Historja Aojagi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lafcadio Hearn
Tytuł Historja Aojagi
Pochodzenie Czerwony ślub i inne opowiadania
Data wydania 1925
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Druk Polska Drukarnia w Białymstoku, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
HISTORJA AOJAGI
W erze Bummei (1469—1486) żył młody szlachcic, nazwiskiem Tomotada, który był w służbie Hatakejama Joszimune, pana Noto. Tomotada pochodził z Eczidzen, jednakże w młodym wieku został przyjęty, jako paź, na dwór daimja Noto, gdzie się pod okiem tego księcia wychował i wykształcił, szczególnie w rzemiośle wojennem. Wyrósłszy na mężczyznę, okazał się i człowiekiem wykształconym i dobrym żołnierzem, tak, że w dalszym ciągu cieszył się względami swego księcia. Obdarzony miłym charakterem, dworską zręcznością i ujmującą powierzchownością, był podziwiany i bardzo lubiany przez swych kolegów. Kiedy Tomodata miał około dwudziestu lat, został wysłany z tajnem zleceniem do Hosokawa Masamoto, wielkiego daimja Kijoto, krewnego Hatakejamy Joszimune. Ponieważ kazano mu jechać przez Eczidzen, młody człowiek poprosił o pozwolenie odwiedzenia swej owdowiałej matki, które też otrzymał.

Kiedy ruszył w drogę, była właśnie najzimniejsza pora roku. Cały kraj znajdował się pod śniegiem, a rycerz, mimo, iż miał dzielnego wierzchowca, powoli tylko mógł się posuwać naprzód. Droga, którą jechał, wiodła przez okolicę górską, gdzie osady były nieliczne l bardzo rozrzucone, tak, że już drugiego dnia podróży, po dobrych kilku godzinach jazdy, z przykrością zauważył, iż najbliższy nocleg będzie mógł znaleźć dopiero późno w nocy. Nie bez przyczyny się niepokoił, ponieważ naraz rozpętała się gwałtowna śnieżyca, a koń wyraźnie był bliski wyczerpania. W tej ciężkiej chwili Tomotada spostrzegł niespodziewanie strzechę chaty na pobliskiem wzgórzu. Z trudnością skierował swe zmęczone zwierzę ku domostwu, a stanąwszy u progu, zapukał do drzwi. Uchyliła je jakaś staruszka, a ujrzawszy pięknego nieznajomego, wykrzyknęła z współczuciem.
— Któżby pomyślał! Młody pan, podróżujący samotnie w taki czas!! Raczcie wejść, paniczu!
Tomotada zsiadł i, zaprowadziwszy konia do szopy, znajdującej się za domem, wszedł do chaty, gdzie zastał jakiegoś staruszka z dziewczyną, grzejących się przy ogniu z drzazg bambusowych. Z całym szacunkiem poprosili go, aby się zbliżył do ognia, poczem staruszkowie zaczęli grzać trochę wina ryżowego i przygotowywać posiłek dla podróżnego, którego wypytywali o cel jego podróży. Dziewczyna zniknęła tymczasem za parawanem. Tomotada zauważył z podziwem, że jest bardzo piękna — mimo, że ubranie jej było wprost nędzne, a długie rozpuszczone włosy, nieuczesane. Dziwił się, że tak piękne dziewczę mogło mieszkać w tak nędznej i samotnej chałupie. A tymczasem staruszek mówił:
— Szanowny panie, do sąsiedniej wsi jest daleko, a śnieg gęsty pada. Wiatr przejmuje ziąbem do kości, zaś droga jest bardzo zła. Zdaje mi się, że podróżować dalej w taką noc byłoby rzeczą niebezpieczną. Mimo, iż ta nora nie jest godna waszej obecności, a my nie możemy wam służyć żadnemi wygodami, byłoby może bezpieczniej spędzić tę noc pod tą nędzną strzechą. Koniem waszym sami się zajmiemy.
Tomotada przyjął te pokorne zaprosiny — w duchu zadowolony nawet — ponieważ nastręczało mu to sposobność ponownego zobaczenia młodej dziewczyny. Natychmiast zastawiono przed nim niewybredną, lecz obfitą, wieczerzę, a dziewczę wyszło z za parawanu, aby mu nalać wina. Była teraz w skromnej, ale czystej, sukience z samodziału, a jej długie rozpuszczone włosy były starannie uczesane i przygładzone. Kiedy się pochyliła, aby napełnić jego kubek, Tomotada ze zdumieniem spostrzegł, że pięknością przewyższała wszystkie kobiety, jakie dotychczas widział; ruchy jej były pełne takiego wdzięku, że nie mógł wyjść ze zdumienia.
Ale staruszkowie, wciąż ją usprawiedliwiali.
— Panie! — mówili — córka nasza Aojagi[1] wychowała się tu w górach zupełnie sama i nie ma pojęcia jak się trzeba zachować. Prosimy was, abyście wybaczyli jej naiwność i nieznajomość form.
Tomotada oświadczył, że czuje się wprost uszczęśliwiony względami tak wykwintnej dziewicy. Oczu oderwać od niej nie mógł — aczkolwiek widział, że pod jego, pełnem podziwu, spojrzeniem, wciąż się rumieni — i nie kosztował ani wina, ani potraw, stojących przed nim.
Tu jednak odezwała się matka:
— Zacny panie, spodziewamy się, że przecież przełkniecie coś niecoś i wypijecie kubek wina — choć, prawdę mówiąc, nasze chłopskie jedzenie do najlepszych nie należy — ale musieliście dobrze zziębnąć na tym przenikliwym wietrze.
Wobec tego, aby zrobić przyjemność staruszkom, Tomotada zaczął jeść i pić co siły, ale urok rumieniącego się dziewczęcia wciąż w jego oczach wzrastał. Rozmawiając z nią, spostrzegł, że mowa jej była nie mniej słodka od jej twarzyczki.
Być może, że wychowała się w górach — w takim razie jednak rodzice jej musieli kiedyś należeć do lepszego świata, ponieważ ona rozmawiała i poruszała się, jak panna z towarzystwa. Naraz zwrócił się do niej z poematem — będącym równocześnie pytaniem, podyktowanem mu przez serdeczny zachwyt.

