Grobowiec Rodrigandów/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Grobowiec Rodrigandów
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V
PUSTY GRÓB

Cortejo, Landola oraz strzelec Grandeprise dowiadywali się na dworcu w Veracruz o następny pociąg w kierunku podgórza. Spotkany przypadkowo urzędnik okazał się konduktorem, prowadzącym pociąg. Spojrzawszy na pytających, wzruszył ramionami i odparł:
— Następny pociąg odchodzi za dziesięć minut. Panowie chcą nim jechać?
Cortejo potwierdził skinieniem głowy.
— Bardzo mi przykro, ale będą panowie musieli szukać innej okazji. Przewozimy tylko wojsko i osoby urzędowe.
— Przykra historja. Bardzo przykra! — rzekł Cortejo. — Śpieszy nam się bardzo.
— Nie macie panowie odpowiednich dokumentów, poleceń?
— Niestety, nie. Mamy tylko paszporty prywatne.
Hm. Do jakiej narodowości panowie należą?
— My dwaj jesteśmy Hiszpanami, ten sennor zaś jest strzelcem amerykańskim.
— To bardzo niedobrze. Nie wolno nam przewozić Hiszpanów, tem bardziej zaś Amerykan.
Grandeprise wyciągnął portfel i rzekł:
— Sennor, mam pewien dokument.
— Tak? Naprawdę? Dobry?
— Mam nadzieję, że tak.
— Niech pan pokaże.
Strzelec wyciągnął dwudziestodolarowy banknot i podał konduktorowi.
— Czy można mieć lepszy bilet jazdy od tego?
Urzędnik skinął głową z uśmiechem.
— To prawda. Bilet jest tak dobry, że mogę tylko życzyć towarzyszom pańskim, aby mieli takie same.
Cortejo wyciągnął dwa stufrankowe banknoty.
— Niech pan pozwoli, abyśmy się panu przedstawili.
Konduktor wyciągnął łapę i rzekł:
— Dokumenty te są wprawdzie doskonałe, ale mimo to trzeba być ostrożnym. Czy ma pan paszport hiszpański?
— Tak. Nazywam się Antonio Veridante. Jestem adwokatem z Barcelony.
— A pański towarzysz?
— To mój sekretarz. Oto nasze paszporty.
— Doskonale, wszystko w porządku. Mogą panowie jechać, ale tylko w moim przedziale. No trzeba wsiadać. Już czas najwyższy!
— Jesteśmy gotowi.
— A więc proszę wsiadać!
Otworzył przedział służbowy i wsunął ich do środka. Na kilka minut zostali sami.
— Jakie szczęście — rzekł Landola. — Niewiele brakowało, a bylibyśmy zostali.
Pah! — zauważył strzelec. — Ci panowie konduktorzy umieją brać porządnie.
— Była to właściwie nierozwaga — wtrącił Cortejo.
— Nierozwaga? — powtórzył Grandeprise. — Czyż wyrzucenie przez okno dwudziestu dolarów można nazwać nierozwagą?
Cortejo zrozumiał znaczenie słów strzelca. Wyciągnął stufrankówkę.
— Oto macie. Zapłaciliście przecież za nas.
— Właściwie zapłaciłem za siebie, ale nie chcę nie mogę obrażać was odmową. Dziękuję!
Lokomotywa dała znak; konduktor zagwizdał i wsiadł do wagonu. Pociąg ruszył.
W Lomalto oczekiwano przyjazdu pociągu. Dworzec miał wygląd ściśle wojenny. Uwijało się po nim moc żołnierzy, których miano odwieźć pociągiem nad morze — do Veracruz — a stamtąd do kraju. Przybyłe wagony przyczepiono do pociągu, idącego zpowrotem do Veracruz. Napełnili je w jednej chwili żołnierze, uszczęśliwieni, że wracają do domu.
Przed dworcem oczekiwał podróżnych dyliżans pocztowy, idący do stolicy Meksyku. Nasi trzej towarzysze kupili bilety. Cortejo i Landola weszli do przedziału. Grandeprise, który był amatorem świeżego powietrza i pięknych widoków, wyszedł na górną platformę i rozlokował się na niej.
Landola i Cortejo mogli teraz swobodnie rozmawiać. Gdy wagon ruszył, Cortejo rzekł:
— Jakie to szczęście, że jesteście przebrani. Kto wie, coby się stało, gdyby ten łotr was poznał.
— Coby się stało? Pah! Wolę wprawdzie, by nie wiedział, że znalazł, kogo szuka, nie wynika z tego jednak, żebym się go musiał obawiać. Potrafię dać sobie radę z każdym, kto mi stanie w drodze, bez względu na to, czy to swój, czy obcy.
— Jakie macie względem niego zamiary?
