Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem/Tom II/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem
Podtytuł Opowiadanie historyczne z XII wieku
Data wydania 1878
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron



VII.



W gospodzie pod Wrocławiem letniego wieczora pełno było, gwarno i szumno. Po nawałnicy wielkiéj deszcz padał od godzin dwu, więc ktokolwiek tędy jechał z miasta czy do miasta zajeżdżał się schronić pod szopę, bo się rychło rozpogodzenia spodziewano.
Po skwarze długim ulewa ta przyszła na ludzi jak błogosławieństwo, przynosząc z sobą woń drzew i traw odświeżonych, odżywione powietrze, trochę chłodu i jakby wiosenne tchnienie.
Cieszyli się nią wszyscy, ci nawet co od niéj przemokli i ci których siano na pokosach leżało, a najwięcéj ci którym w podróży dokuczył upał i pył gościńca.
Stary Mikuł, żona jego Samicha, stary gęślarz wędrowny znowu się tu znaleźli, jak przed rokiem, tylko nie tak milczący i zaspani. Był i kmieć ów Tychon powracający znowu z Wrocławia, nie z przewodu ale z targowicy, było innych ludzi wielu, rycerskiego zawołania kilku, czeladzi różnéj dość, kupca tylko żadnego, bo od tego czasu jak książę Władysław wziął się do wojny przeciw braciom, Rusi i Połowców naściągawszy, nie ważyli się z żadną kupią do Wrocławia bezbronni handlarze, których siła po drogach Połowcy pozabijali i z mienia poodzierali. —
Gościnny dwór we Wrocławiu przy rynku pustował dawno, a w bramach stróże spali nie mając od czego brać opłaty.
Wśród tego tłumu, podzielonego na gromadki, dawny nasz znajomy otyły, rumiany, rubaszny Ojciec Maur znajdował się także, przyczekując rychłoli deszcz ustanie, wyglądając coraz przeze drzwi, bo mu ciżba ta niesmakowała, i nie miał się z kim rozgadać, gdyż po większéj części w gospodzie prości ludzie byli.
Ten i ów przyszedł go milczący pocałować w rękaw i odchodził odebrawszy błogosławieństwo.
Wtém od słoty obmokły jezdny jakiś, opończą okryty, zbrojny dobrze, na koniu podbiegł do drzwi i począł wołać gwałtownie, aby mu parobcy konia wzięli, bo sam już z niego zsiadał. — Widać po nim było podróż długą i pospieszną. Na koniu i na nim pyłu było dosyć osiadło, który deszcz zmienił w błoto. Suknie miał poszarpane, a wpatrzywszy się dostrzedz było można na odzieży jego ślady strzał i cięć, jakby z niedawnéj walki wyniesionych.
Młoda twarz acz zmęczona, ożywiona była jakąś radością promienistą, w głosie jego brzmiała wewnętrzna pociecha.
Wszedł na próg, okiem rzucił w głąb na ludzi, a tuż mu się i Ojciec Maur nawinął. Ten się z ciekawością prawie natrętną zbliżył do niego.
Podróżny go witał a mnich przypatrując mu się wołał.
— Ale na Boga wielkiego — ja was znam! Gdzieżeśmy się to widzieli? bo, nie pamiętam!
— I ja nie wiem! odparł podróżny — może we Wrocławiu za innych czasów, gdy tam nasz Palatyn Petrek tak jak panował. — Wszak pewnie od Świętego Wincentego jesteście, ojcze?
— Pewnie! Zkądżebym był? To zgadnąć łatwo! Jeśliśmy się gdzie widzieli na tym świecie, to nie gdzieindziéj tylko około Opactwa, koło którego my jak pszczoły koło ula brzęczemy.
W tém uderzył się Ojciec Maur w czoło.
— Ale! czekajcież! Nie pamiętacie? Tu w téj gospodzie, zjechaliśmy się ze starym Zaprzańcem jednego wieczora! Nie wy to byliście?
— Jam był — przypominam sobie, odezwał się podróżny.
— Od tego czasu wody dużo upłynęło! zawołał ksiądz.
— O! i krwi! dodał podróżny.
To mówiąc obejrzał się do koła i w głąb gospody, kędy ludzie stali zbrojni, trochę nieufném mierząc ich okiem. Mnich przypatrywał mu się, badał go wzrokiem pilnym i coś poszeptywał.
W tém na gospodzie, gdzie ciżba była narodu wszelkiego, wszczął się gwar wielki, zaczęli mu się przysłuchiwać oba.