Tadzunecuru,
Hanaka tote koso,
Hi wo kurase,
Akenu ni otoru
Akane sasuran?

(Mając kogoś odwiedzić, znalazłem po drodze coś, co wydało mi się kwiatem. Straciłem przez to dzień, dlaczego jednak przed świtem brzask rozgorzał — tego nie wiem[2]).
A ona bezzwłocznie odpowiedziała mu następującym wierszem:

Idzuru hi no
Honomeku iro wo
Waga sode ni
Cucumaba asu mo
Kimija tomaran.

(Jeśli rękawem swej sukni zasłaniam nikłą barwę świtającego słońca — to może dlatego, aby rano pan mój nie odjeżdżał).
A wtedy Tomotada zrozumiał, że ona przyjmuje jego hołdy i mniej zachwyciła go sztuka, której wierszem ona odwzajemniła mu się w uczuciach, jak świadomość, którą mu te wiersze dały. Był teraz pewny, że w całym świecie nie mógł spotkać, a jeszcze mniej zdobyć, dziewczę piękniejsze i dowcipniejsze od tej wiejskiej dziewczyny, którą miał przy sobie. I głos jakiś w jego sercu zdawał się wołać uparcie: — Bierz szczęście, które ci bogowie podsunęli! — Jednem słowem był oczarowany — oczarowany do tego stopnia, że, nie zwlekając, poprosił staruszków o rękę córki, wymieniwszy im równocześnie swe nazwisko i pochodzenie i powiadomiwszy o swem stanowisku na dworze pana Noto.
Pokłonili mu się głęboko, z wielu okrzykami radosnego zdumienia. Jednakże, po kilku chwilach wahania, ojciec dziewczęcia odpowiedział:
— Czcigodny panie, jesteście osobą wielkiego rodu i prawdopodobnie dokonacie wielkich rzeczy. Zbyt wielką jest łaskawość, jakiej godnymi raczycie nas uznać — i zaiste, o głębi wdzięczności naszej z tego powodu nie można mówić, albowiem nikt nie zdoła jej zmierzyć. Ta nasza córka, głupia dziewczyna wiejska, niskiego pochodzenia, bez żadnego wykształcenia i wychowania, nie nadaje się w żaden sposób na żonę szlachetnego samuraja. Niewłaściwem było by nawet mówić o tem… skoro jednak upodobaliście sobie tę dziewczynę i, zniżywszy się ku niej, raczyliście wybaczyć jej chłopski sposób zachowania się i przeoczyć jej chamstwo, będziemy uważali sobie za szczęście, ofiarując wam ją, jako sługę. Dlatego raczcie od tej chwili postępować z nią, jak się wam łaskawie podoba.
Wczesnym rankiem burza przycichła i na wschodzie zaświtał pogodny dzień. Nawet, gdyby rękaw Aojagi, zasłoniwszy oczy kochanka, ukrywał przed niemi purpurową zorzę brzasku, Tomodata nie mógł zwlekać dłużej. Z drugiej strony jednak nie mógł się rozstać z dziewczyną. Dlatego, kiedy już wszystko było do podróży gotowe, tak przemówił do rodziców:
— Aczkolwiek domaganie się więcej, aniżeli już otrzymałem, może wyglądać na niewdzięczność, zmuszony jestem jeszcze raz poprosić was, abyście mi dali swoją córkę za żonę. Rozstać się z nią teraz byłoby dla mnie rzeczą niemożliwą, a ponieważ ona chce mi towarzyszyć, o ile oczywiście na to pozwolicie, gotów jestem wziąć ją tak, jak stoi. Jeśli mi ją dacie: będę was zawsze czcił jak własnych rodziców… Tymczasem zaś zechciejcie przyjąć tę drobnostkę, jako podziękę za swą gościnność.
