Harry

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Harry
Pochodzenie Poeta i świat
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1932
Druk „Monolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
HARRY

Którymi-ś wzgardził, od żywych, daleko
odszedłeś; od nich, przejrzanych za młodu,
o, nadto wcześnie! Wśród zboczy łagodnych,
kiedyś z pod sklepień wychodził cienionych,
czarnych, spadzistych, znanych ostrołuków
miasta Gentygi: świeży wietrzyk letni
rozrzucał włosy lśniące, ciemne, bujne
nad bladem czołem. Do warg, rozchylonych
dziwnym uśmiechem ironji smutnawej,
do ust, spragnionych w białym pyle drogi,
na ganku, bluszczem gęstym oplecionym
(a każdy listek dygotał na wietrze,
igrając): kubek podnosiłeś wina,
które chłodziło, choć zdało się cierpkie.
W spiece przysiadłeś na stopniach; na róże
zaledwoś spojrzał: były zbyt płomienne
i tak kuszące, jak miłość; sukienka
z batystu, wonna, jak obłoczek, nagle
na tej zieleni zaświeciła plamą.

Lecz wzrok już szklisty miałeś, jakbyś słuchał.
Jakbyś usłyszał wichr, szumiący w żaglach,
i rwący liny napięte, jak struny.
I jakbyś czekał burzy. Nawałnicy,
co kruszy skały, dudniąc; sercem ludzi,
jak suchym liściem, miota. Jakbyś słyszał
tę pieśń olbrzymią skargi wszechstworzenia,

którą pochwycić trzeba w flet dziurawy
i na wesołe przemienić piosenki,
by nie zabiła. Słuchałeś, nie słysząc,
drzew, rozedrganych falą ciemnych cieni,
tuż ponad głową, niby krwią zieloną,
ni w drżącej siatce powietrza owadów:
ale oczami ogarniałeś gwiazdy,
na pustym dzwonie niebios ponad morzem
zwieszone, czarnem, pianą rozełkanem:
horyzont, cięciem błyskawic łamany
na tafle widne, jak kawały lodu:
tam zaczerpnąłeś powietrza, milczący!

Tedy wracałeś po stokach przyjaznych
zwolna, znużonym krokiem, ścieżką wązką,
która w noc wiodła, w otchłań zamyślenia;
ku szybom, co tak mrugały i gasły,
jak oczy dziecka przed snem, i nęciły
do wypoczynku bez myśli, ni trwogi,
wśród nich! Tam, w cieple swojskiem swem, mieszkali,
a tyś, samotny, w dół zstępował; oni:
profesorowie, rajfurki, studenci,
krzywoprzysiężcy, szulerzy, turyści
w kratkę, mówiący: „ach!”; i bawidamki,
giełdziarze, literaci, jezuici,
opoje i Werthery podstarzałe;
i Klary tłuste i ckliwe Małgosie;
filozofowie, kutwy, hipokryci
i neofici: ci najmilsi bliźni
pod księżycową gwiazdą, która wzeszła
skrzywiona, jakby ją bolały zęby:
tak beznadziejnie ludzcy! I ty jeden,
wiedzący o ich małości — i własnej,

nieuleczalnie wiedzący, podobny!
Więc nie zadrżała ci ręka, poeto,
kiedyś odchodził od nich; kiedyś wolność,
tę sobiepańską i nie do zniesienia,
na wyślizganych parkietach, w poblasku
dzwoniących kandelabrów, przed ministrem,
któremuś schlebiał, zaciskając zęby,
i przygryzając w uprzejmym uśmiechu
wargi, w swym szarym fraku bardzo smukły,
lok czarny odrzucając z czoła, — gdyś zaprzedał!

I od umarłych, którzy byli blizko,
odszedłeś; nocą, na głuchych wieżycach,
kiedy dzwoniły zegary: wracali,
zlekka muskając płomień świecy, trwali,
a tyś nie zadrżał; z uśmieszkiem triumfu,
jakgdyby w kole poświęconej kredy,
z wargą drgającą, wzrokiem nieprzytomnym,
kułeś i giełeś, jako klingę szpady,
strofy hartowne, niezłomne, zabójcze,
i celne, jakbyś samo serce świata
przebijał! Bo odszedłeś od umarłych:
od mrocznych sprzętów frankfurckich kantorów,
od mebli, które trzeszczały życzliwie,
od poczerniałych, przychylnych portretów,
od starych, złotych, okrągłych dukatów,
obciętych z jednej strony, brzękających
na ladzie. Rozmawiałeś w puste noce
i odpowiedzi słyszałeś olbrzymie,
których nie było, o, wielki aktorze!
Wreszcie pojąłeś, że to jest monolog.

I rozmawiałeś dalej. Cóż zostało

prócz wierszy? Oprócz psa, który w twej dłoni
pysk ciepły chował? Prócz samotnej drwiny?
Prócz tej, która zdradziła; prócz przyjaciół,
których zdradziłeś; prócz daremnej sławy
i kołdry, gdzie twe ręce coraz bledsze
już nie szukały niczego, drgające,
kiedyś paznogcie gryzł w noce bezsenne
i księżycowe, jako w twej młodości,
u palców coraz chudszych, na pięterku
piątem, w poddaszu, nad ogromnem miastem,
które huczało, jako samo piekło!

O, pozwól. Dzisiaj morze, jak przed wiekiem,
szumi. Jest tylu bezdomnych na ziemi,
którzy gdzie głowy złożyć swej nie mają.
Pachnie ziołami wód, gorzkim i chłodnym
mułem. Gwiazdy świecą tak niebacznie!
Nie wracaj. Drogi powrotu tu niema,
a, jeśli jest, to zamilcz ją, poeto.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.