Historja bez słów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karel Čapek
Tytuł Historja bez słów
Pochodzenie Boża męka
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Alberti
Tytuł orygin. Historie beze slov
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
HISTORJA BEZ SŁÓW
Lasy w nocy głębokie są jak toń bez dna, a ty w milczeniu patrzysz na gwiazdę nad Melatynem, myśląc o zwierzynie, która śpi w gąszczu, o nieprzerwanym śnie wszystkiego i o wszystkiem, co w tobie nie uśnie nigdy.

Długie, bez końca długie, są pochmurne dnie; ileż to razy wędrowałeś przez las — a chociaż niezliczona była mnogość twoich kroków i wspomnień — jednak nigdy nie doszedłeś do końca ani kroków ani wspomnień swoich: tak długie i głębokie są lasy pod Melatynem.
Ale dzisiaj jest płonące sierpniowe południe, które pali żarem na otwartych wyrębach i sierpem światła wżyna się w gęstwiny.
Jest taki jasny dzień, jakby się przerzedziły głębokie lasy i rozstąpiły przed słońcem.
Żar wypił wspomnienia moje i omal nie usnąłem. Nie wiem czy z rozkoszy, czy ze zmęczenia, ukołysany białymi baldaszkami, które rozwiały się nad głową.
W taki dzień szedł Jeżek przez las, zadowolony, że o niczem nie myśli i nie może myśleć. Szeroko oddycha rozgrzanem powietrzem.
Od gałęzi oderwała się szyszka — widocznie zapomniała się jej trzymać, taki był bezwietrzny dzień. Korony strzępiły się a wśród nich poruszało się światło.
O jaki piękny, piękny dzień!
Jak połyskują srebrem drżące kłosy mietlicy!
Ułagodzony radością albo nudą, wsłuchiwał się Jeżek w ciepłe brzęczenie lasu.
Olśniony stanął na skraju zrębu, gdzie żar drgał bezgłośnie.
Co tu leży?
To jest człowiek.
Leży twarzą do ziemi i bez ruchu. Na wyciągniętej ręce pasą się muchy, których leżący nie płoszy.
Czy jest martwy może?
Nabożnie i ze zgrozą nachylił się Jeżek nad wyciągniętą ręką, która trzymała stary kapelusz z szerokiem rondem. Muchy nie odleciały. Na starej podszewce widniało kilka — niestartych dotąd — liter, z których odcyfrować można było:

