Historia Polski (Henryk Zieliński)/Rozdział 8

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania

8 rozdział
ósmy


Polska wobec faszyzmu

niemieckiego i rosnącego

napięcia w Europie.

Próby faszyzacji życia

w kraju

 W ciągu pierwszych 7-8 lat rządów pomajowych uwaga ich koncentrowała się głównie na sprawach wewnętrznych. Dyktowała to przede wszystkim nie­łatwa walka o utrwalenie nowego systemu, jak również trudności gospodarcze, wywołane wielkim kryzysem. N a arenie międzynarodowej natomiast panował względny spokój. Począwszy mniej więcej od 1933/34 r. w obu tych płaszczy­znach zaczęło się zarysowywać przesunięcie punktów ciężkości. Kryzys gospodar­czy w Polsce ciągle jeszcze dawał się dotkliwie we znaki, ale powoli i stopniowo zaczął się przesilać. Równocześnie zaś niezwykle skomplikowała się sytuacja mię­dzynarodowa na skutek zwycięstwa hitleryzmu w Niemczech, co dla Polski miało szczególne znaczenie. W tych warunkach problemy zewnętrzne, a zwłaszcza zagad­nienie stosunków polsko-niemieckich, zaczęły wysuwać się na plan pierwszy, przysłaniając sobą w dużej mierze zagadnienia polityki wewnętrznej, choć i one nastręczały rządom sanacyjnym nadal wiele poważnych kłopotów i narażały kraj na ciężkie wstrząsy.


Zwycięstwo hitleryzmu w Niemczech

 Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych wpływy Hitlera i jego Naro­dowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej (National Sozialistische Deu­tsche Arbeiter-Partei, NSDAP), dotychczas bez większego znaczenia, gwałtownie wzrosły. W wyborach do Reichstagu w maju 1928 r. hitlerowcy uzyskali 810 tys. głosów i 12 mandatów. W wyborach następnych liczby te przedstawiały się następująco: we wrześniu 1930 r. 6410 tys. głosów i 107 mandatów, w lip­cu 1932 r. odpowiednio 13 746 tys. i 230, w listopadzie 1932 r. - 11 737 tys. i 196.

 Tak więc w ciągu zaledwie dwóch lat partia hitlerowska stała się w drodze legalnych wyborów najsilniejszą partią w Niemczech, dwukrotnie silniejszą niż jej główny przeciwnik - Komunistyczna Partia Niemiec (KPD), która w wyborach 1932 r. skupiła odpowiednio 5283 tys. i 5980 tys. głosów. Zaskakujący wzrost partii hitlerowskiej tłumaczył się głównie tym, że potrafiła ona w sposób niezwykle demagogiczny i umiejętny wykorzystać głębokie niezadowolenie w masach z powodu szalejącego w Niemczech kryzysu i bezrobocia oraz odwo­łać się do ciągle żywych w tym kraju, szczególnie w warstwach drobnomiesz­czańskich, nastrojów odwetu na tle postanowień "dyktatu wersalskiego". Szeroki oddźwięk w tych kołach znajdowała zwłaszcza agitacja hitlerowska zazmianą "krwawiących granic" Niemiec na wschodzie oraz postulat równouprawnienia Niemiec w dziedzinie zbrojeń.

 Dnia 30 stycznia 1933 r. prezydent Niemiec, marszałek Paul von Hinden­burg, powierzył Hitlerowi stanowisko kanclerza, który w lutym i marcu tegoż

46.
Marzec 1933: nowy kanclerz Rzeszy wita w Poczdamie prezydenta Rzeszy niemieckiej marsz. Hindenburga
47. Pożar Reichstagu w Berlinie w 1933 r.
48. Publiczne palenie książek w Berlinie w maju 1933 r.

roku rozprawił się (biorąc za pretekst prowokacyjne podpalenie Reichstagu, rzekomo przez komunistów) z opozycją komunistyczną, a z kolei także z socjaldemokracją i innymi kołami demokratycznymi. W marcu 1933 r. Reichstag udzielił Hitlerowi pełnomocnictwa (Ermächtigungsgesetz), które oddały mu w ręce prawie nieograniczoną władzę w jednym z najpotężniejszych państw europejskich. Dnia 30 czerwca 1934 r. Hitler zlikwidował, także krwawo ("noc długich noży"), opozycję wewnętrzną w łonie własnej partii. Gdy w sierp­niu tegoż roku zmarł prezydent Hindenburg, Reichstag uchwalił połączenie urzę­dów prezydenta i kanclerza, przekazując je w ręce Hitlera, który przybrał obec­nie _ zgodnie z faszystowską "zasadą wodzostwa" - tytuł "wodza i kancle­rza Rzeszy" (Füuhrer und Reichskanzler). Wszystko to zostało zatwierdzone w referendum ogólnonarodowym 19 sierpnia 1934 r., w którym tylko 10% uczestników głosowało przeciwko tym zmianom. W ten sposób w ciągu pół­tora roku Hitler stał się w sposób całkowicie legalny niepodzielnym dyktatorem Niemiec.

 Wszystko to nie mogło nie wywołać żywego zainteresowania i zaniepokojenia w społeczeństwie polskim. Propaganda rewizjonistyczna na temat Górnego Śląska, a szczególnie natarczywe domaganie się ponownego złączenia Prus Wscho­dnich z Rzeszą poprzez likwidację "korytarza pomorskiego" i włączenie W.M. Gdańska, bujna już za czasów Stresemanna, stawała się coraz natrętniejsza. Krzewiły ją nie tylko nacjonalistyczne organizacje i partie polityczne, lecz także przedstawiciele rządu Rzeszy. Szczególnie szerokim echem w Polsce i Europie odbiło się gwałtowne wystąpienie min. Gottfrieda Treviranusa w 1930 r., wywołując w Polsce ostre, masowe protesty. Organizacje i przywódcy hitlerowscy mieli swój wybitny udział w rozpalaniu nastrojów antypolskich, do­puszczając się m. in. licznych brutalnych napaści na mniejszość polską w Niemczech, czego jednym z jaskrawszych przykładów był bestialski mord, popełniony na polskim komuniście Konradzie Piecuchu w Potempie pod Gliwicami (1932). Mordercy, których bronił przed sądem dr Hans Frank, późniejszy gubernator w Krakowie, otrzymali w więzieniu liczne depesze z wyrazami uznania i solidarności, m. in. od Hitlera i Goeringa.


Ministra Becka polityka „równowagi”
między Berlinem i Moskwą

 Sprawa stosunków polsko-niemieckich stała się w tej sytuacji jednym z na czelnych problemów polskiej polityki zagranicznej. Pozycja geograficzna i polityczna Polski sprawiała, że stosunki te trzeba było kształtować w ścisłej współ­zależności ze stosunkami polsko-radzieckimi. Piłsudski i Beck uważali, że polska polityka zagraniczna powinna kierować się zasadą "równowagi" w stosunkach z dwoma potężnymi sąsiadami. Polityka taka jednak już w samym swym założeniu pozbawiona była niezbędnego realizmu, jeśli zważyć ogromną dyspro­ porcję sił między Polską a jej sąsiadami, zarówno wschodnim, jak i zachodnim, uniemożliwiającą jej na dłuższą metę status równorzędnego partnera. Niezależnie od tego sam charakter rządów sanacyjnych w pewnym sensie determinował ich rzeczywiste sympatie i skłonności w praktycznej realizacji owej doktryny "równo­ wagi.

 Jedynie w początkach omawianego tu okresu polityka Piłsudskiego-Becka (bo w praktyce tylko oni ustalali linię polskiej polityki zagranicznej) mogła robić wrażenie przestrzegania wspomnianej zasady.

 Jak już o tym była mowa, właśnie wtedy, w początkach lat trzydziestych, dążenia odwetowe w Niemczech przybrały szczególnie napastliwe formy i roz­miary. Równocześnie zaistniały realne niebezpieczeństwa dopuszczenia Niemiec do współdecydującej roli w koncercie kilku głównych mocarstw europejskich. Tendencje te wyraziły się w przyznaniu Niemcom równouprawnienia w dzie­dzinie zbrojeń (grudzień 1932), a jeszcze bardziej w próbie stworzenia tzw. paktu czterech (Anglia, Francja, Włochy, Niemcy - marzec 1933). Projekt tego paktu potwierdzał m. in. expressis verbis aktualność zasady rewizji traktatów w wypadkach "sytuacji mogących doprowadzić do konfliktu" oraz stwarzał coś w rodzaju dyrektoriatu wielkich mocarstw w Europie. N a skutek zdecydo­wanego oporu państw mniejszych (w tym Polski i Małej Ententy), a także pew­nych oporów Francji pakt ten nie został sfinalizowany, ale sama próba jego stworzenia wskazywała na kruchość podstaw międzynarodowej pozycji Polski.  Wzrost sił hitleryzmu, równouprawnienie Niemiec, wspomniane próby stworzenia dyrektoriatu mocarstw zachodnich i podobne kroki wywoływały niepokój także w Związku Radzieckim. W ten sposób powstał podatny grunt do pewnego zbliżenia polsko-radzieckiego, czego wyrazem był przede wszyst­kim polsko-radziecki pakt o nieagresji z lipca 1932 r. Wiosną 1933 r., w okre­sie prób tworzenia paktu czterech, nastąpiło dalsze zbliżenie polsko-radzieckie w postaci wymiany wizyt wybitnych działaczy politycznych obu krajów, a w lipcu tegoż roku podpisanie konwencji o "określeniu napastnika" m. in. przez Polskę i Związek Radziecki.


Nowe konflikty w Gdańsku.
„Wojna prewencyjna”?

 Był to okres największego napięcia w stosunkach polsko-niemieckich, za­początkowany zresztą już w 1932 r. W lutym 1933 r. Hitler - już jako kan­clerz Rzeszy - udzielił brytyjskiej gazecie "Sunday Express" głośnego wywiadu, w którym zapowiadał, że "korytarz" musi być zwrócony Niemcom, i to w "krót­kim czasie". Ze swej strony senat gdański dokonał nowego pogwałcenia praw Polski w Gdańsku, rozwiązując policję portową, podporządkowaną polsko­-gdańskiej Radzie Portu. Po kolejnym zwycięstwie wyborczym Hitlera 5 marca 1933 r. doszło do nowego zaognienia w Gdańsku, kiedy to transportowiec polski "Wilia" wyładował na Westerplatte oddział wojska wzmacniający tam­tejszą polską kompanię wartowniczą. Wtedy pojawiły się również pogłoski o sugestiach rządu polskiego pod adresem Francji, by zahamować niebezpiecz­ną ewolucję sytuacji w Niemczech póki czas za pomocą "wojny prewencyjnej". W istocie rzeczy (sprawa do dziś nie jest całkowicie wyjaśniona) chodziło tu raczej - jak stwierdza w sposób przekonywający autor jednej z najlepszych prac o tych sprawach, M. Wojciechowski - o stworzenie pewnego klimatu zastraszenia wobec Niemiec i wywarcia na nie presji politycznej, mającej je po­hamować przed przystąpieniem do "paktu czterech", a w dalszym rozwoju uczynić skłonnymi do porozumienia z Polską.


Polsko-niemiecka deklaracja
o nieagresji

 Niemcy w tych czasach były jeszcze zbyt słabe, by ryzykować konflikt ze swo­imi sąsiadami. Pozycja Hitlera na arenie międzynarodowej pozostawała nie­ustabilizowana, a i w samych Niemczech nie brakowało mu jeszcze przeciwników. W imię stabilizacji i umocnienia nowo wprowadzonego reżimu należało zyskać na czasie i siłach. Unormowanie - do czasu - stosunków z Polską mogło temu dobrze się przysłużyć.

 Wbrew pozorom, wynikającym ze wspomnianych wyżej konfliktów gdań­skich i innych, zależało !la tym również Piłsudskiemu i Beckowi. Wyobrażali so­bie oni, że poprzez zbliżenie z Niemcami zneutralizują ich dążenia odwetowo­-rewizjonistyczne. Od czasu Locarna wartość sojuszu polsko-francuskiego w pol­skiej opinii publicznej poważnie spadła. Fundamenty pozycji międzynarodowej Polski uległy w ten sposób dużemu osłabieniu. Można to było zrekompensować przez zbliżenie do ZSRR i Małej Ententy, tj. w szczególności do Czechosłowacji. Taka koncepcja była jednak dla Piłsudskiego i rządów sanacyjnych możliwa naj­wyżej jako tymczasowy zabieg taktyczny, w żadnym zaś wypadku jako trwała zasada polskiej polityki zagranicznej. Tym wszystkim przesłankom towarzyszyły zupełnie mylne, powierzchowne rozeznanie istoty faszyzmu hitlerowskiego i równie fałszywa ocena intencji oraz zamiarów samego Hitlera, który jako nie-Prusak miał w przekonaniu Piłsudskiego być znacznie bardziej skłonny do ugody z Polską niż wszelkie dotychczasowe rządy niemieckie. Piłsudski stał na stanowisku, że główne zagrożenie Polski wychodziło ze strony Związku Ra­dzieckiego, a nie Niemiec hitlerowskich.

 Po kilkumiesięcznych rozmowach i konsultacjach doszła do skutku 26 stycznia 1934 r. polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy (potocznie zwana paktem o nieagresji), podpisana przez posła polskiego w Berlinie J. Lip­skiego i niemieckiego ministra spraw zagranicznych Konstantina von Neuratha, mająca obowiązywać przez la lat.

 W następstwie podpisania deklaracji przycichła niemiecka propaganda re­wizjonistyczna, uległa pewnej normalizacji sytuacja w Gdańsku. Skończyła się definitywnie polsko-niemiecka wojna gospodarcza (1934). Ważniejsze były jed­nak inne następstwa deklaracji.

 Umocniła się pozycja międzynarodowa Niemiec hitlerowskich. Udało się im wbić silny klin w nadwerężone już mocno stosunki polsko-francuskie, pogorszyć też stosunki polsko-czechosłowackie i polsko-radzieckie. Nagły zwrot Polski wy­wołał wiele nieufności w szeregu krajów, przyczyniając się do pogłębienia izolacji Polski, co z kolei utrudniało jej swobodę manewru wobec hitlerowskich Niemiec. Niemcy natomiast zyskiwały niezbędny czas i większą swobodę ruchów w celu przygotowania kroków zmierzających do odbudowy ich politycznej i militarnej potęgi. do rewizji traktatu wersalskiego - do zdobycia "przestrzeni życiowej" [Lebensraum].

 W przeciwieństwie do Niemiec - które traktowały pakt o nieagresji jako wybieg taktyczny, jako kamuflaż dla swych właściwych celów. całkowicie sprze­cznych z duchem i literą paktu - rząd polski widział w nim możliwość trwałej podstawy nowej koncepcji polskiej polityki zagranicznej. Dalsze jej posunięcia systematycznie pogłębiały izolację Polski w stosunkach międzynarodowych, wią­zały ją coraz silniej z rosnącą potęgą hitlerowską, a nawet podważały porządek europejski ustalony w traktacie wersalskim, którego nienaruszalność miała tak istotne znaczenie dla Polski międzywojennej i którego obalenie stanowiło - jak

już o tym była mowa - jeden z głównych celów polityki Hitlera.

Polityczna i wojskowa ekspansja
faszyzmu w Europie i świecie

 W obliczu tych przemian i zarysowujących się niebezpieczeństw rząd francu­ski wystąpił latem 1934 r. z inicjatywą tzw. paktu wschodniego (zwanego też często "Locarnem wschodnim"), którego celem byłoby zapewnienie bezpieczeń­stwa i zagwarantowanie istniejących granic w Europie środkowo-wschodniej. Inicjatorem i głównym rzecznikiem tej koncepcji był minister spraw zagranicznych Francji - L. Barthou. Projekt ten spotkał się z dużym poparciem ze strony zainteresowanych państw, szczególnie Związku Radzieckiego i Czechosłowacji. Mijałby się jednak z celem, gdyby nie wzięły w nim udziału Polska i Niemcy, ponieważ właśnie te ostatnie najbardziej zagrażały istniejącemu stanowi rzeczy i bezpieczeństwu europejskiemu. Rząd hitlerowski nie miał oczywiście żadnego interesu w dojściu do skutku tego rodzaju układu. Storpedowanie projektu "Locarna wschodniego" znakomicie ułatwiła polityka polska, która również przeciwstawiła się mu niedwuznacznie.

 Jesienią tegoż roku min. Beck wypowiedział w Lidze Narodów tzw. mały traktat wersalski (w sprawie ochrony mniejszości). Jak wiadomo, był to traktat o charakterze dyskryminacyjnym, narzucony przez wielkie mocarstwa w 1919 r. tylko państwom słabszym, w tym i Polsce. Rząd polski niejednokrotnie przeciw­stawiał się temu właśnie charakterowi wspomnianego traktatu, domagając się m. in. "generalizacji ochrony mniejszości", tj. rozszerzenia jego mocy obowią­zującej także na inne państwa. Fakt, że obecnie, po piętnastu latach zdecydował się na oficjalne i definitywne odrzucenie zobowiązań traktatowych, wiązał się ściśle z jego polityką wobec Związku Radzieckiego. Chodziło o to, że właśnie w tym czasie (wrzesień 1934) rząd radziecki w obliczu ofensywy fa­szyzmu na arenie międzynarodowej wyraził gotowość przystąpienia do Ligi Narodów i wejścia w skład jej kierowniczego organu - Rady Ligi Narodów. W kołach rządowych Polski odnoszono się do tego z wyraźną niechęcią. W po­łączeniu z równoczesnymi zabiegami min. Barthou w sprawie paktu wschodnie­go z udziałem Związku Radzieckiego oznaczało to bowiem "przesunięcie ciężaru odpowiedzialności we Wschodniej Europie na Rosję Sowiecką". Polska dokumen­tacja tych zagadnień, zawarta w Diariuszu Jana Szembeka, stwierdza dalej, że "do tych sugestii Marszałek Piłsudski odniósł się negatywnie" i był nimi "bar­dzo rozgoryczony". Nie mniejsze obawy w siedzibie MSZ przy Wierzbowej bu­dziła okoliczność, że Związek Radziecki jako członek Rady Ligi Narodów bę­dzie uprawniony do zajmowania stanowiska na forum Ligi w kwestiach pol­skiej polityki mniejszościowej, zwłaszcza na kresach wschodnich. W rezultacie rząd polski wprawdzie głosował za przyjęciem Związku Radzieckiego do Ligi, ale poprzedził to wspomnianą wyżej odmową dalszego respektowania traktatu mniejszościowego. Niezależnie jednak od tego wszystkiego, wypowiedzenie go w określonej sytuacji politycznej, po zwycięstwie Hitlera w Niemczech i wy­stąpieniu ich z Ligi Narodów (nastąpiło to już w październiku 1933 r.) ozna­czało niebezpieczny precedens w jednostronnym naruszaniu postanowień traktatowych – i to postanowień najważniejszego ze wszystkich międzywojennych traktatów.

