Historya Nowego Sącza/Tom II/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Sygański
Tytuł Życie domowe.
Pochodzenie Historya Nowego Sącza
Tom II. Obraz urządzeń cywilnych oraz życia mieszczaństwa w epoce Wazów
Wydawca Nakładem autora
Data wydania 1901
Druk Drukarnia Wł. Łozińskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
Rozdział  IX.
Życie domowe.

Rozdziały poprzednie odsłoniły nam, o ile tylko istniejące źródła archiwalne pod tym względem dostarczyły dostatecznego materyału, nader różnobarwny obraz życia naszego mieszczaństwa ze strony jego działalności publicznej i niejako politycznej. Obecnie zamierzam przedstawić obraz życia domowego we wszystkich najważniejszych jego objawach, czyli chcę podać rys starożytności prywatnych Nowego Sącza w epoce Wazów, jak o niniejszy rozdział mógłby także nosić ten tytuł.

§. 1.
Rodzina.

Związki rodzinne były u mieszkańców Nowego Sącza w powszechnem i wielkiem poważaniu, równie jak i szczęście uczciwego małżeńskiego pożycia cenili oni nadzwyczaj wysoko. Jakoż rzeczywiście cała praca i zapobiegliwość, wszystkie mozoły i starania, wogóle całe życie i stanowisko obywatelskie mieszczana sandeckiego, były zwrócone do utrzymania siebie i swojej rodziny, zaspokojenia potrzeb i zapewnienia jej niezawisłego bytu nawet po swojej śmierci, jednem słowem: do jej pomyślności i uszczęśliwienia.
Właściwą rodzinę mieszczańską składał pan domu czyli ojciec rodziny, jego żona i ich dzieci, aż do wstąpienia tychże w związki małżeńskie i utworzenia sobie osobnego gniazda rodzinnego. Ojciec rodziny był zarazem jej głową i on jeden tylko był niezwisłym, wszyscy zaś inni członkowie rodziny zostawali, lubo w różnym stopniu, pod jego władzą.
Ta władza męża nad żoną wypływała z małżeństwa, które zawierano wyłącznie i jedynie według ustaw prawa kanonicznego. Niewiasta, idąc za mąż, wychodziła zupełnie z pod władzy swego ojca lub opiekuna, a wchodziła w familię męża, którego przyjmowała nazwisko, i odtąd pozostawała pod jego władzą. Lecz władza ta męża nad żoną była zupełnie różną i nierównie mniejszą od tej, jaką tenże miał nad dziećmi, i była uregulowana powszechnym obyczajem oraz przepisami religii, dlatego też mieszczanka sandecka wiodła wcale swobodne życie. Majątek, który żona wniosła mężowi tytułem posagu, wedle prawa magdeburskiego pozostawał zawsze jej własnością, dlatego mogła nim rozporządzać. Do dziedziczenia tegoż miały prawo tylko jej własne dzieci; w razie pożyczenia pieniędzy lub dopomożenia nimi mężowi, winien był tenże zabezpieczyć jej takowe na swojej majętności[1]; w razie zaś jej bezpotomnej śmierci posag jej i cała wyprawa czyli, jak wówczas nazywano, „gierada“[2], jako jej wyłączna własność, wracały do jej rodziców lub najbliższych krewnych. Tak Melchior Krosner, cyrulik, „uczciwej Jadwidze małżonce swej miłej“, oddje testamentem wiana 200 czer. zł. i zapisuje je na folwarku i ogrodzie za rzeką Kamienicą tudzież na ćwierci roli, na łanach sandeckich leżącej[3]. Dlatego też Anna Michalczewska, rymarka, przed urzędem ławniczym „żałuje się“ na swojego zięcia, Mikołaja Libranta, kuśnierza, o gieradę po nieboszczce córce swej pozostałą, a na nią jako na matkę po córce przypadłą[4]. Podobnie Jędrzej Adamowicz, rajca sandecki a teść Tymowskiego, oprócz gotowizny oddaje testamentem żonie swojej dom ze wszystkim sprzętem jego i z „wolą“ do niego należącą, jako jej własny dziedziczny[5].
Wogóle niewiasta najmowała w Nowym Sączu czcigodne i powołaniu swemu odpowiednie stanowisko w społeczeństwie. Jako matka rodziny była panią domu, zarządzała gospodarstwem domowem, rozkazywała służbie i czeladzi; w stosunku zaś do męża była jego towarzyszką, wespół z nim zajmowała się wszystkiemi sprawami rodziny, pomagała mu w jego zatrudnieniach i interesach. Tak widzieliśmy powyżej, jak żony mieszczan sandeckich, zwłaszcza kupców (n. p. Jerzego Frączkowicza), czynnością i obrotnością swoją bywały mężom w ich zawodzie bardzo pomocne; znowu inne (n. p. żona Jerzego Tymowskiego albo Zygmunta Gądka) z mężami swymi jeździły po jarmarkach, wyręczając ich, odbywały nieraz dalekie podróże kupieckie, a w nieobecności tychże w Sączu samodzielnie kierowały kramem i prowadziły interes mężowski[6]. W domu zaś głównem zajęciem żony było szycie i przędzenie[7], a tutaj nie tylko pielęgnowała dzieci i wpływała na ich wychowanie, dozorowała czeladzi, ale także nieraz musiała wykonywać i cięższe roboty, jak przyrządzanie i gotowanie jadła, pranie bielizny, mycie naczyń. Lecz zato brała udział we wszystkich uroczystościach familijnych i kościelnych, w biesiadach i niektórych schadzkach cechowych[8], przyjmowała odwiedziny krewnych i znajomych i nawzajem ich odwiedzała. Największym jednak dowodem ówczesnego stanowiska społecznego i samodzielności niewiast w Nowym Sączu jest, iż żony kupców mogły po śmierci swojego męża swobodnie dalej prowadzić jego interes i trudnić się handlem[9], jak poniżej przyjdzie nam o tem jeszcze dokładniej pomówić. Tak samo i wdowy po rzeźnikach mogły także zajmować się dalej rzemiosłem mężowskiem, chociaż już nie dożywotnie, ale tylko rok jeden i sześć niedziel[10].
Lecz jak poważaną i szanowaną była niewiasta w obrębie domu i rodziny, tak natomiast w życiu publicznem żadnego nie miała udziału, a dom był najważniejszem polem jej działalności.
Również i władza ojcowska nad dziećmi, stosownie do zmiany wyobrażeń, postępu czasu i cywilizacyi, oraz obowiązujących praw świeckich, była także znacznie ograniczoną. Mógł wprawdzie ojciec dzieci karać, bić, używać do posług domowych lub pracy w swoim zawodzie, przeznaczać im ich powołanie[11], lecz prawa te zabraniały ojcu samodzielnie dzieci wydziedziczać, a tem bardziej wypędzać. Natomiast wyższy nad wszelkie prawo obyczaj społeczny i błogi wpływ religii i jej zasad etycznych, nakazywały mu dać im odpowiednie wychowanie, a przez wyuczenie ich przynajmniej jakiego rzemiosła, zapewnić im w przyszłości utrzymanie uczciwe. Czy trafiały się także wypadki adoptowania, wątpić nie można, lubo nie znajdujemy tego przykładów.
Wreszcie władza pana domu nad swoimi uczniami i czeladnikami, jako ich przełożonego czyli mistrza, była ściśle określona ustawami cechowemi.

§. 2.
Małżeństwo.

Małżeństwo zawierali oblubieńcy za poprzednią umową rodziców lub opiekunów, lubo skłonność osobista nowożeńców rozstrzygała głównie w połączeniu się ich dozgonnem. Ale zdarzało się także, że małżeństwa kojarzono przez tak zwane „swatania“ czyli pośrednictwo zapomocą osób trzecich. Nie ulega wątpliwości, że w tym wypadku rozstrzygały z jednej lub z drugiej strony przeważnie jakieś względy materyalne lub familijne, a mieszczanie sandeccy przez takie swatania wchodzili w związki małżeńskie z osobami zwykle mało sobie znanemi, nieraz ze stron wcale dalekich, mianowicie z Krakowa, z którym Nowy Sącz łączyły tak ścisłe stosunki handlowe. Równie i mieszczanki sandeckie wychodziły za mąż do Krakowa za obywateli tamtejszych[12]. Że ten rodzaj zawierania małżeństw był połączony w owych czasach z wielkiemi kosztami, rozumie się samo przez się[13].
Małżeństwo w Nowym Sączu istniało tylko takie, jakie uznaje kościół katolicki, dlatego też, jak już wspomniałem powyżej, co do zawarcia tegoż obowiązywały wyłącznie ustawy prawa kanonicznego, a jedną z tych był wiek odpowiedni. Ważnym jednak obok tego warunkiem było zezwolenie rodziców, zwłaszcza rodziców panny młodej.
To zezwolenie na ten związek tak ze strony rodziców, jak samej młodej pary, stwierdzały zaręczyny, wówczas zwane zrękowinami, które zawsze poprzedzały właściwy aktu ślubny. Polegały one głównie na słownem przyrzeczeniu, które oblubienica w domu swym rodzicielskim dawała oblubieńcowi, przyczem na znak stwierdzenia i zezwolenia, ojciec oblubienicy łączył ich ręce, lub też sami wzajemnie podawali sobie dłonie, skąd też nazwa „zaręczyn“. Był zarazem także zwyczaj, że narzeczeni nawzajem dawali sobie pierścionki, jakby zakład dotrzymania danego sobie przyrzeczenia. Cały ten akt odbywał się zwykle z pewną uroczystością familijną w gronie najbliższych krewnych i przyjaciół rodziny panny młodej, na nim zwykle ustanawiano dzień zaślubin.
Z nierównie większą uroczystością odbywał się właściwy akt połączenia nowożeńców węzłem małżeńskim, zwanym zaślubinami albo w skróceniu „ślubem“. Zaślubiny były aktem czysto kościelnym, religijnym, lecz towarzyszyły mu różne starodawne obrzędy i zwyczaje narodowe[14]. Po akcie ślubnym w kościele następowała w domu rodziców panny młodej wielka zabawa familijna, zwykle z tańcami, tak zwane „gody“ czyli wesele, a wśród nich suta uczta weselna, na której nie szczędzono wina, zwłaszcza na weselach córek radzieckich[15] lub rodzin zamożniejszych, poczem goście weselni, nieraz późno w nocy, z domu rodziców odprowadzali uroczyście nowożeńców do mieszkania męża. Tu prawdopodobnie ktoś witał i wprowadzał pannę młodą wśród stosownej przemowy i pewnych ceremonii, uświęconych tradycją i odwiecznym zwyczajem.
Żony, które pojmowali mieszczanie sandeccy, były to zwykle córki mistrzów swego własnego rzemiosła, jak zatem przemawiały także i ustawy cechowe; przedewszystkiem jednak córki rodzin mieszczańskich, a zatem pochodziły z tego samego koła społeczeństwa miejskiego i z tej samej sfery wyobrażeń, co ich małżonkowie, z którymi ich więc tembardziej łączyła wspólność zapatrywań i wychowania, tudzież równość towarzyska, a zwykle i stosunków majątkowych. Tak znajdujemy, iż Mikołaj Librant, kuśnierz, poślubia Annę, córkę rymarza, Jędrzeja Michalczewskiego; kupiec, Jerzy Tymowski, pojmuje (w drugim swojem małżeństwie) Krystynę, córkę kuśnierza, Jędrzeja Adamowicza, która po śmierci męża wychodzi znowu za kupca, Marcina Oleksowicza. — Podobnie kupiec, Jerzy Frączkowicz, żeni się z Magdaleną, córką cyrulika i kupca Matyasza Pleszowicza, którą po śmierci jej męża pojmuje znowu kupiec, Samuel Kominkowicz. — Tak samo Anna, córka kupca, Macieja Klimczyka, wyszła za kupca, Mikołaja Pełkę[16]. Przykładów takich możnaby przytoczyć bez liku, a wniosek, który nasuwa się z nich mimowolnie, nie będzie zadną przesadą, iż prawie wszystkie rodziny sandeckie zostawały ze sobą w bliższem lub dalszem pokrewieństwie, a więc całe mieszczaństwo Nowego Sącza stanowił jakby wielką rodzinę.
Ale także zdarzały się wypadki, że mieszczanie sandeccy żenili się ze szlachciankami, prawdopodobnie z podupadłych familii, jak n. p. kupiec Walenty Wałowicz, który ożenił się z Katarzyną, córką szlachetnego Jana Olszowskiego[17]; albo inny mieszczanin, Stanisław Zawistowski, z Konstancyą z Wielogłowskich, której zapisał na kamienicy Smoczowskiej „oprawy“ (wiana) 1000 złp.[18]. Odwrotnie znowu córki majętnych mieszczan wchodziły nieraz w związki małżeńskie ze szlachtą jużto okoliczną, jużto w mieście osiadłą. I tak Anna z Pełków, córka kupca, Mikołaja Pełki, poślubiła szlachetnego Jana Gębczyńskiego, a przy podziale majątku rodzicielskiego (1614 r.) otrzymała wieś Klimkówkę niedaleko Sącza, oszacowaną na 3.000 złp.[19]. — Podobnie także Wojciech Bogdałowicz, którego ojciec, podupadły szlachcic, dopiero przyjął prawo miejskie, a sam trudnił się handlem, pojął za żonę Felicyę, wdowę po kupcu, Sebastyanie Piotrowiczu, poważaną i bogatą mieszczankę[20].
Że przy wyborze żon i wogóle przy zawieraniu małżeństw, obok osobistej skłonności, względy korzyści materyalnej, jak się to wszędzie dzieje i zawsze działo, ważną także odgrywały rolę, wątpliwości żadnej ulegać nie może. Starano się pokrewnić z rodziną bogatszą, nie tylko dla dogodzenia próżności, ale aby w ten sposób polepszyć swoją dolę, podnieść swoje rzemiosło albo poprawić inne ekonomiczne stosunki. Szukano więc żony z posagiem, którym miłość rodzicielska swe córki, a jak wówczas mówiono „dzieweczki lub dziewki“, starała się wedle zamożności swojej jak najszczodrzej obdarzyć. Tak już widzieliśmy powyżej, że jedne w posagu dostawały domy, grunta, drugie gotowiznę, obok nieodzownej wyprawy, czylgierady, którą kochająca matka córkę swą, wychodzącą z domu rodziców, zaopatrywała jak najobficiej; u uboższych wyprawa sama cały stanowiła posag.

Płaskorzeźba na czerwonym marmurze z XVII. w.,
znaleziona w gruzach kamienicy w Nowym Sączu 1863 r.

Wyprawy, które córki, wychodzące za mąż, dostawały od rodziców swoich, były podług miary wyobrażeń dzisiejszych wcale skromne. Nie należy jednak zapominać o tem, że i wartość pieniędzy była naówczas znacznie większa, a potrzeby i wymagania nierównie mniejsze od dzisiejszych. Wyprawy te składały się z kosztowności złotych i srebrnych, zwykle „pozłocistych“ (pozłacanych), służących do stroju lub ozdoby; z zastawy stołowej, która wówczas powszechnie była z cyny gdańskiej czyli angielskiej[21], a tylko co najwięcej łyżki ze srebra. Następnie z różnej odzieży, bielizny i pościeli, pod któremi to ostatniemi przeważnie rozumiano gieradę i dlatego, jako rozumiejące się same przez się, rzadko kiedy znajdujemy je wymienione; wreszcie niekiedy także z różnych sprzętów i naczyń domowych gospodarskich. To wszystko otrzymywały panny młode albo zaraz przy zamęściu, albo nieraz dopiero po śmierci rodziców.
I tak Szczęsna Witaliszowska, dziewka Macieja i Anny z Klimczyków otrzymała wyprawę swą dopiero zapisem umierającej swej matki (1598), „a to dlatego, że nie jest od niej wyprawiona“. Testamentem tym przeznacza jej matka z kosztowności: tkankę poerłową, dwa łańcuszki złote (jeden wagi 19 czerw. zł., a drugi 30 czerw. zł.): dwie obrączki srebrne (jedną „pozłocistą“ a drugą „białą“) oraz pasek srebrny pozłocisty wartości 13 złp., co wszystko już jej sprawiła i za wyprawę dała. Następnie z zastawy stołowej: 10 łyżek srebrnych; 8 mis cynowych wielkich; 10 talerzów cynowyh; ostatek zaś cyny, jak: misy, talerze, przystawki, półkwaterki, kwarty, półgarncówki, konwie garncowe, do równego podziału z innemi dziećmi. Oprócz tego 2 skrzynie rzeczy wyprawnych, które jednak nie są wymienione. Także z tomów sklepowych przeznacza swemu zięciowi, Bartoszowi Witaliszowskiemu: szyn snopów 11, lemieszów 105 i wszystko sukno[22].
Jakie to były owe „rzeczy wyprawne“ i w jakiej ilości dawano je w średnich domach mieszczańskich, o tem dokładnie wyobrażenie daje nam następujący rzadki wykaz gierady, jaką otrzymała zaraz po ślubie Anna, córka rymarza Jędrzej i Anny Michalczewskich, wychodząc za kuśnierza Mikołaja Libranta. Gierada ta składała się z 3 skrzyń, z których pierwsza, mała skrzynka malowana, zawierał srebro i zapewne inne kosztowności; druga, wielka skrzynia „posażna“, bieliznę, czyli jak wówczas nazywano „białe chusty“, i część szat niewieścich; trzecia zaś skrzynka „fladrowa“ resztę odzieży i bielizny. Z kosztowności były tylko: pierścionek złoty z gajmackiem; bramka złota; czepiec jedwabny ze złotemi kółeczkami; pas srebrny puklasty; oraz 60 knaflików srebrnych i pierścień wielki srebrny (kupione razem za 5 złp. na pas). — Z odzieży: szubka czamletowa, królikiem futrem podszyta, z bobrem; 2 katanki podszyte futrem: jedna muchajerowa smuszkiem, druga barchanowa barankami; czapka aksamitna z bobrem; mytlik sukienny; 3 letni z różnego muchairu; 2 tkanki aksamitne. — Z bielizny: koszul spodnich 5, koszulek 12, giezłka lniane 2, rąbeczki 2, podwik 2, fartuszków lnianych okolicznych 2, rańtuch koloński; ręczników 4, tuwalnia lniana z listwami, obrusów czenowatych 4. — Z bielizny na pościel: prześcieradeł konopnych 4, lnianych z listwami 2, poszewek lnianych 10, poszewek z listwami z osobna 3, poszwy na pierzyny 2: nadto przędzy lnianej sztuk 10. — Pościel: poduszek mchowych 6, wezgłowie 1, pierzyna mchowa w 4 poły, druga spodnia. — Wreszcie naczynia domowe: fasa dębowa z rurami; trumna do schowania jarzyn; garniec gorzałczany i 2 pokrywy porzałczane do garnców; dzbanek turecki cyną oprawny; flasza szklana wenecka do gorzałki; 2 panwy. — Wartość całej tej gierady wynosiła według późniejszego szacowania samej matki 300 złp.[23].
Natomiast Jerzy Tymowski, wydając (1610) córkę swą za kupca, Stanisława Mączkę, dał jej z tego powodu od razu: 2 postawy karazyi angielskiej lazurowej po 18½ złp.: 4 postawy karazyi z Krakowa po 15 złp.; 4 postawy karazyi po 14 złp.; 4 postawy morawskie, z tych 2 po 16 złp., a 2 po 14 złp.; 2 postawy karazyi ze Żmigrodu po 14 złp., razem wartości 241 złp.; rzeczy zaś złotych i srebrnych za 270 złp. Prócz tego obiecał gotówki w posagu za córką 600 złp., którego w pierwszej chwili dał tylko 105 złp.; wkrótce jednak naddał jeszcze, wszedłszy w spółkę z zięciem[24].
Jak wielkość i bogactwo posagu, tak niezawodnie wspaniałość i wystawność wesela zależały głównie od zamożności rodziców, chociaż nieraz także się zdarzało, zwłaszcza w rodzinach uboższych, ze szczupłość posagu starano się właśnie wynagrodzić przynajmniej świetnością wesela, które oprócz pożegnania wychodzącej z domu rodzicielskiego córki, miało także ważne znaczenie wielkiej a zarazem rzadkiej w małem mieście uroczystości i zabawy, tak familijnej jak towarzyskiej. To też znajdujemy, że Melchior Krosner, cyrulik, trudniący się także handlem wina, wyprawiając z domu dziewkę swą Reginę, sprawił jej wesele, które „lekko rachując“ kosztowało do kilkudziesięciu złotych, chociaż całej wyprawy w „szaciech i klejnociech“ dał tylko na półtora sta złotych[25].
O wspaniałości takich wesel mieszczańskich, zwłaszcza wesel panów rajców i ich córek, świadczy również i ta okoliczność, że na nich bywała także szlachta i duchowieństwo, dla których imieniem miasta stawiano po 6 do 12 garncy wina, rozumie się doborowego, po cenach odpowiednich, którem wnoszono toasty i spijano na zdrowie państwa młodych oraz czcigodnych gości. Tak na weselu córki pana burmistrza, Jędrzeja Adamowicza (1607), było bardzo dużo szlachty, jak ks. Jan Jordan, opat norbertański; pan Adam Jordan; pan podstarości, Sebastyan Gładysz; pan Jan Krynicki, dzierżawca dóbr miejskich w Paszynie, i wielu innych, a panowie rajcy wystawili przy tej sposobności wina aż 12 garncy[26]. — Podobnie przy powtórych zaślubinach Jerzego Tymowskiego (1610) z Krystyną, drugą córką dopiero co wspomnianego Jędrzeja Adamowicza, pan rejent, Jakób Chwalibóg, dotrzymując słowa Tymowskiemu, kiedy go to pocieszał po zgonie jego pierwszej żony, zaszczycił gody swą obecnością i nawet kazał dać 2 achtele piwa[27]. — Również, kiedy rajca, Matyasz Pleszykowicz, wydał swą córkę Magdalenę za Jerzego Frączkowicza (1632), na weselu tem był obecnym powszechnie lubiany i poważany pan starosta grodowy, Jerzy Stano, przyczem ze strony miasta dano wina starego 10 garncy. — Tak samo na wesele podwójciego, Jędzeja Kitlicy, z córką byłego rajcy, Jana Zięby (1651), panowie rajcy zamówili 10 garncy wina[28].
Jak się zaś małżeństwa zawierały i odbywały u mieszczan wyznania aryańskiego, nie mamy żadnej wiadomości.

§. 3.
Wychowanie dzieci.

