Przejdź do zawartości

Gdzie winowajca/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Gdzie winowajca
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1870
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L'affaire Lerouge
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


GDZIE WINOWAJCA?
przez
EMILA GABORIAU.
Z francuzkiego.
Według pierwszego wydania.
LWÓW.
Nakład Spółki Wydawnictwa „Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów.“
Czcionkami Kornela Pillera.
1870.


I.

We czwartek, dnia 6-go marca roku 1862, pięć kobiet z wioski Jonchère, przyszło do biura policji w Bougival.
Opowiadały, że od dwóch dni nikt nie widział ich sąsiadki, wdowej Lerouge, która sama jedna zamieszkiwała odosobniony domek. Nadaremnie pukano kilka razy, a że okna i drzwi były szczelnie zamknięte, więc nie można było zajrzeć do wnętrza. To milczenie, to zniknięcie zaniepokoiło wszystkich. Obawiając się zbrodni, a co najmniej wypadku, prosiły, aby „Sprawiedliwość,“ dla zaspokojenia sąsiadów, kazała otworzyć drzwi i weszła do środka.
Bougival należy do miłych miasteczek; odkrywają tam niemało przestępstw, ale zbrodnie zdarzają się bardzo rzadko. Komisarz nie chciał też z początku uczynić zadość prośbom owych kobiet. Ale one tak błagały, tak nalegały, że wreszcie zmęczony urzędnik musiał ustąpić. Posławszy po brygadjera żandarmerji i dwóch jego podwładnych, wezwał ślusarza, i na czele tej siły, otoczony sąsiadami Klaudji Lerouge, wyruszył ku wskazanemu miejscu.
Mały orszak, z żandarmami na przedzie, szedł najpierw szeroką drogą, biegnącą wzdłuż Sekwany, a następnie zwróciwszy się na prawo, dążył ścieżką poprzeczną, która z jednej strony miała mur, z drugiej głęboki rów. Uszedłszy kilkaset kroków, wszyscy zatrzymali się przed skromnym, lecz bardzo przyzwoitym domkiem. Ten dom, a właściwie ta chata, musiała zawdzięczać swoje istnienie jakiemu przekupniowi paryzkiemu, kochającemu się w pięknej naturze, bo dokoła były starannie wyniszczone wszystkie drzewa. Szerszy niż dłuższy domek, o którym mowa, składał się z parteru o dwóch pokojach i małego poddasza. Z tyłu rozprzestrzeniał się źle utrzymany ogród, a mur z nasypanych kamieni, wysoki na jeden metr, nie mógł go ochronić od napaści niegrzecznych darmojadów. Do ogrodu wiodła mała brama, opatrzona drewnianą kratą.
— To tu, rzekły kobiety.
Komisarz policji stanął. W czasie pochodu, zastęp jego znacznie się powiększył, bo każdy próżniak, jakiego zdybano w drodze, poczytywał sobie za obowiązek, przyłączyć się do przestrzegaczy publicznego porządku. Śmiało można powiedzieć, że co najmniej było czterdziestu ciekawych.
— Niech nikt nie wchodzi do ogrodu, rzekł komisarz.
A dla tem większej pewności, że rozkaz jego będzie spełniony, postawił dwóch żandarmów przy bramie; sam zaś zwrócił się ku domowi, w towarzystwie brygadjera i ślusarza.
Ołowianą gałką od laski, uderzył kilkakrotnie najpierw we drzwi, a potem kolejno we wszystkie okiennice. Po każdym uderzeniu przykładał ucho do drzewa i słuchał. Nie słysząc nic, zwrócił się do ślusarza:
— Otwórz, rzekł.
Rzemieślnik odpiął pęk żelaziwa i zaczął dobierać narzędzi. Właśnie włożył do dziurki od klucza jeden z większych wytrychów, gdy wtem głośna wrzawa wszczęła się między stojącymi próżniakami.
— Klucz, wołano, oto klucz!
W rzeczy samej, jakieś dwunastoletnie dziecię, bawiące się ze swemi rówieśnikami, znalazło w głębokim rowie, koło drogi, ogromny klucz; podniósłszy go, niosło do komisarza znaleziony skarb z miną tryumfującą.
— Daj tu chłopcze! zawołał brygadjer... zobaczymy.
Włożono klucz; rzeczywiście był od tych samych drzwi.
Komisarz i ślusarz zamienili spojrzenie smutnego przeczucia. „Źle!“ mruknął brygadjer i wszyscy weszli do domu, podczas gdy tłum, chcąc się dowiedzieć co się dzieje wewnątrz, pomimo surowych przestróg żandarmów, drżał z niecierpliwości, wrzeszczał, wdrapywał się na mur i wyciągał szyję.
Ci, którzy przeczuwali zbrodnię, bynajmniej się nie omylili; komisarz przekonał się o tem już na progu. W pierwszym pokoju wszystko mówiło żałobnym tonem o bytności zbrodniarzów. Meble, a między niemi wszystkie szafy i komody, były pootwierane. W drugiej izbie, służącej za sypialnię, bezład był jeszcze większy. Zdawało się, jak gdyby jakaś złośliwa ręka znajdowała upodobanie w wywracaniu ubogich gratów.
Nakoniec obok kominka, z twarzą w popiele, leżał trup wdowej Lerouge. Cała jedna połowa twarzy i włosy były spalone; cud prawdziwy, że ogień nie ogarnął odzieży zabitej.
— łotry! patrzcie... zawołał brygadjer żandarmerji, czyliż nie mogli ją okraść nie zabijając?
— Ale gdzie ją uderzono? zapytał komisarz, nie widzę krwi...
— Tu, tu, między ramiona, panie komisarzu, odrzekł żandarm. Dalipan, śmiałe dwa uderzenia! Założyłbym się o mój stopień, że nawet nie miała czasu krzyknąć „Ach!“
Pochylił się i ręką dotknął trupa.
— Zimna, zimna jak lód... Ale bądź co bądź, ciało nie całkiem skostniało... Nie więcej jak półtorej doby, jak ją zabito.
Tymczasem komisarz spisywał protokół na chwiejącym się stole.
— Na co przyda się gadanina, rzekł do brygadjera, tu trzeba znaleźć winnych. Niech o wszystkiem doniosą sędziemn pokoju i merowi. Prócz tego, ten list trzeba natychmiast odwieźć do Paryża, do sądu. W dwie godziny może nadjechać sędzia śledczy. Co do mnie, poprzestanę na śledztwie wstępnem.
— Czy ja sam mam odnieść list? zapytał brygadjer.
— Nie. Poszlij jednego z twoich ludzi; ty, panie brygadjerze, możesz mi być bardzo pożytecznym, bo trzeba wstrzymywać ciekawych i wyszukać świadków. Tu zostawmy wszystko jak jest, a ja urządzę się w drugim pokoju.
Jeden z żandarmów pobiegł do stacji Reuil, a komisarz rozpoczął śledztwo wstępne, przepisane prawem.
Co za jedna była ta wdowa Lerouge? zkąd pochodziła? co robiła? z czego i jak żyła? Jakie były jej zwyczaje, obyczaje, znajomości? Czy miała nieprzyjaciół, czy należała do skąpych, czy mówiono o niej, że ma pieniądze? Oto szczegóły, na które komisarz szukał odpowiedzi.
Ale mimo, że świadków było nie mało, żaden z nich nie był dobrze poinformowany. Zeznania sąsiadów, których kolejno wypytywano, były czcze, nieloiczne, niedostateczne. Nikt nie umiał coś stanowczego powiedzieć o ofierze, nie należącej do wioski Jonchère. Zresztą, przychodziło dość i takich osób, które od sędziego chciały się coś dowiedzieć. Tylko ogrodniczka, przyjaciółka wdowej Lerouge i mleczarka, u której zabita brała mleko, mogły podać kilka szczegółów, wprawdzie drobniejszych, ale za to dokładnych.
Nakoniec po trzechgodzinnem nieznośnem wypytywaniu, na które odpowiadano zwykłem: „Tak mówią,“ — po zebraniu najsprzeczniejszych świadectw i najśmieszniejszych plotek, komisarzowi policji zdawały się pewnemi tylko następujące szczegóły:
Przed dwoma laty, na początku roku 1860, wdowa Lerouge przyjechała do Bougival, na wielkim wozie, przepełnionym meblami, bielizną i sukniami. Zamieszkawszy w hotelu, oświadczyła właścicielowi, że chce się osiedlić w okolicy, i niezwłocznie zaczęła szukać odpowiedniego domku. Znalazłszy tę chatę, najęła ją bez targu za 320 franków, płatnych w ratach kwartalnych z góry, ale nie chciała podpisać całorocznego układu dzierżawy.
Wynająwszy mieszkanie, sprowadziła się tego samego dnia, i wydała około stu franków na reperacje. Była to kobieta od 54 do 55 lat, dobrze zachowana, silna i zdrowa. Nikt nie umiał powiedzieć, dla czego wybrała wioskę, w której nikogo nie znała. Myślano, że pochodzi z Normandji, bo zrana widziano ją nieraz w czepcu z bawełnianej włóczki. Mimo tego nocnego czepca, w dzień ubierała się z pewną zalotnością. Zazwyczaj nosiła bardzo piękne suknie, do koronkowego czepca przypinała śliczne wstążki, a na szyi, w uszach i na rękach miała zawsze pełno klejnotów. Zapewne musiała gdzieś mieszkać nad brzegiem morskim, bo w rozmowie wspominała ciągle o okrętach.
Nie lubiła mówić o mężu, który według jej zeznania, miał zginąć przy rozbiciu okrętu. Ale o tym smutnym wypadku, nie przytoczyła nigdy ani jednego szczegółu. Tylko raz, w przytomności trzech osób, rzekła do mleczarki: „Nie ma kobiety, któraby była tak nieszczęśliwą, jak ja w pożyciu małżeńskiem,“ innym razem mówiła: „Każda nowość bawi; nieboszczyk mój mąż kochał mię tylko rok.“ — Wdowa Lerouge uchodziła za bogatą, a przynajmiej za mającą się dobrze. Nie była skąpą. Pewnej kobiecie z Malmaison pożyczyła 60 franków nie żądając zwrotu, a jakiemuś rybakowi z Port-Marly dała 200 franków. Lubiła dobrze żyć, wydawała wiele na jadło, a wino sprowadzała w półbeczkach. Z przyjemnością podejmowała u siebie znajome kobiety, a jej obiad był zawsze wyborny. Jeśli jej mówiono, że jest bogatą, nie wypierała się. Nie raz słyszano jak mówiła: „Nie mam wielkich dochodów, ale dzięki Bogu na niczem mi nie zbywa. Gdybym chciała więcej, zarazbym miała.“
Zresztą, nie wspominała nigdy o swej przeszłości, rodzinie, lub miejscu dawnego pobytu. Należała do osób bardzo gadatliwych, a jeśli się rozterkotała, to mówiła tylko źle o swych bliźnich. Ale musiała widzieć nie mało świata, bo umiała mówić o wszystkiem. Podejrzliwa, barykadowała się u siebie jak w twierdzy. Pod wieczór nigdy nie wychodziła; wiedziano powszechnie, że przy obiedzie zawsze się upijała, poczem niezwłocznie udawała się na spoczynek. Obce osoby rzadko u niej widywano; cztery czy pięć razy odwiedziła ją jakaś dama z młodym człowiekiem, a innym razem przyjechali dwaj panowie, z których jeden był bardzo stary i dekorowany, a drugi młody. Ci dwaj przybyli w wytwornym powozie.
Wogóle, nie bardzo ją lubiano. Jej uwagi były nieraz rażące i dziwne w ustach kobiety w tym wieku. Słyszano, jak dawała pewnej dziewczynie najhaniebniejsze rady. Mimo to, jeden z rzeźników, zamieszkałych w Bougiyal, znudzony swojem rzemiosłem, nadskakiwał jej dość uporczywie. Nie chciała go, mówiąc, że dość raz pójść zamąż. Kilkakrotnie widziano u niej nieznanych mężczyzn. Najpierw młodego człowieka, który zdawał się być urzędnikiem przy kolei żelaznej, a następnie dość podeszłego w bluzie, który, wnosząc z powierzchowności, musiał być bardzo zły. Przypuszczano, że obaj byli jej kochankami.
Wypytując się, komisarz streszczał pisemnie wszystkie odpowiedzi, gdy nagle wszedł sędzia śledczy, który przyprowadził z sobą naczelnika policji i jednego z jego ajentów.
Pan Daburon, sędzia, który później ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich swoich przyjaciół i znajomych, rzucił się do gospodarstwa w chwili, gdy najpiękniejsza karjera zaczęła się doń uśmiechać, mógł wtedy liczyć lat trzydzieści ośm; był silnie zbudowany, sympatyczny, mimo powierzchownego chłodu, a na twarzy jego malowała się słodycz obok smutku.
Będąc sędzią śledczym od roku 1859, zjednał sobie w krótkim przeciągu czasu świetną reputację. Pracowity, cierpliwy i obdarzony rzadkim sprytem, z łatwością rozpatrywał się w najzawilszej sprawie, a wśród tysiąca najrozmaitszych nitek, umiał uchwycić nić przewodną. Uzbrojony w niezachwianą loikę, rozwiązywał prawie zawsze szczęśliwie owe straszne pytanie: „Gdzie jest winowajca?“ Zręczny w odkrywaniu rzeczy nieznanych, wyzyskiwał z nadzwyczajną przezornością każdy fakt, każdą okoliczność, choćby na pozór wydawały się nic nie znaczące.
Mimo tylu i tak cennych przymiotów, pan Daburon nie urodził się sędzią. Drżąc wypełniał powierzone mu obowiązki, jak gdyby sam lękał się nadzwyczajnej swojej potęgi. Nie raz, gdy tylko śmiały rzut mógł był odkryć prawdę, zabrakło mu odwagi... W sądzie mawiano o nim: „To tchórz.“ Lękliwość ta była u niego całkiem zrozumiałą, bo na samo wspomnienie błędów popełnionych przez sądy, włosy jeżyły mu się na głowie. Nie zadowalając się przekonaniem lub prawdopodobnem przypuszczeniem, pan Daburon chciał zawsze absolutnej prawdy. Dopóty nie mógł spocząć, dopóki obżałowany nie pochylił czoła przed niewątpliwym dowodem. Jeden z jego podwładnych mawiał: że Daburon nie szukał winnych, ale niewinnych.
Naczelnikiem policji, był słynny Gevrol, który z czasem będzie odgrywał wielką rolę w dramatach naszych wnuków. Niewątpliwie należy on do ludzi bardzo zręcznych, lecz brak mu wytrwałości a przytem oślepia go nieraz dziwny upór. Jeśli zgubi trop, nigdy się nie wróci i nigdy nie rozpocznie poszukiwań od początku. Zresztą, szczyci się niepospolitą odwagą i taką krwią zimną, że go nikt i nic nie zmiesza. Obdarzony siłą Herkulesa, ukrytą pod wątłą powierzchownością, nigdy nie wahał się rzucić nawet na całą zgraję złoczyńców.
Ale jego właściwością, sławą, tryumfem, była pamięć fizjognomii tak nadzwyczajna, że przechodziła granice prawdopodobieństwa. Jeśli patrzał na jaką twarz przez pięć minut, przywłaszczył ją sobie na wieki. Poznał ją wszędzie i zawsze. Miejscowość, okoliczności i najdziwaczniejsze przebrania, nie mogły go oszukać. Pochodziło to ztąd, że nie patrzał na człowieka, tylko na jego oczy. Wzrok też poznawał, nie troszcząc się o rysy.
W Poissy zrobiono niedawno następujące doświadczenie: Trzech obżałowanych ubrano w długie suknie, aby ukryć ich figurę, na twarz włożono im jednakowe maski i tak przebranych przedstawiono Gevrolowi.
Bez najmniejszego wahania poznał każdego ze swoich znajomych i kolejno wymienił ich nazwiska.
Czy tylko przypadek był mu pomocnym?
Adjutantem Gevrola był dawny złoczyńca, który pojednał się z prawem; chłop wysoki jak dąb, zręczny w swojem rzemiośle, i nie wierzący w zbytnią siłę swego naczelnika. Nazywał się Lecoą.
Komisarz policji, któremu własna odpowiedzialność zaczynała co raz więcej dokuczać, przyjął sędziego śledczego i obu ajentów, jak swoich zbawców. W krótkości przytoczył wszystkie fakta i odczytał protokół.
— Bardzoś pan dobrze zrobił, rzekł sędzia, — zasługujesz na pochwałę... szkoda tylko, żeś pan zapomniał o jednej rzeczy...
— O czem? zapytał komisarz.
— Jakiego dnia widziano po raz ostatni wdowę Lerouge i o której godzinie?
— Pamiętałem i o tem, panie sędzio. Widziano ją wieczór w tłusty wtorek, o godzinie piątej minut dwadzieścia. Wracała z Bougiyal z wielkim koszem w ręku.
— Pan komisarz jest pewnym godziny? zagadnął Gevrol.
— Najpewniejszy, i oto dla czego: świadki, których zeznania są zgodne, pani Tellier i bednarz, mieszkający w pobliżu, właśnie wysiadali z omnibusa amerykańskiego, który z Marły wyjeżdża każdej godziny, gdy ujrzeli wdowę Lerouge na drodze poprzecznej. Przyspieszywszy kroku, aby z nią pomówić, pożegnali ją dopiero przy drzwiach domu.
— A co miała w koszu? zapytał sędzia.
— Świadkowie nie wiedzą. Utrzymują tylko, że zabita miała dwie opieczętowane butelki wina i litr wódki. Uskarżając się na ból głowy, oznajmiła, że jakkolwiek było jej zwyczajem przepędzać wesoło wieczór tłustego wtorku, wszelako tym razem zamierza położyć się zaraz po objedzie.
— Doskonale! zawołał naczelnik policji, — wiem gdzie trzeba szukać.
— I cóż? wtrącił sędzia Daburon.
— Do kata! to bardzo jasne. Potrzeba wyszukać słusznego bruneta w bluzie. Wino i wódka były dla niego przeznaczone. Wdowa spodziewała się go na objad. Przyszedł, luby kochanek.
— Ależ! zawołał brygadjer widocznie rozdąsany, — Lerouge była brzydka jak noc i strasznie stara.
Gevrol spojrzał z politowaniem na zacnego żandarma.
— Wiedz, panie brygadjerze, rzekł, że kobieta mająca pieniądze, jest zawsze młoda i piękna.
— Być może, że w tem jest nieco prawdy, podchwycił sędzia śledczy, ale to mię nie uderza... Raczej należy zwrócić uwagę na własne słowa wdowej Lerouge: „Gdybym chciała więcej, miałabym.“
— Właśnie to samo zajęło i moją uwagę, — potwierdził komisarz.
Lecz Gevrol nie chciał nawet słuchać. Myśląc, że już jest na tropie, rozglądał się uważnie we wszystkich kątach pokoju. Nagle zbliżył się do komisarza.
— Zdaje mi się, zawołał, że właśnie w tłusty wtorek zmieniło się powietrze. Po czternastodniowym przymrozku, zaczął deszcz padać. O której godzinie padły pierwsze krople?
— O pół do dziesiątej, odpowiedział brygadjer. Wyszedłszy z domu, byłem już na rogu ulicy Rybackiej, gdy silny wiatr nadniósł chmury deszczowe. W dziesięć minut było na drodze wody na pół cala...
— Wybornie! krzyknął Gevrol. Jeśli więc złoczyńca przyszedł po pół do dziesiątej, musiał mieć na butach pełno błota... jeśli go nie miał, więc przyszedł wcześniej. O tem można się było bardzo łatwo przekonać, bo posadzka jest woskowana. Czy były ślady, panie komisarzu?
— Muszę przyznać, że o tem nikt z nas nie pomyślał...
— Ależ, wtrącił ajent publicznego bezpieczeństwa tonem gniewnym, to bardzo źle.
— Pozwólcie, rzekł komisarz, można się jeszcze przekonać, jeśli nie w tym, to w drugim pokoju. Tam nie robiliśmy nic... Moje ślady i ślady brygadjera dadzą się łatwo rozróżnić. Zobaczymy...
Gdy komisarz otworzył drzwi od drugiego pokoju, Gevrol wstrzymał go.
— Proszę pana sędziego, aby mi pozwolił wejść samemu, to ważne dla mnie.
— Bardzo chętnie, potwierdził pan Daburon.
Gevrol wszedł pierwszy, a wszyscy zatrzymali się na progu. Tak więc mógł jednym rzutem oka objąć całą scenę krwawej zbrodni.
Na środku stał stół o jednej nodze, pokryty obrusem cienkim i białym jak śnieg. Na nim stała piękna szklanka z ciętego kryształu, bardzo ładny nóż i talerz porcelanowy. Widziano tam także zaledwie odkorkowaną butelkę wina, oraz flaszkę wódki, z której nadpito pięć lub sześć kieliszków.
Na prawo, po obu bokach okna, stały dwie piękne komody orzechowe, z misternie wyrabianemi zamkami. Obie były próżne, bo to, co zawierały, leżało porozrzucane na posadzce. Były to wstążki, czepki, bielizna, a wszystko pomięte i porozwijane.
W głębi, tuż obok kominka, duża szafa w murze, zawierająca naczynia stołowe, stała otworem. Z drugiej strony kominka stary sekretarzyk o marmurowym wierzchu, był rozbity, połamany i przetrząśnięty w najtajniejszych schowkach. Powyciągane szufladki leżały na posadzce.
Nareszcie na lewo, łóżko było najzupełniej rozrzucone. Złoczyńca wyciągnął nawet słomę z siennika.
— Najmniejszego śladu, mruknął Gevrol zbity z tropu; musiał przyjść przed godziną dziewiątą... Teraz możemy wejść wszyscy.
Zbliżył się do trupa wdowej Lerouge, obok którego ukląkł.
— Nie ma co mówić, ciągnął, zrobiono jak należy... Morderca nie jest nowicjuszem.
Następnie rzucając na prawo i lewo badawcze spojrzenie:
— O! o! biedne stworzenie zabierało się właśnie do pracy kuchennej... Oto na ziemi ryneczka z szynką i jajami. Brutal nie był nawet na tyle cierpliwym, żeby poczekać na wieczerzę. Jegomość spieszył się, więc uderzył w próżny żołądek. Ale tem gorzej dla niego... Przy obronie nie będzie mógł powiedzieć, że wino deserowe wprowadziło go w dobry humor...
— Zdaje się nie podlegać najmniejszej wątpliwości, rzekł komisarz policji do sędziego śledczego, że kradzież była głównym powodem zbrodni.
— Bardzo być może, odpowiedział Gevrol tonem przebiegłym: pan komisarz zapewne dla tego wyprowadził ten wniosek, że na stole nie ma znaku ze sreber.
— Patrzcie! zawołał Lecoą, który przetrząsał szuflady, — oto złoto, jest 320 franków.
— Czy rzeczywiście? zapytał Gevrol nieco zdekoncertowany.
Ale wnet przyszedł do siebie i rzekł:
— Musiał je zapomnieć. Nie takie zdarzają się wypadki! Ja sam widziałem skrytobójcę, który po dokonaniu morderstwa stracił głowę i uciekł nie wziąwszy nic. Nasz panicz musiał się wzruszyć. Zresztą, kto wie, czy mu nie przeszkodzono. Może kto zapukał do drzwi. Na tę myśl sprowadza mię głównie okoliczność, że łotr zgasił świecę. Zapewne bał się, by go nie zobaczono przez szparę w okiennicy.
— Dość! — zauważył Lecoą, — to nic nie udowadnia. Może to był człowiek dbały i oszczędny.
Obaj ajenci zarządzili w całym domu nowe poszukiwania, ale najdokładniejsze śledzenie nie wprowadziło ich na żaden świeży trop, bo nawet papiery wdowej Lerouge, — jeśli miała jakie, znikły bez śladu. Nie znaleziono ani listu, ani świstka papieru — nic.
— I cóż panowie? zawołał nareszcie sędzia śledczy.
— Wszystko przetrząśnięte, panie sędzio, — odpowiedział Gevrol. — Łotr był bardzo ostrożny! Ale ja go dostanę. Jeszcze przed wieczorem wpadnie mi w ręce ze dwanaście osób. Zresztą, bądź co bądź, nie umknie... Zabrał z sobą srebra i klejnoty — zgubiony!
— Z tem wszystkiem, — wtrącił sędzia Daburon, — nie postąpiliśmy ani na krok.
— Co począć? Zrobiło się, co się mogło zrobić, mruknął Gevrol.
— Do kroćset! — krzyknął Lecoq dość głośno, — dla czego nie ma tu pana Jasnowidza?
— Ciekawym, na coby się przydał? odparł Gevrol, rzucając na podwładnego piorunujące spojrzenie.
Lecoq zwiesił głowę i nie odrzekł słowa, lecz w duszy był zadowolony, że mu się udało dokuczyć przełożonemu.
— Co to za pan Jasnowidz? — zapytał sędzia śledczy, — zdaje mi się, żem już o nim słyszał; ale nie pamiętam gdzie i kiedy.
— To twarda sztuka! zawołał Lecoq.
— To dawny urzędnik z biura zastawniczego, — dodał Gavrol, to stary bogacz, a jego właściwe nazwisko jest Tabaret. On z satysfakcji jest policjantem.
— Aby zwiększyć swoje dochody — zauważył komisarz.
— Furda! odparł Lecoq, on pewnie o tem nie myśli. Pracuje tylko dla sławy, przyczem cierpi nie raz jego własna kieszeń. Nie prawdaż piękna rozrywka! To rzadki człowiek... Pan komisarz przypomina sobie sprawę owego bankiera, która swego czasu tyle narobiła hałasu... Otóż nie kto inny, tylko Tabaret zgadł wtedy, że dama okradła się sama, co potem udowodnił... Dla jego sprytu nazwaliśmy go Jasnowidzem.
Prawda, odpowiedział Gevrol. Jemu także zawdzięcza życie ten biedny Deréme, którego posądzano o otrucie żony, kobiety nicpotem, a który był niewinny jak dziecko. Szczęście, że mu nie ucięto głowy...
— Panowie, daremnie czas tracimy, przerwał sędzia śledczy, a następnie zwracając się do ajenta Lecoq:
— Idź, rzekł i poproś pana Tabaret. Bardzo wiele o nim słyszałem; będę szczęśliwym, widząc go czynnym w tej tajemniczej sprawie.
Lecoq wybiegł; Gevrol stał ze zwieszoną głową, bardzo poniżony w swojej policyjnej ambicji.
— Pan sędzia, mówił drżącym głosem, może żądać usług od kogo mu się podoba, lecz mimo to zdaje mi się...
— Nie martw się, panie Gevrol, przerwał mu pan Daburon. Przecież znamy się od dawna, wiem ileś wart; ale niestety, dziś nie możemy się zgodzić... Nasze zapatrywania są wręcz przeciwne. Pan ciągle trzymasz się owego bruneta w bluzie, a ja jestem przekonany, żeś zboczył z prawdziwej drogi.
— Sądzę, że się nie mylę, odpowiedział naczelnik policji, i ufam, że mi się uda udowodnić... Znajdę złoczyńcę nawet na końcu świata.
— Nie żądam więcej.
— Tylko pan sędzia będzie łaskaw pozwolić, bym mu mógł dać... jakżeż to powiedzieć, żeby nie obrazić?... jedną radę...
— Mów.
— A więc proszę pana sędziego, żeby zbytecznie nie ufał panu Tabaret...
— Doprawdy? A to dla czego?
— Dla tego, że ten poczciwiec jest zanadto namiętny. On jak autor, poluje zawsze na wrażenie... A że jest pyszny jak paw, więc nieraz unosi się i odchodzi od siebie... Skoro tylko ujrzy zbrodnię, naprzykład taką jak dziś, chce w tej chwili wszystko wytłumaczyć. W rzeczy samej wymyśla natychmiast bajeczkę, stosującą się najzupełniej do położenia. Jest tak dalece próżnym, że na jednym drobiazgowym szczególe ośmiela się budować całą scenę morderstwa, jak ów mędrzec, który na jednej kosteczce buduje całe zwierzę przedpotopowe. Nie raz zgadnie, ale często grubo się omyli. To też w sprawie krawca, tego nieszczęśliwego Deréme, bez mojej pomocy...
— Dziękuję panu za ostrzeżenie, przerwał pan Daburon; nie omieszkam zeń korzystać... Ale tymczasem, panie komisarzu, musimy dowiedzieć się koniecznie, zkąd pochodziła wdowa Lerouge.
Procesja świadków, przyprowadzona przez brygadjera żandarmerji, zaczęła defilować przed sędzią śledczym.
Ale nie odkryto żadnego nowego faktu. Wdowa Lerouge musiała należeć do osób bardzo dyskretnych, kiedy mimo swej nadzwyczajnej gadatliwości, nie zwierzyła się z niczem przed swemi sąsiadkami.
Kto tylko przyszedł, miasto dokładnych szczegółów, podawał sędziemu pod rozwagę tylko swoje przekonania i osobiste poglądy. Opinia publiczna oświadczyła się za Gevrolem. Jednogłośnie uważano bruneta w bluzie za sprawcę haniebnego skrytobójstwa. Przypominano sobie jego dzikie wejrzenie, które przestraszyło całą wioskę. Nie jeden, uderzony jego podejrzaną fizjonomją, unikał go z daleka. Pewnego wieczoru groził jakiejś kobiecie, a innym razem bił dziecię na drodze. Wprawdzie nie umiano wskazać ani kobiety ani dziecka, ale to drobnostka; dość że jego brutalstwo było powszechnie znane.
Pan Daburon był już zrozpaczony, bo chaotyczne te wieści i zeznania nie mogły przyczynić się do wyjaśnienia tajemniczej sprawy, gdy w tem nadeszła pewna kupcowa z Bougival, u której zabita zwykła była zaopatrywać się w rozmaite potrzeby, i jakiś trzynastoletni chłopiec, który twierdził, że wie coś ważnego.
Kupcowa przyszła pierwsza. Słyszała ona nie raz, że wdowa Lerouge wspominała o swoim żyjącym synie.
— Czy pani dobrze pamiętasz? napierał sędzia.
— Doskonale, odparła kupcowa; wspominała nawet tego samego wieczoru, chociaż była wtedy, z przeproszeniem pańskiego honoru, trochę pijana. W moim sklepie siedziała długo, może godzinę...
— I mówiła?
— Zdaje mi się, jakbym ją jeszcze widziała, ciągnęła kupcowa; siedziała koło kontuaru i żartowała z rybakiem Husson, który to może potwierdzić, a którego ona nazywała marynarzem na słodkich wodach. Mój mąż, mówiła do mnie, był także marynarzem; nie raz całe lato spędzał w podróży, a potem przywoził mi zawsze orzechy kokosowe. Mam syna, dodała, który jest także, jak nieboszczyk jego ojciec, marynarzem na statku państwowym...
— Czy wymówiła imię swego syna?
— Tym razem nie, lecz tydzień przedtem przytoczyła jego imię... ale wtedy — z przeproszeniem pańskiego honoru, była pijana jak świnia. Mówiła, że jej syn nazywa się Jakób i że go już oddawna nie widziała.
— Czy mówiła źle o swoim mężu?
— Nigdy. Mówiła tylko, że nieboszczyk był zazdrośny i niegrzeczny, choć w gruncie dobry człowiek, i że ją strasznie męczył. Miał płytko w głowie a cobądź go gniewało. Nakoniec że był głupi, bo był zanadto poczciwy.
— Czy syn odwiedził ją od czasu jak mieszkała w Jonchère?
— Nie mówiła mi o tem.
— Czy dużo u pani wydawała?
— Jak czasem. Na miesiąc brała zwykle za sześćdziesiąt franków, czasem więcej, bo lubiła stary koniak. Płaciła zawsze gotówką...
Kupcowa, nie umiejąc więcej powiedzieć, odeszła.
Chłopczyk, który po niej wszedł do pokoju, był synem jednej z rodzin bogatszych we wiosce. Był słusznego wzrostu i jak na swój wiek, zanadto silnie zbudowany. Oko miał inteligentne, a twarz rozwiniętą i chytrą. Sędzia nie robił na nim najmniejszego wrażenia...
— I cóż nam powiesz, chłopcze? zagadał pan Daburon.
— Panie, dwa dni przedtem, w samą tłustą niedzielę, widziałem jakiegoś człowieka w bramie od ogrodu pani Lerouge.
— Mniej więcej o której godzinie?
— Bardzo wcześnie, szedłem właśnie do kościoła, aby służyć do drugiej mszy.
— Wybornie, wtrącił sędzia; a ten człowiek czy był słuszny, czarny, i czy miał na sobie bluzę?
— Nie, panie; przeciwnie, ten był niski, podsadkowaty, gruby i nie bardzo stary.
— Nie mylisz się?
— Uchowaj Boże! odrzekł chłopak. — Widziałem go z bliska, bom z nim rozmawiał.
— Opowiedz mi wszystko.
— Tak więc, panie, właśnie gdym przechodził, ujrzałem go w bramie. Miał oczy bardzo zagniewane, ach tak zagniewane, że trudno opisać. Jego twarz była czerwona, prawie fioletowa, aż do połowy czaszki, o czem nie tak trudno można się było przekonać, bo na głowie nie miał włosów...
— I on pierwszy do ciebie zagadał?
— Tak, panie. Ujrzawszy mię, krzyknął: — „Hej! malcze!“ zbliżyłem się natychmiast. — „Czy masz dobre nogi? Jam odpowiedział: Doskonałe. Wtedy wziął mię za ucho, ale tak, że mię nie bolało i rzekł: — Kiedy tak, to zrobisz mi jedną przysługę, a ja dam ci za to dziesięć su. Pobiegniesz aż do Sekwany. Nim jeszcze zdążysz do brzegu, ujrzysz wielki okręt przymocowany liną; pójdziesz na pokład i zapytasz się o właściciela Gervais. Bądź pewny, że go zastaniesz; powiedz mu, że może gotować się do odpłynięcia, bom już wszystko ukończył.“ Rzekłszy to, dał mi dziesięć su, a jam pobiegł.
— Gdyby wszyscy świadkowie byli tak mowni jak ten chłopiec, — mruknął komisarz, — toby była przyjemność...
— A teraz, — przerwał komisarz, — powiedz nam, jak się wywiązałeś z tego posłannictwa.
— Przyszedłem na pokład, panie sędzio, znalazłem człowieka, powiedziałem mu i oto wszystko.
Gevrol, który przysłuchiwał się z natężoną uwagą, szepnął do ucha sędziemu Daburon:
— Panie sędzio, czy nie mógłbym zadać kilka pytań temu urwisowi?
— I owszem.
— Powiedz mi, mój przyjacielu, — pytał ajent, — czy znałbyś tego człowieka, jeślibyś go gdzie zdybał?
— Z pewnością.
— Czy miał na sobie co uderzającego?
— Nie inaczej, twarz jak cegła..
— I to wszystko?
— Wszystko.
— Lecz musisz przecie pamiętać, jak był ubrany, czy bluzę
— Nie. Miał raczej długi surdut. Na boku były dwie duże kieszenie, a z jednej z nich wyglądała do połowy chustka w kraty.
— Jakie miał pantalony?
— Dalipan, nie pamiętam.
— A kamizelkę?
— Zaraz, zaraz, — odparł chłopiec. — Czy miał kamizelkę? Zdaje mi się że nie. Kto wie czy nie miał... Lecz nie, nie miał... Tylko na szyi miał długą chustkę, spiętą dużym pierścieniem.
— Jak widać, — zauważył Gevrol tonem zadowolenia, — ty, mój chłopcze, nie należysz do głupich, a założę się, że jeśli dobrze poszukasz, znajdziesz jeszcze nie jeden ciekawy szczegół.
Chłopiec zwiesił głowę i zamilkł. Po fałdach na młodem czole nie trudno było poznać, że wytężał całą pamięć.
— Prawda, — krzyknął, — przypomniałem sobie jeszcze jedna rzecz.
— Co?
— W uszach miał bardzo wielkie kulce.
— Brawo! — zawołał Gevrol, — oto szczegół doskonały 1 Znajdę go; pan sędzia może być spokojny.
— W rzeczy samej, zeznania tego dziecka uważam za nader ważne, — odpowiedział pan Daburon.
A zwracając się do chłopca:
— Nie mógłbyś nam powiedzieć, mój przyjacielu, — zapytał, — czem był naładowany statek?
— Nie wiem, panie.
— Czy płynął z wodą, czy w górę?
— Stał na jednem miejscu.
— Wiemy o tem, — wtrącił Gevrol, — ale pan sędzia pyta, w którą stronę był zwrócony przód okrętu. W stronę Paryża, czy Merly?
— Oba końce statku były do siebie całkiem podobne.
Naczelnik straży bezpieczeństwa zrobił znak niezadowolenia.
— Ach! — rzekł, zwracając się do chłopca, — powinieneś był zapamiętać nazwisko okrętu, przecież umiesz czytać. Powinniśmy zawsze wiedzieć, na jaki statek wchodzimy.
— Nie widziałem żadnego napisu, — odpowiedział chłopiec.
— Jeśli statek stał dłuższy czas na jednem miejscu, — zauważył pan Daburon, — musieli go widzieć mieszkańcy z Bougival.
— Pan sędzia ma słuszność, — potwierdził komisarz.
— Trafna uwaga, — dodał Gevrol. — Zresztą, marynarze wysiadają na ląd i idą do szynku. Dowiem się... A jak wyglądał ów właściciel Gervais, mój mały przyjacielu?
— Jak wszyscy marynarze w tych stronach.
Mały świadek chciał już wyjść, lecz sędzia wstrzymał go u progu.
— Nim wyjdziesz, powiedz mi, moje dziecko, czyś mówił dawniej o tem spotkaniu?
— W niedzielę, panie sędzio, wróciwszy z kościoła, opowiedziałem wszystko mojej matce, a nawet oddałem jej dziesięć su...
— I opowiedziałeś całą prawdę? — ciągnął sędzia. — Powinieneś wiedzieć, że wobec sądu nie wolno nic zataić. Sąd wszystko odkryje, a tych, którzy kłamią, surowo karze.
Mały świadek poczerwieniał na twarzy jak wiśnia i spuścił oczy...
— Widzisz, napierał pan Daburon, żeś ukrył jakiś szczegół... Alboż nie wiesz, że policja wszystko widzi?
— Przepraszam pana sędziego, — zawołał chłopiec, zachodząc się od płaczu, — przepraszam, niech mię pan sędzia nie karze, ja już tego nigdy nie zrobię.
— A więc przyznaj się, w czem nas oszukałeś?
— Dobrze, panie sędzio; nie dziesięć, ale dwadzieścia su dał mi ów człowiek. Tylko połowę oddałem mamie, a drugą połowę zostawiłem sobie na piłkę...
— Mój mały przyjacielu, — przerwał sędzia, — tym razem przebaczam. Ale niech ci to posłuży za naukę na całe życie. Odejdź, lecz pamiętaj, że prawdy nie można zataić, bo sprawiedliwość zawsze ją odkryje.


II.

Ostatnie dwa zeznania, zebrane przez sędziego, mogły nareszcie dać niejaką nadzieję. Pośród gęstych cieni, poczęło błyskać małe światełko, jak lampa morska.
— Jeśli pan sędzia uzna za stosowne, pójdę do Bougival, rzekł Gevrol.
— Może będzie lepiej zaczekać chwilę, — odpowiedział pan Daburon. — Tego człowieka widziano w niedzielę rano. Dowiemy się, co przez cały ten dzień robiła wdowa Lerouge.
Wezwano trzy sąsiadki. Zgodnie oświadczyły, że wdowa Lerouge przeleżała w łóżku całą tłustą niedzielę. Jednej z kobiet, która pytała się co jej jest, odrzekła: „Ach! tej nocy miałam straszny wypadek.“ Do słów tych nie przywiązywano jednak wielkiego znaczenia.
— Człowiek z kulcami staje się co raz potrzebniejszy, — szepnął sędzia, gdy już kobiety odeszły. — Koniecznie musimy go odszukać. O to pan się postaraj, panie Gevrol.
— Dostanę go do ośmiu dni, — zapewnił naczelnik policji, — choćbym miał sam jeden przetrząść wszystkie statki na Sekwanie, od źródła, aż do morza. Wiem, jak się nazywa właściciel: Gervais. Urząd nawigacyjny przyjdzie mi w pomoc... — Przerwał mu Lecoq, który w tym momencie wszedł zadyszany.
— Oto pan Tabaret! — zawołał, — zdybałem go właśnie, jak wychodził. Co za człowiek! Nawet nie chciał czekać na pociąg. Dał, sam już nie wiem ile, najlepszemu dorożkarzowi, a w pięćdziesiąt minut przybyliśmy tu... Furda kolej żelazna!
W tej samej chwili pojawił się na progu człowiek, którego powierzchowność, mówiąc prawdę, bynajmniej nie zdradzała ajenta policyjnego dla sławy.
Musiał mieć lat sześćdziesiąt, ale nie uginał się pod ich brzemieniem. Mały, chudy i nieco zgarbiony, wspierał się na lasce, ozdobnej jabłkiem z kości słoniowej.
Na jego okrągłej twarzy malował się wyraz bezustannego zdziwienia, zmieszany z wyrazem niepokoju. Miał brodę bardzo krótką, ale starannie ogoloną; szerokie usta, a nos był zakrzywiony jak dziób krugulca. Jego oczy siwe, małe, oprawne w szkarłatowe powieki, nie mówiły nic, ale za to męczyły bezustanną ruchliwością. Rzadkie i gładko przeczesane włosy, okalając czoło, nie mogły dobrze ukryć wielkich uszu, odstających daleko od głowy.
Ubrany był wytwornie; bielizna zachwycała śnieżną białością, na rękach zaś miał rękawiczki jedwabne, a na nogach kamasze. Długi, ciężki złoty łańcuch, zdradzający fatalny gust, okręcał mu szyję trzy razy i spadał kaskadą do kieszonki od kamizelki.
Pan Tabaret, inaczej przezwany Jasnowidzem, skłoniwszy się na progu do samej ziemi, zapytał pokornym głosem:
— Pan sędzia śledczy raczył mię wezwać?
— Byłem na tyle śmiały, — odrzekł pan Daburon. A w głębi duszy pomyślał: Bądź co bądź, mina tego człowieka nie zapowiada nic nadzwyczajnego. Trudno, żeby mógł być zręcznym.
— Jestem na usługi sprawiedliwości, — ciągnął poczciwiec.
— Chcielibyśmy się przekonać, — mówił sędzia,. — czy będziesz pan szczęśliwszy od nas, i czy wpadniesz na trop mordercy. Zaraz panu opowiedzą sprawę.
— Już dość wiem, — przerwał pan Tabaret. — Lecoq opowiedział mi w drodze całą rzecz w głównych zarysach, a więcej nie potrzebuję.
— Mimo to, — zauważył komisarz.
— Niech mi pan sędzia ufa. Wolę zabrać się bez objaśnień, aby tem łatwiej być panem własnych wrażeń. Zapoznawszy się z zapatrywaniem drugiej osoby, pomimo woli zostajemy pod jej wpływem, tak dalece, że... Lecz dość; w moich poszukiwaniach pomoże mi tylko Lecoq.
W miarę, jak Tabaret mówił, jego małe siwe oczka zapalały się i świeciły złowrogo. Na twarzy malowała się wewnętrzna radość, a usta kurczyły się w szatańskim uśmiechu. Ciało wyprostowało się do nie poznania i lekkim krokiem wbiegł do drugiego pokoju.
Zabawił w nim prawie pół godziny, nareszcie wybiegł jak opętany. Wrócił, znów wyszedł, a potem wyskoczył do sieni. Sędzia nie mógł się powstrzymać, aby przynajmniej w duchu nie porównać go do gorliwego wyżła, wietrzącego zwierzynę. Nawet nos Tabareta rozszerzył się i naciągnął. Wybiegając i wracając, mówił głośno i robił przeróżne znaki, obarczał samego siebie najdziwniejszemi wyrzutami, wydawał głośne okrzyki; tryumfu i zachęcał do wytrwałości. Biedny Lecoq nie mógł ani na chwilę spocząć. Tabaret zażądał ćwiartki papieru i ołówka, a potem rydla. Wołał, by mu natychmiast podano gipsu, wody i butelkę oliwy.
W godzinę, sędzia śledczy utraciwszy cierpliwość, zapytał o rezultat poszukiwań.
— Już on na dobrej drodze, — odpowiedział brygadjer; — leżąc brzuchem w błocie, miesza gips na talerzu i mówi, że zaraz wróci, bo prawie wszystko ukończył.
W rzeczy samej ukazał się w kilka minut, rozpromieniony, tryumfujący, młodszy o lat dwadzieścia. Za nim szedł Lecoq, niosąc ostrożnie olbrzymi kosz.
— Już go mam, — rzekł do sędziego. Cała sprawa prosta i jasna jak dzień. Lecoq, postaw kosz na stole.
Gevrol wrócił także z wycieczki nie mniej uszczęśliwiony.
— Już jestem na tropie człowieka z wielkiemi kulcami, — zapewnił podniesionym głosem. — Mam także dokładne szczegóły o właścicielu Gervais.
— Mów pan, — rzekł sędzia do Tabareta.
Wezwany zaczął wyrzucać na stół wszystko, co kosz zawierał: dużą bryłę gliny garncarskiej, kilka świstków papieru i cztery kawałeczki mokrego gipsu. Stojąc przed stołem, wyglądał bardzo pociesznie, bo przypominał owych szarlatanów, którzy na publicznych miejscach wyłudzają rozmaitemi sztuczkami pieniądze od łatwowiernych widzów. Jego toaleta strasznie ucierpiała. Był powalany błotem po wierzch uszu.
— Zaczynam, — rzekł nakoniec tonem próżnym. — Motorem zbrodni, która nas zajmuje, nie była kradzież.
— Nie? przeciwnie! — mruknął Gevrol.
— Udowodnię to bardzo dokładnie, — ciągnął pan Tabaret. — Wyłuszczę także moje skromne mniemanie o powodzie zbrodni, ale później. A więc morderca przyszedł tu przed godziną dziewiątą, minut trzydzieści, czyli mówiąc inaczej, przed deszczem. Tak samo, jak pan Gevrol, nie znalazłem i ja śladów z zabłoconych butów, ale pod stołem, w miejscu, gdzie spoczywały nogi skrytobójcy, dostrzegłem za to ślad prochu. W ten sposób jesteśmy już spokojni co do godziny. Wdowa Lerouge wcale się nie spodziewała odwiedzin tej osoby. Właśnie chciała rozebrać się i zamierzała nakręcić zegar, gdy łotr przeszkodził jej, pukając do drzwi.
— Oto mi szczegóły! — wtrącił komisarz.
— Z łatwością można je stwierdzić, — ciągnął ochotnik; — spojrzyj pan na ten zegar z kukułką, stojący na sekretarzu. Jest on z tych, które idą od czternastu do piętnastu godzin; przekonałem się o tem naocznie. Nie podlega też wątpliwości, że wdowa musiała go zawsze nakręcać przed pójściem spać. Pytam teraz, dla czego zegar stanął na godzinie piątej? Oto dla tego, że właśnie zaczęła go nakręcać, gdy morderca zapukał do drzwi. Na potwierdzenie pokazuję wam krzesło, stojące obok sekretarzyka, na którem macie dokładny ślad nogi. A teraz spójrzcie na ubiór ofiary: górna część sukni już była zdjęta. Chcąc prędko otworzyć, nie wdziała stanika, tylko z największym pospiechem zarzuciła stary szal na plecy.
— Do kroćset! — zawołał brygadjer widocznie zniechęcony.
— Wdowa, — ciągnął Tabaret, — znała dobrze tego, kto pukał. Pospiech, z jakim biegła otworzyć, pozwala się tego domyślać, a następstwa jawnie to udowadniają. Mordercę wpuszczono zatem bez trudności. Człowiek ten jest jeszcze młody, wzrostu więcej jak średniego, wytwornie ubrany. Tego wieczora miał wysoki kapelusz, parasol i palił trabukosy w cygarniczce.
— Doprawdy? — zawołał Gevrol, — to za wiele!
— Za wiele, być może, — odpowiedział pan Tabaret, — ale w każdym razie mówię nagą prawdę. Może pan nie jesteś dokładnym i szczegółowym, ale ja nim jestem... Pan mówisz, że za wiele? A więc dobrze. Racz spojrzeć na te kawałki mokrego gipsu. Widzisz na nim odciski napiętków mordercy, które odbiły się koło rowu, w tem samem miejscu, gdzie znaleziono klucz? Na tym papierze obliczyłem możebny skład nogi i nie omyliłem się, bo ślad ten znalazłem potem na piasku. Przypatrz się pan: obcas wysoki, wcięcie zgrabne, cała noga mała i wązka, a but elegancki. Poszukajcie dobrze, a ślad ten znajdziecie w dwóch miejscach koło bramy i pięć razy w ogrodzie, dokąd nikt się nie trudził. Wybiegając z ogrodu, sprawca przeskoczył mur, o czem świadczy głębiej wyciśnięty ślad, a że skok cały wynosi dwa metry, więc łatwo pojąć, że morderca jest młody i zwinny.
Tabaret mówił głosem cichym ale stanowczym: jego oko spoczęło kolejno na wszystkich słuchaczach, chcąc się przekonać o wrażeniu.
— Panie Gevrol, czy może kapelusz cię dziwi? — ciągnął Tabaret, — przypatrz się doskonałemu kręgowi na marmurze sekretarzyka, który był nieco przyprószony. Czy może dziwią cię szczegóły o wzroście mordercy? Zadaj sobie nieco pracy i spojrzyj na wierzch szafy, a przekonasz się, że łotr szukał tam rękami. Musi być zatem słuszniejszy odemnie. A nie mów pan, że przystawił stołek i na nim stanął, bo w takim razie objąwszy wzrokiem cały wierzch szafy, nie byłby potrzebował dotykać się go palcami. Może pana niepokoi parasol? Ta bryłka gliny garncarskiej zachowała wybornie ślad nie tylko końca, ale i prętów parasola, a w popiele, znalazłem kawałeczek trabukosa. Czy koniuszek był zmoczony śliną? Nie. A więc ten, kto palił trabukosy, miał cygarniczkę.
Lecoq ukrywał z trudnością zapał dla opowiadającego; nie mówiąc nic, zacierał ręce z radości. Komisarz był zdumiony, a sędzia zachwycony. Natomiast twarz Gevrola znacznie się przedłużyła. Brygadjer słuchał obojętnie.
— Teraz, — ciągnął Tabaret, — zwróćcie na moje słowa całą waszą uwagę. Wiemy, że do mieszkania wszedł młody człowiek. W jaki sposób mógł usprawiedliwić swoją obecność o tej godzinie nie wiem... Zdaje się tylko być pewnem, że oświadczył wdowej Lerouge, iż nie jadł obiadu. Poczciwa kobieta była tem, uszczęśliwiona i natychmiast zajęła się przyrządzeniem wieczerzy. Wieczerza nie była dla niej. W szafce znalazłem szczątki z jej obiadu: kawałek ryby i baraniny. Lekarska obdukcja namacalnie to udowodni. Zresztą, widzicie, że na stole jest tylko jedna szklanka i jeden nóż. Ale co to za młody człowiek? Nie podlega wątpliwości, że wdowa uważała go za osobę dystyngowaną. W komodzie widziałem jeszcze dość czysty obrus. Czy go wzięła? Nie. Dla niespodziewanego gościa wyjęła najcieńszy i najbielszy ze swoich obrusów. Dla niego przeznaczyła także tę pyszną szklankę, zapewne pamiątkę, i ten nóż oprawny w kość słoniową, którym z pewnością nie posługiwała się przy każdym objedzie.
— Wszystko to dokładne, — szepnął sędzia, — bardzo dokładne.
— Mamy więc młodego człowieka, siedzącego przy stole. Rozpoczął wieczerzę od wypicia szklanki wina, gdy tymczasem wdowa zabierała się do smażenia jajecznicy. Następnie czując w sobie brak odwagi, zażądał wódki, której wychylił blisko pięć kieliszków. Po stoczeniu wewnętrznej walki, trwającej dziesięć minut — tyle czasu było potrzeba do częściowego usmażenia jaj i szynki — młody człowiek wstał, zbliżył się do wdowej, pochylonej nad ryneczką i uderzył ją po dwakroć w plecy. Ofiara nie zginęła tej samej chwili. Odwróciła się do połowy, rękoma chwytając mordercę. Wtedy on, cofnąwszy się o krok, podniósł ją i gwałtownie rzucił tam, gdzie ją teraz widzicie.
Tę krótką walkę można wyczytać z pozycji trupa. Uderzona w plecy, powinna była upaść na plecy. Morderca użył broni ostrej i cienkiej, która, o ile mi się zdaje, musiała być zrobiona ze zwykłej szpady. Ślad tej broni pozostał na sukni ofiary, o którą morderca ostrze z krwi obtarł. Sprawca nie został podrapany w palce, bo miał perłowe rękawiczki, które...
— Ależ to cały romans! — zawołał Gevrol.
— Panie naczelniku, czyś się przypatrzył paznogciom zabitej? Przypatrz się, a wtedy powiesz, czy się mylę... Za paznogciami znajdziesz kawałeczki perłowej skórki. Tak więc kobieta została zabitą. Po co przyszedł morderca? Po pieniądze, klejnoty? Nie, nie, sto razy nie! Chciał, szukał, potrzebował, tylko papierów, które wdowa przechowywała u siebie. Aby je znaleźć, poprzerzucał wszystko, porozbijał szafy i komodę, porozwijał bieliznę, połamał sekretarzyk i przetrząsł siennik. Nakoniec znalazł. A czy wiecie co zrobił z temi papierami? Spalił; lecz nie na kominku, ale w małym piecyku w pierwszym pokoju. Cel został osiągnięty. Co dalej począł? Postanowił zabrać z sobą wszystkie kosztowności, aby zmylić ślad i rzucić podejrzenie na prostych złodziejów. Pozbierawszy wszystko, zawinął w serwetę, którą musiał się posługiwać przy stole, a następnie zdmuchnąwszy świecę, wybiegł, zamknął drzwi, a klucz rzucił do rowu... Oto cały przebieg sprawy.
— Panie Tabaret, — rzekł sędzia, — pańskie śledztwo jest zadziwiające, i jestem pewny, że pan jeden ugodziłeś w prawdę.
— Hej! hej! — zawołał Lecoq, — papa Jasnowidz jest wielki jak świat!
— Piramidalny, — dorzucił ironicznie Gevrol, — sądzę tylko, że temu młodemu człowiekowi musiało być bardzo niewygodnie z pakietem w ręku, który zawinięty w białą serwetę, mógł być widzianym z bardzo daleka.
— To też nie zaniósł go o sto mil, — odparł spokojnie baret; — przyznasz pan, że aby dostać się na dworzec kolei, nie potrzebował jechać w omnibusie amerykańskim. Poszedł piechotą, drogą najkrótszą, wzdłuż rzeki. Stanąwszy nad brzegiem Sekwany, musiał najpierw rzucić pakiet w wodę... przynajmniej tak się domyślam.
— Tak pan sądzisz? — pytał Gevrol.
— Zaraz się o tem przekonamy. Wysłałem już trzech ludzi, którzy pod dozorem żandarma, przeszukają dno Sekwany, w punktach położonych najbliżej od tego miejsca. Jeśli znajdą, dam im sowite wynagrodzenie.
— Z własnej kieszeni?
— Nie inaczej, panie Gevrol, z własnej.
— Gdyby znaleziono ten pakiet! — szepnął sędzia.
Zaledwie wyrzekł te słowa, wszedł żandarm.
— Oto pieniądze i klejnoty, znalezione przez tych ludzi; — rzekł do Tabareta, podając spory pakiet, owinięty w mokrą serwetę. — Ludzie żądają sto franków, które pan im przyrzekł.
Tabaret wyjął z pugilaresa stofrankowy bilet bankowy, który wręczył żandarmowi.
— Teraz, — zapytał, — co pan sędzia myśli? — I równocześnie rzucił na Gevrola tak dumne spojrzenie, że aż złamany ajent uczuł dreszcz w nogach.
— Sądzę, że dzięki pańskiej zręczności dotrzemy, ale...
Nie dokończył. Lekarz, któremu powierzono obdukcję zabitej, wszedł do pokoju. Zeznał niezwłocznie, że wszystkie przypuszczenia Tabareta sprawdziły się najdokładniej. Według jego przekonania, zabójstwo nie odbyło się bez walki. Nawet na szyi ofiary ukazał się niebieskawy znak, spowodowany prawdopodobnie duszeniem ręki. Nareszcie zeznał, że wdowa Lerouge jadła na trzy godziny przed śmiercią.
Nie pozostawało, jak zabrać kilka rzeczy, któreby później mogły zmieszać obżałowanego. Wzięto nóż, szklankę i inne drobiazgi.
Tabaret przypatrywał się bardzo ciekawie paznogciom ofiary i z niesłychaną zręcznością udało mu się wydobyć maluczkie kawałeczki skórki, z których największy miał zaledwie dwa milimetry długości; mimo to można było rozróżnić barwę. Odciął także część sukni, w którą zabójca obtarł swoje narzędzie. Prócz pakietu znalezionego w Sekwanie, było to wszystko, co morderca po sobie zostawił.
Wprawdzie było to nic, ale i to nie miało w oczach sędziego Daburon ogromne znaczenie. Najtrudniejszą rzeczą przy tajemniczych morderstwach, jest docieczenie powodu zbrodni. Jeżeli poszukiwania wezmą błędny obrót, w dalszym toku spawy, sąd oddala się co raz więcej od prawdy.
Dzięki zręczności pana Tabareta, sędzia był już niemal przekonany o powodzie zabójstwa i dla tego spodziewał się świetnego rezultatu.
Gdy noc zapadła, władza nie miała już do czynienia we wiosce Jonchère. Gevrol, który myślał tylko o człowieku z wielkiemi kolcami, oświadczył, że zostanie w Bougival. Przyrzekł dobrze zużytkować wieczór, przetrząsając wszystkie szynki i wyszukując nowych świadków.
Gdy komisarz i wszyscy inni pożegnali sędziego, ten poprosił Tabareta, by mu zechciał towarzyszyć do Paryża.
— Z największą przyjemnością, odpowiedział poczciwiec.
Wyszli razem, a zbrodnia, którą odkryli, stała się tematem ich rozmowy.
— Czy się dowiemy o przeszłości tej kobiety? — powtarzał ojciec Tabaret. — Wszystko od tego zawisło.
— Dowiemy się, — odparł sędzia, — jeśli tylko kupcowa mówiła prawdę. Jeśli mąż wdowej Lerouge był marynarzem i jeśli syn jej, Jakób, jest na statku rządowym, to minister marynarki poinformuje nas nie zadługo. Jeszcze dziś napiszę do ministra.
Przybywszy na stację Reuil, wsiedli do wagonu. Przypadek dobrze im posłużył. Znaleźli się sami w coupé pierwszej klasy.
Ale pan Tabaret nic nie mówił. Rozmyślał, szukał, kombinował, a na jego czole można było dostrzedz całą wewnętrzną pracę. Sędzia patrzył nań ciekawie, zaintrygowany charakterem tego szczególnego człowieka, który kierowany oryginalną namiętnością, oddawał się na usługi ulicy Jerozolimskiej.
— Panie Tabaret, — zagadnął nagle, — czy oddawna poświęcasz się zawodowi policyjnemu.
— Od dziewięciu lat, panie sędzio; dziewięć lat minęło, a bardzo mię dziwi, (przepraszam za śmiałość), że pan sędzia o mnie nie słyszał...
— Z rozgłosu znam pana oddawna, — odpowiedział pan Daburon, — i tylko dlatego kazałem pana prosić do Jonchère żem słyszał wiele o jego rzadkim talencie. Ciekawym, co pana mogło rzucić na tę drogę?
— Zmartwienia, panie sędzio, opuszczenie, nudy. Ach! nie byłem ja zawsze szczęśliwy...
— Mówiono mi, żeś pan bogaty.
Tabaret westchnął boleśnie.
— Prawda, mam się nie źle, — odpowiedział po chwili, — ale nie zawsze tak było. Aż do czterdziestego piątego roku, żyłem wśród poświęceń śmiesznych i bezpotrzebnych. Miałem ojca, który zwichnął moją młodość, zatruł moje życie i zrobił ze mnie najnieszczęśliwszego z ludzi.
Pan Daburon, który pomimo woli był wszędzie sędzią śledczym, zapytał ciekawie:
— Jakto, panie Tabaret, własny ojciec był powodem pańskiego nieszczęścia?
— Niestety! panie sędzio. Jużem mu przebaczył, ale dawniej strasznie go przeklinałem. Niegdyś złorzeczyłem jego pamięci: skorom się dowiedział, że... Ależ ja mogę panu wszystko powierzyć. Miałem lat dwadzieścia pięć, a w banku zastawniczym pensję, wynoszącą dwa tysiące franków, gdy pewnego poranku mój ojciec wszedł do mnie oświadczając, że stracił cały majątek i że nie ma z czego żyć. Zdawał się rozpaczać i mówił, że sobie życie odbiorze. Jam go kochał. Rzecz naturalna, że go zacząłem pocieszać, że pięknemi barwami malowałem moje położenie i żem go błagał, aby się nie martwił, bo jak długo sił mi stanie, na niczem mu zbywać nie będzie. Natychmiast prosiłem go, aby się do mnie sprowadził. Jak się powiedziało, tak się zrobiło; a przez dwadzieścia lat dźwigałem na sobie starego...
— Jakto! Pan sobie wyrzucasz szlachetne postępowanie?
— Jeśli sobie wyrzucam, to tylko dla tego, że starzec ten zasługiwał, abym go struł chlebem, który mu podawałem...
Pan Daburon zrobił znak zdziwienia, który nie uszedł uwadze Tabareta.
— Racz pan wpierw wysłuchać, zanim mię potępisz, — ciągnął dalej tonem bolesnym. — Tak więc przez długich lat dwadzieścia, wyrzekałem się dla ojca wszelkich przyjemności. Nie było już przyjaciół ani miłostek. Nic... Wieczór, aby zwiększyć moją szczupłą pensję, chodziłem do pewnego notarjusza i kopiowałem rozmaite szpargały. Odmawiałem sobie nawet tytoniu. Trapiłem się jak nikt, bo stary skarżył się bezustannie, żałując szczęśliwej przeszłości, i miewał co raz większe wymagania, których żadną ofiarą nie mogłem zaspokoić. Bóg wie ilem wycierpiał! Nie urodziłem się, aby na świecie żyć sam jeden jak pies. Pragnąłem życia rodzinnego. Mojem snem wymarzonem było małżeństwo, w którembym znalazł miłość ukochanej kobiety i szczebiotanie drobnych istot. Lecz cóż?... Jeśli myśli te rozdzierały serce, dławiły mię i wyciskały łzy z oczu, wyrzucałem sobie brak wytrwałości w synowskiem przywiązaniu. Mawiałem do siebie: „Gdy się ma na rok tylko trzy tysiące franków i drogiego ojca, należy przytłumić tego rodzaju uczucia i zostać starym kawalerem.“ A jednak i jam znalazł anielską dziewicę! Już trzydzieści lat temu... postarzałem się jak grzyb... Nazywała się Hortenzja. Bóg wie co się z nią stało! Była piękna i biedna. Koniec końców, byłem już starcem, gdy mój ojciec umarł — ten nędznik!... ten...
— Panie Tabaret, przerwał sędzia, — panie Tabaret!
— Ależ mówiłem panu, żem mu już przebaczył. Lecz zechciej pan zrozumieć mój gniew... W dniu, w którem umarł, znalazłem w jego sekretarzyku zapis na dwadzieścia tysięcy franków renty...
— Jakto! więc był bogaty?
— Nie inaczej, bardzo bogaty, bo to jeszcze nie wszystko. W pobliżu Orleanu posiadał majątek, który wydzierżawiał za sześć tysięcy franków rocznie. Prócz tego dom, w którym mieszkałem, był także jego własnością. Mieszkaliśmy razem, a ja głupiec, osieł, bydle, płaciłem co trzy miesiące moją ratę staremu odźwiernemu.
— To za wiele! — rzekł pomimo woli pan Daburon.
— Nie prawdaż, panie? Tak samo, jakgdyby mi wykradał pieniądze z kieszeni. Na domiar szyderstwa, zostawił testament, w którym oświadczył w imię Ojca i Syna, że działając w ten sposób, miał na myśli tylko mój własny interes, bo chciał mnie przyzwyczaić do porządku, oszczędności i odwieźć od wszystkich możebnych głupstw. A ja miałem już lat czterdzieści pięć i odmawiałem sobie przez lat dwadzieścia najmniejszego wydatku! Znaczy to, że spekulował na moje dobre serce, że... Takiem postępowaniem można zabić uczucie synowskie... słowo honoru!
Jakkolwiek bardzo naturalny, gniew Tabareta był jednakże w tej chwili tak komiczny, że sędzia z trudnością mógł się powstrzymać od śmiechu, pomimo przykrego wrażenia, jakie na nim zrobiło to opowiadanie.
— Przynajmniej, — rzekł sędzia, — majątek powinien był pana pocieszyć.
— Bynajmniej, panie sędzio, majątek przyszedł za późno. Mieć chleb, gdy się już nie ma zębów, cudowna rzecz! Wiek, w którym mogłem się był ożenić, minął bezpowrotnie... Natychmiast po śmierci ojca podałem się do dymisji, aby moją posadę oddać uboższemu. W miesiąc nudziłem się na śmierć, i wtedy dla zaspokojenia uczuć, do których już nie miałem żadnego prawa, postanowiłem oddać się namiętności, nałogowi, manji... Zacząłem zbierać książki. Pan zapewne mniemasz, że do tego potrzeba wiadomości, nauki?
— Wiem, panie Tabaret, że do tego potrzeba przedewszystkiem pieniędzy. Znam znakomitego bibliofila, który z pewnością umie czytać, ale który bez najmniejszej wątpliwości nie umie podpisać swojego nazwiska.
— Bardzo być może. Co do mnie, umiem czytać, i czytałem wszystkie książki, które kupiłem. Wypada mi tu nadmienić, że zbierałem jedynie takie dzieła, które traktowały o sprawach policyjnych. Pamiętniki, sprawozdania, pamflety, mowy, listy, romanse, wszystko było dla mnie dobre, i wszystko pożerałem z gorączkową skwapliwością. Po niejakim czasie doprowadziłem do tego, że uczułem jakiś pociąg do tej tajemniczej potęgi, która w głębi ulicy Jerozolimskiej nadzoruje całe społeczeństwo, widzi wszystko, przedziera wzrokiem najgrubsze zasłony, uchyla wszelkie niebezpieczeństwa, zgaduje to, o czem jej nikt nie mówił; która zna ludzi, wartość ich sumienia, i która na swych kartonach ma spisane najstraszniejsze i najnikczemniejsze tajemnice. Czytając pamiętniki sławnych ajentów policyjnych, entuzjazmowałem się dla tych ludzi o delikatnym węchu, którzy z niezrównaną zręcznością wykrywają zbrodnie i łapią sprawców, którzy, jak dzicy Coopera, ścigają nieprzyjaciela przez dziewicze lasy Ameryki. Wkrótce zdjęła mnie chęć stać się przynajmniej jednem kółkiem w tej cudownej maszynie, aby karać zbrodnie a bronić niewinności. Zacząłem doświadczać sił swoich, a przyszłość okazała, że mam pewne zdolności do nowego rzemiosła.
— I podoba się panu ten nowy zawód?
— Zawdzięczam mu, panie sędzio, największe przyjemności. Odtąd bądź zdrowa nudo! Polowanie na rozumne stworzenia, to boska rzecz! Wzruszam ramionami, widząc, jak amator myślistwa płaci 25 franków za strzał do zająca. Śliczna zdobycz! Cóż to w porównaniu z polowaniem na człowieka! Tu potrzeba użyć wszystkich władz umysłowych, a zwycięztwo nie jest bez sławy. Zwierzyna jest tak samo zręczna jak myśliwy, a broń jest prawie jednakową. Ach, gdyby znano wszystkie wrażenia tej gry w ślepą babkę, którą widzimy między zbrodniarzem a ajentem policyjnym, każdy chciałby pójść na usługi ulicy Jerozolimskiej. Szkoda tylko, że cudowna ta sztuka zaczyna się starzeć. Piękne zbrodnie stają się co raz rzadsze. Rasę wielkich zbrodniarzy, zastapiła zgraja głupich łotrów, którzy taki ślad po sobie zostawiają, że brakuje tylko ich karty wizytowej. Nie wielka zasługa złapać jednego z tych jegomościów. Sam włazi w samotrzask. Po stwierdzeniu faktu, trzeba tylko pójść i uwięzić.
— Mimo to, zdaje mi się, przerwał pan Daburon z uśmiechem, — że nasz skrytobójca nie był zbyt niezręcznym...
— Prawda, panie sędzio, ten należy do wyjątków. To też byłbym szczęśliwy, gdybym go mógł złowić. Uczynię wszystko, a jeśli będzie potrzeba, nawet się narażę. Bo muszę się przyznać panu sędziemu, — dodał z miną nieco zakłopotaną, — że przed mymi przyjaciółmi nie chlubię się mojem rzemiosłem. Ukrywam je o ile możności najtroskliwiej. Możeby mi nie ściskali ręki tak czule, wiedząc, że Tabaret a Jasnowidz to jedno i to samo.
— Dokonana zbrodnia stała się nieznacznie tematem rozmowy. Postanowiono, aby od jutra Tabaret zamieszkał w Bougival. Potrzeba było najmniej ośm dni do przesłuchania całej okolicy. Sędzia przyrzekł ze swej strony donieść mu o toku sprawy, podawać wszystkie szczegóły i wezwać go bezzwłocznie, jak tylko władza dowie się o przeszłości wdowej Lerouge.
— Dla pana, panie Tabaret, — kończył sędzia, — jestem zawsze w domu. Jeżeli zechcesz ze mną pomówić, możesz przyjść tak dobrze w nocy jak w dzień. Wychodzę rzadko. Bez najmniejszej wątpliwości zastaniesz mię o każdej godzinie w gabinecie lub sypialni, w pałacu, przy ulicy św. Jakóba. Rozkażę służącemu, aby pana wprowadzał bez żadnych formalności.
W tej chwili pociąg stanął przed dworcem. Pan Daburon prosił Tabareta do swego powozu. Poczciwiec odmówił.
— Dziękuję za grzeczność, — odpowiedział z ukłonem. — Mieszkam ztąd o dwa kroki, na ulicy św. Łazarza.
— A więc jutro! rzekł pan Daburon.
— Jutro! — potwierdził Tabaret i dodał półgłosem: — Znajdziemy!


