cóż z tego?
— Nie można już być użytecznym przyjaciołom?
— Czyż ja mam przyjaciół?
— A ja?
— To prawda. Dałeś tego dowody.
— Może przyjść teraz na ciebie kolej odwzajemnienia się.
— Pragnąłbym tego, ale w jaki sposób.
— W jaki sposób? Poczekaj dni kilka, a powiem ci to może.....
Tak rozmawiając, szli Toussaint Vardon i Szymon Rivolard dalej ulicą de Rome.
— Czy znasz nazwisko tego starszego pana? — zapytał Toussaint.
— Oczywiście znam. Mela nie ma tajemnic przedemną.
— Nazywa się?
— Ma aż dwa nazwiska dla odmiany.
— Jedno brzmi Fulgenty Guillard.
— Kto ci to powiedział? — spytał ze zdziwieniem Szymon.
— A więc to on, ten wysoki, chudy?
— Tak, Guillard, albo Straub. Zdaje się, że się lęka, by go nie wzięto za Niemca. Raz w tygodniu fetuje przyjaciół, niejakiego p. Pidoux, który jest zawsze wesół i dwu lub trzech łysych panów, którzy przychodzą, ze swemi kobietami. Uczta przeciąga się do jedenastej w nocy, nigdy dłużej. Stary burżuj jest bardzo przyzwoity i wraca do siebie, w stronę Pól Elizejskich. Właśnie dzisiaj odbywa się recepcya. Mela króluje; ubrana w suknię żółtą, która nie bardzo ją okrywa. Stary widać to lubi.
— A cóż mówi Mela o takiem życiu?
— Nic. Milczy jak drewno. Nie łatwo z niej cokolwiek wyciągnąć. Ale w gruncie nienawidzi tej całej zgrai. Trzeba widzieć, jak ona traktuje swego władcę. Im bardziej go maltretuje, tem niżej on się płaszczy.
Zgrzytnął zębami, splunął i dorzucił.
— A, ludzie są podli, ja zaś najbardziej!
— A cóż matka?
— Wyszła właśnie z więzienia, w opłakanym stanie. Wsiadam teraz do pociągu i wracam do domu.
W tej poufnej rozmowie zataił wszakże, iż unosił z sobą, wziętych od Meli, paręset franków, aby żyć z tego przez czas jakiś, nie potrzebując nic robić, że nie pracował już wcale i że tylko Mela, zwana w tej dzielnicy Rzymianką z powodu swej postawy, utrzymywała go wyłącznie, że wreszcie całe tygodnie, dopóki pieniędzy starczyło, spędzał w podłej karczmie u zbiegu trzech gościńców, odległej o kilometr drogi od la Hutte-aux-Biques, w towarzystwie bandytów z całej okolicy.
Karczma ta, własność niejakiego Lalouille’a używająca najgorszej opinii. położona była w lesie i na szyldzie nosiła oryginalną nazwę:
Szymon Revolard nie wychodził złąd, chyba na ulicę de Moscou, gdy zabrakło pieniędzy. I nigdy Mela nie odprawiła go z próżnemi rękami. Bo ona kochała tego brata i swoją matkę starą; kochała na swój sposób, bez demonstracyi, zawsze z pozoru zimna, szorstka względem nich, jak dla innych i siebie samej.
Szymon upadał z każdym dniem coraz niżej, ale czuł jeszcze swój upadek i nieraz z tego powodu doświadczał napadów wściekłego gniewu.
— A ty — rzekł do swego towarzysza — co się z tobą dzieje?
— Jestem u pewnego cudzoziemca, Amerykanina.
— Bogaty?
— Milioner.
— I cóż tam robisz?
— To cała historya. Spotkaliśmy się przypadkiem... Mogłem mu wyświadczyć pewne usługi. Jest on moim przyjacielem i panem zarazem.
— To on cię wysyła na ulicę de Moscou?
Toussaint nie odpowiedział.
Przechodzili obok piwiarni przy ulicy de la Pépinière.
— Wejdźmy tu — rzekł. — Nie chciałbym się pożegnać z tobą na sucho.
I ciszej dorzucił:
— Tutaj nie istnieje Toussaint Vardon. Nazywam się tu Pérès Lucar i podobnie jak mój pan przybywam z Buenos-Ayres.
Weszli i zajęli miejsca naprzeciw siebie, przy małym stole, w kącie. Podano im dwie szklanki piwa.
— Chcę ci powierzyć pewną tajemnicę — odezwał się Toussaint.
— Μόw.
— Czy nie zmieniłeś się? Czy umiesz zawsze być dyskretnym.
— Podobnie, jak ty.
Uderzył się pięścią w piersi.
— Pierwej by mi wydarto serce, niżbym miał zdradzić przyjaciela! Wystaw mnie na próbę.
— Uczynię to rychlej, niż mniemasz.
— Tem lepiej.
— Bo widzisz, ja i margrabia mamy cel pewien.
— Twój pan jest margrabią?
— Tak, — jest Hiszpanem z pochodzenia.
— A jakiż to cel macie?
— Zemstę!
— Na kim chcecie się pomścić?
— Na człowieku, którego ci wskażę, gdy czas nadejdzie.
— Dobrze.
— I jeszcze na kimś innym, którego margrabia poszukuje i spodziewa się znaleźć.
— I cóż dalej?
— Po dopełnieniu tej zemsty, a raczej aktu sprawiedliwości, powrócimy tam, zkąd przybyliśmy. Jeżeli zechcesz, pojedziesz z nami.
— Ano, zobaczymy!
— Nie znam jeszcze projektów margrabiego. Ja wiem, czego chcę! Będę ciebie potrzebował....
— Jestem na twoje usługi.
— Gdzie cię szukać?
W la Hutte. Gdybyś jednak tam mnie nie zastał, znajdziesz mnie zawsze w karczmie Lalouille’a.
— Doskonale.
— A staraj się nie zwlekać.
— Sprawa pójdzie szybko.
Stuknęli się szklankami i wychylili resztę piwa.
— Chciałbym — ozwał się La Brèche zimno — aby zemsta była straszna. Gdyby nawet margrabia zmiękł, ja nie ustąpię.
Szymon promieniał z radości na myśl o walce, którą stoczyć mu przyjdzie.
Wstał z miejsca.
— Chodźmy rzekł — a działaj szybko.
Uścisnęli sobie mocno dłonie i rozeszli się.
Ale przed rozstaniem Szymon Rivolard, przymrużył oko i dał znak dawnemu swemu towarzyszowi.
Znak ten mówił:
— W dzień, czy w nocy, jeśli tylko będziesz potrzebował, jestem gotów na zawołanie.
Brat Ameli Rivolard nie przesadzał wcale
Było to wielkie przyjęcie u niej, recepcya czwartkowa, wspaniała uczta, wydana przez zbogaconego Guillarda-Strauba.
Z początku dość nieśmiało zapraszał on swych kolegów, znających tajemnice jego życia. Z czasem stawał się coraz hojniejszym, wobec zysków agencyi, która rozwijała się nadspodziewanie.
Teraz zatracił już miarę.
Tego wieczora promieniało wszystko w mieszkaniu „Rzymianki“.
Poufali goście znajdowali się w komplecie.
Nie byli zbyt liczni: czterech mężczyzn, wliczając gospodarza i jego sobowtóra, Łazarza Pidoux.
Marty Ribourt nie było oczywiście.
Każdego wieczoru, w którym odbywały się przyjęcia przy ulicy du Moscou, Pidoux wykłamywał się, że ma obiad w ważnych interesach i dawna szwaczka z Combiers pozostawała sama ze swą małą służącą.
Pidoux był stale niewierny i deptał swoje uroczyste przysięgi. Gdyby Marta wiedziała o tem, byłaby mu niezawodnie wydrapała oczy.
Zazdrosna jak tygrysica, była istotnie zakochana. Miała już przecież lat trzydzieści pięć i uważała Łazarza Pidoux za swego ostatniego kochanka.
Napróżno też Cabirol palił wonne kadzidła oświadczeń miłosnych u jej stóp.
Marta uwielbiała Łazarza Pidoux. Mniemała zresztą, że był lepszym, niż był nim w istocie znajdowała go piękniejszym i lepszym od innych.
Cabirol wściekał się, widząc to zaślepienie.
Wstrzymywał się dotąd jednak całą siłą woli, aby nie zniszczyć tego bożyszcza w sercu Marty. Nie był on bowiem bynajmniej w złudzeniu co do owych wycieczek Łazarza Pidoux na obiady niby z interesantami.
Ale Cabirol nie miał jeszcze pewności, — opierał się tylko na podejrzeniach.
Lecz oto uczynił znaczny krok naprzód. Odkrył schronisko, a odkrywszy je, łatwo już było zbadać, co się tam kryło.
Straub nie uważał Cabirola za równego sobie. Jego goście należeli do sfery wyższej. Zapraszał sobie równych lub nawet znaczniejszych, z którymi utrzymywał związki, mogące mu przynieść korzyść.
Towarzystwo, powtarzamy, składało się tylko z czterech osób.
To najprzód p. Anzelm Burot, naczelnik oddziału w prefekturze policyi, mocno otyły jegomość, którego opasły korpus, umieszczony na krótkich nogach, wyglądał jak beczułka na dwu kulach. Twarz jego, okrągła, tłusta, bez zarostu, przypominała karnawałowe maski; lecz oko nie było pozbawione pewnego łotrowskiego sprytu.
P. Burot, który nie posiadał nic, prócz swojej pensyi, zazdrościł w głębi serca bogactwa Straubowi, który schlebiał mu, ile tylko mógł. Burot budził w nim trwogę; był to przedstawiciel władzy i mógł wiedzieć o wszystkiem. Bóg wie, o czem tam nie mówiono wśród czterech ścian jego gabinetu! Lepiej było mieć go przyjacielem niż przeciwnikiem. To też Fulgenty Guillard dogadzał mu jak tylko mógł; schlebiając dwu jego tajemnym namiętnościom. Burot lubił przede wszystkiem wykwintne jedzenie i kobiety.
Pozwalał też łaskawie dogadzać sobie, lecz pozostawał w głębi zazdrosnym i nieprzychylnym.
Drugim z gości był siedmdziesięcioletni starzec, emerytowany urzędnik policyjny, używający sławy obdarzonego niezwykłą pamięcią i sprytem.
Żaden szczegół nie uszedł jego uwagi. Dawne i najnowsze zbrodnie rozklasyfikowane były we wzorowym porządku w jego głowie; zarabiał też niemało, dostarczając dziennikom ciekawych szczegółów o głośnych zbrodniarzach, ich pochodzeniu i dziejach.
Człowiek pożyteczny bezwątpienia i który u przełożonych swoich zachował zawsze wpływy znaczne, — był dla nich wyrocznią.
Dzięki też jemu Straub dowiadywał się zawsze o wszystkiem, co mu wiedzieć było potrzeba.
Ten stary urzędnik policyjny, istne archiwum chodzące, repertoar sądów kryminalnych, mały, przygarbiony, łysy zupełnie, chudy i zgrzybiały, nosił mało dźwięczne nazwisko Sotera Chapiton.
Tych dwu ludzi Fulgenty Guillard poważał wysoko i zabiegał troskliwie o ich przyjaźń.
Zdawało mu się, że ją posiadał, lecz pomimo swej przenikliwości mylił się gruntownie. Obaj ci ludzie byli chytrzy i fałszywi.
W tej czwórce wesołych biesiadników, urodę męską reprezentował Łazarz Pidoux.
Przewyższał swych towarzyszy świeżością lat trzydziestu, chociaż pięknym nie był wcale.
Zaślepioną pod tym względem była tylko Marta Ribourt.
Kobiety w tem gronie odznaczały się istotnie urodą. Przedewszystkiem Amelia Rivolard, zwana popularnie i nie bezpodstawnie Rzymianką.
Wyglądała istotnie jak rzymska matrona, nie dzisiejsza oczywiście, lecz taka, jaką wyobrażamy sobie z czasów medali i cesarzy, z powolnymi, nieco ociężałymi ruchami, imponującą postawą, ciemną cerą, marmurowem ciałem, czarnymi włosami, zwiniętymi w dyadem ponad czołem, z niezmiennym, flegmatycznym spokojem.
Następowała potem najlepsza przyjaciółka Meli, Klaudyna Poselet, z czerwonawo rudymi włosami, biała jak łabędź, ograniczona jak gęś, wywierająca nieodparte wrażenie swemi, istotnie pięknemi, wielkiemi błękitnemi oczami i jak utoczoną figurą.
Pidoux, poznawszy ją u Amelii przed dwoma miesiącami, zapałał ku niej gwałtowną namiętnością. Oddałby był chętnie wszystkie Marty Ribourt na świecie, za jeden włosek Klaudyny.
Uzupełniały to doborowe towarzystwo, dwie inne niewiasty: ładniutka brunetka, młoda bardzo, której edukacyi i wprowadzenia w świat podjął się z zapałem stary Chapiton — i wreszcie blondynka, dość zażywna, nieco już przejrzała, która oddawna dzieliła życie Anzelma Burota.
Stół oświetlony był zwieszającym się z sufitu pająkiem o ośmiu świecach i lampą naftową. Fulgenty Guillard nie cierpiał gazu, obawiając się niezręczności sług i niespodziewanych wybuchów. Kierował się tu, jak i w interesach przezornością, posuniętą nieraz aż do przesady.
Sala przedstawiała widok wspaniały.
Amelia Rivolard prezydowała z godnością. Obok biesiadników zajęły miejsca damy. Wesołość zapanowała powszechna. Nikt w tem gronie nie doświadczał wyrzutów sumienia.
Sprawa morderstwa i rabunku w Orgéres zniknęła w dalekiej, coraz dalszej przeszłości. W tej przeszłości zniknął także hrabia Jan, utopiony rzekomo w zatoce Cayenny, którego zwłoki rekiny pożarły.
To były wszystko historye dawne, które jak śnieg w słońcu stopniały i o których nikt już nie wspominał. Można było teraz używać wszelakich rozkoszy za sumę skradzioną i pieniądze barona Raynauda!
Wesołość biesiadnego grona przerwał p. Anzelm Burot, uwagą dość niefortunną:
— Paryż staje się siedliskiem niebezpiecznych indywiduów. Przed chwilą właśnie spotkałem na schodach jakieś bardzo podejrzane indywiduum. Nie chciałbym spotkać się z takim osobnikiem na pustej ulicy, w nocy.
— O! — przerwał Pidoux z wesołym uśmiechem — w kamienicy tak dobrze zamieszkałej, to nie groźne...
— To jakiś włóczęgą — wtrącił Chapiton — widziałem go także.
Twarz Amelii Rivolard nie straciła pogodnego wyrazu.
— Nie krępujcie się — rzekła. — To był mój brat.
Burot i Chapiton pochylili się równocześnie nad talerzami.
Chapiton spojrzał ukradkiem na swego kolegę.
— Palnęliśmy głupstwo... szepnął.
Burot nadrabiał miną:
— Brat pani? — spytał. — Czy jesteś tego pewna.
— Nie wygląda pięknie — to pewna. — Nie opływa bowiem w zbytkach, podobnie jak i ja. Gdybym miała dochody z kapitałów, czy mniemacie, że dotrzymywałabym tu wam towarzystwa?
— Miła szczerość! — zawołał Chapiton.
— To właściwie nie jest uprzejme, co nam mówisz... — użalił się Fulgenty Guillard.
— Czyż możecie przypuszczać, że jestem tu dla własnej przyjemności? — Przytem — dodała, uderzając Gaillarda po ramieniu — zabraniam panu mówić do mnie „ty“ w towarzystwie.
— Jesteś okrutna!
— A czemże się zajmuje ten brat? — zapytał Pidoux. — Nic nie wiedziałem o jego istnieniu.
— Mój brat zajmował się kłusownictwem na terenach baronaRaynaud i innych. Teraz nie robi nic. Pije.
Melia nie okraszała prawdy.
— Jak się nazywa? — zapytał Chapiton.
— Szymon... Szymon Rivolard, tak samo, jak ja.
— A, Szymon Rivolard — zaczął recytować Chapiton, tonem studenta, wydającego lekcyę, — włóczęga najgorszego gatunku, z żalem wyznać muszę, bardzo niebezpieczny. Znają go wszyscy strażnicy departamentu. Podejrzany o zabójstwo strażnika barona Raynaud, uwolniony był jednak z braku dowodów. Zabójstwo to popełnił niejaki Toussaint Vardon, zwany la Brèche, także kłusownik, którego skazano na dwadzieścia lat ciężkich robót i zasłano do Cayenny, na wyraźne życzenie barona Raynaud. Utopił się on piętnaście miesięcy potem w zatoce tamtejszej, wraz z niejakim hrabią Janem de Marcilles, w którego towarzystwie usiłował uciec.
— Zanudzasz panie swemi opowiadaniami — przerwał Burot, który pił ciągle i umizgał się do rudej Klaudyny.
Ta jednak nie zwracała na to uwagi, jedząc za czterech i pijąc za trzech.
Ale Chapiton, gdy zaczął co opowiadać z kryminalnych historyj, nie dawał sobie przerwać.
— Sprawa tego hrabiego de Marcilles zdawała mi się zawsze podejrzaną. I nie mnie tylko, lecz innym. I gdyby chciano zadać sobie trudu, to sprawa ta, pomimo tak znacznego upływu czasu, naprowadziłaby może na ślad istotnych winowajców, którzy czują się teraz bezpieczni, gdyż nieszczęśliwy skazaniec zginął. Ciągle myślę o tem. Zebrałem mnóstwo dokumentów, ot tak, z zamiłowania. Uderzającym jest fakt, że ów baron Raynaud poślubił wdowę hrabiego, która jest jedną z najpiękniejszych kobiet w Paryżu, a trzeba wiedzieć, że ten baron był sąsiadem wiejskim hrabiego. — Tu jest punkt wyjścia, równie dobry, jak każdy inny.
— I czegoż to dowodzi? — zarzucił Pidoux.
— A następnie ciągnął dalej Chapiton, nie zwracając uwagi na przerwę — po cóż wysłano hrabiego właśnie do Cayenny, jak owego Vardona? Wpływy tajemnicze! Intryga, czy przypadek?... Mnie starego psa gończego trudno w błąd wprowadzić. Przeczuwam całą robotę, ale nie myślę wcale rozpoczynać walki z baronem, chociaż jestem zupełnie niezależny. Byłaby to jednak walka glinianego garnka z miedzianym rondlem.
— Ależ Chapiton — ozwał się z kolei Straub — przecież to sprawa już osądzona. Wszelkie rezonowania nie przydadzą się już na nic.
— Oczywiście! — odparł stary. — Ja tylko tak, z zamiłowania. Gdybym chciał, doszedłbym prawdy. Ale nie chcę. Życie jest walką. Tem gorzej dla słabych. To jak na ulicy. Biada przejechanym! Owce zawsze muszą być strzyżone. Co tam! pijmy!
— I kochajmy! — szepnął miłośnie Pidoux do ucha rudej Klaudyny.
Po małej przerwie, stary Chapiton wrócił z uporem do ulubionego przedmiotu.
— Zobaczycie jednak — ozwał się — że pewnego dnia będziemy mieli nowiny w sprawie hrabiego de Marcilles. Mam powody tak mniemać. Wcale dobre powody.
Fulgenty dźwignął ramionami.
W myśli zapytywał siebie, czy miał być w dalszym ciągu równie uprzejmym dla tego gościa niemiłego i upartego.
— Proponuję zakład! — oświadczył Chapiton.
Anzelm Burot, któremu wino poczynało szumieć w głowie, odpowiedział na wyzwanie:
— O co? — zapytał.
— O obiad we czwórkę, — orgia nadzwyczajna!
— Gdzie?
— W restauracyi Montesqieu.
— Dobrze. Ceny dla mnie przystępne.
— Będziesz z nami, Pidoux.
— Z przyjemnością.
A pan, panie Guillard?
Straub skrzywił się. Chapiton drażnił mu nerwy. Odpowiedział jednak:
— Z ochotą.
— Oznaczmy termin — rzekł Burot.
— Słusznie. Więc jaki termin?
— Sześć miesięcy.
Chapiton zamyślił się. Straub uśmiechnął się z pogardą.
— To trochę za mało. Lecz zgadzam się.
I zaczął liczyć na palcach.
— Pierwszy maja.... pierwszy listopada... Jeśli do tego czasu sprawa Marcilles nie obudzi się ze snu — przegrywam. Rozumie się, że ten, który przegra — płaci.
Fulgenty Guillard uśmiechał się ciągle pogardliwie.
Wszak sprawa Marcilles nie spała.
Ona była pogrzebana stanowczo.
Uczta dobiegała do końca. Około dziesiątej ruda Klaudyna, rozmarzona winem, spała z głową na obrusie. Pidoux napróżno usiłował ją rozbudzić. Chapiton szeptał coś jeszcze niewyraźnie do ucha małej brunetki. Anzelm Burot, ze swoją towarzyszką siedział przy stole dopijając zwolna szósty kieliszek likieru.
Z pokoju „Rzymiauki“ dochodziły odgłosy sprzeczki, w której Fulgenty Guillard nie zdawał się być zwycięzcą. Dopiero około jedenastej wyszedł on z przyjaciółmi z mieszkania Amelii, która pozostawszy sama odetchnęła z ulgą.
Po chwili zarzuciła płaszcz na siebie, zeszła ze schodów i udała się na róg ulicy Madryckiej. Zadzwoniła do bramy eleganckiej kamienicy. Na progu kawalerskiego mieszkania powitał ją wytworny młodzieniec. Był to wicehrabia Antoni des Charmes, klient agencyi Pidoux, Straub et Cie. Tą drogą toczyły się pieniążki Fulgentiego Guillarda.
Spotkanie w Lasku Bulońskim wprawiło baronowę Raynaud w ostateczne pomieszanie.
Nagle wyrwana została z tego odrętwienia, w jakiem pozostawała jej dusza.
Przeniosła się nagle myślą o pięć lat wstecz. Zdało się jej, że odnajduje utracone osoby. Przeszłość jakby powracała do niej i poczęła jej wyrzucać dotychczasową jej apatyę i słabość.
A wszakże weszła ona do tego domu, gdzie obecnie królowała, nie w innym charakterze, tylko jako wróg, używający przebrania, aby wkraść się do obozu nieprzyjaciół i tem skuteczniej ich śledzić.
— I cóż uczyniła? Nic.
Po kilku nieśmiałych próbach usidlenia tego człowieka, nadto silnego, aby się zdradzić, nadto panującego nad sobą, aby popełnić jaką nieostrożność, pozwoliła się rozbroić staraniami, zapobiegliwością, troskliwością i uległością barona, rozkochanego w niej do szaleństwa, a dość potężnego, by módz urzeczywistnić wszelkie jej fantazye.
Nie kochała go, to pewna, lecz czyż baron nie mógł mieć pod tym względem
złudzenia? Należała do niego, nosiła jego nazwisko, była jego własnością, jego rzeczą.
Słowem, on ją zwyciężył!
Opanował ją gniew do siebie samej.
Jeżeli to był istotnie wicehrabia Cezary, którego dostrzegła w przejeździe! Jeżeli on żył i ukazał się przed nią nagle w tym świecie, do którego mógł wejść równem prawem jak ona, — czyż zdołałaby znieść ten wzrok pogardy, jakim by ją zmierzył za tak nikczemną zdradę?
Ale — pocieszała się — to niezawodnie omyłka. Brat Jana de Marcilles nie mógł być tutaj. Nikt nawet zaręczyć nie był w stanie, czy wicehrabia był jeszcze przy życiu. Jakieś dalekie podobieństwo wprawiło ją w to pomieszanie, pod wpływem którego drżała powróciwszy do siebie.
Myśli trapiących nie zdołała jednak odpędzić!
Wracała ciągle pamięcią do tego dnia, w którym baron Maksym pojawił się u niej, w jej smutnem mieszkaniu przy ulicy Vernanil, aby ze złym błyskiem radości w oczach zwiastować jej śmierć męża i prosić o jej rękę.
W jej duszy odżywały i burzyły się te same uczucia, jakie nią poruszały w owej chwili.
Aby unicestwić cały szereg lat mniemanego spokoju i rozstroić do najwyższego stopnia nerwy, wystarczyło brzmienie głosu i podobieństwo twarzy, wystarczyło to, aby ożywić w jej wspomnieniu postacie, o których zresztą nie zapomniała nigdy.
Wyrzucała sobie, że usiłowała uniewinnić barona, że starała się przestać go nienawidzieć, nienawiść ta bowiem ciężyła jej nieznośnem brzemieniem.
Wszelkie rezonowania, usprawiedliwiające barona, wydawały się jej teraz nikczemnemi.
Któż bowiem mógł dopuścić się zbrodni, jeśli nie ten, który z niej korzystał?...
Tysiące projektów snuły się w jej rozgorączkowanym mózgu.
Bezustannie powtarzała sobie nazwisko margrabiego d’Aguilas, jakby w obawie, aby jej nie wyszło z pamięci.
Jakieś nieokreślone przeczucie mówiło jej, że ten nieznajomy będzie wmieszany w jej życie, że on posiada klucz dręczącej ją zagadki. Nie mogła też usunąć z pamięci twarzy człowieka, który towarzyszył margrabiemu i którego jedno spojrzenie tak gwałtownie ją wzburzyło.
Pod pozorem bólu głowy udała się natychmiast do siebie.
Zuzanna zajęta była szyciem, przy oknie.
— Pani czuje się niezdrową? — spytała.
— Tak! — odrzekła baronowa i osunęła się na fotel.
— Mów do mnie, jak dawniej! — dodała i rozpłakała się rzewnie.
— Pani ma zmartwienie — ozwała się z cicha Zuzanna. — Pani pewno myśli o nim...
Baronowa skinęła głową.
— Ja także — ciągnęła dalej Zuzanna. — A wie pani, co mi nieraz na myśl przychodzi?
Helena skierowała ku niej wzrok pytający.
— Myślę, że może on nie zginął, że zdarzały się przecież rzeczy jeszcze dziwniejsze i że on mógłby powrócić...
— On?
— Dlaczegoźby nie?
— Ach, zamilcz! Po tem, co uczyniłam, to byłoby straszne. Cóżby powiedziano o mnie? Ale to niedorzeczność. Śmierć jego więcej niż pewna.
— Kto wie? To tak daleko, ta Guyana.
Zuzanna kręciła się po pokoju, przygotowując wszystko na noc dla pani.
Baronowa przywołała ją do siebie.
— Czy też widziano potem — spytała — tego ślepego żebraka, który stawał na chodniku, przy parkanie?
— Zdaje mi się, że nie.
— A ty, czy byłaś w ogrodzie?
— Około godziny piątej. Pani była wtedy w Lasku Bulońskim z panem baronem.
To ostatnia wyrazy wymówiła Zuzauna z widoczną niechęcią.
— I nie spostrzegłaś tego żebraka?
— Owszem. Wczoraj, około drugiej.
— Jak on wygląda?
— Ot, jak inni.
— Nie spostrzegłaś w nim nic niezwykłego?
— Nic wcale. Czy on panią interesuje?
— Oczywiście. Tacy biedni ludzie zasługują na politowanie.
— A jednak — odparła Zuzanna — mówią, że to wcale dobre rzemiosło. Podobno tacy ślepcy gromadzą nieraz po sto tysięcy franków.
Ta wieśniaczka z Marcilles nie zwróciła baczniejszej uwagi na niewidomego żebraka.
W kilka dni później, w pałacu barona Raynaud, po obiedzie, na którym było kilka zaproszonych osób, całe towarzystwo zgromadziło się w salonie.
Marcela Raynaud, siedząc przy fortepianie, grała serenadę Schuberta.
Ale zaledwie słuchano.
Melancholijny śpiew ten tworzył raczej jakby akompaniament rozmów, toczących się wśród grup rozproszonych w ogromnej sali.
Baronowa usiadła przy oknie i trzymając w objęciach córeczkę swą Gabryelę, rozmawiała z cicha z margrabią Krystyanem de Parsay, który od czasu do czasu rzucał namiętne spojrzenia w stronę grającej.
Wstał wreszcie i zbliżył się do fortepianu, słuchając z zachwytem.
Jego szerokie ramiona, silnie rozwinięta szyja, ręce atlety, włosy gęste stanowiły kontrast z delikatnością kształtów młodej dziewczyny, której twarz przybrała wyraz chmurny.
— O czem to pan rozmawiałeś z moją młodą, czarującą macochą? — spytała nie przerywając grania. — Widzę, że przechodzisz pan do nieprzyjacielskiego obozu.
— Nieprzyjacielskiego? Nie masz słuszności, kuzynko, ze swojemi uprzedzeniami.
— To nie są uprzedzenia, to wstręt!
— Czyż to nie minie?
— Nigdy!
— Nie należy mówić ani nigdy, ani zawsze.
— Niech pana moje uczucia nie obchodzą, — proszę mi dać odpowiedź na pytanie.
— Chętnie... Prosiłem baronowę, by się wstawiła za mną do pani.
— Złą pan wybrałeś sobie protektorkę.
Ruchy młodej panny stawały się coraz bardziej nerwowe.
Wstała żywo od fortepianu i stając przed margrabią, rzuciła:
— Spodziewam się, że nie zamyślasz pan śpiewać pochwał baronowej przedemną.
— Dlaczegożby nie?
— Zabraniam panu.
— A jeśli okażę się nieposłusznym?
I nie czekając na odpowiedź dodał:
— Mam odwagę własnych przekonań. Kocham cię do szaleństwa, Marcelo. Ty jesteś mojem pożądaniem, moim celem, dumą moją. Myślę o tobie od rana do wieczora i od wieczora do rana...
— No, i co dalej?
— Ale winien ci jestem szczerość. Baronowa jest istotą doskonałą i chciałbym, abyś od dnia, w którym zostaniesz moją żoną, wyrzekła się swych nieuzasadnionych uprzedzeń i zaczęła z nią żyć w dobrem porozumieniu.
— Bardzo to pięknie powiedziane, ale to się nie stanie.
— Dlaczego?
Marcela zmieniła nagle ton swój, dotąd ostry i ironiczny.
— Nie wiem — rzekła, podając margrabiemu ramię i prowadząc go do otwartej oranżeryi, — nie wiem, co nas czeka w przyszłości, ale czuję, że obecność tej kobiety w tym domu przyniesie nam nieszczęście...
— Przywidzenie!
— Niech i tak będzie, ale czyż można zapanować nad swojami wrażeniami? W życiu dawnem mojej macochy są pewne niejasności, punkty tajemnicze... Nie usiłuję ich rozświetlić, ale one mnie trwożą...
— To doprawdy nierozsądne, dziecinne!
— Nie! Z natury jestem odważna, a przecież się boję...
Krystyan wyciągnął ramię.
— Oprzyj się na tem ramieniu rzekł i nie lękaj się.
Marcela lekko drgnęła.
— Może masz i słuszność — odrzekła — ale ponieważ jesteś silny, bądź cierpliwy. Ja mam lat dziewiętnaście. Oboje mamy dość czasu, aby się zbyt pospiesznie nie wiązać...
To było niemal przyrzeczenie.
Margrabia zbladł z radości.
I nie zważając na śledzące ich zazdrosne spojrzenia, pochwycił w swoje potężne ręce, delikatne rączki swej kuzynki i począł je okrywać pocałunkami.
Ona się usunęła, cała zarumieniona.
— Zostaw-że pan! — rzekła. — Jesteś istotnie śmieszny. Ja przecież nic nie przyrzekłam.
— Myślałem... Miałem nadzieję...
— Nie odbieram ci jej. Ale potem zobaczymy.
Krystyan westchnął głęboko.
— Bylibyśmy tak szczęśliwi... — szepnął.
— Tak to się mówi, a potem spostrzega się nagle, że się było w błędzie. I cobyśmy robili?
— Gdybyś była moją żoną?
— No, przypuśćmy...
— Przedewszystkiem zawiózłbym cię daleko od świata, gdziebyśmy byli zupełnie sami...
— O to byłoby nadto jednostajne.
— Z tobą? Nigdy!
— Zanudziłby się pan rychło i zaczął byś tęsknić do swego klubu, do swej partyi wista.
— Nie cierpię tego...
— A wyścigi? zakłady?
— Nienawidzę ich.
— Jesteś więc chyba wyjątkiem.
— Być może.
— A teatr? a opera?
— Usypiam na nich....
— A bulwary i inne przyjemności?
— Duszę się na bulwarach. O, Marcelo, piękny dom wiejski, a w nim kobieta kochana, któraby go ożywiała swym wdziękiem, świeże powietrze lasów i pól a nie zatruta atmosfera Paryża, śliczne, spokojne wieczory i pogodne noce gwiaździste — to rozkosz prawdziwa....
— Dość już tego! Nie wiedziałam, że pan jesteś tak sentymentalny....
— To nie sentymentalizm. Czyż ten świat, który cię ściska za ręce wówczas, gdy chciałby cię ukąsić, który cię nie cierpi i zazdrości tobie, czyż ten świat zastąpić może cudną Bożą przyrodę, która cię wita tak promiennie i nie oszukuje tych, którzy ją kochają.
— Ale wśród tej cudnej przyrody, czas kochany Krystyanie, wydałby się tobie okropnie długi. Czembyś go zapełnił?
— Ja? Nie przyszłoby mi to z trudnością. Polowałbym zawzięcie, pilnowałbym gospodarstwa i odwiedzał dzierżawców czy sąsiadów.... A moja pani tymczasem zajmowałaby się wnętrzem mieszkania....
— Jak wieśniaczka?
— A tak. Czuwałaby nad swoim małym światem, nad ogrodem, nad kuchnią nawet.....
— Nawet kuchnią? To straszne!
— Dla rozrywki zaś moja pani malowałaby trochę i grała bardzo dużo na fortepianie.
— I to już wszystko?
— Mniej więcej.
I pochylając się ku niej dodał:
— Romans nasz kończyłby się jak w bajce....
— Byli szczęśliwi....
— I mieli dużo dzieci!
Marcela wzruszyła ramionami, uśmiechając się zalotnie.
— Obrazek istotnie czarujący — rzekła — ale nie pociąga mnie wcale.
— Jeszcze nie? Ale to przyjdzie z czasem.
To mówiąc objął ją wpół i okręcił jak w walcu.
— Połamiesz mi pan kości! — zawołała Marcela, śmiejąc się.
— Silny a łagodny to dewiza rodu Parsay’ów.
W dalekich alejach ogrodu cienie nocy zapadały.
Pogoda była wspaniała.
Prześliczny jest zwykle początek wiosny w ogrodach książęcych pałaców przedmieścia Saint-Honoré lub Saint-Germain.
Otóż co się działo około kraty pałacowej, wychodzącej na Pola Elizejskie.
Zuzanna, pokojowa baronowej, wyszła po obiedzie do parku, aby odetchnąć świeżem powietrzem.
Doszła do kiosku, wychodzącego na avenue Gabriel i usiadła na krześle.
Ze swego miejsca, dostrzegała wyraźnie światła w salonach pałacu Raynaud.
Promień, padający od latarni na chodniku, oświetlał całą jej postać, pośród coraz gęstszych ciemności w około.
Była zupełnie sama.
Pogrążyła się w rozmyślaniach o szczególniejszych wydarzeniach, których była niejako świadkiem; rysowała się w jej pamięci męska, dzielna postać przyjaciela jej lat dziecinnych, Jana de Marcilles, dla którego miała zawsze rodzaj kultu, gdy w tem, przy kracie, o dwa kroki od niej odezwał się głos przejmujący, jękliwy.
— Litości dla biednego ślepca!
Zuzanna porwała się z miejsca, jak gdyby pod wpływem prądu elektrycznego.
Zwróciła się w stronę, zkąd glos pochodził i pozostawała nieruchoma, w osłupieniu.
Dały się słyszeć kroki wraz z dźwiękiem monety, spadającej w blaszaną skarbonkę.
Kroki się oddaliły, na ulicy było pusto.
A wówczas ozwał się znowu, lecz słabiej głos żebraka:
— Biedny ślepiec prosi o litość!
Zuzanna zbliżyła się do kraty krokiem automatycznym, jak gdyby pod wpływem rozkazu.
Echo tego głosu rozbrzmiało w jej sercu.
Lecz w chwili, gdy ona zbliżyła się tak do kraty, aby mogła dojrzeć, co się po za nią dzieje, tenże sam głos szepnął tak cicho, aby tylko Zuzanna doszłyszeć mogła.
— Zuzanno!
Zadrżała tak samo, jak przed kilku dniami Helena.
— Znacie mnie? — spytała.
— Znam.
— Kimże jesteście?
— Żebrakiem, ale i żebrak może oddać przysługę. Czy jesteś sama?
— Zupełnie sama.
— Czy jesteś przywiązana do swojej pani?
— Bezwątpienia.
— Kochałaś hrabiego Jana de Marcilles?
— Kochałam go zawsze.
— A więc przez pamięć o Janie de Marcilles, który był twoim przyjacielem, doręcz to baronowej Raynaud, ale w tajemnicy. Czy zechcesz to uczynić?
Mały piesek biały podawał skarbonkę blaszaną przez kratę.
Zuzanna pochyliła się i ujrzała w skarbonce papier zaklejony czerwonym lakiem.
Mam doręczyć ten list? — spytała.
— Tak. Do własnych jej rąk. Czy mi to przyrzekasz?
— Doręczę niezawodnie.
— List ten zawiera wyrok życia albo śmierci.
— Dla kogo.
— Dowiecie się o tem. Bądź zdrowa, Zuzanno i dziękuję ci.
Stała w osłupieniu, jak gdyby ujrzała upiora, wychodzącego z grobu.
Zapanowawszy nieco nad sobą, wspięła się na palce po nad kratę, chcąc lepiej się przypatrzeć człowiekowi, którego głos tak ją poruszył.
Ślepiec, skurczony we dwoje, odchodził zwolna, poprzedzany przez białego pieska, krokiem niepewnym nieszczęśliwych, pozbawionych wzroku.
— Czyżbym traciła zmysły? — pytała teraz siebie Zuzanna, podobnie jak jej pani. — Ten głos... to przecież głos... Ale nie, to niemożebne!
Spojrzała na list i przy świetle latarni usiłowała rozpoznać charakter pisma.
Ale na kopercie nie było adresu.
Wsunęła list do kieszeni i odeszła ku pałacowi.
Przechodząc pod oknami otwartemi salonu, słyszała jak baron zapraszał gości do swojej loży, na operę.
Zuzanna dała znak swej pani, która wychyliła się przez okno.
— Niech pani zostanie — szepnęła.
W kilka minut później wspaniałe pojazdy zaczęły szeregiem podjeżdżać pod peron, zakreślały poważnie łuk w około gazonu dziedzińca i wyjeżdżały szumnie przez wielką bramę pałacu.
— A ty nie chcesz nam towarzyszyć, — Helenko? — spytał baron, wsiadając już do powozu.
— Ach, nie!
— Czujesz się może niezdrową?
— Trochę. Ale to nic ważnego.
Za chwilę dziedziniec opustoszał. Ciężką bramę wjazdową zamknięto. Helena pośpiesznie udała się do swego pokoju.
Czekała już tam na nią Zuzanna.
— Czego sobie życzysz? — spytała baronowa.
Pokojowa podała jej list, zapieczętowany czerwonym lakiem.
— Niech pani czyta... — rzekła.
— Od kogo to?
— Od ślepego.<br — Helena zachwiała się na nogach i oparła o poręcz krzesła, aby nie upaść.
— Widziałaś go? — spytała.
— Przed chwilą.
— Mówiłaś z nim.
— Tak. On mnie zna. To jakaś tajemnica.
Podbiegła ku drzwiom, zamknęła je na klucz i wracając do swej pani, która drżąca trzymała ciągle ów list w rękach.
— Niechże pani czyta! — zawołała.
List był krótkiej treści. Zawierał tylko te słowa:
„Ten, o którym sądziłaś, że zginał, żyje; ocalony cudem. Jest nieszczęśliwy. Jeżeli zachowałaś jego pamięć w zakątku duszy, jeżeli chcesz wiedzieć, co się z nim dzieje, przybądź jutro, około godziny trzeciej, na avenue Bosquet, na róg ulicy Granelle. Czerwona chustka, zwieszająca się z okna pawilonu, rozpadającego się w ruinę, wskaże ci miejsce, gdzie będziesz oczekiwaną.“
— On żyje! — zawołała baronowa. — Boże mój, spraw to, aby mi przebaczył!
Zuzanna chwyciła list z rąk baronowej i przeczytała go chciwie. Drżała ze wzruszenia.
— Żyje! — powtórzyła jak echo.<brł
I zbliżając się do swej pani, spytała:
— Co pani teraz uczynić zamierza?
Baronowa nie zawahała się ani na chwilę.
— Potrzeba mi odwagi, dużo odwagi. I będę ją miała. Mam tyle słabości do odkupienia...
Czuła się jednak w tej chwili całkowicie zgnębioną. Od dni kilku żyła w ciągłej gorączce, gorączce oczekiwania, czując zbliżającą się burzę.
W chwili, gdy Helena udawała się na spoczynek, aby skrócić sobie godziny oczekiwania, Jan de Marcilles wchodził do mieszkania brata swego w pałacu Wasilewa.
— I cóż? — spytał wicehrabia Cezary.
— Widziałem się z Zuzanną!
— A list?
— Helena musiała go już otrzymać.
— Czy przyjdzie?
— Jestem tego pewny.
— Zatem jutro, o godzinie trzeciej.
Hrabia Jan przyciskał sobie serce obu rękami.
— Tak, jutro! szepnął. Jutro ją obaczę, a ty ją osądzisz!
Cezary wyszedł. A Jan ułożył się na kanapie i zamknąwszy oczy usiłował przywołać ukochaną postać.
Zdawało mu się, że wiek cały oddziela go od chwili umówionej schadzki.
Około północy Maksym Raynaud wrócił z opery i usiadł przy łóżku żony.
Baron był w wybornym humorze.
W teatrze, przyjaciel jego Marchal zapoznał go z kuzynem margrabiego d’Aguilas.
Zrobił na nim wrażenie człowieka bardzo dystyngowanego.
Ten Amerykanin, pochodzenia hiszpańskiego, mówił wybornie po francusku.
Margrabia zamierzał nabyć dobra w okolicach Paryża. Baron radził mu zakupić majątek Roissy, mający piękny zamek i park wspaniały.
Wkrótce jednak baron zauważył przygnębienie Heleny i to go mocno zmartwiło.
— Wyjedziemy z Paryża — rzekł. — Powietrze wiejskie dobrze ci zrobi.
— Zapewne.
— W Varenne będziemy używali spokoju. — I dodał z uśmiechem:
— Świat niemiłosiernie zamęcza tych, którzy mu służą. Za dużo było rozrywek tej zimy, zanadto balów, uczt, nocy bezsennych. W Varenne będziemy mieli spokój względny. Zresztą to tak niedaleko od Paryża. Kiedy tylko zechcesz, możesz powrócić...
— Kiedy zamierzasz wyjechać?
— Ty oznacz dzień i godzinę. Jesteś panią we wszystkiem.
Mówiąc to okrywał rękę Heleny pocałunkami.
— Jak ja cię kocham! — szeptał w upojeniu.
Dostrzegłszy wszakże chmurę na twarzy Heleny, wnet spytał:
— Chcesz zostać sama?
— Wybacz — odrzekła ona. Nie oceniam dostatecznie twojej dla mnie dobroci, ale doprawdy nie wiem, co mi jest. Jakieś szczególne niedomaganie. Myśli nie mogę zebrać. Wszystko mnie mrozi i razi.
— Kapryśna, jak wszystkie kobiety! Jakie masz projekty na jutro?
— Ponieważ wkrótce wyjeżdżamy, oddać muszę parę wizyt, poczynić sprawunki, przygotowania...
Baron, trzymając ciągle rękę żony w swych dłoniach, pochylił się i ucałował ją w czoło.
— A więc dobranoc — rzekł i wyszedł.
Zaledwie zniknął za drzwiami, Helena wyskoczyła z łóżka, pobiegła do umywalni i zaczęła obmywać wodą ręce i czoło, aby zatrzeć ślady pocałunków barona.
Były jej teraz nieznośne. Przecież Jan de Marcilles żył!
Noc spędziła straszną. Zdawało się jej ciągle, że słyszy głos, czyniący jej krwawe wyrzuty i zwiastujący jej powrót tego, o którym sądziła, że zginął od dawna.
A jednak on żył. Może go nawet zobaczy. Ale czemże on teraz będzie dla niej? Sędzią? wrogiem?
Cóż ona mu powie na swoją obronę? Jak wytłumaczy to złamanie wiary, to przejście w objęcia innego, które ją poniżało, hańbiło?
A jednak ona w głębi duszy pragnęła stanąć wobec tego sędziego, pragnęła bronić się całą siłą miłości, która budziła się, odżywała w sercu.
Godziny nocy zdawały się jej nieskończonemi.
Dopiero ze świtem usnęła, a gdy się obudziła, promienie słońca zalewały pokój.
Zuzanna rozsunęła firanki.
Podczas śniadania nie śmiała podnieść oczu na barona.
A skoro tylko wyszedł, ubrała się pospiesznie w ciemną suknię i kazała zaprządz do powozu.
O godzinie pół do trzeciej uściskała córeczkę swoją z niezwykłą czułością i wyszła z domu w towarzystwie swej wiernej Zuzanny.
Powóz pomknął szybko w kierunku wielkich magazynów „Bon Marché“ i w dziesięć minut później był już u wejścia do olbrzymiego tego bazaru.
Baronowa i Zuzanna przeciskały się z trudem przez tłumy, tłoczące się w kurytarzach i salach magazynu.
Wyszły na przeciwnym końcu, na ulicę de Babylone i zatrzymawszy przejeżdżającego fiakra, kazały mu jechać na avenue Bosquet.
Stangret i lokaj baronowej, siedząc na koźle powozu, czekali obojętnie, w swej liberyi błękitnej o złotych guzikach.
Fiakier, tak odmienny od wspaniałego powozu, toczył się tymczasem po nierównym bruku ulicy de Babylone. Gdy dojechał do avenue Bosquet, Helena kazała mu się zatrzymać, spostrzegła bowiem w jednem z okien znak umówiony: zwieszającą się chustę czerwoną.
Baronowa wysiadła i rzuciwszy Zuzannie słówko: Wracam zaraz! odważnie wkroczyła w bramę nędznie wyglądającej kamienicy.
Ani na chwilę Helena nie przypuszczała, aby mogła wpaść w zasadzkę.
Myślała tylko o tym człowieku, który całą jej duszę zapełniał. Nie zwracała uwagi ani na wydeptane, brudne schody, ani na odrapane mury.
Na ostatnim stopniu schodów wstrzymała się.
Otwarły się drzwi do pokoju, niemal pustego; dwa krzesła i łóżko żelazne stanowiły całe umeblowanie; story były zapuszczone; panował półmrok.
W głębi stał mężczyzna z pochyloną głową. U jego stóp leżał mały biały piesek, który na widok nieznajomej postaci zaczął warczeć.
Mężczyzna ów pochylił się i począł go głaskać po głowie, nakazując mu spokój.
— Czy to pani baronowa? — spytał łagodnym głosem.
Na brzmienie tego głosu baronowa zadrżała.
— Jestem.... — odrzekła z cicha. — A pan jesteś niewidomym z avenue Gabriel.
— Tak.
— Spodziewałam się zastać tu kogo innego.
— Życzyła sobie pani powziąć wiadomość o tym, który był jej mężem.
— Rzeczywiście.
— Nikt dokładniejszych odemnie, nie zdoła pani udzielić.
— Czy pan znałeś Jana de Marcilles?
— Byliśmy skuci jednym łańcuchem, tam, w Cayennie.
— Potrafiłeś pan uciec?
— Nie uciekłem. Odbyłem karę.
— A hrabia?
— Hrabia umknął przed kilku laty z jednym z towarzyszów. Znalazł schronienie w la Plata. Do Francyi wrócić nie może w obawie, aby go nie poznano.
— Dlaczego nie pisał do mnie? spytała po chwili baronowa. — Przecież jest wolny; mogłabym była pojechać do niego...
— Gorzki uśmiech przemknął po ustach niewidomego. Cicho, głosem drżącym odrzekł:
— Czyż ten nieszczęśliwy człowiek mógł przypuszczać, że pani zechce dla niego zdobyć się na taką ofiarę.
— Jakto? Więc on zwątpił o mnie?
— Czyżby być mogło inaczej? Są rzeczy, o których pani nie wie.
Cudem ocalony, hrabia naraził się ponownie na największe niebezpieczeństwa, utratę wolności, na nędzę, o której pani nawet pojęcia mieć nie może, jedynie po to, aby panią zobaczyć, zabrać z sobą w dalekie kraje, gdzie może żyć w spokoju... Powrócił był do Paryża...
— Jakto? on?
— Tak pani, przed pięciu laty... z narażeniem życia.
— I cóż?
— Pani już była opuściła wówczas miejsce pobytu, w którem on spodziewał się panią zastać. Pewnego wieczoru, o zmroku, udał się na ulicę de Verneuil. Tam powiedziano mu, że pani wyprowadziła się z tej dzielnicy, nie pozostawiwszy swego nowego adresu. Nie śmiąc się pokazywać jawnie, zrozpaczony błąkał się po ulicach, gdy nazajutrz, wszedł przypadkowo do kościoła świętego Filipa du Roule. Pojazdy stały przed kościołem a na ustach wszystkich było nazwisko barona Raynaud. Hrabia, stojąc poza kolumną, drżący z niemocnej wściekłości, widział panią przechodzącą, wspartą na ramieniu swego nowego małżonka. Nie chciał jednak burzyć tej uroczystości. Śmiertelnie dotknięty wróci do La Plata, aby zapomnieć.
— I cóż, i cóż dalej? — pytała Helena ze wzrokiem utkwionym w twarz ślepca.
— Mniemał, że oddalenie, że pogarda na widok takiej nikczemności wpłyną na uleczenie doznanej rany, tem boleśniejszej, że miłość dla pani była jedyną namiętnością w jego całem życiu. Sądził, że życie czynne, że i praca na kawałek powszedniego chleba, dopomogą mu zapomnieć. Zawiódł się jednak. Zapomnienia nie znalazł. Żyje w służbie u pana, który daje mu dostateczne utrzymanie i traktuje go raczej jak przyjaciela, niż sługę. Ale boleść jego nie zmniejszyła się wcale.
Po krótkiej przerwie dodał niewidomy:
— Powinien był cię znienawidzieć pani. A jednak, mimo wszystko kocha cię jak dawniej. Kocha cię namiętnie, gorąco, zarówno jak i to dziecko, które jest jego dzieckiem, — i umiera z tęsknoty... A pani tymczasem należysz do innego.
— Gdyby mnie nienawidził, musiałby mnie nie znać. Jeżeli przybyłam na wezwanie, jeżeli jestem na tem miejscu, czyż to nie jest dowodem, że ja kocham go także?
Niewidomy przyłożył rękę do serca. Łzy zabłysły pod jego powieką.
Po chwili milczenia, ciągnął dalej:
— Byłem jego przyjacielem; znam jego najtajniejsze myśli. Po mojem uwolnieniu mieszkałem z nim razem w Buenos-Ayres przez dwa lata. Wskutek przypadku straciwszy wzrok, podążyłem do Francyi, gdzie żyję — z jałmużny. Przyrzekłem Janowi de Marcilles, że się dostanę do pani i powiem jej prawdę. I oto spełniłem zadanie. Pani wie już wszystko...
— Teraz moje zadanie się rozpoczyna... — przerwała żywo Helena.
— Nie rozumiem pani...
— Gdzie on jest?
— Co pani zamierzasz uczynić?
— Chcę go obaczyć, mówić z nim.
— Niech pani napisze do sekretarza margrabiego d’Aguilas.
— Nie będę wcale pisała.
— Jakto?
— Pisać nie będę. Sama pojadę.
— Czyżby pani opuściła Paryż, sytuacyę, jaką tu zajmujesz, barona Raynaud?
— Porzucę wszystko!
— Czyżbyś pani zgodziła się wyrzec się obecnej, świetnej, budzącej zazdrość pozycyi, aby dzielić losy nieszczęśliwego, zgnębionego człowieka?
— To mój obowiązek!
— A baron Raynaud?
— Wychodząc za niego, byłam pewna, że Jan zginął. Skoro on żyje, należę do niego.
— Nie jesteś pani wolną.
— Wolność odzyskam. Opuszczę pałac barona, z moją córeczką, nie biorąc zresztą nic z sobą. Udam się do margrabiego d’Aguilas. Ponieważ Jan jest u niego w służbie, margrabia nie odmówi mi pewno zaliczki na koszta podróży dla mnie i Gabryeli. Wahać się nie będę.
— Niechże się pani zastanowi...
— Już się zastanowiłam.
— Więc pani nie kocha barona Raynaud?
— Nie mam obowiązku zdawać przed nikim sprawy z moich uczuć. To mogę tylko powiedzieć, że kocham hrabiego Jana de Marcilles.
— Nie pojmuję....
— Chcesz pan zapewne zapytać, dlaczego w takim razie zgodziłam się na poślubienie barona Raynaud?
— Istotnie....
— To już wytłumaczę memu mężowi, jemu jednemu tylko. Być może, że mi wówczas przebaczy.
Mówiąc to, cofnęła się ku drzwiom.
Lecz w tem niewidomy, podniósłszy głowę i otwarłszy szeroko oczy, zawołał:
— Mów więc bez obawy! Czyż mnie nie poznajesz? Jestem Jan de Marcilles.
Helena zbladła, zachwiała się i upadła mu do nóg.
— Łaski przebaczenia! — wyjąkała.
— Mów najpierw! Dlaczego poślubiłaś tego człowieka, tego oszusta, nędznika?
