Historya Herszka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya Herszka
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Historya Herszka.


Od dawna przywykliśmy krzyczéć na żydów, kto wié, jednakże, czy gdybyśmy się nagle ich pozbyli, nie znaleźlibyśmy się w stanie człowieka, co długo chorując, uwolniony od choroby, czuje, że mu czegoś, do czego jak do życia przywykł, braknie. Prawda, że żydzi zaprzątnieni handlem, odbierają nam zyski jego, lecz cóż przeszkadza współzawodnictwu, zwłaszcza w wielkim handlu zbożowym? Gdybyśmy mieli dość przemyślności, wytrwałości nadewszystko i zamiłowania w pracy, moglibyśmy wyśmienicie wieść téż same handle co żydzi; a mając pojedyńczo daleko większe kapitały, zjednoczywszy je (jak i oni czynią), moglibyśmy zabić handel żydowski. Ale wyznajmy szczerze, nie potrafilibyśmy sobie dać rady. Widziano próby, cóż z nich wynikło? Oto że wkrótce wiodący handel poczynali mniéj jeszcze być słowni od żydów, a mnożąc koszta na siebie, podręcznych, na życie wystawniejsze, potrzebując tém samém większych zysków — albo upadać musieli, albo mniéj dogodne dla producentów ofiarować warunki. Dodajmy, że z żydem każdy z nas traktuje bez wszelkich ceremonij, patrząc pewności swojéj nadewszystko, a z panem bratem, zmuszony do zaufania, często go żałowałby potém. U naszych handlarzy rozbijał się wszelki dłuższy handel o podręcznych. Żydzi używają do tego ubogich, którzy ich ufność bardzo rzadko zawodzą. Nasza zaś klasa mogąca być użytą ku temu, żadnéj rękojmi w charakterze i sumienności nie daje, a nieopatrzna i niedbała o jutro, nawet własnym interesem nie daje się pohamować. Kapitaliści, zbyt wysoko stoją w swojém przekonaniu, aby się sami zajmować mieli szczegółami handlu, podręczni zaś, których używają, jak-eśmy wyżéj rzekli, najczęściéj są niesumienni.
Smutna, bolesna, ale czysta prawda.
To téż handle, u nas przedsiębrane, nigdy długo w ręku kapitalistów utrzymać się nie mogą, przedsiębierstwo po dwóch, trzech latach upada z uszczerbkiem na kapitale często, a przynajmniéj bez wielkich zysków. Daj Boże jeszcze, aby niewierny podręczny sprzedawszy w Gdańsku lub Królewcu pszenicę, belki, siemię i t. p. nie zachwycił pieniędzy i nie skoczył z niemi za granicę, kłaniając się nizko pryncypałowi, który go napróżno oczekiwać będzie — i to się trafiało.
Cale inaczéj postępują sobie żydzi; większa część kupców handluje z niewielkiemi kapitałami, oni tak właśnie handlują, jak na bursie, zakładają się à la hausse, à la baisse. Ze stu rublami faktor kupuje tysiąc korcy żyta, pięćset pszenicy, a gdy może po dziesięć groszy zarobić, odprzedaje drugiemu. Ten drugi składa się z kilku innemi na wypłatę należności. Czasem znowu, ubodzy bez funduszów żydzi, kupują samym zadatkiem towar za kilka tysięcy złotych, za kilkaset gotowych. Resztę gdy transport do miasta dostawią, opłaca bogaty żyd i zabiera do swoich magazynów w zakład towar, liczy sobie od pieniędzy procent, a przemyślne żydki szukają tymczasem, komu z zyskiem odprzedać.
Powiedzieliśmy, mały zysk im wystarcza, a że pieniądze w ciągłym są ruchu i nieustannie w obiegu przynoszą więcéj, niż myśléć można. Procenta, jakie żydzi opłacają swoim współwiercom od pożyczonych sum, są proporcyonalnie ogromne, ale to ich nie ustrasza. Kredyt czyni, że żyd nie mający kapitału nad sto rubli, handluje i zyskuje jak na tysiącu; gdyby się ograniczył kupowaniem tylko takiéj ilości, na jaką mu funduszów wystarcza, widzimy, jak niewielkie miałby zyski. Cały wiec rozum żydowskiego handlu zależy na wierze i assocyacyi. Gdybyśmy kiedy chcieli się wziąć do tego, ciekawa rzecz, gdziebyśmy znaleźli potrzebne zaufanie i ochotę do połączenia kapitałów i interesów. Każdy zapewne chciałby sam tylko korzystać, niktby drugiemu nie powierzył kapitału, a każdy znowu działając osobno i bez pewności pomocy od współhandlarzy, musiałby się ograniczyć niezmiernie mało znaczącym handlem.
To co do handlu pozwolonego i prawego; ale żydzi, zwłaszcza bliżéj granicy, przewodniczą także wielkiemu choć rozdrobionemu handlowi kontrabandy, przemycaniu. Pomimo licznych straży, obsadzonéj granicy, pomimo nieustannego objeżdżania jéj i niezmordowanego oka tamożennych urzędników, przemycanie nie ustaje i niém żyje mnóstwo ludzi.
Ono jest nawet uregulowane w pewien sposób, porządnie, i ci co się niém zajmują, mają zapewne środki pomocnicze, służące do przeprowadzania prawie niezawodnego towarów. Korzyści przemycania są tak wielkie, że utrata towarów kilkakrotna wynagradza się jedném szczęśliwém przebyciem granicy. Zwykle żydzi jadą od nas do Lwowa, lub innego blizkiego nadgranicznego miasta, za kupnem towarów zakazanych. Tam znajdują już usłużnych przemycaczy, z któremi robi się ugoda. Opłata wynosi pięćdziesiąt procentów, czasem więcéj. Kupiec nie daje za towar pieniędzy wszystkich, ale małą część tylko, jako zadatek, wybiera swój towar, a kontrabandzista umawia się dostawić go w pewne miejsce, gdzie wartość towarów i procent ma się opłacić.
Wielkość zysków może jedynie dodać odwagi przemycaczom, którzy życie, mienie i siebie samych narażają dla tego zarobku. Najciemniejsze nocy, najstraszniejsze burze, są chwilą dla przemycaczy najpomyślniejszą. Naówczas suchą granicą, laskiem przymykają się z jednéj strony na drugą. Ale wieleż to niebezpieczeństw, nim się przebędzie linią i po jéj przebyciu! Co chwila można być złapanym, a naówczas jedynym ratunkiem porzucić konia, wóz i towar, a samemu uciekać.
Naturalnie, zbliżając się ku granicy, rozmowa między podróżnemi toczyć się poczęła o handlu i o tém, cośmy tu wyżéj wzmiankowali. Już niedaleko od granicy, wypadł im nocleg w traktowéj karczmie, pełnéj żydów, bryk, koni i otoczonéj całym obozem ładownych furmanek.
Izba pełna była ludzi. U komina paląc fajki gwarzyli nad kwartą ludzie, których arendarz tajemniczo namawiał na poodsypywanie potrochu pszenicy z worków, wmawiając im, że tego postrzedz nie będzie można. Chłopki pocichu się zmawiali, a tymczasem dodająca ducha i odwagi kwarta krążyła. Pisarz doglądający transportu pił wiszniak za stołem i nic nie widział, za dymem fajki i wiszniaku. Daléj kilku Russkich targowało się o owies i siano, głośno krzycząc i hałasując na żyda. Była to ostatnia karczma nad pięćdziesiąt werstowną dystancyą — i ostatni żyd; Russcy obiecywali sobie jechać po nocy do pierwszego karaima w niedalekiéj wiosce.
Jeden żyd chodził modląc się po izbie, kilku w czapkach siedzieli za stołem, maczając kawałeczki chleba w trosze rozpuszczonych na miseczce jaj, z dodatkiem cebuli i odrobiny masła na skorupce od potłuczonéj miski. Wszyscy jednocześnie wystawiali rękę do wspólnego jadła i pożywali je z powagą i rozwagą szczególną. Odrobina téj strawy starczyła na nich wszystkich i była zapewne jedynym całego dnia posiłkiem.
Na południe kawałek chleba z solą i cebulą wystarcza. W szabas tylko jedzą więcéj i odważają się na kawałek mięsa lub gotowanéj ryby; resztę tygodnia wstrzemięźliwość i oszczędność żydowska jest prawie niepojętą. I to nam tłómaczy, jak małe zyski mogą wystarczać ludziom, co tak małém żyją. Każdy potrzebujący więcéj dla siebie, tém samém musi żądać większych korzyści z handlu, a w jednym interesie, przy równych zyskach, żyd zawsze chowa więcéj, bo mniéj go kosztuje życie. Strawa dzienna, gdyby ją Izraelita chciał sobie dobierać wytworniéj, kosztowałaby go daleko więcéj, niż nas, bo w proporcyą materyały są droższe, mięso koszerne, wszelki koszer nie bez zachodu i pewnych obrzędów otrzymywane, drożéj się daleko płacą niż pospolite.
Przybliżyli się do stołu. August poznał między żydami znajomego sobie kupca i pozdrowił go.
