Historia Polski (Henryk Zieliński)/Epilog i bilans

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Zieliński
Tytuł Historia Polski 1914-1939
Data wydania 1982
Wydawnictwo Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Drukarz Prasowe Zakłady Graficzne, Wrocław
Miejsce wyd. Wrocław
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Epilog i bilans

Wrzesień 1939 r. oznaczał załamanie się nie tylko Polski międzywojennej, ale całego porządku europejskiego, zwanego systemem wersalskim. Polska stanowiła zbyt węzłowe — i słabe — jego ogniwo, by zły los całego tego systemu mógł ją ominąć. Czy można jednak na tym stwierdzeniu, nieco fatalistycznym, poprzestać i uznać, że żaden wysiłek, żadna koniunktura wewnętrzno- i zewnętrznopolityczna nie mogły tego losu od niej odwrócić lub przynajmniej złagodzić jego skutków? I dalej: skoro już do katastrofy doszło, to czy oznacza to, że wszystko, co zdziałano w latach drugiej niepodległości, poszło na marne?
Odpowiedź na te pytania każe zastanowić się nad obiektywnymi i subiektywnymi przesłankami bezpieczeństwa II Rzeczypospolitej oraz — co się z tym ściśle wiąże — zewnętrznymi i wewnętrznymi gwarancjami jej niepodległego bytu. Zmusza też do podjęcia próby sporządzenia bilansu jej osiągnięć i zadłużeń. One bowiem w wielkim stopniu determinowały jej siłę i odporność na zagrożenia, których nie skąpił jej ówczesny niespokojny świat.
II Rzeczpospolita przejęła po rządach zaborczych nie tylko spuściznę zacofania i zaniedbań w gospodarce, oświacie, kulturze, ustawodawstwie itp., lecz także dezintegrację polskiego obszaru i wspólnoty narodowej we wszystkich niemal dziedzinach życia, od pewnych nawyków w stylu życia i pracy poczynając, a np. na dysproporcjach w rozwoju sieci komunikacyjnej kończąc. Nawarstwiły się na to dodatkowo, odmienne od zaborczych, podziały z czasów okupacji i ruiny, jakie pozostawiła po sobie I wojna światowa. W sumie złożyło się to na bardzo niski próg wyjścia ku nowej przyszłości w niepodległej ojczyźnie, na domiar mocno zróżnicowany w różnych zaborach.
Nierównomierności te oraz wynikające z nich dla budownictwa państwa zadania można by w wielkim skrócie ująć — za A. Jezierskim — w następujących punktach:
— odmienność struktur społecznych;
— silnie zróżnicowany poziom kultury i cywilizacji;
— odmienne systemy prawne;
— nierówny, ale ogólnie niski, poziom oświaty;
— ostry niedobór kadr administracji państwowej i terenowej;
— znikomy stopień wzajemnych powiązań gospodarczych między dzielnicami kraju (byłymi zaborami);
— odmienny układ rynków zbytu i źródeł surowców;
— nieprzystosowany do potrzeb państwa układ komunikacyjny — kolejowy, drogowy i morski;
— odmienny system kredytowo-pieniężny, z wyraźnie zróżnicowaną strukturą cen;
— całkowity brak bądź wyraźny niedorozwój niektórych gałęzi przemysłu;
— niski poziom infrastruktury gospodarczej i społecznej.
„Do konsekwencji, nie mających bezpośrednio związku z gospodarką — podkreśla tenże autor — dodać trzeba odmienność obyczajów, a nawet cech psychicznych ludności. Rozbiory wstrzymały proces integracji narodowej uniemożliwiając formowanie się rynku narodowego, stanowiącego gospodarczą podstawę tej integracji. Fakt, iż z Warszawy do Poznania trzeba było podróżować przez Toruń, a jadąc z Kielc do Krakowa zmieniać za Miechowem pasmo ruchu z prawostronnego na lewostronny, stanowić może ilustrację odmienności prowincji polskich, ich ograniczonych związków”.
Był to więc w sumie balast bardzo ciężki, zadania do wykonania ogromne. W jakiej mierze z nimi się uporano?
