Helenka (Zapolska, 1923)
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Helenka |
| Podtytuł | Obrazek |
| Pochodzenie | „One” |
| Wydawca | Instytut Literacki „Lektor“ Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1923 |
| Druk | Zakłady Graficzne H. Neumana we Włocławku |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
O! nie płacz, dziecię, nieszczęśliwa
Łza twoja — to nie rosa żywa,
Nie zbudzi trupa z grobu — nie.
(Demon)
Było to bardzo drobne i zbiedzone dziecko.
Miała lat dwanaście, a wyglądała najwyżej na dziewięć.
Tysiące ludzi przechodziło koło niej, potrącając ją i popychając bezwiednie. Ona usuwała się każdemu, a mimo to była wiecznie komuś na zawadzie. Gdy niosła drzewo lub wodę, chłopcy uliczni rzucali na nią kamieniami lub zamarzłem błotem. Ona szła dalej, nie ocierając nawet włosów, które, zmoczone brudnym śniegiem, przylegały do jej skroni.
Zimą i latem odziana była jednakowo; gdy wielkie mrozy dokuczały ludziom, okrywała ją matka dziurawą kamlotową chusteczką z resztą zrudziałych frędzli.
Najczęściej szła boso, brnąc w śniegu, lub ślizgając się po lodem okrytych flizach. Często padała, ku wielkiej pociesze uliczników, a gdy wstawała po to, aby upaść powtórnie, radość chłopców nie miała granic. Konewka, którą nosiła wodę, była niewiele co mniejsza od niej samej, a przez dziurawe dno lała się woda strumieniem. Dlatego to można było spotkać Helenkę najczęściej koło rezerwoaru, pochyloną nad kamienną balustradą lub niosącą z największym wysiłkiem nigdy nienapełnioną konewkę. Zimna, zlodowaciała woda płynęła strugą na jej drobne, sine od mrozu nogi, siekąc je nielitościwie, jak uderzenie ostrego bicza. Helenka szła dalej, nie zważając ani na ból, ani na zimno.
Wiedziała, że musi dostarczyć dziennie tyle a tyle konewek wody i przynieść węgle i drzewo z pobliskiego sklepiku. Inaczej nie dostanie obiadu.
Była to niezmiernie wrażliwa natura, a mimo to skupiona i zamknięta w sobie. Odczuwała instynktownie piękność słonecznego ranka, a noc księżycowa nie pozwalała jej zamknąć powiek. Często zatrzymywała się na środku ulicy, patrząc wielkiemi, ciemnemi oczami w słońce; nie czyniła tego dla prostej zabawki — wiodła nią ciekawość wielka: „co też tam w górze tak błyszczy?“ Raz jeden widziała w kościele u Jezuitów takie same promienne widziadło, tylko o wiele mniejsze, i oczy od patrzenia na nie napływały łzami. Słońce to błyszczało w ręku księdza, strojnego w czerwony ornat i białe muśliny. Ludzie schylali dokoła głowy, a chłopcy dzwonili w srebrne dzwonki. Helenka patrzyła na to złote zjawisko, od którego biły promienie, i porównywała jasne słonko, ujrzane wśród szarego ranka, do tej świetlanej gwiazdy, którą ksiądz w ręku trzymał.
Mówiono jej, że to Pan Jezus zeszedł na ziemię, aby błogosławić spracowanym ludziom. Chętnie temu wierzyła, bo według niej najwspanialszym dotąd ujrzanym przedmiotem było... słońce. Pan Jezus w kościele był niejako tem samem słońcem, błyszczącem wśród chmur wonnego kadzidła. To słonko w górze, całe w złocie, zdawało się zstępować na ziemię i uśmiechać się do schylonego tłumu. Było wtedy tak blisko Helenki, że serduszko jej biło mocno na ten dźwięk srebrnych dzwonków, zwiastujących chwilę błogosławieństwa. Klęcząc wśród olbrzymiej świątyni, zasłuchana cała w poważną pieśń, płynącą pod sklepienie kościoła, przyciskała zmarznięte ręce do piersi i wpatrywała się całą siłą w monstrancję, którą siwy ksiądz wznosił wysoko ponad głowy ludzi.
Tak, bezwątpienia, to było słonko, to samo słonko, co w lecie wzlatywało purpurowym ptakiem ponad domów szczyty, a w zimie wstawało wolno, smutnie świecąc nad zamarzłą ziemią. Gdy ksiądz po błogosławieństwie chował monstrancję do złoconej kapliczki, która na ołtarzu stała, Helenka czuła się tak nieszczęśliwą, jak w dniu, w którym chmury słońce zasłaniały. Tak samo gasły jej rozpromienione oczy, a znędzniała postać kuliła się do ziemi. Razem ze zniknięciem promiennych widziadeł zamierało w niej to, co stanowiło duchową stronę jej istoty. Stawała się znów biedną maszyną, nędznie odzianą, przeznaczoną do noszenia wody i drzewa.
Od chwili przyjścia na świat nie zaznała nigdy lepszej doli. Nad kołyską Helenki nie zawisła nigdy serdeczna matuli piosenka. Ciepła pieszczota nie zamknęła jej ocząt do snu, ani nie utuliła płaczu dzieciny. Gdy przyszła na tę ziemię, otwarła szeroko ciemne źrenice i spojrzała dokoła. Zobaczyła tyle nędzy, smutku i biedy, że przerażona zamknęła czemprędzej oczęta i nawet płakać przestała. I leżała cichutko w swej nędznej pościółce, znosząc głód i zimno z dziwną cierpliwością. Biedne dziecko instynktem przeczuło, że płacz na nic się nie przyda i nikt nie użali się nad jej biedą. Czasem tylko dwie duże łzy toczyły się po tej drobnej twarzyczce, młodością swą porannej, a smutkiem podobnej do nocy.
Nie była przecież sierotą, ale przyszła na świat nie w porę i sprawiła wiele kłopotu swej matce. Niosła z sobą zamiast radości i wesela wstyd i smutek tylko. Biedna praczka, nie mając sama dostatecznych środków do życia, powitała córkę przekleństwem i nazwała ją „utrapieniem.“ Gdy podniosła się z łóżka i napowrót do balji stanęła, dziecko stało się zawadą wielką. Mimowoli wiązało ją ono z domem i krępowało zarobek dzienny. Praczka musiała kilkakrotnie biec do domu, a choć doglądanie córki niewiele jej zajmowało czasu, zawsze to nie podnosiło jej w oczach jej chlebodawców.
Nakoniec pewnego jesiennego ranka wiejska baba zabrała Helenkę. Praczka dała za wychowanie córki umówioną kwotę trzech reńskich i pół funta skradzionego cukru. W wiejskiej, dusznej i brudnej chacie wzrosło to biedne dziecko, mając za całą rozrywkę złote słonko, świecące nad jego smutną główką. Do słonka tego dążyła siłami całemi, uciekając z chałupy i chowając się za rozwalone przybudówki. Gdy jasny, ciepły promień oblał ciało dzieciny, ona podnosiła bladą i jakby spuchniętą twarzyczkę, a przymrużając oczki, rozkoszowała się w tem cieple jak kot grzejący się w popiele. Mirjady muszek tańczyły w tej złotej strudze, płynącej z wysoka, a Helenka wyciągała ku nim rączęta i starała się uchwycić te drobne, drgające rozbawieniem stworzonka. Nie umiała sobie zdać sprawy z tego, co zsyłało jej ciepło i światło. Była za maluchna, aby patrzeć prosto w górę i widzieć złotą tarczę słoneczną. Czuła, że jej dobrze i niewypowiedzianie błogo, i dlatego, przewracając się po niezliczone razy, sunęła ku przybudówkom. Gdy później we Lwowie ujrzała złotą monstrancję w rękach księdza i usłyszała, że to jest Pan Jezus, schodzący na ziemię, — Bóg i słońce zlało się dla niej w jedno. Nie umiała rozłączyć jednego od drugiego, a świetna, błyszcząca monstrancja była według niej tem samem słonkiem, co jej ciepło i światło zsyłało. W milczeniu stworzyła sobie własną religję, opartą na oddawaniu czci Bogu w świetlanej, słonecznej aureoli, i dobrze jej było z tą wiarą i z tym pacierzem, szeptanym wśród purpurowych blasków.
Helenka była bezwiednie poganką, ochrzczoną według ceremonjału katolickiego kościoła, ale wątpię, czy Bóg gniewał się za to zestawienie Go z cudowną gwiazdą, świecącą wśród dnia białego.
Na złotym słońca promieniu wzlatywała w niebo czysta modlitwa drobnej, wybladłej dzieciny. Modlitwa ta składała się ze słów: „Boziu! Boziu!“ — i byłaby dla ludzi niezrozumiałą. Aniołowie przecież tłumaczyli Stwórcy tę skargę dziewczynki, smutną prośbę o chleb, skargę na zimno lub spiekotę i hymn uwielbienia dla złotego Boga.
Przybrana matka Helenki nie troszczyła się o nią wcale. Dawała jej trochę ciemnego chleba, a czasem odrobinę mleka, i zostawiała jej zupełną swobodę. Że Helenka nie została zjedzoną przez trzodę chlewną, lub nie oblazła ze skóry, oblawszy się ukropem, winna tylko przychylności losu, bo trzeba jej oddać sprawiedliwość, że czyniła wszystko, co można, by zginąć jedną z tych dwóch rodzajów śmierci.
Rosła bardzo powoli i rozwijała się bardzo tępo. Opiekunka nie biła jej nigdy, ale nie rozmawiała z nią wcale. Dlatego dziecko nierychło zaczęło mówić, a zaciśnięte usteczka nie wydały prawie nigdy radosnego okrzyku.
Gdy doszło do lat trzech, nastąpiła zmiana w jego życiu.
Rodzona matka Helenki zaprzysięgła dozgonną wiarę stróżowi kamienicznemu, Maciejowi Olejarek. Zamieszkała odtąd z mężem i prowadziła pralnię na własną rękę. Maciej słyszał coś o błędach młodości nadobnej Marysi, ale zapowiedział, że skutków ich na swych barkach nosić nie myśli. Jakież więc przykre wrażenie sprawiła Helenka, ukazując się nagle na progu pralni, prowadzona przez swoją dotychczasową opiekunkę. Powracającą pod skrzydło matki dziecinę powitało przekleństwo i słodkie miano „utrapieńca“. Chłopka energicznie zrzekła się praw prowadzenia dalszego wychowania Helenki, motywując to zrzeczenie się brakiem funduszów. Trzy reńskie i pół funta cukru znikły przez trzy lala, a praczka nie śpieszyła się z uiszczeniem następnej zapłaty.
Helenka pozostała u matki pomimo oznak niezadowolenia ze strony Macieja i przekleństw praczki. Zaczęło się więc życie smutne i pełne przerażającej jednostajności dla biednej dzieciny.
