Gehenna/Tom I/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom I
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Indeks stron


XV.
Cud życia.

Andzia po powrocie z lasu, dowiedziawszy się o bytności i nagłym odjeździe Olelkowicza, zastanowiła się głęboko.
... Dlaczego on nie czekał na mnie?...
Dziewczyna sposępniała.
Któregoś dnia, gdy Kościesza wyjechał do lasów, Andzia uśpiwszy panią Malwinę po obiedzie, wybiegła z domu...
— Na łąki, na wyręby, w trawy — wołało w duszy jej stęsknionej.
Za budynkami gospodarskiemi leśniczówki, Andzia odrazu wpadła w burzany, które zakryły ją prawie zupełnie. Zwisały nad nią zielone, pyszne pióra, kielichy, korony kwiatów, i szemrało to wszystko jakąś gędźbą smutną, tęskną a rozkoszy pełną. Zanurzyła się Andzia w kwiatach, pochłonęły ją wonie, czarem przejmujące. Poczuła się swobodną, lekko jej było dziwnie i radośnie, że jest sama, że obcuje tylko z naturą, że myśli swe puścić może swobodnie po stepie i ze stepem rozmawiać. Tęskniła tylko za jednym człowiekiem będąc wolną od ludzi. Lecz oddzielały ją od niego kwieciste przestrzenie i bory ciemne; wołała go do siebie duchem. Snuły się kwiaty nad Handzią, wyrastały przed nią pióropusze świetne i za nią kolorowa wlokła się smuga. Dziewczyna jak sarna dzika, na swobodę z niewoli puszczona pruła zielone fale traw, strącając z kwiatów barwne okiście. Radowała się tą wonną roztoczą, szumem, jedwabnym szelestem tego morza atłasowych źdźbeł, w którym niekiedy zapadała głęboko, że nad jej głową jeszcze chrzęściały trawy. Czasem tonęła tylko do pasa, czasem głowa jej ciemna, obciążona zwojem warkoczy, wykwitała tuż nad kwiatami, a jasny rumieniec kraszący jej twarz smagławą i oczy tęskne, lśniące jak czarne granaty, czyniły ją arcy kwiatem tych kwietnych gmin, królewną ich przepychu.
Źrenice Andzi pełne iskier złotych, nalane były pragnieniem wewnętrznych uczuć, które budziła dusza bujna, lecz usta jeszcze ich nie rozumiały, może przeczuły, bo paliły-gorącym krwistym żarem, płonęły.
Gdy ćma motyli, lub drobnych muszek wionęła jej w oczy, wówczas mrużyła powieki sypiąc pióra swych rzęs czarnych, fryzowanych, na kameowe policzki. Szła wśród potopu zieleni i kwiecia niby wiosna, śpiew i melodja pól czarem nasiąkłych, szła jak rozkosz ich i jak tęsknota. A cicha była w sobie pomimo waru we krwi, który tryskał z ust i twarzy, pomimo bujnych falowań całej postaci kołyszącej się jak kwiat na smukłej łodydze.
Andzia rozchylając przed sobą zagradzające jej drogę kwiaty i trawy szła prędko, biegnąc prawie, bez celu, aby dalej w tę otchłań wonną. Zaczerniał przed nią las gęstą zwałą dębów przepysznych. Grunt stał się tu wyższym, roślinność mniej bujną. Tarłówna wykwitała teraz po nad trawy, odwróciła się do łąk, stepów, puszczając wzrok w przestrzeń. Ogarnął ją zachwyt. Pierś oddychała szeroko, chłoniąc wonie kwiatów, ziół słodkich i ciepłych prądów wietrznych, oczy niosły się ponad morzem stepowych roślin, nad falą barw, biegły w dal bez oporu, zapalając się coraz żywszym ogniem. Step unosił duszę dziewczyny, rwał ją w bezbrzeża tęsknot, roznamiętniał i łagodził zarazem. Step żarem gorącym napełnił jej oczy, złoto w nich przelewając, krasą zabarwił policzki, rozpłomienił usta rozkoszą tchnące, że stała niby zorza i jutrznia rozkwitłych łanów. Hen, w oddali, na krańcu horyzontu, tonęła wśród powodzi zielono-barwnej, ciemna grupa drzew z kilku plamami czerwonych dachów i wieżyczek, to Wilczary, przystanek i leśniczówka. Rozpyla się nad nimi kołtun biały dymu, łoskot biegnącego pociągu skacze po stepie i dopada do lasu niby huk podziemny, dygocząco łomotliwy. Za Andzią szumią dęby, chrzęszczą drzewa iglaste, kark jej ochładza surowy powiew leśny.
— Daleko odbiegłam od domu — myśli z przyjemnością.