Tychon kmieć głośno prawił, ręce powkładawszy w kieszenie.
— A mnie tam co do tego kto nad nami będzie panował? Ten czy drugi zawsze ze skóry drzéć będzie, bo nasza kmiecia skóra na to jest. Im mniéj tych co jéj potrzebują, tém ona calsza. Jak nam książę Władysław jeden królować będzie, a resztę wyżenie precz, tém ci lepiéj. — Choć odetchniemy, póki małe książątka nie podrosną.
Drudzy patrzali na kmiecia koso, ten prawił śmiało.
— Jakby i tych Biskupów, klechów i mnichów, dodał wskazując na Ojca Maura, przetrzebili trochę, a mniéj się ich zostało, nie szkodziłoby to kmieciom nic. — Mruknął ktoś z kąta, wszyscy słuchali w milczeniu, ale ramionami ruszano.
— Ino na Ojców nie mówcie nic — odezwał się jeden, jest z nich korzyść bo rozumu i Pana Boga uczą, drzewa i zioła sadzą, sieją zboże nowe, i rzemiosła zaprowadzają.
— Jakby my wprzódy za dziadów naszych — odezwał się rozochocony kmieć ani Boga ani rozumu nie mieli. A im i za Pana Boga i za to co uczą płacić trzeba, dziesięcinę dać, służby odprawiać, stróże posyłać, ba i —
Tu głową dziwnie pokręciwszy, rozśmiał się i nie dokończył.
Niektórzy mu, zrozumiawszy go głośnym śmiechem odpowiedzieli.
— E! e! zawołał drugi od stołu, prawcie wy sobie co chcecie. — Pogany nam kraj zalały, zjedli nas i stratowali, te chrząszcze czarne, co ledwie ludzką twarz mają. Wojna! niechby nasz pan wojował ze swojemi, a to — wszelkiego paskudztwa nawiódł, że się nam trupami i popieliskami ziemia zasłała. Niemcy gdy najadą, złe i dzikie, Węgry gdy przyjdą, okrutne, Czechy, choć naszą mowę mają, jak zwierz nas żrą i szarpią, ale ci co ich tu teraz licho nagnało, gorsi od tamtych wszystkich — stado wilków wściekłych i głodnych. —
— Wszyscy oni jednakowi, odparł Tychon, tylko że oto dziś tego plugawstwa więcéj, gorzéj nam dojada. — A kiedy się to skończy!
— Hę! Nie bójta się, odezwał się jeden ze zbrojnych, skończy się to rychło, da Bóg. Nasz książę Władysław dopiero rozpoczął, jeszczeście nie kosztowali co on wam gotuje. — Połowy tego nie było co będzie, — ale potém — odpoczniecie!
— A! Chryste broń! zawołał Mikuł ręce podnosząc do góry.
— A toć was stłukli na miazgę pod Pilicą — odezwał się ktoś z tłumu, uciekaliście wy i książę jak myszy przed kotem, nie bądźcież butni!
— Co za dziw że nas pobili pod Pilicą? krzyknął jeden ze zbrojnych. Ziemianie księcia zdradzili, ich ile jest wszyscy zdrajcy, z książęty trzymają. — A czemu? Bo książątka młode jak zechcą za nosy wodzić będą, a naszego starszego księcia i Agnieszki nie potrafią. Toć młodych wolą; zamiast coby oni panowali, ziemianie im będą przewodzić!
— No, a godziż się to, przerwał jeden z gromady, mieszczanin z Wrocławia, ażeby po królu nieboszczyku jeden zabierał wszystko, a drugim nie dał nic? Gdzie to kto widział aby starszy brat młodszych ograbiał i wypędzał?
— Albo co? przerwał Tychon — a małoż się tego widziało? Kto siłę ma ten dusi, swat czy brat, choćby rodzony ojciec, jak się nie obroni won iść musi!
Niechby małe książątka sobie jechali za siostrunią do Niemców — nam tuk[1] i jednego dosyć. — Wojnaby się skończyła.
— Pewnie że skończyłaby się — dodał jeden ze zbrojnych. Nasz pan jéj nie winien, opuścili go wszyscy i obcemi musi własne dziedzictwo zdobywać. —
— Ani on je będzie widział! zawołał ten co wprzódy mówił o porażce pod Pilicą. — Pobili was raz, pobiją dziesięć razy. Nie zawojujecie tych ziem! Któż z wami? Sami obcy, — księża Biskupi i ojcowie na was, bij, zabij, juści oni wiedzą gdzie sprawiedliwość!
