Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem/Tom I/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem
Podtytuł Opowiadanie historyczne z XII wieku
Data wydania 1878
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron



X.



Petrek u ognia siedział w izbie swéj, gdy mu o gościach znać dano. Jechała pod wrota gromada jakaś znaczna, a nikt powiedzieć nie umiał, kto oni byli? Wiedzieli wszyscy że ludzie musieli być dostojni!
Kupa jezdnych, łowczych, psów, czeladzi stała już u wrót samych dworca i trąbiła, aż się rozlegało. A trąbili też jakoś dziwnie, nie tak jak druh i człek równy, ani tak jak człek mały a pokorny, nawet nie tak jak ks. Janik, gdy bywało z sobą Petrka na łowy wyzywa. Trąbili jak pan na pachołki swe, rozkazująco, gwałt czyniąc we wszystkie rogi, i nie bojąc się gniewu Palatyna. Aż powybiegała cała służba i koniuszowie a nakoniec i młody Światosław wyjrzał. — Ten, gdy stojących u wrót zobaczył, pędem pobiegł do ojca, a wrota kazał coprędzéj na oścież otwierać. —
Gromada się w nich zatrzymała, i trąbiła ciągle na schwał, nie wjeżdżając w podwórze, trąbiła aż się hen, na miasto trwogą rozlegało.
Dziwowali się, zbiegając wszyscy, Petrek biegł prędko, kożuch na siebie zarzuciwszy i przypadł do kolan siedzącego na koniu pana, witając go jak poddany jego, pokornie.
— Miłościwy panie a ojcze! zawołał, nie czyńcież mi téż sromu, gdyście na progu, zajedźcież do sługi swego, nawrócić ludziom każcie! Niech się konie najedzą, niech się czeladź pańska napije, ty, panie spocznij! Proszę a proszę!
Książę Władysław był bardzo dobréj myśli. —
— Koniom nie czas jeść, ludziom nie trzeba pić, ja nie chcę spoczywać! Każcie tu tylko wynieść kubek, abym za zdrowie wasze go wypił — a siadajcie sami na koń, na łowy ze mną! Czas! czas! szkoda takiego czasu! Pojedziesz Petrek ze mną, i ty i łowcy twoi, i psy i wszystko.
Zawahał się nieco Palatyn, coś go w serce kolnęło, jakby sztyletem! Poco cię pan chce brać z sobą? On co się niedawno gniewał, co tak bardzo teraz na ciebie łaskawy?
Obejrzał się po łowczych towarzyszących panu i nieprzyjaciela głównego między niemi nie zobaczył, mężnym téż był, trwogi po sobie okazać nie chciał.
— Petrek! na koń! słyszysz! powtórzył książę wesoło...
— Koń i ja pójdziemy z miłością waszą na koniec świata — odparł Palatyn — ale, wstąpcież choć na próg mój, abyście mi serce ojcowskie okazali. Nieboszczyk rodzic wasz nie jeden raz bywał i zasypiał u mnie, chlebem sługi swojego nie gardził.
Zawahał się coś książę, i pochylił do ucha Petrkowi. —
— I wjechałbym i jadł i spał z wami — szepnął, a no wrogów macie co was oskarżają. Gdybym u was sprawiał gody, mówiliby na mnie, żeście ujęli sobie księcia a odwrócili go... Jedźno ze mną, jedź, na łowach w lesie gdzie drzewa jeno słuchają, lepiéj się rozmówić niż we dworze, gdzie ściany uszy mają, a okna gęby. Nie zsiądę do was, ty wsiądź do mnie.
Petrek wiedząc, że go nie zmoże, skinął na Ochmistrza swego, ten, choć mu nie rzekł nic, zrozumiał wszystko. Wnet Światosław stanął na miejscu ojca z głową odkrytą, za uzdę podtrzymując konia książęcego. — Petrek poszedł podpasać się, wziąć kołpak, oręż i sokoła. Konia swego prowadzić kazał i dwudziestu łowczym, psiarzom, naganiaczom, stanąć a psy prowadzić co najlepsze.
Książę ciągle na koniu siedział. — W tém z otwartych wrót począł wypływać jakby uroczysty pochód jaki. Przodem Ochmistrz z laską złoconą w ręku, za nim rzędami dwiema czeladź Petrkowa postrojona, na misach i deskach malowanych, na tarczach nawet niosąc kubki, jadła, napoje, chleby. Koniuszowie na płachtach szkarłatnych dźwigali obroki dla koni, w kubłach kowanych nieśli wodę, tak że książe nie zsiadając mógł na siodle posilić się, napić, a koniom dać przetrzeć zęby i ugasić pragnienie. —
Z twarzy pańskiéj widać było że po troszę rad był gościnie, a trochę téż może zazdrościł téj zamożności poddanego, który mógł go przyjąć jak książę udzielny, na srebrze, na złocie, z posługą tak liczną, wspaniałą, przyodzianą i świetną, nad którą piękniejszéj w Krakowie nie było.
