Gehenna/Tom I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
Szatry.

Rozpoczynał się pierwszy brzask, gdy stary Grześko prowadził swą młodą kompanię przez gęsty bór, na żerowisko łosi.
Prowadził nowemi zaułkami, jakby korytarzami leśnymi, gdzie trzeba się schylać nisko pod rzęsistą zwałą mokrych od rosy gałęzi i brnąc prawie po kolana w futrze traw gęstych zwalonych na się lub skudłanych.
Tu i owdzie przecinał im drogę strumyczek leśny, czarny, prześwitujący rudą, otoczony dokoła tłustą mazią lepkiej ziemi.
Bór szumiał, witał świt na niebie ledwo tu dostrzegalnem z po za tęgich koron sosen, jodeł i dębów. Las był zwarty i podszyty obficie, w tej zaś minucie tak gwarny i hałaśliwy, że zdawał się być miastem natury. Krzyczały zbudzone ptaki, wielka harmonja różnych tonów, gwizdań, hukań, świstów, kipiała namiętnością, czyniąc wrzawę jedyną w swym rodzaju i piękną.
Słychać było głosy czworonogów; przerzynał powietrze nagły ryk jelenia jakby poziewanie po nocnym śnie, czasem odezwało się charakterystyczne rechotanie dzików macior i kwik warchlaków przebiegających w pobliżu, raz beknął zając, zwykle mało objawiający się głosem, lecz widocznie o świcie najswobodniejszy.
Aż oto krótkie szczeknięcie, dziwne jakieś i niezwykłe. Młodzi spojrzeli na Grześka z pytaniem w oczach. On położył palec na ustach i szepnął tajemniczo.
— To lis.
Poczem zaczyna im objaśniać.
— To jest szczeknięcie starego samca, który polowanie swe ranne odbywa. Młode lisy, liszka teraz wyprowadza z jam do zbóż, uczy łowów i jak jamy kopać trzeba. Ej! żeby my tak wzięli z sobą jamniki, toby lisiąt nabrał, ile chce. Ale teraz już, jako że koniec czerwca, to i na młode wilki czas, już odssane, wartoby wybierać z gniazda i brać na łańcuch do stajni w Wilczarach, a na to, żeby konie myśliwskie z wilkiem oswajać. Żeby to pokazać panienkom borsuka, żbika, kunę, albo, ot co — rarytnego wielce rysia ale on jucha rzadko się trafia i, Boże chorony! czasem niebezpieczny, z drzewa ci szuśnie na kark człowiekowi albo i bydlęciu. Lepiejby zobaczyć moręgowate warchlęta, albo cielątko centkowane od łani, bo to jest przymilne, albo wydrę koło jeziora „Temnyj hrad“; ich tam jest dużo. Tam stanowisko poobsiewał ja popiołem dla świeżego tropu, a i łapek drucianych z rybką ponastawiał, to tyż dobrze, samotrzaskiem się zamykają i młoda wydra, biedneńka, jest!
— Pójdziemy tam z wami Grześku, dobrze? — zaszczebiotała Handzia.
— Oj! Kiedyż to daleko i do jeziora droga kiepska; błoto da gruzy, bo Temnyj hrad to było stare zamczysko, rozwaliło się taj na około gruzem obrosło. A jezioro też straszne, czarne, zimne, na około hały bagniste. Ej tam to strach prowadzić takie delikatne panienki.
— My jesteśmy mężczyźni Grześku, my pójdziemy — woła Jaś, — lecz stary kładzie mu dłoń na ustach.
— Cicho! Stać ani drgnąć, idzie łoś.
Przystanęli, skupieni ciasno, jak wmurowani w ziemię, zasłaniały ich olbrzymie pnie jodeł rudo-złotych, gubiąc w sobie ciemne ich postacie. Łoś szedł istotnie jeszcze niewidzialny, poprzedzał go chrupot gałęzi, oraz ciężkie miarowe stąpania wielkich racic, przytem stęk głuchy. Słychać było wyraźny świst powietrza wciąganego przez chrapy szerokie.
Wreszcie ukazał się oczom patrzących zwierz ogromny, brunatno siwy, nieproporcjonalnie wysoki, na przodzie, z garbem na karku jak siodło, zaś na tyle opadnięty, niby spiłowany z krótkim omykowym ogonkiem.
Nogi wysokie stawiał zginając je nieco w kolanach, głowę brzydką, nadmiernie wydłużoną także z garbą nad czołem i obwisłemi ochłapami chrapów pochylał nisko, ciężarną wielkiemi rogami, które jak misy szerokie rozgałęziały się w grubsze i cieńsze konary. Oczki stosunkowo małe, siwe, apatyczne były; za mgłą, pełne flegmy i sybarytycznego lenistwa; postępując wolno kiwał obwisłą głową z apatją limfatyka, idącego do pełnego stołu.
— To stary szuflak — szepnął Grześko — główny prowodyr stada na rykowiskach, ale teraz on chodzi sam, ile że klępy z cielętami trzymają się osobno w gąszczach zwartych. Czuj duch teraz, bo się spłoszy, a idzie taki pewny jak sam bojar. O waa! żeby teraz fuzją wziąć na cel, da na komorę...
Tym razem Andzia zakryła ręką usta staremu. Łoś mijał ich właśnie, przypominając ciężkiemi ruchami cielska niezgrabnego starego chłopa, który wraca od pracy znojnej.
Stanął na jeden moment może instynktem tknięty, podniósł chrapy, i zawachlował niemi podejrzliwie. Widzowie zataili oddech w piersiach, ani drgnęli. Szuflak uspokojony, powędrował dalej i zaraz spadzisty zad jego zniknął w gąszczu.
— Duża sztuka! da już na mięso nie zdatna, same to już łyko, abo skóra juchtowa. Tera idźmy za nim w trop, taj dojdziemy na brzeg moczaru, gdzie są stogi, tam ich będzie więcej — mówił Grześko.
Szepcąc i stąpając bez hałasu, doszli na skraj boru i stanęli zdumieni.
Tarłówna wydała cicho okrzyk zachwytu. Przed nimi leżał rozległy szmat moczaru, właściwie jakby nawodnionej łąki, bo wszędzie jeziorka małe łyskały, stawki, przetykane gęsto bujnemi kępami twardych trzcin, traw, gdzieniegdzie krzakiem rokiciny lub wierzby karłowatej. Cała przestrzeń otwarta i widna, poznaczona była dużemi stogami siana, umieszczonemi na wbitych w mokradło, wysokich na parę stóp słupkach i pomostkach.
Wielkie te kopice, stożkowatego kształtu, — jedne większe, drugie mniejsze, snadź już nadjedzone, otaczało kilka sztuk łosi. Zwierzęta, tonąc po pęciny w wodzie, łapały wargami za siano, wyciągając spore wiechcie, jedząc mamlały głośno, patrząc bezmyślnie przed siebie. Inne dopiero nadchodziły: ciężkie, chciwe żeru a szkaradne niezgrabą budową, tylko rogami jak mosiężnemi tarczami imponujące.