— Eh! zawołał żołnierz. — Biskupy i mnichy pójdą z tym kto zwycięży. Oni do wojny niezdatni, my się ich nie bojemy.
— Na! na! przerwał towarzysz pierwszego, zbrojny także — to nieprawda. — Ho! ho! mają oni czary wielkie i siły w rękach — więcéj mogą niż pułki całe. Czyżeście to nie słyszeli, co było niedawno, ksiądz wyszedł na pagórek, ino ręką machnął, sotnie się powaliły na ziemię jak kosą podciął.
— Że oni coś znają, to pewna — potwierdził Tychon, który między rozprawiającemi rej wodził. Znają wiele i są czarnoksiężnicy. — Z niemi się zadawać niezdrowo!!
W tém z ciżby ktoś zawołał.
— A jakże tam było pod Pilicą? dużo natłukli?
— Natłukli dosyć — rzekł żołnierz — i rozbiegło się i porozchodziło dużo. A co to ma do tego? Teraz już wszystko naprawione. Było kilka tysięcy tych czarnomazów, teraz jest ich chyba kilkadziesiąt. Ćma niepoliczona.
Gród za grodem się poddają — ino jeden jeszcze podobno został. Jak ten weźmiemy, wojna skończona, książąt niestanie, a Ojcowie księża nam się pokłonią.
— Jakiż to tam gród się trzyma? zapytał inny?
— Poznań! rzekł zbrojny.
Gdy się tam rozmowa toczyła przerywana śmiechami i wykrzyknikami, Ojciec Maur słuchając jéj po troszé, że mało rozumiał, odciągnął na bok przybyłego.
— Prawdaż to co ci ludzie tam plotą? zapytał.
I widząc że podróżny się zawahał, dodał zaraz.
— Przedemną wy mówić możecie, wiecie że my wszyscy Petrkowi jesteśmy słudzy, z księciem Władysławem nie trzymaliśmy nigdy i — da Bóg, trzymać nie będziemy. Prawdaż to że pogaństwa ćmy płyną znowu?
— A, prawda! odparł młody spokojnie, ale one płyną i rozpłyną się. Rozbiją się o Poznań jak fale o skałę!
— Gród że to tak mocny? zapytał Mnich.
— Mocen ci jest! — dodał młody, ale tém że ma w sobie ludzi mocnych. Arcybiskup Gnieźnieński i wszyscy panowie Biskupi z nami. Jadę po ks. Janika.
— A u nas prawią, że Władysław już wszystkie ziemie opanował, i że nadziei wybawienia od niego niema.
Podróżny wzgardliwie ruszył ramionami.
— Tak to wygląda dla tych, co bliżéj rzeczy nie baczą — rzekł. Książę Władysław, prawda, owładnął wielą zamkami, a że mu bracia ustępowali na Poznań ciągnie, ale tam go koniec czeka.
Mnich spojrzał niedowierzająco.
— Hej? hej? czyżby tak było? pewnali?
— A cóż w życiu ludzkiém pewnego? odparł wzdychając młody. Mówię wam co ludzie rozumni i poważni twierdzą — więcéj nie wiem. Co Bóg da, on jeden świadom.
— A wy? jedziecie po ks. Janika?
— Tak jest.
W izbie zaczynali się ścierać, ci co byli za księciem Władysławem, z temi co za młodszemi książęty ciągnęli, kłócić się już gotowali, a Tychon się śmiał.
— Dajcież pokój, trutnie — wołał ze swą butą kmiecą — a co wam potém czy jeden czy dwu panować będzie? byle wam kury niosły i pszczoły miód dawały, krowy się cieliły i na owcach wełna rosła? Nie wasza sprawa ani ich kochać, ni ich nienawidzieć? Byle wojna ustała, kto z niéj wyjdzie cały, mnie wszystko jedno. Książę Władysław zostanie? pokłon mu biję, będzie Bolko, padam na twarz przed nim, dadzą mi Mieszka? i ten dobry. Żaden poradlnego nie daruje. Co innego gdyby żadnego nie stało!! Hej! hej!
Potakiwało mu wielu, bo im się najrozumniejszym wydawał. — Ojciec Maur słuchał usiłując zrozumieć i niecierpliwiąc że nie wszystko pojmował.
Tymczasem deszcz nie ustawał jeszcze.
— Nie wiecie tam, ojcze, zapytał młody podróżny, co słychać o pani Petrkowéj?