Narwała mnóstwo kwiatów, ponatykała sobie w puszczone luźno warkocze i z pękami kwiecia w rękach weszła w las. Otoczył ją mrok różowy od słonecznych refleksów, potężny szum liści dębowych zdawał się na nią siać złote krople słońcu skradzione, gdyż szła chwilami jak w glorji złocistej.
Znała wybornie tę część lasu, wpadła na dróżkę ukrytą w paprociach i skierowała się w stronę chaty Grześka, który mieszkał w tym ostępie, pod Wołkiem zwanym.
Na jakimś zakręcie wąskiej dróżki nagle ukazał się sam Grześ, ze strzelbą na ramieniu, prosty jak żołnierz, ze starczą, siwą głową na tęgich barkach i uśmiechem w oczach dobrodusznych. Ujrzawszy Andzię stanął zdumiony.
— Ot, że zdarzenie, Boże chorony! tylko pana Kościeszy by tu potrzeba było.
Stary nigdy nie tytułował inaczej ojczyma Andzi, naturalnie w jego nieobecności.
— Pocóż Grześkowi potrzebny mój ojczym?
— Ot że... bo to bojarzynko...
Stary drapał się w głowę widocznie zakłopotany. Po chwili dodał w formie komentarza.
— Ja nie chcę, żeby pan Kościesza akurat teraz tu przyjechał, bo to i wcale nie potrzebny. Ja się cieszę, że ugoszczę takich dostojnych gości w swojej chałupie.
— Cóż to za goście będą u Grzesia?
— A ot! bojarzynka mi jak z nieba spadła, jak z tych obłoczków, jasnych, to się stary i cieszy. Proszę do chałupy.
Andzia ruszyła naprzód nie zauważywszy dziwnego uśmiechu starego, który idąc za nią patrzał w nią jak w obraz i coś mruczał z zadowoleniem.
Gdy zbliżali się do zagrody borowego, wypadły na nich dwa czarne brytany, rwąc się na długich łańcuchach; szczekały, zajadle, ale je wkrótce Grześko uciszył. Andzia mogła je swobodnie głaskać po obfitych kudłach. Chata stała na maleńkiej polance wśród gęstego boru, dokoła sterczały pnie ściętych sosen, pomiędzy któremi rosły kartofle, bielił się zagon hreczki, zwisały ciężkie kiście prosa. Przy chałupie warczało źródełko biegnąc chyżo po kamieniach, służyło ono za studnię dla Grześka, jedynego mieszkańca zagrody. Po drugiej stronie sieni, w tej samej chacie była stajenka mieszcząca trzy kozy, białe jak śnieg i starego osła, oraz sporą gromadkę krółików. Wnętrze izby Grzesia przedstawiało schludność i ubóstwo, ale z pewną archaiczną omastą, świadczącą o zamiłowaniach starego i jego lepszych czasach. Gładkie bielone ściany, niski sufit poprzecinany belkami, podłoga ułożona z białych desek sosnowych, pod ścianą tapczan przykryty kilimem w pasy i starą zrudziałą wilczurą. Nad nim duży żelazny krucyfiks z miseczką do wody święconej, otoczony pękami ziół suchych i kwiatów. W głowach łoża wisiał karabin pamiątkowy, miał bowiem na klindze napis zupełnie szczególny: „Żadna kula nie minie wroga“, pochodził zaś z czasów Kościuszkowskiego powstania. Obok wisiały resztki rdzą zjedzonej broi rycerskiej; parę strzelb jednorurek, pika ułańska i ostrogi, wszystko na starym wypłowiałym kilimie, zawieszone w sposób znamionujący pewien gust estetyczny, własny, lub nabyty w pańskich dworach. Po za tem na ścianach wisiały podobizny Batorego, Kościuszki, Poniatowskiego i duży ładny przedruk kredkowy Wernyhory z obrazu Matejki, darowany Grześkowi przez matkę Andzi, Izę Tarłową, i z jej podpisem. Była jeszcze w izbie prosta półka sosnowa, na niej kilkanaście książek starannie utrzymanych.
Wszystko dary Izy Tarłowej, której fotografja w pluszowej ramce, w wianku nieśmiertelników wisiała nad półką.
Andzia stanęła przed podobizną matki i zapatrzyła się w jej smutne czarne oczy, ale Grześ nie pozwolił na długie rozmyślania: wytarł kapotą zydelek i zaprosił do stołu.
— Ot że Boże chorony dzień na mnie szczęśliwy nastał, takich gości częstować — mruczał stary krzątając się po izbie wesoło.
Andzię znowu zastanowiły jego słowa.
— Kogo się to Grześko spodziewa więcej?
Stary udał, że nie słyszy, z chytrą miną zagadywał Andzię, skacząc w rozmowie z przedmiotu na przedmiot.
