Hiob (tłum. Brodziński, 1921)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Hiob
Pochodzenie Dywan wschodni, dział Izrael
Redaktor Antoni Lange
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wydania 1921
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Kazimierz Brodziński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały dział Izrael
Pobierz jako: Pobierz Cały dział Izrael jako ePub Pobierz Cały dział Izrael jako PDF Pobierz Cały dział Izrael jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
HIOB
I.

Był mąż w Suzy krainie, Hiobem nazwany,
Dobry, czczony, niewinny i Bogu oddany;
Siedmiu synów wychował, trzy córy kwitnące,
Pięćset oślic, wielbłądów trzy liczył tysiące,
Siedem tysiące owiec i czeladzi siła,
Pięćset jarzm wołów jego na role wodziła.
Był to mąż najbogatszy pomiędzy wschodniemi, —
A z siedmiu synów jego dniami kolejnemi
Każdy uczty wyprawiał, — a zawsze pospołu
Wszystkie z niemi trzy siostry siadały do stołu;
A gdy kolej obeszła, Hiob dzieci zwołał,
Za nie całopalenie Bogu ofiarował,
Z bojaźni by z nich który w zbytku nie zawinił,
Tak Hiob z dziećmi po wszystkie dni czynił.


II.

Dnia jednego się zeszli niebiescy synowie
Przed tronem wiekuistym cześć składać Jehowie.
W rychle do nich i szatan, śledzca świata zdążył —
„Zkąd idziesz?“ Pan zapytał. — „Ziemięm wszerz okrążył.“ —
„Nie widziałeś Hioba, rzekł Pan, mego sługi?
Zaiste jemu równy nie zrodził się drugi,
Szczery, prosty, pokorny, bliźnim dobroczynny,
Choć mię często skłamałeś, by cierpiał niewinny.“
Na to szatan: „Czyż on się darmo Ciebie lęka?
Czyż go nie błogosławi, nie broni Twa ręka?
Kwitnie mu dom i stada igrają po łanie;

Lecz weź mu co ma; ujrzysz jak wiernym zostanie.“ —
I rzekł Pan: „Wszystko co ma, daję pod twą wolę.
Na niego tylko ręki ściągnąć nie dozwolę.“

U najstarszego z synów, gdy była biesiada,
Wbiegł poseł do Hioba i tak zapowiada:
Gdyśmy oślice paśli i wołmi orali,
Wpadli Sabejczykowie i wszystko zabrali,
Czeladź mieczem wysiekli, ja życie uniosłem,
Abym ci to oznajmił i smutnym był posłem,“
Ledwo skończył, wbiegł drugi i tak zapowiada:
„Ogień spadł z nieba, zabił twą czeladź i stada.“
Gdy kończył, przybył trzeci: „Chaldejczycy wpadli
W trzech hufcach i trupami twą czeladź pokładli,
I wielbłądy zabrali.“ Wnet czwarty przypada:
„U brata najstarszego, rzekł, była biesiada,
Syny twoje i córki siedziały przy winie,
Alić wicher gwałtowny wpada przez pustynie,
Trzęsie węgłami domu, walą się podwoje,
Gruzami zasypane leżą dzieci twoje.“

Tu Hiob szaty rozdarł, wstał i ostrzygł głowę,
I na kolana padłszy tak błagał Jehowę:
„Nago z matki wyszedłem i nago powrócę,
Pan dał i Pan odebrał, przeto się nie smucę;
Niech czyni, jak się jego mądrości podoba.“
Dotąd nic złego usta nie rzekły Hioba.

Gdy odszedł, śledzca świata, od stóp aż po głowę,
Zjadłym wrzodem zaraził ciało Hiobowe,
Że jedną raną było: — on usiadł w popiele,
Wziął skorupę i rany odzierał na ciele.
Owóż rzekła mu żona, kiedy ból go trawił:
„Jeszczeż i teraz będziesz dobroć Boga sławił?
Sławże ją i umieraj!“ — Nie waż się złorzeczyć,
Mamyż dobre przyjmować, a we złem mu przeczyć?
O niebaczna niewiasto!“ — Tak Hiob powiadał,
Trzej jego przyjaciele gdy o tem słyszeli,
Obaczyć nieszczęsnego i pocieszyć chcieli,
Ci się zwali: Elifas stary Thenamita,

Zofar z Nemathitu i Bildad Suchita.
I razem się zebrawszy z ziem swoich przybiegli,
Lecz go poznać nie mogli, gdy z bliska dostrzegli;
Głośno płakać zacząwszy, szaty swe targali,
I prochem ziemi głowy swoje posypali,
Przez siedem dni i nocy siedzieli w milczeniu,
Nie śmieli mówić, jego dziwiąc się cierpieniu.