Poniewierana od samego ranka, czuła bezwiednie niewłaściwość swego w domu istnienia i niemal wstydziła się samej siebie. Dnie całe przepędzała skulona w kąciku koło okna, nie śmiąc przemówić, a w chwilach utarczek małżeńskich odetchnąć prawie.
Często podczas obiadu zapominano o niej. Nie odzywała się wtedy, tłumiąc łzy, cisnące się jej do oczu. Gdy praczki parzyły bieliznę, Helenka kaszlała cichutko, zasłaniając sobie usta brudnym flanelowym kaftanikiem. Gorąca para, unosząca się dokoła, gniotła delikatne płuca źle odżywianej dzieciny. Na blado-zielonem tle wilgotnej ściany rysowała się jej mała jasna główka, wciśnięta w drobne i wychudłe ramiona. Podarta spódniczka okrywała wychudłe i bose nóżki, a przez źle zapięty kaftanik widać było wąską klatkę piersiową, na której skóra nosiła często ciemno-sinawe pręgi. Bito ją niejednokrotnie bez żadnego powodu, ot! poprostu dlatego, że na świat przyszła.
Najczęściej biła ją matka w przystępie złego humoru, co się zdarzało kilka razy w ciągu doby. Powoli stało się to zwyczajem, że, ile razy praczka przeszła koło skulonego pod ścianą dziecka, uderzała ją w głowę, życząc jej śmierci. Życzenia Helenka rozumieć nie mogła, szturchańce przecież rozumiała dobrze. Główka jej, uderzona silną dłonią, odbijała się o ścianę z głuchym łoskotem, a czerwona fala zalewała jej oczy. Cierpiała potem silny ból i zawrót głowy, a myśli jakoś trudno wiązały się ze sobą.
Nazwa „utrapieniec“ przyrosła do niej razem z flanelową spódniczyną i kaftanem. Tak nazywała ją matka, przybrany ojciec i pomocnice, zgodzone na dnie do prania lub prasowania bielizny.
Te czerwone i tęgie kobiety, z rękawami zawiniętemi po łokieć, a muskułami jak u tragarzy, przerażały Helenkę i rosły w jej wyobraźni do nadludzkiej potęgi. Gdy, stojąc przy balji, z rozpustnym żartem na ustach wyciskały wodę z prześcieradeł, lub chwytały całe stosy koszul, wrzucając je do wanienek, z trwogą tuliła się do wilgocią okrytej ściany.
W wyobraźni dziecka tylko złe duchy mogły mieć tak wielką siłę, — ona przecież była tak słabą, że garnuszka unieść nie mogła. Często w nocy majaczyła, widząc poza obłokami z pary twarze Magdaleny lub Jacentowej — groźne, sine od gorąca i zaduchu.
Całą rozrywkę Helenki stanowił duży biały kot, który od czasu do czasu wskakiwał przez okno i kładł się na stosach brudnej bielizny. Helenka, przyzwyczajona do zwierząt, wyciągała doń rączki, ale kot nie zwracał uwagi na malutką dziewczynkę. Helenka postanowiła w inny sposób pozyskać względy kota. Z obiadu schowała kawałek zimnego kartofla i z biciem serca wyczekiwała przybycia zwierzęcia. Dwa dni nie zjawił się kot wcale, a Helenka z trwogą ukrywała kartofel, drżąc co chwila, aby matka lub która z praczek nie odebrały jej przynęty. Gdy wreszcie kot pokazał się na oknie, Helenka zarumieniła się z radości i przysiadła na ziemi. Kot zeskoczył z okna i szedł w kierunku porozrzucanej bielizny. Helenka, o ile można najciszej, zawołała „Kici!“ i pokazała mu kartofel. Kot stanął, obejrzał się, a dziecko powtórzyło wołanie i wychyliło się z kącika, pragnąc podać kotkowi zimny i twardy kartofel.
Na nieszczęście, matka dostrzegła tę występną zabawkę i jednem uderzeniem w głowę dziecka przerwała długo obmyślany efekt. Kot uciekł i nie pokazał się więcej, a Helenka, przytulona do ściany, połykała łzy, patrząc na leżący na ziemi kartofel.
Niedziela i święta były najgorszemi dniami w życiu Helenki.
Państwo Maciejostwo zamykali zwykle stancję i szli na spacer. Helenka zostawała sama i kładła się najczęściej na ziemi, lub siadała koło okna. Drzemała, lub patrzyła przed siebie, oczekując zmroku. Razem z tym zmrokiem wchodzili do izby jej rodzice, zwykle podchmieleni, nierzadko prowadząc za sobą również podchmielonych gości.
Helenka uciekała wtedy w najciemniejszy kącik, a gdy na długim stole zjawiły się flaszki, dziecko wiedziało z doświadczenia, co je czeka. Gdy goście po tym traktamencie opuszczali izbę, małżeństwo rozpoczynało zwykle kłótnię, w której istnienie Helenki główną grało rolę. Matka zaprzysięgała się, że „urwie temu utrapieńcowi głowę, aby już raz z oczów zeszła“, — a Maciej w gorzkich wyrazach wypowiadał jej błędy i zdrożności, których Helenka była wymownym dowodem.
Raz pośród najgwałtowniejszej utarczki Maciejowa porwała dziecko i chciała mu głowę o mur roztrzaskać, ale skończyło się na kopnięciu nogą i wyrzuceniu dziewczynki do sieni.
Gdy Helenka siedziała tak pociemku, opierając rozpalone czoło o kamienne słupy przedsionka, w umyśle jej powstała nagle rozpacz wielka. Zrozumiała nareszcie, że jej zawiele na świecie, i że dla niej niema spokojnego kątka. Była taka mała, a zajmowała tyle potrzebnego miejsca! Ale któż na tem miejscu mógłby się pomieścić? kot albo pies najwięcej.
Gdy podrosła, zrozumiała jeszcze bardziej niedolę swoją. Wykradała się na wąski i brudny dziedziniec i tam siadała, przytulona koło rynny, z której płynęły białe szumiące mydliny. Gromada bosych, obdartych dzieci tańczyła po nierównych brukowych kamieniach, śpiewając cienkiemi głosami dzikie i niezrozumiałe melodje. Dokoła nich wznosiły się szare, brudne mury kamienicy o wąskich ciemnych oknach. Okna te, pootwierane, wyrzucały z siebie gwar rozmów lub zapachy potraw, a zamknięte błyszczały niepewnym, niezdrowym blaskiem jak oko suchotnika.
Siedząca pod ścianą dziewczynka patrzyła zwykle przed siebie smutnie, prawie bezmyślnie, a drobne jej rączki wisiały bezwładnie po obu stronach wychudłego ciała. Nie łączyła się nigdy z gromadą tańczących dzieci, nie zazdrościła im swobody, z jaką wybiegały na ulicę, aby tam obrzucać kamieniami przechodniów. Od czasu do czasu podnosiła swe wielkie ciemne oczy i patrzyła na kawałek błękitnego nieba, oprawionego w zczerniałe dachy domów. Przypominało jej to wieś, przybudówki, słońce...
Podwórko było wiecznie ciemne i smutne; na drugiem piętrze kłócono się bezustannie, a krzyk i hałas wpadał nagle w tę ciemność i smutek jak zgrzyt noża lub skrzyp karawanu.
Czasem zjawiał się kataryniarz, ale grał smutne melodje; skarga umierającej Violetty lub Donny Sol płynęła wzdłuż szarych murów, zlewając się z wilgocią, pokrywającą ściany, i zaglądając do wpółotwartych okien. Często ktoś umierał, zwłaszcza w poprzecznej oficynie, postawionej niedawno bez asfaltowego podkładu.
Gdy w mieście panowała ospa lub dyfterja, wynoszono stamtąd małe trumienki jedne za drugą. Helenka zrozumiała wtedy, co jest śmierć, ta śmierć, której matka życzy jej codziennie, i z zazdrością spoglądała na te czarne, małe trumienki, które nawpół pijani ludzie nieśli pod pachą lub na ramionach.
Pragnęła szczerze, by i ją zamknięto w takiem pudełku. Spałaby tam spokojnie na poduszeczce z białego perkalu i na prześcieradełku, pokrywającem trochę wiórów stolarskich. Byłoby jej tam dobrze, błogo nad wyraz. Uniknęłaby szturchańców matki i prześladowań praczek.
Szczęśliwi umarli! — oni tak śpią spokojnie, nie wiedząc nawet o tej zazdrości, którą budzą wśród żywych. Ileż to westchnień zazdrości płynie z naszych piersi na widok wolno posuwającego się karawanu! — Tam cisza i spokój wieczny...
Gdy Helenka trochę podrosła, zaczęto ją używać do rozmaitych posług. Spełniała je z początku z chęcią wielką. Dozwalano jej wychodzić po chleb i krochmal do pobliskiego sklepiku. Była tak mała, że wspinała się na palce, aby położyć trzymane w ręku pieniądze i wziąć paczkę, podawaną jej przez otyłą sklepiczarkę. Wnętrze sklepiku napełniało dziecko dziwnem uszanowaniem.
Te wiązki drzewa, te rzędy mioteł, te słoiki, pełne rozmaitych, dziwacznych przedmiotów, ten krochmal, zsypany do skrzyni z rozrzutnością najwyższą, wszystko to, spowite w półcieniu, miało urok dostatku i bogactwa.
Głównym przedmiotem jej zachwytu był jednak rycerz cukrowy, rozpłaszczający swój zielony mundur o brudne ściany szklanego słoika. Rycerz ten siedział na koniu i śmiał się połową twarzy o zakręconym, czarnym jak smoła wąsie. Koń miał również zieloną grzywę i ogon, a wspaniała trawa, po której deptały cieniuchne nóżki rumaka, zieleniła się piękną seledynową barwą, przystrojoną czerwonemi centkami. Helenka nigdy nie widziała nic podobnie pięknego. Nawet żywi oficerowie nie wydawali się nigdy tak pięknymi, jak ten rycerz w zielonym spencerku.
Stała więc przed rycerzem pełna zachwytu. Był to inny rodzaj niemej ekstazy, niż ten, który ją ogarniał wobec promieni słonecznych.
Pod gorącym blaskiem słońca dusza dziewczynki budziła się nagle z pragnieniem dla niej niezrozumiałem. Mimowoli wspinała się na paluszki, pragnąc ulecieć w powietrze; było jej źle na ziemi, a ludzie zdawali się brudni i nad wyraz wstrętni. Te złote promienie miały dla niej siłę atrakcyjną, podnoszącą ją ponad tłum i przemawiającą do niej niezrównaną harmonją.
Wobec rycerza w zielonym spencerku Helenka doznawała zupełnie innego uczucia. Usta jej mimowoli składały się do uśmiechu, ręce cisnęła do piersi i stała tak długo, wpatrzona w zieloną końską grzywę, z uwielbieniem dla człowieka, który stworzył to arcydzieło z mąki i farby.
Zachwyt, spowodowany widokiem zielonej kurtki, był więcej zmysłowy, jeśli porównania tego godzi się użyć w tym razie.