— Słuchaj Janie — mówiła przerywanym głosem. — Powiem ci wszystko. Człowieka tego nienawidzę, tak samo, jak ty, może nawet więcej. Gdy pozostałam samotną, jedynem mojem pragnieniem było odkryć prawdę, dowiedzieć się o przyczynie naszych nieszczęść. Mieszkałam w osamotnieniu w Paryżu, ukrywając się przed wszystkimi, chora, ze wzrokiem zwróconym ku tobie, jedynej, umiłowanej istocie. Pojawił się baron. Tylko przez niego miałam o tobie wiadomości. Pewnego dnia przyszedł oznajmić mi, żeś zginął. Dostrzegłam wówczas błysk radości w jego oku i powzięłam wówczas świadomość, że to był cel, do którego dążył. Zrozumiałam wówczas, że to on właśnie był sprawcą naszej hańby, twego wygnania i naszej rozłąki,... I zaraz prosił o moją rękę. — Nie przypuszczaj, abym się chciała usprawiedliwiać kłamstwem. Bogactw nigdy nie pragnęłam. Ale zrodziła się we mnie myśl zemsty. Zapragnęłam poznać tajemnicę barona. Sądziłam, że wszedłszy do jego domu łatwiej schwycę nici intrygi, która nas zgubiła. Byłam zdecydowana na wszystko, aby oczyścić twoją pamięć i nazwisko naszej córki. Sądziłam, że jestem silniejszą. Zabrakło mi odwagi wobec niezwalczonych przeszkód. Baron jest nieprzenikniony; mówi tylko to, co chce. Po niejakim czasie przekonałam się, że nie dojdę do niczego. Nie miałam żadnego w niczem oparcia. Doszłam do wniosku, że gdybym nawet zdobyła dla siebie pewność, że on, baron, jest sprawcą naszej niedoli, czyżbym zdołała kogo o tem przekonać?...
Głuche Ikanie przerwało jej na chwilę mowę.
Po chwili Helena mówiła dalej:
— Ach, gdybym była wiedziała, że ty żyjesz, ty, dla którego jedynie moje serce biło, byłabym raczej dopuściła się zbrodni, niżbym dozwoliła, abyś ty dłużej znosił hańbę i wygnanie! Ale jak ja ci to teraz udowodnić zdołam? Mów! Na głowę Gabryelki naszej przysięgam, że uczynię wszystko. Byłam bojaźliwą, z twoją pomocą będę teraz odważną. Rozpoczniemy na nowo walkę, a oparta na twojem ramieniu — zwyciężymy!
— Tak! — dodała z mocą — przyrzekam ci! Rozkazuj! Zbadamy wszystko.
— I pójdziesz ze mną później?
— Gdzie tylko zechcesz.
— Nie będziesz się bała ani ubóstwa, ani braków.
— Nigdy.
— Jakikolwiek byłby rezultat naszej ostatniej próby przeciw baronowi, opuścisz go?
— Nie cierpię go z taką samą siłą, z jaką cię kocham.
— Nie będzie ci żal Paryża, w którym jaśniejesz?
— Nigdy!
Żebrak otworzył ramiona, Helena rzuciła się ku niemu.
— Więc ty mnie zawsze kochasz? — szepnął w miłosnem upojeniu.
— Zawsze. Ciebie jednego mój Janie ukochany!
Pierś hrabiego podniosła się głębokiem westchnieniem.
— Cezary — zawołał głosem silnym.
Na progu sąsiedniego pokoju ukazał się oficer bardzo wzruszony.
Cezary de Marcilles ujął rękę Heleny i podniósł ją do ust.
— Przebacz! — rzekł tylko.
A Helena dorzuciła.
— Nie zawiodło mnie moje serce. Od pierwszej chwili, gdym twój głos, Janie usłyszała, nie miałam ani minuty spokoju. Powiedz teraz, co mam uczynić.
Umieścił ją między sobą i bratem i opowiedział jej wszystko. To, co było dotychczas, było tylko próbą. On uwierzył w jej zdradę, w nikczemność jej uczuć. Jeżeli przedstawi się jej teraz jako żebrak bezdomny, to dla wypróbowania jej serca. Teraz musi odkryć jej prawdę; margrabia d’Aguilas. to był on Jan de Marcilles.
Opowiedział jej swoje dzieje, wspaniałomyślność Józefa Cavero, spotkanie się z Cezarym, powrót do Paryża i gorące pragnienie ujrzenia jej!
Czyż potrzebował mówić, czego pragnął od niej?
Pragnął ją odzyskać i rehabilitować; wykazać wrogom ich niegodziwość, zadać im cios w tem, co mieli najdroższego. W tym celu połączył się z bratem i był przekonany, że już niebawem wybije godzina sprawiedliwości. Za dni kilka wszystko będzie skończone. Był już na śladzie tych, którzy współdziałali. Wszyscy będą ukarani, ale najpierwej ten, który z nich był najpotężniejszy..
— To jest? — spytała Helena
— Czyż się nie domyślasz? — Baron Maksym Raynaud.
Przed wymierzeniem kary, chcę mieć zeznania winnych. Ty zaś wydostaniesz zeznania barona.
— Zdobędę je!
— Kiedy?
— Daj mi dni kilka. Dotychczas drżałam o los Gabryelki. Teraz ty tu jesteś. Nic mnie już nie trwoży. Dowiodę ci mojej miłości i zyskam przebaczenie. Bądź zdrów!
— Jakto, odchodzisz?
— Nie powstrzymuj mnie. Każda chwila jest droga. Nie potrzeba, aby podejrzewano naszą dzisiejszą schadzkę. Zostaw mi wolność działania. Za dni kilka, jutro już może wyjedziemy do Varenne. Jest to zamek w pobliżu Boissy. Nie obawiaj się niczego. Chociaż ten człowiek jest potężny, ale dla ciebie ja go pokonam!
Pociągnął ją ku sobie i uściskał gorąco.
Dziewiąta godzina rano.
Froter, który codziennie woskował posadzkę w agencyi Pidoux, wychodził ztamtąd niosąc szczotki pod ramieniem.
Marta Ribourt, kasyerka, niemal pani domu, zeszła do biura.
Była w złym humorze.
Wczoraj, po obiedzie przy ulicy de Moscou, Pidoux wrócił o godzinie niebywałej, o trzeciej rano.
Po południu wymyślił sobie pretekst, jakąś ważną sprawę, która go miała cały dzień zatrzymać i wyszedł.
Cabirol tryumfował z powodu poczynionych spostrzeżeń przy ul. de Moscou i nie szczędził przejrzystych docinków. Marta poczynała mieć wątpliwości. Podejrzenia szarpały jej sercem przez noc całą, którą spędziła bezsennie. Wyglądała źle, starzej niż zwykle. Nie miała jeszcze lat czterdziestu, ale dnia tego przestała walczyć z lenistwa, ze smutku.
Opanowały ją ponure przeczucia. Pidoux stracił jej zaufanie. Złośliwe docinki Cabirola czyniły swoje.
Podczas kiedy ona zapracowywała się w agencyi, Pidoux ją zdradzał! Te wszystkie wyjazdy, podróże, to był tylko pretekst, kłamstwo!
Wszedł Cabirol z miną zwycięzcy.
— Spóźnił się pan — rzekła Marta tonem suchym.
Cabirol nie obraził się wcale, owszem uśmiechnął się przyjaźnie.
— Lenistwo jest najmniejszą z wad moich... ozwał się uprzejmie.
Był bardzo strojnie ubrany w marynarkowy garnitur błękitny. Złożył swój kapelusz w szafie i stanął profilem do kasy.
— Jak pani znajduje ten garnitur? — zapytał.
— Zupełnie niestosowny dla urzędnika, który się szanuje, — odpowiedziała, rzuciwszy nań okiem.
— To też ja się wcale nie szanuję — odparł Cabirol. — Przyjemność to moje jedyne prawo. Chcę prowadzić życie szerokie, bywać w wielkim świecie, używać rujnujących rozkoszy...
I opierając się na kasie, dodał:
— Chce pani dobrej rady?
— Nie potrzebuję jej wcale.
— Pomimo tego dam ją pani, w jej interesie, bo to przecież jest rzeczą wiadomą, że ja mam słabość do pani. Zawrzyjmy układ... Niech pani ze swej strony dąży do pomnożenia dochodów... Nic pani nie ryzykuje...
— Zwaryowałeś pan!
— Jeszcze nie. Mam całą przytomność umysłu, zaręczam pani. I na cóż to się przyda, że pani marnuje całą młodość swoją dla ludzi, którzy drwią z pani...
— Jak pan to może wiedzieć?
— Czyż pani jest tak naiwną, aby wierzyć we wszystkie piękne słówka Pidoux? To mnie wreszcie do wściekłości doprowadza — ta pani łatwowierność... ta niesprawiedliwość względem mnie, a ta stronniczość dla tego...
Wstrzymał się, czując, że poszedł za daleko.
Marta pierwsza przerwała milczenie.
— Ponieważ już zacząłeś, mówże pan do końca! — zawołała w oburzeniu. — Bez insynuacyj i bez tajemnic! Ja chcę wszystko wiedzieć...
— O, wszystko! — odrzekł on, kręcąc głową... — To byłoby trudno.
— Jakto, trudno?
Cabirol poczuł swoje znaczenie.
Zbliżył swoje krzesło do krzesła kasyerki i oparł się o jej biuro.
Nie rozgniewała jej ta familiarność.
Kobieta, dręczona od dwu dni podejrzeniami, stawała się już na to nieczułą. Odsunęła się tylko nieco z krzesłem.
— A to pani zacięta! Ma pani oczy tylko dla swego niewiernego. Źle pani czyni.
Bo czemże my tu jesteśmy? Dwaj najemnicy... tak, dwaj najemnicy, wyzyskiwani przez takich Guillardów czy Straubów, czy Pidoux! Ten ostatni dla płci pięknej. Pani uwierzyłaś jego pięknym słówkom, wówczas, w Combiers. Plótł trzy po trzy, dla zabicia czasu. A drwi z pani i zdradza cię na każdym kroku. I to będzie coraz gorzej. Ładny to chłopczyk ten pani Pidoux. Trzyma tu panią, bo jesteś pracowita, jak mrówka, siedzisz tu w biurze dzień cały, jesteś oszczędna i takiej nie znalazłby w całym Paryżu. Ale ze mną, rzecz skończona. Nie zniosę tego ucisku. Wypowiadam walkę tyranom!
— I to jest wszystko, co pan wiesz?
— To i jeszcze inne rzeczy.
— Więc mów pan prędzej. Czas uchodzi.
— Mnie nic nie nagli. Jest mi tu dobrze.
Okazywał się przedsiębiorczym. Ale ona go nie wypędzała.
Była niespokojna, wzruszona. Oczekiwała jakichś rewelacyj.
Dotychczas wierzyła ślepo swemu kochankowi. Związek z nim trwał już pięć czy sześć lat. Pidoux w gruncie nie był zły dla niej. Uznawał jej zalety i korzystał z nich, a trzymał ją także obietnicami małżeństwa, Cabirol rzucił przelotne spojrzenie na chodnik. Nikt nie zmierzał ku agencyi.
— A zatem — ozwał się po chwili — ponieważ odpychasz pani przyjaciół, ożywionych najlepszemi intencyami, to znaczy, że pani wierzy bezgranicznie wszystkiemu, co ten obrzydliwiec Pidoux pani rozpowiada.
— Dla czegoż nie mam wierzyć?
— Więc pani przypuszcza, że jesteś jego jedyną miłością?
— Przypuszczam.
— Cha! cha! Gdybym tylko chciał mówić... Onegdaj w nocy wrócił późno, co?
— Późno.
— A ostatniej, wcale nie wrócił?
— Ależ....
— Wiem, co mi pani powie. Że jest w podróży... w nagłym interesie.
— Cóż pan może o tem wiedzieć?
Cabirol stuknął palcem w czoło.
— Nie łatwo to wyprowadzić w pole takiego starego lisa, jak ja. Ta podróż nie była zbyt daleka. Nie potrzeba kolei żelaznej. W okolicy Montmartre... Pan Pidoux lubi się bawić.
— Proszę o dowody!
— A co za nie dostanie potem ten poczciwy Cabirol?
— Zobaczymy.
— To zbyt ogólne. Pani mi się podoba, bardzo nawet.... I nie umiem kryć się z sentymentami swymi, jak ten Pidoux.
Zniżył głos i dodał:
— Gdyby go pani była widziała przedwczoraj, około godziny dziesiątej, wydrapałabyś mu pani oczy!
— Gdzie? gdzie to było?
— Przy ul. de Moscou.
— Numer?
— Sto dwa. Jestem dokładny.
— Kto to panu mówił?
— Kto? Najpierw moje własne oczy. Widziałem go jak wchodził. Następnie spotkałem się z jednym z moich dawnych przełożonych i musiałem go odprowadzić do domu. Biedaczek wchłonął w siebie zanadto trunków i całkowicie był zamroczony....
— Ależ jaki to ma związek?
— Nie chwyta go pani?
— Nie rozumiem.
— Zaraz pani zrozumie. Stary był na uczcie przy ulicy de Moscou.
— A!
— Już zanadto powiedziałem. Chcę wiedzieć przedtem....
— Czy mam składać przysięgę?
— E, przysięgi kobiece! Pidoux przyjdzie, miodowemi słówkami omota, a kto poniesie koszta po przeprosinach? Oczywiście Cabirol! Na szczęście jest coś pomiędzy nami, co się nie da usunąć....
— Cóż to takiego?
— Jesteśmy spojeni.
— W jaki sposób?
— Skuci na całe życie. Jest....
Marta utkwiła wzrok w twarzy Cabirola, z taką mocą, że go to zmieszało.
Przymknął oczy, odwrócił się w inną stronę i szepnął:
— Trup!
Marta udała, że nie słyszy, ale cios odczuła.
Chwyciła Cabirola za rękę, zwróciła go gwałtownie ku sobie i patrząc na niego sztywnie, spytała:
— Więc Pidoux był tamtej nocy przy ulicy de Moscou?
— Tak.
— I cóż tam się dzieje?
— Czy to panią interesuje?
— Nad wyraz.
— Raz na tydzień, we czwartki, odbywa się tam feta, orgia, przy drzwiach zamkniętych. Zbiera się tam grono amatorów kosztownych wesołości. Zajadają się tam truflami, pulardami, rakami, szampańskie zaś leje się strumieniami.
— A kto płaci?
— Kto płaci? Nasi wyzyskiwacze, oczywiście! Straub, spryciarz! Ten ma na to.
Nasza praca mu służy, nie licząc przeszłości...
— Jakiej przeszłości?
— Czy pani nie słyszała?
— Coś nie coś.
Cabirol czuł, że wszedł na śliską pochyłość. Już nie miał siły się wstrzymać.
Wielkie, płomienne oczy Marty magnetyzowały go, uśmiech pociągał.
Gaskończyk szepnął znów z cicha:
— Trup...
— Ależ jaki trup? Mówże pan dokładnie.
Fatalne słowo wymknęło mu się, niemal mimowolnie:
— Stara z Orgères…..
Marta osłupiała z przerażenia.
Cabirol by zdumiony.
— Jakto? Więc Pidoux nic pani nie mówił? — szepnął. — Wiec nawet przed tobą zamykał się na cztery kłódki.
Marta nie odpowiedziała.
Nagle zrozumiała wszystko; wszystko rozjaśniło się przed nią przerażającą światłością.
Była bezwiedną spólniczką bandy złodziei, gorzej, morderców!
Cała ta tragiczna historya z przeszłości stanęła jej przed oczyma.
Tysiące szczegółów przypominały się jej pamięci słowa Pidoux, wypowiadane w zaufaniu. Usiłowała ona wówczas zatrzymać go w Combiers, gdzie im było tak dobrze pewnego wieczora wyprowadzony z cierpliwości odpowiedział jej szorstko:
— Czyż sądziłaś, że ja tu przybyłem do tej podłej dziury, aby się w niej zakopać? Co miało być zrobione, już się stało. Teraz pakujmy się!
Marta wstała i spoglądając bystro na Cabirola, rzekła:
— To jest bardzo ważne, coś mi powiedział
— Niezawodnie — odparł on cynicznie. Wiem dobrze, że nie zdradzisz pani swego przyjaciela, ale przecież do wściekłości mnie to doprowadza, gdy widzę, jak pani ich obu, jego i Strauba, uważasz za świętych. Zresztą on się niczego nie obawia. Ktoś inny odpokutował za niego... A sprawiedliwości nie byłoby przyjemnie, gdyby jej teraz udowodniono, że się grubo omyliła.
Marta pochwyciła go za obie ręce.
— Słuchaj, Cabirol, ty nie jesteś złym człowiekiem. — Widzisz, jak mnie to wszystko denerwuje... Pan byłeś tam; co się tam stało?
— Zależy pani na tem, aby wiedzieć?
— Chcę tego.
— Dobrze, lecz tem gorzej dla pani, jeślibyś się wygadała. Mogłabyś nas oboje zgubić. Nie umiałem zamilczeć teraz przed panią. To pani winna. Ani mężczyzna, ani kobieta nie wiele mają znaczenia, gdy zawadzają komuś, zwłaszcza, gdy ten ktoś ma pieniądze. Mają ich podostatkiem Straub i Pidoux, ale po nad nimi jest ktoś, kto bawi się milionami...
— Baron Raynaud.
— Oczywiście.
— On poślubił hrabinę. Wszak tak?
— Dostrzega już pani nić intrygi.
Patrzył na nią w zachwycie.
— Pani jest wspaniała zawołał. Niczego pani odmówić nie można.
W kilku słowach przedstawił jej fakta, przypisując sobie oczywiście piękną rolę.
— Mniemałem — mówił — że idzie o drobnostkę; o zwykłą wycieczkę do beczki ze złotem... Gdy przybyłem do Orgères, było już za późno. Sprawa załatwiona. A, ten Pidoux! Obmyślił plan znakomicie! Machina piekielna zdruzgotała nieszczęśliwego Jana de Marcilles!
— A więc to on — Pidoux zawołała Marta śmiertelnie blada.
— Nikt inny.
— Ach, mój Boże!
— Ale przecież pani domyśliwałaś się coś nie coś prawdy?
— Nic! klnę się na moją duszę!
— Gdybym był przypuszczał... Widzę to teraz po pomieszaniu pani.
— To można zmysły stracić...
— Dam pani radę.
— Jaką? Udawaj, że nic nie wiesz, jeżeli chcesz żyć długo.
— Jakto? Pozostać w tym domu?
— Ktoś nadjeżdża. Strzeż się!
Istotnie jakiś powóz zatrzymał się przed bramą.
Marta zimną wodą zwilżyła sobie skronie, aby przyjść do przytomności.
Cios, jaki jej zadano, był ciężki. Wchodzący jednak nieznajomy przerwał dalszą rozmowę. Był to portyer z pałacu Wasiliewa.
— Pan margrabia d’Aguilas — ozwał się — prosi pana Pidoux do siebie. Powóz czeka.
— P. Pidoux nie jest obecny...
— To fatalne.
— Więc to sprawa nagła?
— Bardzo nagła.
Marta zwróciła się do Cabirola.
— Może pan zechce zastąpić... — rzekła.
Położyła palec na ustach.
Odpowiedział porozumiewawczym znakiem. Wziął swoją tekę z papierami, która nadawała mu wygląd adwokata i rzekł do portyera:
— Idę za tobą.
Pozostawszy samą, Marta załamała ręce z rozpaczy.
Była zgnębiona. Nic gorszego nie mogło jej spotkać. Cabirol zadał jej dwa ciosy wprost niweczące.
Pidoux zdradzał ją najhaniebniej.
A przytem był oszustem i mordercą.
Pojazd, który unosił Cabirola, rozminął się w drodze ze wspaniałym ekwipażem pp. Raynaud. Baronowa wróciła wczoraj w stanie niezwykłego podniecenia, bardzo blada, z oczyma błyszczącemi gorączkowo. Chwilami wpadała jakby w osłupienie.
W powozie zajmowała miejsce obok męża i miała przy sobie córeczkę swoją Gabryelkę. Na przodzie umieściła się Marcela Raynaud z nauczycielką, a raczej damą do towarzystwa, miss Eweliną Brampton.
Wszyscy mieli miny schmurzone, z wyjątkiem jednego barona, który wyglądał pogodnie.
Jechali w stronę dworca Lugduńskiego, aby wsiąść tam do pociągu jadącego do Varenne.
Tymczasem Cabirol, przybywszy na avenue d’Antin, wprowadzony został do wnętrza pałacu i powierzony staraniom marszałka dworu, który był właściwie dawnym Tousaint Vardon, ale teraz zupełnie przeobrażonym na marszałka wielkiego dworu.
— Proszę za mną — rzekł. — Czy pan się nazywa Pidoux?
— Nie. Przybywam w jego miejsce.
Cabirol przebywał szereg wspaniałych salonów, gdy w tem oczy jego przybrały wyraz zachwycenia.
Ujrzał owe dwie prześliczne mulatki spostrzeżone w hotelu d’Albion.
I one także go poznały.
— Dzień dobry, senor! — zawołały uprzejmie.
Cabirol odpowiedział głębokim ukłonem.
Marszałek dworu szedł ciągle przed nim, aż wreszcie podniósł portyerę z ciężkiej materyi, otworzył drzwi i zwracając się do Gaskończyka:
— Jak mam zaanonsować? — spytał.
— Nazywam się Cabirol.
— Pan Cabirol! — zabrzmiał głos marszałka.
Gaskończyk zgięty w ukłonie wszedł do wnętrza.
Na odgłos nazwiska, wyrzeczonego przez Vardona, obaj bracia porwali się z miejsca.
Cabirol?
To był trzeci łotr ze spółki Guillard, Pidoux.
Sam wpadł w ich ręce, w chwili, gdy najmniej o tem myśleli.
Same wypadki tak się składały, że wydawały im w ręce jednego bandytę po drugim.
W kilka dni, dzięki poświęceniu i roztropności małego pisarczyka sądowego z Mayenne, nietylko byli na śladzie swych wrogów, ale znali ich pozycyę, ich środki i część ich historyi.
Potrzeba tylko było zmusić ich teraz do zeznań!
Helena wzięła na siebie najpotężniejszego, który na usprawiedliwienie swej nikczemności nie miał wymówki potrzeby, ani pokus nędzy.
Jak ona tego dokona? to już była jej sprawa. Hrabia Jan i brat jego mieli dokonać reszty. Mieli schwytać płatnych służalców i uniemożliwić im wszelkie obejście prawdy.
Cezary oparł się ramieniem na ramieniu brata.
— Pozwól mi działać... — rzekł z cicha.
Margrabia zagłębił się w czytaniu jakiegoś dziennika.
Cezary wskazał Cabirolowi krzesło.
— Prosiłem p. Pidoux, aby tu przybył, idzie bowiem o interes dość dla nas ważny. To jemu także może przynieść korzyść.
— A zawołał Cabirol, mocno zachęcony, skoro o interes idzie...
— Interes dość nagły.
— Jakiego charakteru?
— P. Pidoux jest człowiekiem inteligentnym.
Cabirol się skłonił.
— Oddał nam pierwszą przysługę, nastręczając nam kupno tego domu. Nadarza się nam ponownie sposobność odwołania się do jego względów.
— Jakaż to sposobność?
— Czy pan jesteś wtajemniczony w jego operacye?
— Najzupełniej.
— — Znasz je pan oddawna?
— Zawsze je znałem. — Chcę powiedzieć, że odbywaliśmy tę samą karyerę.
— Jak dawno trwa ten związek między panami?
— Około lat dwunastu.
— A zatem byliście ściśle związani w r. 1877?
Cabirol wytrzeszczył oczy. To pytanie wprawiło go w zdumienie.
— Dlaczego w 1877 r.? powtórzył.
Cezary de Marcilles dźwignął ramionami.
— Och, to nie ma żadnego znaczenia. Powiedziałem 77 jakbym mógł powiedzieć 75. Koniec końców jesteście starymi przyjaciółmi?
— Jest to pewien odcień... Dawnymi kolegami. Ja nie miałem takiego powodzenia, jak Pidoux. On jest prycypałem, — ja jestem urzędnikiem.
W tonie Cabirola przebijała się gorycz.
Nie uszło to uwagi Cezarego.
— Nie zawsze w powodzeniu tkwi zasługa. Trzeba sposobności... zbiegu wypadków. Może to się właśnie teraz nadarzy...
Cabirol wytężył uwagę.
— Mój kuzyn, margrabia d’Aguilas, chciałby nabyć zamek w okolicach Paryża.
— Nic łatwiejszego. W której stronie?
— Mówią nam o posiadłości Boissy w departamencie Seine-et-Marna.
Cabirol skrzętnie zapisał sobie te nazwy.
— To — dodał — w sąsiedztwie zamku i majątku barona Raynaud la Varenne.
— Wedle otrzymanych przez nas informacyj, Boissy bardzo by nam dogadzało. Może p. Pidoux zechce oglądnąć ten majątek. Do kilku dni chcielibyśmy zakończyć ten interes. Oczywiście p. Pidoux otrzymałby wspaniałą gratyfikacyę.
Gaskończyk nie ruszył się z miejsca. Na jego usta wypłynął grymas zawiści.
Dlaczegożby to Pidoux miał zgarniać te wszystkie gratyfikacye, a nie on?
— Czy znacie panowie cenę tego majątku? — spytał.
Dawny kapitan sztabu generalnego odrzekł z wybornie odegraną obojętnością.
— Coś mówią o półtora miliona... Polegamy w tem na zdaniu p. Pidoux.
Cabirol miałby był pewnie ochotę tak zniszczyć pana Pidoux w opinii tych dwóch gentlemanów, jak to uczynił w obec Marty Ribourt, lecz w tem Cezary wstał i zakończył konferencyę.
— Zatem rzecz ułożona?
— Najzupełniej.
— Zrozumiałeś pan?
— Najdokładniej.
— Oglądnąć Boissy, przedstawić mi wartość tego majątku i warunki kupna.
— To jasne.
Cabirol zabierał się już do odejścia.
Kapitan przywołał go odedrzwi.
— Zdajesz mi się pan bardzo czynnym...
— Jeżeli potrzeba...
— Sprytu panu nie braknie...
— Widać miałem go za mało, skoro majątku zdobyć nie zdołałem.
— I pan tego żałuje?
— Naturalnie. Nie miałem nigdy tak zwanego szczęścia. Nigdy nie grałem ról wielkich, tylko potrzebne, takie ot, użyteczności.
— Powiadasz pan: nigdy? — powtórzył Cezary, patrząc na niego bystro.
— Nigdy.
— W żadnej epoce?
— W żadnej.
— Czy pamięć pana nie zawodzi?
— Mam pamięć bardzo dobrą.
— To cenna zaleta, która może panu oddać znaczne usługi.
Przez krótką chwilę obaj rozmawiający śledzili się wzrokiem.
Cabirol w zadawanych sobie pytaniach odczuwał jakąś obcą intencyę. I jakby odpowiadał sobie samemu mruknął:
— Inni wzięli wielką zdobycz, mnie zostawili zaledwie okruszyny!...
— Przyznaj pan, że w słowach jego jest szczypta zawistnej goryczy.
— Nie tylko szczypta. Dlaczegóżbytemu przeczył. Gdzieindziej można żyć ubogim; w Paryżu na każdym kroku pokusy. Ubolewam, że jestem tylko urzędnikiem w służbie u ludzi, którzy wcale nie są więcej warci odemnie.
Kapitan poskrobał się w głowę.
— To właśnie myślałem sobie, słuchając pana. Pańska otwartość podoba mi się.
Będę więc szczery, ponieważ pan nim jesteś. Ja także walczyłem, aby zdobyć majątek i nie zawsze z powodzeniem. Rozumiem więc lepiej niż kto inny rozczarowania, jakie pana spotkały. A gdybym teraz panu nastręczył tę okazyę, jakiej panu brakowało? Co?
— Nie drwij pan ze mnie!
— Nigdy nie rzucam słowami lekkomyślnie. Powiedz mi tylko co byłbyś gotów teraz uczynić?
— Wszystko, co człowiek może uczynić dla tego, który go płaci wspaniałomyślnie.
— Wszystko?
— Wszystko, co mi będzie polecone w granicach moich sił...
— Nie będę wymagał od pana nic nadzwyczajnego. Majątek ten, o którym jest mowa i którego pragniesz, możemy ci go dać. Ale czy chcesz pan już teraz wejść z nami w stosunki służbowe?
— Oczywiście, że chcę!
Po chwili dodał Cabirol głosem stanowczym:
— Proszę o oznaczenie warunków i wskazanie mi obowiązków moich.
— Co pan dotychczas zarabiał?
— Pięćset franków na miesiąc.
— Damy ci dwa razy tyle, a w dniu, w którym podoba się nam zerwać nasze stosunki, zapewnimy ci odpowiedni tej rencie kapitał.
— Dwakroć sto tysięcy franków! — zawołał Cabirol.
— Tak mniej więcej.
— To marzenie.
— To rzeczywistość.
— Proszę rozkazywać.
— Będziesz pan miał potem do zarządzania majątki, które zamierzamy kupić we Francyi. Nasz tu pobyt nie będzie zbyt długi. Tymczasem będziesz pan dalej spełniał swoje czynności w agencyi Pidoux.
— Dobrze.
— O naszej rozmowie nie powie pan nikomu ani słowa. Wszelka niedyskrecya byłaby powodem zerwania. Nie chciałbym, aby pan Pidoux mógł myśleć, że zabieram mu urzędnika do załatwiania moich spraw osobistych. Każdego wieczora stawisz się pan tu w pałacu, po zamknięciu waszej agencyi.
— O godzinie szóstej?
— Tak i tu panu powiedzą, czy pana potrzebować będą, czy nie.
Uśmiechnął się i dodał:
— Jak pan widzi, zadanie niezbyt trudne.
— W istocie.
— A będziesz pan pamiętał o tych instrukcyach?
— Nie ma obawy, abym o nich zapomniał.
— Od tej chwili począwszy, wchodzisz pan w skład naszego domu. Ale trzeba rachować milczenie; mam moje powody. Wkrótce je poznasz.
To mówiąc wicehrabia Cezary wziął ze stołu rulon złota i postawił go przed Gaskończykiem.
— To za pierwszy miesiąc pańska płaca — rzekł.
Cabirol wyciągnął rękę i rozpłynął się w podziękowaniach, poczem wsunął zręcznie pieniądze do kieszeni i cofając się wyszedł z pokoju.
Przybywszy do Varenne Helena doznała zupełnego przeobrażenia.
Energia zajęła miejsce przedtem doznawanej apatyi w tej obojętności na wszystko, którą teraz sobie tak bardzo wyrzucała.
Wszelkie wątpienie stawało się niemożebnem. To oczywiście baron Raynaud zapłacił za tę zbrodnię.
Na tę myśl cała jej istota burzyła się, jakgdyby pocałunki tego człowieka zostawiły na jej twarzy niezatarte ślady.
Czuła się jakgdyby piętnowaną.
Poślubiła człowieka, któremu Jan de Marcilles zawdzięczał tyle hańby i cierpień!
Poślubiła nędznika, który zniesławił ojca jej Gabryelki, wytarzał w błocie szlachetne nazwisko Marcilles.
I teraz jeszcze ona należała do barona. Wszedłszy pod dach jego z myślami o zemście, zapomniała o nich zbyt rychło.
Obecnie jednak gotowa była na wszystko. Walka, od której trwożliwie się odsunęła, teraz wybuchnie dopiero między nią a baronem Raynaud.
Jednem spojrzeniem Jan de Marcilles natchnął ją dawną energią.
Tak, uczyni wszystko, czego Jan sobie życzy, wykona wszystkie jego rozkazy, odda mu tego człowieka wraz ze wszystkiemi jego tajemnicami!
Baron od jakiegoś już czasu odczuwał pewnego rodzaju ostudzenie w stosunku z Heleną.
Liczył na to, że pobyt w Varenne pożądaną sprowadzi zmianę.
I rzeczywiście po dwóch dniach Helena zdawała się znacznie lepiej. Piękniejsza, niż kiedykolwiek, pełna wdzięku i świeżości.
Taką ją ujrzał baron Raynaud, gdy pochylona na balkonie patrzyła na barona siedzącego na koniu i gotującego się do przejażdżki z córką, na którą widocznie oczekiwał.
Baron zatrzymał się o dwa kroki od żony a jego twarz cała wyrażała zachwyt.
— Jesteś istotnie nad podziw piękna!
— Schlebiasz mnie tylko...
— Jakąż ja miałem racyę doradzając ci pobyt na wsi.
— Za to ty będziesz się tu nudzić okropnie.
— To będzie od ciebie zależało.
— Czyż mam tyle wpływu na twój umysł?
— Zanadto — mruknął. — Ty wszystko możesz.
Ona pokiwała głową.
— Strzeż się, abyś się nie zaangażował zbyt daleko. Gdybym cię tak wystawiła na próbę!
— Dobrze!
Ton głosu młodej kobiety zmienił się nagle. W sposób zagadkowy dodała:
— Nie śmiem.
— Chcesz czegoś żądać odemnie?
— Może.
— Mów śmiało.
Helena zamilkła; baron pożerał ją wzrokiem.
— Jeżeli sobie życzysz — rzekł po chwili — wyrzeknę się tego spaceru.
— O, tego nie czyń! — zawołała Helena, wskazując na zbliżającą się Marcelę, — i nie każ jej czekać na siebie.
Z uroczym na ustach uśmiechem, z lekka ironicznym, dodała:
— Mamy czas na rozmowę... A ja przystroję się pięknie na twój powrót...
Oczy barona zabłysły.
Ta kobieta posiadała nad nim szczególniejszą władzę. Podniósł rękę do ust swoich i posłał jej niemal niedostrzegalny pocałunek.
Dostrzegła go wszakże Marcela. I rzekła tonem ironicznym:
— Dlaczegoż hrabina, boska blondynka, nie towarzyszy nam, mój ojcze?
Baron żachnął się, jakby go zjadliwa ukąsiła mucha.
— Masz dziwaczne fantazye — Marcelo, rzekł surowo. I rzeczywiście...
— Proszę mi wybaczyć. Znasz ojcze, głębokość i szczerość mego przywiązania do ciebie. Ale cóż chcesz? Nie mogę się zmusić do nazywania matką tej, którą wybrałaś w tym celu.
— Nie masz bynajmniej słuszności. Helena posiada niezaprzeczone zalety...
— Chętnie to uznaję.
— No, więc w takim razie. Otacza cię należytymi względami.
— Czyż zaprzeczyłam temu?
— Nie miałaś nigdy powodu skarżenia się na nią.
— Oddaję jej tę sprawiedliwość.
Marcela odpowiadała tonem krótkim i urywanym, jaki przybierała zwykle, gdy przychodziło jej mówić o tym przedmiocie.
Odczuwało się w każdem jej słowie instynktowną niechęć do baronowej, rodzaj wstrętu, że widziała ją, panującą w tym domu i pozbawiającą córkę przywiązania ojca. Niechęć ta wszakże i wstręt ukryte były zręcznie pod uprzejmością światową.
Oba wierzchowce postępowały zwolna, jeden przy drugim.
— Niech papa mi tego za złe nie bierze, ozwała się młoda dziewczyna głosem wzruszonym. Jestem zazdrosną o wszystko, co mi zabiera twoją przyjaźń a ja twoją przyjaźń straciłam, papo, w tym dniu, w którym ta kobieta weszła pod dach nasz...
Baron zdziwiony tem nagłem wzruszeniem córki, zwrócił się ku niej.
— Tak, tak — potwierdziła ona — lepiej powiedzieć ci wszystko, ponieważ jesteśmy sami, niechciałabym bowiem, abyś mnie posądzał o brak uszanowania dla ciebie.
— Byłam wychowana bez matki... Ale też może lepiej rozumiałam wiele rzeczy. Ty byłeś dobry i ja ciebie kochałam. Ja jeszcze i teraz cię kocham. Gdy byłam maleńką, tyś się mną zajmował. Nieraz stawałeś nad moją kołyską. A gdy miałam już lat dziesięć, brałeś mnie często z sobą na spacer do lasku. Jakże ja byłam wówczas szczęśliwa i dumna z ciebie! Ach! Jakbyśmy mogli byli być szczęśliwymi, ja, dorosła panna, a ty młody jeszcze, szczęśliwy o tyle, o ile nim być można na tym świecie. Bogaci, nieszczędzący sobie wzajemnego poparcia. Tworzyłam sobie różne na tem tle marzenia. Wszystko zmieniło się nagle. Było to przed ośmiu lub dziewięciu laty po powrocie z podróży. Ty, który byłeś zawsze spokojny, swobodny i otwarty, stałeś się nagle posępnym... Odtąd powierzyłeś mnie staraniom najemników, miss Brampton i innym. Pamiętam ja to dobrze. Dzień po dniu mogę ci opowiedzieć wszystko, co się działo w tym czasie; twoje podróże do Combiers i w końcu twoje małżeństwo. Ta kobieta opanowała cię najzupełniej. Zaniedbałeś mnie zupełnie dla niej.
— Marcelo!
— Pozwól mi się wypowiedzieć, błagam cię to mi ulgę przynosi. Zanadto się spóźniłam z wyznaniem przed tobą mych uczuć. To stało się przyczyną tej obojętności, jaka panuje między nami. Ty sądzisz może, że jestem zazdrosną o moją macochę i jej władzę? Tak nie jest. Gdybym cię widziała zadowolonym, może bym kochała moją macochę. Ja nie o sobie myślę, lecz przedewszystkiem o tobie, mój ojcze. Od czasu swego małżeństwa zmieniłeś się znacznie. Ileż to razy widziałam ciebie zamyślonym i smętnym, a więc nie jesteś szczęśliwy! Wreszcie... poczęto szeptać wokoło mnie. Czasem chwytałam urywki frazesów, słowa szeptane cicho i wprowadzające nas na ślad jakichś tajemnic... Wówczas wyobraźnia pracuje. I tak zdaje mi się, że nad domem naszym rozpięła się nagle burza i uniesie nas wszystkich ze sobą. Historya hrabiego de Marcilles jest posępna. Ta, która nosiła jego nazwisko, uśmiecha się rzadko kiedy... Ona pamięta... Jej wyraz twarzy przeraża mnie!
Marcela wstrzymała się zdyszana.
Po chwili milczenia, dodała:
— Daj Boże, aby moje przeczucia się nie ziściły i aby moje obawy okazały się płonnemi. W to jednakże wierz papo, że moje przywiązanie do ciebie pozostanie zawsze najwierniejszem i najstalszem. Ale ja, chociaż jestem odważna — boję się. Już skończyłam. A teraz wybacz mi ojcze, i jedźmy...
Szpicrutą podpędzony, wierzchowiec jej puścił się galopem.
Baron pozostał w tyle, ujęty prawie serdecznym tonem swej córki, a zarazem przerażony jej przenikliwością.
Lecz niebawem czarne myśli odpędził od siebie. Jedyna postać Heleny pociągała go i miała nad nim fatalną władzę. Wszystko inne malało i nikło.
Puścił się w ślad za córką, która już była daleko.
Stara Bartienowa, groźnie namarszczona, prała jakieś łachmany w potoku.
Ujrzawszy galopującą Marcelę i sądząc może, iż ją koń unosił, zaśmiała się szydersko.
— Ha! — mruknęła — panna z pałacu! żebyś raz kark sobie skręcić mogła!
Marcela zatrzymała się, czekając na ojca.
A wkrótce potem przejeżdżali obok karczmy, noszącej na szyldzie napis:
Simon Rivolard, rozparty w słońcu przed drewnianym stołem, trącił nogą jednego ze swych sąsiadów, wskazując mu Marcelę.
— He, he, — zaśmiał się — widzisz, mój stary Rigois, ładna panienka, nieprawdaż? Ale nie dla ciebie...
W tych okolicach, jak zresztą wszędzie, drwale, węglarze, właściciele furmanek i inni ludzie rzemiosł podobnych, którzy jeżdżą z lasu do lasu, trzymają się solidarnie.
Prosper i Bernard Rigois, dwaj bracia, pochodzili z głębi lasów de la Nuévre. Starszy, Bernard, rąbał drzewo, młodszy, Prosper przysposabiał węgle.
Trudno sobie przedstawić dwa typy bardziej dzikie i okrutne. I gdyby je klasyfikowano wedle porządku, to niezawodnie Prosper i Bernard Rigois powinni byliby otrzymać pierwszą nagrodę.
Bernard Rigois, właściciel furmanki, był to rodzaj olbrzyma, kościsty i zarośnięty włosami, miał blisko sześć stóp wysokości. Liczył zaś zaledwie lat trzydzieści.
W jakiejś sprzeczce z innymi podobnymi sobie pijakami, wybito mu oko butelką. Rana była okropna. Nikła jednak po części pod rudawym zarostem, pokrywającym całą twarz tego bandyty. Drugie oko rzucało spojrzenia, pełne ponurej wściekłości.
Bracia Rigois żyli dostatnio, w domu o pół godziny ztąd odległym.
Wraz z Rivaille’ami, Creveux i Szymonem Rivolard, stanowili oni podstawę klienteli karczmy restauratora Ludwika Lafouille’a, klienteli, która zupełnie odpowiadała mu pod względem moralnym.
Na cyniczną uwagę Rivolarda, Bernard wykrzywił w ohydnym grymasie szkaradną twarz swoją i rzucając wyiskrzone spojrzenie w stronę Marceli, odparł:
— A dla czegoźby nie dla mnie?
— Nie umiałbyś się z nią obchodzić...
— Toby się jeszcze pokazało... Tymczasem, bądź zdrów, trzeba jechać!
Zwrócił się raz jeszcze do Szymona i pokazując mu postacie jeźdźców, które znikały w oddali, dorzucił:
— Ta blondyna niech mi się już na oczy nie pokazuje, bo mogłaby źle wyjść na tem...
— Et, machnął ręką kłusownik, — ty lubisz się przechwalać.
Bernard klasnął z bicza i trzy konie, którymi jego furmanka była zaprzężona, pomknęły w dal.
Szymon Rivolard pomyślał:
— Onby postąpił tak jak mówi.
Po południu baron i jego córka po dwu godzinnej przejażdżce wjeżdżali w bramę parku Varenne.
W oddali pod monumentalną arkadą zielonych gałęzi, można było dostrzedz wspaniałą fasadę zamku.
Na balkonie baronowa czekała na powracających.
Dotrzymała obietnicy i przystroiła się.
Cały dzień ten wdzięczyła się ciągle do swego męża.
Możnaby było podejrzewać, że popełniła jakiś błąd niewielki i że pragnie, aby jej to było przebaczone.
Baron promieniał szczęściem.
Uśmiechy Heleny elektryzowały go.
Po południu poczęli przybywać goście; Najpierw margrabia de Pursay, Krystyan, który zakochany w Marceli Raynaud, codziennie tam przyjeżdżał.
Potem przybyło grono przyjaciół i wiele młodych kobiet, które zachwycały się przeobrażeniem usposobienia baronowej.
I mieli słuszność.
Helena była pełną ożywienia i niezwykłej świeżości. Przy obiedzie ukazała się w całej chwale swej urody i swego bogactwa, cudownych pereł i brylantów. Baron Maksym, siedzący naprzeciw niej, nie mógł od niej wzroku oderwać. Po raz pierwszy od czasu ślubu okazywała mu ona tyle uczucia, do jakiego nie był dotychczas przyzwyczajony.
A jakież wspaniałe ramy dla tego widoku!
Nic nie może wzbudzać większego podziwu, jak owe olbrzymie starożytne zamki, gdzie dawna sztuka i zbytek współczesny nagromadziły to wszystko, co można nabyć za miliony. Ileż jednak razy te przepyszne rezydencye, ukrywają pod wspaniałymi pozorami, najstraszniejszą nędzę moralną, najsroższe, najboleśniejsze dramaty!
Rezydencya barona Raynauda zwolna zapadała w nocną ciszę.
Już zaledwie zdala dochodziło psów szczekanie.
Helena w widocznym niepokoju oczekiwała w swojej sypialni, nadsłuchując każdego szmeru.
Jakaś ręka nacisnęła klamkę, która poddała się bez hałasu. Drzwi się otwarły; na progu stał baron.
Miał jeszcze na ustach uśmiech szczęśliwego człowieka. O dwa kroki od Heleny zatrzymał się i uśmiech ten zastygł na jego ustach.
Wyraz twarzy Heleny był zupełnie inny niż przed chwilą.
Uprzejmość znikła nagle; chmurna posępność zajęła jej miejsce.
— Co się stało? co się stało? powtarzał zdumiony baron.
— Ależ nic zgoła.
— To niepodobna. Jesteś całkiem przetworzona. Przed chwilą byłem w obecności kobiety pełnej wdzięku, prześlicznej...
— A teraz, wskutek jakiegoś wypadku, z którego istoty nie zdaję sobie sprawy, kobieta ta stała się nagle kamiennym posagiem.
Helena odpowiedziała tonem zimnym:
— Musi tak być, skoro tak mówisz, ty, którego uwadze nic nie uchodzi. Zaręczyć ci tylko mogą, że to jest niezależne od mojej woli.
— Jakto?
— Że czynię wszelkie usiłowania, aby ci się podobać i to nie tylko dzisiaj, lecz zawsze...
— I cóż?
— Są jakieś tajemnice, których zgłębić niepodobna, których przyczyny nie możemy pojąć. W mojej istocie wewnętrznej odbywa się jakiś fenomen, który nie waham ci się odkryć, dając ci tem samem dowód wielkiej, — wielkiej przyjaźni. — Jestem bowiem zrozpaczona, że jestem powodem tylu twoich rozczarowań, tylu rozdrażnień i zawodów.
— Heleno!
— Nie czynię sobie iluzyi. Wiem, że przezemnie jesteś bardzo nieszczęśliwy. Czy jednak jest to moja wina? Ilekroć cię widzę w towarzystwie, takim świetnym, przewyższającym innych, a takim dobrym dla mnie, wyrzucam sobie gorzko moją względem ciebie oziębłość i dusza moja bez wysiłku idzie ku tobie. Niechże tylko zostanę samą, spada na mnie jak gdyby płaszcz ze śniegu, który mi plecy ugniata. Jakieś widmo staje między nami. Chciałabym je usunąć, nie zdołam.
— To on! — krzyknął baron — więc kochasz go zawsze?
— Nie.
Błysk radości przebiegł przez twarz barona.
— A zatem?...
— To nie dlatego, abym go kochała, on rozdziela nas i odtrąca cię. To inny jest powód. Nie śmiem ci już nawet powiedzieć..
— Mów, proszę cię.
— Istotnie nie mogę.
— Błagam cię, mów! Trzeba koniecznie obalić przeszkodę, która się wznosi między nami.
— Chcesz to uczynić?
— Tak, chcę!
— Niech się więc stanie! Źle uczyniłam zgadzając się na nasz związek. Związek ten był nam zakazany.
— Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć?
— Rozumiesz mnie doskonale. W tych ostatnich czasach — możesz mi oddać tę sprawiedliwość — czyniłam wszystko, ażeby się przekonać, że nie mam słuszności, że jestem igraszką niemożliwych fantazyj. Jeżeli byłam dzisiaj prawie rozpromieniona, to dlatego, że udało mi się, odpędziłam te widma, które mnie prześladują... Wszedłszy tu, widząc się otoczoną tym zbytkiem, który mi mówi o twojej miłości i potędze, odnalazłam te same widma, oto tu są i krzyczą do mnie: że miłość nasza to z mojej strony podła nikczemność a z twojej strony jedna zbrodnia więcej!
Baron podniósł rękę do swojej piersi i jakgdyby otrzymał w nią uderzenie sztyletem.
— Jedna zbrodnia więcej! — zawołał. — Tracisz chyba zmysły.
— Nie, jestem przy wszystkich zmysłach i nigdy jeszcze nie widziałam tak jasno w mojem sumieniu.
Mówiła tonem urywanym i z trudnością.
— Nasza sytuacya jest straszna, — dodała, — ale trzeba z niej wyjść; ona jest nie do zniesienia ani dla ciebie ani dla mnie.
Ożywiła się i patrząc sztywnie w twarz męża dodała:
— Wspomniałeś przed chwilą o utracie zmysłów, nie myśląc, że tak dokładnie przewidujesz przyszłość. Są takie chwile, w których istotnie zapytuję siebie, czy jestem jeszcze przytomną. Straszniejszej od mojej egzystencyi niema chyba na świecie. Ne jestem pozbawiona życzliwości dla ciebie; przysięgam ci; pragnęła bym całą siłą mojej duszy dać ci to szczęście, którego żądasz odemnie. I nie mogę! gdyż właśnie w chwili, gdy serce moje idzie ku tobie, mój rozsądek i sumienie sprzeciwiają się temu, wołając:
Ten człowiek, który się mieni twoim mężem, to jest właśnie ten, który cię zgubił, to zbrodniarz, który rzucił twego męża, ojca twego dziecka na wygnanie, który uczynił cię wdową, okrywszy hańbą nazwisko, które nosiłaś!
Baron uniósł się gniewem.
— Nędznico! zawołał.
—Tak, nędzna jestem, sto razy nędzniejsza od tych, które po całodziennej, ciężkiej pracy, mogą mieć noc spokojną. Ale ja snu wcale nie mam. Dręczy mnie wieczysta zagadka, rozbijam się w ciemnościach, stokroć gorszych od pewności złego. Gdy się ją zna, wynagradza się występek lub odkupuje. Ale żyć w ciągłem tem wahaniu, w kłamstwie i fałszu, uśmiechać się wówczas, gdy się chce płakać, oszukiwać się wzajemnie — zamiast się wspierać — to przecież okropne! Próbowałam. Nie mogę! Jestem zwyciężoną!...
Baron słuchał, stojąc bez ruchu, z zaciśniętymi zębami.
Mniej był pognębiony, niżby się można było spodziewać, przez tę rewelacyę, która go widocznie nie zaskakiwała niespodziewanie.
Miał poczucie swojej siły.
W słowach Heleny przebijała się chwilami prawie słodycz. Błagała o wyznanie prawdy z takim akcentem prośby, jakby ślepy błagał o promyk światła.
Raz jeden tylko wyrwał się z ust jej okrzyk oburzenia, wnet jednak stłumiony.
— Słucham cię — ozwał się baron — i pytam, czy ja śnię. Ale proszę cię mów do końca. Cierpliwość moja jest bez granic, zarówno jak moja miłość.
— Powiedziałam już wszystko.
— A gdybym odpowiedzi na to niesłychane oskarżenie nie dał, cobyś uczyniła?
Nie uniosła się podobnie jak i on, lecz stanowczo oświadczyła:
— Gdy brzemię jest za ciężkie, odrzuca się je. Życie, jakie prowadzę, jest niemożliwe, doprowadziłoby mnie do pomieszania. Muszę je zmienić...
— W jaki sposób?
— Po tem wszystkiem, com ci powiedziała, pojmuję, że powziąłeś wstręt do mnie.
Opuszczę więc ten dom z córką moją. Nie żądam od ciebie nic i nic nie potrzebuję. Skryję się w jakimś odosobnionym zakątku. Przyjaciele, których pomocy nie chciałam przedtem przyjąć, nie pozostawią mnie w kłopocie. Czyż to zresztą wiele potrzeba dla zabezpieczenia istnienia kobiety i dziecka?
— Czy tak postanowiłaś?
— Nieodwołalnie.
Powiedziała to tonem łagodnym, lecz z tą stanowczością, której zdawało się, nic zachwiać nie mogło.
Ale baron uśmiechał się ciągle z tą pobłażliwością, jaką się ma dla kaprysu dziecka.
— Nie uczynisz tego — rzekł krótko.
— A to dlaczego?
— Dlatego, że będę cię prosił, abyś odstąpiła od tego nierozsądnego projektu.
— A jeśli on mi się takim nie wydaje?
Oparł ramię na kolanach żony i ujmując jej rękę, której nie cofnęła, mówił dalej głosem niemal pieszczotliwym:
— Czyżbyś istotnie chciała wyrzec się sytuacyi, której ci zazdroszczą, której nie ma prawie równej i skazać się na życie pełne braków i prywacyj, pełne cieniów i tęsknoty? I dlaczego? Dla jakiejś mrzonki bezpodstawnej, dla jakichś złudzeń, wywołanych dziecinną wprost wyobraźnią.
— I ty to śmiesz mówić!
— A! — zawołał wreszcie z oburzeniem ta przeszłość tak daleka już od nas, dlaczego do niej mamy ciągle powracać? Dlaczego ją ustawicznie wywoływać? Co nas inni obchodzą? Poco ich wyciągać z grobu, aby wybadywać ich tajemnicę. Przeszłość! Ona jest w nicości. Przyszłość do nas nie należy. Należy do nas jedynie teraźniejszość, używajmy jej zatem. Przy tobie ja nie myślę o niczem, niczego nie chcę, niczego nie pragnę. Kocham cię i nie chcę o niczem więcej słyszeć. Pocóż ty mnie mówisz o zbrodniach, trupach, grobach.
Usunął się do stóp Heleny i obejmując ją ramieniem mówił w uniesieniu:
— Odpędź te potworne widziadła, odpędź je na zawsze!
Helena usiłowała wysunąć się z jego objęć.
— Gdybym ci uległa przez słabość — rzekła wreszcie — popełniłabym nową nikczemność i musiałabym cię wreszcie znienawidzieć. Jeżeli chcesz uspokoić moje sumienie i zdobyć moje uczucie, powiedz mi prawdę!
Baron milczał.
Toczyła się w nim widoczna walka między jego pychą a jego miłością.
— Tak! — powtórzyła Helena, wyznaj mi prawdę, jaką by ona nie była. Jeśli jesteś niewinny, będę szczęśliwa. Winnemu przebaczyłabym nawet.... przez nikczemność. Ale mów, błagam się.
Po chwili dodała jeszcze:
— Albo jeśli pragniesz jednem słowem uspokoić moje sumienie, przysięgnij mi na pamięć twej matki, że w niczem nie przyczyniłeś się do katastrofy, która nas dotknęła.
Baron wahał się sekundę. Ale ta sekunda była tak rozstrzygająca, jak te, które decydują o losach bitew.
— A więc widzisz — rzekła Helena z akcentem pogardy — ty nie masz nawet odwagi szczerości. I mówisz, że mnie kochasz! Rozłączmy się! ta scena jest upokarzającą dla ciebie, a śmiertelną dla mnie. Bądź zdrów.
Zdawała się zupełnie wyczerpana, bez sił.