To mówiąc, podał swemu pokornemu gospodarzowi sakiewkę, pełną złotych rijo.
Ale staruszek, padłszy przed nim kilkakrotnie na twarz, odsunął łagodnie dar, mówiąc:
— Czcigodny panie, złoto nie ma dla nas żadnej wartości, a wam się z pewnością przyda podczas waszej długiej podróży w taki mróz. Nic tu nigdy nie kupujemy, a takiej sumy nie moglibyśmy na siebie wydać, nawet gdybyśmy chcieli… Co się tyczy dziewczęcia, to daliśmy wam ją w darze, należy do was, zatem nie potrzebujecie nas pytać o pozwolenie, jeśli chcecie wziąć ją ze sobą. Już przedtem oświadczyła nam, że spodziewa się iż będzie wam towarzyszyła, służąc wam tak długo, jak długo będziecie przy sobie cierpieli jej obecność. Co się nas tyczy, to jesteśmy aż nazbyt szczęśliwi na myśl, iż raczycie ją zabrać — i prosimy was, abyście się nami zupełnie nie krępowali. Mieszkając tutaj, nie mogliśmy zaopatrzyć jej w odpowiednie suknie — a cóż dopiero mówić o wyprawie. Jednakże, jako ludzie starzy, byliśmy oddawna do pewnego stopnia przygotowani na to, te będziemy musieli się z nią rozstać. To też bardzo szczęśliwie się składa, że chcecie ją wziąć ze sobą.
Napróżno starał się Tomotada nakłonić staruszków do przyjęcia pieniędzy. Przekonał się, że o pieniądze zupełnie nie dbają. Zauważył też, że wszelkiemi siłami starają się oddać mu swą córkę, wobec tego postanowił wziąć ją ze sobą. Wsadził ją na koń i rozstał się ze staruszkami, kilkakrotnie zapewniejąc ich o swojej wdzięczności.
— Czcigodny panie — odpowiedział ojciec — nie wy, lecz my winniśmy wam wdzięczność. Wierzymy, że będziecie dobrym dla naszego dziecka i zupełnie się nie obawiamy o jej los.
(Tutaj następuje w japońskim oryginale przerwa w naturalnym toku opowiadania, które, skutkiem tego, traci swą jednolitość. Niema dalej ani słowa o matce Tomotady, o rodzicach Aojagi, ani o daimjo z Noto. Prawdopodobnie historja w tem miejscu znudziła pisarza, skutkiem czego, pomijając szczegóły, dążył do końca. Nie mogę uzupełnić tego, co opuścił, ani naprawić błędów konstrukcji. Muszę jednak zaryzykować kilka wyjaśnień, bez których dalszy ciąg opowieści nie miałby sensu… Zdaje się, że Tomotada czem prędzej pojawił się z Aojagi w Kijoto, co ściągnęło na niego burzę; nie wiem jednak, gdzie małżeństwo później zamieszkało).
Trzeba wiedzieć, że samurajowi nie wolno żenić się bez pozwolenia swego pana, a Tomotada nie mógł go otrzymać przed ukończeniem swojej misji. Wiedząc o tem, miał wszelkie dane obawiać się, aby wdzięki Aojagi nie zwróciły na siebie niebezpiecznej uwagi i aby nie starano się porwać mu jej. Z tego powodu, przybywszej do Kijoto, starał się trzymać ją przed wzrokiem ciekawych w ukryciu, ale pewien dworzanin pana Hosokawa ujrzał Aojagę pewnego dnia, odkrył stosunek, jaki ją łączył z Tomotado i doniósł o wszystkiem daimjowi. Wówczas daimjo, książę młody i wielki miłośnik ładnych twarzyczek, polecił natychmiast dostawić dziewczę do pałacu; wprowadzono ją tam niezwłocznie, bez najmniejszych ceremonij.