Och! jakże byłaby uszczęśliwiona, gdyby ten rycerz należał do niej do niej wyłącznie! I rodziła się w jej serduszku miłość dla tego farbowanego cukierka, pragnęła go, marzyła o nim wśród nocy bezsennych.
Złote słonko nie budziło w niej tych pragnień gorących, — ono błyszczało cudowniej, lejąc złote promienie na jej drobną główkę, i napełniało ją uczuciem słodkiego rozrzewnienia. Łzy mimowoli cisnęły się do jej ocząt, a pierś przepełniał nadmiar oddechu. Na widok rycerza Helenka doznawała zawrotu głowy, a w piersi uczuwała szczególne ściśnienie. Nie umiała sobie zdać sprawy z tego, co się w niej działo, czuła przecież, że coś niezwykłego.
Powoli w życiu Helenki nastały zmiany.
Miała już lat siedem i używano ją do cięższych posług: poruczono jej noszenie wody w niewielkim zielonym dzbanku i węgli w starym popsutym koszu.
Dnie mijały szybko, ale dziewczynie nie przybywało wzrostu. Rosła powoli, a głowę bezustannie chyliła ku ziemi. Plecy miała zaokrąglone, jakby wiecznie w pogotowiu do odbierania kułaków. Włosy obcięte krótko, niemal ostrzyżone, nadawały jej postać chłopca, przebranego w podartą spódniczkę. Było to uosobienie nędzy i smutku.
Dzień cały nosiła wodę, a wieczorem zasypiała zmęczona na brudnym podartym sienniku. Powoli dzbanek, którym wodę nosiła, zamienił się na konewkę, niemal tak dużą jak ona sama. Ciężko jej było nad wszelki wyraz, ale nie skarżyła się nigdy, bo i komuż miała się poskarżyć?
Nagle w życiu Helenki zaszła wielka zmiana. W ciasnej izdebce stróża rozległ się żałosny płacz dziecka. Wśród chmurnej listopadowej nocy zesłał Bóg jedną więcej na świat niedolę.
Helenka szeroko rozwartemi oczyma patrzyła na nowonarodzoną siostrzyczkę. Skąd przyszła ta drobna istota, płacząca tak żałośnie wśród ciszy nocnej? Helenka nie umiała rozwikłać tej zagadki, patrzyła tylko na małą dziecinę i czuła, że oczy jej łzami zachodzą, a w sercu rodzi się nagle miłość wielka, o! stokroć razy większa, niż ta, którą czuła pod gorącym słońca promieniem lub na widok cukrowego rycerza.
W tem drobnem znędzniałem dziecku zbudziła się kobieta z całą miłością i pełnią uczucia. Nieszczęście i opuszczenie przygotowały to przebudzenie, zbyt wczesne, nieprawidłowe zapewne. Przed doznaniem miłości kochanki serce dziewczęcia drgało uczuciem macierzyńskiem. W ciemnym kąciku kuchni, gdzie Helenka zwykle sypiała, dało się słyszeć jakieś przyciszone łkanie, wtórujące płaczowi dziecka. Powoli Helenka podniosła się ze swego posłania i szła prosto do trzcinowej kołyski, w której złożono nowonarodzone.
Była sama z dzieckiem, spowiniętem już i wykąpanem. Wszyscy krzątali się w drugim pokoju i częstowali suto, pijąc zdrowie z nieba zesłanego gościa.
Helenka cichutko zbliżyła się do kołyski i spojrzała do wnętrza. Na grubem białem prześcieradełku leżało maluchne stworzonko, różowe, śmieszne, krzywiące bezzębną buzię na wszystkie strony.
Słabe światło naftowej lampki migotało na przeciwległej ścianie, a rzędem pozawieszane obrazki świętych zdawały się drzemać w półcieniu. Helenka stała chwilę zafrasowana, dziecko płakało ciągle od zimna. Helenka zdjęła ze siebie podartą spódniczynę i otuliła siostrzyczkę. Otulając, dotknęła drobnej, maluchnej twarzyczki — i znów ogarnęło ją rozrzewnienie wielkie.
— Jaka ona mała! jaka ona biedna! — myślała, patrząc na dziecinę, — ona biedniejsza ode mnie.
I pochyliła się nad kołyską, składając na czole siostry serdeczny, długi pocałunek.
Ach! całe lata nieokreślonej tęsknoty, całe skarby miłości, jakie dziecko na świat ze sobą przynosi, całą miłość zlała w tym jednym pocałunku!
Był on tak smutny jak skarga sieroty, tak gorący jak łza opuszczonej kobiety.
Dziecko pod wpływem tej pieszczoty uspokoiło się bezwiednie i zasnęło cichutko. Helenka ujęła jedną ręką brzeg kołyski i poruszała ją lekko. Dziecię spało ciągle spokojne, bez troski, nieświadome o swem własnem istnieniu.
Deszcz bił w szyby z zaciętością wielką, a głuchy szmer wody, spadającej z rynny, mieszał się do gwaru, wychodzącego z drugiej izdebki. Helenka stała wciąż przy kołysce dziecka, tamując oddech i patrząc ciągle w uśpioną siostrzyczkę. Drobna jej postać urosła prawie pod wpływem tej radości, jakiej doznała, uspokajając dziecinę. W jednej koszulce zgrzebnej, połatanej, chuda, zbiedzoną, nie jaśniała wprawdzie pięknością anioła, ale miała w sobie tyle uroku i wdzięku niewieściego, że szlachetniała i piękniała wśród ciemnej izdebki. Na bladem czole dziewczątka osiadała powoli troska macierzyńska i zarysowała się wśród płowych brwi cieniuchną zmarszczką. Przyszła ta zmarszczka przedwcześnie i rozpoczęła królowanie swoje; ale Helenka nie odganiała jej, ani gniewała się na przedwczesnego gościa. Owszem, było jej niewypowiedzianie dobrze i błogo z tą troską w myśli i dzieciną w kołysce. Uśmiechała się i pochylała główkę.
W piersi czuła jakieś ciepło spokojne, poczciwe, które przepełniło powoli ją całą. Stała zasłuchana, zapatrzona w oddech dziecięcia, a w słabem świetle lampy św. Katarzyna uśmiechała się do niej z przeciwległej ściany.
Święta miała długą białą suknię i jasne blond loki. Był to ulubiony obrazek Helenki; nieraz godzinami całemi wpatrywała się w tę piękną kobietę, wybiegającą z czarnych politurowanych ramek. Było to najczęściej podczas długich dni niedzielnych, gdy Helenkę zostawiono samą w izdebkach stróża. Św. Katarzyna stała się mimowoli powiernicą biednego dziecka, dzieliła jego nudę, smutek i trwogę przed nadejściem rodziców. Teraz patrzy przyjaźnie na uśmiechniętą dziewczynkę i przy dogorywających blaskach lampki gore złocistą aureolą.
Gdy Maciej wszedł do izby, był dzień prawie; w ręku trzymał próżną flaszkę i zataczał się, nie mogąc trafić do tapczana. Błędny wzrok jego zatrzymał się chwilę na stojącej koło kołyski dziewczynce.
— Kołysz, bestjo jedna! — zamruczał gniewnie, padając jak kłoda na posłanie.
Helenka nawet się nie obejrzała. Ona nie potrzebowała ani groźby, ani nakazu. Przyszła przecież dobrowolnie i objęła swój obowiązek z ochotą wielką, idąc za jakimś tajemniczym głosem, który w jej serduszku grał piosnkę nieznaną.
Szary jesienny poranek, pełny deszczu i zimna, pukał do szyby, wsuwając zwolna swe szare, niepewne światło do wnętrza izdebki. Helenka stała ciągle przy kołysce, wpatrzona w śpiącą dziecinę, a zsiniałemi od zimna ustami szeptała cichutko:
— Moja siostrzyczka.
∗ ∗ ∗ |
I od tej chwili zaczęły się dla Helenki dnie jaśniejsze, pełne złotych blasków jak majowy poranek. Miłość dla siostry wypełniła jej życie i rozbudziła, wprawdzie zbyt wcześnie, całą duszę tej drobnej istotki. Każdą powierzoną sobie robotę wypełniała z wielkim pośpiechem, pragnąc czemprędzej stanąć u kołyski i czuwać nad siostrzyczką. Nie wychodziła więcej na smutny i ponury dziedziniec, nie spoglądała z zazdrością na czarne wieka trumienek; cały jej świat zamknął się w obrębie małej izdebki, w której rozlegał się od czasu do czasu przenikliwy płacz dziecka. Pośród klątw praczek i szumu zlewanych mydlin dźwięczała smutna Helenki piosenka, którą ona siostrzyczkę do snu kołysała:
O gwiazdeczko, coś błyszczała,
Gdym ja ujrzał świat...
nuciła bosa dziewczynka drżącym i niepewnym głosem. Piosenkę tę zasłyszała na dziedzińcu, gdy ślepa kobieta przyszła śpiewać celem uzyskania jałmużny.
Helenka nauczyła się dwóch zwrotek i śpiewała je teraz, schylona nad śpiącą siostrzyczką:
O gwiazdeczko moja mała
Wiodłaś ty mnie źle!
Jakaś serdeczna tkliwość drżała w tej prostej skardze dziewczęcia.
Śpiące dziecko nie rozumiało słów, które brzęczały koło kołyski jak roje skrzydlatych owadów i wzbijały się pod wilgocią zasnuty sufit izdebki. W kłębach gorącej pary nikła piosenka dziewczyny i osiadała w formie łez na zbrudzonych szybach lub spoconych czołach praczek.
Helenka nuciła piosenkę o gwiazdce ze smutną monotonnością zakonnicy, śpiewającej w politurowanej stalli psalmy nieszporne. Dziecko przecież przywykło do tego cienkiego, przytłumionego głosu, nierównego jak sznurek wysortowanych pereł.
Helenka objęła powoli zupełną opiekę nad drobną swą siostrzyczką: ona układała ją do snu, przemieniała bieliznę, kładła kaftanik i dawała pożywienie, składające się z bułki z mlekiem z niewielkim dodatkiem cukru. Gdy Maciejowa kładła dziecko do kąpieli, Helenka z oczyma łez pełnemi słuchała przeraźliwego krzyku małej i groźnych łajań matki.
Maciejowa przecież nie była surową dla swej drugiej córki. Owszem, kochała ją o wiele więcej niż Helenkę i bezwiednie zrobiła tę ostatnią sługą i piastunką jej siostry. Helenka nie skarżyła się na ten nowy ciężar, przeciwnie, czuła się najszczęśliwszą, gdy ją zostawiono samą przy kołysce siostrzyczki. Siadała wtedy dumna, z poważną miną i wstawała co chwila, aby otulać kołderką drobne ciałko dziewczynki. Uśmiechała się do św. Katarzyny, spoglądającej na nią z zakurzonych ramek, i prosiła świętą, aby jej siostrzyczka miała kiedyś taką samą białą sukienkę i zielone liście na głowie, a włosy złote i długie, och! długie aż do ziemi. Potem marzyła o pięknej karecie ze szklaną szybą, w której jej siostra przejeżdżałaby ulice miasta, niby jaka dama, a ludzie stawaliby na chodnikach i patrzyli z podziwem na tyle świetności.