Stary żyd oddał ukłon od niechcenia i jadł daléj. Nigdy żyd nie ma tyle powagi, jak przy jedzeniu. Czuje on, co czyni, a że spożywa miły grosz, dumny jest tą abnegacyą, tą rozrzutnością swoją. Im kosztowniejszą jé strawę, tém więcej się nadyma i marszczy. I wistocie jest czego! Jeśli nie wierzycie, przypatrzcie się kiedy żydom siedzącym za stołem.
Gdy zjedli, usta otarli, miseczki pozabierano, obrus ściągnięto i pomodlili się żydzi, kupiec wyszedł z za stołu, przystąpił do Augusta włożywszy ręce za pas.
Poczęła się rozmowa; przeszli do alkierza, a choć Stanisław dobrze ucha nadstawiał, nie mógł jednak pojąć, jakim dziwnym sposobem wuj nakłonił żyda do opowiedzenia im swojéj historyi. Przechodziło to wszelkie oczekiwanie Stasia, który z największą ciekawością zasiadł słuchać powieści. Długo się żyd zbiérał, drapał, drożył, ale nareszcie, dobity szklanką mocnéj herbaty z rumem, która zupełnie grała tu rolę herbaty, ofiarowanéj przez Pana Niebieskiego Państwa, przy uroczystém posłuchaniu posłów; herbaty, za którą trzeba trzy razy klękać i dziewięćkroć bić czołem, — stary żyd począł jąkając się i oglądając niespokojnie:
— Co ja jasnemu panu ciekawego powiém? — odezwał się żyd po chwilce. — Jak ja się rodził? tak jak wszyscy się rodzą. Nu, a trzeba wiedziéć, ja się rodził w téj wsi co i Sawka, o którym pan wspomniał, mój ojciec był arendarzem Grafa, i ojciec mego ojca i naszego ojca i nasze dziadowie, bo ta karczma, to była w naszéj familii od dwóchset lat. I kiedy my raz popstrzykali się z tym P. Rządcą nowym, a on chciał nas wyrzucić, jak mówił, z bebechami, to my jemu powiedzieli:
— My tu byli, jak Waspana nie było, i będziemy, jak Waspana nie będzie. A tak się stało — bo P. Rządca wyjechał sobie prędko, jak my P. Grafowi wszystko opowiedzieli, co ón tu wyrabiał, a my zostali, i teraz jeszcze mój wnuk trzyma karczmę i młyn u Jasnéj panienki, która poszła za grafa Z....
— Moja matka jaka była kobiéta rozumna — mówił daléj żyd — osobliwość. Bywało, kto zajedzie do nas, to się z nią nagadać nie może. Ona wszystkich tak znała, a ją tak wszyscy szanowali! A kiedy gdzie pojedzie za handlem, po dworach, bo my zawsze handlowali wielkiemi partyami, to ją tak przyjmują, tak witają, i nazywali ją zawsze pani Lejbowa i herbatą częstowali. Mój ojciec to był uczony żyd, ón tak był nauczny, że lepiéj wszystko wiedział od rabina, ale za tą uczonością, z pozwoleniem jegomości, to tak zgłupiał, że sobie nosa nie umiał utrzéć i gadać zapomniał. A wszystko czytał w Gamurze i w Misznie i kiwał głową. Jadł tak mało, że za małe dziecko nie zjadł; a złe duchy tak go męczyli, dla jego wielkiéj nauki, że w nocy za próg karczmy nie mógł przestąpić, bo go zaraz chwytali. I raz byli zanieśli aż w staw pod młynek, co go ledwie wydobyli stamtąd nad rankiem wynalazłszy. Co to gadać o jego rozumie, kiedy starszy rabin z Brześcia przyjeżdżał do niego, i jak się z nim zamknęli nad książkami, to siedzieli dwie nocy i dwa dni, a kiedy wszedł mój starszy brat, to znalazł ich śpiących na książkach; bo z pracy byli posnęli.
I że mój ojciec był taki mądry, to ón nic téż nie robił, tylko czytał a kiwał się za stołem; a moja matka to i arendę brała i gospodarowała i handlowała, i pieniądze chowała i nam szpektorów przyjmowała, aż wyrósł mój starszy brat Dawid. Nas było z łaski bożéj dosyć, pięciu braci i trzy siostry. Siostry powychodzili za mąż, jedna do Berdyczowa, druga aż do Brodów za bogatego kupca, trzecia taki za tutejszego żyda. A były bogate, wzięły po trzysta rubli posagu.
Jak ja zaczął chodzić, a był szpektor do starszych, to mnie zaczęli potrosze uczyć. Nu, prawda, że dobrze uczył, ale bił po głowie mocno. A wszystkiego trzeba było uczyć się nabożeństwa, choć z książki, na pamięć, bo my liter nie znali, a już czytać musieli. Już tego nie zapomnę nigdy, jak bywało siedzi nas trzech bachurów za stołem w alkiérzu, jeden na kuferku, drugi na stołku, trzeci na beczce wywróconéj i drzemy się, a krzyczym, kto kogo zagłuszy. Szpektor sobie, my sobie, jeden od drugiego głośniéj, to taki gwar w izbie, jakby w niedzielę, kiedy się parobcy pobiją.
Póki był ja u szpektora, to ja nic nie robił. Nu, czasem siana rzucił dla gościnnych koni, wydał owsa, oberwał po grzbiecie od matki, od furmanów, ale to było tak jak nic, zabawka. Dopiero jam wyszedł na człowieka, jak mnie szpektor puścił, kiedy ja już wszystkie nabożeństwo umiał, a matka dała dziesięć rublów na handel.
— Zaczynałeś handlować a nie byłeś żonaty? — spytał August.
— Nie byłem jeszcze — odpowiedział. Moja matka była bardzo rozumna kobieta, ona wszystko robiła najmędrzéj. Ona i mnie mówiła — tobie, Hersz, czas ożenić się, ale poczekaj, niech się drudzy głupi żenią, ty handluj, a ja tobie bogatą żonę napatrzę. — A żona nie uciecze. To ja i handlował. A jak dostałem dziesięć całkowych, naprzód zacząłem myśléć, co ja zrobię z niemi; taki mnie strach brał, żeby ja ich nie stracił, — myślał ja kupić zboża — nu, a jak zboże spadnie? Myślał kupić krowę, a jak krowa zdechnie? myślał ja pożyczyć na procenta, a jak zginie i kapitał i procent? I tak siedziałem na progu i myślałem, aż matka wyszła, postała, popatrzała i zapytała:
— Co ty myślisz, Hersz?
Ja powiedział, a ona się roześmiała, bo była bardzo rozumna kobiéta — i mówiła mi:
— Ja widzę, że ty będziesz wielki handlarz, ale jak ty będziesz myślał i strachał się, to nigdy nic nie zrobisz. Twój ojciec mówił, że dziad, co był ubogi, dobił się pieniędzy wielkich handlując skórami; zacznij i ty od skórek.
— Od skórek — pomyślał ja — nu, dobrze, skórka nie zdechnie, nie jé, nie pije — a jak tanio kupię — będę handlował skórkami. Trzeba wiedziéć, że matka dała mnie starego konia, otóż ja zaprzągł go do biédki, i wiu hop — w świat za skórkami ruszył.
Zaraz niedaleko wioska Hrehorów. — W Hrehorowie owce padły, bydło padło, bo tam i pan hulał i ekonomowie hulali, a gospodarstwo szło, jak Bóg dał. — Stanąłem przed karczmą, koniowi zarzuciłem siana i wszedłem do arendarza, tamtemu to się dobrze działo! Co to on zarabiał dostawiając wszystkiego do dworu, a znosząc się z oficyalistami i kradnąc pana, tak, że ón ani widział. W lat dwa pobogaciał jak największy kupiec i miał bydła w zagrodzie kilkadziesiąt sztuk, a woły na brazie, i gorzelnią nie małą. Właśnie siedział na progu i w zębach dłubał kostką od ryby — przywitaliśmy się. Zacząłem go wypytywać — niéma co u was na przedaż?
Ón się zmarszczył, bo sam zawsze kupował wszystko wpół ceny.
— Nu, a co? — spytał.
Ja nie głupi, nie powiedział, za czém przyjechał. — Zboża, wódki? albo...
— Albo co?
— Cokolwiek na handel.
— Jedź do dworu — powiedział mi zimno — widzę, że się nie dowiem.
— Ja wam po szczerości powiem — odezwałem się ciszéj — ja nie wielki kupiec, wam szkody nie zrobię — ja chcę skórek kupić — ón skórkami nie handlował. Skórek? — rzekł śmiejąc się — nu, skórki są — powiedział — ja z tobą pojadę, tak i gadaj.