Wyjął z szafki i ustawił na stole dwa talerze, malowane w jaskrawe róże, położył blaszane łyżki i noże. Zjawiła się na. stole miska pełna miodu w plastrach, z barci leśnych, druga z kwaśnem mlekiem, przykrytym grubym kożuchem śmietany, pół bochna razowego chleba i koszyczek poziomek.
Wtem stary zakręcił się jakoś i wybiegł z izby. Rozległo się przed chatą raźne parskanie konia i tętent głośny zadudnił w małe okienka.
Andzia ogarnięta niespodziewanem a słodkiem przeczuciem, skoczyła naprzód, ale umiejscowił ją głos znany, za drzwiami mówiący:
— Ciekawym tej niespodzianki... pewno Grześko coś zmyśla...
Gwałtownie otworzone drzwi ukazały w swych niskich ramach wyniosłą postać Olelkowicza w sportowem ubraniu, ze strzelbą na ramieniu. Stanął olśniony widokiem Anny, twarz mu się zmieniła żywym kolorytem, oczy błysnęły.
Tarłówna z opuszczonemi ramionami wzdłuż ciała, spłoniona i drżąca nie mogła słowa przemówić, oczy tylko gorzały wpatrzone w oczy Andrzeja. On oprzytomniał, szybko podsunął się do niej, nic nie mówiąc wziął obie jej ręce i zgniótł w swych męskich dłoniach. Bez słowa, tylko z oczyma w jej oczach, całował te ręce, tulił do swych ust pragnących, pieścił, oblewał gorącym oddechem, lubował się niemi.
— Panno Anno, Handziu! skąd się tu wzięłaś, jakim sposobem?... To chyba cud?... — wyszeptał pierwsze słowa.
Opowiedziała mu krótko swój spacer, spotkanie z Grześkiem! i jego zaprosiny.
— Chytry stary, ale złoty człowiek, niech mu Bóg nagrodzi. I nic nie mówił, że ja tu dziś będę u niego?
— Ani słowa.
— Handziu!
Uczuł tak silny przypływ miłości do tej dziewczyny, że całą wolą panował nad sobą, by nie wziąć zaraz jej ust dziewiczych, by nie zgnieść w swych ramionach jej wiotkiej postaci. Czuł to pragnienie i aż drżał, ale zarazem czar potężny, wiejący od niej czar, przemożny, jakiś nietykalny nimb trzymał go niby na uroczych więzach. Zerwać ich nie można, trzeba aby! same opadły, spić słodycz z tych ust niewinnych, to barbarzyństwo! Gdy one same purpurowe swe listki rozchylą dla niego, gdy dobrowolnie zapachną jak leśna malina na jego wargach, wówczas rozkosz stanie się przeogromną, może umysł zatopić w sobie, do obłędu doprowadzić. Taka rozkosz to już szaleństwo, to obłęd.
I stali tak blisko siebie wtuleni oczyma w oczy, duchem sobie oddani, szczytni wielkiem uczuciem. On trzymał w dłoniach jej drobne, zgrabne, nieco opalone ramionka i odczuwał drżenie jej skóry aksamitnej, widział iskry złote zapalające się i gasnące w oczach jej czarnych, słyszał jak tętniało w niej serce i pulsa gorące obiegały ciało, przeczuwał w niej ogień tlejący, który potrafi wybuchnąć szalonym płomieniem; temperament ukryty lecz bujny, stepową fantazją nasiąkły, samoistny, wartki niby strumień leśny i wierny. Odgadywał, że gdy ta dziewczyna rzuci mu się w ramiona, wówczas już może się świat zawalić, ale ona kochać go nie przestanie.
Minuty niebiańskiej rozkoszy, tej ekstazy zapatrzenia się w siebie, trwały za długo dla Grześka. Umyślnie dał im czas na powitanie, marudził z umieszczeniem konia w stajence, ale wreszcie i to się wyczerpało.
Co oni tam robią?...
Ciekawie zajrzał przez szybkę w bocznem oknie. Stoją naprzeciw siebie, trzymają się za ręce i patrzą sobie w oczy, nic nie mówiąc...
Grześko uśmiechnął się słodko i pokiwał głową.
— Oj detyny, detyny!... Aby Bóg dał... bo to... Boże chorony...
Wzniósł mętne oczy w górę, z westchnieniem, jakby z prośbą, by myśl wstrętną a przykrą Bóg usunąć raczył... Zaskrobał delikatnie w drzwi i otworzył je cichutko.
Olelkowicz i Tarłówna odsunęli się od siebie, że zaś uczucia obojga były czyste, więc nie zmieszani wtargnięciem starego, zagadali do niego wesoło.