III.

Dom pana Tabareta stoi w rzeczy samej o kilkaset kroków od dworca św. Łazarza. Jest to piękny i starannie utrzymywany pałac, który musi nieść bardzo piękny dochód, lubo mieszkania nie są zbyt drogie.
Nasz znajomy czuje się w nim bardzo wygodnie. Na pierwszem piętrze zajmuje obszerny apartament, z oknami na ulicę główną, w którym pokoje są dobrze rozdzielone, wygodnie umeblowane i ozdobione wielkim zbiorem książek. Tabaret wiedzie życie skromne, do zbytków bowiem nie miał się kiedy przyzwyczaić, a podeszła służąca myśli o zaspokojeniu wszystkich potrzeb domowych.
W całym domu nikt nie przypuszczał, aby właściciel miał skłonność do policyjnego zawodu. Na jego twarzy nie było ani śladu sprytu, którym musi się wyszczególniać każdy ajent bezpieczeństwa publicznego. A jeśli czasami był nadto roztargniony, brano to na karb idjotyzmu.
Lecz nie uszły uwadze jego dziwne zwyczaje. Bezustanne wycieczki z domu, otaczały go tajemniczością. Nie było młodzieńca, któryby wiódł tak nieporządne życie, jak ten starzec. Najczęściej nie przychodził na obiad, a jeśli się zjawił, to jadł co bądź. Wychodził o każdej godzinie, czy w dzień czy w nocy, nie raz wcale nie wracał, a nawet czasem nie pojawił się przez przeciąg długich tygodni. Potem odbierał dziwne wizyty: słyszano jak u bramy dzwoniono w niezwyczajny sposób i jak wchodzili ludzie z podejrzanemi twarzami.
To rozwięzłe życie zdeskredytowało go w opinji powszechnej. Każdy widział w nim strasznego lekkomyślnika, trwoniącego dochody na najohydniejsze rozrywki. Mawiano: „Czyż to nie wstyd dla człowieka w tym wieku!“ On wiedział jakie wieści krążyły i śmiał się w duchu. Mimo to, niektórzy z jego lokatorów starali się zawiązać z nim znajomość, zapraszając go na obiady. Tabaret odmawiał prawie zawsze.
Tylko u jednej osoby, mieszkającej w jego domu, czuł się jak u siebie, tak dalece, że w jej pokoju spędzał zwyczajnie więcej czasu, niż we własnym gabinecie. Była to pani Gerdy, wdowa, która od piętnastu lat zajmowała nie wielki apartament na trzeciem piętrze. Mieszkała ona ze swym synem, którego wielbiła. Imię jego Noel.
Noel liczył lat trzydzieści trzy, ale wyglądał nierównie starzej. Słuszny, dobrze zbudowany, miał rysy inteligentne i szlachetne, duże czarne oczy i czarne włosy, które spadały po obu bokach w naturalnych kędziorach. Poświęciwszy się adwokaturze, uchodził za prawnika wielkich zdolności i jednał sobie co raz szersze uznanie. Należał do ludzi pracowitych, zimnych, głęboko myślących, którzy z pewną chełpliwością lubią wskazywać na swoje poważne zasady i surowe obyczaje.
U pani Gerdy, pan Tabarat był jak u siebie. Uważał się za członka rodziny, a Noela kochał jak własnego syna. Niejednokrotnie przychodziło mu na myśl starać się o rękę tej poważnej wdowy, która mimo pięćdziesięciu lat, była jeszcze bardzo miłą, wszelako wstrzymywała go zawsze nie bojaźń przed odmową, ale przed jej następstwami. W razie odrzucenia prośby, serdeczne stosunki przyjaźni byłyby na zawsze zerwane. Ale za to, w pięknym i dobrym testamencie, złożonym u notarjusza, mianował młodego adwokata uniwersalnym spadkobiercą całego majątku, ale pod warunkiem, żeby roczna nagroda, wynosząca dwa tysiące franków, była co rok ustanowiona dla takiego ajenta policyjnego, któremu uda się wyjaśnić najzawilszą sprawę.
Chociaż do domu miał nie daleko, Tabaret szedł przecież blisko dwadzieścia minut.
Pożegnawszy się z sędzią i uchwyciwszy na nowo nić swoich rozmyślań, szedł tak nieuważnie, że przechodnie trącali go to na prawo, to na lewo; jeśli więc zrobił jeden krok naprzód, musiał potem o dwa w tył się cofnąć.
Już po raz setny powtórzył słowa wdowej Lerouge, przytoczone przez mleczarkę: „Gdybym chciała więcej, miałabym.“
— Tu się wszystko mieści, — szeptał. — Wdowa Lerouge musiała wiedzieć o jakiejś ważnej tajemnicy, którą ludzie bogaci i możni chcieli koniecznie ukryć. W tej tajemnicy mieścił się jej majątek. Skakali, jak ona im zagrała... Ale jakiej treści mogła być tajemnica, i w jaki sposób przyszła do niej? Zapewne w swej młodości służyła w jednym z najbogatszych domów. Tam musiała coś zobaczyć, podsłuchać, odkryć. Ale co? Bez najmniejszej wątpliwości kobieta musi tu odgrywać ważną rolę... Czy Lerouge ułatwiała miłostki swej pani? Dla czegóż nie? W takim razie sprawa gmatwa się... Nie tylko samą kobietę trzeba wyszukać, ale i kochanka, bo z pewnością on dopuścił się zbrodni. Jeśli się nie mylę, musi to być wielki pan. Mieszczanin byłby zapłacił morderców... Ten nie cofnął się, uderzył sam, unikając w ten sposób hańby i zdrady ze strony spólników. To jakiś rzadki chłopiec, pełen odwagi i zimnej krwi, bo znakomicie dokonał zamachu. Łotr pokierował świetnie... Bezemnie, Gevrol, wierząc w kradzież, byłby wszystko popsuł. Ale kto wie — ciągnął Tabaret — może to jeszcze nie to... musi być coś gorszego niż miłostka... Taką awanturę byłby już czas zatarł do szczętu... Po co więc zbrodni?
Pan Tabaret zbliżył się do bramy swego domu. Odźwierny, siedząc przy oknie, ujrzał twarz gospodarza oblaną światłem gazowem.
— Patrz, pan przyszedł, — rzekła odźwierna.
— Zdaje się, — zauważył mąż, — że jego księżniczka nie chciała mu dziś dać przytułku, bo wygląda bardzo zafrasowany...
— Czy to przyzwoicie, — ciągnęła odźwierna, — żeby tak nisko upaść! W pięknym stanie zostawiają go jego huryski! Pewnego poranku będziemy go musieli odprowadzić do domu obłąkanych, gdzie mu darują koszulę przymusową.
— Przypatrz mu się tylko dobrze, — przerwał odźwierny, — przypatrz mu się, jak ładnie wygląda...
Tabaret wstrzymał się na końcu wysokiej i przestronnej sieni, a zdjąwszy kapelusz, mówił głośno do siebie i rozmachiwał rękami:
— Nie, — powtarzał dość głośno, — nie, jeszczem nie dotarł do głębi... Pali mię... djabli wiedzą, kiedy to się wyjaśni.
Wszedł na schody i zadzwonił u swoich drzwi, zapomniawszy, że w kieszeni miał klucz. Klucznica otworzyła.
— To pan... o tej godzinie?...
— Co? co? — zapytał gospodarz.
— Chciałam powiedzieć, — ciągnęła służąca, — że minęło pół do dziewiątej. Sądziłam, że pan już dziś nie przyjdzie. Czy pan jadł obiad?
— Nie, jeszcze nie...
— Dzięki Bogu, że postawiłam obiad na kominku; zaraz panu podam...
Tabaret usiadł, nalał zupy na talerz, lecz zapomniawszy o klucznicy i jedzeniu, zatrzymał się olśniony jakąś myślą, z łyżką podniesioną do góry.
— Oszalał, — pomyślała Maneta; — jaki spodlony wyraz! Czy człowiek o zdrowych zmysłach może wieść takie życie?
Uderzyła go lekko po ramieniu, krzycząc do ucha, jak gdyby był głuchy.
— Pan nie je?... może pan nie głodny?...
— I owszem, i owszem, — wyjąknął Tabaret, — starając się machinalnie uwolnić od tego głosu, który nielitościwie raził słuch jego; — mam wyborny apetyt, bo od rana musiałem...
Urwał, wpatrując się w próżnię.
— Pan musiałeś? — powtórzyła Maneta.
— Do kroćset! — zawołał wznosząc do sufitu zaciśnięte pięści; — do kroćset, mam cię!...
Ruch ten był tak nagły i gwałtowny, że strwożona klucznica uznała za stosowne cofnąć się w głąb sali i zatrzymać się dopiero przy drzwiach.
— Nie inaczej, — ciągnał, — nie podlega wątpliwości... tu musi być dziecko...
Maneta szybko się zbliżyła.
— Dziecko? zapytała.
Lecz gospodarz spostrzegłszy, że służąca bawi się w szpiega, spojrzał na nią surowo, mówiąc:
— Ślicznie! co ty tu robisz? Kto cię ośmielił podchwytywać słowa, które mi się czasem wyrywają? Bądź tak dobrą i odejdź do kuchni, a nie pokazuj mi się na oczy, dopóki cię nie zawołam.
— Już zaczynam tracić cierpliwość, — myślała Maneta wychodząc szybko.
Tabaret uspokoił się zupełnie. Zimną jak lód zupę połykał pełnemi łyżkami.
— Jak to być może, — mówił do siebie, — żem na to zaraz nie wpadł? Biedna ludzkość! Mój umysł zaczyna starzeć się i nużyć. A przecież to jasne jak dzień. Okoliczności przemawiają najzupełniej.
Zadzwonił, służąca weszła.
— Pieczeń! — zawołał, — i precz mi z oczu! Nie inaczej, — ciągnął, krając prędko polędwicę; — nie inaczej, musi być dziecko... Oto cała historja: Wdowa Lerouge służyła u bardzo bogatej damy. Mąż, zapewne marynarz, odjeżdża w daleką drogę. Żona, która ma kochanka, widzi się nagle w stanie błogosławionym. Nie wiedząc co począć, zwierza się przed wdową Lerouge, i przy jej pomocy ukrywa nowonarodzone...
Zadzwonił po raz drugi.
— Maneto! desert i precz mi z oczu!
Tabaret jadł, ale co jadł, o tem z pewnością nie wiedział; był to kompot z gruszek.
— Lecz dziecko, — szeptał, — co się z dzieckiem stało? Może je zabito? Nie, bo wdowa Lerouge jako współwinna, nie byłaby więcej straszną. Kochanek chciał, aby dziecko żyło, powierzono je więc naszej wdowej, która je wychowała. Później można jej było odebrać dziecię, ale dowody jego urodzenia i istnienia zostały przy niej. Oto jak na dłoni: Ojciec, to ten pan, którego widziano w pięknym powozie; matka, to owa dama, która przyjeżdżała z pięknym młodzieńcem. Miano dużo kłopotów, więc powiedziano sobie: „Skończmy!“ Ale kto wypełnił trudne posłannictwo? Ojciec? Nie, on za stary. Do kroćset! to syn. Piękny chłopczyk chciał ocalić swą matkę. Uśmiercił wdowę i spalił dowody.
Tymczasem Maneta, z uchem przy dziurce od klucza, słuchała całą duszą. Od czasu do czasu schwyciła jakieś słowo, przekleństwo, lub łoskot uderzenia ręką o stół, ale na tem koniec.
— Zapewne jego kobiety tłuką mu się po głowie, — pomyślała złośliwie. — Chciały weń wmówić, że jest ojcem...
Była tak śmiałą, że uchyliła drzwi.
— Pan życzysz sobie kawy? — zapytała bojaźliwie.
— Nie, ale daj, — odrzekł Tabaret.
Chciał ją połknąć, lecz popiekł się tak nieznośnie, że ból pojednał go z realną rzeczywistością.
— Do kroćset! — burczał, — gorąca! Djabla sprawa! Dobrze mówią, że jestem zanadto namiętny... Ale kto z nich wszystkich, jedynie przy pomocy zwykłej loiki, byłby ułożył taką historję? Pewnie nie Gevrol, ten półgłówek! A to będzie zły, poniżony, zdruzgotany! Gdybym poszedł odwiedzić sędziego? Nie, jeszcze za prędko. Noc potrzebna do rozwiązania niektórych szczegółów, do ułożenia myśli... Lecz jeśli zostanę w domu, cała ta sprawa wzburzy mi krew w żyłach, a że jadłem za wiele, łatwo się rozchorować. Dalipan! pójdę dowiedzieć się, jak się ma pani Gerdy, bo temi dniami była cierpiącą; pogawędzę także z Noelem, to mię rozerwie.
Wstał, na ramiona zarzucił odziankę i wziął kapelusz w jedną, a laskę w drugą rękę.
— Pan wychodzi? — zapytała Maneta.
— Jak widzisz.
— Pan wróci późno?
— Bardzo być może.
— Ale pan wróci?
— Nie wiem.
W minutę pan Tabaret zadzwonił u drzwi swoich przyjaciół.
Wnętrze apartamentu pani Gerdy nie pozostawiało nic do życzenia. Miała się dobrze, a zatrudnienie Noela, który liczył rozległą klientelę, było prawdziwym majątkiem.
Pani Gerdy wiodła życie samotne; z wyjątkiem przyjaciół, których Noel zapraszał czasem na obiad, zresztą nie przyjmowała nikogo. Przez piętnaście lat, pan Tabaret widywał u niej tylko proboszcza miejscowej parafji, starego profesora Noela, i brata pani Gerdy, pensjonowanego pułkownika.
Jeśli te trzy osoby zeszły się razem, co zresztą zdarzało się rzadko, grywano w bostona. Innym razem urządzano partję pikiety. Wtedy Noel wychodził z salonu i zamykał się zaraz po obiedzie w swoim gabinecie, odosobnionym od apartamentu matki, gdzie zatapiał się w stosach najróżnorodniejszych papierów. Wiedziano, że pracował bardzo długo. Często w zimie lampa jego gasła dopiero o świcie.
Matka i syn żyli tylko jedno dla drugiego. Ktokolwiek ich znał, musiał to przyznać. Kochano, szanowano Noela za miłość, jaką czuł ku matce i za ofiary, które według ogólnego przekonania dla niej ponosił, żyjąc nie jako młodzieniec, ale jako starzec. W domu lubiano porównywać surowe postępowanie tego młodzieńca z życiem Tabareta, który mimo peruki, grał rolę niepoprawnego libertyna.
Pani Gerdy nie widziała na tym świecie nic, prócz syna. Miłość dla niego stała się u niej religją. W Noelu widziała wszystkie doskonałości, wszystkie piękności fizyczne i moralne. Zdawało jej się, że Noel jest doskonalszym od wszystkich stworzeń Boga. Gdy mówił, słuchała go w milczeniu. Każde jego słowo było dla niej rozkazem. Rady syna uważała za wyroki Opatrzności.
Starać się o dobro Noela, odgadywać jego życzenia, utrzymywać go ciągle w lubej atmosferze czułości — taki był cel jej życia. Nie dziw — była matką.
— Czy można się widzieć z panią Gerdy? — zapytał Tabaret, skoro służąca drzwi otworzyła.
I nie czekając na odpowiedź, wszedł jak człowiek, który wie, że obecność jego nie może tu być niemiłą.
Jedna tylko lampa oświecała salon, w którym nie było zwykłego porządku. Mały stolik marmurowy, stojący zawsze na środku, stoczył się w kąt. Wielki fotel pani Gerdy znajdował się przy oknie, a na dywanie leżał rozwinięty dziennik.
Ochotnik policyjny objął to wszystko jednym rzutem oka.
— Czy tu się co wydarzyło? — zapytał przerażony, zwracając się do służącej.
— Niech mię pan nie pyta... Potrwożyliśmy się okropnie, ach! jak...
— I cóż takiego? mów prędzej.
— Wiadomo panu, że blisko od miesiąca pani jest bardzo cierpiącą. Prawie nic nie je. Nawet zrana mówiła mi...
— Dobrze, dobrze, ale co wieczór?
— Po obiedzie pani przyszła do salonu jak zwyczajnie. Usiadłszy przy stoliku wzięła jeden z dzienników pana Noela. Zaledwie zaczęła czytać, krzyknęła straszliwie, przerażająco! Przybiegliśmy, zastaliśmy ją na pół umarłą na dywanie. Pan Noel wziął ją na ręce i odniósł do sypialni. Chciałam pójść po doktora, ale pan Noel powiedział, że nie potrzeba, bo wie, co jej jest...
— A jak się ma teraz?
— Przyszła do siebie. To jest zdaje mi się, że musi jej być lepiej, bo pan Noel kazał mi wyjść z pokoju. Nie dawno mówiła tak głośno, żem aż tu słyszała. Ach! panie, to dziwne...
— Co? To, co pani mówiła do pana...
— Pięknie, pięknie, rzekł Tabaret szyderczo, więc ty lubisz podsłuchiwać pode drzwiami?
— Nie, przysięgam panu, ale pani krzyczała jak opętana; mówiła...
— Córko! — rzekł poważnie Tabaret; — pode drzwiami zawsze się źle słyszy.
Służąca zmieszana i zarumieniona chciała się tłumaczyć.
— Dość, dość, — przerwał Tabaret. — Idź do swego zatrudnienia. Nie chcę przeszkadzać panu Noelowi; poczekam tu.
I zadowolony z małej nauczki, którą dał słudze, podniósł dziennik, usiadł koło kominka, postawił obok siebie lampę, i zaczął czytać. W minutę rzucił się na fotelu i z trudnością powstrzymał okrzyk zdziwienia, z którem połączyła się jakaś nieokreślona trwoga. Oto co między rozmaitościami wpadło mu w oczy:
„Okropna zbrodnia przejęła grozą małą wioszczynę Jonchère. Biedna wdowa, nazwiskiem Lerouge, którą powszechnie szanowano i którą cała wioska kochała, została zamordowana we własnym domu. Sąd, ostrzeżony w czas, udał się natychmiast na miejsce czynu, a wszystko pozwala przypuszczać, że policja jest już na tropie sprawcy tego nikczemnego skrytobójstwa.“
— Do kroćset! — mruknął Tabaret, — czy może pani Gerdy...
Myśl ta przeleciała jak błyskawica i zgasła. Usiadł znów na dawnem miejscu zawstydzony, wzruszając ramionami i mrucząc:
— Do pioruna! ta sprawa robi mię co raz głupszym. Myślę tylko o wdowej Lerouge i wszędzie ją widzę.
Mimo to niewytłumaczona ciekawość kazała mu przejrzeć cały dziennik. Lecz prócz tych kilku wierszy nie znalazł nic, coby mogło usprawiedliwić zemdlenie, krzyk, a nawet najmniejsze wzruszenie.
— Dziwna to jednak okoliczność, — pomyślał niepoprawny policjant.
Dopiero teraz spostrzegł, że dziennik był nieco naddarty u dołu ręką konwulsyjną. Mimowolnie powtórzył:
— To dziwne!...
W tej chwili, drzwi wiodące z salonu do sypialni pani Gerdy rozwarły się i Noel ukazał się na progu.
Bez wątpienia wypadek, który się przydarzył matce, nie mało go wzruszył; był bardzo blady, a wyraz jego twarzy zazwyczaj tak spokojny, zdradzał wielką irytację. Zdawał się niezadowolonym ujrzawszy Tabareta.
— Ach! drogi Noelu, — zawołał gość, — uspokój moją trwogę, jak się ma matka?
— Pani Gerdy ma się bardzo dobrze.
— Pani Gerdy! — powtórzył Tabaret tonem zdziwionym. — Widać, — ciągnął patrząc na Noela, — żeś się pan szalenie przestraszył.
— W rzeczy samej, — odpowiedział adwokat siadając, — doznałem przykrego wstrząśnienia.
Widocznie Noel wytężał wszystkie siły, aby spokojnie słuchać Tabareta i odpowiadać na jego pytania. Tabaret, zajęty własnym niepokojem, nic nie widział.
— Przynajmniej powiedz mi, moje dziecko, jak to się stało.
Młody człowiek zawahał się, jakby się radził sam siebie. Zapewne nie będąc przygotowanym na to natarczywe pytanie, nie wiedział jaką dać odpowiedź.
— Pani Gerdy przestraszyła się okropnie, wyczytawszy w dzienniku, że pewna kobieta, którą kochała, została zamordowaną.
— Tak?! — zawołał Tabaret.
Nasz poczciwiec do tego stopnia był zdziwiony, że omal nie zdradził swego policyjnego zawodu. Jeszcze trochę, a byłby zawołał: „Jakto pańska matka znała wdowę Lerouge?“ Na szczęście wstrzymał się. Ale z nierównie większą trudnością ukrył radość, iż bez kłopotów udało mu się wpaść na trop tej zawiłej sprawy.
— Była to, — ciągnął Noel, — niewolnica pani Gerdy. Była jej oddana duszą i ciałem, byłaby się w ogień rzuciła na jedno skinienie jej ręki...
— A więc ty, mój drogi przyjacielu, znałeś tę zacną kobietę?
— Nie widziałem ją już od dawna, — odpowiedział Noel głosem, w którym przebijała się głęboka boleść, — ale znałem ją bardzo dobrze. Muszę się nawet przyznać, żem ją kochał; ona była moją mamką...
— Ona!... ta kobieta! — wyjąknął Tabaret.
Tym razem myślał, że oszaleje. Wdowa Lerouge mamką Noela! Widocznie sama Opatrzność wybrała go za narzędzie i wiodła za rękę. A więc miał się dowiedzieć o wszystkich szczegółach, o odkryciu których wątpił jeszcze przed pół godziną. Na przeciw Noela siedział niemy, zmieszany. Ale zrozumiał, że jeśli nie ma się skompromitować, powinien przemówić.
— To wielkie nieszczęście. — rzekł po chwili.
— Nie wiem jak dla pani Gerdy, — odpowiedział Noel głosem wzruszonym, — ale dla mnie bardzo wielkie. Broń, którą zabito tę kobietę, przeszyła na wskróś moje serce... Ta śmierć, panie Tabaret, niszczy wszystkie moje marzenia przeszłości i obala uprawnione nadzieje. Miałem się pomścić za srogie katusze, a ta śmierć łamie broń w moich rękach i rzuca mię na pastwę niemożliwości!... Ach! jak jestem nieszczęśliwy!
— Pan nieszczęśliwy?! — zawołał Tabaret, dziwnie wzruszony boleścią ukochanego Noela, — na litość boską! co się panu stało?
— Cierpię, — ciągnął adwokat, — najsroższe katusze, bo nietylko niesprawiedliwość nie zostanie usuniętą, lecz jeszcze nie mogąc bronić się, jestem narażony na ohydne oszczerstwo. Powiedzą o mn!e, że byłem artystą w szalbierstwie, dumnym intrygantem bez czci i wiary!
Tabaret nie wiedział co myśleć. Między honorem Noela a zbrodnią w Jonchère nie mógł się dopatrzyć najmniejszego łącznika. Tysiące sprzecznych myśli krzyżowało się w jego mózgu.
— Dziecko moje, — rzekł czule, — nie rozpaczaj. Czyż oszczerstwo mogłoby ciebie dosięgnąć?! Odwagi, do kroćset! alboż nie masz przyjaciół? Czyż nie jestem przy tobie? Zaufaj mi przedmiot twego zmartwienia, a zobaczymy, ażali nam obu sam djabeł podoła!
Adwokat zerwał się, trącony nagłem postanowieniem.
— A więc dobrze, dowiesz się pan o wszystkiem. W rzeczy samej już mi za ciężko dźwigać bez współudziału tak wielkie brzemię. Rola, którą sobie narzuciłem, gniewa mię, bo jest mnie niegodną. Potrzebuję przyjaciela, który by mię pocieszył. Potrzebuję doradcy, którego głos mógłby mi dodać odwagi, zwłaszcza, że we własnych sprawach jest się najgorszym sędzią — a ta zbrodnia wtrąca mię w odchłań niestanowczości...
— Przecież pan wiesz, — odpowiedział spokojnie Tabaret, — że kocham cię, jak własne dziecko. Rozporządzaj mną bez wahania.
— A więc, — zaczął adwokat. — Lecz nie! nie tu... Nie chcę, aby nas kto podsłuchiwał; przejdźmy do mojego pokoju.


IV.

Skoro Noel i Tabaret, zamknąwszy główne drzwi z wszelką ostrożnością, usiedli na przeciwko siebie w gabinecie adwokata, nasz poczciwiec uczuł pewien niepokój.
— A gdyby pańska matka miała jaką potrzebę? — rzekł po chwili.
— Jeśli pani Gerdy zadzwoni, — odpowiedział młody człowiek suchym tonem, — służąca jest na jej rozkazy.
Ta obojętność i ten chłód zmieszały do reszty Tabareta, który od tylu lat był przyzwyczajony do serdecznych stosunków między matką a synem.
— Zlituj się, Noelu, — przemówił głosem błagalnym, — i nie poddawaj się chwilowemu rozdrażnieniu. Jak widzę, miałeś z matką jakąś sprzeczkę, ale jutro o niej zapomnisz. Porzuć więc ten przykry ton, którego używasz mówiąc o niej. Dla czego nazywasz ją panią Gerdy? Taka przesada jest niegodną ciebie...
— Dla czego? — rzekł adwokat głosem stłumionym; — dla czego!...
Wstał z fotelu, przeszedł się wzdłuż pokoju, a potem usiadłszy znowu naprzeciwko Tabareta, rzekł:
— Dla tego, panie Tabaret, że pani Gerdy nie jest moją matką...
Ten frazes padł jak piorun na głowę starego ajenta. Zdawało mu się, że utraci zmysły.
— Ależ, — zaczął tym tonem, którego używamy do odtrącenia rzeczy niemożebnych, — czy pomyślałeś, mój synu, o tem coś powiedział? Jestże to prawdopodobne?
— O! prawda, że to nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe... Od lat trzydziestu trzech, to jest od dnia, w którym na świat przyszedłem, ta kobieta grała na korzyść swojego syna tajemniczą i ohydną komedję, a jam na tem cierpiał!...
— Mój przyjacielu... — chciał zacząć Tabaret, który w tem wyznaniu widział z daleka powód zabicia wdowej Lerouge.
Ale Noel nie słuchał. Ten młodzieniec taki niegdyś zimny, poważny i zamknięty w sobie, nie mógł teraz opanować swego gniewu. Słysząc własne słowa ożywiał się i prawie odchodził od siebie.
— Czy jest na świecie człowiek, — mówił głosem urywanym, — któregoby tak okrutnie oszukano i tak nikczemnie wyszydzono?... A ja, jam kochał tę kobietę! Ja jej składałem dowody prawdziwie synowskiego przywiązania, jam jej poświęcił moją młodość!... Jej nikczemność datuje się od chwili, gdy po raz pierwszy wzięła mię na kolana. (Więcej książek Émile Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach) Do dnia dzisiejszego grała wybornie swoją podłą rolę... Jej miłość dla mnie, obłuda! jej przywiązanie, fałsz! jej pieszczoty, kłamstwo! A jam ją wielbił!... Ach! gdybym mógł odebrać wszystkie te całusy, które jej dawałem za całusy judaszowe! A na co ta haniebna obłuda, po co tyle trosk, tyle dwójznaczności? Aby mię tem łatwiej zdradzić, aby mię okraść, aby swemu bastardowi oddać wszystko, do czego tylko ja miałem prawo: moje imię, wielkie imię, mój majątek, olbrzymi majątek!...
— Nie mogę wytrzymać, — pomyślał Tabaret. — Potem rzekł głośno:
— Wszystko, co mi mówisz, drogi Noelu, jest ważne, bardzo ważne. Trzeba przypuścić, że pani Gerdy ma odwagę i zręczność, przechodzące siły kobiety. Musiał ją ktoś wspierać, zachęcać, skłaniać... Jak się nazywają jej sojusznicy? Nie mogła działać-sama... Może jej mąż...
— Jej mąż! — przerwał adwokat z gorzkim uśmiechem. — A więc i pan myślałeś że ona wdowa?... Nie, ona nie miała męża; nieboszczyk Gerdy nigdy nie istniał. Ja byłem bastardem, panie Tabaret, synem dziewczyny Gerdy i niewiadomego ojca...
— Panie! — krzyknął nasz poczciwiec, — czy może dlatego nie mogło przyjść do skutku przed czterma laty pańskie małżeństwo z panną Levernois?
— Nie z innych powodów, mój stary przyjacielu. A iluż to nieszczęść byłbym uniknął, gdybym się był ożenił z dziewczyną, którą kochałem. Ale wówczas nie chciałem robić przykrości tej, którą uważałem za swoją matkę. Płakała, rozpaczała, a ja głupi, jam ją pocieszał, jam osuszał jej łzy, jam ją usprawiedliwiał w moich własnych oczach! Nie, ona nie miała męża... Alboż kobieta, jak ona, może mieć męża? Ona była kochanką mojego ojca, a w dniu, w którym mu się sprzykrzyła, rzucił jej trzy tysiące franków jako nagrodę za dawne przyjemności.
Bez wątpienia, Noel byłby prowadził dalej te piorunujące oskarżenia. Ale Tabaret wstrzymał go. Ajent był już przekonany, że mająca nastąpić opowieść, będzie najzupełniej podobną do tej, którą sobie ułożył, a chęć przekonania się o swoim talencie jasnowidzenia była tak wielką, że nawet nie miał czasu ubolewać nad nieszczęśliwym Noelem.
— Kochane dziecię, — rzekł, — nie idźmy za daleko. Żądasz odemnie rady? Może tylko ja jeden mogę ci dać dobrą. A więc przystąpmy do rzeczy. Od kogo dowiedziałeś się o tej intrydze? Masz dowody? gdzie one są?
Stanowczy ton ajenta powinien był zwrócić uwagę Noela. Ale on był zanadto zajęty własnemi myślami. Nie miał czasu rozważać. Odrzekł zatem:
— Wiem o tem od trzech tygodni. Odkrycie zawdzięczam przypadkowi. Mam ważne dowody moralne, ale moralne nic nie znaczą... Jedno słowo wdowej Lerouge, tylko jedno jej słowo, mogłoby z nich zrobić dowód niezbity. Tego słowa nie wyrzecze, bo ją zabito; ale jam je słyszał z jej własnych ust... Teraz, pani Gerdy będzie wszystkiemu przeczyła, znam ją... Gdyby jej nawet głowę na kloc położono, powie, że nieprawda... Mój ojciec obróci się także przeciwko mnie... Wiem, że chociaż mam dowody, zbrodnia w Jonchère uniemożliwia ich zastosowanie.
— Wytłómacz mi wszystko, — zagadał Tabaret po chwili namysłu, — wszystko, rozumiesz? Starcy są nie raz dobrymi doradcami. Zobaczymy co wypadnie uczynić.
— Trzy tygodnie temu, — zaczął Noel, — jak szukając za niektóremi dokumentami, otworzyłem stary sekretarzyk pani Gerdy. Pomimo woli wysunąłem jedną z kryjówek: na prawo i lewo posypały się papiery, między któremi uderzył mię pakiet listów. Wiedziony niewytłómaczonem przeczuciem i nieprzezwyciężoną ciekawością, zacząłem czytać pierwszy list, który mi wpadł w rękę...
— Źle zrobiłeś, — zauważył Tabaret.
— Być może, ale stało się... Odczytawszy dziesięć wierszy, byłem już święcie przekonany, że ta korespondencja pochodziła od mojego ojca, którego nazwisko, pomimo usilnych próśb moich, pani Gerdy zawsze przedemną ukrywała. Możesz pan sobie wyobrazić, jak byłem wzruszony. Wziąłem pakiet, a zamknąwszy się w mojej sypialni, odczytałem z gorączkową skwapliwością wszystkie listy.
— Za co Bóg ciężko cię skarał, mój drogi synu.
— Prawda, ale na mojem miejscu czy ktokolwiek byłby inaczej uczynił? Te listy zajęły całą moją uwagę i one przekonały mię o prawdzie tego, com panu przed chwilą opowiedział...
— Czyś je pan przynajmniej zachował?
— Mam wszystkie, panie Tabaret, — odpowiedział Noel, — i aby pana lepiej zapoznać z mojem położeniem, zaraz je odczytam.
Adwokat otworzył biurko i z niedostrzeżonej kryjówki wyjął wiązankę listów.
— Pojmujesz, mój przyjacielu, — rzekł Noel, — że nie potrzebujemy zatrzymywać się przy szczegółach drobiazgowych, bo nam głównie idzie o istotę rzeczy.
Tabaret rozparł się w fotelu, pożerany gorączką ciekawości. Na jego twarzy i w oczach malowała się najnamiętniejsza niecierpliwość.
Po długiem szukaniu, adwokat wyjął jeden list i zaczął czytać głosem, który starał się zrobić spokojnym, lecz który mimo tych usiłowań, drżał od czasu do czasu:

„Moja droga Walerjo!“

— Walerja, — wtrącił Noel, — to pani Gerdy.
— Wiem, wiem — odparł Tabaret, — nie przerywaj sobie.
Noel zaczął więc:

„Moja droga Walerjo!“

„Dzień dzisiejszy jest dla mnie szczęśliwym dniem. Zrana otrzynałem drogi list, który okryłem pocałunkami. Odczytawszy go, omal nie umarłem z radości. A więc tyś się nie myliła, droga przyjaciółko. Bóg błogosławi naszej miłości będziemy mieli syna! Moja ukochana Walerja obdarzy mię synem, który będzie jej obrazem. Ach! dla czegoż jesteśmy rozdzieleni? Nigdy jeszcze nie przeklinalem tak strasznie tego nieznośnego związku, który przez rodzinę został mi narzucony. Pomimo woli nienawidzę tę kobietę, która nosi moje imię, a która stała się ofiarą barbarzyństwa naszych rodziców. A jakby na domiar zlego, ona także zrobi mię ojcem. Ach! mój Boże! jakaż przyszłość będzie tych dzieci? Pierwszy, syn tej, którą kocham, nie będzie miał ani ojca, ani rodziny, ani nawet nazwiska, podczas gdy drugi, syn znienawidzonej żony, będzie bogaty, otoczony zaszczytami, szlachetny i szczęśliwy. Nie mogę znieść tej strasznej niesprawiedliwości. Cóżbym nie uczynił, aby ją zmienić? Nie wiem jeszcze jak postąpię, ale to pewna, że wszystko naprawię, bo najukochańsze moje dziecię musi być najszczęśliwsze.“
— Zkąd jest pisany ten list? — zapytał Tabaret.
— Patrz pan, — odpowiedział Noel.
Tabaret zbliżywszy się, czytał: „Wenecja, grudzień 1828.“
Łatwo pojąć, rzekł adwokat, jak ważnym jest ten pierwszy list. On jest jakby wyjaśnieniem wydarzeń, które później zaszły. Mój ojciec, ożeniony wbrew własnej woli, uwielbia kochankę, a nienawidzi swoją żonę. Obie znajdują się równocześnie w stanie błogosławionym, a ojciec jest natchniony dla obu synów dwoma sprzecznemi uczuciami. W ostatnich wierszach przebija się nawet myśl, którą później urzeczywistnił, wbrew wszelkim prawom boskim i ludzkim.
Chciał rozwinąć cały obraz oskarżenia, ale Tabaret przerwał mu, mówiąc:
— Nie potrzeba tego wyłuszczać. Dzięki Bogu to, coś odczytał, jest dość wyraźne. Wprawdzie nie o wiele jestem bieglejszy w tego rodzaju sprawach jak każdy sędzia przysięgły, ale bądź co bądź, wybornie rozumiem.
— Opuszczam kilka listów, ciągnął Noel, — bo nie mają zbyt wielkiego znaczenia i zatrzymuję się przy tych słowach:
„Stan hrabiny staje się z każdym dniem poważniejszy. Nieszczęśliwa żona! Nienawidzę ją, a jednak boleję nad nią! Zdaje się odgadywać powód mojego smutku i obojętnego postępowania. Bezustanną słodyczą i bojaźliwą rezygnacją chciałaby mój gniew przebłagać. Biedna ofiara! Kto wie, czy i ona, zanim ją poprowadzono do ołtarza, nie oddała komu innemu swego serca... Nasze losy są równe. Wiem, że w twej niewyczerpanej dobroci przebaczysz mi moją litość.“
— To była moja matka, — przerwał adwokat drżącym ze wzruszenia głosem. Święta istota!... — I rzekłszy to, przesunął dłoń po oczach, jakby dla otarcia łez, a potem dodał: — Umarła!
Pomimo gorączkowej niecierpliwości, Tabaret nie śmiał przemówić słowa. Czuł on żywo głęboką boleść swego młodego przyjaciela. Po długiem milczeniu, Noel podniósł głowę i znowu zaczął:
— We wszystkich listach, które następują, widzę ślady niespokojności mego ojca o los dziecka miłości. Pomijam je milczeniem. Lecz oto, co mię uderza w liście, pisanym z Rzymu pod dniem 5. marca 1829. „Mój syn, nasz syn! Oto co mię najwięcej dręczy. Jakżeż mu zapewnić przyszłość, o której marzę dla niego? W duszy wyobrażam sobie, że po matce odziedziczy piękność, wdzięki i rozum, a po ojcu odwagę, szlachetność i uczucia wysokiej rasy. Co się stanie z drugim? Nienawiść wyradza tylko potwory...“
— Potwór, to ja! — zawołał adwokat z szyderczym uśmiechem, który daremnie starał się przytłumić. — Potwór, to ja... podczas gdy drugi... Ale zostawmy ten wstęp okrutnego czynu. Dotychczas chciałem pana tylko przekonać o ślepej namiętności mojego ojca; teraz kończmy. Oto krótki, ale stanowczy bilecik:

„Droga Walerjo!“

„Donieś mi jak najdokładniej o dniu, w którym zostaniesz matką. Błagam cię o to. Oczekuję twej odpowiedzi z niecierpliwością, którą łatwo zrozumiesz wiedząc, jakie mam zamiary co do naszego dziecka.“
— Nie wiem, — przerwał Noel, — czy pani Gerdy zrozumiała; w każdym jednak razie zdaje się być pewnem, że musiała natychmiast odpowiedzieć, bo oto co pisze mój ojciec w pięć dni po owym bilecie:
„Twoja odpowiedź, o najdroższa, najzupełniej mię zadowalnia. Mój zamiar jest już możebnym do urzeczywistnienia. Zaczynam być spokojniejszy i pewniejszy. Nasz syn będzie nosił moje nazwisko — bo na zawsze przy mnie zostanie. Wychowam go u siebie, w moim pałacu, pod moim wzrokiem, na moich kolanach, w moich uściskach. Będęż miał na tyle siły, aby nie umrzeć z przesytu szczęścia? Jutro jadę do Neapolu, ale cokolwiekbądź, w uroczystej godzinie będę w Paryżu... Moja obecność zdwoi twoją odwagę, a potęga mojej miłości, zmniejszy twoje cierpienia.“
— Przepraszam, że przerywam, — rzekł Tabaret, — ale czy nie mógłbyś mi powiedzieć, co za ważny powód wstrzymywał pańskiego ojca za granicą?
— Mój ojciec, stary przyjacielu, — odpowiedział adwokat, — był pomimo młodego wieku, jednym z powierników Karola X. i miał wówczas do spełnienia bardzo ważną misję na dworach włoskich. Mój ojciec nazywa się hrabia Rhéteau de Commarin.
— Do kata! — mruknął Tabaret, a pomiędzy zębami, jakby dla łatwiejszego zapamiętania wymienionego nazwiska, powtórzył kilka razy: Rhéteau de Commarin.
Noel milczał. Zdawało się, jak gdyby ten młody człowiek był teraz złamany. Jednakże po krótkiej pauzie odzyskał znów dawną odwagę i rzekł cichym głosem:
— A więc, w połowie maja mój ojciec znajdował się w Neapolu. W tem to mieście człowiek jak on rozumny, dyplomata, szlachetnie urodzony, nie mogąc opanować strasznej namiętności, ośmielił się powierzyć papierowi najpotworniejszy z projektów. Słuchaj pan:

„Najdroższa!“

„Niniejszy list wręczy ci Germain, mój stary sługa. Wysyłam go do Normandji, aby spełnił jedno z najdelikatniejszych posłannictw. Jestto jeden z tych sług, którym można najzupełniej zaufać.
„Nadeszła już chwila, że mogę ci odsłonić projekta, tyczące się przyszłości naszego syna. Najpóźniej w trzy tygodnie przyjadę do Paryża. Jeżeli mnie nie mylą dokładne obliczenia, ty i hrabina powijecie w jednym czasie. Trzy lub cztery dni zwłoki nic nie znaczą... Oto com postanowił:
„Obie istoty będą powierzone dwom mamkom z N., gdzie leżą prawie wszystkie moje dobra. Jedna z tych kobiet, za którą Germain ręczy, a do której właśnie go posłałem, będzie z nami w porozumieniu. Tej to powiernicy będzie oddany nasz syn, droga Walerjo. Obie mamki opuszczą Paryż w jednym dniu. Germain będzie towarzyszył tej, której zostanie powierzony syn hrabiny. Przypadek, wprzód obmyślany, zmusi obie kobiety przepędzić noc w drodze. Drugi wypadek urządzony przez mojego sługę, zmusi je przenocować w jednej i tej samej oberży, w wspólnym pokoju.
„W nocy nasza mamka zamieni dzieci w kołyskach.
„Wszystko przewidziałem — i bądź pewną, że tajemnica nie wyjdzie na jaw. Germain, będąc w Paryżu, ma kupić dla dwóch dzieci jednakową bieliznę. Wspieraj go twemi radami.
„Serce macierzyńskie, moja słodka Walerjo, zakrwawi się może na myśl, że będziesz pozbawioną niewinnych pieszczot własnego dziecięcia. Ale pocieszysz się, wiedząc, że naszemu synowi zgotuję los świetny. Co do drugiego dziecka, znając twe szlachetne serce, jestem przekonany, że będziesz je kochała. Czyż tem nie złożysz dowodu, że mię kochasz? Zresztą będzie szczęśliwy. Nie wiedząc o niczem, nie będzie niczego żałował, a to, co majątek może dać na świecie, będzie miał.
„Nie mów, że moje przedsięwzięcie jest karygodne. Nie, nie, moja najdroższa, nie! Ale żeby nasz mozolnie obmyślany plan mógł się udać, potrzebujemy pomocy Opatrzności. Trudności są wielkie, prawie nieprzezwyciężone... Jeżeli więc pomyślny skutek uwieńczy nasze zamysły, będziemy mieli do podziękowania tylko niebu. Ufam.“
— Tegom się właśnie spodziewał, — mruknął Tabaret.
— Nieszczęsny! — zawołał Noel, — ośmielił się nawet wzywać Opatrzności! Potrzebował wzywać Boga za pomocnika.
— Ale, — wtrącił nasz ajent, — jak pańska matka... przepraszam, chciałem powiedzieć: pani Gerdy, przyjęła tę propozycję?
— Zdaje się, że z początku ją odrzucała, bo oto krótki bilecik hrabiego, w którym jej proponował... Ach! ta kobieta!...
— Powoli, — rzekł słodko Tabaret, — powoli moje dziecię; starajmy się nie być zanadto niesprawiedliwymi... Pan przypisujesz wszystko złe pani Gerdy. Zdaniem mojem, raczej hrabia zasługuje na twój gniew.
— Prawda, — przerwał Noel z niejaką gwałtownością; — prawda, hrabia jest winny, bardzo winny! On jest sprawcą nikczemnego czynu, ale mimo to nie czuję do niego nienawiści. Popełnił zbrodnię, nie przeczę, lecz usprawiedliwia go jedna rzecz, namiętność!... Zresztą, mój ojciec nie oszukiwał mnie, jak ta podła kobieta przez lat trzydzieści! Pan de Commarin został przytem tak boleśnie ukarany, że teraz mogę mu tylko przebaczyć i boleć nad nim...
— Ach, więc on został ukarany? — podchwycił Tabaret.

— I to słusznie; zaraz się o tem dowiesz. Z początkiem czerwca, hrabia musiał przyjechać do Paryża, bo korespondencja nagle się urywa. Widząc się z panią Gerdy, ułożył ostateczne szczegóły zamachu. Oto list, który w tym względzie usuwa wszelką wątpliwość. Tego dnia hrabia był na służbie w Tuilerjach i nie mógł opuścić swego stanowiska. Pisał nawet w gabinecie królewskim, na królewskim papierze. Przypatrz się pan herbom. Układ został zawarty, a kobieta, która miała służyć za narzędzie, jest w Paryżu. Temi słowy donosił o tem swojej kochance:
„Droga Walerjo!

