Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem/Tom I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem
Podtytuł Opowiadanie historyczne z XII wieku
Data wydania 1878
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron



V.



Stary gródek w którym podówczas mieszkali Jaksowie, co się z Miechowa pisali, był w Komorowie. — Lasami ogromnemi otoczony, na pagórku tkwił nie wielkim, ale wałami mocnemi obwarowany, i, choć nie obszerny ani pokaźny, sławił się jako najstarsze w téj ziemi gniazdo rodu Jaksowego. Jak wszystkie takie przedwieczne grodziska, zdala na to czém był nie wyglądał. Ludzie wszakże wiedzieli, że w Komorowie Jaksowie mieli skarbiec książęcy i wszelakiego dostatku moc ogromną. — Ci co się dworu dotykali, służyli i stróżowali około niego, opowiadali że jako jeden gród był na górze, tak drugi większy daleko, niedostępny dla nikogo w górze saméj, pod ziemią się mieścił, a chodnikami z niego kędyś wyjść było można w świat niepostrzeżonemu. — Opowiadano téż że w wykutych w ziemi izbach i komnatach stały kadzie złota, leżały stosy srebra jak w lesie drzewo, gdy je rąbią i składają. — Prawiono cuda — tego jednak nikt obcy niewidział nigdy, gdyż zawsze tylko jeden z rodziny znał tajemnicę wchodu i wychodu, a niepowierzał jéj nikomu, aż na łożu śmiertelném. — Mówiono téż iż były zaklęcia jakieś straszne, co przystęp do podziemiów śmiertelnym dla obcych czyniły. —
Powiadano że gdy raz, sto lat temu, Połowce na zamek wtargnęli i dobyli się do wnętrza, znikli z niego ludzie wszyscy jakby cudem, że oprócz koni w stajniach i psów żywego nie znaleźli ducha, a łupu téż tak jak żadnego, bo go miano czas gdzieś unieść i poukrywać. — Przypisywano to czarom i sile jakiéjś nieznanéj, któréj lud pospolity lękał się wielce.
Do zamku wiodły jedne wrota z wieżycą drewnianą, ale te pominąwszy szło się szyją między wałami dwoma i dopiero drugiemi wroty wchodziło w dziedziniec. — Tu w pośrodku dwór stał stary z ogromnych modrzewiowych kloców, jakby na wieki zbudowany. Takich drzew z jakich go zestawiono już potém lasy nie widziały. — Były to pono pierwsze co tu urosły po narodzeniu się ziemi i po opadnięciu wód, a każdy pień był tak przepotężny, że ludzie w kilku jednego objąć nie mogli, a tak twarde że ich topor nie imał, i szczerbił się jak na kamieniu. — Więc choć ten dwór setki lat stał, zdrów był i cały, tylko posiwiał i zczerniał miejscami. — A drasnąć było tę skórę, którą nań włożyły wieki, z pod niéj zdrowa miąższ żółta jako wosk świeciła.
W ścianach grubych siedziały małe starodawne okienka bez błon, z okienniczkami szczelnemi, które mało co światła do środka puszczały i drzwi były nizkie i wszystek pozór nie teraźniejszy. — Ten co to budował nietylko o moc dbał, ale i o ozdobę, bo w tych kłodach po rogach, po belkach, — nad drzwiami dziwolągi powyrzezywał, jakich chyba nigdy na świecie niebywało, i żadne oko ludzkie ich nie widziało. — Siedziały tam, jakby na postrach poczwary z głowy ptasiemi, z nogami lwów, z łapami niedźwiedzi, ze skrzydły rozpostartemi, to orły niby z paszczękami wilczemi, to smoki jakieś z pozakręcanemi ogony wężowemi. — Niegdyś potwory te malowane były, ale barwy z nich dawno zmyły deszcze i wypaliło słońce do szczętu. —
