Halszka (Kraszewski, 1843)/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Halszka
Podtytuł drama historyczne z roku 1554
Pochodzenie Poezye, tom II
Wydawca S. Orgelbrand
Wydanie drugie
Data wydania 1843
Drukarz M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


AKT PIERWSZY.
SCENA PIERWSZA.

Komnata gościnna wielka, na ścianach oręże i trofea tureckie, drugie z łuków i kołczanów tatarskich — skóry zwierząt dzikich, rogi żubrów i łosi, zbroje. Stół wielki w pośrodku sali — dwie lampy zapalone — Zmierzch.

KNIAŹ DYMITR, MOŁNIA.

Mołnia stoi przy stole, płacze i łzy ociera — Dymitr chodzi szybko w koło stołu, czasem się zatrzymuje, siada, wstaje, zbliża się do niéj i oddala.

Mołnia po chwili milczenia.

Takie Kniaziów kochanie! — O! biada nam biada!
Jeśli z niska wyszedłszy podlecim wysoko —
Kniaź orzeł nas uniesie, gdzie nie dojrzy oko —
Kniaź orzeł tam zostanie — dziewczyna upada —

Na cóż mi było kazać kochać ciebie?
I na co brać mnie było z spokojnego domu?
Znalazłbyś równą sobie na kniaziowskiém niebie,
I żył z nią tak szczęśliwy! bez troski, bez sromu!
Jam biedna! Nie myśl Kniaziu, że gdym tobie cała,
Siebie i duszę swoją i życie oddała —
Żem z sukniami, kobiécy wstyd z siebie zrzuciła? —
O! nie — i ja się wstydzę! — Gdy twoi dworzanie —
Szydzą, wskazując moje kozacze ubranie; —
Krew mi się pali w sercu, w ziemię bym się skryła,
Lub gdy wieczorną porą, do twojéj komnaty
Idę, a oni w kącie zasiadłszy na czaty —
Wołają za mną — A dokąd kozacze? —
Myślisz że się nie wstydzę, że wówczas nie płaczę?
I twoje serce Kniaziu, tych krzywd nie nagrodzi —
Dzień za dniem, noc za nocą jednako uchodzi —
Mego szczęścia nie widać, chociażem przy tobie —
Daleko moje szczęście — oh! może aż w grobie!


K. Dymitr stając naprzeciw niéj

Héj! słuchaj Mołnia — łzami nie zwołasz wesela —
Powiedz mi lepiéj, kto tu szydzić się ośmiela —
Kto, kiedy słówko pisnął, kto zawstydził ciebie?
Będzie poganin siedział, rok o suchym chlebie —
Jak mnie widzisz żywego!

(wskazuje na ścianę)

na tę szablę moją —
Przysięgam że to zrobię — Czy się mnie nie boją?
Czy im życie nie miłe? — Wnet gdy klasnę w ręce,
Pierwszemu co tu wpadnie, hardy kark ukręcę.


Mołnia

A mnież to co pomoże? Czy z nim wszyscy zginą?
Na co mam cudzéy śmierci lub łez być przyczyną —
Szyderstwa nie ustaną, a mnie do mogiły
Będzie krew zabitego i jęki goniły,
Mołnia nie chce łez cudzych.


Dymitr.

Czegoż chciałaś przecie?
Zakazu? — ja zakażę —


Mołnia.

Komu zakażecie?
Zakażecie ich ustom? — a ich oczu mowa,
Będzie milcząc też same powtarzać mi słowa!
Zakażecie ich oczom — kto zakaże duszy?
Spuszczą wzrok, ale w sercu przeczytam to snadnie,
I chociaż na mnie oczu żaden nie poruszy,
Choć z ust ich, słówko żadne nie upadnie —
Ja będę wiedzieć co myślili w duszy!
I cóż z ich szyderstw? Czas z niemi ucieka —
Przejdą i miną, choć dusza zaboli,

Dwa dobre słowa dobrego człowieka,
Zatrą pamiątkę złych ludzi i doli — !
Kniaziu Dymitrze, gdybym pewna była
Że z tobą razem upłynie me życie,
Że się ty innej nie oddasz kobiécie —
Wszystkobym zniósła — ! bo ia kocham ciebie!
Kocham! ach! kocham — jak Boga na niebie!
Duszę i życie — wszystkobym oddała! —


Dymitr gniewnie.

Któż ci znów naplotł o przyszłéj rozłące —
Kto to śmiał mówić? — na coś go słuchała?
To słowa próżne, fałszywe, szczypiące —
Chciał tu któś widać gadziny słowami
Nasienia zwady posiać między nami,
A! już to nadto! żeby w moim domu,
Śmieli zuchwalcy pod memi oczyma —
Pleść takie baje — Jeszcze pytam komu?
O! nie daruję! jest tam kto czy nié ma?
Héj! —


Mołnia chwytając go za rękę.

Cicho Kniaziu! po co wołać — po co?
Mnie nikt nie gadał — serce mi szeptało,
Kniaź inną kocha — Wczoraj, późną nocą,
Co się to z Kniaziem Wasilem gadało?

O młodej Księżnie bogatéj z Ostroga —
O pięknéj Księżnie — Słuchałam za drzwiami —
Księżna bogata, a Mołnia uboga.
I Mołni piękność spłynęła ze łzami


Dymitr milczy gniewny i chodzi.

Cóż Mołnia z Księżną wspólnego mieć może?
Chciałażeś żebym przykuty na wieki,
Innéj nie wezwał na książęce łoże —
Na inną nie śmiał podnosić powieki!
Dla ciebie oddał wszystkie moje lata,
Przy tobie, nędznie przespał moje życie?