Popatrzał książę i na pięknego młodziana co mu konia za uzdę trzymał, syna takiego nawet zazdroszcząc Petrkowi!
Wtém wyprowadzono konia Palatyna, Sokoła, który do łowów umyślnym był, dzielne stworzenie z nozdrzami krwawemi, z chrapami czarnemi, okrytego srebrzystą sierścią lśniącą, z ogonem i grzywą wlokącemi się po ziemi.
Wyprowadzono psy Petrkowe po dwa posworowane, tak silne i tak wykarmione, a tak wesoło podskakujące i skomlące, że aż miło było spojrzeć na nie.
Książę konia i psów trochę mu pozazdrościł.
Łowcy téż i przybory myśliwskie, pańskim doborem i liczbą nie ustępowały.
— Dobrze się dzieje Petrkowi! myślał książę. — A wtém i Palatyn się ukazał w prostym kożuchu i czapce baraniéj, z torebką przez plecy.
— A cóżeś to, jak dziad co chodzi za jałmużną, wór przewiesił przez plecy! rzekł książę śmiejąc się — alboż to do noszenia sakw za sobą nie masz ludzi?
— Miłościwy książę, odparł Petrek — taki ja od wieku zwyczaj mam, gdyżem na łowach gorący. Odbiję się od ludzi, zapędzę w las, nie chcę głodem mrzeć, zawsze więc jaki taki kawał mięsa i chleba przy sobie noszę.
Konie jadły jeszcze, ludzie pili, gdy książę już, usta otarłszy po kubku wina, trąbić kazał i sam wołał niecierpliwie. —
— W las! w las!
Petrkowi łowce niechaj prowadzą! gdzie wiedzą że najwięcéj zwierza i uciechy, gdzie ostępy pełne, abyśmy z próżnemi rękami nie powracali! W las! w las!
Nigdy jeszcze tak wesołym księcia Władysława Petrek nie widział, ani tak ze sobą poufałym, ni tak dla siebie dobrotliwym. Ani go mógł teraz poznać po tym, którego ostatnim razem spotkał na krakowskim Zamku. Ruszyli więc do najbliższego lasu gościńcem przez groblę Glinianą, około Mikułowéj gospody, ale księciu się wnet sprzykrzyła droga bita, kazał nawracać w gąszcze coprędzéj, ludziom się wielkim kołem rozsypać na prawo i lewo, iść cicho, a gdy naprzód zabiegną, dopiero w trąby i rogi bić, zwierza napędzać. —
Dzień chmurny był a łagodny, niebo ciągle się trzymało szare i smętne, śnieg się z niego zapowiadał a nie sypał. Ledwie w gąszcz wjechali, gdy tuż jeleń pomknął — a psy za nim, a książę za niemi, a Petrek za księciem. Ani oszczepu ni strzały nie było puścić sposobu, psy co go oskoczyły i przytrzymać chciały, to się im rogami obronił, kilkoro ich poprzebijał, oskakiwał i gnał daléj na las, na gąszcze.
Petrkowi nie o jelenia szło ale o pana, więc zapomniawszy zwierzęcia, jego ścigał, i wkrótce już dwu ich tylko samych było, bo reszta ludzi w tyle przyzostała, zbłąkała się, rozpierzchła na cztery wiatry.
Książę zapalił się straszliwie, krzyczał na psy, przeklinał pustynię, sam siebie, konia smagał, a cudem głowy nie rozbił o gałęzie, konia o pnie nie rozdarł. Sam już nie wiedział kędy go Chwat niósł, ani co się z nim działo...
W jelenia zrazu tylko patrzał, ale ten coraz pomykał daléj, daléj, aż ze psy zniknął im z oczu. —
Władysław, zapominając się, klął straszliwie, psów gony ledwie już słychać było, — jelenia ani ujrzeć — Petrek nie odstępywał pana. —
Zapędzali się tak coraz daléj w puszczę, zbaczając to w prawo, to w lewo, przez błota, zarośle i gęstwiny. Sami już nie wiedzieli gdzie byli, a książę się hamować nie dawał, prąc naprzód tak długo, aż wreście zmierzchać zaczęło.
Ani ludzi ni koni, ni psów, i zwierza nie było ni widu ni słychu. — Władysław rwał się naprzód, Petrek gonił za nim. —
Wreście i koń pod księciem, na lodowisku ślizkiém upadł, porwał się wnet, padł raz drugi, i już powstać nie mógł zdyszany. Petrek ze swojego zeskoczywszy, nadbiegł i Władysława z siedzenia pochwycił. —
Obejrzeli się dopiero że sami jedni byli, a noc nadchodziła.
Gniewny pan trąbkę zawieszoną na sznurze wziął do ust i począł nią gwałtownie przywoływać ludzi. Głos trąbki głucho się jakoś rozchodził i jakby w śniegach utopiony brzmiał słabo. Rogu grania las nie chciał powtarzać — nikt téż nie odpowiadał na nie.
— Miłościwy panie, odezwał się Petrek — konie zdajcie na mnie, mam przy sobie toporek zawsze, ognia jest czém naniecić, tu pod dąb na wzgórze pójdziemy, aliści doczekamy się ludzi. Od czasu do czasu nawoływać będę.