— Chce mojej skóry, trzeba go więc pogłaskać pod włos. Teraz jest nam potrzebny i może być pożyteczny. Spławi go się, kiedy straci dla nas wartość.
— Doskonale! Wierzycie w jego opowiadanie o sennorze Hilario?
— Wierzę święcie.
— Sądzicie więc, że u tego Hilaria znajdziemy brata mego, lub przynajmniej natrafimy na jego ślad?
— Jestem pewien. Dlatego właśnie musimy jak najprędzej załatwić nasze sprawy w stolicy i udać się co rychlej do klasztoru della Barbara,
— Nasze sprawy w stolicy? Hm. Co przez to rozumiecie?
— Myślę jedynie o tym przeklętym pogrzebie.
— To jeszcze nie wszystko. Mam w Meksyku o wiele więcej do załatwienia.
— Ciekaw jestem, co? — rzekł Landola z powątpiewaniem.
— Posiadłości Rodrigandów nie mają obecnie pana.
— Znajdzie się już jakiś pan.
— Zapominacie, że hrabia Fernando zmarł pozorną śmiercią; nie pamiętacie również, iż brat mój skazany został na banicję. W rezultacie nikt nie zarządza posiadłościami.
— Nie wątpię, że zajął się niemi rząd.
— Sądzicie, że je skonfiskowano?
— Nie. Przecież formalny właściciel, hrabia Alfonso, nie został wygnany z kraju i posiada wszystkie prawa.
— Przypuszczacie więc, że rząd zajął się administracją? Mam wątpliwości.
— Dlaczegóż to? — badał Landola.
Hm! O jakimże to rządzie myślicie?
— O cesarskim.
— Cesarz Maksymiljan bez pozwolenia i zgody marszałka Basaine’a nie może niczego przedsięwziąć.
— W takim razie rządem jest francuska okupacja.
— Ona miałaby administrować posiadłościami Rodrigandów? Okupanci nie mają na to czasu.
— Wasz brat ciągnął z tych dóbr zyski, dlaczegóż Francuzi mieliby być głupsi od niego? Musimy przeczekać; nic innego nam nie pozostaje.
— Jestem innego zdania. Czyż nie mam w kieszeni dowodu, że jako ajentowi hrabiego Alfonsa polecono mi uporządkować jego sprawy?
— Owszem. Chodzi tylko o to, czy ten dowód będzie respektowany. Zobaczymy zresztą.
— W każdym razie postaram się wkraść w Meksyku do pałacu Rodrigandów, aby zasięgnąć języka.
— Cóżto pomoże? Narazimy się na niebezpieczeństwo zdemaskowania.
— Wykluczone. Mam dobre papiery. Jestem zmieniony — nikt mnie nie pozna.
— Róbcie, co chcecie! Mam nadzieję, że pozwolicie, abym podczas waszego pobytu w pałacu siedział w jakiemś bezpiecznem miejscu. — —
Trzej nasi podróżni zajechali w Meksyku do gospody. Landola i Grandeprise pozostali w pokojach, Cortejo zaś udał się wkrótce po przyjeździe do pałacu. Po obydwóch stronach bramy wznosiły się budki szyldwachów. Stała przed niemi straż honorowa, co wskazywało, że w pałacu mieszka wysoki wojskowy. Cortejo chciał wejść, ale straż go zatrzymała.
— Do kogo pan idzie?
— Który z oficerów tutaj kwateruje?
— Generał Clausemonte.
— Dziękuję! Nie chcę mu wcale przeszkadzać. Chcę pomówić z właścicielem tego domu.
— Chodzi panu o administratora? Parter na prawo.
Wszedłszy na korytarz, Cortejo ujrzał na drzwiach tabliczkę z napisem: Administracja. Zapukał, odpowiedziano: — Wejść! — Znalazł się w pokoju, w którym przy biurkach pracował szereg urzędników. Jeden z biuralistów podszedł doń i zapytał:
— Czego pan sobie życzy?
— Chcę pomówić z panem administratorem.
— Administrator je śniadanie.
— Proszę mnie zameldować!
— Nie mam na to pozwolenia. Nie życzy sobie, aby go niepokojono.
Cortejo przybrał pozę pełną godności i rzekł:
— Prosiłem o zameldowanie mnie i to pan uczyni!
Ton Corteja zrobił — zdaje się — swoje, gdyż urzędnik, zdziwiony, zapytał:
— Kim jest sennor?
— To rzecz administratora. Proszę powiedzieć, że pewien pan z Hiszpanji chce z nim pomówić natychmiast o posiadłościach hrabiego i ich administracji.
— Ach, to zmienia postać rzeczy. Gdyby pan to zmiejsca oświadczył, zameldowałbym pana natychmiast. Proszę przejść ze mną do sąsiedniego pokoju i zaczekać na pana administratora.