Wydaje się, że bilans tamtego dwudziestolecia stosunkowo najkorzystniej przedstawia się w dziedzinie integracji administracyjnej, prawnej, oświatowej i kulturalnej. Przemawia za tym szybki postęp na polu rozbudowy i unifikacji ustawodawstwa socjalnego w całym kraju — oraz nie mniej godny uwagi rozwój oświaty wszystkich szczebli. Za swego rodzaju wskaźnik syntetyczny pod tym względem przyjąć można wykonywanie obowiązku szkolnego w szkole podstawowej (ludowej, powszechnej). Tuż przed wojną tylko w zaborze pruskim był on wykonywany prawie w 100%, w zaborze austriackim w ok. 85%, natomiast w największym, najludniejszym zaborze rosyjskim nie sięgał nawet 20%. Na całości ziem polskich, które po 1918 r. weszły w skład niepodległej Polski, sięgał on wówczas ok. 54, 5%. W niecałe dziesięć lat później odsetek ten wynosił już 93, 3% (spadł jednak w latach trzydziestych do ok. 90%). Był to niewątpliwie skok wielki, jakościowy. Oczywiście, nie zawsze i nie wszędzie rozwój ten zaspokajał nawet całkiem niezbędne potrzeby społeczne i kulturalne. Dotyczy to m.in. spraw tak zasadniczych, jak problemu bezrobocia, dostępu młodzieży wiejskiej do wyższych, a nawet średnich szczebli nauczania, swobodnego rozwoju kulturalnego mniejszości narodowych (czyli 1/3 ogółu ludności Polski), budownictwa mieszkaniowego i urządzeń komunalnych w mieście i na wsi itp. Niemniej jednak obok głębokich cieni nie brakowało i świateł w tych dziedzinach.
W jeszcze większym stopniu odnosi się to do rozwoju kultury i nauki w Polsce odrodzonej, choć był to nadal rozwój dość jednostronny, głównie na polu kultury i nauk humanistycznych. Nauki techniczne (i ogólna kultura techniczna) ciągle mocno odstawały od potrzeb i profilu społeczeństwa nowoczesnego. Poniekąd syntetyczny tego wskaźnik stanowił bardzo słaby postęp motoryzacji, a także — w nieco mniejszym stopniu — radiofonii. Pod względem liczby samochodów (w 1938 r. I na 1000 mieszkańców) Polska ustępowała nie tylko krajom wysoko rozwiniętym, lecz także wielu krajom średnio, a nawet słabo rozwiniętym, jak Portugalia, Finlandia, Rumunia, Węgry czy Brazylia.
Nie zmienia to faktu, że kultura narodowa „wybuchła” w niepodległej Polsce z siłą i jasnością, którą chyba tłumaczyć można tylko swoistym prawem odwetu za czasy zaborczej dyskryminacji i zdławienia. Świadczył o tym dowodnie rozkwit literatury polskiej, znaczony nazwiskami tej miary, jak Żeromski, Reymont, Strug, Staff, Tuwim, Broniewski, Słonimski, Dąbrowska, Nałkowska, Kossak-Szczucka, Gojawiczyńska, Iłłakowiczówna, Leśmian, Lechoń, Zegadłowicz, Kaden-Bandrowski i inni. Wybitne również osiągnięcia odnotowywał polski teatr, muzyka i plastyka — osiągnięcia honorowane niejednokrotnie wysokimi wyróżnieniami międzynarodowymi. Co nie. mniej ważne, ów rozkwit, nie hamowany obecnie sztucznymi przegrodami, ogarniał cały kraj i stawał się własnością całego narodu. Znaczące placówki teatralne i wydawnicze rozwijały się nie tylko w paru wielkich, tradycyjnie silnych ośrodkach kulturalnych, jak Warszawa, Kraków czy Lwów, ale często także w mniejszych, jak Katowice, Toruń, Bydgoszcz, Wilno czy Lublin. Bodaj największy udział w rozszerzeniu się komunikacji kulturalnej na cały obecnie kraj, a tym samym integracji społeczeństwa polskiego miały prasa i czasopiśmiennictwo, a w latach trzydziestych także radiofonia, dysponująca nie tylko najsilniejszą w Europie radiostacją w Raszynie, ale ponadto 7 stacjami regionalnymi.
Obalenie kordonów zaborczych wyzwoliło nie znaną przedtem aktywność społeczną, kulturalną i naukową. Powstawały lub rozszerzały zasięg swej działalności organizacje i instytucje, które w czasach niewoli bądź w ogóle nie mogły powstać, bądź z trudem tylko przedzierały się przez granice „swych” zaborów. Mowa tu w szczególności o związkach zawodowych, stowarzyszeniach naukowych, nauczycielskich, młodzieżowych, krajoznawczych, instytucjach i organizacjach gospodarczych itp. W ten sposób procesy integracyjne w płaszczyźnie administracyjnej, prawnej, systemu oświaty itp., realizowane niejako z urzędu przez państwo, były pogłębiane i ugruntowywane przez inicjatywę oddolną, społeczną. Tędy też wiodła droga przełamywania uprzedzeń i niechęci międzydzielnicowych, początkowo dość silnych (zwłaszcza w starszym pokoleniu) w stosunkach między Polakami z różnych dawnych zaborów.