III.
HIOB.

Przeklęty ów dzień, gdym na świat przychodził,
I noc, co rzekła: człowiek się narodził.
Niech ten dzień wieczne przyodzieją chmury,
Niech Bóg o niego nie zapyta z góry,
Niechaj go żaden promień nie doścignie,
Niech na swą czarność, jak na grób się wzdrygnie.

Niech ta noc przeklęta będzie,
Niech z dniem żadnym nie graniczy,
Niech się w liczbę lat nie liczy,
I wieczny cień ją osiędzie
Od mistrzów Lewiatana.
Niechaj wiecznie wyklinana
Nadaremnie światła żąda,
Rannej jutrzni nie ogląda,
Że matki mojej otworzyła łono,
I mnie zakryła, co mi naznaczono.

Czemuż jam w matki żywocie nie zasnął,
Albo ujrzawszy światło sam nie zgasnął!
Po co mię pierś karmiła, trzymały kolana,
Byłby mi pokój został i noc nieprzespana;
Razem z królami spałbym, do tej chwili,
Co groby swoje w chmury powznosili.
Razem z możnymi, co skarby władali,
Co i dom śmierci złotem zasypali, —

I jabym zniknął jak płód niedojrzały
Dzieciom podobien, co świata nie znały.

Tam śpi spokojny, który tu rozpacza,
Tam odpoczną spracowani,
Tam z swych więzów wypętani
Już nie usłyszą głosu wyciągacza.
Tam niema oddzielnych stanów;
Słudzy są wolni od panów.

I po co nędzni to życie zaznali!
Na co jego ciężar znoszą?
Próżno ciągle o śmierć proszą,
Z ziemiby ją wygrzebali.
Grzebią z oczyma chciwemi
Jak za skarbem skrytym w ziemi,
I gdy ją przecie zobaczą,
Weseli nucą i skaczą.

I po co jam się urodził?
Mnie do koła Bóg ogrodził,
Łzami roszę pożywienie,
Skargi płyną jak strumienie
Okropność ściga mie wszędzie,
Czego się lękam?... przybędzie.
Wiecznie wzdycham za pokojem
A drżeć przeznaczeniem mojem!


VII.

Bojem jest życie człowieka,
Dniem najemników dzień jego pracy,
Jako niewolnik na spoczynek czeka,
A najemnik na dzień płacy,
Tak na mnie teraz padły złe miesiące,
I nocy smutkiem ciężące.
Do snu idąc czekam rana,
Że mi przecie ulgę wróci,
Że mi boleść moją skróci;

Noc przeminie nieprzespana,
Ni poranek cierpień skróci!
Jak łódka skacze po płótnie,
Dni moje mijają smutnie;
Za cóż się pastwisz nad nędzną ofiarą,
Wszak mój żywot tylko parą;
Raz mi naciśniesz powieki,
A już ja ziemi nie ujrzę na wieki!
Widzący będą szukać mię oczyma
Ty szukać będziesz, ale mnie już niema!
Jako się obłok rozprasza i ginie,
Tak człowiek znika w cieniów krainie:
Już nie poznany nikomu,
Nie wróci do swego domu.
Więc też mym ustom nie wzbronię,
Niech duch co cierpi, wyzionie,
Czyż to ja morze, lub morska potwora,
Żebyś mi stawiał i tamy i straże?
Jeżeli mówię z wieczora,
Że mi folgę noc okaże,
A ty mię dręczysz i we śnie
I sny mię dręczą boleśnie,
Tak że we wszystkiem co znoszę,
Jak o łaskę, o śmierć proszę!
Syt jestem życia, krótkie już dni moje,
Czemuż się srożysz nademną?
Wszakżem ja parą nikczemną,
Odwróć, odwróć oczy twoje!
Czemże jest człowiek, że się tak wielmożysz,
Potęgą twoją nań srożysz,
Ze mię szukasz z wschodem słońca
I na chwilę nie porzucisz,
Śledzisz i dręczysz bez końca,
Nigdy odemnie tych oczu nie zwrócisz?
Com ci zawinił, ludzi śledzicielu,
Ja nędzarz, pośród cierpienia bez celu,
Ja ciężar sobie samemu!
Mogęż być wrogiem tobie potężnemu?
Wszak ja proch jestem, ty rzucisz oczyma,
Szukać mnie będziesz: — a mnie już niema!