Baron wobec tej słabości Heleny zdecydował się nagle.
— A zatem, rzekł, ujmując ją za rękę i prowadząc do fotelu, który przed chwilą opuściła — będę jasny. Ty oskarżasz mnie, barona Maksyma Raynaud, że fałszywie obwiniłem hrabiego de Marcilles.... że przyczyniłem się do jego skazania, a może nawet śmierci....
Blademi, drżącemi ustami baronowa odpowiadała na każdy punkt:
— Tak... tak... tak...
— A zawołał baron — to byłoby rzeczywiście okropne, ty, do niedawna hrabina de Marcilles, byłabyś teraz żoną nikczemnego złoczyńcy!
Helena milczała.
— A gdybym ci powiedział, że to jest prawda, że, nie mieszając się w ciemne intrygi, chciałem istotnie zguby hrabiego, lub raczej jego zniknięcia; że jak się jest na pewnej wyżynie, nie podejmuje się wykonania takich czynów; wystarcza słowo powiedzieć, lub kasę otworzyć, słowem rozkazać i zapłacić, aby być ściśle wysłuchanym. — Gdybym ci wyznał, że nienawidziłem śmiertelnie Jana de Marcilles, ponieważ ty go kochałaś i ponieważ on stanowił pomiędzy nami przeszkodę — gdybym, jednem słowem, wyznał ci, że pozostając zdala od działania, nie mieszając się do podłych intryg, sypałem złotem pełnemi garściami, ażeby dojść do ciebie, gdybym ci to wszystko powiedział, cobyś mi odrzekła?
Helena zamknęła oczy.
— Ach Boże! — jęczała — to byłoby straszne. Ale ja proszę o prawdę, o całą prawdę!
— A zatem słuchaj, skoro się tego domagasz.
Są chwile, w których najdzielniejsi nawet mężczyźni tracą władzę panowania nad sobą.
Taka chwila nadeszła właśnie dla barona Maksyma.
Wszystko, co uczynił, nie przyniosło mu nic w rezultacie, skoro tracił kobietę, którą kochał aż do zbrodni.
Szybko rozważał swoje szanse. Badał wyraz twarzy Heleny, która całym wysiłkiem usiłowała panować nad sobą. Zdawało mu się, że czyta na niej serdeczne współczucie, głęboką boleść i źle wytłumaczył sobie ich powody.
Całe jej współczucie, cała jej boleść zwracała się wyłącznie do przyjaciela jej młodości, do jej prawdziwego przyjaciela i ukochania lat późniejszych, Jana de Marcilles!
Baron zajął miejsce naprzeciw niej i chwytając niemal gwałtownie jej rękę:
— Ja cię uprzedzałem — mówił. — Czy przypominasz sobie naszą ostatnią rozmowę w Corabiers? nad brziegiem stawu?
— Pamiętam.
— Opierałaś się mi jeszcze. Ale ten tylko, który mnie nie zna, mógł przypuścić, że ja się ciebie wyrzeknę, bez wysiłku. Błagałem ciebie, — napróżno. Teraz, gdy rozwaga zastępuje gwałtowność pierwszych wzruszeń, teraz możesz chyba oddać mi sprawiedliwość, że wszystko przedsiębrałem, aby cię zdobyć bez walki i zbrodni — Wszystko napróżno. Ale w tym czasie wszystko kupić można. To tylko kwestya ceny. Ci, którzy mogą płacić, są właściwymi panami świata. Znałem indywiduum, dla którego każdy interes, przynoszący pieniądze, był dobry. Wezwałem je do Combiers. Z rumieńcem na czole przedstawiłem mu stan mojej duszy i jedyne na to lekarstwo. Wyznałem wszystko, jak się okazuje wszystkie rany chirurgowi, który ma je leczyć...
— Nazywa się Straub! — zawołała Helena z pogardą.
— Tak, Straub... albo, jeśli wolisz, Fulgenty Guillard. Ale cóż znaczy narzędzie, skoro cel ma być osiągnięty. W braku Strauba, stu innych byłoby dokonało tego samego. Chciałem, aby hrabia zniknął, usunął się z horyzontu...
— Aby umarł!
— Aby był zniszczony!
— Dlaczegoż wówczas nie zabiłeś go, po prostu! To byłoby mniej okrutne!
— Zapewne. Ale ja nie brałem udziału w nikczemnej intrydze uknutej przeciw niemu. Baron Raynaud opłacał agentów. Oni mogli działać wedle własnego uznania, używać środków, które im się wydawały najpewniejsze i najmniej grożące ich bezpieczeństwu. Ci ludzie bądź co bądź narażają własną skórę. Straub rozpoczynał pojedynek ze swą ofiarą, jak to uważał za najlepsze, to było jego sprawą nie moją!
Helena podniosła rękę do czoła, które pałało. Pierś jej falowała gwałtownie. Zdawało się, że się udusi.
— A to rzeczywiście podłe! — szepnęła.
I zwracając się ku baronowi dodała:
— Podaj mi szklankę wody, proszę cię.
Rozkaz natychmiast spełnił, a gdy wrócił do niej, zdobyła się na odwagę uśmiechnąć się.
— Dziękuję! — rzekła.
Zdawał się tryumfującym. Wyznanie, jakie uczynił, było zapewne rozpaczliwe, hańbiące nawet, lecz bywają wypadki, w których kobiety przebaczają występki spełnione dla nich.
— Powiedziałem ci już, — dodał baron, — że nie znałem intryg, które zaprowadziły tego nieszczęśliwego Jana de Marcilles przed kratki trybunału. Zaręczam ci to słowem honoru!
Helena wstrzymała okrzyk na ustach:
— Jesteś nikczemny! Nie mów o honorze!
Ale przezorność wstrzymała ją.
Ona chciała wiedzieć wszystko.
— Złudziły mnie pozory, — mówił dalej baron, — złudziły mnie tak samo, jak sędziów, jak przyjaciół hrabiego, jak jego brata Cezarego. Tak sieć intrygi była misternie zastawioną. Myślałem, że twój mąż jest winny i że wyrok wydano sprawiedliwy. Dopiero później poznałem prawdę i wówczas, wyznaję, miałem wyrzut sumienia. Na nieszczęście rzecz nie była już do naprawienia. Gwałtowna namiętność owładnęła mną. Musiałem postarać się o to, aby Jan de Marcilles, skazany na ciężkie roboty, nie wrócił i nie mógł mi szkodzić.
Helena zbladła jeszcze bardziej i zadrżała.
Wypiła wodę, która stała przed nią.
— Mów dalej, mów dalej — rzekła.
— Po chwili baron mówił zwolna dalej:
— Będę zupełnie szczery. Wydałem rozkazy. Ułatwiono — rozumiesz mnie? — ucieczkę hrabiego i innego jeszcze skazańca. Taka ucieczka jest niemożliwa. Od góry do dołu panuje tam straszna korrupcya. Wiedziano, że hrabia marzy o ucieczce, choćby z narażeniem życia. Pozostawiono mu więc łódź pustą na pokusę; łódź ta nie mogła jednak utrzymać się dłużej na morzu. Pewnego wieczoru hrabia Jan wsiadł z nią wraz ze swoim towarzyszem. Straże były uprzedzone. Obaj zbiedzy, dotknięci strzałami, ku nim wymierzonymi, polegli w nurtach morza, nie wypłynąwszy z zatoki... Teraz — skończyłem. Na co się przydadzą szczegóły. Wynik jest ci już wiadomy. Zostałaś wolną. Poślubiłem cię. A w uniesieniu radości zapomniałem o tych tajemniczych awanturach. Ta przeszłość za nami, daleko za nami. A przed nami może być przyszłość urocza, jeżeli ty również zechcesz odwrócić myśl od tej przeszłości... Ja cię kocham, Heleno. Kocham do szaleństwa!
Chciał ją objąć ramieniem, lecz ona usunęła się stanowczo.
— Powiedziałeś już wszystko? spytała zimno.
— Jesteś szczery?
— Wyznałem prawdę.
— Nic nie ukrywając?
— Nic wcale.
— To, o czem się dowiedziałam, jest straszne — rzekła Helena, nie podnosząc głowy, — a oświadczyny miłości brzmią istotnie dziwnie pośród tej historyi, pełnej krwi i nikczemności... Zostaw mnie teraz samą... proszę cię...
— Heleno! błagał baron, składając ręce i zbliżając się.
Odtrąciła go z lekka.
— A! zawołała — nie dotykaj mnie! Zdaje mi się, że widzę krew na twoich rękach. To wrażenie przejdzie... mam nadzieję... Starać się o to będę... Ale teraz, zostaw mnie samą, na Boga!
Wszelkie błagania były bezskuteczne. Wyczerpany, drżący z oburzenia, zły na siebie, zdecydował się wreszcie baron.
— Odchodzę! — rzekł. Ale przyrzekasz mi przynajmniej milczenie?
— Po co pytasz o to? Przecież noszę twoje nazwisko. Jestem barnową Raynaud.
Hańba, którąbym na ciebie rzuciła, byłaby naszą wspólną.
— Znienawidzisz mnie?
— Czy potrafiłabym?
— Ależ...
— Powiedziałeś sam przecież, że kobieta wybacza łatwo, zbyt łatwo występki, popełniane z miłości dla niej...
Do głębi poruszony tą całą sceną, baron zatracił w tej chwili zwykłą przenikliwość swoją. Nie chwytał pewnych, delikatnych odcieni głosu, ironicznych lub groźnych akcentów.
Helena powstała i wyprostowała się sztywnie.
Baron pochylił się i na jej obnażonem ramieniu wycisnął pocałunek.
Ona drgnęła, jakby pod naciskiem rozpalonego żelaza, lecz pozostała nieruchoma, aż do chwili, gdy odgłos kroków barona ścichł zupełnie w oddali. Poczem zasunęła wszystkie zatrzaski i zamknęła wszystkie wejścia, któremi było można dostać się do niej.
Wówczas, sama, spojrzała w żwierciadło.
Rysy jej twarzy były zupełnie zmienione. Tak była blada, jak gdyby wszystka krew zbiegła jej do serca.
Nie dowiedziała się wprawdzie nic nowego, ale ta rzeczywistość wydawała się jej teraz niemal straszniejszą od gnębiących ją dotychczas wątpliwości.
Otworzyła okno. Noc była prześliczna, jedna z tych nocy wiosennych, w których — jak wieśniacy mówią — słychać, jak rośnie trawa i liście.
Spokój, panujący w przyrodzie, wpłynął i na nią. Przedewszystkiem była rada, że dobrze odegrała swoją niezbyt łatwą rolę, że zdołała się oprzeć wściekłej chęci rzucenia baronowi w oczy całej swej pogardy.
Wszak należało czekać na rozkazy Jana de Marcilles i o wszystkiem go przedtem zawiadomić.
Wracając z balkonu, posłyszała Helena w swoim pokoju kroki.
Była to Zuzanna.
Słyszałeś wszystko? — spytała baronowa.
— Wszystko...
— A, nędznicy!
— Co pani teraz uczyni?
— To, co Jan rozkaże. Będę mu posłuszną...
Nazajutrz już o godzinie siódmej baron Maksym był w oknie. — Całą noc oka nie zmrużył.
W jednej z alei parku dostrzegł kobietę ciemno-ubraną, która szła w kierunku małej furtki ogrodowej. Nie zaniepokoiło go to bynajmniej.
Baronowa wychodziła często z rana rozdawać wsparcia biednym, lub do kościoła w Varenne.
Siadł przy biurku i napisał kilka listów.
W godzinę później, schodząc na parter, spotkał Zuzannę, która podała mu bilet.
— To dla pana barona.
Treść biletu była krótka.
„Jadę do Paryża — pisała Helena. — Nie lękaj się niczego. W ciągu dnia będę z powrotem. Potrzebuję być samą. Jako zakładniczkę zostawiam ci Gabryelkę. Czyż to nie wystarcza, aby Cię upewnić, że nie masz czego obawiać się z mojej strony. Oczekuję wszystkiego od czasu, który zabliźnia najgłębsze rany. Wdowa po niewinnym, tak okrutnie traktowanym, żona jego mordercy, można łatwo zrozumieć, ile cierpieć musi, a zwłaszcza łatwo zrozumiesz to ty, którego dusza doświadcza także męczarni. Zrozumiesz i ocenisz, o ile rana mi zadana, uleczoną być może.
„Ja to ocenić będę mogła po kilku dopiero dniach spokoju i samotności.
—Pani nie powiedziała nie więcej?
— Nic, panie baronie.
— A zatem, dobrze.
Baron wszedł do swego biura i zadzwonił.
Na ten odgłos pojawił się stary lokaj, Antoni.
— Zamów powóz — rozkazał baron — jedź co koń wyskoczy do Melun. Weź bilet do pociągu ekspresowego do Paryża. Baronowa pojechała przez Nangis. Chcę wiedzieć co tam robić będzie i z kim się tam zobaczy. Rozumiesz?
— Rozumiem, panie baronie.
Więc idź i ani słowa o tem, przed nikim.
Mały powozik, w którym baronowa zwykła była odbywać przejażdżki swoje w parku i lasach la Varenne, oczekiwał na nią, przy małej bramie.
Chciała oddalić się bez wszelkich tłumaczeń!
Najbliższą stacyą było Nangier. Ku niej też skierowała się baronowa.
Mało ją to obchodziło, czy jej kto nie śledzi, byleby tylko uniknąć mogła zapytań męża.
Na dworcu kolejowym, odesłała swego grooma, polecając, by ją oczekiwano przy pociągu ekspresowym z Monteveau, po południu.
Uczuła się spokojniejszą, gdy się zainstalowała w wagonie i gdy pociąg ruszył z miejsca.
Fizycznie i duchowo była jednak zdruzgotana. Przytłaczało ją brzemię strasznych rewelacyi, usłyszanych z ust barona i poczucie trudności sytuacyi, w jakiej się znajdowała.
Gdyby była słuchała tylko swego serca, byłaby jeszcze przed świtem zabrała swoją córeczkę i uciekła z nią z tego przeklętego domu, — ale czuła, że nie wszystko jeszcze skończone i że ma jeszcze do spełnienia wolę tamtego, to jest ofiary, i że na jej rozkazy czekać trzeba.
Wysiadłszy na dworcu Wschodnim o pół do jedenastej udała się spiesznie na stacyę telegraficzną i ztamtąd wysłała krótki telegram do męża:
„Od południa do pierwszej, avenue Gabriel“.
Poczem wzięła fiakra i udała się do pałacu Roynaud, gdzie się zamknęła w swoim pokoju i sporządziła opis wszystkiego, co się działo w la Varenne.
Opis ten kończył się temi słowy:
„Co mam teraz czynić? Opuścić ten ohydny dom lub w nim pozostać, aby prowadzić dalej walkę? Powiedz, co chcesz? Będę ci we wszystkiem posłuszną“.
W kilka minut po południu, zeszła do ogrodu i skierowała się ku kracie wychodzącej na avenue Gabriel.
Niewidomy był już na swoim posterunku.
Na widok Heleny twarz jago przerażająco zbladła.
— I cóż? I cóż? pytał gorączkowo.
Ona szybko spojrzała w okół siebie, lecz nie dostrzegłszy nic podejrzanego, wyjęła z kieszeni kopertę z przygotowanym opisem i podała ją mniemanemu ślepcowi.
— Czytaj i odpowiedz mi!
— Gdzie?
— Tutaj.
— Kiedy?
— Za godzinę.
Żebrak oddalił się w kierunku Sekwany, a baronowa weszła w głąb parku.
Żebrak szedł krokiem chwiejnym, gdy na rogu pałacu przemysłowego, spotkał się z człowiekiem, przybranym w bluzę robotniczą. Człowiek ten ujął go pod ramię, jak gdyby chciał mu dopomódz w chodzie, lecz odtąd już szybko skierowali się ku avenue Bosquet.
Doszedłszy do mieszkania, Jan de Marcilles wziął się natychmiast do czytania opisu, doręczonego mu przez Helenę, podczas kiedy Toussaint Vardon śledził pilnie na jego twarzy wrażenia.
I naraz z ust Jana wydobył się okrzyk tryumfu.
Nareszcie wiedział. Wiedział, czyja ręka zbroiła przeciw niemu bandytów.
— To on! — zawołał — to on! bezwątpienia!
— Kto? Baron Raynaud?
— Oczywiście!
Z gardła Vardona wydobyło się coś nakształt ryku.
Więc nareszcie będzie można działać! Mieli wspólnego wroga, mogli też wspólnie działać. Winowajca był już wiadomy; szło teraz o wymierzenie kary.
— Co uczynimy teraz? — spytał Toussaint.
— Chodź! — rzekł hrabia. Powiem ci zaraz.
Nakreślił na papierze słów kilka.
I udali się z powrotem tą drogą, którą przyszli.
Doszedłszy do Pól Elizejskich, mniemany ślepiec skierował się sam ku avenue Gabriel.
Helena była już przy kracie.
On podał jej bilet, na którym napisał:
„Kupiłem Roissy z umeblowaniem. Jutro tam będziemy. Cezary odkrył na krańcu lasu Chatillon, który nas dzieli od barona Raynaud, starą ruinę kaplicy. Z la Varenne można tam przybyć w minut dwadzieścia, konno lub powozem. Każdego dnia pod kapitelem zgruchotanym, po stronie prawej od głównego wejścia, znajdziesz moją instrukcyę. Odwagi! Za dni kilka wszystko będzie skończone. Będą mi się one wydawały wiekiem, ale dla ocalenia czci własnej trzeba walczyć i cierpieć“.
Tym razem wróciła Helena do zamku znacznie pokrzepiona na duchu. Dusza jej otworzyła się na przyjęcie nadziei. Czuła, że otrzymała przebaczenie. Cóż ją zresztą cały świat obchodzić mógł? Jan żył, Jan kochał ją znowu. Niebawam połączą się znów.
Kazała zaprządz do powozu i pojechała do Louvre’u, aby upozorować wyjazd i czas jako tako przebyć. Błąkała się chwilę wśród magazynów, kupiła parę przedmiotów i kazała się zawieźć na dworzec Lugduński. Tam wsiadła do pociągu, który około godziny dwunastej przybywa do Monteveau.
Zanim baronowa wróciła do zamku, Antoni, lokaj barona, wózkiem lekkim, a zaprzężonym w dzielne konie, pędził krótszą drogą i jak burza wpadł do pokoju pana, który go oczekiwał z niecierpliwością. Antoni był najzupełniej oddany swemu panu, którego znał od dzieciństwa i nie opuszczał nigdy.
— Więc co? co się stało? — pytał natarczywie baron.
— Do pałacu przybyłem o kwadrans na dziewiątą...
— A pani?
— Pani jeszcze nie było. Ale wkrótce potem przybyła.
— Fiakrem?
— Zdaje mi się. Byłem w gabinecie pana barona. Pani poszła do swego pokoju, gdzie pozostała około godziny. Potem zeszła do ogrodu i skierowała się ku kracie koło avenue Gabriel. Szedłem za nią, kryjąc się wśród zarośli...
— I cóż? i cóż?
— Widziałem dokładnie, jak pani dawała jakiś papier żebrakowi, który widocznie tam czekał...
— Jakiemu żebrakowi?
— Ślepcowi, prowadzonemu przez białego pieska.
— Jesteś pewny, że pani oddawała mu papier?
— Tak pewny, jak tego, że żyję.
— No, a potem?
— Potem pani wróciła do siebie, gdzie znowu pozostała z godzinę. A następnie znowu poszła tam, gdzie pierwej, lecz tu było już inaczej. Tu już żebrak podał pani bilet, który ona odczytała z uwagą. Poczem podarła go na drobne kawałeczki i wyrzuciła na zewnątrz. Musiałem czekać aż pani powróci do pałacu, aby się zbliżyć do tego miejsca, w którem stała... Żebraka już tam nie było, tylko na chodniku leżało kilka kawałków papieru. Zebrałem je, lecz nie mogłem nic się z nich dowiedzieć. Oto są...
Antoni podał baronowi owe strzępki podartego papieru.
Baron gorączkowo przeglądał podarte kawałki papieru.
— To wszystko? spytał.
— Wszystko. Pani kazała zaprządz do powozu i odjechała natychmiast. Leonard powoził, byłem więc pewny, że się dowiem od niego wszystkiego, co pani robić będzie. I rzeczywiście od Leonarda wiem, że była w Louvrze, że baronowa wyszła ztamtąd z małym pakiecikiem w ręku i kazała się zawieść na dworzec lugduński.
— W ciągu tego czasu pani nie widziała się z nikim, tylko z owym ślepym?
— Z nikim, na pewno. Chyba w magazynach Louvru... Gdyby mi pan baron pozwolił moją myśl wyrazić, tobym rzekł, że idzie tu prawdopodobnie o jakiś miłosierny uczynek... Gdyby pan baron zechciał rzucić okiem na te podarte kawałki papieru, które tam zabrałem, toby się przekonał, że trzy z nich, złożone razem, tworzą całkowite słowo...
— Jakie słowu?
— Kaplica. Może się pan zechce przekonać. Oto te trzy kawałki, spięte szpilką.
Baron stwierdził fakt dokładnie.
Ten wyjazd Heleny do Paryża natychmiast po otrzymanych wyjaśnieniach nie dawał mu spokoju. Ciągle więc teraz szukał rozwiązania zagadki w tych skrawkach papieru, przyniesionych przez Antoniego. Po długich daremnych usiłowaniach, udało mu się złożyć jeszcze trzy wyrazy i to niekompletnie.
Dwa kawałki papieru złożone, tworzyły zakończenie wyrazu, czy nazwy: oissy. Na innym było słówko ines, a na ostatnim: Chatill...
Widząc, że nic więcej nie dojdzie, baron zniecierpliwiony zamknął owe cenne skrawki papieru w szufladce swego biurka.
W chwili, gdy baronowa i goście wyjeżdżali do wspaniałej alei, prowadzącej do pałacu, baron nakreślił szybko na kawałku papieru te słowa:
„Do p. Fulgentego Guillarda 47 avenue d’Antin.
„Objawy niepokojące.
„Kto być może ten Ślepiec, który zajął posterunek na avenue Gabriel, pod moją kratą?
„Należy go śledzić.
„Zbadać, zkąd przybywa, czego chce i gdzie mieszka.
„Działać pospiesznie.
W chwili, gdy baronowa wysiadała z powozu, wierny Antoni nadawał tę depeszę, jako nagłą, na najbliższej stacyi.
Kontrakt kupna-sprzedaży Roissy był istotnie zawarty.
Jestto posiadłość prawdziwie książęca, ze wspaniałym zamkiem i olbrzymim, starannie utrzymanym parkiem.
Akt sprzedaży był podpisany i cena kupna złożona dnia poprzedniego ku wielkiemu zadowoleniu panów Pidoux i Strauba, którzy zdobyli wspaniałą gratyfikacy, czy raczej „komisyę“. Promienieli obydwaj radością, a to tem więcej, że nie psuła im jej Marta Ribourt, jak to można się było obawiać po niedyskrecyach, popełnionych przez Cabirola. Ale Marta po pierwszem bolesnem wrażeniu, zamknęła się w milczeniu poważnem.
Nie budząc podejrzeń w Pidoux, zajęła się w ciszy uporządkowaniem swoich interesów, zabrała przedmioty wartościowe będące jej własnością, wyjęła z kasy swoje oszczędności, przygotowując w ten sposób rozłączenie, które uskutecznić postanowiła w najbliższym czasie.
Wszystko zatem zdawało się składać jak najlepiej. I obaj przezacni spólnicy pogrążali się w ten słodki bezwład węża grzechotnika, trawiącego gazelę, lub w rozkoszną senność ludzi sytych, którym się wszystko udało.
Cabirol był także najzupełniej zadowolony. Przechadzał się po ulicach krokiem człowieka, posiadającego znaczne pieniądze w kieszeni. Zdawało mu się, że kobiety patrzą na niego przychylniej.
Nawet Marta, która widząc dobrze jego wady, przekonywała się jednak, że nie był on zdolny do popełnienia zbrodni, do obmyślenia i przeprowadzenia jej planu. Co najwięcej mógł być użyty jako pomocnicze narzędzie w wykonaniu drobniejszych szczegółów.
Zresztą czuł pieniądze w kieszeni, a przecież to najważniejsza cecha zadowolenia i pewności siebie.
Gdy wszedł do loży portyera, z którym zawiązał już był przyjazne stosunki, powitany został serdecznym okrzykiem.
Cabirol rozsiadł się wygodnie w ogromnym fotelu.
— Mieszkasz pan jak senator! — zawołał. — Czy są może jakie rozkazy?
— Oczekują tam na pana, na górze.
Po raz pierwszy się zdarzało, że margrabia go potrzebował.
— Więc co? Mam iść? — spytał ze zdziwieniem.
— Zaraz tam pana zaprowadzę.
— A niech to licho trzaśnie! Właśnie dzisiaj, kiedy miałem cudowną schadzkę....
— E, figlarzu! — zaśmiał się portyer, p. Sauvagnat.
— I jeść mi się chce.... — skarżył się Cabirol.
— Na to niema rady.... Nakaż swoim kiszkom cierpliwość, bo oto właśnie siódma bije.... Musimy iść.
— Ano chodźmy! — westchnął Cabirol.
I weszli na schody jeden za drugim, przeszli kurytarz, parę salonów i dotarli wreszcie do gabinetu pana.
Cabirol oswojony był z efektami teatralnymi wszedłszy jednak do tego gabinetu uderzony był pewną niezwykłością urządzenia i nastroju.
Firanki i story były zapuszczone.
Pomiędzy dwoma oknami zajął miejsce olbrzymiego wzrostu mulat i przenikał wchodzącego bystrym wzrokiem. Sauvagnat również olbrzym pozostał przy drzwiach, jakby na straży.
W jednym kącie pokoju jakiś nieznajomy jegomość rozkładał papiery na stole.
Był to pisarz sądowy Atanazy Besnou, zawezwany telefonicznie.
P. Besnou widocznie był rozradowany.
Lampy i dwa kandelabry o wielkiej ilości świec oświetlały gabinet, z niewiadomych powodów w biały dzień zaciemniony.
Margrabia d’Aguilas, wgłębiony w fotel przy kominku, zdawał się obojętnie patrzeć przed siebie, podczas kiedy brat jego, stojąc przed biurem widocznie oczekiwał na Cabirola, który wszedł tam jak gdyby więzień.
Zmysłu spostrzegawczego Gaskończykowi nie brakło. Zauważył on też odrazu, że dwu ludzi o czarnym zaroście stanęło po za nim, jak gdyby dwu żandarmów obok obwinionego.
Wreszcie — i to zaintrygowało go najbardziej, ujrzał na biurku z jednej strony kawałek sznura, podobnego do tego, którym panna de Marcilles była uduszona. — a z drugiej, w sakiewce, parę sztuk monet złotych.
— Proszę się zbliżyć bez obawy — rzekł Cezary.
Cabirol nieco chwiejnie postąpił krok naprzód.
— Mam tylko kilka pytań panu do postawienia. A jeśli pan będzie szczerym, przyrzekam panu, że będę go traktował po przyjacielsku. W przeciwnym razie, ponieważ sprawa ma dla nas niemałą wagę, będę musiał zastosować środki surowe... Rozumie pan?
Cabirol nie dał odpowiedzi. Czuł, że w gardle mu wyschło.
— Masz pan dobrą pamięć?...
Cabirol się skłonił.
— Spełniałeś pan rozmaite funkcye?
— Tak.
— Gdzie byłeś w r. 1877?
— W Paryżu.
— Coś pan tu robił?
— Wszystko, co tylko potrzeba, aby zarobić na życie, a gdy się nie ma żadnego rzemiosła w ręku.
— W tym czasie — ciągnął dalej Cezary — znał pan niejakiego Fulgentego Guillard?
Nagły kaszel schwycił za gardło Cabirola.
— Proszę o odpowiedź! zawołał ostro Cezary.
— A jeśli odpowiedzi odmówię?
— Tego pan nie uczynisz.
— Dlaczego?
— We własnym interesie. Więc znałeś tego Guillarda.
— Niech będzie, że znałem.
— On ma jeszcze drugie nazwisko.
— Tak. Straub.
— Znasz pan także niejakiego Pidoux?
— Nie mogę temu zaprzeczyć.
— Tego Pidoux, z agencyi.
— Tego samego.
— Ci obaj panowie, którzy uchodzą za spryciarzy, wyperswadowali panu wówczas, że mógłbyś właściwie spełniać funkcye geometry... miernika... rysownika ogrodów... jak pan wolisz.
Twarz Cabirola z bladej, stawała się trupią.
— Chociaż — ciągnął dalej Cezary — nie miałeś pan w żadnym z tych kierunków specjalnych studyów... Czy to prawda?
Cabirol rzucił w około siebie spojrzenie. Był pod dobrą strażą, zewsząd otoczony.
Atanazy Besnou, promieniejący radością, pisał coś zawzięcie.
— Nic pan nam nowego nie masz do powiedzenia — oświadczył w dalszym ciągu Cezary — my wiemy już wszystko. Potrzebne nam są jednak pańskie zeznania, nie przeciw panu, lecz przeciw potężniejszym od pana. Mów pan więc, a nie stracisz na tem. Dla człowieka inteligentnego, jakim pan jesteś, nie może być trudny wybór pomiędzy łotrami, którym służyłeś i którzy cię wyzyskiwali, a ludźmi uczciwymi, którzy twego dobra pragną.
— Byłeś pan zatem chwilowo miernikiem w r. 1877? — pytał dalej Cezary.
— Przyznaję.
— I na polecenie tego Guillarda, wykonywałeś tę funkcję w Combiers?
— To prawda.
— W jesieni?
— Tak jest.
— Przedtem byłeś statystą w małych teatrach?
— I to prawda.
— Umiałeś przeto odgrywać pewne role.
— Niezawodnie.
— A zatem to pan, w przebraniu chłopca folwarcznego, którego następnie odszukać nie zdołano, udałeś się wieczorem 5 października, aby zawiadomić hrabiego Jana de Marcilles, że jego ciotka wzywa go do Orgères?
— Mógłbym tu jednak — przerwał Cabirol — zapytać pana, jakiem prawem pan mnie indagujesz?...
— Lepiej nie pytaj, a bądź szczerym. Każde słowo przyniesie ci ładną sumkę...
— A więc dobrze... To byłem ja.
— Kto pana do tego namówił?
— Kto? Oczywiście Pidoux.
— A kto namówił pana Pidoux?
— Fulgenty Guillard.
— A kto Guillarda?
— Za dużo mnie pan pyta? O tem, przysięgam, nikt mi nie mówił.
— Ale pan sam się domyśliłeś.
Cabirol ocierał sobie rękawem spotniałe czoło.
— Być może — odrzekł. — Ale tu nie mógłbym nic twierdzić na pewno.
— Potrzebujemy to tylko wiedzieć, co pan sam widział. A zatem w nocy piątego października, udał się pan najpierw do Marcilles?
— Tak jest.
— A potem do Orgères?
— Gdy było już po wszystkiem! — krzyknął Cabirol. Przysięgam, że nie wiedziałem, co się tam działo.
— Wiedziałeś jednak, że miano złe zamiary.
— Och, tam, było, jak mówiono, tyle pieniędzy...
— Że wziąć z nich trochę, to przecież nie wielka zbrodnia... — dokończył z uśmiechem Cezary.
— Zapewne.
— Ale towarzysz pana myślał widocznie inaczej.
— Niestety!
— Więc to on wszystkiego dokonał?
— Tak.
— Opowiedz nam, jak to się stało.
Cabirol jąkając się, zdyszany, wypowiedział wszakże wszystko.
Pisarz sądowy spisywał zeznania, a gdy skończył odczytał je.
— Czy tak pan zeznałeś? — spytał w końcu.
— Niewątpliwie tak... — szepnął Cabirol.
Atanazy Besnou podał mu pióro.
— Podpisz pan! — rzekł.
Cabirol wydał jęk rozpaczy.
— Chcecie więc mnie zamordować! — krzyknął. — I cały drżący, dodał:
— Wy nie znacie tych ludzi!
— Ba! — zawołał Cezary — gadziny mają także jad śmiertelny, a można je przecież uczynić nieszkodliwemi. Nie bój się, panie Cabirol i podpisz.
Ale Cabirol jeszcze się wahał.
— Chcecie mojej zguby! — wołał.
— Myślałem, żeś odważniejszy...
— Chcecie mnie zesłać na ciężkie roboty!
— Przecież hrabia Jan de Marcilles był tam także...
Besnou zbliżył się i począł tłumaczyć Cabirolowi, że to nie o niego chodziło, lecz o ważniejszą osobę. I to go wreszcie zdecydowało.
Podpisał. A Besnou dodał jeszcze:
— Akt sporządzony i podpisany w obecności Remigiana Souvagnata, dozorcy domu, Juana Assunto z Buenos-Ayres, służącege margrabiego d’Aguilas i Atanazego Besnou pisarza przy trybunale cywilnym w Mayenne, którzy wszyscy poświadczyli tożsamość zeznań p. Mikołaja Cabirol...
Besnou, myśląc o nienawistnym sobie sędzi Bazouges, zacierał ręce z radości.
Sesya była skończona.
Cezar de Marcilles pozostał sam z pisarzem sądowym, bratem swym Janem, który w ciągu całej sceny poprzedniej ust nie utworzył i Mikołajem Cabirol.
Ten był już całkowicie zgnębiony.
Z twarzą zbladłą i pochyloną, nie czynił żadnego ruchu.
— A zatem — rzekł Cezary — afera cała skończona. Jak pan widzi, nie była zbyt groźna. W dwu słowach panu to wytłumaczę: Chcemy powrócić cześć nazwisku niesprawiedliwie zhańbionemu i ukarać sprawców zasadzki na Jana de Marcilles.
— Przecież Jan de Marcilles nie żyje!... wyjąkał Cabirol.
— Być może, ale ja się nazywam Cezary de Marcilles i nie zniósłbym plamy na czci mego brata, jeśli on żyje, na jego pamięci, jeśli nie żyje. Rozumiesz pan?
Cabirol skłonił się.
— Jeżeli pan chcesz nam służyć, ciągnął dalej wicehrabia, my odpowiadamy za ciebie i zapewniamy ci przyszłość. Niebawem wracam tam, zkąd przybyłem, a jest to kraj, w którym sprawiedliwość nie zdołałaby cię dosięgnąć. Tam znajdziesz schronisko. Mam nadzieję, że inni, ci wielcy winowajcy, będą już wówczas schwytani. — Zapytuję więc: czy chcesz iść z nami?
— Uczynić inaczej nie mogę....
— Przynajmniej jesteś szczery...
— A przytem z rozkoszą ujrzałbym pana Pidoux przyciśniętego do muru. Ale, bądźcie ostrożni...
— W jakim kierunku?
— Pidoux jest sprytny, Straub jeszcze sprytniejszy. Nie tak łatwo schwytać się dadzą...
— Zobaczymy, rzekł Cezary, — co nam czynić wypadnie.
— Czy ma pan jakie rozkazy? spytał Cabirol potulnie.
— Przedewszystkiem milczeć.
— To rzecz łatwa.
— Dwa razy dziennie będziesz pas pan odwiedzał. Raz, z rana, przed pójściem do biura i wieczorem, wychodząc z niego.
— Dobrze.
— Za każdym razem wstąpisz pan do loży portyera, który jest pewnym człowiekiem. I zastosujesz się ściśle do jego instrukcyj.
To mówiac wicehrabia, wziął ze stosu, nie licząc, garść monet złotych.
— To na opłacenie kosztów. Gdybyś pan schwycił jaką wiadomość naglącą, proszę nie oszczędzać na fiakrach.
Przy drzwiach wchodowych zatrzymał go jeszcze pisarz sądowy.
— Powiedz-no mi pan; ponieważ jesteś pan przyjacielem pana Pidoux, będziesz zapewne wiedział, co porabia jego „krajanka“?
— Marta Ribourt z Brousse, która jest teraz u nas kasyerką?
— Tak jest. Wszak ona ona należy do bandy?
— Jak to pan rozumie?
— Chcę przez to powiedzieć, że jest uwiadomiona o wszystkiem.
— Czy o sprawie panny z Orgères? Zapewnić mogę, że o tem nie miała najmniejszego pojęcia.
— Jesteś tego pewny?
— Najzupełniej.
— A teraz?
— Wie o wszystkiem.
— Od kiedy?
— Od dwu dni.
— W jaki sposób?
— Dzięki niedyskrecyi.
— Czyjej?
Cabirol wskazał palcem na siebie.
— Oto jest winowajca? — rzekł.
— Więc na niej żadna wina nie cięży?
— Najmniejsza.
— Cieszy mnie to bardzo. Ale dla czego ona pozostaje z tym bandytą.
— Ha! — rzekł rozkładając ręce. Cabirol. — To tak jak i ja... Z głupiego przyzwyczajenia...
— No, więc dobrze. Bywaj pan zdrów i trzymaj język za zębami. A nie będziesz tego żałował.
Cabirol ulotnił się chętnie potrzebował powietrza. Ale szedł pomału; czuł się jak gdyby oszołomiony. W gruncie rzeczy cieszyło go to najbardziej, co spotkać miało pp. Pidoux i Strauba u szczytu ich powodzeń. Przyjemnie go też zadziwiał jego własny los w tej sprawie. Zwykle zdrajcom, sprzedającym swoich spólników, płacą pobłażliwością w ocenianiu winy i wymiarze kary.
Tutaj traktowano go lepiej.
Obiecywano mu majątek w nagrodę jego zdrady.
To było prawie zbyt piękne.
Gdy przechodził obok loży portyera, Sauvagnat go zatrzymał:
— Radzę — szepnął — być milczącym jak ryba.
Jedna z mulatek siedziała w kącie izby.
— Dobra rada — potwierdziła. — Najlepiej pójść spać...
Cabirol nie odpowiedział zaraz, gdyż w tejże chwili spostrzegł w bramie pałacu postać Fulgentego Guiliarda, który mierzył go wzrokiem.
— Dobranoc... dobranoc... wyjąkał wreszcie, do głębi poruszony widokiem Strauba.
Rada portyera była dobra. Cobirol powinien był pójść za nią. Na nieszczęście spotkał Strauba.
Telegram barona Raynaud w sprawie ślepca, przebudził Strauba, który i tak zwykle na jedno oko zasypiał. Straub rzucił się zaraz na poszukiwania, ale nic nie znalazł.
Slepca ani śladu. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Agenci wprawdzie widzieli parę razy na chodniku aveune Gabriel stojącego ślepca z białym pieskiem — ale to było wszystko. Zkąd przybywał? dokąd dążył? Nikt nie umiał powiedzieć.
Po bezskutecznych poszukiwaniach, co go niezmiernie martwiło. Straub poszedł na ulicę Castiglione i tu był naocznym świadkiem sceny, która świadczyła o zdradzie, a tej nikt inny, prócz Cabirola nie mógł popełnić.
Po paru dniach hamowania się Marta Ribourt wreszcie wybuchła.
Pomiędzy nią a Pidoux sytuacya była już naprężona.
Niespodziewana okoliczność stała się powodem katastrofy.
Pewnego wieczora, Pidoux wyszedł z domu z zamiarem nie wrócenia na noc. Dla błahej okoliczności niespodziewanie powrócił i zastał Martę, pakującą swoje kufry. Wybuchła scena, w ciągu której Marta traktowała go z najwyższą pogardą.
Oświadczyła mu wyraźnie, że go opuszcza, nietylko z powodu jego niewierności, lecz że go posądza o wszelakie zbrodnie.
Lekka aluzya do morderstwa, spełnionego w Orgères, obudziła czujność obu spólników.
Cabirol musiał się wygadać — nie można było wątpić o tem. Stawał się też coraz bardziej niebezpiecznym.
Marta miała tyle przezorności, aby się oprzeć błaganiom Pidoux’a i nie uwierzyć w jego skruchę. Niewzruszona w swem postanowieniu, zabrała rzeczy i kazała się zawieźć na dworzec kolei żelaznej w kierunku Bretonii.
Nie będąc bogatą, posiadała jednak pewne oszczędności, które zapewniały jej niezawisłość.
Po odejściu Marty, Straub i Pidoux naradzali się co czynić.
Sytuacya była poważna.
Pidoux by wprawdzie pewny, że po kilku dniach zdoła uśmierzyć gniew Marty, ale Cabirol go drażnił. Jego też najbardziej się obawiał. Jak mu przeszkodzić, aby nie gadał.
Posłano po niego.
Nie wrócił wcale do siebie. Nie znaleziono go nigdzie.
Straub wracał więc do siebie w porze spóźnionej, w bardzo złym humorze.
Ujrzawszy Cabirola W promiennem świetle gazu w bramie pałacu d’Aguilas, wydał stłumiony okrzyk zadowolenia. Dowiedział się nareszcie prawdy.
Chociaż mieszkał w tym domu, Straub nie wchodził nigdy przez bramę od avenue d’Antin.
Pałac miał dwa wejścia i dwóch odźwiernych.
Fulgenty wchodził zwykle przez drugą bramę, od ulicy Jean Goujen, znacznie skromniejszą. Skromniejszą też była portyerka.
Funkcye te powierzono trzydziestopięcioletniej wdowie, nazwiskiem Felicya Bertin, z tym warunkiem, że we wszystkiem podlegać będzie głównemu portyerowi, Sauvagnetowi, który w całym domu rządził jak autokrata.
Straub na widok Cabirola był przedewszystkiem uderzony jedną myślą.
Co on tu robi w tym domu?
Przejście z Martą Ribourt budziło w nim nieufność.
Zapewne uczyniono źle, że się nie informowano szczegółowiej co do owych cudzoziemców, których egzotyczna fortuna olśniewała tłumy. To zaniedbanie trzebaby koniecznie wynagrodzić.
Wychodząc Cabirol znalazł się obok Badeńczyka, którego twarz podstępna, przybrała wnet wyraz przychylny.
— Byłeś pan tam w pałacu? zapytał Straub słodkawym głosem.
— Jak pan widzisz...
— Piękny, solidny dom!...
— No, oczywiście.
Byłoby może niedyskrecyą z mojej strony, gdybym się zapytał, co pan tam robiłeś?
— Wcale nie.
Jakiś dziwny instynkt natchnął w tej chwili Gaskończyka.
Zniżył głos i szepnął tajemniczo:
— Flirtuję tu sobie. Czyżby to było wzbronione? Jeżeli się tu chodzi w interesach drugich, można przecież i o sobie pomyśleć...
— Ma się rozumieć.
— A przed panem to z niczem ukryć się nie można...
— No i cóż? Masz pan dobrą tu nadzieję powodzenia?
— Jestem prawie pewny swego, odparł dumnie Cabirol.
— Ano, to powinszować ci, stary rozpustniku!
— Ale co za skarby, jakie cuda, macie wy panie, w waszem sąsiedztwie. Musicie je znać przecie...
— A, te dziewczęta kolorowe! Widziałem je przed chwilą.
— No i ci państwo, niema co mówić, wielcy państwo, z sercem na dłoni...
— Widzieliście go?
— Kogo?
— A no tego margrabiego, który w ogóle rzadko się pokazuje.
— Zaledwie raz go widziałem.
— Więc dla kogo przychodzi pan do niego?
— Dla pięknej Mercedes... Tak dla pięknej Mercedes! Patrzeć na nią to już rozkosz...
Zapał Cabirola brzmiał fałszywie.
— Straub powziął wątpliwości.
— Czy pan jadł już obiad? — spytał nagle.
— Ależ...
— Co do mnie jestem głodny, jak wilk. Gdybym tak pana zaprosił na małą fetkę.
— Och...
— Urządzimy sobie małą orgię. Sprawy idą dobrze. Możemy używać życia...
Cabirol się skrzywił. Propozycya nie uśmiechała mu się wcale, ale odmówić nie śmiał.
Właśnie w tej chwili przejeżdżał pusty fiakier. Straub go zatrzymał i zaprosił Cabirola.
Ulica de Moscou nr. 102-rzucił adres.
Fiakier potoczył się zwolna w wskazanym kierunku.
Cabirol, jeszcze oszołomiony przebytem przesłuchaniem, stał się milczący.
Za to Straub był mocno ożywiony. Sławił rozkosze życia, a Cabirol nie widział go jeszcze nigdy takim wylanym i skłonnym do wspaniałomyślności. Był to nieznany mu dotychczas oryginał filantrop, bez przesądów, ale i bez żółci.
— Mój biedny Cabirol — mówił Straub — trzeba naprzód osiągnąć powodzenie, a potem podać rękę przyjaciołom. O sobie powiedzieć mogę, że siłą wytrwania osiągnąłem to i owo. Chcę teraz zabezpieczyć ci los. Pidoux jest za zimny w obec tak, jak pan, dawnego kolegi. Zmyję mu za to głowę. Ale dzisiejszy wieczór poświęcimy całkowicie wesołości.
I zaczął nucić jakąś wesołą aryjkę.
— Bo widzisz, Cabirol, — ozwał się znów po chwili, — w interesach o wszystkiem stanowi powodzenie. Ono usprawiedliwia wszystko. To, jak na wojnie. Biada temu, który dostanie kulką w łeb. Inni maszerują przez niego. Pan także, panie Cabirol, nie zrobiłeś majątku z własnej winy. Wszak dano ci dziesięć tysięcy franków, nieprawdaż?
— Z powodu sprawy d’Orgères?
— A, proszę nie wymawiać tych wyrazów. To przynosi nieszczęście. Rób pan tak, jak ja. Pozostań w ogólnikach... Więc mówię dano ci dziesięć tysięcy?
Cabirol okazał się uczciwym.
Sprostował wnet omyłkę, która była zresztą dobrowolna.
— Otrzymałem — rzekł — dwadzieścia tysięcy.
— Aż tyle! Piękny grosz! Z tymi dwudziestoma tysiącami, mógłbyś był zostać Krezusem, gdybyś był chciał...
— Jakim sposobem?
— Bardzo łatwym. W handlu ludzie podwajają zwykle swój kapitał w ciągu roku.
Zatem liczmy: Czterdzieści tysięcy w pierwszym roku... ośmdziesiąt w drugim, sto sześćdziesiąt w trzecim i tak dalej i tak dalej. Po dziesięciu latach już się samemu nie wie, ile się posiada... No, ale pan wolałeś się bawić niż spekulować. To już rzecz gustu...
Fiakier zatrzymał się przed nr. 102 ulicy de Moscou.
Cabirol sądził zrazu, że danem mu będzie wkroczyć do wnętrza domu, kryjącego tajemnice.
Ale Straub wysiadł sam z fiakra i zamykając drzwiczki, rzekł:
— Proszę o pięć minut cierpliwości. Mam tu do powiedzenia jedno tylko słówko, a potem jedziemy do zacnej instytucyi ojca Lathuile. Koszta tego wieczoru całkowicie biorę na siebie.
— I wina?
— Wina najszlachetniejsze... a może jeszcze coś lepszego...
— Co takiego?
— To niespodzianka.
Istotnie nie bawił długo w mieszkaniu Meli Rivolard, lecz wydawszy jakieś zarządzenie, za chwilę był z powrotem i siedział w powozie obok Cabirola.
Dorożka potoczyła się dalej.
Zaledwie parę minut upłynęło od odjazdu fiakra, gdy Łazarz Pidoux wyszedł również z pod nr. 102 ul. de Moscou i krokiem pośpiesznym udał się przez ul. Pigalle ku wyżynom Montmartru i zaułkiem mało komu znanym. Pidoux miał tam wszakże znajomości, dobrze bowiem mieć wszędzie przyjaciół. Straub także zachował tam niektóre stosunki, z których możnaby było skorzystać w razie potrzeby.
Chociaż niemal krok za krokiem, dowiózł jednak fiakier Strauba i Cabirela na miejsce do restauracyi Lathuile.
Była godzina blisko dziewiąta wieczorem. Wszystkie okna zakładu były rzęsiście.
oświetlone.
Fulgenty Guillard, ujrzawszy towarzystwo wychodzące z jednego z małych saloników, pospieszył je zająć, szepnąwszy słów parę na ucho głównemu kelnerowi, który przyszedł po rozkazy.
— Pięć nakryć! zaordynował Straub, zacierając ręce z zadowoleniem.
Cabirol skierował ku niemu zadziwione, pytające spojrzenie.
— Otóż i mała niespodzianka! wykrzyknął Badeńczyk w odpowiedzi. — Będziemy mieli damy!
Cabirol uśmiechnął się z zadowoleniem, wyciągnął mankiety z rękawów surduta, otrzepał surdut z pyłu i rozczesał włosy. Będą niewiasty... Trzeba się podobać. Przecież nie nadaremnie zwą go „przyjacielem kobiet“. A to zobowiązuje.
Fulgenty tymczasem dysponował menu 7 potraw najbardziej wyszukanych.
Cabirol przestraszył się takiej rozrzutności.
— Panie pryncypale — rzekł — możesz się pan za to dostać pod kuratelę sądową.
Straub zaśmiał się a i Cabirol przestał tem się troszczyć, bo oto weszły na salę dwie zapowiedziane damy: Mela Rivolard i jej przyjaciółka, ruda Klaudyna.
— A gdzież Pidoux? zapytał Straub.
— Gdzieś się nam zawieruszył, odpowiedziała Mela.
Pojawienie się tych dam zelektryzowało Cabirola.
Przy stole, umieszczony pomiędzy Rzymianką i Klaudyną, upojony zapachem perfum i wdzięków niewieścich, zapomniał wkrótce o wszelkiej przezorności i umiarkowaniu. Jadł dużo, pił jeszcze więcej, coraz czulsze okazując sentymenty obu pięknym paniom, a chwaląc się, że ma przy sobie znaczną sumę pieniężną.
To niespodziewane „zbogacenie się“ Cabirola, zdecydowało Strauba, który postanowił działać stanowczo.
Pidoux nie pokazywał się wcale.
Cabirol był zupełnie pijany. Ledwie bełkotal.
Fulgenty Guillard zażądał rachunku.
— Już jedziemy? — spytała Klaudyna.
— Ho! ho! — wykrztusił Cabirol — pryncypał regularny, jak zegarek...
— Szkoda — użaliła się Klaudyna. — Miałam jeszcze taką ochotę do Elysée...
— Elysée... Faubourg Saint-Honoré... — zabełkotal Cabirol.
— Ależ Elysée-Montmartre! idyoto! — krzyknęła Klaudyna.
— Myśl wcale dobra... — zauważył Guillard — ale jestem już na to za stary. Wy, młodzi, bawcie się dalej, jak chcecie...
Zapłacił spory rachunek i cichaczem wyniósł się, pozostawiając Cabirola pod opieką pięknych pań, którego niebawem, chwiejącego się na nogach, lecz uśmiechniętego rozkosznie, wprowadziły do jednej z przedmiejskich sal balowych.
Tam znalazł się Pidoux w ożywionej rozmowie z dwoma indywiduami o bardzo podejrzanym wyglądzie, znanemi sobie z dawniejszych czasów. Im nie potrzeba było długich, nieraz kompromitujących wyjaśnień.
Gdy Cabirol wszedł z damami na salę, Pidoux zwrócił na niego swoich towarzyszów uwagę, mówiąc ze śmiechem:
— Ależ ten Cabirol pijany! odważny przytem, czy też nieostrożny, wiem z pewnością, że ma dzisiaj znaczną przy sobie gotówkę...
Rzuciwszy od niechcenia te słowa, zwrócił się wnet ku rudej Klaudynie i zniknął z nią niebawem wśród tłumu.
Wkrótce zniknęła też i Rzymianka, ale mimo to Cabirol nie pozostał smutnym ani na chwilę. Otoczyły go wnet inne niewiasty i inni rozweseleni goście i szeroka zabawa poszła dalej.
To pewna, że od nocy słych o Cabirolu zaginął. Nikt go odtąd nie widział ani w Agencyi przy ul. Castiglione, ani w pałacu d’Aguilas, ani gdzieindziej.
Zaraz nazajutrz Pidoux rozpoczął lekkie, bardzo lekkie poszukiwania i posłał do pałacu d’Aguilas z zapytaniem, czy go tam nie widziano.
Na tem się poszukiwania skończyły.
Wieczorem Cabirol miał już następcę w Agencyi, jakiegoś nieboraka, uszczęśliwionego, że dostał dwieście franków na miesiąc.
Dopiero w dwa, lub trzy miesiące od tej uczty w zakładzie Lathuila, można było czytać w kronice następującą notatkę, która zresztą żadnego nie obudziła zajęcia:
„Majtkowie wyciągnęli wczoraj z kanału Saint-Martin topielca, który już czas dłuższy musiał przebywać pod wodą. Był przyzwoicie ubrany. Czaszkę ma załamaną, prawdopodobnie od tak zwanego amerykańskiego uderzenia pięścią. Tożsamości tego topielca niepodobna było stwierdzić. Bieliznę ma znaczoną literami N. C. — Zdaje się, że zostało tu popełnione rabunkowe morderstwo; do policyi wszakże nie wpłynęła dotąd żadna reklamacya“.
Sprawa też nie pociągnęła żadnych następstw.
Straub i Pidoux byli na zawsze uwolnieni od niebezpiecznego świadka.
P. Atanazy Besnou, pisarz sądowy z Mayenne, był w tej chwili niewątpliwie człowiekiem, którego wewnętrznego zadowolenia nie mąciła najmniejsza troska.
Wewnętrzne to zadowolenie nie wypływało może z zupełnie czystego źródła. Główną w niem rolę grała niewątpliwie radość, że ta zacna rodzina de Marcilles, do której on i jego brat notaryusz byli tak szczerze i gorąco przywiązani, odzyska utraconą cześć i miejsce sobie należne w kraju. Ale z tą szlachetną radością, łączyło się mniej szlachetne uczucie satysfakcyi z pognębienia nienawistnego sobie sędziego Bazouges. Pochyli on niewątpliwie arogancko zadartą głowę, gdy mu się teraz z dokumentami w ręku, niezbicie wykaże, że sprawa, z której rozstrzygnięcia i osądzenia on tak bardzo był dumny, była jedną z tych niedorzecznych, a tak w następstwach tragicznych omyłek, stanowiących epokę w rocznikach sądowych. Z uśmiechem, którego pohamować nie umiał, spoglądał p. Besnou na upokorzenie sędziego i wielu jeszcze innych jemu podobnych figur. Im bliżej jednak czuł się celu, tem żywiej odczuwać począł tę główną, szlachetną radość. Spieszno mu też było podzielić się z bratem ważną nowiną.