 Tymczasem Niemcy dozbrajały się forsownie. Jcszczc w kwietniu 1934 r. zrodził się tzw. plan Blomberga, przewidywały potrojenie sił zbrojnych, liczących w momencie powstania planu ok. 160 tys. ludzi. VV marcu 1935 r. liczba ta wynosiła 380 tys. Niemcy dysponowały juź wtedy poważnymi siłami lotniczymi, choć zabraniał im tego traktat wersalski. Przystąpiły też do rozbudowy swej floty wojennej. Już w dwa lata po dojściu Hitlera do władzy niemieckie siły zbrojne przewyższały poważnie polskie nie tylko liczebnością, lecz także i przede wszystkim nowoczesnością swego sprzętu i siłą ognia. A był to dopiero początek rugi dozbraiania się.

 Dnia 16 marca 1935 r. Niemcy formalnie wypowiedziały część V trakratu wersalskiego, zawierającą postanowienia co do ograniczenia zbrojeń niemieckich i zakazującą m. in. wprowadzenia w Niemczech powszechnego obowiązku służby

49. Po uprzednim anulowaniu zakazu traktatu wersalskiego przekazanie hitlerowskiej marynarce wojennej nowych łodzi podwodnych (1935)
wojskowej. Dzięki wprowadzeniu obecnie tego obowiązku armia niemiecka

miała zostać rozbudowana do około 20 dywizji piechoty i wojsk pancernych­ ogółem do stanu ponad 500 tys. ludzi.

 Był to ze strony Niemiec pierwszy formalny i oficjalny akt odstąpienia od podpisanego przez nie traktatu wersalskiego. Ze względu na wagę tego kroku i jego precedensowy charakter można było spodziewać się jak najbardziej zdecy­dowanych kroków ze strony sygnatariuszy traktatu, a zwłaszcza wielkich mo­carstw i Polski. Tymczasem reakcja zainteresowanych ograniczyła się do papiero­wych protestów. Co więcej, mnożyły się wzajemne wizyty polsko-niemieckie, odczyty itp., świadczące o uporczywym podtrzymywaniu "linii 26 stycznia" bez względu na rosnące siły i agresywność III Rzeszy. W celu silniejszego jesz­cze związania Polski ze swymi dalekosiężnymi dążeniami, które bynajmniej nie ograniczały się tylko do rewizji traktatu wersalskiego, przywódcy hitlerow­scy usilnie nakłaniali Polskę do współudziału w ekspansji na wschód, na Zwią­zek Radziecki. Jednakże w tym punkcie rząd polski był ostrożny i do przyjęcia tych planów nie dał się przekonać.

 W tym czasie rozwijała się ofensywa faszyzmu w Europie, a także poza Eu­ropą. W 1934 r. hitlerowcy w Austrii dokonali puczu i zamordowali kanclerza Dolfussa, aby tą drogą osiągnąć połączenie Austrii z Niemcami (Anschluss),

50. Minister propagandy III Rzeszy Goebbels z wizytą w Warszawie w 1934 r. Od lewej: ambasador Rzeszy w Warszawie von Moltke, marsz. Piłsudski, min. Goebbels, min. Beck
wyraźnie wzbronione przez traktat wersalski. Tym razem pucz ten jeszcze zakończył się niepowodzeniem. Równocześnie rozwijała się zapoczątkowana już przed paru laty agresja japońska na Chiny. W 1935 r. faszystowskie Włochy podjęły podbój Abisynii. Był to akt zupełnie jawnej agresji, ledwie maskowanej wątłym, rzec można standardowym pretekstem strzelaniny na pograniczu Abisynii i włos­kiej Erytrei między patrolami wojskowymi obu krajów. Ewidentnie agresy­wny charakter akcji włoskiej przeciwko krajowi będącemu członkiem Ligi Naro­dów nie mógł nie spotkać się z jej reakcją. Na domiar Wielka Brytania widzia­ła w afrykańskich ambicjach Mussoliniego potencjalne zagrożenie swych intere­sów kolonialnych w tym rejonie, zwłaszcza w kontrolowanym przez siebie Suda­nie i Egipcie. Jednocześnie mocarstwa zachodnie pragnęły mieć poparcie Włoch w swej akcji protestacyjnej przeciwko III Rzeszy, która właśnie w tym czasie - jak wyżej wspomniano - wypowiedziała część V traktatu wersalskiego i przy­stąpiła do forsownych zbrojeń. W rezultacie Liga Narodów, dyrygowana przez Wielką Brytanię i Francję, uchwaliła przeciwko Włochom tzw. sankcje ekonomiczne, pełne luk i niedopowiedzeń, w dodatku nie respektowane przez państwa nie będące członkami Ligi, w tym Stany Zjednoczone i Niemcy. Według historyka francuskiego J. B. Duroselle'a "sankcje wywołały tylko irytację Włoch, ale nie przeszkodziły bynajmniej kontynuacji operacji [wojskowych 1 [...]. Wszystko

działo się tak, jakby się chciało robić wrażenie stosowania sankcji, ale unikało się za wszelką cenę przyparcia Włoch do ściany i wywołania w ten sposób wojny europejskiej". Rozpoczęta w październiku 1935 r. wojna zakończyła się w ma­ju 1936 r. aneksją Abisynii przez Włochy. W sumie faktyczna bezkarność agresji faszystowskiej w Afryce ukazywała bezowocność polityki ugłaskiwania agresora, a tym samym zachętę do podobnych kroków w przyszłości.

 Nie trzeba było długo na to czekać. Jeszcze w tym samym 1936 r. sfaszyzowane dywizje armii hiszpańskiej z hiszpańskiego Maroka pod dowództwem gen. Franco przeprawiły się do metropolii, gdzie uzyskały poparcie wielu dal­szych garnizonów oraz innych reakcyjnych sił w społeczeństwie hiszpańskim prze­ciwko legalnemu, lewicowemu rządowi, powstałemu w wyniku zwycięstwa "frontu ludowego" w wyborach do Kortezów w lutym 1936 r. W lipcu tegoż roku rebelia gen. Franco przekształciła się w wielką i krwawą wojnę domową, która wkrótce ogarnęła swym zasięgiem całą Hiszpanię. Po początkowych sukce­sach siły faszystowskie, zatrzymane m. in. przed Madrytem po dotkliwej porażce, napotkały jednak tężejący i coraz bardziej skuteczny opór sił ludowych. Decydujący udział we wspomnianych sukcesach wojsk faszystowskich miała od pierwszych dni wojny daleko idąca pomoc zbrojna, przede wszystkim w lotni­ctwie i marynarce wojennej, ze strony Włoch i Niemiec. III Rzesza przysłała m. in. osławiony "Legion Condor" - silną formację lotniczą, która walnie przyczy­niła się do tego, że przez cały czas wojny domowej wojska faszystowskie nie­podzielnie panowały w powietrzu. Również rząd ludowy otrzymał pomoc z zagranicy: byli to ochotnicy, przeważnie komuniści, z wielu krajów europejskich (w tym i z Polski). Zorganizowani w tzw. brygady międzynarodowe zapisali oni swą ideowością i poświęceniem kolejną chlubną kartę w dziejach proletariackie­go internacjonalizmu. Jednakże pomoc ta nie równoważyła pod względem woj­skowym znacznie większej siły oddziałów interwencyjnych włoskich i niemieckich,
51. Hitler przemawia na wiecu przedwyborczym w Berlinie w 1933 r.

górujących nad brygadami międzynarodowymi swą liczebnością, a przede wszy­stkim uzbrojeniem. Mimo tej przewagi trzeba było aż trzech lat zaciekłych walk, zanim udało się gen. Franco i jego potężnym sojusznikom zdławić bohaterski opór Frente Popular i jego bojowników (1939).

 Znaczenie wojny domowej w Hiszpanii nie ograniczało się jednak bynajmniej tylko do głębokich przemian. jakie przyniosła ona temu krajowi. Była to bowiem od czasów zwycięstwa faszyzmu we Włoszech i Niemczech pierwsza na taką skalę konfrontacja ideowo-polityczna i zbrojna między siłami faszyzmu i antyfaszyz­mu. Była też znamiennym przyczynkiem do postawy "wielkich demokracji" za­chodnich wobec tego najważniejszego konfliktu epoki.

 Stanowisko mocarstw zachodnich wykazywało wiele analogii do ich stano­wiska w sprawie agresji włoskiej na Abisynię. Niezdecydowanie, dwuznaczna po­łowiczność w podejmowanych działaniach, ledwie maskowana niechęć do legal­nego, ale ludowego rządu, przede wszystkim zaś widoczna już podczas kon­fliktu włosko-abisyńskiego tendencja do "ugłaskania" agresorów - oto głów­ne cechy tej postawy. Dała ona o sobie rychło znać w pracach powołanego z ini­cjatywy Anglii i Francji tzw. komitetu nieinterwencji (złożonego z przedstawicieli 27 państw europejskich, w tym ZSRR, Włoch, Niemiec, a także Polski), mają­cego czuwać m. in. nad zatrzymaniem dopływu broni i obcych wojsk do obu stron walczących w Hiszpanii. W rzeczywistości praktyczne owoce tej "polityki nieinterwencji" były mniej niż skromne, co wobec rozmiarów zaangażowania zbroj­nego włosko-niemieckiego przynosiło nieporównanie większe pożytki rebelian­tom niż legalnemu rządowi. Przedstawiciel radziecki w Komitecie, ambasador ZSRR w Londynie I. Majski, następująco oceniał wyniki jego działalności: "Komitet Nieinterwencji w istocie rzeczy stał się parawanem, osłaniającym potężną pomoc udzielaną przez państwa faszystowskie generałowi Franco. Pań­stwa te poczuły, że mogą się nie lękać poważnego oporu wobec ich agresywnych planów - oporu nie w słowach, lecz w czynach - ze strony Anglii, Francji, Stanów Zjednoczonych. Obawiam się - stwierdzał dalej Majski - że po tego rodzaju doświadczeniach Hitler i Mussolini mogą stać się jeszcze bardziej pewni całkowitej bezkarności w wypadku jakichkolwiek, choćby najpotworniejszych dy­wersji na arenie międzynarodowej. A skoro tak, oznacza to, że niebezpieczeństwo wojny europejskiej, może nawet drugiej wojny światowej, wzrosło".

 W tych warunkach krystalizował się sojusz głównych państw faszystow­skich, skierowany przeciwko wszelkim ruchom postępowym, a zwłaszcza ko­munistycznym, skonkretyzowany w latach 1936- I 937 w tzw. pakcie anty­kominternowskim, opartym na "osi" Berlin- Tokio-Rzym. Polska nie zgodziła się na przystąpienie do tego paktu. Jednakże jej stosunek zarówno do agresji włoskiej w Abisynii, jak i stanowisko w sprawie wojny domowej w Hiszpanii wskazywały niedwuznacznie. że sympatie rządu polskiego są po stronie Musso­liniego i gen. Franco.

 Szczególne, bezpośrednie znaczenie dla Polski miały wszakże posunięcia po­lityczne i wojskowe Niemiec. Zmierzały one konsekwentnie do jak najszybszej rozbudowy swych sił zbrojnych oraz uwolnienia się od krępujących więzów traktatu wersalskiego i innych porozumień międzynarodowych. Ważnym nowym kro­kiem w tej dziedzinie było wypowiedzenie przez III Rzeszę 7 marca 1936 r. układów lokarneńskich i traktatu wersalskiego w sprawie strefy zdemilitaryzowanej w Nadrenii i wprowadzenie tam wojsk niemieckich. Było to kolejne po­gwałcenie traktatów, szczególnie jaskrawe (układy lokarneńskie zostały podpisa­ne przez Niemcy całkowicie dobrowolnie i nawet przez samych Niemców nie były uważane za "dyktat") i bezpośrednio zagrażające Francji. Również w Pol­sce zawsze uważano demilitaryzację strefy nadreńskiej za istotny element bez­pieczeństwa. Jednakże i tym razem ograniczono się jedynie do protestów, przy czym ze strony polskiej były one wybitnie dwuznaczne. Wprawdzie min. Beck jeszcze tego samego dnia, 7 marca, zadeklarował ambasadorowi francuskiemu w Warszawie, L. Noelowi, gotowość wypełnienia przez Polskę wszelkich zo­bowiązań sojuszniczych wobec Francji, ale jednocześnie (w rozmowach w MSZ) stwierdzał, że "jego zdaniem naruszenie przez Niemcy zony zdemilitaryzowanej nie stwarza dla nas tzw. casus foederis", Podkreślał też, że w czekających go rozmowach dyplomatycznych "nie będzie ukrywał, co o całej sytuacji myśli i nie da się namówić na potępiające rezolucje, jak to miało miejsce w kwietniu ub. r. przy okazji rozpatrywania dozbrajania się Niemiec". Był zresztą od po­czątku przekonany (co się w pełni potwierdziło), że Francja nie zdobędzie się na żaden energiczniejszy krok, który by naprawdę zmusił Polskę do zrealizowania złożonej ambasadorowi N oelowi deklaracji.
52. Członkowie sekretariatu politycznego Międzynarodówki Komunistycznej w 1935 r. Siedzą od lewej: G. Dymitrow, P. Togliatti, W. Florin; stoją: O. Kuusinen, D. Mamulski, K. Gottwald, W. Pieck

VII Kongres Międzynarodówki
Komunistycznej - nowy etap walki
ruchu rewolucyjnego z faszyzmem

 Ofensywa faszyzmu na arenie międzynarodowej, a także w stosunkach wewnętrznych poszczególnych państw faszystowskich wywierała swój wpływ na sytuację w łonie sił antyfaszystowskich, szczególnie w partiach robotniczych, w tym i komunistycznych. Partie komunistyczne jeszcze nie zawsze doceniały pełnię niebezpieczeństwa faszyzmu. Często przeważało wśród nich przeświadczenie, że głównym wrogiem ruchu rewolucyjnego jest oportunizm socjaldemokratyczny, zwany często "socjalfaszyzmem". Utrudniało to współdziałanie z niekomunistycznymi partiami robotniczymi i z innymi siłami demokratycznymi, które ze swej strony również przeważnie odnosiły się do współpracy z komunistami z daleko posuniętą niechęcią.

 Duże zmiany w tej dziedzinie przyniósł VII Kongres Międzynarodówki Komunistycznej w 1935 r. Opierając się głównie na referatach G. Dymitrowa i P. Togliattiego przyjęto tam uchwały zalecające tworzenie jednolitego antyfaszystowskiego frontu ludowego we współpracy z wszystkimi siłami demokratycznymi, gotowymi przeciwstawiać się faszyzmowi. Taktyka ta przyniosła wyniki m. in. we Francji (gdzie już w 1934 r. doszło do porozumienia między socjalistami a komunistami, a w 1936 r. utworzony został nawet rząd frontu ludowego z udziałem komunistów) i Hiszpanii. W tej ostatniej wspólny międzynarodowy front antyfaszystowski znalazł swój szczególnie dobitny wyraz w czasie wojny domowej, kiedy do walki zbrojnej po stronie rządu republikańskiego stanęły także wspomniane już brygady międzynarodowe ochotników 32 różnych narodowości (wśród nich m. in. słynny pisarz amerykański E. He­mingway). Ochotnicy ci przybywali do Hiszpanii najczęściej nielegalnie, szykanowani i ścigani przez władze własnych i innych krajów. Było to również udziałem ochotników z Polski. Wielu Polaków przybyło też z Francji, dzięki czemu stanowili oni jedną z najliczniejszych grup narodowościowych, a brygada polska - im. Jarosława Dąbrowskiego - była jedną z najsilniejszych.

 Hasło jednolitego frontu antyfaszystowskiego miało duże znaczenie także dla Polski, już choćby z uwagi na procesy faszyzacyjne, jakie tu zachodziły pod rządami sanacyjnymi, jak również na poważne potencjalne możliwości tworze­nia tego rodzaju frontu na podstawie rozpowszechnionych szeroko w społeczeństwie nastrojów opozycji antysanacyjnej.


Wygasanie kryzysu w Polsce

 Do utrzymania się tych nastrojów przyczyniła się w niemałej mierze ciągle ciężka sytuacja gospodarcza w kraju. Począwszy od lat 1933 - I 9 34 zaczęła się co prawda zarysowywać pewna jej poprawa, ale była ona minimalna i nie doty­czyła wszystkich dziedzin. Choć wielki kryzys stopniowo się przesilał - nadal trwał stan głębokiej depresji gospodarczej, wyraźny zwłaszcza na wsi. Nie ustępowało też chroniczne, masowe bezrobocie. Liczba zarejestrowanych bezro­botnych wzrastała ciągle i dopiero w 1938 r. zaznaczył się pewien jej spadek.