Ogromną rolę w tych procesach odgrywały znacznie większe obecnie możliwości samookreślenia ideowo-politycznego różnorodnych odłamów i orientacji w społeczeństwie. Odzwierciedliło się to najwyraźniej w tworzeniu nowych partii politycznych lub ekspansji już istniejących. Towarzyszyły temu częstokroć burzliwe dyskusje lub polemiki, do niedawna jeszcze często przytłumione wymogiem narodowej solidarności przeciwko wynaradawiającej polityce zaborców, a także hamowane dotkliwymi ograniczeniami swobody języka polskiego. Skrępowania te obecnie odpadły. Widoczny od pierwszych dni wolności wzrost namiętności politycznych i ostrości wspomnianych polemik, np. w łonie ruchu robotniczego czy między tzw. obozem belwederskim a endecją, mógł wywoływać wrażenie wzrostu wewnętrznego skłócenia w wolnej ojczyźnie — a więc zjawiska zgoła przeciw stawnego procesowi integracji narodowej. Wrażenie takie jednak byłoby powierzchowne i fałszywe. Swoboda polemik i dyskusji ideologicznych stwarzała przesłanki do ujawnienia się postaw i poglądów ideowo-politycznych w całej ich wielobarwności i autentyczności, wzbogacała w sposób zasadniczy życie ideowo-polityczne i duchowe narodu, uwalniała je od gry pozorów, w tym także od tendencji ku solidaryzmowi społecznemu, tak silnych zwłaszcza w zaborze pruskim. W rezultacie odpadnięcie dotychczasowych skrępowań, a w parze z tym i ujawnienie w całej pełni panoramy zróżnicowań ideowo-politycznych, stawało się ważną dźwignią podnoszenia kultury politycznej narodu, deformowanej dotychczas anormalnymi warunkami jego rozwoju. Nawet dotkliwe ograniczenia swobód obywatelskich w czasach sanacyjnych nie potrafiły już tego procesu zniweczyć ani też unicestwić dorobku pierwszego dziesięciolecia niepodległości na polu demokratyzacji życia politycznego.
Program rządu lubelskiego z 1918 r., walka Rad Delegatów Robotniczych w latach 1918-1919, konstytucja marcowa 1921 r., demokratyczna ordynacja wyborcza, wolność prasy i stowarzyszeń, szybki i prężny rozwój związków zawodowych, aktywizacja i rozwój ruchu ludowego nie tylko w Galicji, ale i pozostałych byłych zaborach — wszystko to wytworzyło w społeczeństwie polskim potrzeby i nawyki, które nawet w późniejszych latach dyktatury pomajowej odżywały uporczywie z siłą trudną do opanowania. Świadczyły o tym wymownie inicjatywy w rodzaju Centrolewu, protesty przeciwko Brześciowi, wielkie strajki robotnicze i chłopskie w latach trzydziestych, w tym potężny strajk chłopski z 1937 r., próby utworzenia antyfaszystowskiego frontu demokratycznego, znaczone m.in. lwowskim Kongresem Pracowników Kultury w 1936 r. czy rezonansem, jaki w tych kołach budziły prasa i czasopiśmiennictwo lewicowe w rodzaju „Oblicza Dnia”, „Sygnałów” czy „Dziennika Popularnego”. Przy wszystkich niedomaganiach i słabościach systemu demokracji parlamentarnej, który w ówczesnych warunkach stanowił niewątpliwie jedną z podstawowych gwarancji demokracji politycznej w ogóle, zdołał się on zakorzenić stosunkowo szybko w mentalności politycznej społeczeństwa. Bojkot wyborów z 1935 r. stał się — na pozór paradoksalnie — wymownym świadectwem przywiązania społeczeństwa do zasad parlamentaryzmu.
Przywiązanie to stanowiło zarazem ważny składnik kultury politycznej społeczeństwa. Nie rozwinięte jeszcze należycie badania nad tą problematyką nie pozwalają w sposób udokumentowany ukazać i wykazać, jakie miejsce w ogólnym bilansie dwudziestolecia zajmuje ewolucja również w tej dziedzinie. Nie ulega wszakże wątpliwości, że postęp demokratyzacji stanowił conditio sine qua non rozwoju ogólnej kultury politycznej społeczeństwa II Rzeczypospolitej. Potwierdza to m.in. jego odporność na nasilające się w latach trzydziestych tendencje faszyzacyjne. Wbrew presjom zewnętrznym i wewnętrznym nie zdołały one uzyskać w nim przewagi nad postawami im wrogimi lub przynajmniej krytycznymi. Na uwagę pod tym względem zasługuje m, in. silny opór, jaki siły demokratyczne w Polsce stawiały rozpętywaniu jadu antysemityzmu w społeczeństwie.