— Tylko tyle że gdzieś bezpieczna siedzi w mysiéj jamie — rzekł ksiądz. Nasz Opat, który wielkim jéj przyjacielem jest, spokojny o nią, pewnie jéj dobrze być musi. A wy, o Petrku nie wiecie?
— Owszem, z książęty jest razem, a, choć mu oczy wydarto, widzi, choć język urzezano, mówi!
Ojciec Maur ręce złożył.
— Cud Matki Boskiéj! zawołał. — Cud prawy! A nie dla czego innego Bóg nad nim miłosierdzie miał, tylko że naszego Ojca Benedykta reguły klasztorów tyle fundował... Za to mu płaci niebo. Ale jestże tak istotnie? Mówcie? Widzieliście go sami?
— Jako was widzę, ojcze mój — rzekł podróżny. Wypłynęło oko jedno, drugie cudem ocalało, język ucięty służy mu, mówi nim. —
O. Maur stał w zachwyceniu.
— Relikwie miał przy sobie tak szacowne, dodał — jakich nikt nie posiada! One mu wyjednały opiekę i ocalenie cudowne.
— I jak on cudem ocalał — odezwał się młody podróżny, tak my cudem nad Władysławem [i] jego sprosnemi tłumami zwycięztwo odniesiemy wielkie.
— Amen! Amen! dokończył Mnich. Wojna ta i nas już kosztuje dużo. Klasztorów kilka złupili poganie, kościołów popalili niemało, braci naszych brodatych poginęło wielu!
Deszcz powoli ustawać zaczynał. Do stojących we drzwiach zbliżył się ciekawy gęślarz, przypatrując się im, podsłuchując i dopominając jałmużny. Poznawszy księdza po sukni wnet się cofnął, bo między śpiewakami ludowemi, sprawiającemi jeszcze jakby rodzaj potajemnego kapłaństwa, a duchowieństwem nigdy zgody nie było. Gnano tych ludzi, podejrzanych o gusła i czary precz, pozbywano się ich zewsząd. Mimo to żadne wesele, chrzest, pogrzeb nie obszedł się bez tego, aby się tam nie wkradł choć jeden guślarz, i nie odprawił cicho jakiegoś obrzędu, nie odśpiewał pieśni, nie wziął należnéj daniny.
Od czarnéj sukni Mnicha, gęślarz jak przestraszony, pierzchnął zaraz na stronę i usiadłszy na ławie zdala, brzdąkać nawet po strunach przestał.
Gwar się wzmagał w gospodzie, po piwie rozgrzani wszyscy prawili i opowiadali o tém co kogo bolało. —
Jeden gromadzie opisywał, jak z sioła nad gościńcem uchodził.
— Widziałem ich sam na własne oczy moje — prawił, tych pogan z za morza. Lud mały, ogorzały, śniady, włosa czarnego, ślepia wpadłe jak u kreta, nosa mało co, gęby dużo, zęby ostre białe, a choć to szataństwo drobne i wątłe się zdaje, mocne jak żelazo. Kożuch ma ledwie wytarty na grzbiecie, łuk i strzały, kawał noża krągłego, konie małe jak żaby — ale sunie się tego jak mrowia, jak gąsienicy i gdzie to przejdzie zje, spali, stratuje że źdźbła po sobie nie zostawi. A żrą bestyje nawet padło. Jak naszli Osowiec, z którego kto żwawszy uszedł na błota i lasy, jak tam pół dnia postali, nie było i kołka w płocie. Kościół złupili, księdza obwiesili, dzieci z kolebek powyrzucali i pognietli — a gdy odciągnęli nikt swéj chaty miejsca nie odszukał. — Czego zabrać nie mogli to spalili... i poszli daléj. —
Milczeli słuchający, grozą przejęci.
— A dobrze wam tak! zamknął zbrojny człek. Po co ziemianie panu naszemu Władysławowi opór stawią? Po co? Albo pan zły?
— Taki jak i drudzy, wtrącił Tychon, bo oni wszyscy do siebie podobni, ta tylko między niemi różnica, że jeden co się objadł odpoczywa, a ci co głodni więcéj jedzą. — Ja sytych zawsze wolę!
Mikuł rozdając piwo ciągle powtarzał:
— Aby już temu raz koniec był!
Słota się nareszcie kończyła, deszcz coraz drobniejszy przekrapiał, niebo miejscami odsłaniać zaczynało, strzepnął opończę swą młody, zabierając się na koń wsiadać, mnich téż wyjrzawszy, do odjazdu się sposobił.