Ona sama nie brała nigdy udziału w tych wyrojonych przygodach; występowała na scenę tylko wtedy, gdy potrzeba było zmienić suknię atłasową na jedwabną, lub zasznurować trzewiki. Siostra jej była tak bogatą jak ta pani hrabina, mieszkająca na pierwszem piętrze, i potrzebowała ciągłej usługi. Otóż ona, Helenka, miała zająć się tą usługą i pilnować, aby jej pani nie brakło ptasiego mleka.
Godziny całe upływały na tem rojeniu, wysnuwanem z nieprzebranego bogactwa miłości, nagromadzonej w sercu dziewczęcia. Gdy rodzice szli na zwykłą hulankę niedzielną, Helenka uszczęśliwiona zamykała drzwi i śpieszyła do dziecka, leżącego zwykle w kołysce i przykrytego mnóstwem podartych chustek i szmat. Porządkowała jak mogła owo nakrycie i zajmowała się przyrządzaniem jadła w małym, na ten cel przeznaczonym garnuszku.
Gdy dziecko się niecierpliwiło, uspokajała je, przemawiając do niego pieszczotliwie i obiecując nadzwyczajne przyjemności, których punktem kulminacyjnym miała być owa bułka, rozrobiona mlekiem i zaprawiona cukrem i małemi okruszynami węgli lub popiołu. Gdy dziecię najedzone usnęło, siadała Helenka na małym stołeczku przy kołysce i, poruszając kolebką, snuła owe marzenia, owijające się jak pajęczyna koło śpiącej dzieciny.
Mróz na szybach malował fantastyczne kwiaty, strojne w imitacje lśniących brylantów; pobudzona miłością imaginacja dziewczęcia tworzyła jeszcze piękniejsze kwiaty, któremi zdobiła skronie śpiącego dziecka. Na ulicach roiły się tłumy przechodniów, setki ludzi staczały bój krwawy, starając się swoje „ja“ postawić nad wszystkich; każdy z tych dążących gdzieś ludzi potrącał w egoizmie swoim słabszych i rozpierał się na zdruzgotanem szczęściu innych; każdy wreszcie marzył o szczęściu, które miało być „jego“ udziałem, a w lichej izdebce, wśród mroku zimowego dzionka, snuje się z głowy biednego dziewczęcia bajka, w której zaczarowaną królewną nie ona przecież sama, nie jej to ręka zgarnia błoto i perły, nie jej szyja lśni djamentową rosą!
Nie, — onaby rada wszystkie skarby świata złożyć u stóp tej kołyski, w której śpi jej ukochanie serdeczne, koronę z promieni słonecznych zawiesić nad tą drobną główką, w snop światła księżycowego jak w sukienkę dziecko owinąć, a kobierzec z gwiazd utkany rzucić pod nogi.
I Helenka mimowoli staje się poetką, z główki swej cichutko, bez trudu, snuje poemat, pełen czarownych blasków, a rozjaśniony miłością jak ciemna noc gwiazdą poranną. Pochyla się nad kołyską; — o szczęście! dziecię uśmiecha się przez sen, uśmiecha się tym jasnym, przejrzystym uśmiechem, który zakwita tylko na ustach niewinnych. Helenka jest w tej chwili bardzo szczęśliwa; — wydaje jej się, że śpiące dziecko słyszy jej marzenia, że i ono pragnie mieć strojne suknie, karety i roje sług na rozkazy, — klęka więc przy kołysce, a głowę na krawędź pochyla. Łzy gorące spływają po jej zbiedzonej twarzyczce. Gdyby wszakże zapytano: „Czego płacze?“ nie umiałaby odpowiedzieć.
Wie tylko, że dawniej płakała z bólu i szarpiącej ją tęsknoty za czemś nieznanem, — dziś te łzy jej nie bolą i nie tęskni już za niczem. Wśród chmurnej nocy listopadowej zesłał jej Bóg tę drobną dziecinę i zamknął w tem dziecku cały jej świat marzeń, miłości i pragnień. Od tego dnia żyje ona tylko życiem swej siostry i oddycha jej piersią, cierpi jej cierpieniem, cieszy się jej uśmiechem. Ona dla siebie samej nie istnieje, nie pragnie dla siebie nic i nie troszczy się o przyszłość swoją. Całą nadzieję, miłość i szczęście złożyła ta mała mateczka u stóp tej kołyski i drży o los swej przybranej córki, i pragnie ukraść szczęsną dolę, aby ustroić w nią przyszłość dziecka. Pracuje teraz z podwójną ochotą i nosi konewki wody z pilnością wielką.
Nawet blade zimowe słonko straciło swój urok w oczach Helenki; — dla niej słonkiem promiennem jasna główka siostry, do niej więc dąży po uśmiech, pieszczotę. Nadeszła wiosna, strojna w kwiaty jak dziewczyna, na bal śpiesząca.
Do wilgocią przesiąkłych ścian mieszkania praczki wpadł nagle powiew ciepłego, ożywczego tchnienia i zatrzymał się na progu, zdziwiony duszną, niezdrową atmosferą pralni.
Czyste, pełne tajemniczego uroku tchnienie wiosenne zmięszało się powoli z wonią mydlin i gorących wyziewów, tak jak strojna i pachnąca dziedziczka miesza się w tanecznem kole z parobkami, przynoszącymi jej wianek w dniu dożynek.
Ponure podwórze ożyło pod wpływem wiosennego ciepła. Powoli otwierały się okna z trzaskiem odrywanego kitu i wypuszczały z wnętrza mieszkań cały ponury smutek zimowy.
Bose, nawpół odziane sługi stały w oknach, myjąc szyby i wycierając je kawałkami szarej bibuły. Z całą niedbałością życia przechylały się nad kilkopiętrową przepaścią, starając się oczyścić zczerniałe ramy. Nawet wybuchy śmiechu wybiegały z piersi tych kobiet, które w jednej chwili nierozważnem posunięciem nogi mogły stanąć w królestwie śmierci. Pod ich stopami nierówne, śpiczaste kamienie wyciągały się rzędami jak olbrzymie zęby przedpotopowych zwierząt. Rzec można, że bruk ten prosił o świeże, młode ciało dziewczyny, pragnąc nasycić swe kamienie ciepłą krwią, pełną ożywienia wiosennego.
Szare mury kamienicy stały przecież niewzruszone, ciemne, smutne nawet wobec tej wiosny, której rozkoszny płaszcz spływał na ziemię. Z otwartych okien lały się powoli strugi brudnej wody, wsiąkając w szczeliny ścian i zostawiając chwilowo lśniące pasy na ciemnem tle.
Z pierwszego piętra wyrzucono nagle sporą ilość zżółkłego mchu, schorowanego w zimowej wilgoci i pomieszanego ze zwiędłemi jagodami ponsowej jarzębiny. Mech ten rozpostarł się na bruku, śmiejąc się smutną, wyniszczoną zielonością, — niezdolny do dalszego użytku, wyrzucony przed spodziewaną świeżością roślinną.
Koło tego mchu stała gromadka dzieci, brudnych, wynędzniałych, z wyrazem rozpusty na pobladłych twarzach. Były one dziwnie podobne do zwiędłych jagód jarzębiny, do których wyciągały ręce. Wśród zacieśnionego podwórka, otoczonego dokoła wilgotnemi murami, wyglądały jak suchotnicze roślinki, wyrosłe na dnie wielkiej studni. Nad niemi rozpościerał się szmat nieba, czysty, pełen obietnic wiosennych. Chwilami w tę głęboką studzienną przepaść wpadał gwar uliczny, cała poezja i proza życia, pełna turkotu dorożek, dźwięków katarynki i tego nieokreślonego szumu, wynikającego z ruchu setek przechodniów. Z otwartego okna pralni wybiegały od czasu do czasu kłęby białej pary, gorącej i przesiąkłej wyziewami bielizny. Para ta nikła w ciemnej i wąskiej przestrzeni wraz z wybuchami śmiechu myjących okna służących lub z turkotem przejeżdżającej dorożki. Otwarta brama świeciła jak oko cyklopa na ciemnem tle sieni i słała gruby promień światła na chropawe deski, zalane potokami wody.
W bramie stanęła drobna postać dziewczęcia i oparła się chwilę o ścianę. W ręku trzymała wielką konewkę i szła napełnić ją wodą. Ciemne włosy, krotko przystrzyżone, spadały jej na czoło, kryjąc brwi i wielkie, ciemne oczy. Całe ciało drobne, płaskie, nierozwinięte raziło wobec tego rozkosznego rozkwitu wiosny i powietrza pełnego obietnic. Stała w bramie jak czarna plama na tle jasnych promieni, które przez otwarte drzwi słały się pod jej drobne stopy.
W tym złotym blasku wydawała się jeszcze nędzniejsza, pełna smutku i sierocej tęsknoty. Nagle do bramy weszła piękna i wysoka kobieta, strojna w jedwabie i koronki. Szła wesoła, uśmiechnięta, niosąc w fałdach swej sukni szum uliczny i ciepło młodości. Musiała być zakochana, bo całe jej ciało drgało nerwowo, a z oczu biły prądy, dla wzroku nieuchwytne, a tylko rozbudzonej duszy zrozumiałe. Przejście z dziennego światła do ciemnej i ponurej bramy uderzyło ją niemiło. Wstrząsnęła główką i zmrużyła oczy, powoli jednak przyszła do siebie i zaczęła rozglądać się dokoła, jakby szukając kogoś lub czegoś. Nagle wzrok jej padł na stojącą przed nią Helenkę, która, zdziwiona widokiem tej pięknej kobiety, stała nieruchoma, z ręką opartą o krawędź konewki. Było to dla niej zjawisko niezwykłe, zwłaszcza w bramie tej kamienicy. Na ulicy chodziło wiele pięknie ubranych kobiet, ale takiego przepychu, a zwłaszcza z tak bliska, Helenka nie widziała nigdy. Mimowolną czcią przejęta, usunęła się w najciemniejszy kąt sieni, wlokąc za sobą konewkę i patrząc z pod oka na zgrabne nóżki owej damy, obute w śliczne buciki ze złotawej skórki. Jednak nieznajoma postąpiła kilka kroków i, pochylając swą wdzięczną postać, zapytała miłym, słodkim głosem:
— Czy nie wiesz, moje dziecko, gdzie mieszka adwokat S...? Mówiono mi, że w tym domu.
Helenka wiedziała dobrze, gdzie mieszka adwokat. Wszak matka jej prała dla niego bieliznę, a ona często pomagała jej nosić kosze, pełne gładko wyprasowanych koszul, sztywnych jak mumie, a lśniących jak powierzchnia zwierciadła. Pan adwokat nie mieszkał przecież w tej kamienicy, — o! nie.