Chlupotanie i skrzepot siana rozlegał się w ciszy świtu, z boru zaś grzmiała orkiestra ptasia, już zupełnie rozbudzona. Powietrze jeszcze mętno liljowe, lekko różem zabarwione; liljowe gazy zdawały się zwisać nad moczarem, przepajając go sobą, że wyglądał cały niby liljowością przesiąkły.
Kępy traw, ciemniejsze, miały w sobie skupioną barwę fjoletu, zbiornikami koloru rozpłyniętego dokoła były stogi siana i wał lasu, zamykający horyzont. Zwierzęta skoncentrowały w swych ciałach najmocniejszy odcień fioletu i jakby ciemnej zieleni, prawie czarnej. Widok stał się niezwykły, piękny w kolorycie, rozlewny jakiś a przez swą pastelową liljowość mistyczny. Wszystko w fjolecie zanurzone, fjoletem pochłonięte, fjoletem tchnące.
Nagle zerwały się dzikie kaczki; z jednej z kęp jak rakieta trysnęły w górę ciężkiemi kulami ciał, i one zachowały barwę królującą tu władczo. Uniosły wysoko gęgający klucz, przecięły fiolet powietrzny i zapadły na mokradle pod lasem.
Andzia stała oczarowana, pożerając oczyma śliczny obraz natury.
Na wszystkich nastrojowość świtu zrobiła wrażenie. Przebudził ich cichy głos Grześka.
— Niech pannuńcia patrzy, ot tam za tym skrzywionym stogiem, hen, hen, pod lasem czaple stoją, niewiedzieć czego tu zalazły, ryby tu większej niema, tylko piskorze błotne da kiełbie. Ale ot słonko tam już wyjrzało przez jakąści szparę w lesie i prosto na ptaki padło. Dlatego to one mają pióra na piersiach złote, czuby czerwone jak krew, a dzioby niebieskie czy tam jakieś. Ot cudo! Te moczary nazywają się „Krasna duszohuba“, ile, że tu kiedyś przepastne błota były i pewno nie jeden co tu wlazł duszę i ciało zaprzepaścił. Boże chorony! A krasna to dlatego, że tu tak pięknie jest, czy o zachodzie słońca, czy o wschodzie, jednaka tu krasa, i na wionę i na jesieni. Zimą, Boże-sz zmiłuj się, jeszcze dziwniej, woda tu nie marznie, ino tak błyszczy, jak lustro czarne, czasem szafirowe, albo takie ot, jak teraz liljowusieńkie, a dopiero na tym, śniegiem zawalone kępy da stogi, da biały na okół bór. Oj, już wtedy tylko patrzyć.
— Czy te stogi zeszłoroczne? — spytał Jaś.
— Gdzieżby paniczku, oho! do tej pory by dotrzymały, toż to już lipiec prawie, nowe to sianko zebrane, a potem potrawy przyjdą. Tu łąki bohate i po trzy razy się kosi, a jakie siano? tłuste, grube da miękkie...
— Patrzcie! patrzcie! co się to z moczarem robi — zawołała Andzia.
Szerokie aaa! wybiegło ze wszystkich ust, Grześko rzekł z uśmiechem na rozjaśnionej twarzy.
— Ot co! woda się krasą oblewa przed swym kochankiem słońcem, jak dziewczyna do lubego. Wiadomo, woda bałamutka.
— Nic cudniejszego nie widziałam w życiu! — unosi się Tarłówna.
Istotnie metamorfoza moczaru mogła czarować. Słońce purpurą swą wychynęło z za boru i w tej samej chwili zwiało fiolet z wód i kęp, maczając je w różu tak świetnym, że cała przestrzeń stanęła odrazu jak w rumieńcu. Liljowe szaty, jak kolwiek prześliczne, zdarte, bo oto weselne, godowe stroje przybrały na się moczary i zatonęły z rozkoszą w tej królewskiej, prześwietnej purpurze. Bogate woale karmazynu omotały stogi, puszyły się na kępach, wnikały w głąb wody, wypędzając z najciemniejszych zakątków pozostałe fjolety. I teraz już róż złocił się, coraz więcej, ozdabiał klejnotami, że perły mleczne i brylanty osiadły gęsto na źdźbłach trawiastych kęp, złote kolce kłóły wodę i wskroś moczaru płynął złotopurpurowy pył.
Łosie stały się koloru starego złota, jak posągi odlane z gruba, wykute ciężkim młotem. Już najedzone zawracały leniwie, lecz rzeźwość poranku, widok słońca podziałał na nie; jeden, widać młodszy, bryknął figlarnie, komiczny w ruchu niezdarnego łobuza. Spuścił głowę, rogami majtnął po wodzie aż nabrał na rosochy kłakcie wyrwanej trawy, potem fiknął tylnemi nogami i rzucając ogromnym łbem, to tu, to tam, pokłusował ostro wprost na czaple. Drugi stary rogacz zadarł chrapy w górę i zaryczał donośnie, gardłowo, niby hymn pokorny do Stwórcy za słońce i dobre śniadanie.
Lecz te delikatne odgłosy potwornych zwierząt nie zostały podobnież przyjęte przez innych tubylców moczaru. Pierwsze czaple wzbiły się w górę, umykając przed rozbrykanym młodzieńcem łosiego rodu; rozkrzyczały się kuliki wodne i czajki, gdzieś z oddali zakruczały niewidzialne żurawie i bąk huknął jak z pod ziemi. Lecz szczególnie dziwny popłoch powstał wśród kaczek; kaczory darły się jak opętane, nie bez powodu, bo nagle z przeciwległego krańca mokradła buchnął strzał w tę wrzawę.
Cichy, liljowy spokój świtu zmącony został tragicznie. Dzień powstający rozpoczynał już walkę.
Huk strzału zelektryzował Grześka, rzucił się on naprzód jakby sam był raniony i rozglądając się bacznie, węsząc dym,, mówił, raczej mamrotał gniewnie.
— Aaa! ot co! Trochę ja się dziwił, czego kaczory tak hałaszą, da z oczeretów fyrkają w górę, a to ot, Boże chorony, ktoś się na nich zasadził, wystrzelać biednieńkie chce. Pewnie ten pohany mużyk ze smolarni, co rusznicę ma da szkody po boru czyni, abo może telegrafista z Wilczar. Ja mu dam kaczory! Pobaczysz ich wołokito. Trostja na tebe złodijako...
Szary z nadmiarą irytacji zaczynał wpadać w dobitne wyrażenia miejscowego narzecza.
Poprosił młode towarzystwo aby na niego zaczekało, sam zaś podążył krokiem szybkim, wprawnego łowcy, idąc brzegiem lasu i tym sposobem okrążając moczary.