W osobliwszym tym starym dworze latem, — około tych poczwar, ba w ich gardłach gnieździło się ptastwo, kręciło po nich i szczebiotało, tak że one drewniane rzeźby żyć się i gadać zdawały. —
W Komorowie mieszkała matka Jaksowa, — pani wielkiego rodu, kędyś z za Łużyc czy od Pomorza wzięta. — Poganką ją pono zaswatał był stary Jaksa.[1] — przywiózł na dwór swój, — ochrzcił, i tu się dopiero nowéj wiary uczyć musiała. — Miał po niéj wziąć skarby bardzo wielkie, ale i w niéj saméj skarb wziął, bo niewiasta była osobliwa, którejby nie jeden mąż nie sprostał. —
Powiadano o niéj, że gdy straciła pana swego, a sama jedna w domu z synaczkiem pozostała, i Jaksowie stryjeczni opiekuna jéj dać chcieli, — którym pono owego otyłego Zułę wybrać miano, albo brata jego, późniéj zmarłego — tak się im postawiła że tykać jéj nie śmieli i nie wtrącali się więcéj, dając z synem czynić co sobie upodoba. —
Wyszła naówczas owa mężna niewiasta na wpół z męzka odziana, włosy sobie ustrzygłszy, mężowską zbroję na się skórzanną z łuskami włożywszy, z mieczem i toporkiem, na ręku synaczka niosąc — i stawiła się im, pytając czegoby chcieli? A gdy rzekli, że opiekę jéj dać mają, rozśmiała się smutnie odpowiadając, że niepotrzebuje żadnéj, oprócz Bożéj, że ludzi i mienie utrzymać potrafi a — dali Bóg, nieprzyjaciół i na wojnę, sama ze swém zawołaniem po wsiach i opolach pojedzie — a choćby i na czele ich stanie.
Stryjowie rozmówiwszy się z nią, już się tam nie zgłaszali, a Hanna trzymała majętności, jak żaden mąż, — żelazną ręką. — Gdy było potrzeba dosiadała konia, jechała, — skarżyła, na dwór królewski szła, do Biskupów, do sądów, krzywdy sobie żadnéj czynić nie dając. —
Tak się wszyscy dziwowali niewieście mężnéj, że potém nikt jéj nie śmiał zaczepić. — Gdy jeden z Doliwów zajechał jéj ziemię na granicy, dopóty nań czyhała aż związanego, porwawszy na łowach, nie wsadziła do więzienia na zamku, a nie puściła go, aż jéj z sześciu poręczycielami poprzysięgać musiał, że więcéj krzywdy czynić nie będzie i zemsty wszelkiéj zaniecha. — Mimo to co od niéj ucierpiał tak się potém w niéj ów Doliwa rozmiłował, iż ją za żonę chciał mieć, na co mu odpowiedziała, iż tam zkąd ona była niewiasty z mężami szły na stos, a kiedy dla dziecka żyć musiały, nie ślubowały powtórnie nikomu, bo się za umarłe światu liczyły...
Teraz już lat mając pod sześćdziesiąt, Jaksowa silną jeszcze była, jakby skamieniałą, niewczas, niewygodę, trud znosząc młodą siłą jakąś, która w niéj pozostała. — Tak samo jak na koniu gotową była we skwar i mróz, dzień przesiedzieć i noc, tak pod dachem, w domu umiała rządzić dziewkami, dworem, od kądzieli i krosien nie stroniąc. — Tylko gdy do spokojnéj siadała roboty, na usta jéj przychodziły pieśni jakieś stare, dziwne, niezrozumiałe nikomu, co ich ludzie podsłuchując czasem pode drzwiami, słupieli. — Głos miała mocny, na wpół męzki, smutny i poważny, a w trąbkę tak zadąć potrafiła, że w jéj ustach innego nabierała głosu i brzmiała niby piorun, grzmot, albo jakiś wrzask nadludzki.
Pomimo starości nie była jeszcze brzydka trzymała się prosto, a że jéj dawno piersi wyschły, wyglądała na mężczyznę i była gibką a zwrotną a silną, że nieraz z łowów przyniesionego kozła za rogi ująwszy, do góry podniosła.