Był to piękny mężczyzna o rudawych gęstych wąsach i chodzący w zimie w długiem szarem palcie. Mieszkał naprzeciwko, w ślicznym trzypiętrowym domu z wielkiemi oknami i jasnem, czystem podwórkiem. Wchodziło się do mieszkania pana adwokata po woskowanych schodach z kolorowemi szybami, zupełnie tak jak w kościele.
Helenka wiedziała o tem bardzo dobrze i chciała to wszystko opowiedzieć stojącej przed nią pani, ale... nie mogła.
Zabrakło jej głosu, a w gardle doznała dziwnego ściśnienia, które jej nie dozwoliło przemówić słowa. Przytem te złociste buciki, lśniące zielonawym blaskiem wśród promieni słonecznych, onieśmielały ją najwięcej. Zdawało się jej, że to dwie muszki, które wpadły wśród wiosennego ranka i teraz migocą w jasnym blasku, urągając jej bosym, zczerniałym stopom, kryjącym się w cieniu.
Milczała więc, tuląc do zapadłej piersi brudne ręce, i, przyciśnięta do ściany, pragnęła zrobić się coraz mniejsza w celu zniknięcia z przed oczu pięknej pani.
Ale ta ostatnia pragnęła widocznie dowiedzieć się koniecznie o mieszkaniu adwokata, bo tak samo łagodnym i słodkim głosem powtórzyła swe zapytanie, a wyjąwszy z eleganckiej portmonetki nowy srebrny pieniążek, wyciągnęła rękę, strojną w piękną, cienką rękawiczkę.
— Weź to, mała — dodała, wsuwając w zaciśniętą rękę Helenki dwadzieścia centów, — i powiedz, czy tu mieszka pan adwokat?
Gdy zimna moneta dotknęła dłoni dziewczynki, nastąpiła w Helence reakcja, i mimowoli ciśnienie, jakie czuła w gardle, ustąpiło. Przytem buciki złociste zniknęły, piękna pani stała teraz w cieniu i czekała cierpliwie na odpowiedź. Helenka podniosła głowę i z poza gęstej grzywy spojrzała na uśmiechniętą twarzyczkę nieznajomej. Poczuwała się teraz do obowiązku wdzięczności względem tej pani, tak pięknej i tak dobrej. Nie za dwadzieścia centów była jej wdzięczną, ale za ten głos łagodny, jakim do niej przemówiła, za tę cierpliwość, z jaką czekała na jej odpowiedź.
Poczucie tej wdzięczności spowodowało, że chwyciwszy energicznie konewkę, wybiegła za bramę, a odwróciwszy się, ukazała ręką okna przeciwległego domu. Przemówić nie mogła, nie śmiała, zresztą piękna pani i tak zrozumiała jej mimikę i, uśmiechnąwszy się raz jeszcze, zniknęła w bramie przeciwległej kamienicy.
Helenka została sama z monetą w ręku i zamyśliła się głęboko. Tyle pieniędzy dla niej! Cóż ona z tem zrobi? Najpierwszą jej myślą była siostrzyczka.
— Kupię jej sukienkę lub trzewiki — myślała, siadając nad rynsztokiem. — Przedewszystkiem jednak trzeba ukryć te pieniądze przed matką, ukryć tak, aby je znaleźć było rzeczą niepodobną.
Pieniądze te były wyłączną jej własnością, mogła z niemi zrobić, co uzna za stosowne. Naturalnie sprawi jakąś przyjemność siostrzyczce.
I przed umysłem dziecka przesunęły się tysiące drobnostek, ujrzanych na uliczkach, na wystawach sklepików za brudnemi szybami. Sznurki szafirowych paciorek o bladym połysku jak oko anemicznej pensjonarki; fartuszki z szarego kretonu, sztywne jak głowy cukru, owinięte w tekturę; pończoszki w paski, wiszące na wąskiej deszczułce jak nogi pajaców cyrkowych, — słowem cały dobór drobnego, cząstkowego handlu, gnieżdżącego się w zacienionych przyległych uliczkach.
I na siedzące nad rynsztokiem dziecko spadła troska ogromna, troska, prowadząca do uśmiechu radości, jaki pragnęła wywołać na drobną twarzyczkę swej siostry. Wszystkie ujrzane w życiu przedmioty cisnęły się do jej głowy w chaotycznym nieładzie i przygniatały ją całą. Pragnęła wybrać rzecz najpiękniejszą, najbardziej godną miłości, jaką miała dla swej siostrzyczki. Dobry anioł w postaci pięknej i strojnej damy dał jej możność ujawnienia uczucia, jakie w swem sercu nosi.
W promieniach wiosennego słońca razem z blaskiem i wonią zasłyszała ona pierwsze dobre słowo, ujrzała przyjazny uśmiech i doznała tem samem wielkiej, głębokiej radości. Dzień ten wiosenny przyniósł jej szczęście i ukojenie wielkie. Biedne jej serduszko drży jeszcze od nadmiaru uczucia, a zabrudzona ręka przyciska do piersi drobną, świecącą monetę. Ponad nią słońce leje strugi złotego światła, które, biegnąc wzdłuż dachów, czepiają się ram otwartych okien, balustrad balkonów i spadają szumiącym potokiem na trotuary i bruk uliczny. Po lewej stronie rozciąga się plac, skąpany cały w słonecznych blaskach, żółty, lśniący jak tarcza rycerza. Dokoła stoją rzędy kamienic, białe lub szare, mieniące się od różnokolorowych blasków, bijących z szyb i wytryskających nakształt świec olbrzymich. Była to iluminacja, urządzona w dzień biały, w południe, z bezczelnością przyrody, świadomej o swej potędze. Słońce oświecało, ale nie paliło, i dlatego rozpościerało się swobodnie, wsuwając swe promienie nawet za kołnierze paltotów i pod dolmany przechodzących kobiet. Była to rozrzutność bogacza, wiedzącego, że na jutro starczy mu tych samych skarbów, a nawet stokroć piękniejsze, świeższe, gorętsze przybędą dlań blaski.
Siedząca nad rynsztokiem dziewczynka myśli ciągle, myśli nad wyborem przedmiotu, jaki mogłaby za swoje pieniądze nabyć. Według niej — najpiękniejsze to złote słonko wiosenne. Ale słonka nie kupić! — ono świeci dla wszystkich, ale się nie sprzedaje. Pierwszy to raz wobec gniotącej ją troski Helenka zapomina o swych obowiązkach. Pusta konewka zda się ze zdziwieniem spoglądać na zadumaną dziewczynkę. Dokoła niej gwar i hałas uliczny.
Z głuchym turkotem kół tramwajowych łączy się odgłos równy jak wyuczona rulada kontraltowej śpiewaczki. To kareta przejeżdża szybko, uwożąc we wnętrzu śpieszącą z plotkami dewotkę.
Helenka podnosi głowę.
Gdyby za te dwie szóstki można kupić karetę, siostrzyczka jej pojechałaby na spacer! Ale ona wie, że to niepodobieństwo; trzeba wymyślić co innego. I z głową oblaną złocistemi blaskami wiosennego słońca siedzi dalej zadumana, niepomna na szturchańce, jakie ją w domu czekają. Mniejsza z tem! niech ją biją; ona dostateczne wynagrodzenie znajdzie wtedy, gdy za otrzymane przed chwilą pieniądze uszczęśliwi ukochaną siostrzyczkę.
I biedne dziewczę wstrząsa dreszcz radosny, w oczach jej płoną błyski kochanki, gdy z miłosną pieszczotą tuli swoje usta do ust ukochanego; ona wie, że siostrzyczka jej uśmiechnie się w cieniu swej kołyski, a może wyciągnie ręce i podziękuje... Dla tego uśmiechu, co jej zakwitnie jak róża wśród cierni, zniesie ona tysiące uderzeń i kar najcięższych. I z nerwowym niepokojem zaciska w swych drobnych dłoniach srebrną monetę, oglądając się z trwogą dokoła. Może kto widział te pieniądze w jej ręku, a teraz pragnie wydrzeć jej skarb i pozbawić ją tem samem najwyższej radości, jaką mieć będzie w życiu...
Ale nie, — obawa jej płonna. Nikt nie pragnie jej pieniędzy, może być zupełnie spokojną. Tysiące ludzi uwija się dokoła na podobieństwo mrówek, i, choć każdy ma w sercu pewną dozę chciwości i zazdrosnego uczucia, to przecież los zabrudzonego dziewczęcia, skulonego nad rynsztokiem, nie wzbudza w nikim zazdrości. Jest tak mała, tak nędzna, tak chuda wśród tego wiosennego ciepła i rozkwitu, że nikt nie posądzi, aby jej czerwone rączęta kryły w swych dłoniach nadzwyczajne skarby, za które tyle szczęścia i radości ma spłynąć na ziemię.
Minęła wiosna i nadeszło skwarne, duszne lato. Atmosfera pralni wzrosła do niemożliwych wymiarów; bezustanne gorąco, zaduch i kłęby pary walczyły ze zdrowemi płucami praczek i przygniatały stojącą w kąciku kołyskę. Wiosenne słońce ustąpiło purpurze letniego ptaka. Ptak ten rozpościerał swe skrzydła na wysuszone dachy domów i rzucał snopy ognia na flizy chodników. Na ziemię zdawał się spadać deszcz rozpalonego popiołu i wnikać żarem w płuca ludzi. Drzewa pochyliły smutnie swe liściaste korony, a liście pozwijane, żółte mieniły się barwą ognia. Trawa w miejskich ogrodach ginęła, kładąc się na popękaną ziemię jak nieprzeliczone szeregi wojsk, dziesiątkowane przez żółtą febrę. Ludzie chodzili wolno, z wyrazem dziwnego znużenia w całej postaci, nawet krzykliwa zwykle dzielnica żydowska zamilkła, przytłoczona gorącem. Dorożki stały na rogach ulic z podniesionemi budami, a w ich wnętrzach spali woźnice, rozpościerając na poplamionych poduszkach swe nabrzękłe od upału twarze. Kobiet na ulicy nie widziano prawie, oprócz kucharek i szwaczek. Wiadomo, że puder, choćby w najlepszym gatunku, spłynie wraz z kroplami potu, a któraż kobieta, szanująca swą godność, ukaże się oczom ludzkim bez pudru na twarzy? Dlatego to wzdłuż rozpalonych murów przesuwały się zwolna postacie urzędników, żydów, lub dzieci, śpieszących do ogrodu Jezuickiego. Zresztą, całe miasto drzemało, pogrążone w półśnie, który ołowiem cięży na powiekach i o najwyższe osłabienie przyprawia.