Wymawiałem się, żeby ze mną nie jechał, bo teraz między nami żydami to taki zwyczaj, że każdy coś od drugiego mało wiele musi wziąć, za faktorstwo, żeby był i bogaty; gdy narai kupno, pomoże do przedaży, to i sobie coś uskubnie. Ale widząc, że bez niego nic nie zrobię, poszedłem razem do dworu. — Weszli my do samego pana, ale nas do niego nie dopuścili i odesłali do komisarza, bo pan miał gości, komisarz także miał gości, odesłano do ekonoma, ekonom był pijany, kazał nam iść do gumiennego. Z nim my łatwo doszli sprawy, ón poszedł powiedziéć, że skóry bardzo popsute i pogniłe, ja jemu dałem za to rubla i kupiłem za pół ceny. Prawda, trzeba było jeszcze ekonomowi także dać i arendarzowi; ale ja za to dostałem skórek furę, kupionych, jak-em się nie spodziewał. A że pieniędzy nie miałem tylko dziesięć całkowych, umówiłem się, żeby skóry dostawili zaraz do miasteczka, gdzie resztę miałem dopłacić.
Nuż ja na biédę i do miasteczka, w targ z żydkami o skóry. Jak skóry nadjechały, oni mnie zapłacili i zyskałem więcéj niż grosz na grosz.
Teraz ja do matki pojechałem, a jaki szczęśliwy — tego ja jasnemu panu nie mogę powiedziéć. Co to pierwszy handel kiedy się uda, bo to i dobry znak i ochoty dodaje.
— Nu, a co Hersz? — spytała matka.
A ja nie bardzo wesołą minę zrobiłem:
— Nu już probowałem — odpowiedziałem.
— Straciłeś? — rzekła patrząc mi w oczy.
— Nie.
— A dużoś zarobił, pięć procentów?
Zrobiłem minę, aż się matka podziwowała.
— A gadajże, co zarobiłeś?
— Grosz na grosz.
— Ach! — a matka jak mnie pochwyciła, jak wzięła ściskać i poprowadziła do ojca, do braci. To ja musiałem im wszystko rozpowiadać i śmieliśmy się z goimów i weselili. Aż matka powiedziała: Kiedy tak, Hersz, tobie czas ożenić się, a ja tobie napatrzyłam żonę. Córka arendarza z Wielichowa, bogata, będzie miała 300 całkowych posagu i ty rozpoczniesz wielki handel. A przez rok albo dwa, to i mnie będzie lżéj, bo ciebie teść powinien z żoną utrzymywać.
Nic ja nie mówiłem, bo mnie posag skusił, ale moja żona, z pozwoleniem, wyglądała nie bardzo, ona była jeszcze młoda, a zdawało się, że stara, i chuda i żółta — ale u nas jak się żenić, to się żenić, aby się ożenić i ożeniłem się. Rok my potém siedzieli u teścia, póki wyszli na swoje gospodarstwo i wziąłem arendę w Jasnym stawie za trzecią część żoninego posagu.
Teraz już ja inszy handel począł — kupowałem tysiącami korcy żyto, pszenicę, zboże różne, wódkę, choć tysiąc, choć dwa tysiące garncy. A jasny pan spyta, jak to może być, kiedym ja tyle pieniędzy nie miał? Nu, prawda, ale u nas to tak się robi. Niech ja mam sto karbowanych, to ja kupuję za pięćset i za osiemset, i daję tylko zadatek. Z kontraktem jadę i odprzedaję z zarobkiem. Dadzą mnie trzy grosze, pięć od korca, mnie dosyć, ja jadę i kupuję w drugiém miejscu i tak daléj a daléj. Żyd swoje pieniądze ryzykuje dla małego zysku, nu, ale często zyskuje. Pierwszych lat ja nie siedziałem w domu, raz wraz na biédce od dworu do dworu latałem; jak zboże szło w górę, my kupowali; wiedzieli, gdzie który pan potrzebuje pieniędzy, jechali do takich, co łatwo przedają. A przytém i na arendzie zarabiałem, bo pierwszy kwartał, to już zgóry się zapłaciło, a reszta mięsem, łojem, kwitami, różnemi dostawkami do dworu, a na nich to zosobna trzeba także zarobić. Jasny pan myśli, że żyd głupi, niechaj tak, ale żyd umié pieniądze robić, żyd nie zyskał, czy tak, czy owak, wypłacze, wyprosi, wymodli, wykpi, a taki zarobi. Żyd z tego żyje. A na wsi z ludźmi, to inszy interes znowu; oni piją i im się daje na borg, a odbiera się zbożem, kurami, jajami, płótnem, skórami. Zarobek na wódce, na towarze, a jeszcze chłop za interes musi kosić na łące arendarskiéj, na polu robić, w ogrodzie, pojechać do lasu, parobkować w winnicy.
Jak się u mnie pierwszy syn urodził, ja już miałem może tysiąc rubli, może więcéj i pieniądze po ludziach i karczma zapłacona na pół roku naprzód i bydło i kozy, i konia, a taki i perły żony cóś warte i moja miedź, dwa kotły z czapką.
O tym czasie zdarzył się mnie wielki przypadek — wielkie nieszczęście. — Jeszcze ja, widać, nie był zewszystkiém rozumny. Zaczęli żydzi między sobą gadać, że wódka idzie w cenę. A u mnie było trochę swojéj i pieniądze miałem. Myślę sobie, kupię wódki, i zaprzągłem konia do wózka, a pojechałem o mil trzy, gdzie mówili u wielkiego pana była wódka na przedaż. Swoim zwyczajem przyjechałem ja do karczmy naprzód i rozpytałem się u arendarza:
— Wasz pan nie przeda wódki?
— Czemu nie przeda! — powiedział.
— Dobra u was?
— Czemu nie dobra!
— A jaki u was pan?
— Nu, a jaki ma być? Daj Boże takich panów.
Pojechałem do dworu. — Coś mnie nie spodobało się tam, ale ja sam nie wiedziałem czemu. Pałac był wielki żółty, wysoki jak nasza szkoła, a koło niego, waliły się budowle inne, śpichlerze, stajnie, stodoły, jedna w jeden, druga w drugi bok stały poprzechylane, popodpierane. Nim mnie dopuścili do pana, bo tu sam pan interesa robił, pogadałem ze szlachtą, czekając na niego w sieniach. Wszystkim był winien: temu dwa, temu trzy tysiące złotych. — Dobrze, myślę sobie, tanio przeda, potrzebuje pieniędzy.
Zawołali mnie do pokoju, pokłoniłem się do ziemi, jasny pan paląc fajkę chodził po pokoju, w boki się wziąwszy.
— Czego chcesz? — spytał mnie.
— Może jasny pan wódkę przeda?
— A masz pieniądze?
— Kto bez pieniędzy kupuje?
— Wiele chcesz?
— Choćby i trzy tysiące garncy?
— Po czemu dasz kwartę?
— Po czemu jasny pan chce?
— Ja nie lubię długo gadać, po srebrnym groszu.
— To nie może być. — Kto słyszał taką cenę, niech jasny pan powie sprawiedliwą cenę, ja się nie będę długo targować.
— Ostatnia cena po 6 groszy, chcesz bierz i pieniądze zgóry na stół.
Mnie coś piknęło i powiedziałem połowę pieniędzy.
— Niech połowę — rzekł pan — po sześć groszy.
— Po cztery. — I targ w targ, kupiłem po pięć, a wódka już dochodziła do dziesięciu.
Zawołali jakiegoś młodego, kontrakt pisać, a ón wszystko swemu panu coś poszeptywał z cicha, a pan jemu mówił:
— Pisz waćpan i kwita.
Siadł pisać i uśmiechał się i głową kiwał. Ja nie wiedział, co to miało znaczyć i pieniądze liczyłem na stole. Wziąłem próbkę, kontrakt i pojechałem. Wódki nie przedałem zaraz, bo spodziewaliśmy się, że więcéj jeszcze pójdzie w cenę. Ja sobie siedzę spokojnie, aż tu pierwszy termin transportu przychodzi, a wódki niéma. Już ja niespokojny, na wózek jadę. Przyjeżdżam, pana niéma, komisarz się śmieje i powiada: niéma wódki.
— A pieniądze? — zawołałem.
— Niéma pieniędzy.
— A co będzie?
— Nic nie będzie.
Ja w krzyk, a oni wzięli mnie i za drzwi.
— Jedź — rzekł komisarz — bo oberwiesz po grzbiecie.
— Oberwiesz po grzbiecie za swoje pieniądze, a wéj! — Ja w krzyk, do miasta po radę. A wszyscy mi mówią: zła sprawa, kontrakt nie ważny, ten pan wódkę sprzedał dawno. Musisz albo czekać do przyszłego roku, albo wszystko stracić może. Ja się tak rozchorował, że leżałem dwa tygodnie bez pamięci. Co to stracić tyle pieniędzy, to nie żart! Ledwie wyzdrowiałem, ja znowu do pana. Niéma sposobu, jak zaczął ja tam przecie odgrażać się i piszczéć i krzyczéć, tak komisarz powiada:
— Tu niéma rady; daj mnie co, ustąp, a ja się postaram, że tobie pieniądze będą oddane.
— Wszystkie?
— O! nie, musisz ustąpić — albo nic nie weźmiesz. Targ w targ straciłem na tym jasnym panu, tysiąc złotych; ale jak ón potém się ożenił, choć ja zakwitowałem, to póty płakałem, aż mnie choć w części musiał nagrodzić. Nu — ale ja drugi raz nie kupowałem tak u lada kogo i dobrze rozpytywał się u ludzi.