Po urodzeniu się dziecięcia jak najspieszniej odbywał się jego chrzest, na którym nadawano mu imię. Na chrzestnych rodziców brano zwykle, jak i dzisiaj, najbliższych krewnych lub przyjaciół, ale najchętniej księży wikarych i zakonniczki Kletki, zapewne w tej błogiej nadziei, żeby im się dzieci dobrze chowały[29]; używano też chętnie do tej przysługi bakałarzy, kantorów, a nawet dzwonników. Tylko Aryanie chrzcili się dopiero w wieku dojrzalszym[30].
Do ukończenia siódmego roku życia chowały się dzieci pod okiem matki i czeladzi domowej, a wychowanie ich opierało się głównie na życiu rodzinnem i podlegało przedewszystkiem na wpajaniu w umysły młodociane pobożności i bojaźni Bożej, posłuszeństwa rodzicom i przełożonym, uległości i uszanowania dla starszych, zwłaszcza osób duchownych, oraz na przyzwyczajaniu do pracy i przestawania na małem. Takie to były główne cechy wychowania mieszczańskiego, a jego źródłem powszechna wówczas religijność, wpływ matki, która czuwała nad moralnością, skromnością i przyzwoitością dzieci i wszczepiała w nie pierwsze zasady religii, tudzież przykład ojca i całego otoczenia, które tchnęło bogobojnością, prostotą, pracowitością i niezmordowaną zapobiegliwością w ciężkiej walce o uczciwe utrzymanie rodziny. Jak spędzały dzieci ten pierwszy wiek swej młodości i jakie były ich zabawy, nie podają nam nasze źródła, ale niezawodnie odbywało się to wcale z niewielką różnicą, jak i obecnie.
Od ósmego roku życia zaczynało się naukowe wychowanie i kształcenie dziecka, jakiego wymagał powszechny obyczaj i panujące wyborażenia społeczne i religijno-moralne. Specjalnej jednak kontroli nad wychowaniem młodzieży nie rozciągały istniejące prawa miejskie ani krajowe, zostawiając to wolnemu uznaniu rodziców. To też ojciec wprawiał synów od dzieciństwa do swojego rzemiosła, zabierał ich, jeżeli posiadał kawał ziemi, ze sobą do robót w ogrodzie lub w polu, obznajamiał z gospodarstwem rolnem, jednem słowem: cel całego wychowania był wyłącznie praktyczny.
Właściwa nauka szkolna także nie była wcale wysoka. Udzielał jej publiczny zakład naukowy czyli szkoła parafialna, istniejąca w Nowym Sączu od początku XV. stulecia, utrzymywana kosztem miasta, które także opłacało nauczyciela czyli bakałarza; bezpośredni zaś nadzór dydaktyczny i podagogiczny miało duchowieństwo kollegiaty, a w wyższej instancyi Akademia krakowska. Przedmioty, których w tej szkole uczono, były: czytanie, pisanie, nauka religii i historyi biblijnej, rachunków, a głównie języka łacińskiego: stąd też znajdujemy, iż mieszczanie sandeccy tych czasów posiadali znajomość wielu zwrotów łacińskich, a nawet niekiedy wyrażali się po łacinie. Równocześnie z tymi przedmiotami rozpoczynała się nauka śpiewu kościelnego[31], uważana w owych czasach za nieodzownie potrzebną do wykształcenia; ta jednak miała raczej służyć do uświetnienia nabożeństwa kościelnego, aniżeli do obudzenia w duszy zamiłowania do sztuki lub estetycznego poczucia piękna i harmonii. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że obok śpiewu uczono także muzyki, znajdujemy bowiem wzmiankę, że uczniowie grali w kościele podczas nabożeństw[32], a więc, że prawdopodobnie uczono na skrzypcach i na flecie, które to instrumenta były wówczas najzwyklejszymi i widocznie najulubieńszymi. Cała więc powyższa nauka miała przeważnie na celu wzbogacenie wiedzy i rozwinięcie umysłowe, lecz obok tegoż zwracano również jak największą baczność na dobre obyczaje i umoralnienie chłopców, względem czego nauczyciele mieli osobne ścisłe polecenia. Natomiast rozwijanie sił fizycznych i zręczności ciała, czyli nauka gimnastyki, na którą pedagogia dzisiejsza tak wielką kładzie wagę, wiekom ówczesnym była całkiem nieznaną. Że w tej nauce szkolnej, stosownie do ducha owych czasów i surowości obyczajów XVII. wieku, głównym środkiem pedagogicznym tak w celu pobudzenia ochoty do pracy, jak wszczepienia i utwierdzenia obyczajności, była rózga i tak zwana „dyscyplina“, najmniejszej wątpliwości ulegać nie może. — Czy obok tej szkoły parafialnej była także jaka szkoła prywatna, oraz czy rodzice do nauki dzieci utrzymywali w swoich domach osobnych nauczycieli, nie wspominają nasze źródła — prawdopodobnie jednak, że nie!
Po ukończeniu trzechletniej nauki (trivium) w szkole miejscowej, mieszczanie sandeccy, stosownie do powszechnie uświęconej władzy ojca, dozwalającej przeznaczać dzieciom ich przyszłe powołanie[33], oddawali synów swych przeważnie do własnych zawodów, mianowicie do rzemiosła i kupiectwa, bo przemysł i handel, to dwa główne żywioły ówczesnego mieszczaństwa. Tak więc znaczna większość młodszego pokolenia wstępowała do handlu, warsztatów lub fabryk, albo udawała się w tym samym celu do innych miast większych, zwłaszcza do Krakowa, i tam jako „uczennicy“ a później „towarzysze rzemiosła“ uczyli się na przyszłych mistrzów swojego zawodu. Równocześnie ćwiczyli się w robieniu bronią, aby społeczeństwu służyć praktycznie na polu handlu i produkcyi technicznej, a w razie niebezpieczeństwa własną osobą bronić murów ojczystego miasta.
Zdarzało się jednak często, i to przeważnie w rodzinach zamożniejszych, że zdolniejszych synów po ukończeniu nauki w Nowym Sączu posyłano w celu nabycia wyższego wykształcenia do szkoły wyższej (quadrivium), a następnie na przesławną Akademię do Krakowa, gdzie kształcili się we filozofii, a może i na innych wydziałach. Przedewszystkiem jednak szli na teologię, poczem zostawali zwykle bakałarzami, a po wyświęceniu na kapłanów, osiągnąwszy najwyższy stopień godności społecznej, jaki wedle istniejących praw w Polsce jedynie był przystępny synom mieszczańskiego pochodzenia, wracali niekiedy nazad do Nowego Sącza, gdzie stawali się nieraz chlubą swego rodzinnego miasta. Z jakiemi kosztami było połączone takie kształcenie i utrzymanie młodzieńca na Akademii w Krakowie, poucza nas nieoceniony zapisek, zachowany w aktach ławniczych.
Zmarły w r. 1631 kupiec, Jerzy Tymowski, zostawił małoletniego syna Jasia i żonę Krystynę z dość znacznym majątkiem, bo kamienicą z ogrodem w rynku, tudzież folwarkiem na przedmieściu. Pani Krystyna, czując się jeszcze dość młodą, aby w samotności i wdowiej żałobie wyglądać niecierpliwie końca nudnego żywota, weszła (1635) w powtórne związki małżeńskie z Marcinem Oleksowiczem, kupcem Nowego Sącza. Wypełniając jednak święcie wolę ś. p. pierwszego męża swego, posyłała Jasie do szkoły sandeckiej. A kiedy tenże już dostatecznie zgłębił tajemnice swojskich Muz przybytku, wyprawiła go do słynnej Akademii jagiellońskiej w Krakowie, pragnąc, aby, poznawszy co piękne i rozumne, wrócił z wawrzynowym wieńcem jako bakałarz, ku ozdobie swego rodzinnego miasta[34].
Najprzód tedy w samą wigilię św. Józefa, t. j. 18. marca 1639 r., oddał pan Oleksowicz synaczka, ś. p. antecesora swego, w Krakowie do stołu pana Jakóba, szwagra swej żony, który mieszkał naprzeciw kościoła Dominikanów. Przy oddaniu dał masła faskę za 6 złp. W krótkim czasie potem posłał temuż panu Jakóbowi przez Fratrowicza talarów twardych 16 czyli 46 złp., i znowu później faskę masła za 6 złp.
Ponieważ jednak strój sandecki, aczkolwiek niepośledni, nie sprostał krakowskiemu, więc aby Jaś u innych wyrostków akademickich nie był w poniewierce, a w zimie z przeziębienia nie szwankował na zdrowiu, posłano mu przedniego pakłaku, czyli sukna czchowskiego, na dołoman i na delijkę. Oleksowicz, szczerze i rzetelnie posyłając, nie mierzył ani sobie zapisał, ile go kosztowało, i dopiero później wyrachował z pamięci: „Za futro nóżkowe lisie dałem w Lublinie 5 złp. Za 3 lisy na przodki do delijki wraz z wszystkiemi potrzebami wyszło 13 złp. 11 gr.“
Roku 1640, pisze dalej pan Oleksowicz, „wziąłem Jasia do pana Jakóba, szwagra mej żony, i oddałem go do stołu do pana Koya, złotnika, który mieszka na brackiej ulicy, i dałem od niego od stołu według postanowienia i umówienia za lata 1640—1641 złp. 200. Posłałem też za pisaniem jego łososiów 2 i faskę masła za 16 złp.“ — „Roku 1642 od pana Koya wzięła go ciotka rodzona małżonki mojej, pani Misiecka. Za te wszystkie czasy (1642—1645) nie płaciłem od stołu, oprócz co dałem masła kilkanaście fasek[35].“
Wychowanie córek odbywało się wyłącznie w domu pod dozorem matek, gdyż szkoły publicznej dla dziewcząt nie było żadnej, dlatego też nie odbierały wcale wyższego wykształcenia. Atoli według ustawy rajców z r. 1602 obowiązane były mniszki Kletki, jeźliby się między niemi znalazła taka, coby czytać umiała, uczyć panienki miejskie w pewnych godzinach codziennie[36], a więc chodzić do domów i udzielać lekcyi. W każdym razie nauka dziewcząt polegała przeważnie na poznaniu i przejęciu się zasadami religii, a co najwięcej na wyuczeniu się na pamięć jakich pieśni z „Psałterza Dawidowego“ Jana Kochanowskiego, który po raz pierwszy ukazał się w krakowskiej drukarni Łazarza 1579 r. W wychowaniu ich bowiem nie chodziło o rozwinięcie w nich wyższych zdolności, lecz o przygotowanie na dobre gospodynie i matki, a więc o wyuczenie się niezbędnych wiadomości gospodarskich, kuchennych i robót kobiecych, których uczyły się w domu od matek pod ich kierunkiem i dozorem.

§. 4.
Zatrudnienia mieszkańców.

Już z rozdziałów poprzednich, (mianowicie II., VII. i VIII.), odsłonił się nam kilkakrotnie poniekąd wcale dokładny obraz zatrudnień mieszkańców Nowego Sącza, z którego poznaliśmy, że mieszczanie sandeccy prawie wyłącznie żyli z pracy rąk swoich; rzemiosło i kupiectwo były zawsze główną podstawą ich utrzymania i wychowania. Majętniejsi jednak mieszczanie żyli ze swych domów gospodnych w mieście[37] i z folwarków na przedmieściach, które dawały im dostateczne utrzymanie i zapewniały byt spokojny.
Natomiast praca umysłowa, jak zatrudnienie literackie, badanie naukowe, mieszczanom naszym było obcem zupełnie. Jedyny wyjątek stanowią dociekania religijne i skrajne doktryny nowatorskie, wywołane duchem t. z. reformacyi, krzewiące się z początkiem XVII. wieku przeważnie w cechu krawieckim[38], które przyczyniły się do tem większego rozwielmożnienia się w naszem mieście już i tak potężnej sekty Aryanów. Zresztą mieszczenie sandeccy wobec wszelkich prac ducha i płodów artystycznej fantazyi zachowali jak najzupełniejszą obojętność. Stąd to, nie tylko w niniejszej epoce, ale w całej historyi Nowego Sącza pod panowaniem polskiem, nie znajdujemy anie jednej osobistości z pomiędzy mieszczaństwa, któraby się wsławiła na polu literackiem lub w dziedzinie umiejętności. Dlatego też Nowy Sącz w owych wiekach nie posiadał żadnej drukarni, gdyż nie miał do ogłaszania i rozpowszechniania żadnych płodów myśli lub utworów ducha. Tak samo nie napotykamy ani razu żadnego doktora medycyny. Jedyną osobą, która w wypadkach morowej zarazy, nawiedzającej tak często nasze miasto, lub w innych chorobach dawał pomoc lekarską, był cyrulik, ale i ten zwykle, dla podniesienia swych dochodów, nierównie bardziej zajmował się handlem. Tak więc pisarz miejski, cyrulik i aptekarz[39], stanowili jedyną tak zwaną po dzisiejszemu „intelligencyę“ miejską. Tutaj także należałoby może jeszcze wspomnieć o dość licznych podówczas w Nowym Sączu prawnikach[40], czyli pokątnych adwokatach, których atoli tak wykształcenie, jak wpływ moralny na mieszkańców, były bezsprzecznie bardzo wątpliwej wartości.
Jedynym stanem naukowym, a więc według ówczesnych pojęć najwyższą i prawdziwą intelligencyą w Nowym Sączu, było stosunkowo do ludności miasta wcale liczne duchowieństwo[41][42], tak świeckie jak i zakonne. O czynnościach jednak kapłańskich duchowieństwa bliżej rozwodzić się nie będę. Były one bowiem takie same, jak zostały ostatecznie uregulowane kanonami soboru trydenckiego i jakiemi pozostały do dziś dnia; zresztą opisowi stanowiska duchowieństwa i stosunku społecznego do mieszczaństwa poświęciłem rozdział osobny. To tylko jedno nadmienię, że dostąpienie tej godności było najżarliwszem dążeniem i najwyższym celem zarówno kształcącej się młodzieży mieszczańskiej, jak też jej rodziców. A jak zamożniejsze wszystkie rodziny starały się wysyłać do Krakowa na teologie swoich synów, którzy wróciwszy niekiedy do Nowego Sącz, jako księża kollegiaty, przynosili chlubę i zaszczyt swemu rodzinnemu miastu[43], tak również najmniejszej ulegać nie może wątpliwości, że znowu wielu innych wstępowało do klasztoru Franciszkanów lub Norbertanów, gdzie jedni jako kapłani, drudzy przynajmniej jako braciszkowie, spełniali obowiązki i posługi duchowe. Niestety! brak wszelkich bliższych wiadomości, wskutek zatraty lub zniszczenia bibliotek i archiwów obydwóch klasztorów, nie dozwala nam podać żadnych szczegółów co do cichych prac i zatrudnień duchowieństwa zakonnego, jego działalności na polu kaznodziejstwa, naukowem, a może nawet i artystycznem. Pozostaną one dla nas i nadal tajemnicą, a z niemi zarazem prace duchowne zakonników, pochodzących z rodzin mieszczan sandeckich.
Ale do zupełnie innych celów zwrócone były powszechnie interesa i powszechne dążenia całego ogółu mieszczaństwa. Przy nader skromnem swem wykształceniu najgłównieszemi i jedynemi staraniami, do których wytężały się jego wszystkie władze umysłowe, było uczestniczenie w uroczystościach kościelnych i zapewnienie własnego istnienia. Dlatego też mieszczanin sandecki żył w pokorze, przestrzegając ściśle przepisów Kośioła i nakazów sług jego, a zresztą pracując i przemyśliwając tylko nad sposobem wyżycia, wychowania dzieci i obrony miasta. Jakich zaś do osiągnięcia tych celów dokładał starań, jakie ponosił trudy i mozoły, na jakie narażał się straty i niebezpieczeństwa, mieliśmy dostateczną sposobność poznać z dwóch ostatnich rozdziałów. Przedstawiony tamże obraz rzemiosł i przemysłu, a jeszcze bardziej handlu, wymagającego tak często dalekich i uciążliwych podróży po całej Polsce, a nawet obcych krajach, którego wiec charakter był tak zupełnie odmienny od handlu dzisiejszego, okazał nam dowodnie, jak i zatrudnienia ówczesnego mieszczaństwa, nieskończenie się różniły od zatrudnień dzisiejszych. Do tego jeszcze dodać należy, że w każdym prawie domu, jak nam wiadomo, zajmowano się paleniem gorzałki albo warzeniem piwa, oraz że mieszczanie ówcześni rzucali się do przedsiębiorstw, dzisiaj także wcale prawie nieznanych, mianowicie że nabywali jatki kramarskie, szewskie lub rzeźnicze[44], które znowu odpowiednim wydzierżawiano rzemieślnikom[45].
Mimo to rezultaty tych zatrudnień nie zawsze stały w stosunku do łożonych prac i zabiegów, i nigdy nie były wielkie. Widzieliśmy bowiem, jak różne niepomyślne okoliczności[46] utrudniały zebranie prawdziwie znacznego majątku i stawały się powodem, że wprawdzie znajdujemy niekiedy u mieszczan sandeckich większą zamożność, ale nigdy prawdziwego bogactwa. Nawet cyrulik, trudniący się leczeniem ran, musiał ulegać tej konieczności, że mu nie płacono od razu i czekać na zapłatę aż do śmierci. Tak jeden w testamencie swoim wymienia aż 4 osoby, które mu pozostały dłużnemi różne kwoty od 2 do 12 złp., razem 28 złp.[47]; inny zaś podaje nierównie większą, bo na owe czasy ogromną sumę 200 złp., należną za leczenie tylko jednej osoby[48]. To samo działo się i w innych rzemiosłach, jak n. p. ubogiego postrzygacza, któremu aż 3 osoby pozostały dłużnemi różne kwoty za 9 postawów sukna, postaw po 13 złp., chociaż wypłata („solucya“) była na raty[49].

Płaskorzeźba na domu w Nowym Sączu z r. 1505.
Ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.

Wśród takich okoliczności pierwszem usiłowaniem każdego zapobiegliwego i pracowitego rzemieślnika i kupca było zapewnienie sobie własnego poddasza, czyli nabycie jakiego domu lub domku; w dalszem zaś następstwie, przy większem powodzeniu, dążeniem jeszcze wyższem i niejako ideałem był nabycie własnego kawałka ziemi. Dlatego mieszanin sandecki, jeżeli mu się udało pracą i oszczędnością uskładać sobie szczęśliwie jaką większą sumkę, starał się, jak wszędzie gdzie są zdrowe stosunki społeczne, ubezpieczyć ją przedewszystkiem w ziemi, a więc nabyć dla siebie jaki folwarczek lub ogród na przedmieśiu, i tak z życiem miejskiem połączyć życie sielskie, z zatrudnieniem rzemieślniczem o ile możności gospodarstwo rolne. Majętniejsi, lubo to zdarzało się nader rzadko, miewali nawet po dwa folwarki[50], albo oprócz folwarku i ogrodu jeszcze jaką część roli, t. j. kilka lub kilkanaście morgów gruntu ornego wśród łanów sandeckich. Ale tylko mała liczba mieszczan była w tem szczęśliwem położeniu, że mogła się nazywać właścicielami realności ziemskiej. Inni mniej zamożni a nierównie liczniejsi w niemożności tego, jużto pragnąc powiększyć swe dochody, jużto lgnąc do zatrudnień wiejskich, starali się przynajmniej nabyć jaka dzierżawę, bądźto od osób prywatnych, bądźto ze znacznych posiadłości miejskich, bądź też gruntów kościelnych. Co się tyczy wysokości czynszu takie dzierżawy, to rozumie się samo przez się, że tanże zależał od obszaru i dobroci gruntów i był, stosownie do wartości monety, w różnych czasach różny: tak znajdujemy 1599 r. za 2 folwarki rocznie 55 złp.[51], a 1623 r. za mały folwarczek nad rzeką Kamienica 10 złp.[52].
W ten sposób do zmudnych już zatrudnień swojego rzemiosła przybywały nowe, t. j. około gospodarstwa rolnego, a z niemi nowe troski i kłopoty, wymagające nowych trudów i mozołów. Ale też z drugiej strony przez to podnosiły się rzeczywiście dochody i wygody mieszczan. Na folwarku takim własnym lub wziętym w dzierżawę trzymano wołów 2 do 5, krów dojnych 4 do 8, jałówek 1 do 3, oprócz tego niekiedy cielęta, kilka świń, kur, koguta[53], co już samo przez się przedstawiało znaczną wartość, a zarazem dostarczało własnego mleka, sera i masła, którego nadbytek bywał tak intratnym artykułem sprzedaży. Przytem trafiało się jednak, że jak dzierżawiono grunta, tak też podobnie najmowano krowy i płacono za ich użytek, co nazywano wówczas, że były „na czynszu“, po wypłaceniu którego mogły nawet przejść na własność dotychczasowego posiadacza. Jak krowy dostarczały nabiału, tak znowu świnie sadła, słoniny i szynek („szołdry“), czego w zapisie miewano także do 5 połci i do 6 sztuk[54]. Uprawa roli przyniosła dość znaczną ilość zboża, czytamy bowiem o kilkudziesięciu wiertelach żyta i tatarki, a przeszło dwa razy tyle pszenicy, a jeszcze więcej owsa, oraz trochę jęczmienia[55], przyczem bywała odpowiednia ilość siana, co znowu ułatwiało niezawodnie trzymanie własnych koni, a nawet własnego powozu[56]. Zarząd takiej dzierżawy czyli „arendy“ w niemożebności stałego tamże pobytu i zamieszkania samego tenutora, przy licznych tegoż w mieście zatrudnieniach lub częstych podróżach, prowadził t. z. „gospodarz“. — Jednakże zdarzało się także, że i gospodarstwo rolne bywało narażone na wielkie szkody i niebezpieczeństwa, zwłaszcza folwarczki w blizkości miasta nad rzeką Kamienicą położone, gdzie powódź niekiedy niszczyła wszystko, zabierała nawet parkany, które trzeba było na nowo grodzić, wskutek czego zamiast dochodów przyniosło stratę[57].
Do tych zwykłych zatrudnień rzemieślniczych i gospodarskich niekiedy przybywały niespodzianie jeszcze nowe, wypływające z obowiązków familijnych lub obywatelskich, również ciężkie i połączone z wielką odpowiedzialnością. Takiemi bywały opieki nad sierotami i zarząd spadającego na nie majątku, co także stawało się źródłem różnych kłopotów, zwłaszcza jeżeli spadek stanowiła własność ziemska, a jak się to niekiedy działo, woda robiła szkody i dzierżawca nie mógł lub nie chciał zapłacić należnego czynszu. W takim razie musiał sam opiekun objąć dzierżawę, ponosić wszystkie trudy i wypłacać należytość tak sierotom, jak do skarbu poborów[58].
Z całego powyższego przedstawienia okazuje się więc, że mieszczanin sandecki od rana do nowy prawie bez przerwy obarczony był cieżkimi i licznymi obowiązkami; będąc zaś zajęty pracą około swojego rzemiosła lub gospodarstwa, oraz staraniem o swoją rodzinę, jeżeli tylko interesa nie zmuszały go do jakiej podróży, przeważnie życie przepędzał w domu. I jakżeż przedstawia się to jego życie powszednie? Wstawał przed wschodem słońca, a odmówiwszy pobożnie pacierze i oglądnąwszy całe swoje gospodarstwo, od razu zabierał się do pracy, którą przerywało tylko na krótki czas skromne śniadanie, spożywane w gronie całej rodziny i czeladzi. Potem znowu wracał do przerwanej roboty, albo szedł na mszę św. do kościoła, albo za swoimi interesami, zakupnami lub innymi sprawunkami. To trwało czasem aż do południa, o której to porze regularnie odbywał się obiad. Po południu cały czas, może jeszcze więcej niż przed południem, przepędzał znowu w warsztacie, albo przy zajęciach gospodarskich na swoim kawałku roli. Jak w pracach swojego rzemiosła w warsztacie pomagali mu uczniowie i czeladnicy („towarzysze“), tak na swych gospodarstwach rolnych używał do cięższych robót najemników lub własnych parobków. Lecz przy tych zatrudnieniach nie poprzestawał tylko na nadzorze i ogólnem kierowaniem niemi, owszem nie szczędził mozołu i natężenia rąk własnych, dając tem przykład i wzór dla swojej czeladzi i znajdując w wykonaniu swego zajęcia przemysłowego i pracy niejako osobistą dumę i największą chlubę.
Obok tych zwykłych zatrudnień mieszczanin sandecki, jak tylokrotnie widzieliśmy w poprzednich rozdziałach, brał zarazem jak najżywszy udział we wszystkich sprawach swojego miasta, a jeszcze bardziej w sprawach dotyczących swojego cechu, a więc także w życiu publicznem, poświęcając swój czas drogi spełnieniu obowiązków, do których powłało go zaufanie współobywateli, wybierając go na cechmistrza, ławnika lub rajcę. Ale nawet chwile wolne od pracy mieszczanin nasz niezawsze spędzał na samem próżnowaniu. Trafiali się bowiem tracy, chociaż niezawodnie wyjątkowo, którzy, wyniósłszy jeszcze z nauki w szkole parafialnej więcej zamiłowania lub posiadając więcej talentu zajmowali się muzyką[59] i na tem zajęciu wzniosłem i uszlachetniającem spędzali czas wolny. — Zresztą chwilowem wytchnieniem i zwykłą rozrywką bywały schadzki towarzyskie i rozmowy w szynkach winnych, w ratuszu lub na rynku. Rynek zwłaszcza ze swojemi podsieniami był najzwyklejszem miejscem schadzek dla mieszczan. Tu prowadzili pogadanki o wypadkach bieżących lub rzeczach publicznych, tutaj też załatwiali najważniejsze zakupna i najrozmaitsze sprawy osobiste.
Natomiast sprawy gospodarstwa domowego należały wyłącznie do zakresu obowiązków niewiast, jak wogóle głównem polem działalności niewiasty w Nowym Sączu był wewnętrzny zarząd domem, w najobszerniejszem słowa tego znaczeniu. Sprawami temi zajmowały się przedewszystkiem żony, na nie też spadał obowiązek wychowania dzieci, nadzór czeladzi, przyrządzanie jadła, szycie i naprawa bielizny, pranie, oraz inne czynności pokrewne, n. p. wypiekanie chleba, który dla oszczędności prawie wszędzie robiono w domu, jak tego dowodzą także prawie w każdym domu znajdujące się piekarnie. Oprócz wymienionych tak licznych a ciężkich obowiązków, jeszcze w zakres zatrudnień niewieścich wchodziło szczególnie przędziwo, w owych wiekach powszechne zajęcie wszystkich żon mieszczańskich, które dla ulżenia sobie w pracy rozdawały len prządkom, kobiety zwykle starym i ubogim ze wsi poblizkich[60]. Stąd też w wielu domach znajdowały się niekiedy wcale znaczne zapasy płótna, tudzież po kilka sztuk przędzy[61], świadczące nie tyle o pewnej zamożności, ile raczej o dostatniem zaopatrzeniu tychże. Ta w owych czasach tak ważna gałąź gospodarstwa domowego niekiedy łączyła się ściśle z gospodarstwem rolnem i wpływała na podniesienie jego dochodów. — Ale obok tych zatrudnień czysto domowych, mogła niewiasta w Nowym Sączu, jak to już poznaliśmy w §. 1., trudnić się także niektóremi czynnościami czysto męskiemi, mianowicie wdowy po kupcach i rzeźnikach, które po śmierci swego męża miały prawo prowadzić dalej jego rzemiosło, jakkolwiek te ostatnie nie dłużej, tylko rok jeden i sześć niedziel[62].
W tych wszystkich zatrudnieniach żon mieszczańskich pomagały im córki dorosłe, nierównie zaś rzadziej najęte sługi. Córki zwłaszcza, nawet rodziców zamożniejszych, musiały wówczas wcale inaczej pracować, aniżeli dzieje się dzisiaj. Dowiadujemy się bowiem, że w czasie swojego panieństwa, obok czynności gospodarskich, dla zarobku zajmowały się („bawiły się“) także szyciem[63], a więc że bynajmniej nie wstydziły się uczciwej pracy za pieniądze; szkoda tylko, że niewiadomo, czy to było szycie bielizny, czy też trudniły się krawiecczyzną. Natomiast sługi najęte miewano widocznie tylko w domach zamożniejszych, lubo i tutaj czytamy zawsze tylko o słudze jednej. Rodzaj służby ich bywał niezawodnie rozmaity, znajdujemy bowiem raz wzmiankę o kucharce, zwyczajnie jednak sługa taka musiała bez wątpienia wykonywać posługi wszystkie; lecz jakie za tę swoją pracę otrzymywała wynagrodzenie, niewiadomo. Zato jednak dowiadujemy się, że sługi te niekiedy obowiązki swoje wypełniały bardzo wiernie i odznaczały się niezwykłem przywiązaniem do swych pań, skoro te w testamentach wspominają o nich jak najżyczliwiej i stosownie do majątku swego legują im różne znaczne zapisy. Tak jedna mieszczka leguje słudze jałówkę; druga zapisuje na posag łyżek srebrnych puzdro 12; inna znowu przeznacza swej uczciwej słudze nawet dom nowo zbudowany w dożywocie[64]. — Oprócz zwyczajnych sług niewieścich, zdaje się, że jeszcze znajdowały się w Nowym Sączu niewiasty, które (podobnie jak Kletki) usługiwały chorym i z takich posług szukały zarobku i utrzymania[65].