Mołnia

O! nie chcę! nie chcę! nie wiążę ci świata!
Bierz sobie Księżnę! pożałujesz skrycie! —
Ona za krośna usiadłszy od ranka
Będzie z swojemi gwarzyć kobietami,
Nie będzie z szablą przy boku kochanka,
Jeździć na turków i na łowy z nami.
Ona, gdy z bitwy wrócisz pod namioty,
Nie przyjdzie otrzeć białą dłonią czoła —
Ona mieć będzie ciche kniaziów cnoty,
Będzie łzy ronić, póydzie do kościoła —
Ale gdy ranny pohańców strzałami,
Jak wprzódy legniesz wybladły, skrwawiony —

Ona ran twoich nie obmyje łzami —
Będziesz mógł umrzeć daleko od żony —
A Mołnia Kniaziu, czy bitwa czy łowy,
Czy Turek wrzeszcząc w krzywe szable dzwoni.
Głód, chłód czy słota, stepy czy parowy —
Zawsze za tobą — cień za ciałem goni!
W nocy po bitwie kto otarł pot z czoła,
Kto nad snem czuwał, nie zmrużył powieki,
Kto na twe rany umiał znaleść zioła,
Kto sercu twemu umiał znaleść leki —
A potém uciekł od pochwał, nagrody —
Żeby znów stanąć, gdyś skinął w potrzebie?
Kto niewczas dzielił, łzy twoje i gody —
I duszę swoją gotów dać za ciebie? —


Dymitr.

Pomnę ja Mołnia, wszystkie trudy twoje,
Pamiętam kiedym gonił za Turkami,
Twe troski o mnie, łzy i niepokoje.
Kobieta, zniosłaś męskie trudy z nami.
Ja też w tém sercu na wieki zasiałem,
Pamięć o tobie i wdzięczność dla ciebie,
Ja — nie nagrodzę mojém życiem całém —
Lecz tam ci Mołnia, nagrodzi Bóg w niebie!
Księżna niech sobie siedzi za krośnami
Ale z jéj zamków, licznych wsi i włości,

Popłyną skarby złotemi strugami,
A zamek pełen rycerzy i gości,
Od rannych świtów przez noc, przez dzień cały,
Będzie się szumną rozlegał biesiadą
Tu będą pieśni wesołe huczały.
Tu się sąsiedzi do mych stołów zjadą.
Krzycząc przedemną — Kniaź Dymitr niech żyje.
Przed mojém złotem uginając szyję —
Potém — biesiadą, krzykami znużony,
Wymknę się od nich i z tobą dziewczyno
Najsłodsze nocy cicho nam przepłyną.


Mołnia przerywa

A któż pilnować będzie młodéj żony?
Gdy w dzień za stołem, w nocy przy dziewczynie,
Kniaź Dymitr będzie pędzić czas wesoły — ?
Ona —


Dymitr.

Inaczéj jéj życie przepłynie!
Nie zechce patrzeć na biesiadne stoły!
Więc ze swojemi kobiétami siędzie,
W osobnéj, zamku spokojnéj komnacie,
Tam szyć na krosnach, bajek słuchać będzie,
W drogich kamieniach, w złotolitéj szacie, —
Na miękkiém łożu spocznie utrudzona,

Ze złotych naczyń brać będzie napoje,
Cóż jéj zabraknie?


Mołnia.

Biédna Kniazia żona!
O! nad jéj roskosz, wolę ja łzy swoje
Wolę ja z tobą i trudy i wrzawę
Niż nudną, smutną bez ciebie zabawę. —


Dymitr.

Insze też serce, inne chęci twoje —
Tobie tych cacek, tych zabaw nie trzeba,
Ty, ze mną razem polecisz na boje,
W grubéj sukmance o kawałku chleba!
Na kamień złożysz głowę utrudzoną,
Pod moją burką wiatr cię nie zawieje
Nie zaśniesz w nocy, zbudzisz się gdy dnieie —
Insza ta, która ma być Kniazia żoną —
Ona jak kwiatek, od słońca, od słoty
Od wiatru, zimy, niepokoju, wrzawy,
Ucieka zdala na swój zamek złoty,
Pod cichych komnat dziecięce zabawy —
Ona jak trzcina, gdy nią wiatr powieje,
Gnie się, drży cała, przed burzą i gromem,
Od słót i wichru przedzielona domem,
Jeszcze się boi, płacze i blednieje.

Lecz ona piękna, ona jak śnieg biała,
Jéj oczy — gwiazdy — !


Mołnia.

Czyż nie znam piękności? —
Gdyby jak anioł z nieba wyglądała,
Szczęścia i wdzięków Mołnia nie zazdrości. —
Niech będzie piękna, szczęśliwa, bogata,
Co mi do Księżnéj? — Dziewczę z Ukrainy,
Czarne ma oczy i młode ma lata,
Dla ukraińskiéj dość tego dziewczyny!
Niech ma świat cały — ja mam serce twoje —
O świat, o skarby i o nic nie stoję!


Dymitr.

No! więc ci dobrze! Chwałaż tobie Boże!
Bo skarg nie cierpię — na wojnie, pod dachem
Lubię to zrobić, co się zrobić może,
Bez długich żalów, za jednym zamachem — !
I próżne Mołnia byłyby twe jęki —
Księżna mojego serca nie odmieni,
To serce twoje, wszak nie pragniesz ręki?
A ręką tylko Kniaź Dymitr się żeni —
Nie płacz, nikogo nie wstydź się dziewczyno,
Ja twój obrońca, kto cię dotknie słowy,
Chyba swéj śmierci chciałby być przyczyną,

Chybaby swojéj nie żałował głowy? —
A teraz — poleć i zobacz tam z wieży,
Kniazia Wasila czy widać na drodze?
Miał dziś być tutaj — już i wieczór bieży,
Ja próżno czekam, próżno się uwodzę —
Może nie przybydź! — Nie zwodziłby stary —
Lecz co go trzyma? — Héj! niech tutaj w sali,
Zastawią na stół, misy i puhary,
Będziem ich jeszcze przez chwilę czekali,
Potem i sami zasiądziem za stoły,
W winie utopić zawodne nadzieje.
Przeleci wieczór krótki i wesoły,
I noc przeleci, legniem jak zadnieje!
Héj sam Król Zygmunt nie wzgardzi biesiadą,
Czaszy nie popchnie, gdy w niéj dobre wino!
Nakrywać stoły! — a jak nie przyjadą
Sami wypić potrafim — dziewczyno! —

(Mołnia wychodzi)



SCENA II.
Dymitr sam — chodzi żywo.

