Heraklidzi (Eurypides, tłum. Kasprowicz, 1918)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eurypides
Tytuł Heraklidzi
Pochodzenie Eurypidesa Tragedye
Wydawca Akademia Umiejętności
Data wydania 1918
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Jan Kasprowicz
Tytuł orygin. Ἡρακλεῖδαι
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


HERAKLIDZI


Heraklidzi.

Osoby dramatu.
IOLAOS, towarzysz broni Heraklesa.
KOPREUS, herold króla Eurysteusa.
CHÓR obywateli ateńskich.
DEMOFON, król Aten.
MAKARIA, córka Heraklesa.
SŁUGA Hyllosa.
ALKMENE, matka Heraklesa.
GONIEC.
EURYSTEUS, król Argosu.
Rzecz dzieje się w Atenach, na placu publicznym, niedaleko świątyni Zeusa.






Na scenę wchodzi

IOLAOS.

Od dawna-m ja to wiedział, ze człowiek cnotliwy
Dla bliźnich swoich żyje, ale kto jest chciwy,
Kto serce ma zwrócone ku zyskom, ten żadnej
I państwa nie przyniesie korzyści i składny
Nie będzie w obcowaniu, gdyż dba li o siebie.
Wiem o tem coś — nie tylko ze słuchu. W potrzebie
Znaleźli się krewniacy i ja, choć w Argosie
Spokojnie mogłem siedzieć, wolałem w ich losie
Z współczucia uczestniczyć. Sam jeden, gdy z nami
Żył jeszcze tu Herakles, jego się trudami
Dzieliłem, zaś od chwili, gdy już w niebie świeci,
Pod skrzydła swoje wziąwszy jego biedne dzieci,
Opiekę wykonywam troskliwie nad niemi,
Choć sam jej potrzebuję. Bo gdy już z tej ziemi
Ich ojciec sobie poszedł, pragnął nas coprędzej
Wygładzić Eurysteus. Uszliśmy tej nędzy:
Ojczyznę straciliśmy, lecz uratowany
Nasz żywot! Uciekając od łanów na łany,
Od miasta my do miasta błądzili. Bo juści
Nie dosyć jednej zbrodni, Eurystej dupuści
I tej się jeszcze hańby, że po wszystkie krańce,
Gdzie tylko chcemy spocząć, wysyła posłańce
I wzywa do powrotu i bronią zagraża
Argiwską, co dla wszystkich bez wyjątku wraża,

Czy będzie to przyjaciel czy też wróg, i własną
Krzepotą się też chełpi. A iż sprawa jasną
Wszem wobec, że ja żadnej nie mam tutaj mocy,
Że dzieci te są małe i w doli sierocej,
Bez ojca, żyć zmuszone, więc każda nas ręka
Przepędza, bo się władzy silniejszego lęka.
I tak ja z uchodźcami moimi uchodzę
I cierpię z cierpiącymi, nie chcąc ich w tej drodze
Opuszczać, by ktokolwiek nie przyganił z ludzi:
»Sieroty to bez ojca, a czyż się potrudzi
Z pomocą Iolaos, choć krewny?«... Po całej
Helladzie tak błądzący, wreszcie zawitały
Te dzieci razem zemną w maratońskie włości
I ziemie te sąsiedzkie, by żebrać litości
U bożych tu ołtarzy. Bo jak nam się zdaje.
Dwóch synów Terejowych ma w ręku te kraje,
Wylosowane ongi. Ród to Pandiona
I krewny tych dziateczek. Oto jest i ona
Przyczyna, żeśmy, dalej idący i dalej,
Ku miedzom świętych Aten krok swój skierowali.
Wygnańców tych, widzicie, strzeże starców dwoje:
Za tymi tu chłopcami ja z opieką stoję,
Alkmene zaś w świątyni ukryła dziewczęta
I trzyma je w troskliwych objęciach — pamięta,
Że juści takich młódek wypuszczać nie można
Przed ołtarz, między tłumy, musi być ostrożna.
Zaś Hyllos, a z nim razem bracia, starsi wiekiem,
Warowni poszedł szukać, byśmy w tem dalekiem
Opolu zamieszkali, gdyby razem z temi
Sieroty chciał kto znowu wygnać nas z tej ziemi.
Tu do mnie, dziatki! dziatki! Chwyćcie się mej szaty!
Już herold spieszy ku nam, przez te nasze katy

Wysłany, by nas ścigał, nas, biedne wygnańce,
Zmuszone wciąż się tułać snać po ziemi krańce!
Plugawcze! Obyś szczezł już razem z tym, co ciebie
Tu wysłał! Ileż złego — a niech cię pogrzebie
Ta ziemia! — słyszał z ust twych i ojciec tych dziatek!

Jawi się herold Eurysteusa
KOPREUS.

Czy myślisz, żeś spokojne znalazł na ostatek
Wytchnienie? Żeś zawitał, ty człowieku głupi,
Do miasta swych przyjaciół? Takich tu nie kupi,
Co chcieliby potężne ramię Eurysteja
Zamienić na twą starość! Daremna nadzieja!
Precz! Poco jeszcze zwlekasz? Do Argos! Precz! Dalej!
Jest rozkaz, by tam ciebie ukamienowali.

IOLAOS.

Bynajmniej! Schron tu mamy! Któż nas od ołtarzy —
Któż z wolnej tej ziemicy wygnać się poważy?

KOPREUS.

Nie wahasz się ponownie trudzić o, tej dłoni?

IOLAOS.

Przemocą z tego miejsca nikt mnie nie wygoni.

KOPREUS.

Zobaczysz. Lichy z ciebie prorok jest tym razem.

IOLAOS.

Dopókim żyw, nie zmusi nikt mnie swym rozkazem.

KOPREUS.

Precz! Precz! Choćbyś się bronił, jako chciał, w tę porę
I tych ja — Eurysteja to własność — zabiorę!

IOLAOS (krzyczy).

O wy, co w grodzie Aten siedzicie od wieka!
Ratujcie nas! Zeusowi, którego opieka
Nad zborem ludu władnie, zwierzyliśmy życie!
Gwałt, gwałt nam się tu dzieje! Słyszycie! Słyszycie!
Gałązki zbeszczeszczone! Spada hańba sroga —
Srom spada na to miasto wasze i na Boga!
Jawi się z Chórem

PRZODOWNIK CHÓRU.

Ha! Cóż to?! Co za krzyk się zrywa od ołtarza?
Czy może czeka na nas jaka dola wraża?

IOLAOS.

Widzicie, co za starzec wala się w tym pyle?
I Tyle mojego, tyle!

PRZODOWNIK CHÓRU.

A któż cię poturbował, nieszczęsny człowiecze?

IOLAOS.

Ten oto, przyjaciele, tak mnie strasznie wlecze
Od stopni ołtarzowych, urągając Bogu.

CHÓR.

Do ludu czterech miast
Z jakiego przybywasz rozłogu?
Gdzie kraj twój leży?
Czy od eubojskich wybrzeży
Przy plusku wiosła
Łódź cię tu niosła,
Przez morze niosła cię do nas?

IOLAOS.

Nie z wysp my, przyjaciele! We wasze pielesze
Z mykeńskiej ja krainy razem z temi spieszę.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Jak lud cię zowie
Mykeński — jak zwią cię ziomkowie?

IOLAOS.

Towarzysz Heraklesa, Iolaos!... W świecie
Słuch jakiś o nazwisku mojem wszak znajdziecie?!...

PRZODOWNIK CHÓRU.

I owszem, słyszeliśmy już dawniej. Lecz radzi
Będziemy się dowiedzieć, kogo to prowadzi
Twa ręka? Czyje to dzieci?

IOLAOS.

Synowie Heraklesa! Do was, pod mą wodzą,
I do waszego miasta po pomoc przychodzą.

PRZODOWNIK CHÓRU.

A czegóż pragną od nas i naszego grodu?
Z jakiego przyszli powodu?

IOLAOS.

Abyście ich do Argos brać nie pozwolili
Od progów tej świątyni, przyjaciele mili!

KOPREUS (do Chóru).

Nie będzie to na rękę panu, co ma władzę
Nad tobą, skoro ujrzy cię tutaj! Nie radzę!

CHÓR.

Szanować trzeba tych,
Co przeciw nieszczęścia pladze
Szukają schronu
U bogów świętego tronu.
A kto ich nęka,

Ujrzy, co ręka
Sprawiedliwości oznacza!

KOPREUS.

Do mego zatem władcy odeszlij tę tłuszczę,
A ja się na nich gwałtu nigdy nie dopuszczę.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Rzecz to bezbożna,
Zdradzać proszących nie można!

KOPREUS.

Lecz zbożna stać od sporu i zwady zdaleka
I słuchać rad życzliwych życzliwego człeka.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Nie trzebaż było wprzódy zawiadomić pana
Tych dzierżaw, nimś się ważył — sprawa niesłychana —
Z bożego przytuliska pędzić naszych gości
I ziemię tę obrażać, tę ziemię wolności?!

KOPREUS.

A któż jest władcą pól tych i waszego grodu?

PRZODOWNIK CHÓRU.

Demofon z szlachetnego Tezeusza rodu.

KOPREUS.

Więc on niech spór rozstrzygnie, tak najlepiej będzie!
Co za tem, puste słowa! Więc chodźmy przed sędzię.

PRZODOWNIK CHÓRU.

I on tu się już zbliża pospiesznymi kroki,
Wraz z bratem Akamasem wydadzą wyroki.

