[225]HANDLARKA ŚWIEC.
W zgiełku miejskiego rynku, na skrzynce przy słupie
Siedzi biedna przekupka: oblicze ma trupie,
Kościste, suchotnicze: lecz rysów uroda
Świadczy, że to kobieta całkiem jeszcze młoda.
Nie rozkosz, ni dostatek, ni dobre jedzenie
Zrobiły na jej twarzy takie spustoszenie.
Siedzi i skrycie wzdycha, czuwając u pudła,
A nędzną pierś jej ciągnie dziecina wychudła;
Szkielecik mały płacze, ssie, śpi — lecz od spania
Co chwila odrywają go matki wołania:
„Paniusie, kupcie świeczki, palą się — aż proszę!
Niech los mój lśni tak jasno! — para za trzy grosze!
Towaru ma ździebełko, skrzynka — tycia mała,
Lecz dotąd się kobieta sama wyżywiała.
Czy słonko się uśmiecha, czy z nieba łzy płyną,
Siedzi biedna kobieta z wybladłą dzieciną,
Prowadząc ten swój handel, — a nigdy nikomu
Nie skarży się, choć często brak jest chleba w domu.
Zresztą, przed kim ma biadać? martwy słup nie słucha,
A oprócz tego słupa — nie ma ona druha,
Lecz chociaż głodgłód jest u niej gościem nie tak rzadkim,
Nie splamiła rąk swoich jałmużną, ni datkiem —
Ona sprzedać-by tylko swoje świeczki chciała
I chleba sobie kupić — to jej żądza cała.
Ot szabas[1] już za pasem: na cześć gościa tego
Ludziska się krzątają, i tłoczą, i biegą:
Ten niesie ryby, mięso, ów — butelkę wódki,
Lecz któż z nich o handlarce pomyśli bladziutkiej?
Kogoż to dziś obchodzą jakieś świeczki głupie?,
Gospodyń myśli toną w kompocie i zupie.
[226]
A biedaczka wyciąga z świeczkami swe dłonie:
„Dwie świeczki za trzy grosze — jak świt każda płonie!“
Lecz nikt jej tu nie słyszy, — ochrypły głos ginie
We wrzawie gwarnej tłuszczy, w owym ludzkim młynie:
Matczyny tylko słyszy głos dziecina blada
I nań rzewniejszym coraz płaczem odpowiada.
Długoż-to wśród tej zimnej, bezdusznej ulicy
Może wyżyć przekupka, ten trup bladolicy?
Jak długo się borykać będzie z głodem, nędzą,
Nim ją one nareszcie w mogiłę zapędzą?
Czy długo jeszcze piersi jej potrafią wiotkie
Wyżywiać nawpół żywą niewinną istotkę?
Matczyną wprzód łyknęła łzę czasem ta mała,
Lecz teraz matka wszystkie już łzy wypłakała:
Już nie ma czego żłopać pijaczka maleńka,
Matka ledwie oddycha i serce jej pęka,
Ale z warg jej wyschniętych wciąż słychać wołanie:
„Mam świeczki na sobotę — kupujcie je panie!“
Na rynku cicho: święta przybywa sobota,
A na chodniku stoi koszyczek — sierota,
Obok niego przy słupie w zadumie głębokiej
Zdrętwiała postać siedzi — to handlarki zwłoki.
Nikt o tem jeszcze nie wie, nikt nie spostrzegł trupa —
Bogaczom dzisiaj głowę zaprząta spraw kupa;
Toć przeddzień jest soboty, więc wedle porządku —
Należy przedewszystkiem myśleć o żołądku,
Któż mógł więc zauważyć tak błahe zdarzenie?
Tymczasem rynek nocy okrywają cienie,
Na niebie się ukazał księżyc srebrnolicy,
A ludzie widać szabas poszli do bóżnicy.
W bóżnicy dziś tak schludnie, tak jasno, tak mile;
Kantor śpiewa, w głąb serca wchodzą jego tryle,
Lecz czemu świecznik jakby dotknięty niemocą?
Świeczki ciemno się palą w nim, ledwo migocą?
[227]
Nie mogą snać narzędziem być pustej parady,
Bo one śmierć swej drużki opłakują bladej;
To jej świeczki? bogaci, w spóźnionej swej skrusze,
Zapalili je tutaj za dwie zgasłe dusze.
Ba! bogaci uczynią wszystko dla zmarłego —
To święty obowiązek!... Żywy — co innego!
Najgłówniejsza rzecz — dusza: ciało to puch marny, —
Po śmierci się zawozi je na łan cmentarny.
Przyjaciółki nieszczęsnej, świeczki! wy musicie
Zaświadczyć, że dwuch istot zatracono życie;
Że, gdzie żyją w dostatkach opaśli nędznicy,
Nędzarze umierają z głodu na ulicy:
Że, gdzie na zbytki pieniądz, jako wosk, topnieje —
Tam śmierć głodowa — zwykłe ludzi pracy dzieje!
Oświetlać czy się godzi ten świat zły, wszeteczny?
Schowajcie, świeczki, blask swój na sąd ostateczny!
Niechaj tam przy wspaniałym Przedwiecznego tronie
Wasz blask, świeczki-duszyczki, jak słońce zapłonie;
I światło rzućcie stamtąd na nasz padół krwawy,
Gdzie dla jednych — śmierć z głodu, dla drugich zabawy.
|