 Katastrofalne skutki kryzysu skłoniły poszczególne rządy i państwa do zwiększenia ingerencji w życie gospodarcze w celu przezwyciężenia lub przynajmniej złagodzenia kryzysu. Była to polityka tzw. nakręcania koniunktury, polegająca na zastosowaniu nowych przepisów podatkowych, podwyższaniu barier celnych, ożywianiu produkcji poprzez odpowiednią politykę zamówień, podjęciu robót publicznych na szerszą skalę itd. Łącznie z ogólną poprawą sytuacji gospodarczej w świecie dało to pewne wyniki i w Polsce. Wskaźniki produkcji przemysłowej zaczęły się powoli podnosić powyżej dna z roku 1932, kiedy to - przypomnijmy - wskaźnik ten spadł w porównaniu z 1928 r. (100) do 64. W na­stępnych latach kształtował się on (według "nowego wskaźnika") następu­jąco: w 1933 r. - 70, w 1934 - 79, w 1935 - 94, w 1937 - 111.

 Najdłużej utrzymywała się depresja w rolnictwie. Rząd starał się złagodzić położenie wsi m. in. przez zapoczątkowanie tzw. akcji oddłużeniowej. Zakazano licytacji zbiorów na pniu, weszła w życie ustawa odraczająca na okres trzyletni (od 1935 r.) płatności wszelkich długów prywatnych. Wzrosło nieco tempo i rozmiary parcelacji, która w latach 1932-1935 obracała się w granicach za­ledwie 56-80 tys. ha rocznie. W roku 1936 rozmiary parcelacji powiększyły się do 96 tys. ha, a w latach 1937 i 1938 sięgnęły odpowiednio 113 i 119 tys. ha (por. tab. 4).  Począwszy od 1936 r. nastąpiła pewna podwyżka cen na artykuły rolne. Nie oznaczała ona jednak istotnego zmniejszenia rozwarcia "nożyc cen". Na­dal też wieś uginała się pod brzemieniem przeludnienia i zbędnych rąk roboczych. Tak więc podstawowe źródła ciężkiej sytuacji wsi, jej przeludnienie, głęboko wypaczona struktura agrarna na korzyść wielkiej własności oraz "nożyce cen" nadal pozostawały problemami dalekimi od rozwiązania. Dystans między roz­wojem gospodarczym Polski a innych krajów nadal pozostawał bardzo duży i, co gorsza, nie zmniejszał się, ale powiększał. W międzynarodowych zestawieniach statystycznych Polska, z nielicznymi wyjątkami, jak np. wydobycie węgla, zajmowała ciągle jedno z końcowych miejsc.


Kroki ku totalitaryzacji. Konstytucja
kwietniowa 1935 r.

 Obok utrzymującej się depresji gospodarczej drugim istotnym współczynnikiem stosunków wewnętrznych w kraju była totalitaryzacja polityki

53. Wydana przez Międzynarodową Organizację Pomocy Rewolucjonistom we Francji pocztówka przeciwko założeniu tzw. obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej
54. Uroczysty akt podpisania nowej konstytucji (kwietniowej) na zamku królewskim w Warszawie przez prezydenta Mościckiego

wewnętrznej rządu, wyrażająca się m. in. w szerokim stosowaniu policyjnych represji. Liczba więźniów politycznych w Polsce wynosiła w 1926 r. ok. 6000, 1929 - ok. 8700, 1935 - ok. 16 tys. Zmalała ona wyraźnie dopiero w 1937 r. - ok. 6280 osób. Pierwsze miejsce wśród nich zajmowali bezsprzecznie ko­muniści. Aresztowania za działalność komunistyczną, liczne już w latach dwudzie­stych, wzrosły bardzo poważnie zwłaszcza od 1931 r., kiedy ofiarą ich padło ok. 11 tys. osób. W latach następnych, aż do 1935 r. (później brak danych), aresztowano corocznie od ok. 11 700 do ok. 15 600 (1932) osób pod zarzutem komunizmu.

 Dotkliwe prześladowania spadły w tym okresie na prasę opozycyjną, która podlegała daleko idącej cenzurze i mnożącym się konfiskatom (zdarzyło się na­wet, że w 1936 r. skonfiskowano w "Obliczu Dnia" przedruk artykułu Adama Mickiewicza z paryskiej "Trybuny Ludów" pt. W sprawie chłopskiej, z 1849 r.)

 Najjaskrawszym jednak przejawem procesu totalitaryzacji w tej dziedzinie, a zarazem gwałcenia podstawowych swobód obywatelskich, było utworzenie w Polsce w 1934 r. tzw. obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej na Pole­siu. Zgodnie z dekretem prezydenta Mościckiego z 17 czerwca 1934 r. osadzano tam ludzi, których działalność "daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego". Do Berezy wysyłano bez sądu - na podstawie decyzji władz administracyj­nych. Więźniowie byli tam poddawani wymyślnym udręczeniom moralnym i fi­zycznym, graniczącym niekiedy z torturami. W roku 1936 komuniści stanowi­li 97% skierowanych do obozu. Liczną grupę więźniów Berezy stanowili Ukraińcy i Białorusini.  Poniekąd generalnym i najwyższym uogólnieniem całokształtu tej ewolucji w płaszczyźnie prawno-ustrojowej stała się nowa konstytucja z 23 kwie­tnia 1935 r. (tzw. konstytucja kwietniowa). Ponieważ BBWR nie miał w sej­mie kwalifikowanej większości 2/3 potrzebnej do uchwalenia nowej konstytucji, zastosowano różne wybiegi prawne i regulaminowe; "było to - jak stwierdza znawca tych zagadnień, A. Ajnenkiel - bezprawie dokonane z naruszeniem szeregu istotnych przepisów". Nawet Świtaiski i Piłsudski przyznawali, że no­wa ustawa konstytucyjna została uchwalona "dowcipem i wilkiem", co "nie jest zdrowe".

 W nowej konstytucji punkt ciężkości władzy państwowej został przesu­nięty z sejmu na prezydenta, którego władza została nie tylko wzmocniona, ale i wyodrębniona, stając się władzą nadrzędną zarówno nad rządem, jak i nad sej­mem. Prezydent praktycznie nie odpowiadał przed nikim - jedynie "przed Bogiem i historią". Prezydent miał być wybierany nie przez Zgromadzenie Na­rodowe, ale przez wąskie (Bo-osobowe) grono "elektorów", wyłanianych przez obie izby lub przez referendum narodowe. Prezydent miał szereg ważnych upra­wnień, tzw. prerogatyw osobistych, obejmujących m. in. wyznaczanie swego na­stępcy w czasie pokoju, mianowanie i odwoływanie premiera, mianowanie i od­woływanie Naczelnego Wodza i Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, rozwią­zywanie izb przed upływem kadencji, powoływanie części senatorów itp. Istota tych prerogatyw polegała na tym, że prezydent mógł je wykonać bez kontrasygnaty odpowiedniego ministra. Był więc niczym nie ograniczony w po­dejmowaniu decyzji najbardziej węzłowych dla życia państwa.

 Wzmocniona została także, kosztem sejmu, pozycja senatu. Ograniczenie kompetencji sejmu wyrażało się m. in. w tym, że jego votum nieufności nie oznacza­ ło - jak dotąd - konieczności ustąpienia rządu. Prezydent mógł ignorować stanowisko izb ustawodawczych i je rozwiązać. Innymi słowy, odpowiedzial­ność rządu przed parlamentem pozostała już tylko w kadłubowej postaci. Nie­przypadkowo zresztą znikły w nowej konstytucji artykuły naczelne we wszyst­kich konstytucjach demokratycznych, stanowiące, że władza zwierzchnia w pań­stwie należy do narodu, reprezentowanego przez swoich posłów w parlamen­cie. Znikły też artykuły mówiące o swobodzie wyrażania swych myśli i prze­konań, wolności prasy, a artykuł mówiący o równości wszystkich obywateli wobec prawa został zastąpiony sformułowaniem, głoszącym, iż uprawnienia oby­watelskie będą mierzone "wartością wysiłku i zasług obywatela na rzecz dobra powszechnego" .

 Krokiem wstecz od demokracji była też uchwalona w lipcu 1935 r. nowa or­dynacja wyborcza. Między innymi zmniejszała ona liczbę posłów do sejmu z 444 do 208, a senatorów ze 111 do 96. Podnosiła dotychczasowy wiek uprawniający do czynnego prawa wyborczego z 21 do 24 lat. Przede wszyst­kim jednak odbierała partiom i organizacjom politycznym prawo wysuwania kan­dydatów, przekazując to prawo tzw. zgromadzeniom przedwyborczym, którym przewodniczył komisarz wyborczy, mianowany przez ministra spraw wewnętrz­nych. W skład tych zgromadzeń nie wchodzili przedstawiciele partii politycznych, ale różnego rodzaju samorządów, w dużej mierze uzależnieni lub powiązani z władzami. Jeśli zaś chodzi o senat, to pomyślany był on jako "elita"
Prezydent Mościcki przemawia nad trumną marsz. Piłsudskiego u wejścia do katedry na Wawelu

społeczeństwa. Wybierany był w wyborach pośrednich (dwustopniowych) przez wojewódzkie kolegia wyborcze, złożone z delegatów obwodowych. Prawo wyborcze przysługiwało tylko niektórym kategoriom obywateli (z wyższym wy­kształceniem, oficerom odznaczonym, przedstawicielom samorządów i niektórych organizacji społecznych itd.). Kolegia te wybierały zresztą tylko 2/3 składu senatu, 1/3 mianował prezydent (stąd potoczna nazwa senatu: "senat mianowańców.

 Ważnym nowym aktem ustawodawczym, dotyczącym organizacji najwyż­szych władz państwowych, był też dekret prezydenta o zwierzchnictwie nad si­łami zbrojnymi z maja 1935 r. W dużej mierze wyłączał on władzę wojskową spod wpływu rządu, uzależniając ją tylko od prezydenta, który - jak już wspominaliśmy - miał prawo mianowania Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, będącego zarazem desygnowanym Naczelnym Wodzem na wypadek wojny.


Śmierć Piłsudskiego. „Dekompozycja”
w obozie rządzącym

 Konstytucja kwietniowa była ostatnim ważnym aktem państwowym, pod­pisanym przez Józefa Piłsudskiego. Wkrótce potem, 12 maja 1935 r., ciężko chory na raka, zmarł w Belwederze. Ciało Piłsudskiego umieszczono - po przezwyciężeniu oporów kurii krakowskiej - na Wawelu. Jego pogrzeb, bardzo uroczysty, odbył się z udziałem wysokich delegacji z wielu państw.

 Śmierć Piłsudskiego wywołała duży wstrząs w całym kraju, a także za granicą. Autorytet jego był do tej pory w gruncie rzeczy główną rękojmią wewnętrznej spoistości obozu rządzącego i jego pozycji - mocno zresztą nadwątlonej - w społeczeństwie. Aby choć w części zapełnić tę lukę, już w kilka godzin po śmierci Piłsudskiego wyznaczono jego następcę w zakresie spraw wojskowych, na stanowisko Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, w osobie gen. Edwarda Rydza-Śmigłego, uchodzącego za jednego z naj zdolniejszych oficerów legio­nowych. Zarysowujące się obecnie rozbieżności i ambicje w łonie sanacji, choć nie ujawniły się od razu w sposób wyraźny z uwagi na zbliżające się wybory, to jednak świadczyły o postępującym w niej szybko procesie wewnętrznego roz­kładu i rozbicia. Szczególną aktywność wykazywała frondująca lewica obozu sa­nacyjnego,
56. Marszałek Edward Rydz-Śmigły
Związek Naprawy Rzeczypospolitej (tzw. Naprawa), starająca się nie bez powodzenia przeforsować jak najwięcej swych kandydatów do no­wego sejmu. Wybory odbyły się we wrześniu 1935 r. i zamieniły się fakty­cznie w plebiscyt narodowy wobec rządów sanacji, zakończony jej klęską. W wy­borach sejmowych wzięło udział zaledwie 46% uprawnionych do głosowania (z czego za głosy ważne uznano tylko 40%). W stolicy kraju głosowało niecałe 30%, a w innych województwach centralnych i woj. poznańskim z reguły po­niżej 40%. Zdumiewające było natomiast, że - według urzędowych danych - najwyższą frekwencję (poza województwem śląskim, gdzie silne wpływy miał tamtejszy wojewoda Grażyński w oparciu o Związek b. Powstańców Śląskich) zanotowano w województwach wschodnich, których ludność miała szczególne po­wody do wrogości wobec rządów sanacyjnych. Sprawiły to szczególnie silne na­ciski policyjno-administracyjne na tych terenach, jak też fałszerstwa przy urnach wyborczych. Nie mogło to jednak zmienić wymowy masowego bojkotu wybo­rów w skali ogólnokrajowej. Wszelako jedynym wnioskiem, jaki z tego wyciąg­ nęły koła rządzące, było rozwiązanie kompletnie skompromitowanego BBWR (1935), wkrótce zastąpionego nowym tworem podobnego rodzaju, mianowicie Obozem Zjednoczenia Narodowego (o czym niżej).  Wtedy też zaczęły się z całą siłą ujawniać sprzeczności i koteryjne rozgrywki w łonie obozu piłsudczykowskiego, prowadzące do coraz wyraźniejszej jego "de­kompozycji". Pierwszą okazję ku temu dała sprawa wyboru prezydenta. Jego ka­dencja upływała co prawda dopiero w 1940 r., ale Piłsudski jeszcze przed śmier­cią wyraził życzenie, by po uchwaleniu nowej konstytucji wybrać też nowego prezydenta, sugerując na to stanowisko Walerego Sławka. Jednakże oparł się temu po śmierci Piłsudskiego sam najbardziej zainteresowany - prezydent Moś­cicki. Doszło do ostrych kontrowersji w kierowniczych kołach obozu rządzące­go. Sławek ustąpił ze stanowiska szefa rządu (październik 193 5), jego miej­sce zajął Marian Zyndram-Kościałkowski, uważany za przedstawiciela bardziej liberalnego kierunku w sanacji. Stopniowo do coraz większych wpływów do­chodził gen. Rydz-Śmigły, coraz bardziej natomiast traciła je grupa pułkowników z Walerym Sławkiem na czele. Z czasem uksztahowały się w łonie obozu rzą­dzącego jakby dwie grupy (w których zresztą zachodziły różne zmiany i fluktuacje): tzw. grupa zamkowa, skupiona wokół prezydenta Mościckiego i wsparta autorytetem twórcy Gdyni, E. Kwiatkowskiego, oraz "grupa GISZ" (Gene­ralnego Inspektora Sił Zbrojnych), skupiona wokół Rydza-Śmigłego (mianowane­ go w 1936 r. marszałkiem), obejmująca m. in. nowego ministra spraw wojsko­wych gen. Tadeusza Kasprzyckiego. Nie łączył się wyraźniej z żadną z tych grup min. Beck, którego pozycja jako jedynego właściwie powiernika zmarłego mar­szałka w sprawach polityki zagranicznej była mimo to przez cały czas bardzo sil­na i który wchodził w skład faktycznie rządzącego Polską w ostatnich latach jej międzywojennej niepodległości triumwiratu Rydz-Śmigły — Mościcki — Beck. Nie istniały między tymi grupami żadne istotne różnice ideologiczne. Wiele wska­zuje jednak na to, że Rydz-Śmigły i w ogóle koła wojskowe z pewnym scep­tycyzmem patrzyły na politykę zbytniego wiązania się z Niemcami, uprawianą uporczywie przez Becka, i że pragnęły utrzymać możliwie poprawne stosunki z Francją.
57. Premier Felicjan Sławoj Składkowski
Świadczyła o tym np. wizyta gen. Rydza-Śmigłego we Francji we wrześniu 1936 r., zakończona układem w Rambouillet i pożyczką francuską dla Polski. Sprzeczności między obu grupami ujawniły się w związku ze sprawą tworzenia nowego rządu po ustąpieniu gabinetu Kościałkowskiego (maj 1936), Przyjęto wyjście kompromisowe w postaci powołania na stanowisko premiera gen. Sławoja Składkowskiego. Nie miał on poważniejszych aspiracji politycznych, był typem wykonawcy o raczej ograniczonych horyzontach myślowych, służbiś­cie posłusznego zarówno prezydentowi, jak i generalnemu inspektorowi. Na swym stanowisku utrzymał się najdłużej ze wszystkich międzywojennych premie­rów - aż do klęski wrześniowej 1939 r.

 Dość odrębne pozycje w obozie sanacyjnym zajmowali działacze "Napra­wy", zespołu o charakterze na poły mafijnym, reprezentującym w łonie obozu pił­sudczykowskiego tendencje bardziej lewicowe. Przeciwstawiali się oni m. in. nad­miernym wpływom kapitału zagranicznego w Polsce (byli zwolennikami tzw.

58. Chłopi głosują za udziałem w strajku (Przeworsk, 1937 r.)
etatyzacji, czyli przejmowania przemysłu przez państwo), a także proniemieckiej

polityce Becka. Nie byli dopuszczeni do stanowisk rządowych, ale jeden z czo­łowych ich przedstawicieli, wojewoda Michał Grażyński, był faktycznym władcą województwa śląskiego, gdzie reprezentował rządy "silnej ręki" zarówno w sto­sunku do opozycji chadeckiej z Korfantym na czele, jak i do mniejszości nie­mieckiej. Sympatyzował z tą grupą również Stefan Starzyński, późniejszy boha­terski prezydent Warszawy z czasów kampanii wrześniowej 1939 r.


Ponowny przypływ ruchów
strajkowych.
Wielki strajk chłopski 1937 r.

 Lata 1935-1937 należały do najbardziej burzliwych w dziejach walki z dyktaturą sanacyjną.

 Nasilenie ruchu strajkowego w 1936 r. było najwyższe po roku 1923 w ca­łym okresie międzywojennym i ustępowało jedynie ruchowi strajkowemu w tych latach w Stanach Zjednoczonych i Francji.