— Cóż Grześku, pokażecie mi tego staruszka dzika? Ale z panienką chyba niebezpiecznie zaczajać się na taką potworną bestję.
— Owszem ja pójdę z wami do kniei, ja to okropnie lubię.
— Boże chorony, ot że ochota! Taż to pojedynek, stary samiec jak świat, siwy na łbie i na barkach, a zły jak did‘ko. Ot lepiej będzie jak zjemy co Bóg dał, da państwo pójdą na wyręby po kwiaty, abo na sarenki żerujące. A teraz proszę do stołu, nie obfity on; ale za to gościnny, jadło sercem zaprawne, proszę uniżenie.
Staruszek uprzejmie podsuwał stołki.
— A Grześko gdzie siądzie? — spytała Andzia.
— Ja?... Boże choronyi przed bojarzynką i panem na Prokopyszczach miałbym siadać? Ot, że sztuka byłaby.
Młodzi jednak pomimo protestu borowego, posadzili go pomiędzy sobą na stołku, rozbawieni, szczęśliwi. Dobrze im było we trójkę. Zjedli ze smakiem kwaśne mleko z chlebem, potem skosztowali miodu i zabrali się sumiennie do poziomek, podczas gdy stary prawił im prawdziwe i zmyślone historje. Nie zaprzeczali mu, tylko Andrzej uśmiechał się do Andzi porozumiewawczo, ona zaś mrużyła figlarnie cudne swe oczy i z pod lasu rzęs błyskała ku niemu kociem wejrzeniem.
Stary był w swoim żywiole, kochał Tarłównę bałwochwalczą miłością, przelaną na dziewczynę z religijnego niemal uwielbienia dla jej matki. Olelkowicz należał również do jego sympatji szczególnych, tembardziej, gdy spostrzegł skłonność młodego pana do swej bojarzynki.
Przypuszczalna scena Olelkowicza z Lorą na Temnym hradzie skierowała niechęć starego tylko na niekorzyść Lory. Grześko początkowo rozgoryczony, bronił potem przed sobą pana z Prokopyszcz krótkim argumentem, zaczerpniętym z psychologji męskiej.
— Każdy chłop weźmie dziewkę kiedy sama lezie.
Nie wiedział, że właśnie Olelkowicz był... wyjątkiem może jedynie w tym wypadku.
Po kilku wesołych opowieściach Grześka, Andzia i Andrzej powstali jednocześnie.
— Chodźmy do lasu!
— Do kniei! Zobaczyć dzika!...
Wybiegli przed chałupę, gdzie na sznurku pasły się kozy i osioł, powyrzucane ze stajenki dla większej wygody wierzchowca Olelkowicza.
— To myśmy jedli mleko od kóz?... a takie było pyszne... — skrzywił się Olelkowicz.
— Boże chorony! A toż coby było znowu. Kozie mleko to ja sam wypijam, da sery robię, ale takim delikatnym panom nie dałby stary tego specjału.
— Grześko dostaje z Wilczar codziennie po garnku mleka — wytłumaczyła Tarłówna.
Stary borowy oprowadził Andrzeja i Andzię po zagrodzie, pokazał inwentarz, oraz narzędzia rolnicze; stary pług, brona, kosa, grabie i szpadel, wszystko utrzymane z największą starannością. Cieszył się Grześ ze swego bogactwa, a gdy Andrzej spytał go, czy nie obawia się złodziei będąc tak samotnym, Grześko odrzekł wesoło:
— Boże chorony! Ja tu pan w swojej kniei, mnie tu się żadna krzywda nie stanie, bór to mój druh. Pilnują mnie dęby, da buki stareńkie, sosny to kumy moje, a kalina kochanka. Jak kto w boru żyje, a kocha bór, to mu w nim dobrze jak u Boga za pazuchą. Zły człowiek tu nie przyjdzie; czarownikiem mnie nazwali i boją się, taj hodi! to, i dobrze! A wilczek czasem koło Gromnicznej kiedy zimno, a śnieżno, a żeru niema zajrzy do zagrody, bo mu kózki zapachną to ja go niegodiaja kulką hult w ślepie i trach! leży. Tak to, bojarzynko, mnie tu nikt nie ruszy, ja czarownik, a pieski moje też do czortów podobniejsze — to i ich i mnie się boją.
Grześko zrobił szeroki krąg ramionami, jakby ogarniając bór cały i zawołał donośnie:
— Hej, hej! ot moje druhy a ja ich druh!...
— Potężny! — szepnął Andrzej do Tarłówny.