Andzia usiadła na zwalonym pniu sosny, obok niej Jaś, tylko Lorcia, niezmiernie zaciekawiona kto strzelał, kręciła się jak fryga.
— Jestem wściekle głodna — rzekła Handzia.
— Głodnaś? A to ja mam coś w sakwie — zawołał Jaś z dumą i jął otwierać torbę myśliwską z sarniej skóry.
— Patrzcie, już ani jednego łosia niema na polanie. No, ale widoki mieliśmy nadzwyczajne, muszę tu przyjść jeszcze raz.
— Tymczasem Handziu zjedz co nam los nadarzył, bo na obiad do Wilczar powrócimy późno, wygłodniejesz.
Podał jej na papierze szynkę i chleb.
— Jak to zjesz dam smakołyk, tylko nie grymaś, zjedz wszystko.
— Wilka bym zjadła, gdyby nie było nic innego. Lorka chodź na śniadanie.
— Daj jej spokój, ona się już za kawalerem ogląda bo przeczuwa, że to nie mużyk strzelał.
— A jeśli telegrafista, to co?
— No dla niej dosyć, ona nie jest wybredna. Mówię ci, Andziu, ona niema smaku, aby chłopiec — reszta furda!
— Nie ogaduj siostry.
— Oho widzisz! widzisz ! jak pędzi Lora? Ani chybił, tylko pewno Grześko prowadzi kłusownika telegrafistę.
Smoczyńska istotnie nadbiegła wołając głośno:
— Idzie z Grzesiem jakiś piękny młodzieniec z psem i ze strzelbą, Grześko wcale się na niego nie gniewa, strzelby mu nawet nie odebrał, ot już idą tam na lewo.
— Lorka skocz do wody, to ochłoniesz, boś się już zapaliła.
— Głupi jesteś!
— To chyba naprawdę nie telegrafista — rzekła Andzia przypatrując się uważnie.
Jaś był tego samego zdania.
Grześko zbliżał się w towarzystwie młodego pana w sportowem ubraniu, lecz w postołach z łyka jakie noszą chłopi. Wysoko łykiem omotane nogi jak zresztą i całe prawie ubranie myśliwego zamazane było błotem i schlapane wodą. Z tej zabłoconej a jednak eleganckiej figury, zbrojnej w piękną strzelbę na ramieniu, wykwitała głowa młoda, energiczna, przystojnego szatyna, przykryta kapeluszem z piórkiem.
Szedł raźno uśmiechnięty i rozmawiał swobodnie z Grześkiem, który z uszanowaniem odnosił się do niego. Obok biegł śliczny wyżeł czystej rasy. Zbliżyli się. Andzia podniosła się z pnia, Jaś stał trochę zdziwiony. Grześko przemówił pierwszy.
— Ot pannuńciu sztuka! ja myślał, że to jaki pohany mużyk, albo telegrafist, a to Boże chorony sam jasny pan z Prokopyszcz. Ot mnie i bida.
— Dowiedziałem się już od Grzegorza o szczęśliwem spotkaniu z właścicielką tego lasu i podążyłem powitać ją — odezwał się pełnym barytonem niespodziewany przybysz. — Jestem Andrzej Olelkowicz z Prokopyszcz, z upoważnienia pana Kościeszy poluję tu na podloty kacze oczywiście — dodał z figlarnym uśmiechem przypatrując się krótkim sukienkom panienek. — Ponieważ to nie jest rewir Grześka, więc mnie tu spotyka pierwszy raz i chciał zaaresztować.
— Gdzież tam, Boże chorony! Jaż odrazu poznał, że to kniaź.
Młodzież powitała się uprzejmie.
Olelkowicz rzekł do Andzi:
— Bywałem w Turzerogach dosyć często, jeszcze za życia dziada pani, marszałka Hołowczyńskiego, z którym mój ojciec przyjaźnił się. Panią pamiętam doskonale, taką malutką, zaledwo trzyletnią dzieciną, ja zaś jako pierwszoklasista, nosiłem już mundur uczniowski.
— W takim razie moja mama była jeszcze wdową?...
— Tak, potem gdy pani Tarłowa wyszła za pana Kościeszę, bywaliśmy już rzadziej... aż... zerwały się stosunki zupełnie.
Dopowiedział prawie szeptem, lecz Andzia usłyszała i zrozumiała.
Kościesza nie był lubiany w okolicy.
Tarłówna zaprosiła gości na śniadanie. Czeluście torby Jasia otworzyły się na nowo, ale młody pan zawołał:
— Ach! Wybornie! urządzamy wspólną ucztę, bo i ja mam tu coś w swej myśliwskiej spiżarni i o ile nie zamokło...
Okazało się, że właśnie nie, zaczął tedy wyjmować na pień różne przysmaki, chleb, masło, półgęski, kurczęta z rożna, znalazła się butelka starego miodu i owoce w cukrze. Te ostatnie rozśmieszyły Andzię.
— Ależ z pana smakosz! leniłabym się tyle tego nosić.
— Eee! proszę pani co to znaczy? Dziś wybrałem się na kaczki tylko do południa, więc dlatego tak mało, jak idę na cały dzień, dźwigam więcej i... głodny wracam.
Zaśmieli się. Bujna, młodzieńcza wesołość opanowała wszystkich, wypili miodu i zaczęli spożywać śniadanie ze smakiem, gawędząc na wyścigi. Grześkowi dostała się podwójna doza napitku i wszystkiego w hojnych porcjach, aż stary bronił się od takiej szczodrości.
Olelkowicz spytał.
— Ja polowałem, ale co państwo robili na Krasnej duszohubie?
— Obserwowaliśmy łosie.
— Brawo! Czyli, że od pierwszego brzasku siedzicie tu? ja tak samo, trzebaż trafu żeśmy się nie widzieli. Ale co duszohuba? prawdziwie nazwana krasną. Cóż za bogate barwy fjoletów, a potem różów!
— Zauważył pan to? prawda?! — zawołała Tarłówna ciekawie z odcieniem radości w głosie.
Olelkowicz klasnął w dłonie i odrazu prędkim ruchem podparł się rękoma pod boki.
— Ależ pani mnie naprawdę ma za żarłoka tylko i myśliwego. Pomyłujte pannuniu! ja się gniewam. Siedzę wprawdzie po uszy w bagnie ale oczy mam na wierzchu, i duszę poetycką także. Zresztą widok tej duszohuby o świcie i przy wschodzie słońca każdego poruszy.
