Gehenna/Tom II/XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXXI.
Gehenna.

W poczekalni pierwszej klasy na dużej stacji węzłowej, siedziała w kątku, na fotelu, czarno ubrana kobieta; głowę jej omotywała gęsta woalka z czarnej gazy, postać bardzo szczupła, gięła się ociężale, zwisając na poręczy fotela.
Ręka, podpierająca głowę, chuda była i blada.
Przy stole, na środku sali trzech mężczyzn rozprawiało z sobą głośno. Omawiano świeży wypadek w Paryżu, podany przez dzienniki o pojedynku Drohobyckiego z Horskim. Obaj byli znani w tej okolicy, wypadek wywołał komentarze i wyjątkowe zainteresowanie. Ogólnie twierdzono, że bezpośrednią przyczyną zajścia, którego ofiarą padł Drohobycki, była żona Horskiego.
— Naturalnie, jak zawsze, tak i tu cherchez la femme — mówił jeden z mężczyzn. Ale to fenomenalna niewiasta, mówię ja panom, że ona bez ofiar, bez tragedji nie może żyć, jest to jej chleb powszedni, zdawałoby się konieczny do egzystencji i to tak od najmłodszych lat.
— Nie jest to może jej winą, los ją prześladuje. A ładna była, jucha! widywałem ją często, teraz to podobno szkielet.
— Pomimo to wodzi na manowce. Drohobycki kochał się w niej i nawarzył sobie dobrego piwa, jeśli nie wyzionie ducha, będzie miał naukę na całe życie, żeby nie wdawać się z babami.
— Czy ciężko ranny? Widziałeś się pan z jego rodziną. Podobno jadą do niego?...
— Tak jest, pojechali wczoraj matka i brat, ale nie wiedzą czy jadą ratować czy chować. Stan groźny, nie rokujący nadziei. Horski dobrze wymierzył; on znakomicie strzela, popisywał się tu na polowaniach, przebywając czasowo na Wołyniu. Niebezpieczny homo, ni to Anglik ni Polak, ale typowy gentleman.
— Po co właściwie Drohobycki jeździł do niego?... Czyżby ona go wysłała w poselstwie?...
— Kto ją tam wie, kobietę zbadasz?... Mąż ją rzucił więc kaptowała sobie Drohobyckiego, na zapas, uważacie, taka bez romansu ani rusz. Horski to zwęszył i dramat gotowy.
— Ja jej nie znam, ale słyszałem o niej dużo dobrego, jest bardzo nieszczęśliwa i fatalistka. Toż los nie do zazdrości.
— Eh, bo pan łaskawy zawsze ochrania kobiety, zwłaszcza piękne, a tymczasem trudno jej darować, że zmarnowała taki cudny szmat ziemi rodzinnej, to były złote jabłka te jej majątki. Tarło, nieboszczyk, zabiegał, pracował, a córeczka do współki z zamorskim jakimś ananasem przeputała wszystko przez kilka lat: grali podobno oboje w ruletę, awanturowali się każde na swoją rękę, trwonili pieniądze i teraz majątki w cudzych rękach.
— I w jakich? — odezwał się trzeci z grupy mężczyzn. Ziemia, od niepamiętnych czasów będąca w ręku Tarłów, dostała się teraz w ręce z których już nie wyjdzie. Wstyd, hańba, to nie po polsku i nie po obywatelsku. Takiej pani uczciwy człowiek i prawy obywatel nie powinien podać ręki.
— A Drohobycki z jej powodu może postradać życie. To warjat!
— Tam był romans zupełnie jawny, Kościesza głośno o tem przebąkiwał.
— Może żałował, że sam nie jest w roli Drohobyckiego.
Rozmawiali długo na ten temat, sądzili Horską ostro i bezwzględnie, nie znając istotnej prawdy, szarżowali, ogadując Annę złośliwie, bez litości. Zaledwo jeden ujmował się za nią, lecz i tego przegadano, pobito argumentami.
Nikt nie uważał na czarną postać kobiecą skuloną w kącie sali, nikt nie przeczuł, co się działo w jej biednem sercu, co cierpiała jej dusza zraniona, jaki ból bezbrzeżny wyrażały jej oczy czarne, niegdyś gwiazdami lśniące, dziś zapadłe w głąb czaszki, mętne i zgaszone wieczną gehenną życia.