Książę zbity był bardzo i zmęczony, nie rzekł już nic, na wszystko się godził.
Petrek wszędzie i zawsze umiał sobie dawać rady; na jedną rękę cugle koni zarzucił, drugą księciu podał, aby się sparł na niéj, i wywiódł go ze ślizgawicy pod dąb na wzgórze. —
Tu wnet ze swego konia kobierczyk jeden zdjął i na ziemi go rozesłał, konie powiązał i ustawił, sam, za toporek od pasa wziąwszy, począł gałęzie suche obcinać, chrust zbierać, suche liście odgrzebywać z pod śniegu.
— Miłościwy panie, mówił do nachmurzonego księcia wesoło, dobrze człeku i biedy czasem zaznać, bo potém wie jak sobie w biedzie rady dać. Oto ja co ubogim byłem, dziś się bez sługi obchodzę, bo sam sobie posłużyć umiem. —
Książę leżał na kobiercu i patrzał tylko, a już mu był ów gniew na jelenia i psy przeszedł — i poczynał się uśmiechać. W puszczy mu tak samemu z Petrkiem, pod gołém niebem, na ziemi jeszcze ochotniéj było niż na zamku z mnogą czeladzią.
Mrok zimowy spadał jak gęsta zasłona na lasy, niebo coraz ciemniało, drzewa zdawały bielsze coraz. Petrek już był i ognia dobył, huby i siarczystéj onuczki, już przysiadłszy na ziemi zgarnął liść, drobne gałązki, susz i płomyk rozdmuchał. Dobywał się jasny ogienek wesoło, jakby go kto z więzienia na świat uwolnił, skakał żółtemi języczkami do góry, zwijał się kapryśnie na prawo i lewo, a pod nim dymek płynął wstęgami sinemi i buremi, aż się robiło raźno w duszy. — Wpośród szarych już mroków poczęły się białe gałązki złocić, sosny rumienić. — Ciepło od ogniska rozchodziło się do koła...
Na tém nie dosyć, Petrek z toporkiem poszedł po gałęzie jodłowe, obciął ich kilka, zwlókł na kupę, parę kołków okrzesanych ze ściętych sosenek wbił w ziemię, na nich jak oponę jedlinę porozwieszał i szałas zbudował u którego wnijścia ogień się coraz lepszy palił. Wprzódy nawet i z wiatrem porachował się tak, ażeby gryzący dym precz na łąkę odganiał.
— Miłościwy panie, rzekł, teraz kobierczyk pod szałas zaciągnę, legnijcie sobie wygodnie a spoczywajcie.
— Dobry z was towarzysz — odrzekł książę — na Boga, doskonały! Jeżeli nasza dwornia nie przybędzie, bodajby się i wasza torba jeszcze nie zdała...
— Byle się w niéj co znalazło! zawołał Petrek wesoło — bo pospiesznośmy wyjeżdżali, nie wiem czy do niéj co włożyć pamiętali. — Zawsze jednak coś się tam znajdzie — dodał z uśmiechem — bo próżna ona nigdy nie jest.
— Rogi się coś na wołanie nasze nie odzywają, bodaj tak nocy nie przyszło przepędzić. — Dla mnie to niczém, miłościwy panie, bom ja nawykł i na śniegu leżeć i na deszczu spać i na zimnie a skwarze czy odpoczywać czy pracować; ale — Wam!!
— A jam téż, choć królewski syn, przecie myśliwy — odezwał się książę, bywałem i ja w różnych sprawach, a nie smakowało mi nigdy nic jako chłopski chléb o głodzie i polewka z mąki w chacie na łowach. W lesie człek dobréj myśli zniesie wszystko, więcéj niżeli doma na wezgłowiach.
Zwlókł się mówiąc to książę z kobierca pod szałas, Petrek ognia podsycił, buchnął płomień do góry, książę się na nowo ułożył wygodnie i na łokciu oparłszy, począł.
— Petrek! na łowach wy mi druhem jesteście? hę? a czemuście to mi gdzieindziéj wrogiem?
— Ja? ja? odparł Petrek — ale ja nigdy i nigdzie wrogiem miłości waszéj nie byłem i nie jestem!
— A przecz że ty mi stajesz na drodze?
— Do czego? gdzie? miłościwy panie?
— A do panowania i korony — zawołał Władysław.
Petrek zmilczał trochę.
— Miłościwy Książe — odezwał się głosem poważnym — póki ja będę żyw nie wyjdzie mi z pamięci ów dzień i godzina, które i dla miłości waszéj, pewnie pamiętne bardzo być muszą. Pomnicie, książę, ów smutny dzień jesieni (28 Października) gdyśmy to oba razem stali u tego łoża na którém król mój, pan mój, ojciec mój, a wasz téż rodzic konał otoczony biskupy, wśród modlitw naszych i jęków. Nie wyszła wam z pamięci ta twarz boleściwa wielkiego rycerza, co życie całe przewojował, a miał więcéj blizn niż lat — gdy na tę którą wdową miał zostawić patrzał, na maluchnego swojego Kaźmierza, dla którego ziemi nie stało, na ledwo dorastających książąt bracię waszą, Henryka, Bolesława i Mieczysława...
