Gwiazda Południa/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gwiazda Południa

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Gwiazda Południa
Data wydania 1909
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Tłumacz R. G.
Ilustrator Léon Benett
Tytuł orygin. L’Étoile du Sud
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.
Gwiazda Południa.

Wieść o powrocie Jacobusa Wandergaarta rozbiegła się po okolicy. Każdy naturalnie był ciekaw zobaczyć ten cudowny kamień. Wiadomem również było, że »Gwiazda południa« została przez inżyniera darowaną Alicyi, lecz że ojciec jej uważa się za właściciela dyamentu.
Że klejnot ten był dziełem rąk ludzkich, a nie cudem natury, wiedziała zaledwie bardzo mała liczba osób, bo Cypryan niechciał rozpowszechniać tej wieści, po części z obawy przed zemstą kopaczy, a także przed czasem, zanim się nie przekona, czy doświadczenie uda mu się poraz drugi.
Ogólne zaciekawienie było tak wielkie, iż całe procesye ludności wędrowały do fermy Watkinsa, aby podziwiać sławny dyament.
Dla wygody prezentowania go, Watkins umieścił klejnot na małej kolumnie z białego marmuru, stojącej na gzemsie kominka, a sam siedział w swoim fotelu naprzeciw niego, pilnując i prezentując go gościom.
James Hilton zapytał pewnego dnia Watkinsa, czy nie obawia się napadu, mając w domu klejnot tej ceny, czem tegoż tak przeraził, iż fermer nie uspokoił się, dopóki 12 konnych policyantów, wezwanych z Kapsztadu, nie przybyło celem strzeżenia fermy.
Napływ ciekawych wzmagał się z dniem każdym. Poczta i telegraf wzięły też udział w rozpowszechnieniu sławy »Gwiazdy Południa«; szczegóły o niej po przez Zanzibar i Kapsztad powędrowały aż do Europy. Rysownicy pism ilustrowanych delegowani zostali celem odrysowania jej, fotografowie błagali o zaszczyt odfotografowania przepysznego dyamentu.
Fantazya ludu również nie próżnowała. Poczęły krążyć legendy, podług których czarny ten kamień sprowadzi nieszczęście posiadaczowi.
Dla zadowolenia ogólnej ciekawości i ukrócenia niemiłych sobie proroctw, postanowił Watkins wydać wielki bankiet na cześć »Gwiazdy Południa«.
Tak silnym jest wpływ żołądka na ludzi, że zapowiedź o uczcie zmieniła w ciągu dnia nieprzychylne usposobienie całej ludności Wandergaart-Kopii.
Bankiet w rzeczy samej był wspaniały. »Baron royal«, olbrzymia pieczeń wołowa zajmowała środek stołu, pieczone jagnięta i wszelkiego rodzaju zwierzyna otaczały ją, w towarzystwie całych gór jarzyn i owoców.
Liczne beczki wina i piwa ustawione w koło pokoju dopełniały tej obfitej uczty.
Na kolumnie, otoczonej wieńcem jarzących się świec, poza plecami Watkinsa »Gwiazda Południa« rozlewała swój czarowny blask.
Dwudziestu czterech kafrów, pod wodzą Matakita usługiwało przy stole. Ucztowała cała ferma, nawet bawoły i psy, nawet strusie panny Alicyi podchodziły do stołu, domagając się okruszyn.
Alicya siedziała obok ojca, robiąc ze zwykłą sobie gracyą honory pani domu. W duszy jej jednak ukrytym był smutek z powodu, iż Cypryan uchylił się od udziału w bankiecie, nie chcąc przebywać w towarzystwie Pantalacciego i jemu podobnych. Nie przyjął też zaproszenia stary Wandergaart.
Uczta dobiegała do końca w dość dobrym porządku, bo obecność Alicyi nakładała pęty najswawolniejszym gościom.
Annibal Pantalacci tylko niezaniedbał swoim zwyczajem dokuczać Matysowi Pretorius, strasząc go, iż sztuczne ognie wybuchną z pod stołu i, że po odejściu panny Watkins, najbardziej otyły z obecnych zmuszony będzie do wypicia dwunastu flaszek dżynu, lub, że bankiet zakończy ogólna walka na rewolwery.
Uderzenie noża o szklankę dało znać, że gospodarz chce mówić. Pan Watkins wstał, oparł dłonie na stole i ociężałym już nieco językiem rozpoczął swą mowę.
Przebiegłszy w krótkich słowach dzieje młodości swojej i wspominając o ciężkiej pracy, jako pioniera, cieszył się, że siedzi obecnie jako zamożny fermer w gronie 80-ciu przyjaciół w bogatym Griqualandzie. Życzył każdemu z nich, aby doszedł do również szczęśliwych rezultatów i znalazł jeszcze większy kamień od »Gwiazdy Południa«.
— To przecież możliwe w tej właśnie możliwości leży właśnie cała poezya życia kopacza! — zakończył swą mowę, pijąc za pomyślność Griqualandu, utrzymania wysokich cen dyamentów i za szczęśliwą podróż »Gwiazdy Południa«, która miała wyruszyć przez Kapsztad do Londynu, aby tam olśniewać swym blaskiem.
Po tem zakończeniu oczy współbiesiadników zwróciły się jednomyślnie ku miejscu, gdzie jaśniał klejnot, lecz o nieba! Zdumienie odbite na twarzach obecnych było tak wyraźne, że Watkins w tej chwili odwrócił się, aby zbadać przyczynę ogólnego zdziwienia. Spojrzał na kominek i padł zemdlony!