Nie! on nie zawiódł — on mi sprzyja szczerze,
Przyrzekł i będzie — słowom jego wierzę.
Bo, chociaż stary często lisem bywa,
Choć wielu zawiódł — nie dobre ma imię!

Własnego dobra łączą nas ogniwa,
Bo własném dobrem Kniaź Wasil nie drzymie.

(chodzi milcząc).

Ej! wówczas, wówczas kiedy Księżnę młodą,
Do mego zamku druchy mi przywiodą,
Gdy stryj ją wiedzie na małżeńskie łoże.
Kiedy ksiądz stułą zwiąże ręce nasze,
Kto wówczas Halszkę odebrać mi może
I kto śmieć będzie? kogo nie ustraszę?

(milczy)

Matka! ha! matka nie lubi mnie stara —
Cóż mi po sercu? — niech się tylko boi —
Zamku jakiego lub włości ofiara,
Najłatwiéy gniew jéj łakomy rozbroi —
Król — Zechceż Kniaziów imienia niesławy?
Zechceż odebrać z łoża męża żonę?
Mógłże zapomnieć tureckie wyprawy,
I blizny moje i granic obronę — ?
Hola! szczęśliwym! — Kniaź Dymitr niech żyje!

(chodzi)

Lecz Wasil dotąd czemu nie przybywa? —
Może namowy odwiodły go czyje?
Może zapomniał i w zamku spoczywa.
A czas narady nie cierpiący zwłoki.

Goni nas lecąc pośpiesznemi kroki. —
Nie — jeszcze wcześnie —

(wygląda oknem)

zaledwie się pono
Niebo wieczorną ubrało zasłoną,
I na zachodzie znać łunę czerwoną —
Czas jeszcze (patrzy znowu),
ale, tak jak zajrzeć okiem,
Nic na gościńcu nie widać szerokim —

(chodzi)

Miałżeby zdradzić, i nasze namowy,
Księżnie wygadać zjadliwemi słowy?
Nie! zna mnie Wasil! Ja zdradą za zdradę,
W pień wyrznę włości i zamek najadę —
Niech się poważy! na turkach ostrzony,
Miecz mój się pomści przyszłéj mojéj żony —
Lecz to strach próżny — kto tam?



SCENA III.
Turek młody wchodzi z listem w ręku.

To ja panie —
Od Księżnéj jakieś przynoszę posłanie,
Z nim dworski przybył, na odpowiedź czeka —

K. Dymitr bierze list i nim go czytać zacznie, obraca w ręku

Każ dobrze przyjąć cudzego człowieka —
Niech u nas braku niczego nie widzi
A wypatrzywszy, po świecie nie szydzi —
Upoić winem, dać jeść co zażąda —
Wywieść po zamku, niech wszystko ogląda,
Pokazać skarbiec — czy słyszysz psi synie?
Napoić — karmić?


Turek.

Kazałeś — uczynię. —

(odchodzi).



SCENA IV.
Dymitr sam — rozrywa list czyta prędko, chmurzy czoło.
rzuca na stół — i chodzi żywo.

A! tak to Księżno! pogardzasz więc nami?
I przyrzeczeniem! — U kobiéty słowo,
Dzisiaj na ustach, jutro pod nogami —
Dziś tak przysięga; jutro słabą głową
Inaczéj myśli, innemu przyrzeka.
Teraz — odmawia córki i nadziei,
Stawia przeszkody — odkłada i zwleka —

Z pięknych wymówek, odmówienie klei!
Ale mnie nie zwieść! ja jutro pojadę,
Na złe czy dobre, pogrzeb lub biesiadę —
Tylko ten Wasil!

(uderza ręką o stół)

cóż mu się znów stało?

(wygląda oknem).

Gościniec pusty, a czasu tak mało?

(chodzi).

Odpisać Księżnie czy nie? — nie odpiszę!
Jutro sam będę, na wszystko odpowiem!
Jutro też z ust jéj ostatek posłyszę —
Czy zła czy dobra — lecz jutro się dowiem —
Héj!

(klaska w ręce).



SCENA V.
Turek wbiega — Dymitr.
Dymitr.

Powiedz temu, kto przybył z Ostroga,
Że ja Kniaź Dymitr, listu mu nie daję —
Wszak ztąd do Księżnéj nie daleka droga,
Niechaj oznajmi, że sam jutro staję —

(myśli).

Lub, tu go wołaj!

(Turek wybiega).


SCENA VI.
Dymitr sam, chodzi i list ma w ręku,

Sam powiem mu lepiéj,
Powiem bez gniewu, powolność zaślepi,
Pomyśli Księżna, że się zrzekam żony —
A jutro

(bieży do okna i wygląda).

Czy nie jedzie Wasil z drugiéj strony? —
Tu go nie widać —

(odchodzi od okna)

złość serce mi ściska —
Jeśli mnie zdradził, na zdradzie nie zyska!

(drze list w ręku).

Tak ja go w szmaty podrę przeniewiercę —
Oczy mu wydrę, żywcem zjem mu serce —
Lecz nie! on zna mnie! on zdradzić nie może!
Nie — nie — !

(patrzy oknem).

Nie widać, jak długie bezdroże.



SCENA VII.
TUREK I POSŁANIEC. — DYMITR.
Dymitr zbliżając się do posłańca, głośno.

Księżnie twéj pani, na list nie odpowiem,
Bo jutro myślę sam stanąć w Ostrogu,

Niechaj Bóg Księżnę czerstwém darzy zdrowiem,
I niech mnie przyjmie na gościnnym progu,
Z tak dobrą myślą, tak dla mnie życzliwa,
Jak się Kniaź Dymitr z jéj listu spodziéwa.

Dymitr wychodzi — Słudzy milczą spoglądając na drzwi któremi się oddalił.



SCENA VIII.
Ciż sami prócz Dymitra, Mołnia drugiemi drzwiami wchodzi ze dzbanem w ręku i kubkiem, ogląda się na wszystkie strony, zbliża się do posłańca i daje znak turkowi aby wyszedł. Turek wychodzi.
Mołnia zbliżając się

Z Ostrogaś przybył, zapewne zmęczony!


Posłaniec.

Nie, mój kozacze, nie dalekie strony!
Przywykłem dawno, nie do takiéj drogi,
Zrosłem, ze strzemion nie wyjmując nogi
Nie czułem nawet jak tu przyleciałem.


