Gość z zaświatów/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Gość z zaświatów
Rozdział Na probostwie
Data wydania 1903
Wydawnictwo „Tygodnik Mód i Powieści“
Druk Akc. Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Wonderful Visit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.
Na probostwie.

Małżonka plebana i jej dwie córki grały dotąd w tennisa z całą werwą na terenie, który się rozciągał po za oknem pracowni wikarego. Traf zdarzył, że ten ostatni zapomniawszy zupełnie o ich obecności, szedł sobie ścieżką tak spokojnie, jak gdyby powracał do domu sam, a nie w towarzystwie — i to w jakiem towarzystwie! — dodajmy. Damy przez wysokość — rododendronów dostrzegły kapelusz dobrze znany, a obok tego kapelusza... jasnowłosą, gęstymi kędziorami okrytą piękną głowę jego towarzysza.
Gwarzyły sobie one w przerwach gry o sprawach codziennych, gdy naraz ukazali się przychodnie, a ukazali się i gospodarz i gość jego z po za zbitego klombu w całej okazałości swojej. Zaznaczyć wypada, że stosunek tych ludzi wyglądał nie na przypadkowy, ale owszem na zażyły i poufały zupełnie. Szli bowiem, trzymając się — jak wiemy pod ręce. Naraz!... Można sobie wyobrazić scenę. Więc: Ah! Ah!... i nic więcej, prócz tego wykrzyknika.
Czy w nim było więcej podziwu, czy więcej zgorszenia, odgadnie łatwo każdy, kto uprzytomni sobie, że postawa anioła przedstawiała się wprost, — że skrzydła miał po za ramionami ukryte zupełnie, i że w żadnym razie nie mógł być o anielstwo posądzonym, gdyby nawet anielstwo na naszym padole płaczu przytrafiało się od czasu do czasu przynajmniej. Co natomiast wpadało w oczy odrazu, to przepiękna, do niewieściej tylko wdziękiem zbliżona twarzyczka, otoczona gęstwą jasnych włosów, dalej paljowa z karmazynowem obramowaniem tunika, niezmiernie ekscentrycznego kroju, przedewszystkiem śmiała krótkością swoją, no, a nakoniec... nakoniec ów kamień obrazy: owe praksytelesowej wprawdzie doskonałości kształtów, zdumiewająco piękne, ale naprawdę niczem, aż po staw kolanowy nieosłonione nogi.
Zrozumiał po niewczasie wikary co zrobił, ale na refłeksyę było w tej chwili trochę zapóźno.
Wyraz, jaki przelotnie dostrzegł anioł na twarzach wszystkich, zdziwił go niesłychanie, najprzód z tego zapewne powodu, że tego objawu uczucia zgrozy nie widział on dotąd nigdy, nie miał jednakże czasu na sformułowanie sobie bliższe całej sytuacyi, ani na wysnuwanie z niej wniosków, bo jednocześnie rozległ się głos damy starszej:
— Pa... nie Hillyer! Zapewne zgodzisz się sam, że tym razem przekroczyłeś granicę! Stała tak jeszcze chwilę jakąś ta osoba, wzniosła całym majestatem oburzenia, poczem zwracając się do córek, zawołała:
— Wychodźcie ztąd!
Otworzył wprawdzie wikary usta, aby powiedzieć cokolwiek — zapewne na swoje usprawiedliwienie, ale te usta nie wydały głosu Świat począł się dokoła niego obracać w coraz szybszem tempie, a wraz z tem zrobił się jakiś wielki szelest spódnic i spódniczek, i ujrzał już tylko namiętne spojrzenia, rzucane w jego stronę w tej ucieczce. Czuł, że te niewiasty unoszą z sobą jego losy. W rozpaczy zaryzykował tylko:
— Pani Mendham! Pani Mendham, ależ pani nie wiesz jeszcze o co tu chodzi... ja pani...
— Oh! — odpowiedział na to chór jednozgodnie, — a za chwilę jeszcze usłyszał z okna plebanii:
— Oto są skutki, gdy kto, jak wasz ojciec, przyjmuje wikarego nieżonatego!