Wchodzi Król Aten

DEMOFON (do Chóru).

Wyprzedziliście młodszych w drodze do Zeusza
Ołtarzy, więc powiedzcie, na co tak się rusza
Ten naród? Co za cel jest tego zbiegowiska?

PRZODOWNIK CHÓRU.

Haraklesowe biedne, wygnane dzieciska
Ten ołtarz wieńczą święty, jak widzisz, o panie —
Przybyły prosić bogów o ich zmiłowanie,
A z niemi Iolaos, druh rodzica stary.

DEMOFON.

Z jakiegoż to powodu te jęki bez miary?

PRZODOWNIK CHÓRU.

Ten oto, chcąc przemocą oderwać te dzieci
I starca od ołtarza, takie krzyki nieci.
Powalił go, aż łzy mi wytrysły z pod powiek.

DEMOFON.

Z wyglądu, z kroju sukien zda mi się ten człowiek
Greczynem, lecz z postępku snać mu się należy
Nazwisko barbarzyńcy... Z jakiej-że rubieży
Przychodzisz? Mów! Nie zwlekaj! Skąd jesteś w tej drodze?

KOPREUS.

Jeżeli tak chcesz wiedzieć, z Argos ja przychodzę —
A poco i przez kogo, wyjaśnięć w te tropy.
Eurystej, król mykeński skierował me stopy
W tę ziemię, by ich ująć. Dużo według prawa
Powiedzieć mam i spełnić. Ojczysta ustawa
Skazała Argejczyków tych na śmierć, więc ja się
Wybrałem, sam Argejczyk, aby ich, w tym czasie
Z ojczyzny mojej zbiegłych, pochwycić. Nikt nami

Nie może rozporządzać: Wyroki my sami
Ferujem, swego grodu swojscy dzierżyciele.
Pomocy szukający, ci już ognisk wiele
Zwiedzili, lecz jam zawsze jednakiemi słowy
Dowodził i nikt nie śmiał narażać swej głowy...
Widocznie przypuszczali, żeś jest nieroztropny,
Lub chcieli wypróbować, czy będziesz pochopny
Dopomódz, czy nie będziesz. A nuż — tę nadzieję
Żywili — stracisz rozum i na ich koleje
Spoglądniesz miłosiernie — sam jeden, sam z całej
Hellady, którą przejść już stopy ich zdołały.
Więc rozważ, co zyskujesz, przyjmując te zbiegi,
A co, gdy nam ich wydasz. Argiwskie szeregi
Sprzymierzą się z tem miastem, Eurystej ci poda
Potężną swą prawicę — oto jest nagroda,
Zyskana przez cię od nas. Lecz jeśli ich skargom
Dasz uwieść się i płaczom, nie ujdziesz zatargom.
Na ostrzu miecza stanie rzecz, bo nie myśl sobie,
Że spór ten rozstrzygniemy bez stali. Na dobie
Pomyśleć, jakie ziemie utracisz, jeżeli
W bój wdasz się z Argiwami? Co za przyjacieli
Popierasz? A i za co będziesz grzebał swoje
Umarłe? Pójdzie pomruk — o to ja się boję —
Po kraju, iż dla tego, że tak powiem, trupa
I dla tych niedorostków włazisz w bagno!... Kupa
Nadziei ci wykwitnie, tak myślisz... Atoli
Co znaczy ci nadzieja? Przecież każdy woli
Mieć pewność, a ty masz ją! Czy budujesz może
I na tem, że zwyciężą Argiwczyków w sporze
Ci chłopcy, gdy dorosną, wydawszy im wojnę?
O, zanim to się stanie — niech będzie spokojne
Twe serce — wody dużo upłynie, ty, zasię,

Na straty się niejedne narazisz w tym czasie.
Dla tego słuchaj rad mych. Żadnej ci ja łaski
Nie żądam, zwróć, co moje, gdy nie chcesz w niesnaski
Zawikłać się z Mykeną, lecz zyskać jej względy.
A może — takie nieraz ludzie mają pędy —
Wybierać chcesz przyjaciół, nie z lepszych, lecz z koła
Podlejszych?

PRZODOWNIK CHÓRU.

Któż osądzić, któż rozstrzygnąć zdoła,
Gdzie słuszność, nie słyszawszy tej i tamtej strony?

IOLAOS.

O władco, wszak obyczaj jest tu dozwolony,
Że słuchać ja naprzemian i przemawiać mogę,
Że nikt mnie na tułaczą nie wypędzi drogę,
Jak działo się gdzieindziej. Z tym zasię człowiekiem
Nie mamy nic wspólnego. Dla nas dziś dalekiem
Jest Argos, jest nam obcem, albowiem wyroki
Wygnały nas z ojczyzny. Jeśli takie kroki
Przeciwko nam zrobiono, na jakiej zasadzie
Ten człowiek swoją rękę na tułaczach kładzie,
Z Mykeny wypędzonych? Jesteśmy wygnańce,
A godzi-ż się nas pędzić za Hellady krańce
Dla tego, że nas z Argos wypędzić raczono?
Aleny tego nigdy nie zrobią, boć pono
Nie mają tyle stracha przed Argos, by chciały
Wyganiać Heraklidów! Czyśmy w jakiejś małej
Achajskiej tu mieścinie? Czy to pierwsze lepsze
Jest Trachis, że nas pędzisz wbrew prawu? Rozeprze
Już całkiem się ta duma argiwska: z świątyni
Chcesz wygnać nas, żebrzących? Gdy się to uczyni,

Gdy posłuch znajdziesz tutaj, Ateny przestaną
Być dla mnie ludem wolnym. Ale mnie jest znaną
Ich dusza i ich serce. Wolą umrzeć raczej!
Bo przecież ludziom prawym więcej honor znaczy,
Niż życie. Lecz dość tego! Gdyż obmierznąć mogą
Pochwały nazbyt górne, jak ja-m, swoją drogą,
Sam o tem się przekonał, gdy mnie zbyt chwalili.
Dlaczego zaś masz zbawić te dzieci, tej chwili
Wyłuszczę ci, boś król tu! Rodzina wy bliska:
Pelopsa syn, Pitteus, miał córkę z nazwiska
Aitrę, z niej twój ojciec Tezeusz się zrodził.
A teraz ja do rodu tych sięgnę: Zeus spłodził
Ich ojca, Heraklesa, z Alkmeny, ta znowu
Pelopsa była córką. Jednego więc chowu,
Z jednego mówię gniazda są wasi ojcowie —
I ich i, Demofonie, twój rodzic. Lecz powie
I to ci moja warga, że jeszcze pozatem
Masz inny, walny powód być tym dzieciom bratem
Pomocnym: Rzecz wiadoma, że towarzysz broni
Ich ojca, wraz z Tezejem po morskiej ja toni
Płynąłem, aby zdobyć pas ów śmiercionośny,
Że, dalej — w całej Grecyi czyn to wielce głośny — ,
Herakles ojca twego wyprowadził z ciemni
Hadesu. [Więc też za to niech się odwzajemni
Twa łaska — tak te proszą... Nie daj ich przemocą
Odrywać od ołtarzy, na dolę sierocą
Wypędzać z twojej ziemi, boć z tego wyrasta
Wstyd wielki i dla ciebie i dla twego miasta.
O, spójrz na te biedoty, zwróć-że oczy na nie
I niechaj się twym krewnym żaden gwałt nie stanie!].
Gałązki te ci daję i błagam na brodę,

Na ręce te cię proszę: Heraklidy młode
Za godne swej opieki miej! W tem niesłychanem
Nieszczęściu bądź im krewnym, druhem, bratem, panem!
To wszystko wszak dla ciebie godniejszą jest dolą,
Niż byś się miał uginać przed argiwską wolą!

PRZODOWNIK CHÓRU.

Słyszący to, żal czuję, że im tak się wiedzie!
Los nawet nie oszczędza tych, co są na przedzie...
Dziś widzę to najlepiej! Z takiego są rodu,
A przecież muszą cierpieć, i to bez powodu!

DEMOFON.

Trzy naglą mnie przyczyny, bym, Iolaosie,
Pomyślał, jak przyjaciel, o tych dzieci losie.
Najbardziej wzgląd na Zeusa, jegoś bowiem straży
To stado piskląt oddał, tu, u tych ołtarzy,
Następnie przez krewieństwo i ojca zasługi
Wzdyć mają prawo żądać, abym spłacił długi.
A przedsię też i z hańby nie trza spuszczać powiek!
Jeżelibym pozwolił, aby obcy człowiek
Plądrował te ołtarze, będę, tak się zdaje,
Wyglądał nie na władcę, co ma wolne kraje
Pod sobą, lecz na tchórza, co gości wypędza.
Bo lęka się Argiwów. Byłaby to nędza,
Zaiste! godna stryczka! Czemuś w nasze progi
Szczęśliwszy nie zawitał?!... Ale nie miej trwogi,
Nikt ciebie i tych dzieci na błędny manowiec
Nie wygna z tej świątyni.
(Do Kopreusa). A ty, zasię, powiedz,
Do Argos powróciwszy, Eurysteusowi: —
Wydamy za wyrokiem, inak nie wyłowi
Stąd żadna moc mych gości! Wszak to jest bezprawnie!...

KOPREUS.

I wówczas nie, gdy słuszność w mych słowach ujawnię?

DEMOFON.

Gdzie słuszność gnać żebrzących o pomoc?