Mołnia stawiając dzban przed nim.

Ale się trochę ochłodzić nie szkodzi?


Posłaniec.

Już ja tu do dwóch dzbanków zaglądałem —
A jak mnie czasem napój tak ochłodzi,
Że koń gdzie w drodze wyrzuci siedzącego?


Mołnia nalewa.

Co znów za myśli? możeż przyjść do tego?
Kto tak przywykły do trudów i znoju,
Ten pewnie wody nie pijał ze zdroju.
Lecz przywykł także winem się ochłodzić —
Napij się trochę — (podaje kubek).


Posłaniec.

Muszę ci dogodzić!


Mołnia nalewa i częstuje przez całą scenę.

Cóż u was słychać, jak tam Księżna Pani.
Czyli nam sprzyja? czy tam na nas czeka?


Posłaniec upijając się coraz bardziéj.

Stara, żadnego nie cierpi człowieka,
Nikomu rada, a każdego gani!
I wy nie lepsi — ona tylko zwleka!
Inaczéj myśli — a zamki książęce.
Coby się w zięcia miały dostać ręce,
Rada że trzyma, nie da Księżnéj młodéj,
Na jéj pogrzebie, będą chyba gody,

Bo póki żywa ze swojego domu,
Jak mi Bóg miły, nie da jéj nikomu!


Mołnia nalewając ciągle.

Czy to być może! wszakże dawniéj pono,
Kniaź Dymitr Halszkę ma już przyrzeczoną?


Posłaniec pijąc.

Dobrze my także przyrzeczenia znamy!
Głupi kto wierzy, kto na nich spoczywa!
Nie jeden po nie gdy w zamek przybywa,
Przed nosem każą zamykać mu bramy —
Nie znacie Księżnéj!


Mołnia cicho.

Ale wy nie wiecie
Stryj Wasil z nami, on nam będzie swatem!


Posłaniec coraz bardziéj pijany.

Gdy Kniaź nasz Illia nie mógł żyć na świecie,
Rad nie rad musiał żegnać się z tym światem,
Wiesz to?


Mołnia.

Nic nie wiem.


Posłaniec.

Ja tę łaskę zrobię.
Że o dwóch Księżnach, wszystko powiem tobie.

Lecz drugim mówić mój kozacze wara!
Ty za dzban wina wart jesteś, lecz drugi.
Gdyby rozgadał, toby Księżna stara
Dobrze mi dała bo ciężka na sługi.
Słuchaj! — tak było — Gdy Illia umierał,
Znał swego brata Wasila od młodu,
Znał, opiekunem córce nie wybierał,
Lecz że miał żonę wysokiego rodu[1]
Że Konstantego był synem z Ostroga,
Mógł opiekunów wybrać sobie śmiało.
I opiekunem piérwszym wybrał — Boga,
A drugim Króla — I dobrze się stało!
Bo książę Wasil, jak to czas pokazał,
Nie jednym potem złym się czynem zmazał,
A gdyby bogactw miał opiekę daną,
Byłby frymarczył synowicy wiano.

(odpoczywa i pije).

A Księżna stara! czy i téj nie znacie,
Skąpa (pije) i chowa i dusi i zbiera,
Ni sobie skarbców, nikomu otwiera,
Ciężka w litości, bo nawet w opłacie!
Sługi zamęcza, a księżniczkę młodą,

Co już od dawna chłopców tyle miała,
Ze swemi skarby, ze swoją urodą,
Dotąd jak mogła w domu utrzymała.
Nie żeby ona chciała nudne życie
Pędzić sam na sam bez wesołéj chwili,
Bo któréjby to chciało się kobiecie?
Lecz, póki jeszcze w domu Księżna młoda,
Płyną do skarbcu z niezliczonych włości,
Złoto i srebro strumieniem jak woda,
A tego trzeba dla księżnéj Jéjmości! —
Rozumiesz teraz (pije) — co i jak się dzieje,
A mnie czas jechać —


Mołnia nalewa.

Jeszcze ci naleję!
To słaby trunek, nie zawróci głowy.
Lecz nim pojedziesz chcę ci kilką słowy
Nawzajem jedną powiedzieć nowinę.
Ja chociaż w liczbie Kniazia sług się mieszczę,
I wam też sprzyjam — téj chwili nie minę,
Muszę was ostrzedz — (cicho) Jutro może jeszcze
Kniaź przyjacielsko do Księżnéj zawita,
Ale się strzeżcie jeśli odmówicie —
Przyjedzie zbrojny — o wolą nie spyta,
Porwie Księżniczkę, a bezbronnym życie —
Jak skoro orszak postrzeżecie wielki,

Oznajmcie panom, na wałach Ostroga,
Gotowa siłą odbić napad wszelki,
Niech stanie wasza zamkowa załoga
Kniaź Dymitr przysiągł z dobréj czy złéj woli,
Porwać wam Księżnę —


Posłaniec.

Co mi gadasz bracie?
Ho! ho! a Król że czy na to pozwoli?
Król nasz opiekun —


Mołnia.

Dymitra nie znacie!
Gdy co zamierzy, nie patrzy na daléj —
Byleśmy dzisiaj przeszkody złamali,
Króla przebłagać łatwiéj niż się zdaje —
Bądźcie ostrożni —


Posłaniec.

Et! pleciesz mi baje —
Kto to zaś siłą żonę sobie bierze?
Halszka nie zechce. —


Mołnia.

Nie pytamy woli,
Miecz nasze prawo!


Posłaniec.

Ja w to nie uwierzę —
Z resztą zobaczym!

(podaje kubek)

trochę mi tu doléj! —

(Mołnia dolewa, on wypija, stawia kubek i wstaje).

A teraz — żegnam! —


(Chce ją uścisnąć, Mołnia ucieka i wpada na wchodzącego jednemi drzwiami Kniazia Wasila ze swojemi dworzany. W téjże chwili drugiemi, z głębi zamku drzwiami wbiega Kniaź Dymitr i leci prosto do wchodzącego Wasila. Mołnia wymyka się, a za nią posłaniec.