Jeszcze potem było już tylko słychać zdała łoskot drzwi zamykanych z siłą armatek mniejszego kalibru, nakoniec zapanowała cisza, połączona z zapuszczaniem rolet w oknach, wychodzących na ogród.
Anioł nic a nic oczywiście nie rozumiał tej sceny, a natomiast zajmowała go bardzo porzucona na ławce ogrodowej parasolka, której się z wielkiem zaciekawieniem przypatrywał, wreszcie zwracając się do swego towarzysza i przewodnika, zapytał:
— Ten ciekawy bardzo mechanizm do czego służyć może?
Na to nie było odpowiedzi żadnej, bo wikary o sto mil był myślą od takich drobiazgów. Natomiast zastanawiał się ciągle jakby rzecz całą wytłumaczyć aniołowi, na wypadek, gdyby ten wcale nie znał mowy francuzkiej, angielski język bowiem nie posiada odpowiedniego terminu, a tu właśnie szło o danie do zrozumienia temu biedakowi z innego świata spadłemu, że na opisanie treściwe jego przybrania i opartej na niem charakterystyki właściciela wyraz sankiulota byłby najodpowiedniejszym.
Nie słysząc odpowiedzi na pytanie swoje, porzucił anioł parasolkę na ławkę, bo spostrzegł, że sobie znowu zdrapał naskórek. Swoje niezadowolenie z tego wypadku objawił tylko temi słowy:
— Znowu ból! Ogromnie u nich dużo tego bólu!
Wikary zaś wpatrując się w niego, mruczał do siebie szeptem:
— Ani słowa przeciwko temu, że on jest nadzwyczajnie piękny, a nawet co do mnie, wolałbym go takim, jakim go widzę w tej chwili. — Wszelako... Ano zobaczymy!...
Przerwał sobie te kłopotliwe myśli, zwracając się do gościa z tym dyplomatycznym wstępem:
— Te osoby, które widziałeś przed chwilą, to były damy.
— Ogromnie śmieszne są te wasze damy, ale nie mogę powiedzieć, aby były brzydkie.
— No tak, ale czy zauważyłeś, jak one się zachowały?
— One odeszły, a nawet możnaby powiedzieć, że uciekły. Gdyby tak było, to znaczyłoby może, iż się zlękły mnie. A ja, wyznaję, doświadczam tego samego uczucia na widok istot bez skrzydeł. Ich zapewne przeraziły moje skrzydła?
— Wcale nie! — raczej całość twego wyglądu wydała im się... niezwykłą zmodyfikował wikary wyrażenie, które mu się cisnęło na usta, spojrzawszy na różową barwę nóg swego towarzysza.
Nigdybym nie był wpadł na tę myśl. Musiałem się im wydać tak dziwacznym, jak pan jesteś w moich oczach. Moje nogi zapewne także, bo pan nosisz sandały podobne do tych, jakie u nas mają hipogryfy.
— To są buty...
— Mniejsza o to jak się nazywają główna rzecz, że są szkaradne. Z tem wszystkiem przykro mi, żem wystraszył te, jak pan mówisz, damy.
— Widzisz, mój gościu — mówił wikary, trąc sobie kłopotliwie podbródek tu nie chodzi o to; cały sens w tem, że u nas damy mają swoje na piękno... do pewnego stopnia wyłączne zapatrywania. To są poglądy nieartystyczne wprawdzie, ale dosyć ustalone, a dotyczą one głównie odzieży. Widzisz, dochodzi to tak daleko, że ty naprzykład, bez względu na piękność twego kostiumu, mógłbyś się w naszych towarzystwach znaleźć do wysokiego stopnia odosobnionym. U nas jest takie przysłowie: Kiedyś przybył do Rzymu — rób tak, jak robią rzymianie. To też w przypuszczeniu, że przez ciąg twego przymusowego u nas pobytu pożądanem by ci było pewne zbliżenie z ludźmi, zaproponowałbym ci ubranie takie, jakie ja naprzykład mam na sobie.
— A to byłoby dziwne dopiero! — zauważył anioł, który przy tych słowach cofnął się na pewną odległość, aby z niej staranniej obejrzeć wikarego.