Mnie się jeszcze przytrafiło wówczas bardzo wielkie drugie nieszczęście.
Żona mnie umarła — a cóż robić? Ja się niedługo drugi raz ożenił i znowu handlował. Moi bracia porozchodzili się po świecie za handlami, także po arendach, a jak ojciec umarł, wziąłem arendę u jasnego grafa** — Matka była już stara i oddała mnie wszystko — ja wówczas nazywał się bogatym i był bogaty, u mnie nieraz graf pieniędzy pożyczał, i zacząłem handel wołami. Napróżno mnie matka odradzała, byłem taki śmiały, że niczego się nie lękałem, choć wówczas gadali o pomorku, nawet i ja gadałem, żeby drugich odstręczyć od kupna.
Jak pierwszy raz szedłem z wołami do Włodawy, spotkali mnie warszawscy kupcy w pół drogi, dawali po rublu na wole zarobku. Ja myślałem — to mało i nie zachciałem.
Przyszedłszy na granicę, aż strach co tam wołów zastałem a były i tłuściejsze i górniejsze od moich. Nu co robić, a tu kupcy nie dają tylko po pół rubla zarobku, a siano drogie i zaczynają gadać, że w Królestwie jeszcze droższe, a woły tanie. Mnie się żal zrobiło tracić, idę do Warszawy.
Wpół drogi dawali mnie za woły znowu zarobku po całkowym, mnie się zrobiło ochotniéj i szedłem daléj.
Nu, co jasny pan powié, zarobiłem bardzo piękny grosz, tylko wielka biéda, że tam każdy rzeźnik osobno bierze i osobno płaci za woły, a chcąc razem pieniędzy, procent trzeba ustąpić.
Pierwszy to ja raz wówczas byłem w Warszawie, strach, jakie miasto! Co to nasze miasta, śmiech przeciw niego! a jakie tam kupcy bogate! Jasny pan to wié, niéma co gadać.
— I cóż? — spytał August żyda, — całeż twoje życie takie było, handel tylko i handel?
— A! niechaj-no pan daléj posłucha.
— Przyznam ci się, żeś już dość moję ciekawość zaspokoił.
— Jeszcze ja mam co powiedziéć — rzekł, — jasny pan jeszcze i połowy nie słyszał.
Dalszy ciąg opowiadania żyda przetłómaczym czytelnikowi, nie chcąc go dłużéj męczyć, jak męczył podróżnych naszych powieścią, którą sami wywołali.
Handel Hersza szedł najpomyślniéj, i pomimo cząstkowych strat niewielkich, dorabiał się ciągle majątku, tracił bowiem w drobnych spekulacyach, w wielkich działał z całą przytomnością umysłu, na jaką się mógł tylko zdobyć. Przygoda z wódką nauczyła go nadal ostrożności, tak, że dając zadatek znaczniejszy dobrze naprzód opatrywał, w jakie się dostawał ręce.
Ale tak ciągle biegając za handlem, Hersz zostawiał młodą żonę, samą jedną, panią w domu, spokojnie zasypiając o nienaruszoną jéj cnotę. Trzeba wiedziéć albowiem, że u żydów złamanie wiary małżeńskiéj bardzo jest rzadkie i najsrożéj karane; a pomimo tego na Wołyniu, przez obcowanie poufałe z dość pod tym względem zepsutemi klasami pośredniemi, i żydzi nie są już wolni od zarzutu rozwiązłości. Między surowe przepisy ich prawa wślizgnęło się zepsucie jak wąż i usiadło ścieląc gniazdo. Nie myślał o tém jednak i nie zastanawiał się głęboko Hersz, którego umysł wytężony był nieustannie w jednę stronę, na wyszukanie zysków, zwiększenie majętności. Pani Herszowa była piękną jednakże, i co najgorzéj, wiedziała o tém dobrze. Ubrana czysto, w bogatych perłach na skroni, z przymrużonemi oczyma czarnemi, z rękoma w fartuszku, obuta w białe pończoszki i szafirowe trzewiczki; ilekroć zahuczało na drodze, wybiegała i nieraz niewiedziéć jak, dlaczego, gość, który był minął karczmę myśląc popasać lub nocować daléj, zawracał się do niéj, rozważywszy, że były chmury na zachodzie, lub mrok zbyt blizki, by mu dał dojechać do wygodnego o milę noclegu. Herszowa była wesoła, figlarna, umiała gości swoich bawić, umiała im usłużyć, i miała téż przysięgłych swych przyjaciół, którzy jéj nie mijali nigdy.
Zpomiędzy nich czułością swoją dla pani Herszowéj i częstemi odwiedzinami celował pan Jan Chwalczewski, młody, tęgi mężczyzna, właściciel wioski zadłużonéj w sąsiedztwie. Olbrzymiéj postawy, oczu czarnych na wierzchu głowy siedzących, okrągłych policzków, troszkę łysy, choć jeszcze młody gaduła i dowcipniś, choć bez dowcipu, lubił on towarzystwo, którém-by się nie trudził, w którém mógł wszelki wstyd i względy przyzwoitości zrzucić razem z kamizelką i surdutem. W domu hulał od rana do wieczora, ujeżdżając i zajeżdżając konie, wprawiając swoję muzykę złożoną z kilku chłopaków od kuchni i stajni, grających Bóg wié co i Bóg wie jak. Przy téj muzyce całe wieczory śpiewał piosenki najnieprzystojniejsze, których napamięć umiał liczbę niezmierną. Podobnych sobie dobrawszy przyjaciół, pił z niemi, śpiewał i latał w przegony na wychudłych szkapach. Pomimo najgorszego stanu interesów, pan Jan zawsze był weselutki, i gotów do hulanki. — Śmieli się z niego sąsiedzi rokując mu rychłą ruinę, on się śmiał z sąsiadów.
Przejeżdżając raz mimo wstąpił pan Jan do Herszowéj, wpadła mu w oko czarnobrewa, uśmiechająca się miluchno. Pożartowawszy z nią pół godziny pojechał, ale odtąd rzadki był dzień, żeby jego wyhasane konie nie zajeżdżały przed karczmę. Osobliwie téż zatrzymywać się przy niéj lubił, gdy męża nie było. Hersz gdy go zastał, nigdy się nie domyślił powodu częstych popasów, a płacony i przepłacany za owies, kontent był z odwiedzin jasnego pana. Herszowa coraz mu się poufaléj uśmiechała, i pan Jan nie w ciemię bity, przy mężu wstrzemięźliwszy był w umizgach.
Trwało to jakoś przez kilka miesięcy. Hersz na dłużéj niż zwykle wyjechał, a pan Jan z powodu złamanego koła cały dzień jeden w karczmie przesiedział. Zrana śmiejąc się wyjechał w wybornym humorze i z początku często, potém znowu rzadziéj bywał u Herszkowéj. Ona posmutniała, pobladła, wychudła, i zmieniła się widocznie. Niespokojna wybiegała często przed wrota, stawała, dumała, i równie niespokojnie powracała. Rzadko czoło jéj się rozjaśniło, gdy pan Jan przyjechał, ale on nie pokazywał się już tak często jak wprzódy. Hersz z drogi powrócił w wybornym humorze, zyskał wiele i zaczął spekulacyą nową, po któréj się złotych gór spodziewał, był to podrad na worki do magazynu wojennego. Napisał do brata w blizkiéj siedzącego karczmie, aby do niego przyjechał, chcąc się z nim podzielić przedsięwzięciem, którego sam dopełnić nie mógł. Zamknęli się nad rachunkami do osobnéj izby, i po dwugodzinnéj żwawéj rozmowie, wyszedł z niéj Hersz z czerwonemi policzkami, obłąkanym wzrokiem, sapiąc niespokojny. Żona zagadała do niego, nie odpowiedział. Domyślna kobieta pobladła, pojęła, że coś się stało, że mąż dowiedział się o czémś, zadrżała i bez siły prawie usiadła na ławce pod piecem. Hersz, chociaż tylko co powrócił, kazał niewyraźnym głosem zaprzęgać konie i wyjechał. Po głowie kobiety strach ogromnemi przelatywał skrzydły.
Zaledwie Hersz był za bramą, wyszła z izby i usiadłszy na wóz chłopski, kazała się wieść do wsi pana Jana.
Niech sobie czytelnicy wystawią scenę, jaką był jéj przyjazd.
Pan Jan jak zwykle, ucztował z przyjacioły; odzywały się skrzypki, a gospodarz grubym głosem zawodził karczemną mazowiecką piosenkę, gdy w dziedzińcu ukazała się zdyszana, biegnąca Herszkowa.
Wybiegł przeciw niéj gospodarz, poznawszy ją przez okno, ale nim usta otworzył, któremi miał żart jakiś bezecny wyrzucić, ona go pociągnęła za suknią.
— Wielkie nieszczęście — zawołała, — wielkie nieszczęście, niechaj pan posłucha.
— No, to gadaj.