SCENA IX.
DYMITR, WASIL — Dworzanie Wasila w głębi.
Dymitr biegnąc uściskać Wasila.

Tak długo czekałem!
Tyleś mi Kniaziu myśli napędził do głowy,
Tyle razy od okna, do okna biegałem! —

(ściskają się).

Że kiedyś wjechał w dziedziniec zamkowy,
Mało mi serce nie skoczyło z łona!
Witajże gościu! — héj! stoły! puhary!
A naprzód — słówko.


bierze za rękę Wasila i prowadzi go naprzód sceny. Słudzy tym czasem ciągle stół nakrywają, zapalają więcéj świateł, przynoszą dzbany, misy i robią przygotowania do biesiady).

Dymitr.

Już nadzieja kona
Tylko co pismo Księżnéj odebrałem staréj,
W niem jak zwykle, nie łudząc zwodniczemi słowy
Choć grzecznie, wbrew odmawia — patrz, jakiéj osnowy.

(podaje list podarty. Kn. Wasil czyta, on mówi ciągle).

Czego się tu spodziewać? na Króla się zdaje!
Że on córki opiekun! — Lecz wieczne zwyczaje
Matkom i opiekunom równe dają prawa —
Niech do Króla napisze, Król pewno zezwoli,
Wszak przeciw mnie ubóstwo ani ród nie stawa.


Wasil powoli, kaszląc.

Wiesz Kniaziu, że nie ta myśl siostrę moją boli,
Ona, radaby tylko zagarnąć dostatki

Ze szkodą swojéj córki — Nie ma serca matki —
Nie patrzy na jéj szczęście, swém tylko zajęta,
Nie o mężu dla córki, o sobie pamięta.
Ale jakem dał słowo, nie przełamię słowa,
Mam prawo oddać Halszkę i oddam ją tobie.


Dymitr żywo.

Jutro?


Wasil zawsze powoli.

Jutro jéj Księżna przed nami nie schowa,
Znajdziemy ją w Ostrogu, a com przyrzekł zrobię.
Lecz Kniaziu z twojéj strony —


Dymitr.

Słowa nie odmienię,
Oddam ci go przyrzekłem, skoro się ożenię —
Więcéj! wiecéj dam Kniaziu! możesz co chcesz żądać,
Nie będę na ofiary jak sknera poglądać.
Będę umiał czuć wdzięczność, ale — jedno słowo,
Jeśli Halszka nie zechce.


Wasil.

Zacząłeś na nowo!
Tylem razy powtarzał, że to nic nie znaczy.
Po ślubie się złagodzi — Jakże chcesz inaczéj?
Czy myślisz jeśli kilka łez dziewczę wyleje,
Odstąpić swych zamiarów, porzucić nadzieje?

Księżna i chłopka równie płacze u wesela,
Ale dni na pociechę nie potrzeba wiela!
Gdyby też na łzy zważać! Zamykana skrycie,
Przywykła pędzić z matką nudne, mnisze życie.
Może szczęścia ogromem przerażona trocha,
Odepchnąć nawet męża, choć późniéj pokocha,
Ale — (śmieje się).


Dymitr przerywa szybko.

Cóż zrobim, gdy znów matka nie pozwoli?


Wasil zwolna.

Co zrobim? nie będziemy pytać się jéj woli —
Ja sam panem tam będę — kto mi się postawi? —
Księdzu każę — na miejscu ksiądz pobłogosławi
Potém żonę swą ręką oddam ci na łoże,
Potém — o przyrzeczenie dopomnę się może.


Dymitr.

O to nie troszcz się Kniaziu, znasz że swego słowa,
Dymitr pewno nie zgwałci i święcie dochowa,
Lecz mam jeszcze na sercu — przeszkód, przeszkód wiele!
Jeśli Księżna nas obu oskarży Królowi?
Jeśli przy swoich prawach zechce stanąć śmiele.
Nie wiem co Król opiekun nam obu odpowié?
Chociaż ja mam zasługi — i z bliznami memi,

Mogę piersi pokazać i ród nie od wczora.
Imię sławne nie mało wśród litewskiéj ziemi,
I zamki — Lecz wszystkiego wyliczać nie pora.


Wasil.

Nie pora też mój Książę, sięgać tak daleko —
Jak zrobim, pomyślimy gdy będzie twą żoną,
Król rad, że się z kłopotną pożegnał opieką,
Potwierdzi wszystko, co było zrobiono.
Wszak zna i August, że Księżna Beata,
Nie szczęścia córki, ale swego pragnie,
Że już nie dzisiaj mężami pomiata,
By skarby trzymać! Król łatwo się nagnie.


Dymitr.

Król — chciałby może — Lecz Bona Królowa
Kiedy ją Księżna zacznie błagać łzami,
Da się uprosić, wszak i sama wdowa,
Wbieży do króla, ogada, omami,
A Król żeby pokój kupić w domu,
Na prośbę Bony nie ulży nikomu! —


Wasil surowo.

Boisz się Książę a! więc rzecz skończona
Milszy ci pokój widzę, niżli przyszła żona!
Chciałem dopomódz! — Ten co na pogany,
Sto razy lecąc śmierci dostał kroku,

Dziś w marnéj sprawie, w przyszłość zakopany
Lęka się tego, co nie dojrzéć oku.
Kiedy tak — dobrze!

(odstępuje na krok, Dymitr wstrzymując go za rękę)

Dymitr.

Coć się Kniaziu marzy??
Jabym się lękał?? a! na moję duszę
Daj mi tu piekło — i piekło poruszę!
Staw mi szatanów, staw na mnie świat cały.
Serce i ręka nie będą mi drżały!
Lecz jeśli człowiek bacznie co rozważy
Gdy przyszłość w swojéj chce odgadnąć głowie,
Źle kto przezorność, lękliwością zowie.
Jeszczem się Bogu najwyższemu dzięki
Nie zląkł ni śmierci, ni ludzi, ni kogo?
Wszyscy — samego opuścić mnie mogą,
Dość mi od strachu, będzie mojéj ręki?
Źle sądzisz Kniaziu!


Wasil.