Istotnie, Grześko w ekstazie swej był niezrównany. Siła i moc widniała w tym starcu, i zapał młodzieńczy i ukochanie wielkie do kniei, z którą się zżył i którą miłował po swojemu. Wyglądał jak kapłan leśnych pustoszy, jak ich bożek wszechwładny. Anna i Andrzej patrzeli na niego z niemym zachwytem. On im mówił, co dęby myślą gdy szumią tak rozgłośnie, i dlaczego brzoza płacze opuszczając kosy do ziemi. Zasłuchani byli w poezji starca; niby wieszcz odgadywał tajniki przyrody i na swój sposób je tłumaczył. Nagle odgłos trąbki leśnej, dźwięk czysto ziemski, rozdarł powietrze brutalnem, nieumiejętnem staccato.
Andzia struchlała, poznała trąbkę Kościeszy. Grześko zmienił się na twarzy i w postawie, skulił się jakoś, przygarbił i z barda przeistoczył się od razu w starego stróża leśnego. Wyciągnął szyję, uszy nastawił, ze zmrużonemi oczyma słuchał przez chwalę echa trąbki, poczem drgnął nerwowo.
— Blisko, całkiem blisko, jest na Medwedówce. Trza mnie, jasne państwo, na Wołcze rozdoły rypać, da stamtąd trąbkę dać, a to inaczej tu zajedzie, Boże chorony!...
Dał kilka potężnych susów, nieprawdopodobnych do jego wieku i znikł w gąszczu, pozostawiając Andrzeja i Andzię własnym instynktom bezpieczeństwa.
Oni stali parę minut niepewni, aż gdy odezwał się sygnał Grześka już z Wołczych rozdołów. Andrzej wziął Andzię za rękę ruchem stanowczym.
— Ukryjmy się w chacie, tam bezpiecznie.
— Ale właściwie czego my się obawiamy? — spytała i oczy pełne ponętnych głębin utkwiła w twarzy Andrzeja.
On zlekka pokraśniał, odpowiedział jednak energicznie:
— To nie obawa, to tylko ostrożność. Spotkanie tutaj pana Kościeszy mogłoby być w skutkach niemiłe, dla nas obojga.
— Tak, to prawda, niemądra jestem; to byłoby nawet straszne.
— Prędzej na Boga! słyszę turkot — tędy jedzie.
— Uciekajmy! — krzyknęła Andzia.
Olelkowicz szybko wbiegł za nią do chałupy, gwałtownie zamknął drzwi na sztabkę żelazną, zasunął ją gwoździem i wiedziony jakimś panicznym lękiem, zastawił jeszcze stojącą z boku beczułką.
Po dokonaniu tego spojrzał na przestraszoną towarzyszkę i oboje wybuchli śmiechem.
— Bronimy się jak od napadu tatarów, chodźmy do izby.
— Za nic! tam przez okna mogą zajrzeć szukając Grześka. Zostańmy tu — szeptała Andzia.
Olelkowicz chwycił się rękoma za czuprynę.
— Ogier nas zdradzi. Na litość Boską! Watażka zarży usłyszawszy konie. Trzeba było do stajenki uciekać.
— Tu jest wejście do stajni przez komorę — zawołała Tarłówna i pierwsza pobiegła w ciemną głąb sionki, za nią Andrzej.
Odnaleźli łatwo drzwiczki, po chwili byli już przy koniu. Andrzej wziął go krótko przy pysku, gładził, pieścił. Andzia zasunęła drzwi, założyła je drągiem i stanęła obok młodzieńca strwożona, bo turkot już był blisko. Pyszny kasztan Olelkowicza podniósł głowę, rozdął chrapy, strzygł uszami niespokojny, drżący na całem ciele. Oczy błyszczały mu jak pochodnie, grzywę najeżył, odstawił ogon i byłby już zarżał powitalnie do tętentu nadbiegających koni, ale Andrzej umiał powstrzymać go od tego. Głaskał go po nozdrzach i szeptem do faworyta przemawiał.
— Nie zarży?... — spytała Andzia.
— Ręczę za niego, to koń rozumny. Kto jedzie, można zobaczyć przez szparę.
Turkoty zbliżył się tuż; słychać było chrzęst uprzęży i prychanie koni.
— Nie radzi, nie radzi! — uśmiechnął się Andrzej.
Tarłówna przytuliła twarz do szpary pomiędzy belkami i odskoczyła nagle.
— Ojczym! — zawołała stłumionym szeptem.
— Cicho Anuś!
Dziewczyna, pomimo przestrachu wywołanego sytuacją, spojrzała na Andrzeja pytającym wzrokiem. Trzeci raz już nazwał ją po imieniu, ale przy powitaniu brzmiało to inaczej, tworząc rozkoszy pełną harmonję z dźwiękiem jego głosu przepojonego uczuciem, i wyrazem oczu jakby natchnionych jej niespodziewanym widokiem. Teraz słowa jego miały inny styl, wymagały już wytłumaczenia, ale na to zabrakło czasu, gdyż z poza cienkich ścian stajenki usłyszeli nagle twardy głos Kościeszy, podniesiony o kilka tonów i widocznie gniewny.