— Powiadasz pan: ubranie — takie samo?
Zdawał się trochę zaambarasowany, ale niemniej bawiło go to wyraźnie, wreszcie jak ktoś, co nagle dopatrzył stronę dodatnią w sprawie dotąd dla siebie wątpliwej, klasnął w dłonie i zawołał:
— Wybornie! Co to za szalony prawdziwie sen, to wszystko, co się ze mną dzieje! I przy tych słowach chwycił za kołnierz swojej paljowej tuniki, w wyraźnym zamiarze natychmiastowego pozbycia się jej.
— Ależ nie tutaj! nie tu! tam w domu — wołał zatrwożony gospodarz, któremu myśl sama takiego zakończenia akcyi, i bez tego rozpoczętej dosyć niefortunnie, czyli tego wprowadzenia istoty z zaświatów w towarzystwo ludzkie — krew na razie zmroziła w żyłach.
Przywdział tedy ten obcokrajowiec najnowszy garnitur wikarego, bieliznę tylko trzeba było rozcinać na plecach, aby dać swobodne pomieszczenie skrzydłom, bo co się tyczy samego surduta, ten z korpulentnego wikarego włożony na smukłą, idealnych kształtów postać młodzieńczą, mieścił jako tako skrzydła, nadając plecom pewną wypukłość, która, przyznać trzeba, dosyć szczególnie odbijała od budowy nie tylko prawidłowej, ale mogącej służyć za wzór dla każdego artysty. Była też to dysharmonja jedna jedyna, bo całość ubioru nie raziła zresztą w niczem.
— A teraz, — odezwał się uspokojony nieco wikary — zadzwonię, aby nam podano herbatę, a zarazem poślę po pana Crump, aby przyszedł do nas. Obiad zadysponuję na godzinę wcześniejszą, niż codziennie.
Podczas, gdy gospodarz domu oddalił się, aby wydać zapowiedziane rozporządzenia, anioł z lubością wpatrywał się w zawieszoną na ścianie Psyche, co znowu naprowadzić mogło na myśl, że chociaż obcem mu było uczucie fizycznego bólu, inne wrażenia ziemskie działały na niego tak dobrze, jak na każdego mieszkańca naszej planety.
Herbatę podano w salonie, a aniołowi — przez wzgląd zawsze na te jego skrzydła, przysunął wikary taboret od fortepianu. Chciał on zrazu położyć się na dywanie, zaściełającym posadzkę salonu, ale mu to wyperswadował gospodarz z uwagi na trudności jakie przedstawiałby w takim razie mechanizm jedzenia. Bądź co bądź, robił sobie w myśli spostrzeżenie wikary, że przy całym wdzięku postaci, obserwowany z boku i z tyłu gość jego robił wrażenie garbusa. Zresztą, ta jego cudowna nieświadomość wszelkich form przyjętych u nas podnosiła wdzięk naturalny do jakiegoś czaru zapożyczonego wistocie z Krainy Snów. Jadł bez szczególnych trudności, a wikary rozweselił się nawet pierwszą poglądową lekcyą picia herbaty, jaką mu udzielić musiał.
— Ale, że to dziwne wszystko, co wy robicie tutaj — to dziwne! — odzywał się w przestankach. — Co za myśl przyszła pierwszemu z pomiędzy was, żeby sobie zapychać usta tylu różnorodnemi rzeczami naraz! My mamy usta po to, żeby mówić, lub śpiewać. Zresztą świat nasz jest tak bez zarzutu piękny, że wszelka szpetność, na jaką tu u was natrafiam, zajmuje mnie nadzwyczajnie.
Pani Hinijer, gospodyni wikarego, obrzucała, chodząc po pokojach, tego gościa wielce podejrzliwemi spojrzeniami. Co by o nim była powiedziała, gdyby się jej przedstawił w tunice paljowej? — niewiadomo doprawdy!