Zaczęli sobie opowiadać różne wrażenia z wycieczek leśnych, Olelkowicz mówił dużo o swych trofeach myśliwskich i zapraszał młode towarzystwo do odwiedzenia własnych lasów, sąsiadujących z wilczarskimi. Podczas rozmowy najwięcej śmiała się i trzepotała Lorcia Smoczyńska, rówieśnica Tarłówny, bardzo ładna. Zupełnie odrębny typ niż tamta. Andzia smukła, wysoka, ale raczej drobna w budowie ciała, z czarnemi, lśniącemi włosami i oczyma tegoż koloru, mieniącemi się w złote refleksy, o fiołkowych połyskach białek; oczyma czasem tęsknemi, czasem pełnemi bujnego życia, zawsze za lekko łzawą powłoką, głębokie jak toń jeziora. Rysy Handzi nie klasyczne, lecz regularne, miały w sobie wdzięk i charakter wybitny; cera aksamitna, świeża z nikłym odbłyskiem smagławym, przypominającym jakiś wytworny i soczysty owoc, usta w miarę pełne, wykrojone, miały silną barwę, skupiając na sobie główny czar tej dziewczyny. Lecz może najwybitniejszą charakterystyką jej były brwi gęste, czarne zaczynając się nisko od nosa i w oryginalnym załomie wzniesione przy końcach w górę; długie, aż nadto obfite rzęsy zdawały się ciężyć powiekom, które jakby dlatego często opadały, tłumiąc lśnienie oczu i dziwnie zdrabniając twarz. Była to uroda nietyle piękna, ile niezwykła i wymagająca znawcy.
Lorcia przeciwnie, odrazu każdemu rzucała się w oczy; była wysoka, zgrabna, klasyczna, z włosami rudawemi o nadzwyczaj jasnych tonach i oczyma koloru pysznego błękitu, twarz jednolicie biała, matowa bez cienia rumieńca, wypukłe krwawe usta i nos garbaty wykwintnego kształtu. Zawsze roześmiana, wrzaskliwa, przypominała nakręconego, i huczącego bąka, lub ptaka wiercącego się jak na sprężynie. Nie potrafiła usiedzieć jednej chwili spokojnie, tem właśnie zwróciła na siebie uwagę Olelkowicza. Badał ją jakiś czas, wreszcie rzekł śmiało:
— Ale z panią tobym nie poszedł na polowanie, wszystką zwierzynę z całego lasu mogłaby pani wystraszyć. Dziwię się, że łosie spokojnie spożywały siano, skoro pani była w pobliżu.
— A ja myślę, że panu przy mnie zwierzyna nie byłaby w głowie — rzekła rezolutnie.
— Oo! niewiadomo, dla mnie polowanie to grunt. Mógłbym panią związać ostatecznie.
— Uprzejmy kawaler, a gdybym krzyczała?
— A knebelek od czego?
— Chyba całus! palnęła Lora.
Andzia poczerwieniała, Jaś wzruszył ramionami, Olelkowicz zaś tak się zdziwił, że nie zdołał odpowiedzieć ani słowa. Tylko oczy błysnęły mu łobuzersko w stronę Lorci. Dziewczyna parsknęła śmiechem swobodnym i rzekła:
— Zdaje się, że pan nie byłby od tego, tylko tak udaje skromnisia.
— Andziu, czegoś taka czerwona?
— Jasiu, co się na mnie tak gapisz? Ha, ha! ha!
Tarłówna nic już nie mówiąc wysunęła się naprzód, za nią podążył Smoczyński. Lorka z Olelkowiczem zostali po za nimi. Śmiechy i żarty młodej pary rozlegały się echem po lesie.
Do Andzi i Smoczyńskiego przysunął się Grześko. Starą głowę na korpusie wojskowego wtulił w ramiona! i szepnął do Jasia cichutko:
— Paniczyk — Boże chorony, musi swojej siostrzyczki dobrze pilnować, bo ta pannuńcia to za ochotna dla chłopców.
Młodzieniec nic nie odrzekł, udał że nie dosłyszał. Zmiarkował to stary i zagadał inaczej.
— Ot już widzieli państwo, Krasną duszohubę, da Czartowyj mostek, ale jeszcze nie widzieli Temnego hradu. Tam to dziwy, da dziwy! Ho to jest daleko, blisko granicy lasów prokopyszczskich, pojedziemy i tam bojarzynko, prawda?
— Co to za dym na prawo? — spytała Hańdzia.
Stary skoczył naprzód i jak ogar węszył, śledził, wreszcie rzekł:
— To cygany, Wid‘my zaraz rozłażą się po boru, da po wsiach jak te pluskwy, niczem nie wykurzysz, zaraz i złodziejstwa się zaczną. Palą chrustem i widać bogate szatry, bo smakowite zapachy „niucha się“. Oo! czuć słoninę, da jakieś delikatniejsze przyprawy.
— Chodźmy tam! — zawołała Handzia.
Jaś przywołał Lorcię i Olelkowicza, oni również wyrazili chęć odwiedzenia obozu. Poszli wszyscy razem.
— Andzię cyganie wezmą za swoją rodaczkę — rzekła Lora. — Jeszcze się do nas przyczepią, żeśmy cię ukradli.
— Ej, niepodobna bojarzynka na cyganichę. Boże chorony! Tylko co oczki kare, ale to także wid‘my mają inne. Chyba już korolewna cygańska...
— Pasjami lubię taką właśnie cygańską urodę — rzekł Olelkowicz z zapałem, patrząc na Tarłównę — lecz odrazu spostrzegł się i zmieszał niesłychanie. Łuna czerwona opłynęła mu wyraziste rysy i czoło młodzieńcze.
Lora zła na niego za ten zachwyt i ciągłe spoglądanie na Andzię wypaliła bez namysłu.
— Także szczególny gust! Gdyby pan był albinosem nie dziwiłabym się, bo, les extremes se touchent. Ale tak!?...
— Więc jako szatyn mam lubić albinoski, wedle teorji pani?... Ślicznie dziękuję!...
— Nie, białowłose dla brunetów, dla szatynów istnieje kolor pośredni, złoto, rudy, ognisty...
— Odważna panna! — pomyślał Andrzej, patrząc na warkocze Lory.
Oto i szatry. Cały obóz. Na małej łysince wśród gęstych zarośli leśnych, szarzało kilkanaście dużych namiotów płóciennych z czarnemi czeluściami otworów wejściowych. W głębi, za szatrami stały wozy ładowne, pomiędzy drzewami, w zaroślach widać było konie tęgie i trochę dzikie, popętane z rozwianemi grzywami i ogonami do ziemi.
Na środku obozowiska palił się duży stos ognia, nad nim wisiał kocioł czarny na żelaznych umocowany drążkach. Obok stało kilka cyganek, jedna wielką warząchwią mieszała w kotle, dwie skubały kury, jedna na kawałku deski słoninę krajała w długie paski. Drób porznięty i pierze leżało obok skubiącej cyganki. Mnóstwo czarnych, półnagich cyganiąt, o głowach kudłatych jak rzeszota ogromnych, kręciło się w około ognia i kobiet. Przy wejściach do szatr siedziały i stały grupy cyganów w rozmaitych strojach, czasem w malowniczych lub w łachmanach. Obraz okraszony słońcem, na tle ciemnego boru, na jasno zielonej murawie wyglądał przepysznie.