VIII.

Pókiż chcesz bluźnić niebacznie,
I boskie nicować rządy?
Chcesz by działał Bóg opacznie,
I sam własne łamał sądy?
Gdy twoje zgrzeszyły syny
Karę poniosły za winy;
Ty gdy się zwrócisz ku Bogu,
Gdy korne wzniesiesz błaganie,
Gdyś nie stwardział w złym nałogu,
On twoją tarczą zostanie.
On twe niewinne plemię uszczęśliwi,
Choć nowy wszczątek zbyt mały,
Ale z czasem w blasku chwały
Nowym wzrostem świat zadziwi.
Przeto zapytaj dawne pokolenia,
I rozmów się z ich ojcami,
Bo my wczorajsi, my bez doświadczenia,
I dni nasze są cieniami.
A w nich pociecho gotowa,
Bo z ich serca mądre słowa.
Sitowie bagno urodzi,
Wśród wody rogoże wschodzi;
Jeszcze zielone, jeszcze nie dojrzeje,
A rychlej niżli wszelki chwast więdnieje.
— Taka obłudników droga:
Taka nadzieja bez Boga,
Ufność jako pajęczyna,
A podporą krucha trzcina.
Wesprze się na niej i zdradnie
Tem pewniej na ziemię padnie.
— Przed świtem stoi drzewo pełne siły,
Gałęzie jego ogród obramiły:
Korzenie jego nad zdrojem splecione,
Jako podstawa muru umocnione,
Lecz niech mu słońce śmiertelnie dopiecze,
Wyprze się miejsca, — nie znałem cię — rzecze;
To jest jego przeznaczenie,
A przecież jego korzenie

W nowe za czasem gałęzie odrosną,
I to cieszy śmierć żałosną.
Tak więc prostego zasłoni,
Obłudnym nie poda dłoni,
I tobie pociech udzieli,
Twoje usta rozweseli,
Wrogi twoje wstyd owładnie.
I dom bluźnierców zapadnie.


XXVIII.

Człowiek srebro dobył z lochu,
I żyły złota wytropił
Żelazo oczyścił z prochu
I z kamienia miedź wytopił.

On się w swej matki żagrążył wnętrzności
Tam jej żyły rozpatrywa,
Kamień graniczny odsunął ciemności,
W krainie śmierci skarbce zdobywa.

Kruszcu opoki przedrąży,
Przejdzie głębie głuchych cieni,
Na samotnej wód przestrzeni,
Po bezślednich wałach krąży.

Pod skałą która na grzbiecie chleb rodzi,
Której pieczary ogniem wypalone,
Człowiek, złotem opylone,
Łoże szmaragdu znachodzi.

Tam, kędy oko sępa nie dosięże,
Gdzie nie pognał orzeł śmiały.
Gdzie w jaskini zwierz lęże,
Ani kiedy lwy ryczały;

On to przekowa przez twarde krzemienie,
Góry z korzenia wysadzi,
Z opok wypuści strumienie,
I kędy zechce prowadzi;


Wystąpić każę zdrojom z pod granitu,
Wyniesie wszystko, co ukryte nisko,
Ale gdzie szukać mądrości pobytu,
Gdzie jest rozumu siedlisko?

Próżno człowiek o nią bada,
Nie u ludzi jej mieszkanie,
Nie masz jej we mnie! morze odpowiada;
Nie masz jej u nas! wołają otchłanie.

Próżne za nią ludzkie żądze,
Nie kupić jej za pieniądze.
My jej tu w sobie nie mamy!
Wołają góry i jamy.

Pytać się o nią u Pana,
Bo jemu droga jej znana;
Bo On na wskroś przejdzie słońce,
On okrąży świata końce.