§. 5.
Domy mieszkalne.

Podług świadecta Marcina Kromera, w miastach Niemcy osadnicy domy z cegły i kamieni budować zaczęli, z Polacy ich naśladują, idąc za smakiem budownictwa włoskiego[66]. Stąd nasuwa się prosty wniosek, że wprawdzie najdawniejsze domy w Nowym Sączu były bez wyjątku z drzewa, lecz że już w epoce jagiellońskiej i zygmuntowskiej znajdowały się liczne domy murowane, które co do budowy i ornamentyki, (jak to jest niezachwianem mojem przekonaniem), były bez wątpienia naśladownictwem kamienic Krakowa. Nowy Sącz bowiem wogóle w całym swym planie, rozkładzie swych ulic, słowem we wszystkiem, zawsze brał wzory z niedalekiej stolicy królewskiej i tylu najznakomitszych rodzin polskich siedziby, z którą łączyły go od wieków różnorodne najściślejsze stosunki. Wprawdzie tylokrotnie pożary poniszczyły prawie zupełnie owe budowle z najświetniejszych okresów historyi Nowego Sącza w XV. i XVI. stuleciu, a z niemi najsilniejsze argumenta dla poparcia owego mojego przekonania, mimo to jednak i dzisiaj jeszcze kilka domów układem swoim przypomina budowy kamienic krakowskich, lubo zarazem na pewno utrzymywać możemy, że domy sandeckie co do okazałości i dostatku nigdy nie dorównały nawet średnim kamienicom mieszczan krakowskich.
Jak bowiem całe życie mieszczaństwa sandeckiego było skromne i prostacze, tak to samo tyczy się ich domów, chociaż między tymi bywały niektóre okazalsze i trwalsze, czasem piętrowe, a nawet wewnątrz ozdobione marmurem, sztukateryą, malowidłami i obrazami. Rozumie się także samo przez się, że i rozkład i urządzenie domów nie były powszechnie jednakowe, gdyż nie budowano ich wcale według jednakowego planu, lecz stosownie do zamożności właściciela, były mniej więcej obszerne i wykwintne. Wogóle jednak można powiedzieć, że domy sandeckie miały wszystkie w budowie swej coś typowego. Były skromne i niepokaźne, albowiem przy wcale miernem wykształceniu i również miernych majątkach mieszczaństwa, nie znano owej wyższej potrzeby estetycznej ubiegania się za okazałością budynków prywatnych, jak zarówno nie miano środków do zaspokojenia tejże. Przyczyniały się także do tego: ciągła niepewność publiczna życia w fortecy pogranicznej, wystawionej na napady lub oblężenia nieprzyjacielskie, a niezawodnie najbardziej częste pożary, niszczące kilkakrotnie całe miasto prawie do szczętu.
Co do materyału, z którego stawiano budynki mieszkalne, to njmniejszej wątpliwości ulegać nie może, że pierwotnie wszystkie były z drzewa, a dopiero znacznie później nauczono się murować. Źródła też nasze robią ustawicznie różnicę między nazwą dom a kamienica (lapidea albo lapidea domus): widocznie więc, że jak kamienice były murowane, tak domy natomiast były drewniane. Pomijając jednak materyał, z którego były stawiane, z zważając tylko na zewnętrzny kształt i wysokość, to znajdujemy, że domy mieszczańskie powszechnie bywały parterowe, rzadko zaś kiedy piętrowe; te ostatnie przeważnei należały do duchowieństwa albo okolicznej szlachty[67][68]. Według tego dadzą się więc budynki mieszkalne w Nowym Sączu podzielić na 3 główne kategorye: na domy drewniane parterowe, kamienice parterowe, oraz kamienice piętrowe. Dla zrozumialszego i jaśniejszego przedstawienia opiszę je w porządku odmiennym.
A). Kamienice parterowe, jak już sama nazwa okazuje, były murowane najdawniej z kamienia (ex lapide), później także z cegieł. Te wielkością, kształtem i rozkładem swoim nie różniły się w niczem, albo tylko bardzo mało, od większości domów drewnianych, i wraz z tymi ostatnimi przedstawiały budowle, pod któremi właściwie rozumiemy to, co przeciętnie nazywamy domami mieszkalnymi mieszczanina średniej zamożności, dlatego też dla jednych i drugich spólny podaję opis.
Pomijając możliwe wyjątkowe drobniejsze szczegóły i odmiany, kamienica taka albo dom składały się wogóle z części następujących:
a) Podsienia, zwane także podcienia, któremi głównie wyszczególniały się wszystkie domy naokoło rynku, chociaż miały je także niektóre domy w ulicach[69]. Wyraz ten znaczy tyle co podsionek. Była to otwarta kolumnada przed właściwem budynkiem mieszkalnym, nakryta z wierzchu poddaszem, wspierającem się na słupach, zwykle drewnianych, choć niekiedy bywały także murowane lub kamienne. W tej kolumnadzie, połączonej ściśle z samym domem, stały porozstawiane kramy kupieckie i stragany rzemieślnicze: główny przybytek sprzedaży i kupna wszelkich wyrobów i towarów, zastępujący dzisiejsze sklepy.
b) Sień czyli wchód z podsieni albo wprost z ulicy do środka domu, zamykana od wnętrza drzwiami lub wrotami. Sień znajdowała się prawie zawsze z boku, a tylko rzadko i to jedynie w domach znacznie większych w środku; ale trafiało się także, jak tego jeszcze po dziś dzień zachował się jeden egzemplarz obok rynku, że dwa domy sąsiednie maiły sień wspólną. Sień ciągnęła się przez całą długość domu i była zwykle obszerna i szeroka, mianowicie w domach rynkowych, będących po większej części gospodami czyli domami zajezdnymi[70], alby para koni wraz z wozem mogła przez nią wygodnie wjechać do stajni, a przynajmniej na podwórze. Ze wszystkiego pokazuje się, że taka sień była utrzymywaną bardzo starannie, czytamy bowiem raz, że była wyłożona porządnie tarcicami[71], z czego jednak możnaby także wnosić, że gdzieindziej była bez tarcic lub może bywała brukowaną. Po obu bokach stały w niej ławy od wrót aż po drzwi izdebne, niekiedy także inne sprzęty gospodarskie[72], przedewszystkiem zaś znajdował się w niej sklep, który to wyraz wówczas nie oznaczał tego, co dzisiaj pod nim rozumiemy, lecz miejsce murowane, sklepione (skąd jego nazwa) i dobrze zaopatrzone, służące na skład towarów i inne różne przedmioty, które chciano bezpiecznie przechować.
Sień zamykano zawsze od ulicy lub od podsieni jużto drzwiami, które były na zawiasach, czasem z kunką żelazną i skoblem, jużto wrotami, które znowu niekiedy miewały furtkę i okno z kratą[73], i były osadzone na kunie żelaznej[74]. Takie same drugie wrota znajdowały się po przeciwnej stronie sieni, zwłaszcza jeżeli ta prowadziła do tylnych zabudowań w podwórcu albo do indermachu za podwórcem. Tak samo jak drzwi lub wrota do sieni, tak i drzwi do sklepu zaopatrywano jak najstaranniej. Na odrzwia ciosano kamienne słupy, haki w nich osadzano na ołowiu[75], drzwi dawano podwójne, jedne żelazne, drugie drewniane; a jeżeli w sklepie znajdowało się jeszcze okno, to zabezpieczano je okiennicą żelazną[76] — snadź doświadczenie nakazywało wielką ostrożność przed złodziejami i widocznie wielkie pod tym względem panować musiało niebezpieczeństwo. — Wzdłuż całej sieni znajdowało się kilkoro drzwi, które w zwykłych domach, t. j. takich gdzie sień znajdowała się z boku, prowadziły na prawo lub na lewo, ale zawsze tylko po jednej stronie, do różnych ubikacyi, które wszystkie razem tworzyły właściwy dom mieszkalny.
c) Ubikacye mieszkalne czyli najzwyklejszy rozkład takiego domu były następujące: Przez pierwsze drzwi z sieni wchodziło się do wielkiego pokoju, niekiedy długości na 12 łokci, wówczas powszechnie zwanego izbą albo także wielką izbą[77]. Taka izba miała zwyczajnie 3 okna, niekiedy weneckie, które wychodziły na rynek lub na ulicę. Drzwi prowadzące do izby bywały u zamożniejszych stolarskiej roboty, malowane i z futrowaniem, to znaczy z futrynami (Fütterung), ozdobione antabami[78] i zaopatrzone zamkiem z klamką i haczykiem. — Sama izba maiła powałę, podłogę dobrą z tarcic, ściany dokoła lub przynajmniej z kilku stron obite były t. zw. listwami[79], a przy ścianach naokoło stały ławy: w kącie znajdował się duży piec kaflowy, zwykle pstry, niekiedy glazurowany (szklany), czasem z obszernym zapieckiem, a dokoła niego i za piecem także stały ławy. Piece takie wyrabiano w Nowym Sączu, ale także sprowadzano z Gorlic, a w r. 1620 cena jednego wynosiła 12 złp.[80]. Okna były powszechnie szklane, szyby niekiedy weneckie[81] w ramach dębowych, zwykle jednak okrągłe, małe, oprawne w ołów, chociaż także się trafiało, że były oprawione w ramy drewniane, co wówczas nazywano w trzaskę. Dla bezpieczeństwa zaopatrywano okna czasem okiennicami drewnianemi na zawiasach, raz czytamy nawet o weneckich, ale także okiennicami żelaznemi, a nawet kratami[82].
Przy tej izbie, naprzeciw drzwi wchodowych, znajdowała się czasem t. zw. komorka biała, mała izdebka ciemna, zwykle bez okna, ale także z oknem zakratowanem[83], służąca do przechowywania różnych przedmiotów, rodzaj śpiżarki, do której niekiedy wchodziło się po schodku. Zdaje się, że takie komorki były od właściwej izby oddzielone tylko przepierzeniem czyli ścianą drewnianą, przynajmniej raz znajdujemy wyraźnie podobną komorkę przepierzoną przy komnacie[84].
Zwykle jednak śpiżarnia taka bywała większą, wtedy nazywała się komorą[85], znajdowała się tuż za izbą w głębi domu, a wchodziło się do niej przez następne drzwi z sieni. Znajdujemy nawet dowie komory, jedna za drugą, a osobnemi drzwiami; w takim wypadku widocznie otrzymywała komora światło z sieni, czy to przez osobne okno zakratowane, czy też może przez okienko we drzwiach.
W większych domach komora leżała jeszcze dalej ku podwórcowi, a z izby wchodziło się do komnaty (łac. caminata), to znaczy do pokoiku sypialnego, która miewała także osobne wejście z sieni (zaopatrzone niekiedy aż podwójnemi drzwiami, podobnie jak do sklepu), oraz okno z kratą żelazną i okiennicami[86]; ale częściej tego osobnego wejścia nie było, a dopiero za komnatą znajdowała się komora, za tą kuchnia, każda z osobnem wejściem z sieni[87]. Bywały jednak domy, które kończyły się już komnatą, skąd prowadziły schody na górę t. j. na strych[88]: widzimy więc z tego, że jedne kamienice i domy były głębsze, drugie płytsze. W innych znowu domach z komnaty szło się do świednicy, której okna już wychodziły na podwórzec. Komnaty bywały podobnie jak i izby obijane listwami, przynajmniej po jednej stronie, a jeżeli były małe, wtedy nazywały się komnatami.
Świetnica, jak już sama nazwa pokazuje (od świat lub światło), znaczyła tyle co pokój jasny, w przeciwstawieniu do komory lub komnaty, które zawsze miały mało światła. Był to, po dzisiejszemu mówiąc, rodzaj salonu, pokój gościnny, dosyć obszerny, szerokości izby, o tylu oknach co i ta, zwrócony do podwórca, skąd otrzymywał światło; szyby w tychże bywały niezawodnie rozmaite, najczęściej jednak drobne, wprawione na ołowiu. Ściany jej, tak samo jak w izbie, bywały dokoła obite listwami[89], w kącie stał piec, zwykle lepiony z kamieni i gliny, zresztą do dokładniejszego jej opisu brak nam bliższych szczegółów. Od świetnicy trzeba rozróżnić świetniczkę, która oznaczała nie tylko świetnicę małą w domu parterowym, ale przeważnie pokoik jasny na pięterku czyli na poddaszu, rodzaj mansardy, o której więcej poniżej.
Ostatnią wreszcie ubikacyą większych domów drewnianych i kamienic parterowych była kuchnia, która, podobnie jak w domach szlacheckich, zawsze leżała oddzialnie od innych ubikacyi mieszkalnych[90], miała swoje osobne wejście z sieni, a w takim razie znajdowała się tam, gdzie w innych domach świetnica[91]; ale bywały także domy, gdzie kuchnia znajdowała się w głębi sieni poza sklepem, a za nią wchód na górę[92]. O kuchni brak nam także bliższych szczegółów, wiadomo tylko tyle, że w niej umieszczone były jak najrozmaitsze sprzęty i naczynia kuchenne, oraz że piec do gotowania był, jak po dziś dzień jeszcze po wsiach, rodzaj otwartego komina, proste ognisko, jak je też nazywano, ulepione z gliny i kamieni[93], a więc że piece z blachami żelaznemi wówczas jeszcze w Nowym Sączu wcale nie były znane.
Obok opisanych kamienic parterowych znajdowały się także kamienice znacznie większe, mające sień w środku, z której na obie strony prowadziły drzwi do wymienionych ubikacyi. Kamienice takie, bez wątpienia wcale nieliczne, były przeważnie domami narożnymi; ze strony przytykającej do domu sąsiedniego znajdowała się tylko wielka izba o 3 oknach, po stronie zaś przeciwnej taka sama druga izba, a za nią cały szereg znanych ubikacyi, których okna wychodziły niezawodnie już na inną ulicę[94].
d) Nader ważną i nieodzowną częścią domu mieszkalnego były piwnice. Te były dwojakie: jedne o powale drewnianej, którą nieraz trzeba było podpierać słupami drewnianymi czyli stemplować, stąd też nazwa „stemplowane“[95] lub „niesklepiste“: był to dół czworoboczny, mniej lub więcej obszerny, o ścianach skośnych, rodzaj lochu podręcznego, do którego prawdopodobnie prowadziły drzwiczki w podłodze ubikacyi, pod którą był wykopany, a bywały takie piwnice tak pod komnatą, jak pod świetniczką[96]; jeżeli przytykały do sieni lub do podwórca, miewały okno zakratowane. — Drugi rodzaj piwnic były sklepione, a jak wówczas mówiono „sklepiste“, murowane z kamienia, dlatego nazywano je także „murowane sklepy“. Te znajdowały się pod izbami, pod sienią[97], były więc obszerniejsze od poprzednich, inne bowiem było też ich przeznaczenie; okna ich wychodziły albo na ulicę albo na podwórzec i miały zawsze kratę, a często i okiennicę żelazną; wejście do nich prowadziło z sieni i było również zaopatrzone drzwiami żelaznemi. Ale znajdujemy także piwnice sklepione bardzo małe, zwane z tego powodu sklepikiem, jak przykład takiej piwniczki pod kuchnią przy podwórcu napotykamy w domu jednym w ulicy polskiej. Zdarzało się także, że oba te rodzaje piwnic w jednym i tym samym domu znachodziły się tuż obok siebie[98]. Jeżeli sień szła przez środek kamienicy, to piwnice znajdowały się pod mieszkaniami po jednej i po drugiej stronie.
e) Jak piwnice pod podłogami, tak na powałach ubikacyi mieszkalnych t. j. między temi a dachem nakrywającym dom cały, znajdował się strych, ostatnia część kamienic i domów parterowych, który w owych czasach w Nowym Sączu nazywano górą, jak jeszcze do dziś dnia w różnych stronach Polski. O dachach, ich kształcie i budowie, nie mamy bliższych wiadomości, to tylko wiadomo, że wyłącznie były kryte gontami i że szczyty ich nie dochodziły prawie wysokości murów fortecznych, 12 łokci wysokich[99]. Ta ostatnia okoliczność stała w ścisłym związku z ówczesnym sposobem wojowania i ostrzeliwania miast, aby snadź w czasie napadu nieprzyjacielskiego kule armatnie nie trafiały i nie zapalały dachów. Raz tylko wspomniano o jednej kamienicy, że miała dwa dachy, których rynna wspólna szła ponad sień obszerną[100]: widocznie więc dachy te były spadziste, pochylone ku sobie i łączyły się na środku kamienicy. Ale i z innych okoliczności wnioskować należy, że dachy musiały być spadziste i dosyć wysokie, jak tego wymagały już same względy klimatyczne. — Wspomniana rynna[101] wystawała ponad chodnik przed domem na ulicę, jak to jeszcze dzisiaj widzieć można w małych miasteczkach, a dla trwałości dobierano do niej zawsze drzewa modrzewiowego[102].
Na strych („na górę“) prowadziły schody, a jak wówczas mówiono „schód“, które były zawsze z drzewa[103] i znajdowały się powszechnie przy końcu sieni, lubo, jak widzieliśmy wyżej, szły także z komnaty, chociaż to niezawodnie było tylko wyjątkowo. Strych był wielkości całego budynku, miewał dla światła okna, zaopatrzone dla bezpieczeństwa okiennicami żelaznemi, które jednak musiały być znacznie mniejsze aniżeli w ubikacyach mieszkalnych, gdyż nazwane są okienniczkami. Strych służył nie tylko do rozwieszania i suszenia bielizny, ale także, jak i dzisiaj często, za magazyn na najrozmaitsze sprzęty i przedmioty, n. p. na sąsiek dla zboża[104], dlatego znajdowały się w nim przedziały, zwane także „komorami“, gdyż rzeczywiście służyły do tego samego użytku co i komory obok izby lub komnaty.
f) Do domu mieszkalnego należał także podwórzec, leżący zawsze na jego tyłach, do którego wchodził się z sieni, zamykanej zwykle z tej strony wrotami. Tu przedewszystkiem znajdowała się studnia, z której wodę czerpano wiadrem okowanem zapomocą wału z korbą na łańcuchu żelaznym, ale także na powrozie[105]. Studnię cembrowano forsztami modrzewiowymi (forszt taki w r. 1620 kosztował 7 gr.), ale jeszcze częste były cembrzyny z kamieni, jak się to okazało z licznych studni w ostatnich latach przypadkiem odkopanych. Studnię zwykle obudowywano[106], a jeżeli nie była dość głęboka, to ją podbierano; często trafiało się, ze studnia była spólną z sąsiadem, jak się to jeszcze utrzymało przy niektórych domach aż do najnowszych czasów.
Oprócz studni, znajdowały się jeszcze w podwórcu po jednej stronie, w przedłużeniu głównego budynku, także inne zabudowania konieczne w gospodarstwie, a mianowicie locus secretus[107], mający niekiedy więcej przedziałek. Urządzenie tegoż musiało być nader prymitywne, jak dowodzi okoliczność, że tuż obok niego znajdował się często chlewek dla świń lub stajnia dla krów, a więc że cały nawóz od czasu do czasu musiano wywozić. Rzeczywiście wiadomo nam skądinąd, że stawiano chlewy nieraz nawet tuż przy ulicy, tak iż wszelkie nieczystości ściekały prosto ulicą ku innym domom[108]. Stajnie takie były albo nakryte dachem, albo bez dachu („bez piętra“), a jeżeli miały dach, to na strychu znajdowała się komora, do której wchodziło się po drabinie. Niekiedy w podwórcu znajdował się także ogródek, do którego prowadziły osobne drzwi na zawiasach z zamkiem, ale także nie zawsze był ogrodzony płotem[109].
Przy wielu z opisanych kamienic parterowych znajdował się za podwórcem cały kompleks zabudowań, czasem podobnych do głównego na przodzie, należący do tej samej realności i do tego samego właściciela, t. zw. indermach, o którym jednakże, aby uniknąć powtarzania, wspomnę dokładniej poniżej, przechodząc teraz do opisu kamienic piętrowych.
B). Kamienice piętrowe były w Nowym Sączu wogóle bardzo rzadkie. Należały do nich przedewszystkiem: zamek królewski, ratusz, klasztory: franciszkański i norbertański, oraz 4 budynki kollegiackie, a być może i domy szlacheckie, których w r. 1651 było jeszcze 9, ale o nich nie mamy żadnych bliższych wiadomości. Wnioskując z analogii domów szlacheckich w innych miastach polskich, jest bardzo prawdopodobnem, że i w Nowym Sączu te ostatnie były okazalsze i miały więcej okien z frontu, niż kamienice mieszczańskie, które prawie wyłącznie miały po 3 okna a szerokości 8—9 metrów, że były piętrowe i zbliżały się, a może nawet były wcale podobne do kamienic krakowskich i lwowskich XVII. wieku, lecz z absolutną pewnością twierdzić tego nie podobna.
Przeważnie zaś t. zw. kamienice piętrowe mieszczańskie, były to właściwie tylko kamienice parterowe, zupełnie z tym samym układem co kamienice powyżej opisane, różniące się tem tylko od poprzednich, że miały na strychu czyli na poddaszu od strony frontowej albo od podwórca stancyjkę, rodzaj mansardy, nazwanej świetniczką, do której prowadziły schody z sieni. Takie świetniczki właściciele wynajmowali uboższym rzemieślnikom, a czynsz, czyli jak wówczas mówiono arenda domowa, wynosił w r. 1612 rocznie 8 złp.[110].
Mimo to znajdowały się obok opisanych jeszcze kamienice mieszczańskie, które zbliżały się do dzisiejszych domów piętrowych; te oprócz zwykłej świetniczki nad parterem, miały także wielką izbę na górze[111], komnatę, świetnicę, jedną z frontu, drugą z tyłu. W takich budynkach piętrowych to było najosobliwszem, jak o tem dowiadujemy się z opisu jednego, że prawie całe piętro było szpuntowane z drzewa, jak w ogóle kamienica ta znana nam bliżej[112] miała bardzo mało murów, albowiem tylko sklep i świetnica nad nim były murowane. Ta ważna okoliczność poucza więc, że i t. zw. kamienice bardzo często były budowane przeważnie z drzewa. Ściany tych piętrowych drewnianych ubikacyi były wylepiane gliną, lecz czy po wierzchu były malowane, czy tylko bielone wapnem, niewiadomo, a piece w świetnicach i ognisko w kuchni były z kamieni i gliny; okna zaś wszędzie z szyb drobnych, wprawianych na ołowiu. W tyle głównego budynku za podwórcem znajdował się w indermachu browar, obok niego kuchnia, do którego prowadziło z piętra od świetniczki wiązanie drewniane na 6 słupach, zapierzone od ulicy, rodzaj ganku, po którym widocznie szło się po schodach na dół do wychodków.
C). Indermachy (w Krakowie: widermachy, z niem. Hintergemach) były to, jak pokazuje sama niemiecka nazwa, zabudowania tylne, znajdujące się prawie przy wszystkich kamienicach i większych domach drewnianych, tak w rynku jak i w ulicach. Były one zawsze budowlami parterowemi, leżały oddzielone od frontowego budynku podwórcem, i tworzyły jakby drugi dom w tyle[113], będący często także domem mieszkalnym; ale częściej jeszcze, jak wiemy z ustępów poprzednich, znajdowały się tam kuchnia, piekarnia, gorzelnia, browar, a nawet garbarnia, (jak to pokazało się przy wybieraniu fundamentów w r. 1899 na kilku miejscach), które razem stanowiły niekiedy cały kompleks zabudowań. Zabudowania te czyli indermachy leżały albo równolegle do kamienicy frontowej, t. j. wchodziło się do nich z podwórca wprost, przeważnie jednak leżały na poprzek, tak po jednej jak i po obu stronach[114] podwórca. Co do materyału, z kótórego je stawiano, wątpić nie można, chociaż nigdzie nie powiedziano wyraźnie, że były przeważnie z drzewa, lubo niektóre ich części były także murowane.
Rozkład ubikacyi w tych indermachach był prawie taki sam jak w głównych budynkach, z tą tylko różnicą, że czasem były znacznie mniejsze i w takim razie miały nazwy zdrobniałe. Tak znajdował się tutaj sień albo też sionka, izdebka, komnatka, ale i komnata[115], świetniczka, kuchnia, która to ostatnia, jeżeli kamienica miała swój indermach, bez wyjątku była umieszczona w tymże. Obok wymienionych, nader ważną ubikacyą indermachu była piekarnia, która zwykle była bardzo obszerną i miewała kilka okien, używano jej bowiem także za gorzelnię i czasem w niej wódkę palono[116]: ale także umieszczano ją w browarze, albo nawet w sieni, mającej aż 3 okna (szklane, oprawne w drewno, to znaczy: w ramach drewnianych). W piekarni było też miejsce na pościel, t. j. do spania dla kucharki, jeżeli taka znajdowała się w jakim domu[117]: a może być, że piekarnię nazywano także „czarną izbą“, co znaczyło: izba z dymnikiem zamiast komina. Piec do piekarni, zwany czarnym, był lepiony z gliny i kamieni, których na to potrzebowano aż 4 fury, a do zamykania takiego pieca czyli „dziury do piekarni“ służyła deska na zawiasach żelaznych[118]:
Do takiej piekarni przytykała komoria[119], albo, jak to znajdujemy w innym indermachu, szło się z jednej strony do izdebki, z drugiej do komnaty, mającej także swoje okno składane. Ale najosobliwszą ubikacyą indermachu, którejby się w Nowym Sączu na owe czasy najmniej można było spodziewać, była łazienka[120], która jednak wspomnianą jest tylko raz jeden i niezawodnie była bardzo rzadką; o urządzeniu tejże nie mamy żadnych szczegółów, jak tylko, że w piecu miała wprawiony kocioł. Tak samo i co do gorzelni i browaru źródła nasze nie podają ich bliższego opisu, przytaczając tylko najważniejsze naczynia piwne; zaledwie z nazw dowiadujemy się, że browary bywały większe i bardzo małe („browarki“). Strych na indermachach służył także do rozmaitego użytku, jak n. p. za suszarnię słodu, t. zw. wówczas „oźnicę“, gdzie też znajdowały się dotyczące przyrządy, kraty z plecionki, zwane „lasą“[121].
Zupełnie podobne było urządzenie indermachu, jeżeli zabudowania jego znajdowały się po obu stronach podwórca: tylko że w tym razie, kiedy po jednej stronie stały zabudowania gospodarskie powyżej opisane i stancye mieszkalne były mniejsze od zwykłych, to po drugiej stronie znajdowały się same ubikacye mieszkalne. W połaci, przeznaczonej na same takie mieszkania, stacye mieszkalne były nie tylko większe od poprzednich, ale także było ich więcej. Tak w jednym domu, znanym nam bliżej[122], po obu stronach sionki, która leżała nie z boku, lecz ku środkowi budynku, znajdowały się osobne izdebki, z których jedna była mniejsza a druga większa; z większej szło się do komnatki, o której wyraźnie powiedziano, że była murowana, z czego konieczny wniosek, że i w indermachach przeważna część zabudowań była stawiana z drzewa. W każdym razie urządzenie takich stacyj indermachowych było takie same, jak w kamienicach frontowych: izdebka miała zwykle jedno okno szklane, ale niekiedy dwoje; takie okna miały kratę żelazną z okiennicą lub bez, albo także nie miały ani kraty ani okiennicy; podłoga była z tarcic, wkoło stały ławy, w kącie piec kaflowy (raz znajdujemy pstry, inny raz zielony), listwy na ścianach przynajmniej po jednej stronie; natomiast o urządzeniu komnatki i świetniczki nie wspomniano nigdzie.
Idermachy, jak już powiedziano wyżej, były zawsze budynkami parterowymi, na których znajdował się strych, a do tego prowadziło niekiedy wejście ze schodów przez ganek, widoczna więc, że w takim razie tak schody jak i ganek, który niekiedy był malowany[123], umieszczone były zewnątrz budynku. Wreszcie, jak to czasami w podwórcach, tak i między oboma połaciami indermachu znajdował się niekiedy ogródek, w którym, jak to raz czytamy, stał sklep murowany[124], jakie zwykle budowano w sieni. Ten sklep, tak samo jak i tamte, miał drzwi podwójne, jedne żelazne a drugie drewniane, obity był dokoła listwami, a okno miał zaopatrzone kratą i okiennicą żelazną, które tutaj wyjątkowo było szklane weneckie.
D). Domy drewniane były większe lub mniejsze. Większe, jak wiadomo z poprzedzającego, rozkładem swym i kształtem wcale nic lub tylko niewiele różniły się od kamienic parterowych, opis więc ich właściwie już podany powyżej przy opisie tych ostatnich. Natomiast mniejsze domy drewniane mieszczańskie tem tylko różniły się od porządniejszych chałup chłopskich, mających także okna, komin murowany, i na zewnątrz wybielonych, że były pokryte nie słomą, ale gontami i miały jeszcze drugą stancyę, wogóle że więcej zbliżały się do dworków szlacheckich. Przy budowie domów drewnianych dawano podwaliny mocne, drzewo suche, wiązania silne i dach wysoki, czasem piętrzysty z kilkoma w nim okienkami, dla trwałości zaś dobierano głównie modrzewiu, a jeżeli nie całe domy, to przynajmniej rynny starano się mieć modrzewiowe[125]. Takie mniejsze domy drewniane w Nowym Sączu składały się tylko z jednego budynku frontowego i nie miały komnat, tylko izbę z przodu i świetnicę z tyłu, oraz śpiżarnię[126] czyli komorę; jak zaś były proste i skromne, najlepszym dowodem ich cena, która nawet na owe czasy wydać się nam musi zbyt nizką. Tak pewien mieszczanin nakazuje w testamencie sprzedać swój dom, szacując go wraz z gruntem, na którym stoi, nie więcej jak 300 złp.[127]. Jeszcze tańszym, a więc jeszcze nędzniejszym, musiał być inny dom, którego właściciel tak samo nakazuje go sprzedać, przeznaczając na swój pogrzeb tylko 24 złp., a co zostanie po odtrąceniu kosztów pogrzebu i spłaceniu długów (wprawdzie nie wymienionych), zato sprawić obiad dla ubogich[128], który przecież wcale wiele kosztować nie mógł. Inny znowu mieszczanin domek swój drewniany przy bramie węgierskiej nazywa prost chałupką[129]. Lecz te nizkie ceny wcale nas dziwić nie powinny, jeżeli czytamy, że nawet kamienica położona w rynku, wprawdzie opustoszała i w nader złym stanie, mająca bardzo mało murów i zły dach, ale narożna i z browarem w tyle, wraz z gruntem kosztowała zaledwie 450 złp.[130]. — Wreszcie, mówiąc o domach drewnianych mieszczan sandeckich, należy także wspomnieć o ich folwarkach na przedmieściach czyli o ich domach wiejskich na tych folwarkach. O ile nam wiadomo, były to budynki służące wyłącznie do celów gospodarczych, stawiane na sposób powyżej opisanych prostych i skromnych domów miejskich i niewątpliwie zupełnie takie same, jak te ostatnie.
Opisane powyżej kamienice i domy są najlepszym dowodem, jak obyczaj i zwyczaj rodzinny mieszkańców Nowego Sącza, tak samo jak u wszystkich ludów i po wszystkie czasy, wyrażał się architektonicznym rozkładem domów, zastosowanym do jego potrzeb i codziennego żywota. Badając jednak dokładnie źródła, na podstawie których powyższy opis domów mieszkalnych Nowego Sącza w epoce Wazów jest zestawiony, z całą przemocą nasuwa się wniosek, że opis ten przeważnie stosuje się dopiero do czasów po straszliwym pożarze w r. 1611, który miasto nasze zniszczył prawie do szczętu. Najmniejszej wątpliwości ulegać nie może, że po tej powszechnej klęsce usiłowano odbudować się jak najspieszniej i dlatego stawiano budynki przeważnie z drzewa, jako takie, które w pierwszej gwałtownej potrzebie z jak najmniejszym kosztem i w jak najkrótszym czasie dały się uskutecznić, że więc w tym pospiechu miano wyłącznie na oku względy finansowe i utylitarne, którym wszystkie inne wyższe ustąpić musiały. Dlatego też brak im wszelkich cech artystycznego wykonania, a kamienice i domy opisane nigdzie nie wyjawiają najmniejszego estetycznego szczegółu bądź to pod względem stylowym bądź ornamentalnym. A przecież, jak w tylu innych miastach polskich i wogóle wszędzie, gdzie społeczeństwo stanęło na pewnym wyższym stopniu kultury, tak i w Nowym Sączu domy mieszkalne nie zawsze były wyłącznie przedmiotem służącym tylko do zaspokojenia tej jednej z najważniejszych potrzeb materyalnych człowieka, jaką jest zapewnienie dla siebie i swojej rodziny wygodnego i trwałego schronienia, ale bywały także wyrazem wyższych potrzeb moralnych, wytworniejszego smaku i żywszego poczucia piękna. Pożar ów wraz z domami mieszkalnymi poniszczył niechybnie wszelkie możliwe istniejące zabytki piękna i sztuki z epok poprzednich, a zwłaszcza z epoki zygmuntowskiej. Że zaś takie znajdowały się poprzednio, dowodzą nam płaskorzeźby i różne ozdoby architektoniczne, tak z piaskowca jak nawet z marmuru czerwonego, znalezione w ostatnich latach przy burzeniu dawnych budynków, mianowicie wikaryówki niżnej, gdzie niezawodnie po owym pożarze użyte były za prosty materyał budowlany.
Jakoż rzeczywiście nie tylko z opisów domów mieszkalnych przed owym pożarem 1611 r. odkrywamy ślady większej zamożności, wygody, a nawet komfortu[131], ale dowiadujemy się także i skądinąd, że w owych czasach bywały kamienice, zwłaszcza osób duchownych i szlachty w mieście osiadłej, których fronty przyozdabiały nieraz artystyczne kamienne oprawy okien, oraz wspaniałe odrzwia z ozdobnymi herbami i napisami w kamieniu wykute. Tak w gruzach jednej kamienicy w rynku znaleziono w r. 1863 tablicę marmurową z XVII. wieku, na której tarcza z czterema herbami: Gryf, Starykoń, Topór i Cholewa, tudzież napis: „Virtus Nobilitatis Character“. W kamienicy po zachodniej stronie rynku przechował się po dziś dzień w długiej sklepionej sieni nad odrzwiami wykuty w kamieniu napis: Nosce Te Ipsum. Anno Dom. 1608. G. T. Nobilitas Est Sola Virtus“.
Ale i na niktórych kamieniach mieszczańskich znajdowały się ornamenta w kamieniu wykute, których po dziś dzień pomimo kilkowiekowej starości nieuszkodzone zachowały się szczątki. Tak n. p. na kamienicy narożnej od ulicy lwowskiej i rynku jest piękna płaskorzeźba renesansowa z początku XVII. wieku, przedstawiająca dwóch aniołków, trzymających Imię Jezus. Dalej w głębi tejże ulicy po tej samej połaci znajduje się na innej kamienicy wmurowany węgar okna z r. 1505 z literami P. S. i gmerkiem mieszczańskim. Uwagi godną jest również maska z czerwonego marmuru, wmurowana w ścianę zewnętrzną kapliczki św. Jana Nep. tuż przy moście prowadzącym na dawne przedmieście Zakamienicę, (dziś pospolicie Piekłem, także Załubieńczem zwane), wydobyta widocznie z jakiegoś starego gmachu.