„Germain doniósł mi o przybyciu mamki twojego syna, naszego syna. Dziś przyjdzie ona do ciebie. Możemy na nią liczyć, bo hojne wynagrodzenie ręczy za jej dyskrecję. Jednakże nic jej nie mów. Dano jej do zrozumienia, że ty o niczem nie wiesz. Chcę być sam odpowiedzialnym za to, co się stanie. To nierównie mądrzej. Ta kobieta jest z N... Urodziła się w moim majątku i poniekąd należy do mojego domu. Jej mąż jest dzielnym i zręcznym marynarzem; nazywa się Lerouge. Odwagi, najdroższa! Żądam od ciebie największej ofiary, jakiej może żądać kochanek od matki. Nie wątpię, że same niebo nas wspiera. Odtąd wszystko zależy od naszej zręczności i roztropności; — to znaczy, że plan powiedzie się wybornie.“
— Przynajmniej w jednym punkcie pan Tabaret czuł się zadowolonym; przeszłość wdowej Lerouge leżała jak na dłoni
. Pomimo woli wyjęknął: „Nareszcie!“ co jednak uszło uwadze Noela. — Ten bilet, — rzekł adwokat, — zamyka korespondencję hrabiego.
— Jakto? — zapytał wolontarjusz policyjny, — nic już więcej nie masz?
— Mam jeszcze dziesięć wierszy, skreślonych w kilka lat później, które mają także swoje znaczenie, lecz one stanowią tylko dowód moralny.
— Co za szkoda! — szepnął Tabaret.
Noel położył na stół listy, które trzymał w ręku, a odwróciwszy się do swego starego przyjaciela, wpatrywał się weń uporczywie.
— Przypuść pan, — mówił powoli, kładąc szczególny nacisk na każde słowo, — przypuść pan, że wszystkie moje wiadomości kończą się w tem miejscu. Przypuść pan dalej, że w sprawie tej nie wiem więcej od pana. Jakie jest twoje zdanie?
Tabaret zwlókł kilka minut odpowiedź. Zastanawiał się nad możliwościami wypływającemi z listów hrabiego de Commarin.
— Co do mnie, — rzekł nakoniec, — sumienie mówi mi, że pan nie jesteś synem pani Gerdy.
— I pan masz słuszność, — podchwycił adwokat namiętnie. — Łatwo pan pojmujesz, że pierwszą moją myślą było odwiedzić wdowę Lerouge. Ona mię kochała, ta biedna kobieta, bo mię karmiła własnem mlekiem; ona bolała nad niesprawiedliwością, jaką mi wyrządzono. Czy mam dodać, że zbrodnia, do której rękę przyłożyła, dręczyła ją, i że wyrzuty sumienia były za ciężkie na jej starość? Widziałem ją, pytałem, wszystko wyznała. Plan hrabiego, cudownie obmyślony, udał się bez trudności. W trzy dni po mojem narodzeniu, zbrodnia została spełnioną. Ja, biedne i niewinne dziecię, byłem zdradzony, wydziedziczony, odarty, przez mojego naturalnego obrońcę, przez mego własnego ojca! Biedna Klaudja! Przyrzekła mi swoje świadectwo w dniu, w którym bym zechciał upomnieć się o wydarte prawa!
— A tymczasem poszła ze świata, niosąc do grobu tajemnicę wyszeptał Tabaret tonem nieudanego żalu.
— Ale, — odpowiedział Noel, — nie tracę jeszcze nadziei. Klaudja miała kilka listów, wystosowanych do niej bądź przez hrabiego, bądź przez panią Gerdy — listów nierozważnych, dowodnych. Bezwątpienia, władza je znajdzie. One rozstrzygną. Te listy miałem w moich rękach, wszystkie odczytałem. Klaudja chciała mi je koniecznie oddać; czemuż ich nie wziąłem!
Nie! z tej strony nie było nadziei; Tabaret wiedział o tem najlepiej.
Nie podlega wątpliwości, że właśnie po te listy morderca przyszedł do Jonchère. Znalazłszy, spalił je wraz z innemi papierami, w małym piecyku. Stary ajent policyjny zaczął pojmować.
— Z tem wszystkiem, — zagadnął Tabaret, — znając pańskie stosunki, jak moje własne, zdaje mi się, że hrabia nie dotrzymał wspaniałej obietnicy majątkowej, którą dał pani Gerdy dla jej nowego syna.
— Wcale nie dotrzymał, mój stary przyjacielu.
— To najhaniebniejsze ze wszystkiego! — zawołał nasz poczciwiec.
— Nie osądzaj źle mojego ojca, — odparł poważnie Noel. — Stosunek z panią Gerdy trwał jeszcze bardzo długo. Przypominam sobie, że jakiś mężczyzna dumnej powierzchowności, odwiedzał mię czasem w kolegjum. Nie mógł to być kto inny, tylko hrabia. Ale zerwanie musiało nastąpić...
— Zwyczajnie jak u wielkich panów, — zaszydził Tabaret.
— Nie wyrokuj porywczo, — przerwał adwokat; — hrabia Commarin miał słuszność. Kochanka oszukiwała go; dowiedział się o tem, poczem nastąpiło zerwanie. Owych dziesięć wierszy, o których panu wspomniałem, były wówczas napisane...
Noel szukał długo między papierami rozrzuconemi na stole; nareszcie znalazł list, więcej pożółkły i pomięty niż inne. Snać musiano go niejednokrotnie czytać i składać. Nawet same pismo było więcej zatarte.
— Pani Gerdy, — rzekł adwokat tonem gorzkim, — nie jest więcej uwielbianą Walerją.
Czytał:
„Okrutny przyjaciel, jak każdy przyjaciel prawdziwy, otworzył mi oczy. Wątpiłem. Strzeżono panią, a dziś niestety, nie mogę już wątpić. Ty, pani Walerjo, której poświęciłem więcej jak życie, oszukujesz mię i to nie od dziś. Nieszczęsny! nie wiem nawet, ażali jestem ojcem twojego dziecka.“
— Ależ ten bilet! — zawołał Tabaret, — jest dowodem, niezapartym dowodem! Czyż hrabiego mogła obchodzić wątpliwość co do pochodzenia syna pani Gerdy, gdyby był nie poświęcił swego własnego syna dla syna miłości? Prawdę powiedziałeś, panie Noel, Bóg ciężko go skarał.
— Pani Gerdy, — podchwycił Noel, — chciała się usprawiedliwić. Pisywała do hrabiego, ale on poodsyłał listy nie naruszywszy nawet pieczęci. Chciała się z nim widzieć, ale ją nie przypuszczono do niego. Nakoniec zaniechała tych bezskutecznych usiłowań. A gdy intendent hrabiego wręczył jej dla mnie zapis na 15.000 franków renty, zrozumiała, że wszystko było skończone. Syn zajął moje miejsce, a matka mnie niszczyła.
Potrójne lekkie zapukanie do drzwi, przerwało Noelowi.
— Kto tam? — zapytał, nie wstając z miejsca.
— Panie, — ozwał się za drzwiami głos służącej; — pani chce z panem pomówić. Adwokat zdawał się wahać.
— Idź, moje dziecię, — radził Tabaret, — bądź litościwszym... wszak to obowiązkiem każdego człowieka.
Noel powstał z widoczną niechęcią i przeszedł do sypialni pani Gerdy.
— Biedny chłopiec, — pomyślał Tabaret pozostawszy sam; — co za fatalne odkrycie... Jak on musi cierpieć! Taki dziarski młodzieniec, takie szlachetne serce! W swojej czystej zacności nie przypuszcza nawet, kto zadał cios tej biednej kobiecie. Na szczęście widzę za dwóch, i podczas gdy on rozpacza, jestem pewny, że mu wymierzę sprawiedliwość. Mój Boże! dziecko zgadłoby, czyja ręka popełniła zbrodnię. Ale jak się to stało? Ach! gdybym jeden z tych listów przynajmniej przez jedną dobę mógł mieć u siebie! Źle... musi wiedzieć, ile ich jest... A jeśli go poproszę, aby mi dał?... Wtedy zdradziłbym moje stosunki z prefekturą. Najlepiej wezmę jeden, mniejsza który, jedynie aby porównać pismo.
Zaledwie Tabaret ukrył jeden z listów w głębokościach swojej kieszeni, Noel wrócił od pani Gerdy.
Był to jeden z tych ludzi o ostro markowanych charakterach, którzy dadzą się raczej złamać niż ugiąć. Duszę miał silną, umiejącą pod płaszczem powierzchownej obojętności ukrywać najboleśniejsze wrażenia. Gdy wszedł, nikt by nie poznał, co mogło zajść między nim a panią Gerdy. Był zimny i całkiem spokojny, jak wówczas, gdy jego klienci męczyli go najrozmaitszemi żalami.
— I cóż! — zapytał Tabaret, — jakże się ma?
— Gorzej, — odparł Noel. — Teraz jest w gorączce i nie wie co mówi. Obarczała mię najstraszliwszemi zarzutami, mówiąc, żem najgorszy z ludzi! Zdaje mi się, że straci zmysły.
— Można się mylić, — szepnął Tabaret, — i dlatego radziłbym wezwać lekarza.
— Właśniem po niego posłał.
Adwokat usiadł przed biurkiem i podług daty zaczął składać porozrzucane listy. Widocznie niechciał nawiązywać przerwanej pogadanki, ale innego zdania był pan Tabaret.
— Im więcej myślę, kochany Noelu, o twojej historji, tem więcej mię zadziwia. Mówiąc prawdę, nie wiem, cobym uczynił, będąc na twojem miejscu.
— Prawda, stary przyjacielu, — rzekł smutno adwokat, — to może zmieszać większe doświadczenie, niż twoje.
Stary policjant ukrył z trudnością chytry uśmiech, który mu wystąpił na usta.
— Przyznaję się w pokorze, — odpowiedział z miną głupowatą, — ale pan, cóżeś pan uczynił? Zapewne żądałeś najpierw wyjaśnień od pani Gerdy.
Noel wstrząsł się, czego jednak nie dostrzegł Tabaret, cały zajęty swojem pytaniem.
— Rzeczywiście, tak zacząłem.
— I cóż panu powiedziała?
— Cóż mi mogła powiedzieć?
— Jakto! nie starała się nawet usprawiedliwić?
— Owszem, chciała dokazać tego, co niemożebne. Chciała mi wyjaśnić tę korespondencję; mówiła mi... Alboż ja wiem, co mi mówiła? Kłamstwa, niedorzeczności, podłoty!
Adwokat pozbierał listy nie dostrzegłszy kradzieży. Starannie je związał i schował napowrót do kryjówki w sekretarzyku.
— Prawda, — ciągnął, chodząc szybkim krokiem po pokoju, jakby chciał uspokoić wewnętrzny gniew; — prawda, zaczęła mi wyjaśniać. Ale czy to mogło być możebne, wobec dowodów, które posiadam? Na samą myśl, że jej ukochany syn mógłby być zmuszony zwrócić to, co mi skradł, serce jej pękało. A ja, głupi, tchórz, podły, ja w pierwszej chwili nie chciałem jej nawet wspomnieć o tem odkryciu. Mówiłem do siebie: „Trzeba jej przebaczyć, ona mię kochała...“ Kochała... nie! Ona byłaby dopuściła, żebym doznawał najstraszliwszych cierpień, byle tylko ani jeden włos nie spadł z głowy jej syna!
— Zapewne musiała ostrzedz hrabiego, — zauważył Tabaret, — snując dalszy wątek swych przypuszczeń.
— Bardzo być może. Ale jej zabiegi były bezskuteczne, bo hrabiego nie ma od miesiąca w Paryżu. Wróci dopiero z końcem tego tygodnia.
— Jak pan wiesz o tem?
— Chciałem się widzieć z hrabią, moim ojcem, rozmówić się z nim...
— Pan?
— Tak jest, ja. Sądzisz pan więc, że zaprzepaszczę własne prawa, że odarty, zdradzony, oszukany, nie podniosę głosu? Jakież względy mogłyby mię zmusić do milczenia, kogoż mam oszczędzać? Mam prawo za sobą, a więc muszę z niego zrobić użytek. Cóż pan w tem widzi dziwnego?
— Z pewnością nic, mój przyjacielu. A więc pan poszedłeś do hrabiego de Commarin?
— Ach, nie postanowiłem tego w pierwszej chwili, — odpowiedział zapytany. — Moje odkrycie odebrało mi przytomność. Potrzebowałem czasu do namysłu. Tysiące sprzecznych uczuć targało moje serce. Chciałem i niechciałem, gniew oślepił mię, nie miałem odwagi; byłem chwiejny, zbłąkany. Wrzawa, jaka w świecie mogłaby się wszcząć na wieść o tej sprawie, trwożyła mię. Ale bądź co bądź, pragnąłem mego nazwiska. Jednakże w wilję dnia, w którym je miałem odzyskać, nie chciałem go splamić. Szukałem sposobu, w jaki by można załatwić wszystko bez skandalu.
— Cóż się więc stało?
— Zdecydowałem się po czternastu dniach walki i niepokoju, po czternastu dniach rozpaczy. Ach! ileż ja wycierpiałem w tym czasie! porzuciłem moje interesa, zerwałem z pracą. Zmęczony całodziennemi wycieczkami. szukałem we śnie spoczynku. Próżne usiłowania! Od czasu jak znalazłem te listy, nie mogłem przespać ani godziny.
Od czasu do czasu Tabaret spoglądał ukradkiem na zegarek.
— Pan sędzia śledczy musi już spać, — pomyślał.
— Nareszcie pewnego poranku, — ciągnął Noel, — po bezsennie strawionej nocy, powiedziałem sobie, że raz trzeba wszystko skończyć. Znajdowałem się w położeniu owych zrozpaczonych szulerów, którzy straciwszy cały majątek, rzucają na sukno ostatni pieniądz. Przezwyciężyłem bicie serca, posłałem po doróżkę i kazałem się zawieźć do hotelu Commarin.
Staremu policjantowi wyrwało się westchnienie zadowolenia.
— Wspaniały to hotel na dzielnicy St. Germain, mój stary przyjacielu, istny pałac, godny księcia mającego dwadzieścia milionów rocznego dochodu. Wchodzi się najpierw na obszerne podwórze. Na prawo i na lewo znajdują się stajnie i wozownie, a w nich dwadzieścia koni najszlachetniejszej rasy, powozy i karety. W głębi wznosi się fasada pałacu, majestatyczna i poważna o olbrzymich oknach i balkonach na marmurowych kolumnach. W tyle rozpościera się wielki ogród, chciałem powiedzieć park, w którym rosną najstarsze drzewa, jakiemi Paryż może się poszczycić.
Ten opis nudził niezmiernie pana Tabareta. Ale co począć, jak tu naglić? Jedno niewłaściwie wyrzeczone słowo, mogło w Noelu obudzić podejrzliwość i przekonać go, że mówi nie do przyjaciela, ale do współpracownika słynnego w całej Francji Gevrola.
— A więc panu pozwolono obejrzeć hotel? — zapytał.
— Nie, obejrzałem go na własną rękę. Od czasu, jakem się dowiedział, że jestem jedynym spadkobiercą hrabiego Rhéteau de Commarin, zapoznałem się dobrze z moją nową rodziną. Studjowałem jej historję i bijografję; szlachetna to historja! Wieczór, z głową rozognioną, krążyłem do koła mieszkania mych ojców. Ach! pan nie pojmujesz moich wrażeń. W tym oto domu, mawiałem do siebie, przyszedłem na świat, tam powinienem był być wychowany, tam miałem wzróść, tam dziś panować! Trawiły mię te niesłychane gorycze, od których umierają wygnańcy.
Z mojem smutnem i biednem życiem, porównywałem świetny los dziecka miłości, a wtedy krew zmieszana z żółcią zalewała mi serce i tumaniła głowę. Opanowywała mię szalona chęć wyłamać drzwi, wpaść do wielkiego salonu i zawołać do uzurpatora: „Precz ztąd, bastardzie, precz! ja tu jestem panem!“ Od tego kroku powstrzymywała mię jedynie pewność, że mogę odzyskać moje prawo skoro tylko zechcę. O! ja znam mieszkanie moich antenatów! Kocham się w tych starożytnych rzeźbach, w tych olbrzymich drzewach, nawet w tych kamieniach na dziedzińcu, których dotykała się stopa mojej matki. Kocham wszystko, nawet herby zawieszone nad główną bramą, bo one są dumnem szyderstwem z głupich zasad niwelatorów naszej epoki!
Ten ostatni frazes był w takiej sprzeczności ze zwykłemi zasadami adwokata, że aż Tabaret odwrócił głowę, aby ukryć uśmiech szyderczy.
— Biedna ludzkość! pomyślał, już mówi jak wielki pan.
— Gdym przybył, — ciągną! Noel, — szwajcar w okazałej liberji stał w bramie. Spytałem o hrabiego Commarin’a. Szwajcar odpowiedział, że hrabia wojażuje, ale że wice-hrabia jest w domu. Na razie to mię nieco zmieszało, ale żem już zrobił krok stanowczy, więc oświadczyłem bez wahania, iż w nieobecności ojca pragnę pomówić z synem. Szwajcar patrzył na mnie przez kilka minut. Widząc, żem wysiadł z dorożki, uważał za konieczne przypatrzeć się dobrze mojej osobie. Zapewne rozważał, czy jestem godny stanąć przed takim magnatem, jak jego pan.
— Lecz bądź co bądź, mówiłeś z nim? — przerwał Tabaret.
— Jakto? pan myślisz że natychmiast, odpowiedział Noel gorzkim tonem. Egzamin był długi, ale na szczęście wypadł dla mnie korzystnie; biała krawatka i czarny ubiór zrobiły dobre wrażenie. Szwajcar powierzył mię strzelcowi w pióropuszu, a ten przeszedłszy podwórze, wprowadził mię do wspaniałego przedpokoju, gdzie ziewało trzech czy czterech lokajów. Jeden z tych panów poprosił mię bym za nim poszedł.
Minął ze mną przepyszne schody, po których możnaby wyjechać powozem, dalej długą galerję obrazów, potem minęliśmy kilkanaście dużych i tajemniczo milczących apartamentów, w których meble lśniły od złota i drogich materji, a nareszcie oddał mię pokojowcowi pana Alberta. To jest imię syna pani Gerdy, czyli mówiąc jaśniej, moje imię właściwe.
— Rozumiem, rozumiem.
— U bramy przeszedłem egzamin zewnętrzny, teraz trzeba było poddać się wewnętrznemu, to jest odpowiadać na zapytania. Pokojowiec chciał koniecznie wiedzieć kto jestem, co robię, po co przyszedłem i wiele innych rzeczy. Odpowiedziałem krótko, że nie będąc znany wice-hrabiemu, nadużyję jego cierpliwości, w sprawie bardzo ważnej, tylko przez pięć minut. Pokojowiec wyszedł, poprosiwszy mię przedtem bym zechciał usiąść i zaczekać. Czekałem już więcej jak kwadrans, gdy chłopiec wrócił oświadczając, że jego pan raczył przyjąć łaskawie moją prośbę...
Nie trudno pojąć, że całe to przyjęcie ciężyło na sercu naszemu adwokatowi. Nie mógł przebaczyć Albertowi jego lokajów i pokojowców. Tabaret dziwił się, że Noel może mówić z podobną goryczą o rzeczach tak zwyczajnych.
— Co za drobiazgowość, pomyślał, u człowieka wyższych zdolności!
— Wprowadzono mię, ciągnął Noel, do małego i skromnie umeblowanego salonu, którego wszystkie ściany były ozdobione najrozmaitszą bronią. Są tam zabytki z wszystkich wieków i krajów. Nigdy w życiu nie widziałem na tak małej przestrzeni tyle strzelb, pistoletów, pałaszów, szpad i jataganów. Zdawało mi się, żem wszedł do arsenału nauczyciela szermierki.
Broń, którą morderca zabił wdowę Lerouge, przyszła w tej chwili na myśl Tabaretowi.
— Gdym wszedł, ciągnął Noel, ujrzałem wice-hrabiego wyciągniętego na dywanie. Miał na sobie aksamitne ubranie, a na szyi ogromną chustkę jedwabną. Nie uczułem odrazy, bo ten młodzieniec nic mi złego nie zrobił, bo nawet nie wiedział o zbrodni naszego ojca... Słuszny, pięknie zbudowany. Albert nosi godnie nazwisko, do którego nie ma prawa. Ze wzrostu i twarzy byłby może do mnie podobny, gdyby nie nosił całej brody. Ale przynajmniej o pięć lat młodziej wygląda odemnie. Łatwo to zrozumieć. Nie pracował, nie walczył, nie cierpiał... Należy on do tych wybrańców, którzy wsparci o miękkie wezgłowia ekwipażów, lecą przez życie, nie czując najmniejszego wstrząśnienia. Ujrzawszy mię, powstał i przywitał bardzo uprzejmie.
— Musiało to pana szalenie wzruszyć, przerwał Tabaret.
— Nieco mniej, aniżeli czuje się w tej chwili. Dwutygodniowe przygotowania mogły zapobiedz wzruszeniom. Nie czekając na zapytanie, które czytałem na jego ustach, przystąpiłem do rzeczy: „Panie, rzekłem, pan mię nie znasz, ale moja osoba to rzecz najmniejsza. Przychodzę w sprawie smutnej i ważnej, tyczącej się honoru nazwiska, które pan nosisz.“ Prawdopodobnie nie wierzył, albowiem tonem, w którym przebijała się niecierpliwość, zapytał: „Czy to długa historja? Odpowiedziałem lakonicznie: „Dosyć długa.“
— Błagam cię, — z nadzwyczajną uwagą, — przerwał Tabaret, który przysłuchiwał się nie opuść ani jednego szczegółu. To bardzo ważne, pan przecie rozumiesz...
— Wice-hrabia, ciągnął Noel, zdawał się być żywo zmięszany. Przykro mi, rzekł, ale nie jestem panem mego czasu. Właśnie o tej godzinie mam się widzieć z moją narzeczoną, panną d’Arlange. Czy nie moglibyśmy odroczyć tę pogadankę?“
— Wybornie! druga kobieta! pomyślał Tabaret.
— Odpowiedziałem Albertowi, że nasza rozmowa nie cierpi zwłoki, lecz skorom dostrzegł, że w odpowiedź chce mię za drzwi wyprosić, niezwłocznie wyjąłem z kieszeni korespondencję hrabiego, i wręczyłem mu jeden z listów. Gdy ujrzał pismo swego ojca stał się grzeczniejszym, a oświadczywszy następnie, że zaraz będzie na moje rozkazy, usiadł przy biórku, napisał krótki bilecik, a potem przywoławszy pokojowca dał mu mówiąc, aby z nim poszedł do markizy d’Arlange. Po wyjściu służącego poprosił mię do drugiego pokoju, do swojej biblioteki.
— Tylko jedno słowo, — wtrącił Tabaret, — czy zmieszał się ujrzawszy listy?
— Bynajmniej. Zamknąwszy starannie drzwi, wskazał mi fotel, usiadł obok i rzekł: „Teraz, panie, racz się wytłumaczyć.“ Jeszcze w przedpokoju miałem czas przygotować się na to rendez-vous. Postanowiłem przystąpić bezzwłocznie do istoty rzeczy. „Panie, zacząłem, moja misja jest bardzo przykrą. Mam panu odkryć rzeczy nieprawdopodobne. Proszę cię tylko, panie, nie odpowiadaj tak długo dopóki nie odczytasz tych oto listów. Zaklinam cię także, panie hrabio, nie myśl o środkach gwałtownych, bo one na nic się nie zdadzą.“ Spojrzał na mnie, wzrokiem nadzwyczaj zdziwionym i odpowiedział: — Mów pan, mogę wszystko usłyszeć.“ Wstałem: — „Panie, rzekłem, wiedz, że nie jesteś legalnym synem hrabi de Commarin. Ta korespondencja udowodni to panu. Legalne dziecię żyje i właśnie ono przysłało mię do ciebie.“ Mówiąc wlepiłem wzrok w jego oczy i dostrzegłem w nich błysk szalonego gniewu. Przypuszczałem w pierwszej chwili, że rzuci się na mnie aby mię udusić. Wszelako prędko przyszedł do siebie. — „Te listy? zapytał suchym tonem. Wręczyłem mu wszystkie.
— Jakto zawołał Tabaret, te listy... o nierozważny!...
— Dlaczego?
— A gdyby on naprzykład... no, rozumiesz?
Adwokat położył rękę na ramieniu swego przyjaciela.
— Ja tam byłem, odrzekł głosem stłumionym — i zaręczam, że nie było żadnego niebezpieczeństwa.
Twarz Noela była w tej chwili tak dziką, że Tabaret uczuł prawie trwogę i cofnął się o krok.
— Byłby go zabił! pomyślał.
Adwokat opowiadał dalej:
— To, com dziś wobec ciebie zrobił, mój stary przyjacielu, uczyniłem także wobec Alberta. Oświadczywszy mu z góry, że nie potrzebuje odczytywać wszystkich listów, a jest ich sto pięćdziesiąt, dodałem, że wystarczy przejrzenie tych, które są oznaczone krzyżem, i zastanowienie się nad ustępami, podkreślonemi czerwonym ołówkiem. Chciałem skrócić jego męczarnie. Albert siedział przed małym stoliczkiem, zanadto słabym by się na nim można oprzeć, ja zaś stałem przy kominku, na którym płonął ogień. Śledziłem najmniejsze ruchy i studjowałem każdy wyraz jego twarzy. Nie! w życiu mojem nie widziałem nic podobnego, i nie zapomnę o tem chociażbym żył nawet tysiąc lat. W pięciu minutach zmienił się tak bardzo, że własny jego pokojowiec byłby go nie poznał. Wydobył chustkę z kieszeni i od czasu do czasu przykładał ją do ust. Blednął mi w oczach, a usta jego były białe jak chustka, którą trzymał. Grube krople potu wystąpiły na czoło, oczy zaś były zamglone, bezduszne. Zresztą ani jednego wykrzyknika, ani jednego słowa, westchnienia, gestu, nic! Była nawet chwila, że taka opanowała mię litość, iż chciałem wydrzeć mu listy, wrzucić w ogień, chwycić go w ramiona i zawołać:
„Tyś moim bratem, zapomnijmy o wszystkiem, zostańmy na dawnych miejscach i kochajmy się jak bracia!“
Tabaret uchwycił rękę Noela i serdecznie ją uścisnął.
— Brawo zawołał, poznaję po tem mego szlachetnego chłopca!
— Nie uczyniłem tego, mój stary przyjacielu, bom sobie pomyślał: „Czy po spaleniu listów uzna mię jeszcze za swojego brata?“
— Słuszna uwaga.
— Czytanie skończyło się w pół godziny. — Wice-hrabia podniósł się i stanął twarz w twarz przedemną. — „Masz słuszność, panie, rzekł spokojnie, jeśli te listy są od mojego ojca, jak o tem nie wątpię, wszystko zdaje się udowadniać, że nie jestem synem hrabiny de Commarin.“ Milczałem. — „Ale, ciągnął, dotychczas są to tylko błahe przypuszczenia. Czy masz pan jeszcze inne dowody? Rzecz zrozumiała, że byłem przygotowany na tego rodzaju zapytanie. — „Germain, odrzekłem, może poświadczyć.“ Na to odpowiedział, że Germain umarł już dawno. Wtedy mówiłem mu o mamce, wdowej Lerouge. Wytłumaczyłem mu, jak łatwo można się z nią widzieć i rozmówić. Dodałem, że wdowa mieszka we wiosce Jonchère koło Bougival.
— A cóż on na to? — zapytał niecierpliwie ochotnik policyjny.
— Z początku milczał i zdawał się rozważać. Potem nagle uderzył się w czoło mówiąc:
— „Znam ją, znam! Trzy razy byłem u niej z moim ojcem i przy mnie wręczył jej hrabia znaczną kwotę.“ Zwróciłem uwagę Alberta na tę okoliczność, jako na jeden z nowych dowodów. Nie odpowiedziawszy ani słowa, zaczął przyspieszonym krokiem chodzić po pokoju. Nareszcie wrócił do mnie: „Panie, rzekł, znasz pan legalnego syna hrabiego de Commarin?“ Odrzekłem: „Ja nim jestem.“ Pochylił głowę i szepnął: „Wątpiłem.“ Potem wziął mię za rękę i dodał: „Mój bracie, spodziewam się ojca za ośm lub dziesięć dni. Zezwól na tę zwłokę. Niezwłocznie po jego powrocie, rozmówię się z nim, a daję ci słowo honoru, że sprawiedliwość będzie ci wymierzoną. Weź te listy i zostaw mię samego. Jestem jakby piorunem rażony... W jednej chwili tracę wszystko wielkie imię, które zawsze godnie nosiłem, wysokie stanowisko, olbrzymi majątek i więcej niż to wszystko... kobietę, która mi jest droższą nad życie. Prawda, że w nagrodę znajdę matkę. Pocieszymy się nawzajem. Ja zaś, mój panie, dołożę starań, aby matka o tobie zapomniała, bo kochając cię, będzie cię musiała opłakiwać.“
— Czy rzeczywiście to powiedział?
— Prawie słowo w słowo.
— Łotr! — szepnął Tabaret.
— Co pan mówisz? — podchwycił Noel.
— Mówię to dzielny młodzieniec, — odpowiedział policjant, — i byłbym szczęśliwy, gdybym go mógł poznać...
— Nie pokazałem mu listu, zrywającego stosunek z panią Gerdy, — dodał Noel; — lepiej niech nie wie o postępowaniu swej matki. Wołałem wyrzec się tego dowodu, niż sprawić mu nową boleść.
— A teraz?
— Co począć? Czekam na przyjazd hrabiego. Od jego zeznań zawisło dalsze moje postępowanie. Jutro pójdę do sądu i poproszę, ażeby mi pozwolono wejrzeć w papiery Klaudji. Jeśli te listy znajdą się, jestem ocalony; w przeciwnym razie... Ale powtarzam ci, stary przyjacielu, od chwili jakem się dowiedział o tem morderstwie, nie wiem co począć. Kto mi poradzi?
— Najmniejsza rada, wymaga dłuższego namysłu, — odrzekł policjant, który już myślał o odwrocie. — Mój Boże! jak przykre życie wiodłeś do tej chwili!...
— Straszne! A dodaj jeszcze ciągłe kłopoty pieniężne.
— Jakto? pan, który tak mało wydajesz?
— Mam pewne obowiązki. Czyż wolno mi naruszyć majątek, który administruję? Anim pomyślał o tem.
— Dobrze robisz, bardzo dobrze... Nadzwyczaj jestem szczęśliwy, żeś mi o tem wspomniał. Zrobisz mi jedną przysługę?
— Z przyjemnością. Jaką?
— Wyobraź sobie, mam w sekretarzyku 12. do 15. tysięcy franków, które mię niesłychanie żenują. Jestem stary, nie mam odwagi, gdyby o tem wiedziano... rozumiesz?
— Bałbym się, — zauważył adwokat.
— A więc jutro przyniosę ci te pieniądze.
Przypomniawszy sobie jednak, że oddany na usługi pana Daburon, może nie będzie wolny kiedy zechce:
— Nie, nie jutro, — rzekł, jeszcze dziś wieczór. Te djabelskie pieniądze nie zostaną dłużej w moim pokoju.
Wybiegł z gabinetu i niezwłocznie wrócił z piętnastu biletami w ręku.
— Jeżeli to nie wystarczy, — rzekł wręczając je Noelowi, — znajdę więcej.
— W każdym razie, — zauważył adwokat, — dam panu rewers.
— Rewers?! dość będzie czasu jutro.
— A jeśli umrę tej nocy?
— Nie boję się, — odpowiedział Tabaret, któremu w tym momencie przyszedł na myśl testament; — zawsze coś po tobie odziedziczę... Dobranoc. Prosiłeś mię o dobrą radę, potrzebuję więc namyśleć się w nocy, bo teraz moja mózgownica w wielkim nieporządku. Nawet wyjdę na chwilę. Gdybym się teraz położył, mógłbym dostać gorączki. Tymczasem moje dziecko cierpliwości i odwagi. Kto wie, czy już teraz Opatrzność dla ciebie nie pracuje.
Wyszedł, a Noel zostawił na wpół otworzone drzwi, słuchając szelestu kroków, który gubił się na schodach. Niezadługo wołanie: „Portier!“ i zatrzaśnięcie bramy przekonały go, że pan Tabaret był już na ulicy.
Czekał jeszcze kilka sekund, a potem włożywszy do kieszeni dwa pakieciki, które wyjął z komody, tudzież pieniądze otrzymane od swojego starego przyjaciela, zgasił lampę i wymknął się z gabinetu, zamknąwszy drzwi na dwa spusty. Na korytarzu przystanął. Wytężał słuch, jakby chciał się przekonać, czy nie dolecą do niego westchnienia pani Gerdy. Nie usłyszawszy nic, zszedł na palcach. W kilka minut był na ulicy.


V.

Do mieszkania pani Gerdy, należał na dole lokal, który dawniej służył za wozownię. Miejsce to możnaby nazwać muzeum starożytności, tyle tam było starych gratów. Meble, zużyte naczynia i wiele innych rzeczy leżało w największym nieładzie. W zimie składano tu także drzewo i węgiel.
Ta stara wozownia miała drzwi, wychodzące na ulicę, o których od dawna zapomniano. Od kilku lat Noel kazał drzwi naprawić i opatrzyć dobrym zamkiem. Tędy mógł zatem wchodzić i wychodzić o każdej godzinie, unikając kontroli odźwiernego, a tem samem całego domu.
Właśnie przez te drzwi wyszedł teraz na ulicę. Ostrożność z jaką otwierał i zamykał, była zadziwiającą.
Ujrzawszy się za domem, stanął nieruchomo na trotuarze, jak gdyby wahałsię co do wyboru drogi. Następnie pobiegł w kierunku dworca kolei żelaznej, gdy wtem nadjechała dorożka. Dał znak woźnicy, który w mgnieniu oka podjechał pod kamienicę.
— Ulica Faubourg-Montmartre, na rogu ulicy Provence! — zawołał wsiadając, — tylko prędko! We wskazanem miejscu adwokat wysiadł i wręczył dorożkarzowi należytość. Gdy dorożka odjechała już o kilkaset kroków, Noel pobiegł w głąb ulicy Provence i we dwie minuty zadzwonił u bramy jednego z najpiękniejszych domów. Bramę niezwłocznie otworzono.
Gdy Noel przechodził koło okna odźwiernego, ten pozdrowił go tym na pół uniżonym a na pół przyjacielskim uśmiechem, który odźwierni paryzcy mają zawsze na rozkazy dla hojnych lokatorów.
Na drugiem piętrze, adwokat wstrzymał się, wyjął klucz z kieszeni i do środkowego apartamentu wszedł jak do siebie. Ale na zgrzyt klucza w zamku, młoda, wcale ładna i o zuchwałem oku pokojówka stanęła przed wchodzącym.
— Ach! to pan! — zawołała.
Okrzyk wyrwał się w czas i był na szczęście dość głośny, aby mógł być słyszanym nawet w ostatnim pokoju i służyć w razie potrzeby za sygnał. Zdawało się, jakgdyby te słowa znaczyły: „Baczność!“ Ale Noel nic nie zauważył.
— Pani u siebie? — zapytał.
— Jest, i bardzo gniewa się na pana. Dziś rano chciała posłać do pana. Mówiła nawet, że sama pójdzie. Z trudnością udało mi się ją przekonać, że nie powinna sprzeciwiać się pańskim rozkazom...
— Bardzo dobrze, — odpowiedział adwokat.
— Pani jest w fajczarni, — ciągnęła pokojówka, — właśnie przygotowuje herbatę; czy i pan pozwoli filiżankę?
— Dobrze, — odrzekł. — Poświeć mi, Karolciu.
Minął najpierw wspaniały pokój jadalny, następnie okazale złocony salon w stylu Ludwika XIV. i wszedł do fajczarni.
Był to pokój obszerny i uderzająco wysoki. Widząc się w nim, możnaby sądzić, że jest się o trzy tysiące mil od Paryża, u jednego z najbogatszych poddanych Syna Nieba. Meble, kobierce, porcelany, obrazy, wszystko pochodziło widocznie z prostej linji od Hong-Kong albo Sang-Hai.
Drogocenna, jedwabna materja, w dziwnie oryginalne wzory, zdobiąc mury, opadała w fałdach nade drzwiami. Kobierzec, utkany z taką zręcznością, o jakiej Europejczycy nawet wyobrażenia nie mają, był zasiany kwiatami i owocami, które świeżością barw, mogłyby zwieźć nawet pszczołę. Na jedwabiu, osłaniającym sufit, jakiś artysta z Pekingu, wymalował kilkadziesiąt fantastycznych ptaków, rozprzestrzeniających na błękitnem tle purpurowe i złote skrzydła.
Skrzynie z potwornemi wiekami, meble o kapryśnych i niekształtnych formach, stoły, a na nich wazy porcelanowe i komody z kosztownego drzewa, wypełniały każdy kąt salonu. Wogóle, wszystko, co się tu znajdowało, było ciekawe i drogie; zacząwszy od pręcika z kości słoniowej, który w Chinach służy zamaiast naszego grabka przy obiedzie, a skończywszy na filiżankach, na których porcelana była cienka jak powłoka bańki mydlanej. Prawdziwe cuda z państwa Kien-Lung!...
Gdy Noel wszedł, w fajczarni leżała na dywanie jakaś kobieta i paliła cygaretkę. Pomimo niesłychanego gorąca, harmoniującego zresztą z całem umeblowaniem, osoba ta była otulona szalem kaszmirowym. Wprawdzie była mała — ale tylko kobiety niskie mogą w sobie połączyć wszystkie doskonałości. Kobiety, więcej niż średniego wzrostu, są próbką, lub błędem natury. Choćby były najpiękniejsze, zawsze mają jakiś błąd, jak dzieło rzeźbiarza, który bez należytych studjów, przystępuje od razu do wielkiej skulptury.
Była niska, ale jej szyja, ramiona i ręce, były jak utoczone. Ręce o kształtnych paluszkach i różowych paznogciach, równały się najpiękniejszym klejnotom. Nogi, ubrane w trzewiczki z cienkiego jak pajęczyna jedwabiu, to prawdziwy cud! Była to jedna z tych nóżek, za któremi przepadają artyści, chcąc ich użyć za wzór do swoich dzieł nieśmiertelnych.
Nie była ładna, a tem mniej piękna, ale jej twarz należała do tych, które uderzają nas zawsze i wszędzie — o których nie można zapomnieć. Czoło miała za wysokie, a usta może za szerokie; brwi były jakby oznaczone atramentem z Chiny, tylko pędzel musiał za długo spoczywać nad okiem, bo jeśli na chwilkę o brwiach zapomniała, twarz jej przybierała wyraz surowy. W zamian jednostajna cera była błado-złota, czarne, namiętne oczy miały olbrzymią potęgę magnetyczną, zęby błyszczały jak perły, a bujne, czarne włosy, okalały drobną główkę, rzucając ciemno-niebieski odblask.
Ujrzawszy Noela, który właśnie otworzył drzwi jedwabiem obite, podniosła się na pół, wspierając się na łokciu.
— Przecież widzę pana, — zaczęła tonem kwaśnym, — to bardzo szczęśliwie...
Adwokat nie mógł odetchnąć w tej temperaturze podzwrotnikowej.
— Co za gorąco! — zawołał, — można się udusić.
— Tak pan sądzisz? — podchwyciła młoda kobieta, — a ja drżę z zimna. Prawda, że czuję się bardzo cierpiącą. Mam ataki nerwowe... Oczekuję pana od wczoraj...
— W żaden sposób nie mogłem przyjść, — odrzekł Noel, — nie mogłem!
— A przecież pan wiedziałeś, — ciągnęła dama, — że dziś miałam wiele do płacenia. Kupcy przychodzili jeden po drugim, a tu ani szeląga w kieszeni. Przyniesiono mi rachunek za powozy — nie ma pieniędzy. Ten stary wisus Clergeot, u którego nabyłam bagatelkę za 3.000 franków, wrzeszczał, że aż dom chodził. Jakże to miło!
Noel zwiesił głowę, jak student, którego pan nauczyciel karci w poniedziałek, że w niedzielę nie zrobił co do niego należało.
— Przecież to tylko jeden dzień zwłoki, — wyjąknął.
— To nic w pańskich oczach, nieprawda?? — odparła młoda kobieta. — Człowiek, dbający o swoją reputację, mój drogi kawalerze, nie zważa, czy go skarżą dłużnicy, ale natomiast poczytuje sobie za obowiązek przestrzegać, aby to samo nie spotkało jego metresę. Za cóż więc chcesz pan, żebym uchodziła? Czy nie wiesz, że tylko wtedy mię szanują, gdy płacę? W dniu, w którym przestanę płacić, dobranoc...
— Kochana Julciu, — wtrącił słodko adwokat.
Przerwała mu nagle:
— Jak to, to kochana Julcia, droga Julcia, a za drzwiami... Czy widząc się za tym domem, pomyślałeś kiedy bodaj chwilę o twojej Julci?
— Jakżeś niesprawiedliwa! — odpowiedział Noel. — Albo nie jesteś pewna, że myślę tylko o tobie czyż ci tego nie udowodniłem tysiące razy? Natychmiast się przekonam.
Z kieszeni wyjął pakiet, a rozwinąwszy go, ukazał śliczne aksamitne pudełeczko.
— Oto, — rzekł, — bransoletka, którą przed ośmiu dniami uwielbiałaś u Beaugrana.
Pani Julja, nie wstając z dywanu, wyciągnęła rękę, aby wziąć pudełko, otworzyła je z największą w świecie obojętnością, a rzuciwszy do wnętrza tylko jedno spojrzenie, zawołała:
— Ach!
— Nie prawdaż, że ta sama? — zapytał Noel.
— Prawda, ale u złotnika wydawała mi się nierównie piękniejszą.
Zamknąwszy pudełko, rzuciła je na stolik o kręconych nóżkach, stojący tuż przy niej.
— Źle dziś idzie, — rzekł adwokat smutnym tonem.
— Dlaczego?
— Bo jak widzę, bransoletka nie zrobiła żadnego wrażenia.
— Ale przeciwnie... bardzo ładna... zresztą, uzupełnia mi drugi tuzin.
Teraz na Noela przyszła kolej zawołać:
— Ach!
A widząc, że Julja milczy, dodał:
— Nie sądzę, by ci się podobała.
— Znowu ten sam, — zawołała dama, — znów powie, że jestem niewdzięczną. Jeśli mi przyniesiesz podarunek, choćby najmniejszy, powinnam go natychmiast zapłacić gotówką: krzyczeć z radości i rzucić się do nóg twoich, nazywając cię wielkim i wspaniałomyślnym panem. Nieprawdaż, że tego się żąda?
Noel nie mógł ukryć ruchu zniecierpliwienia, który Julja dostrzegła a który ją zachwycił.
— Czy to wystarczy? — ciągnęła. — Czy chcesz, ażebym zawołała Karolcię i kazała jej podziwiać tę bransoletkę, pomnik twojej wspaniałomyślności! Czy chcesz, bym przywołała odźwiernego wraz z moją kucharką i oświadczyła im, o ile jestem szczęśliwą, posiadając tak szlachetnego kochanka?
Adwokat wzruszył ramionami jak filozof, którego nie mogą obrazić żarty dziecka.
— Na co się przydadzą te ucinki? — rzekł po chwili. — Jeśli masz co do mnie, powiedz raczej poważnie i bezzwłocznie.
— A więc dobrze, mówmy poważnie, — odpowiedziała Julja. — Powiem ci zatem, że lepiej było zapomnieć, o tej bransoletce, a przynieść wczoraj wieczór lub dziś rano owych ośm tysięcy franków, których tak potrzebuję.
— Nie mogłem przyjść.
— A więc trzeba było przysłać. Alboż to na rogu ulic nie ma komisjonerów?
— Jeślim ani nie przyniósł, ani nie przysłał, to znakiem, że ich nie miałem. Długo szukałem, zanim znalazłem, a jeśli mam powiedzieć prawdę, przyrzeczono mi pieniądze dopiero na jutro. Że je dziś posiadam, zawdzięczam li ślepemu przypadkowi, o którym przed godziną ani pomyślałem... Wierzaj mi Julciu, przypadek ten gotów mię nawet skompromitować.
— Biedny chłopiec! — zawołała Julja tonem ironicznego współczucia. — I pan ośmielasz się mówić mi w oczy, że z trudnością przychodzi ci dostać dziesięć tysięcy franków, pan!
— Tak, ja.
Młoda kobieta spojrzała na kochanka i parsknęła śmiechem.
— Pysznie wyglądasz w tej roli człowieka biednego.
— To nie jest rola...
— Co mówisz? mój drogi... To miłe zeznanie jest dopiero wstępem. Jutro powiesz, że ci bardzo przykro, a pojutrze... Skąpstwo wzięło górę nad tobą. Dawniej nie posiadałeś tej cnoty. Czy nie żal ci przypadkiem pieniędzy, któreś na mnie wydał?
— Niebaczna! — szepnął Noel rozdrażniony.
— Rzeczywiście, — ciągnęła dama, — żałuję cię, ach, jak!... Nieszczęśliwy kochanek! Gdybym też ogłosiła składkę na ciebie? Na twojem miejscu wpisałabym się do biura dobroczynności.
Noelowi brakło cierpliwości, pomimo że przyrzekł sobie przetrwać spokojnie całą burzę.
— Ty się śmiejesz?! — zawołał, — a więc dowiedz się Juljo, że wyczerpałem wszystkie moje zasoby, że jestem zrujnowany!... Dziś pozostaje mi tylko przemysł...
— Oko młodej kobiety błysnęło; — spojrzała czule na kochanka.
— Ach! gdyby to było prawda, mój stary lisie, ach! gdybym ci mogła uwierzyć!
Adwokat uczuł to spojrzenie w najgłębszych tajnikach serca.
— Uwierzyła, — pomyślał, — i jest zachwycona. Ona mię nienawidzi.
Mylił się. Myśl, że mógł się znaleźć młodzieniec, który z zimną krwią zrujnował się dla jej miłości, nie zdradziwszy tego ani jedną skargą — unosiła ją w czarującą krainę zachwytu. W tej chwili zdawało jej się, że może uwielbiać tego biedaka, którego przedtem nienawidziła mimo jego pieniędzy i dumy. Ale wyraz jej oczu wnet się zmienił.
— Jakaż ja głupia, — krzyknęła, — żem uwierzyła i rozczuliła się... Powiedz to innej! Dziś wszyscy mężczyźni liczą się jak lichwiarze, dający na zastawy. Dziś rujnują się tylko głupcy i namiętni starcy. Tymczasem ty jesteś zanadto zimny, zanadto poważny, zanadto surowy, a przede wszystkiem zanadto silny.
— Ale z tobą nie zawsze... — wtrącił Noel.
— Dość, dość, ty wiesz dobrze, co czynisz. Zamiast serca, masz podwójne zero, jak na rulecie w Homburgu. Biorąc mię, powiedziałeś sobie opłacę własną namiętność. I dotrzymałeś słowa. Pieniędzy źle nie umieściłeś, bo w odsetkach otrzymywałeś przyjemność. Wiem, że jesteś zdolny popełniać wszelkie niedorzeczności na świecie, byle nie kosztowały więcej jak cztery tysiące franków na miesiąc. Gdyby potrzeba dać pięć franków więcej, zabrałbyś serce i kapelusz i poniósłbyś je gdzieindziej. Rozumiem.
— Prawda, — odpowiedział zimno adwokat, — umiem liczyć i to mię przekonało, gdzie i jak poszedł mój majątek.
— Wiesz, doprawdy? — szydziła Julja.
— I mogę ci to udowodnić, moja duszko. Z początku byłaś mało wymagającą. Ale apetyt wzmaga się przy jedzeniu. Zachciało ci się zbytków, miałaś je; okazałe meble, masz; mieszkanie w jednym z najpiękniejszych domów, toaletę kosztowną wszystko dałem. A nie mówię tu o tysiącach kaprysów. Nie liczę ani gabinetu chińskiego, ani dwóch tuzinów branzoletek. Wszystko razem wynosi cztery kraćstotysięcy franków.
— Czyś tylko pewny?
— Jak każdy kto je miał, a teraz nie ma.
— Okrągłych czterystatysięcy franków, czy przypadkiem nie ma centymów?
— Nie.
— A więc mój drogi...
W tej chwili weszła pokojowa z herbatą i przerwała ten miłośny duet, w którym Noel odśpiewał arię bardzo smutną. Adwokat zamilkł przez wzgląd na obecność służącej. Julja milczała przez wzgląd na swojego kochanka, bo wobec Karolci nie miała tajemnic. Subretka ta służyła u niej od trzech lat. W dobroci serca była gotowa poświęcić dla niej wszystko, nawet kochanka, który bądź co bądź bardzo drogo kosztował.
Pani Julja Chaffour była Paryżanką. Urodziła się około roku 1839, w okolicy przedmieścia Montmartre, z zupełnie nieznajomego ojca. Wiek dziecięcy przebiegł w rozmaitych niedostatkach. Jadała źle, najczęściej owoce z suchym chlebem, to też jej żołądek był bardzo strawny. W dwunastym roku życia była sucha jak szczypa, zielona jak jabłko w czerwcu, a obdarta jak święty Łazarz.
O moralności nie miała żadnego wyobrażenia. W jej oczach cały świat był zaludniony przez ludzi zacnych, żyjących jak jej pani matka i jak przyjaciele i przyjaciółki pani matki. Nie lękała się ani Boga, ani djabła, ale strasznie bała się miejskich sierżantów. Przejmował ją także strach na wspomnienie o tych tajemniczych i okrutnych osobach, które mieszkają w pobliżu pałacu Sprawiedliwości i lubią dokuczać młodym dziewczętom.
Że jej piękność nie rokowała żadnych nadziei, więc ją umieszczono w jednym z mniejszych magazynów, gdzie ją wziął w swoją protekcję pewien podeszły i szacunku godny jegomość, dawny znajomy pani matki. Starzec przezorny i roztropny jak wszyscy starcy, wiedział, że aby zebrać, trzeba wpierw zasiać. Najpierw chciał swej protegowanej nadać trochę ogłady. W tym celu przyjął metrów, nauczyciela muzyki i nauczyciela tańców, którzy w niespełna trzech miesiącach nauczyli ją pisać, nieco grać na fortepianie i jako tako tańczyć.
Starzec dał jej wszystko, z wyjątkiem kochanka. Znalazła go więc sama, artystę, który wykradł ją od starca, mającego jej przekazać połowę swego majątku, to jest nic. W trzy miesiące, czując się już nasyconą, opuściła gniazdo pierwszej miłości z całą swoją garderobą, zawiniętą w bawełnianą chustkę od nosa.
Przez cztery lata, które nastąpiły, żyła mało życiem realnem, lecz za to nierównie więcej ową nadzieją, która nigdy nie opuszcza młodą kobietę, wiedzącą o piękności swych oczu. Od czasu do czasu albo nikła bez śladu, albo pływała po wierzchu. Po dwakroć szczęście w rękawiczkach pukało do drzwi jej mieszkania, ale Julja nie była jeszcze na tyle doświadczoną, by je mogła uchwycić za połę paletota i na długo zatrzymać.
Właśnie występowała i wcale nie źle odgrywała swoje role w jednym z pomniejszych teatrzyków, gdy Noel dziwnym przypadkiem zdybał ją, poznał, pokochał i nakoniec zrobił swoją metresą.
Adwokat, jak mawiała, z początku wcale jej się podobał. Ale po kilku miesiącach znudził ją niesłychanie. Nie mogła znieść jego manier słodkich i grzecznych, właściwych ludziom światowym, tej głębokiej pogardy, którą czuł dla wszystkiego, co było nikczemne lub obłudne, a przedewszystkiem tej żelaznej cierpliwości, którą nic wzruszyć nie mogło. Nie mogła mu także darować, że nigdy nie chciał ją wprowadzić w owe sfery, gdzie panuje uciecha bez przesądów. Aby się rozerwać, zaczęła trwonić pieniądze. A w miarę, jak wzrastały jej kaprysy a poświęcenia kochanka, wzmagała się jej niechęć ku niemu.
Robiła go najnieszczęśliwszym z ludzi i pomiatała nim jak psem. Nie wypływało to jednakowoż ze złej natury, tylko z zasady. Była głęboko przekonaną, że mężczyzna dopiero wtedy kocha kobietę, gdy ta dobrze mu dokucza.
Julja nie była złą — i uważała się za godną litości. Marzyła zawsze o jakiejś miłości, którą czuła w głębi serca, ale której nie umiała określić. Wiedziała dobrze, że wszyscy kochankowie uważali ją za przedmiot zbytkowy, za zabawkę, a że nie mogła znieść pogardy, więc ze złości omal nie oszalała. Wymarzyła sobie mężczyznę, któryby do niej przywiązał się całem jestestwem, któryby dla niej wiele poświęcał, któryby do niej się zniżył, a nie takiego, do któregoby ona podnosić się musiała. Rozpaczała, że nie mogła znaleźć takiego kochanka.
Szaleństwa Noela przyjmowała z zimną obojętnością; zawsze uważała go za bardzo bogatego, i — rzecz godna zastanowienia — mimo wrodzonej chciwości, nie dbała o pieniądze. Może Noel byłby ją sobie zjednał, odsłaniając jej nagą prawdę, ale że adwokat będąc delikatnym, nie chciał jej dać uczuć całego ogromu swojego poświęcenia, więc tracił ją i tym razem.
On wielbił Julję. Aż do dnia, w którym ją poznał, żył jak mędrzec. Pierwsza ta namiętność zajęła całe jego jestestwo, a z pożaru ocalił tylko pozory. Mury stały, ale wnętrze domu było spalone do szczętu. I bohaterowie mają słabe strony: Achilles zginął przez piętę, najzręczniejsi rycerze padają pod ciosami nieprzyjaciół, jeśli piersi nie okryją stalowym pancerzem, — słabą stroną Noela była Julja. Ten wzór młodzieńca, ten adwokat o niesplamionej reputacji, ten surowy moralista, poświęcał dla niej nie tylko swoją fortunę, ale i majątek pani Gerdy.
Julję kochał szalenie, bez rozwagi, bez granic, z zamkniętemi oczyma. Po za nią nie widział nic. W jej buduarze zrzucał zwykłą maskę i stawał się innym człowiekiem. Tak mu dobrze było bez odwagi i siły wobec niej jednej, że mu nigdy przez myśl nie przeszło walczyć z tą słabostką. Jeśli czasem chciał się sprzeciwić jej nierozważnym kaprysom, naginała go jak latorośl. Pod czarownem spojrzeniem tej kobiety, postanowienia jego topniały prędzej, niż śnieg pod promieniem słońca. Męczyła go, ale miała dość siły, aby jednym uśmiechem zatrzeć wspomnienia doznanych nieprzyjemności, a jednym całusem osuszyć łzy.
W chwilach jaśniejszych wracał rozum; wtedy mawiał da siebie: „Ona mię nie kocha, ona ze mnie szydzi!“ Ale wiara tak głębokie w jego serce zapuściła korzenie, że nie mógł jej wyrwać. Nie raz miał powody wątpić o wierności swej metresy, lecz nigdy nie miał odwagi powiedzieć jej to bez ogródek. „Jeśli się nie mylę, trzeba ją opuścić...“ Myślał i na tem kończył. Okropną wątpliwość przenosił nad straszniejszą pewność.
Obecność pokojowej, która do ustawienia filiżanek i nalania herbaty potrzebowała nie mało czasu, pozwoliła Noelowi przyjść do siebie. Spojrzał na Julję, a jego gniew uleciał bez śladu. Nawet chciał już zapytać, czy nie był zanadto niegrzecznym.
Po wyjściu Karolci, usiadł na dywanie, tuż przy kochance, a rozwarłszy ramiona, chciał ją objąć za szyję.
— No, no, — zaczął tonem pieszczotliwym, przestań być złą. Jeślim zawinił, jużeś mię surowo ukarała. Zawrzyjmy pokój, i ucałuj mię...
Odtrąciła go, mówiąc sucho:
— Daj mi pokój. Ileż razy mam ci powtarzać, że dzisiaj jestem bardzo cierpiącą.
— Ty cierpisz, droga przyjaciółko? — pytał adwokat — może chcesz bym wezwał lekarza?
— Za wiele zachodu. Znam moją słabość... nazywa się znudzeniem. Ty zaś nie jesteś takim lekarzem, jakiego mi potrzeba.
Noel powstał z miną człowieka, któremu brakło odwagi i usiadł po drugiej stronie stołu, naprzeciw swej kochanki. Rezygnacja jego świadczyła, że oddawna przyzwyczaił się do scen podobnych. Julja dręczyła go, ale on wracał zawsze, jak ten mały pies, który po całych dniach ruszając na próżno ogonem, wzdycha do chwili, kiedy jego pieszczoty będą przyjemne. I Noel uchodził za człowieka surowego, popędliwego, kapryśnego!...
— Już od kilku miesięcy — rzekł, — powtarzasz mi jedną i tę samą piosenkę, że cię nudzę. Cóżem ci uczynił?
— Nic.
— A więc w takim razie?
— Moje życie jest tylko przeciagłem ziewaniem, — odpowiedziała młoda kobieta, — ale nie moja w tem wina. Czy sądzisz, że to bardzo przyjemnie być twoją metresą? Przypatrz się z bliska sam sobie. Czy jest na świecie człowiek tak smutny, niespokojny, podejrzliwy i zazdrośny jak ty?
— Każde twoje przyjęcie, — wtrącił nieśmiało Noel, — może zabić wesołość i oziębić wylanie serca... Kto kocha, musi się lękać...
— Ślicznie! ale w takim razie powinno się szukać kobiety wyłącznie dla siebie, a znalazłszy, powinno się ją zamknąć w piwnicy i wyprowadzać tylko raz na dzień, po objedzie, przy deserze, razem z szampanem... Śliczna zabawka!
— Lepiej byłbym zrobił, gdybym był wcale nie przyszedł, szepnął adwokat.
— Piękne widoki! Byłabym siedziała sama z memi cygaretami i jakim nudnym romansem. Sądzisz więc, że siedzieć cały dzień w domu, nazywa się istnieć, żyć?...
— Tak żyją wszystkie zacne kobiety, odparł sucho adwokat.
— Dziękuję! Bynajmniej im nie zazdroszczę. Na szczęście nie należę do kobiet zacnych, i przyznam ci się, że nie mogę dłużej siedzieć zamknięta jak Turczynka i mieć za jedyną rozrywkę twoją twarz zasępioną.
— A więc tyś zamknięta, ty!
— Jużciż że ja, — ciągnęła Julja z wzrastającą cierpkością. — Albo chociaż raz przyprowadziłeś do mnie którego z swych przyjaciół? Nie, mój pan ukrywa mnie... Kiedyż to wziąłeś mię pod ramię i poprowadził na przechadzkę? Nigdy! Godność szanownego pana wielceby ucierpiała, jeśliby go ujrzano w mojem towarzystwie. Mam karetę, ileż to razy w niej jeździłeś? Jeśli czasem się zdarzyło, natychmiast opuszczałeś firanki. Wyjeżdżam sama; przechadzam się sama...
— Zawsze jedne wyrzuty, — przerwał Noel, którego złośliwość kobiety zaczynała co raz więcej drażnić. — Albo to potrzebuję ci powtarzać dla czego tak jest?...
— Wiem, wiem, — mówiła dalej młoda kobieta, — że wstydzisz się mojej osoby. A jednak znam większych ludzi, którzy pokazują wszystkim swoje metresy. Pan drży o to znakomite nazwisko Gerdy, podczas gdy synowie najznakomitszych rodzin afiszują się z daleko gorszemi kobietami...
Noel ku wielkiej radości pani Chaffour, nie był już panem siebie...
— Dość wyrzutów! — zawołał wstając. — Ukrywam nasze stosunki, bo muszę. Dla czego żalisz się? Dałem ci wolność, a tak wybornie umiesz z niej korzystać, że każdy twój czyn uchodzi mej uwadze. Przeklinasz próżnię, którą zrobiłem do koła ciebie... Czyjaż w tem wina? Mogęż tu sprowadzić moich przyjaciół, ja, który żyję tak skromnie? Ujrzawszy twój zbytek, ten jawny dowód mego szaleństwa, zapytaliby się natychmiast, zkąd wziąłem tyle pieniędzy? Mogę mieć metresę, ale nie wolno mi wyrzucać za okno pieniądze, które do mnie nie należą. Gdyby jutro dowiedziano się, że ja ciebie utrzymuję, moja przyszłość byłaby zgubiona! Jakiż to klient chciałby powierzyć swoje sprawy człowiekowi, który rujnuje się dla kobiety, głośnej w całym Paryżu? Nie jestem wielkim panem, nie mam do stracenia ani wielkiego imienia historycznego, ani miljonowej fortuny. Jestem Noel Gerdy, adwokat, a moja reputacja jest wszystkiem, co posiadam. Muszę ją utrzymać, bo inaczej zginę!...
Julja, która doskonale znała swego Noela, spostrzegła w tej chwili, że kochanek zaszedł za daleko. Postanowiła więc zaraz go ugłaskać.
— No, no, mój przyjacielu, rzekła czule, nie chciałam zrobić ci przykrości. Wybacz mi... dziś jestem bardzo nerwową.
Ta prosta zmiana zachwyciła adwokata i prawie całkiem uspokoiła...
— Tak jesteś niesprawiedliwą, że czasem omal nie oszaleję. Zarzucasz mi zbytek powagi, a przed czterdziestuośmiu godzinami pogrzebaliśmy karnawał jak dwoje szaleńców. W tłusty wtorek częstowałem jak student. Poszliśmy do teatru, potem aby cię zaprowadzić na bal do wielkiej opery, przywdziałem domino, a przy końcu zaprosiłem dwóch przyjaciół na wieczerzę...
— Rzeczywiście, bardzo było wesoło! — odpowiedziała młoda kobieta z naiwnym uśmiechem.
— I mnie się zdaje.
— Szkoda tylko, że w teatrze nie byliśmy razem... Ja na górze, a ty na dole... Na balu byleś zły jak sto djabłów. Przy objedzie twoi przyjaciele byli znużeni, a więc mało mowni. W skutek twego nakazu musiałam udawać, że cię prawie nie znam... Piłeś, piłeś i końca temu nie było.
— Mówmy o czem innem, — przerwał Noel.
Przeszedł się raz przez pokój, a potem patrząc na zegarek:
— Niezadługo pierwsza, — rzekł, — muszę cię pożegnać.
— Jakto, nie zostaniesz?
— Nie, z największą przykrością... moja matka jest niebezpiecznie chora.
Wyjął i zaczął przeliczać na stole bilety bankowe, które otrzymał od Tabareta.
— Julciu, mówił pieszczotliwie, — oto nie ośm, lecz nawet dziesięć tysięcy. Nie zobaczysz mię przez kilka dni.
— Opuszczasz Paryż?
— Nie, ale będę zajęty sprawą, która dla mnie ma niezmierne znaczenie. O! tak, niezmierne! Jeśli się uda, filutko, nasze szczęście jest zapewnione... wtedy przekonasz się, że cię kocham.
— Ach, mój drogi Noelu, powiedz mi co to za sprawa?
— Nie mogę.
— Błagam cię, — prosiła młoda kobieta, wieszając się na szyi kochanka i podnosząc się na paluszkach, jakby chciała zbliżyć się do ust jego.
Adwokat pocałował ja... zdawało się, że się waha.
— Nie, rzekł nareszcie, nie mogę... Pocóż cię draźnić niepewną radością? A teraz, moja kochana, słuchaj mię uważnie. Cokolwiek się stanie, rozumiesz? pod żadnym pozorem nie przychodź, jak to dziś chciałaś niebaczna uczynić, ani nie pisuj do mnie. Sprzeciwiając się mej woli, możebyś mię przyprawiła o niepowetowaną stratę. Jeśliby ci się co zdarzyło, przyszlij mi natychmiast tego starego Clergeota. Muszę go pojutrze zobaczyć, bo ma moje weksle.
Julja cofnęła się, grożąc Noelowi niemym znakiem.
— Nic mi nie powiesz? — napierała.
— Nic dziś, ale niezadługo; — odpowiedział adwokat, którego mięszało spojrzenie metresy.
— Same tajemnice! — zawołała Julja, rozgniewana bezskutecznością swoich zabiegów.
— To już ostatnia tajemnica, przysięgam!
— Chłopcze, — mówiła młoda kobieta, — ty coś przedemną taisz... Wiesz, że cię znam... od kilku dni masz coś, jesteś całkiem zmieniony...
— Zapewniam cię...
— Nie, nie zapewniaj, bo ci nie uwierzę. Tylko — ostrzegam cię — bez złośliwych żartów, bo należę do kobiet, które umieją mścić się...
Adwokat był widocznie zakłopotany.
— Sprawa, o której mówiłem, — wyjąknął po chwili, — może tak dobrze udać się jak i zawieść...
— Dość! — przerwała Julja. — Uczynię zadość twej woli, przyrzekam. Pocałuj mię, muszę się położyć.
Zaledwie drzwi zamknęły się za Noelem, a już służąca siedziała na dywanie obok swej pani. Gdyby adwokat stał przy drzwiach, mógłby był dosłyszeć słowa Julji:
— Dalipan, nie cierpię go... Moje dziecko, co za dziwny człowiek! Ach! gdybym go się nie bała, zobaczyłby, co jestem w stanie uczynić... Ale on gotów by mię zabić!...
Służąca starała się wziąć Noela w obronę, lecz daremnie; młoda kobieta nie słuchając, mruczała:
— Dla czego przychodzi tak rzadko, co knuje? Ośmiodniowe zaćmienie, to zadługo... Czy przypadkiem nie myśli żenić się? Ach! gdybym wiedziała!... Nudzisz mię, mój luby, i pewnego poranku pewnie cię opuszczę, ale nie chcę, żebyś ty pierwszy to uczynił... Gdyby się ożenił?... Jabym tego nie zniosła!... Zaczętoby się wypytywać...
Lecz Noel nie słuchał pode drzwiami. Jak strzała biegł ulicą Provence, dotarł do ulicy Saint-Lazar i wszedł do swego domu przez tę samą furtkę w ścianie wozowni.
Dopiero od pięciu minut był w swoim gabinecie, gdy ktoś do drzwi zapukał.
— Panie! — mówiła służąca, — na litość Boską! odezwij się pan.
Otworzył drzwi, pytając niecierpliwie:
— Co znów nowego?
— Panie, — wyjąkała służąca zalewając się łzami, — już trzy razy pukałam, a pan się nie odezwał. Błagam pana... chodź... pani umiera... boję się...
Adwokat przeszedł za służącą aż do pokoju pani Gerdy. Musiał ją znaleźć bardzo zmienioną, bo mimo woli zrobił ruch przerażenia.
Chora rzucała się na łóżku. Widok był okropny! Twarz jej powlokła się trupią bladością, jakby w niej nie było ani jednej kropli krwi, a złowrogo błyszczące oczy zdawały się być zasypane drobnym proszkiem. Rozpuszczone warkocze spływały po jagodach i ramionach, nadając całemu obliczu wyraz przerażający. Od czasu do czasu wydawała jęk, a potem mówiła coś niezrozumiałego. Niekiedy silniejszy atak boleści wyrywał z jej piersi okrzyk: „Ach! jak ja cierpię!...“ Nie poznała Noela...
— Widzisz pan, rzekła sługa.
— Prawda... ktoby był przypuścił, że jej cierpienia będą tak szybko wzrastały? Prędko pobiegnij do doktora Hervé’go; niech wstanie i natychmiast tu przyjdzie.. Powiedz, żeś przyszła w mojem imieniu.
I usiadł w fotelu naprzeciw chorej.
Doktor Hervé należał do przyjaciół Noela, był jego kolegą szkolnym i towarzyszem z Quartier Latin. Historja doktora Hervé jest kopią historji wszystkich tych młodych ludzi, którzy bez majątku, stosunków, protekcji, ośmielają się poświęcić najtrudniejszemu zawodowi, który w Paryżu prawie żadnych nie ma widoków. Człowiek zasługujący ze wszech miar na uznanie i znający swoją wartość, Hervé powiedział sobie po skończeniu nauk: Nie, nie pójdę wegetować na wsi lub w małem miasteczku, zostanę w Paryżu, będę znakomitością, dobije się stopnia dyrektora szpitalu i dostanę krzyż legji honorowej.
Aby należycie przedstawić się światu, nasz przyszły Akademik zadłużył się na jakie dwadzieścia tysięcy franków. Wypadało nająć przyzwoite mieszkanie i stosownie je umeblować, co w Paryżu drogo kosztuje.
Od tego czasu uzbrojony w niezachwianą cierpliwość i silną wolę, walczy i czeka. Ale czy łatwo czekać w pewnych warunkach?... Aby to pojąć, trzeba samemu przejść bolesną szkołę życia. Umrzeć z głodu w czarnem ubraniu z uśmiechem na ustach!... Wydoskonalone cywilizacje wynalazły te męczarnie, które z pewnością są nierównie boleśniejsze, niż wszelkie katusze zadawane przez dzikich... Lekarz, rozpoczynający swoją karjerę, musi zacząć od biednych, którzy nie mogą płacić. Przytem chory jest niewdzięczny. Przychodząc do zdrowia, przyciska lekarza do piersi i nazywa go swoim zbawcą. Wyzdrowiawszy zupełnie, zapomina o wszystkiem — wdzięczności i honorarjum.
Po siedmiu bohatersko przebytych latach, Hervé ujrzał nareszcie, że klientela zaczyna się skupiać. W tym czasie napisał kilka broszur, bez intryg otrzymał medal i to zwróciło na niego uwagę.
Ale to już nie ów dziarski chłopiec, pełen nadziei i wiary! Wprawdzie jeszcze gorliwiej niż dawniej chce dobić się stanowiska, ale przyszłe powodzenie już go nie bawi. Wszystkie weselsze myśli o szczęśliwej przyszłości zabił w dniach, w których nie miał co jeść. Choćby z czasem majątek jego był największy, już on będzie tylko odwetem za przeszłość. W trzydziestym piątym roku życia czuje się zniechęconym, a pod maską ogólnej uprzejmości, ukrywa ogólną pogardę. Swoją przenikliwość, która nie mało mu szkodziła, bo świat nie lubi ludzi o bystrym umyśle, osłania teraz szatą jowialnej lekkości i słodyczy. A mimo to jest dobrym i wiernym przyjacielem.
Zaledwie wszedł na pół ubrany, bo widać bardzo się spieszył, pierwsze jego słowo, zwrócone do Noela, brzmiało:
— Co nowego?
Noel uścisnął mu rękę w milczeniu, a w odpowiedź wskazał na łóżko.
Doktor uchwycił lampę, zbliżył się do chorej, wziął ją za puls i niemal w tej samej chwili wrócił do przyjaciela.
— Co się stało? — zapytał bez namysłu, — muszę wiedzieć.
Adwokat wzdrygnął się na to zapytanie.
— Wiedzieć... co? wyjąknął.
— Wszystko! — powtórzył Hervé. — Mam do czynienia z chorobą mózgową... Nie mylę się. Nie jest to zwykła choroba, zwana zapaleniem mózgu. Co ją mogło spowodować? Zapewne gwałtowne wrażenie duszy, nadzwyczajna boleść, nieprzewidziany wypadek...
Noel przerwał swemu przyjacielowi ruchem ręki i powiódł go w głąb pokoju.
— Nie mylisz się, mój przyjacielu, — rzekł cichym głosem, — pani Gerdy miała śmiertelne zmartwienie... Pożerają ją przerażające myśli. Posłuchaj, Hervé... chcę powierzyć twojemu honorowi i przyjaźni, która nas obu łączy, naszą domową tajemnicę. Pani Gerdy nie jest moją matką.. odarła mię dla swojego syna z nazwiska i imienia. Przed trzema tygodniami odkryłem tę haniebną zdradę... Wie o tem, następstwa ją przestraszają i od tego czasu niknie w oczach...
Adwokat spodziewał się okrzyków i zapytań ze strony swego przyjaciela. Ale lekarz wysłuchał całej opowieści z niewzruszonym spokojem, uważając ją za niezbędną dla zrozumienia stanu chorej.
— Trzy tygodnie, — szepnął, — teraz wszystko jasne. Czy cierpiała przez ten czas?
— Skarżyła się ustawicznie na straszny ból głowy i w uszach, ale przypisywała to migrenie. Lecz powiedz mi otwarcie, Herve, czy to choroba niebezpieczna?
— Tak niebezpieczna, mój przyjacielu, że cała medycyna wylicza bardzo mało wypadków wyzdrowienia.
— Ach! mój Boże!
— Żądałeś prawdy, więc powiedziałem... Uczyniłem to zaś dla tego, że nie jest twoją matką... Nie łudźmy się; tylko cud może ją zbawić. Ale cudu możemy spodziewać się, możemy go nawet przygotować. A teraz do dzieła!


VI.

