Historya prawdziwa o Janie Dubeltowym (Kraszewski, 1908)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya prawdziwa o Janie Dubeltowym
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Historya prawdziwa o Janie Dubeltowym.


I.
Był zwyczaj w Wilnie, że w Wielkim Tygodniu odwiedzano tłumnie kościołek księży bonifratrów, w którym piękna amatorska grywała muzyka, i przy nim szpital obłąkanych, w tym dniu, w części przynajmniéj, dla ciekawych otwarty. Płocha ciekawość wiodła tam wielu, i nie pojmowałem nigdy, jak z za drzwi tych z wesołą twarzą wynijść było można. Dla mnie nawet widok śmierci nie był nigdy tak bolesnym i przykrym, jak obraz ostatecznego upadku najdroższych władz, stanowiących człowieka; unikałem go téż ile możności, i choć muzyka niejeden raz zwabiła mnie do kościoła szczupłego, gdzie się ledwie słuchacze chciwi pomieścić mogli, z obawą i przestrachem jakimś dziecinnym zdaleka tylko spoglądałem na drzwi wpółotwarte, wiodące do nieszczęśliwych, oddzielonych niemi od rodziny i świata. Wogólności, zdawało mi się zawsze, że i sposób leczenia, i sposób postępowania z obłąkanemi był zupełnie fałszywy, i raczéj dopomagał rozwinieniu choroby, niżeli ją wstrzymywał. Oddzielenie nieszczęśliwego od ukochanych miejsc i osób, wyrwanie go z łona rodziny, rzucenie na ręce obcych, zimnych i surowych ludzi, za kraty, w mury posępne, wśród twarzy obojętnych, jeśli nie groźnych, nie sąż to środki zabójcze? A są przecie ludzie bez serca, w rodzinach możnych nawet, którzy przez samolubstwo najwystępniejsze, gotowi na pierwszy wykrzyk boleści, żalu i niezrozumiałą myśl jakąś, rzucić w tę przepaść najbliższych sobie... Nie mówmy o nich lepiéj... dreszcz mnie przejmuje, gdy wspomnę, że świat ich szanuje i cnotliwemi nazywa, że potém modlą się w kościele i do Boga, którego w bliźnim odepchnęli, o pomoc i ratunek wzdychają.

II.

W roku 1829 poszedłem z towarzyszami memi do księży bonifratrów; ledwie pod chórem potrafiłem się jakoś wcisnąć w próżnię, którąśmy gwałtem wyrobili młodemi łokciami zapamiętałych dyletantów — staliśmy tam do końca muzyki, a gdy tłum wypływać począł, Eugieniusz, Edward i Romuald poczęli mnie silnie namawiać, żebyśmy zaszli do szpitala, do którego zaraz z kościoła w lewo drzwi prowadziły. Poczynałem wówczas lat ośmnaście, młodym był bardzo i na nieszczęście do zbytku drażliwy; z obawy, żeby mnie za sobą nie wciągnęli i nie zmusili patrzéć na to, co nadto silne uczyniłoby wrażenie na umyśle i tak już rozkołysanym, cofnąłem się aż ku wnijściu, protestując przeciwko temu. Zaczęto się śmiać ze mnie i nazywać tchórzem. W ośmnastym roku obelg się takich nie znosi; kościelna cisza, którąśmy szanowali, nic dozwalała się tłómaczyć, ze ściśniętém sercem poszedłem z niemi, ale postanowiłem wyrwać się od nich i uciec co prędzéj. Maleńkiego wzrostu ksiądz Jacek przyjął nas u drzwi; byłto jeden z braciszków, poświęconych usłudze i pieczy nad obłąkanemi.
Nie można sobie wyobrazić nic pospolitszego i mniéj obiecującego nad twarz i postawę księdza Jacka, chociaż bliżéj poznany był to skromny, ale dostojny i zacny pracownik, który święcie spełnił swe ziemskie posłannictwo. Maleńki, gruby, kłódkowaty, czerwony; z rękami wielkiemi i niezgrabnemi, wydawał się jak figurka w źle wytoczonych szachach, któréj główkę tylko jako tako wyrobił artysta, a resztę ledwie okrzesawszy, porzucił. Twarz miał okrągłą, pełną, ale tak nic nieznaczącą, tak startą, jakby natura wysilała się, by nią człowieka zamaskować; nic z oczów, nic z ust, nic z czoła nizkiego nie mówiło. Dopiéro gdy usta otworzył, gdy się ożywił, gdy dusza rozjaśniła te rysy pospolite... promieniał zeń ewangielicznych cnót prostaczek święty, jakich mało na świecie.

III.

Romuald, który nie wiem skąd znał księdza Jacka, uśmiechnął się do niego w progu ze zwykłą sobie łagodnością i przywitał go, coś mu szepcząc na ucho; ja zawiązłem w progu, nie śmiejąc iść daléj i oczyma bojaźliwemi rzucając wkoło, jakbym się przerażającego spodziewał widoku. Tymczasem ujrzałem tylko kilku mężczyzn w szlafmycach i zwykłém szpitalném ubraniu, przechadzających się powoli, poważnie, spokojnie po izbie sklepionéj. Na żadnéj z tych twarzy nie było szału, jakiegom się obawiał, choć na każdéj silne wstrząśnienie wyryło ślad niestarty; wszyscy byli męczennikami jakiéjś istoty, jakiegoś uczucia, jakiéjś myśli lub wypadku, który pochłonął ich życie i igłę zegara na smutnéj zatrzymał godzinie. Romuald, Edward i Eugieniusz poszli daléj, ja zostałem przy drzwiach, i widać, że poczciwy Z. coś tam opiekując się mną szepnął księdzu, który z uśmiechem, jakby dla dodania mi odwagi i zrobienia znajomości, poczęstował mnie tabaką. Przyjąłem ją, ale nie przywykły, kichnąłem straszliwie, i gdym oczy otworzył, obok kłaniającego mi się z życzeniem dobrego zdrowia bonifratra, ujrzałem i drugą postać w złowrogiéj białéj szlafmycy.
— Pomyślności — rzekł nieznajomy, który się zaraz do mnie przywiązał, dosyć wesoło — pomyślności! panie akademiku!
— Przedstawiam panu mego dobrego przyjaciela pana Jana — rzekł ksiądz Jacek, który uczuł się potrzebnym do dozoru w drugim końcu celi, i spiesznie odszedł w inną stronę, zostawując mnie sam na sam z owym Janem. Przyznam się, że w niemałym byłem strachu.

IV.