Płaskorzeźba na domu w Nowym Sączu z początku XVII. w.
Ze zbiorów Akad. Umiejęt. w Krakowie.

Te niezatarte ślady i zabytki, które się jeszcze przechowały do lat ostatnich, są niezbitem świadectwem, że zupełnie jak w Krakowie, tak samo i w Nowym Sączu w epoce jagiellońskiej przemagał w ornamentyce i budowie sklepień styl gotycki, w epoce zaś zygmuntowskiej panującym smakiem był renesans włoski, aż z początkiem XVII. wieku i ten ustąpić musiał wdzierającemu się i powszechnie rozpościerającemu barokowi.

§. 6.
Urządzenie mieszkań i sprzęty domowe.
A) Urządzenie mieszkań.

Z powyższego opisu rozkładu ubikacyi mieszkalnych jako też ich przeznaczenia wnioskowaćby należało, że tak urządzenie, jak i umeblowanie tychże, było również temu przeznaczeniu odpowiednie i do tego celu zastosowane — analogicznie do dzisiejszych wymagań komfortu i mody. Tak jednakże wcale nie było: znajdujemy bowiem pościel tak w komnacie jak i w „sklepie“[132]; umywalnie (antofos) tak w wielkiej izbie jak w świetniczce[133]; w komnacie przechowywano obok pościeli, zarówno naczynia cynowe i mosiężne, jak i szaty; łóżka stawiano nie tylko w komnatce, ale i w izdebkach indermachowych[134]; w wielkiej izbie w jednym domu były kosztowności srebrne i złote, służące do ozdoby i stroju[135], w innym zaś znajdowały się skrzynie z bielizną i szatami[136]: a komnata w indermachu służyła za rodzaj śpichlerza na zboże, tudzież za skład różnych przedmiotów gospodarskich[137]. Widać więc ze wszystkiego, że w urządzeniu pokojów mieszkalnych i umieszczeniu sprzętów nie było żadnego stałego systemu — pod tym względem panowała zupełna dowolność i rozstrzygała jedynie wygoda i potrzeba. Dlatego też niemożliwą jest rzeczą kierować się w niniejszym opisie sprzętów domowych według rodzaju tej lub owej ubikacyi mieszkalnej, natomiast kierować się będą wyłącznie samym rodzajem tychże sprzętów, a tyko przygodnie, o ile dozwalają szczupłe nasze źródła, wspomnę, gdzie które i jakie się znajdowały.
Przystępując do szczegółowego opisu tychże, pierwsze nasuwające się tutaj pytanie jest, jakie te mieszkania dla oka sprawiały ogólne wrażenie, czyli jak wyglądała powierzchowna strona ubikacyi mieszkalnych. Otóż pod tym względem znajdujemy, że ściany izb były malowane[138], z czego wcale racyonalny wniosek, że i inne ubikacye malowano również, lubo jest także bardzo możliwem, iż u uboższych po prostu tylko bielono wapnem. Jednakże nie zawsze tak bywało; mamy niezbite dowody, że przed pożarem 1611 r. i pod tym względem panowały wyższe pojęcia i potrzeby, jako skutek wpływu włoskiego z epoki zygmuntowskiej: to też znajdujemy, że ściany obijano oponami czy gobelinami[139], które nawet sprowadzano z Gdańska i nazywały się szpalerkami (z włos. „spalliera“). Obok tychże upiększano i ozdabiano ściany mieszkań także obiciami malowanemi na płótnie, widocznie tęgiem, napuszczanem klejem, które zwano koltrynami[140], kołtrzynkami lub kotrzynkami (z włos. „coltrina“ demin. od „coltre“); te ostatnie były właściwie to samo, co obecnie tapety, były malowane we wszelkich kolorach i w rozmaite wzory czyli, jak wówczas mówiono, „jakąkolwiek proporcyą[141]“; lecz czem różniły się od „szpalerek“, wyjaśnionem nie jest. Tak owe szpalerki, jak i kołtrzynki, które źródła nasze przytaczają[142], już w r. 1598 były „stare“ i jako takie usunięte z mieszkania, skąd zostały przeniesione do sieni i do sklepu, gdzie w obydwóch miejscach po kilka kołtrzynek wisiało na ścianie. Również do tego samego rodzaju obić ściennych zaliczyć należy, co znacznie później raz jeszcze znajdujemy w innym domu, a mianowicie kołdry dwie na ścianach izdebki[143], z tą tylko różnicą, że nazwa tej ozdoby jest wzięta nie ze zdrobniałego, lecz z właściwego wyrazu włoskiego — brudno bowiem przypuścić, aby kołdry, służące „do łóżka“, rozwieszano na ścianach. — Lud wiejski około Krakowa dotąd nazywa kołdrami obicia papierowe, zawieszane na ścianach ubogich chat, z wyobrażeniem zwierząt, kwiatów i t. d.
Powyższe obicia ścienne, zwane „szpalerami“ oraz „kołtrynami“, zaczęły w Polsce rozpowszechniać się dopiero w XVI. wieku. Wyrabiali je t. zw. „szpalernicy“ czyli „kołtryniarze“, do czego używali form rzniętych w drzewie gruszkowem, jaworowem, a nawet orzechowem, którem wytłaczali różne wzory, jako to: zwierzęta, ptaki, rośliny, kwiaty, owoce i t. p., jużto złotem na skórach, jużto może także farbami na płótnie[144]. Prawdopodobnem jest bardzo, że skóry takie ozdobne, użyte na obicia ścian, nazywały się „szpalerami“ lub „szpalerkami“, a płótna upiększone malowidłami „kołdrami“ i „kołtrzynkami“.
Obok szpalerek i kołtrzynek upiększano i obwieszano ściany także suknem jak przykład tego mamy w domu Anny Klimczykowej, gdzie w „świetniczce“ znajdujemy na ścianie rozwieszone sukno zielone. Podobnie czytamy, że w „świetnicy“ innego domu wszystkie 4 ściany obite były suknem czarnem[145], co jednak tam da się wytłumaczyć, iż tam może były wystawione zwłoki właścicielki, po której pogrzebie to obicie żałobne pozostało.
Z powyższemi upiększeniami pokojów mieszkalnych w pewnym stopniu pokrewnymi są kobierce i kilimy, z których pierwsze napotykamy tylko przed pożarem 1611 r., a więc w czasach większej ogólnej zamożności i wytworności w urządzeniu mieszkań, drugie zaś dopiero w czasach znacznie późniejszych[146]. Kobiercami nazywano dywany perskie, ale także kosztowne deski na wzór tamtych wyrabiane w Polsce; kilimy zaś były to grubsze tkaniny swojskie z wełny kolorowej lub z nici, albo też tureckie, sprowadzane: taj jedne jak drugie służyły na przykrycie ścian i podłogi, ale także łóżek, stołów i stołków, tak iż w niniejszym wypadku oznaczyć trudno, jakie właściwie było ich przeznaczenie.
Do dalszych upiększeń pokojów mieszkalnych należały firanki (z niem. Fürhang = Vorbang), w źródłach naszych wspomniane bardzo rzadko[147], o których jednak niewiadomo: z jakiej były materyi, jakiego koloru, czy używano ich, jak obecnie, do obwieszania i ozdoby okien, czy też tylko do zasłony i ozdabiania łóżek, jak o tem czytamy kilkakrotnie. Natomiast prawie na pewno utrzymywać możemy, iż w oknach zawieszano inny rodzaj firanek, dzisiaj t. zw. „story“, wówczas nazywane zasłonami (rozumie się od słońca lub wzroku przechodniów), które, całkiem podobnie jak wspomniane kołtrzyny, były także z płótna napuszczanego klejem, i malowane w rozmaitych kolorach[148].
Ale niewątpliwie najcenniejszą i pod względem estetycznym najpiękniejszą ozdoba pokojów mieszkalnych były utwory sztuki, a mianowicie porozwieszane na ścianach obrazy malowane. Te znachodzą się częściej i w większej liczbie, niżby w porównaniu z innemi upiększeniami mieszkań przypuszczać można; lecz co te obrazy przedstawiały, do jakiego należały rodzaju malarstwa, nieodżałowana szkoda, iż o tem nigdzie nie wspomniano, przez co tracimy nieocenione źródło do poznania ówczesnych wyobrażeń, kierunku smaku i poczucia piękna mieszczaństwa Nowego Sącza. Co do powierzchownej jednak ich strony tudzież wątku, na którym były malowane, natrafiamy, jakto już kilkakrotnie poprzednio przy innych okolicznościach, znaczną różnicę między przytoczonymi przed pożarem 1611 r., a po pożarze: pierwsze są wszystkie malowane na płótnie, a więc olejne, przedstawiają zatem zupełnie inną wartość artystyczną i materyalną, aniżeli drugie, o których powiedziano tylko ogólnie „obrazów rozmaitych 7“ albo „obrazów różnych 5[149]“; lecz na czem te ostatnie były malowane, jak również co było ich treścią, pozostanie na zawsze tylko rozległem polem domysłów. Natomiast co do obrazów olejnych czytamy, że w jednym domu były 2 w ramach, czyli, jak wówczas nazywano, „w listwie“, i że wisiały w wielkiej izbie na piętrze[150]; w innym zaś domu znajdowało się aż 12, z tych wielkich 4, małych 8, lecz widocznie w zaniedbaniu złożone były w komorze na strychu[151].
Ostatnim wreszcie upiększeniem ścian, stojącem na granicy ozdoby a sprzętu, były w §. poprzednim już kilkakrotnie wspomniane listwy. Te były z rozmaitego drzewa, „malowane“ niezawodnie jakimś rodzajem połyskującego pokostu, lecz na jaki kolor: nigdzie nie wspomniano, różniły się jednak znacznie od siebie wyrobem co do kształtu i wzorów, od czego też zależała ich cena, te bowiem, które nazywano „robotą piękną“, rozumie się samo przez się, były kosztowniejsze; kupowano je zaś na łokcie[152]. Listwy, obok strony estetycznej, miały może jeszcze bardziej znaczenie praktyczne, służyły bowiem niezawodnie dla osób siedzących na ławach przy ścianie do oparcia głowy, ale jeszcze bardziej za rodzaj długiej podręcznej półki do kładzenia lub stawiania rozmaitych niewielkich przedmiotów, przedewszystkiem „szklanic“[153]; z tego wynika, że musiały też być dostatecznie grube lub mieć w swej części górnej gzyms odpowiednio szeroki, niekiedy ozdobnie wyrzeźbiony. Z powodu tego praktycznego użytku, listwy znajdowały się tak w wielkiej izbie, w komnacie, izdebce indermachowej, jak także w sklepie[154], a w ubikacyach tych, jak widzieliśmy poprzednio, bywały przybite albo dokoła, albo tylko z 2, a przynajmniej z 1 strony.
Tak nam się przedstawia upiększenie i ozdabianie pokojów mieszkalnych, o ile te dały się ze źródeł naszych jak najwierniej przedstawić. Natomiast o zwierciadłach i zegarach ściennych testementa i inwentarze pośmiertne nigdzie żadnej nie czynią wzmianki; widocznie jedne i drugie musiały być w owych czasach jeszcze bardzo mało znane albo bardzo mało rozpowszechnione. — Dwa zegary bijące w XVI. i XVII. wieku: jeden na wieży ratuszowej, drugi na zamkowej (do tego trzeci w XVIII. w. na wieży kościoła norbertańskiego) wystarczały widocznie w codziennem życiu mieszkańcom sandeckiego grodu!


B) Sprzęty domowe

Opisawszy powierzchowny wygląd i to wrażenie, jakie na pierwszy rzut oka sprawiały pokoje mieszkalne domów mieszczańskich Nowego Sącza w epoce Wazów, przechodzę teraz do opisu sprzętów domowych. Te w ogóle nie były ani liczne ani wykwintne, nie należy bowiem zapominać nigdy, iż obyczaje i wymagania ówczesne, jakto już tylokrotnie wspominałem wyżej, były wcale skromne: nie znano częstej zmiany w urządzeniu, a tem mniej w umeblowaniu mieszkań, raz ubrane pokoje niezmienione w niczem zostawiając dzieciom, a tak niejako całemi generacyami zachowując je w jednym i tym samym stanie. Z takich sprzętów najprostszymi, od których zacząć wypada, były sprzęty do siedzenia, a do tych należały ławy, ławki, zydle i stołki.
Ławy, jakie jeszcze po dziś dzień można widzieć po domach małomiejskich i karczmach, były to dyle dość grube, mocne, długości całej ściany i do tejże przymocowane niezbyt wysoko od podłogi, które służyły niezawodnie nie tylko do siedzenia, ale także do leżenia, dlatego też musiały być dość szerokie; z jakiego zaś były drzewa, nie wspomniano nigdzie. Były one albo całkiem proste, ordynarne, albo trochę wytworniejsze, jak tego dowodzi wyraźny dodatek: „stolarskie“, z czego jasny wniosek, iż musiały być także roboty ciesielskiej: ławy stolarskie dla upiększenia albo, podobnie jak listwy, malowano, i takie były droższe, albo były „rzezane“[155], to znaczy: sztucznie wyrzynane, rzeźbione. Ławy znajdowały się przedewszystkiem w wielkich izbach, ale także w izdebkach indermachowych, w sieniach[156], a wszędzie zawsze dokoła całej ubikacyi.
Od tych ław wielkich, ciągnących się wzdłuż ściany, rozróżnić należy mniejsze, zwane również „ławy“ (właściwie ławki), które służyły tylko do siedzenia i dały się przestawić z miejsca na miejsce: ławka taka, naturalnie od poprzednich krótsza, cieńsza i węższa, była to właściwie prosta deska spoczywająca na 2 mniejszych, które u góry były przymocowane do owej poprzecznej po obu bokach tuż przy krawędzi, u dołu zaś nad samą podłogą były trochę wyrznięte w środku, tak iż wyglądało, jak gdyby się kończyły w 4 króciutkie nogi. — Obok tych ławek zwykłych były jeszcze odmienne, czytamy bowiem o ławie „z zamkiem[157]“, co prawdopodobnie był t. zw. „szlaban“ (z niem. „Schlafbank“), rodzaj długiej, wązkiej skrzyni, dającej się otwierać na dół, a zamykanej u góry w środku, która otwarta służyła w nocy za rodzaj łóżka do spania, zamknięta zaś na dzień za ławkę do siedzenia. — Ławki w ogólności jako sprzęty bardzo proste, stały zwykle w wielkich izbach koło pieca, ale także w izdebkach indermachowych, w kuchni, w piekarni, w śpichlerzu przerobionym z komnaty indermachowej[158], a liczba ich w takiej ubikacyi wynosiła 2 do 3; ową zaś „z zamkiem“ znajdujemy przytoczoną w „sklepie“, i to tylko raz jeden. Z jakiego bywały robione drzewa: niewiadomo, raz tylko czytamy o ławkach z drzewa lipowego[159]. Oba rodzaje pomienionych ławek istnieją jeszcze obecnie w uboższych domach i małych miasteczkach.
Obok powyższych, dalszym sprzętem do siedzenia był zydel albo zedel (dol. niem. „Setel“); był to stołek prosty z drzewa bez oparcia, ale także z oparciem, którego główną cechą było to, że miał 4 nogi stojące do siebie skośnie, ale mógł być rozmaitej szerokości i długości, a w tym ostatnim razie był całkiem podobny do ławki, od której się tem głównie różnił, że zawsze stał na 4 nogach, z każdego boku po 2 rozbieżnie od siebie osadzonych. Co do drzewa, z jakiego były wyrabiane, raz tylko czytamy, że z lipowego[160], zresztą to tylko wiadomo, że bywały „malowane“ w różne kolory, zwykle jednak na zielono, albo także niemalowane, a w tym ostatnim wypadku nazywano je „białe“[161]; również bywały, jak już wspomniałem, większe i mniejsze, a te ostatnie nazywały się zdrobniale „zydliki“. Zydle znajdujemy przeważnie w wielkich izbach, ale także w świetnicy i w izdebkach indermachowych[162], a liczba ich w jakiejkolwiek ubikacyi przytoczona wynosiła najwyżej 2. Dodać jeszcze należy, że zydle dobierano zwykle do „stołu“ i oboje w jednakowym malowano kolorze[163], tak iż, mówiąc po dzisiejszemu, niejako tworzyły jeden garnitur.
Ostatnim wreszcie sprzętem, służącym do siedzenia, były stołki; te były zawsze z tylnem oparciem i miały nogi do siebie prawie równoległe, a prostopadłe do podłogi, oprócz tego, jak się zdaje, różniły się jeszcze od zydlów wcale innem oparciem tylnem, a może także inną wielkością i kształtem, jak wogóle cena ich od tych ostatnich była znacznie niższa[164]; lecz czy siedzenie ich było wyścielane czy też całkiem z drzewa, nie wspomniano nigdzie. Te stołki, które źródła nasze przytaczają, były przeważnie z drzewa, „malowane“ w różne kolory, jak na żółto, na zielono; ale są ślady, że oprócz drewnianych były także inne, mianowicie plecione, a nawet że podlegały modzie, jak właśnie mamy tego przykład, że ów pleciony nazywany jest „staroświeckiem“. Stołki znajdujemy przeważnie w komnatce, ale także w wielkiej izbie[165], a liczba ich jest najwyższa w takiej ubikacyi wynosiła 3. — Charekterystyczną jest rzeczą, że o „krzesłach“ czyli stołkach z tylnem oparciem i bocznemi poręczami nie wspomniano nigdzie. Również o „sofach“ i „kanapach“, dzisiaj tak niezbędnych meblach do siedzenia, ani razu najmniejszej nie napotykamy wzmianki; widocznie w owych czasach większej prostoty zastępowały je „ławy“.
Czy które z powyżej wymienionych sprzętów drewnianych do siedzenia dla ozdoby czemś nakrywano, n. p. powyżej wspomnianymi kobiercami i kilimami, jak to w dawnych czasach bywało w domach szlacheckich, gdzie ławy i stołki przykrywano suknem, albo obijano czarną lub szarą skórą cielęcą[166], w braku bliższych szczegółów na pewno twierdzić anie przeczytać nie można.