 Były to równocześnie wystąpienia często bardzo gwałtowne i nasycone silnie treścią polityczną. Widownią szczególnie burzliwych zajść stały się Kraków i Lwów. W następstwie próby brutalnego stłumienia strajku okupacyjnego w fabryce wyrobów gumowych "Semperit" w Krakowie (marzec 1936) rozwinął się w tym mieście wielki strajk solidarnościowy, połączony z demonstracjami robotników na ulicach miasta. W walkach padło 6 zabitych i kilkudziesięciu rannych. Pogrzeb zabitych przekształcił się w nową potężną manifestację soli­darności robotniczej z udziałem dziesiątków tysięcy ludzi.

 Nie mniej gwałtowny przebieg miały nieco późniejsze (kwiecień 1936) zajścia we Lwowie. W czasie demonstracji bezrobotnych policja zastrzeliła tu je­dnego z nich, Antoniego Kozaka. Masy robotnicze zareagowały strajkiem po­wszechnym i demonstracyjnym pogrzebem zabitego towarzysza, co przemieniło się w krwawe starcie uliczne i walki o rewolucyjnym charakterze (próba uwol­nienia więźniów politycznych, kilkadziesiąt tysięcy uczestników demonstracji itp.). Krwawe starcia i demonstracje, choć na mniejszą skalę, rozwinęły się w tym czasie również w takich miastach, jak Chrzanów, Częstochowa, Toruń, Gdynia i inne. Ogromne rozmiary przybrały w tym roku wiece i manifestacje 1-majowe.

 Wkrótce potem przyszło święto ludowe (31 maja), w którym, według źró­deł Stronnictwa Ludowego, wzięło udział w całym kraju ok. 1 mln chłopów. W miesiąc później na innej wielkiej manifestacji w Nowosielcach (pow. Prze­worsk) z udziałem gen. Rydza-Śmigłego wręczono mu rezolucję chłopską, doma­gającą się przywrócenia demokracji, "uczciwych wyborów", powrotu Witosa do kraju, zmiany polityki zagranicznej itd. Zajścia i demonstracje trwały również w drugiej połowie roku. W sierpniu 1937 r. poruszenie na wsi osiągnęło swój punkt kulminacyjny w postaci dziesięciodniowego powszechnego strajku chłop­skiego, proklamowanego po przezwyciężeniu licznych oporów przez Naczelny Komitet Wykonawczy SL. Strajk ten gorąco poparła KPP, starając się w szczególności, wbrew postawie kierownictwa PPS, wzmocnić wystąpienia chłopskie strajkami solidarnościowymi robotników w miastach. Strajk ogarnął znaczną część kraju, prowadząc' w wielu miejscach do nowych starć, represji i aresztowań. Według niepełnych danych zginęło w tych walkach 42 chłopów, kilkuset było rannych. Aresztowano ok. 4 tys. osób. Był to największy w okresie międzywojennym strajk chłopski. Znaczenie jego podkreślały wysoki stopień upolitycznienia tego strajku i nierzadkie przejawy sojuszu robotniczo-chłopskiego, do którego tak usilnie dążyła KPP.

59. Winiety kilku czasopism jednolitofrontowych

Trudna walka KPP
o utworzenie antyfaszystowskiego
frontu ludowego

Dążenie do stworzenia sojuszu robotniczo-chłopskiego stanowiło jeden z isto­tnych składników walki KPP o antyfaszystowski front ludowy, co stawiała sobie - zwłaszcza od VII Kongresu MK - jako naczelne zadanie. Temu celowi słu­żyły m. in. liczne apele i propozycje wspólnej walki kierowane pod adresem PPS, Stronnictwa Ludowego i innych organizacji. Wysiłki te dawały tylko częściowo rezultaty w postaci porozumień jednolitofrontowych między komunistami a nie­którymi organizacjami terenowymi PPS, w postaci wspólnych niekiedy inicjatyw strajkowych, zbliżenia do części aktywu PPS, do organizacji młodzieżowej tej par­tii - OM TUR czy "Wici". W płaszczyźnie stosunków międzypartyjnych KPP-PPS osiągnięto częściowe porozumienie, dotyczące w szczególności zanie­chania wzajemnej wrogiej propagandy (tzw. pakt o nieagresji między KPP a PPS), w końcu lipca 1935 r., ale nie wytrzymało ono dłuższej próby życia. Z większym powodzeniem prowadził swą działalność w tym kierunku KZMP, który m. in. sformułował (marzec 1936) Deklarację praw młodego pokolenia

60. Literaci w pochodzie l-majowym w Warszawie w 1936 r.
Polski, domagającą się "równego startu" dla całej młodzieży w Polsce. Deklaracja, podpisana także przez OM TUR i "Wici", spotkała się ze stosunkowo sze­rokim odzewem także w kołach młodzieży niekomunistycznej.

 W całokształcie komunistycznej propagandy jednolitofrontowej kładziono akcent na hasła ogólnodemokratyczne, na poprawę warunków bytowych nie tylko robotników, lecz także innych grup zawodowych (np. nauczycieli), na ko­nieczność podjęcia skutecznej walki z plagą bezrobocia itp. Wszystko to ułatwia­ło KPP dotarcie nie tylko do robotników, ale i do innych warstw społeczeństwa. Duże znaczenie pod tym względem miała rozwinięta w latach 1935 - 1936 szeroka kampania na rzecz amnestii dla więźniów politycznych, w której uczestni­czyły również PPS i SLo KPP popierała w tej dziedzinie wysiłki i akcje, podejmo­wane przez Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela, którym patronował wybitny pisarz i zarazem zdecydowany przeciwnik dyktatury sanacyjnej - An­drzej Strug. Ważnym elementem nowej, jednolitofrontowej strategii walki ko­munistów polskich było ich jednoznaczne stanowisko w sprawach rosnącego z ro­ku na rok zagrożenia hitlerowskiego, zwłaszcza obrony Górnego Śląska i praw polskich w Gdańsku, i związane z tym zdecydowane potępienie polityki Becka, niepopularnej w szerokich masach społeczeństwa polskiego i ostro krytykowanej przez wszystkie partie opozycyjne. Komuniści polscy już wtedy, w 1936 r., trafnie dostrzegali, że plany Hitlera wybiegają znacznie dalej i są o wiele bardziej nie­bezpieczne niż "tradycyjny" rewizjonizm niemiecki z czasów republiki weimar­skiej. W lipcu 1936 r. pisał o tym organ KPP, nielegalny "Czerwony Szan­dar[1]": "Wojna o Śląsk to tylko fragment hitlerowskich planów antypolskich. Ostateczny cel - to zabór nawet takich ziem, gdzie zupełnie nie ma ludności niemieckiej, to uczynienie z »niższej rasy« - Polaków - niewolników hitlery­zmu, a z Polski - niemieckiej kolonii". Podobne głosy ostrzeżenia podnosiła KPP także w związku z zakusami hitlerowskimi na Gdańsk. Wielką rolę w propagowaniu haseł antyfaszystowskich odegrała prasa je­dnolitofrontowa, w szczególności "Dziennik Popularny" (1936- 1937, pod re­dakcją lewicowego działacza PPS N. Barlickiego) i "Oblicze Dnia", a także niektóre inne czasopisma kulturalne i literackie, jak "Lewar", "Sygnały", "Kar­ta" "Poprostu" i inne, choć z powodu trudności finansowych, ciągłych konfiskat i innych szykan pisma te zazwyczaj nie utrzymywały się długo przy życiu. Swego rodzaju ukoronowaniem współpracy antyfaszystowskiej człowych[1] przedstawicieli polskiej kultury, literatury i nauki był Zjazd Pracowników Kultury we Lwowie (maj 1936), który zamanifestował ich wolę walki w obronie humanizmu, po­ stępu społecznego i demokracji.

 Walkę tę toczyli również ludzie, organizacje i partie polityczne, skądinąd

nieufne wobec komunistów lub wręcz odmawiające współpracy z nimi. Dotyczy to w szczególności PPS i SL, które miały większe możliwości oddziaływania dzięki posiadaniu własnej legalnej prasy (również zresztą borykającej się z szyka­nami cenzury) i pewnych możliwości publicznych legalnych wystąpień. Dużą rolę w tej dziedzinie odgrywała też pozostająca pod wpływami PPS Komisja Cen­tralna Związków Zawodowych. Zdecydowane akcje antysanacyjne prowa­dził Związek Nauczycielstwa Polskiego (strajk nauczycielski w 1937 r.).

Na pozycjach Centroprawicy: od "Frontu Morges" po Obóz Narodowo-Radykalny

 Niektórzy przywódcy opozycji niekomunistycznej usiłowali doprowadzić do stworzenia porozumienia międzypartyjnego. skierowanego przeciwko rządom sanacyjnym, na emigracji. Nieprzejednanymi ich przeciwnikami byli m. in. Win­centy Witos, Władysław Sikorski, Wojciech Korfanty. Rozmowy w tej spra­wie, prowadzone w 1936 r. w siedzibie Ignacego Paderewskiego w Morges w Szwajcarii (stąd określenie "front Morges"), nie dały jednak większych rezul­tatów. Pośrednim owocem tych pertraktacji było w kraju pewne przegrupowa­nie w centrum opozycji, mianowicie zjednoczenie Chrześcijańskiej Demokracji, NPR i Związku Hallerczyków, z czego zrodziła się nowa partia - Stronnictwo Pracy.

 Pogłębiał się po przewrocie majowym kryzys wewnętrzny w Stronnic­twie Narodowym (por. wyżej, s. 189). Następująca już od pewnego czasu opozycja "młodych", inspirowanych przez Dmowskiego, wobec "starych" rozwijała się i po rozwiązaniu Obozu Wielkiej Polski. Działacze tego Obozu stali się kadrą nowych grup opozycyjnych, jak Związek Młodych Naro­dowców, a zwłaszcza powstały w 1934 r. (wprawdzie rozwiązany po kilku miesiącach przez władze) Obóz Narodowo-Radykalny (ONR) i "Falanga".

 Podobnie jak OWP, reprezentowały one linię skrajnie reakcyjną i jawnie naśladowały wzory faszystowskie zarówno pod względem swej organizacji, struktury, jak i ideologii. Kierując się tą ideologią, nacechowaną m. in. elemen­tami programowego antysemityzmu, grupy te, przede wszystkim ONR, inicjowa­ły szereg antyżydowskich wystąpień na wyższych uczelniach, gdzie domagały się wprowadzenia tzw. getta ławkowego dla studentów Żydów, daleko idącego ograniczenia ich przyjęć na wyższe uczelnie według zasady numerus clausus lub wręcz żądały całkowitego niedopuszczenia Żydów na zasadzie numerus nullus. Rząd rozwiązał, co prawda, ONR, ale działalność ludzi ONR bynajmniej nie ustawała.

 W tej atmosferze dochodziło też do lokalnych antyżydowskich wystąpień, inspirowanych przez elementy faszyzujące, jak np. w 1936 r. w Przytyku, mia­steczku pod Radomiem, a także w Liszkach, Czyżewie i w toku "marszu na Myślenice", zorganizowanego przez jednego z czołowych przywódców en­deckich Adama Doboszyńskiego. Ofiarą tych zajść padała z reguły biedota żydowska.

 Lewica polska i inne siły postępowe w społeczeństwie polskim zdecydo­wanie przeciwstawiały się tym przejawom antysemityzmu, piętnując je niejedno­ krotnie.

Przegrupowania w obozie sanacyjnym:
powstanie Obozu Zjednoczenia
Narodowego

 Utrzymujące się w kraju napięcie stosunków wewnątrzpolitycznych, silne fermenty społeczne w mieście i na wsi, próby zespolenia się opozycji, tworzenie antyfaszystowskiego frontu ludowego, "dekompozycja" w samym obozie rządzącym - wszystko to nie mogło nie wywoływać zaniepokojenia w kierowni­czych kołach tego obozu. Od czasu rozwiązania BBWR, który zresztą okazał się tworem zupełnie sztucznym i wybitnie niepopularnym. sanacja nie dysponowała żadną poważniejszą siłą polityczną, zdolną jej zapewnić jakie takie zaplecze w spo­łeczeństwie. W ten sposób zrodziła się wśród jej przywódców myśl powołania do życia nowej organizacji, która by zapełniła istniejącą lukę.

 W lutym 1937 r. proklamowano uroczyście powstanie Obozu Zjednocze­nia Narodowego (tzw. Ozonu), na którego czele postawiono płk. Adama Koca. Program przezeń przedstawiony miał charakter w dużej mierze totalitarny. Wskazywały na to silne wyeksponowanie roli armii, akcenty klerykalne, kon­stytucja kwietniowa jako podstawa "ładu i porządku w państwie", gwałtowny antykomunizm, kult Piłsudskiego podniesiony do rangi jedynej, swoistnej ideo­logii narodowej ("Polska dzisiejsza jest dziełem Józefa Piłsudskiego"}, państwo jako wyłączny arbiter w starciach klasowych, ledwie zawoalowane poparcie dla tendencji antysemickich w imię "samoobrony" kulturalnej i gospodarczej itd.

 Mimo szeroko stosowanych nacisków politycznych i administracyjnych żadna z poważniejszych organizacji, a tym bardziej partii politycznych nie zgło­siła tak pożądanego "akcesu" do OZN. Nie przystąpiła doń nawet część dzia­łaczy b. BBWR, zwłaszcza z tzw. lewicy sanacyjnej. Uczyniły to jedynie organi­zacje, które już przedtem znajdowały się w kręgu dawnego BBWR, ponadto zaś niektóre związki zawodowe, organizacje kombatanckie, Związek Harcerstwa Polskiego, a także naczelna organizacja wielkiego kapitału - "Lewiatan". Ponadto wiele z tych "akcesów" sprowadzało się do zgłoszeń jedynie zarządów odpowiednich organizacji. W celu poszerzenia tej wątłej podstawy politycznej OZN przywódcy sanacyjni (m. in. marsz. Rydz-Śmigły) próbowali zbliżyć się i przyciągnąć przynajmniej niektóre grupy z kręgu Narodowej Demokracji. Per­traktacje te, prowadzone m. in. z przedstawicielami różnych grup "młodych" tego kierunku, w szczególności skrajnie reakcyjnych grup byłego ONR i zbliżo­nej doń "Falangi", nie przyniosły jednak owoców. Jeszcze mniej nadziei bu­dziła perspektywa zbliżenia się do ruchu ludowego, choć i w tym kierunku po­dejmowane były próby jakiegoś kompromisowego porozumienia.

 Pokazało się więc, że i ta nowa inicjatywa sanacji, choć początkowo wywo­łała pewne nadzieje i ożywienie w życiu politycznym, rychło zakończyła się fiaskiem. Niepowodzenie jej stanowiło równocześnie przyczynek do szerszego zagadnienia, mianowicie zagadnienia charakteru państwa polskiego po z górą dzie­sięciu latach dyktatury sanacyjnej.  W roku 1937 można było już stwierdzić, że nie udało się jej przekształcić Polski w państwo o wyraźnym profilu faszystowskim. W porównaniu z pań­stwami i ideologiami wzorcowymi w tej mierze, jak Włochy i przede wszystkim III Rzesza, system wprowadzony w Polsce wykazywał co prawda szereg po­dobieństw, ale też i znamiennych odchyleń, tudzież połowiczności. Jak w innych państwach faszystowskich, tak również w Polsce parlament, zepchnięty na mar­gines życia politycznego, przestał się liczyć. W postaci konstytucji kwietniowej stworzono w Polsce dogodną podstawę prawno-ustrojową do realizacji celów reżimu faszystowskiego. Charakterystyczne dla faszyzmu cechy wykazywała polityka rządu wobec mniejszości narodowych, zwłaszcza Ukraińców, Białorusi­nów i częściowo Żydów. Lapidarnie ujęła to posłanka ukraińska w sejmie, cha­rakteryzując tę politykę w słowach: "po pierwsze wynarodowienie, po drugie ciemnota, po trzecie system represji policyjnych". Wydatnie rozwinięty został system represji policyjnych także w stosunku do Polaków. "Ukoronowany" Brześciem i Berezą Kartuską, był potwierdzany na bieżąco wysoką liczbą więźniów politycznych w ciągle przepełnionych więzieniach. Podobnie jak we Włoszech, Niemczech i Hiszpanii generała Franco, antykomunizm był roznie­cany i w Polsce jako jedna z naczelnych treści propagandowych wpajanych spo­łeczeństwu. Wytworzono specyficzny klimat uwielbienia dla armii, postawionej na wysokim piedestale, sprzyjający rozwojowi tendencji militarystycznych. Polska polityka zagraniczna za czasów Becka starała się dotrzymać kroku posunięciom państw faszystowskich na arenie międzynarodowej.

 Ale jednocześnie w niejednym istotnym punkcie rzeczywistość Polski lat trzydziestych wyraźnie odbiegała od profilu państwa faszystowskiego lub moc­no utrudniała realizację określonych dążeń ku pełnemu faszyzmowi. Odmiennie zatem od Włoch i Niemiec promotorzy faszyzmu w Polsce nie mieli za sobą ma­sowego zaplecza. Nawet w okresie wzmagającej się faszyzacji, od lat 1934-1935, nie udało się narzucić Polsce żadnego "wodza" ani tym bardziej wpro­wadzić w sposób instytucjonalny zasady wodzostwa na różnych szczeblach życia państwowego i społeczno-politycznego.