KOPREUS.

Niech spada
Wstyd na mnie, ale tobie szkoda stąd nielada!

DEMOFON.

Tak, szkoda, jeśli stąd ich brać pozwolę tobie.

KOPREUS.

Więc wydal ich z swych granic, tam ja swoje zrobię.

DEMOFON.

Przewrotny! Bóg się nie da oszukać niegodnie,

KOPREUS.

Przytułek snać tu wszystkie znaleźć mogą zbrodnie?!

DEMOFON.

Świątynia jest ochroną dla każdego w świecie.

KOPREUS.

O, inne o tem zdanie w Mykenie znajdziecie.

DEMOFON.

Więc ja tutaj nie panem? Niechże mi kto powie!

KOPREUS.

Tak, tylko nie krzywdź tamtych, mając rozum w głowie.

DEMOFON.

Wam krzywda, gdy ja bóstwa szanuję spokojnie?

KOPREUS.

O, nie chcę ja cię widzieć z Argiwami w wojnie.

DEMOFON.

I ja tego nie pragnę, ale tych nie puszczę.

KOPREUS.

Spróbuję wziąć swą własność — wydrę ci tę tłuszczę!

DEMOFON.

Nie wnetbyś ujrzał Argos, ty mój bratku luby!

KOPREUS.

Przekonam się tej chwili, wezmę się do próby.

DEMOFON.

Jeżeli się ich dotkniesz, zawyjesz mi srodze!

KOPREUS.

Na nieba! Co? Herolda śmiałbyś zabić w drodze?

DEMOFON.

Lecz jeśli się ten herold rozumem nie wiąże?

PRZODOWNIK CHÓRU (do Kopreusa).

Idź sobie!... (do Demofona). A i ty go nie tykaj się, książę!

KOPREUS.

Odchodzę! Wszakże ramię jednego człowieka
Jest zawsze słabe w walce!... Ale niedaleka
Jest chwila, gdy powrócę tutaj ze zbrojnymi,
Z Argiwów stalnym hufcem. Albowiem olbrzymi
Jest zastęp mego pana — wojsk jego tysiące
Czekają pod tarczami, żądzą walk dyszące.
Na czele król Eurystej. Pod Alkathu mury,
Na kresy już pociągnął i z głową, do góry
Wzniesioną, oczekuje... Wnet, jak grom, się zjawi,
Słyszący o twej pysze. Mężnie się rozprawi

  z tobą i ze wszystkiem, co twa ziemia płodzi.
Bo na cóż mamy w Argos tyle dzielnej młodzi
Abyśmy cię nie mieli pokarać, jak trzeba?!...

(Odchodzi.)
DEMOFON.

Ha! Szczeźnij! Twego Argos ja się tu, na nieba!
Nie lękam! Ale tych tu stąd na hańbę moją
Bynajmniej nie wywleczesz! Me ludy nie stoją
Pod jarzmem Argejczyków, król ja wolnej ziemi!

CHÓR.

Trzeba uważać, nim z wojskami swemi
Argiwów zjawi się pan!
Ares mykeński z gwałtowności znan.
Lecz dziś on jeszcze gwałtowniej
Wystąpi, niż w inny czas!
Heroldzi wszak są wymowni —
Podwójnie spiętrzają wypadki.
Jakże on, mniemasz, nie oczerni nas
Przed swoim królem? W jaki sposób gładki
Nie powie, iż straszne tu rzeczy
Przechodził,
Żeś mu nieomal i na życie godził?...

IOLAOS.

Dla dzieci snać nie znajdziesz lepszej doli człeczej
Nad tę, że są z szlachetnych rodziców i w związki
Ze szlachetnymi wchodzą. Grunt to zasię grzązki,
Jeżeli ktoś, porwany namiętności szałem,
Chce parać się z lichotą. Dla takich nie miałem
Szacunku ja przenigdy, bo dla podłej chuci
Gotują hańbę dzieciom. A kiedy się zwróci

O pomoc w swej niedoli ktoś z zacnego domu,
Przełatwo z nią się spotka. Z pospólstwa nikomu
Tak gładko to nie pójdzie. Wszakże my, w ostatnie
Popadłszy snać nieszczęście, odrazuśmy bratnie
Znaleźli tutaj dusze, krewnych, co nam rady
Pomocnej udzielili na całej Hellady
Obszarach sami jedni. Podajcie im dłonie,
Me dziatki, i wy wzajem przybliżcie się po nie.
I tak to przyjacielskiej doznaliśmy próby.
Jeśli wam będzie dane w kraj powrócić luby,
Jeżeli dom ojcowski i ojca honory
Będziecie mogli posiąść, pomnijcie wszej pory,
Że zbawcy to są wasi, wasi przyjaciele.
Oszczepów wojowniczych, pamiętni, jak wiele
Dobrego was spotkało, nigdy nie podnoście
Przeciwko temu miastu, owszem, jego goście,
Za gród je uważajcie najdroższy. Czci waszej
Jest godzien mąż, którego taki kraj nie straszy,
Lud taki pelasgijski! Na biednych tułaczy
Spojrzawszy, miał odwagę narazić się raczej
Na przysporzenie sobie nowych, ciężkich wrogów,
Niżeliby nas pędzić miał od swoich progów.
Przez całe ja cię życie będę wielbił, panie,
A także, kiedy umrę, nigdy nie przestanie
Ma dusza sławić ciebie — ucieszę Tezeja,
Gdy powiem mu, chwalący, jak jego nadzieja,
Jak syn ten Heraklidom przyjaźni nie skąpił,
Opieki nie odmawiał. Szlachetnieś postąpił,
Ojcowską podtrzymując w tej Helladzie chwałę!
Z zacnego będąc rodu, nie mniej okazałe
Masz imię od rodzica — jak rzadko kto w świecie,

Nie dużo wy podobnych ludzi odnajdziecie —
Zaledwie może jeden sławy ojca sięga.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Od wieków sprawiedliwa tej ziemi potęga
Starała się nieść pomoc wszystkim, którzy do niej
Miewali słuszne prawo. Przyjaciół swych broni,
Tysiączne znosząc trudy. I dziś, oko moje
To widzi, nowe ku nam zbliżają się boje.

DEMOFON.

Godziwieś rzekł to, starcze. Takimi też, sądzę,
I ci się nam pokażą. Wdzięczność miewa żądzę
Pamięci... Ja tymczasem zwołam ludu radę
I wszystko postanowię, ażeby gromadę
Uzbroić należytą przeciwko wyprawie
Mykeńskiej. Wywiadowców nasamprzód postawię,
By czasem nie zechcieli napaść nas znienacka.
Wiadomo, jak młódź w Argos szybka jest i chwacka
Na każde zawołanie. A potem uczynię
Ofiary, zawoławszy wróżbiarzy. Świątynię
Zeusową ty rzuć teraz i z temi dziecięty
Na zamek mój się udaj. Będziesz mi przyjęty
Należnie, bo choć mnie tam niema, ktoś tam zawsze
Zgotuje-ć powitanie, wierz, jaknajłaskawsze.

IOLAOS.

Nie rzucę tych ołtarzy; siedzieć tutaj będę,
Modlący się do bogów, aż na waszą grzędę
Zwycięstwo szczęsne spłynie. Poczekamy końca
Tej wojny; gdy z niej wyjdzie z chwałą nasz obrońca,
Pójdziemy wówczas w dom twój. Podadzą nam dłonie
Nie lichsi snać bogowie, niż ich po swej stronie

Argiwskie mają ludy. Żona Zeusa, Hera,
Tam władnie, a zaś na nas Atena spoziera.
I szczęście to jest dla nas, a dla tamtych bieda,
Że nigdy nasza Pallas zwyciężyć się nie da.

(Demofon odchodzi).
CHÓR (mając na myśli Kopreusa).

Choć się tak chełpisz, nikt z ludzi
Czci większej w sobie nie wzbudzi,
Argiwski przybyszu, dla ciebie!
Krzycz, pusz się! Wszak duszy to naszej
Junactwo to twoje nie straszy —
Na innej wyrośli my glebie:
Gród piękny, podległy Atenie,
Twą pychę w należnej ma cenie!
O głupiś i głupie też plemię
Ten władca, co w ręku ma ziemię
Argiwską, ten syn Stenelosa![1]

*

W cudze przybyłeś dzierżawy,
Do grodu niemniejszej sławy,
Niż Argos — snać tyle on znaczy! —
I myślisz, ty obcy człowiecze,
Że twoja stąd ręka wywlecze
Przemocą tych biednych tułaczy!
Do świętych przylgnęli podwoi,
Do ziemi schronili się mojej,
Ty, urągając królowi,
Myślisz, że gwałt twój ich złowi —

Któż wielbiłby takie bezprawie?
Pokoju pragnę, nic więcej!

(Z myślą o Eurysteju):

Lecz tobie powiem, książęcy
Ty panie, coś rozum postradał:
Nie będziesz tem miastem władał,
Jak myślisz, zbliżywszy się zbrojnie!
Nie sam ty potrzebne masz w wojnie
Dziryty i tarcze spiżowe!
Więc bacz-że na swoją głowę,
Ty żądzą bitwy porwany:
W te miasta wspaniałe ściany,
W te Muz nadobnych siedliska
Niech dłoń twa oszczepów nie ciska!...

IOLAOS (do wracającego Demofona).

