Przejdź do zawartości

Gwiazda przewodnia (Ehrenberg, 1889)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Ehrenberg
Tytuł Gwiazda przewodnia
Pochodzenie Kłosy, 1889, nr 1255
Redaktor Salomon Lewental
Wydawca Salomon Lewental
Data wyd. 1889
Druk Drukarnia S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


GWIAZDA PRZEWODNIA.

— Aa! Ludwiś! co za miła niespodzianka!
— Męża twego zastałem w domu, kuzynko?
— Jaka szkoda, że Józia niéma!... ale on zaraz nadejdzie. To się ucieszy, jak cię zobaczy!
— Więc go nie zastałem?... Żałuję niezmiernie... Nie mogę sobie odmówić przyjemności zobaczenia go... a że czas pozwala mi krótką tylko chwilkę z wami przepędzić, więc przyjdę późniéj...
— A to co znowu?! Dziwaczysz! Nie widzieliśmy się już całe cztery lata, a ty wpadasz jak po ogień, nie chcesz się nawet przywitać!... O, ty łobuzie! godziło się to tak o krewnych zapomniéć, nie dawać znaku życia? a przecież to ty się wtedy we mnie kochałeś! Co? nie prawda? Mój Boże! mój Boże! jak to wszystko minęło... Połóż-że kapelusz i usiądź tu przy mnie, tak jak dawniéj...
— Daruj, kuzynko...
— Et! niemądre plecenie!... Zabieram cię w niewolę. Musisz być posłusznym... Siadaj! słyszysz? ja ci rozkazuję. Aleś ty się zmienił: schudłeś, spoważniałeś, broda ci urosła; bardzo ci w niéj do twarzy... Gdzie to porównać... toż ty cztery lata temu byłeś dzieciak... a dziś! ot, już ci włosy siwieją... Czy to ze zmartwień?
— Nie wiem. Może z pracy...
— Z pracy? To ty tak pracujesz? Ach, prawda! pełno twojego nazwiska po pismach... niéma gazety, żeby nie było w niéj jakiegoś twojego artykułu... Doprawdy, gdyby nie to, nie wiedzielibyśmy, czy żyjesz na świecie... Musisz dużo zarabiać...
— Dużo.
— To musisz być szczęśliwy. Pokaż palce: niéma pierścionka. No, to jeszcze zupełnego szczęścia nie znasz. Pokochaj, a zobaczysz. Patrz na mnie, jaka ja jestem szczęśliwa: nigdy nie marzyłam o czémś podobném; nawet wtedy, kiedy się w tobie kochałam. Bo ty może nie wiész, że ja się w tobie kochałam przez całe dwa tygodnie: tydzień przed twoim wyjazdem, i tydzień po nim... Ale, jak nadszedł karnawał — miłość wywietrzała. A ty, bałamucie, przyznaj się, żeś nawet tak długo nie pamiętał o mnie... Był-byś choć jeden list napisał... No, przyznaj się...
— Rzeczywiście.
— Ale powiédz-że coś o sobie: coś ty przez ten czas robił? dlaczego nie dawałeś znaku życia? Miałeś na Wielkanoc do nas przyjechać — i nie przyjechałeś. Widzisz, niedobry, jak ja to wszystko doskonale pamiętam... Tyś pewnie już dawno zapomniał... Dlaczegoż ty nic nie mówisz?
— Ja, kuzynko, walczyłem z życiem... zdobywałem sobie stanowisko... nie miałem czasu...
— Na miłość... No, naturalnie, dajmy na to. Ale na list toś się przecie mógł zdobyć. Mateńka moja pokochała cię tak, jak rodzonego syna... Mówiła, żeś jéj zawsze przypominał nieszczęśliwego Władka... Byłeś taki wesoły, rozmowny, tak-eś mamę umiał rozerwać, że zapominała o swoim smutku; to téż jak-eś odjechał, smutno u nas było, jak w grobie. Dostała-bym tam czarnéj melancholii, gdyby nie cioteńka, która wzięła mię na karnawał do Warszawy. Tam poznałam Józia... A czy wiész, jaka była nasza piérwsza rozmowa? Zgadnij.
— Nie mogę, kuzynko. Pewnie o pogodzie, albo o strojach...
— O, nie! właśnie, że nie. O tobie! On mię widział raz piérwszy na ślubie Helenki, w kościele, kiedym szła z tobą. Powiedział, że jeszcze nigdy tak ładnéj pary nie widział... Komplement dla ciebie... i co powiész? tém mię najwięcéj ujął... Potém bardzo ciebie chwalił, unosił się nad twoim talentem. Mówił mi nawet jeden wierszyk, który napisałeś podobno do Andzi Dolnickiéj...
— Jaki? ja do niéj żadnego wiersza nie pisałem...
— Aha! nie zapieraj-że się teraz przynajmniéj. Józio mi powiedział, żeś ty się w niéj kochał... Zrobiło mi się wtedy strasznie przykro... i wiész, że prawie ze złości zakochałam się w Józiu...
— Ależ on skłamał! Ja żadnego wiersza do panny Dolnickiéj nie pisałem i nigdym się w niéj nie kochał...
— O, nie gadaj, nie gadaj! Już ja Józiowi wierzę: on-by nie skłamał. A zresztą doskonale jeszcze ten wierszyk pamiętam; utkwił mi głęboko w pamięci. Przypomnisz sobie?