 W przeciwieństwie do innych krajów faszystowskich, nigdy nie przyjął się w Polsce system monopartyjny. Co więcej, obóz rządzący w Polsce był w grun­cie rzeczy jedyną siłą polityczną, nie mającą za sobą w ogóle partii politycznej w prawdziwym tego słowa znaczeniu (zarówno BBWR, jak i zwłaszcza OZN były w istocie sztucznym zlepkiem organizacji społecznych i grupek politycznych, sklejonych przede wszystkim naciskami administracyjnymi lub doraźnym inte­resem tych grup). Nie przyjęły się w Polsce na szerszą skalę teorie rasistowskie ani nie doczekały się one nigdy sankcji prawnej w obowiązującym ustawodaw­stwie. Nie znikł nigdy w Polsce pewien margines wolności słowa i prasy (z wy­jątkiem komunistycznej), choć często świeciła ona białymi plamami cenzorskimi.

 Choć szerzył się w Polsce w niektórych kołach i grupach ludności antysemityzm, to jednak był on równocześnie ostro i publicznie piętnowany - rzecz nie do pomyślenia w krajach faszystowskich, a zwłaszcza w III Rzeszy. Opór stawiany tym i podobnym tendencjom nie dozwolił, by nabrały one cech ideologii

dominującej w Polsce ani - tym bardziej - programu politycznego popiera­nego przez większe, liczące się odłamy narodu polskiego.

W obliczu narastającej groźby
agresji hitlerowskiej

U progu ostatnich dwóch lat pokoju stosunki polsko-niemieckie nadal jeszcze pozostawały poprawne i na pierwszy rzut oka nie różniły się od sytuacji w początkach zbliżenia polsko-niemieckiego w latach 1934-1935. W rze­czywistości było inaczej. Niemcy stały się już pierwszorzędną europejską potęgą wojskową i polityczną, stopniowo, ale szybko i bezwzględnie realizującą swe dalekosiężne cele. Polska stała w miejscu i - wbrew rozlepianym na wszy­stkich murach mocarstwowym hasłom w rodzaju "silni, zwarci, gotowi" - nie była ani silna, ani zwarta, ani gotowa. Dysproporcja między siłami obu pozornie równorzędnych partnerów pogłębiała się z miesiąca na miesiąc. Jednakże z uwa­gi na swe najbliższe plany Hitler ciągle jeszcze cenił sobie dobre stosunki swym wschodnim sąsiadem.

 Plany te, nie odbiegające zresztą w swych generalnych założeniach i celach od programu wyłożonego w biblii hitleryzmu Mein Kampf, sformułował obecnie bardziej dokładnie. Przedstawił je swym najbliższym współpracownikom woj­skowym i politycznym na poufnej naradzie 5 listopada 1937 r. (przebieg jej zna­ny jest z nieco późniejszego jej zapisu, tzw. protokołu Hossbacha). Stwierdził, że naczelnym celem polityki niemieckiej pozostaje zdobycie "przestrzeni życiowej" - (Lebensraum). Będzie to wymagało zastosowania siły. Pierwszym etapem w tej walce powinien być Anschluss Austrii oraz rozbicie i zabór Czechosłowacji.

 Rzecz oczywista, że przy tego rodzaju planach neutralność Polski nie mogła 'I być dla Hitlera sprawą obojętną. Dlatego też przeciwstawiał się poczynaniom, zdolnym zakłócić stosunki ze wschodnim sąsiadem. Sytuacje takie powstawały l!. szczególnie łatwo - jak o tym nieraz już była mowa - w Gdańsku oraz w związku ze sprawami mniejszościowymi.


Problemy mniejszościowe
w stosunkach polsko-niemieckich

 Sprawy mniejszościowe były wówczas szczególnie aktualne, ponieważ wła­ śnie w 1937 r. wygasła zawarta na 15 lat konwencja genewska, normująca m. in. problem ochrony praw mniejszości polskiej i niemieckiej w obu częściach podzielonego Górnego Śląska (por. wyżej, s. 10 I). Choć ciągle naruszana, stanowiła ona jednak pewien hamulec dla polityki gwałcenia praw mniejszości, upra­wianej na Górnym Sląsku. Szczególne zaniepokojenie z powodu wygaśnięcia konwencji objawiało się w łonie zasobnej, mającej wiele do stracenia mniejszości niemieckiej, podlegającej ponadto twardym antyniemieckim rządom wojewody Grażyńskiego.

 W gruncie rzeczy mniejszość polska na Śląsku po stronie niemieckiej (i w ogóle w Niemczech) znajdowała się w nieporównanie gorszym położeniu niż mniejszość niemiecka w Polsce. Mimo swej dużej liczebności - według statystyki niemieckiej z 1925 r. wynosiła ona ponad 800 tys. Polaków, faktycznie ponad 1 mln - była to mniejszość słabsza niż mniej liczna mniejszość niemiecka w Pol­sce (według statystyki polskiej z 1931 r. ponad 740 tys., faktycznie zapewne nieco więcej). Wynikało to przede wszystkim stąd, że składała się w ogromnej większości z warstw najbiedniejszych - robotników, rzemieślników i prze­ważnie biednego chłopstwa. To z kolei uzależniało ją silnie pod względem ekono­micznym od niemieckich pracodawców. W tych warunkach otwarte przyznawa­nie się do polskości było ze strony Polaków w Niemczech aktem dużej odwagi i patriotyzmu, gdyż narażało ich na odmowę pożyczek, zapomóg, a bardzo czę­sto prowadziło wręcz do pozbawienia pracy i chleba. Szczególnie dotkliwe kon­sekwencje groziły Polakom za posyłanie swych dzieci do szkół polskich. W po­łączeniu z szykanami władz w stosunku do polskich nauczycieli prowadziło to do tego, że znaczna większość dzieci polskich w Niemczech nie mogła uczęszczać do szkół z polskim językiem nauczania. Mimo tych częstych niepokonalnych prze­szkód liczba szkół polskich i uczniów powoli rosła - do roku 1932/33. Ale i w tym najpomyślniejszym dla polskiego szkolnictwa roku liczba szkół pol­skich wynosiła zaledwie 94 (w tym tylko 1 polska szkoła średnia, powstała w 1932 r. w Bytomiu), a w nich 2295 uczniów - co stanowiło niecałe 2% ogółu dzieci polskich w wieku szkolnym. Rzecz charakterystyczna, że począwszy od 1934 r. - roku "zbliżenia" polsko-niemieckiego i paktu o nieagresji - licz­by te zaczęły szybko i systematycznie maleć. W tym samym mniej więcej czasie, w roku szkolnym 1929/30, mniejszość niemiecka w Polsce posiadała 768 szkół z językiem wykładowym niemieckim (w tym ok. 30 szkół średnich), do których uczęszczało 62 tys. dzieci niemieckich - co stanowiło ok. 73 % ogółu dzieci niemieckich w wieku szkolnym. Liczba ta w latach następnych malała, ale nie tak katastrofalnie, jak szkół polskich w Niemczech.

 Podobnie rażące dysproporcje między obu mniejszościami zachodziły także w innych węzłowych dziedzinach ich życia i rozwoju narodowego, jak liczba i na­kłady prasy mniejszościowej w obu krajach, siła i wpływy organizacji oświatowo-kulturalnych, przedstawicielstwo w samorządzie i parlamencie (w Niemczech Polacy mieli tylko dwóch posłów w sejmie pruskim do 1928 r., w Reichstagu ża­dnego; w Polsce przed rokiem 193 o Niemcy mieli z reguły 22-26 posłów i senatorów; później 8).

 Niezwykle trudną w tych warunkach walkę o prawa narodowe Polaków w Niemczech prowadziła ich naczelna organizacja, powstała w 1922 r., Zwią­zek Polaków w Niemczech (czołowi przywódcy: prezes Związku - ks. dr B. Do­mański, poseł J. Baczewski, dr J. Kaczmarek, Arka Bożek z Górnego Śląska i in.). Wśród mniejszości niemieckiej w Polsce panowało duże rozbicie wewnętrzne. Naj­silniejsze pozycje w województwie śląskim miał popierany przez wielki kapitał niemiecki Volksbund, a w latach trzydziestych coraz szersze wpływy zyskiwała hitlerowska Partia Młodoniemiecka (Jungdeutsche Partei).

 Głównie pod naciskiem mniejszości niemieckiej rządy niemiecki i polski po­rozumiały się co do nowego uregulowania położenia mniejszości w obu krajach. Tak zrodziły się podpisane 5 listopada 1937 r. jednobrzmiące deklaracje obu rządów "O wzajemnej ochronie praw mniejszości". Zawierały one wyliczenie pod­stawowych praw mniejszości narodowych i zapewnienie im ochrony w obu pań­stwach, z podkreśleniem obowiązku lojalności wobec państwa-gospodarza. Jak słusznie zauważa jeden z czołowych znawców tych zagadnień, W. Wrzesiński, oznaczało to uzależnienie wykonywania postanowień deklaracji od "koniunkturalnych zmian politycznych", zachodzących w stosunkach międzypaństwowych pol­sko-niemieckich. Na razie układały się one jeszcze dość poprawnie, ale przybierające właśnie w tym czasie coraz konkretniejszą postać plany ekspansji hitlerowskiej Rzeszy nie rokowały tym stosunkom nic dobrego. Toteż deklaracje z 5 listopada nie miały przed sobą przyszłości i ich praktyczne skutki ograniczyły się do paru doraźnych gestów obu rządów w dziedzinie polityki mniejszościowej, o charakterze raczej symbolicznym, bez większego znaczenia.


Ciąg dalszy polityki
"appeasementu" : sprawa Austrii,
Litwy i Kłajpedy

 Właśnie w tym okresie przygotowywał Hitler, jak to wynika z "protoko­łu Hossbacha" , znacznie poważniejszą akcję, mianowicie realizację Anschlussu Austrii. Wymagało to przezwyciężenia pewnych trudności z Włochami, które nie bez oporów patrzyły na plany usadowienia się potężnego sojusznika nad przełęczą Brenneru. Swoje zamierzenie wykonał Hitler w początkach marca 1938 r. W obliczu niemieckiego ultimatum, grożącego wkroczeniem wojsk niemieckich, rząd austriacki z kanclerzem Kurtem Schuschniggiem na czele ugiął się przed żą­daniami hitlerowskimi. Dnia l 2 marca 1938 r. wojska niemieckie wkroczyły do Austrii, której kanclerz i rząd uprzednio ustąpili. Zgodnie z życzeniem Hitlera władzę przyjął jego czołowy eksponent w tym kraju Artur Seyss-Inquart.

 To nowe pogwałcenie traktatu wersalskiego nie mogło nie interesować Pol­ski, jak również wielkich mocarstw, głównych sygnatariuszy tego traktatu. Rząd niemiecki informował zresztą rząd polski o zamierzonych pociągnięciach. Ale po­ dobnie jak w wypadku remilitaryzacji Nadrenii, w kołach rządzących tych państw dominowała zdecydowanie doktryna "ugłaskiwania" Hitlera, doktryna appeasementu, reprezentowana zwłaszcza przez ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii, Neville'a Chamberlaina. Rząd polski uznał wydarzenia w Austrii za jej "sprawę wewnętrzną". W polskich kołach rządzących uważano nawet, że ekspansja niemiecka na południe ma pomyślne dla Polski momenty, ponieważ odwraca uwagę Hitlera od spraw wschodnich.

 Co więcej, zakrzątnięto się w Warszawie wokół wykorzystania tej okoli­czności do załatwienia, w sposób przypominający poniekąd metody Hitlera, spra­wy Litwy. Jak wiadomo, rząd litewski nie godził się na włączenie Wilna do Pol­ski i uważał je ciągle za swoją stolicę. Między Polską a Litwą utrzymywało się przez cały czas od zakończenia wojny silne napięcie, podkreślane na zewnątrz brakiem stosunków dyplomatycznych między obu sąsiadującymi państwami. Sprawy Litwy, a zwłaszcza tzw. obszar Kłajpedy.(który przed I wojną należał do Niemiec i był w dużej części niemiecki pod względem narodowościowym), znajdujący się pod zarządem li.tewskim, żywo interesowały rząd w Berlinie. Od­zyskanie tego obszaru leżało również w jego planach.

 Wykorzystując jednak fakt, że zarówno uwaga Niemiec, jak i całej Europy kierowała się wówczas na region naddunajski, rząd polski (pod pretekstem incydentu granicznego, w którym zginął żołnierz) zażądał od Litwy w formie 48-godzinnego ultimatum nawiązania stosunków dyplomatycznych. Chciano w ten sposób zmusić Litwę do pośredniego wyrzeczenia się Wilna. Towarzyszyły temu koncentracje wojsk polskich na Wileńszczyźnie. Pod naciskiem z róż­nych stron i wobec ogromnej dysproporcji sił rząd litewski wyraził zgodę na żądanie polskie. Dnia 30 marca nastąpiła akredytacja posłów obu państw w Kow­nie i Warszawie. Konflikt z Litwą stał się jednocześnie okazją do rozpę­tania nastrojów nacjonalistycznych w Polsce i nowym bodźcem do szerzenia na różnych wiecach i manifestacjach propagandy w duchu "Polska jest mocarstwem".

 Dalszy cios na Litwę miał spaść ze strony III Rzeszy. Chodziło jej o obszar Kłajpedy, do którego aspiracje zgłaszały Niemcy już od dawna, powo­łując się na dążenia silnej tam mniejszości niemieckiej. Załatwienie sprawy Kłaj­pedy w duchu tych aspiracji nastąpiło w marcu 1939 r. W wyniku kolejnego aktu agresji hitlerowskiej obszar Kłajpedy znalazł się w granicach "wielkich Niemiec".


Polityka "monachijska" i polityka
Becka a prowokacje hitlerowskie
w Czechosłowacji

 Główną jednak uwagę zwracał Hitler w tym czasie na rozprawienie się z Czechosłowacją. Punktem wyjścia całej akcji w tym kierunku stała się i w tym wypadku liczna - ponad 3 mln ludności - mniejszość niemiecka, skoncentro­wana nad granicą niemiecką w Sudetach i silnie przesiąknięta wpływami hitlero­wskimi. Było to przede wszystkim dziełem niezwykle agresywnej Partii Niem­ców Sudeckich (Sudetendeutsche Partei}, na której czele stał jeden z czołowych przywódców hitlerowskich za granicą, Konrad Henlein. Demokratyczny ustrój Czechosłowacji zapewniał im daleko idące swobody narodowe. Między innymi mieli Niemcy czechosłowaccy własny uniwersytet w Pradze, rozbudowane szkol­nictwo niemieckie wszystkich szczebli, pełną swobodę języka, silne przedstawiciel­stwo we władzach samorządowych i w parlamencie Czechosłowacji, a w niektó­rych latach piastowali nawet teki ministerialne w rządach Republiki.

 W realizacji szerszych planów Hitlera opanowanie Czechosłowacji miało dlań duże znaczenie nie tylko polityczne (faktyczne władztwo nad regionem naddunajskim, okrążenie Polski od południa, rozbicie Małej Ententy i systemu so­juszników francuskich w Europie środkowo-wschodniej, likwidacja głównej bazy demokracji w tej części Europy), lecz gospodarcze, a także wojskowo-gos­podarcze. Czechosłowacja posiadała wysoko rozwinięty przemysł, w tym także przemysł wojenny (zakłady Skoda).

 Wkrótce po kryzysie austriackim Henlein zażądał (po uprzednim uzgodnie­niu z Hitlerem) od rządu czechosłowackiego przyznania Niemcom sudeckim praw, oznaczających właściwie utworzenie państwa w państwie. Rząd czechosłowacki początkowo to odrzucił i zarządził na wet mobilizację. Jednakże rychło został poinformowany, że sojusznicy Czechosłowacji z Francją na czele, jak również Anglia, nie są skłonni ryzykować wojny z powodu Czechosłowacji. Jedynie Związek Radziecki wyrażał gotowość wykonania swych zobowiązań sojusz­niczych. Na przeszkodzie temu stał jednak brak wspólnej granicy Związku Ra­dzieckiego z Czechosłowacją i Niemcami. Na ewentualny przemarsz wojsk radzieckich na pomoc Czechosłowacji nie zgodziła się ani Polska, ani Rumunia.

 Wiedząc o nastrojach appeasementu w kołach rządowych mocarstw zachodnich, Hitler zorientował się, że otwiera się przed nim szansa "pokojowego" rozbioru Czechosłowacji. Żądania jego wzrosły: domagał się wręcz przyłączenia okręgu sudeckiego do Niemiec.

 Istotnie, rządy Francji i Wielkiej Brytanii dość niedwuznacznie dały do zrozumienia Czechosłowacji, że powinna zaniechać swego "sztywnego" oporu. Nie pomógł osobisty wielki autorytet prezydenta Czechosłowacji Edwarda Be­nesza, jednego z najwierniejszych sojuszników Francji w Europie.

 Nie bacząc na prawie bezpośrednie niebezpieczeństwo, wynikające z okrąże­nia Polski także od południa w wypadku rozbicia Czechosłowacji, minister Beck uznał, że i Polska powinna wyciągnąć korzyści z tragedii swego południowego

61. Uczestnicy konferencji w Monachium w 1938 r. Od lewej: Chamberlain, Daladier, Hitler, Mussolini, Ciano
sąsiada. Zapowiadała to zresztą polityka Becka, uprawiana przezeń od kilku lat.

 Już na jesieni 1933 r. rząd polski rozpoczął przygotowania do wielkiej kam­panii politycznej przeciwko Czechosłowacji, której pretekstem stało się upośledze­nie Polaków w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego. W styczniu 1934 r. zorgani­zowano liczne manifestacje w piętnastolecie interwencji czeskiej na tym teryto­rium, a konsulat polski w Morawskiej Ostrawie wciągnął do akcji także polskie organizacje działające w Czechosłowacji. Od tego czasu z rozmaitym nasileniem trwała kampania dyplomatyczna i propagandowa przeciw Czechosłowacji, biorąca za punkt wyjścia ochronę interesów mniejszości polskiej, faktycznie wykorzysty­wanej przez Becka jako narzędzie do przeforsowania w ostatecznym rachunku, w dogodnym momencie, zmian granicznych między obu krajami. Zarówno Pił­sudski, jak i Beck nie wierzyli bowiem w trwałość państwa czechosłowackiego i zamierzali podczas jego oczekiwanego rozpadu zająć terytoria, do których Pol­ska od dawna zgłaszała pretensje. Kulminacyjny moment nastąpił właśnie w chwili, gdy ekspansja III Rzeszy stworzyła w 1938 r. dogodną po temu okazję.