Możem się omylił,
Ale kto tyle zarzutów mi dawa,
Do takich sądów, czyż niedaje prawa?
Z resztą — jam gotów i choć wiekiem stary,
W przyszłość nie patrzę.


Dymitr.

Za mnie i za ciebie,
Wszystkom obejrzał (do sług) dajcie tu puhary! —
Spełnimy zdrowie — przyjaciół w potrzebie!
Bo nie ten druchem, kto siada za stołem,
Napić się z nami i najeść do syta,
Ale kto w biedzie tonącego chwyta,
I wyrwie z toni, albo zginie społem!
Kniaziu do ciebie! — (pije i nalewa)
jutro o téj porze. —


Wasil przerywa cicho.

Cicho! ze sług kto podsłuchać nas może,
Nie trzeba żeby paplali przed czasem —


Dymitr.

Już czas bliski! (ściskają się) Jutro do zamczyska,
Wpadniemy z Księżną, z weselem z hałasem!
Jutro, lecz nie wiesz jak za serce ściska,
Bojaźń, ażeby —


Wasil.

Znów się boisz czego!


Dymitr.

Mogą przed nami zaszturmować bramy,
Mogą nie puścić — kozacy wybiegą —
A my sił wielkich przeciw nim nie mamy.

Ostróg ma tysiąc ludzi, hakownice, działa —
Nie mało dwornych — służebni i draby —


Wasil.

Fraszki to Kniaziu, choćby krocie miała,
Co znaczy wojsko pod rozkazem baby??
Oni nie mogą chcieć się mierzyć z nami,
Nikt im nie mówił, że jedziemy zbrojno,
Jedziem jak druchy, z dobremi słowami,
Mieliżby oni chcieć nas przyjąć wojną?


Dymitr.

Z tém wszystkiém zebrać co się tylko może,
Źle nam nie będzie? Wiele Kniaź ma koni?


Wasil prowadząc do okna.

Spójrz — oto wszystkie stoją tu na dworze,
Zwykła czereda —


Dymitr.

Moich dodam do niéj —
Moich trzydziestu, lecz na stu iść mogą!
Waszych (patrzy oknem)
pięćdziesiąt — wystarczy nam Książę?
Połowa z nami pójdzie prostą drogą,
Połową drugą pagórki okrążę —
Na pierwsze hasło, połączą się z nami —


Wasil.

Ale to wszystko nie potrzebne na nic,
Księżna (ze śmiechem) z dobremi swemi sąsiadami,
Nic zechce pewno wyjść z przyjaźni granic!


Dymitr.

Tu — drugi puhar! —

(podają dwa puhary)

zdrowie mojéj żony! (pije)


Wasil spełniając — cicho.

Zdrowie!

(słudzy odnoszą puhary).

Dymitr.

Jak jutra czekam niecierpliwie!
Chciałbym już widzieć wschód słońca czerwony!


Wasil.

Niecierpliwości wcale się nie dziwię.
Kto swego szczęścia jutro się spodziéwa
Bezsenny może czekać wschodu słońca,
A noc mu długo iść będzie leniwa,
Nim się doczeka poranku i końca. —
O! młody wieku! czemuż niesiesz z sobą,
Ogień młodości, zabiegi, nadzieje?
I ja tak Kniaziu życia ranną dobą,
Szalałem niegdyś — dziś już nie szaleję!

Krew ciężka, ledwie po żyłach przepływa,
Drży słaba głowa, drży ręka bez siły,
Stary nie szczęścia — śmierci się spodziéwa,
Gdy mu już lata głowę posrebrzyły.
Chciałbym ostatnie zgromadzić roskosze,
W ostatnie, blade, życia mego chwile.
Lecz próżno Boga, próżno świata proszę —
Nie ma ich dla mnie! — Czas zasnąć w mogile!
Świat nie ten teraz, jakim był za młodu,
Nie ci są ludzie — wszystko się zmieniło!
Co z moich bogactw? co z mojego rodu?
Co z mego życia? — Wszystko mi się śniło!
Na łożu śmierci, gdy przyjdzie skonanie
Jak sen nie długi — długie życie stanie —


Dymitr biorąc puhar od sługi.

Dość tego żalu — im krótsze nam życie,
Tém go weseléj używać potrzeba. —
Na co narzekać, gdy nie odwrócicie,
Śmierci ni życia, piekła ani nieba.
Niech wszystko Kniaziu swym trybem się dzieje!
Wypijem jeszcze — Co dzisiaj — to nasze!
Daj drugi puhar! daj tu większe czasze!
Na dnie ich świat się wesoły nam śmieje!
Kniaziu Wasilu, gdybym mógł dać tobie,
Lat kilka życia, dałbym ci prawdziwie — !


Wasil pijąc.

Dzięki ci! — nié ma nic strasznego w grobie!
Ukróć mi życia, — bylem żył szczęśliwie —
Lecz starość nudna, jak lampa gdy gaśnie,
Pół życia tylko w piersiach zostawuje
Pamięcią świeci, a z sił nas wyzuje,
I męczy długo, nim się w końcu zaśnie.


Dymitr.

Lecz ma i starość, powaby — zasługi —
Pod siwą głową, stary rozum mieszka —
Do doświadczenia gościniec tak długi — !


Wasil.

Ale do szczęścia dłuższa jeszcze ścieżka —
Co po rozumie, gdy nas smutek goni?
Gdy troski gryzą — rozumny łzy roni.


Dymitr do sług.

Zwołać tu wszystkich do wspólnéj biesiady,
Siadajmy Kniaziu! — Tak wam jestem rady —
Że gdybyś mojéj krwi zapotrzebował,
Lub mego serca — tych bym nie żałował.



SCENA X.
Ciż sami. Wchodzą wszystkiemi drzwiami, na głos dzwonka, który się odzywa, dworni urzędnicy, dowódzcy kozaccy obu Kniaziów, dworscy dworzanie — Około dwudziestu kilku osób — Siadają za stół. Przód stołu przy którym siedzą na wyższych krzesłach Kniaź Dymitr i Wasil — obrócony do teatru. Słudzy misy stawiają. Mołnia za krzesłem Dymitra trochę opodal stoi. Przez chwilę słychać tylko szum biesiady, brzęk mis i czasz i ciche pomięszane rozmowy.
Dymitr obracając się.