Urzędnik zaprowadził Corteja do pokoju i zostawił samego. Pokój przypominał raczej elegancki buduar, aniżeli biuro.
Hm! — mruknął Cortejo. — Zdaje się, że ten pan administrator żyje bardzo po pańsku. Może Landola miał rację.
Po jakimś kwadransie rozległ się odgłos kroków. Wszedł elegant, ubrany podług ostatniej mody francuskiej. Sposób strzyżenia brody i wąsów nie pozostawiał wątpliwości, że to Francuz. Spojrzał chłodno na Corteja i, nie kłaniając się, zapytał:
— Z kim rozmawiam, monsieur?
— Nazywam się Antonio Veridante.
— Sądząc z nazwiska, jest pan Hiszpanem?
— Tak. Jestem adwokatem z Barcelony, ajentem i pełnomocnikiem hrabiego Alfonsa de Rodriganda.
Ach! A dowody?
— Oto są.
Podał Francuzowi papiery. Przeczytawszy, Francuz rzekł chłodno:
— Doskonale! Przykro mi jednak bardzo, ale te papiery nie są wystarczające.
— Co? Wątpi pan w ich prawdziwość?
— Skądże znowu. Przybywa pan do Meksyku prosto z Rodrigandy lub Barcelony?
— Tak.
— Przedtem nie był pan ani w Paryżu, ani w Madrycie?
— Nie.
— W takim razie napróźno się pan fatygował. Powinien się pan był przedtem przedstawić francuskiemu posłowi w Madrycie, lub przedstawicielowi rządu hiszpańskiego w Paryżu.
— Uważałem to za niepotrzebne. A więc, zdaniem pana, zawiadomienie poselstwa jest konieczne?
— Tak.
— Można to będzie załatwić przez przedstawiciela rządu hiszpańskiego w Meksyku.
— Jest tu wprawdzie taki urzędnik, ale kompetencja jego nie sięga daleko.
Ach! Dowiem się, czy tak jest istotnie.
— Dobrze, mój panie! — odparł administrator nie mogąc ukryć zadowolenia z tego, że mu się udało dokuczyć przybyszowi.
— Jestem adwokatem i znam ustawy! — rzekł Cortejo groźnym tonem.
— Na pierwszą część zdania zgadzam się, co do drugiej jednak mam pewne wątpliwości.
— Chce mnie pan obrazić, sennor?
Francuz obrzucił Hiszpana lekceważącem spojrzeniem.
— Ani mi przez myśl nie przeszło!
Spojrzenie Francuza doprowadziło Corteja do wściekłości, rzekł więc ze złością:
— Mimo to wątpi pan w moją znajomość ustaw!
— Tak, wątpię. Pańskie przekonanie, że wystarczy tu interwencja hiszpańskiego pełnomocnika, byłoby uzasadnione w czasach pokoju. Obecnie panuje stan wojenny.
— Do kroćset, niech was djabli porwą!
— Słowa pańskie nie są zbyt uprzejme, tym jednak razem udam, że ich nie słyszałem. A więc, prowadzimy wojnę. Cesarz stwierdził, że posiadłości Rodrigandów nie mają pana, postanowił więc, by przeszły pod administrację państwową. W okresie trwania stanu wyjątkowego mogę uznać pańskie pełnomocnictwo tylko w tym wypadku, gdy rząd pozwoli panu ująć w ręce zarząd dóbr. O pozwolenie to musi się pan postarać osobiście, albo przez pełnomocnika w Hiszpanji, bądź też przez posła hiszpańskiego we Francji.
— A więc chce mnie pan znowu wysłać za ocean? Czy nie mógłbym przynajmniej pobieżnie zaznajomić się ze stanem interesów?
— Nie mogę się na to zgodzić.
— Zarząd znajdował się dotąd w rękach sennora Pabla Corteja, nieprawdaż? Dlaczego go odebrano?
— Człowiek ten został jako buntownik i zdrajca skazany na banicję, nie może więc piastować urzędu.
— Gdzie przebywa teraz?
Francuz wzruszył ramionami.
— Skądże ja mogę o tem wiedzieć? Nie należę do żandarmerji. Zupełnie mi to obojętne, gdzie się ten Cortejo znajduje. Uważam go bowiem nietylko za buntownika, ale za tchórzliwego, pozbawionego czci i wiary łobuza i oszusta.
— Sennor! — zawołał Gasparino Cortejo, tracąc panowanie nad sobą.
— Mój panie?
— Pan znieważa Pabla Corteja! Czy ma pan dowody na swoje twierdzenie?
— Ile tylko pan zechce.
— Niech je pan przedstawi.