Gdy wycieczkowicze zbliżyli się, zaatakowały ich najpierw psy, czarne, zwinne i niesłychanie złe, szczerzące białe kły; z gardzieli ich wychodziło chrypliwe szczekanie i wark krótki a wściekły.
— Zabrać psy! huknął Grześko na cały bór, trzymając za obrożę wyżła Olelkowicza. Widocznie głos jego groźny i pewny siebie zrobił wrażenie, bo oto z bandy wypadło kilku wyrostków, ciemnych, jak z miedzi wykutych, z wielkim pośpiechem uciszali brytany. Cyganki przysłoniwszy oczy rękoma, jęły patrzyć badawczo w stronę przybywających; z gromadki siedzącej przy najbliższym namiocie powstał wysoki cygan, z czarną brodą, przeciągnął się, podniósł w górę rozluźnione paski pantalonów i także patrzał pilnie, lecz z flegmą na obce osoby wkraczające do obozu.
Grześko niespodziewanie przemówił do niego po cygańsku, co kudłacza wprawiło na razie w zdumienie, ale po chwili zmarszczył się groźnie i już podejrzliwie patrzał na gości. Stary leśnik łatwo mu się wylegitymował, wmieszał się do rozmowy i Olelkowicz, poczem nastąpiła najlepsza zgoda. Cyganie odrazu weszli we właściwą rolę: dzieci opadły przybyszów, żebrząc o jałmużnę, cyganki oglądały ciekawie panienki, także prosząc i mamląc niezrozumiałe wyrazy.
Stara cyganicha, Onuta, którą Grześko poznał odrazu jako dawną znajomą, przyniosła stołki, prosząc gości, żeby usiedli i ogrzali się przy ogniu, bo ranek chłodny. Cyganów przybywało, z każdej szatry ukazywała się jakaś nowa postać. Obóz był duży i bogaty. Podeszło parę dziewczyn w chustach kraśnych, pasiastych, zawieszonych jak chlamidy. Twarze czerstwe, hoże: gorącą swą cerą i oczyma przepaściście czarnemi przykuwały do siebie wzrok Olelkowicza. Młody pan był jak w ukropie, cyganki nęciły go nieprzeparcie, ale wstydził się trochę Andzi, bał się żartów Lory, lecz i ona również zajęła się pięknym cyganem bardzo gorliwie. Śmiała zawsze i wyzywająca, używała sielanki z zupełną swobodą.
Uwagę Tarłówny zwróciła jedna szatra, ozdobniejsza, niż inne, pokryta płótnem w kolorowe pasy. W głębi jej, blisko wejścia na wysokiem posłaniu, z oparciem z barwnych kilimów, w pól leżała kobieta młoda i nadzwyczaj piękna. Spowita była we wzorzystą tkaninę, miękko otulającą wspaniałe jej kształty, włosy w dwóch grubych warkoczach splecionych przy skroni przeplatały złote cekiny i paciorki, wierzch głowy do połowy czoła nikł w zwoju gorąco żółtej materji jedwabnej, zakończonej złotą, obfitą frendzlą, która spadała na czoło i aż na duże łuki czarnych brwi. Oczy o hebanowych źrenicach patrzały groźnie, z królewskim majestatem. Cała pierś mieniła się od świecideł, cekinów, złotych łańcuchów i różnych paciorków. Ramiona strojne w bransolety podłożyła pod głowę i z obojętnością, z dumą nawet spoglądała na ognisko i zebranych przy nim obcych przybyszów.
— Kto to jest? — spytała Andzia cyganki Onuty, najrozmowniejszej z bandy.
Stara zrobiła uroczystą minę, zaczęła mówić cicho, łamaną gwarą:
— To jest, panuńku, nasza korolowa, Zoira. Ona sobie spoczywa, bo strudzona podróżą i ona jest po dziecku. Ja przyjmowała małą córyńkę królewską; już się za węgierską stroną umnożyła.
— To wy idziecie z Węgier
— Z Węgier, panuńku złocista, od Dunaju. Hej tam zielone doliny, a od Tatrów węgierskich idziemy. Lato się powłóczy człek, by znowu zimę pod Tatrami szukać. My liczną gromadą jedziemy, nasz król Donru się nazywa, chrobry jest, dbały o swoją bandę a srogi. Ot on idzie z boru, patrzcie, panuńku.
Śpiewny, przewlekły głos cyganki i jej słowa niezbyt zrozumiałe w wymowie, dziwne czyniły wrażenie na wyobraźni Tarłówny. Trochę ją ten obóz przestraszał, ale i podniecał i nęcił. Spojrzała we wskazanym kierunku.
Szedł król obozu.
Wysoki, jak dąb rozrośnięty, potężny w barach i udach, Donru miał na sobie suty strój węgiersko-cygański. Spodnie obcisłe z żółtej skóry, wyszywane po góralsku czerwoną i granatową nicią, buty wysokie, z mosiężnemi klamrami, na środkowych wycięciach, prawie na kolanach; koszula czerwona wyglądała z pod bogatego serdaka na czarnych baranach; doszczętnie zaszytego złotem i blaszkami w kształcie dukatów. Włosy miał czarne, twarde, jak z grzywy końskiej, i tłuste, posplatane w drobne warkoczyki. Czapka ogromna, dziwaczna jakaś, naszyta złotemi sznurami, miała kitę ze złocistych trzęsień, łańcuch gruby wisiał mu na piersiach aż do pasa szerokiego, pełnego kieszonek, klamr, rzemyków i złotych guzów. Brody nie nosił, tylko olbrzymie wąsiska, rozczochrane, stanowiące rażącą sprzeczność z wymuskanemi warkoczykami włosów. W ręku niósł kij ogromny, ostro okuty z łańcuszkiem.
Olelkowicz szepnął do Andzi:
— Znam tego cygana. Był raz ze swą bandą w moich lasach, ale wówczas mniejszym zdawał się władcą — dodał z uśmiechem.
Przemówił do króla, przypominając mu się. Donru grzecznie ale z powagą podniósł lekko czapkę i bez ceremonji podał Olelkowiczowi wielką swą czerwoną dłoń. Młody pan stropił się, lecz ręki nie cofnął. Cygan zauważył wahanie, zaśmiał się szeroko.
— Kiedy znajomy, to znajomy, nie trza się wstydzić cygańskiej ręki. Inna ona, niż wasza, kneziu, ale ludzka, a ja tu król. Poszli chłopcy won!! — krzyknął na małych lazaronich obozowych, którzy, żebrząc, jednocześnie wyprawiali przeróżne skoki i figle.
Zaczął wołać na nich po cygańsku, tak, jakby wyszczekiwał ostre twarde wyrazy.