O synu, przecz z smutnemi zbliżasz się oczami?
Czy masz się jaką wieścią podzielić tu z nami
O wojsku?... Cóżeś słyszał? Zostaje czy idzie?
Heroldzi nie są kłamcy! I wódz, co swej dzidzie
Niejedno już zwycięstwo zawdzięcza szczęśliwe,
Z niemałą ruszy złością na ateńską niwę —
Wiem o tem bardzo dobrze. Ale Bóg ma karę
Na pychę, jeśli człowiek dmie się ponad miarę.

DEMOFON.

Argiwski huf się zbliża, Eurystej nadchodzi —
Widziałem go naocznie. Kto bowiem przewodzi
Swym wojskom, jak potrzeba, a w sposób doniosły,
Ten nigdy na swe wrogi nie patrzy przez posły.
Na błonia naszej ziemi swej on ciżby dużej
Dotychczas nie wprowadził: Rozsiadł się u wzgórzy

I śledzi i uważa — takie moje zdanie —,
Jak możnaby najlepiej stanąć na tym łanie
Ateńskim, jak bez bitwy przejść z wojskami swemi
I módz się usadowić bezpiecznie w tej ziemi.
I ja też zarządziłem wszystko, jak należy.
Pod bronią gród nasz stoi, z stad ofiarnych zwierzy
Wybrano, co potrzeba na zarznięcie bogom.
Kapłani poświęcili już miasto, co wrogom
Ucieczkę ma zgotować, a naszym zbawienie.
Wróżbiarzy też zebrałem wszystkich i te w cenie
Będące wieszczby stare, jawne i tajemne,
Co mogłyby się przydać ojczyźnie. Acz ciemne
I różne są w swem brzmieniu, to jednak w tej mierze
Zgadząią się, że trzeba poświęcić w ofierze
Dla córki Demetery[2] jakowąś dziewicę
Ze szlachetnego rodu. Juści, że mam lice
Zwrócone k’wam, lecz przecie ani córki własnej
Nie oddam ni żadnego — powód chyba jasny —
Z obywateli moich nie zmuszę, ich chęci
Naprzekór! Bo i gdzież są ludzie, tak zawzięci
W szaleństwie, by z rąk mieli wypuszczać swe dzieci
Kochane? Juści teraz ujrzysz, jak się nieci
Nieszczęsny bunt na mieście. Jedni mi przyznają,
Że trzeba pomódz gościom, a zaś drudzy łają,
Że czynię bezrozumnie. Jeśli nie wyproszę
Was z miejsca, nieochybne wybuchną rokosze,
Domowa będzie wojna. To więc rozważ sobie
I poradź, rozważywszy, co ja tutaj zrobię,
Ażeby was ocalić i te nasze łany
I nie stać się dla swoich przedmiotem nagany.

Nie władca-m barbarzyński i — ja się nie dziwię —
Sprawiedliwości doznam, rządząc sprawiedliwie.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Czy jaki bóg chce gwałtem tłumić nasze chęci,
By pomoc nieść proszącym, choć to nas tak nęci?

IOLAOS.

Podobni my, o dziatki, dzisiaj do żeglarzy,
Co szczęśnie przed naporem nawałnicy wrażej
Cofając się, rękami sięgali już lądu,
Ażeby znów, przemocą powietrznego prądu
Odbici od wybrzeży, znaleść się wśród morza.
Tak nas też od tej ziemi pędzą na rozdroża,
Choć, zda się, pewną przystań mieliśmy już na niej.
Nadziejo ty nieszczęsna! Przecz mi tej przystani
Odmawiasz, obiecawszy ją wprzódy? Ja księcia
Rozumiem, jeśli nie chce oddawać na cięcia
Ofiarne córek ludu swojego, i sławię
Już za to, co nam dotąd zdziałał w naszej sprawie;
I chociaż nam bogowie nie zakończą męki.
Jać nigdy nie odmówię naszej mu podzięki.
Czem ja wam dopomogę, co dla was uczynię,
O dziatki! Gdzie się puścić? Jakąż my świątynię
Ominęliśmy jeszcze, jakiego my boga
Uwieńczyć zaniedbali? Gdzież to nasza noga
Dotychczas nie postała — w jakiejż ziemi schronie?
Giniemy, dzieci moje! Ja was nie obronię
Wydanych, wypędzonych! Żywot niewesoły
Rad skończę, chyba tylko, że nieprzyjacioły
Ucieszą się z mej śmierci! Żal mi was, o dziatki,
I żal mi też Alkmeny, osiwiałej matki
Ojcowskiej! Że też musisz wieść żywot tak długi,

Niewiasto nieszczęśliwa! Lecz i twego sługi
Pożałowania godne są losy! Bo ile
Daremnie-m ja wycierpiał! Przyszły takie chwile,
Że wpaść myśmy musieli, tak jest, wpaść musieli
W zabójcze one ręce złych nieprzyjacieli,
By zginąć tak sromotnie. Ale może przecie
Znasz jeszcze jakieś wyjście? Bo nie wszystko w świecie
Stracone, jest nadzieja, aby te ocalić!
O królu! Zamiast dziatek, raczże mnie wydalić
I wydać Argejczykom! Nie narażaj siebie
I ich! Ja je wybawię... Nie w mojej potrzebie
Swe własne kochać życie! Rzucę je bez lęku!
[Eurystej chciałby głównie mieć mnie w swoich ręku,
Gdyż byłem Heraklesa towarzyszem broni —
Przeciwko mnie najbardziej wściekłością się płoni.
Lecz człowiek to jest głupi. Mądremu z mądrymi
Wojować tylko warto, nie z tym, co aż dymi
Głupotą! Tamci zawsze będą należycie
Umieli czcić człowieka w nieszczęśliwym bycie.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Nie ściągaj, starcze, winy na to miasto nasze!
Jest może w tem zysk jakiś, ale ja się straszę
Tą hańbą i tym wstydem, który na nas spadnie,
Że mogliśmy swych gości traktować tak zdradnie!

DEMOFON.

Szlachetnie przemówiłeś, jeno, że to na nic!
Nie, aby ciebie dostać, staje u tych granic
Eurystej z wojskiem swojem. Bo cóż mu zależy
Na starcu? Tych on zabić chce! Bo wszak młodzieży
Szlachetnej wróg się boi, gdy podrasta, pomna

Krzywd ojca!... O nią chodzi — troska to ogromna
Dla wroga! Jeśli jednak masz jakową radę
Właściwszą, mów coprędzej! Ja już ręce kładę
Po sobie, usłyszawszy tę bożą wyrocznię.
(Wychodzi.)

Z świątyni wychodzi

MAKARIA.

O moi przyjaciele! Niech mi nikt nie pocznie
Przyganiać, że przed wami stanęłam tak śmiało,
To sobie ja wypraszam. Kobiecie przystało
W milczeniu i skromności siedzieć sobie w domu —
Najpiękniej to jest dla niej, godzi się jak komu.
Lecz skargi Iolaja słysząca, z kościoła
Wybiegłam tutaj ku wam, o, nie po to zgoła,
Ażeby tu przemawiać w obronie płci mojej!
Lecz mnie to wszystko bliskie, me serce się boi
O losy moich braci i o własnym losie
Też myślę, czy do dawnych klęsk, Iolaosie,
Nie przyszła jakaś nowa, która cię tak żali?

IOLAOS.

O dziecię, nie od dzisiaj me serce cię chwali
Ze wszystkich Heraklidów najbardziej. Wiedz o tem:
Ten dom, co snać miał znowu się podnieść, z powrotem
W bezradną pada nędzę. Bo, jak tamten prawi,
Proroctwa wyśpiewały, że nic nas nie zbawi,
Ni wół, ni jałowiczka, lecz że trzeba święcie
Dziewicę szlachetnego rodu dać na cięcie
Ofiarne na ołtarzu córki Demetery,
Ażeby nas ocalić i ten gród. I w szczerej
Jesteśmy o to trosce, gdyż ten nam powiada,

Że śmierci ni swej córce, ni cudzej nie zada.
[Zaś mnie dał do poznania, wprawdzie nie wyraźnie,
Lecz zawsze dał, że musim, pomimo przyjaźnie,
Uciekać z tego kraju, jeśli lepszej drogi
Nie znajdziem: chce uchronić gród od klęski mnogiej].

MAKARIA.

Więc tylko tym sposobem ocalić się można?

IOLAOS.

Tym tylko i nas wtedy czeka dola zbożna.

MAKARIA.