— Tu nie można, tu kto posłyszy.
Pan Jan wprowadził ją do osobnego pokoju w oficynie.
— Nu i cóż? — zawołał.
— Mój mąż! mój mąż wié o wszystkiém, ón mnie zabije!
— Cha! cha! cha! — zawrzał gospodarz — A! jaki z ciebie tchórz! Cóż, wybił cię?
— Jeszcze nie, ale jemu brat powiedział, ón wié, pojechał do miasta po podrabina. Oni mnie zabiją, ja wiem. A! panie, broń mnie!
— Cóż ja zrobię na to? — zimno, wpół żartobliwie jeszcze, spytał zagadniony.
— Ja się ochrzczę, niech pan mnie chowa. — I to mówiąc, a posłyszawszy szelest, rzuciła się krzycząc w głąb izby.
Jeśli kto, to pan Jan był w niemałym kłopocie. Czoło mu się zmarszczyło, usta nadęły i obróciwszy się do Herszkowéj, rzekł:
— Dajże ty sobie pokój i ruszaj stąd, bo ja ciebie nie chcę znać i o niczém wiedzieć. Będzie kłopot, na co mnie to?
Żydówka osłupiała, posłyszawszy.
— Co? — zakrzyknęła — co?
— No cóż? idź sobie i po wszystkiém — rzekł pan Jan, — idź sobie jak-eś przyszła, bo ja ciebie nie przyjmę.
— Pan mnie nie przyjmiesz? — zawołała głośno — pan to śmiesz mówić? pan, ty jesteś tak podły?
— Ja! podły? — zakrzyczał pan Jan.
— Ty, podły, ty musisz mnie przyjąć; bo nie wiesz, co zrobię, co ci zrobić mogę?
Tchórz jak wszyscy, udający wielkich zuchów, na te słowa wyrzeczone śmiało i stanowczo, pobladł i zmieszał się hulaka.
— Ale bo, ale ho, — zaczął bąkać powoli, bo moja kochana Herszkowa, cóż ja z tobą zrobię!
Ona nawzajem teraz dziwiła się odmianie jego głosu i miny.
— Co? — rzekła — daj mi odzienie inne, ja się ochrzczę i będę twoją.
Tu znowu w głos się zaśmiał pan Jan.
— Jak to?
— Albo-żeś nie mówił, że mnie kochasz? Alboś mi na wszystkie twoje świętości nie przysięgał? — Alboś mnie nie namawiał, żebym dom i męża opuściła? Masz mnie i musisz słowa dotrzymać.
To mówiąc zrzuciła perły z głowy, załóżkę, chustki, i wołała o suknie inne.
Pan Jan osłupiał i nie wiedział co począć, wstydził się rady zasięgnąć u przyjaciół, nie pojmował, jak sobie postąpić.
Ale nieco podbity zapałem żydówki, poruszony, pobiegł, aby swych przyjaciół pozorem interesu wyprawić, i namyślić się, co miał czynić. Zaledwie wybiegł, Herszowa zatrzasnęła drzwi i zamknęła się na klucz w pokoju.
Wróćmy do Hersza. Wistocie on już wiedział o swojém nieszczęściu, ale nie mając z drugą żoną dzieci, przedsięwziął się rozwieść i na tém skończyć, pojechał więc po kartkę rozwodową, nic więcéj. Wróciwszy nie zastał żony. Napróżno dopytywał się, co się z nią stało, nikt nie wiedział. Niespokojny, sądził, że do rodziców odjechała, gdy wieczorem chłop mu powiedział jakiś, że jego brat odwiózł ją do pana Jana i tam zostawił. Na tę wieść Hersz, któremu dopiekł wstyd, że z jego domu uciekła żona, aby się wychrzcić, jak szalony poleciał po nią. Ale go zbyto niczém, pan Jan zaparł się i wyprzysiągł, że jéj nie było, opowiadał, jak zaraz daléj pojechała, niewiadomo dokąd, wyprosiwszy tylko konie u niego. Hersz poleciał wywiadywać się daléj, rozesłał żydków; żadnego śladu nie znaleźli. Wrócili więc czatować, pilnować i śledzić wkoło domu pana Jana, a tu łatwo od podpojonych dowiedzieli się ludzi, że jakaś kobieta, któréj sam pan jeść nosi, ukrywa się w osobnym pokoju oficyn.
Tego tylko potrzeba było żydom; gorliwi o to, aby się jéj nie dać ochrzcić, zmówili się o wykradzenie i wywiezienie daleko, aby śladu o niéj nie powzięto.
Tymczasem ona siedziała dni kilka w osobnéj izbie, a przy niéj często, niemal ciągle przebywał pan Jan. Zepsuty ten człowiek, nie wiem jakim sposobem, uczuł obowiązek zajęcia się nieszczęśliwą; obcując z nią, słaby, dał się uwikłać jéj czarnym oczom i pięknéj twarzyczce, więcéj niż szczeremu przywiązaniu do siebie. Co dzień bardziéj zaprzątniony nią, nie wiedząc, co z tego daléj wyniknie, grzązł w związek bez imienia i celu; nie pojmując, na czém się on skończyć będzie musiał. Przywołany ksiądz tajemnie uczył Herszową i przygotowywał ją do chrztu, którego pragnęła, aby się uwolnić od dawnych obowiązków. Zmienił się znacznie, a dla swych przyjaciół do niepoznania. Jan zamyślony, chodził smutny i nie wiedząc co począć, i (czego w życiu nie czuł potrzeby i przyczyny) nawet wzdychał. Wstydził się siebie, swéj namiętności, bał się przyszłości, a nie umiał jéj zapobiedz i wyrwać się zakochanéj żydówce. Ją także dni kilka niesłychanie zmieniło, rozwaga weszła do głowy, a nauki duchownego skutkowały tak, że przysięgła nie dać się do siebie zbliżyć Janowi, póki ją z nim ślub nie połączy. Cóż powiecie na to? Ten upór, to stałe postanowienie jéj, zamiast odstręczyć, przywiązało jątrząc namiętnego człowieka. Chciał koniecznie dogodzić żądzy, nie mógł; napróżno ją łudził słowy, pieścił, przymilał się, prosił, stała w postanowieniu żydówka odpychała go, a stawiąc księdza między sobą a nim, zbijała go zupełnie z drogi.
Pan Jan przyszedł do tego stopnia rozjątrzenia i namiętnéj żądzy, iż w duchu już myślał się ożenić, chociaż sam tego jeszcze głośno przed sobą nie wyznawał.
Dzięki sługom, żydzi dowiedzieli się o dniu, w którym pan Jan z dwoma ludźmi wyjechał do blizkiego miasteczka i w niém miał nocować. Spisek już dojrzał, postanowili téj nocy wykraść Herszowę. Hersz sam, dwóch jego braci, i kilku innych, zgromadzili się w niedalekiéj karczmie, czekając zmierzchu. Z przebiegłością żydowską przygotowali się do wykradzenia. Trzy razem bryki podjechać miały pod wieś i każda w inną stronę cwałem leciéć, uwożąc żydówki, które bronić się i szarpać powinny były. Przeznaczona dla Herszowéj buda ogromna, zapięta na wszystkie strony, zawalona próżnemi pakami, miała ją dowieść tylko do traktu i traktem powoli noga za nogą się ciągnąć.
Nadeszła noc — żydzi pocichu podkradli się pod oficyny, dwóch ich stanęło pode drzwiami, dwóch pod oknem — czekali, aż światło zagaśnie. Około północy wyszedł ktoś z izby, to był stary duchowny, co ją do chrztu przysposabiał, puścili go żydzi poznawszy. Po jego wyjściu zaryglowała się Herszowa i światło zagasiła. Natychmiast poczęto okiennice pocichu odpiłowywać, aby przebudzona krzykiem nie zwabiła ludzi. Odjęta okiennica, nagle wybite okno, wskoczyli żydzi i nim rozespana żydówka miała czas zawołać o pomoc, zabito jéj chustką gębę, porwano, rzucono w brykę, konie zacięto, trzy razem bryki ruszyły na trzy trakty i zniknęły śród nocy.
Pan Jan nie wiem czemu i dla czego nie nocował w miasteczku, rozpuściwszy swoje cztery chude szkapy, które latały jak szalone, galopował do domu; dzwoniąc i brzęcząc kółkami i dzwonkami chomątów. Stanął u oficyn, zastukał — cisza. Zaszedł od ogrodu, aby zajrzéć wewnątrz sercem okiennicy. Lecz potknął się o nią leżącą na ziemi, okno znalazł otwarte, wszedł do izby, widoczne były ślady gwałtownego porwania. Zawołał o światło na ludzi, i dobitniéj jeszcze przekonał się ze śladów, iż dwóch jakichś ludzi żydówkę pochwyciło. Wnet przypasał szablę, wziął pistolety i niedając czasu rozmysłom, któreby go niechybnie tchórzem zrobiły, rozkazał zaprządz drugą czwórkę, a dopadłszy śladu na drodze, ruszył co konie wyskoczyć mogły w pogoń. Trafem szczególnym, nie pojechał na żadną z dróg, któremi popędzili żydzi umyślnie wysłani, na stropienie go i zbicie, ale trafił na ślad bryki, która ku traktowi ruszyła. Już się na brzask miało, gdy kozak ujrzał wlokącą się po piasku gościńcem brykę, któréj śladu się trzymali. Natychmiast obskoczyli ją. Pan Jan z pistoletem przyskoczył do furmana, furman rzucił lice i uciekł w las, dwóch żydów także zerwało się i nie czekając dłużéj, zemknęli.