W twarzy ogorzałéj, nieco już pomarszczonéj, widać było smutek wieczny i zadumę, ale razem spokój i siłę. Trwogi po sobie nieokazała nigdy. — Duchowni nie byli z niéj bardzo radzi, — zwali ją nawet poganką dla tego, że ich nie bardzo słuchać chciała, ale szczodrą dłonią sypała im zawsze. — Do kościoła chodziła, znajdując się w nim przystojnie, pilnując aby i czeladź tam uczęszczała, ano potém pilniéj jéj było do swojego śpiewu, do roboty jakiéj, niż do długich modlitw i pacierzy. —
Surowa dla wszystkich pani, — dla jednego dziecka swego była jakby inną. Nie było dla niéj na świecie tylko ono jedno, dla niego życie by dała i wszystko. Chowała go tak tą miłością wielką, że nigdy karcić nie potrzebowała. —
Długie lata młody Jaksa przy niéj nieodstępnie był, pilnowała go nie spuszczając z oka. — Na pierwsze łowy, w pierwsze pole sama z nim wyjechała. Potem do Krakowa sama ruszyła szukać dlań klechy, coby go uczył innych rzeczy, których ona nie umiała. — Tam siedziała dopóki nieznalazła takiego, co się jéj dał powodować i téj był myśli dla dziecka co ona. — Stał mu tedy ów Klecha za pierwszą szkołę, potém ten sam jechał z nim w świat do szkół innych, aby się chłopię przecierało, — naostatek owemu ks. Marcinowi, gdy święcenia wziął dała plebanię i wieś do niéj za wierne usługi. —
Był teraz ks. Marcin proboszczem w Miechowie, i nic mu naganić nie mógł nikt, — bo, choć wówczas mało który pleban żony nie miał, on żył jako mnich, — około chwały Bożéj pracował wielce, tylko więcéj pono po siołach ludzi nauczał niż śpiewał w kościele, co mu drudzy za złe mieli.
Długo będąc chłopca nauczycielem, nabrał tego nałogu bakałarstwa i po wsiach dzikich apostołować chodził, — nawracał, — chrzcił, — a tęsknił do ludzi opuszczonych, do ślepych, aby im nieść światło...
Dwór Jaksowéj w Komorowie prawie z samych starych sług był złożony, z dawnych męża jéj ludzi lub dzieci ich. — Było tego dosyć, wolnego i niewolnego ludu, a nikt tam ani biedy, ani głodu nie zaznał, dostatek był zawsze, zbytku nigdy. — Sama pani to jadała i tém żyła, co jéj sługi. — Nosiła się ciągle na pół po męzku, w butach chadzając, w sukni krótkiéj, z nożem u pasa, przy czém, gdy w domu białą namitkę włożyła na głowę, niewiedziéć było, czy niewiastę człek miał przed sobą czy męża.
Od kilku dni syna spodziewała się pani Jaksowa. — Zrazu gdy Marek zbłądził i niewracał, a ludzie co z nim na łowach byli, do domu poprzybiegali, rozpaczając że go znaleść nie umieli, zatrwożyła się mocno o jedynaka. — Wyjechała sama z gromadami plądrując lasy i szukając syna. Nigdzie śladu jego nie znalazłszy uspokoiła się potém będąc téj myśli, że się tylko zapędzić i obłąkać musiał. Ufała w to że dziecko po niéj i po mężu siłę wzięło i męztwo, a łacno się nie da ani ująć, ani pokonać, ani zastraszyć, ani uśmiercić. — Czekała więc dosyć spokojna, gdy nadbiegł sługa od ks. Janika, przez którego nakazała aby nie bawił z powrotem. Czekała więc go co godzina.
Nad wieczór wreszcie dnia jednego zjawił się młody, matce do nóg kłaniając, która go słowa nie rzekłszy do piersi przycisnęła. Dopiero jakby odetchnąwszy, odezwała się do niego.
— Srogiegoś mi niepokoju o siebie napędził. — Minęło to, siadaj, spocznij i praw coś czynił. —
Począł Marek od początku, jak mu się na łowach nie wiodło, jak się zapędził, obłąkał, po puszczach przedzierał, jak potém Biskupa spotkał, jak u niego czas spędzał, a Petrka poznał i rodzinę jego, o któréj stara dużo i wprzódy już słyszała. —
Nawykł był syn nic nie taić przed matką, więc mówiąc jak Błogosławę zobaczył, a potém ją widział raz wtóry i trzeci, — nie ukrył tego, że mu się dziwnie piękną wydała i że na myśli uroda jéj stała mu ciągle. — Tak się téż mówiąc o niéj rozciągał szeroko z pochwałami i opisy, iż matka poznała łatwo, że mu dziewcze mocno się upodobać musiało. —
— Dziewka piękna być może — odezwała się — ale ona nie dla ciebie, — ty nie dla niéj. Nie dla tego abyś jéj nie był wart, bo Jaksowie téż od innych kniaziów nie gorsi, ani żeby bogatsi byli, albo mocniejsi od nas — ale nie takiéj żony tobie, a mnie synowéj trzeba. — Niech będzie piękna jako chce, co mi po niéj? — Królować zechce i przewodzić u nas, a jam się na niczyją sługę nie rodziła, ani ty masz być nim kiedy! — Wolę prostą dziewkę z któréj, jak z ciasta korowaj, ulepię co zechcę dla ciebie i dla siebie, niż taką królownę, przed którą my padać będziemy musieli. —
I pomilczawszy dodała.
