Historya gazety

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Historya gazety
Podtytuł I podróży jednego jej egzemplarza z Warszawy do własnych rąk prenumeratora na wsi
Pochodzenie Drobiazgi
Wydawca Redakcja „Muchy”
Data wydania 1898
Druk A. Michalski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


HISTORYA GAZETY
i podróży jednego jej egzemplarza z Warszawy do własnych rąk prenumeratora na wsi.

P

Pochodzę z bardzo arystokratycznego gniazda. Kiedy jeszcze byłam webą, przeznaczeniem mojem było otulać wątłe ciało pani hrabiny Kopcidymskiej, z domu baronowej Van der Wind.
Otulałam delikatne ciało tej pani, w której żyłach płynęła krew niebieska, byłam obszyta koronkami i widziałam tajemnice różne, mogące posłużyć za materyał do sześciotomowego romansu — szkoły francuskiej.
Smutną, chociaż zwykłą koleją losów, spadałam coraz niżej na szczeblach kast społecznych. Okrywałam demokratyczne kształty pokojówki, a potem, jako łata, tkwiłam na grzbiecie proletaryusza.
Ręka stróżowej pogrzebała mnie w śmietniku. Znalazłam tam wyborne towarzystwo, chociaż nie brakło i intruzów, pochodzących ze szmat zgrzebnych, zdartych przez ludzi bez tradycyi.
Raz, około południa, stanęła nad śmietnikiem jakaś dama, ubrana skromniej niż na pierwszą wizytę — i za pomocą haczyka żelaznego zaprosiła całe nasze towarzystwo do dziurawego worka...
Wieczorem leżałam w jakiejś komórce na olbrzymiej kupie gałganów, a kiedy noc przyszła, jakaś piękność, szczurzego rodu, ocierając łzy ogonem, podrzuciła koło mnie dwóch cherubinków niewinnych i piszczących.
Na drugi dzień leżałam na wozie, konwojowanym przez dżentelmana w kamlotowej todze. Sądząc po jego mowie, przekonałam się że był to pyszny flanc jerozolimski, przesadzony na nadwiślański piasek, i prenumerujący „Echo” do spółki z sześcioma swymi współziomkami.
Ukazały się przed nami duże kominy fabryki. Wrzucono nas do kadzi, parzono ukropem, szarpano, suszono, gnieciono pod straszliwemi walcami — aż nareszcie wyszłam z tych męczarni jako czysty i biały papier na gazetę.
— Ach, madame, rzekłam do leżącej obok bibuły — przyszły los mnie zastrasza...
— Per chè? odrzekła śpiewnie ta, co była niegdyś pończochą Adeliny Patti.
— Podobno gazety bywają czasami rozrywane...
— O! senza paura, signora, rozrywają je wówczas, gdy zawierają coś mądrego, ale to bardzo rzadko się zdarza.
Uspokojona trochę, pojechałam w pace do Warszawy, gdzie jakiś zasmolony obywatel położył mnie na maszynie.
Sądziłam, że to sam redaktor... lecz nie — to był maszynista.
Kocioł parowy sapał, chłopcy bili się po łbach dla zabicia czasu, a maszynista przykręcał jakieś śruby... poczem zawołał:
— Jazda!
Zanim miałam czas krzyknąć z bólu, już byłam zadrukowaną i leżałam pod ciężarem towarzyszek sypiących się z maszyny jak z worka.
Przeniesiono mnie do ekspedycyi.
Tu zaczęłam rozmyślać nad tem dokąd pójdę? Czy będę w gabinecie jakiej krajowej lady, czy na brudnym stole szynkowni, czy zostanę w kraju, czy też wyjadę zagranicę. Tego ostatniego pragnęłam bardzo, ze względu na moje arystokratyczne pochodzenie.
Zanim ta zagadka została rozwiązaną, spojrzałam po sobie, ciekawa, jak też w nowej szacie wyglądam.
Co za dziwny zbieg okoliczności! Miałam politykę w głowie, plotki w sercu i nowy romans w odcinku — zupełnie jak ś. p. hrabina Kopcidymska z domu Van der Wind.
— No — pomyślałam sobie, któżby się spodziewał, że i bibuła nawet szanuje arystokratyczne zwyczaje!
Brudna ręka zasmolonego chłopaka z nadzwyczajną szybkością zwinęła mnie w ośmioro i wpakowała w opaskę, na której wydrukowany był numer traktu, stacya i nazwisko prenumeratora.
Pamiętam je do dziś dnia. Brzmiało ono imponująco i dźwięcznie: „JW-ny Jacenty Jajkowski przez Mrzygłód w Woli Wydymanej.”
— Dobrze, pomyślałam, znajdę się więc przecież w towarzystwie porządnych ludzi.
I pocieszona tą myślą, znosiłam już z pewnym filozoficznym spokojem niezbyt delikatne obejście się ze mną w głównej ekspedycyi gazet, przerzucanie z furgonu do wagonu, wreszcie straszne trzęsienie biedki i ciężar pijanego pocztyliona, który usiadł na nas bez żadnej ceremonii.
Usłyszałam głos trąbki, skórzany worek, który nas zamykał, otwarł się i zobaczyłam nad sobą długi nos, dźwigający parę okularów w mosiężnej oprawie.