Jedenasta godzina biła na dworcu kolei żelaznej św. Łazarza, gdy pan Tabaret, uścisnąwszy rękę Noela, wyszedł na ulicę pod wrażeniem tego, co usłyszał. Zmuszony przed chwilą do oględności, czuł się teraz szczęśliwym z odzyskania swobody. Pierwsze jego kroki były ukośne; przypominały pijaka, który wyszedłszy z dobrze ogrzanej szynkowni, czuje nagle wpływ świeżego powietrza. Był rozpromieniony, ale zarazem otumaniony tem szybkiem następstwem nieprzewidzianych wypadków, które według jego przekonania, wyjaśniały prawdę. Pomimo, że jak najprędzej chciał stanąć przed sędzią śledczym, nie wziął dorożki. Czuł potrzebę iść pieszo. Należał do tych, którym ruch nadaje sił nowych. Biegnąc, doznawał najprzyjemniejszego wrażenia, bo w jego mózgu układały się myśli, jak ziarna zboża w potrząsanym przetaku.
Wkrótce zdążył do ulicy Chaussée-d’Antin, minął bulwar, przy którym wszystkie kawiarnie jaśniały tysiącem świateł i dotarł do ulicy Richelieu. Szedł, nie zważając na świat zewnętrzny; często potykał się o płyty kamienne, wystające z trotoaru, nie raz pośliznął się na asfalcie. Jeżeli nie zbłądził, zawdzięczał tylko instynktowi, swojej stronie zwierzęcej. Jego umysł przebiegał obszerne pole prawdopodobieństw i śledził wśród grubych ciemności tajemniczą nitkę, której początek uchwycił we wiosce Jonchère.
Jak wszyscy, zostający pod wpływem gwałtownych wrażeń, tak i on mówił głośno do siebie, nie troszcząc się o niegrzeczne uszy przechodniów, mogące uchwycić nie jedno słowo, nie jeden okrzyk złowrogi. W Paryżu zdybiecie na każdym kroku ludzi odosobnionych, co w pośród tłumów, wiedzeni chwilową namiętnością, zdradzają głośno największe tajemnice i czterem wiatrom powierzają swoje skargi. Przechodnie patrzą na nich z ubolewaniem, jak na warjatów. Często zdarza się, że ciekawi idą za nimi i bawią się zbieraniem dziwacznych zwierzeń. Na tej drodze odkryto już nie jedną tajemnicę, obchodzącą powszechną uwagę.
— Co za świetne powodzenie! — mówił Tabaret do siebie. — Dobrze powiedział Gevrol, że przypadek jest najlepszym ajentem policyjnym. Ktoby przeczuł podobną historję! A jednak nie byłem dalekim od prawdy! Wietrzyłem dziecię... Ale komu mogłaby przyjść na myśl zamiana? Wszak to środek tak zwykły, że nawet dramaturdzy więcej go nie używają. Oto, co głównie świadczy o nieudolności policji... Lękają się nieprawdopodobieństwa a tymczasem właśnie nieprawdopodobieństwo jest prawdą... Wszystko jest możebne... Dzisiejszego wieczoru nie dałbym za tysiąc dukatów. Przy jednym ogniu upiekę dwie pieczenie: winnego oddam w ręce sprawiedliwości, a Noelowi pomogę odzyskać utracone imię i majątek. Ale co się z nim stanie? Będzie jak drudzy... Szczęście zawróci mu głowę. Przecież mówił już o swoich antenatach. Biedna ludzkości, jakże cię żałuję! Ale najwięcej zadziwia mię ta Gerdy. Kobieta, której byłbym oddał Boga bez spowiedzi. A gdybym jej był oddał moją rękę?... Brrr! Na tę myśl wzdrygnął się nasz poczciwiec. Widział się mężem pani Gerdy, obarczonym jej przeszłością, wmieszanym w proces skandaliczny, skompromitowanym, wyśmianym.
— Jakiż mię śmiech porywa, — ciągnął, — gdy pomyślę o Gevrolu, szukającym człowieka z wielkiemi kulcami... Toż to będzie zły!... Mniejsza o to. Jeśli mi zechce dokuczać, pan Daburon weźmie mię w swoją opiekę. Ciekawym, jakie oczy zrobi pan sędzia, skoro stanę przed nim i zawołam: „Mam go!“ Ten proces wzmoże jego sławę. Zostanie przynajmniej oficerem legii honorowej. A jeśli śpi? Zbudzę go miłą niespodzianką.
Pan Tabaret, który właśnie przechodził most św. Piotra, wstrzymał się nagle.
— A jeśli zapyta o szczegóły? Jeszcze ich nie mam... Całą sprawę znam dopiero w ogólnych zarysach. Szkoda!
I szedł mówiąc dalej:
— Słuszna uwaga, że jestem zanadto namiętny. Mając Noela w rękach, powinienem był wydobyć z niego tysiące pożytecznych drobiazgów, o których wtedy ani pomyślałem. Ja natomiast piłem jego słowa; chciałem aby wszystko skończył w dwóch wyrazach. Lecz to całkiem naturalne; biegnąc za jeleniem, nie strzelamy do zająca. Z drugiej znów strony, napierając zbytecznie na Noela, mogłem w nim obudzić podejrzenie. A gdyby, się był domyślał, że pracuję dla ulicy Jerozolimskiej? Wprawdzie mnie to nie wstydzi, owszem chełpię się tem, ale w każdym razie radbym to zachować w tajemnicy. Ludzie są tak ograniczeni, że nie mogą znieść policji, która ich broni i strzeże. A teraz powaga i spokój, bo jużeśmy przyszli.
Pan Daburon wydawszy służącemu stosowne polecenia, ułożył się do snu. Tabaret. potrzebował tylko zadzwonić u drzwi i wymienić swoje nazwisko, aby niezwłocznie być wprowadzonym do sypialni sędziego. Na widok swego ochotnika, Daburon zwrócił się żywo ku niemu.
— Czy stało się co nowego? — zapytał, — coś pan odkrył, masz jakie poszlaki?
— Więcej jak to wszystko, — odpowiedział poczciwiec, uśmiechając się z zadowoleniem.
— Tylko prędko.
— Mam winowajcę!
Tabaret musiał być zadowolonym, bo zrobił wrażenie, wielkie wrażenie! Sędzia aż podskoczył na łóżku.
— Już! czy możebne?
— Mam zaszczyt powtórzyć panu sędziemu, — odparł zapytany, — że znam sprawcę zbrodni w Jonchère.
— A ja, — rzekł sędzia, — nazywam pana najzręczniejszym ajentem wszystkich wieków i krajów. Odtąd bez pańskiego współudziału nie przedsięwezmę żadnego śledztwa.
— Pan sędzia jest bardzo łaskawy, ale ja tu mało zrobiłem... najwięcej sam przypadek...
— Pan jesteś bardzo skromny, mój panie; przypadek wspiera tylko ludzi mocnych, a głupcami gardzi. Ale proszę pana, zechciej opowiedzieć.
Wtedy z jasnością i dokładnością wielkich mówców, stary policjant opowiedział sędziemu wszystko, co słyszał od Noela. Z pamięci powtórzył listy, nie zmieniwszy w nich prawie ani jednego wyrazu.
— Listy, dodał pospiesznie, — widziałem własnemi oczyma, a nawet jeden z nich schowałem do kieszeni, abyśmy potem mogli sprawdzić pismo. Oto jest.
— Prawda, rzekł cicho sędzia, — prawda, panie Tabaret, pan odkryłeś winowajcę. Ślepy mógłby poznać. Bóg tego chciał: ze zbrodni rodzi się zbrodnia. Wielki błąd ojca zrobił z syna mordercę....
— Zamilczałem wszystkie nazwiska, — podchwycił Tabaret, — bo chciałem wpierw wiedzieć, jakie jest pańskie zdanie...
— O! pan je możesz wymienić, — przerwał sędzia z pewną żywością, — sędzia francuzki nie wzdrygnie się, chociażby przyszło najwyżej uderzyć.
— Wiem, panie sędzio, ale tym razem trzeba sięgnąć bardzo wysoko... Ojciec, który poświęcił swego legalnego syna dla dobra dziecka miłości, nazywa się hrabia Rhéteau de Commarin, a mordercą wdowej Lerouge jest wice-hrabia Albert de Commarin.
Tabaret, jak każdy zręczny artysta, rzucił te słowa z obliczoną powolnością, licząc na ogromne wrażenie. Oczekiwanie jego zostało prześcignięte.
Pan Daburon osłupiał. Leżał nieruchomo, z oczyma rozszerzonemi ze ździwienia. Machinalnie powtarzał jak wyraz próżny treści:
— Albert de Commarin! Albert de Commarin!
— Nie inaczej, — napierał Tabaret, szlachetny wice-hrabia. Wiem, że to prawie nie do uwierzenia.
Ale spostrzegłszy zmienioną twarz sędziego, zbliżył się do łóżka nieco zatrwożony.
— Czy pan sędzia czuje się źle? — zapytał.
— Nie, — odparł pan Daburon, — nie wiedząc sam co mówi, ― czuję się bardzo dobrze... tylko nadzwyczajne zdziwienie, wzruszenie...
— Rozumiem... zauważył policjant.
— Nie prawda? pan to rozumiesz... Muszę chwilkę sam zostać. Ale nie odchodź pan, musimy pomówić obszernie o tej ważnej sprawie. Racz pan potrudzić się do mojego gabinetu — zaraz tam przyjdę.
Pan Daburon podniósł się z trudnością, a ubrawszy się na prędce w szlafrok, usiadł, albo raczej rzucił się na fotel. Na jego twarzy, którą przy pełnieniu obowiązków umiał robić nieruchomą jak marmur, malowały się okropne cierpienia, a oczy zdradzały straszną walkę wewnętrzną.
O bo nazwisko hrabi de Commarin, wygłoszone niespodziewanie, obudziło w nim najboleśniejsze wspomnienia i rozdrażniło źle zasklepioną ranę. To nazwisko przywiodło na pamięć pewien wypadek, który wydarzył mu się w jego młodości i złamał całe jego życie. Pomimo woli przeniósł się w ową epokę, jak gdyby chciał odczuć wszystkie jej boleści. Przed godziną mniemał, że epoka ta zginęła w mgłach przeszłości; jedno słowo wystarczyło, aby ją przywołać do życia. Teraz zdawało mu się, jakoby wypadek, w który był wmieszany hrabia Albert de Commarin, przydarzył się wczoraj. A jednak już dwa lata temu!
Piotr Maria Daburon, pochodził z jednej z najstarożytniejszych rodzin z Poitou. Kilku z jego antenatów pełniło najwyższe obowiązki w prowincji. Dla czego nie zostawili herbów swym potomkom? Zapewniają, że ojciec sędziego skupił do koła nieszczególnego zamku nowożytnego, posiadłości ziemskie, ocenione na milion franków. Przez matkę sędzia jest spokrewniony z całą starożytną arystokracją w Poitou, co nie mało znaczy, bo arystokracja tego miasta należy do najtradycjonalniejszych.
Zostawszy sędzią w Paryżu, znalazł natychmiast wstęp do kilku arystokratycznych salonów, które go zapoznały z resztą wielkiego świata. Ale pan Daburon nie posiadał żadnej z tych zalet, bez których nie może być mowy o prawdziwem powodzeniu w wytwornym salonie. Był zimny, poważny i bojaźliwy do zbytku. Umysł jego nie świecił elegancją i lekkością. Sędzia nie umiał mówić wiele, nie powiedziawszy nic, nie umiał kłamać, ani z wdziękiem rzucać tuziny czczych komplementów. Jak wszyscy ludzie, czujący żywo i głęboko, nie mógł natychmiast wytłumaczyć swych wrażeń. Potrzeba mu było rozmysłu, zastanowienia się nad samym sobą...
Mimo to, lubiano go dla ważniejszych przymiotów, dla szlachetności uczuć i prawości charakteru. Pod zimną powłoką, odkryto w nim serce gorące dla przyjaciół, nadzwyczajną tkliwość i prawie kobiecą delikatność. Nakoniec, jeśli w salonie, przepełnionym ludźmi obojętnymi i płaskimi, był nie raz zaćmiony, za to odnosił tryumfy w małem kółku, gdzie czuł się ogrzanym sympatyczną atmosferą.
Powoli przyzwyczaił się wychodzić często z domu. Zdaniem jego nie był to czas stracony. Rozumiał, że sędzia nie koniecznie powinien siedzieć po całych dniach w swoim gabinecie, w towarzystwie samych tylko książek prawniczych. Czuł, że człowiek przeznaczony do sądzenia ludzi, powinien ich znać jak najlepiej. Obdarzony zmysłem spostrzegawczym, śledził do koła siebie grę interesów i namiętności, ćwicząc się w rozbieraniu chaosu i chwytaniu sprężyn, nadających ruch zegarowi świata.
Nagle, jakoś w początku zimy z roku 1860 na 1861, Daburon znikł. Przyjaciele szukali go wszędzie, ale nigdzie nie znaleźli. Co się z nim stało? Zaniepokojono się, a gdy zaczęto wypytywać, doszło do powszechnej wiadomości, że Daburon spędza prawie wszystkie wieczory z margrabiną d’Arlange.
Zdziwienie było wielkie.
Ta droga markiza była, a właściwie jest, bo jeszcze żyje, okropnie zacofaną istotą, mogącą z swemi zasadami żyć swobodnie tylko w ośmnastym wieku. Prawdziwy typ z epoki Ludwika XVI. Mowa, zwyczaje, ubiór, obyczaje, słowem wszystko przypominało w niej owe czasy, które dziś znamy tylko z książek. Sama jej postać więcej o tem mówi, niż długi artykuł w piśmie historycznem, a jednogodzinna z nią rozmowa, więcej niż całe dzieło.
Urodziła się w jednem z najmniejszych księztw niemieckich, dokąd skryli się jej rodzice, oczekując ukarania i poprawy zbłąkanego ludu. Wychowała się, wzrosła na kolanach starych emigrantów, w starożytnym złoconym salonie, jak w gabinecie ciekawych zabytków. Jej umysł zbudził się na szelest przedpotopowych rozmów, a wyobraźnia zachwyciła się sądami arystokratów, przypominających pod każdym względem owych niemych, którzy pewnego razu zostali wezwani do ocenienia dzieła Felicjana Dawida. Tam przejęła się ideami, które w dzisiejszych czasach są co najmniej śmieszne...
Cesarstwo, restauracja, monarchja lipcowa, druga republika i drugie cesarstwo, przemknęły koło jej okien, których margrabina nawet z ciekawości otworzyć nie chciała, aby się przypatrzyć tym ważnym zmianom w ojczyźnie. Wszystko co się stało po roku 1789., uważała za niebyłe. Spała ciężkim snem, nie mogąc się zbudzić.
Mimo sześćdziesięciuośmiu lat z okładem, trzyma się jak dąb, bo nigdy nie chorowała. Należąc do natur żywych i czynnych aż do zmęczenia, nie może usiedzieć na jednem miejscu, chyba że jej wypadnie zagrać w pikietę, w jedyną grę ulubioną. Jada cztery razy na dzień i pije jak należy. Obok tych licznych wad, margrabina ma swoje cnoty. Nie cierpiąc maskowanych kobietek naszego wieku, mówi zawsze prawdę, bez względu, czy nią obrazi jakie drażliwe ucho, bo nienawidzi obłudy. Wierzy w Boga, ale wierzy także w pana Voltaira, z czego wynika, że jej pobożność jest bardzo zagadkową. Mimo to żyje bardzo dobrze z proboszczem swojej parafji, a w dniu, w którym go zaszczyca zaproszeniem na obiad, trzyma się przy stole przepisów kościelnych. Uważa go za podwładnego, który dbając o zdrowie jej duszy, może jej otworzyć bramy nieba...
Chociaż nie należy do złych istot, każdy ucieka od niej jak od zarazy. Boją się jej dumnego tonu i tej śmiałości, z jaką wobec złych mówi wszystko, co jej ślina na język przyniesie.
Z całej rodziny pozostała jej tylko córka po synie, zmarłym w bardzo młodym wieku.
Z olbrzymiego majątku, dzięki haniebnej administracji, pozostało jej dwadzieścia tysięcy franków renty, która to kwota zmniejsza się z każdym dniem, bo w oczach margrabiny, kapitał nie należy do rzeczy świętych — nietykalnych. Posiada także koło Inwalidów mały pałacyk, położony między wąskiem podwórzem a obszernym ogrodem, w którym mieszka z wnuczką. Z tem wszystkiem uważa się za najnieszczęśliwszą istotę i po całych dniach skarży się na biedę. Od czasu do czasu, popełniwszy jaką wielką niedorzeczność, zwierza się nawet przed przyjaciółmi, że boi się umrzeć w szpitalu.
Jeden z przyjaciół przedstawił pana Daburon margrabinie d’Arlange. Przyjaciel wprowadził go od razu w dobry humor, mówiąc:
— Chodź, pokażę ci fenomen, kobietę z tamtego świata.
Margrabina rozciekawiła sędziego pierwszego dnia, a drugim razem tak go ubawiła, że zaczął częściej bywać. Ale przestała go bawić od czasu, jak stał się codziennym gościem różowego saloniku, w którym wiódł życie czułe, szczęśliwe...
Pani d’Arlange zaszczycała go swoją przyjaźnią, unosząc się nad jego zacnością.
— Rzadki człowiek, — mawiała, — młody rabin, delikatny i tkliwy. Szkoda tylko, że nie jest urodzony. Ale cokolwiekbądź można na niego patrzyć... Jego ojciec pochodzi z tęgich ludzi, matka jest z naszych... Życząc mu dobrze, poprę go w świecie całym moim kredytem.
Największy dowód przyjaźni jaki mu składała, było, że wymawiała jego nazwisko jak wszyscy inni. Między rozmaitemi przywarami zachowała ową komiczną przesadę, która nie pozwala pamiętać nazwisk ludzi, nie należących do wyższego świata. W pierwszych tygodniach znajomości, ku wielkiemu rozweseleniu sędziego, wykręcała w tysiączne sposoby jego krótkie nazwisko. Kolejno mówiła: Taburon, Maliron, Laliron, Laridon. Ale po upływie trzech miesięcy, wymawiała już czysto Daburon, tak samo, jak gdyby nasz sędzia był księciem lub panem całej prowincji.
Czasami starała się weń wmówić, że jest szlachcicem, albo że nim przynajmniej być powinien. Jakżeż byłaby zachwyconą, gdyby do nazwiska Daburon mogła była dodać de i gdyby sędzia mógł mieć bilety wizytowe z tarczą herbową.
— Jakże to być może, — mawiała, — żeby zacni ojcowie pana mogli zapomnieć o tem, co nas różni od motłochu!
— Moi antenaci, — odpowiadał sędzia, — należąc do ludzi rozumnych, woleli być pierwszymi między mieszczaństwem, niż ostatnimi między szlachtą.
Ale zacna margrabina była innego zdania. W jej oczach między ostatnim szlachcicem a pierwszym mieszczaninem znajdowała się taka przepaść, że nawet złoto całego świata nie mogłoby ją wypełnić...
Ale ci, którzy dziwili się sędziemu, że może tak długo przesiadywać w salonie „zmartwychwstałej“ margrabiny, nie znali jej wnuczki, bo ta bardzo rzadko wychodziła. Nawet w salonie nie zawsze ją widywano, albowiem margrabina utrzymywała, że nie potrzebuje młodego szpiega, polującego na śmieszności babki...
Klara d’Arlange skończyła właśnie rok siedmnasty. Była to miła i słodka dziewczyna, zachwycająca w swojej naiwnej nieświadomości. Miała włosy popielate, bujne i cienkie, które ułożone jak od niechcenia, spadały po obu bokach szyi, doskonałej pod względem poprawności rysunku. Była smukła, a twarz jej przypominała niebiańskie postacie Guida Reni’ego. Niebieskie oczy, ocienione długiemi brwiami, ciemniejszemi niż włosy, miały dziwnie czarujący wyraz.
Było jeszcze coś tajemniczego, co tę dziewicę robiło więcej zachwycającą. Klara, bogato wyposażona od natury, otrzymała dostateczne ukształcenie, a jej zasady zgadzały się z wymaganiami świata, pośród którego żyła. W tej różnicy pojęć między nią a markizą, leżał jej nowy wdzięk. Wiadomości swoje, Klara zawdzięczała swej guwernantce, niejakiej pannie Schmidt, która urodzona po tamtej stronie Renu, była romantyczną i pozytywną, płaczliwie czułą i zarazem cnotliwą, aż do surowości. Ta zacna osoba wprowadziła Klarę z dziedziny fantazji i przesądów, w której żyła babka, podając jej w nauce ziarna zdrowego rozsądku. Uczennicy swojej odkryła wszystkie śmieszności margrabiny, które jednakże wnuczka powinna szanować...
Ilekroć Daburon wchodził do salonu margrabiny, był pewny, że zastanie pannę Klarę siedzącą obok babki, i dla tego tak często przychodził. Słuchając roztargnionem uchem tysiącznych anegdotek o emigracji, opowiadanych przez podeszłą matronę, patrzył na Klarę, jak bałwochwalca na swojego bożka. Podziwiał te długie warkocze, ten uśmiech niebiański i te oczy, które mu się wydawały najpiękniejszemi na świecie.
Niejednokrotnie, pełen zachwytu, nie wiedział gdzie się znajduje. Zapominał o margrabinie i wcale nie słyszał jej głosu. Na zapytania odpowiadał z roztargnieniem, skutkiem czego popełniał najpocieszniejsze qui pro quo za co potem bardzo zręcznie przepraszał. Lecz margrabina bynajmniej na to nie zważała. Jej zapytania były tak długie, że na odpowiedzi mało jej zależało. Mając słuchacza, była już całkiem zadowoloną, nie żądając od niego więcej, jak tylko, aby od czasu do czasu dał znak życia.
Bojaźliwość sędziego była nadzwyczajna. Klara miała temperament dziki, więc bał się z nią mówić. Przez całą zimę, sędzia nie zwrócił rozmowy więcej jak dziesięć razy bezpośrednio do młodej osoby. Słowa swoje dobrze rozważał, aby jak to mówią, nie odejść z kwitkiem.
Lecz mimo to był szczęśliwy, bo ją widział; oddychał tem samem co ona powietrzem, słyszał jej głos dźwięczny, i upajał się fijołkową wonią, którą wokół rozlewała. Przez dłuższy czas nie mógł pojąć, zkąd się bierze ta woń niebiańska; nareszcie po zwiedzeniu wszystkich magazynów z pachnidłami, znalazł ją w małym flakonie, i odtąd była jego nieodstępną towarzyszką. Przynajmniej tem chciał się Klarze przypodobać.
Przypatrując się ciągle, anielskim oczom, musiał w końcu zapoznać się z wszystkiemi ich wyrazami. Zdawało mu się, że czyta w nich każdą myśl tej, którą uwielbia, i że przez nie, jak przez otwarte okno patrzy w głąb duszy. „Dziś zadowolona,“ mawiał do siebie, i wtedy sam był wesół. Innym razem myślał: „Musiała mieć jakieś zmatwienie“ — i w tejże chwili widocznie smutniał.
Nieraz strzeliło mu do głowy prosić o rękę Klary — ale nigdy nie miał odwagi urzeczywistnić swój zamiar. Znając zasady margrabiny i wiedząc, jak jest zaślepioną w szlachectwie, był przekonany, że natychmiast usłyszy fatalne: „Nie!“ Teraźniejsze zaś szczęście, lubo przepełnione cierpieniami — ale wiadomo, że miłość karmi się łzami — była natomiast za wielkie, iżby lekkomyślnie miał je rzucać na szalę niepewnych losów.
— Raz odtrącony, — mówił do siebie, — zastanę drzwi zamknięte... A wtedy bądźcie zdrowe moje sny urocze, życie stanie się nieznośnym ciężarem!...
Z drugiej znów strony przychodziła mu na myśl bardzo słuszna uwaga, że kto inny mógłby się widywać z panną d’Arlange, pokochać ją i nareszcie otrzymać jej rękę. Zastanawiając się pilnie nad temi dwiema możliwościami, postanowił po długiem wahaniu, być stanowczym. Decyzja zapadła z początkiem wiosny.
Pewnego dnia kwietniowego, szedł do hotelu margrabiny d’Arlange, dodając sobie po drodze odwagi jak żołnierz, który za chwilę ma się rzucić na całą baterję. Co krok powtarzał: „Zwyciężyć lub zginąć!“
Margrabina, która po drugiem śniadaniu wychodziła na przechadzkę, wróciła właśnie do domu. Była strasznie zła i krzyczała jak opętana. Oto co się stało:
Margrabina poleciła wykończyć, swojemu sąsiadowi, który był malarzem, kilka obrazów. Malarz oddawszy pracę, nie otrzymał zapłaty, i napróżno przychodził po nią od dziesięciu miesięcy. Zmęczony ciągiem bieganiem, oskarżył potężną panię d’Arlange przed sędzią pokoju. Wezwanie do sądu, oburzyło margrabinę, ale nie wspominając o niem nikomu, postanowiła prosić w trybunale, aby krnąbrnemu malarzowi, który ośmielił się ją skarżyć, dobrze uszu natarto. Łatwo się domyśleć, jaki był rezultat tego pięknego projektu. Sędzia pokoju kazał margrabinę wyrzucić ze swojego gabinetu. Ztąd cały gniew.
Pan Daburon zastał ją w buduarze, na pół rozebraną, z rozpuszczonemi włosami, czerwieńszą niż piwonja, otoczoną resztkami kryształów i porcelany, które w pierwszej chwili wpadły jej w rękę. Na domiar złego, Klara wyszła z guwernantką na przechadzkę. Jedna z panien służących, zlewała margrabinę najrozmaitszemi wodami, mogącemi uspokoić jej rozdrażnione nerwy.
Sędziego przyjęła jak wysłannika Trójcy przenajświętszej. W niespełna pół godziny, z rozmaitemi wykrzyknikami i przekleństwami, opowiedziała mu całą swoją odysseę.
— Wyobraź sobie sędzio moje oburzenie! — wołała. — To musi być jakiś zagorzały Jakóbin, jeden z tych łotrów, których ojcowie zbroczyli swoje ręce krwią nieszczęśliwego króla! O! tak, tak mój przyjacielu! Na twojej twarzy czytam także zdziwienie i oburzenie. On przyznał słuszność temu bezwstydnikowi, któremu żyć pozwoliłam, dając mu robotę! A skorom zaczęła robić mu surowe wyrzuty, jak to zresztą było moim obowiązkiem, kazał mię wypędzić... Wypędzić — mnie!...
Przy tem bolesnem wspomnieniu, pogroziła zaciśniętemi pięśćmi. Gwałtownym ruchem wytrąciła z ręki pokojowej orzeźwiający flakonik, który daleko przy drzwiach, rozprysł się na posadzce.
— Głupia niezręczna! obrzydła! — krzyknęła margrabina.
Pan Daburon, odurzony z początku, chciał powoli uspokoić gniew pani d’Arlange. Ale mu nie pozwoliła przyjść do słowa.
— Szczęście, żeś pan u mnie. Pan mi pomożesz, jestem tego pewną. Wiem, że natychmiast pójdziesz, gdzie tylko potrzeba, i że dzięki swojemu stanowisku i znajomościom, postarasz się, aby jeszcze dziś zostali wrzuceni do więzienia ten nikczemnik, malarz i ten łotr sędzia! Niech wiedzą, jak się powinno obchodzić z osobą mojego stanu.
Po tem niespodziewanem żądaniu, sędzia nie ośmielił się nawet uśmiechnąć. Już nie raz słyszał gorsze rzeczy z ust markizy, a mimo to nigdy z niej nie szydził, bo czyż nie była babką Klary? Przez wzgląd na to jedno, cenił ją i poważał. Błogosławił ją w jej wnuczce, jak nieraz przechodzień błogosławi Boga w małym kwiateczku nad strumykiem.
Gniew sędziwej matrony był straszny i długi. Nawet jak gniew Achillesa mógł trwać przez dziesięć rozdziałów. Jednakże po dwóch godzinach, jeśli już nie całkiem, to przynajmniej znacznie się uspokoiła. Ułożono jej włosy i poprawiono ubiór.
Zwyciężona samą gwałtownością wybuchu, siedziała nieruchoma w fotelu. Ten świetny skutek, który szczególnie zachwycał pannę służącą, był dziełem sędziego. Aby go osiągnąć, użył całej swej zręczności i rozwinął tak anielską cierpliwość, że w końcu musiał odnieść zwycięztwo. Tryumf jego był tem więcej zasłużony, ile że sędzia przyszedł wcale nieprzygotowany na tego rodzaju scenę. Ten śmieszny wypadek krzyżował jego plany. Chociażby nawet miał szczerą chęć mówić we własnej sprawie, okoliczności nakazywały mu milczeć. Rad nie rad musiał poddać się srogiemu losowi.
Ale za to mówił o innych rzeczach. Zaczął od Rewolucji, której błędy potępiał, żałując, że ludzie ze wszech miar zacni, potracili przez nią życie, stanowisko i majątek. Od podłego Marata, zszedł nieznacznie na tego łotra, sędziego pokoju. Energicznemi nemi słowy karcił postępowanie butnego urzędnika — i donośnym głosem ganił tego oszusta, malarza. Lecz z tem wszystkiem mniemał, że najlepiej będzie, jeżeli margrabina uniesie się wspaniałomyślnością i nie każe ich więzić. Na zakończenie ośmielił się nadmienić, że byłoby może najroztropniej i najszlachetniej, jeśliby margrabina zechciała zapłacić.
— Zapłacić! — krzyknęła, — aby te draby drwili potem ze mnie?! Dodawać im odwagi naganną słabością! Przenigdy! Zresztą, aby zapłacić, trzeba mieć pieniądze, a ja ich nie mam...
— Ach! — wtrącił sędzia, — tylko 87 franków.
— Więc pan myślisz, że to nic! — odpowiedziała margrabina. — Pięknie mówisz, panie sędzio. Widać, że masz pieniądze. Pańscy rodzice powstali z niczego, a Rewolucja przeleciała o tysiąc sążni ponad ich głowami. Zresztą, kto wie, czy nie przyniosła im korzyści! Natomiast rodzinie d’Arlange wszystko zabrała. A cóż mi zrobią, jeśli nie zapłacę?
— Bardzo wiele rzeczy, pani margrabino. Zniszczą panią kosztami procesu. Najpierw otrzymasz pani wyrok, a potem przyjdą woźni i zaczną grabić.
— Boże! — zawołała matrona! — czy Rewolucja jeszcze się nie skończyła? Jakżeś pan szczęśliwy, że pochodzisz z ludu, pan! Widzę, że trzeba będzie zapłacić, a jak to boleśnie dla mnie, która nie mam ani grosza, która dla wnuczki muszę tak wielkie ponosić ofiary!
Sędzia znał margrabinę na wskróś. Słowo „ofiary,“ zdziwiło go do tego stopnia, że pomimowoli powtórzył półgłosem:
— Ofiary?...
— Nie inaczej, — podchwyciła pani d’Arlange. — Alboż bez niej odmawiałabym sobie wszystkiego, jak to dziś czynię, ssąc własne palce? Gdybym jej nie miała, zastawiłabym zaraz wszystkie srebra i miałabym z czego żyć. Lecz dziś tego nie uczynię! Dzięki Bogu, wiem, jakie są obowiązki matki; wnuczce muszę wszystko zostawić.
To przywiązanie wydało się sędziemu tak szczytnem, że nie wiedzał co odpowiedzieć.
— Ach! ta droga dziewczyna strasznie mię męczy, — ciagnęła margrabina. Wiedz, panie Daburon, że dostaję zawrotu głowy, myśląc o jej przyszłości...
Sędzia śledczy zarumienił się z radości. Widocznie los zaczął mu sprzyjać.
— Zdaje mi się, że przyszłość panny Klary nie powinna niepokoić panią margrabinę.
— Przeciwnie, i bardzo. Ona jest trochę kapryśna, a mężczyźni są dziś tak wybredni! Prócz tego przywiązują się tylko do pieniędzy. Nie znam ani jednego, któryby chciał wziąć pannę d’Arlange, z jej pięknemi oczyma i ruchami, zamiast posagu...
— Sądzę, że margrabina bardzo przesadza, — wtrącił bojaźliwie pan Daburon.
— Bynajmniej! Ufaj pan memu doświadczeniu, które jest nierównie starsze niż twoje. Z drugiej znów strony boję się zięcia, aby nie żądał odemnie rachunków... To okropne! Biedna Klara, ma dobre serce, ale będzie musiała wstąpić do klasztoru.
Pan Daburou zrozumiał, że nadeszła chwila stanowcza, że trzeba zacząć mówić. Zebrawszy zatem całą odwagę, jak jeździec, który osadzając konia, chce go tem zmusić do przeskoczenia szerokiego rowu, zaczął głosem dość pewnym:
— Pani margrabino... wiem o partji dla panny Klary... Znam zacnego człowieka, który ją kocha, i który uczyniłby wszystko na świecie, byle ją zrobić szczęśliwa...
— Pytanie, — przerwała margrabina d’Arlange.
— Człowiek, o którym mówię, — ciągnął sędzia, — jest jeszcze młody i bogaty. Uważałby się za najszczęśliwszego, biorąc pannę Klarę bez posagu. Nie tylko, żeby od pani nie żądał rachunków, lecz jeszcze błagałby panią, byś dowolnie rozporządzała swojem mieniem.
— Do kata! Jak widzę, pan nie jesteś głupi! — zawołała stara dama.
— Jeśli pani nie wystarczy, zięć zapisze osobną rentę na pokrycie niedoboru....
— Ach! duszno mi, — przerwała margrabina. — Jakto! pan znasz takiego człowieka i jeszcze mi o nim nie mówiłeś!... Trzeba go było przedstawić...
— Nie śmiałem, pani, bałem się...
— Tylko prędko... jak się nazywa ten zięć cudowny, gdzie się ukrywa?
Sędzia czuł, że mu się serce ściska. Całe swoje szczęście rzucał na szalę jednego słowa. Nakoniec, jak gdyby to, co miał powiedzieć, było największą niedorzecznością, wyjąknął trwożliwie:
— To ja, margrabino...
Głos jego, spojrzenie, a nawet ruchy były błagalne. Zląkł się własnej odwagi i czuł się odurzony, że mógł przezwyciężyć dotychczasową bojaźliwość. Omal, że nie padł do nóg markizie.
Natomiast ona, ta zarozumiała dama, śmiała się do łez, a wzruszając ramionami, powtarzała głośno:
— Ten kochany Daburon staje się co raz śmieszniejszym! Umrę ze śmiechu... Czy on żartuje ten biedny Daburon?
Ale nagle, wśród największego wybuchu wesołości, wstrzymała się i przybrała minę poważną.
— Czy pan to mówisz na serjo?
— Powiedziałem prawdę, — szepnął sędzia.
— A więc pan jesteś bardzo bogaty? — pytała markiza.
— Po mojej matce, — odparł Daburon, — mam około dwadzieścia tysięcy franków rocznego dochodu. Jeden z moich wujów, umierając zeszłego roku, zostawił mi przeszło pięćdziesiąt tysięcy dukatów. Mój ojciec ma blisko miljon. Jeśli zażądam połowy, zaraz mi ją da; dla szczęścia syna oddałby nawet cały majątek, poprzestając sam na administracji.
Pani d’Arlange dała znak sędziemu, aby zamilkł, poczem zasłoniwszy sobie twarz rękoma, dumała przez pięć minut z pochyloną głową. Nareszcie podnosząc głowę, rzekła:
— Posłuchaj mię pan. Gdybyś tę propozycję ośmielił się był uczynić ojcu Klary, byłby cię z pewnością kazał za drzwi wyrzucić. I jabym powinna tak samo postąpić, ale nie mam odwagi. Jestem stara i opuszczona, jestem biedna, a wnuczka mię niepokoi... Oto moja obrona. Wszakże pod żadnym warunkiem nie pozwoliłabym mówić Klarze o tem haniebnem małżeństwie. Z mojej strony mogę tylko pozwolić panu starać się o względy panny d’Arlange. Niech ona się zdecyduje. Jeśli ona chętnie powie „dobrze“ — ja nie powiem „nie.“
Pan Daburon uniesiony szczęściem, chciał ucałować ręce margrabiny. Uważał ją za najlepszą i najzacniejszą z kobiet, nie zastanawiając się nad tem, jak łatwo złamał jej dumną duszę. Odchodził od siebie, tracił przytomność.
— Pozwól, pozwól, — wtrąciła matrona, — pańska sprawa jeszcze nie skończona. Pańska matka była z dobrej rodziny, szkoda tylko, że tak źle zamąż poszła, ale pański ojciec nazywa się Daburon. To nazwisko, moje dziecię, jest haniebnie śmieszne. Czy myślisz pan, że to łatwo połączyć z Daburonami panienkę, która aż do ośmnastego roku życia miała zaszczyt nazywać się d’Arlange?
Te uwagi nie zdawały się zajmować umysł sędziego.
— Ale bądź co bądź, — ciągnęła margrabina, — twój ojciec miał pannę Cottevis, a ty będziesz mieć pannę d’Arlange. Może, dzięki tym mezaliansom, rodzina Daburon z czasem się uszlachetni. Ostatnia przestroga: Klara wydaje ci się bojaźliwą, słodką, posłuszną?... Wybij to sobie z głowy. Pomimo, że ma minę świętej, jest dumną i upartą, jak nieboszczyk markiz, jej ojciec. Oto com ci miała oznajmić, a dobra przestroga znaczy więcej, niż dwie złe. Ale nie mówmy już o tem. Prawie zaczynam ci życzyć, byś wyszedł zwycięzko...


∗             ∗

Scena ta, stała żywo w pamięci sędziego. Chociaż od tego dnia tyle miesięcy upłynęło, jednakże teraz, siedząc u siebie, w swoim fotelu, zdawało mu się, że słyszy głos markizy i jej słowa, życzące zwycięztwa.


∗             ∗

Z podniesioną głową wyszedł z tego samego hotelu, do którego wchodził z sercem ścieśnionem i obawą. Pierś oddychała swobodnie, myśl bujała szeroko i daleko. Jakżeż czuł się szczęśliwym! Niebo wydało mu się piękniejszem, słońce jaśniejszem! On, ten poważny urzędnik, chciał nawet zatrzymać pierwszego lepszego przechodnia, przycisnąć go do piersi i zawołać na cały głos:
— Czy pan wiesz — margrabina zezwala!
Idąc, mniemał, że ziemia usuwa się z pod jego nóg, że jest za mały, by mógł udźwignąć tyle szczęścia, i że jest tak lekki, iż lada powiew wiatru uniesie go ku gwiazdom. Ileż to w jednej chwili zbudował zamków na lodzie! Już podał się do dymisji, już postawił nad brzegami Loiry, w pobliżu Tours, wspaniałą willę — a w niej widział swoją żonę, siedzącą wśród kwiatów, pod cieniem rozłożystych drzew, z uśmiechem na ustach... A ten dom jak był umeblowany! Jakie tam kobierce, a jakie obrazy! W cudowną skrzyneczkę chciał schować tę perłę, którą niezadługo miał dostać w posiadanie. A łudząc się temi nadziejami, nie widział ani jednej chmurki na widnokręgu swojego szczęścia; a przeczucie nie odezwało się ani raz złowieszczo: „Nie wszystko skończone!“
Od tego dnia, pan Daburon stał się jeszcze częstszym gościem margrabiny. Mówiąc jaśniej, w jej salonie spędzał swoje życie.
Trzymając się ciągle w pewnem oddaleniu od Klary, starał się jednakże pozyskać jej względy. Prawdziwa miłość bywa bardzo zręczną. Po niejakim czasie przezwyciężył wrodzoną bojaźliwość, mówił wiele i widocznie ją zajmował. Gorliwie zbierał wszystkie nowe wiadomości, a po nocach ślęczał nad książkami, aby się przekonać, które z nich będzie mógł odczytać swojej ulubionej. Powoli, dzięki tej wytrwałości, obłaskawiał — że tak powiemy — dziką dziewicę. Doszedł, że go już nie wita tą miną chmurną i zimną, która dawniej była jej właściwą, i czuł, że z każdym dniem zyskuje na zaufaniu. Wprawdzie rumieniła się jeszcze, mówiąc do niego, ale za to niejednokrotnie pierwsza wszczynała rozmowę. Czasem pytała go o coś. Naprzykład słyszała o jakiemś nowem dziele dramatycznem. Natychmiast pan Daburon spieszył na przedstawienie, a potem nadsyłał jej listownie najdokładniejsze sprawozdanie. Wszakże to znaczyło pisać do Klary! Kilkakrotnie powierzała mu drobne sprawunki. Wtedy czuł się tak wielkim i szczęśliwym, że bez wątpienia nie byłby się zamienił ze stanowiskiem ambasadora moskiewskiego. Czy może być co przyjemniejszego, jak biegać dla niej?
Pewnego porankaośmielił się przynieść wspaniały bukiet. Wprawdzie przyjęła go z niejakiem zdziwieniem, lecz zarazem prosiła, by tego więcej nie czynił.
Do ócz cisnęły mu się łzy... Opuścił ją zrozpaczony, najnieszczęśliwszy z ludzi.
— Nie kocha mię, — myślał, — ona mię nigdy nie będzie kochała!
Ale w trzy dni po tem bolesnem zajściu, Klara widząc, że sędzia jest bardzo zmartwiony, poprosiła, by jej zechciał przynieść kilka kwiatów, które wówczas były bardzo w modzie. Przysłał ich tyle, że można było ubrać cały pokój.
— Będzie mię kochała! — mówił pełen zachwytu.
Te małe zdarzenia nie mąciły harmonji przy zielonym stoliku. Gra zdawała się coraz więcej zajmować młodą dziewicę. Prawie zawsze stawała w obronie sędziego przeciw margrabinie. Wprawdzie nie znała reguł, ale jeśli babka zanadto gwałtownie uderzała na swojego przeciwnika, Klara wołała na pół ze śmiechem, a na pół poważnie:
— Okradają cię, panie Daburon, widocznie okradają!
Sędzia pozwoliłby sobie zabrać cały majątek, byle mógł zawsze słyszeć ten srebrzysty głosik, przemawiający doń słowami, w których widocznie przebijało się zajęcie jego osobą.
Było to w lecie.
Sędzia zaczął mówić margrabinie o spełnieniu swoich nadziei.
— Pozwól, — odrzekła matrona, — przecież pamiętasz, cośmy zgodnie uchwalili... Ani słowa. Sumienie i tak mi już wyrzuca, że przyłożyłam rękę do ohydnego dzieła. Co to za śliczna rzecz pomyśleć, że moja wnuczka będzie się nazywała panią Daburon! Trzeba napisać do króla, aby ci zmienił nazwisko. Tak, tak, mój drogi.
Gdyby też sędzia, ten badacz surowy, ten bystry spostrzegacz, chciał był także badać charakter Klary! Kto wie, czy to studjum nie byłoby go w czas ostrzegło. Ale choćby był pomyślał o badaniu, nie byłby tego uskutecznił, bo przy Klarze nie miał siły nad sobą.
Mimo to jednakże, dostrzegł nieraz dziwne zmiany w jej humorze. Jednego dnia okazywała się bezmyślną i wesołą jak dziecko, a potem przez długie tygodnie była smutna i złamana. Widząc ja pewnego poranku bardzo smutną, a było to właśnie po jakimś balu, na którym była z babką, sędzia ośmielił się spytać o powód.
— Ach! — odrzekła z głębokiem westchnieniem, — to moja tajemnica. Taka tajemnica, że nawet moja babka o niej nie wie.
Pan Daburon spojrzał na nią badawczo. Zdawało mu się, że dostrzegł łzę na jej długich jedwabnych rzęsach.
— Być może, — ciągnęła, — że kiedyś zwierzę się panu... Może tego zajdzie potrzeba...
Sędzia był głuchy i ślepy.
— Ja mam także tajemnicę, — odpowiedział po chwili, — i ja radbym ją powierzyć sercu pani...
Wracając do domu, mówił do siebie stanowczym tonem: „Jutro wszystko jej wynurzę!“ Był to już pono pięćdziesiąty piąty dzień, w którym mówił odważnie: „Jutro!“
Nad Paryżem osiadał wieczór sierpniowy; przez cały dzień trwała spieka dusząca; nad wieczorem wszczął się wiatr, wszystko zapowiadało nadciągającą burzę.
Pan Daburon siedział z Klarą w głębi ogrodu, pod baldachimem roślin egzotycznych. Oboje napawali się niebiańską wonią oddychających kwiatów. Sędzia czuł się tak szczęśliwym, że się nawet ośmielił wziąć za rękę młodą dziewicę. Stało się to po raz pierwszy...
— Pani, — wyjąknął. — Klaro...
Spojrzała na niego wzrokiem zdziwionym.
— Przebacz mi pani, — ciągnął, — przebacz! Zanim ośmieliłem się podnieść oczy na ciebie, zwracałem się wpierw do markizy. Czy mię nie rozumiesz? Jedno słowo z ust pani, stanowić będzie o mojem szczęściu... Pani, Klaro! nie odtrącaj mię... ja cię kocham!...
Podczas gdy sędzia mówił, panna d’Arlange patrzyła nań wzrokiem, w którym przebijała się wątpliwość, ażali sędzia jest przy zmysłach. Lecz po słowach: „Ja cię kocham!“ wypowiedzianych z drżeniem najwyższej namiętności, szybko wyrwała rękę, wstrzymując się od głośnego okrzyku.
— Pan, — szepnęła, — pan?...
Pan Daburon nie mógł znaleźć słowa odpowiedzi. Złowrogie przeczucie ścisnęło mu serce żelaznemi kleszczami. Jeszcze większa była boleść jego, skoro ujrzał Klarę zalewającą się gorzkiemi łzami.
Ukryła twarz w obie dłonie, powtarzając:
— Jakżem nieszczęśliwa! bardzo nieszczęśliwa!...
— Nieszczęśliwa! pani, — zawołał sędzia, — i przezemnie? Klaro, pani jesteś okrutną! Przez miłosierdzie boże! cóżem zrobił? Co się stało? mów pani! Raczej śmierć, niż ta obawa, która mi serce rozdziera!
I rzekłszy to, padł na kolana, starając się ująć jej białą rączkę. Ale Klara odsunęła go słodkim ruchem.
— Pozwól mi pan płakać, — przemówiła, — ja bardzo cierpię... Pan mię będziesz nienawidził, wiem o tem. Kto wie, może będziesz mną nawet gardził, a jednak przysięgam na Boga, wszystko, coś mi pan powiedział, było dla mnie tajemnicą — nawet nie przeczuwałam...
Pan Daburon ciągle klęczał, oczekując przebaczenia.
— Pan, — ciągnęła Klara, — możesz teraz przypuszczać haniebną zalotność... Widzę to i wszystko rozumiem... Alboż bez głębokiej miłości mężczyzna może być tem, czem pan byłeś dla mnie? Niestety! byłam niedoświadczonem dzieckiem, zanadto ufałam szczęściu, że mogę mieć przyjaciela! Czyż nie jestem dziś sama na świecie, opuszczona jak na pustyni? Nierozważna i szalona, jam panu oddała moje serce bez namysłu, jak najlepszemu i najpobłażliwszemu z ojców!
Te ostatnie słowa odsłoniły nieszczęśliwemu sędziemu całą wielkość jego błędu. Jak młot stalowy, tak jedno słowo, pokruszyło w drobne kawałki kruchy budynek jego nadziei. Podniósł się zwolna i tonem mimowolnej wymówki powtórzył:
— Ojciec!
Panna d’Arlange pojęła, jak wielką boleść sprawiła sędziemu, jak głęboko raniła tego człowieka, którego miłości nie mogła objąć oczyma swej duszy.
— Tak, — mówiła dalej, — kochałam pana jak ojca, jak brata, jak całą rodzinę, której już nie mam. Widząc, jak poważny, surowy człowiek, staje się dla mnie dobrym i powolnym, dziękowałam Bogu, że mi zesłał opiekuna, który miał mi zastąpić tych, co pomarli.
Pan Daburon nie mógł wstrzymać się od głośnego płaczu; serce pękało w jego piersi.
— Jedno słowo, — ciągnęła Klara, — jedno słowo Byłoby mię oświeciło. Pan go nie wyrzekłeś... To też z tem większą ufnością szukałam u pana podpory, jak dziecko u swojej matki! Z jakąż to wewnętrzną radością mawiałam do siebie: „Jestem pewną przywiązania, znalazłam serce, które mię zrozumie!“ Ach! Dlaczego moje zaufanie nie było jeszcze większe? Dla czego miałam przed panem tajemnicę? Mogłam była uniknąć tego strasznego wieczoru. Powinnam była wyznać, że nie jestem już wolną, że nie należę do siebie, że dobrowolnie i chętnie oddałam już serce drugiemu...
Bujać w sferach niebiańskich, a potem nagle runąć na ziemię! Któż opisze boleść sędziego?
— Lepiej było wyznać, — odpowiedział; — ale nie... Ja twemu milczeniu, Klaro, zawdzięczam sześć miesięcy rozkosznych marzeń, sześć miesięcy snów czarodziejskich. Niech to będzie mojem szczęściem na tym świecie.
Konająca zorza zachodnia, pozwoliła sędziemu przypatrzeć się pannie d’Arlange. Jej niebiańska twarz była blada i nieruchoma jak marmur. Perliste łzy spadały w milczeniu wzdłuż jagód. Pan Daburon wierzył, że widzi przed sobą posąg płaczący.
— A więc pani innego kochasz, innego! A babka nie wie o tem. Klaro, tyś nie mogła wybrać jak człowieka godnego siebie; dla czegóż więc nie bywa u markizy?
— Są trudności, — szepnęła Klara, — trudności, które może nigdy nie będą usunięte. Ale kobieta, jak ja, może kochać tylko raz w życiu. Albo będzie żoną kochanka, albo poświęci się Bogu!
— Trudności, — zauważył Daburon głosem stłumionym. — Pani kochasz młodego człowieka, on wie o tem, i jeszcze są trudności?...
— Ja jestem biedną, — odparła panna d’Arlange, — a jego rodzina niezmiernie bogatą. Jego ojciec jest surowy, nieugięty.
— Jego ojciec! — zawołał sędzia z goryczą, której nie mógł ukryć, — jego ojciec, jego rodzina! I to go powstrzymuje? Ty jesteś biedna, on bogaty, i to stoi na przeszkodzie?! I on wie, że go kochasz?... Ach! czemuż nie jestem na jego miejscu: Gdyby wtedy cały świat sprzysiągł się przeciw szczęściu mojemu, poniósłbym dla takiej miłości wszystkie ofiary. Zresztą, czyż mogły by być jakiekolwiek ofiary? Alboż ofiara, która dziś zdaje się największą, nie jest wtedy niezmierną rozkoszą? Cierpieć, walczyć, nawet czekać, ufać zawsze i poświęcać się bez granic oto prawdziwa miłość.
— To też ja tak kocham, — odpowiedziała dobrodusznie panna d’Arlange.
Te słowa spiorunowały sędziego. Zrozumiał je zupełnie. Wszystko skończyło się dla niego bez nadziei. Ale że znajdował straszną rozkosz w dręczeniu samego siebie, więc pytał dalej:
— W jaki sposób mogłaś go poznać, mówić z nim, gdzie, kiedy? Przecież pani margrabina nikogo nie przyjmuje?
— Teraz muszę panu wszystko powiedzieć, — rzekła Klara z godnością. — Pierwszy raz widziałam go u przyjaciółki mojej babki, a jego kuzynki, u starej panny de Goello. Tam mówiliśmy z sobą, tam jeszcze go widuję...
— Ach! — zawołał Daburon, oświecony w jednej chwili: — teraz rozumiem... Ilekroć miałaś iść do panny de Goello, byłaś weselszą jak zwykle a nie raz wracałaś smutna...
— Bom wiedziała, ile trudności ma do przełamania.
— A więc jego rodzina, — rzekł sędzia tonem surowym, — musi być bardzo świetna, kiedy odrzuca związek z domem d’Arlange.
— Byłabym panu wszystko powiedziała bez zapytania, — odpowiedziała Klara, — nawet jego nazwisko. Nazywa się Albert de Commarin.
W tej chwili zbliżyła się poważna margrabina.
— Sędzio niegrzeczny, — przemówiła głosem ochrypłym, — czy zrobimy partję pikiety?
Daburon powstał, odpowiadając bezmyślnie:
— Chętnie.
Klara powstrzymała go za ramię.
— Nie prosiłam jeszcze o tajemnicę, — szepnęła.
— Ach! pani, — odparł sędzia, urażony tem powątpiewaniem.
— Wiem, — odparła Klara, — że mogę liczyć na pana. Ale bądź co bądź, mój spokój zginął...
Pan Daburon spojrzał na nią wzrokiem zdziwienia; widocznie chciał coś zapytać.
— Ja, biedna, niedoświadczona dziewczyna, — dodała po chwili, — nie mogłam dostrzedz tego, co widziała moja babka. Boli mię, że postępuję wbrew jej woli, bo zapewne życzyła sobie tego związku.
Sędzia opowiedział pokrótce swoją rozmowę z margrabiną, pomijając uważnie kwestję pieniężną, która tak stanowczy wpływ wywarła na jej usposobienie.
— Prawdę powiedziałam, — dodała Klara, — że teraz trzeba wziąć rozbrat z dotychczasową spokojnością. Babka dowiedziawszy się o mojej odmowie, wpadnie w gniew...
— Źle mnie pani znasz, — przerwał Daburon. — Nie powiem nic pani margrabinie, cofnę się i wszystko będzie skończone. Prawdopodobnie pomyśli, że rozważyłem...
— Ach! pan jesteś dobry i wspaniałomyślny!... Wiedziałam to...
— Oddalę się, — mówił dalej sędzia, — a pani zapomniesz nawet nazwisko człowieka, którego życie zostało złamane.
— Czy pan tak myślisz, jak mówisz?
— Prawda... nie mogąc być kochanym, niech że przynajmniej zostanę twoim przyjacielem najwierniejszym.
Klara usłyszawszy te słowa, ujęła sędziego czule za rękę.
— Anielskie słowa, — rzekła, — pan będziesz moim przyjacielem! Rzućmy zasłonę zapomnienia na to, co się stało, zapomnijmy o tem, coś mi pan wyjawił — i bądź odtąd jak dawniej najlepszym i najpobłażliwszym z braci.
Noc już zapadła, więc nie mogła go dojrzeć; ale domyśliła się, że musiał płakać, bo zwlekał odpowiedź.
— Czy możebne, — wyjąknął nareszcie, — ażebyś odemnie mogła tego żądać! Możesz mi mówić o zapomnieniu? Pani masz siłę zapomnieć! Ale ja? Czy pani nie widzisz, że cię kocham tysiąc razy bardziej, niż ty kochasz...
Wstrzymał się, nie mogąc wymówić nazwiska Commarin; potem z trudnością dodał:
— I wiecznie będę cię kochał...
Wyszedłszy z altany, znajdowali się już niedaleko werandy.
— Pozwolisz pani, — zaczął sędzia, — bym cię mógł teraz pożegnać. Odtąd bardzo rzadko będziesz mię widywała. Czasami ośmielę się odwiedzić margrabinę, bo nie chcę, aby mówiono o zupełnem zerwaniu stosunków...
Jego głos tak drżał, że zaledwie można go było zrozumieć.
— Cokolwiek nastąpi, — dodał, — pamiętaj pani, że na świecie jest jeden nieszczęśliwy, który wyłącznie do ciebie należy. Jeśli kiedy będziesz potrzebowała dowodów przyjaźni, przyjdź do mnie, przyjdź do swego przyjaciela. A teraz dosyć narzekań... ja mam odwagę! Klaro! pani... po raz ostatni bądź zdrowa!
I ona była nie mniej wzruszona. Instynktowo zbliżyła swoją główkę do Daburona, a on dotknął się ustami czoła tej, którą tak kochał.
Wsparta na jego ramieniu, weszła do buduaru margrabiny, która niecierpliwie rzucała kartami, wołając:
— Prędzej, prędzej! sędzio niepoprawny!
Ale Daburon nie był panem siebie. W obumarłych rękach nie byłby utrzymał kart. Wyjąknął kilka słów wymówki, wspomniał o nagłych interesach, o obowiązkach, które ma wypełnić, o chwilowem cierpieniu i wyszedł dotykając się muru rękami. Jego odejście rozgniewało starą szulerkę. Zwróciwszy się do wnuczki, która swoje zmieszanie starała się ukryć w głębi buduaru, zapytała tonem wyrzutu:
— Co się dziś stało temu Daburonowi?
— Nie wiem, — odpowiedziała Klara.
— Zdaje mi się, — ciągnęła markiza, — że ten mały sędzia zanadto się wyemancypował, bo zawsze sobie pozwala niegrzeczności. Trzeba mu dać poznać, kim jest, bo gotów się uważać za równego z nami...
Klara chciała usprawiedliwić sędziego, mówiąc, że cały wieczór był bardzo zmieniony, że skarżył się na ból głowy, że zatem musiał być chory.
— A chociażby i tak było, —krzyknęła obrażona dama, — to czyż wolno mu opuszczać nasze towarzystwo? Zdaje mi się, żem ci już opowiadała historją o naszym wuju, księciu Saint-Huruge. Wybrany przez króla do partji pikiety po polowaniu, grał wesoło cały wieczór i przegrał kilka tysięcy. Wszyscy obecni podziwiali jego dobry humor. Dopiero nazajutrz dowiedziano się, że książę na polowaniu spadł z konia i złamał sobie żebro. A jednak nie wymówił się od gry. Gdyby nawet sędzia był chory, powinien był zostać z nami. Albo i to nie zaszczyt dla niego grać ze mną?... Lecz on zdrów, jak ja. W tem musi być coś innego...
Pan Daburon, wyszedłszy z hotelu d’Arlange, nie poszedł do siebie. Całą noc błąkał się bez celu, szukając trochę chłodu na rozpaloną głowę, nieco spokoju dla pękającego serca.
— Szalony! — mówił do siebie, — szalony sędzia, że pomyślał, iż ona może go kochać! Jakżeż mogłem kiedykolwiek marzyć o posiadaniu tyle wdzięku, szlachetności i piękna! Jak była dziś piękną z tem łzami zalanem obliczem! Możnaż sobie wyobrazić coś równie anielskiego? Jak szczytny wyraz miały jej oczy, gdy o nim mówiła! Ona go kocha... A mnie, mnie kocha, jak ojca — przecież sama powiedziała — jak ojca! Zresztą, czy mogło być inaczej?
Młoda dziewczyna nie przywiąże się uczuciem kochanki do sędziego, którego twarz zawsze smutna i ponura, jak czarny ubiór, który nosi. Nie byłoby zbrodnią chcieć połączyć tyle dziewiczej czystości z moją pogardy godną umiejętnością? Ona jest młodą, jak niewinność, ja zaś stary, jak grzech...
Biedny sędzia dręczył się niezmiernie. Rozumiał Klarę i usprawiedliwiał ją przed sobą. Wyrzucał sobie, że okazał przed nią za wiele boleści, czem musiał jej sprawić przykrość. Nie mógł sobie przebaczyć, że ośmielił się mówić jej o swojej miłości. Czyż nie mógł się był domyśleć, że go odtrąci i że odtąd będzie musiał wieść życie samotne?...
— Ona, mówił po chwili, wymarzyła sobie kochanka, hojnie wyposażonego w najszczytniejsze przymioty, a ja... ja mam do czynienia tylko ze zbrodniarzami; w mojem biurze niemo i posępnie, jak w duszy tych ludzi, których mam sądzić! Sędzia, tak jak ksiądz, powinien skazać się na wieczną samotność i bezżeństwo. Obaj wiedzą wszystko, bo wszystko słyszeli... Ubiór ich prawie jednaki. Lecz podczas gdy ksiądz w fałdach swojej szaty nosi pociechę, sędzia nosi przerażenie. Pierwszy jest przebaczeniem, drugi karą. Takim ja jestem... podczas gdy tamten... tamten...
Nieszczęsny człowiek biegł dalej wzdłuż Sekwany. Głowę miał odkrytą, oczy zbłąkane. Chcąc wolniej oddychać, rozerwał krawatkę i rzucił ją na igraszkę wiatrom. Przechodnie zatrzymywali się i patrzyli nań z politowaniem, jak na człowieka pozbawionego zmysłów. Koło Grenelle kilku miejskich sierżantów chciało go zatrzymać. Odtrąciwszy ich, machinalnie rzucił im bilet wizytowy. Odczytawszy, rozstąpili się myśląc, że pan sędzia pijany.
Gniew, szalony gniew, wypędził z serca pierwszą rezygnację. Z początku kiełkował, ale wkrótce stał się jeszcze większym, niż miłość dla Klary. W tej chwili, ten szlachetny i zacny człowiek, ten poważny sędzia, zaczął myśleć o zemście... Zrozumiał nienawiść, która uzbraja rękę w skrytobójcze żelazo, która radzi zabić współzawodnika. Właśnie teraz miał u siebie w śledztwie jakąś młodą dziewczynę złego prowadzenia, która z zazdrości zamordowała jedną z swych towarzyszek. Powody zbrodni stanęły mu żywo przed oczyma, postanowił więc o ile możności zmniejszyć jej winę przed wyrokującym trybunałem.
On sam zamierzał popełnić zbrodnię. W chwili namiętnego szału, przyrzekł sobie, że zabije Alberta de Commarin.
Przez całą noc wmawiał w siebie potrzebę tego czynu i usprawiedliwiał w duszy zemstę, którą nazywał słuszną. O godzinie szóstej zrana ujrzał się w jednej z alei lasku bulońskiego, w pobliżu jeziora. Doszedłszy do bramy Maillot, wziął dorożkę i kazał się odwieść do siebie.
W domu ubrał się starannie, jak wtedy, gdy wychodził do pani d’Arlange i natychmiast poszedł do rusznikarza, kupił rewolwer, kazał go nabić w swoich oczach i schował do kieszeni. Następnie pobiegł do osób, od których spodziewał się dowiedzieć, do jakiego klubu należy wice-hrabia Albert de Commarin. Nigdzie nie spostrzeżono dziwnej zmiany w umyśle sędziego, wszyscy uważali jego mowę za naturalną. Po południu znalazł jednego ze swoich przyjaciół, który przyrzekł wprowadzić go osobiście do żądanego klubu. Daburon szedł uszczęśliwiony za swoim przewodnikiem. W drodze ściskał kurczowo drzewce rewolweru, myśląc tylko o morderstwie i o środkach aby nie chybić.
— Z tego będzie, — mówił do siebie, okropny skandal, — szczególnie jeśli nie zdążę palnąć sobie w łeb! Schwycą mię, wrzucą do więzienia, postawią przed sądem przysięgłych. Nazwisko moje będzie zhańbione. Mniejsza o to! Klara mię nie kocha, co mię reszta obchodzi! Mój ojciec umrze z boleści... ale ja muszę się zemścić!
Przyszedłszy do klubu, przyjaciel wskazał mu smagłego młodzieńca, o dumnej powierzchowności, który wsparty na obu łokciach, czytał dziennik. Był to Commarin. Daburon szedł do niego, ale jeszcze nie dobył rewolweru. Lecz, zbliżywszy się na dwa łokcie, stracił odwagę. Odwrócił się szybko i począł uciekać ku wielkiemu zdziwieniu swego przyjaciela, który żadną miarą nie mógł sobie zdać sprawy z tej sceny komicznej. Albert de Commarin nie był nigdy tak bliskim śmierci.
Wybiegłszy na ulicę, sędzia czuł, że ziemia z pod nóg mu ucieka. Wszystko wirowało do koła niego. Chciał krzyczeć, nie mógł. Rękoma rozmachiwał w powietrzu, zataczał się co krok, nareszcie padł na trotoar jak kłoda. Przechodnie i miejscy sierżanci podnieśli go z ziemi. Znalazłszy w jednej z kieszeń adres, odnieśli go do domu. Gdy odzyskał zmysły, ujrzał się w łóżku, a u nóg swoich strapionego ojca.
— Co się stało?
Powiedziano mu, z pominięciem wszystkiego, co choremu jakąkolwiek mogło sprawić przykrość, że zwalony gwałtowną gorączką, leżał przez sześć tygodni między życiem a śmiercią. Lekarze oświadczyli, że teraz już ocalony, że niezadługo przyjdzie do siebie i odzyszcze zdrowie. Pięciominutowa rozmowa wycieńczyła jego siły. — Zamknąwszy oczy, chciał pozbierać myśli, które rozpierzchły się jak liście, pozrywane burzą jesienną. Przeszłość wydała mu się ciemną, tylko to, co się odnosiło do panny d’Arlange, było jasne, o widomych kształtach. Wszystkie jej czynności widział jakby na wspaniale oświetlonym obrazie. Wzdrygnął się, a na czoło wystąpił pot zimny...
Omal że się nie stał mordercą!
A na dowód, że w rzeczy samej odzyskał zmysły, zaczął się zastanawiać nad jednym z pytań prawa kryminalnego:
Po dokonaniu morderstwa, czy byłbym skazany? Bez wątpienia. A czy byłbym odpowiedzialnym? Nie... W jakim stanie znajdowałem się przed spełnieniem zbrodni? Któż na to odpowie... Dla czego wszyscy sędziowie nie przeszli takiej jak ja katastrofy? Ale któżby mi uwierzył, gdybym zaczął opowiadać wszystko, com doświadczył!
W kilka dni opowiedział ojcu całe zajście, ale ten wzruszył litościwie ramionami, mówiąc, że to wspomnienie z czasów choroby. Następnie zaczął go pocieszać, oddając na jego rozkazy cały swój majątek i proponując mu małżeństwo z pewną bardzo bogatą sąsiadką, która go obdarzy pięknemi i zdrowemi dziećmi. Wkrótce potem stary Daburon odjechał do siebie, bo gospodarstwo zaczęło cierpieć w jego nieobecności.
We dwa miesiące sędzia śledczy wrócił do dawnego życia i dawnych zatrudnień. Ale, niestety, już nie pracował jak dawniej; teraz pracował jak ciało bez duszy. Czuł, że w głębi jego jestestwa coś się potargało. Pewnego razu poszedł odwiedzić starą margrabinę. Ujrzawszy go krzyknęła z przestrachu. Wzięła go za istotę z tamtego świata, tak się zmienił od ostatniej wizyty. Że zaś bała się strachów, więc mimo woli wskazała mu drzwi...
Klara była także chorą przez cały tydzień.
— Jak on mię kochał! — mówiła do siebie, — omal że nie umarł. Czy Albert umie tak kochać?
Bała się odpowiedzieć. Chciała go pocieszyć, mówić z nim... Ale sędzia nie pokazał się więcej.
Pan Daburon nie należał jednak do ludzi, którzy padają bez walki. Chciał się rozerwać. Znalazł przesyt, ale nie znalazł zapomnienia. Jeżeli czasem przyszła mu chęć rzucić się w objęcia rozkoszy, anielska postać Klary zatrzymywała go na dobrej drodze. Wtedy zamykał się w swoim gabinecie i z całą gorliwością oddawał się żmudnej pracy. Niejednokrotnie dawał sobie słowo, że nie będzie myślał o Klarze, tak samo jak suchotnik przyrzeka sobie, że więcej ani pomyśli o swojej chorobie. Koledzy mawiali, że Daburon chce zostać wielkim człowiekiem, bo ciągle pracuje, ale on ani pomyślał o przyszłości.
Po niejakim czasie znalazł, jeśli już nie spokój, to przynajmniej pewne odurzenie, które zawsze następuje po wielkich katastrofach. Zapomnienie obiecywało wyleczyć go do reszty...


VII.