Za ważne kryterium kultury politycznej uznać trzeba znaczenie czynnika narodowościowego i wyznaniowego w życiu publicznym, jako czynnika określającego w istotnym stopniu rzeczywistą miarę równości wszystkich obywateli wobec prawa oraz praworządności w państwie. Trzeba powiedzieć, że bilans dwudziestolecia na tym polu nie napawał optymizmem. W polityce mniejszościowej kolejnych rządów II Rzeczypospolitej trudno dopatrzyć się jakiejś względnie jednolitej, długofalowej, a przede wszystkim tolerancyjnej koncepcji programowej. Nie tylko nie potrafiły one rozwiązać nabrzmiałych problemów z tej dziedziny, ale nawet zahamować czy złagodzić zaogniających się antagonizmów, zwłaszcza w stosunkach polsko-ukraińskich. Jednym z podstawowych i nie wysychających źródeł tych antagonizmów pozostawała sprawa szkolnictwa ukraińskiego (i białoruskiego), które w ramach tzw. utrakwizacji uległo za czasów polskich drastycznej redukcji, niemal likwidacji. Eskalacja terroru i kontrterroru sprawiała, że stosunki polsko-ukraińskie u schyłku dwudziestolecia przedstawiały się gorzej niż w jego początkach.
Życie publiczne w Polsce międzywojennej podlegało intensywnej często presji elementów klerykalnych. Za czynnik „zastoju i regresji” uważa J. Bardach „postępującą klerykalizację życia, widoczną w szczególności w szkolnictwie”. Zdecydowanie ujemny wpływ na poziom kultury politycznej społeczeństwa wywierały niektóre pisma i gazety, ściśle związane z Kościołem, jak „Rycerz Niepokalanej”, „Mały Dziennik” i kilka innych. Przesądzał o tym prymitywizm upowszechnianych przez nie treści światopoglądowych i ideowo-politycznych, a w szczególności duch napastliwej nietolerancji w stosunku do inaczej myślących. Były to pisma o wysokich nakładach, z reguły bardzo tanie, które za pośrednictwem rozlicznych kanałów kolportażu, m.in. poprzez parafie, docierały do najszerszych mas ludności w kraju.
Były to wówczas w Kościele, prasie i czasopiśmiennictwie katolickim postawy dominujące. Ale w postaci na razie zalążkowej zaczęły się ujawniać również orientacje odmienne, będące zapowiedzią katolicyzmu „otwartego” — otwartego na problemy społeczne, moralno-polityczne i filozoficzne nowej epoki. Orientacje te, ograniczone do nielicznych środowisk inteligencji katolickiej (jak zwłaszcza grupa wokół kwartalnika „Verbum” i ks. W. Korniłowicza, kapelana słynnego zakładu dla młodzieży niewidomej i upośledzonej w Laskach pod Warszawą), nie mogły jednak wówczas jeszcze stanowić alternatywy dla orientacji „integrystycznej”, reprezentowanej przez Kościół oficjalny, jego hierarchię i zdecydowaną większość kleru.
Problem wpływu czynnika wyznaniowego na rozwój kultury politycznej w II Rzeczypospolitej nie ograniczał się rzecz jasna do rzymskokatolickiej większości jej mieszkańców. Zaznaczał się on także w postawie mniejszości narodowych sprzyjając krzewieniu się i wśród nich nastawień konserwatywnych, nieraz wręcz obskuranckich, a także nacjonalistycznych. Jeśli chodzi o mniejszość ukraińską świadczyła o tym dobitnie rola metropolity greckokatolickiego we Lwowie, arcybiskupa A. Szeptyckiego. Inne motywacje leżały u podstaw siły oddziaływania ortodoksyjnych środowisk konserwatywno-klerykalnych na drugą wielką mniejszość w Polsce, mianowicie żydowską, w tym również młodzież żydowską. Pisze o tym J. Żarnowski: „Kariera młodego pokolenia miała tu też z góry określone formy, a edukacja na terenie b. zaboru rosyjskiego w wielkim jeszcze stopniu odbywała się w religijnej szkole — chederze [...]. J. Chedery i talmud-tory było to siedlisko legendarnego wprost zacofania, obskurantyzmu i fanatyzmu”. Nie ma potrzeby rozwodzić się szerzej, iż tego rodzaju mentalność nie tylko nie służyła podnoszeniu kultury politycznej społeczeństwa, ale stanowiła również trudną do pokonania przeszkodę na drodze jego integracji.
Tendencje dośrodkowe i odśrodkowe, krzyżujące się w życiu politycznym i kulturalnym II Rzeczypospolitej, pozostawały w bliskiej współzależności z charakterem ustrojowym państwa. Jako państwo kapitalistyczne, rozdzierane klasowymi sprzecznościami i antagonizmami, nie mogło ono ich przezwyciężyć nie zmieniając swego charakteru. Nie mogło też wyeliminować ze swego życia niektórych dotkliwych tendencji odśrodkowych, w szczególności tych, które swe źródło miały w stosunkach narodowościowych i otaczającym je klimacie nacjonalistycznych uprzedzeń. Nie ulega jednak wątpliwości, że wiele zależało od położenia gospodarczego państwa, podnoszenia poziomu życia ludności, usuwania występujących w tej mierze dysproporcji itp.
