Gospodarka Kota i Myszy
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Gospodarka Kota i Myszy |
| Podtytuł | Muzykanci miejscy |
| Pochodzenie | Jaś i Małgosia oraz inne bajki |
| Wydawca | Wydawnictwo Polskie |
| Data wyd. | [1924] |
| Miejsce wyd. | Lwów, Poznań |
| Tłumacz | Franciszek Mirandola |
| Tytuł orygin. | Katze und Maus in Gesellschaft |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Pewien kot zaznajomił się raz z myszą i tyle jej naopowiadał o wielkiej swej życzliwości, że przystała wkońcu na wspólne gospodarstwo.
— Musimy się zaopatrzyć na zimę! — powiedział kot. — Ty, myszko, nie możesz wszędzie łazić, bo mogłabyś wpaść w łapkę.
Mysz usłuchała dobrej rady, toteż kupili garnuszek smalcu, by nie zaznać biedy.
Nie wiedzieli jednak, gdzieby go schować bezpiecznie.
— Wiesz co? — rzekł kot. — Z kościoła nikt nic nie kradnie. Schowajmyż tedy garnuszek pod ołtarz, a będzie bezpieczny.
Tak też zrobili. Ale niedługo potem zachciało się kotowi skosztować przysmaku.
— Wiesz myszko? — powiedział. — Kuma moja powiła ślicznego kotka i zaprosiła mnie na chrzciny. Musisz sama zostać w domu, gdyż odmówić nie sposób.
— Idź, idź w imię Boże! — odparła mysz. — Baw się dobrze, a pomyśl o mnie, gdy będziesz zajadał łakocie. Radabym i ja pokosztować dobrego winka.
Kot wcale nie był zaproszony w kumy. Poszedł prosto do kościoła i zlizał ze smalcu cały, najtłustszy kożuch.
Potem połaził po dachach, wyciągnął się w słońcu, otarł wąsy i mruknął do siebie:
— Najlepiej, smakuje,
Gdy się sam ucztuje!
Późnym dopiero wieczorem wrócił do domu, a mysz spytała:
— Jakże tam było?
— Doskonale! — odpowiedział.
— Jakie dano imię malcowi?
— Precz z kożuchem!
— Precz z kożuchem? — ździwiła się mysz. — Więc takie imiona nadajecie dzieciom?
— Cóż dziwnego? Wy zwiecie swoje dzieci na przykład «Złodziej krup». Cóż za różnica?
Niedługo potem zachciało się znowu kotowi liznąć smalcu.
— Moja myszko! — powiedział. — Nowonarodzony mej kumy ma na szyi białą obrączkę. Ku jego więc czci urządzoną zostanie uczta. Nie mogę odmówić... rozumiesz.
Dobra myszka przystała sama zawiadywać gospodarstwem, a kot pospieszył do smalcu i zjadł pół garnuszka, z wielkim smakiem.
— Dobre to jest... niema mowy,
Zjadłem sobie do połowy!
Gdy wrócił, spytała mysz:
— Jakież właściwie ma imię malec, bom zapomniała?
— Do połowy!
— Do połowy? — zdziwiła się znowu. — Takiego imienia niema w żadnym kalendarzu.
Po pewnym czasie postanowił kot urządzić sobie ucztę i powiedział do myszy.
— Malec ma cztery białe łaty na łapach, zresztą prócz obrączki jest całkiem czarny. Rzecz taka zdarza się bardzo rzadko, dlatego też kumostwo urządzają wielkie przyjęcie dla kotów, które przyjdą, oglądać to cudo. Naturalnie muszę tam być, jako krewny.
Mysz przystała i tym razem i sama uprzątnęła mieszkanie, kot zaś pobiegł do kościoła i wylizał garnek do dna.
— Kto się na dobrem zna,
To zjada aż do dna!
Tak powiedział sobie i wrócił do domu późną dopiero nocą.
— Znowu zapomniałam imienia malca! — ozwała się mysz. — Jakże mu to?
— Do dna! — odparł.
— Do dna? To śmieszne imię! — zauważyła, ale potrząsnęła tylko głową, a potem zwinęła się w kłębek i zasnęła.
Odtąd nikt nie zapraszał kota w kumy. Czas mijał, a gdy nadeszła zima i zabrakło żywności, mysz postanowiła iść do kościoła po zapas.
— Chodźmy! — przystał kot i poszli oboje.
Znalazłszy pusty garnek, rzekła mysz:
— Ach, teraz rozumiem, co to wszystko znaczy. Ładny z ciebie przyjaciel! Podczas owych przyjęć u kumostwa zjadłeś cały smalec. Naprzód było: Precz z kożuchem. Potem: Do połowy. A potem: Do dna.
— Milcz! — wrzasnął kot. — Inaczej zjem ciebie w dodatku!
Powiedziawszy to, skoczył, chwycił mysz i połknął ją żywcem.
Tak to bywa na świecie.