Hrabia Monte Christo/Część I/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas
Tytuł Hrabia Monte Christo
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Comte de Monte-Cristo
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.
WIECZÓR ZARĘCZYNOWY.

A raczej dalszy jego ciąg.
De Villefort, jak to zaznaczyliśmy już, po wydaniu rozkazu uwięzienia Dantesa, udał się do domu swej narzeczonej, gdzie zastał jeszcze biesiadujących, których, odchodząc, przy stole również pozostawił. Ta zmiana nastąpiła jedynie, że przeszli oni do innych salonów, w których podano kawę.
Renee i całe towarzystwo oczekiwało go z wielką niecierpliwością, powitany więc został ogólnym okrzykiem radości.
— No i cóż, ty, pod siłą piorunujących słów którego padają głowy, cóż ty, podporo kraju, ty, Brutusie rojalistów? — Co nam przynosisz?
— Czy nie jesteśmy czasem zagrożeni znowu jakim teroryzmem?
— Czy potwór korsykański nie wydostał się wypadkiem z sieci?
— Racz mi wybaczyć, pani markizo — przemówił de Villefort, nie odpowiadając na wszystkie te pytania — że zmuszony byłem opuścić towarzystwo. Sprawa była jednak dosyć poważna. I dzięki niej, jeszcze muszę cię prosić, panie markizie o łaskawe udzielenie mi na osobności paru słów rozmowy.
— Oho! widzę, że to istotnie coś ważnego — odezwała się markiza, spoglądając na zachmurzone czoło Villeforta.
— Rzecz jest do tego stopnia poważna, że zmuszony jestem prosić państwa, abyście mi dali wolność na parę dni.
— Muszę — dodał do Renee się zwracając.
— Jakto! opuszczasz nas pan? — zawołała Renee, nie mogąc ukryć wzruszenia, na tę wieść niespodzianą i przykrą.
— Niestety, muszę!
— I gdzież się udajesz? — zapytała markiza.
— Jest to tajemnica stanu, której nawet pani wyjawić nie mogę. Jeżeliby jednak kto z państwa miał jakie polecenie do Paryża, to proszę o nie, jeden z moich przyjaciół tej nocy jeszcze tam wyjeżdża i chętnie załatwi co potrzeba.
Goście spojrzeli po sobie.
— Chciałeś mówić ze mną, Villeforcie? — zapytał markiz.
— Tak jest i proszę o przejście do gabinetu pańskiego.
Markiz wziął wtedy de Villeforta pod rękę i wyszedł z nim razem.
— Cóż tam takiego? — zapytał markiz, gdy zasiedli już wygodnie przy ozdobnem biurku — słucham.
— Sprawy nader ważne powołują mnie do Paryża. Lecz pozwolę sobie zapytać przedtem, czy pan ma jakie papiery krajowe?
— Ależ cały mój majątek mam ulokowany w papierach państwowych.
— A zatem niech je pan sprzeda natychmiast, gdyż inaczej straci pan wszystko. Niech pan siada i pisze bezzwłocznie polecenie do swego ajenta giełdowego, z tem, by sprzedawał za każdą cenę. A teraz, prosiłbym o list do króla.
— Do króla?
— Tak jest.
— Ależ ja bym się nigdy nie ośmielił na pozwolenie sobie pisania wprost do Jego Królewskiej Mości.
— Nie wymagam tego od pana. Proszę jedynie, byś napisał do pana Servieux, by ten wyrobił mi audjencję natychmiastową u króla.
— Czy nie dosyć na to adjutanta prywatnego Jego Królewskiej Mości, który ma zawsze wstęp Tuillieries i za pośrednictwem którego, czy w dzień czy w nocy, mógłbyś być postawiony przed obliczem Najjaśniejszego Pana?
— Tak, ale jabym pragnął dla siebie samego zachować zasługę dostarczenia wiadomości, z jaką przybędę. Może zechce pan to zrozumieć, panie markizie? Pan adjutant zepchnie mnie na drugi plan i dla siebie zabierze korzyści, jakie ja mieć mogę z tej podróży. Powiem panu, panie markizie, że karjera moja będzie zapewniona, jeżeli tylko pierwszy przybędę z wieścią, z którą jadę. Wyświadczę tem bowiem taką przysługę królowi, że mi jej nigdy nie zapomni.