— Panu? — rzekł Francuz, śmiejąc się głośno. — Narazie nie ma pan prawa nic ode mnie wymagać. Pańskie serdeczne zainteresowanie się osobą Corteja wzbudza we mnie podejrzenia.
— Na nikogo nie rzucam podejrzeń, nie mając dowodów!
— Ja także tego nie czynię. Oświadczam tylko, że dowodów mam, ile pan tylko zechce. Dowodem jest każda niemal pozycja książek, które prowadził, każda cyfra, w nich zawarta. Oszukał hrabiego Rodrigandę na ogromne sumy. Już za te sprzeniewierstwa zasługuje na stryczek. Fakt, że zachciało mu się prezydentury, jest błazeńskiem szaleństwem.
— A więc naprawdę przebywa poza granicami kraju?
— Tego nie wiem. Ma mi pan jeszcze coś do powiedzenia?
— Wobec takiego stanu rzeczy — nic.
— Przykro mi, że mnie pan niepokoił. Żegnam. Adieu!
Notarjusz został sam w pokoju. Nigdy w życiu nie spotkał go podobny afront.
— Czekaj, chłopcze, ja ci jeszcze pokażę! — rzekł, zgrzytając zębami. — Przyjdzie chwila, w której odpłacę ci pięknem za nadobne.
Cortejo opuścił pałac. Gdy przechodził przez ostatni pokój, obrzuciły go szydercze spojrzenia pochylonych nad aktami urzędników. Udał, że ich nie widzi. Na ulicy zapytał o adres pełnomocnika hiszpańskiego i poszedł tam natychmiast. Wpuszczono go po długiem wyczekiwaniu. Ku swemu oburzeniu dowiedział się, że administracja dobrze go poinformowała. Nie pozostało nic innego, tylko wrócić do Landoli, nie załatwiwszy sprawy. Landola czekał na Corteja z wielką niecierpliwością.
— Mam wrażenie, że was spotkało coś niemiłego.
— Nie mylicie się — odparł Cortejo z niezadowoleniem i w krótkich słowach opowiedział, co mu się przytrafiło.
— A więc ta sprawa wygląda beznadziejnie — rzekł Landola. — Cóż teraz poczniemy?
— Musimy napełnić trumnę. Zaraz potem pojedziemy do klasztoru della Barbara.
— Czemże napełnimy trumnę?
Mimo, iż byli sami w pokoju. Cortejo rzekł ostrzegawczo:
— Nie tak głośno. Mógłby ktoś usłyszeć. Pytacie, czem napełnimy trumnę? Oczywiście włożymy do niej trupa.
— Dowiemy się, kto gdzie umarł, zrabujemy trupa i złożymy go do grobowca Rodrigandów, do pustej trumny don Fernanda, czy tak?
— Byłoby to szaleństwem. Jesteście chyba tego samego zdania, co ja, że wrogowie nasi mogą nam umknąć?
— Tak. Byłaby to djablo przykra historja!
— W takim razie przybędą do stolicy i zajmą się przedewszystkiem przeszukaniem grobowca.
— To bardzo prawdopodobne i równocześnie bardzo dla nas korzystne. Znalezienie zwłok rozwiałoby wątpliwości, czy don Fernando istotnie umarł.
Ach! — rzekł Cortejo tonem wyższości.
— No tak. Jesteście przeciwnego zdania?
— Najzupełniej przeciwnego. Niechże mi sennor secretario powie w swej mądrości, coby, jego zdaniem, ludzie ci naprzód zrobili z trupem?
— Oczywiście zaczęliby badać.
— I cóżby zauważyli?
Landola obrzucił Corteja pytającem spojrzeniem. Czując, że nie trafi w sedno rzeczy, rzekł z szyderczym uśmiechem:
— Zauważyliby przedewszystkiem, że to zwłoki zmarłego człowieka.
— To prawda. Równocześnie stwierdzonoby jednak, kiedy i na jaką chorobę nieboszczyk umarł.
— Do licha! Macie rację. Teraz was rozumiem. Musimy mieć trupa mniej więcej z tego okresu, w którym pogrzebano don Fernanda.
— Skądże go weźmiemy?
— Oczywiście z cmentarza.
— Doskonale! Trzeba go odszukać i wieczorem odkopać.
— Dzień i rok zgonu odczytamy z nagrobków.
— Nareszcie zrozumieliście rzecz całą.
— A ubranie?
— O to się nie martwię. Po drodze informowałem się w tym względzie u lekarza, który jest równocześnie chemikiem.
— Do kroćset! To było niebezpieczne. Jeśli miał trochę sprytu, mógł przejrzeć wasze zamiary.
— Przypuszczacie, że byłem na tyle nieostrożny? Wymienił mi poprostu cały szereg środków, które zmienić mogą najtrwalsze ubranie w spadające z ciała łachmany.