Rozdział gospodarczy w bilansie II Rzeczypospolitej przedstawiał się raczej skromnie, i to zarówno na polu industrializacji, jak i produkcji rolnej. Źródła niedorozwoju w tej ostatniej dziedzinie tkwiły przede wszystkim w niskiej kulturze rolnej oraz wysoce niekorzystnej strukturze stosunków własnościowych na wsi. Reformy rolne w dwudziestoleciu, zbyt nieśmiałe i połowiczne, nie mogły w sposób odczuwalny naprawić tych stosunków. Nie potrafiły m. in. odwrócić od wsi lub choćby złagodzić jednej z największych jej plag, mianowicie problemu kilku milionów ludzi „zbędnych”, bezproduktywnie wegetujących na wsi. Wprawdzie miasto na ogół nie cierpiało na niedostatek produktów rolnych, Polska nawet je eksportowała, ale była to w dużej mierze tzw. podaż głodowa, niejako wymuszona koniecznością uzyskania przez chłopów środków pieniężnych na pokrycie najbardziej niezbędnych potrzeb i zobowiązań, często kosztem daleko idących wyrzeczeń. Dzieło naprawy stosunków agrarnych i podniesienia produkcji rolnej hamowała dodatkowo dyskryminacyjna polityka narodowościowa na wielkich rolniczych obszarach kresów wschodnich i w ten sposób pogarszała też całościowy bilans kraju w tej dziedzinie.
Nieco lepiej przedstawiał się dorobek II Rzeczypospolitej na polu rozwoju przemysłu oraz integracji gospodarczej trzech byłych zaborów. Jak już wspomniano, spuścizna pozaborcza obciążyła Polskę niepodległą hipoteką niezwykle ciężką, w tym jaskrawymi dysproporcjami między poszczególnymi dzielnicami. W niemałej mierze polityka dyskryminacji i degradacji ziem polskich do roli surowcowo-agrarnego zaplecza państw zaborczych zdeterminowała też już przed odzyskaniem niepodległości podział kraju na Polskę „A” i „B”. Był to niewątpliwie jeden z najszkodliwszych elementów pozaborczego dziedzictwa, ciążącego na niej dotkliwie przez całe dwudziestolecie. Natomiast zrobiono niemało, aby usunąć lub złagodzić inne nierównomierności, a także przynajmniej w części nadrobić zapóźnienia i wypełnić luki w wyposażeniu przemysłowym kraju. Dotyczyło to m. in. kolejnictwa, rozwoju energetyki, budowy lub rozbudowy niektórych gałęzi przemysłu, jak elektrotechniczny, chemiczny, zbrojeniowy, lotniczy. Od podstaw stworzono gospodarkę morską przez zbudowanie wielkiego i nowoczesnego portu gdyńskiego. Nie mniej doniosłe znaczenie — szczególnie ze względu na obronność kraju — miało podjęcie budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego w widłach Wisły i Sanu. Niezależnie od czysto gospodarczych i produkcyjnych owoców tych inicjatyw miały one swoje implikacje polityczne, społeczne i wojskowe: stanowiły dalszy krok na drodze uniezależnienia się od Niemiec i Gdańska, stwarzały nowe stanowiska pracy w regionach o dużych nadwyżkach „zbędnej” siły roboczej, zapewniały bezpieczniejszą lokalizację przemysłowi zbrojeniowemu itp.
Inicjatywy te, jakkolwiek zbyt skromne, a przede wszystkim zbyt spóźnione, zasługują na uwagę także z innego punktu widzenia, mianowicie jako przejaw rosnącej roli państwa w kształtowaniu podstaw i kierunków jego gospodarczego rozwoju. Łączyło się to z wprowadzaniem do gospodarki państwowej, głównie przez min. E. Kwiatkowskiego, elementów długofalowego planowania i w ogólności z dążeniem do zwiększenia regulującej roli państwa. Nie jest przypadkiem, że właśnie w tych latach nasiliły się w Polsce dyskusje na temat tzw. etatyzacji i w ogóle tendencje etatyzacyjne, zmierzające do przejmowania przemysłu, zwłaszcza z rąk kapitału obcego, przez państwo. Gospodarcze i społeczne skutki wielkiego kryzysu gospodarczego dawały rzecznikom tych tendencji dogodne argumenty do ręki.
Osiągnięcia te nie mogły wszakże przesłonić dominującej cechy gospodarki Polski międzywojennej, mianowicie jej stagnacji. Przy wszystkich wątpliwościach i zastrzeżeniach, jakie budzić może porównywanie rozwoju gospodarczego ziem polskich przed I wojną światową i w latach niepodległości, dowodzi tego zbyt wiele ważnych i zbieżnych kryteriów, by przechodzić do porządku dziennego nad ich wymową. I tak nawet w najlepszych latach produkcja przemysłowa Polski nie przekroczyła poziomu z roku 1913, jej udział w światowej produkcji przemysłowej nie wzrastał, ale malał; mimo wspomnianych dążeń etatyzacyjnych nadal ważne sektory gospodarki pozostawały pod kontrolą kapitału zagranicznego, utrzymywały się mimo wszystko ostre dysproporcje między poziomem cywilizacyjnym w różnych regionach kraju, poziom kultury rolnej (z wyjątkiem b. zaboru pruskiego) wykazywał cechy analogiczne. W sumie były to zjawiska o znaczeniu zbyt podstawowym, by ich cień nie przytłumiał świateł, o których mowa była wyżej.