— Pamiętaj i o tém że pieniądz i skarby zdradą kupione nie szczęscą się. — Czém Petrek tak wielkim stał się? — Na wojnie zdobycz, choć krwią zbroczona, swoją téż jest obmyta — a ta. —
Potrzęsła stara głową.
— Nie — nie. — Nie myśl o téj dziewce. —
Jaksa się smutno uśmiechnął. —
— Myśléć o niéj po dobréj woli nie będę, a mimowoli muszę, bo mi się upodobała.
— Zapomniećby lepiéj — dodała matka. Tyś mąż i pan, uczynisz sobie co zechcesz, ja, choć matka, rozkazywać ci nie będę — ale twoja dola nie tam! nie tam!
Przyznał się dopiero Jaksa, że go na dwór ks. Władysława wysyłać chciano, przypisując to Biskupowi i powiadając że sam nie był od tego, aby pożyć w Krakowie. —
Stara i na to głową potrząsała.
— To już inna sprawa — odezwała się — w tém będzie stanowić wola twoja, ja ni zatém ni przeciw temu. — Nie radabym cię wypuszczać z domu, inaczejem sobie układała, a doli się trudno opierać. — Jaksowie zawsze przy książętach bywali i u nich rośli — rób co chcesz, jakoś winien. —
Rozmów się jeno wprzód z ks. Marcinem — stary kocha cię jak ja i wychował, Kraków i ludzi zna. — Posłyszysz co on powié.
Dla staréj Hanki słowo i sprawa były jedném, ledwie napomknęła o ks. Marcinie, nieupłynęło dwa pacierze, gdy posłaniec biegł do Miechowa po niego. Nazajutrz rano ks. Marcin się stawił. Stary był, silny jeszcze, ale już wielce skołatany, głowa mu ciężyła ku ziemi, gięły się barki, a gdy dłuższy czas siedział, trząsł się. Okryty prostą suknią czarną, w wysokim birecie, z kijem w ręku, z nogami nabrzękłemi, na których onuczki tylko i chodaki nosić musiał, wszedł staruszek wesoło do dworca znanego sobie od lat tylu, w którym był jak w domu, błogosławiąc, uśmiechając się, szukając oczyma wychowańca.
— Gdzież mój chłopiec? — pytał po drodze.
Gdy go zobaczył kij mu z rąk wypadł, usta się rozśmiały, wziął go za głowę i całować zaczął. Jaksa téż jak ojca go po rękach i ramionach całował. Matka stojąc a patrząc śmiała się zarazem i płakała.
— Siadaj ojcze — ozwała się, byłeś nam potrzebny. Mnie baby on nie posłucha, ani ja mogę mu rozumu mojego narzucać, tobie ufa, tyś stary — rozmówcie się o tém co mu radzą i gdzie go wiodą.
Ks. Marcin wciąż jeszcze patrzał, uśmiechał się, oczów nie mogąc oderwać od pięknego chłopaka, którego niemal od dziecka na rękach wynosił. — Znowu Marek musiał rozpocząć opowiadanie całe o łowach, obłędzie, o tém co widział i słyszał, co mu naostatek radzono. Tylko w opisie dworu Petrkowego pominął Błogosławę, nie wspomniał o niéj wcale. Było to może niemniejszym znakiem że go obchodziła, od wyznania matce uczynionego. —
Ks. Marcin posłyszawszy o tém, że ks. Janik na dwór ks. Władysława chciał Jaksę słać, zadumał się głęboko i długo nic nie mówiąc, ważył i rozważał. Dopiero gdy Jaksa dokończył i zamilkł, odezwał się nie rychło.