— Hej tam, Grzegorzu...
Odpowiedziała mu głucha cisza.
Kasztan Andrzeja rzucił niespokojnie piękną głową. Olelkowicz był pewny, że nie zarży, jednak zaniepokoił się, bo koń zaczął kopać słomę przednią nogą i drżał cały jakby smagany. Andzia była w ogniach.
— Grzegorz sam tu! — huknął znowu Kościesza.
— Win pijszoł w lis, jasny pane, jeho tutki nema — odezwał się Hawryłko.
— Niech ci Bóg da zdrowie — szepnął Olelkowicz.
— A zobacz no w chałupie, może śpi? — rzekł znowu Kościesza.
Tarłówna zadrżała, instynktownie bez zastanowienia przysunęła się do Andrzeja. Była strwożona, jak dziecko szukające opieki. On odczuł to i uniesiony bezmiernym prądem miłości, otoczył dziewczynę silnem ramieniem i przytulił do siebie. Głowa Hańdzi wsparła się na jego piersiach. Prawą ręką Andrzej trzymał mocno konia i oboje z bijącemi sercami nasłuchiwali odgłosów z zewnątrz. Słyszeli jak Hawryłka zeskoczył z kozła i kołatał do drzwi chaty, wreszcie rzekł z przekonaniem:
— Zaperte na zamok, jasny pane, ni widu, ni słuchu.
— Gdzież ten bałwan odzywał się?... Zatrąb jeszcze raz.
Przykry, chroboczący ryk trąbki, zgrzytem przeszedł po nerwach Tarłówny i Olelkowicza. Kasztan rzucił się, ale umiejscowiła go od razu żelazna dłoń jego pana.
Trąbka wygrywała niezdarny sygnał leśny, podczas gdy Kościesza zeszedłszy z bryczki obchodził chałupę dokoła, jakby tknięty przeczuciem.
Pod Andzią nogi trzęsły się febrycznie, była prawie bezwładna, zwieszona na ramieniu Andrzeja, blada z przerażenia.
— Czego on tak łazi! Do djabła! mógłby już sobie jechać! — zmełł w ustach Olelkowicz, rozdrażniony z szalonego niepokoju.
— Może nas szuka!... może już wie?... — szeptała dziewczyna.
— Szczęście żeśmy nie zostali w izbie, on by nas tam wypatrzył, pewno zagląda w okna...
— Ciiichooo!...
Sytuacja doszła do najwyższego napięcia i grozy; Kościesza szarpnął za wierzeje stajenki. Andrzejowi włosy stanęły na głowie, Hańdzia dygocząca, bezprzytomna wtuliła twarz na jego piersiach, czuli oboje głuchy łomot własnych serc.
Wierzeje zatrzęsły się lekko, ale mocno podparte nie puściły zapory, tymczasem trąbka Hawryłka umilkła i w ślad za nią doleciało z lasu jakby echo jej, lecz o wiele umiejętniejsze, melodyjne, rytmiczne i śpiewne. Jednak przebijało w sygnale drżenie wyraźne, jakby trąbiący artysta miał tremę.
— To Grześ trąbi — szepnęli oboje razem.
— Wystraszony biedak, aż mu głos dygocze. O chwała Bogu już odjeżdża — rzekł Andrzej przytknąwszy oko do szpary.
— Trafisz na sygnał? — spytał Kościesza Hawryłka.
— Ojoj, jasny pane? a toż na Wołczych rozdołach. Ne daleko!
— Jazda!...
Zaturkotało i po długiej chwili wszystko ucichło.
— Jesteśmy ocaleni — szepnął Andrzej radośnie.
Puścił konia i pochylił głowę nad czarną główką Andzi.
Spojrzała na niego wielkiemi oczyma, w których błąkała się jeszcze chmura przerażenia. Patrzyli sobie w oczy bez słów, Andrzej mocniej zacisnął ogarniające ją ramię, prawą zaś dłonią przykrył lekko jej skroń i tulił do siebie. Głowę upojoną schylał niżej i niżej.
Źrenice Hańdzi zmieniły szybko wyraz, chmura znikła, przybywała słodycz, złote iskry szczęścia posypały się z czarnych otchłani. Rzewność napłynęła do jej cudnych oczu, aż trysnęły takim snopem zachwytu, że zdawały się głośno szeptać...kocham...
Mrużyć się zaczęły pod naporem oczu Andrzeja, długie zasłony czarne opadały zwolna, z melancholijną, uroczą zadumą.