— W takim razie, mój drogi, zbieraj coprędzej papiery, a ja zawołam pana Servieux i poproszę go o napisanie listu, który ci otworzy wszystkie zamki.
— Doskonale, proszę tylko o pośpiech, gdyż za kwadrans muszę już wyjechać.
— Każesz zajechać przecie przed swoje mieszkanie?
— Raczy też pan markiz wytłumaczyć mnie przed panią markizą i przed panną de Saint-Meran. Wyjeżdżam pełen żalu, że uczynić to muszę w dniu tak dla mnie uroczystym.
— Poproszę je obie tu do gabinetu, to będziesz mógł się z niemi pożegnać.
— Dziękuję tysiąckrotnie.
Markiz zadzwonił i dał rozkaz lokajowi.
— Powiedz hrabiemu Servieux, że go proszę tutaj do siebie. A ty, panie de Villefort bądź zdrów tymczasem. Dowidzenia.
— A więc uciekam i wracam natychmiast.
Wybiegł pośpiesznie, lecz natychmiast się spostrzegł, że gdyby jego, prokuratora królewskiego, spostrzeżono na ulicy pędzącego tak szybko, — całe miasto mogłoby być zaalarmowane; przybrał więc zwykłą postawę, a chód urzędowo poważny, gdy w drzwiach spostrzegł cień — jakby widziadło białe, oczekujące nań niemo i bez ruchu.
Była to piękna córka katalońska; nie mogąc zdać sobie sprawy, co się z Edmundem stało, — wymknęła się o zmroku ze swej osady, aby się osobiście czegoś dowiedzieć o przyczynach aresztowania kochanka. Za zbliżeniem się do Villeforta, cień ten oderwał się od ściany i stanął na samem przejściu.
Dantes mówił prokuratorowi o swej narzeczonej, Mercedes zatem nie potrzebowała nawet wyjaśniać swego imienia, by być przez Villeforta poznana. Zdziwiła go tylko istotnie królewska postać i dostojność tej dziewczyny, to też gdy się zapytała, co się z jej Edmundem stało? — uczuł, że on jest w tej chwili obwinionym, ona zaś sędzią.
— Człowiek, o którego pytasz mnie pani, jest wielkim przestępcą, — odrzekł de Villefort, siląc się na największą powagę — nic zatem dla niego uczynić nie jestem w stanie.
Na słowa te — Mercedes odpowiedziała łkaniem, a gdy Villefort starał się przejść — ponownie zastąpiła mu drogę.
— Gdzie on jest? — to powiedz mi pan przynajmniej. Niech wiem, czy żyje, czy umarł już dla mnie?
— Jest to tajemnica stanu; zresztą — nie jest on już pod moją władzą.
Że zaś wzrok przenikliwy i błagalna postawa Mercedes wyprowadziła go z równowagi, odtrącił więc ją i poszedł, zatrzasnąwszy drzwi za sobą, jakby pragnął odgrodzić się od pozostałej za drzwiami boleści. Boleść wszelako tak łatwo nie odchodzi, przylega do człowieka, jak rana śmiertelna, o której Virgiljusz wspomina.
Villefort szedł do domu zupełnie na duchu złamany, a gdy przyszedł nareszcie do siebie, — zaledwie mógł ustać na nogach; westchnienia, do jęków podobne, rozsadzały mu piersi; cały drżący rzucił się na krzesło.
Pierwszy raz w tem sercu zrodziło się nasienie śmiertelnego cierpienia, jakby posiew śmierci. Człowiek, którego swej dumie poświęcił, człowiek niewinny, który ponieść miał karę za postępki jego ojca, stanął mu przed oczyma, z obliczem bladem i groźnem, jak widmo i jak sumienie. Rana, jaką Villefort otrzymał nie dawała się zabliźnić; krwawiła.
Gdyby w tej chwili łagodny głos Renee zabrzmiał w jego uchu, proszący go o przebaczenie; gdyby piękna Mercedes weszła, w chwili tej dusznej męki jego i rzekła: „w Imię Boga, który patrzy na nas — wróć mi narzeczonego“, niewątpliwie to czoło tak posępnie zmarszczone wygładziłoby się, a zlodowaciałe dłonie wyciągnęłyby się, by podpisać rozkaz uwolnienia Dantesa, bez względu na wszelkie, jakie by stąd wyniknąć mogły następstwa.