Takie to wypadki przyszły na myśl sędziemu, skoro z ust Tabareta usłyszał nazwisko hrabi de Commarin. Sądził, że czas zasypał je gruzami zapomnienia, a tymczasem wystąpiły jak litery, które skreślone tajemniczym atramentem, stają się czytelnemi, jeśli papier przyłożymy do ognia. W jednej chwili rozwinęły się przed jego oczyma i owładnęły napowrót całe jestestwo.
Przez kilka minut, dzięki cudownemu zjawisku dwoistości, patrzył na przedstawienie własnego życia. Aktor i widz zarazem, siedząc w swoim fotelu, widział się na scenie, działał i sam swoją grę osądzał.
Trzeba przyznać, że pierwsza jego myśl była ohydna, bo nienawistna, przyczem zbudziła się jeszcze haniebniejsza chęć zemsty. Przypadek oddawał w jego ręce człowieka, którego Klara kochała. Nie był to dumny szlachcic, świetny majątkiem i pochodzeniem; był to bastard, syn kurtyzanki. Aby utrzymać skradzione nazwisko, dopuścił się najohydniejszej zbrodni. On zaś, sędzia, czuł teraz dziwną rozkosz, że przeciwnika swego będzie mógł powalić mieczem sprawiedliwości. Ale to wszystko trwało tylko jedno mgnienie oka. Sumienie człowieka zacnego zbudziło się i przemówiło donośnym głosem:
Czy może być co potworniejszego, jak połączenie tych dwóch pojęć: nienawiść i sprawiedliwość? Czy może sędzia, bez pogardzania samym sobą, pomyśleć, że winowajca, znajdujący się w jego ręku, jest jego nieprzyjacielem? Czy sędzia śledczy może spełniać prawo swej nielitościwej władzy przeciw obżałowanemu, jeśli w jego sercu jest bodaj kropla żółci?
Pan Daburon powtórzył, co od roku powtarzał zawsze sobie przed rozpoczęciem nowego śledztwa:
— I ja sam omal że nie popełniłem morderstwa!
— Czy nie powinienem się teraz cofnąć, umyć ręce od wszystkiego i oddać hrabiego w ręce innych sędziów?
— Nie! — zawołał głośno, — byłoby to tchórzostwem niegodnem mojego charakteru!
Szalony pomysł wspaniałomyślności strzelił mu do głowy.
— A gdybym go ocalił? Jeśli — dla Klary — zostawiłbym mu życie i honor? Ale jak go ocalić? W takim razie trzebaby odrzucić donos Tabareta i nakazać mu milczenie. Prócz tego wypadłoby mi pójść błędną drogą i wraz z Gevrolem szukać marynarza z wielkiemi kulcami. Czy to możebne? Zresztą, oszczędzać Alberta, znaczy szkodzić prawom Noela; znaczy zapewnić bezkarność najhaniebniejszej zdradzie. Nakoniec, znaczyłoby poświęcić sprawiedliwość własnej namiętności...
Sędzia cierpiał.
— Co tu przedsięwziąć? co uczynić? Wahał się między dwoma wręcz sobie sprzecznemi postanowieniami i z jednej ostateczności wpadał w drugą. Co począć? Rozum, doznawszy tak nieprzewidzianego wstrząśnienia, daremnie szukał równowagi.
— Cofnąć się? — mówił do siebie, — a gdzież moja odwaga? Alboż nie powinienem zostać godnym obrońcą prawa, który nie wie co wpływy? Czy jestem tak słaby, że przywdziewając suknię sędziowską nie umiem zrzucić tego, co się nazywa osobistością? Alboż to nie moim obowiązkiem puścić przeszłość w niepamięć? Sumienie nakazuje mi prowadzić dalej śledztwo. Sama Klara kazałaby mi tak działać. Mogłażby kochać człowieka, skalanego podejrzeniem? Nigdy! Jeśli jest niewinnym, niech będzie ocalony; jeśli zawinił, niech ginie!
Pięknie brzmiało to rozmawianie, ale w głębi serca tysiączne obawy raniły sędziego. Potrzebował złożyć przed sobą ścisły egzamin.
— Alboż ja nienawidzę jeszcze tego człowieka? Nie!... Jeśli Klara przeniosła go nade mnie, którego on nie znał, to jużciż nie on, ale ona zawiniła. Mój gniew był tylko chwilowem szaleństwem. Dowiodę tego. Chcę, ażeby we mnie znalazł nie sędziego, lecz opiekuna. Jeśli nie jest winnym, będzie miał na rozkazy, dla udowodnienia swojej cnoty, cały ten straszny zastęp ajentów, którym posiłkuje się trybunał. Mogę być sędzią... Bóg, który czyta w głębi mojej duszy, widzi, że zanadto kocham Klarę, bym mógł źle życzyć jej kochankowi!
Urwawszy w tem miejscu, Daburon zaczął liczyć czas ubiegły. Było już około trzeciej godziny zrana.
— Ach, mój Boże! — zawołał przestraszony, — Tabaret czeka tak długo!.. Zapewne musiał zasnąć!
Ale Tabaret nie spał, bo i jemu czas przeleciał bardzo szybko. Dziesięć minut wystarczyło, aby rozpatrzyć się dokładnie w gabinecie, który był obszerny i surowo-wspaniały, harmoniujący najzupełniej ze stanowiskiem i wielkim majątkiem sędziego. Uzbrojony w świecznik, stawał kolejno przed każdym z sześciu obrazów wielkich mistrzów, które wisiały na ścianach, przypatrywał się niektórym brązom i rzucił spojrzenie znawcy na piękną bibliotekę. Potem wziąwszy w rękę jeden z dzienników wieczornych, zbliżył się do kominka i utonął w fotelu.
Jeszcze nie odczytał pierwszego artykułu, traktującego o sprawie rzymskiej, gdy władze umysłowe, nie mogąc znieść polityki, uniosły go do Jonchère, do domu wdowej Lerouge. Jak dziecię, które tysiąc razy stawia i burzy pałace z kart, tak i on mięszał i napowrót podchwytywał szereg swoich wywodów i rozumowań. W rzeczy samej, dla niego nie było w całej tej sprawie nic tajemniczego. Zdawało mu się, że wie wszystko, od A aż do Z. Wiedział, czego się ma trzymać, a pan Daburon podzielał także jego zdanie. Ale mimo to, jak wielkie jeszcze trudności! Przecież między sędzią śledczym a obżałowanym, znajduje się trybunał najwyższy, rozstrzygający, władza sumienna, sąd przysięgłych. A sędziowie przysięgli, nie poprzestają na samem przekonaniu moralnem. Największe prawdopodobieństwa są dla nich niczem, bo oni potrzebują dowodów niezbitych, namacalnych. To też w miarę, jak za wzrostem cywilizacji, utrwala się coraz bardziej potrzeba bezwzględnej sprawiedliwości, sędziowie przysięgli stają się bojaźliwszymi i więcej chwiejnymi. Z największą przykrością dźwigają brzemię swojej odpowiedzialności. Każdy z nich wchodząc do sali obrad boi się, aby kiedyś nie doznał gorzkich wyrzutów sumienia. Za wypuszczenie na wolność jednego niewinnego, jest gotów ułaskawić trzydziestu zbrodniarzy. Sąd przysięgłych powinien zatem otrzymać dowody niezbite, jasne, których dostarczanie należy do sędziego śledczego.
Na samą myśl, że morderca mógłby się wymknąć z rąk sprawiedliwości, Tabaret uczuł, że wszystka krew uderza mu do głowy. Zdawało mu się, że same takie przypuszczenie wyrządza mu wielką krzywdę. Według jego przekonania, potworność taka mogłaby nastąpić dopiero wtedy, gdyby śledztwo było niedołężnie prowadzone, gdyby ajenci nie rozwinęli należytej gorliwości, lub gdyby sędzia okazał się niezdolnym albo słabym.
— Ja, — rzekł do siebie z pewną dumą, — nie okazałbym się nigdy słabym! Po stwierdzeniu każdej zbrodni, można zawsze schwytać i ukarać winowajcę, chyba że nim jest warjat, który nie może być odpowiedzialnym za swoje uczynki. Chętnie strawiłbym całe życie na wyszukaniu zbrodniarza, i raczej zginąłbym, a nie dałbym się przezwyciężyć przeciwnościom, jak to nie raz zdarzyło się temu głupcowi, Gevrolowi...
— Ale jakie dowody, — myślał dalej, — przedłożymy tym przeklętym sędziom przysięgłym? Te leniuchy nie chcą sobie suszyć głowy, oni żądają, aby im położono wszystko jak na talerzu. Jak tu zmusić do zeznań człowieka silnego, którego zasłania wysokie stanowisko, i który bez wątpienia przedsięwziął wszelkie środki ostrożności? Jaką tu przygotować łapkę?
Ochotnik policyjny zamyślił się tak głęboko, że nawet nie usłyszał, jak drzwi wiodące do gabinetu nagle się otworzyły i nie dostrzegł, że sędzia stanął tuż przy jego fotelu. Aby go wyrwać z objęć kombinacji, potrzeba aż było głosu pana Daburon, którego słowa drżały jak liście.
— Daruj, panie Tabaret, żeś tak długo na mnie czekał.
Nasz poczciwiec zerwał się jak oparzony i skłonił się do kolan sędziego.
— Doprawdy, panie, miałem tyle do myślenia, żem się wcale nie nudził. Pan Daburon przeszedłszy pokój, usiadł naprzeciwko swojego ajenta, obok stolika, na którym leżał stos dokumentów, odnoszących się do zbrodni. Zdawało się, że był bardzo znużony.
— Długo, — rzekł po chwili, — zastanawiałem się nad tym wypadkiem.
— I ja także! — przerwał Tabaret. — Właśnie gdy pan sędzia wyszedł, myślałem o możliwem zachowaniu się Commarina w chwili uwięzienia. Według mnie, nie ma nic ważniejszego. Czy się uniesie? Może będzie starał się przestraszyć ajentów, a może zechce uciec? To jest zwykła taktyka złapanych kryminalistów. Ale mnie się zdaje, że Commarin będzie spokojny i zimny. Ostrożność, z jaką popełnił zbrodnię, każę mi tak mniemać. Zobaczy pan, że zachowa się dumnie, że będzie mówił, iż stał się ofiarą jakiegoś qui pro quo, że nareszcie zechce natychmiast widzieć się z sędzią śledczym, aby niby to wszystko wyjaśnić...
Nasz poczciwiec mówił tak płynnie i zdradzał taką wiarę we własne słowa, że pomimo woli pan Daburon musiał się uśmiechnąć.
— Jeszcześmy daleko od uwięzienia, — rzekł z przekąsem.
— Przeciwnie! może to nastąpić za kilka godzin, — przerwał żywo Tabaret. — Przypuszczam, że ze świtem wyszle pan sędzia ajentów, ażeby aresztowali młodego Commarina.
Sędzia drgnął jak chory, który widzi chirurga, rozkładającego na stole narzędzia, potrzebne do operacji. Chwila działania zbliżała się szybkim krokiem.
— Jak widzę, pan już jesteś gotów, — rzekł po krótkim namyśle, — ale czy zastanowiłeś się nad rozmaitemi trudnościami?
— Jakie trudności?! Alboż nie jest winnym? Ośmielę się zapytać pana sędziego: kto popełnił tę zbrodnię jeśli nie on? Kto potrzebował zabić wdowę Lerouge, zniszczyć jej papiery, listy i uniemożliwić jej zeznania? Nikt, tylko on. Mój Noel, który jest głupi, jak każdy człowiek uczciwy, przestrzegł go; więc działał.
— Prawda, ale...
Tabaret spojrzał na sędziego wzrokiem zdumionym.
— Czy pan sędzia ciągle myśli o trudnościach? — zapytał ze złośliwym uśmiechem.
— Ach, bez wątpienia! — odparł Daburon, — ta sprawa jest jedną z tych, które wymagają największej przezorności. W tego rodzaju wypadkach można uderzyć tylko na pewne, a my dotychczas mamy zaledwie podejrzenia... A gdybyśmy się omylili! Niestety! sprawiedliwość nie może nigdy dostatecznie naprawić krzywdy, którą wyrządzi. Chociażby się przyznała do błędu, chociażby to nawet ogłosiła — daremnie! Opinia głupia, niedorzeczna, nie przebacza nigdy człowiekowi, na którego padło podejrzenie.
Tabaret słuchał tych uwag, wydając ciężkie westchnienia. Tak płaskie refleksje nie byłyby go nigdy odstraszyły.
— Nasze podejrzenia są uzasadnione, — ciągnął sędzia, — chętnie to przyznaję. Ale gdyby w dalszym ciągu sprawy okazały się fałszywe? W takim razie nasza zbytnia gorliwość stałaby się dla tego młodzieńca wielkiem nieszczęściem. A przytem jaka wrzawa, jaki skandal! Pan nie zastanawiasz się, jaką hańbę przynosi władzy każdy krok nierozważny, jak uwłacza sprawiedliwości i jak podkopuje powagę sądu!...
Rzekłszy to, wsparł się na obu łokciach i długo rozważał.
— Nie ma widoków, — pomyślał Tabaret, — widzę, że mam do czynienia z tchórzem. Gdy trzeba działać — on mówi; gdy wypada podpisać rozkaz — on stawia teorje. Jest formalnie odurzony mojem odkryciem i dla tego boi się... Biegnąc tu, byłem przekonany, że będzie zachwycony, uszczęśliwiony. Małe rybki łowiłby chętnie, ale wielkich boi się; radby je wypuścić... O sędziowie!
— Może, — rzekł pan Daburon podniesionym głosem, — byłoby lepiej wpierw kazać go tylko strzedz, a dopiero potem wydać mandat względem uwięzienia.
— W takim razie wszystko stracone! — krzyknął Tabaret.
— Jak to?
— Przecież pan sędzia wie, że znajdujemy się wobec bardzo dobrze obmyślanej i zręcznie dokonanej zbrodni. Tylko cudem wpadliśmy na jej trop. Jeśli mu pozwolimy odetchnąć, z pewnością uciecze.
Miasto odpowiedzi, sędzia zwiesił głowę, jakby w znak potwierdzenia.
— Nie podlega wątpliwości, — ciągnął Tabaret, — że nasz przeciwnik jest człowiekiem pierwszorzędnej siły, o zadziwiającej zimnej krwi i zręczny jak kot dziki. Ten łotr musiał wszystko obliczyć i przewidzieć, aż do nieprawdopodobnego podejrzenia, padającego na niego samego. O! z pewnością tak obmyślił... Jeśli pan sędzia poprzestanie na rozkazie strzeżenia ptaszka, wyleci nam z klatki. Stanąwszy przed sądem, będzie udawał spokojnego jak święty Jan Chrzciciel i zrobi taką minę, jaką widzimy na twarzach pojedynkarzy, pociągniętych do odpowiedzialności. Potem udowodni, że wieczór i noc z wtorku na środę, przepędził w towarzystwie najpoważniejszych osobistości. Objad jadł z hrabią Machin, grał z margrabią Chasse, był na wieczerzy z księciem X., a baronowa R... i hrabina Y... nie straciły go ani na chwilę z oka. Nakoniec, wszyscy odegrają tak dobrze swoją rolę, że radzi nie radzi będziemy musieli otworzyć mu bramę i jeszcze przeprosić na schodach. Tylko w jeden sposób można go przekonać, a ten mieści się w tych słowach: zmieszajmy go szybkością!... Trzeba wpaść do niego jak piorun, uwięzić przy zbudzeniu, zabrać z sobą zmieszanego i natychmiast przesłuchać. Tylko na tej drodze możemy się coś dowiedzieć. Ach! czemuż nie jestem sędzią śledczym przynajmniej jeden dzień!
Tabaret przerwał, myśląc, czy przypadkiem nie ubliżył sędziemu. Ale pan Daburon nie miał wcale miny obrażonej.
— Mów pan dalej, — rzekł sędzia głosem, dodającym otuchy, — mów pan...
— A więc, — zaczął znowu policjant, — przypuśćmy, że jestem sędzią śledczym. — Natychmiast każę złapać mojego panicza, a we dwadzieścia minut, mam go w swoim gabinecie. Nie lubiąc bawić się w gadaninę, przystępuję natychmiast do rzeczy. Na samym wstępie, przygniatam go brzemieniem mojej pewności. Udowadniam mu, że wiem wszystko, a udowadniam tak dokładnie i jasno, że nieborak czuje się zmuszonym wyśpiewać całą prawdę. Moje słowa brzmią: Mój panie, jak widzę przynosisz alibi. Mówisz, że cię widziało sto osób. I to ładnie. Ale z tem wszystkiem oto coś pan uczynił: O godzinie ósmej, minut dwadzieścia, wymknąłeś się ukradkiem. O godzinie ósmej minut trzydzieści pięć wyjechałeś koleją z dworca św. Łazarza. O dziewiątej wysiadłeś na stacji w Reuil i niezwłocznie skierowałeś swoje kroki ku wiosce Jonchère. O dziewiątej minut piętnaście, zapukałeś do drzwi mieszkania wdowej Lerouge, która ci otworzyła, a od której zażądałeś potem wieczerzę i kieliszek wódki. O dziewiątej minut dwadzieścia pięć, wbiłeś jej w łopatkę kawałek dobrze wyostrzonej szpady, poczem przetrząsłeś cały dom i spaliłeś wiadome papiery. Dokonawszy tego, zawinąłeś w serwetę wszystkie kosztowności, aby na złodziejów rzucić podejrzenie i wybiegłeś, zamknąwszy drzwi na dwa spusty. Zbliżywszy się do Sekwany, wrzuciłeś pakiet w wodę, dotarłeś do stacji pieszo, a o godzinie jedenastej pojawiłeś się znów w dawnym humorze. Ślicznie odegrałeś swoją rolę. Szkoda tylko, żeś zapomniał o dwóch ajentach. Jeden z nich nazywa się żartobliwie Jasnowidz, a drugim jest Przypadek. Ci dwaj zdradzili pana. Zresztą, źleś pan także zrobił, że tego dnia miałeś na nogach eleganckie buciki, jasno-popielate rękawiczki, kapelusz jedwabny i parasol. Teraz przyznaj się, bo to droga najkrótsza, a za to pozwolę ci palić w więzieniu te same wyśmienite trabukosy, z tej samej cygarniczki...
Tabaret wzrósł o dwa cale, tak wielkim był w tej chwili jego zapał. Patrzył na sędziego, jak gdyby na jego ustach chciał dostrzedz uśmiech potwierdzający.
— Nie inaczej, — ciągnął, — powiedziałbym mu to i ani słowa więcej. A jeśli tylko ten człowiek nie jest tysiąc razy przezorniejszym niż mogę przypuścić, jeśli nie jest z brązu, marmuru lub ze stali, bez najmniejszej wątpliwości ujrzałbym go u moich nóg, i otrzymałbym zupełne zeznanie...
— A jeśliby w rzeczy samej był z brązu? — przerwał Daburon: — jeśliby nie upadł do pańskich nóg? Cóżbyś wtedy uczynił?
To nagle zapytanie zmięszało widocznie naszego poczciwca.
— Do kata! — wyjąknął, — nie wiem... zobaczyłbym... starałbym się... ale on by się przyznał!
Po dość długiem milczeniu, pan Daburon wziął pióro i na prędce skreślił kilka wierszy.
— Poddaję się, — rzekł, — pan Albert de Commarin będzie uwięziony, to już postanowione. Ale formalności wymagają dłuższego czasu. Zanim przesłucham obżałowanego, muszę wpierw rozmówić się z jego ojcem, hrabią de Commarin i z tym młodym adwokatem, pańskim przyjacielem, Noelem Gerdy. Listy, które posiada, są tu niezbędne.
Na wspomnienie nazwiska Gerdy, twarz Tabareta zachmurzyła się i zdradzała najżywszą obawę.
— Do kroćset! — zawołał, — oto czegom się najwięcej lękał...
— Czego?
— Potrzeby listów Noela. Rzecz naturalna, że się domyśli, kto wprowadził sąd na trop zbrodni. Tom zabrnął po uszy! Przecież będzie mi zawdzięczał odzyskanie praw utraconych... nieprawdaż? Ale czy pan sądzi, że mi będzie wdzięcznym? Bynajmniej! będzie mną pogardzał. Jak skoro się dowie, że Tabaret kapitalista i Tabaret ajent, są jedną i tą samą osobą, będzie odemnie uciekał, jak od zapowietrzonego. Biedna ludzkości! Nie minie tydzień, a najstarsi moi przyjaciele nie podadzą mi ręki!.. Jak gdyby to było hańbą służyć sprawiedliwości... Będę zmuszonym zmienić mieszkanie, wynieść się z dawnej dzielnicy, przybrać inne nazwisko.
Tabaret wygłosił te słowa głosem płaczliwym; boleść jego była ogromna. Sędzia uczuł litość.
— Nie martw się, kochany panie Tabaret, — rzekł po chwili, — wprawdzie nie będę kłamał, ale z tem wszystkiem tak poprowadzę sprawę, że twój syn przybrany, twój Benjaminek, nie nabierze najmniejszego podejrzenia. Dam mu do zrozumienia, że dowiedziałem się o nim z papierów znalezionych u wdowej Lerouge.
Tabaret uścisnął z uniesieniem rękę sędziego i przyłożył ją do ust swoich.
— Dzięki! panie, — zawołał, — stokrotne dzięki!... Pan jesteś wielki, pan jesteś... A ja, który przed chwilą... lecz dość! Jeśli pan sędzia pozwoli, będę przy uwięzieniu ptaszka; przy rewizji mógłbym być nawet pomocnym...
— Właśnie chciałem pana o to prosić, — odpowiedział sędzia.
Lampy pobladły, powała stawała się bielszą, zaczęło świtać. Z oddali dolatywał już turkot wózków porannych. Paryż wstawał do pracy i uciech.
— Nie mam czasu do stracenia, — ciągnął pan Daburon, — mogę wszystko należycie przygotować. Przedewszystkiem muszę się widzieć z prokuratorem cesarskim; jeśli śpi, każę go zbudzić. Od niego udam się prosto do pałacu Sprawiedliwości, gdzie stanę przed godziną ósmą. Chciałbym, panie Tabaret, mieć cię tam na moje rozkazy.
Właśnie nasz poczciwiec kłaniał się nisko i dziękował, gdy wszedł służący.
— Oto, panie, — rzekł do swego chlebodawcy, — ważny list, który przyniósł jakiś żandarm z Bougival. Oczekuje odpowiedzi w przedpokoju.
— Bardzo dobrze, — odpowiedział pan Daburon, — zapytaj go, czy czego nie potrzebuje, a w każdym razie daj mu szklankę wina...
Niezwłocznie rozerwał kopertę.
— Patrzcie! — zawołał, — list od Gevrola... I czytał:
„Panie sędzio śledczy!“
„Mam zaszczyt oznajmić panu sędziemu, że już jestem na tropie człowieka o dużych kulcach. Dowiedziałem się o nim w pewnym szynku, gdzie zastałem nie mało opojów. Nasz panicz był w tym szynku w niedzielę zrana, właśnie gdy wyszedł z domu wdowej Lerouge. Kupił i zapłacił dwie litry wina. Następnie uderzywszy się w czoło, rzekł: „Stary głupcze! zapomniałem, że jutro uroczystość na statku.“ Po tych słowach wziął jeszcze trzy litry. Szukałem w almanachu, statek powinien się“ nazywać: Saint-Marin. Dowiedziałem się także, że na pokładzie miał zboże. Niezwłocznie napisałem do prefektury, aby przetrząśnięto wszystkie statki w Paryżu i Rouheu. Być może, że poszukiwania nie będą bezowocne. Mam zaszczyt...“
— Biedny Gevrol! — zawołał Tabaret, śmiejąc się na cały głos; — zaczyna ostrzyć pałasz, gdy bitwa już wygrana. Czy pan sędzia nie każę wstrzymać tych poszukiwań?
— Bynajmniej! — odpowiedział pan Daburon, — zapomnieć o najmniejszej rzeczy, jest nie raz wielkim błędem. A kto wie, jakie światło może rzucić ten nieznajomy na całą sprawę?


VIII.

W dniu, w którym odkryto zbrodnię we wiosce Jonchère, właśnie o godzinie, kiedy Tabaret robił swoje spostrzeżenia w pokoju zabitej, Albert de Commarin wsiadł do powozu, aby się udać na dworzec kolei północnej, na spotkanie swojego ojca.
Wice-hrabia był bardzo blady. Przeciągłe rysy, zamglone oczy i wybladłe usta mówiły o wielkiem zmieszaniu, które musiały nastąpić bądź po zbytnich rozkoszach, bądź po gwałtownych cierpieniach.
Co więcej, cała służba pałacowa spostrzegła, że od pięciu dni młody pan znajdował się w niezwykłym stanie. Mówił z trudnością, jadł bardzo mało i nikogo nie przyjmował.
Pokojowiec wice-hrabiego opowiadał, że zmiana ta zaszła nagle w niedzielę rano, po wizycie niejakiego pana Gerdy, adwokata, który w bibliotece zabawił trzy godziny.
Albert, wesół jak zwykle przed zjawieniem się tej osoby, był po jej wyjściu zgnębiony i odtąd nie odzyskał dawnego humoru.
Kiedy zamierzał udać się na dworzec kolei, czuł się tak osłabionym i szedł tak powoli, że Lubin, pokojowiec, prosił go, aby został w domu. Narażać się na zimno, znaczyło popełniać wielką niedorzeczność. Lepiej byłoby położyć się do łóżka, i wypić filiżankę rumianku.
Ale hrabia de Commarin, ojciec, nie robił ustępów w kwestji obowiązków synowskich. Gotów był przebaczyć synowi największe szaleństwa, ale nie byłby przebaczył braku uszanowania. O swoim przyjeździe doniósł telegrafem na czterdzieści ośm godzin, a więc cały hotel powinien być pod bronią, nieobecność zaś Alberta byłby wziął za największą obrazę.
Wice-hrabia przechadzał się od pięciu minut po sali gościnnej, gdy dzwonek strażniczy zapowiedział przybycie pociągu. W krótce drzwi, wychodzące na peron rozwarły się na oścież i ze wszystkich stron zaczęli tłoczyć się podróżni.
Wkrótce zjawił się hrabia, a za nim służący z wspaniałem futrem na ramieniu.
Hrabia de Commarin wydawał się o dziesięć lat młodszym, niż był w rzeczywistości. Bujna broda i włosy, były zaledwie przyprószone szronem. Był słuszny i chudy, trzymał się prosto, głowę nosił do góry, ale z tem wszystkiem nie miał w sobie nic z owej niemiłej sztywności brytańskiej, którą tak podziwiają nasi młodzi panicze. Ruchy jego były szlachetne, krok pewny. Miał piękną rękę, rękę człowieka, którego antenaci umieli dzielnie uderzać szpadą. Jego twarz regularna, była prawdziwą zagadką dla tego, kto ją studjował: we wszystkich rysach przebijała się dobroć, usta wiecznie się uśmiechały, ale za to w jasnych oczach świeciła szalona duma i dzika odwaga.
W tej sprzeczności mieściła się tajemnica jego charakteru.
Jakkolwiek należał do typów na wzór margrabiny d’Arlange, mimo to nie zerwał z stuleciem, w którem żył, a przynajmniej zdawało się, że z niem idzie.
Tak samo jak margrabina, pogardzał wszystkimi, którzy nie byli szlachetnie urodzeni; tylko jego pogarda objawiała się w inny sposób. Margrabina nie taiła się ze swemi uczuciami; natomiast hrabia ukrywał je starannie pod płaszczem wygórowanej grzeczności, która właśnie dla tego, że była wygórowaną, śmiertelnie obrażała. Margrabina nie raczyła nawet spojrzeć na kupców, którzy jej przynosili rozmaite towary, a hrabia, gdy pewnego razu jakiemuś rzemieślnikowi wypadł parasol, schylił się i podniósł go uprzejmie.
Pochodziło to ztąd, że margrabina żyła z zawiązanemi oczyma i zatkanemi uszami, podczas gdy hrabia widział bardzo wiele i pilnie się przysłuchiwał. Ona była ograniczoną i bez krzty zdrowego zmysłu; hrabia zaś miał otwarty umysł, obszerne poglądy i pewne zasady. Ale z tem wszystkiem nie w jednej rzeczy godzili się oboje najzupełniej. Słowem, hrabia był doskonałym portretem pewnej części społeczeństwa, podczas gdy margrabina była tylko śmieszną karykaturą.
Trzeba dodać, że wobec równych sobie, hrabia de Commarin pozbywał się przygnębiającej grzeczności. Wtedy odzyskiwał właściwy swój charakter wyniosły, otwarty, szczery. W swoim domu był despotą.
Ujrzawszy ojca, Albert pobiegł szybko ku niemu. Uścisnęli sobie dłonie, ucałowali się ceremonialnie, i w jednej minucie wyczerpali całą frazeologię, używaną w takich spotkaniach. Po przywitaniu hrabia dostrzegł, że twarz syna była widocznie zmienioną.
— Czyś cierpiący, wice-hrabio? — zapytał.
— Nie, hrabio, — odpowiedział Albert lakonicznie.
Hrabia wyrzucił jedno: „Ach!“ któremu towarzyszyło pewne poruszenie głową, co u niego była oznaką najzupełniejszego niedowierzenia, a potem zwrócił się do służącego, wydając mu krótko rozmaite polecenia.
— A teraz, — ciągnął wracając do syna, — jedźmy do domu. Radbym jak najprędzej być u siebie, a przedewszystkiem chciałbym co zjeść, bo od rana nie miałem nic w ustach, prócz filiżanki haniebnego bulionu.
Hrabia de-Commarin przyjechał do Paryża w najgorszym humorze. Jego podróż do Austrji nie przyniosła owoców, jakich się spodziewał. Na domiar wstąpiwszy do jednego z najstarszych przyjaciół, poróżnił się z nim w rozmowie do tego stopnia, że rozjechali się nie podawszy sobie ręki.
Zaledwie ujrzał się na miękkich poduszkach powozu, który pędził jak strzała, hrabia czuł się zmuszonym ulżyć swemu sercu.
— Poróżniłem się z księciem de Sairmeuse, — rzekł do syna.
— Zdaje mi się, hrabio, — odpowiedział Albert bez cienia szyderstwa, — że zawsze wam się to zdarza, jeśli dłużej jak godzinę musicie sam na sam pozostać.
— Prawda, ale tym razem sprzeczka była stanowczą... Przepędziłem cztery dni u niego i od rana do wieczora byłem wciąż zirytowany. Teraz, nie mam już dla niego żadnego szacunku.
Sairmeuse, wice-hrabio, sprzedaje Goudresy, jedną z najpiękniejszych posiadłości północnej Francji. Wycina lasy, licytuje zamek, mieszkanie prawdziwie książęce, z którego będzie niezadługo fabryka cukru. A za pieniądze kupuje akcje, obligacje, dla zwiększenia majątku.
— I to jest powód poróżnienia? — zapytał Albert nie bardzo zdziwiony.
— Bez wątpienia. Alboż nie dostateczny?
— Przecież wiesz, hrabio, że książę ma liczną rodzinę i że nie jest bogaty.
— To nie usprawiedliwia! — podchwycił hrabia. — W takim razie żyje się z ziemi na własnej ziemi; w zimie chodzi się w butach po kolana, tylko najstarszemu synowi daje się wykształcenie i nie sprzedaje się rodzinnego majątku. Od przyjaciół powinniśmy umieć wysłuchać prawdę, chociażby była najprzykrzejszą. Powiedziałem księciu com myślał: Szlachcic, który sprzedaje swoją ziemię, zdradza swoją ojczyznę.
— Ależ, hrabio! — zauważył Albert chcąc protestować.
— Powiedziałem zdradza, — ciągnął hrabia z wzrastającą gwałtownością, — i nie cofam tego słowa. Pamiętaj dobrze wice-hrabio, że potęga spoczywa zawsze w ręku bogatego, a bogatym jest ten, kto ma ziemię. Rozumieli to dobrze ludzie z roku 1793. Rujnując szlachtę, prędzej ją złamali, niż znosząc tytuły i herby. Książę pieszo i bez lokajów, jest człowiekiem jak każdy inny. Minister lipcowy, który rzekł do mieszczan: „Wzbogacajcie się!“ nie był głupi — bo dawał im tajemniczą formułę władzy. Mieszczaństwo nie zrozumiawszy go, rzuciło się do spekulacji. Dziś są bogaci, ale w co? w papiery, zyskane na giełdzie — w łachmany. Mieszczanin woli papier, przynoszący ośm procent, niż winnicę lub lasy, z których dostajemy zaledwie trzy od sta. Wieśniak nie jest tak ograniczony. Jeśli ma tylko pół morga ziemi, stara się usilnie, aby jak najprędzej mógł zwiększyć swoją posiadłość przez nowe zakupno. Za jego przykładem powinna iść szlachta.
W tej chwili powóz zatrzymał się na dziedzińcu. Hrabia wysiadł pierwszy, i wsparty na ramieniu swojego syna, zwrócił się ku schodom. W wielkim przedsionku, cała służba pałacowa stała w pełnym ubiorze, tworząc długi szpaler. Hrabia przelotnie spojrzał na wszystkich, jak porucznik na żołnierzy przed paradą. Zdawał się być zadowolonym z ich postawy. Po chwili wszedł do swoich apartamentów, położonych na pierwszem piętrze, po nad salonami, przeznaczonemi na wielkie uroczystości.
Nigdy i nigdzie dom nie był lepiej urządzony, bo hrabia de Commarin miał majątek, którym mógł zaćmić nie jednego z udzielnych książąt niemieckich.
Wiedziano, że hrabia przepędził cały dzień w wagonie; musiał być głodny, więc jak najprędzej kucharze przygotowali wyśmienity obiad. Wszyscy, począwszy od marszałka dworu, a skończywszy na ostatnim pachołku, mieli żywo w pamięci: „że służący powinien nie tylko spełniać, ale zgadywać rozkazy.“
Właśnie hrabia kończył zmianę toalety podróżnej na domową, gdy marszałek dworu zjawił się w jedwabnych pończochach, oświadczając, że podano do stołu. Hrabia de Commarin zbiegł szybko po schodach i na progu sali jadalnej zszedł się z Albertem.
Piękna to sala, przestronna, wysoka i wspaniała w swojej prostocie. Każdy z czterech kredensów, które ją zdobią, mieści w sobie krocie najkosztowniejszych naczyń. Ile tam było cudownych fajansów, a ile porcelan, mogących obudzić zazdrość nawet w królu saskim!
Nakrycie stołu, stojącego w pośrodku, przy którym usiedli hrabia i Albert, odpowiadało w zupełności temu wspaniałemu zbytkowi. Stół uginał się pod ciężarem sreber i kryształów.
Hrabia był sławnym pasibrzuchem. Niejednokrotnie chełpił się tym olbrzymim apetytem, który dla każdego biedaka byłby prawdziwym nieszczęściem. Lubił wspominać o wielkich ludziach, których brzuchy unieśmiertelniła historja. Karol V. spożywał góry mięsiwa. Ludwik XIV. zjadał przy objedzie za sześć osób. Hrabia utrzymywał nawet przy stole, że ludzi można ocenić w miarę ich siły trawienia, poczem przyrównywał ich do lampy, która przyjmując wiele oleju, wydaje wiele światła...
Pierwsze dwadzieścia minut przeszło w milczeniu. Hrabia de Commarin jadł ze spokojnem sumieniem, nie widząc, lub nie chcąc widzieć, że Albert nie dotknął się ani jednego półmiska. Ale przy deserze wrócił zły humor. Stary szlachcic przypomniał sobie, że w pół godziny po przyjeździe otrzymał dość nie miły list, o którym chciał pomówić.
— Dopiero godzina jak przyjechałem, — rzekł do syna, — a już otrzymałem nowe kazanie od hrabi Broisnay.
— Dużo pisze, — zauważył Albert.
— Za wiele... Rozlewa się jak woda. Znów plany, projekta, nadzieje, prawdziwe dzieciństwa. On jest gotów bronić na raz dwanaście najrozmaitszych polityk. Słowo honoru, stracił zmysły. Zdaje im się, że zdołają świat wywrócić do góry nogami, szkoda tylko, że jeszcze nie znaleźli punktu oparcia... Ja ich kocham, ale mimo to strasznie mię śmieszą.
I w dziesięciu minutach hrabia obmówił wszystkich swoich serdecznych przyjaciół, nie dostrzegając, że większa połowa ich śmieszności była i jego własnością. Podano kawę. Hrabia dał znak służącemu, ażeby wyszedł.
— Nasza arystokracja, — ciągnął wpadając w inny przedmiot, — widocznie karłowacieje. Możnaby ją ocalić, lecz tylko na jednej drodze: Trzeba uchwalić ustawę, wprowadzającą majoraty.
— Taka ustawa, hrabio, jest dziś niemożliwą...
— Tak sądzisz? — pytał hrabia de Commarin; — czy może chciałbyś przeciw niej wystąpić?
Albert wiedział z doświadczenia, jak drażliwą jest ta kwestja dla jego ojca, więc milczeniem zbył zapytanie.
— Przypuśćmy, — podchwycił hrabia, — że marzę o rzeczach niemożliwych; w takim razie niech sama szlachta spełni swój obowiązek, któremu powinni się poddać młodsi członkowie wszystkich większych rodzin. Niech przez pięć generacji zostawiają ojcowiznę w rękach najstarszych synów, zadawalając się drobną rentą. W ten sposób można odtworzyć olbrzymie fortuny. Wtedy każdy dom byłby państwem, bo, że tak powiem, miałby swój testament polityczny, przekazany przez swoich najstarszych ojców.
— Na nieszczęście, — wtrącił wice-hrabia, — dziś czasy się zmieniły a o takiej rezygnacji nie można już mówić.
— Wiem o tem, mój panie, — podchwycił żywo hrabia, — wiem o tem bardzo dobrze, bo mam tego dowód w moim własnym domu. Ja, twój ojciec, prosiłem cię, zaklinałem, abyś nie myślał o wnuczce tej starej warjatki, markizy d’Arlange, a na co się to wszystko zdało? Na nic. Ja po trzechletniej walce musiałem ustąpić...
— Mój ojcze, — chciał zacząć Albert.
— Dobrze, dobrze, — przerwał hrabia; — masz już moje słowo, więc rzecz skończona. Ale pamiętaj com ci powiedział. Ty zadajesz śmiertelny cios naszej familji. Ty sam będziesz jeszcze jednym z największych właścicieli we Francji, ale miej czworo dzieci, a każde z nich zaledwie będzie bogate; jeśli zaś potem każde z tych dzieci obdarzy cię licznemi wnukami, ty sam będziesz patrzył na nędzę najmłodszego swego potomstwa.
— Ojciec wszystko widzi w czarnych kolorach...
— Bez wątpienia, bo to mój obowiązek. Tylko w ten sposób można uniknąć rozczarowań. Mówiłeś mi o szczęściu przyszłego życia! Biedny chłopcze! Prawdziwy szlachcic myśli przedewszystkiem o swojem nazwisku. Panna d’Arlange jest bardzo piękną i miłą osobą, lecz nie ma ani grosza. Ja ci natomiast wybrałem bogatą dziedziczkę...
— Którą nie mógłbym kochać...
— Piękna uwaga! Przecież miała ci wnieść cztery miljony, a takiego posagu nie dają dziś królowie swoim córkom. A cóż dopiero mówić o nadziejach...
Pogadanka na ten temat byłaby się przewlokła w nieskończoność, gdyby nie wice-hrabia, którego myśli w innych bujały sferach; tylko od czasu do czasu, aby nie grać roli całkiem niemego powiernika, wyjąknął jakieś urwane zdanie.
Ten brak opozycji, drażnił hrabiego nie równie więcej, niż uparte sprzeciwianie się jego zasadom. To też postanowił dokuczyć synowi. Taką miał taktykę. Ale napróżno rzucał słowa wyzywające i złośliwe przycinki. Albert był obojętny. Wkrótce tak go to wzburzyło, że podchwytując jakąś lakoniczną odpowiedź, zawołał gniewnie:
— Do kroćset! syn mojego intendenta mówiłby rozumniej od ciebie! Jaką krew masz w swoich żyłach? Jesteś zanadto gminny na wice-hrabiego de Commarin!
Są chwile, kiedy najmniejsza rozmowa staje się dokuczliwą. Od godziny, słuchając ojca i odpowiadając na jego zapytania, Albert znosił najstraszliwsze męczarnie. Ale teraz opuściła go cierpliwość, w którą się był uzbroił.
— Prawdę powiedziałeś, hrabio, — rzekł ironicznie, — ja jestem gminny i ponoś nie bez powodu...
Wzrok wice-hrabiego, towarzyszący tym słowom, był tak wymowny i jasny, że hrabia zerwał się na równe nogi, pytając drżącym głosem:
— Co to znaczy, wice-hrabio?
Albert żałował, że mu się wymknął ten frazes. Ale zaszedł już daleko, by mógł się cofnąć.
— Panie, — odpowiedział z niejakiem zakłopotaniem, — mam z tobą pomówić o rzeczach nader ważnych. Honor mój, twój i naszego domu, jest bardzo zagrożony. Mam cię zapytać o pewne wyjaśnienia... odkładałem to do jutra, nie chcąc cię niepokoić pierwszego dnia po długiem niewidzeniu. Ale ty, hrabio, żądasz tego...
Hrabia słuchał swego syna z obawą źle ukrytą. Można było przypuścić, że odgadł i zląkł się własnej przenikliwości.
— Wierz mi, hrabio, — ciągnął Albert, szukając słów stosownych, — że w żadnym razie nie obarczę cię wyrzutami. Twoja dobroć dla mnie...
To było już za wiele dla hrabiego de Commarin.
— Dość! — przerwał nagle. — Fakta, bez frazesów!
Albert wahał się z odpowiedzią. Pytał sam siebie: jak i gdzie zacząć?
— Panie, — rzekł nakoniec, — w twojej nieobecności, odczytałem całą twoją korespondencję z panią Walerją Gerdy... Całą... — dodał, kładąc szczególny nacisk na to pełne znaczenia słowo.
Hrabia nie pozwolił dokończyć synowi. Rzucił się tak gwałtownie, jak gdyby go wąż ukąsił — aż krzesło, na którem siedział, potoczyło się o cztery kroki.
— Ani słowa więcej! — krzyknął strasznym głosem; — ani sylaby, zabraniam ci!
Ale zapewne musiał się wstydzić tego pierwszego oburzenia, bo wkrótce odzyskał dawną krew zimną. Podniósł nawet krzesło z widocznym spokojem i przystawił je do stołu.
— Niechże kto twierdzi, że nie ma przeczucia! — mówił tonem, który starał się zrobić lekkim i żartobliwym. — Przed dwiema godzinami, ujrzawszy na dworcu kolei twoją twarz bladą, domyśliłem się niemiłej przygody. Zgadłem natychmiast, żeś się musiał dowiedzieć o tej historji; przeczułem, byłem tego pewny...
Przez chwilę zapanowało grobowe milczenie. Widocznie obaj przeciwnicy gotowali się do zaciętej walki. Obaj unikali swego wzroku, jak gdyby nie chcieli w nim dostrzedz zbyt wymownych dowodów. Usłyszawszy szelest w przedpokoju, hrabia zbliżył się do Alberta.
— Powiedziałeś, wice-hrabio, że to rzecz honoru... a więc chodź za mną.
Zadzwonił, wszedł pokojowiec.
— Wiedz, — rzekł do niego, — że ani wice-hrabia ani ja, nie przyjmujemy dziś nikogo.


IX.

Odkrycie, które nastąpiło, nierównie więcej zgniewało, niż zdziwiło hrabiego de Commarin.
Czy potrzeba dodać, że od dwudziestu lat obawiał się odsłonięcia prawdy!
Wiedział, że nie ma tajemnicy, chociażby najlepiej ukrytej, któraby się nie mogła przedrzeć na światło dzienne, a jego tajemnicę posiadały do tej chwili trzy żyjące osoby!
Nie zapomniał także, że popełnił wielką niedorzeczność, powierzając swoją tajemnicę gadatliwemu papierowi. Przecież są rzeczy, o których nie wolno pisać...
Jakim sposobem, on, rozumny dyplomata, polityk wytrawny i ostrożny, mógł zrobić coś podobnego! Dla czegóż napisawszy, dopuścił, aby ta korespondencja została na świecie? Dla czegóż nie zniszczył dowodów, które każdej chwili mogły się przeciw niemu obrócić? Można to wytłumaczyć tylko szaloną namiętnością, to jest ślepą, głuchą i graniczącą z pomieszaniem zdrowych zmysłów.
Prawdziwa namiętność tak ufa w trwałość, że zaledwie uczuje się zadowoloną, a już wierzy w wieczność swojego istnienia. Zajęta teraźniejszością, ani pomyśli o przyszłości.
Zresztą, gdzież człowiek, któryby mógł ustrzedz się ukochanej przez siebie kobiety? Zawsze zakochany Samson powierzy swoje włosy nożycom Delili.
Jak długo kochał Walerję, nie żądał od ubóstwionej zwrotu swoich listów.
Gdyby mu nawet myśl podobna strzeliła kiedy do głowy, byłby ją odrzucił, aby nie obrazić anioła.
A czy miał powód wątpić o dyskrecji kochanki? Żadnego... Wiedział, że jej własny interes nakazywał zniszczyć ślady ubiegłych wypadków. Alboż to nie ona korzystała z haniebnego czynu? Alboż to nie jej syn odebrał drugiemu majątek i imię?
Gdy w ośm lat później, hrabia, sądząc się zdradzonym, zerwał węzły, które go tak długo uszczęśliwiały, zaczął myśleć o odzyskaniu smutnej korespondencji. Ale nie wiedział, jak do tego przystąpić. Tysiączne powody wstrzymywały go od stanowczego kroku.
Głównie pod żadnym warunkiem nie chciał widzieć się z tą, którą niegdyś tak kochał. Nie czuł się dość silnym, by mógł powstrzymać się od wybuchów gniewu, lub okazać się obojętnym na łzy, które z pewnością byłaby przed nim wylała. Czy mógł oprzeć się błagającemu spojrzeniu tych pięknych oczu, które przez tyle lat były panami jego duszy?
Zobaczyć kochankę swojej młodości, znaczyło przebaczyć, a zanadto były obrażone honor i miłość, aby mógł pomyśleć o cofnięciu się z obecnej drogi.
Z drugiej znów strony, zwierzenie się przed trzecią osobą, było wręcz niemożliwe. Wstrzymał się zatem od wszystkich kroków, zwlekając postanowienie z dnia na dzień.
— Zobaczę ją, — mawiał do siebie, — ale dopiero wtedy, gdy z mojego serca tak ją już wyrwę, że powrót stanie się niepodobny. Nie chcę, aby ją cieszyła moja boleść.
Tak schodziły miesiące i lata — dopóki sam nie przyznał, że teraz już za późno.
Rzeczywiście, są wspomnienia, których nie powinno się obudzać. Są okoliczności, kiedy niesłuszne podejrzenie staje się najniezręczniejszą prowokacją.
Zmusić uzbrojonego, aby oddał broń, nie znaczy to zmuszać go do odporu? Po tak długim czasie, przyjść i domagać się zwrotu listów, równało się wydaniu wojny. Zresztą, czy jeszcze są te listy? Kto mógł zaręczyć, że ich nie zniszczyła sama pani Gerdy, pojmując, że ich istnienie było ciągiem niebezpieczeństwem, podczas gdy ich usunięcie, zapewniało imię i majątek jedynemu jej synowi?
Hrabia de Commarin nie należał do ludzi, lubiących się łudzić, wszelako widząc się w rozpaczliwem położeniu, postanowił zdać się na łaskę wypadku, a na starość zostawił tylko jedne drzwi otwarte, przez które wchodzi gość nieproszony: Nieszczęście!
Od dwudziestu lat nie minął ani jeden dzień, żeby nie złorzeczył swej ślepej namiętności. Mimo usilnych starań nie mógł zapomnieć o niebezpieczeństwie, wiszącem nad jego głową na słabej nici jak miecz Damoklesa. Dziś urwała się nitka.
Tysiące razy przypuszczając możliwość katastrofy, pytał sam siebie, jak odbić ten pocisk? Często myślał: „Co wypadnie uczynić, gdy już wszystko będzie odkryte?“
Nie mało miał planów, ale wszystkie odrzucił. Pocieszał się tysiącznemi pomysłami, a tymczasem gdy strzał padł z zasadzki, ujrzał się bez obrony...