Bezpieczeństwo II Rzeczypospolitej zależało w wielkim stopniu od jej wewnętrznej zwartości, siły gospodarczej, politycznej i wojskowej. Nawet jednak przy maksymalnym wykorzystaniu nowych możliwości rozwojowych w warunkach niepodległego państwa nie mogło ono własnymi tylko siłami zagwarantować sobie bezpiecznego i spokojnego bytu. Jako państwo średniej wielkości, położone w jednej z najbardziej newralgicznych stref starego kontynentu, musiało ono stale i bacznie oglądać się na zmienne układy w stosunkach na arenie międzynarodowej i odpowiednio do nich się przystosowywać.
Dotykamy w ten sposób niezwykle istotnego problemu obiektywnych i subiektywnych przesłanek bezpieczeństwa Polski w dwudziestoleciu międzywojennym. Ustalenie, które z nich kwalifikują się jako obiektywne, a które jako subiektywne, zależy od kryteriów podziału, jakie się zastosuje. Wydaje się, że za kryterium takie przyjąć można siłę historyczną i trwałość pewnych wyznaczników pozycji Polski, determinujących jej swobodę ruchów w świetle realiów ówczesnej Europy. Oczywiście jednak nawet przyjęcie tego kryterium nie przesądza sprawy jednoznacznie, m.  in. ze względu na niejednoznaczność pojęcia „historyczna trwałość” owych wyznaczników.
Nie ulega wątpliwości, że jedną z podstawowych przesłanek obiektywnych pozycji II Rzeczypospolitej było jej geograficzne położenie w centrum Europy, między dwoma wielkimi mocarstwami, na styku świata kapitalistycznego i świata nowego, socjalistycznego. Do kategorii przesłanek obiektywnych zaliczyć trzeba też jej słabość i niedorozwój gospodarczy, charakteryzujące położenie krajów europejskich na wschód od Łaby, w wypadku Polski pogłębione w wyniku dyskryminacyjnej polityki gospodarczej państw zaborczych. Przezwyciężenie tego zacofania wymagało pracy pokoleń i w tym sensie stanowiło ono w zasadzie również obiektywną determinantę pozycji Polski. To samo powiedzieć trzeba o pewnych motywacjach socjo- i psychologicznych w mentalności i postawach społeczeństwa, historycznie głęboko w nim zakorzenionych — takich jak nieufność i wrogość wobec byłych zaborców, niektóre stereotypy i wyobrażenia o innych narodach lub społecznościach, przedziały międzydzielnicowe itp. Przemiany w świadomości społeczno-politycznej, z reguły bardzo powolne i trudne, zależały na domiar nie tylko od klimatu wytwarzanego przez politykę wewnętrzną i zagraniczną państwa polskiego, ale także od postawy jego partnerów. I w tym zakresie występowały określone realia społeczne i polityczne, które ze względu na swą trwałość uznać wypada za obiektywne ramy tej polityki.
Należały tu, po pierwsze, kapitalistyczny charakter ustrojowy II Rzeczypospolitej, który mimo wszelkich wstrząsów przetrwał przez dwadzieścia lat niepodległości, i — po drugie — przynależność i zależność Polski od funkcjonowania ówczesnego systemu stosunków międzynarodowych, tj. systemu wersalskiego.
Bezpieczeństwo państwa wymagało dostosowania subiektywnych koncepcji polityki zagranicznej do obiektywnych realiów jego położenia. Najogólniej biorąc, dominowały w niej w latach międzywojennych dwie orientacje, z których jedną można by nazwać orientacją „francuską”, drugą zaś orientacją „mocarstwową”. Pierwsza z nich, dominująca w polskiej polityce zagranicznej w latach dwudziestych, oplatała się wokół osi sojuszu z Francją jako głównej zewnętrznej gwarancji bezpieczeństwa Polski. Druga, realizowana w myśl wskazań Piłsudskiego przez min. J. Becka w latach trzydziestych, zmierzała do uniezależnienia Polski od sojusznika francuskiego i stanowiła w niemałej mierze reakcję na niepewności i rozczarowania, których on Polsce nie skąpił, zwłaszcza od czasów układów lokarneńskich. Wszelako istotą tej orientacji było zbliżenie do III Rzeszy, rozumiane nie tylko jako środek nacisku na Francję, ale jako koncepcja długofalowa, mająca awansować Polskę z pozycji francuskiego przyczółka nad Wisłą do rangi europejskiego mocarstwa. Miała temu służyć zasada „równej odległości” od Berlina i Moskwy. W rzeczywistości wyraźną preferencję miały dobre stosunki z Niemcami, co w miarę wzrostu ich potęgi groziło nieobliczalnymi konsekwencjami. Naprawdę ani jedna, ani druga orientacja nie zapewniały i nie mogły zapewnić Polsce bezpieczeństwa, albowiem sojusznik francuski był zbyt słaby, odległy i krótkowzroczny, natomiast partner niemiecki zbyt silny i przez swe nieprzejednanie odwetowe aspiracje zbyt niebezpieczny.