On kiedy wiatrom wydzielał wagi,
Gdy morze brzegiem osaczał,
Kiedy deszczowe rozwieszał flagi,
Piorunom drogi oznaczał:

Wtedy ją widział, wybadał,
Rozpoznał i imię nadał
Wtedy rzekł: „bojaźń Boga, mądrość śmiertelnego,
A rozum: „chronić się złego“.


XXXVIII.

Któż jest, który bezrozumnie
Śmie wikłać moje układy?
O pasz twe biodra, jak mąż zbliż się ku mnie,
I pytać będę, ty wskaż twoje rady.

Gdzie byłeś wtedy, gdym ziemię zakładał;
Powiadaj, kogom się radził;

Powiedz, kto jej długość nadał
I kto po niej wszerz prowadził?

Na czem oparł jej posady,
Kto jej założył kamień węgielny,
Gdy mu Aniołów poczet nieśmiertelny,
Gdy mu gwiazd samych śpiewały gromady?

Kto zawarł morze w warownem korycie,
Kiedy się z matki łoża wyrywało,
Kiedy chmurę za powicie
A mgłę za odzienie miało?

Kto skalnym kozom skreślał czas do płodu?
Kto krzepi łanie rodzące,
Naznaczył ilość porodu,
Zliczył ich ciąży miesiące?
Kto łosia puścił pomiędzy lasy
I odjął pęta zbiegowi,
Że w pustyniach jego wczasy
W skałach mieszkanie stanowi?
Tam on szydzi z miejskiej wrzawy,
Nie zna głosu poganiaczy,
Lasem, górą, ślady znaczy,
Uroszone wietrząc trawy.

Czy zmusisz żubra do twojej posługi,
By nocą stał ci przy żłobie,
By na roli służył tobie
I w jarzmie ciągnął ci pługi?
Czyli przez ciebie koń życiem natchniony,
Kark jego w piękny włos otoczon grzywy.
Jako szarańcza przesadza zagony
I nozdrzem parska dla wrogów straszliwy.
Rwie grunt kopytem a siłą wesoły,
Tętniąc rzuca się na wrogi,
Rżeniem natrząsa się z twogi,
Nie drży gdy błyśnie miecz goły;
Nad nim poświst strzał szeleści,
Szabla błyska, tarcza chrzęści,

Piaski wyrywa, strzyże uszyma,
Trąbę posłyszał, już miejsca nie trzyma;
Trąbą głośniejszy znak dała,
Już się puścił jako strzała,
Wietrzy zdała boju szyki,
Głosy wodzów, wojsk okrzyki!

Alboś ty wiedział śniegowe zapasy,
Czyliś poznał skarbiec gradów,
Który na ciężkie zachowuje czasy,
Na czasy zbrojnych napadów?
Kto bywa ojcem powodzi,
Kto wydaje krople rosy,
Czuje łono lód urodzi?
Kto mrozem iskrzy niebiosy,
Kiedy pod lodem ukryją się morza,
Jak kamień morskie stwardnieją przestworza.

Czy ty ułowisz lwicę ze zdobyczą,
Albo nakarmisz lwięta, kiedy ryczą,
Albo leżąc przed jaskinią,
Na zwierza zasadzki czynią?

Czyliś ty drogi naznaczył sokoła,
Że on na południe leci,
Czy twój głos orła ku obłokom zwoła
Aby na skałach słał gniazdo dla dzieci?
Na skałach mieszka wysoko,
Tam twierdzę swoją zakłada,
Zdała mierzy jego oko,
Jako strzała na łup spada,
Krwią napawa swoje dzieci,
Gdzie trup leży, tam przyleci.


XL.

Bechemot z tobą stworzony pospołu,
Trawą żyje równą wołu,
Patrz jak mocne jego żyły,