Ja to do dziś dnia jeszcze słyszę, jako modlitwę ledwie odmówiwszy ostatnią polecać Wam począł sieroty. —
Będziecież wy z dziećmi i wyrostki wojowali i gnębili je? Nie! nie! miłościwy panie! Lepsze błogosławieństwo ojca z za mogiły niż korona! Ja co pomnę wieczór ten, posłusznym głosowi pana być muszę. Bo zwrócił się i do mnie miłościwy pan i rzekł. Wy Ojcowie duchowni, Pasterze, Ty Petrku, wierny sługo mój, wy Wojewodowie, strzeżcie woli méj, aby się dzieciom krzywda nie działa.
A! panie! i ty nie rad przeciw nim pójdziesz — ale — —
Nieskończył Petrek i urwał.
— E! odparł Władysław. Co ja chcę, co kto chce, co ojciec żądał, nie znaczy tu wiele. Pomyślcieno Petrek, nie o sierotach a o ziemi téj sierocéj, którą nieboszczyk jak placek dla głodnych pokrajał. I nie on ją sam dzielił, ale wdowa uprosiła Biskupów, a ci jéj pomagali, aby im rządzić łacniéj było samym i panować. Nie my tu już książętami ani oni; i sprawa to nie króla nieboszczyka ale ich. —
— Ja o niczém nie wiem, tylko o tém com z ust pana konającego słyszał, rzekł na to Petrek. Panem on był i mógł tę ziemię dzielić co ją po ojcach dziedziczył, a krwią swoją utrzymał... tak jak Władysław między niego a Zbyszka.
— I Bolko téż Zbyszka zabił, aby podzieloną nie była! rozśmiał się Władysław, — błąd ojcowski naprawił.
— Ano Zbyszek jawnym zdrajcą był!
— A bracia moi, młokosy te, porósłszy w pierze zdrajcami nie będą? Alboż to ich dwu już, ledwie pod wąsem nie pożeniła Salome zawczasu, aby im dać sprzymierzeńców! albo to się na mnie nie zjeżdżali w Łęczycy?
— Królowa już nie żyje! westchnął Petrek.
— Ale wola jéj żyje — odezwał się Władysław i nagle, jakby rozmowę chciał odwrócić, począł się uśmiechać.
— E! nie prawmy o tém! Dość! raczéj ty mnie nakarm i zabawiaj, bom głodny i tęskny. — I trzymaj ze mną, Petrek, nie z temi co to się bracią mą zwą, a nieprzyjacioły są. Ze mną ty urośniesz jeszcze, a przeciw mnie nie uczynisz nic — i siebie zgubisz.
— Miłościwy książę — odezwał się Petrek, ja przeciw tobie nie pójdę, ale i z tobą przeciw sumieniowi, zakonowi, nie mogę! Nie ja jeden pragnę strzymać prawo, wszyscy panowie duchowni, świeccy wszyscy. —
Książę się namarszczył.
— Patrzajcie abyście przeciw sobie nie ściągnęli tak wielkiéj siły, któréj ani duchowni ni świeccy nie zmogą. — Mówię ci, Petrek, jeszcze raz, trzymaj ze mną.
Petrek za nogi go ścisnął.
— Książę miłościwy, idźcie wy z wolą ojca i sprawiedliwością, a Boże błogosławieństwo będziecie mieć.
Książę przerwał rozmowę. Noc już była czarna.
— Petrek, jam bo głodny! zawołał, do torby swéj idź, patrz coś tam w niéj niósł.
Dopiero sobie Palatyn torebkę na ziemi porzuconą przypomniał i począł z niej coś dobywać. — Był w niéj placek, chleb i trochę soli w węzełku; naostatek kawał mięsa wieprzowego! Petrek wytrząsł torbę do dna, nie było w niéj więcéj nic. — Rozśmiał się.
— Torbęm wziął, rzekł, ale mi ode dnia wczorajszego nic w nią nie włożyli. Wczorajem sobie na łowach kawał dzika odkroił i ten tylko pozostał. Chyba to mięso na drewienku upiekę i tém waszą miłość posilę. Gorsza to jeszcze że mi do torby beczułeczki nie dano, i pragnienia nie będzie czém ugasić chyba śniegiem.
— Tegom już ja próbował — rzekł książę, i nie wzdragam się. — Dawaj co masz. — Dziczyzna przypieczona dobrą będzie na głodny ząb.
Tymczasem chleb jął łamać książę i jadł ze smakiem wielkim, a Petrek u ognia siadłszy, rożenek wystrugał, widełki w ziemię wbił, dziczyznę przypiekać i solić począł, i tak księciu z rożenka ją podawał, który na suchych liściach ją kładł, palcami rozdzielał sobie, jadł chciwie i chwalił bardzo.