Ten i ów z gromady szedł do koni, gospoda się wypróżniała. Na młodego podróżnego, rycerskiéj postawy, którym, jak się czytelnicy domyślą łatwo, był Jaksa nasz, dwaj zbrojni książęcy ludzie, zaczęli spoglądać ciekawie, szepcząc coś pomiędzy sobą. Odzież i broń wydawała się im snadź podejrzaną.
Ten już się wybierał jechać, gdy oni téż za nim wyszli do swych koni, i, co rychléj na nie powsiadali. Jaksa właśnie na siodło skoczył.
— A wy to zkąd? zapytał jeden z żołnierzy.
— A wam to na co? odparł Jaksa.
— Bo my jesteśmy ludzie książęcy, którzy straż sprawiamy wedle grodu.
— Toć, ja go wam przecie sam jeden nie opanuję! odparł szydersko Jaksa.
— A cóż tu robicie? badał natrętnie się podsuwając, starszy.
— Czyż to już ziemianinowi swobodnie po gościńcu jechać niewolno? spytał Jaksa.
— A no! a no! wołał żołnierz, musi się przecie przed strażą wywieść, kto i co jest. Jam tu dziesiętnikiem. Teraz ziemianie różnie trzymają, oko na nich trzeba mieć.
Jaksa się już nie oglądając na nich i nie odpowiadając, ruszył z miejsca — ale, oba żołnierze tuż przy nim jechać zaczęli.
— Nie powiecie coś zacz? pytał dziesiętnik do konia się przysuwając.
— Jadę do miasta, w mieście się opowiem, nie na gościńcu — zawołał Jaksa gniewnie.
Popatrzał na ich konie, jakby chciał obrachować czy od nich ujść potrafi. Szkapy mieli dość liche i pomęczone. Koń Marka był téż drogą podbity, ale silnych nóg i bardzo skorych chodów.
Nagle więc wśród rozhoworu wyprzedzać ich zaczął nieznacznie. Skoczyli za nim truchta nawołując.
— Stój tam! Słysz! Stój!
— Stójcie sobie, ja wam nie broni — zawołał Jaksa. Ja uczynię co mi się zda, bo słuchać was nie potrzebuję.
W tém konia ostrogą spiął i popędził. Żołnierze za nim. Ale znać było od razu że oni mu nie podołają.
Słysząc tę żwawą rozmowę, co było w gospodzie patrzeć się wytoczyło. Jaksa kłusował już bardzo spiesznie, dwaj zbrojni gonili go, konie ćwicząc napróżno. Jednemu z nich szkapa nad miarę chłostana znarowiła się, ogonem merdać poczęła ze złości, stuliwszy tylne nogi, a przedniemi hece wyprawiać i dęba stawać.
A im ją zajadléj siekł, tém uporniéj stała; drugi tymczasem na towarzysza nie zważając, wysworował się naprzód i pędził. Pogoń była osobliwego rodzaju, bo koń żołnierza zmęczony ledwie się na trucht mógł zebrać. Jaksa zaś swego nie puszczając czwałem, na siodle się zwrócił twarzą do goniącego, kłusował powoli śmiejąc się i odsadzał się od niego coraz daléj, choć nie bardzo spieszył. Tamten zaś klął a klął i swojego podjezdka i uparte zwierzę, które towarzysza jego w miejscu trzymało.
Zebrał się nareszcie na tęższego kłusa, gałęź ułamawszy aby konia nią okładać, ale na wyciągniętego jak Jaksie niestać go było, i Marek coraz się bardziéj oddalać począł. Wóz téż Ojca Maura, wyjechawszy z pod gospody, rączo ruszył gościńcem, bo miał spasłe konie klasztorne.
Tychon, którego żołnierze do pogoni chcieli zabrać, ani myślał się ruszać.
— Albom głupi! wołał — wolę powracać do domu! Na gościńcu mnie do pogoni brać nikt nie śmie, okrom księcia samego. Co mi tam!
Jaksa w dali coraz znikał, nareszcie za wierzby nade drogą się skrył. Tyle go widzieli.
W gospodzie śmiechu było pełno. Guślarz wyszedłszy na próg, stał i brząkał coś a mruczał jakby podśpiewywał sobie.
Zbliżył się do niego jeden podpiły, i klepiąc go po ramieniu, rzekł śmiejąc się.
— No — a wy, starowino, co myślicie, kto u nas będzie na wierzchu?
Guślarz począł wahać głową, palce po strunach biegały mu coraz żywiéj.