Zasadnicza słabość obu orientacji tkwiła w niedostatecznej trosce o najważniejsze gwarancje bezpieczeństwa, mianowicie o przyjazne lub choćby poprawne stosunki z sąsiadami. W praktyce, ze względu na wspomniane dążenia Niemiec, mogły tu wchodzić w rachubę tylko Czechosłowacja i Związek Radziecki. Odmienność ustrojowa Polski i ZSRR stanowiła niewątpliwie istotne utrudnienie w nawiązaniu przyjaznych stosunków między obu państwami. Wyrównywało ją jednak w znacznej mierze wspólne zagrożenie z zachodu, jak o tym świadczyła m.  in. reakcja ZSRR na układy lokarneńskie czy jego żywa aprobata dla projektu paktu wschodniego. W jeszcze większym stopniu dotyczyło to relacji Polska — Czechosłowacja, zwłaszcza w latach trzydziestych, kiedy zagrożenie niemieckie także wobec Czechosłowacji nakazywało obu krajom słowiańskim sprowadzenie dzielących je różnic do właściwych proporcji. Oczywiście, wymagało to od Becka porzucenia jednego z kanonów jego polityki w środkowej Europie, wedle którego „Czechosłowacja to fikcja”, a „istnienie państwa czechosłowackiego — jak to odnotował J. Szembek — to absurd”, wymagało też rezygnacji z mocarstwowych aspiracji uczynienia z Polski organizatora i przewodniej siły tzw. trzeciej Europy.
Już tylko ten przykład wskazuje, że przy wszystkich skrępowaniach i ograniczeniach o charakterze obiektywnym, w tym również wynikających z oblicza ustrojowego państwa polskiego, jego koła rządzące miały wcale szeroki margines swobody działania, umożliwiający im przynajmniej niepogarszanie obiektywnie niewątpliwie trudnego położenia Polski. Ale przykłady takie można by mnożyć. I tak np. nie zmieniłaby ona swego charakteru ustrojowego, gdyby w 1919 r. przyjęła bardzo korzystne dla siebie radzieckie propozycje pokojowe, gdyby nie odrzuciła projektu paktu wschodniego w 1934 r., gdyby swój system obronny rozbudowywała nie tylko na wschodzie, lecz także na zachodzie, gdyby nie uczestniczyła w rozbiorze Czechosłowacji w 1938 r. Nie była bowiem Polska skazana na rolę przedmiotu w polityce międzynarodowej, mogła być i była także jej ważnym podmiotem.
Dotyczy to zwłaszcza pierwszych lat niepodległości, początków lat trzydziestych oraz końca lat trzydziestych. Pierwszy z tych okresów to okres kształtowania zasadniczych orientacji polskiej polityki zagranicznej wobec trzech najważniejszych sąsiadów: Niemiec, Czechosłowacji i Rosji Radzieckiej. W szczególności charakter stosunków z tą ostatnią w wielkiej mierze zależał od Polski, a ściślej mówiąc od Piłsudskiego. Odrzucił on wówczas radzieckie propozycje pokojowe, przedstawione w imieniu rządu radzieckiego przez Juliana Marchlewskiego podczas obrad w Mikaszewiczach, podobnie jak wspomniane już inicjatywy z grudnia 1919 i stycznia 1920 r. Były to propozycje, które nie tylko nie kwestionowały podstaw ustrojowych Polski, nie tylko zapewniały jej korzystne regulacje terytorialne, lecz także — co najważniejsze — stanowiły dobrą przesłankę do stopniowego przezwyciężania nawarstwień nieufności, dzielących narody polski i rosyjski. Tę szansę przekreślono.