Tomotada bolał nad tem niewypowiedzianie, wiedział jednak, że jest bezsilny. Nie był niczem więcej, jak tylko uniżonym posłańcem w służbie daimja do dalekiej prowincji, a na razie zdany był na łaskę i niełaskę daimja znacznie potężniejszego, którego woli nie mógł się sprzeciwić. Prócz tego, Tomotada wiedział, że postąpił lekkomyślnie — że sam sprowadził na swoją głowę nieszczęście, wchodząc w tajemne związki z kobietą, co kodeks kasty rycerskiej potępia. Jedyną jego nadzieją — nadzieją ostateczną — było to, że Aojagi zdoła i zechce wymknąć się i uciec wraz z nim. Po długim namyśle, postanowił spróbować posłać jej list. Była to rzecz niebezpieczna, bo list mógł wpaść w ręce daimja, a pisanie listów miłosnych do mieszkanki jego pałacu było obelgą nie do darowania. Mimo wszystko, odważył się na ten krok i ułożył, w kształcie poematu chińskiego, list, który starał się jej posłać. Poemat składał się tylko z dwudziestu ośmiu charakterów, jednakże, tych dwadzieścia osiem charakterów wyrażało całą głębię jego rozpaczy i cały ból rozłąki.
Wieczorem tego samego dnia, kiedy poemat został wysłany, Tomotadę zawezwano przed daimja. Młody człowiek zrozumiał natychmiast, że został zdradzony. Wiedział, że, jeśli list jego wpadł w ręce daimja, nie uniknie kary i to jak najsroższej.
— Skaże mnie na śmierć — myślał. — Jeżeli jednak nie zechce oddać mi Aojagi, nie dbam o nic. Prócz tego, o ile wyda na mnie wyrok śmierci, będzie mi wolno spróbować go zabić.
To pomyślawszy, wsunął za pas swe miecze udał się pośpiesznie do pałacu.
Wszedłszy do sali posłuchań, ujrzał pana Hosokawę, siedzącego na tronie i otoczonego szlachtą wysokiego rodu w obrzędowych szatach i nakryciach głów. Wszyscy byli milczący i nieruchomi, jak posągi. A kiedy Tomotada zbliżył się, aby złożyć księciu pokłon, milczenie to zdawało mu się tak posępne i ciężkie, jak cisza przed burzą. Ale Hosokawa zstąpił nagle z tronu i, ująwszy młodzieńca pod ramię, zaczął recytować jego poemat. A Tomotada, podniósłszy głowę, ujrzał w oczach księcia łzy rozrzewnienia.
Wówczas Hosokawa rzekł:
— Dla waszej wielkiej miłości, postanowiłem dać wam zezwolenie na ślub, w zastępstwie mego krewnego, pana z Noto. Ślub wasz odbędzie się w mojej obecności. Goście są zgromadzeni, podarunki czekają.
Na dany znak rozsunięto drzwi, wiodące do dalszych apartamentów, gdzie Tomotada ujrzał zaproszonych na uroczystość wielu dostojników dworu i Aojagi, oczekującą go w stroju panny młodej… W ten sposób oddano mu ją — a wesele było huczne i wspaniałe, przyczem młoda para otrzymała kosztowne podarki od młodego księcia i członków jego dworu.