Poznawszy sprzęty najprostsze, ale tak dla mieszkańców, jak dla gościa w pokojach mieszkalnych najpotrzebniejsze, na których się siedziało, przechodzę do opisu tych, przy których się siedziało, a które zarazem służyły do stawiania i kładzenia na nich naczyń i przedmiotów najzupełniej różnorodnych: takimi sprzętami były stoły. Te były zawsze z drzewa, lecz co do gatunku tegoż, koloru, wielkości i kształtu były jak najrozmaitsze; przedewszystkiem trzeba tu rozróżnić, jak to czyniono już także w owych wiekach, stoły więcej wytworniejsze „roboty stolarskiej“ od stołów zwykłych, tylko hyblowanych, ale bez żadnego upiększenia, niewątpliwie jakiejś stałej lecz nieznanej nam wielkości, najtańszego gatunku drzewa (prawdopodobnie jodłowego), które wówczas powszechnie nazywano „proste“. Lecz i te nie były zawsze jednakowe, gdyż obok takich prostych znajdujemy także „z półskrzynkiem“[167], co niezawodnie znaczyło szufladę głęboką, lecz dochodzącą tylko do połowy długości lub szerokości stołu.
Co do gatunku drzewa, z jakiego stoły wyrabiano, to obok owych prostych czyli jodłowych, wymienione są tylko lipowe i dębowe[168], lecz czy ta okoliczność wpływała na wielkość lub kształt stołu, nie wspomniano nigdzie. — Co się zaś tyczy tego, jakiej bywały barwy, to znajdujemy albo „malowane“, jak ławy, zydle i stołki, jakimś rodzajem połyskującego pokostu, albo też niemalowane, które w takim razie bez względu na gatunek drzewa nazywano „białe“; z malowanych atoli przytoczone są jedynie w kolorze zielonym, coby może dowodziło, że taka barwa była najulubieńszą, albo że taka była moda, choć wiadomo nam skądinąd, że bywały malowane jak najrozmaiciej[169]. — Obok upiększenia stołów, jakiego szukano w ich malowaniu, również wielką wagę kładziono także na piękność fladrów (niem. Flader), w którym to wypadku takie stoły nazywano „fladrowe“[170], t. j. przyozdobione fladrem czyli odpowiadającem sobie z obu stron rozgałęzieniem żyłek, jakie znajdują się niekiedy w drzewie lub kamieniu; takie stoły, dla nadania im większego połysku, niezawodnie politerowano.
Że stoły bywały wielkości najrozmaitszej, żadnej wątpliwości podlegać nie może; dowodzą tego nie tylko nazwy „stół“ i demin. „stolik“, raz nawet znajdujemy wyraźny dodatek „maluśki“[171], ale jeszcze bardziej ich przeznaczenie. I tak stoły, przy których zasiadano do jedzenia, musiały być i były niezawodnie większe, aniżeli n. p. taki, który przystawiano do łóżka, albo przy którym zajmowano się szyciem i t. p. Jakoż rzeczywiście znajdujemy podane wymiary „3 łokcie wzdłuż, a 2 wszerz“, a inny raz „stolik łokciowy“, co niezawodnie znaczy: mający łokieć w kwadrat, lubo także jest bardzo możliwem, iż była tylko niejako normalna dla oszacowania wartości stołu.
Jak pod powyższymi względami, tak i co do kształtu niezawodnie były stoły jak najrozmaitsze, lecz szczupłe nasze źródła nie podają wcale bliższych szczegółów, czy obok zwyczajnych czworobocznych bywały także okrągłe, eliptyczne, rozsuwane, z klapami wiszącemi, dającemi się podnieść i przez to stół powiększyć i t. p. Tak samo nie mamy wiadomości, czy wyłącznie były o 4 nogach, czy bywały także o 3, o 2 osadzonych po obu bokach na szerszych podstawach, albo tylko o jednej nodze grubszej, umieszczonej w środku na szerokim postumencie lub rozszczepiającej się ku podłodze w kilka nóg mniejszych. Niewiadomo też, czy bywały także nogi toczone, czy tylko zawsze prostej roboty stolarskiej. Jedynie, czego się dowiadujemy, jest, że były stoły „składane“ i stoliki „nakształt szafki“[172], z których pierwsze oznaczają może takie, jakich do dziś dnia używają do gry w karty, albo też może owe powyżej wspomniane stoły z klapami; drugie zaś były to stoliki o 4 nogach z szufladą, zamykaną na wierzchu ukośnie blatem, który otworzywszy i spuściwszy poziomo, a oparłszy o nogę wysuwaną, osobno do tego przyprawioną, miało się wygodny stolik do pisania[173].
Przy nadzwyczaj wielkiej dogodności oraz różnorodnym użytku tych sprzętów, ażeby mogły także służy do schowania najrozmaitszych przedmiotów, jak się to dzieje i dzisiaj, zaopatrywano stoły szufladami (niem. „Schublade“), które znowu na ich zewnętrzny kształt wpływały, a wielkość i liczba tych szuflad bywała również rozmaita. Tak bywały szuflady płytsze, i to były szuflady właściwe, albo głębsze, które nazywano „skrzynkami“[174], a jeżeli dochodziły tylko do połowy stołu, jak to widzieliśmy powyżej, „półskrzynkami“; dalej bywały szuflady długości całego stołu albo znacznie krótsze, w tym ostatnim razie znowu znajdowała się albo tylko jedna, zwykle w środku, albo bywało ich po kilka, jak raz znajdujemy stół z 3 szufladami[175]; wreszcie szuflady bywały bez żadnego zamknięcia, albo zaopatrzone zameczkami na klucz zamykanymi, jakto w co dopiero przytoczonych 3 szufladach.
Jak szuflady do schowania, tak samo stoły, jak już wspomniałem poprzednio, służyły do kładzenia i stawiania na nich najróżnorodniejszych przedmiotów, zupełnie jak w czasach dzisiejszych; lecz jakie to były przedmioty, gdy źródła nasze w tym względzie zachowują zupełne milczenie, pozostanie zawsze tylko szerokiem polem domysłów. Jeden tylko przedmiot stawiany na stole zasługiwałby tutaj dla swej oryginalności na wspomnienie, a tym były kałamarze (włos. calamajo), w owych czasach wyrabiane z drzewa[176]. Stoły, jako sprzęty nadzwyczaj potrzebne i dogodne, natrafiamy też we wszystkich bez wyjątku ubikacyach mieszkalnych, tak frontowych jak indermachowych, w kuchniach, piekarniach, a nawet sklepach i sieniach[177], najmniej w komnatkach; najliczniej zaś w wielkich izbach i świednicach, w których jakiś wytworniejszy lub malowany stawiano może w środku, inne zaś w świetnicach przystawiano głównie do ściany, w izbie zaś umieszczano przeważnie w kącie, gdzie stykały się okalające ławy, a więc tylko z dwóch stron potrzeba było przystawić zydle lub stołki, aby rodzina wraz z czeladzią mogła spólnie zasiąść do obiadu i wieczerzy. — Stoły, nierównie prawdopodobniej niż ławy i ławki, nakrywano dla ozdoby kobiercami albo suknem w różne figury wyszywanem, a przynajmniej gładkiem czyli t. zw. dekami (niem. „Decke“), jak to raz czytamy o dwóch, które były koloru zielonego[178].

Dalszym rodzajem sprzętów były sprzęty służące na przechowanie rzeczy. Wprawdzie, jak widzieliśmy poprzednio, już szuflady stołowej używano do schowania najrozmaitszych drobniejszych, w powszedniem życiu niezbędnych przedmiotów, tak n. p. przy stołach jadalnych potrzebniej na codzień bielizny stołowej i łyżek, przy mniejszych stolikach zaś różnych przyborów do szycia, do pisania i t. p. Właściwymi jednak, a zarazem najstarożytniejszymi sprzętami, służącymi do przechowywania rzeczy rozmiarów większych, zajmujących więcej miejsca, jako to: szat, bielizny, oraz drogocennych przedmiotów, były skrzynie (od słowa „skryć“, a może z łac. „scrinium“). Te, począwszy od sąsieków na zboże, jakto raz znajdujemy taki na strychu[179], które właściwie niczem innem nie były jak wielkiemi otwartemi skrzyniami (jednak z desek czy z gontów: niewiadomo), aż do puzderek na pierścionki, a więc maleńkich skrzyneczek: były jak najrozmaitsze tak co do wielkości, kształtu i koloru, jak zwłaszcza co do roboty i materyału, co wszystko zależało od ich przeznaczenia, a stosownie do tego różne też nosiły nazwy. Tak źródła nasze statecznie rozróżniają nazwy: „skrzynia“, „skrzynka“, „skrzyneczka“, widocznie więc, że każda z tych była znacznie różnej wielkości i do czego innego była używaną, choć w tym względzie trudną nieraz była granica, a rozstrzygało głównie oko i przyzwyczajanie, a może także wartość ich roboty. To ostanie przypuszczenie zdaje się potwierdzać okoliczność, iż znajdujemy, że zarówno tę, która była długa na 3 łokcie, jak i taką co na 1 łokieć, jednakowo nazywano „skrzynią“[180].
Skrzynie, niekiedy zwane także „wielkie skrzynie“, jak również mniejsze ich formy, były bez wyjątku z drzewa, lecz z jakiego, nie powiedziano ani razu; kształt ich był niezawodnie taki sam, jaki se utrzymał do dziś dnia; co zaś do gatunku ich roboty, to rozróżniano „porządne“ od „prostych“[181]. Czy ten ostatni wzgląd wpływał także na ich zewnętrzną barwę: niewiadomo; wprawdzie znajdujemy skrzynie „malowane“, raz nawet powiedziano, że w kolorze „zielonym“, z tego jednak naturalny wniosek, że musiały być także i niemalowane. Ponieważ skrzynie służyły do celów najrozmaitszych, więc też od tego zależał także ubikacya, w której je umieszczano, choć pod tym względem wiadomości nasze są bardzo niedostateczne; tak skrzynie malowane, w których przechowywano szaty, bieliznę (jak wówczas mówiono: „białe chusty“), ale także płótno, mniejsze szkatuły, prasę do bawełnic, stały przeważnie w wielkiej izbie, lubo znajdujemy je także w sklepie[182]. — Osobny rodzaj skrzyń wielkich były t. zw. „posażne“[183], do których córkom idącym za mąż dawano „rzeczy wyprawne“, nie tylko „białe chusty“, ale niezawodnie także i wszelkie inne; czy skrzynie te po przeniesieniu się do męża stawiano w jakiej stancyi mieszkalnej, czy też może wynoszono na strych, przy braku wszelkich dokładniejszych wiadomości oznaczyć trudno. — Te dwa ostatnie rodzaje skrzyń jakto ze względu na ich przeznaczenie przechowania rzeczy kosztownych należałoby wnioskować, musiały być zamykane i zaopatrzone dobrem i mocnem zamknięciem, jednakże tylko raz jeden czytamy o skrzyni z zamkiem „dwufalowym“[184], (od fala, niem. Falle), to znaczy: „o dwu falach“ czyli „o dwóch zapadach“.
Obok powyższych, dowiadujemy się jeszcze o innych rodzajach skrzyń, które też, stosownie do swego przeznaczenia, w różnych znajdowały się ubikacyach. I tak skrzynie, na których rozkładano towary w kramach i podsieniach, nazywały się „kramne“ i chowano je w sklepie; skrzynie „jarzynne“, zwane inaczej także trumnice albo trumny (niem „Truhe“), tudzież „śpiżarne“ do chowania „legumin“, były to, jak już sama nazwa pokazuje, skrzynie długie a wązkie, i stały w komorze albo w sieni: wreszcie skrzynie „do sypania owsa“, stawiane gdzieś w indermachu[185].
Podobne całkiem do poprzednich, tylko mniejsze, były skrzynki, które jednak były także różnej wielkości, jak tego dowodzi wyraźny dodatek: skrzynka mała. Te służyły również do tego samego użytku, co i skrzynie, t. j. do chowania szat i bielizny, lecz jako od tych ostatnich mniejsze, przeważnie do schowania takich przedmiotów, których miano mniej, albo które potrzebowały mniej miejsca, jak: srebro, książki, pisma[186]; dlatego też znajdujemy ich w domach ówczesnych zawsze więcej i bardziej rozmaite, niż poprzednich. Skrzynki bywały nie tylko „malowane“, ale i „fladrowe“, „okowane“, ale i „bez stalicy“, co niezawodnie znaczy „bez okucia“; raz czytamy nawet o skrzynce „moskiewskiej roboty“[187], niewiadomo jednak, w czem jaka polegała różnica. — Oprócz powyższych skrzynek, z których niektóre dla większego bezpieczeństwa zamykano w sklepie, niektóre w zaniedbaniu stały w komorze na strychu, u większej części zaś miejsca ich przeznaczenia, w braku wyraźnej wzmianki, tylko domyślać się można, znajdujemy jeszcze skrzynki pośledniejsze, służące do robót gospodarskich, jak „do pieczenia chleba“, „rzezalną“, dlatego obie umieszczono w piekarni, oraz „wozową“, schowaną w sklepie.
Ostatnie wreszcie sprzęty tego gatunku były skrzyneczki, o których jednak wogóle wiadomości mamy bardzo szczupłe. Te były ze wszystkich przytoczonych najmniejsze, jedna nawet wyraźnie nazwa „mała“, to też służyła na schowanie srebra i stała w świetnicy. Od skrzyneczek drewnianych niezawodnie niewiele różniły się szkatułki (łac. „scatula“, niem. „Schachtel“), które wspominane bywają już częściej; te bywały „roboty pięknej“ z szufladkami, kolorowe, okowane, z zamkiem, pół łokcia w kwadrat, ale także i łokciowe, zwane szkatułami[188], widocznie więc przeznaczone do chowania kosztowności i dlatego także same chowane w skrzyni[189]; raz natrafiamy jedną w komorze na strychu, widocznie pustą. — Szkatułki wyrabiano jednak także z innych materyałów: i tak obok drewnianych znajdujemy „szklaną“[190], na owe czasy niezawodnie wielka rzadkość, prawdopodobnie służąca do schowania różnych drobiazgów niewieścich. W pewnym stopniu ze szkatułkami pokrewnemi były puszki; o takiej czytamy tylko raz jeden, a ta była „żelazna“ i służyła do przechowywania listów[191]. — Wreszcie był jeszcze osobny rodzaj niewielkich skrzynek płaskich, służących wyłącznie do przechowywania łyżek srebrnych, które to nazywano puzdra[192]. Te były z drzewa i składały się z dwóch mocnych płyt, dolnej grubszej a górnej cieńszej, połączonych z sobą zawiasami i zaopatrzonych zamkiem, z których w dolnej po wewnętrznej stronie były wykrojone zagłębienia na łyżki, a całe wnętrze obciągnięte skórą zamszową, zewnątrz zaś obite safianem: w takiem puzdrze znajdowało się zawsze tylko 12 łyżek. Na wzór tychże zrobione maleńkie skrzyneczki albo pudełeczka na pierścionki lub tylko na jeden, nazywały się puzderka[193].

Osobnymi sprzętami, służącymi do tego samego użytku co i skrzynie, były szafy (niem. „Schaff“, łac. „scapha“). Te, tak samo jak poprzednie, były z drzewa, właściwie bowiem były to także skrzynie, tylko znacznie wyższe, nieraz wyżej wzrostu człowieka, a mające drzwi podłużne od góry do dołu: to też w niektórych okolicach Niemiec do dziś dnia jedne i drugie nazywają się jednakowo („Kasten“). Ze względu jednak, że do nich nie potrzeba się było schylać, oraz dla nierównie większej wygody tak przy wkładaniu jakich przedmiotów lub zawieszaniu szat, jak przy wyjmowaniu rzeczy schowanych, spostrzegamy, iż od początku XVII. wieku szafy występują coraz liczniej i coraz bardziej wypierają skrzynie, zwłaszcza z pokojów mieszkalnych. Szafy bowiem miały w środku albo wieszadła, na których dały się zwieszać wszelkiego rodzaju szaty, albo też półki ustawione ponad sobą, na których znowu można było kłaść bieliznę, różne części odzieży i strojów, albo wszelkie inne przedmioty — lubo o tem nigdzie nie wspomniano słowem. Wprawdzie czytamy, że były szafy „malowane“, lecz nie mamy żadnej wyraźnej wiadomości, z jakiego bywały drzewa, czy znajdowały się także „fladrowe“ politerowane, czy upiększano je jakiemi ozdobami snycerskiemi lub wyrabiano w jakim stylu, co wszystko jest bardzo możebne — jedyne, o czem dowiadujemy się z bardzo szczupłych i niedokładnych notat, jest, że były bardzo rozmaitej wielkości, a więc i kształtu, i według tego też miały różne nazwy, jak „szafy“, „szafki“, „szafeczki“.
Szafy, niekiedy zwane także „wielkie“[194], służyły niezawodnie na futra, oraz inne szaty potrzebujące dużo miejsca, choć o tem milczą nasze źródła; ale, o czem już wiemy na pewno, jeszcze bardziej do chowania naczyń gospodarskich, jakiemi zwłaszcza były naczynia cynowe, dla których robiono odrębne szafy „proste“, zwykle o 3 przegrodach, zwanych wówczas „komorami“[195]. Osobnym rodzajem takich szaf wielkich była t. zw. służba, odpowiadająca zupełnie temu, co dzisiaj nazywamy „kredensem“, służyła bowiem do tego samego celu, t. j. do schowania wszelkiej zastawy potrzebnej do nakrycia stołu. Taka „służba“, jak czytamy, była na 5 łokci wysoka, a na 3 szeroka, bywała malowana i „roboty chędogiej“, to znaczy: wcale porządnej, ubikacyą zaś, w której ją stawiano, niewątpliwie wielka izba. — Inne znowu szafy służyły na przechowanie wiktuałów, wymagających więcej chłodu, jak na to naprowadza okoliczność, iż jedną taką znajdujemy raz w sieni[196]. Do tych ostatnich może należy tutaj zaliczyć osobny rodzaj sprzętu, służącego wyłącznie do przechowywania potraw i wiktuałów, a zastępującego śpiżarnię, jakim była t. zw. szafarnia. O tej czytamy tylko raz jeden[197], bez wszelkich bliższych szczegółów, nawet nie wiemy, gdzie była postawiona, lubo najprawdopodobniej w jakiemś miejscu chłodnem, t. j. w sieni lub komorze.
Szafy zaopatrywano niekiedy zamkiem, ażeby zaś nie zajmowały wiele miejsca, osadzano je w murze, w którym już przy budowie umyślnie robiono w tym celu framugi, jak to czasem bywało w sklepach;; ale ubikacyą, w której przeważnie szafy miały swoje umieszczenie, były kuchnie, tam znajdujemy ich po kilka, a raz nawet dokoła[198]; zdaje się jednak, iż to były szafy otwarte, bez drzwi, rodzaj półek piętrzystych, na których stały różne naczynia kuchenne, jak to bywa jeszcze po dziś dzień.
Niezawodnie całkiem podobne do szaf i do tego samego służące celu były szafki, z tą tylko różnicą, iż były mniejsze, raz nawet jedna wyraźnie nazwana „mała“[199]; czy miały drzwi o dwu skrzydłach czy tylko o jednem: niewiadomo. Szafki służyły głównie do postawienie w nich naczyń, stąd też taka zwała się „naczynna“[200] — albo do przechowywania wiktuałów, a w takim razie dla większego przystępu powietrza robiono we drzwiach otwory i zaopatrywano je kratą. Szafki również niekiedy bywały z zamkiem, i dlatego zwały się „zamczyste“, i tak samo niekiedy osadzano je w murze, ale najzwyklejszem miejscem ich umieszczenia była znowu kuchnia, gdzie bywało ich po kilka[201]. Jednakowoż znajdujemy ją także w komnacie, w izdebce indermachowej, tutaj w „kącie“, skąd nazwa jej „kątnia“[202], widocznie za stołem, przy którym rodzina zasiadała do jedzenia, aby każdej chwili mieć na poczekaniu potrzebne naczynie.
To samo niewątpliwie tyczy się także szafeczek, o których jeszcze szczuplejsze mamy wiadomości, gdyż wspomniano tylko, że znajdowały się w wielkiej izbie, jedna przy piecu, a druga w kącie za stołem[203], co byłoby tylko powtórzeniem tego, co powiedziano wyżej. — Pokrewne zupełnie z szafeczkami i niejako prostą odmianą tychże były półki, które od poprzednich różniły się tem tylko, iż nie miały dzwiczek i były całkiem otwarte: te znajdujemy w komorze, ale także w izbie[204], gdzie niezawodnie do tego samego służyły celu, co i szafeczki.