Przybywszy na dworzec Montparnasse, odprawił powóz margrabiego d’Aguilas i kupiwszy bilet wkroczył do wagonu I. klasy, w której jedno tylko miejsce było zajęte przez jakąś podróżną, układającą swoje pakunki w siatce górnej.
Wsiadając do wagonu Atanazy Besnou nie mógł widzieć tej kobiety; po jej ruchach jednak mógł od razu rozpoznać, że była młoda i miała ładną figurę.
Jakież było ździwienie, gdy po chwili pociąg ruszył z dworca a on przy świetle latarni rozpoznał swoją towarzyszkę podróży.
Była to Marta Ribourt.
— Jakto? to pani! — zawołał.
— Nie spodziewałam się spotkać tu pana odrzekła zarumieniona i zmieszana Marta.
Spotkanie to z funkcyonaryuszem sądowym nie mogło być dla niej przyjemnem. Do niedawna, pomimo pewnych wykroczeń przeciwko moralności, mogła mu jeszcze śmiało spojrzeć w oczy. Lecz od kiedy dowiedziała się z ust Cabirola o zbrodni d’Orgères, odkąd wiedziała na pewno, że była kochanką prawdziwego bandyty, czuła się zgnębioną i upokorzoną nad wyraz, a zarazem złą na siebie samą, że dała się oszukać takiemu Pidoux, złodziejowi, mordercy!
Wątpliwości w tym względzie być nie mogło. Tysiące szczegółów przychodziły jej teraz na myśl i potwierdzały straszną rzeczywistość. Pogarda zabiła w niej uczucie, jakie tak długo żywiła dla tego Pidoux, zbrodniarza i oszusta, który podstępnie ją łudził i prowadził wesołe życie, podczas kiedy ona pilnowała jego domu, jak najemna sługa.
Ze swej strony Atanazy Besnou od razu zrozumiał, jakie korzyści przynieść mu mogło to spotkanie.
Besnou starszy od Marty o jakie lat dziesięć znał ją od dziecka na folwarku de la Brousse, u jej ojca, oficyalisty panny de Mareilles.
Z życzliwością przeto wyciągnął do niej rękę.
Marta wahała się z odpowiedzią na to przyjazne powitanie. Wynurzenia Cabirola napełniły ją wstydem. Zdawało się jej, że tajemnica zbrodni, spełnionej przez Pidoux, powszechnie już jest znana i jak zmora prześladowała ją myśl, że mogła być posądzoną o spólnictwo z tym nędznikiem.
Ale Besnou nie pozostawił jej wiele czasu do namysłu. Pochwycił sam jej rękę i uścisnąwszy mocno, zajął miejsce naprzeciw niej w wagonie.
— Jakże jestem rad z tego spotkania! zawołał. Jedzie pani do siebie?
— Wracam.
— Do ojca?
— Tak.
— Na parę tygodni zapewne?
— Nie wiem sama — z wahaniem odrzekła Marta. — Może na długo.
— Jakto? Chciałabyś opuścić Paryż?
— Zapewne.
— Więc chyba zaszło jakie nieporozumienie...
Zawahał się chwilę, poczem dodał:
— ...w pożyciu domowem?
— Marta odpowiedziała szczerze:
— To już nie tylko nieporozumienie, lecz zerwanie.
I jakby chciała już z góry odeprzeć zarzut, jakiby ją mógł spotkać, dodała:
— Zostałam haniebnie oszukaną...
— Jakto, oszukaną? — spytał Besnou z życzliwem zainteresowaniem.
— Nie mam się z czem taić... Często uważa się ludzi za lepszych, niż są w istocie. Ma się ich za poczciwych i prawych a w końcu przekonywa się ze zdziwieniem, że....
— Że co? poderwał Besnou, gdy Marta na tem słowie urwała.
— Że rzecz ma się zupełnie przeciwnie...
— O! o! — zawołał Besnou — ciężą ci jakieś zażalenia na sercu?
— I nie małe...
— Więc oszukano cię?
— I jeszcze w jaki sposób! Staremu przyjacielowi naszego domu mogę to śmiało powiedzieć... Przecież to pan zarządzasz majątkiem nieboszczki panny Marcilles?
— Tak, i czynię, co tylko mogę, aby wszystkim było dobrze a zwłaszcza ojcu twemu, mała Marto. Ojciec twój to bardzo zacny człowiek!
Marta westchnęła.
Stanęła jej w oczach cała przeszłość... Rodzice jej, sumienni pracownicy używali w okolicy jak najlepszej opinii. Cóżby się stało, gdyby wyszło na jaw, że córka ich była kochanką mordercy z Orgères? Umarła by ze wstydu, albo przyszłoby jej uciekać i kryć się Bóg wie gdzie.
Z drugiej strony czuła potrzebę znalezienia jakiegoś oparcia, czy protekcyi, czuła się zagrożoną, bo tajemnica, którą posiadła narażała ją na niewątpliwe niebezpieczeństwo. Byłaby więc bardzo rada, gdyby mogła znaleźć kogoś takiego, który by mógł jej dobrze poradzić, a w danym razie obronić przeciw niebezpieczeństwu, którego dokładnie jeszcze nie widziała, ale które ją przerażało.
Pisarz sądowy, który ją pilnie śledził, pochwycił wnet wyraz trwogi na jej twarzy.
— Masz jakieś zmartwienia? — spytał nagle.
Marta zagryzła wargi i nie odpowiedziała.
Więc Besnou począł do niej przemawiać serdecznie, wywołując wspomnienia jej dzieciństwa; mówił o ślicznej posiadłości Marcilles, pogrążonej obecnie w przerażeniu i smutku z powodu zbrodni w Orgères, mówił o hr. Janie, niesprawiedliwie zasądzonym, o jego bracie wicehrabi Cezarze, tak świetnym niegdyś, wesołym i zacnym młodzieńcu, który z rozpaczy wyrzekł się ojczyzny.
— Znałaś go przecie, panno Marto? — spytał w końcu.
— Znałam.
— Dawno to już temu.
— O, tak.
— Byliście mniej więcej w tym samym wieku?
— Zaledwie o rok różnicy...
— On cię bardzo kochał, Marto.
Ona uśmiechnęła się smutnie.
— Tak mi się zdaje — odrzekła. — A czy nie wiadomo panu, co się się z nim stało?
— Owszem, wiem — ale to sekret.
— Więc on żyje!
Żyje i ma tylko jedyne pragnienie: oczyścić pamięć brata. I ten cel osiągniemy!
— W jaki sposób?
— Ujawniając tych, którzy dopuścili się tej zbrodni. Niema innego sposobu. — Zajmujemy się tem właśnie.
— I macie już ślad jaki? — spytała Marta z wahaniem.
— Lepiej niż ślad. My wiemy już wszystko.
Z wielką zręcznością, pisarz sądowy, śledząc na twarzy Marty rozmaite wrażenia, jakie słowami swemi wywoływał, opowiedział jej historyę rabunku i morderstwa w Orgères, bez wymieniania nazwisk sprawców, których wszakże wskazywał wyraźnie.
Wstrzymał się wreszcie i patrząc przenikliwie w jej oczy, spytał nagle:
— Wszak to wszystko prawda? Czy tak?
Marta nie miała siły zaprzeczyć i milcząc opuściła głowę na piersi.
Aby do dalszych skłonić ją zeznań i pozyskać jej zupełne zaufanie, Besnou dodał po chwili:
— Byłaś dawniej dobrą dziewczyną, Marto nikt nie mógłby cię podejrzewać, abyś w takich okropnościach wzięła udział.
— O, co to, to nie! przysięgam! krzyknęła Marta.
— Gdyby mi nawet tak powiedziano, pierwszy stanąłbym w twojej obronie — uspokajał Besnou; — ale przyznaj, że ty także, panno Marto, wiesz o wszystkiem.
— To prawda... Ale dopiero od dni kilku zaledwie...
To już było zeznanie. Poczem Marta już bez zastrzeżeń i bez frazesów opowiedziała o rewelacyach Cabirola, o przerażeniu, jakiem ją one napełniły, o swej wreszcie ucieczce, bo przecież niczem innem tylko ucieczką była ta podróż, którą jej wyperswadować usiłowano.
Atanazy Besnou okazał się wyrozumiałym, ojcowskim.
— Proszę się niczego nie obawiać — mówił. Znajdziesz opiekę.
Tylko trzeba będzie przez czas pewien unikać Paryża, nie zdradzać swego miejsca pobytu, gdyż było rzeczą oczywistą, że ci sami zbrodniarze, którzy uknuli ohydną intrygę w Orgéres, nie cofną się teraz przed niczem, aby usunąć to wszystko, co tylko mogłoby im zawadzać.
Niebawem Besnou znał we wszystkich szczegółach historyę Marty.
Równocześnie zaś Marta całą swą nadzieję położyła w protekcyi wicehrabiego Cezarego, o którym tyle tylko się dowiedziała, że był niezmiernie bogaty i że hojnie wynagrodzi tych, którzy mu dopomogą w osiągnięciu zamierzonego celu.
Besnou był wymowny, rzewny, patetyczny, a przytem chwilami groźny.
Mógł być zadowolony zarówno z siebie, jak i ze swej towarzyszki podróży.
Przybywszy do Mayenne, zaprowadził ją wprost do swego brata, notaryusza, gdzie Marta na piśmie ponowiła swoje oświadczenie.
Wieczorem zajęła w zamku Marcilles, który zdawał się oczekiwać przybycia swych państwa, oddzielny apartament, od którego klucz dał jej wspaniałomyślnie pisarz sądowy, mówiąc:
— Proszę spać spokojnie. Tu nikt cię szukać nie będzie.
Dawna przyjaciółka pana Pidoux przeszła w ten sposób stanowczo do obozu nieprzyjacielskiego.
Wszelkie niepewności, jakie dotychczas dręczyły hr. Jana de Marcilles, zwątpienia jego i skrupuły zniknęły.
Wiedział już, co wiedzieć pragnął.
Dzięki sprytowi pisarza sądowego Atanazego Besnou i dzięki poświęceniu hrabiny Heleny, znał dokładnie rolę, jaką odegrał każdy z dybiących na jego zgubę.
Helena powtórzyła mu wiernie zeznania, które się wymknęły baronowi w chwili podniecenia.
Zeznania te były jasne. Baron Maksym nie ukrywał nic wcale. Przeciwnie nawet.
Zdawałoby się, że szło mu o to, aby wielkością zbrodni udowodnić wielkość swojej namiętnej miłości.
Hrabia Jan mógł więc już teraz określić rozmiary winy każdego z swych wrogów, których chciał dosięgnąć swą zemstą.
Ale to, co wystarczało dla jego przekonania, mogło nie być wystarczającem dla sedziów.
Zarzutów mogło być wiele.
Można było oskarżyć Cabirola, że się dał przekupić; rewelacye Marty Ribourt można było położyć na karb mściwości kobiety rozdrażnionej i zazdrośnej. Wreszcie baron Raynaud mógł zaprzeczyć swoim zeznaniom i odwołać je.
Słowem, trudności i przeszkód mogło być jeszcze wiele.
Ale hrabia Jan był stanowczo zdecydowany wywrzeć najsroższy odwet za katastrofę swego życia, następnie odebrać Helenę, wyrwać ją z rąk zbrodniczych. W końcu pragnął oczyścić cześć swego nazwiska. Tego pragnął również gorąco Cezary de Marcilles i plan swój obmyślał szczegółowo.
Znając dobrze całą okolicę, pojął od razu jak ważną sytuacyę odegrać mogła taka posiadłość, jak Roissy i ile przysporzyć korzyści w zamierzonej walce.
Tu wielką pomocą mógł mu być Toussaint Vardon. Dawny żołnierz i dawny kłusownik z la Varenne, znał on doskonale cały okoliczny teren, wszystkie lasy i zagajenia w sąsiedztwie majątku barona Raynaud w promieniu czterech lub pięciu mil.
Z Roissy do zamku la Varenne liczą około pięciu mil, które przebyć było można nie wychodząc z lasu.
Okolica oddzielająca oba zamki jest niemal pusta, a to wskutek tego, że baron Raynaud przeznaczył swoją posiadłość na polowanie, a to samo czynili właściciele majątku Roissy.
Oprócz kilku nędznych chałup i dwu, lub trzech znaczniejszych folwarków, resztę przestrzeni zajmuje prawdziwy las. W centrum nieco rzadsze zarośla, a wśród nich la Hutte-aux-Biques i nieco dalej ponura karczma Lafouille’a z szyldem, „Au rendezvous des lapins“.
Margrabia de Parsay, stały konkurent o rękę Marceli Raynaud, posiadał także o dwie mile od Roissy myśliwską siedzibę, do której przybywał zawsze, ilekroć baron Raynaud bawił w swoim zamku la Varenne. Myśliwska ta siedziba, był to zwykły dworek murowany, otoczony kilkuset hektarami lasu i dolin, a mający dla margrabiego o tyle wartość, o ile zbliżał go do ukochanej, której obojętność raczej pozorna, niż rzeczywista, nie odbierała mu bynajmniej otuchy.
Wytrwałość tego olbrzyma-atlety i jego niezrażające się niczem uczucie dla kapryśnej i wątłej Marceli, miały w sobie coś wzruszającego.
Zdawało się to wypływać z odczucia potrzeby otoczenia opieką tej słabej i nerwowej istoty, której nie chciał pozostawić na pastwę intrygantom czyhającym na jej posag, ale też zarazem z chęci zwyciężenia pogardliwego oporu Marceli i pokonania jej siłą cierpliwości, miłości i energii.
Ta myśliwska posiadłość margrabiego de Parsay, nazywa się Vitray.
Ażeby się tam dostać linią prostą z la Varenne, potrzeba iść drogą przez lasy, pomiędzy la Hutte-aux-Biques i karczmą Lafouille. To były niemal jedyne miejsca zamieszkałe na tej drodze.
Miejscowość ta była zatem zupełnie stosowna do tajemniczych przedsięwzięć, działać tu było można z całkowitą swobodą.
Nazajutrz po przesłuchaniu Cabirola, obaj bracia de Marcilles odbyli jeszcze naradę z Toussaint Vardon.
Chcieli działać stanowczo i szybko.
A do takiego pospiechu hrabia Jan miał szczególnie ważne powody.
Na samą myśl, że córka jego Gabryela i tak bardzo ukochana żona, są zawsze w mocy barona Raynauda, hrabia Jan wpadał we wściekłą niecierpliwość.
Oganiała go także trwoga.
Po chwilach egzaltacyi, podczas których baron zdecydował się na wyznania, mające widocznie ten tylko cel jedyny, by zwalczyć opór baronowej, przyjdzie niewątpliwie rozwaga, ubolewanie nad chwilą słabszą, a któż mógł przewidzieć, do jakich czynów gwałtownych mógł się posunąć wówczas taki człowiek, jak baron.
Zresztą obaj bracia mieli jeszcze jedną troskę.
Od czasu swych zeznań Cabirol nie pojawiał się wcale. Cóż się więc z nim działo?
Zdradziwszy swych dawnych spólników na korzyść Jana de Marcilles, wszak mógł teraz również zdradzić hrabiego, powracając do swych poprzednich sojuszów.
Przecież baron Raynaud był uprzedzony.
Sauvagnat, pozyskany już zupełnie dla swych nowych panów, którzy mogli ocenić i prawość jego charakteru, czynił gorliwe wywiady.
Nigdzie nie widziano Gaskończyka, ani u niego w domu, ani w agencyi Pidoux Nie miano pojęcia, w jakim mógł on się udać kierunku a w domu przy ulicy Castiglione już kto inny zajął jego miejsce.
To było podejrzane i ważne.
Postanowiono więc wyjazd do Roissy, aby tam przyspieszyć rozwiązanie całej sprawy.
Na Toussaint Vardon tryumfował. Na terenie swych dawnych wypraw, tak dobrze sobie znanych, mógł działać swobodnie. Cieszył się zresztą widząc, że jego towarzysza niedoli ogarniała, wobec niezbitych dowodów, nieubłagana nienawiść do tych, którym zawdzięczał klęskę całego swego życia.
W rozmowach swych z Vardonem hrabia Jan zwierzał mu się ze swych planów.
Przedewszystkiem rozdepcze jak jadowite płazy tego Fulgentego Guillarda i tego Pidoux, którzy byli narzędziami jego zguby. Sposobów do tego mu nie zabraknie.
Lecz w jaki sposób wywrzeć zemstę na baronie Maksymie Raynaud, aby ta zemsta mogła zrównoważyć wielkość zbrodni?
Jaki cios ma zadać? jaką wymyśleć torturę?
Toussaint uśmiechał się dzikim uśmiechem, hrabia Jan wyznawał swą niemożność.
On w wyborze tortur nie był w kłopocie, może dlatego, że miał mniej skrupułów.
Miał on plan swój co do owej tortury, a gdy hrabia Jan zapytał go o to, odpowiedział:
— Pan nie zdobyłby się na to. Niech pan działa ze swojej strony.
I rzeczywiście plan dawnego kłusownika był tak okrutny, że nie śmiał go wyjawić w obawie, by nie wywołać oburzenia a może nawet środków zapobiegawczych.
W jego przekonaniu nie było tortury dość okrutnej, by mogła nasycić jego nienawiść, zwłaszcza, gdy wspomniał o swej ukochanej Ludwice, pozbawionej jego opieki, doprowadzonej do ostatecznej nędzy i zmuszonej wreszcie własną hańbą opłacać koszta wyżywienia matki w ostatnich dniach jej życia.
Myślał o tem ciągle.
W niepewnych blaskach latarń gazowych, owej zimowej nocy, widział ją rzucającą mu się na szyję i słyszał jej przerywane łkaniem słowa: „Czy ty mnie zawsze kochasz? powiedz!“ A potem, gdy on przyciskając ją do piersi, tym uściskiem wyrażał swą nieostygłą miłość i przebaczenie, z przerażeniem widział, jak ona wymknęła mu się niespodzianie i rzuciła się w spienione nurty rzeki.
Widok ten stał mu ciągle przed oczyma.
A ta później walka w otchłani wodnej, gdy ona z rozpaczliwą energią broniła się przeciw swemu zbawcy, który pragnął ocalić ją od śmierci!
A wreszcie ta twarz śmiertelnie blada topielicy, której on nie śmiał uściskać po raz ostatni, w obawie, aby się nie zdradzić, nie być ujętym i ponownie wysłanym na straszne wygnanie wraz z dzikimi zbrodniarzami.
— Gdybyś pan chciał przebaczyć — mówił do pana de Marcilles, — jabym pana przeklął!
Jan odpowiedział mu wówczas uściskiem ręki i słowami:
— Nie lękaj się!
Służba margrabiego d’Aguilas, Assunto niezrównany jeździec, obie mulatki, kucharze i woźnice, słowem, cały dom jego wsiadł na pociąg, dążący do Melun, najbliższej stacyi od Boissy i zajął nową posiadłość, nabytą z zupełnem urządzeniem i umeblowaniem.
Było to w pierwszych dniach czerwca, w sześć tygodni po wylądowaniu margrabiego i jego brata w Sait-Nazaire.
Okolica wyglądała cudownie w swej szacie wiosennej.
O godzinie czwartej wieczorem Cezary de Marcilles i brat jego przybyli do zamku, wzniesionego w ostatnich latach panowania Ludwika XIV.
Był on raczej wygodny, niż wspaniały. Ale hrabia Jan mało na to zwracał uwagi i udał się natychmiast do stajen a w pół godziny po przybyciu wyjeżdżał z parku konno, w towarzystwie brata swego i Assunta.
Jechali w kierunku la Varenne drogą leśną, gdy wtem Cezary, wskazując na grupę drzew wysokopiennych w dolinie, przez którą przepływał strumyk, otoczony olchami i wierzbiną, rzekł do brata:
— To tam.
O kilka kroków dalej grono jeźdźców zatrzymało się u ruin kościoła starego klasztoru.
Miejscowość była niezmiernie malownicza.
Oglądnąwszy całą okolicę, objąwszy wzrokiem przestrzenie lasów, rozciągających się dokoła, a należących do zamku la Varenne, Jan zeskoczył z siodła i rzuciwszy uzdę Assuncie, sam wszedł do wnętrza ruiny.
Ruiny te były dość obszerne. Dwa szeregi kolumn, na poły rozwalonych, odznaczały jeszcze boczne nawy od głównej.
Pnące się rośliny i krzewy wyrastały z pomiędzy kamieni, pokrywających podłogę.
Części rozwalonego dachu zwisały aż ku ziemi.
Po prawej stronie zburzonego głównego ołtarza, hrabia spostrzegł kapitel obalonej kolumny. Podniósł go bez trudu i wyjąwszy z kieszeni kartkę, włożył ją pod kamień. Powyżej tej kartki umieścił niewielki przedmiot, podłużny, przypominający swym kształtem nóż w pochwie.
Ułożywszy kamień na dawnem miejscu, wśród krzewów i roślin, hrabia Jan wyszedł z ruin, wsiadł na koń i wraz z bratem i sługą podążył w kierunku la Varenne.
Wieczór był niezmiernie pogodny i ciepły. Woń lasów upajała. Jedyną plamą na tym krajobrazie leśnym była szkaradna chałupa la Hutte-aux-Biques, przed którą siedziała stara Bastienowa zajęta naprawianiem swych zdartych łachmanów, a o kilometr dalej również ohydna karczma Lafouille.
Tu, przy samej drodze rozsiedli się jeden z braci Rigois węglarz, karczmarz Lafouille i dwu lub trzech zarobników o twarzach opalonych i dzikich.
Jakoś twój brat nie przybywa, rzekł jeden z nich do węglarza.
— Niebawem się pojawi.
— Gdzież on jest?
— W Melun, pojechał tam z ładunkiem drzewa,
— Ciężką ma pracę.
— Pewnie, że ciężką, ale żyć trzeba.
— Lepiejby mieć dochody barona, — wtrącił Lafouille z żółciowym uśmiechem.
— Och, ten baron! Ciężki on jest dla biednego narodu.
— I ojciec nie był lepszy. To już we krwi.
W tym momencie tętent konia zwrócił uwagę rozmawiających.
Kary wierzchowiec w pełnym galopie przebiegł przez drogę, przeskoczył rów i znalazł się po drugiej stronie w lasach należących do Roissy.
— Aha! zawołał Rigois — zuchwała panna! Ona musi kiedyś kark skręcić.
Była to istotnie Mareela Raynaud.
W perę minut potem dwu lokai konno jechało tą samą drogą.
Zatrzymali się przy karczmie.
— Czy nie widzieliście naszej panienki? — spytali.
— Owszem, — odrzekł Lafouille. Ale jeżeli pędzi ciągle tak samo, to musi być już daleko.
— W którą pojechała stronę?
— Prosto przed siebie.
— Niepodobna zdążyć za niemi. Pani jedzie w jedną stronę a panienka w drugą.
— Widocznie ich psy nie razem polują — zauważył Lafouille swym zgryźliwym tonem. Ale ta mała pędzi za szybko. Kark skręci niechybnie, a byłaby szkoda, gdy się jest tak bogatą!
— Trzeba przecież żeby i cyruliki coś zarobili... — wtrącił jeden z robotników, gburowato. My im przecież zarobku nie damy, ale kosteczki waszej panny są drogie.
Lokaje zabierali się już do odjazdu, gdy w tem Lafouille spytał:
— Czy to prawda, że Roissy sprzedane?
— Tak mówią.
— Pyszny majątek! I kto go nabył? Cudzoziemcy?
— Podobno.
— Zkąd?
— Z Peru, czy z Brazylii, bo ja wiem. Ale oto i oni nadjeżdżają. Rozpytajcie się ich, jeśliście ciekawi.
Służba z Varenne zmierzyła hrabiego i jego brata z tem zuchwalstwem lokai, dumnych z bogactw swego pana, któremu wszystko zdaje się dozwolonem.
Tymczasem obaj bracia podjechali ku karczmie. Pańska ich postawa zaimponowała. Nawet Rigois, najdzikszy z całej bandy, podniósł rękę do czapki.
— Proszę o trzy szklanki piwa! — rzekł hrabia.
Lafouille, bardzo pochlebiony, pośpieszył spełnić rozkaz.
Przecież nawet służba z la Varenne pogardzała jego trunkami, znajdując, że są podłego gatunku. A tu tymczasem, tacy państwo...
Hrabia wypił szklankę piwa jednym tchem i bez skrzywienia.
Jego towarzysz to samo.
Zwracając się ku karczmarzowi, hrabia zapytał:
— Którędy się jedzie do zamku la Varenne?
— Prostą drogą, przed siebie.
— Jak daleko ztąd.
— Około dwu mil.
— Dziękuję. Czy to służba barona Raynauda?
— Tak, panie. Towarzyszy paniom z zamku.
Hrabia powściągnął ruch wzruszenia.
— Jakto? Baronowa i...
— Panie z zamku: baronowa i jej pasierbica. Panienka popędziła w inną stronę.
— Dziękuję za informacyę. Mało znamy okolicę. Po raz pierwszy tu jestem.
— Czy to może pan jest nowonabywcą majątku Roissy?
— Tak jest.
— To piękna ziemia i dobre lasy...
Hrabia wyjął z kieszeni dwa luidory i rzucił na stół najbliższy.
— To za piwo — rzekł — a za resztę proszę wypić nasze zdrowie. Do widzenia!
Skinął na swoich towarzyszy i pojechali. Lecz zamiast dążyć w dalszym kierunku, zawrócili z drogi.
Hrabia miał nadzieję spotkać się z dwiema amazonkami. I ta nadzieja miała się spełnić.
W tej właśnie chwili, gdy hrabia rzucał pieniądze na stół, wierzchowiec cały spieniony szybkim biegiem, zatrzymał się u wejścia do ruin kaplicy. Kobieta zeskoczyła z siodła, weszła do wnętrza i sięgnęła ręką ku skrytce pod kamieniem, gdzie niedawno hrabia ukrył kartkę.
Wzięła ją wraz z przedmiotem obok niej leżącym, lecz widocznie w obawie, aby nie być przychwyconą, nie czytając, wsunęła ową kartkę za gors, wraz z futerałem mieszczącym zapewne sztylet, wskoczyła na siodło i popędziła dalej.
Był czas ostatni.
W parę minut później dopędzili ją dwaj służący, a z daleka dostrzedz już można było pędzącą bez opamiętania Marcelę Raynaud.
Lecz tym razem Marcela nie była sama. Towarzyszył jaj z trudem margrabia Krystyan de Parsay.
Zrównawszy się z baronową Marcela rzekła:
— Oto widzi pani, dlaczego opuściłam ją w drodze. Przyprowadzam pani gościa na dzisiejszy wieczór.
I ze złośliwym uśmiechem dorzuciła:
— Ten nie jest nigdy daleko.
Margrabia uśmiechnął się także, lecz łagodnie i rzekł:
— Spodziewam się jednak, że pani pozwoli nam teraz jechać w bardziej umiarkowanem tempie.
— Oczywiście. Nawet słoń okulałby, gdyby chciał bardzo pospiesznie dźwigać taki ciężar, jak pana.
Pochyliła się ku niemu i dorzuciła zalotnie:
— To panu sprawi przyjemność. Będziemy dłużej w drodze.
I po chwili spytała:
— Czy zawiązał pan już znajomość ze swymi sąsiadami?
— Jakimi sąsiadami?
— Nie udawaj pan, że nie wiesz. Wie pan dobrze, że chcę mówić o sąsiadach pana z Roissy.
Margrabia ręką machnął.
— A! — rzekł — ci wszyscy przybysze z dalekiego świata, awanturnicy jacyś nie wiele mi imponują.
— Pan powinien był kupić Roissy.
— Dlaczego?
— Aby być bliżej... mnie.
— Ależ, kuzynko, Vitry nie jest bardziej oddalone a jest dostateczne.
— Jak... dla kawalera. Ale przecież pan się kiedyś ożenisz.
— Niezawodnie i to z zapałem.
— Kiedy?
— Zbytecznie pani o to pyta... wówczas, gdy pani powierzysz swoją małą rączkę moim dłoniom... Jutro nawet, jeśli pani pozwoli... Że pani będzie moją żoną, to pewna, to już tak postanowione.
— Jesteś pan fatalistą.
— Nie, ale wytrwałym.
Baronowa nie przemówiła ani słowa.
Pozostawała obcą temu światu, pośród którego żyła, i była tylko myślą o Janie zajęta.
Czekała na jego rozkazy. W jaki sposób wyjdzie z tej strasznej pułapki, w której ją zamknięto?
Kartka znaleziona w ruinach piekła ją ogniem.
Nagle na skrzyżowaniu się dwu dróg znalazła się pośród trzech jeźdżeów, którzy wprost najechali na nią, zbladła straszliwie i zachwiała się na siodle, że margrabia de Parsay spostrzegłszy to pospieszył, aby ją podtrzymać.
Podziękowała mu serdecznie.
— Ach, to nie nie jest... — rzekła.
Droga była za szczupła dla sześciu koni.
Hrabia de Marcilles i jego towarzysze usunęli się na stronę, z ukłonem.
Hrabia mógł zamienić z Heleną spojrzenie, pełne uczucia, a ona nieznacznie dała mu do poznania, że list jego otrzymała.
Około godziny szóstej wróciła do zamku i spotkawszy lokaja swego męża, spytała:
— Gdzie jest pan baron?
— W swoim gabinecie.
— Czy sam?
— Nie. Jest tam jeden pan, który przybył z Paryża, aby się widzieć z panem baronem.
— Znasz go?
Antoni nie odpowiedział wyraźnie, rzekł tylko:
— Nie umiałbym wymienić nazwiska pani baronowej; ale zdaje mi się, że to oficyalista... dawny oficyalista.
Helena szybko podążyła do swego pokoju i tam zamknęła się z Zuzanną:
Po podnieceniu baronowej Zuzanna poznała od razu, że coś niezwykłego się stało.
— Czy pani ma jakie nowe wiadomości? — spytała.
— Tak... Widziałam go... Jest w Roissy.
To mówiąc wyciągnęła kartkę z za gorsu i czytała gorączkowo:
„Moja droga Heleno.
„Życie bez ciebie jest dla mnie niemożliwe. Dni zdają mi się być wiekami. Nie mogę pozostawić cię dłużej w rękach tych ludzi. Trzeba więc przyspieszyć rozstrzygnięcia sprawy. Twoja i moja sytuacya byłaby już teraz nie do zniesienia, Nie lękaj się obudzić zazdrość w baronie Raynaud. Staraj się, aby śledząc towarzyszył ci do ruin, zkąd wzięłaś ten list. Każdego dnia będę tam od trzeciej do czwartej po południu. Spotkać cię tam będzie dla mnie najwyższem szczęściem. Jeżeli nas tam przychwyci, bądź bez obawy.
„Być bardzo może, że będą próbować nałożyć ci pewne warunki, odbierając ci córkę i zniewalające matkę do uczynienia tego, czego odmówiłaby kobieta. Byłoby to podłe; ale czegoż nie można się spodziewać od ludzi, którzy uknuli ohydny spisek, jakiego padliśmy ofiarą. Nie pozostawiaj Gabryeli pod niczyją inną, tylko pod Zuzanny opieką i daj jej sztylet dołączony do tego listu. Jest on zatruty straszliwą trucizną Indyan, kurarą. Mam nadzieję, że nie będzie potrzeba czynić z tego użytku. Jeszcze dni kilka, może kilka godzin cierpliwości i odwagi, a wszystko będzie skończone. Kocham cię nad życie.
Helena podała list otwarty Zuzannie.
— Czytaj! — rzekła.
Wyszła na balkon i zatonęła w myślach ponurych, chociaż wszystko w około śmiało się życiem w blaskach zachodzącego słońca.
To już nie była apatya dawniejsza, boleść głucha przez upływ czasu miarkowana, to rozpoczynała się walka, w której po jednaj stronie były tylko dwie kobiety i dziecko, zamknięte w tym domu, który stał się dla nich obozem nieprzyjacielskim.
Loksj barona Raynaud, Antoni, to była ważna i znacząca osobistość. Znaczenie swoje zawdzięczał w znacznej części swym osobistym przymiotom, swej zręczności i giętkości, swemu sprytowi a zresztą i powierzehowności, pełnej powagi.
Jeżeli pan Antoni nie uznał za stosowne wymienić przed baronową nazwisko gościa, który w tej chwili był u barona, uczynił to z dwu powodów.
Najpierw przez dyskrecyę.
Od czasu, kiady baron poruczył mu misyę wycieczki do Paryża, która oczywiście nie mogła mieć innego celu, tylko szpiegowania młodej kobiety, Antoni zrozumiał, że małżonkowie mają swoje partykularne tajemnice.
Nazwisko zresztą Fulgentego Guillard, on to bowiem był gościem barona Raynaud, było tego rodzaju, że usta kamerdynera, który się szanuje, niechętnie je wymieniają, chyba, że tego służba koniecznie wymaga.
Więcej jeszcze niż nazwisko wstrętna była Antoniemu osoba p. Fulgentego.
Pełne hypokryzyi zachowanie się jego, nie mogło wprowadzić w błąd przenikliwego oka kamerdynera.
Zarówno jak Marela Raynaud, kochająca swego ojca, tak i ten stary sługa, przywiązany do pana, doznawał wstrętu do tej podejrzanej osobistości.
Zresztą Antoni zastanawiał się niejednokrotnie nad wypadkami, które się przed nim rozgrywały. I jakkolwiek nie mógł oprzeć się na żadnych pozytywnych faktach, to jednak przeczucie mu mówiło, że ten Guillard jest złym duchem barona.
Najwięcej zastanawiało pana Antoniego to, że ten marny Guillard wchodził teraz do pałacu barona nie z pokorną miną petenta, lecz z poufałością człowieka zaufanego, co tem było dziwniejsze, że baron Raynaud traktował ludzi z góry i nie był łatwy w stosunkach.
Coś zatem szczególnego zajść musiało — rozmyślał Antoni — jakaś wymiana usług wzajemnych, aby sprowadzić tego rodzaju zażyłość pomiędzy ludźmi, tak różniącymi się majątkiem i pozycyą socyalną.
Stary kamerdyner, jako dyskretny sługa, zachowywał te uwagi dla siebie, niemniej jednak ciążyły mu one w myśli i na sumieniu. Czuł instynktownie jakąś straszliwą tajemnicę, ciążącą nad wspaniałą rezydencyą barona Raynaud.
Tymczasem baron przyjmował w swym gabinecie Fulgentego Guillard, który przybył na telegraficzne wezwanie.
Baron miał umysł nadto przenikliwy, aby nie dostrzedz, że w jego domu dzieją się rzeczy niezwykłe.
Po pięciu latach spokoju, poddania się Heleny wprawdzie bez porywu, lecz z rezygnacyą, oto nagle objawił się bunt, który dał mu wiele do myślenia.
Ta śmiałość wystąpienia przeciw niemu, nie mogła pochodzić od niej, — jakiś doradca musiał ją natchnąć tą odwagą.
Helena stała się rozdrażnioną, ponurą a chwilami można było wyczytać na jej twarzy jakąś gorączkową radość.
Zwyczaje jej doznały zmiany.
Ona, która tylko w swojem mieszkaniu czuła się dobrze, a wyrywała się z niego, pozornie z żalem, jedynie, aby uczynić zadość obowiązkom gospodyni domu, od dni kilku była w ciągłem podnieceniu.
Często wyjeżdżała konno i snuła się po lasach, najchętniej samotnie. Karyklem, którym powoziła, sama przejeżdżała się po lasach sąsiednich, zapędzając się aż do Roissy, dla której to posiadłości zdawała się mieć szczególniejszą sympatyę.
Baronowi zaś okazywała obojętność albo nawet wstręt, Maksym Raynaud chwytał pilnie te wszystkie objawy.
Od kiedy wpadł w sidła i dał się skłonić do opowiedzenia rzeczy, które powinien był taić do śmierci, był rozdrażniony na Helenę, która go do tego doprowadziła i zły na samego siebie.
Teraz wszystko obracało się przeciwko niemu.
Nawet ten Guillard nie udzielał mu żądanych wiadomości.
Jakiś ślepiec, żebrak, snuł się koło jego rezydencyi, widziano go, Antoni to stwierdził. Pomiędzy tym żebrakiem, przebranym zapewne, a baronową była jakaś wymiana korespondencyj, a Guillard nie był wstanie udzielić mu o tym żebraku najmniejszych informacyj.
Nawykły dotychczas do pochlebstw losu, że wszystko uginało się przed nim i w niczem nie spotykał oporu, wobec teraźniejszych trudności i przeszkód, baron wpadł w szał wściekłości.
Czuł, że mu się grunt z pod nóg usuwa. Wszystko poświęcił, aby zdobyć ukochaną kobietę, a oto ona zwracała się przeciwko niemu, uzbrojona w tajemnicę, którą on przez słabość przed nią zdradził.
Był też w najwyższym stopniu wzburzony w chwili, gdy około godziny piątej po
południu, Antoni stanął w drzwiach gabinetu i zaanonsował:
— Pan Guillard.
Ale i pan Fulgenty, zwykle taki słodki i spokojny, był widocznie w tej chwili pod wpływem wewnętrznego wzburzenia, którego ukryć nie mógł.
— Weź pan krzesło i usiądź! — rozkazał baron. — Zatem ten ślepiec?...
— Nie do odszukania.
— Czyżby pan do tego stopnia stracił swój dawny spryt?
— To możebne, panie baronie. Rdzewieje się w bezczynności, a jak panu wiadomo, porzuciłem mój dawny zawód.
— Zdaje mi się jednak koniecznem, abyś do niego powrócił.
— Tak pan sądzi? — odparł Straub z wyraźną obojętnością.
— Tak mi się zdaje...
— I co pana barona na tę myśl naprowadza?
— Wszystko i nic. Pewne objawy...
— Nie rozumiem.
Baron spojrzał na Strauba wzrokiem, w którym tkwiła groźba.
— Czy jesteś pan zupełnie pewny — rzekł zwolna, z naciskiem — że hrabia Jan de Marcilles nie żyje?
Badeńczyk lekceważąco dźwignął ramionami.
— Zupełnie pewny, odparł.
— A ja — rzekł baron — ja wątpię.
— Widziałem jego akt zejścia.
— Tak. Ten Raki wysłał go panu, wiem o tem; ale Raki miał być zapłacony za zniknięcie hrabiego, i miał swój w tem interes, by oszukać pana i otrzymać swoje pieniądze,...
— To są spóźnione wątpliwości. Minęło lat pięć od śmierci hrabiego i nie przypuszczam, aby pan baron mógł go widzieć.
— Dotychczas nie widziałem go jeszcze.
— Również i tego Vardona, który towarzyszył mu w próbie ucieczki.
— Także nie.
— A zatem?
Straub z wyrazem ironii na twarzy, podniósł ramiona do góry.
Gest ten był tak pogardliwy, że twarz milionera poczerwieniała z oburzenia.
Straub wcale się tem nie wzruszył.
W rzeczywistości on zaledwie słuchał tego, co mówił baron.
Ten człowiek taki chytry, tak pogardzający życiem innych, tak zimny z pozoru, był pod wrażeniem myśli, która go paraliżowała.
Rzymianka go zdradza!
Właśnie dzisiaj z rana miał tego dowód i rozmawiając z baronem nieustannie przemyśliwał nad tem, jak ma się w obec niej zachować, gdy powróci do Paryża, gdzie go oczekiwał ów słynny obiad tygodniowy z przyjaciółmi Anzelmem Burot i Sosthenem Chapiton.
Wszystko inne nikło wobec faktu:
Mela Rivolard go zdradzała!
Z lekkomyślnością trudną do pojęcia, młody wice-hrabia de Charmes wydał agencji Pidoux polecenie wypłacenia na jego rachunek skromnej sumki pięciu kroć stu tysięcy franków pannie Rivolard, zamieszkałej przy ulicy de Moscou nr. 102.
I Fulgenty Guillard musiał na własne uszy słuchać z ust „młodego marnotrawcy entuzyastycznych pochwał zalet swojej kochanki!
Przypadek dziwne czasem płata figle.
Gdy więc baron z uniesieniem przedstawił męki, przez jakie od dni kilku przechodził, bunty baronowej, swoje wątpliwości w obec nawiązanej przez nią intrygi z owym żebrakiem, który zniknął właśnie w chwili, kiedy chciano go rozpoznać, doznał niemałego zdziwienia, słysząc, jak Straub z widocznam lekceważeniem odpowiedział mu na to:
— Jeżeli pan baron wezwał mnie jedynie po to, aby mi opowiadać te bajki z tamtego świata, to zaistę mógł mi oszczędzić zbytecznego trudu tej podróży. Hrabia Jan de Marcilles śpi snem wiekuistym w toniach zatoki Cayenny w towarzystwie owego Toussrint Vardona. Chyba w skutek jakiejś niestrawności mógłby go pan baron zobaczyć jako zmorę senną. Mnie się wydaje, że pan baron dotknięty jest chwilową hypochondryą, czy też napadem czarnej melancholii. Najlepszem na to lekarstwem byłaby jakaś rozrywka, zmiana powietrza, mała wycieczka w Pyreneje lub do Szwajcaryi. Co się tyczy pani baronowej, przypuszczałem zawsze, że ona żałuje swego pierwszego męża, co jest rzeczą łatwą do wytłumaczenia; była to bowiem jej pierwsza miłość, — miłość młodzieńcza. Zresztą hrabia de Marcilles był bardzo miły i przystojny. A zatem, mam zaszczyt...
Straub powstał z miejsca, aby się pożegnać.
Ale baron, blady z gniewu, zmusił go, by usiadł napowrót.
— Niech pan zważy, panie baronie, dodał jeszcze Straub, że to jest historya starożytna, wyczerpana, osądzona, o której żaden trybunał nie chciałby już słyszeć.
— Czy pan zna margrabiego d’Aguilas? zapytał nagle baron.
— Znam oczywiście.
— Widział go pan?
— W przelocie, ale dostatecznie, by go osądzić.
— Jakże on wygląda?
— Przecież pan nie przypuszcza, aby to był hrabia de Marcilles?
— Pewnie, że nie.
— Znałem przecież hrabiego. Wyglądał zupełnie inaczej. O to może pan być zupełnie spokojny. A jeżeli pani baronowa nie jest dla pana zawsze taką, jakby pan pragnął, to proszę zważyć, że to jest kobieta, a kobiety są kapryśne i zmienne.
Guillard siedział jak na żarzących węglach. Nie mógł dłużej wytrzymać, Więc z poufałością, do której baron nie był przyzwyczajony, dodał:
— Pan baron ma swoje troski w tym kierunku. Ja mam także moje. W tym razie tylko samemu działać można. W każdym innym wypadku jestem zawsze do dyspozycyi pana barona.
Wstał, ukłonił się i już napowrót usiąść nie chciał.
Lecz przed odejściem zbliżył się do barona i rzekł mu głosem cichym:
— Pan baron niesłusznie się niepokoi. Ja w pierwszym rzędzie jestem interesowany, aby w tej sprawie panowało milczenie. Czuwam więc pilnie. A najlepszym tego dowodem, że gdy przed kilku dniami jeden z naszych współpracowników... podrzędnych... okazał pewne skłonności niedobre... skłonności do niedyskrecyj... tylko skłonności...
— Nazywał się?
— Cabirol.
— No i cóż? — spytał baron przez zęby.
— On nie tylko sam mówić nie będzie, ale o nim nie będzie już mowy... Najniższy sługa pana barona.
Straub wyszedł, a Maksym Raynaud stał w formalnem osłupieniu; nawet do drzwi nie odprowadził swego gościa.
Przerażony był tą swobodą w zbrodni, tą pełną ironii krwią zimną, tem okrucieństwem bez granic.
Upadł na krzesło i kryjąc twarz w dłonie szepnął:
— Marcela ma słuszność. Ten człowiek nieszczęście nam przyniesie!
Noc wiosenna, gwiaździsta, bez chmurki. Ciepły wietrzyk wiał od południa i poruszał gałęzie lasku w około siedziby Rivolardów.
Czarna chałupa rysowała się wyraźnie na tle rozjaśnionego nieba.
Z jednego z jej wąskich okien biło żółte światło.
Była cisza, mącona tylko skrzeczeniem żab w pobliskim moczarze, zapowiadającem pogodę.
Na drodze do Montereau spotkało się dwa ludzi i powitało uściskiem rąk.
Wyższy z nich to był Toussaint Vardon, niższy Szymon Rivolard.
— Dawno przybyłeś? — zapytał pierwszy.
— W tej chwili.
— Widziałeś swoją siostrę?
— Tak, jak to było umówione.
— Czy dobrze zrozumiała, czego się od niej wymaga?
— Doskonale.
— Sprowadzi nam starego?
— Możesz liczyć na to.
— Kiedy?
— Niebawem. Może jutro.
— Dobrze.. Teraz inna sprawa.
— O co idzie?
— Wejdźmy do ciebie, a powiem ci wszystko.
Ująwszy się pod ramiona, przeszli przez lasek i dotarli do chałupy.
Drzwi nie były zamknięte, weszli więc bez trudności.
Stara matka Bastien, siedząca przy kominie, na odgłos kroków ukryła szybko w kącie jakieś przedmioty, których przyrządzaniem była zajęta, a które kształtem przypominały kołnierze rozmaitych rozmiarów.
Ruch ten zauważył Vardon.
— Nie lękaj się, matko, — rzekł. To my.
— Nie spodziewałam się Szymona tak rychło — odpowiedziała kobieta, Zwykle wraca dopiero po północy.
Szymon Rivolard poprawił ogień na kominie i wskazał ławkę przyjacielowi, zapraszając, by usiadł.
Rivolard drzwi szczelnie zamknął i zwracając się do starej rzekł:
— Toussaint przybył z żądaniem od nas przysługi. Rzecz zdaje się pilna.
— Tak — potwierdził Vardon. Pryncypał kupił zamek w okolicy, dla pewnej sprawy... Sprawa ta dobiega do końca. Zdaje mi się, że my tu w kraju nie długo już popasać będziemy. Powróci się tam, zkąd się przyszło... na pewien czas. I powtarzam ci Szymonie... ty powinieneś z nami iść. Tam, za morzem, jest dość miejsca dla wszystkich. Zaopatrzy się was wszystkich dobrze. Melę oczywiście także.
— Jakaż to sprawa? zapytała stara, którą to słowo uderzyło.
— Właśnie po to przybyłem, aby wam to powiedzieć, odrzekł Toussaint.
Mówiąc to miał wyraz sroższy niż zwykle, oczy mu pałały, w twarzy przebijało się silne postanowienie.
— Gdybym cię nie znała, mój chłopcze — rzekła stara, — bałabym się ciebie.
— Nie wróciłem przecież do Francyi, odparł Toussaint, aby się dać ująć. Byłoby to nadto głupio. Miałem w tem cel pewien.
— Jaki cel?
— Aby wywrzeć zemstę na człowieka, który mnie zgubił.
— To nie łatwo, zauważyła stara.
— Chyba strzelić z za krzaka, jak w Korsyce, ozwał się Szymon, — nie widzę innego sposobu.
— Nie! odparł stanowczo Toussaint. To sposób za łagodny. A zresztą inni biorą na siebie barona. Ja wymyśliłem coś lepszego.
— Co wymyśliłeś?
— Zaraz wam powiem. Chwilę cierpliwości.
— Istotnie domyślić się nie mogę... Mój biedny Toussaint, baron to twardy orzech do zgryzienia. Lepiej pogodzić się z losem i swoją nędzą. To jeszcze znośniejsze niż więzienie... Nie mówię tego z dobroci serca, wcale nie. Ty nienawidzisz barona, ja go również nie cierpię. Tyś widział jak twoja Ludwika topiła się z rozpaczy, ja patrzyłam na to, jak męża mego, przyniesiono mi pewnego dnia z dwiema kulami w brzuchu. Zabił go strażnik, Richard a potem jeszcze nakłamał, że uczynił to w obronie własnej, bo Bastien brał go na cel. — Kłamstwo!
Bastien był łagodny jak baranek i nigdy nikomu nic złego by nie wyrządził. Zresztą om mi to wszystko opowiedział przed skonaniem, a w takich chwilach się nie kłamie. Richard był tchórzem i potwarcą.
— Zapłacił też za to... — mruknął Szymon.
Stara mówiła dalej:
— Po mężu przyszła kolej na mego biednego chłopca, którego wprawdzie nie kulą ze strzelby, ale palono na wolnym ogniu, ciągano przed sądy, dręczono na rozmaite sposoby. I to wszystko za jednego bażanta czy zająca! Błagałam o litość barona, czołgałam się u nóg jego, — wypędził mnie jak psa... Możesz więc sobie przedstawić, jak go nienawidzę, a jednak nic nie przedsiębiorę, bo nie ma nic do czynienia. Nic, powtarzam ci, nic! I co mu zrobisz?
— Zobaczycie...
— No, ale co?...
— Baron ma córkę...
— Więc cóż z tego?
— Musi ją kochać... Rozumiecie? On ją kocha...
— Powiadają, że nie.
— To niemożliwe. A czy wam były obojętne wasze dzieciaki, matko?
— Ja, to co innego. On zaś kocha tylko żonę, baronowę, tę wysoką blondynkę, wdowę po skazańcu.. Mówią, że wprost szaleje za nią. Tu możnaby zapewne poszukać zemsty...
— Nie potrzebujemy mieszać się do tego. Już inni się tem zajmują.
— A! — zawołała stara. — To może dla tego od dni kilku tak często widzieć ją można w tych stronach.
— Być może. Jeżeli mu na niej zależy, to cios go nie minie. Ale to nie moja sprawa. Ja chcę jeszcze więcej. Zbliżcie się do mnie, matko. I ty także, Szymonie — dodał, pociągając go ku sobie.
Trzy głowy niemal się dotykały.
Przez kilka minut Toussaint żywo szeptał.
Z ust starej, chociaż tak zdziczałej istoty, wyrywały się od czasu do czasu okrzyki oburzenia. Widocznie niezupełnie zgadzała się z planami Vardona.
— To zanadto! — mówiła. — Ojca ścigaj i mścij się jak chcesz... ale córka...
A Vardon odpowiedział:
— Rozmyślałem nad tem lat pięć. Tak chcę i będzie.
Podrażniony opozycyą, unosił się.
— Córka zapłaci za wszystko. Za hańbę mojej Ludwiki, za moje tyloletnie męczarnie ona swoją hańbą zapłaci!... Ja waszą zimną krew, czy obojętność tylko podziwiać mogę... Ale nie chcę was obrażać — dorzucił spokojniej. — Wy jesteście moimi przyjaciółmi i ja także dałem wam dowody przyjaźni. Ty, Szymonie zawdzięczasz mi wolność a może i życia...
— To prawda.
— A pragnę, abyś mi jeszcze więcej zawdzięczał.
— Jakim sposobem?
— Abyś miał swobodne i spokojne życie i ty i twoja matka i siostra. Zabiorę was ztąd, gdzie zły koniec was czeka. Jesteście już u schyłku. Ty, Szymonie, masz swoje zalety, ale się gubisz z pijakami od Lafouille’a. Ja was wszystkich zabiorę z sobą... tam.... za morze. Jeżeli twoja matka nie chce opuszczać kraju, to się ją w inny sposób zabezpieczy; da się jej dom.... pieniądze...
— Więc chyba jesteś milionerem? — rzekł Szymon, który przychodził do siebie z przerażenia.
— Milionerem nie jestem. Ale mam przyjaciela, który posiada miliony, a to tak samo, jakbym ja je miał. Zacny to człowiek... zanadto zacny i dobry.
— Czy to margrabia d’Aguilas?
— Być może. Za dni kilka powie się wam wszystko. Nasze zadanie będzie dokonane... dobrze, albo źle. Ale ja wściekłbym się ze złości, gdybym opuszczał Francyę, nie dokonawszy swego, nie dopełniwszy zemsty. Ale to się nie stanie... Wy mi dopomożecie! To jedyna przysługa, o jaką was proszę. Potem przyjdzie na mnie kolej, aby was podtrzymać. I tego dopełnię, przysięgam!
Vardon zamilkł.
— A no, niech będzie! — rzekła po chwili stara. Cóż mamy zrobić?
— Rzecz bardzo prostą.
— Ale jaką?
— Ta panna przejeżdża często tędy przez las konno.
— Prawie codziennie.
— Jedzie w stronę Châtillon.
— Rzeczywiście.
— Wyjeżdża naprzeciw swego narzeczonego, margrabiego de Parsay. Spotykają się niedaleko krzyżowej drogi do la Ronce. To zwykłe miejsce ich schadzek. Wiem to z pewnością.
— No i cóż dalej?
— Droga do Châtillon przechodzi o jakie dwieście metrów od karczmy Lafouille’a i ciągnie się w gęstwinie lasów.... Wystarczy zatrzymać tam panienkę. Reszta do mnie należy.
Stara kiwała głową.
— Nie dobrze rozumiem, rzekła.
— A przecież to jasne. Ta panna galopuje wściekle. Sznurek przeciągnięty przez drogę od drzewa do drzewa, wystarczy, aby...
— Aha, rozumiem. A jeśli się zabije?
Potknięcie konia wytłumaczy wszystko... Idzie tylko o to, aby na dwadzieścia cztery godzin przedtem czuwać pilnie. Z daleka dojrzeć można jadącą. Czyż to rzecz tak trudna? Sznurek potem się zdejmie i śladu nie ma. Pannę żywą, czy zabitą przewiezie się potem do karczmy Lapouille’a.
— I to już wszystko?
— Tak, wszystko. I będziemy skwitowani.
Stara zaśmiała się swoim ponurym śmiechem; rzecz wydała się jej teraz łatwą do uskutecznienia.