— Sokół i sokolicha długo wróble jedli — począł podśpiewywać sobie, nie patrząc na pytającego, — jedli i latali górą! Aż się wróble zbiorą kupą, za sokołem lecą, to ten dziubnie, to ów dłubnie, pióra z niego miecą. A gonią a gnają. — Co się sokół zwróci, to wróbel upada, ale cztery stada, gromada nielada. Już i kruki z niemi, pędzi cała chmara! Sokół mdleje, siada, wróbli, kruków mnogość leci, dziubią oczy, skubią skrzydła. — Wróble poczęły, skończyły kruki, rozerwały na sztuki, na sztuki! Krucy lecą, kości świecą. — —
Ludzie słuchając pokiwali głowami, guślarz pobrzdąkał jeszcze, na ławę siadł, głowę spuścił. Szeptano cicho. —
— Byłby Sokół cały, gdyby nie Sokolicha!
Na drodze nie widać już było Jaksy, dojeżdżał do wrót grodowych, stróże w nich stali. Zwolnił sobie kroku, wlókł się pomaluteńku noga za nogą. Dojechawszy do bramy, gdy stróże przepytywać wstali, konia spiął nagle, przez wrota skoczył i minął ich. Zerwali się za nim wołając, ale już przepadł kędyś między chałupami, ani śladu! Kie licho! Kie licho! Pokiwali głowami i usiedli!
Jeden drugiego łajać począł.
— Tyś winien. — Tyś się zagapił. — W tém nadjechali społem już oba zmęczeni pogońce.
— Jechał tędy konny?
— A juściż. —
— Kimże się opowiadał?
— Końskim ogonem — odparł jeden ze stróżów z gniewem, tyleśmy widzieli go co nam pod nos zamiótł chwostem.
Cóż robić było? Ziewnęli u wrót stojący, zaklęli i siedli.
Jaksa tymczasem już do biskupiego dworu się zbliżał, a tu, nie czekając aż mu otworzą, z konia zsiadłszy do furty walił. Co trzy razy uderzył, to stanie i czeka. Za drugą trójką otwarto wrotka, wpadł przez nie, konia ciągnąc za sobą. — Zamykać! zawołał — a spyta kto? mówić, nikogo nie widzieliście. —
Opasły stryjaszek witał już w podworcu synowca i ściskał go ciesząc się. Razem coprędzéj szli do ks. Janika.
Biskupowi wojna już srodze była dojadła. Księży mu wybijała jak muchy, dziesięciny zagrabiała, mnożyła niepokój, zły téż był na nią, bo i na łowy trudno się było wychylić.
Zobaczywszy tu Jaksę znowu, uląkł się ks. Janik.
— A pocóżeś tu głowę przyniósł? zawołał.
— Musiałem! odparł Jaksa, was ztąd wyciągnąć mi kazano.
— A jaż tam po co? odezwał się ręce składając ks. Janik. Mało ich tam jest i nie wiedzą sami co czynić? jeszczem ja im potrzebny, który od nich nie więcéj wiem!
— Jako ono jest to jest, odezwał się Jaksa, ks. Pasterz Gnieźnieński pilno was do siebie do Poznania powołuje. Z tem jadę.
— A ja mu tam do czego?
— Biskupów potrzeba jak najwięcéj, odezwał się Jaksa, aby ich powaga siły nasze poparła. Sam ks. Arcybiskup wybiera się do obozu. —
Biskup podniósł oczy do góry. —
— Daj Bóg abyśmy mu cokolwiek pomogli — westchnął. Wojna to z ludźmi co ani Boga ani sług jego nie szanują. Myśleliśmy gdy się nam poszczęściło pod Pilicą, że temu już będzie koniec. Niezbożni dwakroć większe siły zebrali i poszli brać grody, i pobrali jedne po drugich. — A nas szczupła gromadka!
— Nas dużo, ojcze kochany, począł Jaksa ręce jego całując. Wszystko się tak składa że gdzie oni tryumfu się spodziewali, tam zgubę znaleść muszą. Odbiegną Władysława wszyscy, gdy ujrzą że Bóg go opuścił, gdy Arcybiskup klątwę nań rzuci uroczystą.
— Gdzie? jak? kiedy! spytał ks. Janik.
— We własnym jego obozie, wobec jego ludzi — mówił Jaksa — tak jest postanowiono.
Ks. Janik zadumany, milczał.
— Więc mnie tam żądają? rzekł po chwili.
— Z tém tu przybyłem, począł Jaksa wesoło. Do samego Wrocławia chwytali mnie po drodze, nie mogąc pochwycić. — Oto dzięki Bogu stoję u celu, a teraz gdy suknię waszego sługi przywdzieję i z wami nazad jechać będę, już mi się nic stać nie może.