Nikt nie uważał, jak drżały jej chude ramiona, gdy potępiono ją za zmarnowanie ziemi, za oddanie jej w obce ręce, gdy czyniono ją winną beznadziejnego stanu Drohobyckiego, podczas gdy ona nie wiedziała nawet, w jakim celu jeździł do Paryża. Wyczytana w pismach straszna wieść, nowym była dla niej ciosem; uniesiona pierwszem uczuciem żalu, przyjaźni dla szlachetnego człowieka tak bardzo życzliwego jej, który był już jedynym jej opiekunem i obrońcą, postanowiła jechać do Paryża, pielęgnować go w chorobie, aby się wywdzięczyć za jego serce i ofiarę dla niej poniesioną. Nie mogła wątpić, że pojedynek nastąpił z jej powodu. I oto tu na stacji, musiała słuchać okrutnej rozmowy o sobie, szyderczej, pełnej jadu złośliwości ludzkiej, a tak barbarzyńsko niesprawiedliwej. Ale słuchała chciwie, każde słowo raniło jej serce, zabijało ją moralnie, lecz oderwać się od tej rozmowy, opuścić salę, by dłużej nie słuchać, nie potrafiła. Jęczało w jej piersiach, łkania w nich rosły, że ściskała gardło, by się nie zdradzić jakimś nieludzkim skowytem boleści.
Jednakże rozpaczą tchnąca postać jej samą sugestją podziałała na obecnych. Rozmowa umilkła, ktoś zwrócił uwagę na żałobną figurę kobiecą nieruchomo tkwiącą w kącie na fotelu.
— Cóż to za widmo? — szepnął jeden głos — śpi, czy czuwa i podsłuchuje? Wartoby sprawdzić.
Annie dech zamarł w piersiach.
— Dajże pan spokój, toż widać, że jakaś niedola, mniszka czy co? Wieje od niej smutkiem.
— Śmiałbym się, gdyby to była osoba o której mówiliśmy.
— Ha! Ot, byłby kawał!
— Tak, już wtedy nie trzeba jej czyśca, za naszą przyczyną odbyłaby go w tej sali.
— Cóż chcecie, może jedzie także do Drohobyckiego, aby goić rany, wszakże przez nią je oberwał. Kobiety to lubią.
— Nie mile by ją tam przyjęła jego rodzinka — zawołał trzeci — byłaby całkiem niepożądanym intruzem przy łożu chorego.
— Dzwonek panowie, pociąg nadchodzi. Czas.
— Jeśli ta jejmość siądzie z nami do warszawskiego pociągu, to ją zaczepię — szepnął ten, który najzłośliwiej obgadywał Annę.
— Taż co znowu! przewidziało się wam, tamta podobno strojna, światowa dama, a toż biedota jakaś.
Zaśmieli się i wyszli z sali.
Horska siedziała bez ruchu, słyszała dzwonki, gwizd lokomotywy, wołanie szwajcarów, wreszcie hurkot pociągu odchodzącego do Warszawy.
Czekała na ten pociąg, by śpieszyć do Drohobyckiego i nie pojechała.
— Po co? by być przedmiotem nowych kpin ludzkich, by widzieć niechęć, a może szyderstwo jego rodziny?
Jechać po nowe krzyże i nowe obelgi?
Przesiedziała do świtu na swym fotelu, głucha i niema na wszystko, tylko z okrutnym dramatem szalejącym w duszy. Rano wywlokła się cicho z sali, kupując bilet do Wilczar, odległych o kilka stacji.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szła przez pożółkłe pustosze powleczone zgniłą trawą. Jesień późna hulała władczo, dął chłodny wicher i rozsypywał przed stopami Anny pokurczone liście, drżące długą wędrówką z lasów, by poigrać na martwych łąkach, zanim rozsypią się w proch. I trwał przed Anną ten taniec szkieletów listnych i rzucał jej na głowę chuderlawe swe szczątki. Ona szła naprzód rozpatrując ruiny przeszłości. Oto tu była dróżka zwana „perekrestką“, dziś odznacza się tylko wyboistym szlakiem pośród mnóstwa pni sterczących ponuro ze zgniłego gruntu. Dalej krzyż odwieczny, na mogile kozaka, oparty był o sosnę, dziś sosnę ścięto, stoi sam, pochylony, bezradny samotnik tej pustki.
Myśli Anny rozpierzchały się od bezmiernej tęsknicy wyrębów przesmutnych biegły w świat, w wir wielkiej stolicy, gdzie w białych ścianach domu zdrowia walczył ze śmiercią Drohobycki, nowa jej ofiara, nowy, straszny wyrzut. Od jego łoża myśli biegły jeszcze dalej, aż do Kairu, gdzie zwycięsca pojedynku przebywał obecnie i upajał się szałem życia razem ze swą Francuską.
Może skrył się pod upalne niebo Egiptu, by rozkoszy jego nie zmąciła wiadomość o zgonie przeciwnika? Anna wiedziała już wszystko, przerażał ją ten człowiek zimny, jak głaz, który kroczył przez życie we własne tylko zapatrzony cele, ścierał tych, co byli mu przeszkodą, odtrącał znudzonym ruchem takich, którzy już przestali mu być potrzebni, lekceważył obojętnych. Potwór ludzki.
A jednak kiedyś?... ile siły, mocy, prawie hypnotycznej, ile uroku wywierał?...
Stosuje to teraz względem swej Francuski.
— Cygany, jasna pani, jadą w kilka fur przed nami — zamamrotał za Anną stary Grześko.
Zapomniała nawet, że on za nią idzie.
— A prawda... cyganie.
Wielkie bryki kryte płótnem zrównały się z nimi i wnet stanęły. Mnóstwo czarnych oczów, kudłatych głów wyjrzało z pod płacht. Młodzież otoczyła Annę i borowego. Z drugiej fury cygan czarny, jak smoła, wykrzykiwał zwołując natrętów. Horska spojrzała i zatrzęsła się, poznała cygana Donru, króla bandy. Chciała się cofnąć, lecz i on ją poznał, raczej domyślił się. Gdy zeskoczywszy z fury witał ją po swojemu, z dziką szczerością, ubolewając nad jej wyglądem, płachta uchyliła się podniesiona czarną, suchą, żylastą, ręką, wyjrzało z poza niej parę okrutnych źrenic i jak dwa żuki wpiły się w twarz Anny.
Starucha, przerażająca jak wiedźma, usiadła na łachmanach i wyciągnęła głowę owiązaną w szmaty.
— Nie poznaje mnie, mościa damulka?... Ot, a ja poznała. Ja Mokruna, worożycha... zdycham już... ja stara, stara, jak czarna ziemia... A ty... paniuńciu młoda?... Hej, hej, ni urody, ni bogactwa, zmarniało... zczezło... daj tak do końca... do wieku...
Anna stała jak wryta, oczy szeroko otwarte płonęły przerażeniem.
Cyganka zaśmiała się bezczelnie.
— A taki ja ciebie zobaczyła jeszcze, nie w tej krasie co wtedy... w boru... w złotem słoneczku, w królewskim blasku... oj nie w tej, nie w tej, ale taki ja ciebie zobaczyła.
Młoda kobieta zaczęła uciekać, mijając furgony, przejęta grozą, gonił za nią potworny głos worożychy, wołającej ochryple:
— Mościa damulka niech się nie stracha, powróżę ostatni raz, zdycham, zdycham już... dajcie grosik starej...
Anna szła prędko, prędko bez tchu, nie słysząc błagań i ostrzegań Grześka. Borowy coś do niej mówił, od czegoś chciał ją odciągnąć. Nie słuchała. Czarna dróżka wśród traw, szlak śmierci, wiodła ją naprzód. Mijała moczary, nie widząc ich, znane dawniej miejsca były dla niej teraz obce, w uszach jej brzmiał śmiech i słowa cyganki.
Nagle po długiej wędrówce stanęła.
Co to jest?... Pustosz rozległa, martwa, wyżyna wśród moczarów, a tam... tam ruiny zamczyska wielkie, zmurszałe, zgnilizną ociekłe; wyszczerzone oczodoły okien, paszczęki bram, wieże sterczące w górę przeraźliwie, jak piszczele.
— Co to jest? — powtórny krzyk.
Na prawo wyniosła, rdzawa skała, za nią głąb czarnego, jak kir, jeziorka. Dokoła rozgromiony bór, pole śmierci, pobojowisko. Potężne pnie w prochu leżące, zrąbane dęby, pobite jodły.
Same, same trupy.
— Temnyj hrad! — ryknęła Anna głosem, który nawet te gmachy drzew martwych powołać mógł do życia.
Chwyciła się za głowę w obłędzie rozpaczy, instynktownie poznawszy swój święty dąb, dopadła doń z wściekłym jękiem i runęła na jego powalone cielsko.
— Tu... tu... tu! — rzęziła w agonji męczeńskiej.
— Wiedział ja, że tak będzie, nie chciał puścić, prosił...
Stary otarł rękawem grubą łzę.
— Boże chorony... Ot!... taj hodi!
— Umrzeć... umrzeć tu... skonać jak on, jak Andrzej....
Borowy pochylił się nad nią.
— Nie umierać, ale żyć, da pracować, żeby więcej takich mogił oczy nie widziały.
— Nic po za mną... i nic przedemną... wieczna gehenna!... po co życie?... dla kogo?... pustka w duszy... w... sercu... — skarżyła się boleśnie.
— Bojarzynko... a ziemia?... Taż ona została, ona wierna, da miłowana, dla niej trza silną być, ten ostatni kawałek szanować, żeby już nikt i tknąć nie śmiał, jak sakrament... To teraz wasze prawo, hołubka nasza.
Kobieta łkała, spazm tragicznego bólu wydzierał serce z piersi, lecz nie szumiały już nad nią, jak dawniej, królewskie korony temnohradzkich dębów.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.