Jakie w biodrach jego siły.
W koło strumienia wabi go pasza,
Cień mu dają Lotu drzewa,
Nagłe wezbranie wód go nie ustrasza,
Stoi, choć Jordan paszcze wyziewa,
I widząc da się ułowić w niewolą,
I nos mu sznurem przekolą.
Lub czyli wędą Lewjatana zdradzą,
I ozór ścisną mu liną,
I nozdrze przekolą trzciną,
I za żelazną obręcz poprowadzą.
Lub czyli płacząc będzie płakał szczerze,
I skomleć, jakby zawinił,
Czy z tobą wejdzie w przymierze,
Byś go twym sługą uczynił?
Czyż go dłoń twoja, jak ptaszka uchwyci
Dziewicom k’woli uwiąże na nici,
Czy go czasami przywabisz do dołu,
Gości nim twoich uraczysz u stołu.
Czyli go przeszyjesz grotem,
Niewód na głowę zarzucisz,
Ściągnij nań rękę, już potem
Do walki z nim nie powrócisz.
Patrz na jego uzbrojenie,
Kto zwlecze z niego odzienie,
I kto śmiały ściągnie ręce
Ku jego dwojnej paszczęce?
Kto jego gardło rozczepi,
Gdy straszne zęby najeży,
Grzbiet jego jak dach puklerzy,
I łuska z łuską się lepi.
Ogień bucha z jego pary,
Oko jego ogniem błyska,
Z paszczy kłębem miota żary,
Gdy parska, iskrami pryska,
Jak z naczynia wary wrzące,
Z nozdrzy jego dym się wali,
Dech jego węgle rozpali.
W karku jego siła siedzi,
Przed nim strach zatacza koła,

Ciało ulane jak z miedzi,
Piorun go wstrząsnąć nie zdoła
Gdy się dźwignie, drżą mężowie,
Pierzchną, gdy na brzegu lęże,
Miecz nie utkwi w jego główne,
Grot ni oszczep nie dosięże,
Stał się na nim jak źdźbło kruszy,
Żelazo jak próchno drzewa,
Pocisk procy jako plewa,
Sto żagli z miejsca nie ruszy,
Źdźbłem zowie dzidę morderczą,
Natrząsa się twojej sile,
Pod spodem kolce mu sterczą
I bruzdy orze po ile.
.............
Czyjeż to oczy obłoki zliczyły,
Kto z chmur żywota deszcz sączy?
Że z bryłą spłyną się bryły,
A proch jak kruszec się łączy?

Kto morze opasał wałem,
Kiedy gwałtownie się parło
I z łona matki wydarło,
Gdy je jak dziecię odziałem,
Mgły mu dając za powicie,
Nocne mroki za okrycie,
Gdy mu rozmierzyłem tamy,
Warownem naznaczył bramy,
Rzekłem: tu kres twej drogi,
Nie postąpisz za te progi!

Czyś doszedł skał w Oceanie
Śledził dno jego głęboko,
Czyś otwarł śmierci otchłanie,
Czy twoje oko świadome
Zmierzyło szerokość ziemi?
Powiedz, gdzie do świata ścieżka,
Powiedz, kędy ciemność mieszka?


XLII.

To wszystko do Hioba gdy skończył Jehowa
Potem do Thenamity to przemówił słowa:
— Na gniew mój zasłużyłeś i ty i ci oba
Nie widzę w was szczerości mojego Hioba,
Tak siedem dano jagniąt — siedem wołów sfornie,
A gdy ogień ofiarny złożycie pokornie;
Niech za was Hiob błaga, a może ofiary
Przyjmę wasze dla niego i przebaczą kary,
Bo nierozumem gniew mój ściągnęliście sobie,
W was niema tej szczerości, co w moim Hiobie!

Wszyscy trzej uczynili wedle woli Pana,
A tak prośba Hioba była wysłuchana,
Że Hiob za przyjaciół swoich się ukorzył,
Wrócił mu Pan dostatki i nowych przysporzył
Nawiedziali go znowu krewni, przyjaciele,
Jedli z nim w jego domu, dziwili się wiele,
A litość wyrażając, potrząsali głowy,
Na wszystko co ucierpiał z zesłania Jehowy;
Każdy mu jedną owcę i pierścień zostawił,
Bóg starości Hioba więcej błogosławił,
Cztemaścieset miał owiec za poślednich rządów,
Tysiąc oślic, dwa wołów, a sześćkroć wielbłądów.
Miał siedm synów, trzy córki, nazwane Jemima,
Kiesja i Kerenhapach z czarnemi oczyma,
W całym kraju piękniejszych dziewic nie obaczył,
Im Hiob wraz z synami dziedzictwo naznaczył,
A jeszcze w sto czterdzieści lat swe życie złożył,
Gdy syt świata, czwartego pokolenia dożył.


(Kazimierz Brodziński).




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: Kazimierz Brodziński.