Ks. Janikowi twarz się powoli rozjaśniała.
— Powiedz mi co o naszym Petrku? Jak mu jest?
— Mężny jako żaden, cierpliwy jakom nie widział nikogo — odpowiedział Jaksa. — Wszyscy go tam jako męczennika czczą, albowiem się nim stał i odmienił a stał prawie innym, świętym człowiekiem. Modli się i w duszy pogodę ma, jak gdyby z tego co mu się przygodziło, cieszył. —
Mówili jeszcze, gdy po rączym chodzie i jasnym głosie, poznał Biskup nadchodzącego Starostę Rogera. Zwrócili się ku drzwiom wszyscy. Wszedł raźno, wesół i śmiejący się jakby walną bitwę wygrał. Biskup patrzał nań gdy mu ręce całował, nie pytając a czując że sam zaraz spowiadać się zacznie.
Jakoż Starosta głowę podniosłszy, wnet mówił.
— Wasza Miłość jużeście i nieciekawi i zkąd jadę?
— Owszem, czekam abyście mi waszą wesołą twarz tłumaczyli.
— Jadę od Mikowa i od Jerzego z Głogowa — zawołał Roger. Prawda żem się im i kłaniać i modlić i nogi całować musiał, alem naostatek ich obu pozyskał. Jerzy zamku nie poda! nie! Mików będzie trzymać z nami i ta dzicz pogańska padnie, rozlezie się jako gąsienice po ulewie w błoto wsiąkając. — Będziemy górą!
A obejrzawszy się na Jaksę. —
— Ty zkąd tu! Jakso? zawołał.
— Ztamtąd gdzie, maluczko a wszystko się rozstrzygnie — rzekł uśmiechnięty Marek.
— I widziałeś kochanego pana mojego?
— Jak was widzę!
Roger skoczył ku niemu. —
— A mówże, mów, jak on jest? Padłli? znękan? przybity? Zwątpił? Chory czy zdrów?
— Tak jak wy w miłosierdzie Boże ufa — mówił Jaksa, i wesół jest jak wy, i powiada że cały wzrok odzyska, gdy Kaima z ziemi wyżeniemy. —
— A że bezbożnik wygnany być musi! okrzyknął Roger wielkim głosem, to tak pewne jest jak że Bóg na niebie! Jam na jedno okamgnienie ani zwątpił ni się uląkł! W powrozach ich, w więzieniu, pod groźbami śmierci, śmiałem się i radowałem zwycięztwu! Jak ono przyjdzie? zkąd? Spadnieli z niebios, wyrośnie z ziemi, nie wiem; ale wierzę w nie jak w Boga wierzę.
Biskup Janik przejęty, uściskał go.
— Mówi pismo iż wiara góry przenosi, nie wiem, może ta twoja wiara uparta, którą ja naganiałem nieraz, zwycięztwo przeniesie na stronę naszą. — Ale prawdaż to że Mikowa zyskałeś, że Jerzy z tobą!
Roger palce złożył jak do przysięgi.
— Opierał się Juraś, rzekł — bał się Mików, pókim ich nie poruszył wstydem, nie ubłagał prośbami; nie pokazał że sromemby się okryli gdyby nie pomścili zbrodni na Petrku dokonanéj, na tym panu, który w sercu nieboszczyka króla pierwsze miał miejsce, który ziemie nasze wielekroć wybawił, który je kościołami okrył, klasztorami zasiał, murami odział, a bronił sprawiedliwości przeciw bezprawiu. —
Jaksa z poszanowaniem ujął Rogera za długo wiszący rękaw zwierzchniéj sukni i kraj jego pocałował w milczeniu. —
— Bóg niech wam nagrodzi! szepnął cicho.
— Nie mnie nagrodzi on, przerwał Starosta, ale tego pana, męczennika, którego tryumf oglądać będą oczy nasze! Sprawa Petrkowa sprawą Bożą, a Władysławowa szatańską.
Zapalił się tak Roger, aż Biskup znak mu dał ażeby się miarkował.
Mówić zaczęto o innych grodach, do których książę Władysław rozesłał gońców, aby się na gwałt mu poddawały. Radzono jak je obronić. Biskup mniéj miał odwagi, wiedząc jak ogromną przestrzeń ziem zalewały posiłki Władysławowe. Jeden prawie Poznań pozostał już w rękach młodszéj braci.