Kozak, furman i pan, rozdarli płócienne nakrycie bryki, ale w niéj znaleźli tylko kontrabandę, pospolicie zwaną pekele. Wcale nie tego potrzeba było panu Janowi, ruszył więc rzucając ją, i daléj w pogoń; lecz dzień cały gonił napróżno i noc go napadła, gdy przeprzężonemi na poczcie świeżemi końmi, dostawszy języka o żydówce, którą wysadzano gdzieś tajemniczo z bryki do karczmy, pojechał daléj.
Ściemniło się zupełnie, a noc była chmurna, jak mówią po prostu, choć oczy wykól. I można było nie tylko wykłóć oczy, ale zabić się, tak przeraźliwie było ciemno i wiater dął zimny, wilgotny, przeszywający. Jednakże nasz zapamiętały rycerz nie ochłódł, nie ostygł i nie wrócił się. W ciągłym zapale się utrzymując leciał a leciał. Nagle, o północy może, posłyszał przed sobą: — Wiu! wiu! na furmańskie — i ujrzał bielejącą brykę krakowską i sunącą się powoli piaskiem. Podbiegł ku niéj. Bryka ruszyła prędzéj, on za nią. — Stój! — Nie stają, a zacinają koni. Pędzi, aby ją przegonić, rozpoczynają się wyścigi, ale konie furmańskie do nich nie zwykle, piasek po kłódki, a pocztowe wysilają się. — Wkrótce równa się pan Jan z bryką, wyskakuje i chwyta zuchwale za uzdę konia, pociągniony z nim, strzela i bryka się zatrzymuje. Kozak wpada na woźnicę. — Żyd jeden wymyka się w las, drugi unosząc na ręku coś białego, za nim się ciągnie, postrzeżony, wstrzymany, i obalony, rzuca ciężar. Zbliża się ku niemu pan Jan; ale nic dojrzéć nie może.
Jest to ciało kobiéty — ale nieruchome, jak nieżywe. Usta obwinięte chustkami. To ona! Żydzi pouciekali — trzeźwi ją, przenosi na swoję bryczkę i uwozi odzyskaną.
Hersz szczęśliwie uciekł do lasu i nazajutrz jakgdyby nigdy nie jeździł nigdzie, spokojnie siedział w karczmie, modląc się na biblii. Herszowa została wielmożną jejmość panią Chwalczewską; bardzo przyjemna kobiecina, powiadają sąsiedzi; szkoda tylko, że dla niéj, wszelkich stosunków zaparłszy się nowy mąż, w końcu ustatkowawszy się i wiernym zostawszy małżonkiem, rozpił się i z pijaństwa umarł. Ale to już do historyi Hersza nie należy, i my do niéj powrócim.
Bohater nasz szczęśliwy do handlu, ale w małżeństwie nie fortunny, głęboko się namyślał, co miał począć z sobą. — Nie żenić się nie mógł — prawo mu zakazywało tego; żenić się lękał, bo pierwszą żonę miał nie po sercu, a drugą — o drugiéj już i nie wspominał nawet. Trzeba się było ożenić i wybrał ubogą żydóweczkę nie piękną, nie brzydką, spokojną, pokorną, którą zaślubił po utracie niewiernéj.
Ale cóż? jak dotąd wiodło mu się w handlu, tak teraz tracił a tracił. Kupił zboża dość drogo, zboże nagle spadło z ceny. Niespokojny, wyprzedał się ze stratą; w tydzień podniosła się cena, wyżéj niżeli była. Hersz rwał włosy z brody i z głowy. W gorzelni miał najgorszy wydatek, na woły brażne napadła zaraza i wyzdychały w połowie, w połowie chude wyprzedał prawie za nic. Taki cios dla żyda trudny był do przeniesienia. Hersz skapcaniał wprzód jeszcze, nim zubożał, opuścił się, i chodził jak nie swój, milczący, zadumany, smutny.
Żyd w takiém położeniu będący, blizki jest albo pójścia z torbą, albo zrobienia wielkiego majątku. Jedno z dwojga, albo przestanie probować szczęścia, albo wysilony ostatkiem odwagi, rzuci się na ogromną ryzykowną spekulacyę.
Tak właśnie zrobił Hersz, który nie utracił ze wszystkiém nadziei. Miał on jeszcze pieniądze dość znaczne i pomimo strat, miał się nieźle. Żyd jeden, którego znał od dawna, zaproponował mu kontrabandę, skupienie wielkiéj ilości towarów w Galicyi i wwiezienie ich do kraju potajemne, gdzie rozkupione natychmiast do Dubna, Łucka, Włodzimierza być miały.
Hersz przyjął propozycyą od razu, złożyli się na sumę potrzebną i biédką jednym koniem ruszyli ku granicy, wziąwszy paszporta w głąb Rosyi, aby się nie domyślano, dokąd pojechali.
Wołyń graniczy z Galicyą, w niektórych miejscach nie będąc od niéj oddzielony, ani rzeką, ani trudném do przejścia błotem lub trzęsawicą, lecz tylko zaroślami gęstemi, środkiem których wązka tryba przecięta.
Gęsta wprawdzie straż pilnuje przesmyków, ale w ciemną noc, z pomocą ludzi świadomych miejscowości i wprawnych, łatwo się przekraść na drugą stronę. Kilka kroków tylko i jesteś już pod inném prawem, pod rządem innym.
Hersz ze swoim towarzyszem zajechali na nocleg do wsi najbliższéj granicy. Nie zajechali oni do karczmy, ale pociemku i pocichu dopytali się chaty chłopa, który się zwykle trudnił przeprowadzaniem kontrabandystów.
Stary Jow siedział u ogniska i kurzył tytoń, gdy weszli. Chata jego na oko nie różniła się od innych, lecz wewnątrz przypatrzywszy się postrzegłeś ślady ukrywanéj zamożności. Kilka naczyń miedzianych tam i siam porozstawianych, na szyi żony bogatsze sznury korali i krzyż bronzowy świecący; u niego fajka drewniana wyrabiana, koszula z płótna cieńszego, buty na nogach, pas nie domowéj roboty.
Gdy żydzi weszli, powrócił głową i popatrzył na nich.
— Ot już czort niesie żyda, — rzekł pocichu, nie będzie nocy spokojnéj.
Żydzi kłaniali mu się, a towarzysz Hersza szeptał, kto go przysłał.
— Dobrze, dobrze, — rzekł chłop — już to jakoś będzie, a co dacie?
— Nu, a co ty chcesz?
— Wy idziecie z wielkiemi pieniędzmi — mówił Jow.
— My! a wej!... — zakrzyknęli żydzi oba pobladłszy — my nie mamy, tylko to co tobie dać, czy szalone wieść z sobą pieniądze.
— Nu, a ja to znam, że wy macie pieniądze — rzekł Jow podpalając fajkę — gadajcie, co chcecie. Jest was dwóch, po pierwsze, ty, — wskazał na Hersza, — masz trzos na brzuchu, a ty — rzekł do drugiego, — pewnie podwiązki tłuste.
Żydzi pobledli.
— A czego się boicie? ja was nie obedrę — rzekł Jow, — mnie ludzie znają; ja sprawiedliwy człowiek. A co dacie?
Żydzi się naradzili.
— Damy dwa czerwońce, — rzekli — to więcéj niż wszyscy dają.
— Dacie cztery, — rzekł chłop.
— Ani grosza jak trzy.
Jow milczał, zapalił fajkę na nowo, usiadł pod piecem i powoli powiedział:
— Niby to ja nie wiem, że wy dać musicie, a jak nie dacie, to ja się nie ruszę krokiem.
— A to my wolim wrócić do domu — rzekł Hersz.
— Dobréj nocy wam, idźcież sobie z Bogiem, a dajcie mnie pokój.
Żydzi szwargotali znowu, Jow fajkę palił i drumkał pod nosem i ognia poprawiał.
— Nu, co z tobą robić, — rzekł Hersz — damy, a chodź i prowadź.
— Dawajcież na stół.
— Jak przeprowadzisz.
— E! czy to ja mołokosos czy co? Ja nigdy inaczéj nie idę, aż pieniądze żonie oddam wprzódy. Wola wasza. A jak ja was przeprowadzę, gdzie ja was będę szukał?
Nareszcie namyśliwszy się, żydzi dobyli czterech oberżniętych dukatów, i położyli na kominie. Chłop spojrzał i nie wziął.
— Nu, a co nie bierzesz? — rzekł Hersz.
— Kulfony! — powiedział chłop.