Ów Jan wszakże nie powinien go był obudzać — byłto człowiek czterdziesto-kilko-letni, silny dość jeszcze, i resztkę młodości mający w wejrzeniu i uśmiechu, łysy, o ile się można było z pod szlafmycy domyślać — a w oczach jego tylko prawie niedostrzeżony niepokój o jakiémś wewnętrzném podrażnieniu świadczył. Po sposobie ułożenia sukni, szlafmycy, po cerze delikatnéj i rękach niezapracowanych, poznać w nim było można człowieka, przywykłego do starań około siebie, do pewnego porządku i wygody. W rysach wiele było szlachetności, i tego, co jakby urągając się sobie, ludzie nazywają rasą. Nie można się było omylić, byłto człowiek niegdy zapewne zamożny, dostatni i dobrze wychowany; próżno szukałem w nim zrazu śladów szału, zdziwiło mnie tylko, że się ciągle ku drzwiom, oknu i po za siebie, jakby z nałogu jakiegoś, oglądał.
Uśmiechnął się do mnie, gdyśmy sam na sam zostali, a że tu przy drzwiach była ława dębowa, wskazał mi ją i pierwszy usiadł na niéj, widocznie zabierając się do rozmowy. Zaczął ją bardzo pocichu.
— Kogóż mam honor?
Powiedziałem mu, rumieniąc się, moje nazwisko.
— Chciałbym — rzekł kręcąc głową — równie się panu zarekomendować, ale tu zachodzi wielka trudność; rozmaicie mnie bowiem nazywają; ja sam różnie siebie zowię, stosownie do czasu i okoliczności; ksiądz Jacek przezwał mnie nie bez przyczyny Janem Dubeltowym, a więc niech i tak będzie... Gdyby tylko ten łotr nie nadszedł i nie przeszkodził, mógłbym panu o sobie wiele ciekawych rzeczy powiedziéć.
Zdumiałem się, sądząc, że ten wybryk stosował się do księdza Jacka.
— Kto taki? o kim pan mówisz? — spytałem żywo.
— A o tym, o tym... — dodał cicho — o łotrze... juściż się powinieneś domyślić — dodał z uśmiechem wskazując poza siebie.
— Domyślić się nie umiem, całkiem nie wiem, o kim mowa.
— A! jakże nie wiesz — przerwał z wymówką, — wszakże wszyscy o tém wiedzą, i niepotrzebnie tylko z tego robią przed sobą tajemnicę. Waćpan jeszcze jesteś młody, bardzo młody, ale już powinieneś był poczuć i zrozumiéć, o co chodzi.
— Powtarzam panu, że to dla mnie rzecz niezrozumiała...
— Domyślasz się, że mówię o drugim mnie, o tym łajdaku, co mi struł życie, nieustannie bijąc się o posiadanie tego ciała, wszakże dla nikogo to nie tajném, że każdy nosi w sobie dwóch ludzi.
Spojrzałem nań wielkiemi oczyma.
— A! to widać, że się jeszcze w waści nie odezwał ten drugi — rzekł, widząc zdziwienie moje — no! to témbardziéj ostrzedz cię muszę.
Zażył tabaki, obejrzał się ostrożnie, potrząsł głową i tak powoli rozpoczął:

V.

— Wszystkim to jawna, że w każdym człowieku jest wistocie nie jeden pojedyńczy człowiek, ale dwóch różnych ludzi... nic pewniejszego — każdy z nas jest podwójny, czujemy to w sobie, a zawsze jeden coś robi, drugi słucha i przeciwi się, jeden czynnym, drugi świadkiem i szydercą... Jakże to może być — spytał zwracając się do mnie — żebyś już nie poczuł w sobie tych dwóch ludzi, którzy całe życie walczyć w tobie będą? Nie poczęliż oni téj rozmowy nieskończonéj i nużącéj, którą nieustannie prowadzić muszą, póki jeden na wieki nie zamilknie? Nie rozpoczęliż boju? Bój to śmiertelny, albo ten łotr Kain niewinnego Abla zabije, albo Abel mieczem bożym wypędzi Kaina, albo się zrosną jak bracia Syamczycy i wyrodzi się z nich mieszaniec jakiś, półdyablę weneckie, jak większa część ludzi, bo trzeba ci wiedziéć, że takich najwięcéj po świecie. W głupcach pospolicie i Abel słaby i Kain nie silny; troszeczkę się z sobą na początku pokłócą, potuzują pocichu, potém zawrą przymierze i mieszkają dosyć zgodnie pod jedną powłoką, maleńkie figle sobie płatając. Ale gdy silniejsza natura, gdy Abel ma skrzydła a Kain pałkę; gdy się bitwa między niemi zapali, o! o! to się tęgo tłuką i krew płynie nie żartem i guzów nie mało.. a wyrzutów sobie nie szczędzą... Ot! ot! zdaje ci się, że Abel wypędził łotra Kaina, nie — powraca już do domu, niewiedziéć którędy, zwycięscę wyrzuca i panuje z kolei i ryczy i szaleje... Straszny to dramat wewnętrzny, któremu śmierć dopiéro tamę kładzie, a kim cię zgon pochwyci, Ablem niewinnym, czy Kainem niepoczciwym, tym na wieki zostaniesz u Boga! Ani godziny spokoju, ani chwili spoczynku — cichaczem jeden drugiego podchodzi, niejeden, co się spać Ablem położył, wstał z łóżka zbroczonym Kainem... a świat się dziwi i ludzie sobie głowy darmo łamią, że ten, co wczoraj był barankiem, dziś się wilkiem sroży: — nic prostszego, nic zrozumialszego! cała rzecz, że każdy człowiek jest podwójny.
— Tak — odpowiedziałem biednemu Janowi — jeśli waćpan przez to rozumiesz dwojakie w człowieku skłonności?
— Nie! nie! nie! — gorąco odparł rozprawiający — to nie jest żadna figura: żywa i szczera prawda zasadnicza, homo duplex, bez najmniejszéj wątpliwości, w każdym siedzi biały i czarny, anioł i szatan... alboż nie słyszałeś ich rozmowy? Nieustannie jeden się drugiemu przekomarza: a gdy milczéć musi, to chichocze z kąta. Płaczesz, tamten się śmieje i woła: — a! jest czego, braciszku; śmiejesz się, truje ci wesołość; kochasz, wrzuca ci odrazę i wątpliwość; tęsknisz i lecisz do niebios, sofistykuje przeciw Bogu i niebiosom... słowem, pokoju niéma, a zawsze ci dwaj ichmościowie naprzekór sobie robić muszą... Jak to być może, żebyś już waćpan w sobie tego nie poczuł, żeś podwójny? Szczęśliwy jesteś, jeśli jeszcze z Kainem nie miałeś do czynienia, ale skrada się, czyha, odezwie pocichu i przyjdzie; zawsze się trzeba miéć na ostrożności. Biada temu, kto się odrazu urodził spokojnym mieszańcem szarym, i nie zna w sobie dwóch ludzi — ten ledwie jest człowiekiem.
— Ja mogę się pochwalić — dodał — że całe życie od dzieciństwa walczyłem i walczę z czerniakiem, ale do téj pory go nie zmogłem, powraca! powraca! Dlatego obawiam się co chwila, by nie nadszedł, nie wskoczył na mnie przez ucho, przez oko, kat go wie którędy, bobym inaczéj gadał i innym być począł człowiekiem. Ale zdaje mi się, że tu przez kościół wejść nie może, a kraty w oknach mocne, i taki doświadczyłem, że się księdza Jacka boi... możemy więc pogadać śmiało.
Uderzył mnie dziwnie logiczny szał tego nieszczęśliwego człowieka i prosiłem go, by mi swoję opowiedział historyą.
— Z najmilszą chęcią — odpowiedział — ale nie darmo... gdy pójdziesz którego z tych dni wiosennych nad Wilią, przyniesiesz mi kwiatków z nad jéj brzegu, to moja rzeka rodzinna... Ja je tak lubię, tyle mi przypominają, a sam po nie pójść nie mogę, na drodzeby mnie gdzie ten łotr przydybał, a wie dobrze, gdzie mnie szukać, i czyha tylko!