— Oczywiście, łachmany te nie robią wrażenia zwęglonych, a wyglądają, jak zniszczone, przegniłe, nieprawdaż?
— Tak. I zadają kłam wszelkim podejrzeniom.
Hm, to byłoby niezłe. Ale skąd wziąć ubranie?
— Od pierwszego lepszego krawca, lub handlarza.
— Musi być jednak podobne do tego, w którem pochowano hrabiego.
— Syn mój opisał mi dokładnie całą uroczystość pogrzebową. Zapamiętałem, co mówił o ubraniu hrabiego.
— Obeszłoby się i bez tego. Przyniesiono mi przecież „trupa“ na statek w tem samem ubraniu, w którem go pochowano. Przypominam je sobie dokładnie.
— Doskonale. Będziemy zresztą razem kupowali ubranie.
— Oczywiście. Pomówmy jednak o rzeczy najważniejszej. Wykopiemy trupa. Czy ludzie nie zauważą tego następnego dnia?
— Trzeba się będzie mieć na baczności.
— Przeklęta historja! Jakżeż zdobędziemy haki, łopaty, latarnie, deski i drabinę?
— Latarnie trzeba będzie kupić, resztę znajdziemy chyba na cmentarzu. Grabarze mają zwykle schowki do narzędzi.
— Musimy się o tem najśpieszniej przekonać. Przedtem jednak rzecz najważniejsza — potrzebujemy kogoś, kto będzie stał na warcie, tak, byśmy mogli pracować spokojnie i w razie niebezpieczeństwa uciec wczas.
— Mamy tego kogoś. Będzie nim wasz brat.
— Ach, on! Da się namówić — to skończony półgłówek. Nienawidzi mnie. Wyzyskując tę nienawiść, opowiem mu jakąś bajkę i skłonię, aby nam pomagał. Teraz śpi na podwórzu, na kamieniach. Niech śpi tymczasem spokojnie. Jesteście gotowi?
— Tak. Chodźmy!
Wyszli z gospody. Dzięki wielkiej ilości wojska w mieście, panował na ulicach ożywiony ruch. Na twarzach żołnierzy nie było wyrazu zwycięstwa. Niższe sfery przeczuwały to, o czem wyższe już wiedziały — panowanie cesarza dobiegało kresu.
Szli, rozpytując o drogę. Znaleźli się wreszcie przed otwartą bramą cmentarza.
Było południe. Słońce prażyło okrutnie. Na całym cmentarzu nie było żywej duszy. Cortejo i Landola weszli przez bramę cmentarną i, korzystając z samotności, rozpoczęli poszukiwania. Bez trudu znaleźli grobowiec Rodrigandów, opatrzony w żelazne drzwi.
— Czy będzie je można otworzyć? — zapytał Cortejo.
— Musimy postarać się o narzędzia — odparł Landola.
— U kogo? U ślusarza? Nie wolno nam brać wytrycha.
— Zapominacie, że jesteśmy w Meksyku. Pieniędzmi można tu wszystko zdziałać.
Szli wśród drobnych budynków, odczytując napisy.
— Muszą to być również grobowce — rzekł Landola.
— Tam do licha, wpadła mi pewna myśl do głowy! A gdyby tak zrezygnować z haków i łopat? Gdyby się okazało, że niema potrzeby otwierania grobów? Widzicie ten długi szereg grobowców?
— Zgaduję, co zamierzacie. To dobry pomysł!
— Wobec tak wielkiej liczby grobowców musi się przecież znaleźć trup odpowiedniej daty. Poszukajmy. Te niesamowite sypialnie zamknięte są przeważnie żelaznemi kratami, przez które można popatrzeć. Może zobaczymy jakiś napis, który nam będzie drogowskazem.
Wiercili się wśród grobowców, szukając napisów. Po jakimś czasie Cortejo stanął przed jedną z krat i rzekł:
— Czytajcie, sennor secretario! Tam, na tylnej ścianie.
Landola spojrzał przez kratę. Wielka ilość kamieni z napisami dowodziła, że w grobowcu leży wiele trupów.
— Myślicie o tym napisie na górze? — zapytał. — Hm. Zmarły był bankierem. Miał czterdzieści siedem lat. Umarł przed osiemnastu laty.
— W sam raz. Cóż wy na to?
— Hm. Macie rację. Ale jak znaleźć właściwy grób?
— Porównajcie inne napisy co do daty śmierci.
Landola spełnił polecenie i rzekł:
— Rozumiem. Ten bankier jest ostatnim trupem, którego tu pogrzebano. Grób jego jest zapewne najlepiej utrzymany...