— A! wej kulfony, — zawołali żydzi, — to najlepsze nowe dukaty. — Ale napróżno gadali, musieli dobyć lepszych. Dopiero się Jow udobruchał.
— Prowadź-że nas, prowadź, noc ciemna.
— Co wy wiecie kiedy prowadzić? — śmiejąc się Jow odpowiedział. — Nad rankiem choć nie tak ciemno, ale straż śpi najlepiéj i bezpieczniéj. Odpocznijcie wy tymczasem.
Musieli się żydzi zgodzić na to, radzi nie radzi. Jow tymczasem, wódką ich, dla dodania serca, poczęstował, jajami nakarmił, a sam wziąwszy czapkę wyszedł z chaty.
Żydzi pokładli się spać na ziemi.
Gdy ich skrzyp otwierających się drzwi przebudził, krzyknęli z przestrachu i porwali się na nogi. Przed niemi stał Jow, ale nie sam, ze strażnikiem granicznym, który fajkę zapalał.
— Gdzie te żydy? — spytał strażnik.
W żydach duchu nie stało.
— Śpią tutaj.
— Już czas, — rzekł strażnik.
— Pójdziemy, — zawołał chłop.
Żydzi jak martwi nie odzywali się.
— Ot, — mówił Jow do nich, — tak najlepiéj będzie, pojdziemy z panem strażnikiem razem, on najlepiéj przeprowadzi; a to nie wiele będzie kosztować.
I śmiał się z przestrachu żydów, których ledwie przekonać mógł, iż im pan strażnik nic nie zrobi. Nad rankiem byli już w Galicyi.
Ale to dopiero połowa i najłatwiejsza połowa wyprawy dopełniona była; przejść do Galicyi najłatwiéj, chodzi o to jak wrócić i jak przewieść towary. Żydzi wiedzieli dobrze, że płacąc pięćdziesiąt procentów, można dostać towary przewiezione już na naszę stronę, bez wszelkiego frasunku; ruszaj tylko w konie i strzeż się sprawnika lub strapczego, żeby o nakładne świadectwo i o plomby nie spytał. Ale żydom chciało się być mędrszemi od mądrych. Porachowali oni, że opłacając przewodnika, strażnika, opędzając koszta wszelkie, nie wyekspensują nawet dwadzieścia pięć na sto. Umyślili sami przekradać kontrabandę, i zatrzymawszy Jowa przy sobie, a umówiwszy się ze strażnikiem, któremu dobrze zapłacili, a więcéj jeszcze obiecali, poczęli kupna swoje.
Po akcencie, po ubiorze, po gatunku monety, jaką z sobą mieli, poznano ich łatwo we Lwowie, że są z Wołynia, nie trudno téż było domyślić się, po co przyjechali, zwłaszcza gdy choć pocichu i ostrożnie, sprawunki robić poczęli. Natychmiast mnóstwo przemycaczy jęło im się stręczyć, do przeprowadzenia towarów przez granicę. Żydzi odpowiedzieli, że nie jadą do Rosyi, kontrabandy wieść nie myślą i posługi niczyjéj nie potrzebują. Poczęto śledzić i dośledzono, skąd są i za czém. Jow, którego z sobą mieli, po części się wygadał, po części dał się domyślić prawdy, którą niezgrabnie ukrywał. Tymczasem żydzi chodzili po kupcach i robili sprawunki, radzi, że im się bardzo tanio udawało nabyć towary.
Jow siedział tymczasem u komina gospody i fajkę palił spluwając i klnąc pocichu, brał wprawdzie po reńskim na dzień, ale go korciło do domu.
Nareszcie pokupki zostały pokończone, upakowane, żydzi siedli na brykę z Jowem i ruszyli zupełnie w przeciwną stronę. Nie zatrzymując się nigdzie u karczem, nie gadając z nikim, zawrócili ujechawszy dobry drogi kawałek, nazad i manowcami, które Jow znał doskonale, skierowali się ku granicy, w toż samo miejsce, gdzie raz już nocą się przekradli. Chłop wysłany naprzód po strażnika, zostawił żydów samych jednych na bryce siedzących i dzwoniących zębami ze strachu, bo noc była ciemna i na krok przed końmi nic rozróżnić nie podobna. Dobra godzina upłynęła, nim Jow zasapany powrócił.
Strażnika, z którym uczyniona była umowa, nie znalazł i kazał żydom jechać, wołając:
— Nie bijte sia, nie bijte! Sam przeprowadzę!
Żydzi marli ze strachu, trzęśli się, ale nie było co począć, musieli się na Jowa spuścić. Zbliżyli się ku linii granicznéj. Straże gdzieś pod krzakami spały, a deszcz lał coraz mocniejszy, przemknęli się bez szwanku na drugą stronę, przejechali jakoś lasek i wybrawszy się na pierwszy gościniec, Jow usiadł do bryki, zacięto konie — polecieli.
Ale zaledwie z miejsca[1] — błysnęło, dał się słyszéć wystrzał, ruch na linii, tętent koni; żydzi pomarli z bojaźni, Jow zaciął konie rachując trochę na ciemność, trochę na swoje szczęście — i daléj.
Za niemi krzyki, pogoń, wystrzały, Jow ciągle zacina konie i jedzie, żydzi już chcieli wszystkiego się wyrzekłszy, uciekać, ale nie było sposobu; bryka przewracając się po rozmytéj od deszczu drodze, toczyła się szybko naprzód. Po pewnym upływie czasu, pogoń w tyle pozostała, żydzi odetchnęli, Jow jednak nie przestał koni zacinać i pędzić. Tak w największym strachu dojechali do jakiéjś wsi, w którą wleciawszy chłop, prosto zawrócił na podwórko, do stodoły.
— Gdzie ty jedziesz? gdzie? — zakrzyczeli żydzi.
— Siedźcież cicho, żydy! — odpowiedział złażąc z bryki Jow, zrzucając co prędzéj towary, — i nie puszczajcie głosu.
Nadszedł drugi chłop, poczęli się naradzać i kazali żydom zrzucić kontrabandę w słomę.
— A bryka, a konie? — niespokojny spytał Hersz.
— Tu niéma co robić, tylko chcecie być cali, to słuchać mnie, pogoń za nami. Wyrzucajcie co jest z bryki, a konie zaciąwszy puścić ku granicy, jak złapią, zadurzą się i może nam dadzą pokój. Inaczéj my przepadli.
Zmuszeni słuchać Jowa, żydzi wzięli się do zrzucania paczek w słomę, a zaledwie się uprzątnęli, chłop siadł na wóz znowu, i poleciał. Długo siedzieli w stodółce, czekając na niego, miało się na dzień dobrze, gdy pieszo, zmęczony, ocierając pot z czoła, przywlókł się Jow do nich.
— A konie, a bryka? — zawołali żydzi.
— Na tamożni, zabrali strażnicy, chwała Bogu.
— Jak to? chwała Bogu!
— Lepiéj stracić konie i brykę, niż towary, teraz najmijcie konie i wieźcie pekele, a nam płaćcie.
— Jeszcze tobie zapłacić! Jeszcze tobie zapłacić! a konie! a wóz?
— Ja ich nie wziął!
— A kto wié, czy ty ich nie wziął!
— No! no! — odparł Jow zapalając fajkę, — nie gadajcie, nie gadajcie, a zapłaćcie i mnie i kumowi, co stodoły pozwolił; a nie...
— A nie, to co? — zawołali żydzi.
— A nie, to pójdziem po strażników. Ot, tutaj w karczmie dwóch jest.
Żydzi potruchleli, nuż w targ z chłopami i jakoś skończyli. Teraz trudność najęcia podwody, bo lada kogo nająć nie można, aby nie wydał po drodze. Jow tedy znowu poszedł najmować fury, i szarym mrokiem porannym żydzi wyjechali z wioski, kierując się na Boremel, Nieśwież ku Łuckowi. Byle dopadli miasta, mogli już być spokojni; towary pochować było łatwo. Ale tu cały dzień drogi przed niemi, a w dzień jechać niepodobna. Sami chłopi poradzili, zajechać do lasu, w gęstwinę i tam do drugiego zmroku przestać. Tak się i stało. Jow pożegnał śmiejąc się, żydów, zdając ich na ręce nowym przewodnikom. Niedaleko odjechawszy, gdy rozedniało, zawrócono w dąbrowę gęstą, opodal od drogi.
Żydzi znużeni całonocną niespokojnością, pokładli się na ziemi i poczęli usypiać, chłopi spętawszy konie, posiadali u ognia i zabrali się do gotowania obiadu. Tymczasem deszczyk pruszył gęsty, dąbrowa szumiała i zdaleka tylko dochodziły podróżnych głosy przejeżdżających traktem pocztowych powozów i bryk kupieckich.
Posiliwszy się, chłopi także widząc, że konie na bujnéj trawie spokojnie się pasą, pokładli się spocząć — nakrywszy od deszczu siermięgami. Nagle, zbudził ich i żydów, dosyć głośny śmiech i wykrzyk.
— A nu! na nogi!
Wszyscy się przestraszeni porwali.