VII.

— Urodziłem się — rzekł po namyśle — na naszéj kochanéj Litwie, w cichéj szlacheckiéj zagrodzie.
Jeszcze ją jak dziś widzę i mam przed oczyma, choć tam cudzy ludzie gospodarzą i wiele się odmienić musiało; — człowiek gdzie stąpi, wszystko do swojéj wiary przerabia, i nie może być inaczéj — w téj zmienności świata jest wdzięk i smutek jego, jego tęsknica i piętno znikomości, które go czyni tak uroczym, tak poruszającym, jak dziewczę konające w rozkwicie młodości. A i ślicznie tam było... toć płasko jak na dłoni, a gdzie oko pobiegło, to się o las oparło; ale bory nasze ze swym szumem to nasz step, to morze sine, mówiące nam, o czém gdzieindziéj rozpowiadają przestrzenie zielone i głębie czarne... o nieskończoności, o Bogu! Ja przynajmniéj kocham lasy, bom się wśród ich szumu wychował... Wkoło niemi opasany stał dworek otoczony poletkami urodzajnemi, i wioseczka w brzozach i jodłach cała, w kamienne płoty ubrana, i olszyna stara z bocianami za ogrodem, którą podszywały niezliczone dzikich malin gąszcze, i stary sernik z chorągiewką blaszaną, i kapliczka z krzyżykiem żelaznym, który się pochylił od wiatrów zachodnich, i słomiana strzecha moja, na któréj mchy się wygrzewały. A! cobym dał, cobym dał, żeby ją zobaczyć raz jeszcze — ale tam cudzy gospodarują ludzie... Nie! nie! niéma nic wiecznego. Gdzie się paliły ofiary Bogu, dziś czarna krew płynie na cześć szatana, świętokradztwa nieustanne... i ekspiacye bez końca. Świat nie może wynijść z pokuty, bo nieustannie grzeszy nanowo... Nie zgrozaż to, by w miejscu, na którém stał krzyż i było miejsce modlitwy, kleić dla pijanych gospodę lub dach dla rozpusty? A! tak mi serce krwią zachodzi, gdy pomyślę, gdy wspomnę, że może szatańskim śmiechem ryczą dziś tam, gdzie spokojna mojéj matki modlitwa podnosiła się do nieba. Ja tam pierwsze Ablowe moje przeżyłem lata, i anim się spodziewał, ani domyślał, co mnie czekało na świecie... Kain się jeszcze nie pokazał, czyhał dopiéro gdzieś w mroku.
Ot dlaczego nam młodość tak droga, myśmy w niéj dłużéj lub krócéj sami sobą, silni jednością, nie skłamały jeszcze usta nasze, sercu nie rozkazywał Kain i Abel na przemiany, dym jego ofiary unosi się ku niebu na wiekuistą pogodę, a żaden wietrzyk nie kłóci uroczystości ciszy.

VIII.

Gdy to mówił, jakby naprzekór, drzwi ciężkie od kościoła do téj izby wiodące, od ciągu powietrza się poruszyły i z trzaskiem zamknęły; ja sam wstrząsłem się ze strachu, a na twarzy Jana ujrzałem tak gwałtowną przemianę, że zdał mi się wistocie innym człowiekiem. Nie wiem, co mu się stało, oczy jakby mgłą się powlekły, oglądając się bojaźliwie na księdza Jacka, a gdy na nowo mówić spróbował, ani głosu jego, ani ciągu myśli poznać nie mogłem.
— Wiem — rzekł, mierząc mnie z niedowierzaniem — pan tu zostałeś przysłany przez nieprzyjaciół moich dla wyśledzenia, co się ze mną dzieje. Otóż widzisz, że jestem zupełnie zdrów i pomszczę się na nich wszystkich... Waćpan gotów jesteś wierzyć temu, co przed chwilą mówiłem; ha, ha, bałamuctwo! bałamuctwo! dzieciństwo! Człowiek w moim wieku nie rozczula się i nie rozmazuje niewiedziéć czego, żartowałem tylko z waćpana. Co mi tam wspomnienia młodości... głupstwo! użyć świata, to verbum personale, zgnieść wrogów, stać się niezależnym i ludźmi jak piłkami pomiatać, oto cel. — Kto wymyślił dobroć i łagodność, ofiary i stękane poświęcenia, sam nie wiedział, jak głupią dał do grania komedyą tym małpom, co go naśladują... Gdzież jest na świecie prawo, nakazujące być dobrym i żyć dla drugich, nie dla siebie? Każda istota w sobie czuje ognisko świata i wszystko sobie poświęca, dlaczegoby człowiek, bydlę trochę rozumniejsze od tych, które zjada w polędwicy i zrazach, miał być wyjątkiem?
Gdy tak mówił pośpiesznie, gorączkowo, bez oddechu, zbliżył się ku nam ksiądz Jacek, i w panu Janie zaszła natychmiast zmiana powtórna, uspokoił się, uśmiechnął, a jakby ciężar spadł mu z piersi, tak znowu pierwszym swym głosem mówić począł:

IX.