ERTA EL SOL“

— Puerta del sol! — odgadł zdumiony Jeżek i nachylił się nad twarzą — jak wydawało mu się — trupa.
A wówczas leżący otworzył oczy i odezwał się:
— Czy nie dałby mi pan papierosa?
— Bardzo chętnie, — wytchnął Jeżek z niemałą ulgą i zapałem.
Człowiek wziął papierosa, zmiął go starannie i obróciwszy się na bok, zapalił.
— Dziękuję, — odpowiedział i zamyślił się.
Był niemłody i przekwitnięty. Twarz miał szeroką i niewyraźną. Musiał wychudnąć bardzo, gdyż ubranie na nim układało się w dziwne, nieżywe fałdy.
Leżał na boku, rozciągnięty i palił. Patrzył nieporuszenie gdzieś w ziemię.
— Puerta del Sol, — rozmyślał Jeżek — Brama Słońca. Tylko — cóż mógł robić w Hiszpanji? Na turystę nie wygląda. Może nie jest zdrowy, gdyż takie święte oczy ma. Puerta del Sol w Madrycie.
— Pan był w Madrycie? — odezwał się niespodziewanie.
Leżący odetchnął, przyświadczył pociągnięciem nosa i znów milczał.
Mógłby przecież powiedzieć kim jest, — rozmyślał Jeżek — słowo ciągnie słowo a reszty domyślić się łatwo. Mógł wkońcu rzec: tak byłem w Madrycie, ale to nie jest najodleglejsze miejsce, gdzie byłem. Są miejsca jeszcze piękniejsze a życie na nich jest jeszcze dziwniejsze. Mógłby zełgać byle co. Oto teraz wspomina.
Człowiek machnął lekko ręką, spoglądając niewyraźnie i w zamyśleniu gdzieś w nicość.
Może powie: Wiem, że pan patrzy na mnie z zainteresowaniem; uważał mnie pan za trupa i z litości nachylił się pan nade mną. O powiem więc panu historję mego życia. Niech mi pan jednak nie przeryw a o ile coś się panu wyda bez związku, albo nieuzasadnione. Tylko proszę postarać się wyczytać z mej twarzy czy żyłem lekko i po prostu. Tak jakoś mniej więcej by zaczął.
Ale człowiek powoli palił papierosa i milczał, wpijając jasne, niewidzące oczy w nieskończoność.
— Z pewnością coś powie, — myślał Jeżek — ale jak to ciężko wyszukać słowa, w których możnaby zamknąć historję życia. Niech będzie — poczekam.
Pocichu położył się na wznak.
Słońce uderzyło go w oczy. Przeniknęło przez zamknięte powieki. W tej chwili roztoczyły się czerwone i czarne koła. Palą żarem. Tańczą przed oczyma.
Gorącość oddycha długiemi, ognistemi falami. Jeżkowi jest błogo. Jest mu tak, jakby go unosiły czarno-czerwone koła i przypływ ciągnących się fal, ruch ogromny i niepostępujący.
Dokąd płynie ten silny, unoszący go prąd?
Ach — to nic! to tylko ruch życia — w miejscu!
Nagle odwrócił się.
Po ręce jego biegała jasna mrówka, nie wiedząc, gdzie się ma obrócić na zbyt wielkiej płaszczyźnie.
— I nas mróweczko — pomyślał Jeżek — i nas rozdrażnia zbyt wielka płaszczyzna świata: te różne odległości, te pielgrzymki, ta panika nieucieszna! Dlaczego tak biegniesz? Zaczekaj, nie śpiesz się. Nic ci nie zrobię, chociaż jestem wielki. Ach mały awanturniku! czy to tylko zmieszanie tak cię pogania? desperacka samotność? jakaś trwoga? Gdzież jest brama, przez którą mógłbyś uciec?
Bliziutko — na odległość ręki — zleciał na kwiat motyl z szeroko rozwartemi skrzydłami. Huśta się na białym baldaszku, łopoce lekkiemi skrzydełkami, składa je i znów rozchyla ruchem czarownym i lubieżnym, ruchem słodkim, aż do upojenia.
Ach, zostań rozkoszy! Nie czaruj serca mojego tym wiecznym ruchem odlotu! Stań i pozwól się ukołysać miłosna chwilko! sekundo bez równowagi! znaku niewysłowiony!
Cóż za wspaniałe spotkanie po różnych troskach wędrówki!
Czarowne skrzydła zachwiały się panieńsko i nagle i w niepojęty sposób znika motyl: sekunda, rozkosz — jakby się za nim zawarła nagle jakaś brama.
Jeżek patrzy w górę. Gdzież to wszystko uleciało? Dokąd ulatujecie wyświecące obłoki w bezcelowym i nigdy nieznużonym ruchu?
Ach! unosić się tak bez żadnej innej przyczyny jak tylko dlatego, że niebo jest wielkie i przestwór jest wielki i nieskończony! Unosić się dlatego, że i tęsknota jest wielka i nieskończona!
Ty niebo kojące! dusza moja jest skromna jak me oczy. Ale dlaczego sięgacie aż za horyzont, wy oczy skromne? Dlaczego ty duszo najskromniejsza zawsze odszukujesz w sobie demoniczną cnotę nieukoju?
Jak wysoko płyną obłoki! zawrotnie wysoko, rzekłbyś, że szybują aż u bram słońca.
Puerta del Sol!
Jeżek oglądnął się.
Człowiek, którego tu znalazł — usnął, a twarz jego była niejasna i udręczona, spokojna i jak przestwór rozległa.
Wtedy Jeżek wstał, aby go nie zbudzić i szedł dalej przez ciepły las, roztargniony — nie stawiając sobie żadnych pytań.
Był jakby nasycony. Było mu tak, jakby wysłuchał historji życia, zdarzeń nie bardzo jasnych, ale mimo to bliskich, zdarzeń bez związku — ale przecież zdarzeń.
Było mu tak, jakby wysłuchał historji życia i już o niej zapomniał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karel Čapek i tłumacza: Stanisław Alberti.