Ostatnim wreszcie sprzętem pokojów mieszkalnych, który wymieniają źródła nasze, były łóżka; te były zawsze drewniane, innych bowiem w owych czasach jeszcze wcale nie znano, lecz z jakiego wyrabiano je drzewa, tudzież czy gatunek tegoż wpływał jak na cenę, tak na ich większą wytworność, nie powiedziano wcale, jedynie z przytaczanych odmiennych nazw „łóżko“ i „łoże“ koniecznie wnioskować musimy, iż bywały różnej wielkości, a zwłaszcza szerokości. Łóżka, jak to wiadomo z „Pamiętników Henryka Gaetaniego[205] 1596 r.“, były w Polsce w owych czasach wogóle małe i wązkie, iż zaledwie w nich obrócić się było można, mimo to pod względem elegancyi musiała między niemi znaczna zachodzić różnica, skoro źródła nasze wyraźnie rozróżniają od innych całkiem prostych, łóżka „białe stolarskie“[206]. Te ostatnie bywały niekiedy wcale wspaniałe, miały po 6 nóg toczonych i były z poprągami[207], t. j. rozpiętymi na spodzie pasami, na których kładziono siennik i materac.
Łóżka uchodziły za meble, służące nie tylko do wygody na nocny spoczynek, ale i do ozdoby mieszkania, dlatego starano się o ich upiększenie i przyozdobienie tak od góry „firankami“, jak od dołu „płocikami“[208]. Co do firanek nie wiemy jednak wcale, z jakiej bywały materyi i jakiej barwy, czy tej samej co pokrycie na łóżko czy nie, czy były rozsuwane lub czy tworzyły rodzaj namiotu czyli „kotary“ nad łóżkiem; płocik albo płotek, była to zasłona dolna, okrywająca nogi łóżka od ziemi i otaczająca je dokoła[209]; z czego takie płociki zwykle robiono, nie podają źródła; te zaś, które znajdujemy raz jedyny, były „rąbkowe“, t. j. z cieniutkiego płótna przeźroczystego „z koronkami“. Również wnosząc z przytaczanych przy spisach pościeli kobierców, „kocyków“, „koców tureckich“[210] — te ostatnie były to tkaniny grube, na obie strony kosmate — których zawsze wymienionych bywa po dwa, prawdopodobnem jest bardzo, że i te służyły także do ozdabiania łóżek, a mianowicie, że jeden rozwieszano na ścianie ponad łóżkiem, drugi zaś kładziono przed niem na podłodze, zwłaszcza że wedle zwyczaju stawiano łóżka powszechnie całą długością do ściany. Możliwem jest również, że przed łóżkiem rozciągano także jaką skórę zwierzęcą, znajdujemy bowiem raz w spisie pościeli „stary szorczyk barani“[211], t. j. fartuch mały z baraniej skóry, który widocznie wskutek swego nadwątlenia został przeznaczony do tego użytku.
Łoża, jak już sama nazwa pokazuje, musiały być od poprzednich większe, a przedewszystkiem znacznie szersze, prawdopodobnie były to t. zw. łoża małżeńskie. O nich tyle tylko bliżej wiemy, że niekiedy, widocznie u spodu, miewały „szuflady“[212], służące niezawodnie na schowanie niektórych części pościeli, oraz że bywały „z firanką“ lub „z firankami“, a o tych ostatnich można tylko to samo powiedzieć, co poprzednio. Wiadomo również o łożach, że je stawiano przeważnie węższą stroną czyli głowami do ściany, a nogami aż na środek stancyi wysunięte. Właściwem miejscem na łoża i łóżka były komnaty i komnatki, ale znajdujemy je także w izdebkach indermachowych[213]. — Charakterystyczną jest rzeczą, że o tapczanach, najdawniejszym rodzaju sprzętów służących do spanie, nie wspomniano nigdzie.
Wreszcie dla uzupełnienia niniejszego opisu, dodać jeszcze należy o kolebkach dla maleńkich dzieci, które to sprzęty wówczas nazywano tak samo jak i dzisiaj. Te znajdujemy tylko z drzewa, choć niewiadomo z jakiego, roboty stolarskiej, malowane, z czego może wnioskowaćby należało, iż dzisiejsze plecione w owych czasach nie były jeszcze znane. Kolebek było dwa rodzaje: jedne zwane „zawiesiste“, dlatego, iż je widocznie zawieszano u powały i tak dzieci w powietrzu huśtano; te miewały u spodu szufladę, którą wówczas także nazywano „skrzynią“, niewątpliwie na schronienie bielizny lub pościeli dziecinnej. Drugie rodzaj kolebek były tak zwane „potoczyste“, to znaczy tyle co potaczające się, a więc widocznie służące do potaczania w nich dzieci, bądź to na wałkach bądź na kołach, a te były znacznie od poprzednich tańsze[214].

Do łóżek, jako konieczna i niezbędna część tychże, należała pościel, która jednak służyła nie tylko do osobistej wygody i poniekąd była miarą wymagań i wyobrażeń ówczesnych o zaspokojeniu potrzeb cielesnych na przeciąg prawie trzeciej części doby, t. j. prawie trzeciej części całego życia, ale także, podobnie jak ubiory i stroje, stawała się przedmiotem wykwintności i przepychu, a więc wyrazem większej lub mniejszej zamożności, tudzież estetycznego poczucia piękna w wystawności i przystrojeniu mieszkań. Jak owemi firankami, plecionkami, kobiercami ubierano i przyozdabiano łóżka, tak na pościel starano się dobierać materyi o ile możności delikatnych i kosztownych, przystrajając je, jakto zobaczymy niżej, jeszcze w różny sposób, a szukając wtem nie tylko osobistego zadowolenia, ale także niejako pewnej chluby, okazania domowego dostatku i dogodzenia familijnej dumie. Dlatego też, kiedy wszystkie inne sprzęty domowe odznaczały się przeważnie wielką prostotą i skromnością, pościel stanowiła, jak na owe czasy, pewien rodzaj zbytku i przedstawiała ważny artykuł majątku rodziny.
pościel, tak samo jak w czasach dzisiejszych, składała się z kilku części czyli sztuk, a mianowicie: a) z tych, któremi właściwie wyścielano łóżko czyli na których się leżało; b) które kładziono pod głowę; c) któremi się w czasie snu nakrywano.
Co do a). Najpierwszą czyli najspodniejszą była ta część pościeli, na której wszystkie inne rozścielano, a taką podściółką bywała może „słoma“ albo „siano“, ale najzwyklej siennik, chociaż dziwnym trafem o nim nie wspomniano ani razu. Z tego jednak bynajmniej nie należy wnioskować, iż go nie używano, a tem mniej iż go może nie znano, tylko widocznie jako rzeczy bardzo małej wartości (podobnie jak n. p. naczyń glinianych) w spisach inwentarskich nie umieszczano wcale, licząc go nie tyle do pościeli, jak raczej uważając za integralną część samego łóżka. — Na taki siennik kładziono niekiedy „materac“, ten okrywano grubszem „prześcieradłem konopnem“, na którem dopiero rozścielano „pierzynę“ t. zw. „spodnią“. Materac (włos. materasso) taki bywał z materyi „ćwilichowej“[215], wypchany sierścią; zważając jednak, iż wspomniany jest tylko raz jeden[216], nasuwa się konieczny wniosek, iż w owych czasach musiał być jeszcze bardzo rzadkim. Nierównie jest więc prawdopodobniejszem, że prześcieradło konopne kładziono już zaraz na siennik, na którym pośrednio rozścielano ową wspomnianą pierzynę spodnią.
Pierzyny były rozmaite tak co do wielkości, jako to: większe i mniejsze, które nazywano zdrobniale „pierzynkami“, jak jeszcze bardziej co do ich przeznaczenia, pod którym to względem rozróżniano „spodnie“ i „wierzchnie“. Jak już same te nazwy wskazują, pierwsze t. j. spodnie, które nas tutaj głównie obchodzą, służyły na podścielenie, na miękką podkładkę pod ciało osoby spoczywającej, zwłaszcza w łóżkach niewieścich, a różniły się do „wierzchnich“ tem, że były od tych znacznie większe, albowiem długości całego łóżka, tudzież że były gęściej i tężej wypchane, a zapewne także z jakiejś grubszej materyi płóciennej. Pierzyna więc taka spodnia składała się z dwóch części: niejako z worka długiego i dość szerokiego, który nazywał się „wsyp“ albo „wsypka“, oraz z tego, czem się go wypychało czyli co weń wsypywano, skąd też ta jego nazwa. Wsyp taki był prawdopodobnie zawsze z płótna, a wsypywano weń powszechnie grubsze „pierze“, skąd znowu nazwa pierzyny, ale także i suchy „mech“[217], co jednakże, jak się zdaje, zdarzało się tylko u mieszkańców uboższych i to w czasach dawniejszych; o takiej pierzynie „mechowej“ czytamy raz, że była „we 4 poły“, czyli że się składała z 4 wązkich sztuk ze sobą na wzdłuż spojonych. Być może, że wszystko, co tu powyżej o pierzynach spodnich powiedziano, tyczy się tylko łózek niewieścich, a mężczyźni zadowalali się twardszem posłaniem za sienniku, lubo czytamy, że nawet w pościeli „czeladnej“ znajdowała się także pierzyna spodnia[218].
Dla większej miękkości, jako też ażeby pierze nie przekłuwało się tak łatwo, wciągano na pierzynę spodnią, czyli powlekano ją niejako drugim workiem płóciennym, t. zw. powłoką albo poszwą, którą też z tego powodu nazywano „pierzynową“ albo też „na pierzynę“: takie poszwy bywały zawsze już z materyi lepszej, jak n. p. „drylichowe“[219], białe albo pstre[220].
Ostatnim kawałkiem pościeli, służącym do wyścielenia łóżka, było „prześcieradło“. Prześcieradła, których kształt, wielkość i przeznaczenie były takie same jak dzisiaj, rozróżniano, zupełnie jak płótna, głównie wedle materyału, z którego były utkane, a więc na „konopne“ i „lniane“. Konopne, jako prostsze, ordynarniejsze, zatem tańsze, służyły niezawodnie do nakrycia słomy, sienników albo też materaców; lniane zaś jako delikatniejsze, kosztowniejsze, do nakrycia pierzyny spodniej, a więc bezpośrednio pod osobę na tejże spoczywającą. Niekiedy jednak znajdujemy tylko gatunek jeden, n. p. same lniane[221], z czego możnaby słusznie wnosić, iż w niektórych domach, stosownie do zamożności, używano tylko jednego ich gatunku, szczegółowo wymienione znajdujemy jedynie: lniane białe i ćwilichowe pstre[222]. Oba wspomniane gatunki prześcieradeł starano się upiększać i ozdabiać w różny sposób: tak znajdujemy prześcieradła konopne „z czerką“[223], lanine „z listwami“, „z koronkami“, inne znowu (wprawdzie nie wymienione), lecz niezawodnie także lniane: „z forbotami“, „z czyrką i forbotem“[224], „czerwono obszywane“, „szyciem czarnem i czerwonem z koronkami“.
Co do b). Druga część pościeli była ta, którą kładziono pod głowę, a tą były poduszki i zagłówki, między którymi musiała koniecznie jakaś zachodzić różnica, skoro źródła nasze wymieniają je tuż obok siebie[225], lubo niewiadomo jaka; być może, iż zagłówki były mniejsze i odpowiadały naszym „jaśkom“. poduszki wielkością i kształtem były niezawodnie takie same, jak i dzisiaj, były więc zupełnie podobne do małych pierzynek i składały się, jak te, z „wsypek“ i pierza albo mchu; wsypki bywały lniane białe, ćwilichowe pstre, niekiedy obszywane po krajach lub z wpuszczaną kitajką czerwoną, a powszechnie wypychano je dość gęsto lepszem pierzem, chociaż znajdujemy także, lubo bardzo rzadko, poduszki „mchowe“[226]. Ile takich poduszek lub zagłówków kładziono pod głowę, nie powiedziano nigdzie, lubo wiadomo skądinąd, że do jednego łóżka czyli do t. zw. „pościeli“ (w ściśleszem znaczeniu tego słowa) należały zawsze 3 poduszki[227]; wogóle jednak miewano ich zawsze znaczniejszą liczbę (4—10), a w niektórych domach znajdujemy pościeli nawet sztuk 19[228]. — Od poduszek i zagłówków ściśle rozróżnić potrzeba t. zw. wezgłowia, należące również do działu pościeli służącej pod głowę; były one także rodzajem poduszek, niewiadomo jednak z czego i czem wypchanych, które od poprzednich różniły się głównie tem, iż służyły do podkładania, a więc że je kładziono nie bezpośrednio pod głowę, lecz pod poduszki, i dlatego też nazywano je wezgłowie „spodnie“[229]; być może, że odpowiadały dzisiejszym poduszkom wałkowatym lub klinowym.
Poduszki i zagłówki, tak samo jak i pierzyny, powlekano poszwami, które jednak dlatego, że były od poprzednich znacznie mniejsze, nazywano zdrobniale poszewkami albo powłóczkami, a nawet dla ściślejszego odróżnienia od pierzynowych, dodawano im przymiotnik „poduszczane“ albo „głowne“[230]. Poszewki, ponieważ bezpośrednio dotykały twarzy, były zawsze z płótna cieńszego i lepszego, jako to: lniane białe, ćwilichowe pstre, drylichowe pstre, a nadto upiększano je jeszcze bogaciej i zbytkowiej, aniżeli prześcieradła. Tak obok „prostych“ i „białem szyciem“ znajdujemy poszewki ozdabiane „czerwonem szyciem“ lub „obszywane czerwono“, „szyte czarnym i czerwonym jedwabiem“ (tych aż 19), „z czarnym jedwabiem i szychem“[231], „szyciem rzezanem“[232], „z forbotami“, „z listwami“, „z siatkami“, „z czerkami i forbotami“. Jaką zaś tej części pościeli starano się posiadać ilość, najlepszy dowód, iż w niektórych domach liczba poszewek dochodziła do 38[233].
Co do c). Ostatnią wreszcie częścią pościeli była ta, która służyła do nakrycia się, a tę stanowiły „pierzyny“ i „kołdry“. Pierzyny te, w przeciwstawieniu do podkładanych czyli służących do podścielania, stale nazywane „wierzchniemi“, musiały koniecznie różnić się czemś od „spodnich“, a ta różnica polegała wtem, iż były przeważnie mniejsze i dlatego zwykle nazywano je zdrobniale „pierzynkami“ albo „pierzynkami wierzchniemi“[234], tudzież iż były znacznie lżejsze, albowiem wypchane pierzem najcieńszem albo puchem: obok tych jednak znajdujemy także pierzynę „mchową“, podobnie jak owa spodnia „we 4 poły“. Jak powszechnem było używanie pierzyn do nakrycia, poucza okoliczność, iż nawet przy pościeli „czeladnej“ znajdowała się także pierzyna „wierzchna“[235]. — Pierzyny i pierzynki wierzchnie, tak samo jak poduszki, powlekano poszwami: że te były z materyi nierówne delikatniejszych i cieńszych, aniżeli owe, których używano na pierzyny spodnie, tudzież że je, podobnie jak podszewki poduszczane ozdabiano rozmaicie, wynika już z samej natury rzeczy; jednak z poszew znajdujemy tylko: lniane białe i ćwilichowe pstre, a co do ozdób, to: „obszywane czerwono“, oraz „czyrkę z forbotem“: tutaj może należą także poszewki „wielkie“ drylichowe sptre[236]. Poszwy pierzynowe były, tak samo jak poszewki i prześcieradła, częścią t. zw. „powłoki na pościel“[237] czyli co dzisiaj nazywamy bielizną na pościel, do której to „powłoki“ na jedno łóżko należały zawsze, oprócz płotka, 3 poszewki, 1 poszwa na pierzynę i 1 na prześcieradło[238].
Drugim rodzajem nakrycia się w łóżku była kołdra (wł. „coltre“), czy jednakże z tej nazwy włoskiej wnosić należy, iż dopiero od czasów rozwielmożnienia się wpływu włoskiego, t. j. od czasów przybycia królowej Bony kołdry zostały w Polsce zaprowadzone, na pewno twierdzić nie można. Wielkość ich bywała bardzo rozmaita, co zawsze zależało od wielkości łóżka: tak obok zwykłych znajdujemy kołdrę „dostatnią“, co widocznie oznaczało (przy odpowiedniej długości) kołdrę wcale szeroką, przeznaczoną niezawodnie do „łoża“. Kołdry, podobnie jak inne części pościeli, były także przedmiotem pewnego przepychu, dlatego też sadzono się, aby były jak najwytworniejsze i z materyi jak najkosztowniejszych: tak znajdujemy kitajczane[239] i atłasowe, przeważnie w kolorach żywych, jak z czerwonym i wiśniowym, ozdobione listwami atłasowemi innego koloru, zwykle zielonemi, a podszyte barchanem[240] także czerwonym. Lecz kołdry ozdabiano jeszcze i w inny sposób, znajdujemy bowiem także „fladrowate“[241], to znaczy niezawodnie: nakształt fladru przeszywane, iż przedstawiały podobieństwo do owych żyłkowatych rozgałęzień w drzewie, zwanych fladrem. Obok wymienionych był jeszcze osobny gatunek kołder, mianowicie „tureckie“, które tak jak tamtejsze koce i kilimy, należały do tak t. zw. „towarów tureckich“[242]: najprawdopodobniejszem jest jednak, iż kołdry te, również „przeszywane“, robione były zawsze w domu, a tylko wierzch, który przeważnie był z atłasu tureckiego[243], kupowano z zagranicy; wierzch taki bywał zwykle różnobarwny lub w rozmaite wzory upiększany, jak raz czytamy, że wzdłuż ciągnął się „pas pstry“[244]. — Czy jednak kołdry wogóle watowano i czem, t. j. czy między kosztownym wierzchem a podszewką, w miejsce jeszcze wówczas nieznanej waty bawełnianej, robiono podkład z czegoś innego, jak n. p. z wełny, niewiadomo wcale; w każdym razie kołdry służyły przeważnie za nakrycie w lecie, jak pierzyny niezawodnie były nakryciem na zimę.
Tak nam się przedstawia pościel w domach mieszczan sandeckich epoki ówczesnej, o ile z fragmentarycznych źródeł naszych obraz tejże zestawić się dało. W codziennem jednak używaniu i ściśleszem tego słowa znaczeniu pod wyrazem „pościel“ rozumiano wówczas powszechnie, jak to wiadomo z rejestrów rzeczy dawanych córkom na wyprawę[245], te tylko sztuki, które wyłącznie do jednego należały łóżka, a tę stanowiły zawsze obok płotka: pierzyna, 3 poduszki (wraz z poszw i poszewkami) i prześcieradło. Otóż te po wyspaniu się wyrównawszy i ułożywszy na płask wzdłuż całego łóżka, aby całkowitą przestrzeń zapełniły równo, rozpościerano na nie kołdrę, a wszystko przykrywano na dzień wedle możności bogatą „oponą czyli pokryciem na łóżko“[246], zwanem powszechnie także kołdrą na pościel, a tak przystrojone łóżko stawało się przyozdobieniem komnaty lub wogóle tej ubikacyi, w której się znajdowało. Takie kołdry „na pościel“ lub „na łóżko“ były niezawodnie także rozmaite, lecz tylko jeden raz znajdujemy dwie, z których o jednej powiedziano ogólnikowo, że była pstra, o drugiej zaś, że była adamaszkowa koloru „dzikiego“, to znaczy: żelaznego, i poszyta bachanem[247]. Czy kołdry te bywały z tych samych materyi i tego samego koloru co firanki lub kotary koło łóżek, jak w wielkich domach pańskich, w braku bliższych szczegółów na pewno powiedzieć nie można.
Najzwyklejszem miejscem dla pościeli były głównie łóżka, które, jak wiadomo z poprzedzającego, stawiano przeważnie w komnatach, ale także i w innych ubikacyach; obok tego znajdujemy, zwłaszcza w domach wdowich, iż po śmierci męża i opuszczeniu przez synów i córki zamężne domu rodzicielskiego, zbytnią poście przechowywano także w sklepie lub komorze na strychu[248]. Tutaj to związana czy w stos ułożona spoczywała, aż jej znowu potrzebowano, bądź to na wolnem powietrzu, bądź też zamknięta w jakiej skrzyni albo zapakowana w osobnym przechowku, wyłącznie na schowanie pościeli przeznaczonym, jakim był t. zw. tłumoki. Był to rodzaj dużego, niejako rozciętego wora, podobnego nieco do wielkiego lecz niezbyt wysokiego pudła, z materyi giętkiej i niebardzo twardej, którego wierzchnia pokrywa nakształt klapy dała się odwinąć, a po wpakowaniu pościeli nazad spuścić, poczem przymocowanymi rzemykami można było wszystko ściągnąć i zapiąć, albo silnymi postronkami zwinąć. Tłumoki takie wyrabiane były albo ze skóry podszytej płótnem, albo z grubego mocnego sukna, zwłaszcza falendyszu[249], w kolorach rozmaitych, a bywały większe lub mniejsze, co zależało od wielkości pościeli; przedewszystkiem zaś służyły w podróży na przechowanie pościeli, której, wedle świadectw ówczesnych, w drodze nie można było w Polsce dostać i musianoby inaczej spać na słomie lub na ziemi[250]. Te tłumoki, które źródła nasze przytaczają, były „skórzane“ i „białe“[251], co bez wątpienia znaczy: z białego sukna lub z białego falendyszu.

Cały powyższy opis podaje nam wedle możności wierny i dokładny obraz tak urządzenia mieszkań, jako też sprzętów domowych w Nowym Sączu w epoce Wazów, zwłaszcza jak te się wydawały przy blasku światła dziennego; lecz właśnie z ostatniej tej okoliczności wynika, iż dla całkowitego wykończenia tego obrazu pozostaje jeszcze dodać szczegół jeden, a mianowicie opisać, jaki był ówczesny sposób oświetlenia w porze wieczornej, oraz jakich do tego używano przedmiotów i sprzętów, aby tak w zupełności wyczerpnąć materyał niniejszego ustępu.

Pieczęć gwardyi narodowej sandeckiej z r. 1848.
Z Muzeum histor. przy archiwum miejsk. we Lwowie.

Pomijając kwestyę więcej ogólną, jak w owych czasach przy nieznajomości wynalazku zapałek robiono ogień, przypuścić koniecznie należy, iż, dla uniknienia połączonego z tem ogromnego mozołu, w każdym domu utrzymywano niejako wieczny ogień, czy to paląc ustawicznie w którejkolwiek ubikacyi mieszkalnej lamkę olejną prze wizerunkiem Chrystusa Pana lub jakim obrazem świętym (chociaż osobliwszym wypadkiem o tem ani razu nie wspomniano nigdzie), czy też może podsycając nieustannie zażewie w kuchni. Otóż kiedy zmrok wieczorny nie dozwalał już od tego ognia widzieć w stancyach, zapalano, niewątpliwie szczypami, przedmioty jedynie znane i do oświetlenia używane, jakimi były owe wspomniane „lampki olejne“ i „świece“, o innych bowiem niewiadomo wcale. Co do lampek, to źródła nasze wprawdzie tychże nie przytaczają wcale, lecz skoro już od dawna, jak to wiadomo skądinąd, służyły do służby i obrzędów kościelnych, wątpić bynajmniej nie można, iż używano ich także i w domach, gdzie je miewano albo z jakiego metalu, z wypalanej gliny, albo może i ze szkła nakształt prostych szklanek. — Drugim, najzwyklejszym przedmiotem służącym do oświetlenia, były świece; te były albo „łojowe“, albo „woskowe“, czyli „lane“, z których te ostatnie, lubo dające lepsze światło, lecz znacznie kosztowniejsze, używano nierównie rzadziej, n. p. przy jakich uroczystościach familijnych albo tylko w domach zamożniejszych, powszechnie zaś łojowe; jedne i drugie bywały rozmaitej długości jako też grubości, od czego też zależała ich cena, a przedewszystkiem czas, przez który dawały oświetlenie.

Jako sprzęty czy naczynia, w których świece osadzano czyli oprawiano, służyły wyłącznie t. zw. lichtarze (niem. Leuchter), które były jednak nader rozmaite tak pod względem materyału, jak wielkości, kształtu i użytku. Co się tyczy materyału, z jakiego je wyrabiano, to znajdujemy tylko „cynowe“, które przy ówczesnej wartości tego kruszcu niezawodnie odpowiadały dzisiejszym srebrnym, tudzież mosiężne czyli, jak wówczas mówiono „mosiądzowe“; te ostatnie, jako nierównie częściej przytaczane, musiały też być daleko więcej w powszechnem użyciu. Co do wielkości trzeba przedewszystkiem rozróżnić lichtarze zwykłe, stojące, od zawieszanych u powały, które także nazywano „lichtarzami“, lecz z wyraźnym dodatkiem „wielkie“ albo także „zawiesiste“. Lecz i lichtarze zwykłe nie były zawsze jednakowe, bywały bowiem większe i mniejsze, które z tego względu nazywano też zdrobniałe „lichtarzykami“[252]; następnie znajdujemy obok najpowszechniejszych, służących tylko na jedną świecę czyli t. zw. „pojedynkowych“, lichtarze dwuramienne, inaczej zwane także „o dwu rurkach“[253]: widocznie rodzaj kandelabrów o 2 ramionach całkiem prostych i cienkich; jedyny taki przytoczony był „cynowy“. Obok powyższych różnic możebnem, a nawet prawdopodobnem jest bardzo, że lichtarze zwykłe odróżniały się od siebie także jeszcze i pod innymi względami, a mianowicie wyrobem, kształtem podstawy, prostszem lub więcej artystycznem wykonaniem, chociaż dowodów na to nie znajdujemy żadnych. — Że na oświetlenie wieczorne wcale wielką kładziono wagę i nie skąpiąc na świece wydatku, prawdopodobnie oświetlano więcej ubikacyi, dowodzi stosunkowo dość znaczna liczba lichtarzy pojedynkowych, jaką w niektórych domach posiadano, a która niekiedy dochodziła do 10[254]. Co się tyczy ubikacyi, w której lichtarze za dnia stawiano, to nie mamy wymienionej żadnej, lecz prawdopodobnie znajdowały się we wszystkich, gdzie na dzień ustawiano je na stołach lub na szafach, a połyskiem swym rozweselając oko, także za pewną służyły ozdobę.
Lecz jeszcze większą ozdobą był drugi gatunek lichtarzy, t. j. owe powyżej wspomniane lichtarze wielkie zawiesiste; te bez wyjątku były z mosiądzu, a jak już same wskazują przydomki, od poprzednich nierównie większe i wiszące u powały[255]: a więc wyraźnie wielkie świeczniki pokojowe, to co dzisiaj nazywamy „pająkami“; lecz oprócz tego różniły się jeszcze od owych zwykłych także zupełnie kształtem i użytkiem. A mianowicie, taki „lichtarz zawiesisty“, jakto raz o jednym wyraźnie czytamy, że był „zupełny“, „z wszystkiemi jego prznależytościami[256], składał się z wielu części, widocznie śrubami lub w inny jaki sposób ze sobą pospajanych. Z tych części składowych dadzą się jednak przedewszystkiem rozróżnić dwie główne: a) właściwy słupek czyli korpus lichtarza, od zwykłych znacznie większy i masywniejszy, bardzo często pękaty, lecz wogóle rozmaitego kształtu; tudzież b) rozchodzące się z niego ramiona, które w równych od siebie odstępach na wszystkie strony wystawały, a których zawsze znajdujemy pod 6. — Ramiona te bywały także różne co do kształtu, jako to: proste i cienkie, które też z tego powodu, jak w owych kandelabrach, nazywano „rurkami“, albo zakrzywione i wygięte w kształcie litery S, i dlatego też nazywane „esami“[257]. W ramionach tych znajdowały się w górnym rogu zagłębienia, zupełnie jak w lichtarzach pojedynkowych, służące do wyprawienia świec, które wszystkie zapalone, nie miały zadania, jak świeca w zwykłym lichtarzu, oświecić tylko część stołu, przy którym pracowano, lecz oświecały całą stancyę, lubo niewiadomo, czy tylko w dni świąteczne albo jakiej zabawy i uroczystości familijnej, czy też może także podczas każdej wieczerzy codziennej. Do tego dodać należy jeszcze tę uwagę, iż lichtarze zawiesiste bynajmniej nie dały się postawić na stole, tylko wisiały na łańcuszku lub na sztabie metalowej u powały w środku stancyi mieszkalnej. Ubikacyą zaś tą, w której takie świeczniki znajdujemy zawieszone, była wielka izba, stąd też lichtarze zawiesiste nazywano także inaczej „izdebnymi“ albo „do izby“. Raz tylko znajdujemy wyjątkowo taki lichtarz zawiesisty w komnacie, ale z wyraźnem dodatkiem „do izby“, z czego koniecznie wnioskowaćby należało, że do innych ubikacyi albo dawano świeczniki innego rodzaju, albo też w nich wcale nie zawieszano żadnych, a powyżej opisanych używano wyłącznie tylko w izbach — lubo tego z niezachwianą pewnością twierdzić nie można.