— Ot patrz waćpan, anim się obejrzał, jak ten łotr przeze drzwi się tu wcisnął i na chwilę mnie był opanował, alem go już przegonił i niéma go... słyszałeś, jak bluźnił? Otóż to taka nędza moja, że tyle mną owładnął, iż tę samę głowę i usta, których ja na dobre używam, zaraz na swoje łajdactwa obraca.
Jeszcze nie mogę przyjść do siebie, śmiały! śmiały! O czémżeśmy mówili? o młodości, tak, zdaje mi się... ten stan niewinności nie trwa długo... Kain czyha, otwiera oczy, ocknął się; i jednego wiosennego poranku wstajesz z niepokojem w duszy, bo nieprzyjaciel już ci się w kradł do wnętrza i zamierza opanować zdradą, wziąć bez bitwy a Abla w tobie udusić pocichu. Jeśli cię jaka pobożna duszyczka, lub twój anioł stróż nie ostrzegł, żebyś dobrze w siebie wglądał, przepadniesz w pierwszém spotkaniu. Abel i Kain żyją zrazu jak bracia, w jednéj kolebce, w jednym Ewy uścisku; — Abel głupiutki jeszcze, Kain udając słodziuchne stworzenie; ale gdy jeden patrzy w niebo, drugi go ściąga na ziemię. A ziemia tak piękna młodym oczom, młodemu sercu; mój Boże, i tak w niéj ugrzęznąć łatwo!
Pamiętam jak dziś, stary bernardyn, ksiądz Józef, który często bywał u moich rodziców, pierwszy mnie ostrzegł o grożącém niebezpieczeństwie; wpiło się to w umysł młody, ale zrazu tego łajdaka próżno jakoś w sobie szukałem, tak się skrył głęboko i gościć umiał z braciszkiem, że go ani znać było.
Tylko bywało, gdy się przyjdzie rozgniewać, kiedy przyjdzie użyć fałszu, gdy cię namiętność rozhuka, niewidomą siłą pomaga do ladajakiéj roboty i poklaskuje spełnionéj. Drugi znowu smuci się, wstydzi, płacze. Dopiéro rozmowa między niemi:
— A! jakie z ciebie dziecko! cały świat tak robi, cnota jest tylko oszukaństwem i spekulacyą...
— Ale do niéj wiedzie przeczucie, ku niéj steruje pragnienie, czemuż wstydem oblewa mi czoło?
— Wstyd jest przesądem i tchórzostwem...
— Czemuż ów pierwszy, a bezwstyd i zepsucie drugim, po nim? dlaczego tak silnie mówi w sercu?
— Bo je nim z młodu napojono.
— Bo go z sobą od Boga przyniosło...
I gdy jeden płacze, drugi się śmieje, zrazu zwycięstwo wątpliwe, bo z kolei pierwszy, to ostatni zwycięża.
Postrzegłem się nierychło, że mnie Kain krępować poczynał.
— Czekajno, braciszku — zawołałem — nic jeszcze z tego nie będzie. Począłem walkę na zabój i nie poddałem się łotrowi. Zobaczywszy, żem się silnie wziął do niego, cofnął się na jakiś czas, i tak mnie tém uspokoił, żem był pewien, iż go nie ujrzę więcéj.
Była to chwila, w któréj Antosię moję kochać poczynałem... Tamtemu miłość taka znać nie w smak była, jemu i Antosia, i Jadwisia i Julka, wszystko równie było dobre, co miało dwoje czarnych lub niebieskich oczu, i pierś nabraną tęsknotą i pragnieniem. Ilem razy szedł do Antosi, a trzeba było iść przez wioskę i mimo dworków sąsiedzkich, podkradnie się bywało i sprowadza mnie z drogi, a to do Julki, a to do Justysi, a to do Rózi, i choć serce do tamtéj bije, znajdzie coś we mnie, co do nich pociąga... Trzeba go było widziéć, jaki to był zuch do dziewcząt, jaki dowcipniś, jaki śmiałek, jak mu nigdy słów i odwagi nie zabrakło, ani dwuznaczników i łgarstwa, ani sposobów ujęcia... Zobaczywszy, że to się na złe zanosi i że w brudach utonąć przyjdzie, kupując to groszem, to fałszem, co się sprzedawać nie powinno, dałem mu jakoś w kark i poszedł jak zmyty, a ja przy Antosi zostałem.
Jakoż nam się tak szczęśliwie składało, że ledwieśmy się pokochali, nic do wesela nie stało na przeszkodzie, rodzice go sobie życzyli, myśmy do niego wzdychali, wszystkie warunki odpowiadały żądaniom, i ksiądz pobłogosławił marzeniu przyszłości...

X.

Ksiądz Jacek rozmawiając z Romualdem trochę się był od nas odsunął, ława, na któréj siedzieliśmy, stuknęła, mój rozmówca się poruszył, i znowu twarz jego dziwnie zmieniła i począł się śmiać szydersko.
— Czasem to na mnie napadają te śmieszne jakieś czułostki i łzawe usposobienia — rzekł żywo — ale to z choroby. Trzeba panu wiedziéć, żem się ożenił najgłupiéj w świecie. Antosia była dobra dziewczyna, ale to proste, ubogie, bez wychowania, a taka w serduszku kobiecina... Kochała pewnie ze dwóch przede mną, a z dziesięciu się jéj po mnie podoba. Historya mojego ożenienia jest historyą nieszczęść moich, zawiązałem niém sobie świat, zakopałem się w dziurze zapadłéj, a ta kobieta zrozumiéć mnie, ani ocenić nie mogła. Byłem człowiekiem wyższych usposobień i gwałtownych namiętności, ani jednemu, ani drugim pokarmu nie mogło nastarczyć życie, do zabicia jednostajne, ciężkie i miłość, którą prędko przesyca uśmiech stereotypowany, żale codzienne też same, ziewanie co chwila szersze. Musiałem zaniedbać Antosię... Któż temu winien? zanadto gorące i szérokie Bóg mi dał serce, jedna miłość powszednia wystarczyć mu nie mogła! Cóż zresztą znaczą łzy jednéj kobiety? Miała dziecię, które ją pocieszać było powinno, i przyjaciół, i wzdychającego do niéj platonicznego kochanka!! Rzuciłem się w świat większy: domowéj rzeki mało dla piersi, musiałem na morze wypłynąć. Wszakże jéj nic nie brakło? nie wygnałem z domu, nie zapomniałem o jéj potrzebach.
Byłbym wielką zapewne i znaczącą rolę odegrał na świecie, gdyby nie dziwna, chwilowa miękkość, któréj sobie darować nie mogę, a obronić jéj nie umiem. Zbyt zniewieściałe odebrałem wychowanie, tysiące mętów z tego ulepku osiadły na dnie serca, i oczyścić z nich go nie potrafię. Na najwięcéj obiecującéj drodze powstrzymała mnie i wstrzymuje skłonność dziwna, chorobliwa... jakaś draźliwość sumienia, która w stanowczéj chwili odbiera odwagę i czyni mnie istotą bezsilną, rozstrojoną... Sumienie, opinia, niedorzeczności tego rodzaju, zawadzały mojemu szczęściu, które przecie pierwszym być powinno celem człowieka...; innego, to darmo! nie widzę... Bałamucą nas niém, ale to dobre dla ciemięgów, nie dla nas, co się nad te przesądy wznieść umiemy.