Niektórzy próbowali wyjeżdżać za miasto, ale wszędzie żar był jednakowy. Słońce było nieubłagane. Wstawało codzień gorętsze, groźniejsze, czerwone jak żelazo, sypiące iskry z pod młota. Bogaci wyjechali z kraju, unosząc z sobą resztki fortuny i pełno kaprysów. Pozostali ludzie pracy, woły w jarzmie, konie dorożkarskie, ludzie bez kondycji i nędzarze. Do jakiej kategorji zaliczyć trzeba kobiety, piorące bieliznę w ciasnych izdebkach Maciejowej? — zdaje się, że do ostatniej. Helenka pracowała ciężko, całe dnie nosiła wodę, przechylona na prawą stronę, wskutek czego cała jej postać zaczęła się krzywić, a kość pacierzowa wyginać. Wskutek tumanów kurzu, jakie unosiły się nad miastem, praczki miały podwójną pracę, a Helenka musiała dostarczać niezliczonej ilości wody. Nawet zaniedbać musiała siostrzyczkę swoją, mogąc tylko od czasu do czasu przesłać jej uśmiech lub dobre słówko. Dziecko podrosło znacznie i mogło siedzieć o własnej sile. Otoczone brudnemi gałganami, wysuwało swą jasną główkę z kołyski i ciekawym wzrokiem śledziło ruchy kobiet, zatrudnionych koło balji. Gdy Helenka przesuwała się koło kołyski, mała uśmiechała się do swej opiekunki i wysuwała rączki. Helenka odpowiadała jej lekkiem skinieniem głowy i powracała czemprędzej do swej konewki. Do tej chwili jeszcze nie mogła się zdecydować co do rodzaju przyjemności, jaką miała za owe dwadzieścia centów sprawić swej siostrze. Pieniądze schowała w szparę, mieszczącą się pod schodami, i codziennie zaglądała, czy skarb ten nie został odkryty, a tem samem zrabowany przez kogo z przechodniów. Najwięcej trwogi wzbudzały w niej dzieci ślusarza, mieszkającego w poprzecznej oficynie.
Byli to chłopcy, wydający ze siebie dzikie wrzaski, które z przejmującym zgrzytem odbijały się o zacieśnione mury podwórka. Gdy Helenka usłyszała te nieludzkie krzyki, drżała cała z trwogi o dwie szóstki, drzemiące pod schodami.
Szczęściem dla niej, gromada tych miłych dzieci zajęta była obecnie przeciąganiem przez ciemną sień cienkich sznurków, zapewne dla ułatwienia przechodzącym zapoznania się z chropowatemi deskami podłogi. Maciejowa, zajęta praniem, nie wychodziła nawet w dnie świąteczne; wśród ciągłego ruchu i zajęcia nie mogła Helenka znaleźć chwili swobodnej, aby zastanowić się nad użyciem swych pieniędzy. Czekała jednak cierpliwie stosownej pory i codzień zaglądała w szparę z bijącem sercem i płonącemi oczami.
Nakoniec pewnej niedzieli ukończono wszelkie roboty w pralni i upragniony odpoczynek zawitał, odganiając kłęby pary i wypędzając plusk zlewanych mydlin. Stosy wyprasowanych koszul bielały na długich stołach, koszul sztywnych, lśniących, z gorsami śnieżnej białości. Były to torsy spłaszczone, bez głów, z okrągłym, bezkrwawym otworem zamiast szyi i rąk. Dokoła na gwoździach i ryglach okien unosiły się spódnice, odstając jedna na drugiej jak suknie tancerek. Haftowane falbany lub koronki, pełne kobiecości, śmiały się z tej białej fali wesołością młodej dziewczyny, na bal wpół ubranej. Miniaturowe wieże z chustek do nosa wznosiły się na rogach stołów, kufrach, krzesełkach... Chustki porządne, płócienne, z wielkim monogramem i numerem mówiły o trywialnej uczciwości swych właścicieli; chusteczki małe, cienkie, z kolorowym szlaczkiem, śmiały się lekkością skrzydlatych motyli, mieszając swe różnobarwne brzegi z koronkami batystowych, kobiecych chusteczek. Te ostatnie, blade, omdlewające, delikatne jak chorowita dziewczynka, szeptały o bilecikach miłosnych, które zapewne nieraz ukrywały w swem łonie. Wszystkie te chustki przynosiły ze sobą wspomnienie ukrytych uśmiechów lub łez, które gorzkim potokiem moczyły może ich mieszczańskie monogramy, różnobarwne szlaczki lub pajęcze koronki. Obok nich stosy pończoch kobiecych, długich, jedwabnych, lub z fil d’Ecosse, wysuwały swe stopy, zgięte w połowie jak potworne kaleki. Kilkanaście kaftaników strojnych, pełnych powabu, rozkładało się z wdziękiem kokietki na drewnianych ławkach, prezentując delikatne wstawki z zarozumiałością prowincjonalnej aktorki. Poważne prześcieradła, obrusy i serwety, płaskie, milczące, tuliły się do ścian, podobne do białych całunów, ożywionych ruskim haftem włochatych ręczników.
Cała tajemnicza białość ubrania naszego spadła jak rój białych motyli do izdebek stróża. Białość ta nęciła dziwnie, stokroć więcej od balowego stroju, od wykwintnych kostjumów spacerowych. Te białe, czyste, niepokalane koronki lub batysty przypominały różowe ciało kobiety, pełne woni i świeżej młodości. Było tam coś z dortoir’ów pensjonarskich i wykwintnej kokieterji młodej mężatki. Na ziemi stały płaskie kosze, otwierając swe puste wnętrza w oczekiwaniu tego roju białych przedmiotów, które składały praczki, zmęczone upałem i bezsennością, rozmawiając półgłosem. Ranek niedzielny przeznaczono na roznoszenie bielizny. Na rogu jednego ze stołów, pomiędzy stosami delikatnych koszul kobiecych, obszytych szarą gipiurą, podwleczoną ponsową wstążką, czerniała głowa Macieja, kaligrafującego rachunki dla WW. i JW państwa.
Robota szła szybko i co chwila znikał kosz jeden, unoszony ze skrzypieniem drzwi i szelestem wykrochmalonych spódnic. Praczki śpieszyły się, pragnąc odpocząć po tylu bezsennych nocach. Wysokie te kobiety, tęgie, z czerwonemi od ługu rękami, chwytały w swe grube, nabrzękłe palce delikatne kaftany, negliże lub cieniutkie chusteczki. Z dziwną wprawą sortowały, oddzielały pomieszane ze sobą przedmioty i z całą brutalnością istot, niepojmujących potrzeby a raczej konieczności koronek, falban, gipiur i krochmalonych przodów, wrzucały to wszystko do koszów. Było w tej pogardzie zbytku coś z zazdrości sługi do delikatnej i pięknej swej pani, koło której trzeba z wielką gorliwością i uwagą chodzić na palcach. Ponad tym stosem znikającej bielizny górowała tęga postać Maciejowej, bladej kobiety o szerokich, męskich plecach i szarych, bezbarwnych oczach. Rzec można, że ta bezustanna para, która ją otaczała, wyciągnęła z jej źrenic błękit, stanowiący dawniej główną podstawę jej piękności. Gdy ostatni kosz wyniesiony został, koścista twarz praczki zajaśniała wyrazem wielkiej ulgi. Nic dziwnego! to niedzielne południe zwiastowało jej odpoczynek kilkogodzinny, pełen dawno upragnionych półkwaterków i dusznej atmosfery szynków przedmiejskich. Krzątająca się w kąciku Helenka z wielką trwogą wpatrywała się w twarz swej rodzicielki.
Helenka pragnęła gorąco, aby rodzice jej udali się na zwykłą niedzielną przechadzkę. Zostałaby sama z siostrzyczką i spędziłaby z nią długą chwilę, pełną szczęścia i uśmiechów. Przytem dwadzieścia centów znikło już ze szpary, a natomiast w brudną szmatę zawinięty drzemał w kąciku... rycerz w zielonym spencerku. Helenka, wchodząc wczoraj do sklepiku, zobaczyła dawno zapomnianego wojaka i na jego widok pierzchła z jej główki wszelka wątpliwość co do wyboru prezentu. Dziwiła się nawet, że tak długo nie wpadła na tę dobrą myśl, — nic nie mogło być przecież równie wspaniałego, jak ten koń zielonawy i siedzący na nim wojak, prezentujący z odważną miną cukrowy swój profil.
Nie znała jednak ceny i obawiała się niezmiernie, aby nie przewyższała posiadanego przez nią kapitału. Gdy sklepiczarka wymówiła poważną cyfrę „dwóch szóstek“, serce Helenki uderzyło radośnie. Za kilka chwil wracała do domu, tuląc pod brudnym kaftanikiem cukrową lalkę, a w piersi doznawała dziwnego uczucia radości na myśl tego szczęścia, jakie sprawi swej siostrze, szczęścia, które przewyższało jej najśmielsze rojenia.
Gdy rodzice udali się do pobliskiego szynku, aby tam zaczerpnąć animuszu na cały dzionek, Helenka odetchnęła swobodnie. Jest teraz sama z dzieckiem i ma długą, dobrą chwilę przed sobą.
Siostrzyczka siedzi w kołysce w swej łatanej sukieneczce i oddaje się cichej kontemplacji własnych paluszków u ręki, których nadzwyczajna ilość w zdumienie ją wprawia.
Resztki niedoprasowanej bielizny leżą na stołach sztywne, zebrane przed chwilą ze sznurów, podobne do olbrzymich skamieniałych kości, oczekujących pogrzebu. Przez otwarte okno wpada światło, poprzecinane ciemnemi plamami, światło niezdrowe, rozjaśniające wnętrza wilgotnych studni.
Helenka wie, że na dworze złote słońce leje strumienie jasności czystej, bez plam, bez wilgoci. Tęskni za tą złotą kąpielą, do której drży jej znędzniałe ciało. Porywa więc siostrzyczkę na ręce i wynosi ją na ulicę przed próg bramy, gdzie sadowi ją na dużym, płaskim kamieniu. Dziecko, wyrwane z przyciemnionej izdebki i wrzucone gwałtownie w tę powódź jasności, chyli główkę i drobnemi rączkami zasłania łzami nabiegłe oczy. To bogactwo światła i ciepła sprawia mu ból dotkliwy.
Helenka, przeciwnie — z całą rozkoszą zaokrągla swe wychudłe plecy i poddaje je pod te gorące strugi, które sieką jej chude ciało jak uderzenie rózgi. Powoli, z tajemniczym uśmiechem wyciąga rękę i podaje swej siostrzyczce rycerza w zielonym spencerku, na widok którego dziecko zachwycone uśmiecha się radośnie.
Helenka jest bardzo szczęśliwą. Sprawiła chwilę szczęścia swej ukochanej siostrze i siedzi teraz wraz z nią w promieniach słonecznych, uśmiechając się tym nieśmiałym uśmiechem, jaki rzadko gości na jej wybladłych wargach. Dokoła gwar, ginący wśród spieki, jaka zdaje się wydzielać z rozpalonych kamieni i popękanych flizów. Tramwaje wloką się wolno, pokryte kurzem, z dachami białemi od prochu, z pustemi ławkami.