Właściciel tego nosa zerwał ze mnie opaskę, tę jedyną w obecnem mojem położeniu oznakę skromności — i stanęłam przed nim, jak Fryne przed trybunałem, odsłaniając wszelkie swoje tajemnice.
— Czyżby to był obywatel Jajkowski? — pytałam sama siebie z niedowierzaniem. Lecz nie, ten pan przyjmował interesantów, sprzedawał marki, wydawał listy i posyłki, domyśliłam się więc, że człowiek ten musiał być ekspedytorem poczty.
Muszę mu oddać tę sprawiedliwość, że nie męczył mnie długo: widocznie nie zawierałam w sobie nic ciekawego, bo skrzywił się i rzucił mnie pod stół.
W pięć minut później jęczałam pod zabłoconym butem obywatela Szpigelglasa, który puściwszy wodze wezbranym rodzicielskim uczuciom, ekspedyował rubla srebrem jednego, pod adresem walecznego syna swego Jankla.
Błoto z buta Szpigelglasa ojca pozostawiło na mnie dużą, czarną plamę.
Ekspedytor podniósł mnie i zdawało się, że mój stan zażenował go trochę...
— Jakiś pan nieuważny, rzekł do swego pomocnika; Jajkowski może mieć teraz pretensyę i obiecana fura słomy gotowa się wściec.
— O tę plamę, panie naczelniku? odpowiedział zapytany. To głupstwo... powie się, że tak wysłali z redakcyi. Jajkowski choć nie przeczyta, nic na tem nie straci.
Nucąc półgłosem, wpadła na stacyę tłusta i czerwona, a pełna godności własnej dziewka. Jakkolwiek doiła codzień krowy, nie zapominała jednak o tem, że doi krowy burmistrza, co jej dawało przewagę nad zbyt śmiałym w zapałach miłosnych kancelistą magistratu.
— Proszę pana poćmajstra, rzekła, pan prezydent się kłania i prosi o gazetę.
Pocztmistrz podał mnie dziewczynie, a ta włożyła mnie do koszyka, w którym już leżało mięso, garniec tylko co kupionych kartofli i paczka papierosów.
Widocznie wiktuały te przeznaczone były na odżywianie szlachetnej głowy miasta i jej licznej rodziny.
Jeszcze dziewka nie opuściła pocztowego dziedzińca, gdy z lufcika wychyliła się głowa w nocnym czepku i zawołała:
— Magdusiu, Magdusiu! chodź no tutaj!
Dziewka stanęła przy oknie.
— Bo to widzisz, kiedy jesteś, to zaraz weźmiesz słoninę, dla pani prezydentowej.
— Dobrze, proszę pani.
Po chwili, kilka funtów słoniny przygniotło mnie całym swoim ciężarem. W zetknięciu z temi szczątkami opasłego wieprza, czułam jakąś błogość, ciało moje stawało się przezroczystem, litery nabierały niezwykłej czarności.
Leżąc już na urzędowym stole magistratu, zadawałam sobie pytanie: czy też ujrzę kiedy rodzinę państwa Jajkowskich?
Prezydent miasta załatwiał najważniejsze sprawy, nie spuszczając ze mnie oczu. Tłustemi palcami swej poważnej dłoni przewracał mnie na wszystkie boki i szeptał:
— Już to my z Bismarkiem zawsze się zgadzamy: ja powiadam cło — i on cło. Czemuż nie jestem jego pomocnikiem?
— Pszeproszę wielmożnego prezydencie, odzywa się jakiś pokorny głosik u drzwi.
— A co chcesz... panie tego...
— Jankiel Fajnbube chciał zobaczyć kursów na gazecie.
— No masz i zaraz odnieś do pana kasyera.
Uczułam ożywcze ciepło misiuresowej piersi i w kilka minut niespełna znalazłam się w dużym składzie okowity.
Jankiel Fajnbube spojrzał na mnie, zrobił kilka notatek na moim własnym marginesie i położył mnie na stół, gdzie straciłam przytomność.
Czułam szczególne jakieś upojenie. Później przekonałam się, że pochodziło ono z bardzo naturalnej przyczyny. Wciągnęłam w siebie najmniej pół kwarty wódki, rozlanej na stole w biurze handlowo-komisowem, wielce szanownego obywatela, Jankla Fajbube, kupca drugiej gildyi.
Skutkiem tego upojenia, utraciłam przytomność i nie wiem zupełnie co się zemną działo.
Zmysły moje przebudziły się z uśpienia dopiero w wielkiem niebezpieczeństwie.
Troje usmolonych dzieci, wadziło się o mnie. Chłopiec ciągnął mnie w stronę Jeruzalem, dziewczyny w kierunku Damaszku.
Dopiero pan kasyer wydobył mnie z tych opałów, rozdzieliwszy kilka klapsów pomiędzy młode pokolenie.
Cóż z tego! byłam już na wpół rozdarta.
Poczciwa kasyerowa, z troskliwością, którą oby jej niebo wynagrodziło, podkleiła mnie klajstrem.
Nareszcie po tygodniu błądzenia, poznawszy całe towarzystwo małego miasteczka, odbywszy stójkę w gminie, dostałam się do Wydymanej Woli.
Zobaczywszy mnie, pan Jajkowski krzyknął uradowany:
— Honorciu! żono! chodźcie no prędzej, mamy „najświeższą” gazetę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.