— Trzeba to na powrozie trzymać, bo jak nie, to brykają — rzekł do Andrzeja tonem poufnego zwierzenia. — A co państwo robią tak rano w boru? — spytał jeszcze.
Otrzymawszy odpowiedź, uśmiechnął się pobłażliwie.
— Tak to człowieka zawsze do boru a do pola ciągnie. Pałace nie wystarczą, trza powietrza, jakaby klatka nie była, a dlatego klatka dusi, nudzi, aż człeka na świat szeroki wygna. — I ot nadybali państwo cyganów i pewno się nastrachały panienki, bo to nas dla niewiadomej przyczyny ludzie boją się. Ale nie trza; złego nikomu nie robimy — zapewnił poważnie.
— U was ładny obóz, dużo koni dobrych, ładne dziewczęta, chwackie chłopcy — chwalił Olelkowicz.
— Ot to już w nagrodę za dobre słowo trza państwu zagrać. Hej muzykanty! — huknął donośnie.
Projekt został przyjęty ochoczo, dla wirtuozów bandy był rozkazem. Odrazu kilku młodych cyganów skoczyło do szatr i wnet przynieśli różne instrumenta, więc skrzypce, basetlę, bębenki zdobne w dzwonki i brzękadła, jakieś blachy jasne, któremi stukali jedne o drugie, w takt melodji. Była i duda góralska, i kobza, i jakieś flety dziwaczne, cała oryginalna orkiestra.
Muzykanci skupili się opodal i zgodnie na klaśnięcie Donru zaczęli grzmieć węgierskiego marsza Rakoczego. Grali dobrze a dziko, czarne kudły trzęsły się nad instrumentami, oczy pałały zapałem. Donru wsparł się w boki i jął przytupywać stopą prawej nogi, czasem klasnął rękoma i rzucał głową z widocznem ukontentowaniem. Cyganki starsze, zgromione wzrokiem króla, zabrały się żywo do roboty przy kotle, tylko Onuta siadła w kuczki obok Andzi i kiwając się to w lewo, to w prawo, mruczała coś niewyraźnie.
Olelkowicz nie wytrzymał, porozumiał się wzrokiem z Lorką i spytał króla.
— To już chyba potańcujemy?
— Można — odrzekł Donru z powagą i dał nowy rozkaz muzyce.
Zabrzmiała jakaś skoczna polka, czy czardasz, coś pośredniego co jednak dało się ująć w takt.
Olelkowicz z Lorką puścił się w taniec na gładkiej murawie, za ich przykładem poszli cyganie. Kilka par hucznie i ostro tupało, wiło się w słońcu. Pokrzykiwania i hołubce dodawały ochoty. Zachęcona Andzia poszła w tan z Jasiem, wnet wyrwał mu ją Olelkowicz, Lorka zaś ze zwykłą swą odwagą wzięła do tańca cygana, Dżinga, który jej się odrazu tak podobał. Sprawiło to wyborny efekt, Donru rozpromienił się, nawet Zoira wyszła z szatry i stojąc opodal patrzyła na tańczących z łaskawym uśmiechem. Olelkowicz i Jaś nie tracili czasu, obtańcowywali młode cyganki z takim zapałem, że i one wpadły w ekstazę; Andrzej głównie zyskał sobie uznanie, król tytułował go stale „knaziem“, wymawiając „kneź“. Nagle Donru wziął go pod rękę podprowadził do swej żony i wspaniałomyślnie pozwolił mu z nią zatańczyć.
Młodzieniec wykonał ukłon tak wykwintny, jakby naprawdę przed monarchinią na dworskim balu i ruszył w tan.
Zoira tańczyła z początku powściągliwie, jak wypada na królową, ale zapał Ołelkowicza podziałał na nią. Oczy jej zagrały, wydała głośny, trochę dziki okrzyk i już zaczęła taniec z pasją, z szałem, falowała figurą, drobiąc nogami i od czasu do czasu zlekka pokrzykując. Król jednak wkrótce przerwał jej zabawę i skinieniem ręki oznajmił, że dosyć.
Donru zaznajomił Zoirę z panienkami, poczem oznajmił towarzystwu, że musi ich ugościć w swym obozie, zatem poczekają tu na ucztę wspólną, a tymczasem niech się bawią jak kto chce. Młodzież wpadła w doskonały humor, młode cyganki popisywały się śpiewami, kładły panom karty, chłopcy pokazywali różne sztuki łamane i nawet magiczne.
W ogólnej harmonji tylko stary Grześko czuwał, nie ufając nawet królowi, bał się, żeby dobra komitywa nie skończyła się jaką niespodzianką, okradzenia naprzykład. Ciągle ostrzegał paniczów i szeptał do Andzi.
— A pannuńcia myśli, że te kury, te kaczki, a słonina to własne, abo kupione? Ukradły juchy, taj już, tylko nie tu blisko, bo tam gdzie stoją, to nigdy nie kradną, mądre ścierwa! A taż królowa to tyż w kradzionych szatach paraduje, bojarzynka nie wierzy? Boże chorony! A cóż to oni chramy mają, abo grody jakowe? Ot szatry, daj szatry, z kradzieży to wszarstwo żyje. Tfu! nawet nie pięknie, że się pannuńcie z nimi tak bratają; niech już tamta panienka, ona akurat do tego, ale bojarzynce nie dam z cyganem tańcować, wara mu wołokicie.
Uczta była gotowa.
— A gdzie jest Makruna? — spytał Donru, rozglądając się po bandzie.
— Makruna, to sławna worożycha, najstarsza cyganka w obozie — objaśniła Andzię Zoira.
Pobiegli po nią z rozkazu króla. Ukazała się wkrótce przyprowadzona przez dwie młódki. Worożycha szła wolno wielka i ciężka, trochę zgarbiona. Miała na sobie obfite zwoje kolorowych łachmanów, głowę omotaną w chusty, sznury korali i bursztynów na piersiach, pierścienie na palcach. Twarz stara, żółta, prawie czarna, pomarszczona okropnie niby kora wiekowej sosny. Oczy jak żużle iskrzące, straszne, czarne otchłanie, bezzębne zaciśnięte usta z wyrazem surowym. W twarzy jej była mądrość i groza tak wybitnie odmalowana, że uderzyła wszystkich.
— Okropna jest ta wróżka — szepnęła Tarłówna.
Makruna kiwnęła głową gościom i siadła na podścielonej płachcie koło ognia.
Zamyślona była i smutna. Donru i Zoira usadowili młode towarzystwo na honorowych miejscach obok Makruny, stare i młode cyganki usługiwały zręcznie, podając jedzenie na talerzach tylko dla gości; cyganie wszyscy jedli z kotła lub mis po kilku z jednej, kobiety czekały aż zjedzą mężczyźni, tylko Zoira wyłączona z tej rutyny jadła z osobnej porcelanowej misy.
— Jak żyję nie kosztowałem takiego buljonu — wychwalał Olelkowicz. — Przyszlę wam tu mego kucharza w naukę.