Hrabia usiadł w wygodnym fotelu, właśnie pod obrazem przedstawiającym drzewo genealogiczne starożytnej rodziny Rhéteau de Commarin, a syn stanął przed nim, w postawie pełnej szacunku.
Stary szlachcic nie zdradzał niepokoju, który go pożerał. Nie wydawał się ani rozdrażnionym, ani złamanym. Tylko oczy wyrażały większą butę, niż zwyczajnie, pewność, która drwi z trudności i niewzruszoną siłę woli.
— Teraz, wice-hrabio, — zaczął stanowczym głosem, — wytłumacz się... Nie będę ci mówił o położeniu ojca, który musi rumienić się wobec syna... Powinieneś go zrozumieć i żałować... Oszczędzajmy się nawzajem i staraj się zachować spokojność. Powiedz mi, od kogo dowiedziałeś się o mojej korespondencji?
Albert, który od trzech dni oczekiwał tej pogadanki z zabijającą niecierpliwością, miał czas zebrać się i przygotować do walki. Zmieszanie, które go owładnęło po pierwszych słowach, ustąpiło miejsca dumnej stanowczości. Opowiedział wszystko jasno i dokładnie, nie gubiąc się w szczegółach, które w ważnych sprawach niecierpliwią i męczą słuchacza.
— Hrabio, — zaczął, — w niedzielę przed południem przyszedł do mnie jakiś młody człowiek, a mówiąc, że mi ma wyjawić rzecz wielkiej doniosłości, prosił o sekret. Przyjąłem go. On to wyjawił mi, że niestety jestem tylko dzieckiem miłości, które zostało podsunięte na miejsce legalnego syna hrabiny de Commarin.
— I nie kazałeś wyrzucić tego bezwstydnika! — zawołał hrabia.
— Nie, hrabio. W pierwszej chwili uniosłem się gniewem, ale on wręczył mi paczkę listów, prosząc, bym wpierw zechciał odczytać, zanim będę mówił...
— Ach! — krzyknął hrabia de Commarin, — trzeba je było wrzucić w ogień, przecież na kominku musiał być ogień... Jakto! miałeś je w swoich rękach i one jeszcze istnieją? Co za szkoda, że mnie wtedy nie było!...
— Hrabio! — przerwał Albert tonem wyrzutu.
A przypomniawszy sobie, że Noel stanął plecyma do kominka, dodał spokojniej.
— Myśl ta przyszła mi w pierwszej chwili, ale nie była możliwą do urzeczywistnienia. Zresztą, na pierwszy rzut oka poznałem twoje pismo, hrabio. Wziąłem przeto listy i wszystkie odczytałem.
— A potem?
— Potem zwróciłem nieznajomemu całą korespondencję, prosząc o ośmiodniową zwłokę. Nie, aby się namyśleć, bo tego nie potrzebowałem, ale żeby się rozmówić z tobą, panie hrabio... Dziś pytam cię, ojcze, czy zamiana ta przyszła w rzeczy samej do skutku?
— Bez wątpienia, — odpowiedział hrabia z gwałtownością. — Zresztą, powinieneś o tem być przekonany, bo czytałeś listy, pisane do pani Gerdy, twojej matki...
Chociaż Albert był przygotowany na tę odpowiedź, uczuł przecież, że nogi pod nim zadrżały. Są nieszczęścia tak wielkie, że aby w nie uwierzyć, trzeba je kilka razy usłyszeć. Ale ta słabość trwała u Alberta tylko jedno mgnienie oka.
— Przebacz mi, hrabio, dotychczas miałem przekonanie, ale nie pewność. Wszystkie twoje listy świadczą o twoich zamiarach, opisują twój plan, ale żaden z nich nie wspomina, czy projekt udał się w całości...
Hrabia spojrzał na Alberta ze zdumieniem.
Jeszcze miał w pamięci wszystkie swoje listy i wiedział, że niejednokrotnie pisał do Walerji o powodzeniu, dziękując jej za poddanie się jego woli.
— Czy nie odczytałeś wszystkich listów? — zagadał po chwili.
— Owszem, przytem z największą uwagą. Mogę cię zapewnić, hrabio, że w ostatnim liście donosisz pani Gerdy o przyjeździe mamki, Klaudji Lerouge, która miała dokonać zamiany. Więcej nie wiem...
— A więc nie ma dowodów materjalnych! — szepnął hrabia. — Można powziąć jakiś zamiar, długo się z nim nosić, a porzucić go w ostatniej chwili. Często to się zdarza...
Wyrzucał sobie, że zanadto prędko dał odpowiedź. Albert miał z początku podejrzenie, teraz miał już pewność. Jaka niezręczność!
— Nie podlega wątpliwości, — myślał hrabia, — że Walerja zniszczyła listy ostatnie, najniebezpieczniejsze, ale dla czegoż zostawiła poprzednie, mogące nas dostatecznie skompromitować, a zostawiwszy, czemu je wydała?
Albert stał ciągle nieruchomo i milcząco, oczekując słów hrabiego. Jak będą brzmiały? Jego los rozstrzygał się w umyśle starca.
— Może umarła! — rzekł głośno hrabia de Commarin.
A na samą myśl, że może Walerja w rzeczy samej umarła, uczuł drżenie w całem ciele. Jego serce, mimo dwudziestoletniego rozdzielenia, ścisnęło się kurczowo, tak głębokie korzenie zapuściła w niem pierwsza miłość. Złorzeczył jej — ale teraz przebaczył. Prawda, że go zdradziła, ale przecież tylko jej jednej, zawdzięczał najpiękniejsze dni szczęścia. Czyż nie była całą poezją jego młodości? Czy miał potem chociażby jedną godzinę radości, rozkoszy, albo zapomnienia? Jego serce było jak waza, która raz napełniona wonnemi kroplami, zachowuje zapach na wieki.
— Biedna kobieta! — szepnął półgłosem.
Westchnął głęboko. Trzy lub cztery razy jego powieki drgnęły, jak gdyby na nich gorąca łza osiadła. Albert patrzał na ojca z niespokojną ciekawością. Po raz pierwszy widział na jego twarzy inne wzruszenie, niż uczucie ambicji zwyciężającej, albo zwyciężonej. Ale hrabia de Commarin nie należał do ludzi, którzy mogą się długo rozczulać.
— Nie powiedziałeś mi, wice-hrabio, kto przysłał tego złowrogiego posłańca.
— Przyszedł w swojem własnem imieniu, nie chcąc, jak twierdził, mięszać nikogo w tę smutną sprawę. Młody ten człowiek był właśnie twój syn legalny, którego miejsce bezprawnie zająłem; pan Noel Gerdy...
— Prawda! — przerwał hrabia półgłosem, — Noel, to jego imię, przypominam sobie... — i z widocznem wahaniem się dodał: — Czy mówił ci o swojej matce? o twojej matce?
— Bardzo mało, hrabio. Nadmienił tylko, że przyszedł bez jej wiedzy, i że nadzwyczajny wypadek powierzył mu tajemnicę, którą mi wyjawił.
Hrabia de Commarin nic nie odpowiedział. Zresztą, co miał odpowiedzieć? Rozmyślał. Stanowcza chwila nadeszła, a on tymczasem chciałby ją zwlec o całą wieczność.
— Ależ, wice-hrabio, — rzekł nareszcie tonem pieszczotliwym, który zdziwił Alberta, — czemu stoisz? Usiądź przy mnie — pogawędźmy... Połączmy nasze usiłowania, dla uniknięcia, jeżeli tylko można, tego wielkiego nieszczęścia. Mów do mnie szczerze, jak syn do ojca. Czy pomyślałeś, co czynić wypada? Czyś co postanowił?
— Zdaje mi się, hrabio, że nie można się wahać.
— Jak to rozumiesz?
— Mój obowiązek, ojcze, jest według mego przekonania, bardzo jasny. Wobec syna legalnego powinienem cofnąć się bez skargi, jeśli już nie bez żalu. Niech przyjdzie... Jestem gotów zwrócić wszystko, co mu pomimo woli zabrałem, miłość ojca, imię i majątek...
Stary szlachcic, usłyszawszy tę pełną godności odpowiedź, nie mógł dłużej zachować spokoju, który z początku zalecał synowi. Twarz jego oblała się purpurą i gwałtownem uderzeniem pięści wywrócił stolik mahoniowy. On, ten wyrachowany w swoich słowach dyplomata, zaczął wyrzucać przekleństwa, do których nie przyznałby się najstarszy kapral od huzarów.
— A ja, mój panie, oświadczam ci, że to, o czem myślisz, nigdy się nie stanie. Nie, nie stanie się, przysięgam! Co się stało, dobrze się stało. Chociażby Bóg wie co nastąpiło, rozumiesz mię wice-hrabio, rzeczy zostaną jak są, bo ja tak chcę! Jesteś wice-hrabią de Commarin, zostaniesz wice-hrabią de Commarin, a choćby nawet wbrew twojej woli, jeśli ci się to podoba. Będziesz nim aż do swojej śmierci, a przynajmniej mojej. Bo jak długo Opatrzność życia mi dozwoli, szalony twój zamiar pewnie się nie spełni!
— Ależ z tem wszystkiem, — wtrącił bojaźliwie Albert.
— Nie przerywaj! — zawołał hrabia. — To za wiele... Alboż nie wiem, jakie mogą być twoje uwagi? Chciałeś mi powiedzieć, nieprawdaż, że to rażąca niesprawiedliwość, haniebne wywłaszczenie. Być może, i przyznaję się, że mię to boli. Czy sądzisz, że dopiero dziś wyrzucam sobie fatalne obłędy młodości? Już od dwudziestu lat żałuję mojego syna prawego, już od dwudziestu lat złorzeczę podstępowi, którego stał się ofiarą. A mimo to umiałem ukrywać smutek i gorzkie wyrzuty, które jak szpilki kłuły mię we śnie na łożu. W jednej chwili twoja głupia rezygnacja zadałaby kłam moim cierpieniom. Nie! nie zezwolę na to...
Hrabia wyczytał odpowiedź na ustach syna; piorunującem spojrzeniem zmusił go do milczenia.
— Czy sądzisz, — ciągnął, — że nie opłakiwałem prawego syna, który musi walczyć z niedostatkiem? Czy sądzisz, że wyrządzone złe, nie chciałem nigdy naprawić? Były chwile, mój panie, że z największą chęcią byłbym oddał połowę majątku, za jeden uścisk tego dziecka, którego matkę za późno nauczyłem się cenić. Ale obawa, żeby to nieszkodziło tobie, wice-hrabio, zawsze mię powstrzymywała. Poświęciłem się temu wielkiemu nazwisku, które noszę. Otrzymałem je bez plamy od moich ojców, a więc bez plamy muszę je przekazać mojemu synowi. Twoje pierwsze postanowienie było dobre, szlachetne, rycerskie, ale trzeba o niem zapomnieć. Rozważ tylko, jak wielki byłby skandal, gdyby świat dowiedział się o tej tajemnicy? Nie przeczuwasz, z jaką radością powitaliby tę wiadomość nasi nieprzyjaciele, ten tłum dorobkiewiczów, który nas otacza... Drżę na samo przypuszczenie, jaką hańbą i śmiesznością okryłoby się nasze nazwisko. Już nie jeden herb jest obryzgany błotem, nie chcę tych plam na mojej tarczy!...
Hrabia de Commarin zamilkł na kilka chwil, lecz Albert nie ośmielił się zabrać głosu; tak od dzieciństwa przywykł szanować wolę strasznego arystokraty.
— Nadaremnie szukam, — zaczął znowu hrabia, — nie widzę żadnego wyjścia... Czy mogę wyprzeć się ciebie i natomiast uznać Noela za mojego syna? Nie... Bez trybunałów nie można dokonać takiej zamiany. Jeśli kto nazywa się bodaj jeden dzień hrabią de Commarin, nie może się zbłaźnić! Moralność nie jest równa dla wszystkich, bo nie wszyscy mają te same obowiązki. W naszem położeniu, błędy są niemożebne do poprawienia. A więc uzbrój się w odwagę i okaż się godnym nazwiska, które nosisz. Burza zbliża się, a więc z podniesioną głową czekajmy na jej spotkanie!...
Bierne zachowanie się Alberta, drażniło co raz bardziej hrabiego. Powziąwszy raz niezachwiane postanowienie, wice-hrabia słuchał kazania o obowiązkach, ale snać inne miał o nich przekonanie, bo na jego twarzy nie odbiło się żadne wrażenie. Hrabia zrozumiał, że go nie może złamać.
— Co chcesz odpowiedzieć? — zapytał.
— Zdaje mi się, że hrabia nie pomyślał o niebezpieczeństwach, które ja przewiduję. Są rzeczy, które oburzają sumienie...
— Doprawdy! — przerwał hrabia szyderczo, — twoje sumienie oburza się! Złą sobie obrało chwilę... Za późno się ozwało. Jak długo spodziewałeś się po mnie odziedziczyć świetne imię i tuzin miljonów, sumienie twoje milczało; dziś oburza się, bo żądam od ciebie, abyś wziął na swoje biodra część brzemienia, które mię przygniata. To za wiele mój synu! Dzieci, wice-hrabio, odpowiadają za czyny ojców. Chcąc nie chcąc, będziesz moim spólnikiem chcąc nie chcąc musisz w części przyjąć odpowiedzialność za błąd, który popełniłem. Tak być musi, ja tak chcę!
— Ależ, hrabio, — zawołał Albert, — przecież jam nie zawinił! Nie mnie powinieneś przekonywać, ale Noela Gerdy.
— Noela? — zapytał hrabia.
— Twojego syna prawego... Tak do mnie mówisz, jak gdyby wynik tej smutnej sprawy zawisł wyłącznie od mojej woli. Czy sądzisz, hrabio, że pan Gerdy zechce milczeć? A jeśli zabierze głos, to z pewnością nie usłucha uwag, które przedemną wyłuszczasz.
— Nie lękam się tego chłopca.
— To bardzo źle, hrabio; wybacz mojej śmiałości. Chociażby ten człowiek miał tak wyniosłą duszę, iżby nie pragnął ani twojego nazwiska ani majątku, to jednak w sercu swojem nazbierał dosyć żółci, która go zachęci do zemsty, czyli mówiąc jaśniej, do odzyskania praw utraconych.
— Nie ma dowodów.
— Ma twoje listy, hrabio.
— Nie są rozstrzygające; sam to mówiłeś.
— Prawda, hrabio, a mimo to one mię przekonały, mnie, któremu takie przekonanie mogło tylko szkodzić. Zresztą, jeśli będzie potrzebował świadków, pewnie ich znajdzie...
— Gdzież ci świadkowie, wice-hrabio? Zapewne tylko ty jeden.
— I ty, mości hrabio. W dniu, w którym on zachce, ty sam nas zdradzisz. Bo jeśli cię wezwie przed trybunał i tam każe zaprzysiądz prawdę — cóż wtedy powiesz?
Czoło hrabiego de Commarin pokryło się na to naturalne przypuszczenie czarnemi chmurami. Widocznie układał się z honorem, najwyższym swoim panem.
— Ocalę nazwisko moich przodków, — rzekł nareszcie.
— Kosztem fałszywej przysięgi, — odpowiedział Albert, — ojcze, ja w to nigdy nie uwierzę. Ale przypuśćmy i ten czyn. Wówczas Noel zaapeluje do pani Gerdy.
— Ach! ja ręcze za nią, — zawołał hrabia. — Jej własny interes robi ją naszą sprzymierzeńczynią. W razie potrzeby pomówię z nią... Tak,— dodał z pewnem wysileniem, — pójdę do niej, rozmówię się — i bądź spokojny, że nas nie zdradzi...
— A Klaudja, — ciągnął młody człowiek, — czy i ta będzie milczała?
— Za pieniądze... a dam jej ile zechce.
— I ty ufasz, mój ojcze, zapłaconemu milczeniu, jak gdyby można przypuścić, że kupione sumienie jest szlachetne! Kto się tobie zaprzeda, może jutro sprzedać się innemu. Pewna suma zamknie jej usta, większa napowrót je otworzy.
— Będę umiał wzbudzić w niej obawę.
— Zapomniałeś, mój ojcze, że Klaudja Lorouge była mamką Gerdy’ego, że go kocha, że zatem jego szczęście bardzo ją obchodzi. Kto wie, czy sobie nie zapewnił jej pomocy. Ona mieszka koło Bougival; przypominam sobie, żem z tobą do niej jeździł. Noel musiał się zapewne często z nią widywać, i bardzo być może, że ona pierwsza wprowadziła go na trop twojej korespondencji. Mówił mi o niej, jak o osobie, na którą może liczyć. Prawie mi proponował, abym pojechał do niej i przekonał się o prawdziwości jego twierdzeń.
— Boże! — zawołał hrabia, — czemu Klaudja nie umarła, zamiast mojego wiernego Germaina!
— Widzisz hrabio, — kończył Albert, — jedna Klaudja Lerouge może unicestwić wszystkie twoje zamysły.
— Nie! — krzyknął hrabia de Commarin, — znajdę środki!
Uparty szlachcic nie chciał poddać się przeciwnościom, których blask zupełnie go oślepił. Od godziny plótł brednie, a plótł w dobrej wierze. Pycha krwi paraliżowała w nim władzę zdrowego zmysłu. Samo przypuszczenie, że mógłby się przyznać do porażki, wydawało mu się obraźliwem i niegodnem jego charakteru. Nie przypominał sobie, ażali w całem biegu życia zdarzyło mu się natrafić na nieprzełamaną trudność lub nieprzebytą zaporę. Był podobnym do owych herkulesów, którzy nie znając granic swojej siły, myślą, że gdyby tylko przyszła im fantazja, mogliby wywracać góry i wyrywać skały.
Miał także wszystkie błędy ludzi wyobraźni, którzy sądzą w dobrej wierze, że dość jest chcieć, aby coś wymarzonego zamienić na rzeczywistość.
Albert przerwał tym razem milczenie, które mogło trwać w nieskończoność.
— O ile mi się zdaje, hrabio, przedewszystkiem obawiasz się wywleczenia na widok publiczny tej smutnej historji. Możliwy skandal przestrasza cię i w rozpacz wtrąca. A czy nie wiesz, że krzyk dopiero wtedy będzie wielki, gdy zaślepieni uporem staniemy do walki? Niech jutro rozpocznie się nasz proces, a w czterech dniach będzie o nim mówiła i pisała cała Europa. Dzienniki nie będą także szczędziły komentarzów. Gdybyśmy chociaż byli pewni, że zwyciężymy! Ale my przegramy, musimy przegrać, mój ojcze. Co wtedy będzie? Jakiem szyderstwem otoczy nas opinja publiczna?...
— Zdaje mi się, — przerwał hrabia, — że aby tak mówić trzeba nie mieć dla mnie ani szacunku, ani uczucia.
— Najświętszy obowiązek nakazuje mi zwrócić twoją uwagę, ojcze, na wszystkie niebezpieczeństwa, których się boję, a których jeszcze możemy uniknąć. Noel Gerdy jest twoim prawym synem, uznaj go więc za takiego, przyjm jego sprawiedliwe żądania. Niech przyjdzie. Bez wrzawy możemy załatwić całe sprawę. Łatwo możemy zrzucić odpowiedzialność na mamkę, na Klaudję Lerouge. A wtedy kto zabroni nowemu wice-hrabiemu de Commarin wyjechać z Paryża i zgubić się na jakiś czas? Może podróżować po Europie przez pięć lub sześć lat, a gdy wróci, wszystko pójdzie w niepamięć i nikt już o mnie nie wspomni...
Pan de Commaria nie słuchał; on rozważał.
— Ale zamiast tego wszystkiego wice-hrabio, — rzekł stanowczym głosem, — można się ułożyć. Te listy można wykupić. Czego pragnie ten młody człowiek? Stanowiska i majątku. Zapewnię mu jedno i drugie. Będzie tak bogatym, jak tylko zechce. Dam miljon, jeśli potrzeba, dwa — trzy — nawet połowę mojego majątku. Pieniędzmi, wice-hrabio, wielkiemi pieniędzmi...
— Nie obrażaj go, hrabio, przecież on jest twoim synem.
— Prawda a jednak radbym, żeby go teraz djabli porwali! Lecz bądź co bądź muszę z nim zawiązać układy. Dam mu do zrozumienia, że lemiesz nie może mierzyć się z orężem; on to zrozumie!
Hrabia mówiąc, pocierał czoło ręką. Myśl o układach zachwyciła go. Tysiączne uwagi utwierdzały go coraz mocniej w przekonaniu, że musi wyjść zwycięzko. Tak więc odzyszcze utracony spokój.
Ale syn nie podzielał tych pięknych nadziei.
— Może będziesz się gniewał, hrabio, — rzekł smutnym tonem, — jeśli cię pozbawię tej ostatniej iluzji, ale muszę... Nie marz o polubownem załatwieniu, bo przebudzenie może być bardzo gorzkie. Widziałem pana Gerdy i bądź pewny, mój ojcze, że nie należy on do ludzi, których można przestraszyć. To natura energiczna, odważna. Syn godny takiego, jak ty ojca, a jego wzrok, podobnie jak twój, mówi o woli żelaznej, która da się złamać, ale nigdy nagiąć. Jeszcze słyszę jego głos stanowczy i widzę tajemniczy blask jego oczu. Nie, on nie przystanie na układ. Chce odzyskać wszystko, albo nic, a nikt nie powie, że żąda za wiele. Jeśli się oprzesz, mości hrabio, uderzy na nas z całą zaciętością i nic go nie wstrzyma. A dopóki albo nie odniesie zupełnego zwycięztwa, albo nie dozna stanowczej porażki, pewnie się nie cofnie!
Przyzwyczajony do ślepego posłuszeństwa swojego syna, stary szlachcic zdziwił się, usłyszawszy tę mowę.
— Jak daleko chcesz zajść? — zapytał.
— Przebacz mi, ojcze, ale gardziłbym sobą całe życie, jeślibym nie uchronił twojej starości od największych nieszczęść. Twoje nazwisko nie należy już do mnie — ja odzyszczę moje. Jestem synem twojej miłości, a więc ustąpię miejsca synowi prawemu. Pozwól mi cofnąć się w przekonaniu, że dobrowolnie i w sposób honorowy spełniłem mój obowiązek i nie dopuszczaj, aby mię ztąd haniebnie wypędzono na podstawie sądowego wyroku.
— Jakto! — zawołał hrabia z oburzeniem, — opuszczasz mię, nie chcesz mię wspierać, zwracasz się przeciw swojemu ojcu i uznajesz prawa drugiego wbrew mojej woli?
Albert zrobił znak potwierdzający. Ślicznie teraz wyglądał, z tą twarzą rozjaśnioną szlachetnem uczuciem i silnem postanowieniem.
— Moje postanowienie jest niezłomne, — odpowiedział, — nigdy nie zezwolę, aby twój syn, hrabio, był odarty...
— Nieszczęsny! — zawołał pan de Commarin; — synu niewdzięczny!...
Jego gniew był tak wielki, że nie mogąc go wyrazić w obelgach, chwycił się innej broni — szyderstwa.
— Ależ nie, — mówił dalej, — ty jesteś wielki, szlachetny, wspaniałomyślny! Bardzo po rycersku postępujesz wice-hrabio... chciałem powiedzieć: kochany panie Gerdy... Wyglądasz jak jeden z mężów, opisanych przez Plutarcha. A więc wyrzekasz się mojego nazwiska, majątku — i odchodzisz z Bogiem... Zapewne na progu mego pałacu otrzepiesz proch z obuwia, a potem rzucisz się w świat. Szkoda tylko, że na samym wstępie nowej karjery, znajdziesz do przezwyciężenia jedną trudność: jak będziesz żył mój stoiczny filozofie? Panie Gerdy, bo inaczej nie mogę cię już nazywać, czy zaoszczędziłeś dużo z tych czterech tysięcy franków, które miesięcznie dawałem ci na pomadę do wąsów? Możeś wygrał na giełdzie! To co innego... A więc moje imię tak cię już zmęczyło swojem brzemieniem, że jak najprędzej chciałbyś się go pozbyć! Błoto wygląda w twoich oczach bardzo ponętnie, kiedy pragniesz wyskoczyć z powozu. Zresztą, może cię nuży towarzystwo z moimi przodkami, których widzisz na każdej ścianie, może chciałbyś znaleźć sobie równych...
— Już i tak jestem dosyć nieszczęśliwy, — odpowiedział Albert, wysłuchawszy całego szeregu obelg, — a ty, hrabio, obarczasz mię...
— Ty, nieszczęśliwy? A kto tu zawinił? Lecz wracam do mojego pytania: Jak i z czego będziesz żył?
— Nie jestem marzycielem, lubo takim chcesz mię przedstawić, mości hrabio. Muszę się przyznać, że co do przyszłości, liczyłem ojcze na twoją dobroć. Jesteś tak bogatym, że pięćset tysięcy franków nie uszczupliłoby twojego majątku, a z odsetek od tej sumy, żyłbym spokojnie, jeśli już nie bardzo szczęśliwie.
— A gdybym ci odmówił tych pieniędzy?
— Zanadto dobrze znam cię, panie hrabio, abym nie miał wiedzieć, że tego pewniebyś nie uczynił. Będąc sprawiedliwym, nie dopuściłbyś nigdy, abym pokutował za błąd, który nie popełniłem... Oddany sam sobie, miałbym już do tej chwili przyzwoite stanowisko. Dziś za późno myśleć o niem. A jednakże w razie naglącej potrzeby, starałbym się usilnie...
— Wyśmienicie! — przerwał hrabia, — co raz lepiej! Jeszcze żaden bohater z romansu nie przemawiał tym tonem. Co za charakter! Wszak to Rzymianin czystej krwi... Nie, to Spartanin! Zdaje mi się, że żyję w starożytności. Ale z tem wszystkiem powiedz, czego się spodziewasz po tej zadziwiającej bezinteresowności?
— Niczego, hrabio.
Hrabia wzruszył ramionami i spojrzał ironicznie na syna.
— To chuda nagroda, — zauważył. — Czy sądzisz, że dam temu wiarę? Nie, wice-hrabio, tak pięknych rzeczy nie robi się daremnie. Musisz zatem mieć jakieś powody, których nie mogę dociec...
— Powody już wyłuszczyłem.
— A więc dobrowolnie wyrzekasz się wszystkiego. Porzucasz nawet zamiar zaślubienia pannę Klarę d’Arlauge. Zapominasz o małżeństwie, o którem mimo moich próśb usilnych nie mogłeś zapomnieć przez dwa lata.
— Nie, hrabio. Widziałem się z panną Klarą i opisałem jej moje okrutne położenie. Cokolwiek się stanie, ona będzie moją żoną. To mi poprzysięgła!
— I myślisz, że markiza d’ Arlange wyda swoją wnuczkę za pana Gerdy?
— Spodziewam się tego, hrabio. Margrabina jest tak przywiązaną do szlachectwa, że przeniesie dziecię miłości szlachcica, nad syna jakiego zacnego fabrykanta. Lecz w razie odmowy, postanowiliśmy czekać jej śmierci.
Spokojny ton mowy Alberta, unosił co raz bardziej pana de Commarin.
— I to miałby być mój syn! — krzyknął, — nigdy! Jaką krew masz w żyłach? Tylko twoja zacna matka mogłaby to powiedzieć, jeśli zresztą sama wie...
— Panie! — przerwał Albert groźnym tonem, — obliczaj swoje słowa! Jest moją matką — i to wystarcza. Ja jestem jej synem, a nie sędzią. Nikt wobec mnie nie śmie jej ubliżyć, bo, mości hrabio, ja nie pozwalam! Nie zniosę tego od nikogo, a więc i od ciebie, mój panie!
Hrabia napróżno robił bohaterskie wysilenia, aby w gniewie nie przekroczyć pewnych granic; ale zachowanie się Alberta pozbawiło go zmysłów. Jakto! On śmiał mu grozić!
Starzec zerwał się z fotelu i szedł prosto do syna, jak gdyby go chciał uderzyć.
— Precz mi z oczu! — krzyknął piorunującym głosem, — precz! Idź do swego pokoju i nie wychodź, dopóki nie zawołam. Jutro powiem ci, jaka jest moja wola.
Albert ukłonił się z szacunkiem, ale nie spuścił wzroku i powoli zdążył do drzwi. Już otworzył, ale pan de Commarin opamiętał się, jak wszystkie natury gwałtowne.
— Albercie, — rzekł, — posłuchaj mię...
Młody człowiek odwrócił się, dziwnie zmieszany tą nagłą zmianą.
— Nie wyjdziesz, — mówił hrabia, — dopóki ci nie powiem co myślę. Jesteś człowiekiem, mogącym godnie nosić wielkie nazwisko. Mogę się gniewać na ciebie — ale muszę cię szanować. Jesteś dzielnym chłopcem. Albercie, podaj mi rękę.
Słodka to była chwila dla tych dwóch arystokratów, którym życie spływało dotychczas według przepisów surowej etykiety. Hrabia był dumny ze swojego syna, bo w nim widział samego siebie. Długo spoczywały ich ręce w serdecznym uścisku i ani jeden ani drugi nie miał odwagi przerwać milczenia.
Nareszcie pan de Commarin usiadł znów w fotelu, pod drzewem genealogicznem.
— Bądź tak dobry, Albercie i zostaw mię samego. Muszę rozważyć wszystko i przygotować się na straszny cios...
A skoro młodzieniec zamknął już drzwi, dodał, jak gdyby chciał odpowiedzieć na zapytanie, wyrywające się z głębi serca:
— Jeśli on mię opuści, do którego przywiązałem wszystkie moje nadzieje, Boże! co się ze mną stanie... A jaki będzie drugi?
Na twarzy Alberta, gdy wychodził z salonu, pozostały ślady gwałtownych wzruszeń. Słudzy, obok których przeszedł, patrzyli nań z tem większą ciekawością, ile że pode drzwiami słyszeli przedtem wybuchy sprzeczki.
— Hrabia, — rzekł stary lokaj, który od lat trzydziestu służył w domu, — wyprawił znów młodemu panu przykrą scenę. — Że ten staruch nie może się raz opamiętać.
— Przewidywałem to jeszcze przy objedzie, — dodał jeden z pokojowców, — pan hrabia nie chciał mówić przy służbie, tylko strasznie zawracał oczyma.
— Co do kata! mogło zajść między nimi.
— Bóg to raczy wiedzieć. Pewnie jakieś glupstwo, nic ważnego. Pan Dyonizy, przed którym się nie ukrywają, mówił mi, że nie raz gryzą się jak psy, o rzeczy, których on nawet nie rozumie.
— — Ach! zawołał jakiś chłopiec, którego przyzwyczajano do usługi pokojowej. — gdybym był na miejscu naszego panicza, natychmiast podziękowałbym panu hrabiemu za służbę.
— Józefie, przyjacielu, wtrącił inny, jakiś ty głupi. Ty mógłbyś to uczynić, bo umiesz na chleb zarobić; ale gdyby wice-hrabia ujrzał się sam w pośrodku Paryża, ciekawym, do czegoby się wziął temi białemi rączkami.
— Bagatela, — odparł Józef, — przecież na niego przypada majątek po matce, która była z Normandji.
— Ale cokolwiekbądż, — wtrącił inny sługus, — nie wiem, za co pan hrabia może się gniewać na syna, który pod każdym względem jest wzorem młodzieży. Innych to ma chłopców margrabia de Courtivois, u którego dwa lata służyłem. Starszy, który tu czasem przychodzi, bo żyje w przyjaźni z panem wice-hrabią, jest na pieniądze prawdziwą studnią bez dna. Prędzej puści z dymem tysiąc franków, niż Józef fajkę tytoniu.
— Chociaż margrabia nie jest bogaty, — dodał inny lokaj, — bo cóż może mieć? Najwięcej lichych sześćdziesiąt tysięcy franków rocznego dochodu. Z tego też powodu ma co dzień nowe nieprzyjemności ze swoim synem. Chłopiec wynajmuje mieszkanie w mieście, noce przepędza przy kieliszku lub zielonym stoliku, włóczy się z aktorkami i wiedzie takie życie, że często nawet policja musi się mieszać. Ileż to razy musiałem go wnieść na rękach do pokoju, bo sam byłby pewnie drzwi nie znalazł...
— Do kroćset! — zawołał Józef z zapałem, — w tym domu musiało ci być bardzo dobrze.
— Jak czasem. Jeśli wygrał, chętnie rzucił luidora, ale to rzadko się zdarzało, bo najczęściej przegrywał. Trzeba mu oddać tę sprawiedliwość, że miewał wyśmienite cygara. Ale w każdym razie to wisus, podczas gdy pan wice-hrabia jest zacnym młodzieńcem. Prawda, że się rozgniewa, jeśli usługa nie jest dość szybką, lecz za to z ludźmi nie obchodzi się po grubiańsku. Przytem należy do osób zawsze wspaniałomyślnych, a to pewniejsze. Jeszcze raz powtarzam, że pan hrabia źle robi, bo jego syn jest lepszym, niż wielu innych w jego wieku.
Taki był sąd służby. Sąd towarzystwa był może mniej przychylny.
Wice-hrabia de Commarin nie należał do ludzi próżnych, starających się o powszechne względy. Mądrze ten postępuje, kto z pewnem niedowierzaniem spogląda na ulubieńców towarzystwa. Przypatrzywszy się im z bliska, można się nie raz przekonać, że reputację zawdzięczają swojej głupocie i że cała ich zasługa polega na smutnej bezbarwności. Tylko przyzwoita głupota, nie zaćmiewająca nikogo i mierność, nie stająca na przeszkodzie niczyjej próżności, mają przywilej podobać się ogólnie i robić wrażenie.
Znajdują się osoby o rysach codziennych, o których mówimy na pierwszy rzut oka: „Znam gdzieś tę twarz.“ O wielu ludziach można to samo powiedzieć pod względem moralnym. Gdy mówią, zdaje nam się, żeśmy ich już słyszeli i że ich myśli umiemy na pamięć. Ci ludzie są wszędzie chętnie widziani, bo nie mają w sobie nic szczególnego, a szczególność, zwłaszcza w klasach wyższych, gniewa i obraża. Świat nienawidzi wszystkich, którzy się wyróżniają.
Albert wyszczególniał się, więc nie mało o nim mówiono i rozmaicie go osądzano. Zarzucano mu rzeczy najsprzeczniejsze i najrozmaitsze błędy. Mówiono naprzykład, że w stosunku do swojego urodzenia i stanowiska, ma zanadto liberalne zasady i równocześnie uskarżano się na jego arystokratyczną złośliwość. — Zarzucano mu, że z dziwną, a czasem nawet obrażającą lekkością traktuje najpoważniejsze kwestje, podczas gdy z drugiej strony ganiono jego przesadną powagę. Wszyscy jednakże zgadzali się w nienawiści, jaką ku niemu czuli, oraz zazdrościli mu i bali się go jak ognia.
W salonie pojawiał się z głową podniesioną i pewnem siebie spojrzeniem. Zmuszony przez stosunki ojca do robienia częstych wizyt, nie znajdował na wielkim świecie żadnych przyjemności, i był na tyle nieostrożnym, że nawet się z tem nie taił. Może mu się sprzykrzyła ta uprzedzająca grzeczność, którą otaczano potomka jednej z najświetniejszych i najbogatszych rodzin francuzkich. Posiadając wszystko, czem człowiek może świecić, gardził tą bronią, uważając ją za niegodną swojego charakteru. Straszny człowiek! Nie wiedziano nawet, czy miał jakie awantury miłośne!
Matki, chlubiące się córkami na wydaniu, broniły go dawniej z rzadką zaciętością, ale od czasu, jak stosunek z panną d’Arlange przeszedł do ogólnej wiadomości, zwróciły się i one przeciw niemu.
W klubie żartowano z jego mądrości. Ale z tem wszystkiem miał i on swoje napady szaleństwa, chociaż nienawidził tego, co świat zwykł nazywać swoją rozkoszą. Szlachetny zawód libertyna, wydawał mu się nużącym i nieznośnym. Nie znajdował najmniejszej przyjemności trawić noce przy zielonym stoliku, ani szukał towarzystwa tych kobiet, które w Paryżu robią reputację swoim kochankom. Mawiał, że mężczyzna, nadskakujący podobnym kobietom, staje się śmiesznym. Nakoniec liczni jego przyjaciele napróżno starali się obudzić w nim namiętność do koni wyścigowych.
Że zaś bezczynność ciężyła mu na sercu, więc w pracy zaczął szukać treści do życia. Później zamierzał wziąć udział w sprawach publicznych, a że nie jednokrotnie miał sposobność przypatrzyć się własnemi oczyma, jak śmiesznie wyglądają ci ludzie, którzy bez należytych zasobów docierają do władzy, więc nie chciał być do nich podobnym. Nie mało zajmował się polityką, co wkrótce stało się powodem bezustannych sprzeczek z panem ojcem. Samo słowo „liberał,“ odbierało hrabiemu przytomność, a od czasu, jak syn ogłosił kilka artykułów w Revue des Deux Mondes, rozpacz jego była jeszcze większą, bo już nie bez podstawy posądzał Alberta o ten haniebny liberalizm.
Mimo zasad postępowych, wice-hrabia nosił godnie swoje nazwisko. Najszlachetniej wydawał pieniądze, które mu ojciec wyznaczał, a nie raz wydał nawet więcej. Jego apartamenta były urządzone wspaniale, jak przystało na młodego magnata. Biblioteka nie pozostawiała nic do życzenia, a konie i ekwipaże należały do pierwszych w Paryżu. Ubiegano się o zaproszenia na łowy, które z końcem października, urządzał każdego roku w Commarin, majątku ślicznym, otoczonym odwiecznemi lasami.
Miłość Alberta dla panny d’Arlange, miłość głęboka i rozważna, oddaliła go jeszcze więcej od tych lubych przyjaciół, którzy w próżniaczem życiu widzą całe szczęście. Szlachetne przywiązanie jest zawsze zbawiennem. Walcząc z oporem ojca, znalazł w tej namiętności źródło najżywszych i najgwałtowniejszych wzruszeń. Od tego czasu nie wiedział co nuda.
Wszystkie jego myśli zestrzeliły się w jeden kierunek, wszystkie jego czynności skupiły się około jednego celu. Alboż to człowiek staje i rozgląda się w koło, jeśli wie, że na końcu drogi czeka go gorąco upragniona nagroda? Przysiągł sobie, że nie poślubi inną, tylko Klarę; z początku ojciec ani słyszeć nie chciał o tem małżeństwie, ale po trzech latach wytrwałej walki, Albert odniósł zwycięztwo, bo hrabia musiał się zgodzić. I właśnie, kiedy szczęście zaczęło najponętniej uśmiechać się ku niemu, właśnie wtedy zjawił się Noel, straszny jak fatalizm, z nielitościwemi listami w ręku!
Ku Klarze zwróciły się jego myśli, gdy rozstawszy się z hrabią de Commarin, szedł z wolna po schodach, wiodących do jego apartamentów. Co ona teraz robi? Zapewne myśli o nim... Ona wie, że albo dziś wieczór, albo najpóźniej jutro nastąpi rozstrzygnięcie. Zapewne musi się modlić...
W tej chwili Albert był złamany. Okrutnie cierpiał. Czuł zawrót, głowa omal że się nie rozpękła. Zadzwonił i zażądał herbaty.
ł— Pan wice-hrabia źle robi, że nie posyła po doktora, — rzekł do niego pokojowiec, — powinienem być nieposłusznym i pójść sam...
— Na nic się nie zdało, — odpowiedział Albert, smutno wstrząsając głową; — na moją chorobę doktor nie znajdzie lekarstwa.
Skoro służący był już przy drzwiach, dodał:
— Lubinie! nie mów nikomu że jestem cierpiący... Jeśli będę się czuł gorzej, zadzwonię.
Albert potrzebował grobowego milczenia. Teraz nie mógłby nikogo widzieć, słuchać i odpowiadać na zapytania. Po strasznej scenie z ojcem, nie mógł marzyć o spoczynku. Otworzywszy jedno z okien, wsparł się o balustradę.
Czas był śliczny, księżyc świecił wspaniale. O tej godzinie w słodkim i drżącym blasku nocy, ogrody pałacu wydawały się nieskończone. Niewzruszone korony olbrzymich drzew, rzucały majestatyczny cień na okoliczne domy, a w starannie wysypanych piaskiem alejach, błyszczały szczątki muszel i drobne kawałeczki szkła i porcelany. Na prawo, w oświetlonym jeszcze lamusie, słychać było głosy licznej służby, a w stajniach rżały konie i dzwoniły łańcuchami, na których były przypięte do kamiennych żłobów.
Albert miał teraz przed oczyma zupełny obraz swojej wspaniałej egzystencji. Westchnął głęboko.
— Czy wszystko trzeba stracić? — szepnął. — Gdybym tylko sam jeden miał wyrzec się tej świetności, mniej czułbym się nieszczęśliwym... Ale Klara! Czy nie marzyłem dla niej zawsze o tem życiu wyjątkowem, które jest nie możebne bez olbrzymiego majątku?...
Na wieży kościoła św. Klotyldy zegar wydzwonił północ... Wstrząsł się, było mu zimno. Zamknąwszy okno, usiadł przy kominku, na którym rozniecił silniejszy płomień. W nadziei, że ulży swoim myślom, wziął jeden z dzienników wieczornych, w którym znajdował się właśnie opis zbrodni w Jonchère, ale nie mógł czytać, bo wiersze i litery skakały przed jego oczyma. Potem chciał pisać do Klary. Usiadłszy przy stole, zaczął: „Moja droga Klaro...“ Nie podobna mu było postąpić bodaj o jedno słowo; rozpalony mózg nie mógł podać ani jednego zdania.
Nad ranem zmęczenie odniosło zwycięztwo. Sen schwycił go na dywanie, na który się rzucił. Ciężki to był sen, brzemienny w najdziwaczniejsze widziadła...
O godzinie pół do dziewiątej zrana, zerwał go na nogi łoskot otwierających się drzwi. Jeden ze służących wpadł tak zadyszany, że zaledwie mógł z siebie wydać jaki głos.
— Panie! — krzyknął, — panie wice-hrabio! prędko, uciekaj, skryj się, ratuj się! oto...
Komisarz policji przystrojony w urzędową szarfę, stanął we drzwiach, wiodących do biblioteki. Otaczało go kilku ludzi, między którymi znajdował się skulony we dwoje nasz znajomy — Tabaret.
Komisarz zbliżył się do Alberta.
— Czy pan, — zapytał, —jesteś Guy-Louis-Maria-Albert Rhéteau de Commarin?
— Ja.
Komisarz wyciągnął rękę i rzekł uroczystym głosem:
— Panie Commarin, w imię prawa aresztuję cię.
— Mnie panie, mnie?...
Albert wyrwany nagle z ciężkiego snu, zdawał się nie rozumieć całej sceny. Widocznie pytał sam siebie:
— Czym się obudził? Ażali nie okropna gorączka trzyma mię w swoich objęciach?
Mimo woli spojrzał na komisarza policji, a potem na wszystkich obecnych i na Tabareta, który stał przed nim jak wyrok śmierci.
— Oto mandat, — dodał komisarz, rozwijając papier.
Albert rzucił machinalnie wzrok na ten dokument.
— Klaudja zamordowana! — zawołał.
I cicho, jednakże tak, że go mogli usłyszeć komisarz, jeden ajent i Tabaret, wyszepnął:
— Jestem zgubiony!
Podczas gdy komisarz wypełniał formalności zbiorowego przesłuchania, które następuje niezwłocznie po każdem uwięzieniu, ajenci rozbiegli się po pokojach i starannie zaczęli wszystko przetrząsać. Otrzymali rozkaz słuchania poleceń Tabareta, który im przewodniczył. Powyciągano szuflady i schowki, a nawet popsuto meble. Zabrano wielką ilość przedmiotów, należących do użytku wice-hrabiego, listy, rękopismy i inne drobiazgi. Ale z prawdziwą przyjemnością pan Tabaret znalazł kilka rzeczy, które w protokole zostały dokładnie opisane:
I. W przedpokoju, ozdobionym rozmaitą bronią, za dywanem, złamaną szpadę. Broń ta ma szczególną rączkę. Znajduje się na niej korona hrabiego, z początkowemi literami A. C. Szpada jest złamana na pół, a końca nie odszukano. Pan Commarin zapytany, nie umiał odpowiedzieć, co się stało z tym końcem.
II. W gabinecie, służącym za garderobę: pantalony z czarnego sukna, jeszcze mokre, na których są ślady błota, lub właściwie ziemi. Z jednej strony znajduje się na nich ślad zielony, jak od wilgoci. Pantalony są w kilku miejscach rozdarte, mianowicie na prawem kolanie. Rzeczone pantalony nie wisiały w szafie, tylko leżały ukryte między dwiema skrzyniami, napełnionemi różnemi sukniami.
III. W kieszeni opisanych pantalonów, znaleziono parę rękawiczek, perłowego koloru. Jedna rękawiczka ma plamę zieloną, od rośliny, lub wilgoci. Końce palców są popsute jak przez tarcie. Na wierzchu rękawiczek można dostrzedz zadraśnięcia, jak gdyby od paznogciów.
IV. Dwie pary bucików, z których jedna, jakkolwiek wyczyszczona, jeszcze wilgotna, oraz świeżo zmoczony parasol, którego koniec jest zawalany białem błotem.
V. W bibliotece paczka cygarów, zwanych trabucos, a na kominku rozmaite cygarniczki z bursztynu, lub morskiej piany.
Po zanotowaniu tego ostatniego szczegółu, Tabaret zbliżył się do komisarza policji.
— Mam wszystko, czego tylko mogłem pragnąć, rzekł mu do ucha.
— Co do mnie, już skończyłem, — odpowiedział komisarz. Biedny chłopiec, nie umie się trzymać. Słyszałeś pan? zdradził się od razu... Po tem co zaszło, można powiedzieć, że nie przyzwyczajony do tego rodzaju wizyt...
— W dzień, — podchwycił ajent, lecz bardzo cicho, — nie byłby tak niemy. Ale zrana, nagle zbudzony!... Porządnych ludzi trzeba witać na czczo...
— Przesłuchałem trzech czy czterech służących. Ich zeznania są szczególne...
— Bardzo dobrze! zobaczymy. Ja tymczasem pobiegnę do pana sędziego, który czeka jak na szpilkach.
Albert zaczął powoli wychodzić z osłupienia, w jakie wtrąciło go zjawienie się komisarza policji.
— Panie, — zapytał, — czy w twojej przytomności będę mógł pomówić z hrabią de Commarin? Jestem ofiarą błędu, który nie zadługo zostanie wyjaśniony...
— Same błędy! — mruknął Tabaret.
— Żadną miarą nie mogę uczynić zadość pańskiemu żądaniu, — odrzekł komisarz. — Rozkazy moje są w tym względzie stanowcze i surowe. Odtąd nie możesz pan z nikiem mówić. Na dole czeka dorożka; zechciej pan zejść...
W przedpokoju Albert dostrzegł zamieszanie między sługami. Wyglądali, jak gdyby wszyscy potracili głowy. Pan Dyonizy wydawał rozkazy głosem urywanym i donośnym. Nakoniec zdawało się Albertowi, iż usłyszał, że hrabia padł rażony apopleksją.
Prawie wywleczono go do dorożki, która odjechała kłusem. Na przodzie druga unosiła pana Tabareta.

Koniec tomu pierwszego.


I.

Jeśli kto, zabłądziwszy w pałacu Sprawiedliwości, dostanie się aż na trzecie piętro lewego skrzydła, to minąwszy kilka mniejszych korytarzyków, wejdzie w korytarz bardzo niski, źle oświetlony wązkiemi oknami, w którym co krok ujrzy małe drzwi, jak w jednym z pomniejszych hotelów.
W korytarzu tym nie można być wesołym; każdy, kto tu zabłądzi, musi być smutny i ponury.
Dante powinien był nad schodami, wiodącemi do niego, umieścić swój napis fatalny. Od rana do wieczoru, podłoga z desek dzwoni pod ciężkiemi krokami żandarmów, którzy prowadzą obżałowanych. Dokoła widzi się same twarze posępne. Są to krewni lub przyjaciele oskarżonego, świadkowie i ajenci policyjni. W tym korytarzu, zdala od wszystkich spojrzeń, przygotowuje się dramat, który potem rozwija się i kończy w głównej sali pałacu. A jego rozwiązanie ileż razy jest krwawe!
Przez każde z tych małych drzwi, na których majaczy liczba, wchodzi się do gabinetu sędziego śledczego. Pokoje są do siebie podobne, a kto zna jeden, zna wszystkie. Chociaż nie ma w nich nic strasznego ani ponurego, przecież wszedłszy do wnętrza czujesz, że w piersi ściska się serce. Na samym wstępie owiewa cię jakiś grobowy chłód. Mury zdają się być przesiąkłe temi łzami, które tu wylano. Człowiek wzdryga się na samą myśl, ile tu świadectw wyszeptano wśród łkań i narzekań i ile tu zeznań wydarto!
W gabinecie sędziego śledczego, sprawiedliwość nie rozwija jeszcze tych sposobów, któremi otacza się później dla oddziałania na masy. Jest ona tu skromna i prawie miłosierna. Mówi do oskarżonego:
— Mam ważne powody wierzyć, żeś winny, ale udowodnij mi twoją niewinność, a natychmiast cię uwolnię.
Umeblowanie pokoju jest bardzo skromne. Jaką wartość mogą mieć zewnętrzne ozdoby dla tego, kto ściga sprawcę zbrodni, lub dla tego, kto broni swojej głowy? Biurko zawalone aktami, stół dla protokolisty, jeden fotel i kilka krzeseł, oto wszystko, co można znaleźć w każdym z tych apartamentów. Mury są pokryte zielonemi tapetami, story są zielone, a na kamiennej posadzce leży lichy dywan takiego samego koloru. Na drzwiach, wiodących do gabinetu pana Daburona była l. 15.
Już od dziewiątej godziny zrana był w gabinecie i czekał. Zrobiwszy co należało, nie stracił ani jednej minuty, bo tak samo jak Tabaret, mniemał, że szybkie działanie jest tu konieczne. Przed chwilą widział się z prokuratorem cesarskim i rozmówił się z oficerami policji sądowej.
Prócz mandatu względem uwięzienia Alberta, wystosował także kilka innych, w których wzywał jako świadków: hrabiego de Commarin, panią Gerdy, Noela i czterech służących Alberta. Przedewszystkiem chciał przesłuchać tych ludzi, zanim przystąpi do obżałowanego.
Dziesięciu ajentów czekało na jego rozkazy, a on stał w gabinecie jak dowódzca armji, który z hasłem do boju, rozsyła na wszystkie strony swoich adjutantów, spodziewając się zwycięztwa dla strategicznych kombinacji.
Nie raz, o tej samej godzinie, znajdował się w tym samym gabinecie w podobnych warunkach. Po odkryciu zbrodni sądząc, że znalazł winowajcę, dał rozkaz, aby go uwięzić. Czyż to nie było jego obowiązkiem? Ale jeszcze nigdy nie czuł takiego niepokoju, jak dziś. A jednak ileż to razy nie miał ani jednej setnej części tych poszlak, które oświecały zbrodnię w Jonchère! Powtarzał to sobie bez przerwy, a przecież nie mógł zabić obawy, budzącej się w głębi jego duszy.
Zdawało mu się, że ajenci za długo się bawią. Przyspieszonym krokiem mierzył długość gabinetu, licząc minuty i patrząc co chwila na zegarek. Jeśli na korytarzu, pustym o tej godzinie, ozwał się przypadkiem jaki głos, pomimo woli zbliżał się do drzwi i pilnie nadsłuchiwał.
Zapukano do drzwi. Był to protokolista, po którego posłał. W człowieku tym nie było nic szczególnego. Był raczej długi, niż słuszny i bardzo chudy. Ruchy miał monotonne, a na jego twarzy żółtej i pomarszczonej, nie malowało się żadne uczucie. Liczył lat trzydzieści cztery, a od trzynastu lat spisywał kolejno protokoły czterem sędziom śledczym. Należał do tych ludzi, o których pewien dowcipny prawnik powiedział raz bardzo trafnie: „Protokolista jest piórem sędziego; osobą, która jest niemą, a jednak mówi, która jest ślepą, a jednak pisze, która jest głuchą, a jednak słyszy.“ Nowo przybyły trzymał się wiernie swojego programu i nazywał się Konstanty.
Pozdrowiwszy „swojego sędziego,“ przeprosił, że się spóźnił.
— Jeszcze dziś wcześnie przyszedłeś, — odpowiedział pan Daburon, — ale to nic nie szkodzi; możemy tymczasem przygotować papiery.
W pięć minut potem, woźny, stojący przy drzwiach, wprowadził pana Noela Gerdy.
Wszedł z twarzą spokojną, jak adwokat, obznajomiony dobrze z pałacem Sprawiedliwości. Nie był podobny niczem do przyjaciela pana Tabareta. Tem mniej możnaby w nim poznać kochanka pani Julji. Był zupełnie innym, lub mówiąc dokładniej, był we właściwej roli. Noel przedstawił się jako człowiek urzędowy, którego poważali koledzy i kochali przyjaciele.
Widząc to wzorowe zachowanie się i to spokojne oblicze, nikt by był nie przypuścił, że po wieczorze obfitym w gwałtowne wzruszenia i po tajemnej wizycie u swojej kochanki, Noel spędził noc przy łożu umierającej. I jakiej umierającej! U łoża własnej matki, albo przynajmniej kobiety, która mu zastępowała miejsce rodzicielki.
Jaka różnica między nim, a sędzią.
Sędzia spędził także całą noc bezsennie, ale o tem świadczyły czerwone pręgi do koła oczu, wybladłe policzki, pomięta koszula i nie świeże mankiety. Zajęty strasznem odkryciem, zapomniał o ubiorze. Natomiast starannie ogolona broda Noela wspierała się na śnieżnej białości krawatce, kołnierz od koszuli nie miał ani jednego fałdu, a włosy i bokobrody były starannie uczesane. Powitawszy pana Daburon, wręczył mu cytację.
Pan sędzia wezwał mię, — rzekł uprzejmie, — jestem na jego rozkazy.
Sędzia znał młodego adwokata z widzenia, bo nie raz spotykał go w pałacu Sprawiedliwości. Następnie przypomniał sobie, że pana Gerdy chwalono dla jego talentów, które mu zapewniały świetną karjerę. Przyjąwszy go więc jak najgrzeczniej, prosił, aby zechciał usiąść.
Po wstępnych zapytaniach, tyczących się nazwiska, wieku, miejsca urodzenia i t. d., które protokolista starannie zapisał, sędzia zwrócił się do Noela:
— Zapewne panu powiedziano, — rzekł, — w jakiej sprawie musiałem pana zawezwać?
— Wiem, panie; w sprawie tej biednej staruszki, zamordowanej w Jonchère.
— Nie inaczej, — odrzekł pan Daburon.
A przypomniawszy sobie przyrzeczenie, dane Tabaretowi, dodał:
— Jeśli sprawiedliwość dotarła tak prędko do pana, zawdzięczamy to tylko okoliczności, że nazwisko pańskie powtarza się często w papierach wdowej Lerouge.
— Wcale mię to nie dziwi, — odpowiedział adwokat; — zajmowaliśmy się bardzo tą biedną kobietą, bo była moją mamką; wiem również, że pani Gerdy często do niej pisywała.
— Bardzo pięknie! Od pana możemy zatem spodziewać się niejakich objaśnień.
— Lękam się, panie sędzio, że będą bardzo drobiazgowe i nie zupełne. Prawie mógłbym powiedzieć, że nie mam żadnych szczegółów. Bardzo wcześnie zostałem jej odebrany; a od czasu, jak jestem mężczyzną, zajmowałem się nią bardzo mało, chyba, że niekiedy posyłałem jej zasiłki pieniężne.
— Czy pan ją nigdy nie odwiedzałeś?
— Przepraszam... Byłem u niej kilka razy, ale zawsze bardzo krótko. Pani Gerdy, która ją odwiedzała dość często, a której ona powierzała wszystkie swoje interesa, mogłaby pana sędziego lepiej w tym względzie poinformować...
— Spodziewam się, że pani Gerdy nadejdzie, — odpowiedział sędzia. — Musiała już otrzymać zawezwanie.
— Wiem o tem, ale nie będzie mogła uczynić zadość woli sądu; leży w łóżku... chora...
— Czy niebezpiecznie?
— Tak ciężko zachorowała, że niepodobna myśleć o jej świadectwie. Przyjaciel mój, doktor Hervé twierdzi, że jej choroba jest prawie do niewyleczenia. Na pozór zdaje się być zapalenie mózgu, ale w istocie jest to coś jeszcze niebezpieczniejszego. Chociażby jej przywrócono życie, nie przywrócą jej zdrowych zmysłów... Jeśli nie umrze, oszaleje...
Pan Daburon zdawał się być bardzo zakłopotany.
— To wielki kłopot, — wybąknął. — I pan sądzisz, że nic z niej nie wydobędziemy?
— O tem ani myśleć nie można. Zupełnie straciła głowę. Odchodząc, zostawiłem ją w takim stanie, że nie wiem, czy doczeka do wieczoru.
— A kiedy zachorowała?
— Wczoraj wieczór.
— Nagle?
— Tak się przynajmniej wydawało, panie sędzio, chociaż ja wiedziałem, że była cierpiącą od trzech tygodni. Wczoraj, wstawszy od obiadu, przy którym mało co jadła, wzięła dziennik, i nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, wzrok jej padł właśnie na ustęp, opisujący zbrodnię w Jonchère. W tej samej chwili krzyknęła przerażająco, a potem upadła na dywan wołając: „O nieszczęsny! nieszczęsny!“
— Nieszczęsna! chciałeś pan powiedzieć.
— Bynajmniej, panie, dobrze powtórzyłem. Widocznie ten okrzyk nie odnosił się do mojej biednej mamki.
Po tej ważnej odpowiedzi, wygłoszonej najniewinniejszym tonem, pan Daburon spojrzał na świadka. Adwokat zwiesił głowę.
— A potem? — zapytał sędzia po krótkiej pauzie, przystępując do spisania niektórych notatek.
— Te słowa były ostatnie, jakie wygłosiła pani Gerdy. Przy pomocy naszej sługi, odniosłem ją do sypialni, położyłem na łóżko i wezwałem lekarza, ale odtąd już nie odzyskała przytomności. Na domiar, lekarz...
— Dobrze! — przerwał pan Daburon. — Zostawmy to przynajmniej tymczasem. A teraz, panie Gerdy, zechciej mi otwarcie powiedzieć, czy nie znasz przyjaciół wdowej Lerouge?
— Żadnego.
— Więc nie miała przyjaciół? Dobrze. Lecz powiedz, czy nie znasz kogo, komu śmierć tej biednej staruszki mogła by obiecywać jaką korzyść?
Sędzia śledczy, zadając to zapytanie, wpatrzył się uporczywie w oczy Noela, tak, że adwokat nie mógł ani odwrócić, ani spuścić wzroku.
Noel wzdrygnął się i zdawał się mieszać. Wahał się, jak gdyby w jego piersi wszczęła się zacięta walka.
Nareszcie głosem, który mimo tych wzruszeń był dosyć silnym, odpowiedział:
— Nikogo nie znam...
— I prawdę pan powiedziałeś? — napierał sędzia, nadając swemu spojrzeniu jeszcze więcej natarczywości. — Pan nie znasz nikogo, komu ta zbrodnia mogłaby obiecywać jaką korzyść, nikogo?
— Wiem tylko to, panie sędzio, że ta śmierć szkodzi najwięcej mnie samemu...
— Przecież! — pomyślał pan Daburon; — przecież dotarliśmy do listów, bez skompromitowania biednego Tabareta. Dobrze, że nie zrobię przykrości temu zacnemu i zręcznemu człowiekowi.
— Panu szkodzi, panie adwokacie, — podchwycił sędzia; — spodziewam się, że mi zechcesz to wyjaśnić...
Zmieszanie Noela stało się jeszcze widoczniejszem.
— Wiem, panie sędzio, — odrzekł, — że przed sądem powinienem wypowiedzieć nie tylko prawdę, ale nawet całą prawdę. A jednakże są okoliczności tak delikatne, że sumienie człowieka honoru dostrzega w nich wielkie niebezpieczeństwo. Zresztą, bardzo to przykro być zmuszonym uchylać zasłony, ukrywającej pewne bolesne tajemnice, których wyjawienie może czasem...
Pan Daburon przerwał mu ruchem ręki. Smutny ton mowy Noela poruszył go do głębi. Wiedząc naprzód, co powie, cierpiał za młodego adwokata. Zwrócił się do protokolisty.
— Konstanty! — rzekł z niejakim naciskiem.
Ten nacisk musiał służyć za sygnał, ponieważ długi pisarz podniósł się machinalnie, włożył pióro za ucho i wyszedł krokiem wymierzonym.
Noel wydał się bardzo ujęty delikatnością sędziego śledczego. Na jego twarzy odbiła się najwyższa wdzięczność, a w jego spojrzeniu podzięka.
— Jakże pan łaskaw! — zawołał z trudnym do powstrzymania zapałem; — jakże panu jestem wdzięczny, za jego szlachetne względy! To, co mam powiedzieć, jest bolesnem, ale przed panem...
— Nie lękaj się, panie adwokacie, — odpowiedział sędzia, — i bądź przekonany, że z twoich zeznań zachowam tylko to, co mi się wyda niezbędnem.
— Nie jestem panem siebie, — zaczął Noel, — przebacz pan memu zmięszaniu. Jeśli wyrwie się jakie słowo, które wyda się zanadto gorzkie, przebacz pan, bo stanie się to pomimo mojej woli... Aż do tej chwili myślałem, że jestem dzieckiem miłości. Gdybym nawet niem był, nie rumieniłbym się przed nikiem. Moja historja jest krótka. Miałem szlachetną ambicję — pracowałem. Skoro się nie ma nazwiska, trzeba umieć stworzyć sobie takowe. Wiodłem życie odosobnione i surowe, jak wszyscy, którzy urodziwszy się nisko, chcą dotrzeć wysoko. Uwielbiałem tę, którą uważałem za matkę — byłem przekonany, że ona mię kocha. Plama na mojem pochodzeniu, stawała się dla mnie często powodem poniżeń — ale ja tem gardziłem... Porównując mój los z losem innych, uważałem się jeszcze za wybrańca — gdy przypadkowo wpadły mi w ręce wszystkie listy, które mój ojciec, hrabia de Commarin, pisywał do pani Gerdy, w epoce ich stosunków. Po przeczytaniu tych listów nabrałem przekonania, że nie jestem tym, za kogo się uważałem, że pani Gerdy nie jest moją matką...
I nie czekając na replikę pana Daburona, opowiedział wypadki, z któremi przed dwunastu godzinami zapoznał Tabareta.
Była to ta sama historja z temi samemi okolicznościami, to same bogactwo szczegółów dokładnych i udowadniających — ale ton był inny. O ile wieczoru dnia poprzedniego, młody adwokat był u siebie pompatycznym i gwałtownym, o tyle teraz, w gabinecie sędziego śledczego, był trzeźwym i umiarkowanym.
Można było mniemać, że zastosowywał opowieść do swoich słuchaczów, aby tem łatwiej zająć uwagę obu. Dla pana Tabareta, przesada gniewu; dla pana Daburona, człowieka inteligentnego, przesada umiarkowania.
O ile oburzał się na los niesprawiedliwy, o tyle uzbrojony w rezygnację, zdawał się uchylać czoła przed ślepym fatalizmem.
Z rzadką wymową, bogatą w doborowe wyrażenia, opisywał swój stan nazajutrz po odkryciu owych listów, swoją boleść, trwogę, swoje wątpliwości.
Dla wzmocnienia moralnego przekonania, potrzebował niezbitych świadectw. Czy mógł się ich spodziewać od pani Gerdy lub hrabiego, w których interesie leżało ukrycie prawdy? Nie. Ale liczył na świadectwo mamki, biednej kobiety, która go kochała, a która u schyłku życia byłaby z największem szczęściem zrzuciła ze swojego sumienia tak ciężkie brzemię. Mamka umarła — listy więc pozostały w jego ręku... jak niepotrzebne szpargały.
Następnie przeszedł do zeznań pani Gerdy, a wobec sędziego był tym razem dokładniejszym, niż wobec Tabareta.
— Ona, — mówił, — z początku wszystkiemu przeczyła, lecz później, przyciśnięta pytaniami, złamana jasnością sprawy, przyznała się w chwili rozpaczy, ale natychmiast oświadczyła, że dla zapewnienia synowi pięknego stanowiska, uczyni wszystko możebne. Od tej chwili, — twierdził adwokat, — datuje się początek jej choroby.
Mówiąc o swojej wizycie u wice-hrabiego de Commarin, dodał kilka nowych szczegółów, ale tak drobnych, że nikt nie został niemi dotknięty, a tem mniej Albert. Owszem, utrzymywał, że ten młodzieniec zrobił na nim jak najlepsze wrażenie. Z początku słuchał tajemnicy z pewnem niedowierzaniem, lecz zarazem z szlachetną stałością, jak człowiek zacny, kochający sprawiedliwość. Nakoniec adwokat skreślił prawie z zapałem portret tego współzawodnika, który nie zepsuty bogactwem, umiał zachować wszystkie cnoty, a od którego wyszedł bez żadnego żalu — jak od brata. Nawet wyznał, że czuje ku niemu niewytłumaczony pociąg.
Pan Daburon słuchał Noela ze skupioną uwagą, nie zdradzając swoich wrażeń słowem, ruchem, ani nawet marszczeniem brwi. Skoro skończył:
— Jakżeż, panie, — zauważył, — mogłeś pan utrzymywać, że nikt nie miał potrzeby pragnąć śmierci wdowej Lerouge?
Adwokat nic nie odpowiedział.
— Zdaje mi się, — ciągnął, — że wice-hrabia de Commarin nie może być sądownie ścigany. Pani Gerdy dostała pomieszania zmysłów, hrabia wszystkiemu zaprzeczy, a pańskie listy niczego nie udowodniają. Trzeba przyznać, że ta zbrodnia niesie szczęście temu młodemu człowiekowi, i że jej spełnienie było dla niego bardzo na czasie..
— Ach! panie — zawołał Noel, protestując z całą energja, — to przypuszczenie jest okrutne...
Sędzia wpatrzył się uporczywie w twarz adwokata. Czy mówi szczerze, lub czy może gra wspaniałomyślną komedję? Czy w rzeczy samej nie ma żadnych podejrzeń? Noel ani drgnął i prawie natychmiast ciągnął temi słowy:
— Z jakiego powodu mógł ten młody człowiek lękać się o swoje stanowisko! Nie zwróciłem ku niemu ani jednego słowa pogróżki, nawet wyrzutu. Nie przedstawiłem mu się jako człowiek, który żąda, aby mu niezwłocznie zwrócono zabrane imię i majątek. Wyłuszczyłem tylko fakta, mówiąc do Alberta: „Oto są... co pan myślisz, co postanawiasz? Bądź sam sędzią.“
— A on prosił o zwłokę?
— Tak. Nawet, że tak powiem, proponowałem mu, aby mi zechciał towarzyszyć do mamki Lerouge, której zeznania mogły usunąć wszelką wątpliwość; widocznie mię nie rozumiał... A przecież on ją znał dobrze, bo niejednokrotnie był u niej z ojcem, który, jak się później dowiedziałem, wspierał ją znacznemi datkami.
— Czy ta wspaniałomyślność nie wydawała się panu szczególną?
— Bynajmniej!
— Zechciej mi pan wytłumaczyć, dla czego wice-hrabia nie chciał uczynić zadość pańskiemu wezwaniu co do odwiedzenia tej kobiety?
— To bardzo zrozumiałe. Oświadczył mi, że przedewszystkiem chce się rozmówić ze swoim ojcem, który za kilka dni wróci do Paryża.
Prawda, a cały świat głośno to przyznaje, ma właściwy sobie akcent, który nikogo nie omyli. Pan Daburon nie wątpił już o dobrej wierze swojego świadka. Noel mówił dalej ze skromnością serca zacnego, które nigdy nie podejrzywa.
— Co do mnie, chciałem najpierw mówić z ojcem, hrabią de Commarin. Tem więcej chciałem te brudy wyprać w rodzinie, ile że pragnąłem tylko polubownego załatwienia. Z dowodami w ręku, byłbym się cofnął przed procesem.
— Jakto, pan nie chciałeś skarżyć?
— Nigdy, panie sędzio, pod żadnym warunkiem. Alboż, — dodał dumnym tonem, — aby odzyskać nazwisko, godzi się je wpierw shańbić?
Pan Daburon nie mógł utaić wrażenia szczerego podziwu.
— Oto śliczna bezinteresowność, — rzekł z uniesieniem.
— Zdaje mi się, — odpowiedział Noel, — że to całkiem naturalne. W najgorszym razie, zamierzałem nawet zostawić mój tytuł Albertowi. Prawda, że nazwisko hrabi de Commarin jest świetne, ale mam niepłonną nadzieję, że po dziesięciu latach moje będzie głośniejsze. Lecz w każdym razie byłbym żądał hojnego wynagrodzenia. Nie mając nic, musiałem często walczyć z niedostatkiem, co najwięcej szkodziło mojej karjerze. To, co pani Gerdy zawdzięczała wspaniałomyślności mojego ojca, rozeszło się prawie do szczętu. Moja edukacja kosztowała bardzo wiele i dopiero niedawno zacząłem pokrywać wydatki z dochodów mojej kancelarji. Ja i pani Gerdy żyjemy bardzo skromnie; na nieszczęście ona, jakkolwiek umiarkowana w swoich wymaganiach, nie wie co znaczą słowa: oszczędność i porządek, i niktby nie uwierzył, ile pożerało nasze domowe gospodarstwo. Koniec końców, nie mam sobie nic do wyrzucenia... W pierwszej chwili nie mogłem opanować gniewu — ale teraz nie czuję już żalu. Dowiedziawszy się o śmierci mojej mamki, wrzuciłem w wodę wszystkie moje nadzieje...
— Źle zrobisz, panie adwokacie. — wtrącił sędzia. — Teraz na mnie przyszła kolej powiedzieć: miej nadzieję! Kto wie, czy jeszcze przed wieczorem nie odzyszczesz swoich praw. Nie taję panu,, że według wszelkiego prawdopodobieństwa sprawiedliwość wpadła na trop mordercy. Wice-hrabia Albert de Commarin musi już być uwięziony.
— Jak to?! — zawołał Noel z najwyższą trwogą; — miałożby to być prawdą? A więc nie omyliłem się, tłumacząc sobie w ten sposób pańskie słowa! Mój Boże!...
— Nie inaczej, panie Gerdy. Dziękuję panu za szczere zeznania, bo one ułatwiają moje zadanie. Jutro, dziś bowiem minuty moje są policzone, urządzimy wszystko jak najlepiej... Teraz prosiłbym tylko o wręczenie mi listów, których niezbędnie potrzebuję.
— Pan sędzia otrzyma je przed upływem godziny. — odrzekł Noel.
A złożywszy sędziemu gorącą podziękę, wyszedł.
Gdyby nasz adwokat nie był tak zajęty swojemi myślami byłby na końcu korytarza ujrzał pana Tabareta, który uszczęśliwiony i rozpromieniony, jak zwiastun pomyślnych wieści, przyjechał galopem z pałacu Commarin.
Zaledwie jego doróżka zatrzymała się przed bramą pałacu Sprawiedliwości, a już stary ajent był na podwórzu i na schodach. Widząc go biegnącego na trzecie piętro, z lekkością młodego chłopca, nie byłby nikt przypuścił, że szósty krzyżyk cięży na jego biodrach. On sam nie wiedział co robi. Nie przypominał sobie, że bezsennie spędził noc, tak się czuł zdrowym, rześkim, silnym; nogi miał ze stali.
Jednem tchem przebiegł korytarz, i jak bomba wpadł do gabinetu sędziego, potrącając protokolistę, który wracał z przechadzki po sali des Pas-Perdus.
— Złapany! — wrzasnął na progu, — okuty, zapakowany, przywieziony, osadzony, ścięty! Mamy ptaszka!
Pan Tabaret, który teraz więcej niż kiedykolwiek przypominał Jasnowidza, robił takie komiczne ruchy, że aż długi pisarz uczuł uśmiech na ustach, za co kładąc się w nocy spać, gniewał się sam na siebie. Jak można było zapomnieć o minie urzędowej!
Natomiast pan Daburon, zostając świeżo pod ciężarem zeznań Noela, uczuł niechęć do tej zbytniej radości, mimo, że ona przynosiła mu pewność. Spojrzał na Tabareta, mówiąc:
— Powoli, panie, powoli... więcej umiarkowania i pamiętaj o miejscu...
W każnym innym razie, uwaga ta byłaby złamała naszego poczciwca, ale dziś był on zanadto uszczęśliwiony, by mógł o niej pomyśleć.
— Umiarkowania? — odpowiedział, — dzięki Bogu posiadam tę cnotę w wysokim stopniu. Ale w życiu nie zdarzyło mi się nic podobnego. Com zapowiedział znalazłem. Złamaną szpadę, podrapane rękawiczki koloru perłowego, cygarniczkę, wszystko. Nie zadługo przyniosą panu te rzeczy i wiele innych. Ja mam mój własny system. Oto zwycięztwo mojej metody, która Gevrola będzie dużo krwi kosztowała. Dałbym sto franków, gdybym go mógł teraz zobaczyć. Ale to trudno, mój Gevrol szuka bruneta z wielkiemi kulcami. To dzielny chłop, ten Gevrol, sławny! Ciekawym ile mu płacą rocznie za jego zręczność...
— Za pozwoleniem, panie Tabaret, — zauważył sędzia, — mówmy poważnie, jeśli łaska, i przystąpmy do rzeczy.
— Doskonale — odrzekł poczciwiec; — dla czego nie! wszak to sprawa skończona. Skoro panu przyprowadzą naszego ptaszka, zechciej mu pan pokazać kawałeczki skórki, wydarte paznogciami ofiary z jego rękawiczek, a zabijesz go na miejscu... Założę się, że wszystko wyśpiewa. Daję w zakład moją głowę, a on niech da swoją, chociaż jego djabła warta. Ale kto wie, czy nie uratuje karku! Te niedołegi, sędziowie przysięgli, gotowi mu przyznać okoliczności łagodzące. Ach! te leniuchy szkodzą sprawiedliwości. Gdyby cały świat był mojego zdania, wymierzenie kary na łotrów nie potrzebowałoby tyle czasu. Zaledwiebym go złowił, zaraz pod nóż. Oto procedura.
Pan Daburon postanowił wysłuchać całej tej powodzi słów. Lecz skoro wyobraźnia Tabareta nie miała już żadnych nowych zasobów, zaczął go wypytywać o szczegóły. Sędzia był bardzo zdziwiony, usłyszawszy, że Albert, ujrzawszy mandat, szepnął do siebie: „Jestem zgubiony!“
— Oto, — rzekł cicho, — okoliczność bardzo obciążająca.
— Bez wątpienia! — dorzucił Tabaret. — W zwykłym stanie nie byłby nigdy wyrzucił słów, które go gubią. Ale myśmy go zbudzili z najlepszego snu. Nie leżał w łóżku. Spał na dywanie. Umyślnie pozwoliłem jednemu służącemu biedz naprzód, bo wiedziałem, że przestrach sługi, przestraszy i pana. Wszystkie moje obliczenia powiodły się jak najlepiej. Ale, nie bójmy się... jeszcze on swoje słowa potrafi nie źle usprawiedliwić. Muszę dodać, że tuż przy nim znaleźliśmy na ziemi pomięty numer Gazette de France, w którym znajdował się opis morderstwa. Ponoś to po raz pierwszy ogłoszenie w dzienniku zdradza winowajcę...
— Prawda, — mruknął sędzia, który jakoś dziwnie się zamyślił; — prawda, pan jesteś człowiekiem nieocenionym. — A głośniej dodał: — mogłem się o tem przekonać, bo właśnie wyszedł ztąd pan Gerdy.
— Pan widziałeś Noela? zapytał poczciwiec.
W tej samej chwili znikło próżne zadowolenie. Chmura czarna niepokoju zaciemniła jego oblicze.
— Noel był tu! — powtórzył. I bojaźliwie zapytał: — Czy wie?
— Nie, — odpowiedział pan Daburon. — Nie potrzebowałem wspominać o panu. Zresztą, czyż panu nie przyrzekłem największą dyskrecję?
— Wyśmienicie! — krzyknął Tabaret. — A co też pan sędzia myśli o Noelu?
— Jestem przekonany, — odpowiedział sędzia, — że to zacne i szlachetne serce; natura silna i zarazem tkliwa. Uczucia, które przedemną wylewał, a o których niepodobna wątpić, objawiają niepospolitą wzniosłość duszy. Rzadko w mojem życiu zdybywałem ludzi, którzyby od pierwszego wejrzenia byli dla mnie tak sympatyczni. Pojmuję, że można być dumnym z takiego przyjaciela.
— A czyż nie mówiłem to samo panu sędziemu! Ten chłopiec robi na wszystkich najlepsze wrażenie. Co do mnie, kocham go jak własne dziecię, i w każdym razie odziedziczy po mnie cały mój majątek. Nie inaczej, wszystko mu zostawię, jak to zresztą napisałem w moim testamencie, który złożyłem u pana Baron, naszego notarjusza. Jest tam także ustęp odnoszący się do pani Gerdy, ale każę go wykreślić, o każę!
— Pani Gerdy, — wtrącił sędzia, — nie będzie wkrótce miała żadnych potrzeb.
— Ona! jakto? Czy może hrabia?
— Jest umierającą i prawdopodobnie nie przeżyje dnia, powiedział to sam adwokat Gerdy.
— Ach! mój Boże! krzyknął poczciwiec, — co pan sędzia mówi, umierająca!... Noel będzie rozpaczał... chciałem powiedzieć, co go to może obchodzić, przecież nie jest jego matką... Umierająca! Ja ją bardzo szanowałem, zanim zacząłem nią gardzić. Biedna ludzkości! Jak widzę, wszyscy winowajcy postanowili umrzeć tego samego dnia, bo zapomniałem panu sędziemu powiedzieć, że opuszczając hotel Commarin, słyszałem, jak jeden służący opowiadał drugiemu, i hrabia, dowiedziawszy się o uwięzieniu syna, został rażony apopleksją.
— Dla pana Gerdy byłby to jeden z najgorszych wypadków.
— Dla Noela?
— Liczyłem na zeznanie hrabiego, aby mu zwrócić wszystko co mu się słusznie należy. Hrabia umarł, wdowa Lerouge zginęła, pani Gerdy umierająca, albo szalona — któż więc potwierdzi, że listy mówią prawdę?
— Prawda, szepnął Tabaret, — smutna prawda! A ja tego nie wiedziałem, ja! Straszny fatalizm! Przecież się nie mylę dobrze słyszałem...
Nie dokończył. Drzwi od gabinetu otworzyły się na oścież, i na progu ukazał się hrabia de Commarin, on sam, poważny, jak jeden ze starych portretów, które wiszą na ścianach jego salonów.
Stary hrabia dal znak ręką, poczem dwaj służący, którzy podtrzymując go, towarzyszyli swojemu panu na schodach i korytarzu, natychmiast się cofnęli.


II.