— ...i będzie go można bardzo łatwo odszukać. Musicie mi jednak naprzód odpowiedzieć na najważniejsze pytanie. Czy potraficie zachować w podziemiach zimną krew?
— Do licha! Sądzicie, że się boję?
— Jednakże jest różnica między zbrojną walką z wrogiem żywym, a zejściem w ciemną noc do podziemi, dotknięciem trupa, rozebraniem go, włożeniem nań innego ubrania.
— To się zrobi. Wszystko mi jedno, czy mam ubierać żywego człowieka, czy też umrzyka. Nie lękałbym się, gdyby to nawet był sam djabeł. Przeciwnie, gdyby się zerwał na równe nogi, poprosiłbym go o przypalenie papierosa. Jeżeli więc chodzi o moja osobę, możecie się nie obawiać. Uważajcie na siebie, aby wam ze strachu nie przyszła chętka do ucieczki.
— Jestem o siebie zupełnie spokojny. Ale wasz brat?
— On trupa wcale nie zobaczy. Będzie stał na warcie. Nie powinien nawet widzieć, co robimy z truposzem. Powiemy mu tylko to, co uznamy za konieczne. No, trzeba się teraz rozejrzeć za drabiną!
Znaleźli drabinę w kącie cmentarza, gdzie grabarz zwykł był przechowywać narzędzia. Załatwiwszy na cmentarzu wszystko, co uplanowali, wrócili do miasta. U handlarza ubrań kupili odpowiedni przyodziewek.
Wrócili do gospody na obiad. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, postanowili spożyć go w swoim pokoju. Kazali podać trzy nakrycia, gdyż Grandeprise obudził się tymczasem. Nie zachwycał go wyszukany obiad. Widać było, że jest w nienajlepszym humorze. Gdy Landola zapytał o przyczynę, Grandeprise mruknął:
— Niech się djabeł cieszy, master, ja nie mogę? Cóż mam robić w Meksyku, w tej nudnej dziurze? Spać? Także przyjemność!
Ach! Nudzicie się? Obejrzyjcie miasto.
— Znam je dostatecznie. Muszę jechać do Santa Jaga.
— Skoro tylko załatwimy nasze sprawy, pojedziemy razem z wami. Moglibyśmy wyruszyć już jutro. Ale z powodu pewnych przeszkód trzeba będzie podróż odłożyć. Mamy jednak nadzieję, że uda nam się znaleźć człowieka, któremu będziemy mogli zaufać.
Grandeprise spojrzał na Landolę badawczym wzrokiem i rzekł:
— Szukacie człowieka, któremu można zaufać? Do kroćset, więc już nie macie do mnie zafania?
Hm! — mruknął Landola po chwili namysłu. — Tak i nie. Chodzi tu o tajemnicę.
— Interes handlowy?
— Nie.
— Czy nie mógłbym wam być pomocny?
Landola potrząsnął głową.
— Formalnie zmuszacie mnie do mówienia. Dobrze więc — powiem. Chodzi tu — — o rzecz, w której — możecie nam wiele pomóc. Gdybyśmy to załatwili, możnaby wyruszyć do Santa Jaga — — jutro rano, ale... ale...
Grandeprise nie mógł się doczekać chwili, w której ujrzy brata. Spodziewał się go znaleźć w klasztorze. Dlatego perspektywa dłuższego pobytu w Meksyku zniecierpliwiła go niesłychanie. Ściągając ponuro brwi, rzekł:
— Żądam podania przyczyny, dla której nie możecie mieć do mnie zaufania.
— To prawie niemożliwe, jesteście bowiem przyjacielem tego, tego... — ach, zagalopowałem się!
Zaciekawienie strzelca wzrosło jeszcze bardziej.
— Czyim to jestem przyjacielem? Mówcie!
— Jesteście przyjacielem Landoli, przeciw któremu zwraca się nasza akcja.
— Ja przyjacielem Landoli? Mylicie się! — Grandeprise zacisnął pięści i uderzył w stół tak mocno, że szklanki podskoczyły. — Od kilkunastu lat uganiam się za nim. Szukam go, jak szatan szuka niewinnej duszy. Skoro go znajdę, rozerwę w swych szponach jak szatan!
Grandeprise mówił przez zaciśnięte usta. Landola doznał niesamowitego uczucia, nie zdradził się jednak, przeciwnie — udawał, że jest zachwycony słowami strzelca.
Hola! Jakie szczęście, że znajdujemy w was sprzymierzeńca!
— Naprawdę chcecie się do niego zabrać? Nie oszukujecie mnie? Służę wam z całego serca. Powiedzcie tylko, co mam czynić.
Aby zachować pozory, Landola obrzucił Corteja pytającem spojrzeniem. Cortejo skinął głową i rzekł:
— Sądzę, że możemy zaufać. Wygląda na uczciwego człowieka. Przypuszczam, że nie wywiedzie nas w pole.