XI.

— Co waćpan prawisz? co waćpan prawisz nie do rzeczy? — zawołał w téj chwili ksiądz Jacek, który zbliżywszy się podsłuchał ostatnie słowa Jana. Głos bonifratra czarodziejsko podziałał na biednego; znowu nastąpiła przemiana, i wyjaśnionym wzrokiem spojrzawszy na braciszka, spokoił go szepcząc pocichu:
— Nic, nic, nie bójcie się, gadamy sobie z akademikiem... to tak! o różnych rzeczach...
— Ależ waćpan bałamucił? — rzeki ksiądz Jacek.
— Tak, trochę, ale już to przeszło — odpowiedział Jan — znowu się był do mnie przyczepił ten utrapieniec... wypędziłem go... nie przeszkadzajcie nam... ten młody chłopiec umie słuchać...
Ksiądz Jacek ruszył ramionami i odszedł.
— Otóż to waćpan masz próbkę tego, co się ze mną dzieje — zawołał Jan po chwili — pokoju mi nie daje, to jeszcze dobrze, kiedy się da wyforować, ale często bywa, że siądzie obok poczciwego Jana ten niegodziwiec, i ząb za ząb się z nim ujada, to mnie tak zmęczy, że na siłach upadam... O czémże mówiliśmy? O biednéj Antosi podobno. Ożeniłem się, ożeniłem i kochałem ją szczerze, i bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nie intryga tego łotra. Anim się postrzegł, jak mi wszystko psuć zaczął: wynalazł zaraz, że ona mnie nie rozumie, gdy przeciwnie jam tego anioła był niegodny i serca jego pojąć nie umiałem; domyślił się kochanków, gdzie może byli przyjaciele, gdzie szukano tylko pociechy i współczucia; zatruł mi pożycie wątpliwością i obojętnością, żądzą jakąś namiętności gwałtownych, nienasyconych... Broniłem się mu ze łzami; biedna Antosia pojąć nie mogła po wieczornym uścisku rannego gniewu i szyderstwa, tych przemian czułości i niewiary, które wybuchały z kolei. Nakoniec rzadszemi coraz stały się przywiązania dowody, jam płakał, on odciągał, porzuciłem dom... wybiegłem w świat.
A i któż opisze, com doznał w chwilach oprzytomnienia płacząc po straconém szczęściu, po cichym dworku i osierociałéj Antosi... Nieraz przy pięknéj Adeli, nowéj mojéj kochance, dla któréj traciłem, com miał tylko, rzucał mnie Kain i odskakiwałem od niéj ze wstrętem, uciekałem z obrzydzeniem; to znowu gdy mnie ten zły duch opętał, leżałem u nóg jéj, usiłując przebłagać... Wszystkie namiętności, któremi brzydziła się druga moja połowa, rozbudził we mnie nieprzyjaciel: pragnienie zysku, dumę nienasyconą, upodobanie w fałszu i oszukaństwie. Ledwie na chwilę odzyskiwałem przytomność i wpadałem znowu w ten stan, którego całą podłość czułem, widziałem i cierpiałem za nią.

XII.

Byłbym może pod tą władzą zaborcy pozostał na wieki, gdyby serdeczny żal przeszłości nie wyrobił we mnie sił rozpaczliwych, niemi wygnałem z siebie Kaina i uciekłem od tych miejsc, które widziały poniżenie i grzechy moje. Ale duch złego nie odszedł ode mnie daleko, ucichł tylko przybity, ścigając mnie zawsze, i wśród ciszy pokutniczéj, prześladującéj szyderstwem, starając się ułudzić swoją sofistyczną dyalektyką...
Nocą i dniem słyszałem w sobie te dwa głosy, z dwóch przeciwnych krańców, wiodące niewyczerpaną dysputę z gwałtownością, od któréj pękała czaszka i rozbijało się serce. Cokolwiek czyniłem, gdziem stąpił, szedł za mną prześladowca i nicował każdą myśl, każdy ruch poczciwy, wykazując go głupim i niedołężnym. Jak syn marnotrawny powróciłem do domu i jak on przyjęty zostałem przebaczeniem, łzami, miłością. Ale to ciche szczęście, które mi wprzódy wystarczało, dziś było bez smaku, zatrute goryczą przeszłości, a Kain umiał je oplwać i obrzydzić. Ledwiem stąpił na próg domowy, znalazł we wszystkiém, co dla mnie było najświętszém, powody urągowiska i broń przeciwko poprawie; trzymałem się jednak na stanowisku...
— Ale to wszystko bałamuctwo — przerwał nagle prostując się pan Jan — miewam takie chwile fałszywego na świat poglądu i słabości... Proszę pana, nie śmiéj się ze mnie... mówiłem to na próbę... Młody jesteś — dodał uśmiechając się — przyjm dobrą radę ode mnie, strzeż się pracy w życiu, jest to żywioł niszczący; nie bądź dobrym, bo to do niczego nie prowadzi; zrozumiéj tylko egoizm i praktykuj go, a będziesz mógł wyrobić sobie, jeśli nie szczęście, bo tém los i traf rządzi, to przynajmniéj byt znośny.
Ziewnął.
— Tak mnie ta poczciwa żona moja znudziła, żem się aż do klasztoru dla spoczynku wsunął... używam tu dyety moralnéj, wytchnę, nabiorę sił i wrócę używać, póki jeszcze można.

XIII.

Gdy to mówił, Romuald z księdzem Jackiem podeszli ku nam, obejrzał się i zamilkł pan Jan, a po chwili wstał i odszedł chmurny w głąb' sali.
— Co to za osobliwy fenomen? — spytałem bonifratra, który znów częstował mnie tabaką...
— Bardzo biedny człowiek — odparł z litością dozorca — szczerze mi go żal... a niewiele mam nadziei, żeby wyzdrowiał.
— Któżto taki?
— Obywatel z Zawilejskiego, w głowie mu się z jakichś głupich pomieszało miłostek, chciał się rozwodzić, to znowu powracał i przepraszał żonę, wchodził kilka razy do służby i nagle ją porzucał, nie było nigdy ciągu i logiki w jego życiu... a chwilami napadały go nawet niebezpieczne szały gniewu... teraz jest lepiéj nieco. — Kto wie? Bóg łaskaw, jednak wątpię wielce, żeby się nam udało całkowite mu zdrowie przywrócić.
— Ale on całkiem przytomny — przerwałem — jedyném zdaje mi się w nim obłąkaniem, to rozdwojenie dziwaczne, na które choruje.
— Lekarz, który tu do niego przychodzi, robi nam nadzieję, że potrafi dwojaka w nim tego zniszczyć — rzeki ksiądz Jacek — daj to Boże! ja się nie śmiem spodziewać.
Chciałem się był więcéj rozpytać, ale w téj chwili towarzysze moi wychodzili, Romuald mnie pociągnął, i choć obłąkany dosyć mnie zajmował, rad byłem, że się wymknąłem na ulicę z tego smutnego więzienia.