Więc niechże się nie lęka, starcze, twoja głowa
Przed dzidą Argejczyków. Jam umrzeć gotowa,
Ja sama na rzeź pójdę, nim mi kto rozkaże,
Bo cóżby powiedziano, gdyby, dla mnie w darze,
Miał gród się ten narażać, a my, swoje własne
Zwalając nań brzemiona, mogąc dni mu jasne
Zgotować, stchórzyliśmy przed śmiercią. Nie tędy
Jest droga! A i śmiesznem byłoby w te pędy
Upadać w proch przed bóstwem i żebrać — my, dziatwa
Bohaterskiego ojca, a teraz — jak łatwa
To droga! — marni tchórze! Takie to są żądze
Szlachetnych! Nie! najpiękniej byłoby, tak sądzę.
Po grodu tego klęsce — co uchowaj Boże! —
Wpaść w ręce nieprzyjaciół i — gorze nam! gorze,
Nam dzieciom cnego ojca! — zejść do Hadu ciemni!
Czy może wydalonej stąd będzie przyjemniej
Pójść żebrać, aby słuchać, bez wstydu rumieńca,
Jak ktoś się ozwie do nas: »Waszego nam wieńca[3]

Nie trzeba! Po co tutaj przyszliście, wy, ludzie,
Dla których wszystkiem życie?! Precz stąd! W płonym trudzie
Błagacie! my niczego nie mamy dla tchórzy!«
Lecz, myślę, mnie i wówczas szczęście nie posłuży,
Jeżeli ocaleję, ci zasię zostaną
Pobici. Druh niejeden — sprawą to jest znaną —
Swe druhy umiał zdradzić. Kogóż chęć połechce
Samotną pojąć pannę? I któż ze mną zechce
Mieć dzieci? Czyż nie lepiej mi umrzeć, niżeli
Doczekać się, aż los mnie tem szczęściem obdzieli?
Zaiste! To uchodzić może byle komu,
Nie mnie, ze szlachetnego pochodzącej domu!
Powiedźcie mnie na miejsce, gdzie umrze to ciało!
Uwieńczcie mnie, w ofierze złóżcie, jak przystało,
A potem zwyciężajcie! Ma dusza gotowa,
Nie będzie się opierać, nie rzeknie ni słowa!
Wszem wobec mówię głośno: Chcę umrzeć za braci,
A i za siebie także! Chcę jaknajbogaciej,
Najsławniej skończyć życie! To ma chęc gorąca,
Tom sobie ja wysnuła, życia nie pragnąca!

PRZODOWNIK CHÓRU.

Ach! cóż ja powiem, świadek wielkiego wyznania
Dziewicy, co za braci umrzeć się nie wzbrania?!
Któż z ludzi szlachetniejsze wypowie orędzie
I któż tu się na czyny podobne zdobędzie?!

IOLAOS.

O dziecko! Nie skądinąd wyrosła twa głowa,
Jak z jego li nasienia, córko Heraklowa,
Ty latorośli boża! Wstydem mnie nie pali
Twe słowo, lecz mnie palą twe losy! Chciej dalej
Posłuchać, co, mem zdaniem, będzie sprawiedliwiej:

Trza zwołać wszystkie siostry i nikt się nie ździwi,
Że umrze ta dla swoich, na którą los padnie.
Byś zmarła, nie losując, to byłoby zdradnie.

MAKARIA.

Nie myślę ja umierać, wybrana przypadkiem,
Nie żadna w tem zasługa! Innym ty mi świadkiem
Bądź, starcze! Jeśli chcecie, jeśli przyjmujecie
Odwagę mą, ja umrę, ale nigdy w świecie
Zmuszona! Dobrowolnie oddam za was życie!

IOLAOS.

Ach! jeszcze szlachetniejsze słowo tu słyszycie!
Już tamto było szczytem, lecz ty śmiałość własną
Zwyciężasz swą śmiałością, słowa twoje gasną
Przy własnych twoich słowach. Lecz ja ani każę
Ni bronię ci [umierać! Śmierć swą niesiesz w darze
Swym braciom].

MAKARIA.

Dobrze radzisz, ale nie miej trwogi,
Żeś śmierci mej współwinny. Ja się do tej drogi
Wybieram dobrowolnie. Chodź ze mną, mój stary,
Na rękach twych chcę umrzeć. Ty mnie złóż na mary
I ciało owiń w całun. Idę na rzeź rada,
Jak córce wspaniałego rodzica wypada.

IOLAOS.

Nie mógłbym żadną miarą patrzeć na śmierć twoją.

MAKARIA (wskazując na Demofona, powracającego na scenę).

Więc tego proś, niech przy mnie mężczyźni nie stoją.
Na rękach ja niewieścich pragnę zejść ze świata.

DEMOFON.

Tak będzie, dziewko biedna! A i na me lata
Srom spadłby, gdyby twoich zwłok nie przystrojono,
Jak trzeba, i to z wielu powodów: Twe łono
Rozpiera wielkie męstwo, a o cnym pogrzebie
I prawo postanawia. Mężniejszej od ciebie
Kobiety nie widziały me oczy. Atoli
Pragnąca coś powiedzieć starcowi, dowoli
Pogadaj z nim, wszak twoje to ostatnie słowo.

MAKARIA.

O, żyj mi zdrowo, starcze, o, żyj mi tu zdrowo!
A chłopców tych nauczaj, by w każdym sposobie
Umieli mądrze sprawiać się, podobni tobie.
Nic więcej nie potrzeba. To starczy. A chcący
Ratować ich, o śmierci w swej duszy gorącej
Ty nie myśl. My twe dzieci, tyś nas wypiastował
Na rękach swych i, widzisz, jakeś mnie wychował,
Że umiem swoje życie poświęcić dziewicze,
By ci tu nie zginęli. A wy, których liczę
Za braci swych, wy żyjcie mi w szczęściu! Udziałem
Niech waszym będzie wszystko, za co dziś tem ciałem
I krwią tą płacić pragnę, na rzeź powiedziona.
A we czci niech wam będzie i staruszka ona,
Alkmene, matka ojca naszego, w kościele
Siedząca. A ci nasi tutaj przyjaciele
Szacunku są przegodni. A gdy się tak stanie,
Że miną wasze trudy i wy znów na łanie
Spoczniecie swym ojcowskim, miejcie też w pamięci
Tę swoją zbawicielkę i niech się jej święci
Godziwy, piękny pogrzeb. Mnie się on należy.
Umiała postępować z swymi jaknajszczerzej

I umrzeć za ten ród swój. Takim wy mi potem
Za młodość, za brak dzieci zapłaćcie klejnotem,
Jeżeli człowiek żyje za grobem. A może
Niech lepiej wszystko szczeźnie! Bo jeśli nam gorze
Ma być i tam, nam ludziom, żyjącym na świecie,
By umrzeć, to gdzie zwrócić się mamy? A przecie,
Tak mówią, śmierć na wszystko najlepsze ma leki.

IOLAOS.

O duszo bohaterska, ze wszystkich po wieki
Białogłów najprzedniejsza! My czcimy cię ninie
I czcić będziem po śmierci!... Żegnaj!... Gdyż boginię
Urazić ja się lękam, Demetery córę,
Co ciała twego żąda... Podnieście mnie w górę!
Posadźcie mnie na krześle! Ginę! Członki mdleją
Z boleści! Ach! nakryjcie mnie płaszczem!... Nadzieją
Nie mogą mnie napełnić te sprawy! Wyroczni
Jeżeli nie spełnimy, wnet się unaoczni,
Że jeszcze cięższym będzie nasz żywot!... Atoli
I to jest też nieszczęście, i to również boli...

CHÓR.

Bez woli bożej
Nie są ci ludzie na świecie
Ani szczęśliwi ani nieszczęśliwi.
Domu też nie znajdziecie,
Coby jednakiej zażywał pogody:
W zawody
Za dolą pospiesza dola
I, mknąca,
Jednych z wyżyny strąca,
A drugich wynosi na szczyty.
Nikt swego losu uniknąć nie zdoła!

I mądrość tu na nic!
A ktoby pragnął jeszcze nastawić mu czoła,
Na trud się narazi bez granic.

*

Porzuć te żale
I wszelkie boże zrządzenia
Przyjmuj z spokojem i znoś najcierpliwiej!
Dla sławy swego imienia
Ta biedna życie swe traci,
Dla braci,
Dla kraju ginąć jej wola.
Niemałą
Świat ją otoczy chwałą —
Tór cnoty cierniami jest kryty.
Godna jest ojca, godna swego domu!
A ma-li kto słowa,
By wielbić śmierć szlachetnetnych, warga ma, jak komu,
Wtóru na zawsze dochowa!

Jawi się

SŁUGA HYLLOSA.

Pozdrawiam was! Powiedzcie, gdzie wyszła z świątyni
Matka waszego ojca? Co Iolaos czyni?

IOLAOS.

Jesteśmy tu, jeżeli jesteśmy wogóle.

SŁUGA.

Coś oczy ci zmroczyło? Świeże jakieś bóle?

IOLAOS.

Nieszczęścia tak mnie dręczą, nieszczęścia domowe.

SŁUGA.

Otrząśnij-że się z tego, w górę podnieś głowę.

IOLAOS.

Człek stary, trudno mu się wyprostować, panie.

SŁUGA.

Uciechę ci przynoszę i uradowanie.

IOLAOS.

A kto ty? Czy ja znam cię? Czas to chyba długi —  —

SŁUGA.

Hyllosowego dzisiaj nie poznajesz sługi?

IOLAOS.

Przychodzisz jako zbawca, drogi przyjacielu?

SŁUGA.

I owszem; i ty, mówię, u szczęsnego-ś celu.

IOLAOS (woła).

O matko bohatera, Alkmeno, tu do mnie!
Są wieści, które ciebie ucieszą ogromnie!
Od dawna już twe serce ból pożerał srogi,
Czy wnuki twoje wrócą w swe ojczyste progi.

ALKMENE (wychodzi z świątyni).

Dlaczego gmach ten cały napełniasz krzykami?
Iolaosie, powiedz! Czy pomiędzy nami
Jest znowu jakiś woźny argiwski, co chce ci
Gwałt zadać?... Słaba jestem, ale od tych dzieci,
Powiadam, wara tobie, pókim ja tu żywa!
To mówię ci, przybyszu! Niech cię nie porywa
Ta chętka, bo inaczej ludzieby przestali
Mianować mnie już matką tamtego!... A dalej,
Jeżelibyś przyłożył rękę do tej dziatwy,
Bój wiódłbyś z parą starców sromny, aż zbyt łatwy!