 Po uzgodnieniu postępowania z rządem niemieckim również Polska wystą­piła z żądaniami w sprawie tzw. Zaolzia (tj. części Śląska Cieszyńskiego, zajętej w 1919 r. przez wojska czeskie). Był to wysoko rozwinięty obszar przemysło­wy o powierzchni 1871 km², który zamieszkiwało 216 225 mieszkańców, w tym - według spisu z 1930 r. - 76 230 Polaków. Stanowisko Polski (w mniejszym stopniu półfaszystowskich Węgier regenta Horthy'ego, które również wysunęły postulaty terytorialne pod adresem Czechosłowacji) poważnie ułatwiało grę Hitlera, zdejmując z niego odium jako jedynego burzyciela po­rządku europejskiego, a zarazem uprawdopodobniając tezę o rzekomych prze­śladowaniach mniejszości narodowych w Czechosłowacji, o "nienaturalności" cze­chosłowackiej konstrukcji państwowej itd. Nieprzypaakowo w rozmowach z Chamberlainem Hitler mógł się powoływać i powoływał się na żądania wobec Czechosłowacji nie tylko niemieckie, lecz także polskie i węgierskie.

 Rozmowy te odbywały się w drugiej połowie września i doprowadziły do głośnego układu monachijskiego, uzgodnionego i podpisanego przez Hitlera, Mussoliniego, premiera Wielkiej Brytanii Nevillea Chamberlaina i premiera Francji Eduarda Daladiera. Sprowadzały się one w istocie rzeczy do całkowitej kapitulacji Anglii i francji wobec żądań Hitlera - w imieniu nieobecnej Czecho­słowacji. Układ monachijski, podpisany 29 września 1938 r., stał się wkrótce poniekąd hasłem wywoławczym dla całej określonej linii politycznej, reprezen­towanej wówczas przez mocarstwa zachodnie, "polityki monachijskiej", czyli polityki kapitulacji przed przemocą i bezprawiem hitlerowskim, połączonej ze zdradą własnych sojuszników i przyjętych wobec nich zobowiązań traktatowych. Następstwa tej polityki trafnie scharakteryzował ówczesny minister spraw za­granicznych Czechosłowacji K. Krofta w momencie, gdy mu wręczono decyzje monachijskie: "my nie jesteśmy ostatni. Po nas ten sam los dosięgnie również innych".

 Wojska niemieckie już następnego dnia przystąpiły do zajmowania przyznanej im części Czechosłowacji.

 O jeden dzień później - 2 października 1938 r. - na Zaolzie wkroczyły wojska polskie pod dowództwem gen. Bortnowskiego, wykonując rozkaz marszałka Rydza-Śmigłego, zakończony pompatycznym "Maszerować!" Stało się to powodem do nowej serii szowinistycznych wieców i manifestacji, organizowanych przez OZN, i nowej fali propagandy mocarstwowej. Tę swoistą kampanię wojskową celnie i lapidarnie scharakteryzował Churchill mówiąc, że "żołnierz polski wyjął Cieszyn z plecaka żołnierza niemieckiego".

 W dwa miesiące później rząd polski powiększył swe zdobycze w Czechosło­wacji o dalsze 220 km², przyłączając do Polski część Spisza i Orawy, w tym Ja­worzynę spiską. Nie mogło to nie pogłębić w Pradze i innych stolicach europej­skich opinii o polityce polskiej, określonej przez czechosłowackiego ministra spraw zagranicznych Kroftę jako polityce dobijania śmiertelnie rannego przeciwnika... Jak stwierdza M. Orzechowski, "za ten niewielki obszar Polska zapłaciła sym­patią słowackich polonofilów", czyli mizernymi resztkami poparcia, na jakie mo­gła jeszcze liczyć w niektórych środowiskach w kraju swego południowego sąsiada.


Polska - następna ofiara agresji

 Ostrzeżenie ministra Krofty miało się sprawdzić już w najbliższych dniach. Po sukcesie monachijskim Hitler, nie rezygnując z całkowitego opanowania

62. Antypolskie przemówienie Gauleitera Gdańska A. Forstera w 1939 r.
Czechosłowacji w niedalekiej przyszłości, postanowił przystąpić do następnego etapu swej walki o "przestrzeń życiową", tj. do ofensywy - na razie politycznej - przeciwko Polsce. Zapowiedzią tego nowego etapu i zarazem punktem zwrot­nym w stosunkach polsko-niemieckich była zainicjowana przez ministra spraw za­granicznych Rzeszy Joachima von Ribbentropa (mianowanego na to stanowisko po dymisji von Neuratha w lutym 1938 r.) rozmowa z ambasadorem Lipskim w Berchtesgaden 24 października 1938 r. W toku tej rozmowy Ribbentrop wysunął koncepcję "globalnego uregulowania" (Globallösung) kwestii spor­nych między Polską a Niemcami. Miało to polegać na włączeniu Gdańska do Rzeszy oraz przeprowadzeniu przez polskie Pomorze eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej, łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi. Polska miałaby po­nadto przystąpić do paktu antykominternowskiego z 1936 r., co czyniłoby ją satelitą III Rzeszy. W zamian za to Polska miałaby otrzymać od Niemiec gwa­rancję swych granic oraz przedłużenie paktu o nieagresji do 25 lat.

 Aluzje podobnego rodzaju wysuwano już wcześniej w rozmowach dyplo­matycznych polsko-niemieckich. Tym razem jednak postulaty te zostały sformu­łowane w sposób nadający im charakter programu, określającego nowy stosunek III Rzeszy do Polski. Rząd polski i minister Beck odrzucili tę sugestię. Mimo to Niemcy uporczywie i coraz natarczywiej wracali do swoich "propozycji". Mię­dzy innymi potwierdził je Hitler w czasie rozmowy z Beckiem na początku sty­cznia 1939 r. w Berchtesgaden, ponowił raz jeszcze i z jeszcze większym na­ciskiem Ribbentrop podczas swej wizyty oficjalnej w Warszawie w końcu tegoż miesiąca. Łączono z tym propozycje rekompensaty dla Polski kosztem radzieckiej Ukrainy. Stawało się coraz jaśniejsze, że Polska - odrzucając konsekwentnie te żądania - zajmuje w planach hitlerowskich miejsce kolejnej ofiary agresji.

 Stawienie czoła zbliżającemu się wielkimi krokami niebezpieczeństwu wy­magało maksymalnej mobilizacji sił wewnętrznych narodu, jak też wytworzenia wokół Polski jak najskuteczniejszego systemu zabezpieczeń zewnętrznych.

 W tej ostatniej płaszczyźnie sytuacja Polski - jak to wynika już z przed­stawionego wyżej obrazu - przedstawiała się zdecydowanie niekorzystnie. Pol­ska była obiektywnie państwem zbyt słabym, by mogła decydująco wpłynąć na sytuację i układ sił na arenie międzynarodowej. Wbrew pozorom była raczej przedmiotem niż podmiotem polityki międzynarodowej. W szczególności nie mogła wpłynąć na zmianę "appeasement policy", uprawianej przez główne mocarstwa zachodnie wobec hitleryzmu i będącej jednym z głównych źródeł jego ros­nących sił i aspiracji. Położenie geograficzne Polski w pewnym sensie przesą­dziło konflikt z potężniejącym z miesiąca na miesiąc imperializmem niemieckim.

 Równocześnie jednak m. in. to właśnie kluczowe położenie geograficzne Pol­ski sprawiało, że mogła ona w mniejszym lub niekiedy dość poważnym stop­niu przyczynić się do zahamowania lub osłabienia narastającego niebezpieczeń­stwa. Postawa Polski w 1934 r. w sprawie paktu wschodniego, ogólny nie­przyjazny stosunek do Związku Radzieckiego, rola Polski podczas kryzysu mo­nachijskiego i inne sytuacje wykazują to niezbicie. We wszystkich tych sytuacjach polityka Becka nie tylko nie przyczyniła się do powstrzymania ekspansji hitlero­wskiej, ale przeciwnie - oddała jej poważne usługi. Skłócona z wszystkimi swy­mi sąsiadami, z wyjątkiem tylko Rumunii i Łotwy, stawała w obliczu czekającej
3. Rozmieszczenie przemysłów w Polsce (1934)

ją wielkiej próby w dużej mierze osamotniona, pozbawiona potencjalnych soju­szników, do których zniszczenia sama wydatnie się przyczyniła.


Położenie gospodarcze Polski:
zmiany na lepsze

 Po latach kryzysu, a potem głębokiej depresji Polska w drugiej połowie 1937 r. i w latach 1938-1939 ponownie weszła w stadium względnej koniunktury, choć w niektórych ważnych dziedzinach nie udało się w istotnym sto­pniu cofnąć niekorzystnych zmian okresu kryzysu. Dotyczyło to m. in. bezrobocia, które stało się zjawiskiem chronicznym i masowym. Liczba bezrobotnych (zareje­strowanych) tylko nieznacznie spadła w stosunku do najgorszych lat 1936 i 1937, mianowicie z 470 tys. (l937) do 456 tys. (1938). Produkcja przemy­słowa w niektórych dziedzinach dreptała w miejscu lub tylko nieznacznie się powiększała (np. ropa naftowa, gaz świetlny, cynk, ołów), jednakże w większości wypadków postęp był wyraźny, przekraczając poziom z 1928 czy 1929 r. Zarysowała się pewna poprawa płac realnych robotników. Poprawa wystąpi­ła również w rolnictwie, głównie dzięki podwyżce cen artykułów rolnych, choć w 1938 r. znowu poczęły one spadać. Mimo wszystko położenie finansowe wsi było w tych latach znacznie lepsze, co wyraziło się m. in. w znacznym wzroście jej siły nabywczej, zwiększonych zakupach nawozów sztucznych, maszyn rolni­czych i innych artykułów przemysłowych. Nastąpiło też ożywienie w handlu za­granicznym.

 Wszystkie te zjawiska tyły następstwem przede wszystkim ogólnej poprawy koniunktury w świecie. Nie bez znaczenia był wzrost zbrojeń w wielu państwach europejskich, w tym i w Polsce. Utrzymywała się też polityka "nakręcania ko­niunktury", wyrażająca się we wzmożonym interwencjonizmie państwa w życie gospodarcze. W Polsce znalazło to swoje odbicie także w tendencjach do etatyzacji przemysłu. W roku 1936 państwo przejęło za odszkodowaniem większość akcji największego koncernu górniczo-hutniczego, "Wspólnoty Interesów" na Górnym Śląsku, znajdującego się dotąd w rękach kapitału niemieckiego i stoją­cego w obliczu bankructwa. W tym i w niektórych innych wypadkach motywem działania była chęć zapobieżenia wzrostowi bezrobocia (i następstwom społeczno­-politycznym w wyniku upadłości firmy i zamknięcia zakładów). Etatyzacja nie oznaczała oczywiście socjalizacji przemysłu; państwo, rządzone przez burżuazję,

4. Elektryfikacja Polski (1934)
działało jako kapitalistyczny przedsiębiorca. Wzrost roli kapitału państwowe­

go sprawiał jednak, że interesy kraju w jego działalności, zwłaszcza inwe­stycyjnej, były uwzględniane w znacznie szerszej mierze niż pod egidą kapitału prywatnego, zwłaszcza zagranicznego.

 Ważnym elementem poprawy sytuacji gospodarczej w kraju w ostatnich latach jego niepodległości był pokaźny wzrost inwestycji na budownictwo, tak publiczne jak i prywatne; dotyczyło to np. budownictwa mieszkaniowego, które przeżywało wtedy swój rozkwit.
63. Wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski
Uruchomiono teŻ poważne inwestycje komu­nalne, przemysłowe, energetyczne, wodne i komunikacyjne, jak w szczególności wielkie nowoczesne zapory wodne i hydroelektrownie w Porąbce (na Sole) i w Rożnowie (na Dunajcu). Duże znaczenie miało ukończenie kolejowej magistra­li węglowej, łączącej Górny Śląsk z Gdynią. O wiele gorzej natomiast przedstawiała się rozbudowa sieci dróg kołowych mimo pewnych wysiłków podejmo­wanych i w tej dziedzinie (jak np. zbudowanie szos Kraków-Katowice czy Kraków-Zakopane oraz niektórych innych odcinków, łączących Kraków przez Radom z Warszawą). Nadal utrzymywało się określenie "polskie drogi" jako synonim dróg złych. Na kresach wschodnich sieć dróg bitych (a także kolejowych)
64. Zapora i sztuczny zbiornik wodny w Porąbce na Sole (1937)
była znikoma: gdy w województwach zachodnich przypadało na 100 km² 34,2 km dróg o twardej nawierzchni, to w województwach wschodnich zaledwie 4,9 km (1936). Podobnie fatalnie przedstawiał się rozwój motoryzacji. W roku 1939 w Polsce jeździło zaledwie 42 tys. samochodów (osobowych, ciężarowych i autobusów) oraz nieco ponad 12 tys. motocykli. W statystykach porównawczych Polska zajmowała pod tym względem jedno z ostatnich miejsc w Europie, za Portugalią, Rumunią i Węgrami.

 Niezwykle dynamicznie rozwijała się natomiast Gdynia i port gdyński. Z osady o 1300 mieszkańców w 192 I r. rozwinęła się ona do jednego z większych miast polskich ze 120 tys. mieszkańców. W porcie gdyńskim prze­

ładowano w 1937 r. ponad 9 mln ton towarów. W roku 193 o przeszło przez
5. Rozbudowa dróg o twardej nawierzchni (1924-1938)

port gdyński 14% całego polskiego obrotu towarowego (pod wzgędem[1] wagi), a przez port gdański 36%; natomiast w roku 1937 odpowiednio 46% i 32% (pod względem wartości stosunek był dla Gdańska jeszcze mniej korzystny). W ostatnich latach przed wojną Gdynia stała się największym portem na Bał­tyku, wyprzedzając m. in. Sztokholm, Gdańsk i Szczecin. Nie zmieniło to jed­nak faktu, że polska flota handlowa należała do najmniejszych w Europie, jej tonaż w 1939 r. sięgał zaledwie 102 tys. BRT, choć wliczały się doń już dwa nowoczesne, świeżo zbudowane we Włoszech piękne transatlantyki pasażerskie "Batory" i "Piłsudski".  Największym wszakże przedsięwzięciem gospodarczym Polski tego okresu było podjęcie kompleksu inwestycji przemysłowych w tzw. Centralnym Okręgu Przemysłowym, którego rdzeń mieścił się w widłach Wisły i Sanu, a punktem centralnym miał być Sandomierz. Była to w głównej mierze inicjatywa twór­cy Gdyni, E. Kwiatkowskiego, mieszcząca się na naczelnym miejscu w opracowa­nym przez niego ą-letnim planie rozwoju gospodarczego Polski (1936-1940). Na wykonanie tego planu przeznaczono ogółem 1650-1800 mln złotych. W późniejszym wariancie powiększono tę kwotę do 2400 mln, co odpowiada­ło mniej więcej sumie jednorocznych wydatków państwa w latach 1937-1939. Gros wydatków w planie 4-letnim posłużyć miało na budowę i rozbudowę przemysłu zbrojeniowego.

 Jednym z ważnych celów tego planu było też pewne wyrównanie rażących różnic między Polską A i B. Jego realność budziła co prawda od początku wiel­kie wątpliwości z uwagi na skromne środki kapitałowe, jakimi dysponowała Polska. Prace nad budową COP podjęto energicznie. Wynikało to stąd przede wszystkim, że zamierzano tam stworzyć silny przemysł zbrojeniowy, którego brak tak dotkliwie Polska odczuwała, zwłaszcza w świetle zarysowującego się niebezpieczeństwa wojny. Lokalizacja COP w środku Polski miała zabezpieczyć ten okręg przed groźbą bezpośredniego ataku, na co tak silnie wystawiony był przygraniczny Górny Śląsk. Ponadto założeniem COP było wchłonięcie do przemysłu "zbędnych rąk roboczych" ze wsi, co właśnie na tych terenach występowało z dużym nasileniem. Między innymi rozpoczęto tam budowę huty i fabryki dział w Stalowej Woli, zbudowano fabrykę amunicji w Kraśniku i samolotów w Mielcu.