— Zaprawdę dziczyzna ta twoja doskonała jest — mówić począł, a z ciebie do wszystkiego człek, choćby i do przyprawy jadła — zdałeś się wszędzie.
Poczęli tedy oba kulki ze śniegu lepić, w usta je kłaść miasto napoju, i tak gasić pragnienie.
Petrek mało co sam jedząc, księcia karmił tylko, potém zrzynki mięsa przyskwarzywszy, cośkolwiek téż przegryzł, bo wiele nigdy nie potrzebował. Byle duszę w ciele utrzymać.
Książę się tymczasem na kobierczyku przeciągnął. Poszedł Petrek do koni i ze swojego siądzenie zdjął, niosąc je panu pod głowę.
— Legnijże i ty koło mnie, abyś odpoczął, odezwał się książę. Z biedy, choć temu twardemu łożu musiemy być radzi.
I rozśmiał się wesoło Władysław...
— Ho! ho! dodał, Waszmościna żona gdzieś tam teraz w ciepłéj komnacie, ze swym miłym Opatem Anzelmem wczasu bezpiecznie używa. — —
Petrek, który się jeszcze nie kładł, zamruczał coś.
— Co tam mruczysz, jak niedźwiedź, mów głośno! zawołał książę.
— Co tam moja żona czyni, nie wiem odparł Petrek głosem drżącym, ale za to szyję daję, że księżna pani Agnieszka z Dokiem[1] czasu nie traci, boć ten jéj chętnie służy — o czém wszyscy wiedzą!
Książę się poruszył i oparł na ręku. —
— Coś to rzekł? zapytał groźnie.
— Ino prawdę — odpowiedział Petrek. A co Dobek zechce to księżna wam czynić każe, nie dla was, ale aby miły Dobek rosnął i wielmożniał.
— Coś rzekł? podchwycił książę groźniéj jeszcze.
— A no, prawdę! nie waham się jéj potwierdzić — mówił Petrek chłodno. Przez jejmość panią Agnieszkę idzie wszystko, a wy czynicie co jéj miły podszepnie. Nie ja to jeden mówię, wiedzą o tém i mówią wszyscy, miłościwy książę. Gdybyście mnie za język nie ciągnęli nie rzekłbym — ano, stało się!
Książę siedział zadumany i milczący.
— Tak ludzie gadają — odezwał się ponuro — a ty, wierzyszli temu?
— Gdybym nie chciał wierzyć muszę, bo was, miłościwy panie, nie poznaję. Byliście synem dobrym, a oto woli ojca znać nie chcecie. Sprawa to nie wasza, ale tych co wam swoje chętki narzucają.
Przez niewiasty i ich rady padały nieraz państwa wielkie, strzeżcie się, miłościwy książę, aby one i was do zguby nie wiodły. Chlubi się pani Agnieszka że Cesarzowi przyrodnią jest, a dla niéj ziemi i państwa za mało, chce, choć krwią panowania nabyć. Daj Bóg, by i tego co jest nie straciła!
Władysław tych wyrazów dosłuchawszy, powoli głowę skłonił ku ziemi, płaszczem się przykrył i zamilkł...
Petrek siedział w ogień patrząc, rozmowa była skończoną.
Gniew i rozdrażnienie Palatynem miotało, sen brać go nie myślał, w płomię patrzał, gałęzi dorzucał, aby ognisko nie wygasało. — Spoczywać nie chciał. —
Książę, który głowę miał osłonioną, leżał spokojnie, ale wiedzieć nie można było czy usnął, bo niekiedy poruszało się na nim okrycie i westchnienia z piersi wyrywały, a rzucał się i przewracał na swém legowisku.
Długą pono ta noc dla obu się wydać musiała. —
O brzasku zerwał się książę i natychmiast za róg swój wziąwszy, począł na dwór trąbić gwałtownie, bez spoczynku. — Głos teraz, skutkiem jakiéjś zmiany w powietrzu i ciszy porannéj rozchodził się silnie i daleko.
Petrek téż, naśladując go, trąbkę swą dobywszy dął w nią co miał siły. — Nawoływali i hukali jeden i drugi na przemiany, aż i dzień biały robić się zaczął.
Nie rychło, zdala doleciał ich głos łowieckiego rogu; książę poznał po nim Holszę i wnet odpowiedział raz i drugi, nagląco. Zaczął się zbliżać odgłos trąbek, które przywabiane, do koła brzmiały podjeżdżając ku miejscu noclegowemu, i w gąszczach zaszeleściało wreście, dwór i łowcy przybywali.
Książę niecierpliwy, gniewny zerwał się zaraz na nogi i począł wołać łając swych ludzi. Cisnęli się oni strwożeni, wymawiając, lecz gdy ich raz przy sobie zobaczył Władysław, słowa nie rzekł już więcéj i skinął aby mu konia podawano.
Dwór Petrkowy przyciągał także — dobyto zapasy jadła i napoju, ale książę tknąć nic nie chciał.
— Nakarmiłeś mnie, Petrek, rzekł z przekąsem, tak żem dziś syt jeszcze... Napij się za to wina mojego i — w drogę.