Jest tam gdzie Mołnia? — Mołnia! héj kozacze!!


Mołnia podbiega.

Co kniaź rozkaże?

(Wasil obraca się i długo patrzy na nią.)

Dymitr głośno do Wasila.

Ja gościa uraczę,
Nie tylko jadłem, nie tylko napojem —
Ale czém znajdę w domu mojem —
Wszakże Kniaź Wasil nie wzgardzi piosnkami? —
Wszak, i wy czasem lubicie za stołem,
Z przymrużonemi jak do snu oczami,
Z czaszą przed sobą, z nachyloném czołem,
Słuchać piosenki, jak szmeru strumyka?


Wasil patrząc na Mołnię.

Kiedy ją piękny kozak śpiéwa taki?
Kiedy się z ustek różanych wymyka —

(śmiejąc się)

Dawnoś kozacze wszedł między kozaki?
Tyś to zapewne Kniazia pokojowy —
Na moją duszę — prześliczne stworzenie!

(głaszcząc ją pod brodę)

Na co to było te włosów pierścienie,
Z tak pięknéj ostrzygać głowy?

(po chwili)

Chociażem stary — lecz — dziewczyna taka —
Kniaziu ty tego daruj mi kozaka?


Dymitr ponuro.

Dawny mój sługa —


Wasil patrząc na nią ciągle.

Dawny? — co to szkodzi?
Znudził cię — oddaj — (ciszéj) mając żonę młodę,
Takich sług w domu chować się nie godzi —
Wszak mi go oddasz? — Co zechcesz w nagrodę?
Kniaziu Dymitrze — z mojego orszaka,
Wybierz którego zażądasz kozaka —
Dwóch — czterech wybierz, z końmi i przyborem —


Dymitr ponuro.

Najchętniej Kniaziu — lecz posłuchaj chwilę
Kiedym raz Turków gnał całym taborem

W las zapędziwszy, z zasadzek napadli,
Ledwieśmy oręż z pochew wydobyli,
Już chciwi zemsty, pijani, zajadli,
Na karki naszym rajtarom skoczyli. —
Kozak ten wówczas był ze mną w wyprawie,
Zostałem ranny — ocalił mi życie —
I w ciągłych trudach, staraniach — obawie,
Od wrogów lasem, uprowadził skrycie —
Potém mnie w długiéj pilnując chorobie,
Rany ugoił — i noc i dzień cały,
Jego mi piosnki, boleść ukajały.
Wówczas przysiągłem i jemu i sobie,
Że jeśli tylko sam się nie oddali,
Moja go ręka nigdy nie odgoni,
Że towarzysze nieszczęścia i broni,
Pod jednym dachem będziemy mieszkali.
Chętniebym z niego zrobił wam ofiarę,
Bo serce moje dla was nie obłudne,
Lecz dawny nałóg i przyjaźni stare,
Równie są Kniaziu do zniszczenia trudne.
Jednakie — jeśli sam zezwoli na to —

(patrzy na Mołnię, która z gniewem spuszcza oczy w ziemię).

Wasil nachylając mu się do ucha — żywo.

Mieć jéj nie możesz, jeśli chcesz mieć żonę —


Dymitr ponuro.

Jak mi dasz żonę.


Wasil.

młodą i bogatą!


A ty mnie —


Dymitr.

Cicho!


Wasil.

Więc wszystko skończone?


Dymitr podaje rękę nieznacznie.

Ręka!


Wasil.

Niech teraz zaśpiéwa nam mała —


Dymitr stukając ręką o stół.

Cicho tam! cicho;


Mołnia.

Cóż będę śpiewała?


Dymitr.

Co wesołego?


Wasil.

Byle co — maleńki —

Równe mi wszystkie jakie chcesz piosenki —
Ty sobie śpiewaj, my się będziem śmieli —
Nie zasmuci mnie piosnka i nie rozweseli.


Mołnia do Dymitra.

Co Kniaź, rozkaże?


Dymitr niedbale.

o tureckiéj brance,
O Ukrainie, o stepach — kochance-
I o miłości — Co ci się zamarzy —
Byle nie smutno mój mały kozacze.
Smutek biesiadnéj nie przystoi twarzy —
Mnich tylko nudny patrzy w dzban i płacze.
Wszyscy chcą słuchać, bo szmery i wrzawa
I gwar biesiadny powoli ustawa.


(Szmer ucisza się powoli, Mołnia siada na niskiéj ławce nie daleko Książąt i wzięty ze ściany teorban stroi, probuje a nakoniec spiewa.)
PIEŚŃ MOŁNI.

Szła noc powoli, szumiały gaje,
Wiatr piasek nosił po błoni.
Skąd tam na drodze tuman powstaje — ?
Skąd tyle ludzi i koni? —
To orszak kniazia żonę mu wiedzie
Bogatą panią i młodą.

Sam kniaź na koniu, czwałem na przedzie,
A za nim druchy ją wiodą.
Szła noc powoli — szumiały gaje,
Wiatr nosił po błoniach piasek.
Kto to tam leci, przemija lasek,
Przybywa do wrót i staje?
Patrzaj, na oczy światłość mu padła,
Miecz nosi męzki u boku,
Lecz twarz nie męzka, lecz twarz wybladła,
I łzy nie męzkie ma w oku?
Szła noc powoli, biesiada brzmiała,
Kniaź siedział z Księżną wysoko,
A ona biedna ciągle milczała,
We łzach świéciło jéj oko.
Szła noc powoli — brzmiała biesiada.
Skrzypły wrzeciądze podwoi
I weszła postać smutna i blada,
Weszła, stanęła i stoi. —
Północ wybiła — gotowe łoże.
Kniaź młody i Księżna młoda,
Krew w nim zawrzała, czekać nie może,
Wstaje i rękę jéj poda.
Poszli oboje, już blisko rana
Goście nad stołem drzémali,
Snem się skończyła, uczta pijana,
Smutny przychodzień znikł z sali.