Był to rzeczywiście hr. Commarin, albo raczej jego cień... Głowa, którą dawniej nosił butnie do góry, zwiesiła się na piersi, wzniosła postać znacznie się zgarbiła, oczy nie miały zwykłego blasku, a ręce drżały. Nieporządek w ubiorze podnosił jeszcze bardziej zmianę, która zaszła w postaci hrabiego. W jednej nocy postarzał się przynajmniej o lat dwadzieścia.
Ten silny starzec był teraz podobny do jednego z tych olbrzymich drzew, które wypróchniawszy wewnątrz, stoją tylko siłą kory. Zdawały się niewzruszone, drwiły z czasu, a tymczasem jeden silniejszy powiew wiatru, rzucił je o ziemię. Ten człowiek, który jeszcze wczoraj chlubił się dumnie, że nic go nie zdoła nagiąć, był teraz złamany. „Nazwisko, było całą jego siłą; raz poniżony, uważał się za zgubionego. W nim potargało się wszystko na raz; wszystkie podpory opuściły go w jednej chwili. Jego spojrzenie bez ognia i życia, świadczyło o grobowem osłupieniu myśli. Był takim skończonym obrazem rozpaczy, że sędzia śledczy ujrzawszy go przed sobą, uczuł zimny dreszcz. Tabaret nie mniej się przestraszył, a pisarz był także wzruszony.
— Konstanty! Idź z panem Tabaretem po wiadomości do prefektury.
Pisarz wyszedł, a za nim nasz poczciwiec, który oddalił się z wielkim żalem.
Hrabia nie widział ich wchodząc i nie spostrzegł, kiedy wyszli.
Pan Daburon podał mu krzesło; usiadł.
— Czuję się tak słabym, — rzekł, że nie mógłbym ustać na nogach.
On się tłumaczył, on, przed małym urzędnikiem! Ale już minęły te czasy, kiedy szlachta uważała się wszechwładną panią sprawiedliwości. Każdy dziś szanuje prawo i nikt nie śmie mu urągać, chociażby jego przedstawicielem i obrońcą był najmizerniejszy sędzia śledczy.
— Może pan hrabia, — rzekł sędzia, — jest teraz zanadto cierpiący, by mi mógł dać kilka wyjaśnień, których potrzebuję.
— Czuje się lepiej, — odpowiedział pan de Commarin, — dziękuję panu... Czuję się o tyle dobrze, o ile to w mocy człowieka, który doznał strasznego ciosu. Dowiedziawszy się, jaką zbrodnię zarzucają mojemu synowi i że go uwięziono, byłem spiorunowany. Mniemałem że jestem mocny, a tymczasem runąłem w proch. Służba myślała, żem umarł. Dla czego śmierć nie przyszła! Lekarz mówi, że silna konstytucja mojego ciała, zachowała mię przy życiu lecz zdaje mi się, że Bóg chce, ażebym żył i wychylił aż do dna kielich poniżenia!
Przerwał; potok łez cisnął mu się do ócz i dławił go w gardle. Sędzia śledczy stał przy biurku nieruchomo jak posąg.
Po kilku sekundach wypoczynku, hrabia uczuł ulgę, bo mówił dalej temi słowy:
— Nieszczęsny starcze! Czy nie powinieneś się był tego spodziewać? Albo to prędzej lub później wszystko się nie odkryje? Ukarano mię w tem, czem zgrzeszyłem, w mojej dumie. Uważałem się za silniejszego, niż piorun i sprowadziłem burzę na mój dom. Albert mordercą! Wice-hrabia de Commarin przed trybunałem! Ach! panie, ukarz mię najsrożej, bo to ja sam przygotowałem tę zbrodnię. Ze mną ginie piętnaście wieków najczystszej sławy! Ja zhańbiłem moje wielkie i święte imię...
Przed godziną, pan Daburon uważał postępowanie hrabiego de Commarin za nikczemne, to też przyrzekł sobie, nie szczędzić mu hańby. Był pewny, że zobaczy dumnego magnata i dla tego przysięgał, że go powali swojem szyderstwem. Kto wie, czy plebeusz, traktowany niegdyś z góry przez margrabinę d’Arlange, nie zachował w sercu kilka ziarn niechęci dla arystokracji. Już naprzód przygotował sobie surową przemowę, która miała poniżyć starego szlachcica. Ale ujrzawszy się wobec tak wielkiej skruchy, musiał swoją niechęć przemienić w litość, radząc się w duszy, jak zmniejszyć jego boleść.
— Spisz pan, — ciągnął hrabia z ożywieniem, o które nie można go było posądzić przed dziesięciu minutami, — spisz pan moje zeznania, nie ujmując ani słowa. Nie potrzebuję więcej łaski. Bo i czego miałbym się obawiać? Alboż hańba nie jest już powszechną! Czy za kilka dni nie krzyknie świat cały, że ja, hrabia Rhóteau de Commarin, stanąłem przed trybunałem, aby ogłosić hańbę naszego domu! Ach! teraz wszystko stracone, nawet honor! Pisz pan — i niech cały świat wie, że ja pierwszy byłem winny!
Hrabia zatrzymał się jak dla uporządkowania swoich wspomnień. Potem zaczął głosem więcej stanowczym, który w miarę, jak mówił, stawał się co raz silniejszym.
— Dawno temu, panie sędzio, rodzice, pomimo moich próśb gorących, zmusili mię pojąć za żonę jedną z najszlachetniejszych i najczystszych dziewic. Zrobiłem ją najnieszczęśliwszą z kobiet. Nie mogłem ją kochać. Wówczas kochałem się szalenie w pewnej dziewczynie, z którą już od kilku lat zostawałem w serdecznych stosunkach. Widziałem w niej najszczytniejsze piękności duszy i ciała. Jej imię Walerja. Wszystko już we mnie obumarło, panie sędzio, a jednak to imię, skoro je wygłoszę, jeszcze mię wzrusza... Pomimo małżeństwa, nie miałem odwagi z nią zerwać. Muszę dodać, że ona żądała zerwania. Myśl stosunku z człowiekiem żonatym, obrażała jej dumę. Bez wątpienia kochała mię wtedy. Nasza znajomość trwała dalej. Kochanka i żona zostały matkami prawie w jednym czasie. Ta okoliczność zbudziła we mnie szaloną myśl, abym dla szczęścia syna miłości, poświęcił dziecko legalne. Mój projekt powierzyłem Walerji. Ku wielkiemu mojemu oburzeniu, odrzuciła go z pogardą. Ona nie chciała rozstać się z swojem dzieckiem. Zachowałem, jak na dowód mojego szaleństwa, kilka listów, które w tym czasie pisała; odczytałem je nawet tej nocy. Dla czegóż nie wysłuchałem ani jej uwag ani próśb? Bo straciłem głowę... Ona jakby przeczuwała nieszczęście, które mię dziś przygniata. Ale ja miałem nieograniczoną nad nią władzę. Przyjechawszy do Paryża oświadczyłem, że ją porzucę i wtedy ustąpiła. Jeden z moich sług i Klaudja Lerouge, mieli dokonać tej haniebnej zamiany. Tak więc syn mojej kochanki, nosi tytuł wice-hrabiego de Commarin i właśnie on został uwięziony przed godziną.
Pan Daburon nie spodziewał się tak dokładnych zeznań... W głębi duszy cieszył się, że sprawa przedstawiała się korzystnie dla młodego adwokata, który szlachetnością uczuć, pozyskał go sobie od pierwszego wejrzenia.
— A więc pan hrabia, — rzekł sędzia, — przyznaje, że pan Noel Gerdy jest synem z jego prawego małżeństwa i że tylko on jeden ma prawo nosić jego nazwisko?
— Nie przeczę, mój panie. Boże! dawniej cieszyłem się z pomyślnego wyniku moich projektów, jak z najświetniejszego zwycięztwa. Byłem tak upojony szczęściem, widząc przy sobie syna mojej drogiej Walerji, że zapomniałem o wszystkiem. Myśl, że on będzie nosił moje nazwisko i odziedziczy po mnie cały majątek, upajała mię do nie opisania. Drugiego nienawidziłem, nie mogłem nań spojrzeć. Nie przypominam sobie, czym go dwa razy uścisnął. Nie raz nawet, Walerja, które miała złote serce, robiła mi z tego powodu gorzkie wyrzuty. Hrabina de Commarin uwielbiała tego, którego uważała za swojego syna i bez przerwy chciała go mieć na swoich kolanach. Ile wycierpiałem, widząc jak ona całuje dziecię mojej kochanki, nie umiem opowiedzieć. O ile było w mojej mocy, oddalałem go od niej, a ona nie mogąc dociec, co się we mnie działo, sądziła, że z serca syna chcę wykorzenić miłość dla matki. Umarła, panie sędzio, z tą myślą, która zatruła ostatnie dni jej życia! Umarła ze zmartwienia, ale jak święta, bez szemrania, bez skargi, z przebaczeniem na ustach i w sercu!
Jakkolwiek pan Daburon nie miał wiele czasu do stracenia, jednakowoż nie chciał przerywać hrabiemu, uważając jego energię za wynik chwilowego rozgorączkowania, poczem łatwo mogło nastąpić zupełne ubezwładnienie. Milczał więc, nie pytając o szczegóły, dotyczące z bliska sprawy Alberta.
— Dla niej, — ciągnął hrabia, — nie znalazłem ani jednej łzy. Bo i czem była dla mnie? Zmartwieniem i wyrzutem... Ale sprawiedliwość boska, większa od ludzkiej, postanowiła zemścić się srodze. Pewnego dnia ostrzeżono mię, że Walerja zdradza mię od dawna. Z początku nie chciałem wierzyć; uważałem to za nie możebne, niedorzeczne. Byłbym raczej o sobie wątpił, niż o niej... Wziąłem ją z małej restauracji, gdzie za całodzienną pracę otrzymywała franka — a teraz zawdzięczała mi wszystko. Myśl, że ona mogłaby mię zdradzać, sprzeciwiała się mojemu rozumowi. Ale lubo że nie należałem do zazdrośnych, dowiadywałem się, kazałem ją strzedz, zrobiłem się prawie szpiegiem. Powiedziano prawdę. Nieszczęsna miała kochanka, a miała go od lat dziesięciu! Był to oficer od konnicy. Przychodził do niej, otaczając się zawsze wielką ostrożnością. Zazwyczaj wychodził o północy, ale czasem zostawał aż do rana... Wtedy wybiegał przed wschodem słońca. Należąc do pułku, stojącego załogą daleko od Paryża, otrzymał pozwolenie odwiedzać stolicę. Pewnego wieczoru moi szpiedzy ostrzegli mię, że jest u niej. Przybiegłem. Moja obecność wcale ją nie zmieszała. Przyjęła mię jak zwykle, rzucając mi się na szyję. Myślałem, że mię oszukano i już zamierzałem wszystko jej opowiedzieć, gdy w tem ujrzałem na fortepianie rękawiczki łosiowe, jakie noszą tylko wojskowi. Chcąc uniknąć skandalu, nie wiedząc zresztą, jak daleko mógłby mię zaprowadzić wybuch pierwszego gniewu, uciekłem nie wyrzekłszy ani słowa. Odtąd nie widziałem ją więcej. Pisała do mnie, ale nie otworzyłem listów. Chciała widzieć się ze mną, zastąpić mi drogę daremnie! Moja służba otrzymała surowe rozkazy, których święcie dopełniała.
Czy to rzeczywiście hrabia de Commarin, ten człowiek dumny, pełen pogardy dla niższych? I przed kim spowiada się z całego życia? Przed nieznajomym...
Łatwo to pojąć, jeśli się zważy, że stary szlachcic znajdował się w jednej z tych godzin rozpaczy, graniczących z szaleństwem, kiedy umysłowi brak wszelkiej refleksji, kiedy pomimo woli potrzebujemy wylania wezbranych uczuć. Czy mogło mu dziś cokolwiek zależeć na dalszem zachowywaniu tej, tak niegdyś starannie ukrywanej tajemnicy? Uwalniał się od niej jak ten biedak, który padając pod ciężkiem brzemieniem, rzuca ciężar na ziemię, nie dbając, co się z nim stanie, i czy przechodzień nie wyciągnie ku niemu łakomej ręki.
— A ja, ja tę kobietę kochałem całą moją duszą! Rozdzielając się z nią, byłem pewny, że serce wydarto mi z piersi. Gardziłem nią i równocześnie z tą samą, co dawniej namiętnością, pragnąłem wrócić do niej!... Nienawidziłem ją i kochałem. Wszędzie ścigał mię jej obraz. Po stracie tej kobiety, nigdy się już nie pocieszyłem. Ale to jeszcze nie wszystko. Na widok Alberta, budziły się we mnie straszne wątpliwości. Czy jestem jego ojcem? Wyobraź pan sobie, jakie były moje męczarnie, skorom pomyślał: „Kto wie, ażali dla szczęścia cudzego dziecka, nie poświęciłem własnego syna! Po gorącej miłości, jaką z początku czułem dla niego, nie zadługo obudził się wstręt. Ileż to razy walczyłem wtedy z szalonem postanowieniem, aby zabić tego bastarda. Później przezwyciężyłem się, ale kochać nie mogłem go więcej... Albert, panie sędzio, był najlepszym z synów; mimo to jednakże między nim a mną była przepaść obojętności, której on sobie nie mógł wytłumaczyć. Nie raz chciałem nawet udać się do trybunału, zeznać wszystko i zażądać przywrócenia mi prawego spadkobiercy — ale wzgląd na moje stanowisko, zawsze mię powstrzymywał. Bałem się jawnego skandalu. Lekałem się, aby na moje imię nie spadła hańba!...
Głos starego magnata zamarł po tych słowach. Z rozpaczą zakrył twarz rękoma. Dwie duże łzy, potoczyły się milcząco wzdłuż jego jagód i znikły bez śladu. Tymczasem otworzyły się drzwi, a w nich ukazała się głowa długiego pisarza.
Pan Daburon dał znak, aby usiadł na swojem miejscu, a zwracając się do hrabiego de Commarin:
— Hrabio, rzekł tkliwym głosem współczucia, — przed Bogiem i społeczeństwem popełniłeś wielki błąd, którego następstwa, jak widzisz, są fatalne. Obowiązkiem teraz, mości hrabio, naprawić ten błąd, o ile to w twojej mocy...
— Tego i ja pragnę, panie sędzio...
— Zapewne pan mię rozumiesz, — napierał pan Daburon.
— Najzupełniej, — odpowiedział starzec; — dobrze pana rozumiem...
— Niech pana to przynajmniej pocieszy, — dodał sędzia, — że pan Noel Gerdy jest pod każdym względem godnym stanowiska, które mu masz zwrócić. Kto wie, czy nie przekonasz się hrabio, iż charakter Noela jest właśnie dla tego tak silny, że był gdzie indziej wychowany. Nieszczęście jest najlepszym mistrzem. Ten młodzieniec ma wielkie talenta, a przytem należy do najzacniejszych z ludzi. Będziesz miał syna godnego swych przodków. Zresztą, żaden z członków twej rodziny nie ucierpi, bo pan Albert nie jest wice-hrabią de Commarin.
— Prawda! prawda, — potwierdził żywo hrabia. — Commarin, — dodał, byłby już do tej chwili umarł, a krew wszystko myje.
Te słowa starego szlachcica dały dużo do myślenia sędziemu śledczemu.
— Alboż pan hrabia, — zapytał, — jest przeświadczony o winie Alberta?
Hrabia de Commarin spojrzał na sędziego wzrokiem, w którym malowało się zdziwienie.
— W Paryżu, — odpowiedział, — jestem dopiero od wczoraj, nie wiem zatem co tu się stać mogło. Wiem tylko, że sądy nie postępują lekkomyślnie wobec ludzi, którzy zajmują takie jak Albert stanowisko. Jeśli kazaliście go uwięzić, zapewne musicie mieć nie czcze podejrzenia, ale niezbite dowody.
Pan Daburon zagryzł usta i nie mógł ukryć ruchu niezadowolenia. Minął się z rozsądkiem, bo zaczął się spieszyć. Sądził, że umysł hrabiego jest całkiem wywrócony, a tymczasem obudził w nim podejrzliwość. Podobnej niezręczności, nie naprawi cała zręczność świata. Przy końcu śledztwa, po którem sędzia wiele się spodziewa, może ona obalić wszystkie przypuszczenia. Świadek, mający się na baczności, nie jest już świadkiem, na którego można liczyć bojąc się skompromitować, oblicza doniosłość zapytań i droży się z odpowiedzią. Z drugiej znów strony, sprawiedliwość, tak samo jak policja, zwykła o wszystkiem wątpić, wszystko przypuszczać, wszystkich podejrzewać.
Aż do jakiego punktu mógł być hrabia obcym zbrodni w Jonchère? Widocznie, przed kilku dniami, jakkolwiek wątpił o pochodzeniu Alberta, byłby dołożył wszystkich starań, aby ocalić tego, kto od tylu lat nosił jego nazwisko. Przecież z własnych jego słów najlepiej się można było przekonać, że honor najwięcej go obchodził.
Alboż nie był jednym z tych ludzi, którzy mają dość siły i środków do stłumienia każdego kompromitującego świadectwa? Nareszcie, sędzia nie wiedział, o ile w tej sprawie był zaangażowany interes hrabiego de Commarin, a ta niepewność niepokoiła go do wysokiego stopnia. Ztąd jego zmieszanie.
— Panie, — zaczął głosem pewniejszym, — kiedy dowiedziałeś się o odkryciu swojej tajemnicy?
— Wczoraj wieczór; powiedział mi Albert. O tej smutnej historji mówił w taki sposób, że teraz nie mogę sam pojąć... Chyba że...
Hrabia zatrzymał się, jak gdyby rozum jego był uderzony nieprawdopodobieństwem własnego przypuszczenia.
— Chyba, że?... — pytał chciwie sędzia śledczy.
— Panie, — rzekł hrabia, unikając bezpośrednio odpowiedzi, — gdyby Albert nie był winnym, byłby bohaterem.
— Tak! — zawołał żywo sędzia, — więc pan masz powody wierzyć w jego niewinność?
Szyderstwo pana Daburona odbiło się tak dobrze w tonie jego słów, że hrabia de Commarin mógł i musiał je wziąć za bolesną obrazę. Wstrząsł się, do żywego dotknięty, a odwracając głowę, rzekł:
— Tak samo, jak przed chwilą nie byłem świadkiem obciążającym, tak teraz nie jestem uniewinniającym. Staram się oświecić sąd, bo tak mi nakazuje obowiązek i oto wszystko.
— Dobrze idzie, — pomyślał pan Daburon, — strasznie go zabolało... Czy wiecznie będę same błędy popełniał?
— Oto fakta, — ciągnął hrabia. — Wczoraj wieczór, opowiedziawszy mi o tych przeklętych listach, Albert żądał odemnie wyświecenia prawdy, bo jeszcze wątpił. Winienem tu dodać, że pani Gerdy nie miała w ręku całej mojej korespondencji. Wtedy wszczęła się między mną a synem nader żywa dyskusja. Oświadczył mi, iż postanowił ustąpić miejsca Noelowi. Ja natomiast utrzymywałem, że trzeba wytrwać i raczej upaść, aniżeli dać się nagiąć. Albert sprzeciwiał się temu z całą namiętnością. Wszystkie moje usiłowania, aby go sprowadzić z obranej drogi, okazały się bezskuteczne. Napróżno potrącałem o najtkliwsze struny jego serca. Odpowiedział stanowczo, że cofa się nawet w brew mojej woli i dodał, że jeśli tylko zapewnię mu skromne utrzymanie, będzie się uważał za całkiem zaspokojonego. Użyłem jeszcze jednego środka, mówiąc, że nierozważny krok z jego strony, może łatwo uniemożliwić małżeństwo, do którego od dwóch lat wzdycha, lecz Albert odparł, że jest pewnym swojej oblubienicy, panny d’Arlange.
Nazwisko to padło jak piorun w uszy sędziego śledczego. Rzucił się na fotelu. Czując, że poczerwieniał na twarzy, wziął dla ukrycia zmięszania, pierwsze lepsze akta, które mu wpadły w rękę i podniósł je do oczu, jak gdyby chciał przeczytać jakie pismo niewyraźne.
Zaczynał pojmować, że zadanie, którego się podjął, było bardzo trudne do spełnienia. Czuł, że miesza się jak dziecko, że nie jest panem siebie i że umysł jego nie ma zwykłej przenikliwości. W głębi duszy przyznawał, że był zdolny popełnić największe błędy. Lecz czemu podjął się tego śledztwa? Czy mógł być pewnym, że okaże się sędzią bezstronnym?
Chętnie byłby odłożył na później dalszy ciąg zeznań hrabiego, ale czy mógł? Sumienie sędziego śledczego wołało, że byłaby to nowa niezręczność. Uchwycił więc na nowo wątek bolesnych wypytywań.
— Panie, — rzekł, — uczucia, objawione przez wice-hrabiego, są bez wątpienia bardzo piękne, ale czy panu nie mówił o wdowej Lerouge?
— Owszem, — odparł hrabia, — wspominał...
— Powinien był panu powiedzieć, że świadectwo tej kobiety uniemożliwi walkę z panem Noelem Gerdy.
— Właśnie, panie sędzio, ta okoliczność zmuszała go głównie do odrzucenia mojego żądania.
— Pan hrabia zechce mi dokładnie opowiedzieć wszystko, co zaszło między nim a wice-hrabią. Proszę więc przypomnieć sobie nawet najdrobniejsze szczegóły, i staraj się pan przytoczyć o ile możności najdokładniej jego słowa.
Hrabia de Commarin mógł uczynić zadość wezwaniu bez natężenia umysłu. Od kilku minut zbawienna reakcja odbyła się w całej jego osobie. Krew, rozdrażniona natarczywością wypytywań, odzyskała dawny bieg. Mózg wrócił do zwykłej równowagi. Scena z wieczoru dnia poprzedniego, stała mu w najdrobniejszych szczegółach żywo w pamięci. W uszach brzmiały mu jeszcze stanowcze słowa Alberta i widział jego twarz pełną wyrazu.
W miarę jak postępował w swem opowiadaniu, żywem i dokładnem, przekonanie pana Daburon stawało się co raz trwalszem. Właśnie to, nad czem dzień przedtem hrabia się unosił, sędzia uważał za okoliczność, świadczącą przeciw Albertowi.
— Jaka straszna komedja! — myślał Daburon. — Tabaret widział za nas obu. Z niepospolitą odwagą młody ten człowiek łączy szatańską zręczność. Sam geniusz zbrodni musiał go natchnąć... Będzie prawdziwy cud, jeśli go zdemaskujemy. Jak doskonale wszystko przewidział i przygotował! Jak cudownie jest obmyślana ta scena z ojcem, aby zrzucić z siebie nawet cień podejrzenia! Nie ma ani jednego słowa, któreby nie zdradzało ukrytego zamiaru, na któremby nie można zbudować podejrzenia. Jaka skończoność w wykończeniu! Wszystko mamy, nawet duet z ukochaną kobietą. Czy w rzeczy samej ostrzegł Klarę? Bardzo być może... Mógłbym się dowiedzieć, ale trzeba by ją widzieć, mówić z nią... Biedne dziecko Kochać takiego człowieka! Ależ cały jego plan bije w oczy. Ta rozmowa z hrabią jest kotwicą ratunku. Nie szkodząc jego prawom, pozwala mu zyskać na czasie. Widocznie chciał rozwiązanie sprawy przewlec w nieskończoność, a potem byłby oświadczył, że tylko zmuszony czyni zadość woli ojca. Ustępstwo byłby sobie poczytywał nawet za zasługę, i kto wie, czy za powolność wobec ojca nie żądałby jeszcze osobnego wynagrodzenia. A jeśliby Noel zechciał był nowy szturm przypuścić, ujrzałby się wobec hrabiego, który przecząc wszystkiemu, byłby go kazał wyrzucić jak podłego oszusta.
Rzecz dziwna, a jednak dająca się wytłumaczyć, że hrabia skończywszy opowiadanie, przyszedł do tych samych wyników, co sędzia śledczy. Przypomniał sobie doskonale, że w gniewie rzekł był do syna: „Tak pięknych rzeczy nie zwykło się robić dla samej przyjemności.“ Ta szczytna bezinteresowność była teraz jasną.
— Dziękuje hrabiemu, — rzekł pan Daburon. — Nie mogę panu jeszcze nie pewnego powiedzieć, ale w każdym razie sąd ma powody mniemać, że wice-hrabia Albert, w scenie, którą słyszałem, odegrał rolę skończonego komedjanta.
— I dobrze wyuczył się roli, — szepnął hrabia, — bo mię oszukał.
W tej chwili wszedł Noel.
Adwokat ukłonił się staremu szlachcicowi, który powstawszy, cofnął się w głąb pokoju.
— Panie, — rzekł Noel cichym głosem do sędziego, — wszystkie listy znajdują się w tej tece. Proszę pana zechcieć mię jak najprędzej uwolnić, ponieważ stan pani Gerdy staje się co raz więcej zatrważającym.
Noel wygłaszając ostatnie słowa, podniósł nieco głos, tak, że hrabia musiał je usłyszeć. Szlachcic wzdrygnął się i tylko z największem wysileniem udało mu się powstrzymać zapytanie, które już miał na ustach.
— Jednakże pozwolisz kochany adwokacie, — rzekł sędzia uprzejmie, — że cię chwilkę zatrzymam.
Pan Daburon powstał z fotelu, a ująwszy Noela za ramię, powiódł go do hrabiego.
— Panie hrabio de Commarin, — rzekł, — mam zaszczyt przedstawić hrabiemu pana Noela Gerdy.
Prawdopodobnie, hrabia de Commarin, spodziewał się czegoś podobnego, bo na jego obliczu nie drgnął ani jeden muszkuł; stał nieruchomo. Noel zaś, był jak człowiek, który nagle uczuje uderzenie młota w czaszkę; nie mogąc utrzymać się na nogach, musiał oprzeć się o najbliżej stojące krzesło. Następnie obaj, syn i ojciec stanęli naprzeciw siebie, pozornie pogrążeni w zadumie, a w rzeczywistości śledzący się nawzajem, bo każdy z nich chciał uchwycić bodaj cząstkę myśli drugiego.
Pan Daburon spodziewał się innego rezultatu. Sądził, że hrabia otworzy ramiona, Noel rzuci mu się w objęcia i że pojednanie ojca z synem będzie dokonane. Chłód jednego, zmieszanie drugiego, rozczarowało go najzupełniej. Uznał przeto za konieczne, przystąpić inaczej do dzieła.
— Panie hrabio, — rzekł tonem wyrzutu, — przecież przed chwilą przyznałeś, że pan Gerdy jest twoim prawym synem?
Hrabia de Commarin nie odpowiadał; można było sądzić, że nie słyszał, tak był nieruchomy. Natomiast Noel, zebrawszy całą odwagę, ośmieli się zabrać głos pierwszy.
— Panie, — wyjąknął, — nie chciałem...
— Możesz pan powiedzieć: mój ojcze, — przerwał dumny starzec tonem, w którym nie było nic czułego.
Następnie zwrócił się do sędziego.
— Czy mogę być panu jeszcze potrzebnym? — zapytał.
— Wypada panu tylko, — odrzekł pan Daburon, — wysłuchać odczytania swoich zeznań i podpisać. Dalej, Konstanty, — dodał.
Długi pisarz zaczął czytać protokół. Akt ten odbył się bardzo prędko. Noel słuchał z natężoną uwagą, dowiedział się bowiem o rzeczach, które dla niego miały niesłychaną doniosłość. Nakoniec Konstanty wygłosił słowa: Na potwierdzenie czego i t. d., któremi we Francji kończą się wszystkie protokoła.
Wręczył pióro hrabiemu, który podpisał swoje nazwisko bez wahania, nie robiąc przytem żadnych uwag.
Wtedy stary szlachcic odwrócił się do Noela.
— Nie jestem silny, — rzekł, — potrzeba zatem, mój synu, — słowa te wymówił z pewnym naciskiem, — ażebyś pomógł swojemu ojcu zejść do powozu.
Młody adwokat zbliżył się szybko. Twarz jego była rozpromieniona. Uprzejmie podał ramię hrabiemu. Skoro już wyszli, pan Daburon nie mógł powstrzymać ciekawości. Przybiegłszy do drzwi, nieco je uchylił, a cofnąwszy korpus, aby nie był widzianym, wyciągnął szyję i w głąb korytarza rzucił badawcze spojrzenie. Noel i hrabia byli zaledwie w połowie. Szli bardzo powoli.
Hrabia de Commarin z trudnością wlókł nogi za sobą; adwokat szedł drobnym krokiem, głowę nachylił ku starcowi, a każdy jego ruch świadczył o nadzwyczajnej grzeczności. Sędzia stał tak długo przy drzwiach, dopóki nie znikli na skręcie korytarza. Potem cofnął się, a usiadłszy w swoim fotelu, westchnął głęboko.
— Przynajmniej, — pomyślał, — zrobię jednego szczęśliwym. Dzień nie przejdzie całkiem źle.
Ale nie miał czasu puścić wolny bieg myślom; godziny uciekały. Uważał za konieczne przesłuchać jak najprędzej Alberta, a prócz tego trzeba było spisać świadectwa kilku służących z pałacu Commarin, i wysłuchać sprawozdania komisarza, który przedsięwziął uwięzienie.
Służących, którzy już oddawna czekali, wprowadzano kolejno. Wprawdzie nie umieli nic stanowczego powiedzieć, a jednakże ich zeznania były nowemi zarzutami. Każdy odchodził z przekonaniem, że ich pan był winnym.
Zachowanie się Alberta od początku złowrogiego tygodnia, najmniejsze jego słowo i najmniej znaczące ruchy, przytaczano z rzadką dokładnością, objaśniano, tłumaczono.
Człowiek żyjący w pośrodku trzydziestu służących, jest jak owad, w przeźroczystem naczyniu pod okiem gorliwego naturalisty. Żaden z jego czynów nie ujdzie uwadze tych płatnych szpiegów, a zaledwie ma jaką tajemnicę, już się jej domyślają. Od rana do wieczoru trzydzieści par oczu śledzi ciekawie najmniej znaczące zmiany jego twarzy.
Sędzia śledczy otrzymał zatem nie mało szczegółów, które na pozór były niczem, ale z których najmniejszy mógł przy ostatecznej rozprawie rozstrzygać o życiu lub śmierci. Kombinując zeznania, łącząc takowe i porządkując, pan Daburon mógł od niedzieli iść krok w krok za wice-hrabią Albertem.
W niedzielę więc, niezwłocznie po odejściu Noela, wice-hrabia zawezwał pokojowca i rzekł, że aż do nowego rozkazu jest niewidzialnym dla nikogo. Jeśliby się kto o niego pytał, słudzy mieli powiedzieć, że pan wyjechał na wieś.
Od tej chwili spostrzegli wszyscy, że „coś się działo,“ bo pan Albert był bardzo zmięszany.
Przez cały dzień nie wychodził z biblioteki i tam jadł obiad. Wieczorem uwolnił wszystkich służących, mówiąc: „Idźcie się zabawić!“ Wyraźnie zakazał wchodzić do biblioteki, chyba, że zadzwoni.
Nazajutrz, w poniedziałek, nie wstał, jak zwykle, wcześnie, ale dopiero około południa. Uskarżał się na gwałtowny ból głowy i nudności. Mimo to wypił filiżankę herbaty. Chciał wyjechać, ale natychmiast polecił wyprządz konie. Lubin, jego pokojowiec, słyszał, jak zawołał: „Nie podobna wahać się!“ a w kilka minut: „Trzeba raz skończyć!“ Wkrótce potem zaczął coś pisać.
Lubin nosił jeden list do panny d’Arlange, który miał wręczyć albo jej samej, albo nauczycielce, pannie Schmidt.
Drugi list, z dwoma tysiącami franków, został powierzony Józefowi, aby odniósł go do klubu. Józef nie przypomina sobie nazwiska osoby, która list odebrała, ale to dobrze pamiętał, że ów pan nie miał tytułu.
Wieczorem Albert prawie nie nie jadł i zamknął się u siebie.
Nazajutrz wstał dodnia; był to wtorek. Błądził po pałacu, jak dusza w czyśćcu, albo jak człowiek, oczekujący niecierpliwie rzeczy, która nie nadchodzi.
Gdy wszedł do ogrodu, ogrodnik zapytał go o zdanie względem rysunku pewnego gazonu. Odpowiedział krótko: „Zapytasz o to hrabiego.“
Około pierwszej z południa, zszedł do stajni i pieścił się z Normą, swojem ukochanem źrebięciem. Głaszcząc, ją rzekł: „Biedne zwierzę! Moja biedna stara!“ O godzinie trzeciej, numerowany komisjoner przyszedł z listem.
Wice-hrabia, który wtedy znajdował się na dole, chwycił list i szybko go otworzył. Dwaj pokojowce wyraźnie słyszeli jak zawołał: „Nie zdoła się oprzeć!“ Przyszedłszy na górę, spalił list na kominku w przedpokoju.
Zaledwie usiadł do stołu o godzinie szóstej, dwaj jego przyjaciele, pan de Courtivois i markiz de Chouzé, nie zważając na ostrzeżenie lokajów, dostali się aż do niego. Ta wizyta do reszty go zmięszała.
Ci panowie chcieli koniecznie wziąć go na zabawę, ale on odmówił, twierdząc, że ma schadzkę w bardzo ważnej sprawie. Jadł nieco więcej, niż dni poprzednich. Zażądał nawet butelkę Chiteau-Laffitte, którą do dna wychylił. Pijąc kawę, palił cygaro w sali jadalnej, co sprzeciwiało się zwyczajom, praktykowanym w pałacu.
Według Józefa i dwóch lokajów, o godzinie pół do ósmej, zaś według zeznań Lubina, dopiero o ósmej, wice-hrabia wyszedł pieszo, z parasolem w ręku. Wrócił dopiero o drugiej po północy, a służącemu, który nań czekał, kazał wyjść natychmiast z pokoju.
W środę, wszedłszy do sypialni wice-hrabiego, służący był uderzony opłakanym stanem, w jakim znajdowały się suknie jego pana. Były mokre i pobłocone, a pantalony podarte. Ośmielił się zrobić uwagę, na co Albert odpowiedział głosem piorunującym: „Rzuć to gdzie bądź!“ Tego dnia był już swobodniejszym. Przy śniadaniu, a jadł z wielkim apetytem, marszałek dworu widział go nawet wesołym. Całe popołudnie spędził w bibliotece gdzie popalił stosy papierów.
We czwartek wydawał się znowu bardzo cierpiącym. Prawie nie miał siły wyjechać na spotkanie hrabiego. Wieczór, po scenie ze swoim ojcem, wrócił do siebie bardzo złamany. Lubin chciał pójść po lekarza, ale zabronił mu mówiąc, że nie chce, aby ktokolwiek wiedział o jego niedyspozycji.
Oto jest dokładna treść dwunastu dużych stronic, które spisał długi protokolista nie odwróciwszy ani razu głowy, aby przypatrzyć się galonowanym lokajom, którzy zmieniali się jeden po drugim.
Wszystkie te świadectwa, pan Daburon umiał zebrać w niespełna dwóch godzinach.
Jakkolwiek przeświadczeni o ważności swoich zeznań, wszyscy lokaje mieli język bardzo długi. Rozgadawszy się raz, nie podobna ich było wstrzymać. A przecież ze wszystkiego, co mówili, jasno wypływało, że Albert był dobrym panem, wspaniałomyślnym i grzecznym wobec swoich ludzi. Szczególna to rzecz, prawie nie podobna do wiary! Znalazło się kilku, którzy obojętnie mówili o tym okropnym wypadku. Dwaj byli bardzo smutni. Lubin, który doznawał łask wyjątkowych, nie należał do tych drugich.
Przyszła kolej na komisarza policji. We dwóch słowach złożył sprawozdanie z uwięzienia, które Tabaret już opowiedział. Nie omieszkał zwrócić uwagę sędziego na okrzyk Alberta: „Jestem zgubiony!“ co według jego przekonania, było dostatecznem przyznaniem się do winy. Następnie złożył wszystkie przedmioty, zabrane u wice-hrabiego de Commarin. Sędzia śledczy porównał je uważnie z rzeczami, przywiezionemi z mieszkania wdowej Lerouge.
Wieczór zbliżał się szybkim krokiem, a obżałowany nie był jeszcze przesłuchany. Lecz co mogło wstrzymywać pana Daburona od spełnienia tego obowiązku? W rękach miał dziesięć razy więcej dowodów, niż potrzebował, aby wysłać dziesięciu zbrodniarzy na plac stracenia. Albert nie mógł myśleć o uwolnieniu, chyba, że zbrodnię popełnił pod wpływem szaleństwa. A jednak, w chwili tak stanowczej, sędzia czuł brak odwagi. Czy jego wola osłabła?
W czas przypomniał sobie, że od wieczoru dnia poprzedniego nic nie jadł, posłał więc po butelkę wina i kilka biszkoptów. Nie pokarmu potrzebował sędzia ale energji. Wychylając szklankę, myśli jego ułożyły się w następujący frazes: „A więc mam stanąć przed wice-hrabią de Commarin!“
W każdym innym wypadku byłby się śmiał z tej uwagi; teraz jednakże widział w niej ostrzeżenie Opatrzności.
— Niech się stanie, — rzekł do siebie, — spełnię ten puchar.
I nie zapuszczając się w dalsze refleksje, kazał wprowadzić wice-hrabiego Alberta de Commarin.


III.

Albert zbudzony z ciężkiego snu surowym głosem komisarza, który rzekł: „W imię prawa aresztuję pana!“ nie mógł przez dłuższy czas odzyskać równowagi umysłu. Wszystko, cokolwiek zaszło po jego uwięzieniu, wydawało mu się niejasne, jak pośród gęstej mgły — podobne do tych scen, które przedstawiają w teatrze, po za poczwórną zasłoną z gazy.
Na zapytania odpowiadał machinalnie, nie słysząc brzmienia słów własnych. Następnie dwaj ajenci wzięli go pod ramię i sprowadzili po olbrzymich schodach pałacu. Sam nie mógłby był zejść, bo nogi drżały pod nim jak trzcina. Tylko jedna rzecz uderzyła jego umysł: głos służącego, zwiastujący atak apopleksji, który nawiedził hrabiego. Ale i o tem zapomniał.
Wrzucono go do dorożki, stojącej na dziedzińcu i posadzono na ławeczce w głębi. Dwaj ajenci usiedli na przodzie, podczas gdy trzeci zajął miejsce na koźle obok woźnicy. W drodze nie mógł sobie zdać sprawy z fatalnego położenia. Ciało przerzucało się z jednej strony na drugą, a głowa kołysała się, jak gdyby w szyi nie miał ani jednego muszkułu. Wtedy przyszła mu na myśl wdowa Lerouge. Było to na wiosnę; kwiaty rozlewały w koło woń niebiańską. Podeszła kobieta, ustrojona w biały czepiec, stała w bramie swojego ogrodu; mówiąc, miała wyraz błagalny. Hrabia słuchając. mierzył ją surowym wzrokiem, a potem wyjąwszy z sakiewki trochę złota, rzucił jej w fartuszek.
Wysadzono go z dorożki.
Ujrzawszy się w wilgotnej i ciemnej sali, w której miano uczynić zadość pierwszym formalnościom, zaczął z rozkoszą myśleć o Klarze. W pamięci stanęły mu pierwsze dnie miłości, kiedy swoją najdroższą widywał u panny de Goello. U starej panny był jeden cudowny salonik, wychodzący na ulicę, którego całe urządzenie należało do najciekawszych. Na wszystkich meblach, a nawet na kominku, stało w najrozmaitszych pozycjach kilkadziesiąt piesków wypchanych, które pannie Goello towarzyszyły za życia w podróży przez bezludny step celibatu. Ona lubiła mówić o tych wiernych towarzyszach, którzy nigdy nie zdradzają. Ileż to razy śmiał się z tych opowieści aż do łez z swoją Klarą.
W tej chwili zaczęto go przetrząsać.
Uczuwszy wzdłuż ciała cynicznie szukające ręce, przyszedł nieco do siebie, a gniew zbudził się w młodej piersi. Była to największa zniewaga!
Ale przykra operacja prędko się skończyła. Niezwłocznie potem ujrzał się na długim korytarzu, którego wszystkie okna były okratowane, usłyszał, że otworzono drzwi i uczuł, że wtrącono go do małej celi. W tyle usłyszał łoskot zaskakujących zamków i brzęk łańcuchów. Odtąd był więźniem, a wskutek wyższych poleceń więźniem dla nikogo niewidzialnym.
Wkrótce doznał błogiego wrażenia. Był sam. W uszach już nie brzmiały złowrogie głosy i nikt mu już nie zadawał natarczywych pytań. Milczenie, dające niejakie wyobrażenie o nicości, panowało do koła. Zdawało mu się, że na wieki oddzielono go od społeczeństwa i to go pocieszało. Ciało, tak samo zmęczone jak duch, nie mogło utrzymać się o własnych siłach. Właśnie spoglądał gdzieby usiąść, gdy na prawo, pod okratowanem oknem, ujrzał małe łóżko, które go ucieszyło jak tonącego deska ratunku. Rzuciwszy się na twarde posłanie, wyciągnął się z rozkoszą. Ale po ciele przebiegała zimna dreszcz. Rozwinął więc grubą kołdrę wełnianą, otulił się w nią starannie i wkrótce usnął jak kamień.
Na korytarzu, dwaj ajenci policyjni, jeden jeszcze młody a drugi szpakowaty, spoglądali od czasu do czasu przez małe okienko, znajdujące się w drzwiach więziennych. Śledzili każdy ruch nieszczęśliwego, patrząc i podsłuchując z całą gorliwością płatnych wyżłów.
— To jakiś słabeusz, — szepnął młody policjant, — nie ma silnych nerwów... Cóż pan na to, panie Balan?
— Kto wie, — odpowiedział stary ajent, — trzebaby się przekonać. Lecoq mówił mi, że to twarda sztuka.
— Patrz! nasz panicz kładzie się... Czy przypadkiem nie myśli spać?... Toby ślicznie wyglądało. Jeszczem nie widział podobnego zjawiska.
— Widać, mój przyjacielu, że miałeś do czynienia tylko z łotrami niższych stopni. Wszyscy wytrawni, a nie mało miałem ich pod moim kluczem, są w tym rodzaju...
— Słowo honoru, możnaby powiedzieć, że usnął... Ależ to pocieszne!
— Wiedz, mój kochany, — dodał poważnie stary ajent, — że nic nie ma naturalniejszego. Jestem przekonany, że od chwili, w której spełnił morderstwo, ten chłopiec nie mógł spocząć. Teraz zaś, widząc, że jego sprawka została odkrytą, zupełnie się uspokoił.
— A to żartowniś z tego pana Balan! Coś podobnego nazywać spokojem!
— Nie inaczej. Wierz mi, że największą karą jest bezustanna obawa; wszystko inne jest znośniejsze. Gdybyś miał dziesięć tysięcy franków renty, zaraz bym cię o tem przekonał. Rzekłbym: Jedź do Homburga i rzuć na ruletę całą swoją fortunę. Powiedziałbyś mi potem, coś wycierpiał przez czas, kiedy gałka w koło się obracała. Tego rodzaju cierpienia można tylko porównać z powolnem krajaniem mózgu, lub z laniem rozpalonego ołowiu w kość pacierzową. Męka ta jest tak straszną, że nawet wtedy, kiedy się już wszystko straci, człowiek czuje się zadowolonym, lżejszym — bo może odetchnąć... Pomimo woli wołamy: „Skończyło się!“ I chwała Bogu że się przynajmniej skończyło.
— Ślicznie, panie Balan, założyłbym się, żeś doznał tych wrażeń.
— Hej! hej! — westchnął stary policjant, — gdyby nie te wrażenia, nie stałbym teraz przy tobie i nie patrzylibyśmy obaj przez to okienko!... Ale nasz panicz usnął głęboko; nie trać go z oczu, a ja tymczasem wypalę cygaretkę na dziedzińcu.
Albert spał cztery godziny. Zbudziwszy się, uczuł się silniejszym. Od widzenia się z Noelem, nie był tak lekkim. Ale straszna była to dla niego chwila, kiedy powiódłszy okiem do kola, przypatrzył się zimno swojemu położeniu.
— Teraz, — szepnął, nie trzeba się dać zwyciężyć.
Pragnął kogo zobaczyć, rozmówić się, wytłumaczyć... Chciał nawet wołać.
— Na co się to zdało, — pomyślał, — niezadługo sami po mnie przyjdą.
Chciał popatrzyć która godzina, ale spostrzegł się dopiero teraz, że mu odebrano zegarek. Ta drobnostka srodze go zabolała. Więc obchodzono się z nim, jak z najnędzniejszym zbrodniarzem! Szukał w kieszeniach, wszystkie były próżne. Dopiero wtedy pomyślał o swojej toalecie. Stanąwszy przy posłaniu, pozapinał suknie, poprawił kołnierz od koszuli i związał rozpuszczoną krawatkę. Następnie umoczywszy w wodzie koniec chustki od nosa, przetarł oczy, by ochłodzić zbolałe powieki. Nakoniec starał się ułożyć jak najprzyzwoiciej swoje włosy i brodę. Ani się spodziewał, że dwie pary kocich oczu śledziły każde jego poruszenie.
— Wyśmienicie! — szepnął młody policjant, — nasz kogut podnosi głowę i gładzi pióra.
— Prawdę mówiłem, — zauważył pan Balan, — że się przyczaił... Do kata!... zdaje mi się, że mówił...
Obaj zamilkli, lecz nie schwycili ani jednego ruchu niewłaściwego, ani jednego słowa, które prawie zawsze wyrywają się ludziom słabym, dręczonym śmiertelną obawą. Tylko raz słowo „honor,“ wypowiedziane przez Alberta, doleciało aż do uszu obu szpiegów.
— Ci ludzie z wysoka, — mruknął pan Balan, mają z początku zawsze ten wyraz na ustach. Na niczem im nie zależy, tylko na opinji tuzina przyjaciół i stu tysięcy nieznajomych, którzy czytają Gazetę Trybunałów. O głowie myślą dopiero później...
Skoro żandarmi przyszli po Alberta, aby go odprowadzić do sędziego, zastali go siedzącego na łóżku, z łokciami opartemi o kolana, a głowę w obu dłoniach. Ujrzawszy ich, powstał i postąpił kilka kroków. Ale w gardle tak mu wyschło, że nie mógł przemówić. Zrobiwszy znak ręką, zbliżył się do małego stoliczka i duszkiem wychylił dwie szklanki wody.
— Jestem gotów! — rzekł potem.
Krokiem pewnym szedł do gabinetu pana Daburon.
Sędzia cierpiał tymczasem niesłychane katusze. Przyspieszonym krokiem biegał po pokoju, oczekując obżałowanego. Po raz setny wyrzucał sobie, że dobrowolnie wmięszał się w tę sprawę.
— Niech djabli porwą, — myślał w duszy, ten przeklęty honor, który mię skłonił do tego kroku! Na co mi się teraz przydadzą wszystkie sofizmaty. Nic na świecie nie zmieni mojego stanowiska wobec tego młodzieńca. Nienawidzę go... Jestem jego sędzią, a jednak nie podlega wątpliwości, że chciałem go zamordować. Stałem przed nim o dwa kroki — czemu nie strzeliłem? Alboż ja wiem?... Jaka siła wstrzymała mój palec, kiedy było potrzeba słabego tylko pociśnięcia, aby śmiertelny strzał pozbawił go życia? Sam nie wiem... Czemu on nie jest moim sędzią, a ja obżałowanym? Gdyby chęć podlegała karze, jak uczynek, sprawiedliwość powinnaby mi uciąć głowę. I w takich warunkach ja mam prowadzić śledztwo!...
Przechodząc koło drzwi, usłyszał na korytarzu ciężkie kroki żandarmów.
— Otóż i on, — rzekł głośno.
I szybko zdążył do fotelu, zatapiając wzrok w stosy papierów, jak gdyby chciał się ukryć.
Gdyby długi pisarz miał był oczy, byłby ujrzał że sędzia był więcej zmięszany, niż sam oskarżony. Ale on był ślepy, a w tej chwili myślał o piętnasto-centymowym wydatku, którego nie mógł stwierdzić w domowych swoich rachunkach.
Albert wszedł do gabinetu sędziego z podniesionem czołem. W rysach odbijały się ślady wielkiego znużenia i bezsennie strawionych nocy; twarz była blada, ale oczy rzucały jasne promienie.
Przedwstępne zapytania pozwoliły panu Daburon przyjść do siebie...
Na szczęście jeszcze zrana przygotował sobie cały plan, więc teraz potrzebował tylko wiernie iść za nim.
— Zapewne panu wiadomo, — zaczął nadzwyczaj grzecznie, ― że do nazwiska, które pan nosisz, nie masz najmniejszego prawa.
— Wiem, panie sędzio, — odpowiedział Albert, — że jestem synem naturalnym hrabiego de Commarin. Wiem również, że mój ojciec nie mógłby się do mnie przyznać, chociażby nawet chciał tego, albowiem urodziłem się za jego małżeństwa...
— Jakie było pańskie wrażenie dowiedziawszy się o tem wszystkiem?
— Skłamałbym, panie, jeślibym powiedział, że nie zostałem najboleśniej dotknięty. Znajdując się na takiej jak ja wyżynie, nie można runąć bez wielkich cierpień. Wszelako nie myślałem nigdy zaprzeczać praw pana Noelowi Gerdy. Miałem, jak mam i teraz, stałe przedsięwzięcie zniknąć bez śladu... Oświadczyłem to panu de Commarin.
Pan Daburon spodziewał się podobnej odpowiedzi: wzmocniła ona jego podejrzenie. Alboż nie bronił się zręcznie? Teraz od sędziego zależało rozbić tę obronę, po za którą ukrył się obżałowany, jak za mur niezdobytej twierdzy.
— Przecież pan nie mogłeś zaprzeczać praw panu Gerdy. Wprawdzie za sobą miałeś ojca i matkę, ale przeciwnik mógł liczyć na świadectwo wdowej Lerouge.
— Nigdy o tem nie wątpiłem, panie sędzio.
— A jednak, — ciągnął pan Daburon, wlepiając w Alberta badawcze spojrzenie, — sprawiedliwość przypuszcza, że aby zniszczyć jedyny dowód, pan zabiłeś wdowę Lerouge...
Ten straszny zarzut, z ogromnym wygłoszony naciskiem, nie zmienił w niczem zachowanie się Alberta. Siedział spokojnie jak dawniej, a na czole nie pojawił się ani jeden fałd gniewu lub obrazy.
— Wobec Boga, — odpowiedział, — i na wszystko, co może być najświętszem na ziemi, przysięgam ci panie sędzio, że jestem niewinnym! W tej chwili jestem więźniem, któremu nie wolno znosić się z światem zewnętrznym, który zatem znajduje się w zupełnej niemożliwości dostarczenia dowodów. Ale spodziewam się po pańskiej sumienności, że sąd udowodni moją niewinność...
— Jaki komedjant! — pomyślał sędzia, — czy podobna, aby zbrodnia dodawała tyle odwagi i siły!
Szybko zaczął przerzucać papiery, odczytując ustępy z poprzednich zeznań, które według jego przekonania, mogły zmięszać Alberta. Nagle przemówił:
— W chwili uwięzienia zawołałeś pan: „Jestem zgubiony!“ Coś pan pod tem rozumiał?
— Panie, — odpowiedział Albert, — przypominam sobie, że w rzeczy samej powiedziałem te słowa. Dowiedziawszy się, o jaką zbrodnię jestem poszlakowany, przyszedłem w tej chwili do siebie i w jednem mgnieniu oka pojąłem całą grozę mojego położenia. Zrozumiałem doniosłość oskarżenia, jego prawdopodobieństwo i trudności, z jakiemi będę miał walczyć, broniąc się przed sądem. W głębi duszy słyszałem głos: „Komuż zależało na śmierci Klaudji?“ Przeświadczenie o nieochybnem niebezpieczeństwie, wyrwało mi zatem powyższe słowa.
Tłumaczenie było świetne, możebne, a nawet bardzo prawdopodobne. Dobrze przepowiedział Tabaret, że sprawca zbrodni w Jonchère nie należy do kategorji zwykłych łotrów. Pan Daburon podziwiał przytomność umysłu Alberta i nie wyczerpane źródło jego przewrotnej wyobraźni.
— Bez wątpienia, — zagadnął sędzia, — śmierć wdowej Lerouge mogła tylko panu obiecywać wielkie korzyści. Tem śmielej możemy to twierdzić, ile że jesteśmy pewni, iż kradzież nie była powodem zabójstwa. To, co wrzucono do Sekwany, władza już znalazła. Wiemy również, że popalono wszystkie papiery. Czy kompromitowały jaką inną osobę prócz pana? Jeśli wiesz, zechciej nas objaśnić.
— Cóż mogę na to odpowiedzieć? Nic.
— Czy często odwiedzałeś pan tę kobietę?
— Byłem u niej trzy czy cztery razy, zawsze z ojcem.
— Jeden z woźniców pałacowych utrzymuje, że jeździł tam z panem przynajmniej dziesięć razy.
— Człowiek ten myli się. Zresztą, mniejsza o liczbę wizyt.
— Znasz pan miejscowość? Czy dobrze ją sobie przypominasz?
— Doskonale, panie sędzio; nieboszczka miała dwa pokoje; w drugim sypiała.
— A więc pan nie byłeś jej obcym, rozumiem... Gdybyś pan był kiedy zapukał w nocy do drzwi jej mieszkania, czy byłaby zaraz otworzyła?
— Z pewnością, panie sędzio. Moja wizyta mogła jej być tylko przyjemną.
— Pan byłeś chorym w owym dniu?
— Przynajmniej bardzo cierpiącym. Moje ciało padało pod ciężarem strasznego doświadczenia. Ale z ten wszystkiem miałem dosyć odwagi.
— Dla czego zabroniłeś swojemu pokojowcowi, aby nie szedł po lekarza?
— Panie sędzio, albo doktor mógł mię wyleczyć z mojej choroby? Czyż cała jego umiejętność mogłaby mię zrobić legalnym synem hrabiego de Commarin?
— Słyszano, żeś pan mówił od rzeczy. W domu nie chciałeś się niczem zająć. Zniszczyłeś papiery, korespondencje...
— Zamierzałem opuścić pałac mojego ojca; to postanowienie powinno wszystko wytłumaczyć.
Na zapytania sędziego, Albert odpowiadał żywo, bez zmięszania, tonem stanowczym. Głos wcale nie drżał; nie było w nim najmniejszego wzruszenia.
Pan Daburon uważał za stosowne przerwać śledztwo. Wobec tak silnego przeciwnika, wypadało obrać inną drogę. Poruszanie szczegółów było wielką niedorzecznością, bo to ani trwożyło, ani mięszało obżałowanego.
— Panie! — zawołał nagle sędzia, — zechciej mi dokładnie opowiedzieć, a proszę cię o to usilnie, jak spędziłeś wieczór minionego wtorku od godziny szóstej do północy.
Po raz pierwszy Albert wydawał się zmięszanym. Jego spojrzenie, które aż do tej chwili spoczywało na twarzy sędziego, padło na kolana...
— We wtorek wieczór... — wyjąknął, powtarzając kilka razy te słowa, jak gdyby chciał zyskać na czasie.
— Mam go! — pomyślał pan Daburon, który dopiero teraz uczuł prawdziwe zadowolenie. A głośno dodał: — Tak, od godziny szóstej do północy?
— Przyznam się sędziemu, — odpowiedział Albert, — że trudno mi zaspokoić jego ciekawość... pamięć mię zawodzi...
— Ach! nie mów pan tego, — przerwał sędzia. — Gdybym pana zapytał, coś robił przed trzema miesiącami o tej lub owej godzinie, pojmowałbym pańskie wahanie. Ale ja się pytam o wtorek, a dziś mamy dopiero piątek. Zresztą, ten dzień był ostatnim karnawału, był to tłusty wtorek. Ta okoliczność powinna przyjść w pomoc pańskiej pamięci.
— Tego wieczoru nie byłem w domu, — szepnął Albert.
— Dobrze, — ciągnął sędzia, — ale zechciej się pan jaśniej tłumaczyć. Gdzieś pan jadł obiad?
— W domu, jak zwyczajnie.
— Przepraszam, nie jak zwyczajnie. Przy końcu objadu wychyliłeś butelkę starego Bordeaux. Zapewne potrzebowałeś pan rozdrażnienia dla dalszych zamiarów...
— Nie miałem żadnych zamiarów, — odparł obżałowany z widoczną niestanowczością.
— Pan się mylisz. Dwaj młodzi ludzie przyszli pana odwiedzić i zabrać z sobą; powiedziałeś im, że masz ważną schadzkę.
— Chciałem tylko pozbyć się grzecznie ich natrętnej obecności...
— Czemu?
— Czy pan tego nie rozumiesz? Byłem zdecydowany, ale nie pocieszony. Przyzwyczajałem się sam do przyjęcia okropnego ciosu. Alboż w wielkich przejściach życia nie szukamy samotności?
— Sąd przypuszcza, że chciałeś zostać sam, aby potem udać się do Jonchère. Tego samego dnia powiedziałeś pan do siebie: „Ona się nie oprze.“ O kim pan mówiłeś? — O osobie, do której pisałem wieczorem dnia poprzedniego, a która mi odpowiedziała dopiero we wtorek. Musiałem to powiedzieć wówczas, kiedy mi wręczono list od niej...
— A więc ten list był od kobiety?
— Tak.
— Cóż pan z nim zrobiłeś?
— Zaraz go spaliłem.
— Ta ostrożność daje do myślenia, żeś go pan uważał za kompromitujący.
— Bynajmniej, panie sędzio; była w nim mowa tylko o stosunkach sercowych.
Ten list musiał być zapewne od panny d’Arlange. Pan Daburon był tego pewny. Lecz czy powinien był pytać dalej i narazić się na wygłoszenie nazwiska Klary, tak strasznego dla niego?
Ośmielił się, ale zarazem tak się pochylił nad biurkiem, że obżałowany nie mógł widzieć jego twarzy.
— Od kogo pochodził ten list? — zapytał.—
Od pewnej osoby, której nazwiska nie wymienię.
— Panie! — rzekł surowo sędzia, podnosząc głowę, — nie ukrywam, że pańskie położenie jest fatalne. Nie obciążaj go pan bardziej karygodnemi wykrętami. Tu, przed sądem, powinieneś pan wszystko powiedzieć!
— O moich sprawach będę chętnie mówił, ale o cudzych nigdy!
Albert wypowiedział te słowa sucho i dobitnie. Był odurzony nadzwyczajną szybkością tego drażliwego śledztwa, które nie pozwalało mu nawet odetchnąć. Zapytania sędziego padały szybciej na jego głowę, niż uderzenia młota na rozpalone żelazo.
Ten pierwszy objaw oporu, zaniepokoił pana Daburon. Przytem dziwił się, dla czego przepowiednie Tabareta nie sprawdzają się i w drugiej części. Jasnowidz utrzymywał, że obżałowany przedłoży najzupełniejsze alibi, a tymczasem tego alibi jeszcze nie było. Dla czego? Co myśli ten zręczny winowajca? Jaką broń ukrywa pod płaszczem? Zapewne ma w pogotowiu jakąś broń nieprzewidzianą i może niezwalczoną.
— Powoli, — myślał sędzia, — jeszczem go nie wyłapał.
I żywo zaczął:
— Idźmy dalej. Coś pan robił po objedzie?
— Wyszedłem.
— Nie zaraz. Wypiwszy wino, wypaliłeś cygaro w sali jadalnej, co wszystkich uderzyło. Jakie cygara palisz pan najczęściej?
— Trabukosy.
— I zapewne używasz cygarniczki, aby uniknąć nieprzyjemnego smaku?
— Tak, panie, odpowiedział Albert, — nadzwyczaj zdziwiony tym szeregiem zapytań.
— O której godzinie wyszedłeś pan z domu?
— Około ósmej.
— Miałeś pan parasol?
— Miałem.
— Gdzieś pan poszedł?
— Na przechadzkę.
— Sam, bez celu, cały wieczór?
— Tak, panie sędzio.
— A więc powiedz mi pan dokładnie, którędy chodziłeś?
— Przepraszam, panie sędzio, ale to bardzo trudno. Wyszedłem, aby wyjść, aby w ruchu zapomnieć o boleści, która mię od trzech dni przygniatała. Nie wiem, czy pan rozumiesz moje ówczesne położenie: nie miałem głowy na karku. Szedłem na chybi-trafi, wzdłuż bulwarów, błądziłem po ulicach.
— Wszystko to wydaje mi się nieprawdopodobnem, — przerwał sędzia.
Pan Daburon powinien był jednakowoż wiedzieć, że to było dość możebne. Czy on sam nie spędził raz całej nocy na błądzeniu po ulicach Paryża? Co byłby odpowiedział temu, kto nazajutrz zrana ośmieliłby się go był zapytać o przyczynę tej tajemniczej przechadzki? Nie wiem... Ale on o tem zapomniał. Rozpocząwszy śledztwo, stał się sędzią. Zacięta walka z obżałowanym drażniąc nerwy, obudziła w nim namiętność strasznego rzemiosła...
Był podobny do mistrza szermierki, który ćwicząc się z najlepszym przyjacielem, upaja się powoli pobrzękiem morderczej broni, a potem rozogniony, rzuca się i zabija przeciwnika.
— A zatem, — ciągnął pan Daburon, — nie zdybałeś pan nikogo, ktoby dziś mógł tu zeznać, że widział cię ówczesnej nocy? Z nikiem nie mówiłeś? Nie wstąpiłeś pan nigdzie, ani do kawiarni, ani do teatru, ani nawet do sklepu z tytoniem, aby się zaopatrzyć w ulubione trabukosy?
— Nigdzie nie wstąpiłem.
— To bardzo źle, panie, bardzo źle, bo muszę panu oznajmić, że właśnie tego wieczoru, we wtorek, między godziną ósmą a północą, wdowa Lerouge została zamordowaną. Sąd stwierdził czas i wszystkie inne okoliczności. Jeszcze raz wzywam pana, abyś dla własnego dobra wszystko rozważył i zaapelował do swojej pamięci.
Przytoczenie dnia i godziny zbrodni, zdawało się mieszać Alberta. Rozpaczliwie podniósł rękę do czoła. Mimo to odpowiedział spokojnie:
— Chociaż jestem bardzo nieszczęśliwy, panie sędzio, wszelako nie mam nic więcej do powiedzenia.
Zdziwienie pana Daburon było głębokie. Jak to! gdzie owe oczekiwane alibi? Nic! Przecież to nie mogło nazywać się łapką ani systemem obrony. Gdzież się więc podział ten człowiek silny, przezorny? Widocznie schwytano go z nienacka. Nie przypuszczał, ażeby sąd mógł dotrzeć aż do niego.
Sędzia podniósł powoli wszystkie przedmioty przekonywujące, znalezione u Alberta i złożył je na wierzchu aktów.
— Przystąpimy teraz, — rzekł, — do stwierdzenia poszlak, świadczących przeciw panu. Czy rzeczy, które pan widzisz, były jego własnością?
— Tak, panie sędzio; wszystko to do mnie należało.
— Doskonale. Przypatrzmy się najpierw tej szpadzie. Kto ją złamał?
— Ja, panie, ćwicząc się z panem Cortivois, który może to poświadczyć.
— Przesłuchamy go. A co się stało z odłamanym końcem?
— Nie wiem. Co do tego, trzebaby się zapytać mojego pokojowca, Lubina.
— Jużem to uczynił. Lubin zeznał, że tego końca nie mógł nigdzie odszukać. Zwracam pańską uwagę, że ofiara padła pod uderzeniem zaostrzonego końca szpady. Udowadnia to kawałek materji, w który morderca obtarł broń swoją.
— Proszę pana sędziego, aby w tym względzie kazał zarządzić najskrzętniejsze poszukiwania. Nie podobna, aby nie znaleziono drugiej połowy szpady.
— Wydam stosowne rozkazy. A teraz spojrzyj pan na ten papier. Na nim znajduje się dokładny rysunek nogi zabójcy. Stawiam teraz je ten z pańskich bucików, i oto podeszew jest tej samej wielkości. Ten kawałek gipsu zgadza się najzupełniej z obcasami u pańskiego obuwia. W błocie koło domu, znaleźliśmy odcisk obcasów...
Albert śledził z uderzającą ciekawością wszystkie ruchy sędziego. Nie trudno było poznać, że walczył z wzrastającą obawą. Czy opanowała go ta trwoga, która odbiera kryminalistom resztki przytomności na widok przedmiotów zbrodni?
Na wszystkie uwagi sędziego odpowiadał głosem stłumionym:
— Prawda, święta prawda.
— W rzeczy samej, — ciągnął pan Daburou; — ale zechciej pan wysłuchać do końca. Winowajca miał parasol. Koniec parasola, wraz z ozdobą przy materji, odbiły się w glinie. Oto wierny rysunek. A teraz przypatrz się pan swojemu parasolowi. Czy dokładne podobieństwo?
— Takich parasolów, — zauważył Albert, jest tysiące.
— Być może pomińmy więc ten dowód. Widzisz pan ten koniuszek cygara, znaleziony w mieszkaniu zabitej? Powiedz mi teraz, jak się mogło nazywać cygaro i jak było palone?
— To trabukos, a palono go w cygarniczce.
— Podobnej do tych, — nacierał sędzia, pokazując rozmaite cygarniczki z bursztynu i morskiej piany, znalezione na kominku w bibliotece.
— Prawda! — szepnął Albert, — to istny fatalizm, straszne podobieństwo!
— Cierpliwości to jeszcze nie wszystko. Zabójca wdowej Lerouge miał rękawiczki. Ofiara dostawszy cios śmiertelny, uchwyciła się konwulsyjnie rąk swojego oprawcy, skutkiem czego za jej paznogciami pozostały kawałeczki zdartej skórki. Wydobyto te szczątki i oto są. Nie prawdaż, że są jasno-perłowego koloru? A teraz przypatrzmy się rękawiczkom, które pan miałeś we wtorek wieczór. Nie prawdaż, że są także perłowe, a przytem podrapane? Porównaj pan te kawałeczki ze swojemi rękawiczkami. Nie jest że ten sam kolor, ta sama skórka?
Albert nie mógł zaprzeczać, ani się wykręcać. Tożsamość biła w oczy. Fakt stał jasny jak słońce. Pan Daburon, jakkolwiek zdawał się być zajęty przedmiotami, rozłożonemi na stole, nie tracił jednakże z oka twarzy obżałowanego. Albert skamieniał. Zimny pot wystąpił mu na czoło i w kroplach spływał po jagodach. Jego ręce drżały jak liście. Zdławionym głosem powtarzał:
— To okropne! okropne!
— Nakoniec, — ciągnął nieubłagany sędzia, — oto pantalony, które miałeś na sobie ówczesnego wieczoru. Widocznie były zmoczonej a obok błota, są na nich także ślady gliny. Patrz pan, tu. Prócz tego są rozdarte na kolanie. Być może, żeś pan chodził na przechadzkę, nie wiedząc sam, kędy idziesz, ale niepodobieństwem przypuścić, abyś nie wiedział, gdzie rozdarłeś pantalony i kto ci podrapał rękawiczki.
Gdzież odwaga, mogąca wytrzymać podobny atak!...
Stałość i energia Alberta wyczerpały się do dna. Dostał zawrotu głowy. Całym ciężarem runął na najbliżej stojące krzesło wołając:
— Oszaleję!
— Czy przyznajesz, — napierał sędzia, którego wzrok był w tej chwili nieznośnie uporczywym, — że tylko pan jeden mogłeś zabić wdowę Lerouge?
— Przyznaję, — zaprotestował Albert, — że stałem się ofiarą strasznego fatalizmu, który pozbawia mię rozumu. Jestem niewinnym.
— A więc zechciej mi pan powiedzieć, gdzie spędziłeś wieczór we wtorek?
— Ach! mój panie, — zawołał obżałowany, — potrzebaby... Ale natychmiast przychodząc do siebie, dodał cicho: „Odpowiedziałem, jakem mógł.“
Pan Daburon powstał, przystępując do ostatniego ataku.
— A więc kolej na mnie, — rzekł z niejakiem szyderstwem, — przyjść w pomoc pańskiej słabej pamięci. We wtorek, o godzinie ósmej wieczór, po wypiciu wina dla dodania sobie odwagi, wyszedłeś pan ze swojego domu. O ósmej, minut trzydzieści pięć, wsiadłeś do wagonu na dworcu św. Łazarza; o dziewiątej wysiadłeś na stacji w Reuil i t. d.
I przywłaszczając sobie myśli starego Tabareta, sędzia śledczy powtórzył słowo w słowo tyradę, którą nasz znajomy zaimprowizował ubiegłej nocy.
Mówiąc zaś, podziwiał przenikliwość starego ajenta. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek w życiu wymowa jego robiła takie wrażenie. Albert był teraz podobny do człowieka, który staczając się w głąb przepaści, widzi, że wszystkie podpory pękają pod ciężarem jego ciała, i który w śmiertelnej drodze czuje wszystkie uderzenia o skaliste ściany bezdennej otchłani.
— A teraz, — kończył sędzia, — usłuchaj pan mojej roztropnej rady. Nie upieraj się przy systemie przeczenia, bo to do niczego nie prowadzi. Poddaj się... Sąd, bądź pan pewny, wie wszystko, co powinien wiedzieć... Wierz mi; staraj się zasłużyć na łagodność trybunału, wstępując na drogę szczerych zeznań.
Pan Daburon nie przypuszczał, aby jego obżałowany chciał jeszcze przeczyć. Spodziewał się, że mu się rzuci do nóg, błagając łaski. Lecz omylił się...
Jakkolwiek złamanie Alberta było wielkie, przecież znalazł w sobie tyle siły, że mógł jeszcze raz powstać i zaprotestować:
— Masz pan słuszność, — rzekł głosem smutnym, ale stanowczym, — wszystko sprzysięgło się, aby udowodnić, że jestem winnym. Na pańskiem miejscu mówiłbym tak samo. A jednak przysięgam, że jestem niewinny.
— Doprawdy? Na serjo! — zawołał sędzia.
— Jestem niewinny, — przerwał Albert — i powtarzam to, lubo wiem, że nie zmienię pańskiego przekonania. Tak, wszystko sprzysięgło się na moją zgubę, wszystko, nawet moje zachowanie się wobec pana. Prawda, brakło mi odwagi, słysząc o fatalnym zbiegu okoliczności. Jestem zgubionym, ponieważ nie jestem w możności udowodnić moją niewinność. Ale bądź co bądź jeszcze nie rozpaczam. Mój honor i życie są w ręku Boga. W tej nawet chwili, kiedy pan masz mię za zgubionego, jestem pewny, że otrzymam hojne zadosyćuczynienie. Oczekuję go z ufnością.
— Coś pan chciał przez to powiedzieć? — przerwał sędzia.
— Nic więcej jak to com powiedział.
— A więc pan ciągle przeczysz?
— Jestem niewinny.
— Ależ to szaleństwo!
— Jestem niewinny.
— Dobrze, — wtrącił pan Daburon, — na dziś dosyć. Zaraz będzie panu odczytany protokół, poczem wrócisz do więzienia. Powtarzam panu jeszcze raz: rozważ. Być może, że spokój nocy lepiej pana usposobi: jeślibyś zechciał mówić ze mną, powiedz tylko dozorcy przy drzwiach, a o każdej chwili jestem na twoje rozkazy. Wydam stosowne polecenia. Konstanty! czytaj.
Po odejściu Alberta w towarzystwie żandarmów, pan Daburon rzeki półgłosem:
— A to uparty łotr!
Bez wątpienia, nie potrzebował już wątpić. W jego oczach Albert był zabójcą, lubo sam się nie przyznał. Chociażby się upierał przy systemie zaprzeczeń, sędzia był pewny, że obżałowany ze względu na doniosłość poszlak, nie może być uwolniony, ale musi stanąć przed sądem przysięgłych. I byłby się założył nawet o własną głowę, że na wszystkie zapytania sąd przysięgłych odpowie potwierdzająco.
A mimo to, oddany sam sobie, pan Daburon nie czuł tego wewnętrznego zadowolenia, które budziło się w nim zawsze, ilekroć dobrze prowadzone śledztwo postawiło „zbrodniarza“ na tym punkcie, na jakim widział Alberta. Coś się w nim oburzało. Na dnie sumienia niepojęty niepokój drażnił go i kąsał. Zwyciężył, a jednak ten tryumf, zostawił po sobie tylko smutek, przesycenie, niechęć...
— Coś mię ostrzegało, — mówił do siebie, — że nie powinienem był podjąć się tej sprawy. Zostałem ukarany za niewysłuchanie głosu wewnętrznego. Trzeba się było cofnąć. Wice-hrabia de Commarin byłby i bez mojego współudziału uwięziony, zamknięty, wyłapany, sądzony i prawdopodobnie skazany. A wtedy, obcy sprawie, mogłem wrócić do Klary. Jej boleść musi być straszną! Będąc jej przyjacielem, mogłem wespół z nią płakać, zmieszać jej łzy z mojemi i uspokoić jej cierpienia. Z czasem byłaby się pocieszyła, a może nawet i zapomniała... Chcąc nie chcąc, musiałaby dla mnie czuć wdzięczność — i kto wie... Gdy tymczasem teraz, cokolwiek nastąpi, będę dla niej zawsze człowiekiem, budzącym odrazę. Nie zniesie mojego widoku. Na wieki zostanę dla niej zabójcą jej kochanka. Własnemi rękoma wykopałem między nią a sobą jedną z tych przepaści, których wieki nie wypełnią. Tracę ją po raz drugi skutkiem błędu, wielkiego błędu!...
Nieszczęśliwy sędzia robił sobie co raz przykrzejsze wyrzuty. Prawie rozpaczał. Nigdy jeszcze nie nienawidził do tego stopnia Alberta, tego nikczemnika, który splamiwszy się morderstwem, niweczył jego szczęście. A potem jak strasznie przeklinał Tabareta! Sam nie byłby się tak prędko zdecydował. Byłby czekał, rozważał i bez najmniejszej wątpliwości byłby usłuchał uwag, które teraz sobie robił. Tabaret natomiast, uniesiony głupią namiętnością, opanował go i pociągnął w przepaść.
Jak gdyby umyślnie pan Tabaret zjawił się w gabinecie sędziego. Dowiedziawszy się o skończeniu śledztwa, wszedł z rozwartemi nozdrzami i ciekawie migocącemi oczyma, nadęty błogą nadzieją, że wszystkie jego przepowiednie musiały sprawdzić się ad jotam.
— Cóż odpowiedział? — zapytał, zanim jeszcze zamknął drzwi za sobą.
— Widocznie winny, — odparł sędzia tonem niegrzecznym, który mu nie był właściwym. Tabaret osłupiał. On, który spodziewał się pochwał, doczekał się natomiast cierpkiego przyjęcia. To niesłychane!
— Chciałem, —rzekł skromnie, — dowiedzieć się od pana sędziego, ażali nie potrzeba jakich nowych poszukiwań dla obalenia alibi, które obżałowany przedłożył.
— On nie ma żadnego alibi, — odparł sucho pan Daburon.
— Jakto — zawołał nas poczciwiec, — on nie ma a... Jakiż ja głupi! Pan sędzia musiał go dobrze przyprzeć, więc wszystko wyznał...
— Nie! — zauważył niecierpliwie sędzia, — nic nie zeznał. Zgadza się, że dowody są pewne; nie może wykazać, gdzie spędził wieczór tłustego wtorku, ale z tem wszystkiem twierdzi, że jest niewinnym!
Na środku pokoju, nasz poczciwiec z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonemi oczyma, stał w tak pociesznej postawie, że pomimo gniewu, pan Daburon nie mógł wstrzymać się od śmiechu, a nawet Konstanty komicznie twarz wykrzywił, co u niego było oznaką wesołości.
— Nie ma alibi! — powtórzył Tabaret, — nic... to taki ptaszek? Tego nie można pojąć. Nie ma alibi! W takim razie musielibyśmy się omylić. Albert jest niewinny. To może nie on... Nie, to nie on!...
Sędzia śledczy sądził, że stary ajent dowiedział się o rezultacie przesłuchania Alberta u handlarza win, na rogu ulicy, albo że mózg wywrócił mu się w głowie do góry nogami.
— Niestety, — rzekł, — o omyłce nie może tu być mowy. Prawie już udowodnione, że Albert de Commarin jest mordercą. Zresztą, jeśli pan chcesz, możesz zażądać protokołu i podczas gdy ja będę układał papiery, odczytasz go od początku do końca.
— Doskonale! — odpowiedział Tabaret, i z gorączkową skwapliwością zbliżył się do stolika Konstantego.
Usiadłszy przy nim, wsparł się na obu łokciach i w jednem mgnieniu oka, pożarł cały protokół. Skończywszy, powstał blady z wykrzywioną twarzą.
— Panie. — przemówił do sędziego głosem stłumionym, — mimo woli stałem się sprawcą okropnego nieszczęścia. Ten człowiek jest niewinny.
— Doprawdy? doprawdy? — bąknął pan Daburon, układając dalej papiery; — jak widzę, kochany pan Tabaret stracił głowę.
— Nie inaczej, po tem co odczytałem, mogę panu powiedzieć: Wstrzymaj śledztwo, bo inaczej do licznych błędów, popełnionych przez sądy, dorzucimy błąd straszny, wołający o pomstę do nieba! Przypatrz się pan z zimną krwią całemu przebiegowi śledztwa. Nie ma odpowiedzi, któraby nie uniewinniała tego nieszczęśliwego, nie ma słowa, któreby nie świadczyło o prawdzie. I on jest zamknięty, on?!
— I zostanie, — przerwał sędzia. — I pan mówisz w ten sposób, pan, który zeszłej nocy, podczas gdy ja się wahałem, dodawałeś mi odwagi i zachęcałeś do stanowczości?
— Słuszne wymówki, ale niech mi wolno będzie zrobić jedną uwagę. Morderca, który tak zręcznie dokonał zamachu, że nawet sam Gevrol nie mógł się połapać, musiał sobie przygotować świetne alibi. Albert nie ma żadnego, a więc jest niewinnym.
Pan Daburon przypatrywał się z ciekawością staremu ajentowi. Skoro skończył rzekł:
— Poczciwy panie Tabaret, pan popełniasz tylko jeden błąd. Grzeszysz zbytkiem subtelności. Zanadto łatwowiernie przypisujesz drugiemu tę przebiegliwość, którą się sam wyszczególniasz. Nasz człowiek nie rozważył, bo nie przypuszczał, aby podejrzenie mogło paść aż na niego...
— Nie, panie sędzio, tysiąc razy nie! Mój winowajca, ten, którego jeszcze nie mamy, bałby się wszystkiego. A zresztą, czy Albert chce się bronić? Nie. Jest złamany, bo widzi straszny zbieg okoliczności, które zdają się go potępiać bez apelacji. Czy stara się uniewinnić? Nie. Odpowiada lakonicznie: „Jestem niewinny!“ Panie sędzio, mnie przejmuje obawa.
— A ja natomiast jestem całkiem spokojny. Mam dosyć dowodów.
— Niestety! panie sędzio, to jeszcze nie dowody! Takich dowodów znajdujesz nie mało przeciw każdemu, kogo uwięzisz. Przytaczano ich dosyć na niekorzyść wszystkich niewinnych, których dotychczas skazano. Piękne dowody!... Nie równie lepsze miałem w procesie Kaisera, tego biednego krawca, a przecież...
— Jeżeli nie on, który miał w tem swój interes, — przerwał sędzia z wzrastającą niecierpliwością, — odebrał życie wdowej Lerouge, to któż to uczynił?
— Może ojciec — hrabia de Commarin!
— Nie, mój ptaszek jest młody.
Pan Daburon ułożył już papiery i gotował się do wyjścia. Wziąwszy kapelusz, zwrócił się jeszcze raz do Tabareta.
— Do widzenia, panie Tabaret, — rzekł uprzejmie. — Jutro pomówimy obszerniej o tem wszystkiem, dziś umieram ze znużenia. Konstanty, — dodał, — powiedz dozorcy, aby mię natychmiast uwiadomił, jeśliby obżałowany chciał ze mną mówić.
Chciał wyjść, ale Tabaret zamknął mu drogę.
— Panie sędzio, — zawołał, — przez miłosierdzie Boże! wysłuchaj mię. On jest niewinny, przysięgam panu! Pomóż mi odszukać winowajcę. Pomyśl pan o wyrzutach sumienia, jeślibyśmy temu nieszczęśliwemu ucięli głowę...
Ale sędzia nie chciał słuchać; odsunąwszy Tabareta, wyszedł na korytarz.
Wtedy poczciwiec zwrócił się do Konstantego. Chciał go przekonać, udowodnić... Daremne zabiegi! Długi pisarz zbierał swoja rupiecie, myśląc o zupie, która wystygła.
Wyszedłszy za drzwi, nasz poczciwiec ujrzał się sam jeden w ciemnym i bezludnym korytarzu. Cały pałac był milczący; ajent sądził, że go wrzucono do olbrzymiego grobu. W największej rozpaczy zaczął całemi garściami wyrywać sobie z głowy siwe włosy.
— Nieszczęsny! — wołał, — Albert jest niewinny! A kto, jeśli nie ja, wtrącił go w tę przepaść? To ja, stary warjat, wlałem w umysł sędziego przekonanie, którego teraz nie mogę wykorzenić. On jest niewinny... O! jakże musi cierpieć! A gdyby sobie odebrał życie? Ileż to razy ludzie, których fałszywie oskarżono, zabijali się z rozpaczy w więzieniu? Biedna ludzkości! Ale ja go nie opuszczę. Zgubiłem go — muszę go ocalić! Potrzebuję winowajcę, znajdę go... Sowicie wynagrodzi mój błąd, rozbójnik!