XIV.

Zupełniem był potém o Janie zapomniał, i przyznam się, żem nawet obiecanych mu kwiatów nie przyniósł. Kilka upłynęło miesięcy, gdy raz chodząc po Zakrecie i zrywając wiązankę letnich już kwiatków, przypomniałem sobie moję bytność u bonifratrów, i przyrzeczenie dane Janowi... przykro mi się zrobiło, żem słowa nieszczęśliwemu nie dotrzymał, wyrzucałem to sobie żywo, i narwawszy natychmiast, co tylko znaléźć mogłem, pobiegłem już nad wieczór do bonifratrów. Nie rychło na żądanie moje wywołany, wyszedł ksiądz Jacek z twarzą spokojną; przywitaliśmy się jak starzy znajomi.
— A! śliczne kwiatki — zawołał, nie pytając, dla kogo je przyniosłem, bonifrater, i bierze je w ręce z uczuciem, wywołaném zapewne jakiémś wspomnieniem dalekiém i oddawna zagasłém — a gdzie to je pan rwałeś?
— W Zakrecie.
— Proszę! i dla kogóż to ten bukiet?
— Przypominasz sobie może jegomość dobrodziéj moję bytność w Wielkim Tygodniu... ten biedny, którego tu poznałem, prosił mnie, żebym mu kwiatów przyniósł... niezmiernie sobie wyrzucam, że tego nie zrobiłem wprzódy, żem sobie dopiéro dziś przypadkiem przypomniał, ale lepiéj późno niż nigdy.
— Ślicznie powiedziano — odparł ksiądz Jacek — tak, zapewne, we wszystkiém, choć późno, byle dojść do celu, to grunt! Ale...
— Nie mógłbym zobaczyć pana Jana? — spytałem.
— A kiedy go tu już niéma — odparł powolnie bonifrater.
— A gdzież? — zawołałem z przestrachem — co się z nim stało?
— Wyzdrowiał... i na świat powrócił.
— Jakto? zupełnie?
— Całkiem, całkiem!

Ale mówiąc to ksiądz Jacek, zamiast rozpromienionéj, twarz miał smutną i niemal łzawe oczy. Zdawał się nie cieszyć a ubolewać. Zrozumiéć tego nie mogłem, chciałem był czegoś się więcéj dowiedziéć, i już miałem na ustach zapytanie, gdy ktoś nadbiegł, żądając pomocy księdza Jacka do jakiegoś furyata, którego on tylko umiał powstrzymać i uśmierzyć... Oddałem mu niepotrzebne już kwiaty, i dosyć zdziwiony, zasmucony jakoś, odszedłem do domu.

XV.

Tak to się żywo żyje w młodości! tyle myśli i wypadków przynosi nam dzień każdy, kocha się tak prędko a! i zapomina tak łatwo. Późniéj, zbierając łupinki po gościńcu, maluczko już mając tych skarbów, któremi nam szafowały dni pierwsze tak hojnie, skąpi, chowamy odrobiny i zaschłe nawet staramy się odwilżyć pamiątki... Ale w dniach młodości piorunem lecą uczucia. Nie dziwujcie się, żem w rok całkiem zapomniał i odwiedzin u bonifratrów, i kwiatków, i wrażenia, jakie na mnie zrobił widok tego rozdwojonego człowieka.
W wielkiéj sali domu Müllera trzech czy czterech nas zasiadło do obiadu u osobnego stoliczka przy oknie. Dla naszych akademickich kieszeni zuchwalstwem było porywać się na kartę Titiusa, ale przybyły z prowincyi eks-towarzysz zapraszał, wesoło więc zabieraliśmy się po naszéj powszedniéj strawie zgodzonéj miesięcznie i pożeranéj za pańszczyznę, byle nie umrzéć z głodu, odwilżyć usta wytworniejszém jadłem. Nigdym jedzenia jako przyjemności życia nie pojmował, miałem je tylko za niezbędną potrzebę dosyć upokarzającą i nudną, ale kilka razy trafiło mi się, po długiém wygłodzeniu, lub wstręt obudzających pokarmach, doznać prawie przyjemności u dobrego i smacznego stołu, odzywało się zwierzę we mnie. Ten obiad był z liczby owych kilku pamiętnych; karmiono nas młodych zwykle tak licho, że często mimo głodu, wstręt brał do jadła, któreśmy zastępowali niezliczoną ilością szklanek kawy z bułką. Po kilkomiesięcznéj tego rodzaju dyecie, kilka potraw dobrze zrobionych i kieliszek wina, przychodziły jak ożywiająca rosa na zwiędłą roślinę, i nowemi, niespodziewanemi obdarzyły siłami. Wesoło mi się zrobiło ku końcowi obiadu, i spojrzałem po sali z wielką ochotą kochania całego świata, oczy moje zatrzymały się nagle na stoliczku, w pośrodku stojącym, u którego dopiéro teraz spostrzegłem pięciu czy sześciu mężczyzn, niezmiernie huczno biesiadujących z kielichami szampana w ręku i szampańskim humorem na ustach. Twarz jednego z nich, który mi się zdawał częstować i gospodarzyć, dziwnie mi się jakoś przypominała, jakby gdzieś widziana i znajoma, ale jéj do żadnego nazwiska, do żadnéj postaci przywiązać nie umiałem. Spojrzałem raz i drugi, nie mogąc zdać sprawy z wrażenia; podrażniony, począłem poglądać pilniéj, i nierychło dopiéro przyszedł mi na pamięć pan Jan od bonifratrów.