IOLAOS.

Nie lękaj się, staruszko! nie z Argos się zjawia
Posłaniec, nie głosiciel krzywd to i bezprawia!

ALKMENE.

Więc po cóż takie krzyki, te zwiastuny stracha?

IOLAOS.

Ażebyś ku nam wyszła z pod świętego dachu.

ALKMENE.

Któż wiedział!... Ale kto on i co za przyczyna?

IOLAOS.

On powrót zapowiada syna twego syna.

ALKMENE.

Powitać i dziękować za te wiadomości.
Lecz jeśli on już dzisiaj na tej ziemi gości,
Więc gdzież jeszcze przebywa? Czemu razem z tobą
Nie przyszedł, by me serce rozłączyć z żałobą?

SŁUGA.

Ustawia swoje wojsko, które za nim kroczy.

ALKMENE (chce odejść).

Więc niech się już bezemnie rozmowa potoczy.

IOLAOS.

Bynajmniej! Ale pytać juści mnie wypada.

SŁUGA.

Cóż mam ci ja powiedzieć, jak się wszystko składa —

IOLAOS.

Mów, jaką liczbą wojska rozrządza w tej chwili?

SŁUGA.

Ogromną! Innychbyście liczb nie wymienili.

IOLAOS.

Pewnikiem znają liczbę tę ateńscy wodze.

SŁUGA.

A znają! Lewe skrzydło ustawione srodze.

IOLAOS.

Więc gotów jest do walki hufiec naszych woji?

SŁUGA.

I bydło już ofiarne przed szeregiem stoi.

IOLAOS.

A jakżeż jest daleko do zastępów wroga?

SŁUGA.

Że wodza ujrzeć można — niedaleka droga.

IOLAOS.

Co robi? Może wojsko ustawia i dzieli?

SŁUGA.

Być może. My rozkazów jego nie słyszeli...
Lecz muszę już stąd odejść. Jestem niespokojny,
By pan się mój bezemnie nie rzucił do wojny.

IOLAOS.

Ja z tobą!... Taki zawsze ten mój umysł wszytek,
Ażeby druhom swoim przynosić pożytek.

SŁUGA.

Najmniej przystało tobie pleść te banialuki.

IOLAOS.

Najmniej — pozbawiać druhów mej wojennej sztuki.

SŁUGA.

Nikogo wzrok nie zrani, gdy ręki nie starczy.

IOLAOS.

Co mówisz? Nie umiałbym przedziurawić tarczy?

SŁUGA.

O, chciałbyś. Ale padniesz, nie dotrzymasz kroku.

IOLAOS.

Wróg żaden nie potrafi znieść mego widoku.

SŁUGA.

Poczciwcze! Nie chełp-że się swą siłą dzisiejszą!

IOLAOS.

A przecie mogę bić się, o, z liczbą nie mniejszą.

SŁUGA.

Na szali chyba więcej zaważy pacholę.

IOLAOS.

Nie wzbraniaj mi uczynić, do czego mam wolę.

SŁUGA.

Masz wolę — ale czynić? Czyn ci nie posłuży.

IOLAOS.

Pleć sobie, ile wlezie! Nie chcę czekać dłużej.

SŁUGA.

Pomiędzy zbrojnych idziesz na goło, niezbrojnie?

IOLAOS.

W świątyni dość jest broni, zdobytej na wojnie.
Tę weźmiem, a zwrócimy, jeśli nam się zdarzy
Ujść z życiem. Skoro padniem, z niebieskich mocarzy

Nikt żądać jej nie będzie. Goń przeto do środka
I przynieś mi rynsztunek! Wstyd człowieka spotka,
Gdy będzie tak tchórzliwie trawił życie swoje
Przy domu, kiedy inni pospieszyli w boje.

CHÓR.

Nic dotąd ci ducha, o, nic nie złamało.
Młodzieńczą masz siłę, choć słabe jest ciało!
Lecz po co ci chodzić z losami w zawody?
I sobie i miasta przysparzasz li szkody!
Niech starzec pamięta, co znaczą mu lata,
I z tem, co nad siły, niech sił swych nie brata —
Nie wróci ma świeżość, nie wróci!

ALKMENE.

Co myślisz? Zali pragniesz, szaleństwem dotknięty,
Zostawić mnie tu samą wraz z temi dziecięty?

IOLAOS.

Wojować rzeczą męża. Ty miej je w opiece!

ALKMENE.

Co zrobię, jeśli zginiesz? Komuż się polecę?

IOLAOS.

Zostaną ci wnukowie — każdy ci pomoże.

ALKMENE.

A jeśli los ich dotknie — co uchowaj Boże?

IOLAOS.

Masz jeszcze tych przyjaciół — wesprą najgoręcej.

ALKMENE.

I tyle mej nadziei, poza tem nic więcej!...

IOLAOS.

I Zeus pomny twej doli; on jeszcze-ć oddany.

ALKMENE.

Zeus żadnej nie usłyszy z moich ust nagany!
Lecz ach! jaki on dla mnie, sam to wie najlepiej!

Z rynsztunkiem wraca

SŁUGA.

No, niechże cię ten widok rynsztunku pokrzepi!
Lecz myślę, że nie zdążysz ubrać się w tę zbroję,
Bo walka się już zbliża, zaś Ares ma swoje
Niechęci przedewszystkiem dla powolnej rzeszy...
Przeraża cię ten ciężar, niech-że waszmość spieszy
Bez niego! Naodzieję cię oną ozdobą
Przed hufcem! Teraz ja ją poniosę za tobą.

IOLAOS.

I owszem! Cale piękna słuszność jest w twej śpiewce!
Więc ponieś mi ten pancerz, a podaj mi drzewce
I, z lewej mnie podparłszy, ruszaj ze mną dalej,

SŁUGA.

Jak dziecko ma być wiedzion ten rycerz ze stali?

IOLAOS.

Zły znak, gdyby się człowiek miał potknąć w tej drodze.

SŁUGA.

Dość chęci, ale siły za mało niebodze.

IOLAOS.

No, prędzej! Źle byłoby przyjść nam już po wojnie.

SŁUGA.

Nie ja, lecz ty przystajesz, szermując tak hojnie.

IOLAOS.

Tak sprawne, żwawe nogi gdzież to widzieliście?

SŁUGA.

Wydaje ci się więcej, niż jest rzeczywiście.

IOLAOS.

Nie powiesz tak, gdy ujrzą mnie o, tam! twe oczy.

SŁUGA.

Co zrobisz?! Niech ci wszystko dobrze się potoczy.

IOLAOS.

Co? tarczę przedziurawię niejednego wroga!

SŁUGA.

Byleby tylko dojść tam! W tem jest moja trwoga.

IOLAOS.

O ramię mej młodości, przypomnienia warte,
Ty, któreś z Heraklesem powaliło Spartę!
Mający ciebie dzisiaj za swego spólnika,
Ujrzałbym niewątpliwie, jaka trwoga dzika
Gnałaby Eurysteja, mędrka, co się boi
Oszczepu! Zobaczyłbym, jak to nie przystoi,
By jakiś tam szczęśliwiec grał nam bohatera
Wbrew prawdzie i słuszności, bo tchórz zeń przeziera.
Nam zawsze się wydaje — rzecz najoczywistsza,
Że w każdym, co ma szczęście, trzeba widzieć mistrza!

CHÓR.

O ziemio! o jaśni miesiąca,
Nocą świecąca!
O wy słoneczne blaski,
Dla ludzi tak pełne łaski!

Wieść mi przynieście radosną
I niech ku niebu rosną
Weselne wasze promienie!
Hymny śpiewajcie Atenie,
Pod tron się pnijcie Zeusowy!
Do walki jestem gotowy
Za dom nasz, za nasze włości —
Żem przyjął tułaczych gości,
Szarem mam walczyć żelazem!

*

Dziwy, o, istne dziwy,
Że tak szczęśliwy
Gród, jak Mykene, tak dzielny
W walce na włócznie śmiertelnej,
Tak srodze jest zagniewany
Na nasze ojczyste łany!
Lecz gdybyś wypędził nędzarze,
Bo ci tak Argos każe,
Gdybyś ich zdradził w potrzebie,
Grom spadłby, grodzie, na ciebie!
Ja się nie lękam. Bóg ze mną,
Walka nie będzie daremną,
Niebiosa nie słabsze od ludzi!


∗                    ∗

Hej, ty wszechwładna Pani!
Twoją ta ziemia i gród!
Władczynią i matką tyś dla niej
I stróżem ty jesteś nam!
Odpędź go, odpędź od bram —
Tego, co zbrojny lud
Bezprawnie z Argos tu wwiódł!

Azali zasłużyła sobie cnota nasza,
Że wróg nas z tych domów wypłasza?!...

*

Hojne składamy objaty
Na twoją, bogini, cześć!
Gdy miesiąc upływa rogaty,
Któż cię przepomni, mów?...
Melodje chóralnych słów
Każdy-ć pamięta wznieść —
Po wzgórzach rozchodzi się wieść
O tobie: śpiewy dziewic i krzyki i tańce —
Świat dudni po wszystkie krańce!

Na scenę wpada

SŁUGA (do Alkmeny).

Do ciebie spieszę, pani! Jest wiadomość nowa —
W najkrótsze, lecz w najmilsze dla ciebie ją słowa
Zamykam: Wróg powalon! Ze zdobycznych zbroi
Złożony już zwycięstwa pomnik gotów stoi!