Kazał beczułkę swoją przynieść Palatyn, ale z téj Władysław kosztować nie chciał, pokrzepił się kubkiem własnego, nagląc tylko o konia. — Petrek próbował zapraszać jeszcze na spoczynek do swojego dworu.
— Spoczywać nie będę nigdzie, odparł książę, łowami pociągnę do domu. Drogi nasze nie jedne, wy się sobie zawracajcie do siebie, ja pociągnę wprost ku Krakowu.
I stojącemu u konia swego, rzucił książę obojętném.
— Bóg z wami!
Tak zimno się z Palatynem rozstawszy ruszył książę, nie dając mu jechać z sobą. Petrek pozostał z ludźmi swemi i zadumał się nad przygodą. —
— Co się stało — stało się, rzekł w duchu, słowo rzeczone raz cofnąć się nie może, a bodajby nie zaważyło ciężko!
Gdyby drugi raz przyszło do podobnéj rozmowy, czuł Petrek, że inaczéjby odpowiadać nie mógł i nie chciał. Po nocy bezsennéj układł się teraz na spoczynek i nierychło wybrał do Wrocławia, tymczasem książę ze swym Holszą był już daleko.
Łowczy chciał go znów ostępami prowadzić nazad, ale księciu ochota odpadła od myśliwstwa, kazał gościńcem spieszyć, nie zbaczając z drogi, i nad zwyczaj swój pospieszał, a ludzie uważali że sam do siebie mruczał i gniewny był. Nawet Holszy słuchać nie chciał, psów nie wołał, nie patrzał na nic.
— Stało mu się coś, mruczał Holsza — na tym przeklętym noclegu. Ażali go czarownik ten nie otumanił i nie zadał mu czego, bo niesłychana rzecz żeby znagła mu zbrzydły łowy i wszystko czém się wczoraj zabawiał!! Uciekaliśmy, uciekali z Krakowa, a teraz na łeb na szyję, z powrotem!
Jechali ledwie przystając i podnocowując, pasąc mało i krótko konie i psy, zmęczeni wszyscy aż do Krakowa samego. Gdy już Wawel widać było, stała się w księciu zmiana jakaś, zawahał się, jakby nazad w lasy chciał uciekać. — Zatrzymał konia, brew namarszczył, począł mruczeć, coś mu w niesmak było, konia targał, obracał nim, aż spiąwszy go nogami poleciał pędem na zamek. Tu przybywszy, jak stał poszedł do swych izb i zamknął się.
Miał dawniéj stały ten obyczaj książę, iż wprost z konia do pani Agnieszki szedł ją przywitać, która zawsze dla powracającego czulszą się okazywała.
Zadziwili się wszyscy gdy ani spytał o żonę.
Po godzinie oczekiwania posłała księżna Dobka zapytać Holszy, czy łowy złe były, albo się na nich co stało?
Łowczy nic powiadać nie chciał — ramiony ruszył i zamruczał.
— Czegoś nie swój!
Wyczekawszy późno do wieczora, Agnieszka niespokojna sama poszła do męża. Znalazła go leżącego z głową w dłoniach. — Nie bardzo ją witał, rzucił wejrzenie ponure, zamruczał coś i dodał że znużony jest a odpoczywać potrzebuje.
Nienawykła do takiego obejścia się, dumna pani, zeszła mu z oczów, pewna że gdy przeminie to usposobienie i nadąsanie, mąż sam przyjdzie ją przepraszać. — Tymczasem księcia i tego dnia i nazajutrz nie było — siedział w swéj izbie zamknięty.
Chciała Dobka posłać na zwiady ale tego książę do siebie nie kazał puszczać, odprawiono go od progu. Zląkł się ulubieniec pani. Coś się stało!
Księżna sama z południa, ustroiwszy się, dumna, śmiała i zagniewana poszła do męża. — Co mu się stało nieumiała odgadnąć, ale czuła niepokój i trwogę, był zmieniony. Najczęściéj niewiasta gdy się lęka sama usiłuje zastraszyć, tak się i teraz stało. Wpadła nań Agnieszka z góry, iż się z nią wysokiego rodu panią, jak z jakąś niewolnicą śmiał obchodzić. Posypały się łzy i groźby. Przyszło do tego iż księżna oddaleniem się i powrotem do Niemiec odgrażać się zaczęła.
Władysław słuchał spokojnie.
— Więc — rzekł gdy dokończyła narzekania. — Zabierajcie się, miłościwa pani, razem z Dobkiem swym i szukajcie kędy wam obojgu lepiéj będzie niżeli tu...
Ledwie wyrazów tych domówił, gdy księżna z gniewem przyskoczyła ku niemu.
— Hę! krzyknęła — juści ktoś Dobka w nienawiść a mnie w sromotne podejrzenie podał. Już!! Już ci to wierny sługa szkodzi, bo go drudzy za wierność nienawidzą i szkalują. A mnie z nim, aby się mnie i jego pozbyli! Coć to z Dobkiem? co myślisz? o co podejrzywasz! mów! Ja nie ścierpię potwarzy!