— Będziemy skwitowani — dorzucił Vardon — za te lata ciężkich robót, które odbyłem za waszego syna. A ja się pomszczę za hańbą i śmierć mojej Ludwiki. — Tak, tak... matko, — nieraz przecież spędziłaś godziny całe kryjąc się w zaroślach leśnych przed strażnikami. Nie możesz mi teraz odmówić tego, o co proszę. Za tę usługę nie mogę wam obiecywać raju, ale uzyskacie utrzymanie na resztę życia. Więc zgoda, co?
— Zgoda.
— Ale uważajcie. Czas nagli. Za dni kilka trzeba, żebyśmy już byli na morzu, w drodze do nowego świata.
Zobaczysz, Szymonie, że tam się dobrze żyje.
Otworzył drzwi wchodowe.
Księżyce wschodził wspaniały nad lasami Varenne.
— Qdprowadź mnie — rzekł do Rivolarda. Dobranoc matko.
— Dobrej nocy Toussaint.
— A czuwajcie pilnie. Ja nie będę daleko.
I wyszli obydwaj.
W każdej innej chwili, niepokój barona Maksyma Raynaud dałby był do myślenia Fulgentemu Guillard.
Baron nie był pierwszym lepszym z brzegu i Straub miał nieraz sposobność ocenić jego inteligencyę i przenikliwość. Nie brakło mu ani siły woli ani sprytu.
Guillard wiedział to lepiej, niż kto inny. Ale w tym wypadku był zaślepiony. Zaślepiony swoją miłości dla Meli Rivolard.
„Rzymianka“ ze swoimi bujnymi włosami, kształtami posągowymi, ciałem śniadem a gładkiem, którego skazić nie zdołała ani przebyta nędza, ani życie rozpustne, oszołamiała wprost Strauba i budziła gwałtowną namiętność w sercu tego człowieka o sercu zdawało się kamiennem, chciwem tylko na pieniądze.
Namiętność ta była właśnie w pełnym rozwoju w chwili, gdy Badeńczyk dowiedział się dzięki przypadkowi, że jego bożyszcze nie tylko jego wyłącznie obdarzało swymi względami.
Wicehrabia de Charmes pożyczał u niego pieniądze, a równocześnie zabierał mu kochankę. A wice-hrabia był młody i wytworny.
Wszystkie zatem władze umysłowe Strauba, cała jego energia i przedsiębiorczość, były złamane tą jedną myślą:
— Ona mnie zdradza!
Straub cała swoje życie drwił z głupców, którzy wierzyli tego rodzaju kobietom, co Mela i ufali w ich wierność. Nie szczędził im też szyderstw przy każdej sposobności. Sam o sobie był przekonany, że nie ulegnie takim nędznym słabościom, a oto przy pierwszej sposobności wpadł w najnędzniejszą pułapkę i czuł się wprost zdruzgotany tą katastrofą, która jeszcze potęgowała jego śmieszną, starczą namiętność.
Jadąc koleją wciąż spoglądał na zegarek, zniecierpliwiony, rozgorączkowany.
Był to właśnie czwartek, dzień recepcji.
Przy ulicy de Moscou miał się spotkać z przyjaciółmi, zwykłem, zacnem gronem: Anzelmem Burot i Sostenem Chapiton i ich damami, a także z Łazarzem Pidoux i jego swawolną Klaudyną.
Wezwany nagle przez barona do Varenne, wyjechał pospiesznie, aby co rychlej pozbyć się tej pańszczyzny i nie miał już czasu na odwołanie uczty.
Około siódmej wieczorem wysiadał z wagonu na dworcu Lugduńskim. Wziął dorożkę, która, jak mu się zdawało wlokła się niemiłosiernie.
Nareszcie przybył.
Okna mieszkania Meli były rzęsiście oświetlone; zatem uczta była przygotowana.
Fulgenty Guillard zacisnął swe wąskie wargi, zapiął surdut na wszystkie guziki a w duchu przeklinał swych gości, którzy właśnie teraz mieli się znaleźć pomiędzy nim a niewierną i opóźnić niezbędne wyjaśnienie. Zapłacił fiakra i wszedł na schody. W domu panowała cisza, tylko w sercu Badeńczyka wrzała burza.
Gdy wszedł do salonu, gdzie całe towarzystwo było już zgromadzone, powitał go szmer niezadowolenia z powodu zwłoki.
— Ha, ha, — mruknął Anzelm Burot — każesz nam długo czekać na siebie.
Sosten Chapiton rzucił na Strauba spojrzenie z takim wyrazem, któryby go w innym razie był zastanowił, a na który on teraz nawet uwagi nie zwrócił.
Straub oczami szukał Meli.
Wesoła spokojna i pogodna.
— Proszę zająć miejsca przy stole, — rzekła uprzejmie.
Obiad podają.
Chapiton jednak nie przestawał przenikliwym wzrokiem mierzyć Strauba, że ten wreszcie to zauważył.
— Co ty na mnie tak patrzysz? — zapytał. — Czy widzisz coś szczególnego?
— Nic wcale.
— Więc dla czego tak mi się przypatrujesz?
— Bez powodu. Wracasz od barona Raynaud?
— Zkąd wiesz o tem?
— Wiem. Nie zaprzeczysz. Domyśliłem się. Ale bądź spokojny. Ja ztąd nie wyciągam żadnych konsekwencyj.
To było dość zagadkowe.
— Ale co się stało z panem Pidoux, że go dotąd nie ma?
— Tem gorzej dla niego, oświadczyła zimno Rzymianka.
— Ale prawda! — zawołał Chapiton — brakuje nam tego poczciwego Pidoux... Żeby go tylko nam gdzie nie zatracono, jak tego biednego Cabirola... bo jak wiecie, moi drodzy, Cabirol przepadł. Brakuje mi go. To był nicpoń ten Cabirol, ale mnie interesował. Czy może ty, kochany Guillard, masz o nim jakie wiadomości?
— Zkądże bym mógł wiedzieć, co się z Gabriolem stało? — odparł Straub opryskliwie.
Guillarda począł na prawdę irytować ton Chapitona i może byłby wybuchnął, lecz Burot przerwał w porę komplementami.
— Jakaż to woń rozkoszna dochodzi nas z kuchni! zawołał, Obiad będzie doskonały w tak miłem towarzystwie!
— Czyniłam, co tylko mogłam, aby panom dogodzić, ozwała się Mela.
Chapiton długo i szeroko zaczął z nią rozprawiać o menu obiadu, czyniąc swoje poprawki.
Zdawał się on w wybornym humorze, ale jego wesołość nie zdawała się być szczerą. Ton jego mowy był ciągle tak sardoniczny, że Straub począł go mierzyć przenikliwym wzrokiem.
— Zapewne, ozwał się Burot, to menu jest nieco bardziej mieszczańskie niż bywało u Lucullusa, lecz dodając jeszcze do wymienionych potraw lody i ciastka, nie będziemy cierpieli głodu.
— A! wtrąciła Mela, zapomniałam jeszcze wymienić szparagi...
— Brawo! zawołali goście.
Straub zagryzał wargi.
Rzymianka była tak spokojna jakby najmniejszego grzechu nie miała na sumieniu.
— Ale Pidoux jakoś się nie zjawia — wtrąciła zajadając.
Zaczęli też jeść wszyscy z apetytem.
— Czy pamiętasz, Burot — ozwał się Chapiton — o naszym zakładzie w czasie ostatniego obiadu?
— Doprawdy zapomniałem.
— Jakto? zapomniałeś o zakładzie z powodu pewnej sprawy?
Burot patrzył w sufit, chcąc sobie przypomnieć.
— Tracisz pamięć. To źle. Trzeba się szanować, wystrzegać się nadużyć w jedzeniu, piciu i innych przyjemnościach.. Zachowywać pewne cnoty klasztorne...
— E, nudzisz mnie! odparł Burot.
— Starajże się sobie przypomnieć... Uczyń wysiłek.
— A tak, tak... coś przypominam sobie... Założyliśmy się o obiad w skromnej restauracyi, przy ulicy Montesquieu.
— A przecież coś pamiętasz. Teraz, jeśli chcesz zakładam się o obiad w najpierwszej paryskiej restanracyi, u Voisina naprzykład...
Straub niespokojny słuchał.
— Bo widzisz — ciągnął Chapiton — ta sprawa Orgères ciągle mi jest na myśli.
— Czy mówiono ci o niej?
— Właściwie nie. A jednak... ten nieszczęśliwy Cabirol był także w to wmieszany...
Straub gryzł paznogcie ze złości.
Co miał w tem ten nieznośny starzec, aby w czasie obiadu wspominać o trupach?
— Co mówisz o Cabirolu? — spytał, rzucając wściekłe spojrzenie na Chapitana.
— Mówię, że ten biedny Cabirol, twój urzędnik, kochany przyjacielu, był, jak wiesz w czasie tej sprawy w zamku Combiers... Ciekawa dla amatora sprawa! Chciałem właśnie zażądać od Cabirola kilku szczegółów. I oto nagle ani śladu po nim. To bardzo niemiłe.
Mały starzec wyjął tabakierkę, otworzył i zażył porządną dozę tabaki.
— Powinieneś kiedy przyjść do mnie, kochany Fulgenty, lubisz przecie poszukiwania. Dostarczyłbym ci w tym przedmiocie ciekawych szczegółów. One są bardzo, powiadam ci, bardzo interesujące. Zobaczysz.
— Przyjdę ż przyjemnością — odrzekł Straub, usiłując ukryć wzmagający się w nim niepokój.
Chapiton nie miał pospolitej twarzy; wyraz jego fizyognomii zdawał się mówić; każde słowo było widocznie rozważone,
— O której-że godzinie mógłbym cię zastać? — zapytał Straub.
— Czy jutro?
— Jeżeli sobie życzysz.
— Więc dobrze. Od czwartej do piątej, Będę oczekiwał.
— Rzecz umówiona.
Obiad spożyto ze smakiem. Ale w nastroju panował chłód, tak niepodobny do rozpasania uczt dawniejszych.
O godzinie dziesiątej poczęto się żegnać,
Chapiton przy pożegnaniu rzekł do Strauba:
— Więc jutro, przed piątą. Liczę na twoje odwiedziny. To bardzo ciekawe, co mam ci do powiedzenia,
Anzelm Burot, jakkolwiek mocno podochocony, lecz zachowujący zawsze przytomność, zapytał Chapitona na schodach:
— O co to idzie tobie i Straubowi?
— O to, — odrzekł stary — że przegrasz zakład...
— A zatem, dobrze się stało, żem odmówił urządzenia obiadu w drogich restauracyach?
— Oczywiście. Przygotuj jednak pieniądze. Zobaczysz. To będzie zabawa.
W apartamencie „Rzymianki” pozostał tylko Fulgenty Guillard.
Mela przeszła do swego pokoju.
— Nie odchodzisz? — spytała Strauba.
Ten nie odpowiedział i rozciągnął się na sofie w tymże pokoju.
Mela zwolna zaczęła się rozbierać, jakby była sama w pokoju.
Straub patrzył na nią, zagryzając wargi.
Mela ujrzawszy go w źwierciadle, zwróciła się ku niemu.
— A ty, co tu robisz? spytała. — Zapominasz się, czy śpisz?
— Nie, nie śpię. Rozmyślam...
— Czy wolno spytać o czem?
— Oczywiście wolno.
— Zatem, mów prędko.
— Czy ci tak śpieszno? Czy kto czeka na ciebie?
— Co takiego? krzyknęła Mela, stając naprzeciw niego i biorąc się pod boki. — Czy to ma być scena?
— Scen nie lubię.
— Ja także uwielbiam spokój.
— Chcę ci tylko powiedzieć, że potrzeba, abyś ten dom opuściła.
— Z powodu?
— Z tego powodu, że jeśli ja płacę, to chcę być wyłącznym właścicielem... Nie znoszę podziału.
— Nie rozumiem...
— Powiem wyraźniej: Masz kochanka a to mi się nie podoba.
— Czy to wszystko?
— Tak, wszystko.
„Rzymianka” nie myślała się bronić.
— Jakto doskonale się składa! zawołała. Ja właśnie tak pragnęłam odwiedzić mają rodzinę?
Straub podniósł się z sofy.
— Ty to zrobisz? spytał.
— Co właściwie?
— Odjechałabyś?
— La Varenne nie jest tak bardzo oddaloną od Paryża...
— Ależ...
— Zresztą nie potrzebuję zdawać sprawy przed nikim. Jestem panią mojej woli.
Mówiąc to, nie unosiła się wcale, mówiła spokojnie, z rękami ciągle opartemi na biodrach, w wyrazie twarzy zuchwała.
I nagle zdjęła ją chęć do śmiechu na widok Badeńczyka, który znowu głowę pochylił, bezradny.
— Czyżby to ci nie dogadzało? Zresztą, wszak dobrze wiedziałeś kim byłam a teraz nagle, chcesz wymagać odemnie cnoty... To śmiechu warte!
Na chwilę zamilkła, jakby w oczekiwaniu, co Straub powie. Ale on milczał także, jak osłupiały.
Po chwili milczenia Mela mówiła dalej:
— Jestem prostą wieśniaczką, to prawda, ale są rzeczy, które rozumiem. Jesteś skąpy, chociaż udajesz pana, i pomimo tych obiadów, które wydajesz starym niedołęgom. Płacisz za mieszkanie, za suknie moje od krawcowej i dajesz na kuchnię, ale z tego wszystkiego nie zostaje dla mnie nic, albo bardzo mało. A ja mam rodzinę do utrzymania i muszę zarobić tyle, ile mi brakuje. Rozumiesz? I nie myśl, aby mi to sprawiało przyjemność. Mężczyźni wszyscy, starzy czy młodzi są mi obojętni. Jestem z drewna i to mnie jeszcze ocala. Niepotrzebnie więc zaprzątasz mną sobie głowę. Ja was wszystkich nie cierpię. Zresztą ja się nudzę wściekle w tej twojej klatce i tęsknię do mojej wsi. Mówię o mojej wsi, a właściwie jest to tylko jedna chałupa. Wzdrygnąłbyś się, gdybyś ją zobaczył. A ja wolę ją, niż ten przepych, który mnie tu otacza.
Przysięgam ci na to!
Wyciągając ramiona z przeraźliwem ziewnięciem dorzuciła:
— A teraz skoro umowa zerwana, dobranoc! Upadam ze snu.
Straub ani się ruszył.
— Jeżeli wolisz — ozwała się znów Mela — abym ja ustąpiła ci miejsca, uczynię to chętnie, daj tylko jakikolwiek znak. Jesteś u siebie, milordzie!
Badeńczyk był oszołomiony.
Ta kobieta zimna, z drewna, jak to sama powiedziała, wydawała mu się wspaniałą.
Im dłużej na nią patrzył, tem bardziej wydawała mu się ponętną.
— Więc powiedz — rzekł z nikczemną pokorą — powiedz, że mnie w błąd wprowadzono, że mnie oszukano.
— Oszukano? jakto?
— Że ty nie masz kochanka!
Nie zadała nawet sobie trudu odpowiedzi. Zrzuciła z nóg pantofle i z niezmąconym spokojem spytała:
— Czy cię to nie krępuje, że się rozbieram?
— Wcale nie.
— Ale mnie zawadzasz. Powinieneś już odejść, to twoja godzina, nawet już minęła.
Straub zaniechał już swoich projektów robienia zarzutów, wymówek, zapomniał o wicehrabi de Charmes i jego pieniądzach i powstawszy z miejsca, zbliżył się do Meli, pokorny, jak zbity pies.
— Przypuśćmy więc — mówił — że nic nie powiedziałem...
Mela zaśmiała się ironicznie.
— Zaręczam ci — zawołała — że nawet twój odźwierny straciłby dla ciebie szacunek, gdyby cię teraz widział.
— Melu — błagał Straub — postępowałem źle, przyznaję. Przypomniałaś mi rzeczy, o których nie myślałem. Chcę zabezpieczyć twój los.
— O, słowa na wiatr!
— Przysięgam ci.
— Ach, ci mężczyźni, jacyż oni nikczemni! Widzę, jak za chwilę padniesz mi do nóg...
— Cóż chcesz? Ja się obejść bez ciebie nie mogę.
— Tem gorzej dla ciebie.
— Przywykłem przychodzić tutaj, widzieć ciebie, z tobą mówić, być nawet czasem źle traktowanym. Na wszystko się godzę, bylebyś została. Powiedz mi więc, że się nie gniewasz, że to już sprawa załagodzona, że się nic nie zmieni w trybie naszego życia...
— Czy myślisz, że to dla mnie zabawne?
— Będziesz rozkazywać, będziesz robić, co tylko zechcesz...
— Jestem bogaty... bardzo bogaty. Niczego nie będę szczędził, abyś tylko była zadowolona. Czy zgoda?
— Mam ziomka, który mi proponuje, abym z nim jechała do Ameryki...
— Jakiż to ziomek?
— To do ciebie nie należy...
— I tybyś z nim pojechała?
— Bardzo być może.
— Nie czyń tego!
— Zrobię tak, jeśli zechcę. Powiem ci otwarcie, że mam już dosyć tej nieznośnej egzystencji...
— Nie mówisz tego, co myślisz.
— Dlaczegożbym miała kłamać?
— Ja cię błagam...
— Jutro pojadę do la Hutte-aux-Biques. Nie dla przyjemności wcale, ale taką mam chęć...
— Ale powrócisz?
— Nie wiem. Przyjedź tam także. Bilet kolejowy kosztuje nie drogo.
— Powrócisz ze mną? — Może.
— Przyrzekasz?
— Daj mi już spokój! Idź sobie! Co będzie, zobaczymy.
— Raz jeszcze powtarzam: Otrzymasz, co zechcesz. — Słyszysz?
— Nie jestem głucha.
— Wszystko dostaniesz!
— Dobranoc już, dobranoc!
Mówiąc to, obu rękami popychała go ku drzwiom.
On idąc krok za krokiem chwycił jej rękę i okrywał pocałunkami.
— Jeżeli zechcesz — powtórzyła Mela — zobaczyć się ze mną, to wiesz, gdzie mnie szukać. Miejscowość nazywa się la Hutte-aux-Biques.
— To dopiero piękna nazwa!
— Prawdziwy pałac nędzy... Wiess... w pobliźu twego przyjaciela, barona Raynaud, którego również w sercu nie noszę... Bądź zdrów!
Ruchem niemal brutalnym, popchnęła go na kurytarz i drzwi zamknęła za nim.
— Ach, nareszcie — szepnęła — pozbyłam się go! Toussaint będzie kontent. Ale co oni chcą z nim zrobić?
Machnęła ręką z obojętnością, przeszła do sali jadalnej, napiła się szklankę wody i powróciwszy do swego pokoju, ułożyła się na spoczynek z wyrazem szczerego zadowolenia na twarzy.
— Ach, jak to dobrze być wolną! — myślała. — Czy ja kiedykolwiek kogo pokocham? Gdyby Toussaint był chciał... A stary przybędzie niewątpliwie. Jabym go na sznurku zaprowadziła na kraj świata. Ale co się stało z tym Pidovx? I Chapiton miał dzisiaj jakąś dziwną minę. Maszyna się rozlatuje. Jest coś niezwykłego w powietrzu, — ale co?
Myśląc o tem zasnęła snem twardym.
Łazarz Pidoux nie zaginął.
Fulgenty Guillard otrzymał dowód tego, powróciwszy do siebie.
Doręczono mu telegram tej treści:
„Wielki interes z margrabią. Będę nieobecny przez dwadzieścia cztery godziny.“
Mało to obeszło Strauba. Chociaż Pidoux był może jedyną istotą, dla której Badeńczyk żywił nieco uczucia, to jednak w tej chwili wszystkie jego myśli i uczucia skupiły się w jednam, jedynem pragnieniu zachowania przy sobie Meli Rivolard.
Łazarz Pidoux istotnie wszedł w pertraktacye z margrabią d’Aguilas o nową sprawę a ta sprawa miała się stać ważniejszą niż sam przypuszczał, lecz w chwili, gdy wysyłał telegram do Guilarda, toczyły się dopiero przedwstępne rokowania, które były dość przyjemne.
Chodziło o prostą przejażdżkę.
Bo oto co zaszło:
Około godziny trzeciej, powóz, zaprzężony w dwa silne, piękne konie rasy normandzkiej, zatrzymał się przed agencją przy ulicy Castiglione.
Właśnie w tym czasie powracał tam Pidoux.
Wyjazd Marty wprowadził pewne zamieszanie w jego egzystencyę. Nie wiele ona wprawdzie zajmowała miejsca w jego sercu, ale nieobecność jej zawsze pozostawiła próżnię.
Marta Ribourt posiadała rzeczywistą inteligencyę. Dla Pidouxa była więc nietylko przyjaciółką, lecz i pewną podporą. Ruda Klaudyna nie była w stanie mu jej zastąpić.
Wracał wprawdzie od niej, ale rozdrażniony, niezadowolony i nie wiedzący co z swym czasem zrobić.
Z dwu posad w agencji, zawsze dotychczas zajętych, jedna wakowała, a drugą, Cabirola, zajmował pisarczyk, nie rozumiejący zgoła interesów agencyi, — interesów, które zdumiewać mogły już na pierwszy rzut oka umysły uczciwe i naiwne.
Przytem jakiś nieokreślony niepokój ciężył na duszy pana Pidoux.
Nie tłumacząc się wyraźniej, Marta wyjeżdżając dała mu do zrozumienia, że zazdrość nie była jedynym powodem tego rozstania.
Ze wszystkich stron zdawała się zmartwychwstawać sprawa Orgères, którą on uważał za pogrzebaną na zawsze.
Niedawne zresztą zniknięcie Cabirola poruszało duszę pana Pidoux a widmo dawnego kolegi przygniatało nieraz jego piersi nieznośnym ciężarem.
To wszystko było powodem, że Pidoux wracał bardzo niezadowolony.
— Gdybyż przynajmniej jaka taka dystrakcya! — pomrukiwał, zbliżając się do siedziby agencyi.
I oto jakby spełniając jego życzenie zajechał powóz zaprzężony w dwa konie normandzkie.
Z powozu wysiadł wicehrabia Cezary. Był widocznie w doskonałym humorze.
— Kochany panie — rzekł, wchodząc do agencyi — porywam cię. Czy jesteś pan wolny?
— Ale o cóż idzie?
— Jesteśmy niezmiernie zadowoleni z naszego nabytku.
— Roissy?
— Tak. Ziemia przewyborna.
— Nieprawdaż?
— Przewyborna! I oto nadarza się nam sposobność powiększenia jej...
— W jakiż to sposób?
— Bardzo prosty. Znaczny folwark, graniczący z lasami Roissy jest do nabycia, to jest właściciel byłby skłonny sprzedać pod pewnymi warunkami.
— Czy pan jest tego pewny?
— Najzupełniej. Idzie tylko o to, aby bez zwłoki skorzystać z dobrych usposobień właściciela.
— Więc pan chciałby?...
— Widzi pan, tacy jak my cudzoziemcy nie moglibyśmy w żaden sposób wchodzić w podobne rokowania.
— Zapewne.
— Zresztą margrabia otrzymał właśnie depeszę, która go wzywa z powrotem do Buenos-Ayres.
— A!
— Chciałby zatem przed wyjazdem udzielić panu instrukcyj, a jak pan widzi, rzecz jest nagląca. Zresztą — dodał z uśmiechem wesołym — idzie tylko o spędzenie jednego wieczoru w Roissy. Spożyjesz pan tam niezły obiadek, będziesz miał pokój wygodny i życzliwych ludzi. No, cóż? jedzie pan?
— Dlaczegożby nie?
— Oznaczysz pan sam kwotę wynagrodzenia za trud, a ponieważ powracamy do Ameryki, pozostawimy panu kierownictwo interesów w naszej nieobecności, z odpowiednią płacą.
To była istotnie miła rozrywka i przerwanie ponurych myśli, które pana Pidoux opanowały.
— Zatem, rzekł, przebiorę się nieco i jestem na pana rozkazy.
Było już po godzinie trzeciej. Wicehrabia spoglądnął na swój zegarek, jakby chcąc ponaglić pana Pidoux do pośpiechu.
Ten istotnie szybko się załatwił. Nakreślił depeszę do Guillarda, zawiadamiając go o niespodziewanym wyjeździe, przebrał się nieco i zszedł do wicehrabiego.
Gdyby w tej chwili miał był więcej w sobie spokoju, byłby niezawodnie zauważył nieco szyderczy uśmiech na ustach rzekomego Argentyńczyka i błysk zadowolenia w jego czarnych oczach. Ale zaginięcie Cabirola i ucieczka Marty zajmowały go teraz wyłącznie. Pokręcił się jeszcze chwilę po agencji, dał kilka poleceń następcy Cabirola i rzekł do wicehrabiego:
— Jestem na rozkazy.
Lokaj, mulat, stojący przy drzwiczkach powozu, otworzył je z szacunkiem. Pidoux usiadł pierwszy, za nim wicehrabia, mulat wskoczył zręcznie na kozioł obok woźnicy i konie ruszyły cwałem.
Powóz był niezmiernie wygodny, a przytem towarzystwo nadspodziewanie miłe.
Naprzeciw siebie ujrzał Pidoux siedzącą śliczną młodą osobę.
Była to jedna z dwu mulatek margrabiego d’Aguilas, Hiszpanka z przymieszką krwi indyjskiej.
Wicehrabia Cezary zaprezentował ją panu Pidoux.
— Panna Mercedes — rzekł — jedna z domowniczek naszych. Pozwoli pan zapewne, aby nam towarzyszyła w drodze?
— Ależ naturalnie?
Obok Mercedes na przedniej ławce siedział mężczyzna wysokiego wzrostu, zupełnie panu Pidoux nieznany.
— Jeden z naszych przyjaciół — przedstawił znów wicehrabia — p. Peres Lucar, którego pan zapewne widział na avenue d’Antin, nasz pełnomocnik.
Peres Lucar skłonił się uprzejmie.
— Znam pana bardzo dobrze — rzekł łamanym francusko-hiszpańskim językiem.
Powóz podążył ulicą Rivoli, minął Louvre i kolumnadę i wjechał na Quais.
Pidoux pomyślał:
— Jedziemy widocznie na dworzec kolei lugduńskiej. Ale konie nie zatrzymały się przed dworcem i wkrótce potem przekroczyły fortyfikacye pod Vincennes.
— Nie wsiadamy do pociągu? spytał Pidoux.
— Cóż znowu! zaśmiał się wicehrabia — takimi końmi jak nasze będziemy rychlej u celu. A jedzie się znacznie przyjemniej.
Pidoux był w najlepszem usposobieniu.
Wprawdzie fizyognomia Peresa Lucara nie była zbyt sympatyczna, ale za to wynagradzała urocza postać Mercedes, kuzyn zaś margrabiego d’Aguilas ożywiał wszystkich rozmową.
Po pewnym jednak czasie horyzont myśli począł się zachmurzać. Z mniejszą już uwagą słuchał opowiadań wicehrabiego, zachwycającego się Ameryką.
— Powinieneś pan osiedlić się w la Plata — mówił mu wicehrabia. Z pana kapitałami i inteligencyą zdobędziesz miliony, pożytkujesz tam swoją energię i spryt. Stary Świat się przeżył. Przyszłość należy do krajów młodych. Do lat dwudziestu pięciu ci, co będą mieli odwagę teraz tam się osiedlić, będą panami wszechświata.
Jechano tymczasem ciągle dalej.
Około godziny piątej powóz wjechał do Brie-Comte-Robert.
A wicehrabia ciągle rozpowiadał.
Powóz wjechał teraz na drogę wiejską, przechodzącą przez Vitray, posiadłość margrabiego Krystyna de Parsay. Wreszcie w oddali zarysowała się sylweta zamku Roissy, dokąd niebawem dojechano.
Podróżni wysiedli i wnet obiad podano.
Pidoux był jednak coraz bardziej niespokojny. Jakieś niedobre przeczucie go dręczyło tak dalece, że nie zwracał nawet uwagi na pełne wdzięku mulatki Carmen i Mercedes, które usługiwały do stołu.
Pidoux natomiast zauważył, że w około sali jadalnej ukazywały się głowy ludzi, jak gdyby strzegących wejścia.
Najbardziej jednak zaintrygowała pana Pidoux postać człowieka niewielkiego wzrostu, którego margrabia, pełen ugrzecznienia przejmującego wszakże lodowatym chłodem, przedstawił mu krótko:
— Pan Besnou, jeden z naszych przyjaciół we Francji.
Pan Besnou nie był mu obcym. Pidoux przypominał sobie, że go gdzieś spotykał, ale nie mógłby już teraz oznaczyć ani miejsca ani czasu tego spotkania.
Ta postać jakby wiejskiego kapitalisty zgoła mu się nie podobała. Twarz miała wyraz sprytny, ale i drwiący, który drażnił mu nerwy i mimowoli przypominał mu przeszłość.
Coś mu mówiło, że fizyognomia ta miała jakiś związek z procesem hrabiego Jana.
I mimowoli począł myśleć o tej sprawie. Ta myśl coraz uporczywiej zaczęła go prześladować, tak, że wreszcie nie mogąc dłużej wytrzymać, rzekł, zwracając się do p. Besnou:
— Przysiągłbym, że miałem już zaszczyt pana poznać...
— To bardzo możliwe.
— Ale gdzie? Nie mogę sobie przypomnieć.
— Może w Mayenne. Czy nie mieszkał pan tam nigdy?
Dreszcz przeszedł po skórze p. Pidoux.
— Tak — odparł — mieszkałem tam czas jakiś...
— W jakiej epoce?
— Podczas procesu hrabiego de Marcilles.
— A, tak! zawołał Besnou, tonem zupełnie naturalnym. Czy nie był pan w zamku Combiers?
— Mieszkałem tam w charakterze zarządcy.
— Piękna posiadłość, zamek książęcy, niezmiernie miła rezydancya! Baron Raynaud zaniedbał ją wszakże.
— Więc pan jesteś? — spytał Pidoux, bardzo w sobie pomięszany.
— Atanazy Bernou, pisarz trybunału w Mayenne, kochany panie.
O godzinie ósmej wstano od stołu.
Wicehrabia Cezary zaproponował przechadzkę w parku. Czas był prześliczny, woń kwiatów i drzew upajała.
Ale Pidoux był coraz bardziej strwożony.
O tym interesie, w którym margrabia d’Aguilas go zawezwał nikt mu nie mówił a na wszystkich twarzach spostrzegał wyraz zadowolenia, którego powodu domyślać się nie mógł. Gdziekolwiek wzrok zwrócił dostrzegał ludzi, ustawionych jakby na posterunku.
Ilekroć usta otworzył, aby poruszyć kwestyę interesu, powstrzymywał go zawsze wicehrabia Cezary:
— Będziemy o tem jutro mówili — przerywał. — Teraz zapal pan to hawańskie cygaro. Pochodzi z posiadłości margrabiego d’Aguilas.
Albo też częstował go winem, pochodzącem także z winnic margrabiego. Nie dopuszczał go do słowa.
Zresztą wieczór dobiegł do końca spokojnie. Wszyscy zdawali się tu używać spokoju i szczęścia.
Jeden tylko margrabia d’Aguilas zdawał się zamyślony, chociaż nie posępny. O godzinie dziesiątej pożegnał uprzejmie gościa i udał się do siebie.
Wkrótce potem wicehrabia zadzwonił i wchodzącemu lokajowi kazał odprowadzić pana Pidoux do jego apartamentu.
Sypialnia dla niego przeznaczona, obszernych rozmiarów, urządzona była wspaniale. Ale pan Pidoux nie zwrócił na te wspaniałości uwagi. Zdawało mu się, że się dusi w tej olbrzymiej sypialni. Jakiś ciężar tajemniczy przytłaczał ma piersi.
A jednak nic tu w całem otoczeniu nie było przerażającego. W obszernym kurytarzu, który przed chwilą przebył, słychać było kroki; drzwi otwierały się i zamykały. Słychać było głosy i wesołe śmiechy.
Pidoux usiłował otrząsnąć się z tych fantastycznych obaw, która go opanowały.
Czegoż miałby się lękać?
Zapragnął odetchnąć powietrzem wieczoru. Zbliżył się do okna, aby je otworzyć.
Niepodobna! Okno było silnie przytwierdzone. Ale to mógł być przypadek. Pidoux wcisnął twarz w szybę, spojrzał i cofnął się. Dojrzał świeżo umocowaną kratę, która nie dozwalała otworzyć okna. Podbiegł de drugiego, ale i tu było tak samo.
Jaka przyczyna tych niezwykłych ostrożności.
Coraz wyraźniej wykłuwało się w umyśle p. Pidoux podejrzenie pułapki, w jaką wpadł niebacznie.
Usiłował to podejrzenie usunąć rozwagą.
Czyż margrabia d’Aguilos mógł mieć coś wspólnego z Janem de Marcilles? Topielcy z Cayenny nie wracają przecież, zwłaszcza po tylu latach.
A jednak po bliźszem zastanowieniu się uderzyło go pewne podobieństwo. Ten margrabia mógł być istotnie Janem de Mercilles!
Dreszcz przeszedł go od stóp do głowy.
Począł badać drzwi swego pokoju. Pierwsze otwierały się z łatwością, ale drugie, wielkie, ciężkie, z drzewa dębowego były zaryglowane z zewnątrz i zamknięte na klucz.
Za temi drzwiami usłyszał szepty:
— Rygle są mocne... Więzień nie ucieknie...
Więc on był więźniem, zamkniętym w zaryglowanym pokoju i pod strażą!
Maksym Raynaud doznał w rozmowie ze swym agentem takiego rozdrażnienia, o jakiem możemy wyrobić sobie pojęcie, zważywszy, że ten człowiek nie doświadczył dotychczas żadnego nigdy w swych zachceniach oporu.
Jego pycha i jego miłość zarówno były dotknięte.
A ten Guillard, który go z taką poufałością traktował! Dawniej baron byłby zadzwonił na służbę i kazał zuchwalca za drzwi wyrzucić. Dzisiaj zmuszony był liczyć się z nim i znosić jego szyderstwa. Jakkolwiek potężny, był związany z tym nędznikiem fatalną tajemnicą!
Przytem baron czuł, że ziemia trzęsie się pod nim. On, którego bezpieczeństwo było tak pewne, którego olbrzymi majątek stawiał poza obrębem wypadków, grożących ludziom pospolitym, czuł się, jak owi mieszkańcy Sycylii czy Neapolu, jakby w przeddzień wybuchu.
Miał przeczucie niebezpieczeństwa tajemnego, lecz rychło grożącego, któremu nie mógł przeciwdziałać, nie wiedząc z której nań spadnie strony. Wypadki tak szybko następowały po sobie, że zadawały kłam wszystkim jego przewidywaniom.
Czy to wskutek wyrzutów sumienia, naturalnego lęku zbrodniarza, którego prześladują widma ofiar jego, czy też przewidywań bystrej inteligencyi, chwytającej najdrobniejsze objawy, — baron lękał się katastrofy, która zdawała się wisieć w powietrzu.
Przeczuwała ją również córka jego Marcela.
Najbardziej jednak drażniło barona zimne, pełne buntu zachowanie się Heleny.
Kto ją tak odmienił? Jaka siła tajemnicza podjudzała ją przeciw niemu?
Od czasu jego zwierzeń, unikała go starannie, albo przechodziła mimo, jak obca, nie radząc się go w niczem i zadając sobie widoczny przymus tylko wobec ludzi, którzy pod tą maską ani przypuszczać mogli, jakie burze miotały temi duszami.
Helena wychodziła teraz z domu, nie uprzedzając go wcale, wyjeżdżała konno, lub zamykała się u siebie, ukazując się tylko przy śniadaniu i obiedzie.
Kilka razy baron próbował pukać do jej drzwi, ale wstrzymywała go zawsze Zuzanna słowami:
— Pani jest cierpiąca.
Tego wieczoru baronowi zabrakło cierpliwości.
W zamku było niemal pusto. Po obiedzie goście odjechali do Paryża. Nawet margrabia da Parsay odjechał do Vitray.
O godzinie jedenastej, gdy w zamku zaległa zupełna cisza i służba rozeszła się na spoczynek, Maxym Raynaud postanowił wykonać jeszcze jedną próbę.
Najpierw przeszedł się po parku, usiłując odzyskać spokój i zimną krew, które go opuściły.
Świeżość nocy nie zdołała jednak ostudzić jego rozgorączkowania i uspokoić rozigranych nerwów. Z alei, po której się przechadzał spoglądał nieustannie w okna Heleny. Widać w nich było światło, story nie były spuszczone. Więc ona czuwała.
Na chwilę otworzyła drzwi, parapetowe i ukazała się na balkonie. Pozostała tam czas jakiś, z głową opartą ma ręku, oświetlona blaskami księżyca podówczas w pełni. Poczem wróciła do siebie. Ale światło nie zgasło.
Natenczas baron zdecydował się. Wszedł napowrót do zamku i przebywszy galeryę, łączącą oba apartamenty, otworzył drzwi prowadzące do pokoju żony.
Helena siedziała; przy swojem biurku i pisała.
Na odgłos kroków zwolna odwróciła głowę.
— A, to ty? — przemówiła zimno.
— Dlaczego spać nie idziesz?
— Nie mam ochoty.
— Więc co robisz?
— Jak widzisz, piszę.
— Czy wolno spytać do kogo?
— Tego nie powiem.
— A!
— Czyż każde z nas nie ma swoich tajemnic?
Mówiła to zimno, nie unosząc się wcale.
Równocześnie ujęła w palce ćwiartkę papieru do połowy zapisaną i uniosła ją nad płomień lampy. Papier wnet się zapalił. Baron uczynił ruch, jakby go chciał pochwycić, ale się powstrzymał.
— Nie chcę przenikać tajemnic, ozwał się, o których mówisz. Oddasz mi może tę sprawiedliwość, że nigdy nie próbowałem ich zdobywać i że w tym domu używałaś najzupełniejszej swobody, otoczona względami, jakie ci się należą.
— A któż ci czyni pod tym względem jakiekolwiek zarzuty?
— Bądź szczera! — Ty mnie nienawidzisz!
Helena powstała, wrzuciła do kominka popiół ze spalonego przed chwilą papieru, i zwróciła się ku baronowi.
Twarz jej miała wyraz twardy, nieubłagany.
— Przecież nie przypuszczasz — rzekła — aby rewelacya, potwierdzająca wątpliwości, jakie mnie dręczyły, mogła mnie usposobić do miłości dla ciebie.
Baron zagryzł wargi do krwi.
— W tonie, w całem zachowaniu się Heleny była widoczna wroga niechęć, niemożebna do zwalczenia.
— Moje przyznanie się — wyrzekł baron po chwili głosem stłumionym, — wszak to był największy dowód miłości, jaki tylko mogłem dać tobie.
— Niech i tak będzie. A cóż ja ci na to odpowiedziałam?
— Że potrzebujesz pewnego czasu, aby się zastanowić, przyjść do siebie. Na to jednak chyba całych lat nie potrzeba. Cóż więc postanowiłaś?
— Lepiej nie pytaj o to.
— Zatem nienawiść przeważa?
— Nienawiść, to uczucie, którego nie spodziewałam się zaznać...
— Ale teraz odczuwasz.
— Chciałabym to ukryć przed tobą, Ale zmuszasz mnie do mówienia. To nie moja wina. Rodzice moi byli ludzie prości, lecz uczciwi. Ojciec mój, pułkownik da Lignéres, był człowiekiem nieskazitelnego honoru, mój mąż Jan de Marcilles, ta ofiara waszych intryg, wolałby był nędzę znosić niż dopuścić się najmniejszego nadużycia. Nie byłam zgoła przygotowana patrzeć na zbrodnie, dokonywane dla zdobycia cudzej żony! Nie jestem twoim sędzią... usiłuję odwrócić myśl moją do tych okropności... od tych dni tak piekielnych cierpień, że dziwić się mogę, że nie oszalałam podówczas. Twoja obecność przypomina mi te czasy... Czyż możesz mnie obwiniać o to? Chyba tylko siebie samego. Jeżeli przepaść krwi i błota nas teraz rozdziela, to, pytam, się, kto ją wykopał? Na Boga, który nas sądzić będzie, na pamięć tego nieszczęśliwego, i którego torturowaliście, w imię jego córki, która śpi tuż obok mnie snem anielskim, zaklinam cię, odejdź! Odejdź do siebie i nie wymawiaj już nigdy wyrazu: miłość, który mnie wstrętem napełnia i oburza!
Była piękna, piękniejsza niż zwykle w swem oburzeniu..
Wściekłość barona wybuchła.
— Więc wojna między nami! — zawołał głosem drżącym, chwytając ją za rękę i ściskając mocno. Ja ją przyjmuję. Tak, popełniłem ów czyn, który tak bardzo oburza tę prawość, jaką się chełpisz. Czemże jest życie? Walką. Czego się szuka w życiu? Miłości i pieniędzy. Na powierzchni kuli ziemskiej popełnia się więcej zbrodni ukrytych, dla zdobycia tych dóbr, niż jest gwiazd na niebie. Moją zbrodnię ja ci wyznałem, tobie, która nosisz moje nazwisko, która prawnie i siłą faktu należysz do mnie. Co mi zresztą na tem zależy? Gdybyś to wszystko poszła krzyczeć na ulicy, czyżby ci kto uwierzył? Pomówiono by cię o szaleństwo, a ja będę miał jeszcze tyle władzy, aby cię zamknąć w jakiem sanatoryum, opłacając koszta leczenia...
— Zatem jeszcze jedna zbrodnia więcej!
— Być może. Namiętność nie rezonuje i usprawiedliwia wszystko! Ty należysz do mnie i ja cię przy sobie zatrzymam. Jeśli się będziesz opierać, złamię cię!
— Spróbuj!
— Wyzywasz mnie i źle czynisz. Gdzie znajdziesz oparcia? Co się stania z tobą, gdy się wyrzekniesz pozycyi, którą ci dałem? Co się stanie z twoją córką, tą Gabryelą, w której tamten odżywa i którą ubóstwiasz, bo jest jego dzieckiem! Gdzie się udasz z twoimi żalami i lamentacyami? A jakże stargasz węzły, które cię krępują ze mną, jeśli ja na to nie zezwolę? Wprawdzie jesteś dość piękna, aby znaleźć kochanków równie jak ja bogatych. Ale ja cię znam! Jesteś za dumna, aby zniżyć się do takich upadlających wyrachowań. Jesteś tu i tu zostaniesz. Czyż byś mniemała, że życie nasze mogłoby płynąć odtąd w separacyi, która tobie może dogadza, lecz dla mnie byłaby męczarnią nie do zniesienia. Ja rezygnować nie myślę. Nie na to zdobyłem cię tak wielkim kosztem, abym miał się zrzec posiadania ciebie. Będziesz albo królową tego domu, albo niewolnicą. Będę cię wielbił, jeżeli się zgodzisz, albo cię zwalczę, jeżeli odmówisz. Wybieraj!
Gorzki i pogardliwy uśmiech ukazał się na ustach Heleny.
— Wolę cię takim, rzekła, jakim się obecnie objawiasz. Przynajmniej nie udajesz. A oto moja odpowiedź: Królową tutaj nadal być nie chcę... Niewolnicą, nie będę nigdy!
— Więc cóż?
— Ten twój wybuch gniewu zdecydował mnie. Wahałam się może dotychczas przed skandalem...
— A teraz?
— Teraz nie waham się już wcale.
— Cóż uczynisz?
— Opuszczę ten dom... Ucieknę od ciebie...
— Tak sądzisz?
— Zabiorę moją córkę, będziesz uwolniony od nas. Nie żądam od ciebie nic, prócz swobody... Tej pragnę!
— Gdybyś nawet była na końcu świata, czyż nie zdołałbym doścignąć cię i zabrać napowrót?
— Więc ty sądzisz, że nie znalazłabym nikogo ku swojej obronie?
Te słowa obudziły w nim dawne podejrzenia i dotknęły boleśnie.
Ślepiec z ulicy Gabriel przyszedł mu nagle na myśl.
Jeżeli Helena z takim spokojem występowała przeciw niemu, musiała mieć kogoś za sobą. Ale kto to był?
Przeszedł się po pokoju i zatrzymał się przed biurkiem. Na niem leżał sztylet w pięknej, srebrno-złotej pochwie.
— Nie widziałem u ciebie tego sztyletu, rzekł.
— Jest jednak moją własnością. Musiałeś go nie zauważyć dotychczas.
— Chyba go ukrywałaś przedemną?
— Bez żadnej złej myśli, przypadkiem. Gdybym go chciała ukrywać, czyżbym go tak zostawiała na widoku.
Maksym Raynaud przypatrywał się mu uważnie.
— Nie dotykaj go — ozwała się Helena znowu tym samym lodowatym tonem, — on jest zatruty.
— A!
— Gdy mi życie zbyt zacięży, tym sztyletem odbiorę je sobie.
— I jakąż to tajemniczą trucizną jest on napojony.
— Kurarą.
— A! trucizną Indyan z Brazylii czy Gujany?
— Tak.
Baron zamilkł. Wsunął sztylet do pochwy i położył go napowrót na biurka.
— Nie chcę się ciebie pytać — rzekł po chwili — w jaki sposób dostałaś ten cenny przedmiot?
— Czyż nie wiesz, że za pieniądze dostać można wszystko, czego się zechce.
— To prawda — odparł krótko.
Usiłował teraz opanować siebie. Czuł zbliżające się coraz bardziej niebezpieczeństwo. Chciał je poznać, zobaczyć, ocenić.
Baronowi stawało się jasnem, że rozpoczynała się teraz taka walka, jak niegdyś pomiędzy hrabią Janem a jego tajemniczymi wrogami, lecz sytuacya była zgoła odmienna.
Teraz to on, baron Maksym Raynaud był atakowany przez nieznanych sobie przeciwników. Domyślał się ich tylko, jak swego czasu domyślał się Jan de Marcilles.
Ten sztylet, przedmiot z pozoru nic nie znaczący, wskazywał ślad.
Myśl jego zwróciła się ku tym cudzoziemcom z Ameryki Południowej, którzy ciągle się ku niemu zbliżali i mieszkali teraz w Roissy. Tylko oni mogli dać baronowej ten niebezpieczny sztylet.
Więc ona znała się z nimi!
Kim oni byli w rzeczywistości? Hrabia Jan de Marcilles miał brata, który wyniósł się z kraju. Czyżby to ten brat się pojawił? A może sam hrabia Jan odżył? Owe bajeczne kraje sprawiały zawsze niespodzianki starej Europie.
— Wszak powiedziałaś przed chwilą — ozwał się znów do Heleny — że uciekniesz z tego domu?
— Tak.
— I gdzie się udasz?
W wykonaniu otrzymanych poleceń Helena z umysłu drażniła jego zazdrość i naprowadzała go na ślad, którego szukał. Odrzekła więc z naciskiem:
— Istnieją kraje tak oddalone i tak rozległe, że z trudnością przyszłoby ci tam mnie dogonić, a gdybyś nawet przypadkiem odnalazł miejsce mego pobytu, kto wie, czy nie zdołałabym unicestwić twojej groźby.
Baron Maksym pilnie przyglądał się jej przez chwilę.
Helena była spokojna, pewna siebie.
Już nie wyrzekł słowa, lecz milcząc przechadzał się po pokoju.
Baronowa, nie zalękniona wcale, mówiła dalej:
— Mój ojciec miał dewizę, której zresztą i inni używają.
— Jakąż to dewizę?
— Brzmi ona: Czyń, coś powinien! — Sumienie moje powiada mi, że nie powinnam żyć z człowiekiem, który, aby mnie posiąść, używał takich dróg; że wspólnem z tobą pożyciem, staję się poniekąd spólniczką twojej zbrodni. Na twoich rękach jest krew! gdy się dotykają moich, przebiega mnie dreszcz wstrętu. Wyznałeś mi prawdę, ja ci ją nawzajem wyznaję. Twoje nazwisko budzi we mnie obrzydzenie, twoja miłość mnie przeraża. Nie mogę żyć z człowiekiem, który zniesławiwszy naprzód hrabiego de Marcilles, zamordował go następnie. Pomiędzy nami wszystko skończone!
— A, strzeż się!
Spojrzała na niego z wyzywającą pogardą.
— Zabijesz mnie może — rzekła, — Uczyń to. Zbrodnia zbrodni przyzywa. Mam przyjaciół... Oni pomszczą się za mnie.
Nie odpowiedział. Wszystkie jego myśli skupiały sia w pytaniu:
— Ci przyjaciele, o których mówiła, gdzie są oni?
— Spodziewałem się więcej po twoim rozsądku — mówił po chwili — wyczerpujesz moją cierpliwość, a ja daję się unosić i wypowiadam słowa, niegodne ciebie i mnie. Mówisz o swobodzie. A któż ci jej pozbawia? Nie mam bynajmniej zamiaru cię wyzywać, chciałbym cię rozbroić. Życie nasze może być jeszcze piękne. Jesteśmy z sobą związani. Ty do mnie powrócisz. Tylko jeden powód mógłby cię pociągnąć do ubolewania godnych kroków...
— Jakiż to powód?
— Rady kogoś innego, naprzykład... kochanka.
Helena nie odpowiedziała.
On zaś dodał, zbliżając się do niej:
— I tak mi się zdaje, że takie rady są ci udzielana...
Milczała ciągle.
Ostry ból przeniknął serce barona, ale się powściągnął.
— Do kogo pisałaś przed chwilą? spytał znowu. Zapewne do tych przyjaciół, do tych doradców, o których wspomniałaś?
— Być może.
— Nie wspominałaś mi o nich nigdy dotychczas.
— To prawda.
— Dla czego?
— Czy potrzebujesz pytać o to?
— Interesuje mnie wszystko, co ciebie się tyczy.
— Nie mam powodu tego zatajać. Od czasu tego ślubu, który nas połączył, istniało między nami pewne skrępowanie, które miało swoją przyczynę. Tego skrępowania, pomimo wysiłków, nie mogłam nigdy przemódz, aż do dnia, w którym jego miejsce zajęło usprawiedliwione oburzenie.
— Słowem, zatajałaś przedemną istnienie owych przyjaciół.
— Tak z tego powodu, jak i z innego jeszcze.
— Jakiż to ten inny powód?
— Miałam ich za zaginionych.
— I odnalazłaś?
— Tak.
— Gdzież są ci tajemniczy przyjaciele?
— Tego nie mogę powiedzieć
— Więc to sekret?
— Tak, sekret.
— Widujesz się z nimi?
— Widziałam się.
— W Paryżu?
— Czy to jest przesłuchanie?
— Mam prawo wiedzieć o twoich czynnościach.
Na chwilę zaległo głuche milczenie, przerywane tylko odgłosem wahadła zegaru.
Wnet jednak baron począł mówić znowu.
— Byłaś w ciągłym ruchu w tych dniach ostatnich. Wyjeżdżałaś konno.
— Ruch i samotność dobrze mi robią.
— Mógłbym od innych dowiedzieć się, w jaką stronę skierowują się twoje spacery, wolę jednak zapytać się o to ciebie samą.
— Nie mam żadnego powodu ukrywać się z tem. Lubię bardzo okolice kaplicy... wiesz gdzie?
— W lesie Chatillon?
— Tak, właśnie.
— Miejsce jest pełne poetycznego uroku. Powinnaś jednak kazać towarzyszyć sobie. Tak łatwo o wypadek...
— Powiedziałam ci już, że wolę samotność.
Baronowa odpowiadała na pytania tonem naturalnym, lecz z widocznem zmęczeniem.
— Już późno — rzekła wreszcie — rozmowa nasza trwa zbyt długo. Czy nie jesteś tego zdania?
— Dobrze. Ale rozmowę tę wznowimy skoro tylko pozwolisz. Oby noc przyniosła ci dobrą radę!
Baron oddalił się krokiem wolnym jakby z niechęcią. Na progu zatrzymał się chwilkę, ale go wnet przekroczył i odszedł.
Wszedłszy do swego gabinetu, podbiegł spiesznie do swego biurka, w którem przechowywał szczątki biletu, zebrane przez Antoniego.
Wpił się w nie oczami.
„Chapelie... Chatill...
Ten urwany wyraz miał brzmieć widocznie: „Chatillon. Co się tyczy dwu innych urywków „olssy“ i „iny* było jasnem, że odnosiły się one do zamku Roissy i ruin.
Nie trzeba więc było zbytniej przenikliwości, by się domyśleć, że chodziło tu o schadzkę wyznaczoną baronowej w ruinach kaplicy w lasku Chatillon, należącym do posiadłości Roissy. Prawda biła w oczy.
Przypomniał sobie baron fizyognomię owego wytwornego cudzoziemca, którego spotkał w Operze, a którego przedstawił mu przyjaciel jego Marchal, doradzając mu kupno Roissy.
To kupno przyszło do skutku i w Roissy mieszkał margrabia d’Aguilas.
Wyraźne wzburzenie baronowej datowało się od tego czasu.
Zatem to w Roissy przebywają owi przyjaciele. Ona widywała się z nimi w owej kaplicy, w połowie drogi z Roissy do la Varenne.
Rozważywszy to wszystko, baron już w pół godziny po rozmowie z Heleną nie miał żadnej wątpliwości. Miał już w ręku nić owej ciemnej intrygi, która od kilka tygodni burzyła jego życie. Objaśniło go ostatecznie kilka słów, które wymknęły się baronowej. Wszak to ona mówiła o protektorach, którzy potrafią ją obronić i o krajach dalekich, gdzie jej doścignąć nie będzie można.
Szyderczy uśmiech wykrzywił jego usta.
A więc wyzywano go, drwiono z niego! Zdawało się im, że są silniejsi!
Ułożywszy sobie plan cały we wszystkich szczegółach, rozważywszy wszechstronnie sytuacyę, wyciągnął szufladę, wyjął rewolwer dużego kalibru, opatrzył naboje i zamknął go wraz z szczątkami podartej kartki.
— Ha, schadzka! — szepnął — i ja tam będę!
Baronowa ze strony nie pozostała bezczynną.
Po wyjściu męża, podniosła portyerę i zawołała z cicha:
— Zuzanno!
— Służę pani.
— On przyjdzie. Trzeba uprzedzić Jana.
— Pójdę, jeśli pani każe.
— Nie będziesz się bała w nocy?
Zuzanna zaprzeczyła ruchem głowy.
— Wszak to przeszło cztery mile! — zauważyła Helena.