Dziewczynę spłonioną, aż pałającą, oblewał wrzątek oddechu Andrzeja, dłoń jego z jej skroni przesunęła się pieszczotliwie na owal profilu, uniósł jej drobną twarz ku sobie i usta przycisnął — przykleił niemal do rozchylonych ust dziewczyny. Oczy jej zwarły się zupełnie. Trwali w pocałunku długim, świętym, do bezmiaru upoistym. Zatracili pamięć o wszystkiem. Skupili się tylko w ustach swych, pijąc z nich najwyższą rozkosz. Ramiona swe zacisnął mocniej, twarz jej tulił jak jaskółkę w gniazdku, utworzonym z własnej piersi i dłoni gorącej, Wyczuwał drżenie całej jej postaci, a z ust ssał i ssał szczęście, aż do utraty tchu. Omdlewali z miłosnego szału, co płomienną zawieją wichrzył w nich. Źrenice Andrzeja zasnuły się mgłą, czuł wzburzone tętna krwi, ale uczucia jego były przytem tak słodkie i dobre, że nie skalał ich nawet cień zmysłowego pożądania. Pragnienia jego, by tę dziewczynę swoją wtulić w serce kipiące warem dla niej, osnuwały ją niby błękitna przędza i czarem i mocą hypnotyzującą wsiąkały w jej serce, utrwalając w niem ufność i wiarę bezkresną...
Niesłychanie wzniosła chwila, uroczy hejnał, dwuśpiew serc spojonych — nie miał zda się końca.
Bez tchu w piersiach zachłysnęli się własnem upojeniem i oderwali od siebie usta zdyszani, bladzi. Na krótką tylko sekundę. Andzia przypadła mu do piersi twarzą, przylgnęła do niego, ręce zarzuciła mu na szyję. On porwał ją całą w ramiona. Całował bezpamiętnie oczy zamknięte i ze szczęścia łzami zroszone, całował brwi, czoło jasne; i puchy czarnych zwichrzonych włosów. Odsunął ją lekko od siebie, zajrzał w głębiny jej źrenic przyćmionych bujną rzęsą! i znowu szalał:
— Hanulko moja, Handziuś jedyny... dziewczyno złota, najcenniejsza moja... moja żona, moja na wieki, podnieś rzęsy, spójrz mi w oczy, nazwij po imieniu... Hańdziu ukochana!...
— Chcę być twoją Jędrek, tylko twoją, już... na zawsze...
Zdusił ją w uścisku gwałtownym, podnieconym jej słowami i wyrazem rozmiłowanych jej oczu.
— Będziesz moją dziewczyno... zabiorę cię do siebie, do Prokopyszcz, Hańdziu, Hańdziu!... ile szczęścia!...
Zatonęli znowu w porywającej pieszczocie ust rozpalonych, łaknących i sycili się ich słodyczą.
Ocucił ich kasztan, który mokre chrapy przysunął do głów spojonych w pocałunku i głośno, wciągając powietrze musnął ich rozwartemi nozdrzami.
Tarłówna pierwsza oderwała się od Andrzeja, twarz zaognioną przytuliła do grzywy bachmata, ogarnęła szyję konia ramionami.
— Śliczny, kochany kosiu, mój!... złota kosia, dobry, nosił pana do Turzerogów, do mnie nosił, będę kochała, hołubiła...
— Patrz, Hańdziuś, watażka cię rozumie! o jak wącha twoje włosy, jeszcze cię poślini... — mówił Olelkowicz rozpromieniony, i trącił lekko w nozdrza rozdęte swego faworyta.
— Przepadałem zawsze za tym źrebcem, to z mojego stada, własnego chowu i właśnie on mnie nosił do ciebie, przy nim nastąpiła ta chwila nasza urocza tak oczekiwana. Trzeba go uczcić za to.
Mówiąc to młody pan porwał nagle Andzię pod ramiona i uniósłszy błyskawicznie, posadził ją na siodle. Zaśmiała się figlarnie, ogarniając suknie. On skłonił się przed nią nisko i zawołał z tryskającą radością w głosie.
— Pani Andrzejowa Olelkowiczowa na Prokopyszczach i Dubowie. Jasna pani, świetlista moja pani...
Przytulił głowę do jej kolan, ucałował stopy, poczem wyprostował się jak struna.
— Daj mi łapięta swoje, jeszczem ich dzisiaj nie całował; chłonąłbym ciebie! Ja chyba oszaleję!
Przypiął się do jej rąk, ona oparła czoło na jego głowie i usłyszał jej cichutki szept.
— Czy prędko będę... twoją... w Prokopyszczach?...
— Dziś, zaraz porwał bym cię na mego watażkę i zawiózł pod mój, pod nasz dach... Hej... Hańdziu!...