Ranek pozłocił nieba błękity,
W zamku niepokój i jęki,
Księżna zabita i Kniaź zabity,
Lecz z czyjéj polegli ręki?? —
Ranek na niebie wesoły świta,
Smętarz się pieśnią rozlega,
Co to za człowiek, co za kobiéta,
Do świeżych mogił przybiega?
I płacze gorzko, siebie przeklina —
— Ja Kniazia krwią się oblałam,
Jego kochanka biedna dziewczyna,
Zemściłam się, jak kochałam!
Bo Kniaź bogaty, wziął Księżnę sobie.
Kiedy na łożu usnęli,
Wśród nocnéj ciszy, o nocnéj dobie,
Zabiłam ich na pościeli.
Weźcie mi życie! — pójdę do niego,
Pójdę do nieba czy piekła
Tak krzycząc padła — ludzie się zbiegą.
Ciżba ją stamtąd wywlekła,
Szła noc powoli, szumiały drzewa,
Czyja to nowa mogiła?
W niéj biedne dziewczę ziemia pokryła
A nad nią brzoza powiéwa.


Dymitr który słuchając pieśni rozmawiał z Wasilem.

Piosnkę tę młoda jakaś utworzyła głowa
Spiew jéj jak świergot wróbla, gorsze jeszcze słowa.
Mówiłem — nie chcę smutnych, uderz głośno w stróny,
I zanuć mi do boju śpiew mój ulubiony.

(Mołnia spogląda na niego i waha się).

Dymitr wstając.

Albo nie! nie chcę śpiewu, czas spocząć na chwilę
Tylko jeszcze ten puhar do Kniazia wychylę.

(piją do siebie trąciwszy puhary).

Sam tu do mnie dowódzco od straży zamkowéj? —

(Dowódzca wstaje i przychodzi)

Niechaj orszak mój będzie ze świtem gotowy
Jutro jedzim —


Dowódca.

A dokąd?


Dymitr gniewnie.

Co tobie do tego?
Kto cię pytać nauczył? — Słuchać co kazałem.
Jeśli się gdzie rozeszli niech się zaraz zbiegą,
Potrzebni mi są wszyscy z uzbrojeniem całém.
Lecz na dzień jeden tylko — Idź!

(dowódca odchodzi — do Mołni).

ty, jak zaświta —
Prędzéj — jak na brzask tylko zrumieni się zorze,
Obudzisz mnie koniecznie, słyszysz, bez odwłoki!

(Do K. Wasila).

Teraz nam obu Kniaziu, czas legnąć na łoże,
Żeby jutro wstać raniéj i śpiesznemi kroki,
Dobiedz celu naszego —

Wasil.

Nie lękaj się o to —
Śpij! Jutro skończym wszystko. I żonę i złoto
Choćby matka umarła, weźmiesz jakem żywy!
A jeśli w tém twe szczęście, tyś jutro szczęśliwy.


Dymitr ściskając Wasila.

O! tak szczęśliwy! prawda — lecz powtórz mi Książę,
Że nas nic nie ustraszy, nic nas nie zatrzyma —
Czy zechcą czy nie zechcą, nam zawady nié ma —
Szabla, nasze nadzieje i spór nasz rozwiąże!


Wasil.

Bez szabli nie skończymy, nie pomogą słowa —
Lecz daję na to rękę, jakkolwiek być może,
Albo moja i twoja zostanie tam głowa —
Albo koniec raz przecie wszystkiemu położę. —

(Ściskają się, szepcą jeszcze i rozchodzą — przed każdym niesie sługa światło. Mołnia ogląda
się i zostaje na przodzie teatru — Inni biesiadnicy wstawszy od stołu w ciągu następnéj sceny rozchodzą się — Słudzy gaszą większą część świateł i stół sprzątają).


SCENA XI.
Mołnia na przodzie teatru, w głębi słudzy około stołu (oglądając się).

Co mogłam wszakżem wszystko zgotowała wcześnie,
Po puharach tak gęstych, spłynie ranek we śnie —
Gdy się pobudzą, nie czas jechać będzie,
Księżnie tym czasem posłaniec rozpowie —
Stanie jéj wojsko i załoga wszędzie,
Skoro się blisko ukażą Kniaziowie.
Zamkną im bramy i wytoczą działa!
Kniaziu Dymitrze — ! nie będziesz miał żony!
Bóg mi dopomógł, jam wszystko wstrzymała.
Tyś się nie spodział przeszkód i obrony!
Spełznie nadzieja przed chwilą wesoła.
Dopomóż Boże! o! dopomóż Boże!
Pójdę się modlić do twego kościoła,
I łzy ci moje za ofiarę złożę. —
Gdybym tam była w méj rodzinnéj stronie,
Gdybym tam była — w stepach Ukrainy —
Spokojne serce biłoby w tém łonie,
Jak wiejskie życie spokojnéj dziewczyny.

Tu w wiecznéj walce — i z ludźmi i z sobą,
Ileż to cierpień za roskoszy chwilę!
Ileż dni smutną pokrytych żałobą —
Za mało dobra — trosków i łez tyle!
Tyle sromoty przed Bogiem i sobą!

(chodzi)

Nie! póki życie w piersiach jeszcze noszę,
Kniaź Dymitr drugiéj nie będzie miał żony.
On mój — i życie jego i jego roskosze
I wszystko jego — moje. Czegoż chce spragniony?
Nowéj pieszczoty, nowych oczu, twarzy,
Nowych uścisków i złota bez miary —
Złota i złota! — On w swéj głowie marzy,
Że kiedy w złote zadzwoni puhary,
I młodą żonę uściśnie szalony,
Szczęście mu przyjdzie od złota i żony.
O! kiedy sercu twemu nie dość jednéj,
Nie dość tych bogactw — próżno szukasz wszędzie.
Gromadząc ciągle, pozostaniesz biédny,
Gdybyś świat dostał — nic dosyć ci będzie!

(patrzy w około).

Lecz noc już późna, czas tę biédną głowę
Złożyć na chwilę, na twarde posłanie —
Jutro dzień nowy, a z nim troski nowe!
Jutro — o Boże! co się z jutrem stanie! —

Koniec Igo aktu.



Przypisy

  1. Kościeleckę, z dworu Zygmunta I z która wprzódy Król Zygmunt miał syna Jana, Biskupa wileńskiego, a potém poznańskiego


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.