W skwarne południe niedzielne miasto wygląda jak wielkie cmentarzysko, ożywiające się dopiero z wieczornym chłodem. Kamienice, pobladłe od upału, z pospuszczanemi storami w oknach, zdają się drzemać, stojąc zmęczone, pełne potu i narzekań ludzi. Drzewka, otaczające niewielki wodotrysk, gną ku ziemi swe szaro-żółte liście, a w budce z wodą sodową wystrojona i spocona żydówka przekłada pierniki, zeschłe i sztywne pomimo starannego przykrycia. Środkiem ulicy wlecze się kilkunastu żołnierzy przy odgłosie bębna. Suchy, urywany łoskot ginie w oddali, łącząc się z gwizdawką tramwaju. Żołnierze mają buty zupełnie białe od pyłu i z trudnością maszerują, patrząc bezmyślnie przed siebie. Konie dorożkarskie drzemią, kurcząc nogę przednią i zwieszając łby, na których ostry, suchy włos jeży się jak na perukach aktorów. Ponad tem wszystkiem, nad tem wygasłem miastem, spopielałem z upału, spalonem bez ognia rozpościera się wspaniałe słońce, mieniące się czerwoną barwą rubinów lub złotą topazów iskrą. Wysoko jak olbrzymia lampa wylewa ze siebie żar i zionie ogniem na schylone w prochu miasto. Nieubłagane, straszne w swym majestacie, świadome swej potęgi, wznosi się na purpurowych skrzydłach, siejąc przygniatające swe promienie, groźne dla śmiałka, który pod ten war podstawi głowę.
I domy, drzewa, wieże kościołów, ratusza, cerkwi wołają „łaski!“, poddając się pokornie tej złotej chłoście, jaka spływa im strumieniami z błękitu niebios.
Tylko dwoje drobnych dzieci zda się urągać tej groźnej potędze, jaka w górze nad niemi płonie. Podnoszą teraz swe główki i z głośnym śmiechem patrzą krótką chwilę w olśniewającego olbrzyma. Oczy im łzami nabiegają, a przez zasłonięte powieki widzą później przez dłuższy czas wiele okrągłych plam krwawych z błękitną dokoła obwódką. Helenka, uszczęśliwiona, rozbawiona, podnosi sama główkę siostrzyczki i, wskazując płonące słońce, mówi:
— Patrz! to Bozia!
Malutka śmieje się i wyciąga rączkę, pragnąc schwycić tę ognistą kulę, lecz nerwowym ruchem wstrząsa za chwilę główką, jakby pragnąc zrzucić z niej straszny, gniotący ciężar. Naokoło ust zielone smugi wymownie świadczą o niezmiernej miłości, z jaką musiał być przyjęty podarek Helenki. Rzeczywiście — z cukrowego rycerza pozostał zaledwie szczątek. Cukier wraz z farbami przeszedł do żołądka dziecka, tylko szabla, but i jedna noga konia widnieje w zaciśniętej rączce.
Helenkę brała także pokusa skosztować rycerza, ale bała się skrzywdzić siostrę.
— Niech zje wszystko! — myślała, śledząc z radością znikające kawałki cukru — niech się zabawi!
To skwarne południe niedzielne było prawdziwą rajską chwilą w życiu Helenki. Dobre, kochające dziewczę, pełne poświęcenia dla siostry, dało jej wszystko, co ze skarbów nieba i ziemi dać mogło. Szczęśliwa, dumna z dokonanego dzieła, siedzi teraz na płaskim kamieniu, spoglądając z rozkoszą w niebo. Koło niej tuli się drobna, maluchna dziecina, z buzią powalaną zieloną farbą i rozpaloną główką. Według Helenki, o większej rozkoszy nawet najbogatsi ludzie marzyć nie mogą.
Rycerz cukrowy, marzenie tylu nocy, zniknął w buzi dziecka; słonko złote świeci tak pięknie prosto nad ich głowami. I spoglądają obie znów w górę, śmiejąc się z groźnego a tak wspaniałego zjawiska. Potem zasłaniają oczy, a tysiące słońc krwawych tańcuje przed niemi w dziwacznych kręgach.
Tymczasem prawdziwe słońce, naruszone w swej majestatycznej powadze, z mściwą zapalczywością zionie piekielnym żarem na głowy tych drobnych istotek, które w niewinności swojej śmiały patrzeć wprost w purpurową tarczę, a potem śmiać się z niedarowaną pustotą.
I coraz straszniejsza spiekota owija obie dziewczynki, spiekota, pełna mściwego oddechu rozjuszonego zwierza, podrażnionego w swej sile. I z purpurowej paszczy potworu leją się potoki rozpalonej lawy, gniotącej ciężarem swoim zmęczone drzewa i rozgrzane dachy. Wszystko chyli głowy i wierzchołki pod działaniem piekielnego żaru, wszystko gnie się przed olbrzymią potęgą, błyszczącą tam w górze.
Tylko dwie małe dziewczynki śmieją się radośnie, podnosząc swe drobne główki. One patrzą prosto w to czerwone oko, wiszące nad niemi. Nie widzą w niem groźby — bawią się wesoło, urągając słonecznej potędze.
Tymczasem słońce w najwyższej wściekłości wysyła swe najgorętsze promienie, które, jak rozpalone strzały, biegną szybko, z chyżością drapieżnego ptaka, niosąc za sobą ból, łzy, a nawet całun śmiertelny.
O północy zbudziła się Helenka z ciężkiego, gorączkowego snu, który męczył ją od godziny. Wyraźnie słyszała jęk cichy, stłumiony, przechodzący z trudnością przez spuchnięte gardło. Któż jęczał? — Maciejowa spała cicho, pogrążona w wyziewach piwa i wódki, szczęśliwa z dnia, spędzonego za rogatkami miasta. Maciej wyszedł z izby i leżał na kamiennych flizach sieni, oddychając ciężko z nadmiernego gorąca. Jednak Helenka słyszała jęk, przecinający powietrze z delikatną ostrością cienkiego noża. Niespokojna, wstała z posłania i cichutko wysunęła się na środek izby. Ciemno było dokoła, bo maluchna lampeczka, płonąca przed obrazem Św. Trójcy, rzucała słaby blask na niewielką przestrzeń. Reszta tonęła w cieniu. Helenka stała tak dobrą chwilę, starając się rozróżnić otaczające ją przedmioty. Nagle jęk chromatyczną gamą zadrgał w powietrzu. Tak! nie omyliła się, — nie było to złudzenie, to rzeczywista skarga zbudziła ją ze snu i wstać kazała. Co więcej, wie już teraz dokładnie, kto skarży się tak żałośnie. Wśród ciemności kieruje się do stojącej koło stołu kołyski. To jej siostrzyczka jęczy; — cóż się z nią stało, na Boga!
Kołyska stoi koło stołu, wsunięta pomiędzy krawędź i ścianę.
Nad kołyską jest właśnie obraz Św. Trójcy i owa lampka, w której po resztce oleju pływa dogasający knotek. Helenka staje u stóp posłania i nachyla się. W migocącem świetle lampki dostrzega swą siostrę, leżącą na wznak z rozpaloną silnie twarzyczką i wpół otwartemi ustami. Cichy, miarowy jęk przeciska się z trudnością przez obrzmiałe gardło, a na dolnej wardze wysunięty, spalony język porusza się kurczowo, jakby szukając ochłody. Oczy dziecka, nerwowo zaciśnięte, tworzą tem samem całą siatkę zmarszczek na czerwonej jak ogień twarzy. Od czasu do czasu silny dreszcz wstrząsa tem drobnem ciałkiem i mięśnie kurczą się wtedy jak za pociągnięciem niewidzialnej sprężyny.
Helenka, przerażona, stoi chwilę nieruchoma, z sercem ściśniętem w piersi. Nagle głośny jęk wydziera się z gardła nieprzytomnej dzieciny.
Helenka rzuca się do przyległej izdebki, potrącając porozstawiane na drodze zydle i kosze.
Wbiega do równie ciemnej stancji, a instynktem wiedziona, trafia do łóżka, na którem leży jej matka. Strwożona chwyta rękę Maciejowej, żylastą, ciężką rękę, wiszącą bezwładnie wśród fałdów grubej bielizny, i wstrząsa nią rozpaczliwie.
— Mamo! dziecko chore!
Ale Maciejowa nie słyszy. Pełna jeszcze piwa i wczorajszej hulanki, nieprzytomna, nawpół pijana, odtrąca silnie szamocącą ją dziewczynkę Helenka powraca z uporem, pełnym rozpaczy, — obie drobne ręce wpija w ramię matki i stara się podnieść ją, lub w ostateczności zrzucić na ziemię. Maciejowa przecież jednym silnym ruchem odpycha córkę, bełkocąc niezrozumiale:
— Idź precz! nie czepiaj się!
Helenka odsuwa się kilka kroków i łzy napełniają jej oczy.
— Mamo, dziecko chore, — powtarza coraz głośniej, wyciągając w stronę matki ręce z gorącą prośbą.
Maciejowa odwraca się do ściany i zapada znów w stan bezwładności pijackiej, graniczący ze śmiercią. Helenka stoi jeszcze chwilę, posyłając w ciemną przestrzeń wejrzenie, pełne gorzkiego wyrzutu. Powtórny jęk dziecka przywołuje ją do kołyski. Nie może zrozumieć choroby, — nie wie, czem może przynieść ulgę cierpiącemu widocznie dziecku; z trwogą więc ogląda się po ciemnej izdebce, szukając w martwych ścianach rady lub pomocy. Wie, że budzić Macieja nie warto. Śpi jak Maciejowa i z pewnością na jej wołanie nie wstanie. Tymczasem dziecko coraz głośniej się skarży. Zwinięte w kłębek, kurczy się, malejąc i niknąc na kraciastem tle posłania. Chwilami otwiera jeszcze oczy i z najwyższym wysiłkiem posyła wzrok w przestrzeń.
W tem bezmiernem natężeniu zdaje się wywoływać przed siebie jakieś wspomnienia swego krótkiego istnienia. Błędnemi oczyma wodzi po tonących w ciemności ścianach, a ręce bezwiednie podnosi ku górze. Po chwili gałki oczne zasuwają się za drżące powieki, i nic nie widać oprócz białek, świecących porcelanową gładkością. Helenka, pochylona nad kołyską, śledzi z przerażeniem postępy choroby. Nie rozumiejąc jej, czyta przecież jak z otwartej książki wyraz straszny, ponury jak dzwon pogrzebowy, — wyraz, który drga w jęku męczącej się dzieciny, — a tym wyrazem... zgon.