ALKMENE.

Najdroższy! Dzień to szczęsny dla ciebie: Za wieści
Tak dobre masz swobodę! Lecz i tej boleści,
Tej troski pozbaw-że mnie: strasznie ja się trwożę,
Czy żyją ci, na których mi zależeć może?

SŁUGA.

Tak, żyją! Huf ich cały wysławia i chwali.

ALKMENE.

A stary Iolaos żyje-ci on dalej?

SŁUGA.

I owszem, wielkie rzeczy z wolą spełnił bożą.

ALKMENE.

Co? Może mu na czoło jaki wieniec włożą?

SŁUGA.

Ze starca on się znowu przemienił w młodziana.

ALKMENE.

O dziwach mi rozprawiasz... Lecz jak rozegrana
Została szczęsna walka?... Niechże mi opowie!

SŁUGA.

I owszem — ja to wszystko w jednem zamknę słowie:
Gdy siły obustronne, stając oko w oko
Naprzeciw siebie, huf swój rozciągły szeroko.
Z czworokonnego Hyllos zestąpił rydwanu
I w polu, między wojska stanąwszy, tę panu
Mykeny da poradę: »Dlaczego, hetmanie
Argiwski, mamy zgubę siać na cudzym łanie?
Nie będzie dla twej ziemi nazbyt wielkiej szkody,
Jednego jeśli męża utraci... W zawody
Więc chodźmy oba razem, w pojedynkę! Zginę,
Ty dzieci Heraklesa weźmiesz w tę godzinę
Ze sobą; gdy ty padniesz, obiecaj niekłamnie,
Że dom i wsze zaszczyty ojca przejdą na mnie«.
Widziało się to wojsku. »Przepiękne to słowa —
Mówili —, bo i wojna skończyć się gotowa
I męstwa są dowodem«... Lecz tamten nie bierze
Do serca sobie słów tych, choć właśni żołnierze
Wzywali go, by stanął — wódz, tchórzem podszyty,
Nie umiał pojedynku przyjąć na dziryty,
Wycofał się, ten podlec! I taki wyrzutek
W niewolę chce brać dzieci Heraklesa! Skutek
Był ten, że Hyllos wrócił znów w szeregi swoje.

Kapłani, widząc teraz, że nasze się boje
Nie dadzą już rozstrzygnąć w pojedynku drodze,
Zabrali się do ofiar w te tropy. Przesrodze
Spłynęła krew czerwona z tej ludzkiej gardzieli![4].
Na wozy ci skoczyli, ci do tarcz się wzięli,
Ażeby ich bokami swe osłonić boki.
Ateński wódz do wojsk swych ozwie się bez zwłoki
I rzeknie, jak się godzi: »Towarzysze mili!
Z pomocą naszej ziemi pospieszcie tej chwili —
Wszak ona was zrodziła, ona wykarmiła!«
Po drugiej także stronie było słychać siła
Upomnień, aby hańba nie spadła na miano
Mykeńskie! A gdy znak już do rozprawy dano,
Tyrseńska kiedy surma do boju zawarczy,
Co myślisz? — jaki łomot i trzask i chrzęst tarczy
I jakie było słychać raty i przeraty!
Nasamprzód napór wroga gromki, zuchowaty,
Przełamał nasze hufy. Lecz uciekli potem.
Przy nodze zasię noga — za wtórnym zawrotem —,
Przy mężu mąż, odparli my atak. Zagasła
Niejedna, mówię, dusza w tej bitwie. I hasła
Po jednej i po drugiej rozbrzmiewały stronie:
»O wy, co łan Ateński, wy, co Argu błonie
Sprawiacie, dopuścicie-ż, aby hańba spadła
Na gród wasz?!...« Z wielkim trudem, gdy wrzała zajadła
Ta walka, odparliśmy Argiwów — przed nami
W popłochu uciekali, jak, nie wiedząc sami.
Wtedy to Iolaos, taki starowina,
Ujrzawszy, jak się Hyllos z szeregu wygina
I pędzi naprzód, dłonie wyciągnie ku niemu

I prosi, by go zabrał na swój wóz. A czemu?
Lejce ująwszy w ręce, skierował ramaki
Ku źrebcom Eurysteja. A teraz o takiej
Słyszałem oto sprawie — com rzekł do tej pory
Na własnem widział oczy —: więc, w pościgu skory,
Spostrzegłszy Eurysteja wóz blisko świątyni
Ateny Pallenijskiej, wręcz modły uczyni
Do Heby i Zeusa, ażeby te siły
Niebieskie utraconą młodość mu wróciły
Chociażby na dzień jeden, bo się na swym wrogu
Chce pomścić. I, słuchajcie! Jaki on to bogu
Zawdzięczał cud: Dwie gwiazdy na uprzężę spłyną,
Ażeby wóz mu zakryć gęstą chmurą siną.
Jak mędrsi powiadają, było to za sprawą
Twojego syna, pani, i Heby. On, mgławą
Przesłoną otulony, nad chmury tej cieniem
Młodzieńczem połyskiwał, że aż dziw, ramieniem.
I tak to Iolaos, sławą okryt nową.
U skał skeirońskich czwórkę wziął Eurystejową,
Zaś jego, skrępowawszy mu ramiona, wiedzie
Tę zdobycz swoją walną przed ciebie. Na przedzie
Był wódz ten, był na górze, dziś pogrzebion leży
I uczy swym przykładem — rozgłośny i świeży
To dowód —, aby nie zwać szczęśliwym człowieka
Dopóty, póki śmierci swej się nie doczeka,
Bo szczęście dzień trwa jeden.

PRZODOWNIK CHÓRU.

O zwycięzców Boże!
To pierwszy dzień, że już się tak luto nie trwożę!

ALKMENE.

O Zeusie! Późnoś spojrzał na moje te męki,

Lecz dzięki ci za wszystko, co się stało, dzięki!
I ja, com nie wierzyła, iż mój syn króluje
Z bóstwami, dziś to widzę naocznie i czuję!
O dzieci! dziś już wolne od wszelkich katuszy,
Od Eurysteja wolne, tej straceńczej duszy,
Co zginie mi niechybnie!... Niebawem, o dzieci,
Rodzinny gród źrenicom tym waszym zaświeci!
Niebawem ojcowiznę ujrzycie, swą starą
Dziedzinę, i swe bogi uczcicie ofiarą!
Nie stało wam ich w świecie — los biednych wygnańców,
Zmuszonych wciąż się tułać do ostatnich krańców.
Lecz powiedz: Iolaos jakież żywi plany —
Przemądre, że Eurystej dotąd nie karany?
Że dotąd jeszcze żyje? Nie jest to dowodem
Rozumu puszczać wroga, kiedy wróg pod spodem.

SŁUGA.

Chce uczcić cię w ten sposób, chce, byś go na oczy
Widziała, tego władcę, co dziś się zatoczy
Pod stopy twojej władzy. Rad tu nie przybędzie —
Musiano go skrępować. Ciężko mu jest sędzię
Zobaczyć, pani, w tobie, ciężko zdawać sprawę
Z swych grzechów... Teraz żegnam! Niech będą łaskawe
Twe oczy na me losy! Pamiętaj, królowo,
Coś rzekła mi, gdy pierwsze przyniosłem ci słowo —
Daj wolność mi! W tych rzeczach — rzeczy to ogromne! —
Niech usta cne nie będą nigdy wiarołomne!
(Odchodzi).

CHÓR.

Lubię ja tańce i śpiewy, gdy fletnia
Biesiadę swym czarem uświetnia.
Niech mi też łaska wykwita,

Której użycza ludziom Afrodita!
Ale i tem się weselę,
Kiedy się dobrze mają przyjaciele,
Co żyli w mroku cierpienia!
O wiele
Wszechwładna Dola przemienia
I życie, to dziecko Czasu!

*

Cna jest twa droga, o miasto, i szczera —
Niech tego ci nikt nie odbiera —:
Czcisz bóstwa! A ktoby inaczej
Zamierzał twierdzić, ten niechaj-że baczy,
Czy nie pogrążon w obłędzie!
Dużo dowodów i przykładów wszędzie
Znajdzie, kto zechce. I Boga
Na sędzię
Przyzwać możemy, co wroga
Sprawiedliwości poniża!


∗                    ∗

Do boskiej podniesion cześci,
Twój syn się, starucho, mieści
Na niebie i przeczy złej wieści
O swoim sromotnym losie,
Jakoby spłonął na stosie
I w Hadu poszedł pomroki.
A on tam w chwale wysokiej,
W złocistych świetlic przestworze
Heby podziela łoże!
Hymenaiosie!
Dwie latorośle boże
Godnie ty wywyższyłeś!

*

Jak to się nieraz składa:
Ich ojcu, tak mówią, rada
Przyszła z pomocą Pallada,
A tamte znowu zbawiła
Jej miasta i ludu jej siła —
Bogini gród to zwycięża
Tę hardość butnego męża,
Co tak gwałtownie nastawa
Na świętość bożego prawa.
Pychą opiła,
Niesyta dusza plugawa
Niech zawsze mi będzie obcą!

Wchodzi

GONIEC (prowadzący pojmanego Eurysteja).