Tak! on to był, wyraźnie-m go przypomniał teraz, ale strój staranny, miejsce, w jakiém go znalazłem, zmieniały do niepoznania. Oczy się nasze spotkały, zatrzymał je na mnie, ale nie zdawał się przypominać, żeśmy byli znajomi, i szybko je odwrócił. Ci panowie, których przyjmował, bawili się tak ochoczo, on sam wykrzykiwał tak głośno, mówił tak śmiało, obawa, jaką dawniéj zdradzał i wzrok i każdy ruch jego, tak całkowicie znikła, żem poniekąd zwątpił, czy mnie jakie nadzwyczajne nie ułudza podobieństwo.
Nie spuściłem go jednak z oka, i gdy czas się było rozejść, a u drugiego stolika przedłużała się rozmowa, i coraz nowe butelki szampana odkorkowywano, przyzostałem nieco od towarzyszów, chcąc lepiéj się temu niespodziewanemu przypatrzyć zjawisku. Wziąłem w rękę jakąś gazetę, i udając, że ją czytam, odwrócony do okna, siedziałem na straży.
Kilka razy obejrzał się na mnie pan Jan dosyć niespokojnie, widziałem, że go przytomność moja draźnić musiała. Dobrze już byli podchmieleni, żartowali, śmieli się, szeptali, rzucali imionami kobiet, wesołość wzbudzona winem dochodziła do najwyższego stopnia, na jakim jéj przyzwoitość stanąć dozwalała. Nareszcie powstali, pan Jan zapłacił kartę, schwycili za kapelusze i wyszli śpiesznie. Mnie serdecznie żal było, żem go z oczów stracił, gdy z za drzwi powrócił, jakby czego zapomniał, i zdziwiony ujrzałem go tym razem wprost zmierzającego ku mnie.
— Jak się pan masz? — rzekł, podając mi rękę z uśmiechem — wszak musiałeś mnie sobie przypomniéć?
— Tak jest — rzekłem — i bardzom rad, że go widzę tak zdrowym i wesołym.
— Bo téż wistocie jestem zupełnie zdrów — podchwycił szybko — raz na zawsze opuściły mnie dziwne przywidzenia moje; śmieję się z nich dzisiaj. Byłto skutek trochę miękkiego wychowania i drażliwości zbytecznéj; dobyłem sił, by się przerobić z gruntu, i zahartowałem nanowo. Dobrze mi się to powiodło, ani śladu tych dzieciństw dawniejszych, o których i pana proszę, byś zapomniał. Może będziesz łaskaw mnie odwiedzić, mieszkam tu w mieście...
— Nie na wsi?
— Nie, tam sobie żona moja gospodaruje.. nie lubię wioski, nudna! Ja potrzebuję ludzi i wrażeń, czasem tylko dojeżdżam w Zawilejskie, żeby zobaczyć, co się tam dzieje, i dać się mojemu dziecku oślinić... Mieszkam naprzeciw domu Pusłowskich na pierwszém piętrze... ot, jeśli nic nie masz lepszego do zrobienia, przyjdź do mnie na herbatę, będzie kilka osób.
To mówiąc, rozśmiał się, zakręcił i pożegnał mnie szybko...
— A! to pan znasz widzę pana Jana Birucia? — zapytał mnie w téj chwili komornik W., który niepostrzeżony zbliżył się i uderzył mnie po ramieniu. — Co to? czy zacząłeś grać w karty?
— Ja? nie! Pana Jana drugi raz widzę w życiu, ale cóż to za człowiek, bardzobym był ciekawy czegoś się o nim dowiedziéć.
Komornik pokiwał głową.
— At! co tam ciekawego można o nim powiedziéć! hulak, gracz i po wszystkiém, żonę porzucił, cudzą bałamuci! Mówią, że jakiś czas waryował... teraz niby przytomny i zdrów, ale niewiele na tém zyskał, ciągnie ostatkami, majątek stracił... tfu, niewarto o nim gadać! Jednakże — dodał staruszek — nie radzę się z nim bardzo bratać, chyba masz niepotrzebne pieniądze do przegrania... Żyje choć po pańsku i pokaźnie, ale podobno z tego tylko, co komu wyrwie... jak się jemu środków, a ludziom łatwowierności przebierze, zawsze czas w łeb sobie strzelić...
Komornik mówił to seryo, odezwał się w nim jednak pod koniec człowiek XVIII-go wieku, uśmiechnął się, złożył trzy palce, i całując je, cmoknął... dodawszy pocichu:
— Ale co za kobiecina ta, w któréj się kocha! A! a! niech go dyabli wezmą!
Na tém-eśmy się rozeszli.