Ona przeczuwa wśród tej ciemności biały całun śmierci, w najwyższej trwodze nachyla się nad kołyską i swem wychudłem ciałem pragnie osłonić siostrzyczkę. Na ścianie Św. Trójca, wyzłocona, w wieńcu różowych kwiatów, miga w niepewnych blaskach dogorywającej lampki. Biały gołąbek z rozpiętemi skrzydłami nachyla się spokojnie nad konającem dzieckiem, bez szelestu skrzydeł, srebrzy się na mocno szafirowem tle obrazu. Nagle lampka z sykiem gaśnie... jedno mignięcie, jeden błysk jeszcze, i wszystko tonie w ciemnościach. Helenka nie rusza się wszakże z miejsca. Rzec można, że bose jej stopy przyrosły do ziemi. Jakkolwiek ciemno dokoła, ona z natężeniem wielkiem wpatruje się przed siebie. W lewym boku czuje ból dotkliwy, a dziecko jęczy ciągle, rzucając się w konwulsyjnych drganiach. Ta walka przedśmiertna wśród ciemności, objawiająca się w suchym trzasku wyplatanej kołyski za każdym ruchem dziecka i w jęku, przedzierającym się z trudnością przez ciemną nocy zasłonę, ma w sobie coś ze skargi drobnego zwierzęcia, duszonego w chmurnej nocy przez dziką, rozżartą bestję.
Czas płynie wolno, a dźwięk zegarów, huczących nad miastem, przerywa ciszę i wpada głuchym dźwiękiem przez przymknięte okno. Helenka co chwila podnosi głowę — z niecierpliwością wyczekuje świtu. Ludzie się przebudzą i pośpieszą z pomocą. Ale świt nie nadchodzi, — leniwie śpi wśród gorąca tej parnej letniej nocy, — i w sercu Helenki każda minuta rośnie do wymiarów wieku, a jęki siostrzyczki ranią ją jak uderzenie tępego noża. Teraz jęk przemienił się w niskie, przeciągłe charczenie. Odrobina powietrza wydostaje się przez opuchłe gardło dziecka i z trudem przesuwa się na zewnątrz. Żelazna ręka śmierci dusi płuca biednej dzieciny. Skurczone, złamane ciało drga miarowo, jakby podrzucane niewidzialną siłą. Ręka Helenki przesuwa się po tych zwiniętych członkach i stara się łagodną pieszczotą uspokoić targające się, drobne, zeschnięte od gorączki ciało. Trwa to dobrą godzinę, ten taniec śmiertelny wśród ciemności, pełen męczarni fizycznej dla dziecka, a piekielnego niepokoju dla Helenki.
Nagle — do izby wpada bladawy, szary i przejrzysty promień niepewnego światła. To świt tam wysoko przedziera czarną nocy sukienkę. Powoli z ciemnej powłoki zaczynają występować kontury stołów i krzeseł, zarysowuje się ostry profil szafy — ciemnieją na jaśniejszem tle ściany obrazki Świętych Pańskich. Helenka oddycha swobodniej — już nie pociemku musi walczyć z niewidzialną dla niej potęgą: teraz, gdy dzień przyszedł, nic się złego stać nie może. Tylko w nocy dzieją się złe rzeczy. Kącik, w którym stoi kołyska, otulony jeszcze cieniem, ale niedługo i tam światło zabłyśnie, a razem ze światłem i jęk siostrzyczki zmieni się w uśmiech spokojny. I rzeczywiście charczenie ustaje, — słychać tylko dwukrotne westchnienie, a potem następuje wielka cisza. Niema już trzasku suchej kołyski, wywoływanego konwulsyjnemi ruchami konającego dziecka. Na kratkowanem tle pościółki bieleje w niepewnem świetle poranka zmęczony, pogięty trupek z zaciśniętemi silnie piąstkami.
Niedawno nad kanałem znaleziono małe szczenię martwe, zapewne otrute, które zdechło bez ratunku. To szczenię miało ten sam skurcz głowy i to samo pogięcie ciała. Dziecko i szczenię skończyło jednakowo wśród świata, przepełnionego ludźmi, chwalącymi się wolną wolą, pamięcią i sumieniem. Helenka stoi ciągle przy kołysce, zmrożona mimo dusznego upału, jaki zalewa izdebkę. Godziny mijają. Ona sądzi, że jej siostrzyczka śpi, i nie śmie dotknąć się, aby jej nie zbudzić. Przykrywa tylko stygnącego trupa połataną kołderką, ale odejść od kołyski nie może. Wpół otwarte oczy zmarłej, wpatrzono w nią nieruchomie z wyrazem skargi najwyższej, niepokoją ją. Jeżeli śpi, dlaczego nie przymknęła powiek? Jeżeli nie śpi, dlaczego leży tak nieruchoma i nie oddycha nawet? Nagle przed jej umysłem przesuwa się obraz podobnego snu, ujrzany w pobocznej oficynie wtedy, gdy dyfterja zabierała tyle ofiar i kładła do czarnych pudełek małe dziewczynki stolarza.
Tak, teraz przypomina sobie dokładnie. To Mańka, najmłodsza, leżała tak cicho na swej poduszeczce z białego perkalu, a w głowach trumny paliły się dwie duże świece. Oczy miała wpół otwarte, a płacząca stolarka opowiadała kumom, że zapomniała ich zamknąć, a potem tak już stężały. Tak! — to Mańka była tak samo nieruchoma i bez oddechu w swej trumience, jak jej siostrzyczka w swej kołysce. Teraz już wie napewno, co znaczy ten spokój i to pozorne uśpienie. I nagle jak zraniona lwica porywa się z krzykiem od kołyski. Wpada do izby uśpionej matki, a chwytając ramię Maciejowej, wstrząsa niem z rozpaczliwą siłą. Drobne jej palce wpijają się w żylaste ciało praczki, znacząc krwawemi plamami zżółkłą skórę. Maciejowa odpędza córkę, ale ta z dziką zaciekłością czepia się matki, rwąc na niej bieliznę, zrywając pokrycie. W nadmiarze boleści traci świadomość swych czynności, a drąc swe własne odzienie, głosem pełnym rozpaczy, gniewu i wyrzutu woła:
— Mamo! dziecko umarło!
∗ ∗ ∗ |
Wezwany zapóźno doktór skonstatował śmierć nagłą, zawiadomił policję i nakazał sekcję. Wnętrzności dziecka, trzymane nad płomieniem spirytusowym, wykazały otrucie arszenikiem, pokrywając się warstwą srebrną. Oprócz tego doktorzy stwierdzili jeszcze wypadek porażenia słonecznego wskutek silnego przepalenia główki zmarłego dziecka na spiekocie słonecznej. Arszenik zaś, według ich słów, dostał się do żołądka dziecka pod postacią cukierka lub malowanej zabawki.
— Ty, bestjo jedna! — mówiła Maciejowa, katując Helenkę — musiałaś nie pilnować dziecka, to się i najadło jakiejś trucizny.
Helenka milczała. Jakże mogła przyznać się, że to ona właśnie podała dziecku zatruty cukierek, a na domiar złego wyniosła na słońce? Wszak ona chciała tylko sprawić radość swej siostrzyczce i ucieszyć ją w to święto niedzielne. Mimo to przecież zabiła ją! — tak, bezwątpienia, to ona ją zabiła!
I gdy składano już do grobu pokrajane zwłoki dziecka, Helenka ukryła się za cmentarne krzewy, aby uniknąć przekleństw ze strony matki. Niepotrzebnie wymawiano jej ciągle niedozór nad siostrą i bito ją w głowę lub plecy. To jej nie bolało, bo rozpacz, co jej serce szarpała, była prawdziwą jej męczarnią. Gdy wszyscy towarzyszący pogrzebowi udali się do pobliskiego szynku dla „zalania robaka“, Helenka wysunęła się z za krzaka i padła na świeżą jeszcze, maluchną mogiłkę. Tak! ona była winowajczynią! ona zabiła swoje jedynie ukochanie, swoją malutką siostrzyczkę! I potoki łez moczą świeży piasek, a drobna postać dziewczyny zda się zagrzebywać w ziemię, tak konwulsyjnie tuli się do grobowego nasypu. Dokoła cisza iście cmentarna. Szeregi białych grobowców wyciągają swe kamienne krzyże ku niebu; dumne to grobowce bogatych, odróżniających się nawet po śmierci od biednego pospólstwa. Gdzieniegdzie czerni się krzyż drewniany, zatknięty prosto w darninę, czasem podparty drągiem, częściej skrzywiony, smutny, opuszczony. Małe dzieci śpią w kamiennych konchach, z rączkami złożonemi na piersiach, z kamiennemi powiekami, spuszczonemi na szare twarzyczki. Wielkie anioły w prostych, surowych szatach stoją nieruchome, patrząc w przestrzeń oczami bez źrenic, — rzekłbyś: ślepe stróże, równie nieruchome, jak śpiące pod ich stopami trupy. Zielone brzozy szepcą bezustanny pacierz, gnąc się ku ziemi. Po mogiłach zasiadły kępy bratków i stokrotek, a wieńce z jaskrawych nieśmiertelników śmieją się smutną wesołością z ramion żelaznych krzyży. Całe to miasto umarłych, — ciche, spokojne, bez biur i magazynów, bez teatrów i kościołów, bez ludzkich zawiści, nędzy, zbrodni i prześladowań. Kto tu wejdzie, śpi cicho, spokojnie, otulony dobrą ziemią, z głową ukwieconą bratkami. Poczciwa brzoza modli się równie za nędzarza i za bogacza, a ciszę przerywa tylko śpiew księży, wiodących nowego towarzysza śpiącej drużyny. Ponad tem morzem krzyżów, kamiennych aniołów lub drewnianych kapliczek płynie błękit nieba jasny, kryształowy. Złote, gorejące słońce wisi pośrodku jak lampa wiecznie gorejąca i oświeca jaskrawo marmury i złocenia grobowców. Nieugięte w swej srogości, pali tak samo, pełne żaru i świadome swej potęgi. Leżąca na mogile dziewczynka czuje to gorące dotknięcie, które jej plecy smaga. Ach! to ono! to samo piękne, uwielbiane słońce, przepaliło główkę jej biednej siostrzyczce. Słońce i ten zielony rycerz zabiły jej dziecinę, która była dla niej światem całym. I widzi swoją biedną Helenkę siedzącą wśród słonecznych blasków, z buzią rozradowaną na widok cukierka, z główką podniesioną wprost do promieni słonecznych, mrużącą siwe oczki z cichym chichotem. — Była taka rozsądna! taka grzeczna! a spała tak cichutko w swojej kołysce... Teraz nic, pustka dokoła, pustka straszna, pełna tęsknoty!...
I to ona! ona sama!
Nagle w sercu dziewczynki powstaje bunt przeciw temu potworowi, który z tak wysoka zabił jej małą siostrzyczkę. Z oczyma pelnemi łez zrywa się z ziemi i z srogim wyrzutem wyciąga ręce w górę.
Czerwone, krwawe oko olbrzyma spogląda na to drobne, grożące mu dziecię z pogardą prawie. Niewzruszone w swej srogości, oblewa Helenkę potokiem wrzących swych promieni i zmusza ją do zamknięcia zapuchłych od płaczu oczu.
Dziecko, bezsilne, zwalczone pada znów na mogiłę, łkając boleśnie, świadome swej słabości, niknące w potędze gorejącego olbrzyma. Ponad niem z uczuciem zadowolonej zemsty ściele się purpura słoneczna, wszechwładna, nieznosząca żadnej przeszkody w swym triumfalnym wiekowym pochodzie.