W latach 1932-1934, gdy w Niemczech do głosu dochodził hitlerowski faszyzm, Polska ponownie stanęła przed dylematem brzemiennego w skutki wyboru swej orientacji politycznej. W tym niezwykle ważnym momencie na czele polskiej polityki zagranicznej stanął Józef Beck, główny rzecznik „polityki równowagi” między Niemcami a ZSRR, w istocie rzeczy polityki niebezpiecznego lawirowania między nimi, polityki paktów dwustronnych, mających zastąpić system zbiorowego bezpieczeństwa. W warunkach ogromnej dysproporcji sił była to polityka skazana na niepowodzenie, nie mówiąc już o tym, że w świetle ówczesnych tendencji ku faszyzacji życia politycznego w Polsce można było mieć uzasadnione wątpliwości co do rzetelności owej „polityki równowagi”. Ujawniło się to z całą wyrazistością, m.in. w 1934 r., kiedy Polska wspólnie z Niemcami storpedowała podjętą przez Francję i popartą przez Związek Radziecki ideę tzw. Locarna wschodniego. Była to kolejna szansa zagwarantowania nie naruszalności granic Polski Ci innych krajów środkowej Europy) i równocześnie przełamania uprzedzeń do Związku Radzieckiego i Czechosłowacji — szansa ponownie zaprzepaszczona. Zadecydowały o tym nie obiektywne, ale subiektywne założenia polskiej polityki zagranicznej, stojącej na stanowisku, że — jak to sformułował wiceminister J. Szembek — „z punktu widzenia interesów polskich jest rzeczą dla nas w każdym razie niewątpliwą, że ze wszystkich reżimów, jakie mogłyby rządzić Niemcami, reżim aktualny, to jest hitlerowski, jest dla nas najdogodniejszy, czego najlepszym dowodem, żeśmy mogli się z nim porozumieć”.
W podobnym duchu wypowiadali się ministrowie Beck i Szembek niejednokrotnie, można więc te słowa uważać za autentyczną wykładnię programu polskiej polityki zagranicznej, a nie tylko zrozumiałej na tym polu zmiennej taktyki. Potwierdziły to zresztą posunięcia ul. Wierzbowej w okresie konferencji monachijskiej 1938 r., która zalegalizowała rozbiór Czechosłowacji, jak też stanowisko Becka wobec anglo-francusko-radzieckich rokowań w Moskwie latem 1939 r., będących ostatnią przed tragicznym wrześniem 1939 r. próbą powstrzymania ekspansji III Rzeszy. I w tym wypadku nad obiektywnymi wymogami bezpieczeństwa państwa i narodu, nakazującymi współdziałanie nie tylko z mocarstwami zachodnimi, ale i z ZSRR, wzięły górę nastawienia subiektywne, w dużej mierze emocjonalne. Stwierdzają to autorytatywnie autorzy wydanych w Londynie Polskich Sił Zbrojnych — dzieła, będącego reprezentatywną wykładnią postawy i poglądów polskich kół rządzących przed wojną. Uważały one, że Związek Radziecki „to niebezpieczeństwo poniekąd wyższego rzędu [niż niemieckie — H. Z.], grożące poprzez Polskę całej Europie”. Niełatwo wyjaśnić, a tym bardziej uzasadnić ów pogląd w kategoriach racjonalnego myślenia, jeśli zważyć, że był to już czas najwyższego zagrożenia, idącego od strony Niemiec i dostrzegalnego niemal gołym okiem. A jednak tkwiła w tym jakaś logika, mianowicie logika polityki zagranicznej państwa o określonym charakterze ustrojowym, uważanego i uważającego się za przedmurze tego — kapitalistycznego — ustroju. W tym świetle cech swoistej racjonalności nabierają nawet tezy, wpadające w tonację mi styczną, jak np. następująca: „Z Niemcami ryzykujemy utratę wolności; Rosjanie odbiorą nam duszę”. Ale nie mówił tego mistyk — mówiła to pierwsza wówczas osoba w państwie, marszałek Rydz-Śmigły, w rozmowie z francuskim ministrem spraw zagranicznych, Georgesem Bonnetem.
Nie ulega wątpliwości, że ten sposób myślenia politycznego miał swe źródła nie tylko w starych resentymentach antyrosyjskich, spotęgowanych w czasach zaborów i rusyfikacji. Miał je również w nie mniejszej mierze w antykomunistycznym nastawieniu kolejnych rządów II Rzeczypospolitej, przesłaniającym im niejednokrotnie trzeźwe, realistyczne spojrzenie na realia międzynarodowe i racje bezpieczeństwa państwa. Do realiów tych należała zwłaszcza słabość i niezdecydowanie sojuszników Polski na zachodzie, boleśnie ujawnione podczas „śmiesznej wojny” na zachodzie. Do oceny dróg i bezdroży polskiej polityki zagranicznej są to sprawy najważniejsze. Z tego też względu rozdział „polityka zagraniczna” w ogólnym bilansie II Rzeczypospolitej rzuca na międzywojenne dwudziestolecie cień głęboki, niekiedy ostro kontrastujący ze światłami, których w tym bardzo nierównym bilansie także przecież niemało.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.


Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję i/lub modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.
Kopia tekstu licencji umieszczona została pod hasłem GFDL. Dostepne jest również jej polskie tłumaczenie.

Informacje o pochodzeniu tekstu możesz znaleźć w dyskusji tego tekstu.