W polityce mniejszościowej: twarda linia

 Poprawa sytuacji gospodarczej w połączeniu z rosnącym zagrożeniem zew­nętrznym znalazła swoje odbicie i w stosunkach wewnątrzpolitycznych w sensie załagodzenia konfliktów społecznych i politycznych, rozdzierających dotąd pań­stwo. Wyjątkiem pozostały konflikty narodowościowe. Rząd bowiem nadal reali­zował "twardą linię" wobec Ukraińców i Białorusinów, czego wyrazem było m. in. odwołanie ze stanowiska wojewody wołyńskiego Henryka Józewskiego (1938), reprezentującego tam stanowisko pewnej pojednawczości i liberalizmu wobec postulatów mniejszościowych. Było to dziełem osławionej "dwójki", czyli Oddziału II Sztabu Generalnego, będącego wpływowym rzecznikiem najbardziej reakcyjnych tendencji w wojsku i w państwie. Znany apologeta piłsudczyzny i sanacji, Władysław Pobóg-Malinowski, stwierdził, że pracownicy tej instytu­cji, "nawet tępi porucznicy i kapitanowie, protegowani przez ciemnych gene­rałów, mieli głos bardziej ważki niż członkowie rządu". Jednym z ważnych składników ówczesnej polityki narodowościowej tych kół były próby dzielenia i skłócenia z sobą poszczególnych grup szczepowych w łonie społeczności ukraiń­skiej i białoruskiej oraz faworyzowanie jednych kosztem drugich. Popierano na
6. Narodowości w Polsce (1931)

przykład i rozdmuchiwano sztucznie odrębności dialektologiczne i ambicje regio­nalne Łemków, Bojków i Hucułów w Małopolsce Wschodniej. Podobne cele przyświecały tworzeniu wśród Ukraińców "gniazd" tzw. szlachty zagrodowej. Polegało to na wyszukiwaniu im świadectw przynależności do dawnej polskiej szlachty szaraczkowej, później zubożałej, i zachęcaniu ich (także za pomocą różnych nacisków administracyjnych oraz pewnych przywilejów) do porzucania społeczności ukraińskiej. W sposób najbardziej jaskrawy ta polityka mniejszościowa dała o sobie znać jeszcze jedną brutalną pacyfikacją, przeprowadzoną w województwie tarnopolskim przez gen. Gustawa Paszkiewicza (1938); miała ona na celu złamanie oporu Ukraińców, przeciwstawiających się zdecydowanie re­negactwu i polityce rozbijania jedności narodowej. Podobnie brutalną akcję podjęto z inicjatywy biskupa lubelskiego Mariana Fulmana na Chdmczyźnie, za­niepokojonego przechodzeniem unitów na prawosławie, przy czym wykorzystywali oni opuszczone cerkwie i kościółki. Wojsko i saperzy przystąpili do palenia i niszczenia tych cerkwi, a przy okazji podjęto znowu szereg ekspedycji kar­nych, w których toku dochodziło niejednokrotnie do krwawych starć. W ten spo­sób u samego schyłku panowania polskiego na tych terenach pozostała po nim wśród miejscowej ludności pamięć jak najbardziej ujemna, która raz jeszcze odświeżyła i pQgłębiła nienawiść ludu ukraińskiego do Polaków.

 Innego rodzaju trudności miały władze z mniejszością niemiecką. Przywód­cy jej, zwłaszcza z hitlerowskiej Jungdeutsche Parrei (kierowanej przez R. Wiesnera, senatora z mianowania prezydenta Mościckiego), byli poinformowani o zbli­żającym się konflikcie polsko-niemieckim i.przygotowywali się do odegrania roli V kolumny. Między innymi gromadzili broń w majątkach obszarników nie­mieckich, ułatwiali dezercję Niemcom przez przesyłanie ich do Niemiec przez zieloną granicę, odbywali nawet ćwiczenia wojskowe. Władze polskie w wojewó­dztwach zachodnich, zwłaszcza wojskowe i graniczne, wpadały nieraz na trop tych przygotowań i unicestwiały je, posuwając się niekiedy do aresztowań i wy­daleń najbardziej aktywnych działaczy niemieckich. Akcje te jednak ani w części nie przybrały takich rozmiarów, jak wobec Ukraińców na Podolu czy Wołyniu. Przez długi czas, jeszcze nawet w roku 1938 i w początkach 1939, alarmy i kroki represyjne władz lokalnych przeciw Niemcom były hamowane oporami ze stro­ny polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

 W parze z twardym kursem politycznym wobec mniejszości narodowych szedł wymierzony również przeciw nim oraz wpływom kapitału zagranicznego program "nacjonalizmu gospodarczego". Zdaniem M. Drozdowskiego przyczyn aktywi­zacji tych tendencji doszukiwać się należy w "bliskości wojny". "Mimo różnic taktyczno-politycznych - stwierdza on dalej - ideologia nacjonalizmu gospodarczego łączyła programy Stronnictwa Narodowego i jego secesyjnych jawnie faszystowskich organizacji, sanacyjnego Obozu Zjednoczenia Narodowego, a czę­ściowo także centrowego Stronnictwa Pracy. Była to ideologia wzmożenia ek­spansji gospodarczej polskich warstw średnich kosztem mniejszości narodowych zamieszkujących Polskę oraz wzmożenia gospodarczych pozycji państwa przez przejęcie kluczowych pozycji gospodarczych, opanowanych przez kapitał zagraniczny".

 Nie był to bynajmniej program teoretyczny. Jego praktyczną realizację odczuwały szczególnie dotkliwie mniejszości ukraińska i żydowska. Za główny cel swej polityki na ziemiach wschodnich uznawał rząd wzmocnienie polskiego stanu posiadania, czemu służyć miały, poza wyżej już wspomnianymi posunięciami, m. in. odpowiednio stosowane preferencje podatkowe, ulgi inwestycyjne, ulgi i taryfowe, dotacje przyznawane Towarzystwu Rozwoju Ziem Wschodnich, a równocześnie szykany i utrudnienia wobec ukraińskich i białoruskich organizacji gospodarczyc. wypa u mniejszosci żydowskiej ów gospodarczy nacjonalizm "znajdował wyraz w tolerowaniu bojkotu ekonomicznego i pikiet, w przedstawianiu emigracji jako jedynego sposobu rozwiązania sprawy żydow­skiej w Polsce, we wprowadzeniu numerus nullus dla Żydów w niektórych urzędach i w przedsiębiorstwach państwowych i samorządowych oraz w ten­dencyjnie. antyżydowskiej polityce wykorzystania funduszów publicznych" (Drozdowski).

65. Pole Mokotowskie w Warszawie: przekazanie wojsku 126 samolotów ufundowanych przez społeczeństwo

W polityce wewnętrznej
uspokojenie

 Ogólnie jednak rzecz biorąc, sytuacja wewnętrzna w kraju w tym czasie - jak już wspomnieliśmy - polepszyła się i uspokoiła. Od dłuższego czasu po raz pierwszy spadła liczba strajków robotniczych. Również na wsi zaznaczyło się uspokojenie nastrojów po burzliwych latach 1932-1937. Wpłynęła na to nie tylko poprawa sytuacji gospodarczej, lecz także świadomość rosnącego niebez­pieczeństwa hitlerowskiego najazdu i odczuwana powszechnie potrzeba soli­darności w obliczu zagrożenia państwa. Żywym, często wzruszającym świadec­twem tego była ofiarność najszerszych mas na Fundusz Obrony Narodowej, Po­życzkę Obrony Przeciwlotniczej i udział w innych akcjach patriotycznych. Aktywny udział w tym mieli także więźniowie polityczni, szczególnie komuniści, którzy nieraz dorzucali swój wkład do zbiórek na cele wojskowe, a w okresie najkrytyczniejszym domagali się broni, by wziąć udział w walce z najazdem hitlerowskim.

 Obóz rządzący pragnął wykorzystać całokształt tej sytuacji do rozszerzenia - zgodnie z postulatami OZN - bazy rządów w społeczeństwie. Pomyślny wynik wyborów pozwoliłby też zatrzeć fatalne wrażenie klęski wyborczej w 1935 r. Nie bez znaczenia dla podjęcia decyzji o przedterminowym rozwią­zaniu sejmu i rozpisaniu nowych wyborów były też konflikty wewnętrzne w ło­nie sanacji, przenoszące się i na posłów sanacyjnych w sejmie z 1935 r., grożące również załamaniem się ich chwiejnej jedności działania. Partie opozycyjne po­nownie, choć z pewnym wahaniem, wybory zbojkotowały. Jednakże tym razem, w szczególnej sytuacji międzynarodowego napięcia (wybory miały się odbyć w listopadzie 1938 r., a więc krótko po Monachium) oraz w wyniku intensywnej propagandy rządowej po swoistych sukcesach z Litwą i Zaolziem bojkot nie dał takich wyników, jak w 1935 r. Głosowało 67% uprawnionych (w 1935 - 46%). Oczywiście, z braku list wyborczych partii opozycyjnych sejm znalazł się obecnie całkowicie w rękach prorządowego OZN, podobnie jak senat. Nawet w tych wyborach na uwagę zasługiwał fakt, że znowu o wiele większą frekwen­cję wyborczą zanotowano w województwach wschodnich niż w Polsce centralnej i zachodniej, gdzie frekwencja wyborcza nie sięgała nawet 50% uprawnionych. Wytłumaczenie tego zjawiska było niewątpliwie podobne jak w 1935 r. (por. wyżej, s. 246). Jeśli chodzi o rozgrywki w łonie samego obozu rządzącego, to zwracała uwagę porażka Sławka i jego zwolenników (w kilka miesięcy póź­niej popełnił on samobójstwo).

 Nieco trafniej odzwierciedliły się rzeczywiste nastroje społeczeństwa w wy­borach samorządowych latem 1939 r., których opozycja nie zbojkotowała. Odbywały się one etapami i dlatego wyniki ich dotyczą tylko części miast i gmin. W 48 miastach wydzielonych (powyżej 25 tys. mieszkańców) OZN uzyskał 29% głosów, a PPS niewiele mniej (26,8%). I w tych wyborach nie brakowało róż­nego rodzaju represji, nacisków administracyjnych i fałszerstw. I te więc wyniki wymagają w gruncie rzeczy korektury na korzyść partii opozycyjnych.


Rozwiązanie KPP

 Front antyfaszystowski uległ w tym czasie poważnemu osłabieniu na skutek rozwiązania jeszcze na początku 1938 r, przez czynniki decydujące w Kominternie - Komunistycznej Partii Polski, pod zarzutem wielkiego nasilenia się w jej szeregach działalności wrogów klasowych i prowokatorów. W istocie rzeczy sam ten zarzut stanowił prowokację, mającą uzasadnić rozwiązanie, dokonane zresztą bez porozumienia z władzami KPP. Prowokacja ta zrodziła się w warunkach pełnego już rozwinięcia kultu Stalina i całkowitego odejścia od zasad demokracji wewnątrzpartyjnej. Poprzedziły ją bolesne ciosy zadawane KPP już od 1933 r. w postaci aresztowania szeregu Jej czołowych przywódców. Szczególne nasile­nie przybrała ta akcja w 1937 r., kiedy to pod sfingowanymi i oszczerczymi zarzutami zaaresztowano wszystkich przebywających w Związku Radzieckim członków Biura Politycznego i Komitetu Centralnego partii. Wśród aresztowa­nych znaleźli się prawie wszyscy ówcześni czołowi przywódcy KPP, jak Adolf Warski, Maria Koszutska, Henryk Walecki, Edward Próchniak, Julian Lesz­czyński-Leński, Jerzy Ryng i wielu innych, którzy następnie ponieśli śmierć. Strata czołowej kadry przywódczej i rozwiązanie partii było dla ruchu rewo­lucyjnego w Polsce ciosem tym cięższym i politycznie brzemiennym w skutki, że nastąpiło to niemal w przeddzień najcięższej próby, przed jaką stawał naród polski. Na domiar złego stało się to w okresie, kiedy - jak o tym wyżej mowa - nowa taktyka jednolitego frontu zaczynała przynosić pierwsze swoje pozyty­wne owoce, przyczyniając się do wydatnego zwiększenia zasięgu i roli frontu antyfaszystowskiego. Komuniści w Polsce nie znali właściwych przyczyn rozwią­zania partii i byli tym całkowicie zdezorientowani. Mimo to w mniejszych gru­pach lub indywidualnie starali się działać zgodnie ze swą ideologią i potrzebami walki z groźbą faszyzmu.


W obliczu bezpośredniego
zagrożenia hitlerowskiego.
Gwarancje brytyjskie dla Polski

 Tymczasem zagrożenie to rosło z miesiąca na miesiąc. Nawet sucha kronika wydarzeń z 1939 r.o daje wymowny obraz zarówno ich przebiegu, jak i metod,

66. Oddziały niemieckie wjeżdżają do Pragi czeskiej 15 marca 1939 r.
którymi Hitler się posługiwał. W marcu 1939 r. wywołał on kolejny kryzys, zmierzając obecnie do całkowitego wchłonięcia Czechosłowacji. Za pretekst wziął sprowokowane celowo antyniemieckie demonstracje w kilku miastach czeskich oraz separatystyczne żądania słowackiego, półfaszystowskiego ruchu pod wodzą najpierw ks. Andreja Hlinki, a po jego śmierci ks. Jozefa Tiso, domagającego się w porozumieniu z Hitlerem stworzenia niepodległej Słowacji. Wezwany do Ber­lina nowy prezydent Czechosłowacji (po ustąpieniu w 1938 r. Benesza) Emil Hácha wyraził 15 marca zgodę na wzięcie Czech pod "ochronę" III Rzeszy i stworzenie Protektoratu Czech i Moraw. Wojska niemieckie wkroczyły do Czech i Pragi. W kilka dni potem również nowo utworzone państwo słowackie zgodziło się na kontrolę wojskową Niemiec i wkroczenie wojsk niemieckich. Wy­korzystały to z kolei Węgry, by zająć wschodni cypel Czechosłowacji - Ruś Zakarpacką - i tym samym zrealizować dążenie zarówno rządu węgierskiego, jak i polskiego do uzyskania wspólnej granicy polsko-węgierskiej.

 Kleszcze niemieckie objęły obecnie Polskę nie tylko od północy i zachodu, lecz także od południa. W kilka dni później Hitler dokonał wspomnianego już kolejnego zaboru, mianowicie obszaru Kłajpedy.

 W tym czasie - 21 marca - Ribbentrop raz jeszcze w kategorycznym tonie zwrócił się do ambasadora Lipskiego o odpowiedź w sprawie włączenia Gdań­ska do Rzeszy i eksterytorialnej autostrady przez Pomorze. Odpowiedź polska, wręczona kilka dni później, była ponownie odmowna.

 Stanowisko rządu polskiego umocnił fakt, że w tych właśnie dniach Wielka Brytania dała do zrozumienia Polsce swą gotowość udzielenia jej poparcia w obliczu bezpośredniego zagrożenia hitlerowskiego. I tam bowiem wreszcie za­częto rozumieć zgubność polityki appeasementu, jako torującej Hitlerowi drogę do całkowitego obalenia ustalonego porządku w Europie i w konsekwencji do narażenia na ciężkie szkody podstawowych interesów Wielkiej Brytanii. Rząd brytyjski obawiał się w szczególności, by z kolei Polska nie uległa presji III Rzeszy, co pozwoliłoby Hitlerowi skierować cały impet planowanych agresji na Za­chód. Obawy te wzmagała ścisła tajemnica, która otaczała spotkania i rozmowy polsko-niemieckie po Monachium, na przełomie 1938 i 1939 r. Czy i Polska nie ugnie się przed brutalną hitlerowską przemocą? Czy nie pójdzie na ustępstwa, jeszcze bardziej wzmagające agresywne dążenia III Rzeszy - oto pytania, które z głębokim niepokojem zadawał sobie rząd Jego Królewskiej Mości w Londynie. Aby więc podbudować i usztywnić stanowisko Warszawy, premier Chamberlain zaoferował Polsce gwarancje dotyczące jej niepodległości na wypadek agresji. Dnia 6 kwietnia min. Beck udał się do Londynu, gdzie przybrały one faktyczną (choć jeszcze nieformalną) postać sojuszu polsko-brytyjskiego. Do gwarancji tych dołączyła się również w tydzień później Francja.

 Wszystko to wskazywało, że w stosunku do Polski hitlerowska polityka dywersji, pogróżek i zastraszenia nie da pożądanych rezultatów. Jak stwierdził jeden z dyplomatów francuskich, "po raz pierwszy Trzecia Rzesza spotkała się z kategorycznym »nie«, po raz pierwszy jakiś kraj jasno wyraził swoje zdecy­dowanie odparcia siły siłą i odpowiedzenia na każde jednostronne posunięcie ogniem z karabinów i dział. Jest to język zrozumiały dla Niemców, ale od dawna go już nie słyszeli. Nie mogą więc uwierzyć własnym uszom".  Kroki te uznał Hitler za jednostronne pogwałcenie przez Polskę jej zobo- wiązań, wynikających z polsko-niemieckiego paktu o nieagresji z 1934 r. W wielkiej mowie w. Reichstagu 28 kwietnia oznajmił, że w związku z tym Niemcy uważają ową deklarację za anulowaną. Wspominał też o odrzuceniu przez Polskę jego "wspaniałomyślnej oferty", gwarantującej Polsce jej granice za­ chodnie i proponującej zawarcie nowego paktu na lat 25, jeżeli Polska się zgodzi m. in. na przyłączenie Gdańska do Niemiec oraz na przeprowadzenie przez polski

67. Przemówienie min. Becka w sejmie 5 maja 1939 r. odrzucające kategorycznie żądania Hitlera wobec Polski
68. Ofiarność społeczeństwa na cle wojskowe

"korytarz" pomorski eksterytorialnej autostrady oraz linii kolejowej łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi.

 Mówił tak w miesiąc po dyrektywie wydanej (25 marca) naczelnemu do­wódcy armii niemieckiej, gen. W. von Brauchitschowi, w której polecał "wojsko­we opracowanie sprawy polskiej". Zgodnie z dyrektywą należało poczekać z roz­wiązaniem tej sprawy do nadejścia "szczególnie dogodnych warunków politycz­nych" i wtedy rozbić Polskę, tak "aby nie [było] trzeba się z nią liczyć jako z czynnikiem politycznym przez najbliższe dziesięciolecia".

 Już w tydzień później przyszła odpowiedź ze strony polskiej w postaci przemówienia min. Becka, wygłoszonego w sejmie 5 maja. Przemówienie to by­ło w gruncie rzeczy świadectwem bezpłodności i bankructwa całej jego dotych­czasowej linii politycznej w stosunku do Niemiec. Przez społeczeństwo polskie zostało przyjęte z aplauzem, a nawet z entuzjazmem. Beck bowiem wypowie­dział stanowcze "nie" wobec niemieckich roszczeń zarówno do Gdańska, jak i do podważenia polskiej suwerenności na Pomorzu. Podkreślając potrzebę zachowa­nia pokoju, stwierdził: "Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę".