Jakiś jegomość w płaszczu z futrzanym kołnierzem, w czapce z czerwoną obwódką (co było znakiem najfatalniejszym) z cybuchem krótkim w ręku, z szablą w drugiéj, stał koło bryk, poglądając na nie okiem wprawnego znawcy. Oblicze tego jegomości zwiastowało dowodnie, że to był asesor, który aż w głąb lasu wziąwszy ślad za poimką się wybrał.
Na ten głos: A nu na nogi! żydzi naprzód pomyśleli uciekać, ale widząc samego pana asesora, wstrzymali się i mrugnęli na chłopów. Ci dorozumieli się, o co chodzi, i pobiegli za końmi.
— Nie myślcie darmo uciekać — zawołał śmiejąc się jeszcze raźniéj urzędnik, — bo tu są ludzie moi niedaleko i czekają tylko znaku, to pochwycą was i pekele wasze pobiorą razem, a nim słońce zajdzie, będziecie pod dobrym kluczem w turmie.
— Pekele! pekele! — zawołał żyd jeden odważniejszy. — Albo my to wieziemy pekele, albo co? My jedziemy po obywatelach z towarami.
— Anu! a tak — dodał drugi.
— A waść co za jedny? — dodał żyd pierwszy.
— Zaprzęgaj konie! — krzyczał Hersz.
— Ja moi kochani żysiowie — rzekł cierpliwie asesor — jestem wiecie kto, bo mnie znacie i ja was znam. Wy zaś wieziecie kontrabandę ze Lwowa, wczoraj przekradliście się nocą przez granicę, brykę waszę próżną złapali, nocowaliście w stodole u chłopa za Boremlem, najęliście konie. — Wszystko wiem. — A nie myślcie uciekać, bo moi ludzie blizko. Tylko nie chciałem ich tu prowadzić, myśląc że z wami po ludzku się ułożę i puszczę was, ale kiedy myślicie mi tu...
Nie kończąc odwrócił się, żyd przyskoczył.
— Jegomość, nu! nu! dajcie pokój — pogadajmy!
— Ot tak, i będzie zgoda!
Poszli i począł się targ, ale nie uszedł żydom na sucho, broniąc się od poimki musieli zapłacić pięćdziesiąt rubli srebrem i dać nowiuteńkie futro szopy, a dodatku sukna na pokrycie. Odebrawszy swoję należność, urzędnik znikł w gęstwinie, a żydzi zostali z pospuszczanemi nosami, drapiąc się po głowach.
Nie było czego czekać, pozaprzęgano konie, ruszyli; lękali się, aby ich kto nie napędził znowu. — Zmierzchem przebrali się na Nieśwież, Korszów, Gródek, do Kozińskiéj karczemki i tu dopiéro odetchnęli spokojniéj, widząc się blizko Łucka! — Poszli napić się sami wódki i poczęstować ludzi. Deszcz ciągle kropił i zmierzch padał.
Po oślizłéj i zatoczystéj drodze, puścili się daléj, mijając Zaborol. Tu u murowanéj karczmy, znowu stali wytchnąć koniom, bo szkapy niewiele karmione, pomęczyły się były zupełnie, ciągnąc dość wielką wagę. Łuck już był pod bokiem, o pięć werstw, mimo tylu przygód i tylu opłat, żydzi rachowali swoje zyski i śpieszyli niespokojnie do miasteczka. Po ciemku posunęli się znowu zgóry na górę rżnąc się po kolejach błotnistych. — Na grobelce, którą zowią czortkiem i nie darmo, bo ją tam czort cały posadzić musiał, dla zniecierpliwienia podróżnych, konie w gęstszym niż gdzieindziéj błocie ustawać zaczęły wyraźnie. Z tyłu dał się jak na złość słyszéć dzwonek pocztowy i wołanie pocztyliona.
Żydzi powstali na nogi, pochwycili baty od chłopów i nuż po koniach bić. Nareszcie wydobyli się z błota i pokłusowali. Na lżejszéj drodze, wstąpił szczęściem duch w konie, Łuck był blizko, świecił przed niemi, błyszczała woda rozlanego po ługach Styru, bielały mury kościołów.
— A nu! a nu! — Jadą co konie mogą wyskoczyć, za niemi ciągle pocztarski dzwonek, co ich dreszczem przejmuje.
Jeden drugiemu szepcze:
— Może to asesor?
— Może asesor.
Spuszczają się z góry, przez rozlazłą kałużę przebierają, już są u mostu Kraśniańskiego, a za niemi ciągle dzwoni: a tu u rogatki przystępuje rewidować strażnik, czy wódki nie wiozą. Hersz miał przytomność dać mu dziesięć groszy, puszczono ich. Ledwie są na pół mostu, słychać za niemi:
— Łowi! łowi! derży!
Żydzi zacinają konie co sił staje, chłopi sobie — za niémi dudni na moście powózka asesorska.
Jeszcze chwila, a będą w mieście, jeszcze chwila, a ocaleni zostaną.
Szczęściem na wiecznie popsutym moście Kraśniańskim, nie trudno o zawady: pod goniącym pomocnikiem pana asesora i strażnikami pęka mośnica, koń zapada. — Chwila zwłoki, a żydzi już znikli.
Z mostu rzucili się po wyłamanych drewnianych pokładach, wprawo na stare miasto, przez rynek, na karaimszczyznę, a nie dojechawszy do niéj, we wrota żydowskiego domu, które natychmiast zaparto. Kupa żydów otoczyła bryki, pochwycono towary w mgnieniu oka, naładowano wozy workami ze zbożem, które się znalazły na podorędziu, żydzi siedli na furmanki i wyjechali na rynek.
Na rynku nos w nos spotkali się z goniącemi za poimką.
— Stój! stój! oto oni! to oni. — Stój! otaczają wozy i znajdują na nich kilka korcy pszenicy.
Tym sposobem wwiózł Hersz kontrabandę, na któréj pomimo kosztów niemałych grosz na groszu zarobił. To go zachęciło, ale nie odważył się jednak więcéj sam przekradać, czyniąc potém jak wszyscy i płacąc procent od przemycania.
Żydzi nie umiejący ocenić gwałtownych wzruszeń, dla których gracze stawią znaczne pieniądze na kartę, wolą spokojnieszy zysk, bez wzruszenia.
Daléj rozpowiedział Hersz naszym podróżnym, jak pieniądze robią i jakie procenta biorą żydzi od pożyczanych panom obywatelom. Wprawdzie bardzo się często trafia, że tracą kapitał i procenta, ułakomiwszy się na lichwę, ale częściéj odbierają to zbożem, to fantami i zyskując na tanio przyjętych towarach, sowicie. Ostrożniejsi po stracie, nie dają pieniędzy, jak na formalny oblig, a że procentu w nim, nad prawny, wypisać nie można, na to łatwa rada, przylicza się do kapitału i pisze bez procentu. Tym sposobem suma przepaść nie może i lichwiarz odpowiedzialności nie podpada. W razie niewypłatności, żyd zabiera, co mu dają, byleby małą ceną, lub (jeśli ma nadzieję późniejszéj wypłaty) dolicza tylko procenta do kapitału, odmienia oblig, i od niespłaconych procentów liczy procenta nowe. Tym sposobem trzysta rubli co rok uczynić może około tysiąca. Na wielkich sumach widoczniejszą jest lichwa, na mniejszych i w krótkich terminach, nie znaczną. Sami żydzi, na handel nawet pożyczając, płacą ją sobie wzajemnie. Zastawy biorą się tylko od tych, którym zupełnie wiary dać nie można; dla innych wystarcza nadzór pilny.
Gdy raz kto u żyda się zapożyczył, niech nie myśli, żeby swobodnie i po swojéj woli mógł cokolwiekbądź spieniężyć. Albo wierzyciel staje się sam kupcem i zmusza do uczynienia kontraktu, potrząsając swym długiem, albo w ślad za każdym kupcem się jawi, w samę chwilę, gdy zadatkowe pieniądze liczą się na stole. Arendarz, oficyalista, chłop może, donosi mu najdokładniéj, co się we dworze dzieje, wié każdy grosz wchodzący i wychodzący i rozrachowuje dochody, lepiéj niż ich właściciel. Przy takiéj ostrożności i baczności nieustannéj, nie podobna, aby pieniędzy swych nie odzyskał.
Hersz, popijając herbatę, rozpowiedział to wszystko podróżnym z pewną pół-szyderską, pół-dumną minką. Czuł on swoję godność i swój rozum, czuł wielką wyższość swoję — opowiadanie jego z małemi wyjątki było pieśnią tryumfu: paeanem.
Późno już w noc było, gdy nareszcie opowiadanie się razem z herbatą skończyło; Hersz życzył dobréj nocy podróżnym i zaczął słać sobie pod piecem, w izbie, w któréj na rozmaitych wysokościach, spało sześciu żydów wyziewających najróżniejsze wonie z siebie i odzienia. Na podłodze z dziesięciu chłopów powyciąganych chrapali smaczno, dnia czekając. Na kominku tliły reszty ognia niedogasłego, a kur w alkierzu piał zapamiętale.
1843.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Najprawdopodobniej brakuje słowa ruszyli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.