— Nie będzie potrzeba iść tak daleko.
— A jakże zrobisz?
— W la Hutte znajdę kogoś, który pójdzie dalej.
— A jeśli nas zdradzi?
— Niema obawy. Rivolardowie nie cierpią barona i jego całego domu.
— Zkąd wiesz o tem?
— Z opowiadania strażników. Śmiertelna nienawiść panuje między chałupą Rivolardów a zamkiem. Zresztą, zobaczę...
Helena szybko nakreśliła na kartce słów kilka, włożyła w kopertę i zaadresowała:
„Do margrabiego d’Aguilas, w Roissy“.
— Idź więc, — rzekła do Zuzanny, dając jej list i pięć luidorów. Straszliwa chwila się zbliża. Oby Bóg miał go w swojej opiece, szczególniej jego, który tyle wycierpiał. Jutro opuścisz ten dom z Gabryelą. Ja wyjdę potem, aby już nie wrócić. Idź teraz.
Zuzanna otuliła się w czarną chustkę i bocznymi schodami zeszła do parku, usiłując jak najmniej czynić hałasu.
Noc była jasna, gwiaździsta.
Zuzanna znała o tyle okolice Varenne, by się nie zabłąkać. Niemal codziennie odbywała długie spacery w powozie lub pieszo z Gabryelą, której Helena nie powierzała nikomu innemu.
Wyszedłszy z parku odetchnęła. Tu już w polu, niebezpieczeństwo przychwycenia było mniejsze. Szła jednak ciągle z ostrożnością.
Gdy się zbliżała do siedziby Rivolardów, serce zaczęło jaj mocniej uderzać.
Rivolardowie nie cieszyli się dobrą opinią; uważani byli za brutali ostatniego rzędu. Trzeba się jednak było do nich udać; nie było innego sposobu.
Gdy się zbliżyła do chałupy, pies ujadać począł, a równocześnie Zuzanna ujrzała na kilka kroków przed sobą postać mężczyzny, nucącego jakąś myśliwską piosenkę. Nagie śpiewać przestał.
— Co tam takiego? — rzekł do pieska.
— Czy to pan Rivolard? — spytała Zuzanna.
— Kto mnie woła? — odparł mężczyzna.
Był to Szymon, który wychodził z karczmy.
— Ha! ha! zawołał, ujrzawszy Zuzannę, — jakaś piękna niewiasta!
— Chciałabym z panem pomówić, — szepnęła nieco onieśmielona.
— Zkądże idziesz?
— Z la Varenne. Wszak wy nie kochacie barona?
— Wcale nie.
— Czy zechcielibyście oddać przysługę ludziom, którzy go jeszcze bardziej nienawidzą.
— Jaką przysługę?
— Idzie o zaniesienie tego listu do Roissy, ale baz zwłoki.
— Nie łatwiejszego; mam tam przyjaciela.
— Sto franków dostaniecie za fatygę.
— Ha, ha! To jakiś bogacz was posyła.
— To kobieta... Idzie o życie!
— A któż ty jesteś?
— Jestem u niej w służbie. Czy się zgadzacie?
— Czemuż by nie? Tembardziej, że to ma być na złość temu baronowi.
— Więc zaniesiecie list?
— Natychmiast.
— Ach, dziękuję!
— Uściskaj że mnie piękna panienko i śpij spokojnie.
Ukradł całusa, wziął list i pięć luidorów i nie wchodząc do domu, poszedł szybko w kierunku Roissy, podczas kiedy Zuzanna wracała napowrót do Varenne.
O godzinie czwartej nad ranem Zuzanna wchodziła na boczne schody zamku la Varenne i cicho dostała się do pokoju swej pani.
Helena, leżąc na otomanie, nie spała.
— Więc cóż? zapytała z niepokojem.
— List już niezawodnie doręczony.
— Nie spotkałaś nikogo?
— Nikogo.
— Jakaś ty dobra, Zuzanno!
Ta ostatnia wzniosła oczy ku nieba z wyrazem niewymownej radości. Wyrządziła przysługę swemu bożyszczu, więc czuła się szczęśliwą.
Szymon Rivolard był uczciwy na swój sposób. Poszedł raźno w nocy do Roissy i nie byłby oddał powierzonego sobie listu nawet za tysiące.
Z brzaskiem dnia kłusownik dzwonił do bramy zamkowej i zażądał widzieć się z margrabią.
Nie czekał długo. W oknach zamkowych widać było migające światła.
Nie spano w zamku. Przedewszystkiem nie spali panowie. Było tam jak w obozie przed bitwą.
Szymon Rivolard zastał w małym saloniku parterowym swego przyjaciela Vardona, margrabiego i jego brata. Na kominku palił się suty ogień.
Szymon uścisnąwszy dłoń przyjaciela, podał list margrabiemu.
— To dla pana — rzekł. Jakieś ważne zdaje się ostrzeżenie. Przyniosła mi to młoda kobieta wśród nocy.
— Pewnie Zuzanna; szepnął margrabia. I otworzywszy list, czytał:
„Ukochany mój Janie.
„Będę w kaplicy o godzinie czwartej.
„Baron mnie śledzi i zapewne podąży za mną
„Uczyniłam wszystko, aby ten cel osiągnąć.
„Musisz przedsięwziąć wszelkie ostrożności. Moje życie nic nie znaczy, ale ty nie narażaj swego. Zachowaj je dla Gabryali.
„Jutro schroni się ona u ciebie, wraz z Zazanną. Tu życie stało się już niedozniesienia i drżałabym ciągle o nią.
„Kocham cię, ciebie jedynego i kochać będę do śmierci, Twoja Helena“.
Łatwo wyobrazić sobie przerażenie pana Pidoux, gdy się przekonał, w jakiem zamknięto go więzieniu.
Wściekłość jego nie miała granic, a to tem bardziej, że nie mógł się domyśleć, jaki los mu przeznaczono.
Czarne myśli spać mu nie dawały.
Napróżno usiłował się pocieszać. Sumienie nie dawało mu spokoju. W ciamnościach nocy pojawiało mu się widmo starej panny z Orgères ze sznurem wokoło szyi; to znów widział Jana de Marcilles i słyszał go wołającego:
— Przysięgam, że jestem niewinny!
W tem wszystkiem niewątpliwie ten Jan de Marcilles grać musiał rolę.
Nie bez powodu przecież pojawił się w tym zamku pisarz sądowy z Mayenne. A nawet nie można było nie spostrzedz, że ów margrabia d’Aguilas był nieco podobny do hrabiego Jana. Zdawało się wprawdzie niedorzecznością przypuszczać, że margrabia z Buenos-Ayres i hrabia Jan to jedna i ta sama osoba, lecz myśl ta przejmowała pana Pidoux dreszczem trwogi.
Po cóż zresztą te kraty w oknach, te rygle w drzwiach, tyle ostrożności wobec gościa, mającego spędzić noc jedną w zamku?
Wśród takich ponurych myśli doczekał się wreszcie pan Pidoux świtu.
Ze wschodem słońca życia zbudziło się w zamku. Zmory prześladujące więźnia znikły; chciał już nawet śmiać się ze swoich przestrachów.
Około godziny siódmej rano szmery dały się słyszeć u drzwi, odsunięto rygle i na progu stanęła postać bynajmniej nie straszna.
Lecz poza tą postacią dojrzał Pidoux dwie kudłate głowy dwu ludzi, o twarzach ciemnych, którzy stanowili jakby straż idącego przodem. Pidoux podniósł się nieco na wspaniałem łożu i patrzył zdumiony na zbliżającą się ku niemu postać, przyodzianą w czarny surdut, z białą krawatą na szyi już tak rano.
— Czy można wejść? — przemówiła ta postać u wejścia.
Był to Atanazy Besnou, pisarz sądowy z Mayenne. W swym czarnym surducie i białej krawacie czynił wrażenie sędziego śledczego.
— Nie obawiaj się kochany panie Pidoux — ozwał się słodkim głosem. — Przychodzę tylko pomówić z panem trochę.
Przysunął do łóżka stolik i otworzył szufladę, w której znajdował się papier i wszystkie przybory do pisania.
Pidoux chciał wstawać.
— Ależ niech się pan nie trudzi, proszę pozostać w łóżku; tak będzie wygodniej.
Pidoux, jakkolwiek z natury sprytny, a przytem wykształcony w szkole takiego Strauba, był wprost oszołomiony.
Atanazy Besnou był zupełnie spokojny i pewny siebie; uśmiechał się radośnie tak był zadowolony z obrotu sprawy, której, rzec można, poświęcił życie i całą swą ambicyę.
— Domyślasz się pan zapewne — mówił słodko — że jeśli zaopatrzono okna tego pokoju w mocne kraty, to nie uczyniono tego bez powodu, Chciano zapobiedz, aby nie uleciały ztąd ptaszki, które mają tu być umieszczone. Wszelka zresztą próba ucieczki byłaby daremna. Mamy uzbrojonych ludzi, którzy żartować nie będą, Ale między nami wszystko może pójść jak po maśle i wedle przepisów.
Tu Atanazy Besnou zatarł ręce z zadowoleniem. On istotnie sądził, że wszystko pójdzie wedle przepisów, lecz w tem się mylił.
Wicehrabia Cezary, Jan da Mareilles i Toussaint Vardon myśleli inaczej, chociaż nie mówili sobie tego. Wicehrabia i Jan da Marcilles mieli swoje plany.
Inny znów plan knuł Vardon. Besnou nie znał planów obu braci a ci znowu nie wiedzieli, co uknuł Vardon.
Besnou mówił dalej:
— Krótko mówiąc przedsięwzięliśmy zrehabilitować pamięć przyjaciela, który się nazywał Jan de Mareilles...
Pidoux aż się zatrząsł z przerażenia. Ale zapanował nad sobą i na te słowa pana Besnou odpowiedział obojętnym gestem.
— Nie widzę jednak przyczyny... Zaczął.
Pisarz sądowy mu przerwał:
— Jan de Marciiles był niewinny. Gdzieindziej znajdowali się winowajcy. Otóż winowajcą przedewszystkiem jesteś pan!
— Mój panie!...
— Tylko spokojnie. Można przecież mówić bez gniewu. — Na to, co mówię, mam dowody. Przyjaciel pański, Cabirol, zeznał wszystko na piśmie. Zeznania jego stwierdzone są przez znaną panu kobietę...
— Martę... — wyszeptał Pidoux:
— I to przed notaryuszem, dokończył Besnou. Cabirol zaginął. Zdaje się, żeście się go obawiali. W każdym razie zaginął o dzień jeden za późno — dla was.
Tu pisarz sądowy uczynił pauzę.
Pidoux leżący rozebrany w łóżku wobec tego poważnego pana w czarnym surducie i białym krawacie, czuł się śmiesznym, komicznym. Zimna krew i spokój p. Besnou do reszty go onieśmielały, a duszą targały fatalne przeczucia.
— Bardzo pana przepraszam, mówił dalej pisarz sądowy, że przychodzę tak rano, ale dzisiaj będziemy mieli bardzo dużo zajęcia. Pan idzie naprzód, potem przyjdą inni.
— Jakto inni? spytał Pidoux.
— Wielcy wodzowie! Baron Raynaud... Fulgenty Guillard... O, ja mogę panu teraz wszystko powiedzieć... Pan ich nie zdołasz uprzedzić, chybaby się cud stał!
— Skończmy już raz z tem. Czego pan żądasz odemnie?
— Dowodów... Świadectwa... Zaprzeczając, nic pan nie zyskasz. Przyznaj się, a ja przyrzekam ułatwić ci ucieczkę... Z majątkiem, a przynajmniej z tem wszystkiem, czego potrzeba, aby zrobić majątek za granicą. Zresztą — pozostaną ci twoje pieniądze...
Atanazy Bosnou, bardzo zadowolony, mierzył wzrokiem więźnia, który gryzł wargi ze złości.
— Więc cóż postanawiamy, kochany pani Pidoux — spytał słodko. Spieszmy się.
Czas uchodzi.
Pidoux potrząsnął głową.
— Nic odomnie nie wymusicie — odparł. Sąd się odbył i wyrok zapadł a ten wyrok skazał p. de Marcilles... Nie mam nic więcej panu do powiedzenia.
— Powiedz pan raczej, że nie masz nic nowego do oznajmienia, rzekł Besnou, nieco głos podnosząc. Mordercą panny de Marcilles byłeś pan! Pan również ukradłeś trzykroć sto tysięcy franków, których zabrakło w Orgères! Przewódcą twoim był ten Guillard a ten, który was płacił, nazywa się baron Maksym Raynaud... Ja wiem wszystko.
— Czyń więc pan, jak ci się podoba.
— Miałem cię za rozsądniejszego, kochany panie Pidoux. Jakto? Więc cię nic nie pociąga... ani wolność, ani pieniądze?
— Nic. Wolność będziecie musieli mi zwrócić. A pieniędzy mamy dosyć.
— A więc dobrze.
Pan Besnou zawołał:
— Assunto!
W drzwiach uchylonych ukazała się czarna głowa.
— Pan mnie woła?
— Każ zaraz osiodłać konia, pojedziesz z listem do prokuratora w Melun.
— Wedle rozkazu.
Pan Besnou wziął ćwiartkę papieru i pisał, powtarzając głośno każde słowo:
„Panie Prokuratorze!“
„Istotny sprawca morderstwa w Orgères jest w naszych rękach. Trzymamy go do rozporządzenia pańskiego w zamku Roissy, wraz z wszystkimi dowodami. Prosimy uwolnić nas od niego jak najrychlej.
„W imieniu wicehrabiego Cezarego de Marcilles:
— Sam mnie pan zmuszasz do tej ostateczności — ciągnął dalej. Moim zamiarem było uzyskać dowody niewinności Jana de Marcilles, wynagrodzić winowajców za ich szczere wyznania, pozwalając im uciec i skorzystać następnie z ich zeznań, aby wykazać omyłkę sprawiedliwości. Z pieniędzmi, karygodnie nabytymi, mogłeś pędzić życie spokojne, używając owoców swej zbrodni, co wszystko jest szczytem a nawet nadużyciem pobłażliwości. Pan zmuszasz mnie do surowego postępowania. Bardzo mi to przykro, ale sam tego chciałeś.
Besnou mówił po prostu, bez gniewu, nie patrząc już nawet na p. Pidoux.
Wstał i zbliżył się do okna.
— Oto już koń osiodłany, gotów do drogi. Do Melun nie jest daleko... Czas jeszcze się namyśleć. Szczerze radzę nie pozwolić posłańcowi odjechać.
Pidoux nie dał odpowiedzi.
Czarna głowa ukazała się znów we drzwiach.
— Proszę o list... — przemówiła.
— Oto jest — rzekł Besnou, podając posłańcowi list, a zarazem rzucając z ukosa spojrzenia na Pidoux, który ani się poruszył.
W tej chwili niepokój pisarza sądowego równał się niemal niepokojowi pana Pidoux. Ani bowiem wicehrabia Cezary, ani brat jego nie życzyli sobie teraz interwencyi sprawiedliwości w ich sprawach. Ale p. Beshou potrafił lepiej maskować swe uczucia. Pidoux udręczony był widmami swych ofiar a nadto przeczuciem sądu karnego.
Trząsł się jak w febrze i zęby mu szczękały. Trzymał się jednak jeszcze czas jakiś.
Panu Besnou krew uderzała do głowy. Otworzył okno, aby odetchnąć świeżem powietrzem.
Na dziedzińcu Assunto siedział już na siodle.
— Jedź! — rozkazał Besnou — a szybko!
Podkowy wierzchowca uderzyły o bruk dziedzińca. Posłaniec puszczał się cwałem.
W tejże chwili rozległ się w pokoju głos rozpaczliwy:
Łaski! przebaczenia!
Pidoux na klęczkach, z wyciągniętemi rękami, blady jak skazaniec prowadzony na ścięcie, błagał pisarza sądowego o litość.
Besnou wyjął z kieszeni gwizdawkę i dał hasło posłańcowi, który wnet się zatrzymał i zawrócił.
— Rad jestem — ozwał się pisarz sądowy, zwracając się ku nędznikowi — że przyszedłeś do rozumu... Udawanie się do władzy mnie samemu było niemiłe... Mówię zupełnie szczerze. A skoro można na innej drodze się porozumieć...
Położył arkusz papieru przed panem Pidoux, podał mu pióro i rzekł:
— Proszę pisać!
I podyktował mu spowiedź zupełną.
A gdy Pidoux położył swój podpis pod deklaracyą, rzekł jeszcze:
— Teraz proszę dodać następujące słowa:
„Ponieważ Cabirol, nasz spólnik, począł nas niepokoić, postanowiliśmy go usunąć. Cabirol nie żyje“.
— Nie żyje — ozwał się Pidoux ale w tem morderstwie my żadnego nie mieliśmy udziału.
— Po cóż to kłamstwo?
— Cabirol był pijany, ozwał się cynicznie Pidoux. Ja tylko uprzedziłem nocnych włóczęgów, że on ma przy sobie znaczne pieniądze. To wyznaję, abyś pan nie przypuszczał, że zabiłem go własnemi rękami, jak tamtą.
— A! — zawołał Besnou ze wstrętem — jakimże człowiekiem ty jesteś? Przecież Cabirol był twoim przyjacielem!
Pidoux zamilkł.
Besnou odczytał cenne zeznania, złożył dokument starannie i schował go do kieszeni surduta.
Uśmiech tryumfu rozjaśnił oblicze pana Besnou.
— Teraz — rzekł do więźnia — pozostawiam cię samego. Niczego się nie lękaj, lecz zachowaj się spokojnie. Zresztą gdybyś krzyczał na całe gardło, niktby cię nie usłyszał. Margrabia d’Aguilas przybył do Roissy tylko dla tej sprawy. I pomyśleć, że to ty właśnie kupiłeś tę posiadłość dla niego! Wyszedł z uśmiechem zadowolenia na ustach.
Pidoux słyszał zgrzyt klucza w zamku, słyszał jak zaryglowano drzwi, poza któremi odzywał się już tylko miarowy, ciężki krok szyldwacha.
Baron Raynaud nie zaznał także tej nocy spoczynku. Wrogie usposobienie Heleny nasuwało mu ponure myśli.
Pierzchnął raz na zawsze spokój tego życia, tak świetnego w swych początkach, a tak zamąconego w chwili, gdy zdawało się dosięgać szczytu.
Baron posiadał w najwyższym stopniu umiejętność panowania nad sobą. Sztuki udawania nauczył się wcześnie; są jednak takie wstrząśnienia wewnętrzne, które ukryć się nie dadzą tak łatwo.
Miss Brampton przechadzała się samotnie w parku, myśląc zapewne o swej rodzinie, rozsianej po świecie, gdy spostrzegła barona Raynaud, który także błądził wśród cienistych alei, pogrążony w zadumie. Twarz jego nosiła wyraźne ślady bezsennie spędzonej nocy. Ujrzawszy miss Brampton ukłonił się jej z roztargnieniem. O kilka kroków dalej zatrzymał się przed pawilonem japońskim, otworzył drzwi i wszedł do wnętrza.
Usiadł na wielkim, wygodnym fotelu i począł na nowo rozważać zagadkowe słowa Heleny, dobrze przez nią obmyślane, a które on lekkomyślnością kobiecą wytłumaczyć się starał.
Przedtem wydał służbie rozkazy. O każdym jej kroku miano go zawiadomić natychmiast.
Szalona zazdrość, która go dręczyła, w połączeniu z obawą nieznanego niebezpieczeństwa, wprawiała go w niezwykłe rozdrażnienie. Jego pycha nie znosiła nigdy oporu a zaciętość kobiety, którą kochał i dla której tak się naraził, wprawiała go w gniew, którego wybuch mógł być straszny.
Do śniadania nie wychodził ze swego pokoju, unikając obecności służby, w niecierliwem oczekiwaniu chwili, w której — o czem nie wątpił — będzie mógł pochwycić nić intrygi, która go omotała.
Miss Brampton wróciła do swej uczennicy. Marcela Raynaud ze swej strony wytężała uwagę. Obdarzona zmysłem spostrzegawczym, dojrzała wzrastający od dni kilku niepokój swego ojca. Przyczyny nie znała, ale skutek był dla niej widoczny.
Angielka zastała ją zajętą malowaniem.
— Już przy pracy... — zauważyła.
— Tak, miss Bramptom. Pewnie zauważyła pani, że ludzie próżnujący nie śpią wcale, Pani także mogłaby jeszcze zażywać wywczasu, A tymczasem zrywasz się o świcie słuchać świegotu ptasząt. Jesteś pani zanadto poetycznie usposobiona.
— Widzę z przyjemnością, że pani jest dziś w dobrym humorze, To mi sprawia prawdziwe zadowolenie.
— Wiem o tem, miss Ewelino — odrzekła Marcela — bo pani jest dobra, lepsza od innych w tym domu. A co do mojej wesołości, nie dowierzaj jej pani. Jest fałszywa, to tylko maska. U nas nikt nie jest szczerze wesołym. Czyż pani tego nie dostrzega?
Miss Brampton widziała to dobrze, lecz zdawałoby się jej uchybieniem należnej grzeczności, gdyby o tem mówiła.
Zamilkła więc.
— Wszak to był mój ojciec, którego dostrzegłam w cienistych alejach parku? Nieprawdaż?
— Tak, pani.
— Czy nie zauważyła pani tragicznego wyrazu jego twarzy? Czy przemówił do pani?
— Pan baron zdawał się swojemi myślami zajęty.
— Tak bardzo, że zaledwie zauważył panią...
— On ma tyle interesów na głowie...
— Trosk jeszcze więcej... — szepnęła Marcela, pochylając się nad swoją robotą.
Przywołała Angielkę i pokazywała jej swoje akwarele.
— Widzi pani tę ostatnią moją robotę? — rzekła. — Zupełnie chybiona. Nie jestem w stanie nic dobrego namalować!
To mówiąc zamazała swoją akwarelę.
— Ależ co pani robi? — zawołała miss, chcąc zapobiedz zniszczeniu.
— Ach, to nic nie znaczy. Rozpocznę na nowo, może mi się lepiej uda... To bieda, że myślę o czem innem, jak zresztą wszyscy tutaj, z wyjątkiem pani. Czy ma pani wiadomości od rodziny?
— Wczoraj otrzymałam,
— Brat pani z Baltimore ma się dobrze?
— Dziękuję. Zdrów jest zupełnie.
— A siostra z Melbourne?
— Ma córeczkę.
— Druga siostra pani jest w Saigon. Nieprawdaż?
— Tak, pani...
— To się nazywa mieć rodzinę rozproszoną we wszystkich częściach świata...
Nagle zmieniła ton:
— Widzi pani, miss Brampton, wysilam się, aby być wesołą i to mi się nie udaje.Jestem smutna śmiertelnie. Dlaczego? Sam nie wiem. Ale tak jest. Gdybyśmy przynajmniej mieli dziś gości! Byłaby to przecież jakaś rozrywka. Ale nie będzie nikogo, będziemy więc zmuszone być same z ojcem, który ma minę pogrzebową i z jego żoną całkowicie pogrążoną w melancholii.
Westchnęła głęboko.
— Czasami — ozwała się po chwili — żal mi tego biednego Krystyana. Dokuczam mu, a on się z tego śmieje i jakoś czas przechodzi.
Zadzwoniono na śniadanie, które tworzyło zwykle pewną dystrakcyę. Dziś spożywano je w milczeniu.
Nadaremnie Marcela próbowała ożywić towarzystwo dokuczając pani Brampton, braku margrabiego.
Po kawie, usiłowała wyciągnąć ojca na przechadzkę. Ale odmówił.
— Zostaw mnie — odrzekł niemal opryskliwie — mam dużo zajęcia.
I nagle, bez widocznego powodu, ujął ją w objęcia i uściskał serdeczniej niż zwykle.
Helena powróciła do swoich apartamentów. A Marcela wyciągnęła Angielkę na spacer do Melun. Kazała zaprządz do powozika i wziąwszy lejce w ręce, ruszyła galopem.
Mijając grupę kłaniających się jej wieśniaków, myślała:
— Omi nas pewnie mają za ludzi najszczęśliwszych na świecie, gdy tymczasem.
— Co pani jest? pytała Angielka.
W rzeczywistości z pozoru nie brakowało nic do szczęścia tej młodej dziewczynie, otoczonej wszystkiem, co może upiększyć życie. A jednak czuła się ona zagrożoną.
Baron zamknął się w swoim gabinecie. Był w takiem wzburzeniu, które mu nie dozwalało usiedzieć spokojnie na jednem miejscu.
Co chwila wstawał i wciskał twarz w szybę, spodziewając się lada moment ujrzeć baronowę, spiesząca na schadzkę.
O pół do trzeciej Zuzanna wyszła z zamku. Prowadziła Gabryelę jakby na przechadzkę. Znikła w parku.
Baron patrzył ciągle.
W, pół godziny potem wyszła Helena i udała się w kierunku stajen. Była ubrana w amazonkę i wyglądała prześlicznie.
Maksym Raynaud zaciskał zęby z zazdrości, ale się opanował, nie ruszając się z miejsca obserwacji.
W kilka minut potem baronowa przejechała na pięknym gniadym wierzchowcu.
Baron pożerał ją wzrokiem. Wszak to dla niej popełnił on tyle niegodziwości wszedł w spółkę z ostatnimi wyrzutkami społeczeństwa, kalając swój honor i godność.
Gdzie Helena dążyła? Nie spieszyła się wcale. Jechała stępo, kierując konia, w aleję, prowadzącą do jednej z bram parku, tę właśnie, która wiodła na drogę do Roissy. Nikt ze służących jej nie towarzyszył.
Baron przeczekał jeszcze kwadrans, a potem sam wyszedł z zamku. Poszedł do stajni i dosiadł konia, nie pozwalając nikomu sobie towarzyszyć.
Puścił się w pogoń za Heleną. Nie trudno mu było domyślać się celu jej wycieczki. Aby się dostać do ruin kaplicy, było kilka dróg do wyboru. Wybrał najkrótszą. Jeżeli bowiem baronowa udała się istotnie na schadzkę, musiała pewnie, wyjechawszy z parku, puścić się galopem.
Wkrótce też ujrzał baron ruiny kaplicy. Było pusto i cicho; szmer strumyka płynącego opodal przerywał tylko ciszę.
Baron zsiadł z konia, przywiązał go do pnia drzewa i poszedł zwolna ku ruinom.
Przyszło mu teraz na myśl, że baronowa go zwiodła, że umyślnie wskazała mu to miejsce, aby odwrócić jego uwagę o rzeczywistego punktu schadzek.
Na kilka jednak kroków od ruin lekki szmer doszedł jego uszu.
Zdawało mu się, że słyszy jakieś szepty. Przysuwał się ostrożnie coraz bliżej.
Nareszcie przedstawił mu się widok, który obudził w nim wściekły gniew.
Helena siedziała na odłamie kolumny, leżącym wśród traw na ziemi. Obejmował ją ramieniem mężczyzna wysoki i silny. Mówił do niej, a ona słuchała go w upojeniu.
Drżący z oburzenia, jak trup blady, baron podszedł ku nim.
Helena wydała lekki okrzyk, a mężczyzna podniósł tylko głowę. Twarz jego nie wyrażała ani obawy, ani zadziwienia. Czekał.
— Miejsce źle wybrane na tego rodzaju schodzki — wyrzekł stłumionym głosem baron, — łatwe do odkrycia. Pan jesteś margrabią d’Aguilas?
— A pan nazywasz się baron Raynaud?
— Jestem mężem tej kobiety....
— Dopóki hrabia Jan de Marcilles żyje... on jedynie może być jej mężem.
— Hrabia de Marcilles zginął.
— Mylisz się pan... Hrabia Jan de Marcilles, człowiek, którego wysłałeś na ciężkie roboty, któremu zabrałeś wszystko, twoja, słowem, ofiara, — żyje!
— Proszę o dowód...
Mężczyzna powstał z miejsca.
— Dowód? — rzekł — oto jest. Hrabią Janem de Marcilles jestem ja!
Baron cofnął się, jakby upiora zobaczył.
Obaj patrzyli na siebie. Hrabia z dumą, baron zjadliwie i groźnie.
Pozostali tak nieruchomo chwil kilka. Helena zarzuciła ramiona na szyję hrabiego Jana, świadcząc tym gestem o swej niewygasłej miłości.
Baron zbliżył się znowu.
— Hrabia de Marcilles — ozwał się — nie żyje wedle prawa. Nie uznaję tutaj tylko margrabiego d’Aguilas... Przychwyciłem go na karygodnej schadzce z baronową Raynaud... korzystam z przysługującego mi prawa...
Był o dwa kroki zaledwie od swego przeciwnika. Nagłym ruchem wydobył z kieszeni rewolwer i mierząc w pierś hrabiego Jana, dokończył:
— I zabijam go!
Helena chciała się rzucić pomiędzy nich, lecz Jan de Mercilles odsunął ją.
Naraz stało się coś, czego baron nie przewidział.
W chwili, gdy miał paść strzał, krzyk jakiś dał się słyszeć, sznur zagwizdał w powietrzu, okręcił się wężem w okół szyi barona i obalił go na ziemię.
Rewolwer wypadł mu z ręki.
Równocześnie jakiś mężczyzna wysokiego wzrostu wybiegł z zarośli i rzekł do leżącego bezwładnie barona:
— Przypatrz się mnie, nikczemniku. Jestem Toussaint Vardon, kłusownik z la Varenne, narzeczony nieszczęśliwej Ludwiki Moraines.
Tymczasem Assunto „gaucho“ wicehrabiego Cezara, wprawny w chwytaniu na lasso wołów i koni dzikich mówił do hrabiego Jana:
— Piękny rzut, nieprawdaż panie? Inaczej mogłoby się było źle skończyć.
Baron pienił się z wściekłości bezwładnej.
Zanim do zupełnej mógł powrócić przytomności, wniesiono go do powozu, czekającego opodal.
Wicehrabia Cezary siedział na koźle, wziął lejce do ręki i niebawem rącze konie podążyły drogą, wiodącą do Roissy.
Więzień skrępowany próbować nawet nie mógł wydobyć się z rąk swych wrogów. Lasso dusiło go, zapierało oddech w piersiach, a przytem Toussaint Vardon i mulat olbrzymiego wzrostu siedzieli naprzeciw niego, czujni na każdy jego ruch.
Jeżeli baron Raunaud nie skonał wówczas z wściekłości i wstydu, to widocznie życie trzymało go się silnie. Katastrofa była zupełna. Wybuch, którego lękał się instynktownie od dni kilku, nastąpił. Konsekwencye widział jasno:
Nikczemność jego postępowania odkryta, nazwisko jego zhańbione na zawsze, tarzane w błocie, on sam wleczony przed trybunał.
Córka jego, Marcela, o której wreszcie sobie przypomniał, miała słuszność, nie ufając tej kobiecie, którą on wprowadził do domu. Jej wstręt instynktowny, to było przeczucie niebezpieczeństwa.
Jego agenci wprowadzili go w błąd, albo też sami byli oszukani.
Ta nadziemska siła, której dotąd nie uznawał, którą zuchwale wyzywał, ufny w potęgę swych milionów, obaliła cały gmach jego usiłowań i wszystko powracała na właściwe miejsce.
Rychło przebyto przestrzeń dzialącą Roissy od ruin kaplicy. Równocześnie przyjechał konno hrabia Jan de Marcilles.
Barona wprowadzono pod strażą do parterowego salonu.
Hrabia Jan wszedłszy do tego salonu, rzekł do mulatów:
— Zostawcie nas, lecz nie oddalajcie się!
Pozostali w salonie wicehrabia Cezary, Toussaint Vardon i p. Besnou.
— Mój kolega z katorgi rzekł p. de Marcilles, wskazując baronowi Vardona, a oto wicehrabia Cezary de Marcilles, brat mój, i nasz najlepszy przyjaciel pan Besnou. — Zajmij pan miejsce, dodał, i rozmówmy się. Czas drogi. Wypadki następują szybko jedne po drugich. Możemy w dwu słowach określić nasze plany. Oto co proponuję:
Baron oczyma nabiegłemi krwią patrzył sztywnie w twarz hrabiego, który ciągnął dalej:
— Nie mam, zdaje się, potrzeby przypominać panu krzywd, jakich od pana doznałem. Spólnicy pańscy wyśpiewali wszystko. Ich zeznania posiadam. Mógłbym pana pociągnąć przed trybunał. Ale ja i brat mój przybywamy z kraju, gdzie każdy samoistnie załatwia swoje sprawy... Zresztą mam na uwadze, że pan masz córkę niewinną zbrodni, przez pana popełnionych. Podpiszesz mi pan dwie deklaracye, z których pierwsza jest już zupełnie ułożona. Pan Besnou zaraz odczyta ją panu.
Pisarz sądowy wyjął ze swej teki papier i czytał:
„Ja niżej podpisany, Maksym Raynaud, zeznaję, że hrabia Jan de Marsilles jest niewinny we wszystkich sprawach, o jakie go oskarżano. Kradzież i morderstwo w Orgères popełnione zostały przez agentów przezemnie płaconych, mianowicie Strauba, Pidoux i Cabirola, których zeznania są zupełnie wiarygodne“.
Baron zaprzeczył ruchem głowy.
— Zabijcie mnie, jeśli chcecie — rzekł. Nigdy jednak nie zmusicie mnie, bym sam shańbił w taki sposób moje nazwisko. Przed sądem będę walczył.
— Nie będziesz pan stawał przed sądem, odparł hrabia Jan. Tej deklaracyi wymagam tylko dlatego, by zniewolić pana do dotrzymania słowa, którego od pana domagać się będę. Wszak powiedziałem panu, że chcę sam załatwić moje sprawy.
— Proszę o wyjaśnienie...
— Gdybym był w La Plata, nie robiłbym takich ceremonij. Kazałbym pana wrzucić do wody z kamieniem u szyi, albo wbiłbym ci sztylet w serce, lub wymyślił inny jaki sposób pozbycia się pana. Wszak wszystko byłoby do usprawiedliwienia wobec człowieka, który, aby zadowolić swoją bezwstydną namiętność, uwziął się na mnie, zabrał mi cześć, skradł towarzyszkę mego życia i kazał dźwigać kajdany galernika. Niema zemsty tak srogiej, któraby nie była do wytłumaczenia wobec takiego nikczemnika. Lecz ja, Jan de Marcilles odrzucam takie sposoby zemsty. Chcę postąpić tak, jak czynili moi przodkowie. Będziemy się bić, mój panie! Lecz ze względu na niepewny wynik pojedynku, mając córkę, pragnę zostawić jej nieskalane nazwisko. Pragnę, aby mogła kochać żyjącego ojca bez wszelkie myśli ubocznej i czcić jego pamięć, jeśli polegnie. Podpisze mi pan zatem następujące oświadczenie:
„Ja niżej podpisany, Maksym baron Raynaud, odczytawszy zeznania Łazarza Pidoux i Cabirola, — zeznania tego podłego Guillarda będę miał później, lub się bez nich obejdę oświadczam, że zeznania te są zgodne z prawdą i że Jan de Marcilles co mam dowód — na jest niewinny zbrodni, za którą go skazano“.
— To już wszystko? — spytał baron.
— Wszystko. Pod tym warunkiem nie wmieszam nazwiska pana do rewizyi procesu, której zażądam potem, gdy będę bezpieczny w kraju wolnym, z którego przybywam.
— A jeśli na to przystanę? spytał baron.
— Jutro o świcie staniemy naprzeciw siebie z bronią w ręku, ale z tego pojedynku tylko jeden z nas wyjść może żywym.
— Jakie warunki?
— Każdy z nas będzie uzbrojony w karabin o dwu kulach. Staniemy w lasku Châtillon na krańcach przeciwnych. Iść będziemy przeciw sobie, jak się nam podoba i działać wedle woli... Proponując panu tego rodzaju walkę, czynię ofiarę. Wszak bić się z człowiekiem, który mnie shańbił, złamał nikczemnymi środkami, to chyba szczyt ofiary, czy może słabości dla tak zwanego honoru.
Zbliżył się do barona i dodał unosząc się:
— Ja cię nienawidzę nikczemniku i nie chcę, aby ktokolwiek inny, choćby to był kat nawet, nasycił tę nienawiść! Mam nadzieję, że cię zabiję, własną ręką. Ze swej strony możesz mnie nie oszczędzać... Czy przyjmujesz?
— Przyjmuję. O której godzinie!
— O świcie... o piątej.
— Miejsce?
— Powiedziałam już: lasek Châtillon. Jest mało rozległy, a ściany kaplicy dają schronienie. Między nami to będzie polowanie na człowieka...
— Dobrze.
— Nie uprzedzisz pan nikogo?
— Nikogo.
— Nawet swego głównego agenta, tego Fulgentego Guillarda?
— Co pan z nim zamyślasz uczynić?
— Jest osadzony i skazany.
— W jaki sposób?
— Dowiesz się jutro, jeśli żyć będziesz.
— Dobrze. Czy będziesz pan miał broń?
— Pozostawię panu wybór. A teraz podpisze pan.
— Ale pan mi przyrzekasz, że zniszczysz pierwszą deklaracyę?
— Czy będą żył, czy zginę, to się stanie. Jeśli jednak przed pojedynkiem piśniesz choć jedno słowo, jeżeli uprzedzisz tego Strauba, będę się czuł zwolniony z mego słowa.
Baron jeszcze się wahał. Chwilę trzymał nieruchomo pióro nad papierem, który mu podał pisarz sądowy.
Ale przemocy uledz musiał i zdecydował się.
Tłumiąc w sobie wściekłość, ręką drżącą położył swój podpis, pod obu hańbiącemi go deklaracyami i rzucił je z gniewem panu Besnou, który je starannie dołączył w swej tece do innych dokumentów.
— A teraz ozwał się hrabia Jan jeszcze ostatnie słowo.
— Słucham.
— Przed pojedynkiem każdy z nas doręczy swemu przeciwnikowi pismo stwierdzające postanowienie samobójstwa. Podasz pan powód dowolny.
— Dobrze.
— Więc do jutra, na placu boju.
— Do jutra..
Teraz jesteś pan wolny, panie baronie.
Powóz czekał przed gankiem. Baron Raynaud wsiadł do niego i odjechał.
Touasaint Vardon przysłuchiwał się tej scenie, blady z gniewu, z zaciśniętemi pięściami.
— Czy to taka zemsta? zapytał. Czy można pojedynkować się z takim nędznikiem?
Hrabia położył mu rękę na ramieniu.
— Mój przyjacielu — rzekł. Hrabia de Marcilles nie potrafi mordować bezbronnego.
— A sprawiedliwość? a sądy?
Hrabia Jan wzruszył ramionami.
— Sprawiedliwość ludzka często się myli. Niech więc Bóg rozsądzi...
Atanazy Besnou był także niekontent.
— Pozbawiasz mnie pan zadowolenia — ozwał się — tą jakąś bitwą. Wszystko szło tak doskonale! A tymczasem w tem polowaniu na człowieka kula łatwo pomylić się może...
— Dzięki panu — rzekł hrabia — nawet w razie, gdybym zginął, pamięć moja będzie oczyszczona. Ale ja nie zginę, czuję to.
I wskazując na przyległy pokój, w którym znajdowała się Helena z córeczką, dodał:
— Ja nie chcę zginąć!
To mówiąc wyszedł do nich.
— Musisz ztąd wyjechać — rzekł ściskając czule żonę.
— Jechać ztąd? dlaczego?
— Tak potrzeba. Tu mogliby cię ścigać, usiłowano by cię porwać, zabrać mi ciebie. Pojedziesz zatem do Nantes; za dwa dni i my tam przybędziemy.
— Nie chcę cię opuszczać...
— Cóż znaczy ta krótka rozłąka wobec przyszłości, która do nas należy?
Helena zarzuciła mu na szyję oba ramiona.
— Chyba — rzekła — że mi przysięgniesz, że nie narazisz swego życia, że się bić nie będziesz...
— Czyż z takim nikczemnikiem staje się do pojedynku?
To jej wszakże nie wystarczało.
— Więc daj mi uroczyste słowo... przysięgnij! zawołała.
Hrabia milczał.
— A w takim razie — dodała ona stanowczo — ja cię nie odstąpię. Będę tu czuwać. Nie wiem co zamierzasz, jaką zemstę planujesz. Ale widocznie chcesz mi oszczędzić tego widoku. Czyń jak uważasz. Jesteś panem. Lecz ja zostaję przy tobie, chyba że mnie wypędzisz. Wyjedziemy ztąd razem, chociaż chciałabym jednej chwili być ztąd daleko... bardzo daleko... bardzo daleko. Zdaje mi się, że wyjechawszy ztąd w inne strony, zapomnimy o wszystkiem, o naszych nieszczęściach i wrogach.
Przez pół uchylone drzwi Vardon patrzył na nich i szeptał:
— On może być wspaniałomyślnym, skoro mu się tak podoba. Mnie nic nie powstrzyma i nie oddalę się ztąd dopóki nie wezmę zemsty za moją hańbę, utraconą miłość, zgubę Ludwiki...
Wziął kij do ręki i oświadczywszy wicehrabiemu, że nie wróci aż bardzo późno, wyszedł.
W tym samym czasie baron Raynaud powrócił do Varenne i zamknął się w swoim pokoju.
Natychmiast zasiadł przy biurku i napisał list długi, który, zostawił na widoku. Zadzwonił na lokaja.
— Czy panna Marcela jest w domu? — zapytał.
— Nie powróciła jeszcze. Wyjechała do Melun z miss Brampton.
— Każ zaprządz konie do powozu. Pojadę do Montereau; powrócę w nocy.
Wkrótce potem baron opuścił Varenne.
Mieszkanie pana Chapitona było szczególniejszego rodzaju. Używający pewnej sławy w świecie zajmującym się śledzeniem innych, człowiek ten, starzec już przeszło siedmdziesięcioletni zajmował lokal na piątem piętrze nędznej kamienicy na quai de Gesvres.
Z okien swoich patrzył z zadowoleniem na dachy więzienia, w którem osadził wielu złoczyńców i na na zabudowania trybunału, przed który ich pociągnął.
Trzeba mu bowiem oddać tę sprawiedliwość, że zawód swój wykonywał z zamiłowaniem. Używał też pewnego szacunku, chociaż zawód jego nie obudzał sympatyi, a to z powodu, że skończył swoje urzędowanie równie biednym, jak je rozpoczynał.
Żył z emerytury, wynoszącej zaledwie trzy tysiące rocznie, a skromny ten dochód pomnażał kwotą taką samą mniej więcej, którą mu przynosiły honorarya za artykuły w dziennikach, opisujące zbrodnie i zbrodniarzy najgłośniejszych.
Mieszkanie jego składało się z dwu pokoi dość obszernych, których umeblowanie świadczyło o zupełnem lekceważeniu wszelkiej wystawności, a nawet wygody. Stało tam skromne, wązkie łóżko i kilka krzeseł trzcinowych. Resztę umeblowania stanowiły większe lub mniejsze stoliki, założone fascykułami rozmaitych papierów i dokumentów. Tych papierów było zresztą pełno wszędzie, leżały na podłodze i wznosiły się wzdłuż ścian jak piramidy.
To były skarby Chapitona i jego, chluba.
Nazajutrz po owym obiedzie, zakończonym sceną zerwania „Rzymianki“ z Guillardem, Chapiton siedział zagłębiony w swych dokumentach, gdy do drzwi jego zapukano.
— Proszę wejść! — rzekł z niechęcią w głosie.
Ale twarz jego wnet się rozjaśniła.
— A to pan, panie Straub!— zawołał — byłbym istotnie zapomniał...
Ale Guillard, pomimo trosk innych, pamiętał dobrze. Wiedział on, że Chapiton nie zwykł mówić na wiatr, bez celu a ton jego mowy miał w sobie coś groźnego.
— I cóż Mela, zagadnął od niechcenia gospodarz — jak się miewa?
— Dziękuję, dobrze... przynajmniej tak przypuszczam...
— Jakto przypuszczasz?
— Jest nieobecna... wyjechała do rodziny...
— A tak mruknął Chapiton. — Jużto nie ma powodu chełpić się tą rodziną. Łotrzyki, wisielcy. Ale za to ona — wspaniała niewiasta!
Wzmianka o Meli nie była miłą Straubowi. Ta kobieta i tak nie schodziła mu z myśli. Wyjechała, wedle zapowiedzi, nie pozostawiwszy ani słówka Badeńczykowi na pożegnanie. Zamierzał podążyć za nią.
Ale pomimo sprytu, mylił się co do niej. On mniemał, że Mela chciała wymódz na nim lepsze warunki. Toby go bynajmniej niewstrzymało. Na cóżby się przydał majątek, po co tyle wysiłków, aby go zdobyć, gdyby nie było można zaspokoić swych pragnień?
Lecz dlaczego ten Chapiton poruszył tę kwestye? Guillard usiłował odwrócić rozmowę.
— Mówił mi pan ostatnim razem... — zaczął, widząc, że Chapiton pogrąża się znowu w swoich papierach.
— Co ja mówiłem? spytał tenże, jakby z roztargnieniem.
— No przecież wczoraj wspomniał pan o sprawie...
— A….. a... prawda! zawołał Chapiton — mówiłem o sprawie hrabiego de Marcilles...
— Istotnie.
— Sprawa dziwna!.. Ale to przyznasz pan, że miałem węch... zadziwiający węch...
— Jakto?
— Sprawa wypływa na wierzch...
— Co pan mówi?
— Stanowczo. Zakład wygram.
— Zkąd taki wniosek?
— Działał tu, jak zwykle, przypadek. Ten często cuda sprawia.
Oczy starca błyszczały. Ton stawał się niemal impertynencki.
Straub się oburzył.
— Sprawa Marcilles nic mnie nie obchodzi — rzekł. Jeżeli pytam, to z prostej ciekawości.
— Tak pan sądzi?
To zapytanie ukłuło jak igła Guillarda, lecz jeszcze zapanował nad sobą.
— Widzi pan — ciągnął dalej Chapiton, zawsze tym samym tonem szyderczym, ja nigdy nie miałem ufności do tych nagłych majątków, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Niema skutku bez przyczyny. Zapraszałeś mnie na obiady w pięknym apartamencie, w towarzystwie ładnych kobiet... Taka rzecz kosztuje drogo. Z drugiej strony zajmujesz obszerne mieszkanie w bogatej dzielnicy. Burot i ja zapytywaliśmy się siebie: Zkad on bierze na to? A ja odpowiadałem: Pokaże się to pewnego pięknego dnia. Za obiady mój żołądek jest panu wdzięczny; chcę ci dług mój spłacić i powiem ci, co się dzieje... przynajmniej choć w części... dość wcześnie, abyś mógł jakoś sobie poradzić.
Straub słuchał z natężoną uwagą, lecz milczał.
Więc Chapiton ozwał się stanowczo:
— Pakuj się pan i zmykaj!
— Doprawdy nie rozumiem.
— Obrachowanie pana było zrobione dokładnie... Rachmistrzem jesteś pan pierwszorzędnym... Ale oto znaleźli się tacy, którzy się uwzięli i chcą panu dokuczyć... Hrabia Jan de Marcilles miał brata, kapitana sztabu generalnego.... Ten brat, ekspatryował się, lecz wrócił i zbiera dokumenty... tak samo, jak ja, lecz w swoim osobistym interesie. Uwziął się on, powtarzam, aby oczyścić swoje nazwisko z plamy zapadłego wyroku i powrócić mu blask dawny. Zgodzi się pan zapewne, że jest w swojem prawie.
Straub nabierał pewności. Najtrudniejsze sytuacye nie przerażały go, skoro były mu znane. A tu rzecz się wyjaśniała.
— Oczywiście — odparł na pytanie, Na jego miejscu, uczyniłbym to samo.
— On pragnie całkowitej rehabilitacyi za jakąkolwiek bądź cenę. Jest niezmiernie bogaty i może zapłacić tyle, ile kto zażąda. Mogę panu jeszcze to powiedzieć, że dopomaga mu rodzaj prowincyonalnego urzędnika, jest to siła nie do pogardzenia. Widziałem go.
— Kogo? Kapitana sztabu?
— Nie, tego pana z prowincyi. Dobra głowa. Uczciwość szczera... zamiłowanie zawodu. Jest bardzo czynny... systematyk... zbieracz dokumentów. Pokazywał mi niektóre, bardzo ciekawe. Niech pan ma się na baczności. Bomba lada dzień wybuchnie!....
— A więc tem lepiej — rzekł Badeńczyk — to może być istotnie ciekawe...
Chapiton mówił szczerą prawdę. Kilka dni przedtem był u niego p. Besnou, aby zasięgnąć jego rady co do kilku szczegółów sprawy Marcilles. W rozmowie Besnou nie taił, w jakim celu to czynił i jakimi rozporządzał środkami. Nie zdradzając istnienia hrabiego Jana, powiedział mu wszakże o zabiegach wicehrabiego, a sprytnemu panu Chapiton nie było już trudno z tych częściowych rewelacyj utworzyć sobie całość sprawy. Za podstawę służył mu pobyt p. Pidoux w zamku Combiers i małżeństwo barona Raynaud, które od razu zwróciło jego uwagę.
Na ostatnie lekceważące słowa Strauba nie dał odpowiedzi, tylko ironicznie zacisnął usta i zażywszy tabaki, rozsiadł się wygodniej na krześle.
— Czelności panu nie brakuje — ozwał się. Ale ja też od pana nie wymagam, byś się przyznał; tylko proszę nie odpowiadać mi w ten sposób. Ja chcę panu oddać usługę, wywdzięczyć się za dobre wieczory spędzone razem. Gdybym słuchał rad Burota, zostawiłbym pana w kłopocie. Nie mogę wprawdzie zdradzać przed panem tajemnic, które mi powierzono; mówię tylko panu: Strzeż się! Wasz plan ułożony był znakomicie. Ale w budowie była jakaś wada i gmach się wali...
Straub wyciągnął do niego rękę.
— Bardzo panu dziękuję za dobre zamiary — rzekł — ale zachodzi tu nieporozumienie. Sprawa Orgères w niczem mnie się nie tyczy. Niech sobie szukają, nie znajdą nic. Zresztą ja znam mało tę sprawę.
To mówiąc, wyjął z kieszeni zegarek i popatrzył.
— Ach! — zawołał — już szósta. Muszę pana pożegnać.
— Chyba nie ma mi pan tego za złe, co powiedziałem — ozwał się Chapiton, zaskoczony istotnie obojętnością Strauba.
— Omyłki są zawsze i wszędzie możliwe — odparł tenże. — Wprowadzono pana w błąd widocznie. Prowincya, to kolebka bajek... Dobranoc.
I wyszedł, pozostawiając Chapitona w zdumieniu.
— Czyżbym się istotnie omylił? — myślał, sam pozostawszy.
Lecz po chwili zastanowienia się, szepnął z uśmiechem:
— Ale gdzież tam! On jest sprytny. Jutro już będzie daleko!
Taki istotnie był zamiar Strauba.
Sprawa Orgères wypływała na wierzch. Że się nią po tylu latach znowu zajmowano, świadczyło, że odkryto jakieś wskazówki, może dowody... Kto wie? Marta Ribourt wygadała się... Cabirol się sprzedał... Wobec tego wszystko było możliwe... Chapiton nie byłby się nigdy ośmielił mówić tak wyraźnie, oskarżać go, gdyby nie miał podstaw do tego, nie widział dokumentów i dowodów. Najbezpieczniej więc było ulotnić się co rychlej. Z podróży przecież można powrócić. Nie wydostaje się tak łatwo z więzienia.
Straub wsiadł do fiakra i pojechał do domu. Sam spakował swoje papiery wartościowe i przygotował wszystko do wyjazdu.
— Da znać — myślał — panu Pidoux, który pośpieszy z nim się połączyć.
Ale Mela? Jechać bez niej zdawało mu się niepodobieństwem. Wszystko jednak można było pogodzić.
Wszak mógł pojechać po nią, zabrać ją, zmusić do wyjazdu, przywiązując ją do siebie choćby złotym łańcuchem.
Pociąg lugduński wyjeżdżał o ósmej. Już o siódmej Straub wyjeżdżał z mieszkania ze swoją walizą.
Sauvagnat śledził go, uderzony tym wyjazdem. I natychmiast drugi fiaker podążył w ślad za fiakrem Strauba.
Na dworcu, Sauvagnat wysiadł i wyprawił telegram do margrabiego d’Aguilas pod umówionym adresem.
O godzinie dziesiątej Straub wysiadł w Melun i wziąwszy nastręczającego mu się uporczywie fiakra pojechał do Varenne.
O dwa kilometry po za dworcem, w polu, jakiś nieznajomy, widocznie przyjaciel woźnicy, wskoczył na kozioł, nie zatrzymując powozu, który potoczył się dalej coraz pośpieszniej.
Guillard rozparty w wygodnym powozie marzył o swej wycieczce gdzieś daleko nad brzegi pięknego jeziora, w towarzystwie Meli.
Było już około godziny szóstej wieczorem, gdy Marcela Raynaud w towarzystwie miss Brampton wróciła do zamku ze swej przejażdżki do Melun, która dość długo trwała. Zatrzymała się pod stajniami, wysiadła i weszła do wnętrza. Zastanowiło ją to od razu, że stajnia była niemal pusta.
— — Któż to wyjechał? spytała.
— Pan baron wyjechał niedawno do Paryża, — odpowiedział chłopak stajenny.
— Brakuje więcej koni, — zauważyła.
— Pani baronowa wyjechała na spacer...
— Dobrze uczyniłyśmy — zwracając się do Angielki rzekła, — żeśmy się zabawiły dłużej w Melun. Wieczór w domu nie zapowiada się wesoło.
Nikt nie przyjeżdżał do nas? zapytała znów Marcela chłopca stajennego.
— Nie było nikogo.
— A margrabia de Parsay?
— Dzisiaj nie przyjeżdżał.
— To dziwne! On także nas opuszcza, zdrajca! Chodźmy, panno Ewelino, musimy sobie wystarczyć!
Po drodze do zamku, spotkawszy ogrodnika, spytała:
— Czyście nie widzieli małej Gabryelki?