— Co ja ci mam mówić? — co radzić? — Jam prosty człek, a toć Pastérz, osoba wysoko siedząca, widząca daleko. Ja nizko stojąc tylko to co blizkie dostrzedz mogę. Czemże mój mały rozum biedny przeciw jego mądrości? Ks. Janik wam stryjem jest, więc jakby ojcem, bo własnych ze krwi niema dzieci. Życzy ci dobrze pewnie, widzi bystro, mogęć ja stawać przeciw niemu i moje proboszczowskie obawy kłaść na szalę? — Ani mi się to godzi czynić, anibym śmiał...
Pomyślał chwilę. —
— Na dwór jechać? — czemuż nie? — Tamtędy droga do Żupaństwa, na Województwo, do wszystkiego przy łasce pańskiéj i do srogiego téż boju z ludźmi zazdrośnemi. — Dwór, dziecko moje, toć zwierzyniec, do którego i dzikiego i swojskiego napędzają stworzenia, gwoli uciesze pańskiéj. Znajdzie się tam, jak w zwierzyńcu, wszelaki zwierz dobry i zły, dziki i swojski i łanie gładkie i wilcy okrutni i lisy chytre; ale Lew pan i Lwu tam służy co żyje. Kto w łaskach u Lwa, ten w niełasce u ludzi, choć mu czołem bić będą; a padnie na kogo niełaska łatwo traci głowę i życie. I dobrze tam jest i źle. — A ciągnież cię co do dworu? —
Jaksa poruszył ramionami.
— Cóż mam poczynać w domu?
— Pewnie, — potwierdził ks. Marcin, młody się poruszać musi, aby w nim krew nie zakrzepła.
A spuściwszy głowę na piersi, tak daléj ciągnął — głos zniżając.
— Jeżeli na dwór dla czegóż na pana Władysławowy, chyba że najpierwszy i najznaczniejszy? — Wierzę iż pan dobry jest, miłościwy i cnoty ma ojcowskie, ale mu jednéj brak — mężem nie jest. Miękki pono do zbytku, słaby, — w pychę go wbijają Niemce, rządzi nim niewiasta, — ludzie szepcą, że tylko co nie widać jak się rzuci na braci.
Tak ci bywało i u nas i gdzieindziéj. Cesarze i ich bracia a dzieci dla dzierżenia potęgi się pożerali. — Ale na jednego Władysława a kupkę Niemców, jest trzy dzielnice i trzy młode prawice, a za niemi stoją pasterze, stróże sprawiedliwości. Łacno go spotkać może co syna Ryksy spotkało. Po niego potém szli ludzie, bo ziemia była bezpańska, po tego nie pójdzie bodaj nikt, bo jest komu wodze wziąć...
Krucho siedzi Władysław na Krakowie, jeśli prawda, że przeciw braciom spiskuje, — a po cóż ci siadać do dziurawéj łodzi?
Dokończywszy ks. Marcin smutnie się zadumał.
— Wy to, mój ojcze, — widzicie proroczemi oczyma, — odpowiedział Jaksa, ale to wszystko we mgłach jeszcze... Wszyscy młodzi książęta siedzą jeszcze na dzielnicach swoich i rządzą w nich, Władysław doma się trzyma, i o nic nie odzywa.
Ks. Marcin się począł uśmiechać. —
— Ludzie co z Krakowa jadą, inaczéj mówią — odezwał się. — Wróżą że tam lada dzień coś wybuchnie. Sposobią się wojska choć niema nieprzyjaciela, ludzi ściągają i płacą. Księżna Agnieszka pokoju mężowi nie daje, aby sam jeden królował koniecznie.
— Toć jam człek wojenny, zawołał młody, do wojny się powinienem sposobić, czemubym nie miał tam iść gdzie się ona gotuje?
— Dziecko moje — odparł ksiądz, albo to wojna z Niemcami, z pogany, z Pomorzanami, z Lutyki, z Połowcami i Rusią? To wojna, w któréj Jaksa będzie musiał iść na Jaksę... Doliwa na Doliwę, Bogorya z Sandomierza na Bogoryę z Krakowa. Brat na brata, jak książę sam na swych rodzonych. Takiéj wojnie p. Bóg nie błogosławi.