C). Przedmioty do upiększania mieszkań

Jeżeli lichtarze, zwłaszcza „zawiesiste“, które przecież głównie służyły do oświetlania pokojów, a więc jako takie w pierwszym rzędzie należały do „sprzętów“, już także uchodziły za ozdobę mieszkań, to znajdowały się w tychże jeszcze różne inne przedmioty, stanowiące wyłącznie tylko samą ozdobę i przystrój mieszkania, a temi były przedewszystkiem takie, które stały w jak najściślejszej łączności z nastrojem religijnym i duchem nabożności, jaki był najbardziej wybitną i charakterystyczną cechą epoki ówczesnej — całkiem podobnie, jak między wspomnianymi powyżej obrazami, zdobiącymi ściany stancyi mieszkalnych, największa ich część niewątpliwie była także treści religijnej.
Między takiemi ozdobami pierwsze miejsce zajmują symbole męki i śmierci Zbawiciela, t. j. krzyże i krucyfiksy. Te znajdujemy stosunkowo bardzo rzadko i nieliczne, prawdopodobnie dlatego, iż będąc przeważnie z drogiego kruszcu, bywały w posiadaniu może tylko rodzin zamożniejszych. I tak krzyż, który źródła nasze wymieniają, był rzeczywiście „srebrny“[258] i zapewne wisiał na ścianie, lecz w jakiej ubikacyi, powiedzianem nie jest, choć najprawdopodobniej nad łóżkiem w komnacie. W tym samym domu znajdujemy także wymieniony krucyfiks, który był przymocowany na niewielkim postumencie, mającym kształt trójściennej piramidki stojącej na 3 kulkach, czyli tak nazwanych „gałeczkach“: ten również był ze srebra, a służył niewątpliwie do postawienia na stole, albo na szafce lecz w której ubikacyi, nie wspomniano również.
Dalszemi ozdobami, mającemi także znaczenie i charakter religijny, były kociołki do święconej wody; te były niezawodnie zawsze „miedziane“, jakto raz wyraźnie czytamy[259], lecz jakiej wielkości, czy różniły się od siebie kształtem, oraz gdzie je umieszczano: czy w izbie obok drzwi na ścianie, czy gdzieindziej, niewiadomo wcale.
Wreszcie ostatnimi przedmiotami tej kategoryi, jakie jeszcze znajdujemy, były t. zw. pacierze czyli duże paciorki nawleczone na mocny sznureczek lub w inny sposób ze sobą spojone, służące do odmawiania pacierzy (od których też tak nazwane) lub innych modlitw, a więc niewątpliwie to to samo, co dzisiaj nazywamy „koronkami“ i „różańcami“. Te bywały, jak wyraźnie źródła nasze nadmieniają, „rozmaite“[260], niezawodnie tak co do kształtu, wielkości, jak i materyału, z jakiego je wyrabiano, lecz bliższych szczegółów pod tym względem nie mamy żadnych. Pomienione „pacierze“ ozdabiano także, a mianowicie podobnie jak jeszcze i dzisiaj, medalikami, a jak wówczas mówiono „obrazkami“ srebrnymi z wizerunkiem jakiego Swiętego lub Świętej, do których z takimi „pacierzami“ w ręku o wstawienie się do Boga zasyłano modły, zwłaszcza wieczorem kladąc się spać i rano po wstaniu z łóżka; dlatego też ubikacyą, w której je znajdujemy, była komnatka[261].
Od powyższych „pacierzy“ jak najzupełniej odróżnić należy pacierze piżmowe: były to gałki wonne do noszenia przy sobie dla woni, rodzaj dzisiejszych perfum, noszonych i używanych niezawodnie wyłącznie tylko przez niewiasty; lecz czy one tworzyły także jaki rodzaj ozdoby którejś ubikacyi, lub czy może były raczej jakimś środkiem orzeźwiającym, sanitarnym, w braku bliższych szczegółów trudno na pewno orzec; uderzającą tylko jest znaczna ich liczba (76), jaką w jednym domu natrafiamy[262].

Jeżeli powyżej opisane przedmioty, ozdabiające pokoje mieszkalne, były wypływem nabożności i miały zaspokajać jedną stronę duchowej natury człowieka, t. j. stronę religijną, to obok nich znajdujemy jeszcze takie, które odpowiadały znowu innej stronie duchowości człowieka, a mianowicie chęci zaspokojenia pragnienia i wzbogacenia wiedzy, a przedmiotami do tego służącymi i pod tym względem tworzącymi całkiem odrębny rodzaj ozdoby mieszkania były książki. Już z poprzedniego przedstawienia (§. 4.) wiadomo, że mieszkańcy Nowego Sącza, przy ówczesnych prostaczych stosunkach i troskach o utrzymanie siebie i rodziny, wcale niewiele mieli sposobności i czasu do oddawania się naukom i kształcenia się czytaniem książek; mimo to kilkakroć znajdujemy ich po kilkanaście, a więc może nawet więcej, aniżeli się spodziewać można, a przed pożarem 1611 r. bywało ich niewątpliwie jeszcze więcej i częściej[263]. Książki te, świadczące najlepiej o potrzebach naukowych i kierunku umysłowych ich właścicieli, są treści rozmaitej i pisane w różnych językach: tak raz znajdujemy 13 ksiąg medycznych, z których 11 w języku łacińskim[264]; inny raz ksiąg 17 treści rozmaitej, przeważnie jednak także medycznych, z tych 3 łacińskie, 5 niemieckich, reszta zaś polskie, a oprócz tych wszystkich jeszcze 5 „rejestrowych“, to znaczy ksiąg rachunkowych kupieckich[265]; a znowu inny raz ksiąg 19, z których 5 treści religijnej, w języku polskim, o innych zaś tylko powiedziano: „różnych“ 14[266]. Gdzie książki takie ustawiano, czy była dla nich przeznaczona wyłącznie ubikacya, czy może miały swoją osobną szafę lub czy raczej tylko oparte o ścianę stały na listwie albo na stole: nie powiedziano nigdzie, tylko tyle dowiadujemy się, że w jednym domu po śmierci właściciela spoczywały w skrzynce w komorze na strychu[267], a niezawodnie i w innych tego samego doznały losu[268].
Z przytoczonych ksiąg „rejestrowych“ śmiało wnioskować możemy, że mieszczanie ówcześni, więcej aniżeliby dzisiaj tego domniemywać się można, zajmowali się pisaniem, i to nie tylko rachunków kupieckich i gospodarskich, ale także prowadzeniem pamiętników, poświęconych zdarzeniom familijnym, jako też i miejskim, coby tylko świadczyło o ich intelligencyi, obudzonej udziałem w życiu publicznem, oraz wyższem zainteresowaniu się sprawami miasta. Tak obok siąg wspomnianych znajdujemy jeszcze zapiski, a jak wówczas mówiono, „spiski“ Gandolfiego, po jego śmierci pochowane do skrzynki i zamknięte w sklepie[269]; do tej samej kategoryi zaliczyćby należało tylokrotnie wspomniany, dla naszych badań tak nieoceniony „Dyaryusz Tymowskiego“. Jaką ważność do takich pism już wówczas przywiązywano, najlepszy dowód, że nawet listy chowano w puszce żelaznej[270]. Jakaż nieodżałowana strata, że wszystkie te świadectwa przeszłości nie doszły rąk naszych!

Ostatnim wreszcie przedmiotem, używanym także za szczególny rodzaj ozdoby, którą wnętrza ówczesnych mieszkań Nowego Sącza posiadały, a jaką tylko domy niewielu miast polskich poszczycić się mogły, była broń albo, jak wówczas także powszechnie z łacińska nazywano, armata — służąca właściwie do obrony miasta, a przechowywana w domach prywatnych wskutek wojskowej organizacyi całego mieszczaństwa i jego obowiązku pełnienia w razie niebezpieczeństwa służby wojennej[271]. Gatunki tej broni, które źródła nasze w domach mieszczańskich przytaczają, były wcale liczne i dadzą się podzielić na 4 rodzaje, a mianowicie: a) na broń palną; b) broń pociskową; c) broń do pchnięcia, i d) broń sieczną.
a) Broń palna, jako dalekonośna i najskuteczniejsza, jest też (obok siecznej) najliczniej reprezentowaną i znajdujemy jej aż 7 gatunków. Pierwsze miejsce co do liczby zajmuje muszkiet (wł. moschetto), była to strzelba podobna do piechotnej broni, ale większa, używana do baszt i murów fortecznych, stąd też także niekiedy nazywany „murowy“[272]; muszkiety bywały dwojakie: „z zamkiem“, jakto raz o jednym wyraźnie czytamy, z czego też oczywisty wniosek, iż musiały być także inne „bez zamka“. — 2) Pułhak był to także gatunek muszkietu spiżowego, lecz mniejszego kalibru, służący głównie dla miejskich ludzi, strzelba huczliwa, dlatego też także nazywana inaczej „bombarda“, choć ta ostatnia nazwa w spisach naszych nie przychodzi nigdzie. Pułhaków znajdujemy niekiedy u jednego właściciela pod kilka (aż 4), a między nimi takie, które już w r. 1636 uchodziły za „staroświeckie“[273]. — 3) Samopał albo kobyła, jak wyraźnie obie te nazwy przytacza jeden z inwentarzy[274], była to strzelba duża, długa, lecz należąca już do dawnych gatunków broni palnej; tych także miewano po kilka (2). — 4) Rusznica także „rucznica“ (od „ręka“; horw. „orusznica“) był to rodzaj ręcznej strzelby z większym otworem, bez krzosu; tych znajdujemy dwa gatunki, a mianowicie: rusznica zwykła, wojskowa; a drugi: rusznica myśliwska na ptaki, dlatego także nazywana „ptasia“ lub „ptasza“. — 5) Krzoska, była to natomiast strzelba krzesząca czyli z krzesiwem, z zamkiem; tych znajdujemy także w jednym domu po kilka (2), ale dziwnym trafem „bez zamków“[275], a więc widocznie zepsute. — 6) Karabin (wł. carabino), tak nazywała się zwyczajna broń kawaleryjska, znacznie krótsza od piechotnej: stąd też pochodzi, że znajdujemy ich niekiedy po parze[276], niezawodnie dla przymocowania ich po obu bokach konia. — 7) Pistolet, krótka ręczna strzelba, wówczas jednak znacznie dłuższa od dzisiejszych; tych miewano także niekiedy po kilka (3).
Tak karabiny, jak i pistolety znajdują się czasem przytoczone wraz z należącemi do nich „olstrami“ (d. sas. Holster), t. j. skórzanymi futerałami, które przeważnie jednak służyły dla jeźdźca do przymocowania ich obok siodła do konia. Olstra takie niezawsze bywały jednakowe i w XVII. wieku znacznie musiały się różnić od dawniejszych, skoro w r. 1600 znajdujemy takie, które już wówczas nazywały się „staroświeckie“[277].
Podobnie jak olstra przy karabinach i pistoletach, tak przy innych gatunkach broni palnej znajdujemy, i to stosunkowo dość często, należące także do niej przybory, jakimi były: „ładownice“, „amelie“ i „prochownice“. Ładownica była to puszka na ładunki czyli naboje, zwykle z twardej skóry, kształtu takiego, jaki się utrzymał do najnowszych czasów (aż do zaprowadzenia bronie odtylcowej), koloru przeważnie czarnego, ale także czerwonego[278], a prawdopodobnie i innych, noszona na plecach na szerokim rzemieniu. Ale i ładownice stawały się nieraz przedmiotem przepychu, obok zwykłych, bywały także zabytkowe, powleczone czarnym aksamitem, przyozdobione srebrnemi „czętkami“[279], a zamiast pasów rzemiennych do przewieszenia, z jedwabnymi sznurami. Ładownice ówczesne bywały widocznie do otworzenia i zamykania, czytamy bowiem, iż do nich często należał „klucz“, lecz jakiego tenże był kształtu, oraz jakiego rodzaju było to zamknięcie ładownicy, niewiadomo wcale. — Amelia[280] jak wyglądała i co właściwie oznaczała, wyjaśnionem nie jest. Wnioskując z tego, iż jest wyraźnie tuż obok ładownicy wymienioną[281], musiała być coś zupełnie od tejże odrębnego; mimo to prawdopodobnie był z ładownicą całkiem pokrewną, tego samego kształtu i przeznaczenia, jak tamta do otwierania i zamykania, tylko, jak się zdaje, znacznie mniejsza i z blachy metalowej. Amelie, zupełnie jak ładownice, obok swego praktycznego użytku, służyły także za przedmiot ozdobny i zbytku: tak znajdujemy jedną, która była ozdobiona 18 brajcarami srebrnymi, z zamklem i przęczką o 7 dziurach srebrnych[282]. — Prochownica była to puszka lub naczynie na proch ruśniczy, lecz z jakiego materyału: z rogu, z blachy, czy kościana, oraz jakiego kształtu: flaszki czy rogu, nie wspomniano wcale.
b) Broń pociskowa, jako zabytek z dawnych wieków, jeszcze przed wynalazkiem prochu strzelniczego, wobec palnej, na daleką odległość noszącej nierównie mniej skuteczna, natrafia się w naszych spisach nierównie rzadziej niż palna, i była w epoce, którą się zajmujemy, rzeczywiście już tak rzadką, iż właściwie znajdujemy tylko jeden jej gatunek, t. j. „kuszę“. Kusza (łac. arcuballista; niem. Armbrust) było to narzędzie do ciskania grotów (bełtów) na sprężynie i składało się z kilku części, a mianowicie: z obłąka, który był z żelaza lub ze stali; z cięciwy ze sznura lub z kręconego rzemienia; tudzież z cyngla nakształt tego, jakiego używano do strzelby. Strzała przez nią ciskana na nieprzyjaciela była krótsza niż do łuku. — Oprócz kuszy znajdujemy jeszcze 5 gatunków broni, służącej raczej do uderzenia, aniżeli do ciskania, a jeżeli do tegoż, to chyba tylko na nader małą odległość, a tymi były następujące:
1) Buława (z tatar.) była to krótka laska metalowa, po obu końcach pękata; ta którą źródła nasze przytaczają, była „ze srebrem na końcu“ czyli widocznie na końcu okuta srebrem; po śmierci właściciela usunięta do sklepu[283]. — 2) Buzdygan (z tatar.), zwykle była to broń ze stali w kształcie gruszki, na krótkiem drzewcu osadzona; ten jednakże, który znajdujemy przytoczony, był cały z żelaza[284]. — 3) Siekiera, o tej nie ma bliżej nic powiedzianego, prawdopodobnie była taka sama, jakie się utrzymały do dziś dnia. — 4) Kosturek pierwotnie i właściwie oznaczał „laskę kościaną“, później wogóle tyle co „kij“, zwłaszcza „żelazny okuty“; ten, który między naszymi rodzajami broni jest wyliczony, był cały „żelazny“[285]. — 5) Rohatyna był to mała włócznia z szerokiego a mocnego żelaza, do ciskania na nieprzyjaciela; ta, którą źródła wymieniają, musiała być jeszcze mniejsza i dlatego nazwana zdrobniale „rohatynką“, była „bez drzewa“, to znaczy: bez drzewca[286], a więc tylko sam grot.
c) Broń do pchnięcia, wymagająca już starcia się wręcz z blizka z nieprzyjacielem, była tak samo jak poprzednia znacznie rzadszą od palnej, to też znajdujemy jej tylko kilka gatunków i zaledwie kilka egzemplarzy: 1) Darda (wł. dardo), rodzaj włóczni lub dzidy, o której tyle tylko wiadomo, że bywała noszoną przez dziesiętników. — 2) Tulich (niem. Dolch), rodzaj sztyletu wyłącznie w Niemczech używanego, dlatego też nazywany „niemiecki“[287]. — 3) Kosperd, również zwany „niemiecki“, była to jakaś broń wówczas używana w Niemczech, której właściwego znaczenia, pomimo wszelkich poszukiwań, nie udało mi się wyjaśnić, lecz jak druga połowa wyrazu („perd“ przemiana z „barte“ = topór) niechybnie wskazuje, widocznie jakiś gatunek „bardysza“. — 4) Koncerz, tak nazywała się włócznia turecka, kopia długa, którą wręcz z blizka w bitwie na siebie uderzano, — ale także „miecz“ dawnego gatunku, prosty a szeroki, który przywiązywano do kulbaki na lewej stronie pod udem jeźdźca: tak iż w obecnym wypadku właściwie niewiadomo, czy koncerz tytaj przytoczony[288] zaliczyć należy do kategoryi niniejszej, czy też do następnej.
d) Broń sieczna: obok powyższego problematycznego „koncerza“, jako do tejże należący, wymienionym jest tylko jeden gatunek, a takim był miecz (skand. moecir, niem. Messer): ten od poprzedniego różnił się niezawodnie pewną stałą szerokością i długością, która atoli nie jest oznaczoną bliżej, zato dowiadujemy się, że był „z taszkami“[289], t. j. z pokrywkami na swej rękojeści. Natomiast inne bardzo często przytaczane gatunki broni siecznej, jako to: pałasze, kordy, multany i szble, które zawsze noszono przy boku u pasa, a więc nie stanowiły ozdoby mieszkań, lecz właściwie były „strojem męskim“, jako do tegoż należące, w dotyczącym też ustępie (a raczej obszerniejszej rozprawie) znajdą swój bliższy i szczegółowy opis.
Do całkowitego uzbrojenia, oprócz wszystkich powyższych gatunków broni, należała jeszcze jako ochrona człowieka, a więc niejako ich dopełnienie, także i „zbroja“. Zbroja składała się z „szyszaka“, „pancerza“ i „blachownic“ (t. j. blachy na piersi czyli „kirysa“), lecz z tego wszystkiego znajdujemy raz zbroję „starą niezupełną“, a więc której coś brakowało, czyli tylko niektóre jej części, a te po śmierci właściciela istniały nadal w komorze na strychu[290]; drugi raz zaś tylko sam „pancerz“ (inaczej zwany także „kolczugą“, iż był „z kolców“ czyli z kółek), który znowu był „zardzewiały“[291]. — Gdzie te wszystkie ozdoby wojenne były umieszczone, którą zdobiły ubikacyę, czy wedle dzisiejszego zwyczaju wisiały nad łóżkiem właściciela w komnacie, czy może miały dla siebie jaką własną szafę, lub czy to tylko stały gdzie w kącie: w braku wszelkich bliższych wiadomości, pozostać musi tylko domysłem. — Zbroi pancerzowej zupełnej znajdowało się niemało w cekauzach baszt miejskich[292].

Reasumując cały powyższy opis, obszerność i urządzenie mieszkań Nowego Sącza, ich ozdoby, ilość i jakość sprzętów, które nie były tak wcale zbyt proste, przychodzimy do wniosku, że te co do wykwintności i dostatku nie mogą wprawdzie równać się z wnętrzami ówczesnych domów Krakowa, szybko wzrastającej Warszawy lub kilku innych większych miast polskich. Lecz z drugiej strony koniecznie przyznać należy, iż w porównaniu z domami i mieszkaniami szlacheckiemi, w których wedle słów Gołębiowskiego „aż do końca panowania Sobieskiego, wyjąwszy domy bogaczów, kilka stołków drewnianych, dwie deski pokryte siennikiem, jedynym były sprzętem osób mierniejszego stanu, a nawet dość majętnych“[293], stancye mieszkalne i pokoje mieszczan sandeckich należałby nazwać wprost wspaniałymi. Nie dziw przeto, że, jak gdzieindziej, tak i tutaj wzbudzać musiały i wywoływały zazdrość szlachty, jaka objawiała się w owych nieprzychylnych dla rozwoju mieszczaństwa „ustawach cen“, „taksach“ i uchwałach sejmowych przeciwko zbytkowi.