∗                    ∗

Od dnia ślubu Tomotada i Aojagi żyli przez pięć lat szczęśliwie. Ale jednego poranku Aojagi, rozmawiając ze swym mężem o jakiejś sprawie domowej, wydała nagle wielki okrzyk bólu, a potem zbielała, jak płótno, i uciekła. Po chwili przemówiła cichym głosem:
— Wybacz mi ten nagły krzyk — ale ból był tak nieoczekiwany… Mój drogi, związek nasz doszedł do skutku prawdopodobnie, dzięki jakiemuś pokrewieństwu w poprzednim stanie istnienia, i wierzę, że ten szczęśliwy stosunek połączy nas znowu w życiu przyszłem. W tem życiu jednakże stosunek nasz skończył się — musimy się rozstać. Błagam cię, odmów za mnie modlitwy ze konających, ponieważ ja umieram…
— O, cóż ci się znów zdaje! — wykrzyknął przerażony małżonek — zrobiło ci się poprostu słabo, moja droga… Połóż się na chwilę i wypocznij, a ból z pewnością przejdzie.
— Nie, nie! — odpowiedziała — umieram! — To nie majaczenie — ja wiem z pewnością i na próżno, drogi mój mężu, ukrywałabym dłużej prawdę przed tobą: — ja nie jestem człowiekiem. Duszą moją jest dusza drzewa, sercem mojem jest serce drzewa — miąższ wierzby jest mojem życiem — a w tej strasznej chwili ktoś zcina moje drzewo — i oto dlaczego muszę umrzeć!.. Nawet płacz jest już ponad moje siły. Odmawiaj czem prędzej modlitwy ze konających. Czem prędzej!.. Aha!..
Z ponownym okrzykiem bólu, Aojagi pochyliła swą piękną twarzyczkę, starając się ukryć ją za rękawem. W tej samej chwili jednak cała jej postać zdawała się w przedziwny sposób niknąć i ginąć, wciąż, wciąż i wciąż, — aż ku poziomowi podłogi. Tomotada podskoczył… aby ją dźwignąć — ale tu nie było nic do dźwignięcia…
Na matach leżały tylko puste suknie pięknej istotki i klejnoty, jakie miała we włosach; ciało jej przestało istnieć…

Tomotada zgolił głowę, przyjął śluby buddyjskie i został wędrownym kapłanem. Wędrował po wszystkich prowincjach cesarstwa, a we wszystkich świętych miejscach, które zwiedził, dawał na modlitwę za duszę Aojagi. Dotarłszy, podczas plelgrzymkl, do Eczidzen przypomniał sobie dom rodziców swej ukochanej. Kiedy jednak stanął na pustkowiu wśród wzgórz, gdzie dawniej stał dom, spostrzegł, że chata zniknęła. Nic nie było na tem miejscu, wyjąwszy trzech pni zciętych wierzb — dwóch starszych drzew i jednej młodej drzewiny — zciętych już dawno. Wpobliżu pni tych wierzb Tomotada wystawił nagrobek, ozdobiony rozmaitemi świętemi cytatami i nad nim wykonał święte obrzędy za duszę Aojagi i jej rodziców.

(Kwaidan).




Przypisy

  1. Aojagi — zielona wierzba, imię rzadkie, jednakże znajdujące się w użyciu.
  2. Poemacik ten można czytać podwójnie. ponieważ niektóre wyrażenia mają podwójne znaczenie. Wobec tego, że budowa jego wymagałaby zbyt wielu komentarzy, a nie zajęłaby czytelnika z Zachodu, tłumaczymy: — Udawszy się w podróż, aby odwiedzić swą matkę, napotkałem istotę lubą, jak kwiat; dla tej rozkosznej istoty spędzam tu dzień… O piękna, dlaczegoż rumieńce, podobne do glorji zachodzącego słońca, zdobią twą twarz, mimo, iż słońce nie zaszło? Czy to ma znaczyć, że mnie kochasz?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lafcadio Hearn i tłumacza: Jerzy Bandrowski.