— Prawda, mój ojcze — rzekł Jaksa, nie myślałem o tém, ale nim do niéj przyjdzie i czy ona będzie?
— Na dwór ci się chce — przerwał ksiądz — to darmo — ciągnie cię tam! Na Komorowie ciebie strzymać gdy jedna stara matka a drugi sługa stary przytrzymywać chcą? trudno... Nie wiąże cię nic. —
Stara matka słuchała rozmowy to zbliżając się to oddalając, po tych słowach podeszła ku nim.
— Ojcze mój — odezwała się — jemu już trzeci lat dziesiątek dochodzi. — Wygląda młodo, ale mu na gniazdo czas, tembardziéj, że w gnieździe jeden jest. Zrywa się ztąd jak ptak co pary szuka. Sam nie wié czemu i zaczém mu tęskno, toć wola Boża.
Ksiądz spojrzał, — Jaksa się zapłonił cały.
— E! rzekł — nie tak mi pilno jak się matusi zdaje!
— Ty sam niewiész o tém, a oko matki patrzy w ciebie i widzi w głąb aż do wątroby — (serca). Cóż w tém złego? Mnichem nie chciałbyś być! jeden u mnie jesteś, mnie wnuki kołysać czas. — Mnie téż pilno. — Żenić cię trzeba, — żenić. —
Zwróciła się ku księdzu. —
— Prawda, — ojcze?
— Tak — tak mówi Apostoł — szepnął ks. Marcin, potrzeba by się żenił, kto w grzechu żyć nie chce. —
Przerwał stary. — Jaksowa nagliła. —
— Mów ojcze za mną, prawda, — niech się żeni!! Ja powiedzieć tego jak ty nieumiem.
— Ani ja — ani ja, mruknął ks. Marcin. Nie nasza rzecz małżeństwa i niewiasty zalecać, bo wiele między niemi złych jest i złego wiele przez nie przychodzi a mało takich jak wy, pani matko, coś dziecku za ojca i macierz stała. —
— Jak ja? smutno się śmiejąc podchwyciła wdowa. Ja! niewiastą byłam na chwilę tylko i to krótką, los mój uczynił mnie, ot czémś ni babą ni mężem. Ani się już znam do niewiast, ani mi się godzi mężem zwać. — Matkąm ledwie umiała być, żoną począwszy aby osierocieć rychło. Poszedł mój do grobu i co niewiasty we mnie było, zabrał z sobą. Mnie za przykład nie stawcie! Ja innéj dla niego chcę, takiéj jakiéj chyba nigdzie niema, coby umiała być żoną i matką a niewiastą — bo mu i lice kraśne potrzebne i usta śmiejące się i ręce białe.
Ksiądz się ofuknął strzepując rękami. — Dajcież pokój! dajcie pokój! pani Hanno! Co synow[2] głowę mącisz! Niechaj sobie żony sam szuka, to najlepiéj, znajdzie ją, to pobłogosławiemy. —
Wdowa bystro spojrzała na syna.
— Niechaj szuka i sama dodała — a niech na gniazdo pamięta. — Wiana mu nie potrzeba, złota nie łakniemy, mocy téż mamy w sobie dość, ino, by poczciwa krew a serce dobre!
Ksiądz się niecierpliwie poruszał.
— Toście mnie tu widzę ściągnęli, rzekł, — abym ja jemu kazanie o małżeństwie prawił, nie moja to rzecz!
— Do małżeństwa niewiem jak przyszło — odparła stara — chciałam pytać o radę czy na dwór jechać czy nie?
Ksiądz ręce podniósł do góry, a potém głowę i oczy.
— Jam stary i ślepy, nie widzę nic — rzekł broniąc się — boję się wszystkiego. — Powtórzę com mówił, Pasterz tak chce, stryj radzi, — nie wiódłby na zgubę.
— Ja téż tak sądzę! — odezwał się Jaksa.
— A ja znam ks. Janika — przerwała matka, szanuję go, poczciw jest, lecz bystrego wzroku niema. Gdyby o psa lub sokoła szło, nie spierałabym się!