Ogarnął go wściekły huragan szału, jednym susem skoczył na konia i, zanim się ona spostrzegła, siedział już na siodle trzymając ją jak dziecko przed sobą.
— O tak!... tak bym cię wiózł do siebie, jak tatar brankę, jak dziki sokół gołębia i gnałbym przez stepy i bory, tratowałbym kurhany; z moją zdobyczą, z moją świętą, złotą dziewczyną!
— Jędrek!... Jędrku... mój! — krzyknęła Andzia pochwycona przez niego jakby w drapieżne szpony orła.
Przycisnął ją do siebie tak mocno, że prawie znikła w jego objęciu. Z pod ramion jego spływały jej rozwite warkocze a nad sztylpami jego butów zwisały drobne stopy opięte w bronzowe buciki. Była wtulona w niego, przygarnięta do jego piersi na jednem siodle, okryta jego uściskiem, chłonięta pocałunkami. Watażka zrywał się do biegu, przysiadał na tylnych nogach, rzucał łbem, chrapał, parskał rozgłośnie i nogą kopał z fantazją.
Kołysał ich na sobie jak w rytmicznym kłusie wreszcie wstrząsnął grzywą i zarżał z brawurą, z temperamentem, niby surm tryumfalny, pobudkę na szczęście dla swego pana i jego wybranej. Ale Olełkowicz zląkł się trochę tego hołdu konia, odsunął Hańdzię, zeskoczyjł i zniósł ją z siodła.
— Za głośno się cieszy Watażka, gotów nam tu Kościeszę sprowadzić.
— Zdrów!... Zdrów!... Hej jasny panie to ja! usłyszeli przed chałupą.
— Jezus Marja! — jęknęła Andzia.
— To Grześko już powrócił — uspokoił ją Andrzej.
— Chodźmy do izby — zawołała.
Andrzej ucałował Andzię jeszcze raz, wyszli spiesznie ze stajenki. Tarłówna zasłoniła oczy od blasku bijącego z okna, rzekła zdziwiona:
— Teraz dopiero odczuwam, że w stajence było mroczno; myśmy tego nie zauważyli.
— Za jasno było nam w duszach Hańdziu; za świetlista była to chwila...
Uśmiechnęli się do siebie i odryglowali drzwi chałupy.
Grześko jakkolwiek zrozumiał już, że Kościesza ich nie widział jeszcze patrzał na nich badawczo, jakby pytając jak to było. Opowiedzieli mu wszystko z wesołym śmiechem, poczem młody pan porozumiawszy się wzrokiem z Andzią wziął ją za rękę i orzekł z uczuciem.
— A teraz Grzesiu pobłogosławcie nam pierwszy, to się wam należy... Panienka będzie moją żoną i panią w Prokopyszczach.
— Sława tobie, Boże wielki!...
Stary schylił się, obejmując ich kolana, łzy zaświeciły mu w oczach. Całował im ręce, oni zaś wzruszeni do głębi uściskali go jak ojca. Wtedy stary porwał się pobiegł do półeczki i zdjął fotografję Izy Tarłowej.
— Matka, matka niech was pobłogosławi, to święta pani, męczennica...
— Daj Boże szczęście i złotą dolę... detyny... Boże chorony!...
Staruszek, żegnając ich fotografją, rozpłakał się serdecznie.
Tarłówna była poruszona, ale Andrzej spochmurniał. Nie mile tknęło go błogosławieństwo Grześka podobizną matki Anny, która patrzała na nich tragicznemi oczyma.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Słońce zachodząc rozesłało się krwawą poświatą, po stepach, płonęło świetną łuną, igrając złotem i czerwienią na kwiatach i trawach. Andrzej Olelkowicz odprowadzał narzeczoną piechotą, przez stepy, pod Wilczary. Żegnając się z nią rzekł uroczyście.
— Dziś już jesteś moją, ale od jutra będziesz moją przed całym światem i ludźmi... już oficjalnie.
Kwiaty rozdzieliły ich.
Hańdzia szła do domu jak po prześnionym, cudnym śnie.
Już pod leśniczówką nagle krzyknęła okropnie, przestrach obezwładnił ją.
Tuż przed nią, z wysokich traw i kwiecia wyłoniła się ponura postać chłopa czy ducha, o zmierzchu wieczornym zjawa ta była złowroga.
— Chwed’ko! — pomyślała drżąc z przerażenia.
Przesunął się cicho jak mara i utonął w trawach. Tarłówna zauważyła jednak, że spojrzały na nią szybko jak lot nietoperza małe kolące oczki potwora i że były szydercze.
— Czy ten zły duch prześladuje... mnie?...
Dopadła do leśniczówki rada, że widzi światła i ludzi.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.