XVI.

Nie miałem najmniejszéj ochoty stawić się na zaproszenie pana Jana, zwłaszcza, że oprócz komornika W., kilka osób jakoś mi o nim tu i owdzie nieciekawe rzeczy przebąkiwały. Dom jego uchodził u jednych za ognisko wesołéj hulanki, u drugich za jaskinię łotrów; dziwy prawiono o wieczorynkach, na które tam młodzież ściągano. Zresztą byłem pewny, że ubogie, jak ja młode chłopię, ani przyjemności gospodarzowi, ani towarzystwu wesołego nie przyniosę żywiołu, ani do ich tonu nastroić potrafię.
Przeszedł ten dzień i wiele innych, spotykałem pana Jana na ulicy, dosyć ładnym jeżdżącego powozikiem, to z damami jakiemiś za miastem na Pohulance, lub w Tivoli, kłanialiśmy się sobie zdaleka, alem go unikał. Dziś już nie zajmował mnie tyle, bo przestał być dla mnie fenomenem moralnym, a stał się jedną z najpospolitszych postaci, jakich po miastach wszędzie pełno. Jużem go miał za całkowicie zatraconego, gdy niespodziane spotkanie dowiodło mi, że Abel, jak go nazywał, żył w nim jeszcze, choć Kain panował.
Któż nie zna tęsknot młodości, tych gwałtownych porywów ku niebu, któremi dusza z nas wyrywa się znużona w niebieską krainę ku Bogu? Jakkolwiek słodkiemi są szały i marzenia dwudziestoletnie, i tych nie wystarcza człowiekowi, cała teraźniejszość i cała przyszłość nie napoją go nigdy, musi w przestankach uciekać się do modlitwy, i łzami, których źródło, jak Nilu początek, zakryte na wieki, opłakiwać wygnanie swoje. Nie byłem wówczas do zbytku pobożnym, alem chwilami czuł popęd, potrzebę kościoła, Boga i religijnego rozczulenia. Przytulałem się naówczas do ołtarza, jak w macierzyńskie objęcie ucieka dziecię zmęczone długą zabawą, lub zranione w igraszkach z rówiennikami. Z takiém uczuciem tęsknicy wszedłem raz po nieszporze do katedralnego kościoła; pustką stał ten gmach piękny, i pustka ta była mi miłą, bo mi się zdało, że sam-na-sam byłem z Bogiem.
Szukałem ołtarza, wizerunku, wzroku, któryby przemówił do mnie słowy, jakiemi Pan przemawia do sługi swego w naśladowaniu Chrystusa Pana. Nowe obrazy, piękne, ale świeże i nieuświęcone wiekiem przybory kościelne, milczały dla mnie, nigdziem nie mógł znaleźć znanéj mi twarzy ciemnéj Częstochowskiéj Bogarodzicy, nigdzie starego krzyża świecącego mnóstwem wotów, znamion wielu cierpień, i modlitw wielu wysłuchanych w tém miejscu... wszystko wydawało mi się nowe, i ręka rzemieślnika lub artysty wszędzie jeszcze nadto była widoczną, a zbyt mało natchnioną. Pełno smaku, nigdziem nie znalazł religijnego namaszczenia. Ośmnasty wiek wiał ze ścian kościelnych, które przerobił.
Błądziłem niezaspokojony, gdy przed kratą kaplicy świętego Kazimierza ujrzałem w mroku postać jakąś stuloną, zgiętą, złamaną, nawpół na ziemi leżącą. Słychać było wśród téj ciszy uroczystéj silne uderzenia głową o posadzkę kościelną, bicie dłoni w piersi, i westchnienia i łkanie.
Ja także zatrzymałem się, spoglądając przez wrota na trumienkę Jagiellończyka, męczennika czystości, co duszę niepokalaną chciał zaniéść do niebios, i wolał umrzéć niż zniżyć się do objęć namiętności i świata. Miałem go w oczach tego świętego młodzieńca, poetę co zmarł, zostawując po sobie woń lilii uwiędłéj i hymn do Matki Boga! Rozpamiętywanie żywota jego przejęło mnie i wzruszyło, młodością acz zwiędłą i zbrukaną podniosłem się do téj jego młodości świętéj i czystéj, która mu pozostała na wieki... na męczeńskim płaszczu jego z purpury widziałem droższą szatę białą niewinności, u nóg leżała ziemska korona, na barkach wytryskały skrzydła anielskie...
Wtém, gdy się tak modlę rozpamiętywaniem, podniósł się z przed kraty ów bolejący pokutnik, powstał bezsilny, chwytając się żelaznego zamknięcia, podskoczyłem podtrzymać go, i zdziwiony poznałem w nim Jana Birucia.
Spojrzeliśmy na siebie, ze łzą w oku schwycił mnie za rękę... Inny to znowu był człowiek... smutek upadku, wstyd grzechu, skrucha i boleść malowały się na jego twarzy pięknéj teraz i rozpromienionéj. Wyciągnął mnie z kościoła za sobą, i długo milcząc, poprowadził ku Wilii. Szliśmy tak ku Antokolowi, ja przeczuwałem wypadek jakiś w jego życiu, wstrząśnienie, smutek, stratę, która go do ołtarza przywiodła.
— Nieprawdaż — rzekł uroczyście zatrzymując się nad rzeką — nieprawdaż, że niepojętym jest człowiek, niezbadaném życie? Nic nie zaspakaja, wszystko rozjątrza, są chwile, w których pragniemy śmierci, podnosim się, ulatujemy, by spaść niżéj jeszcze niż wprzódy, i śmiechem zaprzeczyć łzom naszym, a niedowiarstwem modlitwie. Dlaczego tak nas bezsilnemi czyni namiętność, czemuśmy tak słabi wobec ciała?
— Niewymownie się cieszę — odpowiedziałem z uczuciem — że taką w panu widzę zmianę i nowy zwrot do tych poważnych myśli.
— Zdawało ci się, że utonę w dziecinnych rozrywkach — przerwał z uśmiechem litości — ja sam myślałem chwilę, że niemi, jeśli nie nakarmić się, to upoić potrafię i głód szałem odpędzić! Niestety! nie udało mi się... Obraz życia spokojnego i poczciwego, jakie miałem, które-m utracił, stoi mi przed oczyma; serce Antosi ma jeszcze litość dla mnie, ale ani szacunku, ani przywiązania miéć nie może... dziecię moje nie zna mnie i boi się ojca, któryby je zgorszył uściskiem, splamił dotykając ustami... Ludzie nie rozumieją i gardzą obłąkanym, kropli litości nigdzie znaléźć nie mogę. A! bardzo, bardzo jestem nieszczęśliwy... i nie widzę ratunku! Drugi raz nie odrobić życia, rozpocząć go nanowo niepodobna, zmazać z pamięci przeszłość jaka siła potrafi? Nie! nie! pokuta nawet nie zaciera jéj, ale odradza, a usta, co się raz napiły mętów i kwasu ziemi, przyrastają nałogiem do naczynia, czystszy im napój nie starczy!
Szliśmy tak ponad drogą, gdy wtém z za nas głos srebrzysty, kobiecy, zawołał na Jana po francusku... widziałem, jak zadrżał, zawahał się pół chwilki, ćwierć mgnienia oka, zbladł i stanął wryty, oglądając się z przestrachem.

W maleńkim karyklu zaprzężonym parą koni rosłych i urodziwych, jechała kobieta tak piękna jak pokusa szatańska; jaśniejąca jak piekło, niezwyciężona jak namiętność, urocza jak obietnica młodości. Nie było to dziewczę w wieńcu i krasie świeżości i rozkwitu, ale kobieta w pełni sił, czująca potęgę swoję i umiejąca jéj używać. Czarne jéj oczy tkwiły w Janie, usta uśmiechały się do niego, rączką malutką wołała, grożąc, na buntownika. Jan ledwie miał czas skinąć na mnie pożegnaniem, jak burza przeskoczył przez baryery bulwarowe, przebił się przez krzaki, i nie oglądając się więcéj, pociągnięty do powozu, zniknął mi w tumanach pyłu.

XVII.

W lat kilka potém, będąc ostatni raz w Wilnie, gdym się przechadzał po ulicach, szukając zmian, jakim miasto uległo, i nową jego śledząc fizyognomię, spotkałem od bonifratrów wychodzący kondukt pogrzebowy, ubogi dosyć i nieliczny. Za trumną szła blada i wynędzniała kobieta w żałobie, prowadząc dziecię za rękę.
Miałem już minąć po krótkiéj modlitwie, i pogrzeb i klasztorek, gdym ujrzał księdza Jacka, który wzrokiem zwilżonym zdawał się żegnać odchodzący wóz czarny. Zbliżyłem się; poznał mnie stary.
— Szczególna rzecz — zawołał pocichu — a toż waćpan znowu trafił na pogrzeb tego nieszczęśliwego Jana?
— Znowu tu wrócił? — podchwyciłem zdziwiony — jakże się to stało? byćże to może? zdawał się zdrów zupełnie!
— Stało się to najprościéj w świecie — odparł braciszek — wyżył się, wyczerpał, zdradzili go świat i ludzie... mundus immundus, szarpały zgryzoty, opuściły siły, nie miał ich już ani na grzech, ani na pokutę, i w wielkim jęku boleści, ale pojednany z Bogiem opuścił ziemię... nieszczęśliwy zapaśnik... módlmy się za niego, dzieje téj duszy są nie jéj tylko historyą... wszyscyśmy tacy potrosze! — dodał ze łzą w oku bonifrater, machinalnie sięgając po tabakierkę... — Wieczne mu odpocznienie!
I zniknął za furtą klasztorną, która się za nim z dziwnym hukiem zatrzasła.

1855.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.