Władysław nic nie odpowiadał w początku, lecz zakłopotany był i mięszał się, a księżna nastawała.
— Mówże? z kimeś przestawał? kto ci to splótł, bezkarnie mu to nie ujdzie! Żywą nie będę, póki nie pomszczę się na zuchwalcu. — Gardło da! gardło musi dać!
Ale napróżno siliła się, następowała nań, targała Agnieszka, niewymogła na nim nic — kazał jéj iść precz.
Wnet ludzi, którzy księciu towarzyszyli na łowach wzięto na spytki, kędy bywał, z kim się spotykał. Czeladź pomniejsza nie kryła się z tém że stawali we Wrocławiu, kędy ich pojono i przyjmowano, że książę Petrka zabrał z sobą, i że razem potém w szałasie noc spędzili.
Więcéj Agnieszce nie było potrzeba. Wpadła do męża natychmiast pomsty na Petrka wołając, pewna iż on, nie kto inny, księciu musiał Dobka i ją dać w podejrzenie. Władysław nie przyznał się zrazu.
— Nie potrzeba na to Petrka było — rzekł, wszyscy po całéj ziemi Dobka palcami wytykają, żeś go sobie wybrała i znasz się z nim...
Usłyszawszy to księżna padła na ziemię z płaczem, rzucając się, klnąc, narzekając na co jéj przyszło, gdy ludzie śmieją sromocić ją i bezcześcić. —
— Nie może to tak być — wołała krzycząc i rozbijając się — albo ja ztąd z dziećmi precz idę do Cesarza brata mego, z żałobą i prośbą, aby ten kraj cały zwojował i zniszczył, mszcząc się krzywdy mojéj, lub ten co mnie śmiał oplwać gardło musi dać. I nim gardło da zbrodzień, oczy mu wyłupić, nim gardło da język mu podły wyrzezać każę, i psom rzucić — psom!
Na krzyk przenikający księżnéj, który się po całym zamku rozchodził, nadbiegły niewiasty i na rękach, miotającą się wyniosły do izb jéj, gdzie chora na łożu legła.
Za nią zaraz wpadł Dobek, z szałem, z zaklęciami, do nóg padając księciu, na potwarcę domagając się sprawiedliwości, wyzywając go na Sąd Boży.
Wśród tych wrzasków książę dzień cały przetrwawszy, przemęczywszy się, już innym stał się. Agnieszka leżała na łóżku, które dzieci płacząc otaczały, na widok ich serce ojcowskie zmiękło, sam siebie naprzód, potém Petrka (bodaj przepadł) obwiniać zaczął.
Dowodu przeciw Palatynowi więcéj nie było potrzeba.
Dobek się zaklinał że jeden z nich dwu paść musi, że niema innego środka tylko buntownika i potwarcę śmiercią karać. A stawał tak śmiało i zuchwale że w końcu książę zamilkł i zdawał się na wszystko przyzwalać. Nie mówił jeszcze nic, żonę jednak pocieszać i łagodzić zaczął. — Ta zemstą najzajadlejszą, wraz z Dobkiem dyszała.
Gdy znużony Władysław do komnat swych odchodził, pędzono za nim spokoju mu nie dając, ścigał go Dobek, o czém inném nie mówiąc tylko o zemście, tylko o powołaniu do sądu...
Wśród tego zamięszania na dworze dano znać że posiłki z Rusi przyrzeczone już w drodze są i Bojarowie przybyli przodem oznajmując o nich. Jechała ich gromada cała w kożuchach długich, w kołpakach wysokich, z toporkami u pasa, a z niemi kilku starszyzny Połowców dzikiéj, z którą nikt się ani rozmówić ani obejść nie umiał. Ci sobie obóz pod namiotami w podwórcach rozbili, i swym obyczajem w kotłach krupy, mąkę i mięso końskie warzyli. Byli to ludzie nędznie odziani, choć na brudne łachmany chałaty paradne powdziewali, na koniach małych z szerścią najeżoną, z łubianemi kołczanami, z łukami z prostych obręczy, z nabijanemi pałkami. — Kędy oni za bojarami ruskiemi ciągnąc szli, zewsząd kmiecie i ziemianie biegli ze skargami, bo po drodze dzicz ta nic nie szanując plądrowała, zabijała, młodzież obu płci porywała i dokazywała co chciała, świętokractw po kościołach się dopuszczając i straszliwych swawoli. — Trwoga okrutna poprzedzała już te posiłki, które od północy lały się potokiem krwi i płomieni. — Cóż miały ziemie te cierpieć gdy całe zastępy Połowców, nadciągną? Ludzie zawczasu zbiegali w lasy i chronili się do grodków i okopów.
Ze skargami do księcia niedopuszczono ludzi, precz ich z zamku pędząc, a tymczasem posły przyjmowano. Agnieszka wyszła przeciw nim strojna, koronę sobie na głowę włożywszy, obdarzając starszyznę ze skarbca, woły i barany rozkazując dla niéj piec, kadzie stawić i owsy kupami sypać. Sama z okna na biesiady ich patrzając w ręce klaskała i radowała się bardzo.