A on tymczasem, ten przybysz z nieznanych światów, trzymając w jednej ręce filiżankę z herbatą, a w drugiej podaną mu przez gospodarza domu bułeczkę, ochoczo odbywał sobie dalszy przegląd jadalni całej. Po za oknami interesowała go ciągle jeszcze ta porzucona parasolka; w pokoju zwrócił w tej chwili uwagę na zawieszony nad kominkiem portret wikarego, który w tem miejscu dziwił go bardzo, a nadto wydawał się śmiesznym ze względu na sposób, w jaki nasze malarstwo reprodukowało kształty człowieka.
— Macie ciało formy okrągłej — dlaczego tedy przedstawiają was płasko ci artyści wasi?
Tego samego rodzaju spostrzeżenie wywołała u niego forma krzesełka.
— Skoro nie jesteście złamani pod kątem prostym, dlaczego to składanie się wasze we dwoje albo w troje? My się nie łamiemy nigdy w ten sposób, a gdy potrzebuje kto wypoczynku, to kładzie się na asfodelach w pośrodku i spoczywa sobie dokąd chce.
— Co do krzesła — zauważył w połowie potakująco wikary, — to ono i mnie wydawało się zawsze dosyć niezdarnem jako pomysł, to też sądzę, że początek dała mu prawdopodobnie epoka, w której podłogi były i zimne i nieczyste. Został nam tedy nawyk, pomimo, że przyczyny skłaniające do niego już nie istnieją. W każdym razie jest to zwyczaj tak dalece zakorzeniony, że gdybym ja naprzykład, czując się znużonym, zamiast usiąść, wyciągnął się na posadzce wobec moich parafianek, zupełnie nie wiem, jakby one wzięły taką z mojej strony dowolność. Głośno byłoby o tem z pewnością na parę mil dokoła. Bądź co bądź, zupełnie naturalnem jest, aby człowiek szukający spoczynku zmienił postawę prostą i stojącą na inną dogodniejszą, i pod tym względem zarówno Grecy, jak Rzymianie...
Anioł nie robił sobie najmniejszego ambarasu z przerywaniem cudzej mowy, gdy coś bardziej uderzyło jego uwagę.
— A to co takiego? — zapytał nagle, wskazując na stojący na postumencie bardzo ładny okaz zimorodka.
— To jest taki ptaszek wypchany — ja go sam upolowałem.
— Co to znaczy „upolowałem“?
— No, to... niby tak, jak gdybyś powiedział: zabiłem:
— A w jaki sposób?
— A no z pomocą tej fuzyi — bąkał biedny wikary, rumieniąc się cokolwiek.
— Aha!... tej fuzyi... no, to niby tak, jak mnie?...
— Na szczęście nie zabiłem ciebie!
— Ale zawsze miałeś myśl zrobienia ze mnie tego samego, co z tej oto ptaszyny, to znaczy, że byłbyś mi włożył oczy szklane, zamiast moich własnych, a potem albo umieścił mnie na jakiej sztucznej gałęzi, jak tego oto nieszczęśliwca, albo co gorsza włożyłbyś mnie do takiego oszklonego pudełka, jak te motyle, które spoczywają w szkaradnej zielonej tkaninie, mającej zapewne kolorem przypominać trawy i kwiaty.
— Widzisz, co do ciebie... i chciał dalej rzecz swoją prowadzić duchowny, ale i tym razem przeszkodził mu niezmordowany w zapytaniach gość jego:
— Być tak, jak ten ptak i te motyle, to znaczy po waszemu być umarłym?
— Tak jest, one nie żyją, czyli one są umarłe.
— Biedne małe stworzonka! Zaczekaj, muszę coś zjeść jeszcze, tak mię wzruszył ich los. Ale ty mówisz, że je pozabijałeś wszystkie, a nie powiadasz, dlaczego to zrobiłeś.
— A bo widzisz, ja zajmuję... się ptakami i kolekcyonuję, to znaczy zbieram je, a że właśnie potrzebowałem do kompletu tej odmiany...
— Aha! więc zabiłeś sobie tę odmianę, bo tak ci się podobało. Powód nie wydaje mi się dostateczny. A po chwili zagadnął wprost: Ty często zabijasz?
Od tej kłopotliwej odpowiedzi uwolniło wikarego wejście doktora Crumpa.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: anonimowy.