— Nie widzieliśmy wcale.
— Gdzież ona być może?
— Nie umiemy tego powiedzieć.
— Więc cały zamek opustoszał! To dziwne.
Wewnątrz zamku było jednak wszystko w porządku. Marcela oglądnęła się w około.
— Pięknie tu jest — rzekła — wspaniale. A jednak szczególniejszy jakiś smutek ciąży na duszy. Nieprawdaż miss?
— Otrząsnąć się z tego potrzeba, sentencyonalnie odparła Angielka.
Na pierwszem piętrze rozdzieliły się; każda poszła do swego pokoju zmienić toaletę na obiad.
Ale samotność ciążyła Marceli. Zadzwoniła na pannę służącą i rozpytywać poczęła:
— Gdzie jest Gabryelka, której nigdzie widać nie było? Co się stało z baronową? Dlaczego nie wraca?
Pokojowa nie mogła dać jej żadnej odpowiedzi. O niczem nie wiedziała.
O godzinie siódmej zadzwoniono na obiad
Miss Brampton i Marcela zajęły same miejsca w ogromnej sali jadalnej, przy stole, na którym przygotowano cztery nakrycia.
Marcela spojrzała na Angielkę. Co mogła znaczyć ta nieobecność?
Lokaje poważni, obojętni, czekali.
— Podawajcie rozkazała krótko Marcela. Nie śmiała już zapytywać nikogo. Gnębiło ją przeczucie nieszczęścia. Nagły wyjazd ojca, nieobecność baronowej i jej córki, nie wróżyły nic dobrego.
Po obiedzie, który trwał niedługo, Marcela wyszła na tarasę, pozostała tam chwilę w zamyśleniu głębokiem, a wreszcie nie mogąc dłużej wytrzymać przywołała Antoniego.
— Czy ojciec mój nic nie mówił, wyjeżdżając
— Ani słowa.
Twarz Antoniego miała ponury wyraz. On także, wierny sługa, lękał się jakiejś katastrofy.
Marcela kazała mu się zbliżyć.
— Słuchajcie — no, Antoni — rzekła z cicha — jestem niespokojna, baronowa nie wróciła dotychczas, jej córka zniknęła... W tem coś być musi...
— Nie wiem o niczem...
— Musisz chyba coś wiedzieć.
— Przysięgam, że nic nie wiem.
— Co robił mój ojciec przed wyjazdem?
— Pan baron zamknął się był w swoim pokoju, gdzie pozostał blisko godzinę.
— Kiedy ma wrócić?
— Konie mają pojechać do Montereau do pociągu o północy.
To była pomyślna wiadomość. Na chwilę uspokojona, odprawiła Antoniego, pożegnała się z Angielką i weszła na pierwsze piętro, lecz nie udała się do swego apartamentu, tylko do pokoju baronowej.
Nikt jej tu zaskoczyć nie mógł, ponieważ ani Helena, ani jej córka, ani ulubiona służąca nie powróciły. Zresztą w każdym razie miała doskonałą wymówkę: była niespokojna.
Pokój Heleny był otwarty i w najzupełniejszym porządku. Marcela pilnie obejrzała wszystko, lecz nie znalazłszy nic, coby mogło naprowadzić ją na ślad jakikolwiek; wyszła ztamtąd i przeszła do apartamentu ojca.
Niespokojnym wzrokiem obejrzała tu także wszystkie kąty. Po długiem szperaniu, przeszła z sypialni do małego saloniku. Tu stało biurko, przy którem zwykle ojciec pisywał. Biurko nie było zamknięte, a na samym wierzchu leżał list, zaadresowany widocznie w pośpiechu.
„Do mojej córki Marceli“!
Panna Raynaud zadrżała.
W tym liście kryło się rozwiązanie dręczącej ją zagadki. List nie był zapieczętowany, tylko zaklejony.
Otworzyć go i na nowo zakleić nie było trudno.
Marcela podbiegła do drzwi i nasłuchiwała. W całym zamku była cisza. Służba spożywała obiad w oficynach. Po chwili baronówna przeszła do gabinetu ojca, zagrzała wodę na maszynce, poczem trzymając kopertę listu nad parą odkleiła go z łatwością.
I przeczytała co następuje:
„Kochana córko moja.
„Jestem wielkim winowajcą.
„Zapewne nie zobaczymy się już nigdy.
„Opuszczam tem dom, aby stoczyć walkę orężną z człowiekiem, którego śmiertelnie obraziłem, tak bardzo, że wszelka zemsta z jego strony, byłaby uzasadniona. Jestem pewny, że zginę.
„Jadę do Paryża, aby uporządkować interesy i usunąć niektóre papiery, które nie powinny wpaść w ręce ludzi obcych, w razie mojej śmierci,
„Twój bystry, młody umysł odgadł wszystko.
„Występna, namiętna miłość, straszna w swych następstwach, zaślepiła mnie.
„Przeczucie cię nie omyliło.
„Aby zdobyć kobietę, którą ukochałem, udałem się do ostatnich łotrów, do wszystkiego zdolnych, a jednak mniej winnych odemnie, który płaciłem za ich nikczemność.
„Tajemnica moja jest dziś już odkryta. Widzę się w przededniu hańby. Byłbym sobie życie odebrał, ale ten pojedynek uwalnia mnie od samobójstwa.
„Obecnie, opuszczony przez kobietę, dla której miłość mnie zgubiła, zagrożony hańbiącym mnie skandalem przez człowieka, do którego legalnie należała i do którego wraca, pociągam ciebie w przepaść i umierając pozostawiam cię na łaskę i niełaskę tego wroga, który uczynić może co zechce.
„Te warunki przyjąć musiałem.
„Chciałbym cię uściskać przed wyjazdem, ale może i to pożegnanie nie będzie mi dozwolone.
„Powracam tej nocy a jutro przed świtem wyjeżdżam.
„Cokolwiek się stanie, jesteś bogatą, niezmiernie bogatą. W bogactwie jest siła.
„Używałem jej, aby obudzać bojaźń i pewne uszanowanie. Zdobyłem tylko nienawiść, na którą zasługuję.
„Staraj się, aby ciebie kochano.
„Biedne dziecko! Ty przecież nie masz nic takiego na sumieniu, za co byś pokutować miała.
„Oby ten Bóg, który istnieje i którego prawicę czuję na sobie, oby ten Bóg sprawił, byś cios ten, zadany ci przez ojca, mogła znieść mężnie.
„Przebacz mi!
Piorun, spadający w dzień jasny u jej stóp, nie byłby przeraził bardziej Marceli, jak ten list.
Zagadkowa treść jego mówiła jednak wiele.
O jakie zbrodnie obwiniał się jej ojciec? Zkąd hańba i wstyd spaść miały na ich dom, tak, zdawało się, wysoko wzniesiony po nad zwykłą nędzę ludzką?
Baron nie wyjaśniał tego, ale Marcela przeczuwała. Słabe światełko kierowało jej myślami.
Hrabia de Marcilles żył! Hrabina powróciła do niego i z nim miał baron stoczyć walkę! Ale w takim razie on nie musiał być daleko.
I naraz przyszedł jej na myśl ten nowy sąsiad, przybyły z dalekich krajów. Więc to w Roissy przebywał wróg. Bezwątpienia był nim sam margrabia d’Aguilas!
W sąsiedztwie wszystkie pałace były jeszcze zamknięte, jedno tylko Roissy było zamieszkałe.
W myśli biednej dziewczyny snuły się najdzwaczniejsze projekty.
Ten pojedynek nie może się odbyć. Ona sama mu przeszkodzi... Rzuci się między zapaśników i ubłaga, aby się wyrzekli swej nienawiści...
Gdzie szukać rady? Była sama w olbrzymim gmachu ze służbą obojętną, szyderczą a może i wrogą!
Wybiła godzina dziewiąta. Jedno imię przyszło jej na myśl: Krystyan! Gdybyż on tu by! Gdyby wiedział, gdyby mu ona przedstawić mogła swoje udręczenia! On był jej przyjacielem, krewnym, prawie narzeczonym; jego więc było rzeczą ją podtrzymać. Ale jak go zawiadomić?
Postanowiła pojechać do niego sama. — Przebrawszy się szybko, pobiegła do stajni i kazała sobie osiodłać najlepszego wierzchowca.
W tej godzinie udręczeń, pojmowała ona całą szczerość i głębokość uczucia margrabiego de Parsay. On był przyjacielem jej dzieciństwa, oddanym jej całkowicie. Mogła mu z zupełną ufnością wszystko powiedzieć, nawet dać mu do odczytania to wyznanie ojca, które ją tak przerażało.
Wierzchowiec pędził jak strzała. Już minął la Hutte-aux-Bique. Czujne ucho Vardona usłyszało szalony tętent.
— To pewnie ona! mruknął i dał znak starej Bastienowej.
Wybiegli. Ale Marcela była już daleko.
— To nie — rzekł Vardon. — Przecież powracać musi. Przygotuj, matko, wszystko jak było umówione.
Za chwilę sznur mocny rozpięty był przez całą szerokość drogi i umocowany.
A Marcela pędziła dalej bez wytchnienia. Minęła zamek Roissy, którego okna były jasno oświetlone.
Tam był wróg śmiertelny, dyszący zemstą. Tam schroniła się ta kobieta, dla której tyle nikczemności popełniono, przez którą tyle łez zostało wylanych!
Lecz cóż ona, Marcela, sama poradzić mogła w tej rozpaczliwej sytuacyi?
— Niech pani na mnie polega, mówił jej nieraz margrabia. To też teraz szła ku niemu.
Czuła się pokonaną. Potrzebowała jakiejś siły, któraby ją wydźwignąć mogła z tego straszliwego zamętu.
Szła więc tam, gdzie ją pociągało serce, obojętna na opinię świata, naganę zazdrosnych lub obcych. Ona przecież nic sobie do wyrzucenia nie miała.
W oddali na pogodnem tle nieba zarysowały się już wieżyczki rezydencyi margrabiego. Za chwilę Marcela zatrzymała spienionego konia przed gankiem pałacyku.
— Pan margrabia w domu? — spytała zdumionego tem przybyciem lokaja, który wybiegł na jej spotkanie.
— Pan margrabia spędził dzień dzisiejszy w Paryżu — odrzekł służący.
— A to fatalne! Kiedy ma wrócić?
— Czekamy właśnie na pana margrabiego. Zapewne za godzinę tu będzie.
— Czy na pewno?
— Chybaby pan margrabia zmienił swój projekt.
Marcela zagryzła wargi. Co czynić? Czekać? A gdyby nie wrócił?
Zdecydowała się natychmiast.
— Zostawię mu liścik — rzekła. — Proszę potrzymać mi konia.
Zeskoczyła z siodła.
— Wielki Boże! co się stało? — spytał służący, na widok zmienionej twarzy baronównej.
Odpowiedziała krótko, bez bliższych wyjaśnień:
— Dzieją się straszliwe rzeczy. Proszę mi podać to, co do pisania potrzebne.
Wprowadzono ją do małego, wytwornie urządzonego saloniku. Marcela usiadła przy biurku i pospiesznie nakreśliła słów kilka:
„Potrzeba mi pomocy, przyjacielu.”
„Sama, w nocy, przyjechałam cię o nią prosić. To samo już świadczy do jakiego stopnia jestem zrozpaczona. To, co ci mam powiedzieć, jest straszne.
„O której byś godzinie nie wrócił, przybywaj śpiesznie do Varenne. Będę cię oczekiwać.
„Powiedziałeś mi kiedyś, że staniesz zawsze w mojej obronie. Chwilą taka nadeszła.
„Twoja biedna Marcela“.
Złożyła list i nie pieczętując go nawet, zostawiła na biurku.
Proszę oddać ten list margrabiemu jak tylko powróci — rzekła do służącego.
Wsiadła na konia.
— Czy może pani rozkaże towarzyszyć sobie? zapytał lokaj.
— Nie, niema potrzeby.
I odjechała.
— Muszą jednak dziać się jakieś rzeczy nadzwyczajne — zauważył kucharz, — skoro taka panienka odważa się na podobną wycieczkę w nocy.
— Co to, znaczy? — ozwał się inny. — Takim państwu przychodzą czasem dziwaczne myśli do głowy. Ot, fantazya!
— Marcela jechała teraz powoli. Nic jej już nie nagliło. Ojciec miał dopiero późno w nocy przyjechać, a Krystyan przyleci niezawodnie, o tem wątpić nie było można.
Mijając zamek Roissy, zauważyła, że okna były jeszcze oświetlone.
Przejeżdzając w poprzek alei do zamku wiodącej, usłyszała turkot pędzącego gwałtownie powozu a powóz ten w dwa konie zaprzężony i mający dwu służących na koźle, przejechał o dwa kroki od niej.
Z wewnątrz wydobywały się gwałtowne wołania na woźnicę, by się zatrzymał. Ale woźnica był na to głuchy. Pojazd wjechał w bramę, którą wnet zamknięto.
Marcela zauważyła żywszy ruch na peronie zamkowym, poruszały się ludzkie cienie, jakby w walce, lecz to trwało krótko, poczem wszystko znikło i nastała cisza, tylko w oknach ciągle jeszcze błyszczały światła.
Marcela nie mogła się oczywiście domyśleć, co to znaczyć miało. A stała się rzecz następująca:
Gdy Fulgenty Guillard szukał w Melun fiakra, któryby go zawiózł do Varenne, nastręczył mu się sam i za tanie pieniądze powóz, wysłany przez braci Marcilles.
Badeńczyk nie znający dobrze okolicy, nie zwracał zrazu uwagi na kierunek, w jakim jechano. Zoryentował się dopiero wtedy gdy dojeżdżano już do Roissy.
Krzyki nic nie pomogły. Straub miał połączyć się ze swym uczniem, panem Pidoux.
Nieświadoma tych szczegółów, Marcela jechała dalej, coraz bardziej jednak zgnębiona, bo wszystko to razem miało charakter jakiejś tajemniczej grozy, która ją otaczała.
Zbliżając się wszakże do La Hutte-aux-Bique, usiłowała obudzić w sobie energię. Miejsce to miało złą opinię. Umocniła się na siodle i wypuściła konia galopem.
Naraz, już na drodze prowadzącej prosto do Varenne, wierzchowiec jej, pędzący lotem strzały, natknął się na jakąś niewidzialną przeszkodę i padł na ziemię łamiąc sobie nogi i druzgocąc żebra.
Marcela runęła o parę kroków dalej i zemdlała.
W karczmie Lefouille’a zgromadzenie tej nocy było liczne. Zabawiano się i pito co się wlazło.
Nagle ozwały się ciężkie kroki przed karczmą.
— Otwórzcie! krzyknął głos jakiś.
Mela, która zdawała się rozkoszować w tem dobranem a dawno już niewidzianem gronie, poznawszy głos Vardona, pospieszyła drzwi otworzyć.
Na progu stanął istotnie Toussaint, ale nie sam.
Dźwigał omdlałą Marcelę, z której głowy i rąk spływała krew kroplami.
— Prędko rozkazał, trzeba otworzyć alkowę.
A gdy to się stało, wszedł tam i rzucił Marcelę, jak martwą, na łóżko.
— Niech tam zdycha! mruknął i zażądawszy wódki, wychylił jednym haustem całą szklankę.
— Jeżeli odżyje — dodał po chwili, zwracając się z ohydnym uśmiechem do towarzyszy — będziemy mieli zabawę...
Wypił drugą szklankę.
— Wtedy dopiero — dorzucił — zemsta moja będzie zupełną...
Gdy tych słów domawiał, dał się słyszeć tętent konia, który się zatrzymał przed karczmą.
Za chwilę na progu stanął margrabia Krystyan de Parsay.
Powróciwszy do siebie i odczytawszy list Marceli, natychmiast wsiadł na koń i popędził do Varenne.
Koń jego natknął się na leżącego bez życia wierzchowca Marceli. Popędził więc do karczmy, by zawezwać pomocy.
Jakiś straszny wypadek wydarzyć się musiał ztąd niedaleko — mówił zadyszany. — Proszę o latarnię i ludzi, którzyby...
— To zbyteczne — zaśmiała się Mela. — Ta, której pan szuka, jest tutaj...
I wskazała alkowę.
Margrabia rzucił się ku łóżku, na którem spoczywała jak martwa Marcela, w poszarpanej sukni, skrwawiona.
— Marcelo! — wołał.
Ale ona, nieprzytomna, nie odpowiadała.
Krystyan wziął ją, jak dziecko, na ręce i poniósł do okna, które szeroko otworzył.
Świeże powietrze wnet oprzytomniło Marcelę, która po chwili otworzyła oczy.
— Gdzie jestem?... Puśćcie mnie! co się stało? — wyjąkała.
— To ja, Krystyan — uspokajał ją margrabia, — czyż mnie nie poznajesz?
Westchnienie ulgi wydobyło się z piersi Marceli.
— Krystyan! Krystyan! szeptała.
I przytuliła się do niego, jak dziecko.
— Zabierz mnie ztąd!... zabierz! tu strasznie...
Dźwignął ją w objęciu i szedł ku drzwiom, mierząc gniewnym wzrokiem zgromadzoną bandę opryszków.
We drzwiach stanął jednak Vardon.
— Hola! — krzyknął — nie tak to łatwo, mój panie! Ona do mnie należy... Zemsta moja jeszcze nie zupełna...
Język mu się plątał, bełkotał i chwiał się na nogach.
Wypita wódka zawracała mu głowę, na nogach chwiał się.
— Hola! hola! — powtarzał — nie puszczę!
Margrabia, trzymając jednem ramieniem przerażoną Marcelę, drugą ręką tak silnie pchnął Vardona, że ten zatoczył się i runął na ziemię.
Nikt z obecnych, w obec olbrzymiej, silnej postaci margrabiego, nie zdecydował się na razie stanąć z nim do walki.
Rzucono się dopiero za nim, gdy on, dosiadłszy konia, trzymając ciągle w objęciach Marcelę, popędził cwałem do Varenne.
— Otóż to — zawołała Mela, zaciskając pięści — ta mała bogaczka znalazła obrońcę i nie byle jakiego a za mną nikt nigdy się nie ujął... Chodź! — rzekła do Vardona, który powstawszy z ziemi, oszołomiony upadkiem i trunkiem, siedział jak nieprzytomny na ławie.
Chodźmy! — powtórzyła — a radzę strzedz się, bo ten margrabia to siłacz!
Fulgenty Guillard nie miał czasu rozeznać się w sytuacyi. Wyjechawszy bez żadnej obawy ze stacyi Melun i znalazłszy wygodny powóz, który sam mu się nastręczył, pogrążył się w zadumie nad pytaniem, co mu teraz uczynić należy po groźnych rewelacyach Chapitona.
Zadumał się tak głęboko, że nie zwracał bynajmniej uwagi na okolice, przez które przejeżdżano. Usiłował rozproszyć obawy, jakie go opanowywały chwilami. Czyż było prawdopodobnem, aby teraz, po latach tylu, wznawiano sprawę już osądzoną i oddawna zapomnianą.
Wszakże ostrożnym być należało. Zresztą podróż, zwłaszcza w towarzystwie Meli, mogła być nawet przyjemną...
Tymczasem powóz toczył się coraz szybciej. Straub pogrążony w myślach nie zwrócił nawet uwagi na tego człowieka, który bez żadnej ceremonii wskoczył na kozioł i zajął miejsce obok woźnicy.
Ale zauważył wzmożenie się szybkości jazdy. W lasach, pomiędzy Vitray i Varenne szybkość ta stała się nadzwyczajną.
Straub mniemał zrazu, że konie ponoszą. Zaczął krzyczeć.
Ale powóz zatrzymał się nagle i Badeńczyk doznał nie małego ździwienia. Przy świetle gwiazd i latarni powozowych rozpoznawał miejscowość.
Powóz stał przed peronem zamku Roissy. Oczekujący ludzie rzucili się ku Straubowi.
Walka nie była długa. W jednej chwili bandytę związano, zakneblowano i wniesiono do wnętrza zamku, do pokoju, w którym oczekiwali hrabia Jan i pan Besnou. Wszedł tam również wicehrabia Cezary, który był owym woźnicą, który tak śpiesznie przywiózł Strauba do zamku, oraz wierny Assunto, który tak bezceremonialnie przyłączył się do podróży wskakując na kozioł powozu.
Trzech mulatów stało u wejścia na straży.
Hrabia Jan zbliżył się do Strauba.
— Mamy — rzekł — pewną sprawę do załatwienia między sobą. Nazywam się Jan de Marcilles.
Straub zadrżał na całem ciele, jakby zagrobowe widmo zobaczył. Usiłował dźwignąć się z fotelu, w którym go usadowiono, ale silne ręce mulatów zmusiły go do spokoju.
— Jesteś człowiekiem inteligentnym — ciągnął hrabia — więc zrozumiesz zepewne, że złem mi wyrządzonem, zasłużyłeś na najsroższą katuszę. Powiem krótko: Jesteś skazany. Wyrok zapadł. Czy masz co do powiedzenia?
I zwracając się do służby, dodał.
— Pozwólcie mu mówić.
Wyjęto mu natychmiast z ust knebel.
— Zatem — przemówił Straub, który krwi zimnej jeszcze nie tracił — to zdradziecka zasadzka!
— Temu nie zaprzeczam — odparł hrabia. To istotnie zasadzka, ale wobec takiego, jak pan, człowieka zupełnie usprawiedliwiona. Czy pan przyznasz się do popełnionej zbrodni?
Straub zaprzeczył ruchem głowy.
— Zeznania pana — ciągnął hrabia — są zresztą zupełnie zbyteczne. Mamy dosyć dowodów.
— Byłbym ciekawy je poznać.
— Wyznanie na przykład barona Raynaud.
— Proszę mnie z nim skonfrontować!
— Pan zna jego pismo?
— Bezwątpienia.
P. Besnou wstał z miejsca, wziął pismo barona i podsunął je przed oczy Strauba, który miał ręce mocno skrępowane.
Na ten widok twarz Badeńczyka, zwykle żółciowo żółta, stała się fioletową. Krew mu uderzyła do głowy.
— Bywają znakomici fałszerze!
— A tak! Pan na przykład. Dowodem pańskiego w tym kierunku talentu jest testament panny de Marcilles...
Straub zamilkł, ale usiłował uśmiechać się ironicznie.
— Cóż więcej? zapytał po chwili.
— Mamy także zeznania pańskiego urzędnika, Cabirola.
— Cabirol był do kupienia.
— Wreszcie trzymamy pod kluczem głównego świadka pana: Łazarza Pidoux.
— Pidoux nic nie zezna...
— A jednak zeznał, — powiedział wszystko.
Oczy Badeńczyka zaświeciły ponurym blaskiem.
— Możesz pan sprawdzić jego podpis,— ozwał się Atanazy Besnou. Mamy go w aktach. Myśmy podjęli pracę sędziów i ukończyliśmy ją w zupełności.
— Jesteśmy we Francyi — odparł Straub, — tutaj sprawiedliwość nie lubi, aby się stawiano w jej miejsce. Gdyby nawet hrabia Jan de Marcilles żył istotnie, z trudnością przyszłoby mu tego dowieść. Niech wystąpi przeciwko mnie, będę się bronił!
— Pan nie będziesz się bronił, — rzekł wicehrabia Cezary.
— A to dlaczego?
— Bo nie wyjdziesz pan ztąd.
— Kto mi przeszkodzi?
— My!
— Ciekawa rzecz, w jaki sposób weźmiecie się do tego. Sądzicie zapewne, że jesteście zawsze gdzieś tam, w Ameryce Południowej...
— Nie — odparł zimno hrabia Jan, — wiem dobrze, gdzie jestem i powtarzam, że wyrok na ciebie już zapadł i będzie wykonany!
— Gdzie? tu, w Roissy?
— Tak, w Roissy.
— I kiedy?
Hrabia Jan spojrzał na zegarek. Wskazywał godzinę jedenastą.
— Jutro o tej porze wszystko będzie skończone.
Mówił to z takim spokojem i stanowczością, że dreszcz trwogi przeszedł po skórze Badeńczyka.
Miał jednak siłę nie okazać swego wzruszenia.
— Chcecie mnie przestraszyć – rzekł — ale to się wam nie uda. Nie jesteśmy już w czasach inkwizycyi i tortur. Wiem, co dzisiaj jest możliwe, a co niemożebne. Musi się postępować wedle pewnych reguł, których nie zdołasz pan złamać, panie margrabio d’Aguilas. Nie zdołacie mnie przestraszyć, mnie, Fulgentego Guillarda, jak starą babę. Musisz pan udać się do sądów, choćbyś nawet był cesarzem brazylijskim.
— Nie udawałem się przecie o pomoc do żandarmów, a oto pan jesteś tutaj.
Hrabia Jan wstał i przystąpił do Badeńczyka.
— Jeżeli twój Pidoux — rzekł głosem stłumionym — opowiedział ci dokładnie jak, się rzeczy miały, to mówił ci pewnie o tem, że tam w sali trybunału w Laval, w chwili, gdy mnie skazano na ciężkie roboty na zawsze, ja, Jan de Marcilles, oświadczyłem, że zemszczę się prędzej czy później. I oto, nie odwołując się do sądów, biorę pomstę sam jeden. Walczyłeś przeciw mnie chytrym podstępem, teraz ja działam przeciw tobie podstępnie. W Paryżu, pomimo oczywistości, pomimo ohydy twoich czynów, znalazłbyś może pomoc łotrów sobie podobnych. Więc nie w Paryżu, lecz tu w Roissy, nastąpi wykonanie wyroku. Ja cierpiałem na honorze, cierpiało moje serce ojca, cierpiała miłość moja! Ty nie będziesz cierpiał na honorze, bo go nie posiadasz, lecz będziesz cierpiał fizycznie, ty i twój syn, bo Pidoux jest twoim synem! Wiem to. Na wagę złota przekupiono cię niegdyś przeciw mnie, ja płaciłem także złotem, aby cię zdradzono. (book from Wikisource) Oni cię zdradzili wszyscy; zdradzili cię twoi koledzy, jak ów stary Chapiton, któremn sprawiałeś uczty za skradzione pieniądze; zdradziła cię kochanka, która cię sprzedała i wydała, zdradziła również kochanka twego spólnika, Marta Ribourt, której Cabirol wszystko powiedział i która to potem zeznała! Gdybym miał chociażby cień wątpliwości co do twojej winy, nie ośmieliłbym się dotknąć jednego włosa twojej głowy. Ale ja wiem wszystko! Byłeś wszechpotężny w wyrządzaniu krzywdy ludziom, odtąd nie będziesz mógł uczynić nikomu nic złego. Co do barona Raynaud, to sprawa między nim a mną! Jutro będzie załatwiona. Potem powrócę do tych krajów, zkąd przybyłem i pozostanę tam aż do chwili, w której będzie mi wolno wrócić do Francyi z głową podniesioną. Ja byłem skazany na ciężkie roboty. Gdybyś ty teraz z kolei był na to samo skazany, to byłoby dla ciebie za mało. Morderca i złodziej, potrzebujesz kata i będziesz go miał!
— Czy już koniec? — spytał Straub, gdy hrabia Jan zamilkł.
— Tak, koniec.
— Pogardzam temi pogróżkami.
— Teraz będziesz zaprowadzony tam, gdzie przebywa Pidoux, którego nieobecność musiała cię niepokoić.
— Dobrze.
— Skrócicie sobie czas rozmową...
I zwracając się do mulatów, dał im rozkaz wyprowadzenia Strauba.
Ale przy samem wejściu jeszcze go zatrzymał.
— Dodam jedno słowo — rzekł.
— Słucham.
— Nie będzie wam tam nic brakować. Ale proszę nie czynić hałasu. Zresztą wszelkie wołania byłyby daremne. Uprzedzam jednak, że w razie jakiegokolwiek niepokoju, kazałbym cię udusić, jakto uczyniliście z panną de Marcilles....
Straub uśmiechnął się z pogardą.
— A policya? — zagadnął.
— Nie znalazłaby twoich szczątków, jak nie odnalazła Cabirola, któregoście także zamordowali.
Straub, prowadzony przez mulatów, opuścił pokój.
— Ten człowiek jednak ma siłę charakteru. Gdyby tak inni byli do niego podobni, sprawa byłaby znacznie trudniejsza.
Mulaci i Assunto prowadzili tymczasem Strauba, który nie tracił pewności siebie.
Chociaż skrępowany w ruchach i moralnie zgnębiony, przybrać musiał wygląd męczennika, cierpiącego za dobrą sprawę.
Po przebyciu obszernych kurytarzy pierwszego piętra, zatrzymano się wreszcie przed ciężkiemi drzwiami pokoju, w którym od wczoraj siedział zamknięty Pidoux.
Assunto otworzył drzwi wielkim kluczem i popchnął Badeńczyka do wnętrza.
Straub słyszał jak zamykano za nim i zaryglowywano drzwi i usiłował się zoryentować.
Pokój oświetlony był tylko jedną świecą, ustawioną na kominku.
Pidoux, który leżał na łóżku, dźwignął się na poły. Na widok Strauba wyrwał mu się okrzyk zdumienia.
— I pan tu także zawołał! — pan!
— Jak widzisz.
— Dałeś się także ująć!
— Tymczasowo.
— A, tem lepiej. Obawiałem się, że wplątawszy innych w sieci, znalazłeś sposób wydobycia się, — pan, człowiek silny!
— Pidoux! mój drogi! szepnął Guillard ojcowskim głosem, usiłując go pohamować.
Ale Pidoux był wściekły.
— Wypowiadam ci to, co mam na sercu. Wasze piękne plany, te plany wspaniałe, nie powiodły się. Nadchodzi taka chwila, w której i najzręczniejszego schwytają. My też jesteśmy schwytani i to na dobre...
— Kto wie?
— Więc spróbuj się ztąd wydobyć... Nie potrafisz.
— Zobaczymy. Ale tyś gadał. To dowód niegodnej słabości.
— Chciałbym widzieć pana na mojem miejscu.
— Milczenie jest złotem.
— Ależ oni wszystko wiedzą. Nawet sam baron...
— E, baron! Jego rozum tkwi w jego pieniądzach. Poza tem idyota. Ale ty, mój uczeń, mój syn!
— Syn pana! Piękne spełnienie obowiązku ojca, wrzucić syna do więzienia!
— No, no, zdobądź się na odwagę. Nie ma powodu do rozpaczy.
Pidoux kiwał głową ze zniechęceniem.
— Czy wiesz przynajmniej, co oni zamierzają? Spojrzyj na te kraty. Jesteśmy w klatce jak dzikie zwierzęta!
Straub spojrzał, oglądnął okna i sposępniał.
— Najlepiej by było wejść z nimi w porozumienie — zaproponował Pidoux.
— W jaki sposób?
Zgadzając się na wszystko, czego żądają. Niech nam tylko pozwolą oddzielić się morzem od policyi i sądów..
— Zobaczymy. — Ale czy tu można się przespać?
— Nikt tu nie przeszkadza. Ale ja spać nie mogę. To dziwne, od dwudziestu czerech godzin stoi mi ciągle przed oczyma widmo starej panny... i nie daje mi spokoju...
— Cóż znowu! — zaśmiał się Straub. — Myślałem, że w tobie płynie krew moja. Ale to chyba kłamstwo. Byłżebyś tchórzem?
— Zastanawiam się nad wszystkiem od wczoraj i moje myśli wcale nie są wesołe.
Zaległo milczenie.
— Jakże to pan dał się złapać? — ironicznie znów zaczął Pidoux — pan, nieomylny, przewódca, geniusz!
— Ja, — odrzekł Straub z filozoficznym spokojem — tak, jak inni... przez kobiety!
W pokoju były dwa łóżka. Straub podszedł do niezajętego i położył się.
— Dobrej nocy — rzekł — gdy się chce coś znaleźć, musi się szukać. Będę szukał, a noc przynosi dobrą radę.
— Dobranoc — odpowiedział Pidoux obojętnie. I rzucił w stronę Strauba spojrzenie, pełne nienawiści.
Straub zaś obrócił się do ściany i począł rozmyślać.
Krystyan unosił Marcelę w objęciach z ostrożnością matki piastującej zranione dziecko.
Ciężar był mu lekki. Od czasu do czasu ciałem Marceli wstrząsał dreszcz nerwowy. On ją uspokajał najczulszemi słowami:
— Nie lękaj się, dziecino. To ja, Krystyan.
Ona podnosiła na niego spojrzenie, pełne wdzięczności.
Czuła się zgruchotaną swoim upadkiem z konia i przerażoną.
Koń margrabiego, przejeżdżając obok miejsca, gdzie leżał zabity wierzchowiec Marceli, skoczył w bok gwałtownie. Z piersi Marceli wydarł się krzyk bólu.
— Ty cierpisz? — spytał margrabia.
— Nie. Ale spieszmy się... spieszmy!
Na twarzy baronównej widoczna była trwoga. Pragnęła być co rychlej w miejscu bezpiecznem, w swoim pokoju, jasno oświetlonym, pośród znanych sobie ludzi.
Zdawało jej się, że z cieniów lasu wybiegają inne potwory, aby ją porwać; zdawało się jej, że jest otoczona w około wrogami.
Margrabia czytał tę rozpaczliwą trwogę na jej twarzy i kołysząc ją, jak dziecko, w ramionach, usiłował rozproszyć ten lęk nerwowy.
— Ach — ozwała się ona szeptem — jakiś ty dobry!
— Nie jestem dobry. Ja cię kocham! Pomimo wszystkiego, co zaszło z moim ojcem?
— Nie wiem, co zaszło, ale to wiem, że kocham cię teraz więcej niż kiedykolwiek. Z całej duszy.
— Nie wiesz wszystkiego. Teraz mówić nie mogę... To nadto okropne. Później wszystko ci powiem. Teraz o jedno tylko cię proszę. Nie odstępuj odemnie!
— Czegoż się ty możesz tak lękać?
— Powiem ci, powiem. W samotności byłabym dostała pomieszania zmysłów. Ojciec mój, którego nie chciałabym oskarżać, potrafił sobie jednak zrobić tylko nieprzyjaciół, Widzisz przecie, że ja, która przecież nie uczyniłam nic, aby zarobić na nienawiść, padłam ofiarą zemsty. Bo to jest zemsta, jestem pewna... czuję to... Ale ty mnie teraz nieopuścisz... nieprawdaż?
I garnąc się ku niemu, kilkakrotnie tę prośbę powtórzyła.
Za całą odpowiedź margrabia silnie przygarnął ją do piersi i pocałował w czoło.
Marcela czuła się zupełnie wyczerpaną, gdy dojechano wreszcie do zamku.
Służba niespokojna oczekiwała u wejścia.
Margrabia wytłumaczył im wypadek z wierzchowcem baronównej, którą spotkał w drodze, śpiesząc na jej prośbę do Varenne.
Obecność jego tutaj nie wzbudziła zresztą żadnego zdziwienia. Wiedziano, że jest krewnym i codziennym niemal gościem.
Zresztą cała służba barona Raynaud czuła, że się gotują jakieś niezwykłe wypadki.
Baronowa nie powróciła. Zabrała z sobą córkę, a pośpieszny wyjazd barona do Paryża nie był także bez znaczenia.
Cały dom był w trwodze, jakkolwiek nikt nie domyślał się strasznej prawdy.
Krystyan napróżno usiłował skłonić Marcele do wyznania mu, co zaszło. Ale to mu się nie udało.
Baronówna wymówiła się znużeniem, potrzebą wypoczynku i skłoniła go, by odszedł do przeznaczonego mu pokoju.
— Jesteś blisko mnie mówiła. To wszystko, czego pragnęłam. Z tobą niczego się nie lękam.
Nakazała służącym, by, gdy baron powróci, nie mówili mu nic o wypadku, jakiego doznała. Chciała go zobaczyć, mówić z nim, dowiedzieć się o wszystkiem z jego własnych ust.
Powróciwszy do swego pokoju, odesłała pannę służącą i pozostała sama ze swemi myślami.
O jakiej zbrodni pisał jej ojciec? Aby to wyznać i oskarżyć się przed własną córką, potrzeba chyba było, by skandal był bliski wybuchu.
To wszystko, co się stało, było nad jej siły.
Chwilami czuła, jak gorączka ogarnia ją całą; dreszcz gwałtowny wstrząsał nią tak, że zęby szczękały.
Spojrzała w lustro, była blada jak trup.
Nie poddawała się jednak niemocy. Otworzyła okno; świeże powietrze orzeźwiło ją nieco.
W oddali dał się słyszeć turkot powozu i niebawem światło latarni zabłysło w alei. To ojciec jej powracał.
Dzięki Bogu! Będzie mogła nareszcie poznać w całej pełni sytuację, ocenić rozmiary niebezpieczeństwa! Wszystko było lepsze od tej niepewności, która ją gnębiła.
Czekała jeszcze chwilę. Powóz zatrzymał się przed gankiem i baron wysiadł.
Zdawał się zgnębiony, zgarbiony pod brzemieniem trosk.
Wszedł na schody krokiem wolnym i zniknął w kurytarzu. Wkrótce w oknach jego apartamentu zabłysło światło.
Marcela nie opuszczała jednak balkonu. Opuszczały ją siły. Tysiące iskier migały przed jej oczami. Głowa ciężyła ołowiem.
Widziała jak w oknach pokoju jej ojca przesuwał się tam i napowrót cień jakiś, zapewne Antoni, który usługiwał panu. Wreszcie cień ten zniknął, ale światło nie zgasło. Marcela dojrzała natomiast sylwetkę ojca, który przenosił lampę, właśnie na to biuro, na którem leżał ów list fatalny. Światło przestało się poruszać; baron zapewne zasiadł do pisania.
Zegar zamkowy wybił godzinę pół do drugiej w nocy.
Natenczas Marcela przeszła z balkonu do swego pokoju. Drżała na calem ciele. Zarówno ciało jak i dusza cierpiały.
Zebrawszy jednak ostatek sił, podążyła krokiem chwiejnym przez długi kurytarz do apartamentu ojca. Aby nie upaść musiała opierać się o ściany.
Przyczołgała się nareszcie do drzwi pokoju ojca, które nie były zamknięte.
Baron był tak zajęty, że zrazu nie słyszał jej kroków.
Spostrzegł ją dopiero, gdy stanęła obok jego fotelu.
— Ach, to ty! — zawołał — czego sobie życzysz?
— Chcę wiedzieć, co się dzieje! Tak dalej żyć nie mogę! żyć nie zdołam!
Mówiąc to zachwiała się i osunęła na dywan.
Ojciec zerwał się, chcąc zadzwonić, ale ona miała tyle jeszcze siły, by go powstrzymać.
— Chcę być sama z tobą, ojcze — rzekła. — Nie przywołuj nikogo.
Baron podniósł ją z ziemi i ułożył na kanapie. Sam zaś ukląkł przy niej.
— Co ci jest, dziecko moje? — spytał.
— To, czego się obawiałam, spełnia się... Nieszczęście i hańba spadają na nas. Ja pierwsza stałam się ofiarą jakiejś zemsty... Niebawem przyjdzie kolej na ciebie, ojcze.
— Co ty mówisz? Nie rozumiem.
Marcela obu rękami ujęła się za głowę.
— Ach, jak boli! — szepnęła. Lecz po chwili, opanowawszy się, spytała gwałtownie:
— Z kim i dlaczego bijesz się jutro?
— Zkąd wiesz o tem?
— Odpowiedz mi pierwej.
— Przysięgam ci, że...
— Nie próbuj tylko mnie oszukać! Chcę wszystko wiedzieć... Mam do tego prawo. Nazywam się Marcela Raynaud... Więc powiedz mi, czy to nazwisko jest shańbione i w jaki sposób?
— Ale przyjdź że do siebie, błagam cię...
— Byłoby wszystko inaczej, gdybyś był, ojcze, nie kochał tej hrabiny de Marcilles. Gdym się dowiedziała, że jutro masz pojedynek...
— Kto ci to powiedział?
— Mniejsza o to, kto. Dość, że wiem o tem. Bijesz się zapewne z mężem tej kobiety, z hrabią de Marcilles?
— Z hrabią de Marcilles? Wszak on zginął...
— Tak utrzymywano, widocznie fałszywie. Żywy powrócił i zażądał od ciebie zadośćuczynienia. Straszne rzeczy dzieją się w naszym domu... Umarli powstają z grobów... Strach!
Wstrząsał nią dreszcz gwałtowny. Widocznie odchodziła od zmysłów.
Przerażony baron zadzwonił gwałtownie. A Marcela mówiła dalej w gorączce:
— Zdawało mi się, że umieram.... Pojechałam do Krystyana, aby mi dał radę....
oparcie.... Wracając, zastawiono na mnie zasadzkę... Koń się zabił.... ja ocalałam.... ale się boję... boję....
Kuliła się, jak przerażone dziecko.
— Margrabia de Parsay jest u nas, w zamku? — spytał baron wchodzącego lokaja.
— Przyjechał dzisiaj.... razem....
— Idź zaraz — przerwał baron — poproś, by natychmiast tu przyszedł. — Bezwłocznie też posłać do Melun po doktora....
Marcela jęczała już tylko, bezprzytomna. Baron stał nad nią, bezradny, z załamanemi rękami.
W tej chwili wszedł margrabia de Parsay.
— Co to się stało? — zapytał go baron.
— Nikczemna, ohydna zasadzka.
I w kilku słowach opowiedział baronowi całe zajście.
Tymczasem Marcela już zupełnie była nieprzytomna. Nie poznawała ani ojca, ani margrabiego.
Dopiero nad ranem nadjechał doktor. Zbadawszy chorą, pokręcił głową.
— Sprawa groźna! — zaopiniował.
— Co grozi?
— Zapalenie mózgu.
— Połowę mego majątku oddam za jej ocalenie....
— To nie odemnie, lecz od Boga zależy.
Jednakże w pół godziny potem Marcela otworzyła oczy, budząc się jak gdyby ze snu ciężkiego. Poznała margrabiego, który stał pochylony nad nią i uśmiechnęła się do niego, jakby dziękując, że jest przy niej.
Baron pociągnął margrabiego we framugę okna.
— Poruczam ci ją — rzekł.
— Czyż pan odjeżdża?
— Tak. Mam pojedynek.
Czy to możebne?
— Muszę.
— W takiej chwili!
— Konieczność mnie zmusza.
W obec stanowczości tonu barona, margrabia uznał za stosowne zaniechać wszelkich przedstawień.
— Przyrzeknij mi, Krystyanie — rzekł jeszcze baron — że będziesz się nią opiekować....
— Do ostatniego tchnienia, przysięgam, odrzekł margrabia.
W tejże chwili pierwsze promienie wschodzącego słońca wtargnęły do pokoju.
Równocześnie powóz barona zajechał przed ganek zamkowy.
Baron zbliżył się do Marceli, która zdawała się spać spokojniej, złożył gorący pocałunek na jej czole, uścisnął dłoń margrabiego i wybiegł pędem z tego domu żałoby i rozpaczy.
Baron Raynaud zatrzymał swój powóz o pięćset kroków od kaplicy.
— Tu będziesz czekał, — rozkazał woźnicy.
I podążył ku laskowi Châtillon, rozpromienionemu w tej chwili blaskami słońca i rozśpiewanemu świegotem ptasząt.
Ale wśród tych promieni i śpiewów, baron Raynaud szedł krokiem chwiejnym. Czuł się pognębionym i opuszczonym przez wszystkich.
Z pomiędzy licznej służby barona, jeden tylko Antoni okazywał mu przywiązanie; inni byli albo obojętni, albo niechętni. Nie było nikogo, który by mu chciał dać poparcie a w okół siebie czuł wrogów potężnych. Dotychczas, on, właściciel olbrzymiej fortuny, czuł się niepokonanym, a oto teraz ci wrogowie, równie bogaci, mieli go w swych rękach. Już go usiłowali dosięgnąć zamachem na jego córkę. Ale najboleśniejszą, ciągle krwawiącą się raną, to była zdrada Heleny, tej kobiety, dla której wszystko poświęcił. Ona widocznie kochała zawsze, kochała jedynie tamtego, a jeżeli weszła pod dach barona, to tylko w celu zemsty...
Ta myśl, to była żmija, która jadem swym zatruwała mu serce.
Wszystko go naraz przygniatało. Siał burzę, a oto piorun w niego samego uderzył i zgruchotał.
Szedł wolno, pogrążony w ciężkiej zadumie, gdy oto ujrzał na skraju lasu, pod dębem stuletnim, stojących przeciwników, Jana i Cezarego de Marcilles.
Ich widok obudził w nim uczucie dumy. Podniósł głowę i wyprostował się. Lekkim ukłonem pozdrowił obu braci.
— Wybaczcie, panowie, — rzekł, — że dałem nieco czekać na siebie, zwłoka niezależna była od mojej woli. Mam córkę, która nagle zaniemogła. Pozostawiłem ją umierającą prawie. Ale oto jestem na wasze rozkazy. Czy macie, panowie, broń?
Wicehrabia Cezary wskazał na dwa karabiny, zupełnie nowe.
— Może je pan zbadać i wybrać z nich jeden.
Baron obojętnie ręką machnął.
— Wszystko mi jedno... rzekł.
Wicehrabia wziął jeden karabin i dwa naboje i podał je baronowi.
Jan de Marcilles ujął drugi.
— Przygotował pan umówione pismo? spytał wicehrabia.
— Oto jest, odrzekł baron i okazał wicehrabiemu kartkę papieru, na której były te tylko wyrazy:
„Odbieram sobie życie, nie mogąc znieść okrutnych cierpień.
Z kolei Jan de Marcilles przedstawił swoją kartkę, która brzmiała:
„Życie mi dokuczyło, więc się go pozbywam. Ramon Cavero, margrabia d’Aguilas.
— Przyrzekacie mi, panowie, dotrzymać warunków naszej umowy? spytał jeszcze baron.
— Przyrzekamy — odpowiedzieli bracia.
— Jakikolwiek by był wynik tego pojedynku?
— Oczywiście, w każdym wypadku.
— A jeżeli agenci, których używałem, mnie oskarżą?
— Będą milczeli.
— Dlaczego?
— Bo nie ujdą kary, która jest już przygotowana.
Było to powiedziane tonem tak stanowczym, że baron zadrżał.
— A więc dobrze — przemówił — kończmy zatem!
Słońce wznosiło się coraz wyżej, złocąc swym blaskiem wierzchołki lasów, otaczających Varenne. Śliczny był ranek, zachęcający do życia i używania jego rozkoszy.
A oto właśnie stało naprzeciw siebie dwu ludzi, dyszących nienawiścią i pragnących śmierci przeciwnika.
Były to dwa odrębne typy.
Jan de Marcilles w ubraniu myśliwskiem wyglądał młodo.
Oczy mu błyszczały, ale nerwy były w spokoju.
Stał wyprostowany, nieruchomo, spoglądając na swego przeciwnika z pewnym rodzajem pogardliwej litości.
Baron Raynaud, niższy wzrostem, ubrany bardzo elegancko, stał z pochyloną głową oczy bez blasku miał utkwione w ziemię.
— Czy nie macie, panowie, nic więcej — do powiedzenia? — spytał.
— Nic więcej.
— A zatem...
Obaj bracia uścisnęli sobie dłonie.
Hrabia Jan pozostał na miejscu, u stóp dębu, wicehrabia Cezary towarzyszył baronowi na drugi kraniec lasku i oddalił się z sercom ściśniętem.
Za chwilę gwizdawką dał znak przeciwnikom, że mogli iść przeciw sobie.
To hasło obudziło w duszy barona uśpioną odwagę. Odżył w nim instynkt samozachowawczy.
Obaj byli mniej więcej tej samej siły, jako zawołani myśliwi czasu swej młodości; szanse zatem były równe.
Maksym Raynaud uczynił szybko kilka kroków naprzód i zatrzymał się pod rozłożystem drzewem, które go całkowicie zasłaniało. Wytężył słuch i pozostał tak, z wyciągniętą szyją, nasłuchując ciągle. Ale nie usłyszał nic.
Jednakże było niepodobieństwem postępować naprzód na tym gruncie zasłanym zeschłemi gałęziami, bez uczynienia szelestu, łatwo dosłyszalnego wśród ciszy tej pustki.
Poszedł znów naprzód, starając się zawsze osłonić drzewami. Wreszcie przykląkł na jedno kolano i wówczas spostrzegł, o jakie dwadzieścia kroków od siebie, stojącego hrabiego Jana, po za cienkim pniem jasionu. Hrabia był prawie odkryty; głowę pochylił i zdawał się nasłuchiwać także.
Baron pochwycił z zimną krwią karabin i zmierzył w tę stronę.
Padł strzał. A gdy dym się rozproszył, baron po za jasionem nie dostrzegł już nikogo. Co się stało z hrabią? Może u stóp drzewa leżał ranny śmiertelnie, konający?
Baron pośpiesznie ponownie nabił karabin. Jakaś dzika radość rozpierała mu piersi. Czuł, że odżywa, że budzi się w nim dawna energia. Ufał honorowi swych przeciwników. Gdyby zabił hrabiego Jana, to prócz zadowolenia swej nienawiści, unikał skandalu, miał bowiem jego przyrzeczenie w tym względzie.
Nagle w jego duszy zaszła zmiana. Chciał teraz koniecznie zwyciężyć i czołgając się, pełzał ostrożnie ku ruinom kaplicy. Tam było łatwo znaleźć osłonę w zakątkach murów, po za kolumnami — i czekać.
Jeżeli Jan de Marcilles nie ukaże się, to będzie znak, że zginął od pierwszej kuli.
Lecz właśnie w chwili, gdy baron wpełzał do kaplicy, ujrzał przesuwający się cień postaci ludzkiej, w oddaleniu także około dwudziestu kroków. Cień ten szukał widocznie osłony, lecz w tej chwili był zupełnie odkryty.
Nie namyślając się długo, baron zmierzył i wystrzelił, tym razem pewny już wyniku.
Cień przypadł do ziemi i już się nie podniósł.
Ale i Maksym Raynaud był teraz bez obrony.
W chwili, gdy się zbliżał ku przeciwnikowi, zabitemu, jak sądził, nagle stanął osłupiały.
Przed sobą ujrzał Jana de Marcilles, powstającego z ziemi, lecz nietkniętego.
Hrabia miał w twarzy wyraz tryumfu. Zaciekły wróg jego, do niego teraz należał.
Dwa razy wytrzymał strzały. Po raz pierwszy ocaliło go nagłe cofnięcie się; kula barona przestrzeliła mu tylko kapelusz. Drugi raz zawdzięczał ocalenie swe nierówności gruntu. Wpadł w rodzaj nie głębokiego rowu, który był jednak wystarczający, by go osłonić przed kulą barona.
Jan de Marcilles pozostał chwilę nieruchomy.
Szlachetność nie pozwalała mu zabijać nieprzyjaciela bezbronnego, jakkolwiek oburzenie i nienawiść przepełniały mu duszę. Wahał się.
Baron cofał się aż do progu kaplicy i nagle przystanął w osłupieniu.
Pod jedną z arkad, rozpadających się w ruinę, ujrzał kobietę, jak śmierć bladą, opierającą się o mur, nasłuchującą widocznie strzałów, które bolesnem echem odbijały się w jej duszy.
Była to hrabina Helena, która na widok barona wydała okrzyk przerażenia.
Był on zatem zwycięzcą, skoro żył jeszcze.
Bezwiednie Maksym Raynaud zbliżał się ku niej. Ona zaś stała nieporuszona.
Nagle, on się pochylił ku ziemi.
Wśród traw i zielska dojrzał swój własny rewolwer, który wypadł mu z rąk wczoraj, w chwili, gdy Assunto obalił go swojem lasso i omal nie zdusił.
Pochwycił go chciwie. Szatańska radość twarz mu rozjaśniła.
Miał niechybnie zginąć, ale śmierć będzie mu lżejszą, jeśli przedtem się zemści i pociągnie Helenę wraz z sobą do grobu.
Skierował rewolwer ku jej piersi.
— Ha! zawołał z wściekłością — tyś mnie sprzedała!
Bracia Marcilles ani się domyślali obecności Heleny na placu boju. Zamiary swoje utrzymywali przed nią w ścisłej tajemnicy, ale ona domyślała się wszystkiego.
Całą noc ubiegłą przebyła w strasznych udręczeniach. Widziała z okna walkę Guillarda ze służbą w Roissy, a potem, aż do świtu czuwała przy łóżeczku Gabryeli, nasłuchując ciągle w niepokoju najwyższym.
O brzasku stanęła w oknie, śledząc każdy ruch w zamku i na podwórzu.
O pół do piątej usłyszała jak się drzwi otwierały i zamykały, doszły ją szepty w kurytarzach, a potem dojrzała ruch koło stajen i turkot powozu. Powóz ten widocznie okrążał zamek, aby jej nie zbudzić, ona jednak spostrzegła go wkrótce na krańcu wielkiej alei, jak zdążał w kierunku Varenne.
Natenczas ucałowała gorąco uśpioną głęboko córeczkę, zbiegła do oficyn i pierwszego napotkanego chłopca stajennego spytała:
— Wszak to margrabia i brat jego wyjechali przed chwilą?
— Tak, pani.
— A nie wiesz dokąd?
— Nie wiem.
— Nikt im nie towarzyszy?
— Tylko woźnica.
Chciała kazać osiodłać sobie konia, ale nie śmiała tego uczynić.
Weszła na drogę, którą przejeżdżał powóz i puściła się dalej pędem, śladem, pozostawionym przez koła pojazdu. Jakieś wewnętrzne przeczucie kazało jej kierować się ku ruinom kaplicy. Biegła ścieżkami, skracając sobie drogę i w godzinę, zdyszana, dotarła do ruin, ale ze strony przeciwnej od tej, którą przybyli hrabia Jan i Cezary.
Obuwie miała zupełnie przemoczone obfitą rosą, suknię podartą, ale w swem wzburzeniu niemal nie czuła zmęczenia.
Cisza panowała dokoła, żaden szmer nie zdradzał obecności istot ludzkich w tym lesie.
Nagle dał się słyszeć wystrzał.
Helena rzuciła się jak szalona w tę stronę, zkąd strzał pochodził, lecz zaledwie weszła do ruin kaplicy i omdlewająca z przerażenia o mur się oparła, padł strzał drugi, niemal o dwa kroki od niej.