— Ja miałbym was wywieść w pole? Ja? — zawołał Grandeprise. — Sennores, wystawcie mnie na próbę, a przekonacie się, że możecie na mnie liczyć!
— Więc dobrze — rzekł Landola. — Chodzi o mały spacer na cmentarz.
— Idę z wami.
— Poszlibyście tam i nocą?
— Wszystko mi jedno. Cóż będziecie robić na cmentarzu?
— Chcemy wpaść na trop pewnego szelmostwa Landoli.
Ach, zaczynam rozumieć.
— Doskonale! Czy wiadomo wam, że Landola mieszkał dawniej w stolicy? Miał tam kochankę.
— Biedna dziewczyna! Lepiejby jej było w małżeństwie z djabłem!
— Nie wyszła zamąż ani za djabła, ani za Landolę. Poślubił ją inny małżonek, nie mniej okrutny, niż tamci dwaj, — śmierć!
— Do kroćset! Umarła? A raczej — musiała umrzeć?
— Tak przypuszczamy. Stała mu się zawadą. Był z nią zbyt szczery.
— Wiedziała, kim jest Landola?
— Zdaje się. Gdy ją chciał opuścić, postanowiła go zdradzić. Na drugi dzień już nie żyła.
— Ach, więc ją zamordował?
— Bezwątpienia. Przeczuwając przyczynę jej śmierci, wezwałem kilku lekarzy. Lekarze oświadczyli po skrupulatnem badaniu, że śmierć spowodował atak apoplektyczny.
Hm. A jednak był u niej poprzedniego wieczora. Doszło między nimi do sprzeczki, a rano zmarła, nieprawdaż?
— Tak, w każdym razie rzecz to dziwna. Właśnie dlatego, jako stryj biednej dziewczyny, zażądałem zbadania trupa przez lekarzy. Kazałem aresztować tego łotra. Uwolniono go jednak, mnie zaś ukarano za bezpodstawne oskarżenie. Od tej chwili Landola i jego ludzie prześladowali mnie nieustannie. Popadłem w biedę. Dzieci poumierały — trudno ustalić powody — żona też zeszła do grobu. Po każdem tego rodzaju nieszczęściu zjawiał się Landola. Ogarnęła mnie straszliwa złość i nienawiść. Wiedząc, że na drodze sądowej niczego nie osiągnę, poprzysiągłem sobie, że zemszczę się na nim wcześniej czy później.
— Ten sam wypadek, co ze mną. Zupełnie ten sam!
— Starałem się go odnaleźć, napróżno. Mijały lata. Dowiedziałem się, że łączą go bliskie stosunki z Gasparinem Cortejem. Udałem się do Hiszpanji, zostałem sekretarzem sennora Veridante, którego Cortejo wysłał teraz do Meksyku jako swego pełnomocnika. Zostaliśmy przyjaciółmi. Cortejo nie przeczuwał nawet, że przeddzień naszego odjazdu zdradza miejsce pobytu mego wroga. Teraz spotkam Landolę w Santa Jaga. Zamówiliśmy go tam przez specjalnego gońca. Przedtem jednak chciałbym zbadać trupa mej bratanicy. Różne myśli krążą mi po głowie na temat jej śmierci. Czy wiadomo wam, w jaki sposób można w przeciągu kilku sekund zabić kobietę o długich, bujnych włosach, nie zostawiając na jej ciele żadnych znaków?
— Nie. Ale cóż włosy mają z tem wspólnego?
— Zakrywają ślady.
Ach, to zastanawiające! Opowiadano mi kiedyś o podobnym wypadku. Pewna kobieta przebiła delikatnym gwoździem głowę swego śpiącego męża.
— Macie rację. Gwoździem bez główki. Gwóźdź zginął wśród włosów.
Hm. Chcecie zbadać dokładnie?
— Tak.
— Na cmentarzu, nocą? A więc w tajemnicy przed ludźmi? Dlaczegóż nie w dzień, nie publicznie?
— Niech mnie Bóg broni! Pochwyconoby mnie i ukarano za znieważanie trupów. Czekam waszej odpowiedzi. Chcecie mi pomóc?
— Chętnie. Cóż mam czynić?
— Będziecie stali na straży. Będziecie uważali, aby nas nie zaskoczono. Jeżeli nasze podejrzenie się potwierdzi, ruszymy natychmiast do Santa Jaga, aby schwytać mordercę.
— Zgoda. Bodajby już był wieczór!
Życzenie Grandeprise’a spełnić się mogło, oczywiście, nie prędzej, niż po zachodzie słońca. Znowu więc położył się na dziedzińcu i z niecierpliwością oczekiwał nadejścia wieczora.