 W niecały miesiąc po wypowiedzeniu paktu polsko-niemieckiego, 23 maja, Hitler zwołał odprawę najwyższych dowódców niemieckich, na której oznajmił, iż powziął decyzję "uderzenia na Polskę przy pierwszej nadarzającej się okazji". Wyjaśnił też, że "Gdańsk nie jest obiektem, o który chodzi", chodzi bowiem o "rozszerzenie przestrzeni życiowej na wschodzie i zabezpieczenie wyżywienia".  Mniej więcej w tym samym czasie, toczyły się intensywne narady polsko-brytyjskie i polsko-francuskie, zmierzające do konkretyzacji sojuszu Polski z tymi krajami w płaszczyźnie wojskowej, politycznej i gospodarczej. Wyniki tych kon­sultacji były niewspółmiernie małe do kategoryczności i zasięgu zobowiązań politycznych obu mocarstw wobec Polski. Zarówno Anglia, jak i Francja wy­raźnie uchylały się od zapewnienia konkretnej i zdecydowanej pomocy wojskowej oraz gospodarczej Polsce na wypadek wojny. W niemałej mierze wynikało to zapewne z faktu, że same te kraje nie były należycie do niej przygotowane. Ale, jak słusznie zwrócił uwagę J. Kirchmayer, grały tu też nie mniejszą rolę inne przyczyny. Obydwa mocarstwa zachodnie odnosiły się w gruncie rzeczy z głęboką niewiarą do wartości militarnej polskiego sojusznika, w którego zatem nie warto było inwestować zbyt poważnych środków, ale jednocześnie zdawały sobie sprawę z tego, że z braku zdecydowanego poparcia politycznego Polska mogłaby zostać zmuszona do ustępstw wobec Hitlera i zneutralizowana. Daleko idące i kategoryczne gwarancje polityczne brytyjsko-francuskie wykluczały tę groź­bę i tym samym skłaniały Hitlera do rozprawienia się najpierw ze słabym prze­ciwnikiem na wschodzie, co dawało niezbędny oddech obu mocarstwom zachod­nim. Pewną rolę w tej polityce odgrywały też ciągle silne w tych krajach nastroje "monachijskie", defetystyczne, wyrażające się m. in. w dość rozpowszechnionym we Francji poglądzie, iż "nie ma sensu umierać za Gdańsk".

 Tymczasem w Gdańsku zaczęły mnożyć się prowokacyjne akcje i wystąpie­nia antypolskie (m. in. Goebbelsa). Przywódca hitlerowski w tym mieście, For­ster, publicznie oświadczył, że musi ono wrócić do Rzeszy. Podobnie silne zaog­nienie wystąpiło w sprawach mniejszościowych.


Fiasko ostatniej próby ratowania
pokoju

 Równolegle do tych wydarzeń toczyły się już od dłuższego czasu pertraktacje między przedstawicielami Anglii i Francji a Związkiem Radzieckim, zmierzają­ce do zawarcia trójstronnego paktu, skierowanego przeciwko planom agresji hitle­rowskiej w Europie. Mocarstwa zachodnie pragnęły uzyskać zapewnienie po­mocy radzieckiej na wypadek napaści hitlerowskiej na Polskę i Rumunię. Rząd radziecki w dobrze zrozumianym własnym interesie domagał się, aby rozszerzyć zasięg działania paktu także na inne kraje Europy wschodniej, w szczególności na państwa bałtyckie, których ewentualne opanowanie przez Niemcy bezpośre­dnio zagrażało samemu Związkowi Radzieckiemu. Poważną trudność w dojściu do porozumienia stanowiła polityka min. Becka, który stanowczo sprzeciwiał się wyrażeniu zgody na przepuszczenie wojsk radzieckich przez Polskę w wypadku napaści niemieckiej. Oznaczało to, że Związek Radziecki miałby możność podję­cia działań wojennych przeciwko armii hitlerowskiej dopiero po zawładnięciu przez nią Polską, w chwili gdy wzmocniona tym zwycięstwem armia ta stanęłaby u samych granic radzieckich. W ten sposób cały impet niemiecki zwróciłby się po Polsce na Związek Radziecki, a cały ciężar i główny teatr wojny rychło przesunąłby się na wschód, daleko od granic mocarstw zachodnich. Na tego rodzaju koncepcję paktu Związek Radziecki nie chciał się zgodzić. Wielomie­sięczne pertraktacje nie dawały wyniku, co w Berlinie przyjmowane było oczy­wiście z głębokim zadowoleniem.

 Wykorzystał to Hitler, proponując rządowi radzieckiemu zawarcie paktu o nieagresji niemiecko-radzieckiej. Wobec fiaska pertraktacji z Anglią i Fran­cją Związek Radziecki zdecydował się na przyjęcie tej oferty, odsuwającej odeń niebezpieczeństwo uwikłania w wojnę, do której także nie był należycie przygotowany. W ten sposób doszedł do skutku układ o nieagresji, zawarty w Moskwie 23 sierpnia między Ribbentropem a Mołotowem (który po Litwinowie zajmował od maja 1939 r. stanowisko radzieckiego komisarza ludowego spraw zagranicznych i wiceprzewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych ZSRR)*. I

 Układ ten miał doniosłe znaczenie zarówno dla ZSRR, jak i dla Niemiec. Jeśli chodzi o Związek Radziecki, to odsuwał odeń - jak już wspominaliśmy - groźbę wojny i w czasie, i w przestrzeni. Jeśli chodzi o Niemcy - uwalniał je, przynajmniej do czasu, od groźby wojny na dwa fronty.


Nieustępliwość Polski - prowokacje
i ultimatum Hitlera

 W przeddzień podpisania paktu niemiecko-radzieckiego Hitler zwołał naradę najwyższych dowódców wojskowych, podczas której wydał ostatnie kon­kretne dyspozycje w sprawie rozpoczęcia wojny z Polską. Celem tej wojny miało być nie osiągnięcie jakiejś określonej linii, ale całkowite zniszczenie Polski. Na­leżało przy tym postępować "twardo i bezwzględnie, uodparniając się przeciwko wszelkim względom litości", "nie chodzi bowiem o prawo, lecz o zwycięstwo".

 Jako termin rozpoczęcia działań wojennych wyznaczył sobotę, 26 sierpnia. Podejmując te decyzje Hitler ciągle jeszcze miał nadzieję, że mocarstwa za­chodnie mimo wszystko nie odważą się wystąpić czynnie przeciw Niemcom. Spodziewał się też, że zawarty jeszcze w maju 1939 r. tzw. pakt stalowy nie­miecko-włoski, mówiący m. in. o bezwzględnej solidarności i współdziałaniu na wypadek wojny obu państw faszystowskich, będzie trzymał w szachu i od­działa jako środek zastraszający, zwłaszcza na Francję.

 Tymczasem właśnie w przeddzień wyznaczonego już terminu ataku na Polskę Hitler otrzymał dwie ponure dla siebie wiadomości. Pierwsza donosiła, że


* O tej problematyce szerzej w: H. Zieliński, Historia Polski 1864-1939, Warszawa 1971, s. 243.
69. Jedna z wielu demonstracji przeciwniemieckich w Polsce w 1939 r.

tegoż dnia, 25 sierpnia, został podpisany w Londynie teraz już formalny sojusz polsko-brytyjski. W ten sposób niewiele pozostawało nadziei na biernosć Anglii w konflikcie polsko-niemieckim. Drugą wiadomość przynosił doręczony Hitlerowi po południu list od Mussoliniego, oznajmiający, że przy całej solidarności i wierności wobec "paktu stalowego" Włochy nie będą mogły wystąpić zbrojnie u boku Niemiec w wypadku wojny, gdyż nie są do niej przygotowane.

 W obliczu tych nieoczekiwanych powikłań Hitler zmuszony został wydać wieczorem 25 sierpnia polecenie odwołujące w ostatniej chwili rozesłane już roz­kazy wymarszu następnego dnia o świcie. Pragnął zyskać choćby kilka dni na roz­ważenie powstałej sytuacji i podjęcie ewentualnie nowych kroków.

 Chciał w szczególności podjąć jeszcze jedną próbę izolowania Polski i oder­wania od niej zachodnich sojuszników. Zabieg ten o tyle zdawał się rokować pewne nadzieje, że część kół rządzących w Anglii (a także Francji) nadal skłania­ła się ku polityce typu monachijskiego. Dnia 29 sierpnia wieczorem Hitler przedstawił ambasadorowi brytyjskiemu w Berlinie N. Hendersonowi nowe warunki ewentualnego porozumienia z Polską. Miały one w gruncie rzeczy charakter ultimatum, i to znacznie wykraczającego poza dawniejsze żądania włączenia Gdańska do Rzeszy oraz autostrady przez Pomorze. Dopiero 31 sierpnia zostały one przedstawione na piśmie. Obejmowały 16 punktów, w których była obecnie mowa ponadto o plebiscycie na Pomorzu (z udziałem Niemców, którzy tam zamieszkiwali 1 stycznia 1918 r.), powołaniu międzynarodowej komisji "śledrczej" do zbadania skarg mniejszości w obu krajach, rekompensat gospodar­czych dla poszkodowanych itp. Dla podpisania tych warunków miał się zjawić niezwłocznie w Berlinie specjalny pełnomocnik rządu polskiego. Celem tego ultimatum była właściwie tylko chęć stworzenia sobie swoistego alibi i zrzuce­nia odpowiedzialności za wybuch wojny na "nieustępliwą" Polskę. Hitler był już wtedy zdecydowany ostatecznie, nawet z uwzględnieniem zaskoczeń z 25 sier­pnia, nie odwlekać rozpoczęcia wojny. Napierali na to również dowódcy woj­skowi, trzymający już od kilku dni nad granicą polską w bezczynności milionowe armie. W tych warunkach 16 punktów było jawnym bluffem dyplomatycznym, mającym świadczyć o pokojowych do ostatka intencjach Hitlera, o czym on sam najlepiej wiedział i dlatego też wydał rozkaz wszczęcia działań zbrojnych w dniu 1 września.

 W parze z tymi poczynaniami dyplomatyr::z.nymi szły mnożące się prowo­kacje hitlerowskie w strefie przygranicznej lub wywoływane także w głębi kra­ju przez mniejszość niemiecką. Szczególnie głośna wśród nich była prowokacja gli­wicka. Na polecenie szefa hitlerowskiej policji bezpieczeństwa i Głównego U rzę­du Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), Reinharda Heydricha, grupa więźniów obo­zów koncentracyjnych, przebrana w polskie mundury wojskowe, została zmuszona do dokonania "napaści" na niemiecką radiostację w Gliwicach dnia 31 sierpnia 1939 r. (więźniowie zostali potem zamordowani), co stało się ostatnim pre­tekstem do rozpoczęcia najazdu na Polskę.

 Rząd polski i min. Beck nie mieli już wówczas oczywiście żadnych wątpliwoś­ci co do powagi sytuacji. W kraju panowała całkowita jedność i solidarność naro­du w obliczu zbliżającego się niebezpieczeństwa.Wykładnikiem tej jedności było i tym razem stanowisko rządu, odrzucającego systematycznie kolejne groźby i ultimatum niemieckie, jak również wszelkiego rodzaju interwencje doradzające ustępliwość. Między innymi odrzucił min. Beck tego rodzaju interwencję znanego ze swych proniemieckich sympatii następcy niedawno zmarłego Piusa XI, nowego papieża Piusa XII, zwracającego uwagę, że "odstąpienie Pomorza i Gdań­ska mogłoby ocalić pokój". Odrzucił też żądania niemieckie wysłania do Berlina jakiegoś specjalnego pełnomocnika, zdając sobie sprawę z tego, że znalazłby się on w poniżającej i beznadziejnej pozycji prezydenta Czechosłowacji Háchy w do­bie kryzysu marcowego.

 Równocześnie rząd polski unikał wszystkiego, co mogłoby przyczynić się do zaostrzenia sytuacji i dać Niemcom pretekst usprawiedliwiający ich wojenne pla­ny. Pod naciskiem ambasadorów Anglii i Francji posuwał się w tej ostrożności nawet zbyt daleko. Przygotowane 29 sierpnia obwieszczenie o mobilizacji po­wszechnej w Polsce zostało przełożone o jeden dzień na życzenie obu ambasado­rów.

Dysproporcja sił

 Nie oznacza to oczywiście, że niepopełnienie tego błędu nadmiernej ostrożności mogło w jakikolwiek istotny sposób wpłynąć na losy wojny, Rozstrzygnęła to niejako z góry ogromna dysproporcja sił i środków wojskowych oraz gospo­darczych, jakimi dysponowali obaj przeciwnicy.

 Różnicę potencjału gospodarczego uwidacznia poniższa tabelka, która przed­stawia produkcję niektórych ważniejszych artykułów przemysłowych w 1937 r. (w mln ton):

węgiel
kamienny
surówka
żelaza
stal
wyroby
walcowane
cement
samochody
Polska
Niemcy
36,0
185,0
0,7
16,0
1,5
19,8
1,0
14,0
1,3
12,6
—   
327 000 szt.

 Ogromne dysproporcje występowały również w dziedzinie potencjału ludz­kiego, a przede wszystkim materialnego i organizacyjnego.

 Miały one swe podstawowe źródło we wskazanej dysproporcji siły gospo­darczej obu krajów. Ale w niektórych dziedzinach zostały pogłębione w wyni­ku błędnej działalności ludzkiej. Dotyczy to przede wszystkim polskiej doktryny wojennej i organizacji armii polskiej. Stan liczebny armii polskiej na stopie poko­jowej w 1939 r. wynosił (bez KOP) 338 tys. żołnierzy, z czego 178 tys. pie­choty, 32 tys. kawalerii, 48 tys. artylerii. Natomiast wojska pancerne - 9300, lotnictwo 10 200 i podobnie wojska techniczne (łączność, saperzy). W sumie wojska techniczne, pancerne i lotnictwo sięgały ok. 43 tys., czyli ok. 12,5% stanu osobowego armii polskiej, tj. łącznie niewiele więcej niż broń w tym okresie już poniekąd anachroniczna, mianowicie kawaleria (32 tys., tj. prawie 10%). Polska posiadała na stopie pokojowej 42 wielkie jednostki (dywizje, brygady), w tym 30 piechoty, 1 kawalerii i 1 pancerno-motorową. Niemcy zaś dysponowały w tym samym czasie (jeszcze na stopie pokojowej) 55 wielkimi jednostkami, w tym 39 piechoty, 1 kawalerii i 15 pancernych, zmo­toryzowanych i lekkich.

 Anachroniczna struktura organizacyjna armii polskiej wypływała nie tylko z przyczyn ekonomicznych (kawaleria należała do najkosztowniejszych rodzajów broni), ale pozostawała w ścisłym związku zarówno z ogólną orientacją polity­czną rządów sanacyjnych, jak i doktryną wojenną obowiązującą w armii. U jej podstaw leżały bowiem doświadczenia wojny polsko-radzieckiej lat 1919-1920, W czasie której kawaleria rzeczywiście odgrywała poważną rolę, podczas gdy lotnictwo i wojska techniczne jedynie rolę pomocniczą. Zresztą skromny stopień motoryzacji armii polskiej i w ogóle wyposażenia jej w nowoczesne bro­nie i środki techniczne stanowił refleks szerszego zagadnienia, mianowicie ogólne­go niedorozwoju techniki i kultury technicznej w społeczeństwie Polski między­wojennej. Nie tylko przeciętny rekrut, lecz także zawodowy podoficer i oficer na ogół pewniej czuł się na koniu niż przy kierownicy i silniku pojazdu mechanicznego. Jednocześnie generalna orientacja polityczna sprawiała, że armia polska od początku była budowana z przeznaczeniem głównie do walki na wschodzie, ze Związkiem Radzieckim. W ten sposób szkodliwa dla Polski orientacja polityczna wspierała fałszywą doktrynę wojenną. Fałszywą, gdyż wojna groziła Polsce nie ze wschodu, tylko z zachodu, a ponadto od 1920 do 1939 r. technika i sztuka wojenna poczyniły tak wielkie postępy, że nawet zastosowana na wschodzie doktryna wojenna i struktura organizacyjna armii polskiej musiałyby się okazać anachronizmem.

 Jednakże w Polsce obowiązywała ona co najmniej do śmierci Piłsudskiego, a nawet dłużej. Dopiero w 1936 r. Sztab Główny doszedł na podstawie analizy polskich sił zbrojnych do wniosku, że w porównaniu z armiami innych państw armia polska należy do technicznie i organizacyjnie zacofanych. Podjęte wtedy kroki nie mogły już wnieść istotnych zmian w tej dziedzinie.

 Odpowiednio do scharakteryzowanej wyżej ogólnej doktryny wojskowo­-politycznej były realizowane określone ważne przedsięwzięcia szczegółowe, zwią­zane z obroną kraju. Dotyczyło to np. kierunków i metod szkolenia żołnierza, opracowania planów mobilizacyjnych, planów operacyjnych, budowy fortyfika­cji itp. Fortyfikacje budowano np. niemal wyłącznie na granicy wschodniej i do­piero na krótko przed wojną pomyślano również o granicy zachodniej. Aż do końca 1938 r. znaczny wysiłek Sztabu Głównego skupiał się wokół opracowania planu wojny "Wschód", nad którego wykończeniem pracowano jeszcze zimą 1938/39 r. W końcu 1935 r. przystąpiono do wstępnych tylko prac przygotowawczych nad planem wojny z Niemcami (plan wojny "Zachód"). Tego rodzaju plany wymagają jednak wieloletnich szczegółowych prac i studiów, na które za­brakło już czasu. Podjęte w marcu 1939 r. przygotowania do wojny na zachodzie toczyły się bez posiadania planu tej wojny. Nie był on nigdy zredagowany w całości na piśmie.

Przypisy[edytuj]

  1. 1,0 1,1 1,2 Przypis własny Wikiźródeł błąd korektorski