O pani, widzisz sama, jednak nie zawadzi
Powiedzieć: Eurysteja prowadzim ci radzi,
Niespodziewany widok, a i on czyż kiedy
Pomyślał, że śród takiej dostanie się biedy
W twe ręce? Czyż to myślał, rzucając Mykenę
Na czele mnogich hufców, ażeby za cenę
Bezprawia zbyt wielkiego zburzyć miasto nasze?
Lecz Bóg wszystko przemienił i już się nie straszę
O losy, odwrócone za bożym rozkazem.
Już pomnik wznosi Hyllos z Iolajem razem
Zeusowi zwycięskiemu, zaś tego przezemnie
Ślą tobie, by ci serce ucieszyć. Przyjemnie
Jest bowiem patrzeć na to, w jakiej doli srogiej
Bytują tak szczęśliwe dawniej nasze wrogi.

ALKMEME (do Eurysteja).

Ha! jesteś, ty ohydo! Już cię — czas ostatni —
Dosięgła sprawiedliwość, zamknęła w swej matni!

Lecz zwróć-no głowę ku mnie! Miej odwagę w oczy
Nieprzyjaciołom spojrzeć! Patrz, jak los się toczy:
Władałeś, a dziś jesteś pod władzą! Jedyna
Ma żądza: Chcę cię widzieć! Tyżeś mi to syna,
Co jest tam, gdzie przebywa, tak ścigał nieznośnie,
Ty łotrze, ty! Gdzież równa onej pysze rośnie,
Na którą byłbyś ty się nie zdobył! Do piekła
Tyś żywcem go posyłał! Twa złośliwość wściekła
Kazała mu bić hydry i lwy, że nie powiem
O innych twych zamysłach, mowa moja bowiem
Trwałaby nazbyt długo! Nie dosyć ci na tem —
Pędziłeś mnie i dzieci całym niemal światem,
Od świętych nas ołtarzy-ś odrywał coprędzej,
U których szukaliśmy ratunku z tej nędzy —
Mnie, mówię, nazbyt starą, te aż nazbyt młode!
Znalazłeś wreszcie mężów, znalazłeś przeszkodę
W tym wolnym oto ludzie, co się nic nie lęka
Twych gwałtów. Teraz umrzesz i jeszcze mi dzięka
Należy się od ciebie, bo za twoje zbrodnie
Nie raz, lecz dziesięć razy umrzeć ci jest godnie.

GONIEC.

Nie wolno ci zabijać tego tu człowieka.

ALKMENE.

Więc darmo jest mym brańcem? Więc nadarmo czeka
Na śmierć swą? Jakież prawo zabijać go broni?

GONIEC.

Książęta tego kraju — tego nie chcą oni.

ALKMENE.

Zabijać swoje wrogi ma być niedostojnie?

GONIEC.

Nie godzi się, gdy żywcem ujęto ich w wojnie.

ALKMENE.

I Hyllos się stosuje do tego zwyczaju?

GONIEC.

Czyż może się buntować przeciw prawom kraju?

ALKMENE.

Czyż może ten żyć dalej, oglądać blask słońca?

GONIEC.

Od razu trza mu było nie oszczędzać końca.

ALKMENE.

Więc niema tu nikogo, który go ukarze?

GONIEC.

Na świecie nikt o takim nie myśli zamiarze.

ALKMENE.

Ja myślę, a ja także jestem czemś na ziemi.

GONIEC.

Zrobiwszy to, z przygany spotkasz się wielkiemi.

ALKMENE.

Miłuję ja to miasto — któż mi to zaprzeczy?
Lecz tego, gdy już raz jest w rąk tych moich pieczy,
Nikt z ludzi mi nie wydrze. Że działam zbyt śmiało,
Że jestem zajadlejsza, niżeli przystało
Kobiecie, niechże mówi tak, kto chce! Ja muszę
Dokonać tego dzieła!

PRZODOWNIK CHÓRU.

Że gniew ci tak duszę
Rozpala, rzecz to jasna, przebaczyć to mogę.

EURYSTEUS.

Niewiasto, nie myśl sobie, że pochlebstwa drogę
Wybieram, że cośkolwiek powiem, aby życie
Ocalić. Tchórza we mnie wy nie zobaczycie!
Nie dobrowolnie spór ten spoczął na mej głowie:
Rodzeństwem wszakże byli ci nasi ojcowie,
Jam krewniak Heraklesa, blizcy my ze sobą.
Tak! chciałem, czy nie chciałem, Hera tą chorobą
Nawiedzić mnie raczyła, bogini. A kiedy
Już raz na swojem barki wziął brzemię tej biedy,
Nieprzyjaźń przeciw niemu, gdy raz serce moje
Rozegrać zamierzyło narzucone boje,
Począłem przemyśliwać i we dnie i w nocy,
Jakieby znaleźć trudy dla tej jego mocy
I zbyć się swego wroga, by po tej z nim wojnie
Módz życia już do końca zażywać spokojnie,
Bez trwogi. Wszak wiedziałem, że w mężów szeregu
Nie jest jakowąś cyfrą, pierwszą lepszą z brzegu,
Ten syn twój, lecz że człowiek to na schwał, więc szczerze,
Choć wróg był, mówię o nim, jak o bohaterze.
Gdy umarł, ja, widzący, jaką ci tu do mnie
Pałają nienawiścią, pamiętni ogromnie
Rodzicielskiego gniewu, byłem, mówię, gotów
Poruszyć wszystkie głazy, do wszelkich obrotów
Podstępnych się uciekać, byle ich ze świata
Módz sprzątnąć i uzyskać dla siebie na lata
Jakoweś bezpieczeństwo. Cóżbyś uczyniła
Ty sama, na mem miejscu, czując złego siła

Nad sobą? Zatrzymałabyś, litością zdjęta,
Ten płód krwawego zwierza, rozjuszone lwięta,
Czy precz wygnała z Argos? Nikt ci nie uwierzy.
A teraz, kiedy żaden z walczących rycerzy
Nie zabił mnie śród bitwy, choć takie w swej duszy
Żywiłem ja pragnienie, ten, kto mieczem ruszy
Przeciwko mnie, krew moją według obyczaju
Hellenów ściągnie na się. Mądrość tego kraju
Obdarza mnie swobodą. By ukarać wroga,
To miasto bogobojne nie obrazi Boga.
To masz jako odpowiedź! Co gdy usłyszano,
Zwać można mnie odważnym lub dać tchórza miano.
Tak sprawa ma się ze mną. Śmierci ja nie pragnę,
Lecz by wyżebrać życie, także się nie nagnę.

PRZODOWNIK CHÓRU.

Upomnąć chcę cię nieco, Alkmeno, byś dała
Mężowi temu wolność, gdyż taka uchwała
Zapadła w naszym grodzie.

ALKMENE.

A jeśli on zginie,
A my twemu się miastu nie sprzeciwim ninie?

PRZODOWNIK CHÓRU.

Byłoby tak najlepiej. Jak to stać się może?

ALKMENE.

Stanie się bardzo łatwo. Zaraz ci wyłożę:
Zabiwszy, przyjaciołom zwłoki jego zwrócę,
Skoro ich zażądają; ziemi nie ukrócę
O ciało to. W ten sposób zapłaci mi winę.

EURYSTEUS.

Zabijaj! O twą łaskę błagać nie chcę, zginę!
Lecz miastu, co mnie wolno puściwszy, naocznie
Mej śmierci tu nie pragnie, przypomnę wyrocznię
Pradawną Loksiasza, która mu w przyszłości
Pomoże wbrew wszelakim nadziejom. Me kości
Pogrzebcie, gdzie chcą losy — w pobliżu świątyni
W Pallenie. Tam ja będę, gdy się to uczyni,
Na waszej leżąc ziemi, przyjazną opieką
Dla miasta, za to wrogiem w przyszłość ja daleką
Zostanę dla potomków Heraklesa, jeśli,
O łaskach zapomniawszy, które stąd wynieśli,
Z hufcami wojsk wielkimi ten wasz kraj napadną.
Patrzajcie! Jaką zgraję gościliście zdradną!
Lecz wiedząc o tem, po co przybyłem w te strony,
Nie trwożąc słów się boskich? Byłem przeświadczony,
Że ponad wszelkie wróżby silniejsza jest Hera
I że mnie nie opuści, wierna mi i szczera.
Lecz ty nie składaj żadnych ofiar na mym grobie,
Nie skrapiaj krwią mogiły. Już ja im to zrobię,
Że zły mieć będą powrót, wy zasię zyskacie
Podwójnie: wam ku szczęściu ginę, im ku stracie!

ALKMENE.

Więc po co jeszcze zwlekać? Jeżeli dla miasta
I dla potomków waszych szczęśliwość wyrasta
Z tej śmierci, jak słyszycie, czemuż tego człeka
Nie mamy zamordować? Co was po tem czeka,
Sam on to przepowiedział i najbezpieczniejszą
Pokazał dla was drogę. Tą śmiercią dzisiejszą.
Choć wróg to, on was zbawia. Taka jego wróżba!
Hej! brać go! Zamordować! A zwłoki niech służba

Psom rzuci na pożarcie! Pozbądź się nadziei,
Że rozkaz twój mnie znowu z ziem mych wykolei!

CHÓR.

Godzę się na to! Do dzieła, sługusy!
Ja nie mam pokusy,
Aby tą krwią splamić panów
Naszych ojczystych łanów...






Przypisy

  1. Eurysteus.
  2. Persefony, bogini Hadu.
  3. Gałązki oliwnej, symbolu proszących.
  4. Makarii.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eurypides i tłumacza: Jan Kasprowicz.