— Jasny pan niech tego nie robi, bo się jeszcze kucharz kraść nauczy od nich — mruknął Grześ.
Andzia zaniepokojona, spojrzała groźnie na starego, ale Donru zaśmiał się, pokazał w śmiechu białe, wielkie zęby i rzekł z najzupełniejszą swobodą:
— Niech się pan „pobereżnik“ (leśnik) nie stracha, my jemu zwierza nie strzelamy, pokąd tu stoimy, jak odjedziem dalej, to nasze prawo wtedy tutaj jechać za mięsem.
— A co! — nie mówił ja pannuńci? Już u nich taka moda.
— Ejże! — to ja może własne kury i indyki zjadam w tym buljonie? Hę! — zawołał Andrzej.
— Co panuńku zjadasz to twoje, aby smakowało — rzekła nagle cyganka-worożycha.
Donru zmarszczył się, lecz nic nie odpowiedział, nie przestał jednakże być gościnnym, bo wnet znalazł dzbanek wina węgierskiego i słoninę z papryką, typowo węgierski przysmak.
Donru często patrzał na Tarłównę długo i uważnie, aż ją ta niema obserwacja zaczęła drażnić. Cygan sam się wytłómaczył.
— Panuńka podobna jest na naszą cygankę, w nasze szaty przywdziać, z nami za hej węgierską granicę iść, toby i mało kto poznał, że nie nasza. Teraz to pańskie dziecko jest. Liczko by w boru poczerniało, bo za białe, oczki by inne zara były jak u dzikiej kozy górskiej, ot jak u Zoiry. U nas to życie, orły na górach, my na dolinach, ale my z nimi bracia oni i my swobodę miłujem.
Zamyślił się, potem rzekł jeszcze:
— Oho! Przed panuńką świat cały, poco szatra, choć może w szatrze i spokój byłby większy, wiatr halny w górach nie tak czasem dokuczy, jak te wiatry co na świecie ludzi rwą, zatłukują.
— Źle czasem na świecie panienko, że i cyganom lepiej.
— Skądże wy o tem wiecie, skoro jesteście zawsze daleko od świata? — spytała Handzia.
— Skąd wiem? Daleko od świata? Ej, ale nie na gwiezdach jasnych, a na szarej ziemi żyję, to i wiem dużo. Co na świecie Bożym niedoli. Hej i nie zliczysz! U nas lepiej, każdy od maleńkości wie, że nic go dobrego nie spotka, a zginie zawsze, jak nie z bidy, to w bitce jakiej; taki los cygana. Dlatego u nas i wesoło panuńku, my Boże ptaki i za to my Bogu wdzięczne, skrzydła mamy, a lot szeroki. Chce się borów, to tam lecim, chce się gór, to do Tatrów, abo na Karpaty, a jak znudzą wirchy o hej! na doliny spadamy jak orły, do strumieni, ruczajów górskich. A też tu bory wilczarskie złe? A prokopyszczskie puszcze, a debry (wąwozy), a jary, stepy? Hej! Hej! i oko nie dopatrzy i dusza nie doleci do końca. To życie!
Andzia zasłuchała się; opowiadanie cygana budziło w jej duszy tęsknotę za życiem nieznanem, za jego urokami. Wrażliwa jej natura chłonęła przedstawiane przez cygana krajobrazy. Nie zauważyła, że stara Worożycha Makruna patrzy na nią długo, pilnie: i coś mruczy do siebie, obudził ją, wrzaskliwy głos Lory.
— Anko, Jasiu, panie „kneziu“, podrzeźniała króla, niech nam worożycha powróży. Zgoda?
— Ja naprzód tej panuńce będę wróżyła — zamamrotała stara skwapliwie — biorąc rękę Tarłówny dość obcesowo.
— Nie! nie! Ja nie chcę! — krzyknęła Andzia z przestrachem, cofając rękę.
Olelkowicz uśmiechnął się.
— Pani się boi? Czego?
— Handziu, daj jej rękę, wielkie rzeczy i nam będzie wróżyła — zapewnił Jaś.
Tarłówna podała dłoń starej z lekkim drżeniem wewnętrznem. Wszyscy skupili się ciasno, ogień trzaskał, sypiąc iskrami. Cisza zaległa i dziwna powaga. Worożycha miała w obozie opinję wielkiej znawczyni swej sztuki, miano ją niemal za jasnowidzącą. Król i królowa zataili oddech w piersiach, twarze były ciekawe, przejęte chwilą, trochę zalęknione. Worożycha nie zawsze chętnie dawała się uprosić do wróżby, więc jej uwaga skierowana tak wyraźnie na „ciemną panienkę“, zainteresowała obecnych cyganów.
Stara długo i ściśle badała dłoń dziewczyny, kręciła głową, cmokała ustami; zaczęła mówić gardłowo łamanym językiem:
— Dziwy, dziwy, rączka mała a duża księga... Znaki... znaki... trudne są tu te znaki — a ważne. Mościa damulka śmiała jest w sobie, a strachliwa, zdaje się; śmiała, bo młoda, urodna, bogata, idzie we świat niby złoty dla niej, ale chmury suną czarne... od nich płynie strach... O... o... i nieszczęście O... o...
Andzia szarpnęła się, cyganka ją przytrzymała.
— A ot tu linijki cienieńkie, ale one grube w znaczeniu; dwie dusze one ciągną za sobą w przepaść, dwie niedole przez nie, a trzecia własna, własna niedola o... i ciężka. Nad sokolicą bujną czarny kruk kracze, wywłóczy dolę z niej, pióra poszarpie... O... smutek... Sokolica już słaba, omdlewająca padnie na pierś sępa dzikiego, co się za orła przedstawi... o... ten resztę krwi puści... obedrze... o... o... prawie nagą ostawi... A tu!... Ach!... O!... O!...
Worożycha gwałtownie puściła rękę Andzi i palcami zacisnęła sobie oczy z taką boleścią i zgrozą jakby zobaczyła zbrodnię.
Wszystkich ogarnął przestrach paniczny. Tarłówna siedziała, jakby we śnie pogrążona, nad nią stał blady, przerażony Jaś i Olelkowicz.
Cyganka, po długiej chwili ciężkiej zadumy, ocknęła się, wyjęła z zanadrza plikę kart; brudne były, ale niezwykłe. Zaczęła je rozkładać na kolanach, siedząc po turecku, tuż przed Andzią. Karty sypały się jak barwne motyle, ona je tasowała, znowu rozsypywała, dała je Annie pomieszać i wreszcie ułożyła odpowiednio. Palcem szarym jęła wodzić po nich, straszne źrenice wpiły się w barwną mozaikę, zaczęła mówić:
— I tu... i tu... tak samo, burza tam, gdzie zdaje się pogoda..., chmury, chłód. Jeden łańcuch twardy na was troje. Łańcuch trzyma w dziobie krwawym kruk czarny. O... o... tu wy, mościa damulko, sokolica..., o!... a tu młode dwa sokoły; jednego serce bujne zabite, drugiego ranne... ciężko krwawi, nie ścierpi niedoli, nie! Zatrata nad nim wisi... A ot tu sęp!... Dziki on i nie dziki..., ważka osoba..., trudna!... on jeszcze we świecie. Jeszcze chowa go świat... i nad nim zagłada... o!... o...