Starzy ludzie ze dworu, patrząc na to, chodzili wielce posępni — książę téż zrazu zmięszał się, wahał, wyjść odmawiał, lecz wprędce, widząc że kości rzucone są, nabrał otuchy i męztwa...
Wysłano zaraz urzędników ze dworu i wojska co było, aby zamki osadzać na pana Władysława, i posłuszeństwo mu zapowiadać pod karą śmierci.
Z żoną, niewiadomo jakim sposobem książę się przejednał. Dobek znów pewien siebie, u drzwi stał, służył, biegał, rozkazywał. Z zamku i na zamek dzień i noc szli nieustannie posłańcy, — z duchownych, żupanów, ziemian nie pokazywał się już nikt. Niemcy, Ruś, najemny żołnierz sami byli.
Pomiędzy biskupim dworem a zamkiem jakby przepaść stała, jedno o drugiem zdało się nie chcieć wiedzieć. Biskup Rupert od siebie słał po dyecezyi rozkazy, książę na swą rękę. Co żyło z osad nad drogami i gościńcami, z trzodami, dobytkiem, wozami, uchodziło w lasy. Sioła stały pustkami.
Księżna Agnieszka zawczasu tryumfowała, bo jéj się zdało że samą trwogą kraj zmuszą do poddania się, książąt młodych do ucieczki.
— Muszą się poddać i upokorzyć, wołała — bo im ziemię na kopytach rozniosą i mieczem a ogniem na wskróś spustoszą.
Wpośród tych przygotowań, dnia jednego rano, Dobek, który już całe swe zuchwalstwo odzyskał, przyszedł do księcia we zbroi, przy mieczu, jakby się w drogę wybierał. Pokłonił się do kolan, na twarzy mu jaśniała radość i niecierpliwość, źrenice pałały.
— Miłościwy książę, jadę z rozkazaniem waszém! zawołał — klnę się że nie powrócę aż je spełnię jako należy.
Książę Władysław popatrzał strwożony, i rękę podnosząc do góry, rzekł.
— Ale gardła mu nie brać! gardła nie brać! Mówiłem.
— Najbezpieczniejszy niedźwiedź gdy zabity! mruknął Dobek.
— Nie chcę by zabit był — nie chcę! przerwał książę stanowczo. Stanie się li przeciw rozkazaniu mojemu, pomszczę nieposłuszeństwo! Na święte relikwie zaprzysięgam! Gardła mu brać nie dozwolę. Nie. —
Dobek zamilkł.
— Masz czego chciałeś, dodał książę jąkając się — niech oczyma przypłaci — więcéj nie trzeba. Daruję ci po nim skarbiec i mienie. Idź i spraw się jako wiesz. Pomsty téj dosyć dla mnie i dla ciebie. — Życia mu nie chcę wziąć, aby pokutował. — Po kilka razy Władysław powtórzył niespokojnie. — Życia nie brać — bom to poprzysiągł.
Milczał Dobek, lecz nie odchodził.
— A jeźli się bronić będzie i kaleczyć? spytał.
Władysław odwrócił się gniewny.
— Azaż ludzi i rozumu nie masz żebyś mu się bronić dał? zawołał. Jadłem chleb z nim, spał u mojego boku, ojcu służył, nie chcę go zabijać. Nawet oczów!.. Wziąć go i osadzić. — Zobaczemy co uczynię. — Żebrakiem w świat...
Książę mówił, nie kończył, urywał, poruszony był, — a gdy Dobek kłaniając się odchodzić chciał, dodał.
— Pomnij Dobek żem ja na relikwie przysięgał! Uczynisz nad to? — tyleż z ciebie wezmę! Wezmę!
Dobek był już za progiem, biegł do księżnéj, która nań czekała.
— Dał wyrok na życie? zawołała niecierpliwa — dał!
— Nie — i zagroził mi, gdybym rozkaz przestąpił, zagroził mocno.
— Nikczemny człek co zemsty nie czuje! odezwała się księżna z gniewem — policzek wziął i karać nie śmié! Lituje się!
Weź życie! ja za tobą obstanę! Niech gardło da! Rodowi nie darować, wytłuc i wydusić te szczenięta, dwór spalić, zniszczyć... Sługom nie przebaczyć! Nikomu! nikomu!
Księżna coraz mocniéj rozgorzała, mówiła Dobka za suknię targając.
— Niepowinien żyć, kto się przeciw mnie ważył!.. Kołem szarpać, na pal wbić, końmi rozerwać nikczemnika!.. Męczyć go, i niech wie z czyjéj ręki zemsta przychodzi... A puścisz go i nie ujmiesz — nie pokazuj mi się na oczy...
To mówiąc wybiegła Agnieszka. Dobek, jako dobry chrześcianin, na koń siadając się przeżegnał, bo czuł że brzemię niemałe na ramiona wziął i na jakie niebezpieczeństwo się narażał. —
Pociągnęli do Wrocławia. —


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Dobkiem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.