Dyament znikł!
Rzucono się do cucenia Watkinsa, rozwiązano mu krawatkę, bryzgano wodą i nareszcie przywrócono do przytomności.
— Mój dyament, gdzie mój dyament? — krzyczał — kto mi go zabrał!
Biesiadnicy spoglądali po sobie przelękli, a oficer straży, również należący do grona ucztujących, wydał rozkaz obsadzenia wszystkich drzwi w całym domu.
— Żądam, aby wszystkich zrewidowano — zaproponował ze zwykłą sobie otwartością Tomasz Steele
— Tak, tak! — powtórzono jednomyślnie.
Oficer policyi dokonał drobiazgowego przeglądu ubrania obecnych. Nie doprowadziło to do żadnego rezultatu.
— No, teraz pozostali tylko usługujący kafrowie — rzekł oficer.
— Tak, tak, obszukaj pan kafrów — wołano ze wszystkich stron. — Rzecz jasna, że oni to zrobili.
Biedni kafrowie opuścili salę jeszcze przed mową Watkinsa, obecnie siedzieli w koło ogniska, zajadając resztki uczty.
Kafrowie nie rozumieli o co chodzi, gdy jednak poczęto ich rewidować, pojęli, iż chodziło o jakiś dyament, który został skradzionym. I ta rewizya pozostała bez skutku.
— Złodziej miał już czas ukryć łup swój — zauważył jeden z gości.
— Zapewne — odparł oficer — jest tylko jeden środek odszukania złoczyńcy, trzeba sprowadzić wróżbiarza!
— Jeżeli pan pozwoli, jak się tem zajmę — zaproponował Matakit.
Zgodzono się na to i obecni otoczyli wróżbitę i kafrów.
Matakit przyniósł pęk trzciny, pokrajał ją na równe kawałki, długości 12 cali, i, wręczając każdemu z kafrów jedną, pozostawił też jedną dla siebie poczem przemówił do nich.
— Oddalcie się teraz na kwadrans, a kto dopuścił się kradzieży dyamentu, tego trzcina przez ten czas urośnie na szerokość trzech palców.
Kafry rozproszyli się niemile dotknięci tą mową, wiedzieli oni, że najmniejsze podejrzenie wystarczy, aby przystąpiono bez ceremonii do natychmiastowej egzekucyi.
— Złodziej będzie się strzegł powrócić — szepnął ktoś z obecnych.
— Ba, będzie dowcipniejszy od Matakita i nie zaniedba skrócić na szerokość 3 palcy swojej trzcinki — żartował drugi.
— Może też właśnie tego oczekuje wróżbiarz, aby tem skróceniem trzciny złodziej sam się wydał.
Na dany znak zeszli się kafrowie. Matakit wziął od nich trzciny i związał je w wiązkę. Były równej długości. A więc jego współbracia byli niewinni. W tem przyszła mu myśl sprawdzenia, czy też zachowały poprzednią miarę 12 cali. O dziwo, wszystkie były skrócone na 3 palce szerokości!
Biedacy w ten sposób chcieli się upewnić przeciw sile wróżby, w którą święcie wierzyli.
Ogólny wybuch śmiechu towarzyszył nieoczekiwanemu rezultatowi tej wróżby. Matakit zaś głęboko był zawstydzony, że sposób, którego używał z takiem powodzeniem w swoim kraalu, tu, wobec ludzi cywilizowanych, odmówił mu swej skuteczności.
— Panie Watkins — rzekł oficer, wróciwszy do pokoju, w którym fermer w rozpaczy pozostał nieruchomy — może dzień jutrzejszy będzie pomyślniejszym dla naszych poszukiwań. A może wyznaczysz pan nagrodę za odszukanie złodzieja?
— Sądzę, że złodziejem jest ten — zawołał Pantalacci — który się podjął roli sędziego nad swymi towarzyszami.
— Jak to pan rozumiesz? — zapytał oficer.
— A no, ów Matakit, biorąc na siebie rolę wróżbiarza, może chciał tym sposobem oddalić podejrzenie od siebie.
W ogólnej wrzawie nie zauważono, że Matakit stał w kącie sali, a usłyszawszy rzucone nań podejrzenie, wysunął się spiesznie w stronę swej chaty.
— Tak — powtarzał neapolitańczyk — Matakit należał do obsługi stołu, jest to filut, a nie rozumiem dlaczego pan Méré tak go ceni.
— Matakit jest rzetelnym — wstawiła się za sługą przyjaciela panna Alicya.
— Skąd ty to możesz wiedzieć — zaprzeczył jej ojciec. — Kto wie, czy nie on wyciągnął rękę po »Gwiazdę Południa«.
— Możemy się o tem przekonać zaraz — rzekł oficer — chyba znajduje się on stąd nie daleko.
A gdyby dyament u niego znaleziono dostanie tyle razów, ile ten waży, a jeśli przy 432 uderzeniu żyć jeszcze będzie, to pójdzie na szubienicę.
Panna Alicya zadrżała. Otaczający ją na wpół dzicy ludzie cieszyli się głośno z tej zapowiedzi oficera. W jaki sposób ułagodzić tę dzicz?
Niebawem pan Watkins i jego goście stanęli przed chatą Matakita. Drzwi były nie zamknięte, Matakita jednak nie było i szukano go daremnie noc całą.
Następnego ranka również go nie znaleziono i można było przypuścić, iż opuścił Wandergaart-Kopię.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy.