Gehenna/Tom II/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXIII.
Jego ultimatum.

Andzia tańczyła z Drohobyckim. Urok bijący od niej odurzał go, wprowadzał w szał niebezpieczny. Napawając się jej urodą myślał pół przytomnie.
...Szczęśliwy był Jędrek, że była jego narzeczoną, szczęśliwy Horski, najszczęśliwszy, że jest jego żoną. Nie dziwię się ani Smoczyńskiemu ani Kościeszy. Taka kobieta to rozkosz życia, to...
— Panie Drohobycki, już dosyć... jestem zmęczona.
— Zaraz, tylko do wolnego miejsca...
I znowu myśli napływają.
...Hadziewicz prawdę mówił, taką, jak ona, to, się najpierw pragnie zyskać dla siebie, widzi się tylko cud jej urody, jej czar...
Mijali kanapkę narożną i Anna usiadła na niej bez tchu.
Drohobycki stał przy niej niepewny, zmieszany.
...Czy odgadła moje myśli?...
Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
— Może mi pan przyniesie kruszonu, proszę.
Skoczył spełnić polecenie. W drzwiach do ogrodu mignęła para znajoma, zainteresowała go. Przyniósł Andzi żądany napój i pod jakimś pozorem wymknął się do ogrodu; stąpał cicho pomiędzy klombami, dotarł do parku i zanurzył się w jego cienie. Wkrótce usłyszał szmer rozmowy prowadzonej półgłosem. Drohobycki, skradając się, jak kot na zdobycz, stanął tuż za wielkim kamieniem, za którym po drugiej stronie była duża ławka. Rozpoznał głosy i słuchał.
— Tak mnie pan kusi, że chyba... a tymczasem ja mam męża i to... byłby grzech — szeptała kobieta rozwlekle, widocznie w silnem podnieceniu.
— Jaki tam grzech! Czyż rozkosz może być grzechem?... chyba jej pani nie zaznała nigdy, w takim razie współczuję pani serdecznie.
— A z kim miałam zaznać? z moim mężem!... Ph! Stary i zawsze interesami zajęty. Młodsza jestem od niego o dobre dwadzieścia lat i zawsze tylko sama i sama z gospodarstwem i dziećmi.
...Psiakrew! — pomyślał Drohobycki — flirtuje na prawo i lewo, jak niema z kim, to z własnym rządcą, od Dulewicza może o trzy lata młodsza. Oj kobiety!...
Tymczasem Horski szeptał.
— Biedna, zawsze sama?... Jakiż mąż nieczuły, nie poznał się na twych wdziękach i nikt z okolicy?...
— Kto tu jest?! Ph! Same szlagony wołyńskie, dopiero pan przedstawia wielki świat; zaraz inaczej wygląda w okolicy, jak pan tu przyjechał. Ja mam ukraiński temperament, mnie tu ciasno, głucho, dopiero pan jak błyskawica...
Drohobycki zatrząsł się z gniewu.
...Bluźni bestja przeciw Ukrainie. Ukraiński temperament! Djabli biorą słuchać, może miała mamkę Ukrainkę, bo nawet nie rodzoną matkę. Wszyscy się do tej Ukrainy przyznają, ale żeby i taka...
Usłyszał pocałunki i skupił się cały w słuch.
...To już tak?... Brawo!
— Mów, rozkazuj... zrobię co każesz... — głośniejszy szept kobiecy.
— Przyjedź od dziś za tydzień do Żytomierza, ja tam będę na ciebie czekał... Dobrze?...
— Do Żytomierza, boję się... mąż zapyta.
— Och no, kobieta zawsze znajdzie pozór, jak zechce. Coś tam wymyślisz....
— A pan... a ty przyjedziesz?...
— Dlatego ci właśnie proponuję. I muszę wiedzieć, gdzie na ciebie czekać. Przyjedź, poznasz rozkosz w mych ramionach.
Dulewiczowa zdyszanym głosem wymieniła nazwę hotelu, prosząc, aby zapisał.
— Ach, mam pamięć wyborną, zapamiętam...
Drohobycki usłyszał nowe pocałunki i głos Dulewiczowej zmysłowo rozwlekły.
— Jak dobrze!... Cóż za noc czarowna, nie zapomnę jej póki życia. Kocham cię. A pan?...
— O i ja także. Ale przyjedź koniecznie, będzie jeszcze lepiej... Zobaczysz. A tymczasem... jako zadatek... pójdź.... znam ustronną altankę... nikt nie zobaczy... pójdź!....
Szmer słów i kroków rozpłynął się w oddali.
Drohobycki zadygotał z oburzenia. Chciał im przeszkodzić, ale zastanowił się, splunął i poszedł w stronę domu.
— Żeby mając tamtą za żonę... werbować taką gęś?... Tfu!... Ależ łotr!
...Widocznie i po bażantce zapachnie czasem... świninka...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tydzień potem Drohobycki udał się na zwiady w stronę Toporzysk, stwierdziwszy dokładnie, że Dulewiczowa wyjechała do Żytomierza.
Na trakcie pod lasem spotkał się nagle z Horskimi, którzy jechali konno. Za nimi kłusował kozaczek dworski.
Anna opięta w czarnej, sukiennej amazonce i w obcisłym, męskiego kroju żakiecie, koloru ciemno-ponsowego, w małym kapelusiku na głowie, wydała się Drohobyckiemu tak piękną, że zapatrzył się w nią jak w obraz.
— Dzień dobry, panie Drohobycki, cóż to nie wita się pan? — zagadnął Horski.
— Przepraszam... chciałem właśnie — bąkał zmieszany.
Wszyscy byli konno, powitali się w milczeniu.
...No, ale i ten wygląda na koniu... postawa, rynsztunek, kostjum... rasowiec — pomyślał Drohobycki.
Drasnęła go nagła zazdrość, że zbyt pewnie rywalizować z Oskarem nie może. Gniew nasunął mu złośliwą myśl dokuczenia Horskiemu.
— Myślałem, że pan dziś w Żytomierzu...
Oskar rzucił bystre, krótkie spojrzenie na Drohobyckiego i ochłódł.
— Nie wybierałem się tam wcale.
— Tak? Słyszałem...
— Ktoś pana mylnie poinformował. Plotkarska okolica.
Andzia patrzała na nich uważnie.
Porozmawiano krótko i Drohobycki pożegnał się.
Odjeżdżając myślał:
— Jednakże to jest prawdziwy szatan, wykierował tamtą babę na dudka, zakpił z niej. Ha! widocznie po tem, co było w parku, miał jej dosyć.
Drohobycki nie chciał przyznać nawet przed sobą, że i sam trochę wpadł. Wstyd mu było z powodu własnej nieostrożności.
— Co między wami zaszło? — spytała Andzia męża.
— Nic szczególnego! Słyszałaś? Ktoś zrobił plotkę, ten powtórzył, ja się zdziwiłem, on się zmieszał i... koniec.
Lecz był to dzień feralny dla Horskiego. Wieczorem przy kolacji, Janusz, który ciągle odbywał wycieczki po okolicy, konno lub rowerem, opowiadał nowiny.
— Spotkałem dziś marszałkostwa Zawiejskich, baba jak baba, zupełnie robaczywy grzyb.
— Janusz, jak ty śmiesz się tak wyrażać o starszych kobietach!
— Fiu! stare baby nic mnie nie obchodzą. Jechali w powozie, marszałek z fajką; drzemał dziadyga i tycał cybuchem sobie w brzuch, popiół wypadał, musiał sobie dziurę wypalić, a baba ciągle... szturg go w ramię i... „kochaneczku, Cezary, serce, taż nie śpij“.
Janusz tak wybornie udał dyszkant marszałkowej, że Oskar parsknął śmiechem. Mistress Horska i Katy śmiały się swobodnie z paradnej miny chłopca.
— Byłem także w Kromiłówce, bo mi się rower zepsuł i chciałem tam naprawić, ale we dworze pustka, pan Dulewicz przy żniwie a ona w Żytomierzu. Szkoda, że nie wiedziałem, byłbym z nią pojechał, szyk facetka, a tu na wsi tak nudno.
— Więc pojechała? — wyrwało się Horskiemu.
— Wczoraj przed wieczorem.
— Nadzwyczajne!
Andzia skierowała wzrok na męża i ze zdumieniem ujrzała na jego twarzy wyraz rozbawienia w połączeniu ze złośliwym uśmiechem satyra.
— Nadzwyczajne! — powtórzył.
Niemiłe uczucie ukłóło Andzię. Zestawiała zapytania Drohobyckiego w lesie z tą wiadomością od Janusza, tamte i obecne wrażenie Oskara i niepokój zaczął jej dokuczać.
Zaraz po kolacji wyszła samotnie do altany, odczuwając dziwny ciężar w duszy. Wkrótce ujrzała przed sobą wysoką postać Oskara.
— Anni jesteś tu?...
— Jestem.
Horski zapalił cygaro i, odnalazłszy Andzię w mroku, usiadł przy niej.
— Cóż tak rozmyślasz samotnie?
Anna milczała.
— Zauważyłaś, jak Drohobycki był dziś niewyraźny? Przytem pożerał cię oczyma; łakome ma oczy. Obawiałem się, że cię wzrokiem ściągnie z siodła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Cóż tak milczysz uparcie? Czy rozmyślasz o tych jego oczach romantycznych... Hm!... Zaczyna mi się ten gentleman coraz mniej podobać, zwłaszcza jego zapały względem ciebie. Ale taka gra ze mną nie jest zbyt bezpieczną.
— Bądź spokojny, nie ośmielam Drohobyckiego do takiej gry.
— Per Bacco! Znam się na tem wybornie, wzrok i słuch mam wyostrzony, intuicję również. Draźni mnie ten pan.
— Oskarze, zdaje mi się, że ja prędzej powinnam dziś być rozdraźnioną.
— Z powodu Drohobyckiego?...
— Nie, z powodu... Dulewiczowej.
— Ach, no, o tem myślisz?... Hm!... Dotknęły cię te dzisiejsze wzmianki o Żytomierzu? Ha, ha! paradna ta pani Dulewicz! Zuch baba! pojechała do Żytomierza i czeka tam na mnie.
— Więc to była schadzka umówiona, to... na serjo?...
— Oo! już prolog do dramatu! Moja Anni, wierzysz mi czy nie?...
— Wierzę ci zawsze pragnę, abym nigdy wiary tej nie straciła.
— Nie obawiaj się. To nie jest typ dla wybrednego mężczyzny. Kawał tłustego mięsa nadziany zmysłami, dużo pretensji, niezręcznie tajonej perfidji względem własnego męża. Jest niby zapoznaną przez niego, mówi dużo o swym temperamencie i potrzebach duchowych, jednakże odczuwa się wyraźnie, że są tylko zmysłowe, mężulek nie wystarcza.
— Więc ty pragnąłeś być pocieszycielem?... Widziałam wasz flirt lecz nie sądziłam, że tak daleko zajdziecie.
— Chcesz powiedzieć, że ona zajedzie aż do Żytomierza, bo ja zostałem przy tobie. Flirtowałem z tą damą, gdyż widząc jej namiętność chciałem ją wypróbować. Na takie propozycje biorą się najłatwiej kobiety — gąski. Ona nie może mieć innego określenia, głupia i romansowa. I widzisz... pojechała!
— Ale czy to szlachetnie, Oskarze, robić takie próby?
— Och, och. Samą szlachetnością żyć nie podobna... Szlachetność na śniadanie, na obiad i na kolację?... Pfuj!... Zrobiłem sobie żart z Dulewiczowej, na który się wzięła; wypiła nęcący rosołek ugotowany w garnku mej nieszlachetności, jak mówisz, niech i tak będzie, lecz na jej własnej łatwowierności, naiwności i głupocie, wszystko to okazało się bardzo esencjonalne. Ja wszakże do tej biesiady nie należę, chociaż menu sam ułożyłem. Czy lepiej byłoby może, gdybym za nią podążył. Co?...
— I... odrazu nie miałeś zamiaru jechać?
— Ani trochę, to nie mój gust, takie pulardy w mdłym sosie.
— Jakiś ty cynik! A jednak to ty właśnie doprowadziłeś ją do perfidji, jeśli nie dokonanej, to zamierzonej.
— Czy sądzisz, że jestem pierwszym numerem na romansowej tabeli tej pani?...
— Przykro mi, że wogóle jesteś. Ale... skądże wiedział o tem Drohobycki?
— Jakaś plotka, lub zwykły zbieg okoliczności.
— Nie, Drohobycki mówił to z intencją.
— Zatem podsłuchiwał w parku.
— W parku?...
Oskar zaśmiał się.
— Daruj, lecz zabawną jesteś. Chyba rozumiesz, że w takich razach szuka się odosobnienia.
— Nie znam się na tem.
— Bardzo mi to miło słyszeć z twych ust, gdyż wogóle kobiety znają się na tem wiele lepiej niż mężczyźni. Ale skąd ten twój suchy, ostry głos? mogłem ci, coprawda, nie dawać żadnych wyjaśnień. Nie poznaję w tobie mojej słodkiej zawsze Anni.
— Ja zaś boję się, że mogę ci już nie ufać bezwzględnie.
Oskar rzucił cygaro i powstał gwałtownie.
— Na honor! dość tej sceny i wymówek. Kontroli nad sobą nie znoszę. Zastrzegam to stanowczo i nieodwołalnie.
— Ja cię nie kontroluję, ja tylko upominam się o swe prawa jako twoja żona.
Zaśmiał się cynicznie.
— O to bądź spokojna, nie ujmę ci ich z pewnością i... quand méme... ty będziesz u mnie zawsze... na wety.
Andzia zerwała się wzburzona.
— Nie rozumiesz mnie i jesteś... bezczelny!
— O! Cóż za wybuch. O cóż ci chodzi?...
— O mój honor kobiecy i o twój własny honor, który ty plamisz. Chcę abyś był uczciwym mężem.
— Ja zaś nie tylko chcę, ale żądam abyś wszelkie morały rzuciła w kąt. Kobieta powinna być tem do czego ją natura stworzyła: do uległości i dawania rozkoszy mężczyźnie. Filozofki i moralistki to potwory kobiece. Jesteś piękną, wolno ci to wyzyskiwać względem mnie, lecz bez zamachów na moją swobodę.
— Za kogo ty mnie masz... Oskarze?!
— Za źródło rozkoszy, z którego, gdy zapragnę mogę pić dowoli, aż do upojenia.
— Więc jestem dla ciebie tylko... tylko twoją sa....
— Och, no, ale wyjątkowo ponętną.
Andzia wybiegła z altany.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.