Ale nikt jej nie spostrzegł i ona nie widziała nikogo. Czekała, pełna trwogi, z sercem ściśniętem okrutnym bólem.
Ujrzawszy barona Maksyma, nie mogła się powstrzymać od okrzyku rozpaczy. On żył, przeto tamten, jej ukochany, zginąć musiał!
Osłupiała, przerażona nie mogła kroku uczynić i nie próbowała nawet uciekać, gdy baron zbliżył się do niej z wyrazem mściwej wściekłości na twarzy.
Zgubiony, zbezczeszczony, mając teraz rewolwer nabity w ręku, mógł się zemścić, zabijając Helenę, a potem życie sobie odebrać, co było zawsze lepszem, niż ginąć z ręki tryumfującego wroga.
— Ha! — powtarzał — tyś mnie sprzedała, zdradziła, oszukała podstępnie. Nienawidziłaś mnie, kochając innego. Otóż nie zobaczysz go już nigdy.... Umrzemy razem!
Helena zmierzyła go pogardliwym wzrokiem.
— Po dwakroć morderca! — szepnęła.
Cóż ją teraz mogła obchodzić śmierć, skoro Jan nie żył?
Nagle ujrzał baron w jej oczach i twarzy wyraz niewymownej radości.
Odwrócił głowę. A w tejże chwili dał się słyszeć wystrzał, błysk jaskrawy oślepił mu oczy, a kula przeszyła piersi.
Padł na ziemię, jak piorunem rażony.
Hrabia Jan nie strzelał wcale. Przed chwilą nawet był przejęty uczuciami przebaczenia. Był gotów oszczędzić tego człowieka, którego teraz osłaniała bezbronność. Zresztą baron był wspomniał o córce swej umierającej, a hrabia Jan miał ciągle przed oczyma uśmiechniętą twarzyczkę swojej Gabryelki.
Lecz na widok barona, grożącego Helenie rewolwerem, cała jego wściekłość zbudziła się na nowo, krew uderzyła mu do głowy, a strzelać jednak nie mógł, bo zabijając barona, byłby musiał zabić, lub zranić Helenę.
Widząc barona padającego twarzą na ziemię, nie mógł powstrzymać okrzyku radości.
Helena była ocalona. Pędem pospieszył ku niej, zadając sobie pytanie, kto ją właściwie ocalił? — Z czyjej ręki padł strzał zbawczy?
Przy baronie, nie dającym znaku życia klęczał jakiś człowiek, który przed chwilą zsunął się z muru, z którego wysokości śledził od początku przebieg walki między hrabią Janem a baronem Raynaud.
Był to Toussaint Vardon. Trzymał w ręku strzelbę, jeszcze dymiącą po wystrzale.
— Ha! mruczał, pochylając się nad baronem. Zdychaj, bandyto! Czy mnie poznajesz? Jestem Toussaint Vardon, — wcielona zemsta. Służę tym, których kocham, a ciebie zabiłem, ho cię nienawidzę!...
Helena rzuciła się w ramiona hrabiego Jana, lecz on niebawem wyrwał się z tych objęć i przykląkł przy baronie.
— On jeszcze oddycha — ozwał się. To już nie jest wróg, lecz ciężko ranny, którego bez ratunku pozostawić nie można.
Mściwy Vardon chciał protestować, lecz hrabia, wyrażając mu gorącą wdzięczność za ocalenie Heleny, nie usłuchał protestu.
Posłano natychmiast do zamku po doktora, który od łoża córki pospieszył do rannego ojca.
Opatrzywszy ranę, pochylił głowę.
Rana była ciężka. Przebiła płuca i wyszła drugą stroną, druzgocąc żebra.
Mało było nadziei ocalenia barona.
Doktor zastosował środki odpowiednie i ranny otworzył oczy.
— Przenieście mnie do do mego domu — wyszeptał.
Życzeniu temu uczyniono zadość i z największą ostrożnością przewieziono go do zamku. Zdawało się chwilami, że skona.
Doktor, przerażony swą odpowiedzialnością ze względu na córkę nieprzytomną, w straszliwej gorączce i na ojca konającego, posłał do Paryża po jednego z najsłynniejszych chirurgów, który dopiero wieczorem przybył do Varenne. Od razu domyślił się tajemnicy.
— Jakto się stało? spytał margrabiego de Parsay?
Krystyan okazał mu bilet barona, znaleziony w jego kieszeni, a świadczący, że sam sobie życie odbiera.
Chirurg kręcił głową i wskazując na kierunek rany, którą baron odniósł, odparł:
— Wszystko jest możliwe na świecie, ale taka rana nie mogła być własną zadana ręką.
— Czy jest wszakże nadzieja ocalenia? spytał margrabia.
— Jest zawsze nadzieja, skoro tli iskierka życia, ale stan jest groźny... bardzo groźny. Jeśli baron do jutra wytrzyma, może zdołamy go ocalić...
O tej samej porze wielka, piękna karoca stała przed gankiem zamku Roissy. Wsiadła do niej Helena z Gabryelą i Zuzanną, a także p. Besnou z olbrzymią teką papierów.
Helena żegnała się z mężem.
— Ale jutro z pewnością połączysz się z nami? mówiła.
— Niechybnie jutro — zapewnił i zwracając się do pisarza sądowego dodał:
— Za dni kilka będziesz pan mógł działać, jak się panu podoba, na podstawie dokumentów, jakie zgromadziłeś...
— Mam nadzieję, że złoczyńcy dostaną się w ręce sprawiedliwości, odparł pan Besnou, mając na myśli Łazarza Pidoux i Guillarda.
Jan de Marcilles odpowiedział wymijająco:
— To już rzecz Cezarego. Zresztą możnaby się bez nich obejść. Nieprawdaż?
— Oczywiście, że można. I wskazując na swą tekę dorzucił:
— Mam tu wszystko, czego potrzeba.
Pożegnano się wreszcie. Przybywszy na dworzec do Melun wszyscy wysiedli a powóz powrócił do Roissy.
Hrabina udała się dalej w podróż koleją żelazną, rozstawszy się w drodze z panem Besnou, który jej rzekł na pożegnanie:
— Hrabiemu Janowi brakuje jeszcze powrotu do ojczyzny, niech pani będzie spokojna odzyska on ojczyznę wraz z czcią sobie należną.
Dwaj więźniowie, zamknięci w Roissy, Łazarz Pidoux i Fulgenty Guillard mogli swobodnie rozmyślać nad swoim losem.
Ale nawet bogata wyobraźnia Badeńczyka nie mogła nic wymyśleć, aby się wydostać z obecnej sytuacyi.
Groźby obu braci, lekceważone zrazu, coraz go bardziej poczynały dręczyć.
Wszak hrabia Jan powiedział mu wyraźnie:
— Nie wyjdziesz ztąd. Jesteś skazany i wyrok tutaj wykonany będzie, w Roissy.
Oznaczył nawet godzinę.
— Jutro o tej porze — rzekł wczoraj patrząc na zegarek — wszystko będzie skończone.
Straub wszelkiemi siłami starał się samego siebie przekonać, że to były płonne pogróżki; porywała go chwilami trwoga, chociaż usiłował okazać się spokojnym, nie tak, jak Pidoux, który był całkowicie zgnębiony.
Straub rozważał sytuacyę dokładnie.
Uwięziony był wprawdzie, lecz trzymać go tak wiekuiście nie było podobna. Nie można też było nawet pomyśleć o wymknięciu się z tego więzienia, urządzonego zresztą z prawdziwym zbytkiem.
Łóżka były wyborne, obicia z kosztownych materyj, stół zastawiony najbardziej wyszukanymi przysmakami; wina doskonałe, hiszpańskie, cukry i owoce.
Widocznie nie myślano ich zamorzyć głodem. Więc w jakiż sposób zamierzono wykonać wyrok na nich wydany?... Po tysiąc razy Straub zadawał sobie to pytanie i nie umiał na nie znaleźć odpowiedzi.
Nareszcie po dniu spędzonym w śmiertelnym niepokoju, Straub niemal z radością posłyszał około godziny dziewiątej wieczorem zgrzyt klucza w zamku. Drzwi się otwarły i na progu stanął Cezary de Marcilles.
Wszedł do wnętrza, wziął krzesło i usiadł. Guillard usiadł także.
Wicehrabia miał twarz chmurną. Straub wywnioskował z tego, że bracia Marcilles, nie mogąc się zdecydować na taki czyn, któryby nawet wobec nieprzyjaciela, musiał być uważany za zbrodnię, byli zakłopotani, co dalej począć.
Aroganckim tonem zapytał:
— Więc kiedyż panowie zdecydujecie się wypuścić nas na wolność?
Wicehrabia nie dał żadnej odpowiedzi.
Straub przeto mówił dalej:
— Czyn, któregoście się panowie na nas dopuścili, nazywa się bezprawnem pozbawieniem swobody i z tego zdacie sprawę przed sądem.
I na to nie było odpowiedzi.
— Popełniono także kradzież — ciągnął dalej Straub, co do której musielibyście się panowie także wytłumaczyć.
— Jakaż to kradzież? spytał margrabia.
— Skradziono mi walizkę...
— Czy zawierała kosztowności?
— Ogromne.
— O tem nie wiedziałem. Walizka ta będzie panu zwrócona.
Zadzwonił i wchodzącemu lokajowi rozkazał:
— Przynieś tu pakunki p. Guillarda.
Badeńczyk doznał wewnętrznej radości, począł się uśmiechać. Uprzejmość wicehrabiego zdawała się zapowiadać zmianę postępowania.
— Widzę — rzekł — że zaczyna pan być rozsądnym.
Wicebrabia rzucił mu w odpowiedzi lodowate spojrzenie.
W tejże chwili służący przyniósł walizkę Strauba.
— Proszę sprawdzić — rzekł wicehrabia uprzejmie.
Straub z widocznem zadowoleniem stwierdził, że kosztowności jego i pieniądze były nienaruszone.
— Nic nie brakuje? — spytał wicehrabia.
— Jest wszystko.
— Przyznajesz to pan?
— Najzupełniej.
— My nie jesteśmy złodziejami — mówił dalej spokojnie Cezary de Marcilles. — Ale oto czas ulata, a ja mam jeszcze do spełnienia pewną misyę wobec pana....
— Jakąż to misyę? — ironicznie spytał Straub.
— Bardzo delikatną....
— Czy być może?
— I przyznaję, że mi ona cięży....
— O cóż idzie?
— Idzie o to, że jeśli pan ma poczynić jakie rozporządzenia, to już czas na to....
— Jakie rozporządzenia?
— No na przykład — testamentowe....
Pidoux, który, leżąc na kanapie, nie ruszał się dotychczas z miejsca, skoczył na równe nogi.
— Co takiego? — krzyknął.
Straub milczał.
— Czy nie słyszałeś mnie pan? spytał wicehrabia.
— Owszem. Ale nie rozumiem.
— Może pan chcesz, abym powtórzył?
— To zbyteczne. Ale dlaczego mają to być rozporządzenia testamentowe?
— Może pan ma krewnych, przyjaciół, którym chciałby pan co przekazać?
— Po mojej śmierci?
— Tak, po śmierci pana.
— Oto mój spadkobierca! rzekł Straub, wskazując na Pidoux.
— Jedyny.
— Tak.
— W takim razie, ozwał się Cezary de Marcilles, radzę panu nie brać go w rachubę.
— A to dlaczego?
— Ponieważ prawdopodobnie umrzecie razem.
— Czy pan jesteś tego pewnym?
— Najzupełniej.
— No, kochany panie, rzekł Straub, wstając z miejsca, zdaje mi się, że żart ten trwa za długo.
— Nawet w młodości swojej żartowałem rzadko — odparł Cezary — a od czasu sprawy Orgéres odwykłem od tego zupełnie. Przecież wczoraj powiedziano wam już, że jesteście skazani, że wyrok dzisiaj będzie wykonany i że przed godziną jedenastą wieczorem, wszystko będzie skończone.
Straub ramionami wzruszył. Pidoux trząsł się ze strachu.
— Zrobiłbyś mi pan przyjemność, gdybyś mi zechciał oznajmić, w jaki sposób nastąpić ma ta — egzekucya?
— W jakim celu? Wiesz pan przecie, że teraz, podobnie jak we wszystkich sprawach, za pomocą pieniędzy, darowizny czy ziemi, czy domu, czy też kwoty mniej lub więcej znacznej, można wszystkiego dokazać, na wszystko sobie pozwolić. Byliśmy biedni, więc wy nas tymi środkami zgnębiliście. Teraz my jesteśmy bogaci, jak ten człowiek, który was opłacał. Działamy podobnie jak on. Ale co do barona Raynaud mogą wam udzielić nowiny.
— Nie żyje? — spytał Straub.
— Żyje wprawdzie, ale na pół martwy.
— Jakto?
— Ranny śmiertelnie, kulą w piersi.
— Kiedy?
— Dzisiaj rano. To była jego godzina. Teraz nadchodzi wasza. Hrabia Jan de Marcilles wyrządził mu ten zaszczyt i raczył z nim się pojedynkować. Byłby go może oszczędził. Na nieszczęście, baron miał innych jeszcze nieprzyjaciół... Z wami jednak, moi panowie, nikt chyba bić się nie zechce. Spełniwszy moją misyę, odchodzę.
Straub stał nieporuszony. Pidoux padł do nóg Cezaremu.
— Panie, miej litość nad nami! jęczał.
— Mów za siebie; tchórzu! — krzyknął Straub i zwracając się do Cezarego, spytał:
— Czy mógłbym się widzieć z hrabią Janem de Marcilles?
— Nie.
— Dlaczego?
— Hrabia Jan jest zanadto wspaniałomyślny. Mógłby się dać wzruszyć, a ja tego nie chcę. Bądźcie zdrowi!
— Litości litości! błagał Pidoux.
— Morderco kobiet bezbronnych — rzekł Cezary — łotrze bez sumienia, złodzieju i bandyto, ty nie miałeś litości, dlaczego bym ja teraz miał mieć litość nad tobą?
Gdy drzwi się otwarły przed wicehrabią, Pidoux rzucił się w nie, chcąc ratować się ucieczkę, lecz wnet pochwyciły go cztery silne ramiona i wepchnęły go napowrót do pokoju z taką siłą, że upadł na podłogę u stóp Strauba.
Drzwi się zamknęły, zasunięto rygle, klucz zazgrzytał w zamku i nastała cisza, przerywana tylko miarowym krokiem strażników.
Straub mierzył z pogardą podnoszącego się z ziemi swego towarzysza.
— Wstydzę się za ciebie... — rzekł.
Pidoux pogroził mu pięścią.
— Toś ty wszystkiemu winien, wszystko zarządziłeś, wszystkiem kierowałeś. Ty zawiodłeś mnie tam, gdzie jesteśmy. Oni, ci panowie de Marcilles, mają racyę. Mszczą się.
— Próżne pogróżki.
— Kto wie? Ty przecież znalazłeś sposób, aby niewinny był zgubiony, skazany, wysłany...
— Będziemy się bronili.
— A jeżeli nas zamordują?
— W jaki sposób. To niepodobna!
— Skoro tak mówią, to widać znaleźli sposób? Czyżby mieli mniej sprytu od ciebie? Ciebie zapłacono, a oni są milionerami... Cóż znaczą dla nich pieniądze? Co znaczy dla nich pałac przy ulicy d’Antin, lub zamek Roissy?
Jakaś myśl nagła zabłysła mu w głowie i zawołał:
— Na Boga! A gdyby oni spalili zamek, aby nas spalić z nim razem?
Tym razem Straub zadrżał. To była myśl trafna, na którą wpadł Pidoux. — Tak, żywcem spaleni.
— To niemożebne — szepnął.
I tupiąc nogą, dodał głośno. — Niedorzeczność! Przecież ci panowie de Marcilles, to ludzie uczciwi... nie ośmieliliby się nigdy...
Pidoux mierzył go wytężonym wzrokiem.
— Dlaczego nie? ozwał się.
Badeńczyk zbliżył się do drzwi.
Jakaś woń dziwna napełniała pokój. Jakby odór smoły.
Równocześnie zdało mu się, że jakiś ostry dym chwyta go za gardło. Odkaszlnął z lekka, wyprostował się, szukając przyczyny tego wrażenia, jakiego doznał.
— Przywidzenie! — szepnął.
Czyż można było lękać się takiej nieprawdopodobnej katastrofy?
Tchórzostwo jego towarzysza było jak owe źle ufarbowane materye, które plamią wszystko, czego się dotkną.
Straub powrócił do swojej walizki. Otworzył ją i zaczął spokojnie sprawdzać jej zawartość.
Wszystko było na swojem miejscu. Mieścił się tam ogromny majątek, za którym nie wahał się uganiać nawet drogą zbrodni. W papierach bankowych, w rozmaitych innych wartościowych dokumentach, posiadał przeszło półtora miliona. Samej gotówki w banknotach i złocie było tam przeszło sto tysięcy franków.
I czyż było podobieństwem, by bracia de Marcilles, gdyby go chcieli spalić wraz z zamkiem, oddalı mu byli dobrowolnie taki majątek, którym mogli rozporządzać dowolnie?
To była próba, nic więcej. Chciano go zastraszyć, aby wydrzeć mu zeznanie, którego odmawiał.
Zastraszyć jego, Strauba, cóż znowu!
Zliczywszy parę razy swoje pieniądze, Guillard zamknął walizkę i znowu podszedł do drzwi.
Na kurytarzach panowała zupełna cisza; kroków nawet straży nie było słychać.
Widocznie ją usunięto. Ale woń smoły trwała zawsze. Zkąd mogła pochodzić?
Straub usiłował otworzyć okno, ale napróżno. Krata żelazna nie puszczała.
Natenczas przyszło mu na myśl wyciąć szybę dyamentem. W krawacie miał właśnie taką szpilkę z brylantem, umyślnie w ten sposób przyrządzonym, aby w razie danym mógł służyć do rozcinania szkła. Straub był we wszystkiem praktycznym.
Za pomocą tej szpilki wyciął z dokładnością matematyczną szeroki otwór w szybie środkowej i takiż sam w sąsiedniej. Wszystko dokonane zostało sprawnie i bez hałasu.
Powiew ciepłego powietrza wniknął przez otwór, ale dalszą przeszkodę stanowiła krata żelazna, po za którą były jeszcze szczelnie zamknięte okiennice. Tylko przez wąską szczelinę przy murze przedzierało się blade światło, świadczące, że noc była pogodna.
Zresztą zupełna cisza tak zewnątrz jak i wewnątrz zamku. Myślećby było można, że stał pustką.
W pokoju zapalone świece nie oświetlały dostatecznie obszernej jego przestrzeni.
Straub zbliżył się do stołu, gdzie już była przygotowana kolacya.
Apetytu wprawdzie nie miał, ale aby w oczach swego towarzysza, niemal omdlałego z trwogi, okazać wyższość i krew zimną, ozwał się obojętnie:
— No, zabierzmy się do jedzenia.
— Jeść nie będę... — W odparł Pidoux.
Badeńczyk ramionami wzruszył.
— Czy sądzisz, że te przysmaki są zatrute? spytał ironicznie.
— Kto wie?
— Przekonam cię, że się mylisz.
Usiadł, rozłożył sobie na kolanach serwetę i zabrał się do pasztetu, który wyglądał smakowicie.
— Nie traktuje się — rzekł — z taką gościnnością ludzi, których ma się zamiar na tamten świat wyprawić. Ten pasztet jest doskonały. Nie jadłem lepszego nawet przy ulicy de Moscou.
Chciał powiedzieć, u Meli, ale się wstrzymał. Imię niewiernej ugrzęzło mu w gardle. Ale odpowiadając swojej myśli, mruknął:
— Jeszcze się później zobaczymy.
Zwrócił się do Pidoux.
— Napij się szklankę malagi — rzekł. — To ci odwagi doda.
— Nie mam pragnienia.
— Powinienem cię nienawidzieć z powodu słabości twego charakteru, ale nie zdołam. Serce mi nie pozwala, a to uczucie zaszczyt mi przynosi. Jest się ojcem, albo się nim nie jest. A ja nim jestem...
— Te szydercze żarty — odburknął Pidoux — bolą mnie....
— Wszystko to minie, zobaczysz. Będziemy mieli jeszcze piękne dni.
— Tak mniemasz? — spytał Pidoux z goryczą.
— Jestem tego pewny. Wierzę w to.
— To masz istotnie silną wiarę.
— Skoro tylko nas ztąd uwolnią, będą musieli nas wysłać gdziekolwiek, do Szwajcaryi, do Włoch, nad brzegi jezior w Lombardyi, tego raju ziemskiego, na dziką Sardynię. A wszędzie tam z takim majątkiem — tu wskazał na swoją walizkę — będziemy mogli wieść wesołe życie, jak kupcy, którzy z zyskiem zlikwidowali swoje interesy.
— Więc sądzisz, że nikt nas niepokoić nie będzie?
Straub z litością na niego popatrzył.
— Ależ ty jesteś naiwny! — zawołał. — Weź krzesło, usiądź i pójdź za moim przykładem. Jedz, pij i uważaj na to, co ci powiem.
Pidoux podszedł niechętnie, ale usłuchał. Przysunął krzesło do stołu, wziął skrzydełko kurczęcia i nalał sobie szklankę wina.
— Nie obawiaj się niczego. Ci panowie Marcilles nie są tak źli, za jakich chcą się wydać. Któżby nas miał niepokoić? Czyż ty znasz świat tak mało? Moje nauki widać nie na wiele ci się przydały. Związek między nami musi być nadzwyczajnie silny, skoro zgadzam się uzupełniać jeszcze twoje wychowanie które mi się nie udało. Twoje zachowanie się obecne ubliża mi i martwi. Przyznać się! przyznać się! powiadasz. Przyznać się jak pierwszy lepszy złoczyńca sterroryzowany przez straszaka na wróble! Obrócić w niwecz powodzenie sprawy tak świetnie obmyślanej, wykonanej z taką śmiałością! Okazać tak mało odwagi przy pierwszem spotkaniu się z nieprzyjacielem! Człowiek silny, człowiek, godny tej nazwy, walczy do ostatka, do śmierci, a jeśli go los zawodzi, upada i ginie mężnie, — rozumiesz? Jakaż to hańba czołgać się u stóp wroga, błagać go o litość, oddawać mu się na łaskę i niełaskę! — Mnie miałby kto niepokoić? Cóż znowu? Któżby się ośmielił? Wiem za dużo rzeczy... znam za wiele tajemnic... Ja jestem z tych, których się pozostawia w spokoju w ich schronieniu, lub dla których, w razie potrzeby, zmyśla się legendy, jakiś koniec imaginacyjny, jakieś samobójstwo, po którem samobójca ma się doskonale! Wszystko, czego od nich wymagać mogą, to tylko, aby się nie pokazywali, jeżeli skandal jest zbyt widoczny. My przeto znikniemy! I nie znajdą nas, bo nie zechcą nas szukać. Rozumiesz?
Pidoux nie rozchmurzał się bynajmniej.
— Panowie de Marcilles, rzekł, zapewne to wiedzą. I właśnie dlatego cię ztąd nie wypuszczą...
Uwaga była trafna. Straub umilkł.
Nagle Pidoux skoczył na równe nogi.
— Słyszysz? — zawołał.
Przypadł do posadzki i ucho do niej przyłożył.
Z dołu, z sal parterowych dochodził gwizd, jak gdyby wichru w kominie, w noc zimową.
Równocześnie dym — tym razem widoczny — lekki zrazu, potem coraz gęstszy przedostawał się do pokoju przez szczeliny posadzki.
— Czy nie przeczuwałem słusznie? — wyjąkał Pidoux, jak trup blady.
Niebezpieczeństwo było oczywiste.
Straub wstał z miejsca.
— Czyżby oni ośmielili się istotnie — szepnął.
A Pidoux wpadł we wściekłość. Stanął przed Straubem i krzyknął:
— Po cóż mieliby się z nami krępować? — Sam to przed chwilą powiedziałeś.
Nie brakuje ci przyjaciół w rozmaitych biurach i agencyach, rozporządzających życiem ludzi i ich wolnością! To przecież wiadomo, a ci panowie de Marcilles mają oczy otwarte. Oni wiedzą, że gdyby ci tylko dali swobodę, potrafiłbyś im się wymknąć i jeszcze im dokuczyć. Pomyśleli sobie zatem, jak baron Raynaud, który ma teraz kulę w brzuchu, że tylko umarli nie wracają. Ty wysłałeś Jana de Marcilles na męki do Cayenny, a on ci teraz przypieka skórę, odpłaca ci pięknem za nadobne. I spróbuj ztąd się wydostać teraz, ty, geniusz, który szydzisz z mego tchórzostwa! Wyłam to kraty! Zabierz z sobą tę walizkę z pieniędzmi barona i tej starej z Orgères. Uczyń to, jeśli potrafisz!
— A! — przerwał Straub z pogardą — jeśli mamy ginąć, to gińmy z godnością.
— Ale ja ginąć nie chcę! nie chcę! — krzyknął Pidoux oszalały z trwogi.
Nagle na widok rozpaczy Pidoux, Straub rozczulił się.
Wyciągnął do niego ramiona.
— Synu mój! zawołał.
— Nie nazywaj mnie tak — krzyknął Pidoux. Nie synem, lecz pachołkiem twoim, niewolnikiem byłem! A zresztą, cóż ja o tem mogę wiedzieć? Znałem tylko moją matkę, która zmarła w nędzy. Wziąłeś mnie potem do swej służby. Kazałeś mi spełnić zły czyn. Spełniłem go. Byłem zapłacony; teraz odpłaca nam za to kto inny. Musimy tu zginąć... w płomieniach... Och, duszę się!
Dym wzmagał się, ale zwolna, jakby podstępnie. Pożar, jeśli istotnie był wzniecony, postępował czołgając się, jak tygrys, który ma się rzucić na swoją ofiarę.
Pidoux podbiegł do okna i wsadził głowę w otwory szyb wykrojonych przez Strauba, aby zaczerpnąć powietrza.
Straub, bardzo pomieszany, usiadł znowu przy stole i wychylił jedną po drugiej dwie szklanki wina. Począł znów rozważać wszystko.
Sposób wymyślony przez braci Mareilles zdawał mu się teraz zupełnie logicznym.
Cóż mogło zależeć margrabiemu d’Aguilas na zamku Roissy?
Zwolna w myśli Strauba przesuwały się wszystkie szczegóły jego planu.
Najpierw zamieszkał na Polach Elizejskich w pobliżu barona Raynaud, swego wroga, męża hrabiny Heleny, z którą obaj bracia musieli być w porozumieniu.
Następnie, ścieśniając zakres swych operacyj wokół barona, mając równe mu siły, mając tyleż milionów do poświęcenia celem ukarania zbrodni, ile wydał baron na jej popełnienie, kupili Roissy, przenosząc się w ten sposób, rzec można, w sam obóz swego przeciwnika.
Walka trwała już teraz zaledwie dni kilka. Baron konał, śmiertelnie raniony a hrabia Jan odzyskał ukochaną kobietę, o którą ta walka się toczyła, a także i córkę. Mógł tryumfować.
Teraz nie pozostawało mu chyba nic innego, jak po zgnębieniu przewódcy. zniszczyć narzędzia, któremi on się posługiwał.
Aby ten cel osiągnąć użył najpewniejszego sposobu. Spaliwszy zamek Roissy ze wszystkiem, co zawierał, obaj bracia mogli spokojnie powrócić do la Plata, do tych krajów tak dalekich, że ujść tam było można przed wszelkiem ściganiem.
Zatem niebezpieczeństwo, którego się Pidoux tak lękał, było rzeczywiście groźnem i blizkiem. Katastrofa lada chwila nastąpić mogła.
Zimny pot wystąpił na czoło Strauba.
Pidoux zbliżył się znów do niego, jeszcze groźniejszy niż przedtem.
— Patrz — zawołał.
Z pomiędzy szpar posadzki wydobywał się teraz dym ze wszystkich stron a ten świst szczególny, który już przedtem zwrócił ich uwagę, stawał się coraz wyraźniejszy.
I nagle pomiędzy taflą marmuru, zdobiącą wysoki kominek i dębowem jego obramieniem, ukazał się mały płomień.
Pidoux, z włosami zjeżonymi na głowie, pochwycił Strauba za ramię i gwałtownie nim potrząsnął.
— Cóż ty na to powiesz? — wrzasnął.
— No, nic — odparł zimno Straub, — cóż chcesz, abym powiedział?
— Czego ja chcę? Rzuciłeś mnie w ten żar piekielny, więc mnie teraz ocal!
— Cóż ja mogę uczynić?
Skrzyżował ręce na piersiach i dodał:
Przecież sam jestem w tym żarze...
— Sam chciałeś tego!
Mały płomień począł lizać posadzkę. Pidoux przyduszał go nogą z wściekłością, lecz on na nowo z coraz większą siłą odżywał.
— Dopomóż-że mi! — krzyczał Pidoux.
— Na co się to przyda? — odparł Straub zimno.
A wtedy Pidoux wpadł w szał wściekłości. Ten spokój obelżywy Strauba przyprowadzał go do rozpaczy.
Porwał nóż ze stołu i zamierzył się na ojca.
— Nędzniku! — rzekł Badeńczyk zimno, — uderz więc! Nie zawahaj się nawet przed największą zbrodnią, przed ojcobójstwem! To zbrodnia, której jabym nigdy nie był w stanie popełnić.
Nóż wypadł z ręki szaleńca.
A tymczasem płomienie coraz liczniej i coraz silniejsze się wydobywały.
Pidoux z tą energią szału, który w dwójnasób zwiększał jego siły, porywał teraz meble, jedne po drugich i bił nimi, jak taranem w drzwi pokoju.
Ale drzwi były z mocnego dębu i silnie zaryglowane. Ani się zachwiały. Podruzgotane meble spadały napowrót na płonącą posadzkę.
Wówczas Pidoux pobiegł do okna i głosem szaleńca począł krzyczeć:
— Pali się ratujcie! Na pomoc!
Nikt się nie odezwał.
Straub z głową opartą na rękach, z łokciami na stole, ze wzrokiem sztywnym, z rozpaczą w duszy wobec zniszczenia swych marzeń, wściekły na siebie, upokorzony tchórzostwem niegodziwego syna, a zwłaszcza tem, że się dał pokonać, chociaż miał tyle środków obrony w ręku, patrzał bez ruchu na postępy ognia, który miał go pochłonąć.
Nagle, przez szczeliny okiennic, wydostało się olbrzymie światło, potężny wybuch czerwonych płomieni, objął ganek i cały fronton zamku. Równocześnie dał się słyszeć dziki krzyk, pierwszy, który świadczył o obecności żyjących istot w tym gmachu.
— Pali się! krzyczano.
Ogień, tlejący długo w pokojach, pogrążonych w ciemnościach, rozszerzał się zwolna i objął już teraz gmach cały.
— Pali się na pomoc! wołano.
Ale pomoc była daleko, tymczasem zaś pożar przybierał rozmiary straszliwe a zarazem wspaniałe.
Wspaniały też istotnie a zarazem przerażający był widok tego pałacu, ogarniętego ze wszech stron płomieniami, i rzucającego jaskrawe światło wśród cieniów nocy na lasy milczące i wsie we śnie pogrążone.
Wicehrabia Cezary przeprowadził swój plan mściwy w sposób prawdziwie mistrzowski. Oddaliwszy pod rozmaitymi pretekstami część służby, której nie był pewny, pozostał sam z tymi tylko, którzy mu ślep byli oddani. Został przy nim mianowicie Assunto, gotowy za nim w ogień skoczyć i Toussaint Vardon, który z zawziętością służył nienawiści swego towarzysza niedoli, hrabiego Jana. Oni to we dwóch dokonali wszystkiego.
Aby usunąć wszelkie podejrzenia o spekulacyę lub niedbalstwo i wzbudzić raczej współczucie niż oskarżenie, wicehrabia Cezary, z chwilą nabycia zamku, przestał opłacać asekuracyę zamku od pożaru.
Pożar ten zatem, niszcząc tę wspaniałą siedzibę, wyrządzał margrabiemu d’Aguilas olbrzymią i niepowetowaną szkodę.
Gdy z tarasy zamkowej rozległ się krzyk: Pali się! na pomoc! — krzyk z piersi Vardona, mulaci i inni służący, spożywający spokojnie kolacyę w kuchniach, wybiegli na dziedziniec. Równocześnie ukazali się teraz Jan i Cezar de Marcilles, wracający z przechadzki w parku i stanęli w zdumieniu wobec wspaniałości i grozy tej pożogi.
— Niech się nikt nie naraża!
Takie wydali hasło.
Hrabia Jan miarkował gorliwość nadbiegłej służby, która nie znając przyczyn tego dramatu, chciała się rzucić do ratunku.
Wszystkie zresztą wysiłki byłyby daremne. Wody brakowało i ludzi była zbyt mała garstka, aby opanować mogła pożogę, która teraz wzrosła do najwyższej potęgi.
Oparty o pień drzewa hrabia Jan patrzył ze ściśniętem sercem i drżeniem na te ostatnią scenę dramatu, rozpoczętego w Marcilles.
Nagle doszedł jego uszu dziki, rozpaczliwy krzyk z wewnątrz płonącego gmachu.
— To zbyt straszne! mruknął hrabia Jan i zwracając się do brata szepnął:
— Trzeba ich ocalić!
Assunto, który stał obok i dosłyszał te słowa, odrzekł tonem ironicznym:
— Ocalić ich, tych zbójów? Już nawet sposobu niema...
Cezary ściskał rękę wahającego się brata.
— A twoje skazanie? — przypomniał z cicha. — A siedm lat wygnania?
— Przestań przestań! — prosił Jan. — To rzecz straszna. My nie mamy prawa...
— A jakież prawo mieli oni? To byli nędznicy... My z innej krwi jesteśmy... Bądźmy ludźmi... miejmy litość...
— Przypomnij-że sobie ślub w kościele Saint Philippe du Roule!... — dodał jeszcze Cezary.
Hrabia Jan wzdrygnął się na to wspomnienie. Fala krwi uderzyła mu do głowy.
Zawahał się chwilę.
Wtem dał się słyszeć ponowny krzyk rozpaczy.
Jan spojrzał na swoich towarzyszy.
— Nie chcecie iść? — spytał. — A więc ja pójdę sam na ich ratunek.
I rzucił się naprzód.
— Zapóźno! rzekł Cezary.
Istotnie w tejże chwili krzyki ustały. Snopy płomieni i iskier strzeliły wysoko w powietrze. Sufity pierwszego piętra z trzaskiem zwaliły się i zasypały gorejące sale parterowe.
Jan de Marcilles wstrzymał się przerażony.
Skończone było już wszystko. Żadna istota żywa nie mogła już wyjść z tego pogorzeliska. Płomienie przeżerały ostatki ścian i belek sufitów, wspinały się wysoko na szczyt dachu.
Baron Raynaud, leżąc niemal konający na swem wspaniałem łożu, mógł widzieć łunę czerwieniącą okna jego pokoju i mógł się domyślać, jak straszna kara spotkała jego spólników.
Łuna ta jaskrawo oświetliła całą okolicę. Zewsząd spieszyły straże pożarne na ratunek. Ale zastały już tylko dymiące zgliszcza. Nie było już nic do uratowania.
O Strauba i Łazarza Pidoux nikt się nie zatroszczył, ani nie zapytał. Podobnie jak Cabirol, nie mieli oni nikogo z rodziny, któryby chciał podejmować jakiekolwiek poszukiwania.
Pidoux był synem służącej kawiarnianej, która zmarła przed wielu laty. Straub, jeśli miał jakich krewnych w Badeńskiem, nie znał ich nigdy, a ponieważ zmienił nazwisko, oni nie mieli pojęcia o jego istnieniu. — Znajomi, po kilku tygodniach, gdy się nie pokazywał, przyszli do przekonania, że zapewne miał powody, aby dobrowolnie zniknąć z widowni.
Dzięki tym wszystkim okolicznościom, hrabia de Marcilles, a raczej margrabia d’Aguilas i brat jego mogli spokojnie, bez przeszkody opuścić Roissy.
Przybywszy do Paryża, hrabia poruczył swój pałac przy ulicy d’Antin, opiece dozorcy Sauvagnat za sutem wynagrodzeniem; poczem udał się do Nantes, gdzie oczekiwała go z upragnieniem Helena z córeczką.
W dwa dni później wsiedli wszyscy na okręt, należący do Towarzystwa „Messageries maritimes“ i popłynęli w świat daleki.
W wigilię dnia tego Toussaint Varden udał się do la Hutte-aux-Biques, aby pożegnać się z przyjaciółmi.
Mela Rivolard przygotowywała wtedy właśnie śniadanie. Szymon z głową ukrytą w dłoniach, siedział przy kominie w zadumie.
— Przyszedłem się pożegnać — rzekł Vardon, wchodząc. — Jedziemy.
— Jakto? już?
— Nic nas tu teraz nie zatrzymuje.
Szymon spojrzał na niego, chwiejąc głową.
— To prawda — rzekł. — Napracowaliście się tutaj porządnie. Baron ledwie dyszy, a obiegają pogłoski, że i panienka jest na skończeniu.
Toussaint przerwał:
— Nie mówmy już o tem! — zawołał.
— Ha, jeśli chcesz — odparł obojętnie Szymon. — Ale to wy podpaliliście zamek? co?
— Prosty wypadek — zaprotestował Vardon. — Z niewiadomej przyczyny wybuchł pożar....
I żywo dorzucił:
— O tem pomówimy jednak później. Teraz co innego mam na myśli....
— Cóż takiego?
— Czy chcecie jechać z nami razem, tam, daleko?
— Mela zbliżyła się do rozmawiających i spytała:
— Czy istotnie życzyłbyś sobie tego?
— Sprawiłoby mi to przyjemność.
— A matka?
— Powiedziałem już, że los jej będzie zapewniony. Będzie mogła zająć domek w Roissy, obecnie pustką stojący, a prócz tego mam przy sobie dokument, zapewniający jej dożywotnią rentę w kwocie 1800 franków rocznie.
Stara w ręce klasnęła z uciechy.
— To nawet za dużo.... istotnie za dużo... — mruknęła.
— Tyle wam dają, więc bierzcie. No, a ty, Szymonie?
— Szymon pojedzie, jeżeli ja zechcę — oświadczyła „Rzymianka“ — Tam on stanie się innym człowiekiem.
— A ty, czy zechcesz?
Mela odpowiedziała z niezwykłem u niej wzruszeniem:
— Tak, jeżeli ty sobie tego życzysz, Toussaint. Może i ja stanę się tam inną kobieta... Łatwiej to przyjdzie, gdy nic brakować nie będzie. Zobaczysz.
Vardon uścisnął ją za rękę.
— A zatem rzecz postanowiona — rzekł. Oto na koszta podróży — dodał, dając Meli znaczną kwotę pieniędzy.
W trzy tygodnie potem, Rivolardowie, jako zamożni emigranci wsiadali na okręt w Saint-Nazaire, dążąc do la Plata.
Tymczasem w zamku Varenne, baron Maksym Raynaud walczył między życiem a śmiercią. Lekarze odpowiadali wymijająco na zadawane im pytania.
Marcela leżała w ciągłej gorączce, dręczona przywidzeniami i marami sennemi. Czuwał nad nią bezustannie margrabia de Parsay, śledząc niespokojnym wzrokiem każdy jej ruch i wyraz jej wychudłej twarzy.
W trzy tygodnie po opisanych wypadkach, trybunał w Mayenne odbywał swe posiedzenia i p. Cezary Bazouges przewodniczył rozprawom majestatyczny i pychą nadęty.
Dnia pewnego woźny urzędu telegraficznego przyniósł pisarzowi sądowemu, Atanazemu Besnou, depeszę. Przy odczytywaniu jej twarz p. Besnou zajaśniała taką radością, że to nie uszło uwagi obecnych.
Adwokat Petitbon podszedł do swego przyjaciela p. Besaou i zapytał:
— Musiałeś otrzymać nowe, dobre wiadomości?...
Besnou mrugnął oczami, skinął potakująco głową i odrzekł:
— Zobaczysz... dziś wieczorem.
Petitbon, znający sprawę, rzucił ironiczne spojrzenie na prezydenta, zaśmiał się, co wywołało niezadowolenie pana Bazouges. Przywołał natychmiast adwokata.
— Zdaje mi się — rzekł głosem podrażnionym — że to ja jestem powodem tego śmiechu...
— Ależ panie prezydencie...
— Zauważyłem jednak...
— Co pan zauważył, panie prezydencie?
— Szczególniejsze jakieś zadowolenie.
— Rzeczywiście jestem bardzo kontent.
— Czy byłoby niedyskrecyą zapytać o powód tego zadowolenia?
— To pana zbliska interesuje, panie prezydencie.
— Mnie?...
— A tak.
— Zgoła nie rozumiem.
— Znane mi pańskie poczucie sprawiedliwości, będzie także z pewnością zadowolone, gdy pan się dowie, że wielka, przed laty popełniona omyłka sądowa, będzie teraz powetowana...
— Omyłka? Jaka omyłka?
— Olbrzymia.
— Co pan mówi? Gdzie? W jakim sądzie?
— W tutejszym.
— Jakto? niedawno?
— Tak i nie. Przed siedmiu laty.
Prezydent aż podskoczył na swoim fotelu.
— Cała prawda została odkryta, ustalona.
Bazouges odetchnął. Przecież nie o sprawę Marcilles mogło tu chodzić, ponieważ hrabia Jan, jak wiadomo, zginął.
Uśmiechnął się swobodnie.
— Przyjdzie pan dzisiaj wieczorem do nas, mecenasie — rzekł uprzejmie. Moja żona będzie bardzo rada...
— Nie omieszkam korzystać z łaskawego zaproszenia, — odparł z ukłonem adwokat.
— Mam nadzieję — dodał prezydent — że powie mi pan wtedy, jaka to olbrzymia niesprawiedliwość została wykryta i ma być powetowana...
— Ależ oczywiście, panie prezydencie.
Rozprawa szła dalej swoim torem, ale prezydent przysłuchiwał się jej z widocznem roztargnieniem. Coś go niepokoiło. Widział, jak owa depesza, którą p. Besnou otrzymał, przechodziła z rąk do rąk znajomych pisarza sądowego i że ktokolwiek ją odczytał, okazywał zdumienie i zwracał zaraz wzrok ku niemu. Twarz prokuratora, nieprzychylnie dlań usposobionego, rozjaśniła się po odczytaniu depeszy szczególniejszą radością.
Co to być mogło? A w dodatku ta data lat siedm!
To właśnie data procesu hrabiego Jana, rok zbrodni, spełnionej w Orgères, która nieraz przychodziła na pamięć panu Bazouges.
Pomimo bowiem ostrożnego milczenia braci Besnou, i chociaż oni w najściślejszej tajemnicy przeprowadzali swoje poszukiwania, prezydent wiedział, że w opinii publicznej nastąpił zwrot przychylny dla nieszczęśliwego skazańca. Przyszło mu też na myśl, że w okolicy, w której wielkie sprawy sądowe rzadko się zdarzają, omyłka owa, którą adwokat Petitbon nazwał olbrzymią, mogła chyba tylko odnosić się do zbrodni w Orgères.
Im bardziej rozważał, tem silniej myśl ta wbijała mu się w mózg. Czuł to oddawna, że jest niepopularny, miał tego liczne dowody; to też widząc zadowolenie na twarzach adwokatów i swych podwładnych, nie mógł się oprzeć złym przeczuciom.
Po skończonej rozprawie, nie mogąc się powstrzymać, zbliżył się do pana Besnou.
— Proszę na słówko — rzekł z obleśnym uśmiechem.
— Jestem na rozkazy.
— Wyświadcz mi pan, proszę, pewną usługę...
— Ależ najchętniej... O co idzie?
— Powiedz mi pan, jaka to nowina, którą sobie z ust do ust podawano w sali.
— Doprawdy, nie śmiałbym powiedzieć panu prezydentowi...
— Ależ ja proszę pana o to!
— Kiedy bo to — bąkał Besnou, wieszając swoją togę na szaragach — kiedy bo to idzie o jedną z ofiar pana prezydenta...
— Moich ofiar? — powtórzył Bazouges z udanem zdziwieniem, lecz opanowany obawą. — Co pan przez to rozumie?
— Niech pan prezydent raczy sobie przypomnieć…..
— Nie byłem nigdy dla nikogo katem...
— A jednak...
— Ubliża mi pan...
— Widzę, że będę musiał wprowadzić pana prezydenta na właściwą drogę...
— Bardzo proszę.
— Przypomina pan sobie wielką sprawę zbrodni w Orgères...
— Orgères... Orgères... bełkotał p. Bazouges.
— Tryumf pana prezydenta...
— Hrabia de Marcilles?..
— Właśnie.
— On zginął.
— Tak pan sądzi?
— Przecież to oddawna wiadomo.
— I ja tak sądziłem...
— A teraz?
— Zmieniłem przekonanie.
— Co pan mówi?
— Jestem tak przekonany, że żyje, jak byłem przeświadczony o jego niewinności.
— I cóż jest powodem tej zmiany?
Pan Beznou zamiast odpowiedzi podał mu telegram.
— Niech pan prezydent przeczyta, rzekł krótko.
Pan Bazouges pochwycił depeszę i zbladły z przerażenia, czytał: „Okręt nasz zawinął szczęśliwie do Buenos-Ayres. Jesteśmy bezpieczni. Do szczęścia brakuje nam tylko powrotu do ojczyzny. Liczymy na pańską przyjaźń, że nam to ułatwisz. Serdecznie wdzięczny: Jan de Marcilles“.
Prezydent trzymał depeszę w ręku i odczytywał ją ciągle.
— Ależ, panie Besnou ozwał się, to mistyfikacya?
— Czyżbym się ośmielił....
— Wszak to nieprawdopodobne.
— Istotnie.
— Więc hrabia był we Francyi?
— Bawił tu czas jakiś.
— W jakim celu?
— Najpierw, aby odzyskać żonę....
— A potem?
— Aby zgromadzić dowody swojej niewinności....
— I te dowody?
— Ma je, a raczej, one są u mnie w depozycie.
— Jakież to dowody?
— Pewne, niezaprzeczone.
— To być nie może!
— Czy pan prezydent życzy sobie, abym mu je przedstawił?
— Ależ w takim razie — bełkotał pan Bazouges, jak nieprzytomny, ja jestem zgubiony.... okryty śmiesznością....
— Ha, nie chciałeś pan nas słuchać, posłałeś na wygnanie niewinnego człowieka.... Trzeba teraz ten błąd naprawić.
— Ale w jaki sposób?
— Dopomagając mi rehabilitować hrabiego Jana, oświadczając, że wprowadzono pana w błąd....
— Mój panie! — zawołał pan Bazouges, prostując się dumnie, dopóki nie będę miał pozytywnych dowodów, uważam hrabiego Jana de Marcilles za winnego zbrodni.
Pan Besnou zaśmiał się głośno.
— Przekonasz się pan, panie prezydencie, a sądzę, że nie zechcesz się upierać wobec oczywistości. Zapewne pan nie wie, że baron Raynaud jeśli już nie umarł, to dogorywa. Dostał kulą w piersi...
— Co pan mówi? Baron Raynaud...
— Tak, panie prezydencie. Winowajców należało szukać nie w Marcilles, lecz w Combiers. Ale miliony barona przysłoniły panu oczy. Zawsze łatwiej podejrzewać ubogich, niż bogaczy. Jan de Marcilles był ubogi; to była jego jedyna zbrodnia i srodze ją odpokutował...
— Pan wspomniał o jakichś winowajcach w liczbie mnogiej...
— Oczywiście. Przecie pan prezydent nie przypuszcza, aby taki milioner, jak baron Raynaud, sam brał się do mordowania. On tylko opłacił łotrów nikczemnych, którzy się tego podjęli...
— Ależ, mój panie, zastanów się, co mówisz. Z jakiego z powodu taki baron Raynaud miałby...
— Zapomniał pan o zasadzie: szukaj kobiety. Tą kobietą była w tym wypadku hrabina Helena. Baron Raynaud zapałał ku niej gwałtowną namiętnością. Na przeszkodzie był mąż. Potrzeba go było skompromitować, zgubić, zabić... To też uczyniono, a raczej starano się uczynić. Na szczęście jednak hrabia Jan ocalał...
— Ależ to są romanse! próbował zadrwić Bazouges.
— To jest życie, szanowny panie, odparł Besnou. Zresztą proszę to odczytać.
To mówiąc podał mu broszurę, drukowaną pod tytułem: „Rewizya procesu de Marcilles“.
Memoryał ten był krótki, ale jasny. Po krótkiem streszczeniu faktów, przyczem unikano oskarżenia barona Rayuaud, którego wpływy mogłyby utrudnić sprawę, przytoczono zeznania winowajców, Cabirola i Łazarza Pidoux, stwierdzające w sposób niewątpliwy niewinność Jana de Marcilles.
Prezydent Bazouges trząsł się cały.
— I cóż pan zamierza uczynić, kochany panie Besnou? zapytał.
— Spełnię obowiązek. Hrabia Jan pragnie powrócić do ojczyzny z podniesionem czołem. I to stać się musi.
— Ależ w takim razie ja będę skompromitowany, okryty śmiesznością! Co czynić? Radź mi pan...
— Ha, rada trudna. Niech pan prosi o przeniesienie na inną posadę, gdzieś daleko... Sprawi pan tem niewymowną radość swemu przyjacielowi, prokuratorowi...
Na tę złośliwą uwagę pan Bazouges rzucił mu jadowite spojrzenie i już go pożegnał.
I tegoż jeszcze wieczora, usiadłszy przy biurku, napisał podanie do ministeryum o przeniesienie swe na inną posadę, co też w krótkim czasie nastąpiło.
W sześć tygodni potem ułaskawienie Jana de Marcilles było podpisane i zarządzona rewizya całego procesu.
Tymczasem w zamku Varenne panował ciągle smutek i przygnębienie.
Słynny chirurg, który leczył barona, na zapytanie margrabiego de Parsay, odpowiedział:
— Będzie ocalony — ale dla niego lepiej byłoby, gdyby nie żył. Sztuka lekarska może mu przedłużyć życie, ale to życie będzie odtąd nędzne i bolesne. Zresztą — dodał — nie trzeba tracić nadziei. Natura czasem cuda sprawia. W każdym razie za życie barona ręczyć można.
Marcela Raynaud długi czas walczyła ze śmiercią, prawie ciągle nawiedzana przywidzeniami i zmorami, które ją dręczyły. Lecz młody organizm odniósł wreszcie zwycięstwo. Dnia pewnego margrabia de Parsay zastał ją siedzącą w fotelu, bladą, wymizerniałą, ale radośnie uśmiechniętą. Wyciągnęła ku wchdzącemu ramiona, a gdy margrabia się zbliżył, zarzuciła mu je na szyję.
— Tobie zawdzięczam życie!... szepnęła — z tobą odtąd pragnę je dzielić....
W dwa lata później w zamku Mareilles zgromadziło się całe grono dawnych przyjaciół.
O południu, po śniadaniu, hrabia Jan przechadzał się z żoną w tej samej alei parkowej, gdzie niegdyś w ów wieczór fatalny, Cabirol za chłopa przebrany, przybył, aby go zawezwać do chorej ciotki, do Orgères.
Na tarasie zamkowej, wicehrabia Cezary trzymał na kolanach półtoraroczne dziecko, które uśmiechało się, wyciągając rączęta ku swojej, stojącej opodal siostrzyczce, Gabryeli.
— Czemże ty będziesz, chłopaku? — mówił żartobliwie wicehrabia do swego bratanka.... Trzymaj się dzielnie, prosto, ty, przyszły margrabio d’Aguilas, hrabio de Marcilles.... I w życiu idź zawsze prostą drogą....
— Zboczenia z niej kosztują zbyt wiele.... — dodał zbliżając się Atanazy Besnou, który już nie był pisarzem sądowym, lecz zajmował się administracyą dóbr swych przyjaciół, którym tyle usług oddał bezinteresownie.
W tejże chwili jakiś powóz zajechał przed gmach zamku. Z powozu wysiadł wysoki, barczysty mężczyzna.
— Czy zna pan tego gościa? — zapytał pan Besnou Cezarego.
— Nie... chociaż.... zdaje mi się, że go gdzieś, kiedyś widziałem.
Przybyły wszedł i skłonił się.
— Jestem margrabia de Parsay — ozwał się — i pragnąłbym pomówić z panem i bratem pańskim.
Wicehrabia wprowadził go do salonu i przywołał brata.
Krystyan był w żałobie, Zająwszy miejsce pomiędzy obu braćmi, ozwał się:
— Wybaczcie panowie, jeżeli moja wizyta nie będzie wam miła, ale sądziłem, że to mój obowiązek.... Baron Maksym Raynaud umarł przed trzema miesiącami....
— Wiem o tem — rzekł hrabia Jan.
— Jestem jego zięciem od lat dwóch i byłem przy śmierci barona. Przed skonaniem wyznał on mi wszystko. Już przed tem, Marcela, zanim zgodziła się wyjść za mnie, odkryła mi część prawdy, to jest to, o czem mogła wiedzieć. Otóż przychodzę panom złożyć podziękę, żeście byli tak delikatni i raczyli ocalić przed kompromitacyą, cześć rodziny, która stała się moją. Cześć ta była w waszych rękach....
Po chwili ciągnął dalej z coraz większem wzruszeniem:
— Otóż przyrzekłem baronowi, w chwili jego śmierci, że w jego imieniu będę panów prosił o przebaczenie i zapomnienie. Byliście panowie wtedy jeszcze w Ameryce. Czekałem na powrót panów, aby wam podać dłoń moją, dłoń nieskalaną niczem. Byliście panowie okrutnie dotknięci.... Dość już jednak nieszczęść. Po cóż przekazywać dzieciom naszym nędzę nienawiści?
Obaj bracia powstawszy z miejsc wyciągnęli ku niemu ramiona. Uścisnęli się serdecznie, a uścisk ten był jakby pieczęcią zamykającą cały szereg namiętnych uniesień występków i zbrodni.