Żaden jednak głos nie przedarł panującej ciszy, zaś drzwi otworzyły się wtedy dopiero, gdy lokaj przyszedł z wieścią, że konie pocztowe już stanęły przed domem.
Villefort wstrząsnął się i powstał rzeźko, jak ten co wyszedł zwycięsko z walki wewnętrznej, pobiegł do swego sekretarza, zebrał do kieszeni wszystko złoto, jakie znalazło się w szufladzie, spojrzał błędnym wzrokiem po pokoju, potarł czoło, powiedział jakichś parę wyrazów bez związku, wreszcie, gdy mu służący włożył płaszcz na ramiona, — wyszedł, skoczył do powozu i rozkazał się wieźć na ulicę Grand Cours, do państwa de Saint-Meran.
Nieszczęsny Dantes nieodwołalnie już został skazany.
Zgodnie z obietnicą pana de Saint-Meran oczekiwały Villeforta, w gabinecie męża i ojca — markiza i Renee. Zadrżał, ujrzawszy narzeczoną, bo się znów lękać zaczął, że prosić zacznie za Dantesem. Ale obawy te były płonne. Renee pamiętała o tem jedynie, że jej narzeczony odjeżdża.
Kochała Villeforta, a on odjeżdżał, w tej samej nieomal chwili, gdy miał zostać jej mężem!
Renee przeto, gdyby nawet pamiętała o Dantesie — oskarżałaby raczej Dantesa, że to dzięki niemu narzeczony jej odjeżdża, aniżeliby miała się nad nim litować!
Inaczej było z Mercedes.
Biedna Katalonka spotkała Fernanda, gdy wracała z biura de Villeforta; spotkała go, bo Fernand nie opuszczał jej ani na moment, dążąc wszędzie w jej ślady. Mercedes powróciła do domu umierająca z rozpaczy. Rzuciła się na kolana przed świętym obrazem, a rozpaczliwe szlochy wstrząsać zaczęły jej piersią.
Tak przebyła noc całą, lampa zgasła w końcu, a ona nawet nie spostrzegła ciemności, nadszedł dzień, a ona nie widziała go również. Boleść rzucała na jej oczy zasłonę, po przez którą tylko Edmunda widziała, — straconego już dla niej na zawsze.
Taką miała noc Mercedes, po dniu swych zaręczyn.
Co do pana Morrela, to ten nie ustawał w zabiegach nie uważał jeszcze sprawy za przegraną.
Dowiedział się, że jego starania pozostały bez skutku, a nawet, że Dantes został uwięziony. Robił więc teraz wszelkie zabiegi u swych przyjaciół, piastujących wyższe urzędnicze godności. Był u każdej ważniejszej figury w Marsylji, był u każdego, co jakiekolwiek mógł mieć wpływy... Lecz już się rozeszła pogłoska, że jego protegowanego aresztowano za współudział w bonapartystowskim spisku... z tej przyczyny zabiegi pana Morrela były wszędzie przyjmowane ozięble i lękliwie. Nawet najzuchwalsi uważali za marzenie niepodobne do urzeczywistnienia, aby Napoleon mógł kiedykolwiek powrócić do władzy.
Caderousse zdawał się być również bardzo udręczonym. Nie robił on żadnych zabiegów, jak Mercedes i pan Morrel, lecz niemniej o Dantesie pamiętał i jego losem trapił się. Byłby bardzo szczęśliwy, gdyby tak mógł naprawić zło wyrządzone, nie leżało to jednak w jego mocy, więc zamknął się w swoim pokoiku z dwoma butelkami wina. Dwie butelki okazały się ilością zbyt nikłą, ażeby zagłuszyć mogły wyrzuty sumienia.
Jeden tylko Danglars nie doznawał udręczeń i był najzupełniej spokojny. Owszem — był wesoły, ponieważ się zemścił, a następnie, że zajął miejsce usuniętego.
Danglars należał do rzędu ludzi rachunkowych, którzy się rodzą z notesem i ołówkiem, zamiast serca.
Danglars przeto, po dniu dobrze, bo korzystnie dla siebie, spędzonym, położył się do łóżka najspokojniej i zasnął, jak człowiek, mający czyste sumienie.
Villefort nie spał, siedząc w pocztowej karecie — jechał po karjerę do Paryża.
Ojciec Dantesa umierał z boleści.
Z Edmundem już wiemy, jak się tej nocy działo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.