Potrzęsła głową, syn się rozśmiał, — stary ksiądz usta otworzył zdumiony śmiałą mową, bo nawykł był zwierzchników duchownych szanować. —
— Nie darmo mię poganką zwą — ciągnęła daléj stara Hanna, gdy stoi u ołtarza, pasterz on dla mnie i ojciec, a gdy w izbie siedząc u kubka ze psy się zabawia, taki człowiek jak i drudzy.
— A toć istne pogaństwo! — wykrzyknął gwałtownie ks. Marcin, grzeszna mowa! Nie taki on człowiek jak drudzy, bo namaszczony jest na żywot cały nie na godzinę jedną, którą stoi u ołtarza. — Kapłanem on i pasterzem zawsze! zawsze!
Stara poganka usłyszawszy mowę gorącą, zamilkła chmurno. — Co miała rzec dwóch przeciwko sobie znajdując? Czoło się jéj namarszczyło, podparła twarz na dłoni — nie odezwała się już więcéj.
— Matusiu — rzekł Jaksa widząc matkę smutną. — Niebójcież się wy o mnie. Kraków nie za górami. Pojadę, popatrzę, służba nie wiekuista, ani niewola.
Źle będzie, nie po myśli, precz się usunę. Niech ks. Janik nie mówi, żem łaską jego pogardził, żem radę odrzucił, niech się pan Petrek na mnie nie gniewa.
— Od Petrka zdala! zdala! mruknęła matka.
— Bogobojny to pan jest — odezwał się głowę skłaniając ksiądz. Daj nam Boże takich jak najwięcéj. —
— Wam ale nie nam — poprawiła Hanna sierdzisto. — Wam on za grzech swój płaci to go miłujecie, a ja go za grzech ten nie cierpię.
— Bóg grzechy sądzi i cnoty waży! a kto bez grzechu! — odparł ks. Marcin. — Nie rzucajcie kamieniem.
— Ja go ani sądzić nie chcę, ni widzieć, ni słyszeć o nim! — zakończyła Hanna zwracając się ku synowi, który z rumieńcem na twarzy, pozostał milczący.
Ks. Marcin nie odezwał się téż, nie mogąc dobrze zrozumieć co starą tak oburzało i w niepokój wprawiało.
Dla Jaksów nawet, choć się ci do najmożniejszych rodów liczyli, Petrkowa córka była małżeństwem wielkiém, niosła z sobą nietylko bogactwa ojca ale związki jego i znaczenie po wszech ziemiach. — Poganka jednak nie chciała jéj dla syna, obawiała się. Bogaty a tak nagle i dziwnie wywyższony ulubieniec Krzywoustego, dla starych rodów miał zawsze na sobie znamię obcego przybysza, co się gwałtownie dobił znaczenia i przywłaszczył stanowisko. Obawiano go się dla gwałtowności wielkiéj, zuchwalstwa z jakiém się wszędzie stawił, na równi chcąc być bodaj z panującemi, i szanować się każąc choć sam nie chciał uszanować nikogo. Obawiała się téż przezorna matka wciągnięcia syna przez Petrka w niebezpieczne zabiegi, w niespokojne jego i ruchawe życie. Wolała go widzieć panującym w swoim domu, niż posłusznym towarzyszem Palatyna. Miała przeczucie, że Petrek, co się zawsze rzucając szedł coraz daléj, nie pozostanie przy tém co miał, nie ograniczy się samém budowaniem kościołów, które teraz po wszech ziemiach stawił, o czém szeroko głoszono. Wielkie te ofiary saméj pobożności przypisać było trudno, tłumaczono je więc pokutą za grzechy dawne, które ludzie wymyślali przez zazdrość, bo mąż silny był współzawodnikom solą w oku.
Nasłuchała się o tém stara Hanna, i brzydziła tajemniczym tym Władyką, który urósł z niczego.
Jaksa postrzegł, że z matką już o pięknéj córce Petrkowéj mówić nie było sposobu, pomyślał sobie jednak w duchu, że gdyby ja[3] raz przywiózł do Komorowa, Hanna by ją, podąsawszy się, za córkę przyjąć musiała, a urokowi jéj oprzećby się nie mogła.






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast kropki winien być przecinek lub kolejny wyraz (przywiózł) dużą literą.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – synowi.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – .


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.