Przypisy

  1. Dyaryusz Jerzego Tymowskiego. Zob. powyżej str. 201.
  2. Z niem. Geräth, z czego do dziś dnia utrzymał się spolszczony wyraz „graty“.
  3. Ostatnia wola Melch. Krosnera cyrulika 1600 r. Acta Scabin. T. 25. p. 819.
  4. Extract. ex protocol. Advoc. et Scab. an. 1603.
  5. Testament Jędrzeja Adamowicza 1632 r. Act. Scab. T. 54. p. 74.
  6. Zob. str. 159, 194, 195, 197.
  7. Dyaryusz Tymowskiego.
  8. Porów. ustawy cechu kuśnierskiego str. 29.
  9. Zob. str. 42.
  10. Zob. str. 44.
  11. Tak Tymowski oddał swego najstarszego syna Jędrzeja do handlu, który go też już 1610 r. w sklepie wyręczał i sukna ukroił. (Dyar. Tymowskiego). Tak cyrulik Matyasz Niedziałkowicz rozporządza w swym testamencie z r. 1635: „Syn starszy, ponieważ do nauk widzę go niesposobnym, aby, jeźli wola opiekunów, uczył się u dobrego aptekarz w Krakowie ze dwa lata, a potem rzemiosła u dobrego cyrulika. Stanisława, młodszego syna, oddać do Akademii“. (Act. Scab. T. 55. p. 125). A ileż dopiero podobnych wypadków wydarzać się musiało w życiu codziennem, o których źródła nasze nie wspominają!
  12. Urszula, córka kupca Baptysty Gandolfiego, była żoną Renesty, mieszczan. krakow. Spis ruchom. po Annie, wdowie kupca Bapt. Gandolfiego 1599 r. Act. Scab. T. 25.
  13. „Iż szlachetny pan Paweł Użewski staraniem swojem z Krakowa mnie tu do Sącza przyprowadził, z niemałym kosztem swoim jeżdżąc po mnie, tak na rękowiny z nieboszczykiem jako i na wesele“. Test. Elżbiety, wdowy po wójcie, Tomaszu Pytlikowiczu 1637. Act. Scab. T. 55. p. 542.
  14. Pochodzące niezawodnie jeszcze z wieków pogańskich, które niewątpliwie były takie same, jakie się jeszcze utrzymały po dziś dzień, dlatego też pomijam je tem bardziej, że i w źródłach naszych nie znajduję ich bliższego opisu.
  15. Zob. str. 61.
  16. Zmarł w r. 1597, pochowany w gorbach kolleg. sandec. pod ołtarzem św. Trójcy.
  17. Ostatnia wola Katarzyny Wałowiczowej 1599 r. Act. Scabin. T. 25. p. 399.
  18. Acta Consul. T. 53. p. 3.
  19. Act. Castr. Inser. T. 34. p. 1015—1028.
  20. Zob. str. 130.
  21. Łuk. Gołębiowski: Domy i dwory. Lwów 1884, str. 70.
  22. Testam. Anny, wdowy po Macieju Klimczyku 1598 r. Act. Scab. T. 25. p. 173.
  23. Extract. ex protocol. Advoc. et Scabin. anno 1603.
  24. Dyaryusz Tymowskiego.
  25. Testam. Melch. Krosnera 1600 r.
  26. Zob. str. 61.
  27. Dyaryusz Tymowskiego.
  28. Zob. str. 61. — Podobnych zapisków znajdujemy pełno w księgach nadzwyczajnych wydatków miejskich (1601—1658)
  29. Metric. baptis. eccles. colleg. sandec. 1646—1658.
  30. Zob. tom I. str. 160.
  31. Do dziś dnia przechowały się szczątki nut z XV. wieku, pisanych na pergaminie.
  32. Zob. powyżej str. 107. — „Bakałarze nauk wyzwolonych i filozofii mogli uczyć w szkołach prywatnych, trywialnemi zwanych, gramatyki, dyalektyki i retoryki, a nawet i muzyki, która się najzwyklej kończyła na sztuce śpiewania chóralnego dla usługi kościoła“. (Sołtykowicz: O stanie Akademii krakow. str. 589. Kraków 1810).
  33. Zob. powyżej §. 1. str. 211.
  34. Marzenia pani Krystyny spełniły się istotnie. W r. 1645 zamianowała Akademia Jana Tymowskiego bakałarzem. We wrześniu 1649 r. przywieźli go rajcy kolasą miejską, ażeby w swem rodzinnem mieście kierował młodzieżą szkolną. Ale troskliwa i kochająca matka nie doczekała się tej ostatniej pociechy za życia — dwa lata przedtem (1647 r.) wstąpiła do grobu!
  35. Acta Scabin. T. 58. a. p. 256—257.
  36. Zob. ustawy Kletek str. 114, nr. 13.
  37. Zob. str. 82.
  38. Zob. tom I. str. 149—150.
  39. Aptekarstwo w owych wiekach wcale nie wiele się różniło od zwykłych handlów korzennych.
  40. Należał do nich: Alexander Brzezicki (1631—1648), Maciej Tessarowicz (1630—1633), Marcin Kowalecki (1644—1650), Sebastyan Znamirowski (1630—1652) i Maciej Żmijowski (1627—1639).
  41. Niektórzy z duchownych sandeckich zajmowali wybitne stanowisko pomiędzy uczonymi polskimi. Tak n. p. Jakób z Noweg Sącza zasiadał w katedrze Uniwersytetu Jagiellońskiego (1407—1420), gdzie wykładał filozofię, a raz nawet piastował rektorat. — Jan z Dąbrówki, dziekan kolleg. sandeckiej, był podkanclerzym tegoż uniwersytetu (1458—1465), a rektorem 9 razy i na tej godności życie zakończył 1472 r. — Jan Karnkowski, proboszcz kolleg. sandec. i kanon. krakow., był sekretarzem królewskim (1508—1524). — Zygmunt ze Stężycy, kanon. krakow. i proboszcz sandecki (1546—1582), był 9 razy rektorem uniwer. — Jan Januszowski, archidyakon kollegiaty sandeckiej (1599—1613), napisał w latach 1585—1613 dzieł 20 kilka. — Marcin Frankowicz, dr. filozof. w przesławnej Akad. krakow., kustosz kolleg. sandeckiej († 1720), oprócz innych rzeczy, wydał obszerną biografię bł. Kunegundy: Wzór świętej doskonałości... Kraków 1718.
  42. O Jakóbie z Nowego Sącza — tudzież a Janie z Dąbrówki (zwany także Dąbrówka) i jego wszechstronnych zajęciach zob. Ks. Dr. Fijałek: Studya do dziej. uniwer. krakow. str. 111; Dr. Morawski: Historya Uniwersytetu Jagiel. T. I. str. 424—428.
  43. Do tych przedewszystkiem zaliczyć należy ks Bartłomieja Fuzoriusza, który już w r. 1584 był wikarym, a od 1605 aż do swojej śmierci (1637) piastował chlubnie godność kustosza kollegiaty. Pobożny i światły ten prałat, oprócz hojnych zapisów na ołtarze i uczniów sandeckich, legował 1.500 złp. na dwóch Penitencyarzy, którzy 3 razy tygodniowo na przemian i przez cały wielki tydzień mieli obowiązek słuchania spowiedzi w kollegiacie, a za ten pobożny trud pobierali rocznie 100 złp. — Obok niego także inni zostawili po sobie miłe i niezatarte wspomnienia, jak ks. Jan Witaliszowski, który od swoich prymicyi 1627 r. bez przerwy pracował przy kollegiacie, najprzód w charakterze wikarego, a potem jako powszechnie kochany i szanowany prałat-kustosz 1645—1657 r. — Podobnie ks. Stanisław Niedziałkiewicz po odprawieniu prymicyi 1647 r. pozostaje stale w swem rodzinnem mieście i tamże umiera na posłudze zapowietrzonym 1652 r. — Jeszcze bardziej w pamięci Sandeczan zapisał się ks. Franciszek Pełka. Wyświęciony 1650 r., spełnia obowiązki wikarego przy kollegiacie do r. 1657, później zostaje kanonikiem w Pułtusku i leguje (1675) swój folwark w Gołąbkowicach, tudzież grunta dziedziczne za rzeką Kamienicą, na dwóch Mansyonarzy w kollegiacie sandeckiej, z obowiązkiem śpiewania codziennego Officium B. Virg. Mariae, na wzór kościoła Maryackiego w Krakowie.
  44. Testem. Mikołaja postrzygacza 1634. Act. Scabin. T. 54. p. 300. — Inwent. Mateusza Brzoski szewca 1647. Act. Scab. T. 58. a. p. 247.
  45. Dyaryusz Tymowskiego pod rokiem 1616.
  46. Zob. rozdz. VIII., zwłaszcza ustępy o konieczności ustawicznego dawania kredytu, tudzież o niepunktualności i niesumienności w płaceniu, str. 197—200.
  47. Test. Melchiora Krosnera cyrulika 1600.
  48. Test. Macieja Niedziałkowicza cyrulika 1635.
  49. Testam. Mikołaja postrzygacza 1634.
  50. Ostatnia wola Katarzyny Wałowiczowej 1599.
  51. Ostatnia wola Katarzyny Wałowiczowej 1599.
  52. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1623.
  53. Spis ruchomości po Annie Gandolfiowej 1599. Act. Scab. T. 25. p. 329. — Test. Jerzego Tymowskiego 1631. Act. Scab. T. 51. p. 359. — Spis majątku po Łuk. Czyrzyczce 1636. Act. Scab. T. 55. p. 222. — Inw. po Katarz. Cieślance 1639. Act. Scab. T. 55. p. 973.
  54. Przytoczone powyżej spisy ruchomości po Annie Gandolfiowej (1599) i po Katarzynie Cieślance (1639).
  55. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1623.
  56. „Kotczy okowany z oponą“. Spis ruchomości po Annie Gandolfiowej 1599.
  57. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1623.
  58. Dyaryusz Tymowskiego loc. cit.
  59. Zob. na str. 99 wzmiankę o tkaczu, Jędrzeju Plakutowiczu.
  60. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1622.
  61. Tak raz „5 półsetków płótna różnego“; inny raz „płótna rozmaitego sto kilkadziesiąt łokci i 6 sztuk przędzy“. Inwent. po Reginie Halinowiczowej 1636. Act. Scab. T. 55. p. 319. — Inw po Katarz. Cieślance 1639.
  62. Zob. str. 44.
  63. Ostatnia wola Anny Klimczykowej wdowy po kupcu 1598.
  64. Inw. po Kat. Cieślance 1639. — Test. Elżb. Pytlikowiczowej 1637. — Ostatnia wola Magd. Klimczykowej 1631. Act. Scab. T. 51. p. 255.
  65. Test. Wojciecha Baryczki płóciennika 1632. Act. Scab. T. 54. p. 76.
  66. Martini Cromeri: Polonia sive de situ et republica regni polonici. p. 57. Coloniae 1578.
  67. W aktach miejskich XVII. wieku napotykam wzmiankę o kamienicach: Stanisława ze Żmigrodu Stadnickiego przy ulicy różanej. — Przecława Wielogłowskiego w rynku. — Mikołaja z Rupniowa Ujejskiego i Władysława Jordana przy ulicy polskiej. — Ks. Mikołaja Kownackiego, dziekana kollegiaty i proboszcza starosandeckiego.
  68. Podług rewizyi z 7. marca 1650 r. istniały w nowym Sączu następujące kamienice i domy szlacheckie: a) W rynku kamienice — Marcinkowskiego, Strońskiego (2), Tabaszowskiego, Przecława Wielogłowskiego i Krzesza. b) Przy ulicy polskiej domy — Wiktorowej, Ludw. Kępińskiego, Franc. Wojakowskiego, Jordana, Jaklińskiego i Stef. Wielogłowskiego kamienica. c) Przy ulicy szpitalnej — Mieszeńskiego dom. d) Przy ulicy św. Ducha — Ludw. Kępińskiego 2 domy. Razem 7 kamienic i 8 domów szlacheckich, z których płacili 299 złp. 10 gr.
  69. Inwentarz po Zofii Chuchrowej 1637. Acta Scabin T. 55. p. 460 i 552.
  70. Porów. str. 82.
  71. Inwent. po Zofii Chuchrowej 1637.
  72. Spis ruchomości po Annie Gandolfiowej 1599.
  73. Kamienica Smoczowska 1632. Act. Scabin. T. 54. p. 114, 150. — Inw. po Reginie Halinowiczowej 1636.
  74. Okucie żelazne w osadzie kamiennej górnej i dolnej, w którem się czop obraca.
  75. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1620.
  76. Kamienica Smoczowska 1632.
  77. Izba, znaczy właściwie tyle co jadalnia.
  78. Inw. po Reg. Halinowicz 1636.
  79. Listy z niem. Leiste, były to przybicia drewniane do ściany, dla ozdoby lub kładzenia czegoś na nich.
  80. Dyaryusz Tymowskiego.
  81. Inw. Augustyna Niedzieli bednarza 1648. Act. Scab. T. 59. p. 159.
  82. Kamienica Smoczowska 1632.
  83. Inw. po Zofii Chuchrowej 1637.
  84. Kamienica Smoczowska 1632.
  85. Komora, łac. camera, z grec. χαμδρα = śpiżarnia, właściwie tyle co miejsce odosobnione, oddzielone.
  86. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1620. — Inw. po Reg. Halinowicz 1636.
  87. Kamienica Smoczowska 1632.
  88. Inw. po Reg. Halinowiczowej 1636.
  89. Łokieć tychże w r. 1620 kosztował 5 gr. Dyar. Tymowskiego.
  90. Gołębiowski: Domy i dwory str. 66.
  91. Inw. po Zof. Chuchrowej 1637.
  92. Kamienica Smoczowska 1632.
  93. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1620.
  94. Kamienica Smoczowska 1632.
  95. Inw. August. Niedzieli 1648. — Inw. po Reg. Halinowicz 1636.
  96. Inw. Aug. Niedzieli 1648.
  97. Inw. Zof. Chuchrowej 1637.
  98. Inw. Reg. Halinowiczowej 1636. — Inw. Zofii Chuchrowej 1637.
  99. Porów. powyżej str. 3.
  100. Kamienica Smoczowska 1632.
  101. Także rynwa, z niem. Rinne.
  102. Gołębiowski: Domy i dwory str. 14, gdzie przytacza Mik. Reja: Wizerunek.
  103. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1620.
  104. Inw. Regi. Halinowicz 1636.
  105. Inw. Reg. Halinowicz 1636. — Inw. Zof. Chuchrowej 1637.
  106. Dyaryusz Tymowskiego 1620 r.
  107. Inw. Reg. Halinowicz 1636 — lubo były także jeszcze inne nazwy, używane do dziś dnia.
  108. Tak było w realności Joach. Raszkowicza, zaco go pozwano sądownie i nakazano doraźne zniesienie tych chlewów. Por. t. I. str. 40.
  109. Inw. Reg. Halinowicz 1636. — Inw. Zof. Chuchrowej 1637.
  110. Dyaryusz Tymowskiego por r. 1612.
  111. Testm. Anny Klimczykowej 1598.
  112. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1620.
  113. Test. Magdal. Klimczykowej 1631.
  114. Spis ruchom. po Annie Gandolfiowej 1599. — Inw. Zof. Chuchrowej 1637. — Inw. Reg. Halinowicz 1636.
  115. Spis ruchom. po Annie Gandolfiowej 1599. — Inw. po Reg. Halinowicz 1636.
  116. Por. t. I. str. 40; czytamy także, że gorzelnia znajdowała się nawet w stajni. Inw. Mateusza Brzoski 1647.
  117. Test. Anny Klimczykowej 1598.
  118. Inw. Zof. Chuchrowej 1637.
  119. Dyar. Tymowskiego 1620.
  120. Spis ruchom. Anny Gandolfiowej 1599.
  121. Inw. Zof. Chuchrowej 1637.
  122. Inw. Reg. Halinowicz 1636.
  123. Inw. Mat. Brzoski 1647.
  124. Inw. Reginy Halinowiczowej 1636.
  125. Gołębiowski: Domy i dwory str. 11, 14.
  126. Inw. Grzegorza Wojtasza przedmieszczanina 1648. Act. Scab. T. 59. p. 41.
  127. Test. Walentego Szałwii kuśnierza 1638. Act. Scab. T. 55. p. 723.
  128. Test. Wojciecha Baryczki płóciennika 1632.
  129. Test. Mikołaja postrzygacza 1634.
  130. Dyaryusz Tymowskiego pod r. 1620.
  131. Inw. Anny Klimczykowej 1598 — tudzież Anny Gandolfiowej 1599.
  132. Spis pozostałości po Annie Klimczykowej 1598.
  133. Spis ruchomości po Annie Gandolfiowej 1599.
  134. Inwentarz po Reginie Halinowiczowej 1636.
  135. Spis ruchomości po Annie Gandolfiowej.
  136. Ruchomości Katarzyny Łykawskiej 1631. Act. Scab. T. 51. p. 175.
  137. Spis ruchomości po Annie Gandolfiowej.
  138. Ustawa cen z r. 1630 Zob. Uzupełnienia na końcu tomu.
  139. Ta nazwa: obicia i szpalery w owych czasach obejmowała niekiedy i gobeliny. Łoziński: Sztuka lwowska w XVI. i XVII. wieku str. 170. Lwów 1898.
  140. Wład. Łoziński, znakomity badacz przeszłości Lwowa, w inwentarzu Balcera Hubnera, księgarza lwowskiego 1591 r., przytacza między innemi rzeczami „obicia papierowe czyli t. zw. koltryny“. (Zob. Leopolitana w Kwart. hist. rocz. IV. str. 455). Z tego można wnioskować, że ówczesne koltryny odpowiadały również dzisiejszym tapetom.
  141. Ustawa cen z r. 1630.
  142. Spis pozostałości po Annie Klimczykowej.
  143. Inwentarz po Reginie Halinowiczowej.
  144. Kołaczkowski: Wiadomości tyczące się przemysłu i sztuki w dawn. Polsce, str. 590. Kraków 1888.
  145. Spis ruchomości po Annie Gandalfiowej.
  146. Ruchomości Zofii Tragowiczowej 1652. Act. Scab. T. 63. p. 456.
  147. Inwentarz Augustyna Niedzieli bednarza 1648.
  148. Ustawa cen z r. 1630.
  149. Inwentarz po Reginie Halinowiczowej. — Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  150. Spis pozostał. po An. Klimczykowej.
  151. Spis ruchom. po An. Gandolfiowej.
  152. Ustawa cen z r. 1630.
  153. Spis pozostał. po An. Klimczykowej.
  154. Spis pozostał. po An. Klimczykowej. — Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  155. Ustawa cen z r. 1630.
  156. Inw. po Reg. Halinowiczowej. — Ruchomości po Zofii Chuchrowej 1637.
  157. Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  158. Inw. po Reg. Halinowiczowej — Ruchom. Zof. Chuchrowej. — Spis ruchom. po An. Gandolfiowej.
  159. Spis ruchom. po An. Gandolfiowej.
  160. Ustawa cen z r. 1630.
  161. Spis pozostał. po An. Klimczykowej.
  162. Spis ruchom. po An. Gandolfiowej. — Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  163. Ustawa cen z r. 1630.
  164. Ustawa cen z r. 1630.
  165. Spis pozostał. po An. Klimczykowej. — Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  166. Gołębiowski: Domy i dwory, str. 23.
  167. Ruchom. Kat. Łykawskiej.
  168. Ustawa cen z r. 1630. — Spis ruchom. Anny Gandolfiowej.
  169. Ustawa cen z r. 1630.
  170. Spis pozostał. An. Klimczykowej. — Ruchomości Zofii Tragowiczowej.
  171. Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  172. Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  173. Gołębiowski: Domy i dwory str. 22; według tegoż stoliki takie nazywały się „kantorkami“.
  174. Ustawa cen z r. 1630.
  175. Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  176. Ustawa cen z r. 1630.
  177. Inw. po Reg. Halinowiczowej. — Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  178. Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  179. Inwent. po Reg. Halinowiczowej.
  180. Ustawa cen z r. 1630. — Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  181. Testament Walentego Szałwii 1638. — Inwentarz po Katarzynie Cieślance 1639.
  182. Ruchom. Kat. Łykawskiej. — Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  183. Extractum ex protocol. Advoc. et Scabin 1603.
  184. Testam. Wal. Szałwii.
  185. Testam. Wojciecha Baryczki 1632. — Spis pozostał. po An. Klimczykowej. — Spis ruchom. An. Gandolfiowej. — Extractum ex protocol. et Scabin. 1603.
  186. Extract. ex protocol. Advoc. et Scabin. 1603. — Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  187. Spis majątku po Łukaszu Czyrzyczce 1636. — Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  188. Ustawa cen z r. 1630.
  189. Testam. Wal. Szałwii.
  190. Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  191. Spis ruchomości Zygmunta Gądka kramarza 1652. Act. Scab. T. 63, p. 371.
  192. Inw. po Reg. Halinowiczowej. — Testament Elżb. Pytlikowiczowej 1637.
  193. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  194. Spis ruchom. An. Gandolfiowej. — Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  195. Ustawa cen z r. 1630.
  196. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  197. Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  198. Inw. po Reg. Halinowiczowej. — Ruchom. Zof. Tragowiczowej. — Ruchom. Zof. Chuchrowej.
  199. Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  200. Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  201. Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  202. Ustawa cen z r. 1630. Szerokość takiej szafki kątnej wynosiła 3 łokcie.
  203. Ruchom. Zof. Chuchrowej.
  204. Inwentarz Augustyna Niedzieli.
  205. Kardynał legat Klemensa VIII., przysłany do Polski w tym celu, aby wciągnąć Zygmunta III. do ligi przeciw Turkom. Niemcewicz: Zbiór pamiętn. histor. T. II. str. 102. Lipsk 1839.
  206. Spis pozostał. po An. Klimczykowej.
  207. Ustawa cen z r. 1630.
  208. Inw. po Reg. Halinowiczowej. — Testam. Elżb. Pytlikowiczowej. — Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  209. Gołębiowski: Domy i dwory, str. 139.
  210. Testem. Elżb. Pytlikowiczowej. — Spis ruchom. An. Ganolfiowej. — Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  211. Testam. Elżb. Pytlikowiczowej.
  212. Ustawa cen z r. 1630.
  213. Inw. po Reg. Halinowiczowej.
  214. Ustawa cen z r. 1630. Zob. uzupełnienia na końcu tomu.
  215. Z niem. Zwillich, tkanina lniana tęga, z podwójnej osnowy, zwykle w pasy i płomienie. Gołębiowski: Ubiory w Polsce, str. 109.
  216. Testam. Elżb. Pytlikowiczowej 1637.
  217. Extract. ex protoccl. Adv. et Scab. 1603.
  218. Testam. Woj. Baryczki 1632.
  219. Z niem. Drillich, tkanina lniana tęga, z potrójnej osnowy, zwykle w pasy lub płomienie. Ubiory str. 109.
  220. Test. Elżb. Pytlikowiczowej 1637. — Inwent. po Reg. Halinowiczowej 1636.
  221. Spis ruchomości Zygmunta Gądka 1652.
  222. Spis pozostał. An. Klimczykowej. — Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  223. Czerki także czyrki były to dziurki różnego kształtu, zwykle listków, wokoło haftowane.
  224. Listwa albo listew (niem. Leiste) znaczyło tyle co wstawka obłoga, rodzaj taśmy nicianej, którą dla ozdoby roboty płócienne obszywano czyli lamowano. — Forboty (niem. Vorborte) były to dość szerokie paski płócienne marszczone, ale i niemarszczone, a w takim razie zwykle w kształcie ząbków lub rąbków półokrągłych; służyły także do obszywania dla ozdoby.
  225. Ruchomości Mikołaja Jankowskiego 1600. Act. Scab. T. 25. p. 776.
  226. Extract. ex protocol. Adv. et Scab. 1603.
  227. Gołębiowski: Ubiory str. 237—239.
  228. Spis ruchom. Zyg. Gądka 1652.
  229. Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  230. Inw. po Reg. Halinowiczowej. — Testam. Elżb. Pytlikowiczowej.
  231. Szych = fałszywe złoto lub srebro, z którego robiono galony i ozdoby do szat. Ubiory str. 198.
  232. To znaczy: sztucznie wyszywane.
  233. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  234. Ruchom. Mik. Jankowskiego. — Testam. Elżb. Pytlikowiczowej.
  235. Testam. Woj. Baryczki.
  236. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  237. Spis pozostał. An. Klimczykowej. — Ruchomości Zofii Chuchrowej.
  238. Gołębiowski: Ubiory str. 242.
  239. Dosłownie tyle co „chińskie“ a więc z „jedwabiu chińskiego“ czyli „jedwabne“.
  240. Tkanina lniano-bawełniana lub z samej bawełny, na podszycie używana.
  241. Ruchom. Zof. Tragowiczowej.
  242. Volum. Legum.
  243. Domy i dwory str. 138.
  244. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  245. Ubiory str. 237—239.
  246. Ubiory str. 216.
  247. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  248. Spis pozostał. An. Klimczykowej. — Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  249. Gatunek sukna holenderskiego lub angielskiego; może i nazwa pochodzi ze ściągniętego „fein holländisch“. Staropolski był za ciężki ale trwały.
  250. Niemcewicz: Zbiór pamiętn. T. II. 103.
  251. Ruchom. Mik. Jankowskiego.
  252. Testam. Elżb. Pytlikowiczowej.
  253. Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  254. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  255. Spis. pozostał. An. Klimczykowej.
  256. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  257. Ruchomości po Krystynie 1° v. Tymowskiej, 2° Oleksowiczowej 1647. Act. Scab. T. 58. a. p. 216.
  258. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  259. Testam. Elż. Pytlikowiczowej.
  260. Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  261. Spis pozostał. An. Klimczykowej.
  262. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  263. Przed pożarem miasta (1611 r.) nierównie więcej bywało książek po domach mieszczańskich. W inwen. Mikoł. Łojka 1576 r. wspomniono ogólnikowo: „Ksiąg pospolitych sztuk 30“. (Act. Scab. T. 16. p. 168).
  264. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  265. Testam. Elżb. Pytlikowiczowej.
  266. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  267. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  268. Dla wyrwania z całkowitego zapomnienia, oraz dla zaspokojenia ciekawości współczesnych a przekazania potomności, jakie to książki stanowiły lekturę ówczesną i przyczyniały się do rozszerzania wiedzy, podaję ich wszystkich tytuły:
    1. Leonardi Fuchsii: De historia stirpium. — 2. Galeni Epitome. — 3. O medycynie — stare, niewiadomego autora. — 4. Synonima: Simonis Genuensis. — 5. Galenus, Avicena i Hipokretes. — 6. Hipokrates medicorum. — 7. Guilelmi Rondeletti: Curandi morbos methodus. — 8. De conservanda bona valetudine. — 9. Księga stara; połowica pisana, połowica drukowana. — 10. Figurae Antonii Rampeloi. — 11. Antidotarium Joannis Meznae. — 12. Antonii Misaldi: Historia Hortensium. — 13. Scribonii Largi medici: De compositione medicamentorum. (Spis ruchom. An. Gandolfiowej 1599).
    1. Szym. Syreniusza: Zielnik z łac. herbarzem zwany. — 2. Księga in folio niemiecka cyrulicza. — 3. Antonii Murae medica 8°. — 4. Antidotum Vehaeri in folio. — 5. Chirurgia niemiecka. — 6. Bartł. Paprockiego: Ogród królewski in folio. — 7. Galeni opus secundum. — 8. Młot na czarownice. — 9. Doktorski gwintowny regiment in folio. — 10. Niemiecka książka in 4to, niewiedzieć co. — 11. Psałterz stary opleśniały. — 12. Practica, niemiecka in 8vo. — 13. Sprawiedliwy Józef in 4to. — 14. Thesaurus pauperum, niemiecki. — 15. Przeciw powietrzu nauka in 4to. — 16. Rozmowa koło religii i polskiej korony. — 17. Zwierciadło bez szkła złociste. — Rejestrowych książek pięcioro. (Testam. Elżb. Pytlikowiczowej 1637.).
    1. Żywoty święte polskie. — 2. Zwierciadło przykładów. — 3. Ogród różany. — 4. Nauka o umieraniu. — 5. Pacierza wykład. — Ksiąg różnych 14. (Inwent. Reg. Halinowiczowej 1636.).
  269. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  270. Spis ruchom. Zyg. Gądka.
  271. Zob. powyżej str. 8.
  272. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  273. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  274. Inwent. Mat. Brzoski.
  275. Ruchom. Mik. Jankowskiego.
  276. Testam. Winc. Kłodawskiego 1633. Act. Scab. T. 54. p. 257.
  277. Ruchom. Mik. Jankowskiego.
  278. Spis ruchom. Zyg. Gądka.
  279. Czętki albo cętki były to blaszki wypukłe, zwykle ze srebra.
  280. Puszka, torebka na ładunki.
  281. Test. Joachima Matuszowica złotnika 1631. Act. Scab. T. 51. p. 206.
  282. Test. Krzysztofa Halinowicza 1631. Act. Scab. T. 51. p. 366. — Brajcary: rodzaj szlufek metalowych, przymocowanych do ładownicy, przez które widocznie przeciągano rzemienie. — Zamkieł: przyrząd do zamknięcia czyli zapięcia, rodzaj klamerki albo może haczyka. — Przęczka = sprzążka, czem się „sprzęgało“ zamkiel; może rodzaj rzemyka, należącego do zamkla i z nim razem stanowiącego jedną całość. — Dziurki srebrne = dziurki wybijane koluszkami srebrnemi.
  283. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  284. Inwent. Reg. Halinowiczowej.
  285. Test. Joachima Matuszowica 1631.
  286. Ruchom. Mikoł. Jankowskiego.
  287. Test Joachima Matuszowica.
  288. Ruchom. Wojciecha Ptaszkowica 1599. Act. Scab. T. 25. p. 415.
  289. Ruchom. Wojc. Ptaszkowica.
  290. Spis ruchom. An. Gandolfiowej.
  291. Ruchom Wojc. Ptaszkowica.
  292. Zob. powyż. str. 4 i 11.
  293. Domy i dwory, str. 19.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Sygański.