— Kto są te dwa sokoły? — spytał Jaś drżącym głosem.
Cyganka milczała.
Po długiej chwili dopiero, wolno podniosło wzrok ponury na Jasia i na Olelkowicza, spuściła go potem znacząco na Andzię i rzekła dobitnie:
— Jeden łańcuch was skuwa i dola jedna...
Zaległa cisza. Płomień, podsycony na nowo, huczał, syczał, wrzał. Zerwał się wiatr, kłęby dymu gnając wprost na grupę wróżby. Słońce zaszło za obłok, cień szary, niemiły zaległ jasną przedtem polanę. Dreszcz wstrząsnął Andzią, ale dreszcz ten od niej przeszedł na młodzieńców tak, jakby istotnie wiązało ich jedno ogniwo, jeden prąd.
Cyganka gorączkowo składała karty, była jakaś zła i groźna, a tajemnicza.
— Powróżcie i mnie, ale nie tak straszno, lepiej trochę?...
— Mówią karty, ręka ludzka, nie ja sama. Dajcie ruczku.
Patrzyła uważnie na dłoń Lory i wykrzyknęła:
— Inna dola, inne życie! Mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew poniesie! Jak górski potok w piankę się stłucze i pogna het, het! Lekka pianka!... kamienie wszystkie ominie i nijakiej zapory nie zna, gdzie trzeba przeskoczy, gdzie trzeba zniknie. Lekkie życie, łatwy będzie świat, bogato i cudnie, tylko próżno... próżno. Jeno złotości dużo, bo krew zahuczy, to i złota dorzuci, i tak po świecie ferdu... ferdu!... ot... taka... cygańska dola!...
— Głupia baba! — zawołała ostro Lorka, wyrywając dłoń.
— O!... ho, ho! głupia!? Czasem i los głupi bywa, jak go człek za uzdę nie złapie i nie wstrzyma. Niech mościa damulka ściągnie uzdę, to i los mądry będzie. Ale to już trudno, krew wartka, poniesie.
— Dosyć tych wróżb na Boga! podenerwowały się panie — rzekł Andrzej, rzucając cygance do chusty złotą monetę.
— Bo i wasze dole nie wesołe — mruknęła wiedźma, zgarniając chciwie hojną zapłatę.
— A panom wróżyć nie będzie? — spytał Donru.
— To jedno, to jedno, jeden łańcuch.
— Trzy dusze, a jedną niedolą razem skute, trzy życia a jeden los — mruczała Mokruna.
Jaś zmienił się na twarzy; zatargnął nim straszliwy lęk; blady był i jakby zamarły.
Olelkowicz nadrabiał miną.
Grześ, który wszystko słyszał i drętwiał z przerażenia, oprzytomniał nareszcie.
— Chodźmy stąd, do licha! jasne państwo. Boże chorony! Tfu! Tak to zawsze z wid’mami się zadawać. Zaraz coś paskudnego wylizie. Już południe, chodźmy.
Worożycha, podniesiona przez wnuczki, położyła rękę na ramieniu Andzi i rzekła z powagą wielką, z tragicznemi oczyma.
— Nie blednij na liczku, mościa damulko, jak serce zblednie, to wtedy źle,. Jeszcze ja ciebie zobaczę, nie w tej to krasię, co teraz, oj... nie w tej, nie w tej, ale jeszcze ja ciebie zobaczę...
Mokruna stała oparta na kiju, cała na nim zwieszona, wielka w swych barwnych łachmanach, czarna, złowroga.
Oczu nie odwracała od Andzi, głowa zaś jej pochylona, ciężko na piersi, kiwała się załośliwie, jak stary, jęczący dzwon, co przeczuwa wiele i już na trwogę woła.

Towarzystwo z Grzesiem na czele wracało do Wilczar.
Olelkowicz szedł z Andzią i zabawiał ją wesoło, chcąc zagłuszyć przykre wrażenia wróżby, które nurtowały go uparcie. Ale wesołość jego była trochę sztuczna.
Jaś wlókł się za nimi, odczuwając dziwny ból w sercu, nieznany dotąd, niepokojący. Wyłękłemi oczyma śledził Andzię i drżał o nią, jakby groza wróżby już realnie nad nią zwisała.
Weszli w wąski przesmyk, pośród gąszczu drzew i niskiego podszycia lasu. Brnęli w głuszczy zielonej, zanurzeni w niej zupełnie. Andrzej rozsuwał przed Andzią gałęzie wielkolistnych leszczyn, torując jej drogę. Szli przez przesmyk leśny w najwięcej zarośniętej części. Nagle Andzia i młody pan drgnęli i cofnęli się instynktownie w tył. Z gęstwiny wynurzył się ktoś podobny do widma, cały szary, jakby w zmurszałych łachmanach, czynił wrażenie żyjącej zgnilizny. Zgarbiony, nędzny, z twarzą obrośniętą zwierzęco kudłami nieokreślonego koloru. Był jak małpa, z ruchów niby płaz czający się. Przystanął na sekundę tuż przed Tarłówną, i Olelkowiczem. Ujrzeli jego wzrok kosy, zwierzęcy. Przecinając im drogę w poprzek, posunął się dalej krokiem szakala i wsiąknął w gąszczach.
— Cóż za ponura postać — szepnął Andrzej. — Wygląda jak kupa mierzwy.
— Albo jak zły duch. Kto to jest? Straszny człowiek — odrzekła Tarłówna.
Grześko przeżegnał się zabobonnie.
— Może to i nie człowiek, bojarzynko, może to Antychryst? Ale że w nim złe siedzi, to pewno... Boże chorony! To jest Chwedko. Ma kurną norę na granicy lasów wilczarskich i turzerogskich, żyje sam, jak upiór w mogile i tak włóczy się jak upiór; musi niesamowity, bo często nieszczęście z sobą nosi.
— Jakie znowu nieszczęście!? co Grześko prawi? Dość tych wróżb! — zawołał Olelkowicz rozdrażnionym tonem.
— Taj hodi panyczu! Stary Grześko nie kłamie. Chwedko to parszywa wołokita, jego ludzie boją się gorzej biesa, da uciekają od niego, on tylko... u... pa...
Stary umilkł nagle.
— Coście chcieli powiedzieć, Grzesiu? mówcie, jam ciekawa — prosiła Andzia.
— Boże chorony, Chwedko tylko u pana w Turzerogach ma łaski... ale to czortowski kum.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.