Szczęścia mego krótkie chwile
Zamierają w wspomnień grobie...
Innym dałem pieśni tyle,
Tylko nic nie dałem Tobie...
Bo wyjawić pieśń gotowa
Pragnienia uczuć nieśmiałe:
Innym dałem tylko słowa,
Tobie dałem serce całe!

A co? teraz się zaprzéć nie możesz... No, zaprzecz... zaprzecz... skłamał Józio? co? czy skłamał?...
— Masz racyą, kuzynko: nie skłamał.
— O! ja wiem, bo on się brzydzi kłamstwem... Ale ty, niegodziwy, kochałeś się w kim innym, a bałamuciłeś mnie?! Nigdy-bym ci tego nie darowała, gdyby nie to, że przez ciebie zakochałam się w Józiu i że przez ciebie on mi się przeszłego roku oświadczył...
— Jakto? jakim sposobem?
— W odcinku Gońca wychodziła twoja powieść „Gwiazda przewodnia”. Czytywaliśmy ją razem: w jedném miejscu nie mogłam łez powstrzymać. Było to w tém miejscu, kiedy ten biedny Konrad marzy w suchotach, że pozyska wreszcie to stanowisko, o które od tak dawna walczył, i będzie mógł ożenić się z Aliną; pamiętasz? wtedy, kiedy Dobrójski, uproszony przez nią, przychodzi, donosząc mu z litości o rzekoméj nominacyi: jakie on wtedy szczęście sobie roi! U mnie na biurku leży ta powieść, wiecznie na téj stronicy otwarta; bo właśnie wtedy, kiedyśmy to czytali, Józio spojrzał na mnie: oczy miałam łez pełne... Wtedy Józio zapytał: „Panno Władysławo! gdyby pani była Aliną i gdyby Konrad wyzdrowiał, czy odepchnęła-byś go pani?” Bo pamiętasz, że wieczną trwogą Aliny była troska, żeby Konrad przypadkiem nie wyzdrowiał i żeby ona przyrzeczeń swoich nie musiała dotrzymać. „Czy odepchnęła-byś go pani tak, jak-by to zrobiła Alina?“ „O, nie! — zawołałam — ja go już kocham, choć on nie istnieje. Któż-by odepchnął taki obraz szczęścia, jakie on obiecuje dać Alinie!“ Wtedy Józio przybliżył się do mnie i wziął mię za rękę: „A gdyby ten Konrad nie umiał tak pięknie mówić, ale gdyby zato czuł jeszcze silniéj?“ „Czy możesz pan wątpić?“ — wyszeptałam i już późniéj nie wiem, co się ze mną działo, ale byłam bardzo, bardzo szczęśliwa... Ale co tobie? tyś taki blady, łzy masz w oczach? Czyś nie słaby?
— O, nie! dziękuję ci! już przeszło. W istocie trochę niezdrów jestem.
— Nie, nie wierzę! Ty coś przede mną ukrywasz. Zmieniłeś się nie do poznania. Smutny jesteś, ponury; tobie coś cięży na sercu... Powiédz mi, masz we mnie najlepszą siostrę.
— Ale nic mi nie jest, wierz mi!
— Nie martw mię. Przyznaj się. Zrobisz to... jak mię kochasz...
— Pocom ja tu przyszedł!.. pocoś mię zatrzymała!... Puść mię, bo mi się w głowie kręci i przytomność tracę...
— Ludwisiu! co to znaczy? nie rozumiem cię...
— Nie rozumiész i nie zrozumiész mię nigdy. Nie zrozumiész, co to cztery lata pracy bez snu, bez odpoczynku, bez przerwy, dla jednego celu, z jedną myślą, z jedném uczuciem... nie zrozumiész, co to znaczy cierpiéć, bo nie usunęło ci się szczęście, o którém śniłaś, dla którego cierpiałaś, pracowałaś i żyłaś. Nie zrozumiész tego tak, jak nie zrozumiałaś, że tym Konradem byłem ja, że ta gwiazda przewodnia w jego życiu to — ty!... Ja się łudziłem nadzieją, że ty z téj powieści odgadniesz to, co było istotą mojego życia, a tymczasem... O, przeklęty ten dzień, w którym skłamałem! byłem za dumny, żeby przyznawać się do miłości i zaparłem się jéj przed Józefem wtedy, kiedy on mię o nią zapytywał... Przeklęty mój upór i moja pycha, że chciałem przed tobą ukazać się wtedy dopiéro, kiedy to szczęście, odmalowane ustami Konrada, będę mógł naprawdę przed tobą roztoczyć... O, głupi byłem i przeklęty!... Co tobie jest? Dlaczego tak strasznie patrzysz na mnie, Władziu! Obudź się! przyjdź do siebie. Już przeszło!... już się stało! Ja już przecierpiałem, już oswoiłem się z myślą o mojéj doli!... Byłem przekonany, że potrafię zapanować nad sobą! O, jaki ja jestem nikczemny! Własną głupotą zburzyłem sobie gmach szczęścia, a teraz podłością burzę twój spokój... O, przebacz mi! zapomnij o tém, co mówiłem... nie wierz temu! Obudź się!... Słyszysz? ktoś dzwoni... to twój mąż wraca. Władziu! nie przyprowadzaj mię do szaleństwa!... Władziu! nie patrz na mnie tak strasznie!

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Aa! Ludwiś! co za miła niespodzianka!

J. K. Ehrenberg.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Ehrenberg.