Roger się tém nie trwożył. —
— Co odpadło powróci! mówił — dosyć mieliśmy panowania krwi i ognia — ostatnie to konanie jego!
Biskup, który się zrazu zdał wahać z podróżą, teraz gdy pomyślał, że na koń siąść będzie mógł, a ciągnąc kawał drogi lasami, może i zwierza zobaczyć i sokoła gdzie spróbować — odżył nieco i naglić począł sam. —
Jaksa rad był zbiedz jeszcze do Komorowa, ale mu na to czasu dać nie chciał ks. Janik, zaraz nazajutrz wybierając się do Gniezna, rozkazując aby konie miano w pogotowiu, ludzi mu dobrano i dwór, sakwy, psy i ptaki.
Z małym bardzo orszakiem puścić się w drogę nie było można, bo, choć od wszelakiéj napaści duchownego suknia i krzyż bronił, Połowcy dzicy na nie nie zważali. Trzeba było gotować się aby w razie napaści jednéj z kup, które się po kraju wałęsały samopas, skutecznie się jéj obronić. Dla Biskupa taka przygoda wstrętliwą nie była, rycerski duch jego, który suknia przygniatała, rad był być zmuszonym do życia obrony i dobycia bodaj oręża, którego mu, zwykłego czasu nosić nie było wolno.
Sprawy Biskupstwa zostawały przy Archidyakonie Robercie, reszta psów i sokołów na opiece pana brata, któremu opasłość z miejsca się ruszać nie dozwalała. Co miał żwawszego ludu ks. Janik, wszystkim nazajutrz hasło dano, aby z końmi gotowi byli do pochodu. Wszyscy téż długo między parkanami zamknięci, rozkazowi byli radzi. —
Na zaraniu odprawiło się nabożeństwo, konie pod kościołem już prychały gotowe, czeladź mnoga kręciła się około progu. Dzień był piękny i świeży po deszczu wczorajszym.
Jaksa wdziawszy dworską barwę, wmieszał się do biskupiego orszaku. Wyjeżdżającego Biskupa, żegnał Opat z Benedyktynami, przeprowadzał Starosta Roger, który na Szlązku pozostać musiał, aby tę ziemię dla młodych książąt zachować.
Jechali tak do wrót miasta, u których straż stała jak wczora. Przed Biskupem pokłonili się pokornie, ale jeden z nich podniósłszy nieco głowę, Jaksę zobaczył i poznał. Potrącili się łokciami.
— Ten sam jest! szepnęli — Biskupi sługa!
Letnia podróż na dziarskim koniu, komuby nie była do smaku? Biskupowi téż czoło się zaraz wyjaśniało, gdy powietrzem wolném odetchnął i okiem sięgnął ku sinym lasom. Chwalił Boga w cudownych dziełach jego, w krasie letniego poranku pełnego wonności świątecznych i blasków tęczowych.
Lecz daléj jadąc zasępiało się czoło. Przerzynali okolice któremi przeszła już wojna, a po niéj naówczas nie pozostawało nic — popiół tylko i kości!
Wśród lasów zabiegły im drogę gromady ludzi głodnych, na wpół nagich, wycieńczonych, żyjących grzyby i jagodami leśnemi lub pochwyconém zwierzem — prosząc o chleba okruchy. Gromady te trupów żywych płakały po spustoszonych siołach swoich, a gdy je minęli, długo jeszcze jęk ich gonił za niemi i w uszach się odzywał...
Gdzie przepłynął ów strumień śmierci, tam i liści na drzewie nie pozostało; w wielu miejscach gorzały lasy, płonęły wyschłe łąki, świeciły dogorywające stogi, chmurą czarną dym się nad puszczami kłębił, płowemi płomieniami poroździerany.
I gdy ciągnęli drogą padały podpalone sosny obsypując ich iskrami, zwierz spłoszony wybiegał stadami przelękły, zmięszany pospołu, żubry, łosie, sarny, wilcy, — bo płomię gnało za niemi.
Drugiego dnia już tylko czarne, zwęglone przebywali zgliszcza, z których kruki się zrywały, ogryzujące kości białe, zwierza i ludzi. —
W dali czasem mignął im mały oddział jakichś ludzi, i chował się w gęstwinę.
Poobalane leżały krzyże, pospalane i poryte cmentarze, na rzekach mosty były powywracane, pustynia smętna wszędzie, a nad nią to niebo wiekuiście pogodne, jasne, wesołe, które straszy jak nielitościwy wyrok, nawet łzą nieskropiony.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – tu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.