Cortejo wyszedł po południu. Wrócił z mnóstwem wytrychów i kluczy. Gdyby się przy ich pomocy nie udało otworzyć grobowca, postanowił drzwi wyważyć.
— Ten Grandeprise jest skończonym matołkiem, wszystko można mu wmówić! — rzekł szyderczo Landola.
— Nie ma uprzedzeń. Opowiadanie wasze było w wielu miejscach bardzo nieprawdopodobne. Nareszcie mamy wartownika!
Zapadł mrok, na niebie ukazały się gwiazdy. Zjadłszy kolację, nasza trójka opuściła oberżę około jedenastej. Nie zwróciło to niczyjej uwagi, ludność stolicy bowiem do późnej nocy spaceruje lub spędza czas na festynach i zabawach. — Na cmentarzu zostawili Grandeprise’a na straży i zabrali się do roboty. Wszystko poszło składnie; po niedługim czasie przenieśli zwłoki bankiera przed grobowiec Rodrigandów.
Stanęli u schodów, prowadzących nadół.
— Musimy się śpieszyć. Nasz strzelec prerji nudzi się już zapewne.
— Albo zachodzi w głowę, dlaczego nas tak długo niema.
— Uwierzy, że szukamy gwoździa.
Cortejo starał się napróżno otworzyć bramę przy pomocy kluczy. Wziął więc dłuto i wparł w klamkę. Klamka opadła.
Santa Madonna! — szepnął przerażony. — Drzwi są otwarte!
— To niemożliwe! Mylicie się!
— Spróbujcie sami.
Podszedłszy bliżej, Landola przekonał się, że Cortejo ma słuszność.
— Do djaska! — rzekł. — Na dole niema chyba nikogo? Posłuchajmy!
Cortejo otworzył drzwi naoścież; zaczęli nasłuchiwać. Było zupełnie cicho.
Pah! — rzekł Landola. — Widocznie drzwi otworzyły się przy pomocy jednego z waszych kluczy. Nie zauważyliście tego, ot i cała tajemnica!
— Czyżby to być mogło? — zapytał Cortejo z powątpiewaniem. — Nie wyobrażam sobie, żebym tego nie zauważył.
— A jednak rzecz prawdopodobna. Jesteście przestraszeni, podnieceni. Nie panujecie nad nerwami.
— Może. W każdym razie słuchajmy jeszcze chwilę.
Cisza, żadnych niepokojących szmerów...
— Zupełnie niepotrzebna strata czasu. Trzeba zejść nadół!
— Ostrożnie. Naprzód bez trupa.
— Dobrze. Zapalcie światło.
Zaczęli schodzić, zamknąwszy za sobą drzwi. Cortejo zapalił latarkę. Schodzili cicho i ostrożnie. Landola szedł pierwszy, za nim Cortejo.
Doszli do wnętrza grobowca, nie zauważywszy nic niepokojącego.
— Poświećcie dokoła! — rzekł Landola.
I teraz nie zauważyli niczego, coby wywołać mogło niepokój.
— Miałem rację — ciągnął Landola. — Otworzyliście drzwi jednym z kluczy, nie spostrzegłszy nawet. No, teraz możemy przystąpić do dzieła! Gdzie trumna don Fernanda?
— Tu — odparł Cortejo.
Przy tych słowach wskazał na trumnę, na której widniał wyryty złotemi zgłoskami napis:

Don Fernando,
hrabia de Rodriganda y Sevilla.

— Trumna jest — oczywiście — pusta — rzekł Landola.
— Niestety. Wolałbym, gdyby w niej leżał zmarły. Ciekawa rzecz, czy postąpilibyście teraz w myśl swoich przechwałek — poprosilibyście o przypalenie papierosa, gdyby tak wstał z grobu?
— Uczyniłbym to, sennor Cortejo.
— Nie wierzę, sennor Landola! W każdym razie nie w tem przebraniu. Bez przebrania i maski stalibyście jak mur, w to wierzę, bo djabeł was zna i wiedziałby, że nie uciekniecie. Ale na widok waszej zamaskowanej twarzy chwyciłby was z pewnością za kołnierz.
— Tak przypuszczacie? — rzekł Landola z uśmiechem. — Spróbujmy! Podnieśmy wieko. Niech się djabeł ukaże!
Chwycił za wieko, nie zwracając uwagi, że dziwnie lekko się podnosi. Po chwili obydwaj wydali okrzyk nieprzytomnego przerażenia. W trumnie leżała długa postać. Nos przypominał dziób sępa.
Zdawało się, że Landoli i Cortejowi oczy wyjdą z orbit. Patrzyli na zagadkowego trupa z najwyższem przerażeniem. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.