IV.

Noel Gerdy, odprowadziwszy hrabiego de Commarin do powozu, który stał na bulwarze przed pałacem Sprawiedliwości, chciał natychmiast odejść. Trzymając się jedną ręką drzwiczek, skłonił się głęboko i zapytał:
— Kiedyż będzie mi wolno, mości hrabio, złożyć ci moje uszanowanie?
— Wsiądź, — rzekł starzec.
Adwokat zaczął się wymawiać. Przytaczał ważne powody. Okoliczności, mówił, nakazują mu wrócić natychmiast do domu...
— Wsiądź! — powtórzył hrabia tonem, nie znoszącym repliki.
Noel usłuchał.
— Odzyskujesz swojego ojca, — zauważył półgłosem hrabia de Commarin, — ale muszę cię ostrzedz, że równocześnie tracisz swoją wolność.
Powóz ruszył z miejsca, i dopiero teraz dostrzegł dumny hrabia, że Noel siedział skromnie na przodzie. Ta uniżoność bardzo mu się nie podobała.
— Tu, przy mnie! — zawołał, — czyś pan oszalał! Alboż nie jesteś moim synem?
Adwokat zajął miejsce obok surowego starca, robiąc się malutkim jak nigdy.
W głębokiem milczeniu minęli przestrzeń między pałacem Sprawiedliwości a domem hrabiego.
Skoro powóz zatrzymał się przed peronem, a hrabia wsparty na ramieniu Noela wchodził powoli na schody, między sługami zapanował ruch nie zwykły. Wprawdzie nie było ich wiele, może piętnastu, bo resztę wezwano do sądu, ale zaledwie hrabia i Noel znikli im z oczu, wszyscy, jakby na dane hasło, zeszli się w olbrzymim przedpokoju. Był tam ogrodnik z pomocnikami, lokaje, kucharz, kuchciki, a nawet i woźnica z dwoma parobkami. Jeden z nich poznał w Noelu gościa z minionej niedzieli, a drobnostka ta wystarczyła, aby we wszystkich obudzić najżywszą ciekawość.
Zresztą, od rana, od uwięzienia wice-hrabiego de Commarin, cały lewy brzeg Sekwany był zaalarmowany. Tysiące pogłosek krążyło, które z każdą sekundą ulegały poprawkom i dodatkom, pochodzącym bądź z niechęci ku tej rodzinie, bądź z głupoty. Nie jeden dumny magnat wysłał swojego pokojowca na zwiady do służby hrabiego, nie wstydząc się zbierać wiadomości na tej dość niehonorowej drodze. Słowem, nie wiedziano nic pewnego, a jednak wiedziano wszystko.
Kto może, niech wytłumaczy następujące zjawisko: Zbrodnia spełniona; sąd wpada na trop i natychmiast otacza się tajemniczością; policja jeszcze nic nie wie, a mimo to na ulicach powtarzają sobie najdokładniejsze szczegóły.
— Jakto, — rzekł jeden z kuchtów, — ten słuszny brunet miałby być prawdziwym synem hrabiego?
— Nie inaczej, — odparł jeden z lokajów, który hrabiemu towarzyszył do sądu; — Albert jest takim jego synem, jak ty, Janie.
— Piękna mi historja! — zawołał Jan.
— Nie raz to się zdarza, w wielkich domach, — zauważył kucharz.
— Ależ do djabła, jak to się stało?
— Zdaje się, że gdy pewnego razu nieboszczka pani hrabina wyszła na przechadzkę ze swoim sześciomiesięcznym synem, dziecko zostało skradzione przez cygankę.
— Bardzo to być może, ale co tu ma morderstwo do czynienia? Jaki powód?
— Mniejsza o powód, dosyć, że się stało! — zawołał Lubin, który w tej chwili wracał z Józefem z pałacu Sprawiedliwości. — O! ten Albert to wielki łotr! Prawdę powiedział sędzia: „Panie Lubin, bardzo mi przykro, że musiałeś służyć u takiego draba.“ Bo trzeba wam wiedzieć, — ciągnął wierny pokojowiec, — że prócz ośmdziesięcioletniej staruszki, zabił on także dziewczynę, liczącą zaledwie dwanaście lat. Biedne dziecko, mówił mi sędzia, znaleziono pocięte na drobne kawałeczki!...
— Ale z tem wszystkiem, — zauważył Józef, — okazuje się, że Albert bardzo głupi. Alboż to człowiek bogaty powinien robić takie rzeczy, kiedy mamy tylu biedaków, którzy radzi by co zarobić?
— Dosyć! — krzyknął Lubin głosem znaczącym, — zobaczycie, że wyjdzie czysty jak śnieg. Ludzie bogaci mają środki...
— Mniejsza o to, — wtrącił kucharz, — ale dałbym chętnie całą moją płacę miesięczną, gdybym teraz mógł się stać myszą aby podsłuchać, co tam hrabia mówi z tym brunetem. A gdyby który z młodszych chciał się zbliżyć do drzwi!...
Wniosek kucharza nie został przyjęty. Służba wiedziała z doświadczenia, że w ważnych wypadkach szpiegostwo było całkiem bezużyteczne.
— Hrabia de Commarin znał swoich ludzi doskonale. Jego gabinet był przeto wolny od wszelkiej niedyskrecji.
Najdelikatniejsze ucho, przyłożone do dziurki od klucza, nie mogło nic uchwycić. Jeden tylko marszałek dworu widział nie mało rzeczy, ale że hojnie płacono mu za milczenie, więc milczał.
W tej chwili, hrabia de Commarin siedział w tym samym fotelu, o który dnia poprzedniego uderzał pięściami, słuchając protestacji Alberta. Jak tylko ujrzał się w swoim powozie, stary szlachcic odzyskał dawną butę.
Jak Albert dnia poprzedniego, tak teraz Noel, odzyskawszy władzę nad sobą, stał obok hrabiego, zimny jak marmur, pełen szacunku, ale nie uniżony.
Syn i ojciec zamieniali spojrzenia, w których nie było nic sympatycznego, a tem mniej przyjaznego. Śledzili się nawzajem, jak dwaj nieprzyjaciele, którzy przed rozpoczęciem walki wlepiają w siebie wzrok badawczy...
— Panie, — rzekł nakoniec hrabia tonem surowym, — odtąd ten dom należy do ciebie. Od tej chwili jesteś wice-hrabią de Commarin, bo odzyskujesz w pełni wszystkie prawa, których byłeś pozbawiony. Ale, powstrzymaj się jeszcze z podzięką. Gdyby nie zbieg okoliczności, Albert byłby pozostał tam, gdzie go umieściłem.
— Rozumiem cię, hrabio, — odpowiedział Noel. — Zdaje mi się, że nigdy w życiu nie byłbym się zdecydował do przedsięwzięcia czynu, któryby mojemu synowi mógł odebrać to, co mu się prawnie należało. Ale oświadczam zarazem, że gdybym go kiedykolwiek był dokonał, później byłbym tak samo działał jak ty, hrabio. Twoje stanowisko, hrabio, jest zanadto wysokie, aby na niem można myśleć o dobrowolnym odwrocie. Stokroć lepiej znosić ukrytą niesprawiedliwość, niż narażać swoje nazwisko na złośliwe komentarze...
Ta odpowiedź przyjemnie zdziwiła hrabiego. Adwokat tłumaczył jego własne myśli. Lecz mimo to nie zdradził swojej radości, owszem, jeszcze suchszym tonem zaczął mówić:
— Do pańskiego przywiązania nie mam żadnego prawa ale za to będę żądał szacunku. Zwyczajem jest w naszej rodzinie, że syn nigdy nie przerywa ojcu, gdy ten mówi. O tem powinieneś zawsze pamiętać. Nie wolno także dzieciom sądzić rodziców, jak to przed chwilą uczyniłeś. Mój ojciec, na kilka lat przed śmiercią zupełnie zdziecinniał. Ja miałem wtedy lat czterdzieści, a jednak nie robiłem mu żadnych uwag. Wydawałem na utrzymanie domu Alberta bardzo wiele; miał osobne apartamenta, ludzi, konie, powozy a prócz tego, dawałem temu nieszczęśliwemu cztery tysiące franków miesięcznie. Teraz pragnę, abyś dom swój utrzymywał na okazalszej stopie. Zwiększam również twoją pensję o dwa tysiące franków miesięcznie. Ale równocześnie polecam ci największą ostrożność. Strzeż się, zastanawiaj się nad każdem słowem i krokiem. Czy umiesz bić się na szpady?
— Mógłbym być drugorzędnym szermierzem.
— Doskonale! Jeździsz konno?
— Nie. Ale do sześciu miesięcy albo będę jeździł jak rzadko kto, albo kark skręcę.
— Trzeba zostać jeźdźcem bez skręcenia karku. Idźmy dalej. Rzecz naturalna, że nie zamieszkasz w apartamentach Alberta. Każę je zamurować, skoro tylko będę uwolniony od wizyt ajentów policyjnych. Dzięki Bogu, pałac jest przestronny. Ludzie, konie, powozy, meble, wszystko co należało do Alberta, będzie zmienione do dwudziestu czterech godzin. Trzeba, ażeby w dniu, w którym świat cię ujrzy, powszechnie sądzono, że nowe stanowisko zajmujesz od wieków. Inny ojciec wysłałby cię na jakiś czas na dwór austryjacki albo rosyjski. Ja tego nie uczynię. Wolę głośną wrzawę spadającą nagle, aniżeli głuche szepty, przeciągające się w nieskończoność. Uprzedźmy opinię, a zobaczysz, że w ośmiu dniach będą już wyczerpane wszystkie komentarze, a powtarzanie tej historji będzie uważane za prowincjonalne. A więc do dzieła! Jeszcze dziś wieczór każę zwołać robotników. Żeby zaś rozpocząć, przedstawię ci natychmiast moich ludzi.
Chcąc uczynić, co powiedział, hrabia wyciągnął rękę ku stronie, gdzie wisiała taśma od dzwonka, ale Noel wstrzymał go za ramię.
Od początku tej pogadanki, adwokat błądził po krainach Tysiąca i Jednej nocy, z czarodziejską lampą w ręku. Cudowna rzeczywistość zaćmiewała wszystko, o czem kiedykolwiek w życiu mógł marzyć. Dotknięty laską magiczną uczuł, że w głębi jego istoty budziły się tysiączne nowe i nieznane wrażenia. Widział się w purpurze, wśród powodzi złota, na łonie szczęścia, do którego wzdychał.
Ale umiał udawać powierzchowną obojętność. Jego twarz umiała ukryć tajemnicę najgwałtowniejszych uczuć wewnętrznych. Podczas gdy wewnątrz wrzały namiętności, na pozór słuchał hrabiego spokojnie, zimno i prawie obojętnie.
— Przebacz mi, hrabio, — rzekł głosem poważnym, — jeśli nie przekraczając granic głębokiego szacunku, ośmielę się zrobić kilka uwag. Jestem wzruszony, więcej niż to mogę wyrazić, pańską grzecznością, a mimo to błagam cię, byś zechciał na później odłożyć tę manifestację. Kto wie, czy moje poglądy nie są roztropne. Zdaje mi się, że położenie nakazuje mi największą skromność. Dobrze robi ten, kto gardzi opinią, lecz według mego przekonania, nie powinno się rzucać całemu światu rękawicy. Więcej jak pewna, że społeczeństwo będzie mię sądziło nadzwyczaj surowo. Jeśli niezwłocznie zamieszkam u ciebie, hrabio, co powiedzą? Oto, że postąpiłem jak brutalny zwycięzca, który potrąca nogą zwłoki pokonanego nieprzyjaciela. Świat będzie mię porównywał z Albertem, a porównanie wypadnie na moją niekorzyść, ponieważ głos powszechny powie, że tryumfuję w chwili, kiedy wielkie nieszczęście na nasz dom spadło.
Hrabia słuchał w milczeniu; może go uderzyła słuszność tych uwag.
Noel zrozumiał, że surowość starego szlachcica była więcej pozorna niż rzeczywista. To spostrzeżenie dodawało mu odwagi.
— Zaklinam więc pana, panie hrabio, — ciągnął adwokat, — nie żądaj, abym na razie miał cokolwiek zmienić w sposobie mojego życia. Nie pokazując się, uniemożliwię złośliwe komentarze. Zresztą i ja sam muszę oswoić się z moją nagłą zmianą. Nie chcę, aby mówiono, żem podobny do parweniusza. Nie chcę, aby moje nazwisko żenowało mię jak nowy ubiór, nie skrojony według stanu...
— Kto wie, może to i lepiej, — mruknął hrabia de Commarin.
Odwaga Noela szybko wzrastała.
— Powinienem dodać, hrabio, że i ja mam nie jedną sprawę do załatwienia. Zanim zajmę się tymi, których znajdę u góry, muszę wpierw pomyśleć o tych, których zostawiam u dołu... Mam przyjaciół i klientów. Dzisiejszy wypadek wydarzył się właśnie w chwili, kiedy zacząłem zbierać owoce mojej dziesięcioletniej pracy. Dotychczas zasiewałem, teraz miało być żniwo. Moje nazwisko wypływa — już mam pewne znaczenie... Przyznaję się także bez wstydu, że wyznaję zasady, które nie koniecznie zostawałyby w harmonji z pałacem de Commarin...
— Ach! — przerwał hrabia tonem szyderczym, — pan jesteś liberalnym? To modna choroba. Albert był także bardzo liberalnym.
— Moje zasady, hrabio, — odparł żywo Noel, — są własnością wszystkich ludzi inteligentnych, pragnących wznieść się nad poziom. Lecz czy wszystkie stronnictwa nie dążą do jednego celu, do władzy? Różnią się tylko w środkach. Nie będę się dłużej zatrzymywał nad tym przedmiotem. Bądź pewnym, hrabio, że potrafię nosić godnie moje nazwisko, i że będę umiał działać, jak przystało na człowieka mojego stanowiska.
— Bardzo pięknie — zawołał hrabia de Commarin, — spodziewam się, że nie będę potrzebował żałować za Albertem.
— Przynajmniej nie stałoby się to z mojej przyczyny... Ale skoro hrabia wymówił nazwisko tego nieszczęśliwego, ośmielę się prosić, abyśmy mu chwilkę poświęcili...
Hrabia wlepił w Noela spojrzenie najgłębszego niedowierzania.
— Cóż możemy pomódz Albertowi? — zapytał.
— Jakto mości hrabio, — zawołał adwokat z ogniem, — chciałbyś go może opuścić teraz, kiedy mu nie pozostał ani jeden przyjaciel na świecie? Ależ on jest twoim synem, hrabio; on jest moim bratem, on przez trzydzieści lat nosił imię wice-hrabiego de Commarin! Wszystkie członki rodziny powinny trzymać się solidarnie. Winny czy niewinny ma prawo na nas liczyć — a my powinniśmy go wspierać.
Przemowa Noela wzruszyła hrabiego. Noel był prawdziwym jego synem.
— Czego się zatem spodziewasz? — zapytał.
— Ocalić go, jeśli jest niewinnym, a chętnie wierzę, że tak jest... Jestem adwokatem, hrabio, a więc będę jego obrońcą. Mówiono, że mam zdolności; w obronie takiej sprawy wszystko rozwinę. Tak, choćby najcięższe zarzuty świadczyły przeciw niemu, wszystko zburzę! Znajdę drogę do serca sędziów, i ocalę brata. To będzie moja ostatnia obrona.
— A jeśliby się przyznał, — zauważył hrabia, — jeśli się już przyznał?
— W takim razie, hrabio, — odpowiedział Noel głosem smutnym, — oddam mu ostatnią usługę, jakiej może żądać od brata. Podam mu środki uniknięcia spełnienia wyroku...
— Pięknie mówisz, mój panie! — zawołał hrabia, — bardzo pięknie, mój synu!
I podał Noelowi rękę, który ją uścisnął, pochylając się z pełną szacunku godnością. Adwokat wolniej odetchnął. Przecież udało mu się znaleźć drogę do serca tego dumnego pana. Widocznie zaczynał mu się podobać.
— Wróćmy do pana, — podchwycił hrabia. — Zgadzam się z uwagami, które wyłuszczyłeś. Stanie się, jak sobie życzysz. Ale uważaj to ustępstwo za wyjątek. Nie zwykłem odstępować od raz przedsięwziętego zamiaru, chociażby był zły, a nawet szkodliwy moim interesom. Ale w każdym razie powinieneś jeszcze dziś u mnie zamieszkać i być u mnie na obiedzie.
Noel był na tyle odważnym, że jeszcze raz przerwał staremu szlachcicowi.
— Panie, — rzekł, — kiedy mi rozkazałeś wsiąść do powozu, usłuchałem, bo to było moim obowiązkiem. Teraz wzywa mię inny święty obowiązek. Pani Gerdy kona w tym momencie.. Czyż wolno mi odstąpić od śmiertelnego łoża tej, która mi była matką?
— Walerja! — szepnął hrabia.
Wsparłszy łokcie o poręcze staroświeckiego fotelu, zakrył twarz rękoma; myślał o przeszłości, która stanęła przed nim w widomych kształtach.
— Wyrządziła mi wielką krzywdę, — mówił, odpowiadając na własne uwagi wewnętrzne, — złamała moje życie, ale czy mam zostać niemiłosiernym? Umiera, bo na Albercie, na jej dziecku cięży straszny zarzut! A kto sprawcą tego nieszczęścia? Ja!... Bez wątpienia, w tej stanowczej godzinie, jedno moje słowo, byłoby dla niej największą pociechą. Pójdę z tobą, mój panie.
Noel wstrząsł się, usłyszawszy niespodziewaną propozycję.
— Ach! hrabio, — zawołał żywo, — nie narażaj się, to widok okropny! rozdzierający serce. Pańskie zabiegi byłyby daremne. Być może, że pani Gerdy jeszcze żyje, ale jej rozum oddawna obumarł. Jej mózg nie mógłby wytrzymać zbyt silnego uderzenia. Nieszczęśliwa nie mogłaby pana poznać...
— A więc idź sam, — westchnał hrabia idź sam mój synu.
Słowa, „mój synu“ wyrzeczone z dziwnie tkliwym naciskiem, zabrzmiały jak czarodziejska muzyka w uszach adwokata. Ukłonił się, chcąc odejść, ale szlachcic wstrzymał go, mówiąc:
— W każdym razie będę szczęśliwym, jeżeli przyjdziesz na obiad. Jadam z uderzeniem pół do siódmej.
Zadzwonił; wszedł marszałek dworu.
— Dyonizy, — rzekł, — żaden z moich rozkazów nie tyczy się tego pana. Powiedz to ludziom. Ten pan jest u siebie.
Adwokat wyszedł. Hrabia ujrzawszy się sam, doznał niepojętej rozkoszy.
Od rana wypadki następowały z taką szybkością, że myśli hrabiego nie mogły za niemi zdążyć. Dopiero teraz począł rozważać.
— Oto, — mówił do siebie, — mój syn legalny. Jestem pewny, że to mój syn. Widzę w nim mój żyjący portret, kiedy miałem trzydzieści lat. Ten Noel to dziarski chłopiec, bardzo dziarski. Twarz sympatyczna, a przytem rozumny. Umiał być pokornym, nie poniżając się, a stanowczym bez arogancji. Szczęście nie robi na nim żadnego wrażenia. To człowiek, mający głowę na karku. Będzie dumnie nosił nowe nazwisko. A jednak nie czuję dla niego najmniejszej sympatji... zdaje mi się nawet, że żałuję Alberta. Nie umiałem go ocenić... Biedne dziecko! Popełnić nikczemną zbrodnię! Stracił rozum... Nie mogę znieść wzroku Noela... Jest zanadto jasny. Twierdzą, że jest skończony. Przynajmniej okazuje się bardzo szlachetnym... Jest słodki i stanowczy, wspaniałomyślny, bohaterski. Bez żalu chce się dla mnie poświęcić. Przebacza pani Gerdy i kocha Alberta. To prawie nie podobne do wiary... Ale dziś wszyscy młodzi ludzie są tego rodzaju. Żyjemy w nieszczęśliwych czasach! Nasi synowie rodzą się z wszystkiemi błędami ludzkiemi. Nie mają ani błędów, ani namiętności, ani uniesień swych ojców. Ci niedorośli filozofowie nie są nawet zdolni popełnić ani jednego głupstwa! Boże! Albert był także skończonym, a przecież zabił wdowę Lerouge! Co ten uczyni?... W każdym razie, dodał półgłosem, powinienem był pójść z nim do Walerji.
A chociaż od wyjścia Noela upłynęło już dobrych dziesięć minut, hrabia pobiegł do okna w nadziei, że go jeszcze ujrzy na dziedzińcu i zawoła.
Lecz adwokat był już daleko. Wyszedłszy z pałacu, wsiadł do doróżki na rogu ulicy Bourgogne i kazał się odwieźć galopem na ulicę św. Łazarza.
Stanąwszy przed bramą swojego domu, rzucił woźnicy pięciofrankówkę i w mgnieniu oka minął cztery piątra.
— Przychodził kto do mnie? — zapytał służącę.
— Nikt, — odpowiedziała.
Zdawało się, że z piersi spadł mu ciężki niepokój.
— A lekarz?
— Był dziś rano, podczas pańskiej nieobecności, — odpowiedziała służąca, — i nie wyglądał bardzo zadowolony. Teraz znów przyszedł i właśnie jest u chorej...
— Bardzo dobrze! chcę z nim pomówić. Jeśli do mnie kto przyjdzie, wprowadź go do gabinetu, oto klucz, i zaraz mię zawołaj.
Wszedłszy do pokoju pani Gerdy, Noel spostrzegł na pierwszy rzut oka, że podczas jego nieobecności, nie nastąpiło żadne polepszenie.
Chora z zamkniętemi oczyma i konwulsyjnie wykrzywioną twarzą, leżała na wznak. Każdy byłby ją wziął za umarłą, gdyby nie gwałtowne wstrząśnienia, które od czasu do czasu podrzucały jej ciało.
Ponad głową umieszczono mały przyrząd, napełniony wodą z lodem, którą kroplami spadała na jej marmurowe czoło. Cały stolik i kominek były zasypane flaszeczkami i pudełkami. W nogach łóżka, kawałek płótna, poplamionego krwią, świadczył, że lekarz szukał ratunku w pijawkach.
W głębi pokoju siedziała siostra z zakonu św. Wincentego à Paulo. Była to kobieta jeszcze młoda, blada jak chusta wisząca na jej piersiach. Twarz nieruchoma i przygasły wzrok mówiły, że zakonnica zapomniała o ciele i myśli. Suknia z grubej, ciemnopopielatej materji, układała się w ciężkie, niekształtne fałdy. Za każdym ruchem olbrzymi różaniec dzwonił jak kajdany.
W fotelu, naprzeciw łóżka chorej, siedział doktor Hervé, przypatrując się uważnie przygotowaniom siostry. Zerwał się szybko, ujrzawszy wchodzącego Noela.
— Ach! przecież jesteś! — zawołał ściskając serdecznie rękę adwokata.
— Zatrzymano mię w pałacu, — odpowiedział Noel, jak gdyby czuł potrzebę usprawiedliwienia swojej nieobecności, — a możesz sobie wyobrazić, że stałem tam jak na rozżarzonych węglach.
Nachyliwszy się do ucha lekarza, drżącym z obawy głosem zapytał:
— I cóż?
Lekarz zwiesił głowę, jak gdyby mu brakło odwagi.
— Gorzej, — odpowiedział, — od rana napady następują po sobie z zatrważającą szybkością...
Urwał. Adwokat tak go uchwycił za ramię, że omal go nie zgruchotał. Pani Gerdy poruszyła się na łóżku i wydała słabe westchnienie.
— Usłyszała cię, — szepnął Noel.
— Pragnę tego całą duszą, — odrzekł lekarz, — byłby to dobry znak. Ale musisz się mylić. Zresztą, zobaczmy...
Zbliżywszy się do łóżka pani Gerdy, wziął ją za puls, wlepiając w bladą twarz chorej badawcze spojrzenie. Potem końcem małego palca podniósł lekko jej powieki. Ukazało się oko mdłe, zagasłe, bezduszne.
— Ależ chodź, osądź sam, weź ją za rękę, przemów do niej.
Noel, drżąc jak liść, uczynił, co przyjaciel rozkazał. Zbliżywszy się tak do chorej, że prawie ustami dotykał się jej ucha, szepnął cicho:
— Moja matko, to ja, Noel, twój Noel, przemów! zrób znak! słyszysz mię matko moja?
Nic... leżała nieruchoma jak bryła lodu; na twarzy nie ukazywał się żaden ślad inteligencji.
— Widzisz, — zauważył lekarz, — dobrze mówiłem.
— Biedna kobieta! — westchnął Noel, — czy cierpi?
— W tej chwili, nie.
Zakonnica podniosła się i usiadła także przy łóżku.
— Panie doktorze, — przemówiła, — już wszystko gotowe.
— A więc, moja siostro, wezwij służącę, ażeby nam pomogła. Obłożymy chorą synopizmami.
Służąca nadbiegła. Na rękach dwóch kobiet, pani Gerdy była podobną do umarłej, którą ubierają w śmiertelną koszulę. Biedna kobieta musiała długo i bardzo wiele cierpieć, bo ciało było strasznie wyschnięte. Nawet zakonnica była wzruszoną, ona, która od kilku lat patrzyła ciągle na ludzkie cierpienia.
Tymczasem Noel zbliżył się do okna i o szyby oparł rozognione czoło. O czem myślał w chwili, kiedy o dwa kroki umierała ta, która mu dała tyle dowodów macierzyńskiej czułości i szczerego przywiązania? Czy ją żałował? A kto wie, czy może nie myślał o świetnej egzystencji, która czekała go tam, po drugiej stronie Sekwany, na dzielnicy St. Germain? Odwrócił się nagle, usłyszawszy nad uchem głos swojego przyjaciela.
— Już skończone, — rzekł lekarz, — ciekawym, jaki skutek zrobią synopizma. Jeśli je uczuje, będzie dobry znak, w przeciwnym razie przystawimy bańki.
— A jeśli i te nie pomogą?
Lekarz odpowiedział wzruszeniem ramion, co świadczyło o zupełnej rezygnacji.
— Rozumiem twoje milczenie, Hervé, — ciągnął adwokat, — niestety powiedziałeś mi tej nocy, że zgubiona...
— Prawda, że umiejętność tak twierdzi, ale mimo to jeszcze nie rozpaczam. Przed rokiem brat przyrodni jednego z moich kolegów, wyszedł z takiej samej choroby. Nawet gorzej z nim było.
— Najbardziej to mię boli, — odrzekł Noel, — że bezustannie leży bez pamięci. Miałażby umrzeć nie odzyskawszy ani na chwilę przytomności? Czy mnie nie pozna, i nie przemówi do mnie ani jednego słowa?
— Kto wie! Ta choroba, mój bracie, jest niedocieczoną. Każdej sekundy mogą się zmienić jej objawy, w miarę, na jaką część mózgu uderza zapalenie. Dziś jest wycieńczona, bezduszna, a jutro może wpaść w konwulsje, w straszny szał.
— I przemówiłaby wtedy?
— Bez najmniejszej wątpliwości; ale to nie rozstrzygałoby jeszcze o życiu lub śmierci.
— I... odzyskałaby rozum?
— Kto wie, — odpowiedział lekarz, wpatrując się uporczywie w swojego przyjaciela. — Ale dla czego pytasz mię o to?
— Ach! mój drogi Hervé! potrzebuję jednego słowa, tylko jednego słowa z ust pani Gerdy.
— Dla swojej sprawy, nieprawda? Niestety w tym względzie nie mogę ci nic powiedzieć, nic przyrzec. W każdym jednak razie nie wydalaj się z domu. Chora może odzyskać przytomność, ale to będzie trwało tylko jedno mgnienie oka. Staraj się więc, skorzystać z dogodnej sposobności. Tymczasem, bądź zdrów. Mam jeszcze trzy wizyty do zrobienia.
Noel odprowadził swojego przyjaciela. U progu zapytał skwapliwie:
— Kiedy przyjdziesz?
— Dziś wieczór, o dziewiątej. Przez ten czas nic nie rób. Wszystko zależy od zakonnicy. Na szczęście znalazłem ci prawdziwą perłę. Znam ją oddawna.
— A więc to ty przyprowadziłeś tę mniszkę?
— Ja, bez twojego zezwolenia. Może się gniewasz?
— Bynajmniej. Tylko przyznam się...
— Jakto? czy może twoje polityczne zasady wzbraniają ci powierzyć chorą matkę opiece zakonnicy? Do kata!
— Ależ, mój kochany Hervé...
— Dobrze, domyślam się, co mi chcesz powiedzieć: Że te bogobojne siostrzyczki są niebezpieczne, że niejednokrotnie spełniają delikatne misje. Prawda, i ja sam, mając bogatego wuja, po którym spodziewałbym się spadku, nie wpuściłbym doń żadnej z tych niewiniątek. Ale ty, czego możesz się obawiać? Siostry miłosierdzia umieją najlepiej pielęgnować chorych, i daj Boże, ażebyś i ty miał jedną z nich przy swojem łożu śmiertelnem. A teraz bądź zdrów, bo muszę się spieszyć.
I lekarz zapomniawszy o swojej powadze, zbiegł szybko po schodach; Noel zaś wrócił do apartamentu pani Gerdy z zachmurzonem czołem.
Na progu sypialni mniszka oczekiwała powrotu adwokata.
— Panie, — rzekła, — panie!
— Czego sobie życzysz, moja siostro?
— Służąca mówiła, ażebym do pana udała się po pieniądze; ona już nie ma ani grosza; nawet ostatnie lekarstwa musiała wziąć na kredyt w aptece.
— Daruj mi siostro, — przerwał Noel tonem widocznie zmieszanym; — daruj siostro, że nie wyprzedziłem twojego żądania; od rana tracę głowę...
Rzekłszy to, wyjął z pugilaresu stufrankowy bilet, i położył na kominku.
— Dzięki panie, — szepnęła siostra, — będę zapisywała wszystkie wydatki. My zawsze tak robimy, — dodała, — to wygodniej dla rodziny. Zwykle jesteśmy bardzo zmartwieni widząc, że ci, których kochamy, mogą nas porzucić! To też i pan może nawet nie pomyślał o pomocy religijnej dla tej biednej damy. Na pańskiem miejscu, posłałabym bezzwłocznie po księdza.
— Teraz, moja siostro? Alboż nie widzisz, w jakim stanie ona się znajduje? Prawie umarła... Przecież widziałaś, siostro, że nawet nie usłyszała mojego głosu.
— Ale bądź co bądź, — podchwyciła mniszka, — powinieneś pan spełnić swój obowiązek. Prawda, że panu nie odpowiedziała, ale czy jesteś pan pewny, że nie odpowie księdzu? Jak widzę, pan nie znasz potęgi ostatnich Sakramentów. Widziano konających, którzy odzyskiwali całą przytomność, aby dopełnić aktu świętej Spowiedzi i przyjąć ciało naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Słyszałam nie raz, jak członkowie rodziny mówili, że nie chcą przestraszać chorej osoby i że sam widok kapłana, może przyspieszyć chwilę skonu. Smutny to błąd! Ksiądz nie przestrasza, owszem, uspokaja duszę, przygotowując ją na daleką wędrówkę. On przemawia w imię Boga miłosierdzia, który zstąpił na ziemię, ażeby zbawić, a nie zgubić. Mogłabym panu przytoczyć nie jeden wypadek, w którym umierający odzyskał zdrowie przez dotknięcie się świętego Oleju.
Dobra siostra mówiła głosem przygasłym, jak jej wzrok. Ale serce nie odbijało się w słowach, które wygłaszała. Był to rodzaj na pamięć wyuczonej lekcji.
Noel nie słuchał — jego duch był daleko.
— Pańska droga matka, — ciągnęła dalej, — ta poczciwa dama, którą pan tak kochasz, musi być wierną swojej religji. Czy chcesz pan narazić jej duszę? Ach! gdyby mogła przemówić wśród tych mąk okropnych!...
Adwokat przygotował odpowiedź, ale w tym momencie weszła służąca z zawiadomieniem, że jakiś pan, który nie chce wymienić swojego nazwiska, przyszedł w ważnym interesie.
— Idę, — odpowiedział żywo.
— Co pan postanowił? — napierała zakonnica.
— Zostawiam ci zupełną wolność, kochana siostro; rób co uważasz za stosowne.
Poczciwa siostra zaczęła dziękować, ale napróżno. — Noel był już za drzwiami i niemal w tej samej chwili usłyszała jego głos w przedpokoju. Mówił:
— Ach! pan Clergeot, byłem już pewny, że pana więcej nie zobaczę...
Gość, który czekał na adwokata, jest osobistością, znaną dobrze na ulicy św. Łazarza, na rogu ulicy Provance i wzdłuż bulwarów, od drogi des Martyrs aż do dawnej barjery Clichy.
Pan Clergeot nie jest lichwiarzem. Ale że ma dużo pieniędzy i należy do ludzi grzecznych, więc pożycza swoim przyjaciołom, a w nagrodę za usługę, raczy przyjmować procenta, które czasem dochodzą do pięciuset od sta.
Rzadki człowiek! Jego zacność jest powszechnie znaną i cenioną. Jeszcze żadnego dłużnika nie wsadził do kozy; woli ścigać go bez wytchnienia, chociażby przez lat dziesięć i wydrzeć mu dług do grosza.
Zapewne mieszka w górze, przy ulicy de la Victoire. Chociaż nie ma sklepu, sprzedaje wszystko, co jest możebnem do sprzedania, a czasem zbywa i takie rzeczy, które prawo nie uważa za towar. Zawsze, aby zrobić usługę bliźniemu. Niekiedy utrzymuje, że nie jest bogatym. Być może. Jest figurą dziwną, więcej chciwą i szalenie dumną. Łatwy do ułożenia się z człowiekiem, który mu się podoba, nie pożyczyłby ani złamanego szeląga temu, kto na nim nie miłe zrobił wrażenie.
Jego ulubiona klientela składała się z dam, należących do pół-świata, artystek, artystów i tych śmiałków, którzy rzucają się w objęcia niewdzięcznych zawodów, jak medycyna lub adwokatura.
Kobietom pożycza à conto ich piękności teraźniejszej, mężczyznom à conto talentów przyszłości. Krucha rękojmia! Jego węch rzadko go zawodzi. Piękna dziewczyna, której Clergeot umeblował mieszkanie, zajdzie daleko. Artysta zadłużony u Clergeota, może być pewny, że nie jeden fejleton podniesie gorąco jego zdolności.
Pani Julja zapoznała swojego kochanka z tą zacną osobistością.
Noel wiedząc, do jakiego stopnia pan Clergeot jest wymagającym pod względem towarzyskiej grzeczności, podał mu krzesło i zapytał o zdrowie. Clergeot wyczerpał prędko wszystkie szczegóły. Zęby jeszcze zdrowe — ale wzrok słabnieje. Nogi wypowiadają służbę, a słuch tępi się z każdą godziną. Wyczerpawszy cały rozdział ludzkich dolegliwości, rzekł temi słowy:
— Pan wie, po co przyszedłem. Pańskie weksle upływają z dniem dzisiejszym, a djabelnie potrzebuję pieniędzy. Jeden na dziesięć, drugi na siedm, a trzeci na pięć tysięcy franków, razem dwadzieścia dwa tysiące.
— Pan Clergeot, — odpowiedział Noel, — lubi żartować...
— Bynajmniej! — odparł lichwiarz. — Wcale nie żartuję.
— Zdaje mi się, że przeciwnie. Przed ośmiu dniami pisałem panu, że nie będę mógł dotrzymać terminu, bo potrzebuję pieniędzy.
— Otrzymałem ten list.
— No, i cóż?
— Nie odpowiadając przypuszczałem, żeś pan zrozumiał, iż nie mogę uczynić zadość pańskiemu żądaniu. Zresztą byłem pewny, że pan znajdziesz tę bagatelę...
Noel machnął ręką z widocznem niezadowoleniem.
— A jednak nie mogłem. Teraz rób pan co ci się podoba nie mam złamanego szeląga.
— Do kata!... Czy pan zapomniałeś, że już cztery razy przedłużałem termin na wekslach?
— Zdaje mi się, że odsetki były w czas i hojnie zapłacone...
Clergeot nie lubił mówić o odsetkach, które pobierał. Sądził, że to mu ubliża. To też suchym tonem odpowiedział:
— Wcale się nie uskarżam. Chciałem tylko zwrócić pańską uwagę na drobną okoliczność, że już za długo wodzisz mię za nos. Gdybym był pański podpis puścił w obieg, do tej chwili byłoby już wszystko zapłacone.
— Bynajmniej!
— Być może! W każdym jednak razie byłbyś się pan starał uniknąć procesu. Ale pan powiedziałeś sobie: Clergeot jest dobrym człowiekiem. Prawda. Lecz bądź co bądź, jestem nim tylko pod pewnemi warunkami. A teraz oświadczam panu, że dziś potrzebuję koniecznie pieniędzy. Ko-nie-cznie, — dodał, — kładąc szczególny nacisk na ten złowrogi wyraz.
Straszny ton lichwiarza żywo zaniepokoił adwokata.
— Czy mam panu powtórzyć? — rzekł, — że nie mam ani grosza, a-ni gro-sza.
— Doprawdy! — podchwycił lichwiarz, — to dosyć smutno. Jak widzę, będę musiał moje papiery oddać woźnemu.
— A to na co? Pomówmy otwarcie. Czy sądzisz, panie Clergeot, że za pośrednictwem woźnych zwiększysz swoje dochody? Czy koszta sądowe, które będę musiał ponieść, wejdą do pańskiej kieszeni? A jeśli otrzymasz wyrok na mnie, co się stanie? W domu nic mi nie zabierzesz, bo wszystko jest zapisane na nazwisko pani Gerdy.
— Wiem o tem. A zresztą nawet zupełna wyprzedaż tych gratów nie pokryłaby moich pretensji.
— A więc chyba zamierzasz wsadzić mię do Clichy. Ostrzegam cię, że byłaby to bardzo zła spekulacja. Utraciłbym stanowisko, a nie mając więcej zatrudnienia, nie mógłbym potem zapłacić.
— Piękna mowa! — zawołał szlachetny lichwiarz, — i pan to nazywasz otwartością! Gdybym był o połowę tak zły, jak pan sądzisz, miałbym...
— Skończmy! — przerwał Noel. — Powiedziałem, że nie mam pieniędzy, a od pani Gerdy nie mogę żądać...
Ironiczny uśmiech ukazał się na ustach Clergeota.
— Nie opłaciłoby się pukać do tych drzwi, — odpowiedział po chwili, — już nie od dziś worek mamy dobrodziejki jest próżny... a w razie, gdyby zacna dama umarła, mówiono mi, że jest niebezpiecznie chora, nie dałby nikt dziesięciu luidorów za cały po niej spadek.
Adwokat poczerwieniał z gniewu, jego oczy rzucały pioruny; mimo to nie wyrzekł słowa.
— Wszyscy o tem wiedzą, — ciągnął spokojnie Clergeot. — Przecież pan przyznasz, że na niepewne nikt dziś nie daje pieniędzy... Ostatnie akcje mamy dobrodziejki zostały sprzedane w październiku roku zeszłego. Ach! ulica Provence drogo kosztuje! Zrobiłem rachunek, mam go u siebie. Julja jest młodą kobieciną, prawda; jej podobnej nigdzie pan nie znajdziesz, przyznaję; ale z tem wszystkiem jest bardzo drogą. Nawet jest djabelnie drogą!
Noel wściekał się słysząc, w jaki sposób wysławia się ta zacna osobistość o jego Julji. Ale co odpowiedzieć? Zresztą, każdy człowiek ma swoje błędy, a Clergeot należy do tych, którzy nie lubią kobiet; może dla tego, że dzięki swojemu zatrudnieniu, nie miał sposobności poznać kobiet szlachetnych.
— Zanadto się pan awanturujesz, — ciągnął lichwiarz, nie zważając na niechęć swego klienta, — i nie pierwszy raz to mówię. Ale co począć? Straciłeś głowę przy tej kobiecie. Wobec niej byłeś zawsze słabym. Źleś robił. Jeśli ładna kobieta zapragnie czegoś, trzeba tak postępować, ażeby długo pragnęła. W ten sposób będzie miała umysł zajęty i nie pomyśli o innych głupstwach. Cztery zachcianki dobrze pokierowane, powinny trwać przez cały rok. Wiem, że ma ładne oczy, mogące wzbudzić kolki nawet w świętym z kamienia, ale do kroćset! trzeba także mieć rozum. Nie wiem, czy w całym Paryżu jest dziesięć kobiet, któreby żyły na takiej stopie. Czy pan sądzisz, że za to cię więcej kocha? Bynajmniej! Jak tylko zobaczy, żeś zrujnowany, osadzi cię na koszu!
Noel przyjmował wymowne słowa bankiera z taką samą rezygnacją, z jaką człowiek nie mający parasola, przyjmuje na głowę strugi deszczu ulewnego.
— Dokąd pan zmierzasz? — zapytał nareszcie.
— Tylko do wekslów, których nie chcę przedłużyć. Czy pan rozumiesz? Jeszcze raz powtarzam, że dziś muszę dostać dwadzieścia dwa tysiące franków. W przeciwnym razie każę pana uwięzić, ale nie tu, bo toby głupio wyglądało, tylko w mieszkaniu twojego aniołka, który pewnie nie będzie z tego zadowolonym. Nie marszcz pan brwi, na nic się to nie zdało, raczej poszukaj pieniędzy.
— Ale Julja jest u siebie, pan nie masz prawa...
— Doprawdy? Zobaczymy... Ale bądź co bądź, ja potrzebuję pieniędzy, więc muszę być zapłacony. Na nową zwłokę nie mogę przystać, bo przed trzema miesiącami zużytkowałeś ostatnie zasoby. Pan znajdujesz się w rozpaczliwem położeniu. Łóżko, na którem leży twoja konająca matka, spaliłbyś chętnie, byle ogrzać nogi swojej kochance. Gdzieś pan dostał owych dziesięć tysięcy franków, które jej wręczyłeś wczoraj wieczór? Kto wie, co jesteś gotów uczynić, byle mieć pieniądze. Chęć zatrzymania ją przy sobie dwa tygodnie, trzy dni, dzień, może pana daleko zaprowadzić. Otwórz pan oczy. Ja znam się doskonale na takich namiętnościach. Jeśli nie rozstaniesz się z Julją, jesteś zgubiony. Posłuchaj dobrej rady, którą daję gratis: nie prawdaż, że prędzej czy później będziesz ją musiał porzucić? Uczyń to jeszcze dziś.
Jak widać, zacny pan Clergeot umie swoim klientom mówić prawdę w oczy. Jeśli ich to gniewa, tem gorzej dla nich; jego sumienie jest zawsze spokojne. On należy do ludzi, którzy nie pochwalają szalonych wybryków.
Ale Noel nie mógł dłużej znosić; zły humor musiał wybuchnąć.
— Dosyć, dosyć! — zawołał tonem stanowczym. — Rób pan jak i co ci się podoba. Uwolnij mię od tych uwag, bo ja wolę głos woźnego. Być może, że byłem lekkomyślny, ale poprawię się i to tak, że się aż zdziwisz. Tak, panie Clergeot, jeśli zechcę, nie dwadzieścia dwa, ale sto tysięcy franków będę miał jutro zrana; potrzebuję tylko zażądać. Ale ja tego nie uczynię. Moje wydatki, lubo wbrew pańskiej woli, pozostaną nadal w tajemnicy. Nie chcę, ażeby mówiono, że jestem w krytycznem położeniu. Z miłości dla pana nie popsuję moich zamiarów i to w dniu, w którym jestem bliskim ich urzeczywistnienia.
— Nadyma się, — pomyślał lichwiarz, — nie całkiem jeszcze upadł...
— Teraz, — ciągnął adwokat, — możesz woźnemu oddać swoje łachmany. Niech mię ściga. Tylko mój portier będzie o tem wiedział. Do ośmiu dni zawezwą mię do trybunału handlowego, gdzie zażądam dwudziestu pięciu dni zwłoki, których sąd nie odmawia żadnemu dłużnikowi. Dwadzieścia pięć dni a ośm, robią na całym świecie trzydzieści trzy dni. Właśnie tego czasu potrzebuję. Zastanówmy się; albo pan przyjmiesz weksel na dwadzieścia cztery tysiące franków, płatny po sześciu tygodniach, albo udasz się do woźnego. Jestem na pańskie usługi.
— A po sześciu tygodniach będziesz w takiem samem jak dziś położeniu. A czterdzieści pięć dni z Julją kosztują...
— Panie Clergeot, — odparł Noel, — jeszcze przed upłynięciem tego terminu moja pozycja całkiem się zmieni. Lecz dosyć tego, — dodał, powstając szybko, — moje chwile są policzone...
— Tylko minutkę! — przerwał słodkim głosem bankier. — Powiedziałeś pan dwadzieścia cztery tysiące franków w czterdziestu pięciu dniach?
— Tak. Zdaje mi się, że to robi siedmdziesiąt pięć od sta. Wcale przyzwoity procent.
— Mniejsza o procent, — odparł Clergoet, — tylko...
Spojrzał ukosem na Noela, pocierając prawą ręką podbródek, co u niego świadczyło zawsze o ciężkiej pracy mózgowej.
— Tylko, — ciągnął, — chciałem się dowiedzieć, na co pan liczysz.
— Tego panu nie powiem. Niezadługo dowiesz się o tem jak wszyscy inni...
— Już wiem! — krzyknął Clergeot, — wiem!... Pan się żenisz. Do kata! znalazłeś bogatą pannę. Pańska mała Juleczka mówiła mi nieco dzisiaj zrana. Ach! pan się żenisz! Czy piękna? Mniejsza o to. Ma pełny worek, nie prawdaż? Pan masz rozum, więc nie wziąłbyś żony bez pieniędzy.
— Tego nie powiedziałem...
— Dobrze, dobrze, udawaj niedoświadczonego — my się zawsze domyślimy. Jednakże malutka przestroga: działaj ostrożnie, bo twoja mała kobietka zaczyna przeczuwać. Strzeż się również, aby przyszły teść nie dowiedział się o twojem położeniu majątkowem, bo z pewnością nie dałby ci córki... Żeń się i postępuj roztropnie. A teraz napisz pan weksel na dwadzieścia cztery tysiące franków. W poniedziałek przyniosę panu dawne weksle, a ten wezmę.
— Jakto? pan ich nie masz przy sobie?
— Nie mam. Muszę wyznać prawdę, że przeczuwając iż wyjdę z próżnemi rękoma, oddałem je z innemi papierami panu woźnemu. Ale z tem wszystkiem śpij pan spokojnie, masz moje słowo.
Pan Clergeot chciał już wyjść, ale przy drzwiach nagle się odwrócił.
— Zapomniałem dodać, — rzekł, — że powinieneś pan napisać weksel na dwadzieścia sześć tysięcy. Pańska kobiecina zażądała odemnie kilku szmat, które przyrzekłem odnieść jej jutro rano; w ten sposób będą już zapłacone.
Adwokat chciał protestować. Wprawdzie nie odmawiał zapłaty, ale w każdym razie sądził, że Julja nie może robić zakupna na własną rękę. Nie chciał dopuścić, ażeby tak dowolnie szafowano jego szkatułą.
— Żarty! — zauważył lichwiarz, wzruszając ramionami. — Czy chcesz pan poróżnić się z taką istotą dla nędznych dwóch tysięcy? Jeszcze nie tyle będzie kosztowała. Bądź pan pewny, że zje cały posag żony. A jeśli przed ślubem będziesz potrzebował pieniędzy, pomówimy u notarjusza... Chcę tylko zapewnienia. Tymczasem do widzenia. W poniedziałek, nie prawdaż?
Noel stał chwilkę słuchając, czy lichwiarz zbiegł po schodach.
— Łotr! — zawołał, — nędznik, złodziej, stary oszust! I on chciał mię ścigać sądownie! Piękną opinię miałby o mnie hrabia, gdyby się o tem dowiedział!... Nikczemny lichwiarz!... Lękam się chwili, w której będę zmuszony powtórzyć mu to wszystko.
A złorzecząc dalej swojemu bankierowi, adwokat spojrzał na zegarek.
— Już pół do szóstej, — szepnął.
Jego niestanowczość była wielka. Czy iść na obiad do ojca? Czy mógł opuścić panią Gerdy? Obiad w pałacu Commarin nęcił go jak syrena, ale z drugiej strony, czy godzi się odejść od łoża konającej?...
— Nie inaczej, — szepnął półgłosem, — muszę pozostać.
Usiadł przy biórku i na prędce skreślił do ojca list przepraszający. Pani Gerdy, mówił w nim, może w każdej chwili oddać Bogu ducha, obowiązkiem przeto jego zostać przy umierającej, aby usłyszeć jej ostatnie westchnienie...
W chwili, gdy służącej wręczył list, która miała go powierzyć komisjonerowi, nowa myśl strzeliła mu do głowy.
— Czy brat pani Gerdy wie, że siostra zachorowała niebezpiecznie? — zapytał głosem drżącym.
— Nie wiem, — odpowiedziała służąca, — nikt mię do niego nie posyłał.
— Jakto, niebaczna! w mojej nieobecności nie uznałaś za stosowne ostrzedz brata! Spiesz do niego, niech natychmiast przyjdzie.
Uspokoiwszy się nieco, Noel usiadł w pokoju chorej. Lampa płonęła w kącie na małym stoliku, a siostra zakonna krzątała się jak u siebie, porządkując porozrzucane rzeczy. Na jej twarzy malowało się zadowolenie, które nie uszło uwadze Noela.
— Czy jest jaki promyk nadziei, moja siostro? — zapytał.
— Być może, — odpowiedziała zakonnica. — Ksiądz proboszcz przyszedł sam, ale pańska droga matka nie poznała go; powróci... Jeszcze nie wszystko; po wyjściu księdza proboszcza, synapizma co raz lepiej skutkują, skóra wszędzie się nadyma; jestem pewną, że je czuje...
— Oby cię Bóg wysłuchał, moja siostro!
— Będę go jeszcze prosiła. Najważniejszem jest to, aby chora nie była ani na minutę sama. Porozumiałam się z służącą. Skoro lekarz przyjdzie, położę się spać, a ona będzie siedziała aż do północy. Potem ja ją zastąpię...
— Możesz dłużej odpocząć, moja droga siostro, — odpowiedział Noel głosem smutnym. — Teraz na mnie kolej; z największą przyjemnością spędzę całą noc bezsennie...


V.

Chociaż sędzia, znużony całodziennem wypytywaniem świadków i obżałowanego, odprawił z kwitkiem ojca Tabareta, tenże nie uważał bitwy za przegraną. Nasz poczciwiec był uparty jak muł; było to jego błędem albo zaletą.
Po zbytniej rozpaczy, której ulegał na korytarzu, nastąpiło wkrótce niezłomne postanowienie, będące entuzjazmem niebezpieczeństwa. Uczucie obowiązku wzięło nad nim górę. Czy godzi się tracić odwagę w chwili, kiedy życie człowieka wisi na włosku? Bezczynność byłaby zbrodnią! On sam wtrącił niewinnego w bezdenną przepaść, a więc on sam powinien go ocalić, chociażby cały świat odmówił mu swojej pomocy.
Ojciec Tabaret, tak samo jak sędzia, upadał ze znużenia. Dostawszy się na świeże powietrze, uczuł, że mu sił zabrakło. Wrażenia dnia zabiły w nim głód, mimo, że od dwudziestu czterech godzin nie miał w ustach ani kropli wody. Wstąpiwszy do jednej z najbliższych restauracji, kazał sobie podać obiad.
W miarę jak jadł, wzmagały się w nim nieznacznie odwaga i ufność. Stosowna była teraz chwila zawołać: „Biedna ludzkości!“ Ale nasz poczciwiec nie tracił nadziei. Miałażby go zdradzić zwykła przenikliwość? Nie, nigdy! Albo nie miał jeszcze dosyć czasu przed sobą? A w miesiącu czego nie dokaże człowiek zręczny! Żałował tylko, że nie podobna było ostrzedz Alberta, iż znalazł się człowiek, który dla niego pracuje.
W innym humorze wstał od stołu; szybko jak kot, przebiegł długą przestrzeń, dzielącą go od św. Łazarza. Gdy portier otwierał mu drzwi wchodowe, na zegarze kolejowym biła dziewiąta.
Powoli szedł na czwarte piętro, aby od sługi dowiedzieć się o stanie zdrowia dawnej przyjaciółki, którą niegdyś nazywał jedyną kobietą. Noel otworzył mu sam, Noel, który obudziwszy w swojem sercu wspomnienia przeszłości, był bardzo smutny i blady, jak gdyby ta, przy której siedział, była rzeczywiście jego matką...
Skutkiem zbiegu okoliczności nieprzewidzianych, pan Tabaret musiał wstąpić na pięć minut, chociaż wizyta u pani Gerdy robiła na nim przykre wrażenie. Czuł bardzo dobrze, że widząc się wobec adwokata, mimo woli powinien mówić o zabitej Lerouge. Ale jak tu mówić, aby się nie zdradzić? Jedno słowo mogło odkryć rolę, jaką odgrywał w tym smutnym wypadku. Tymczasem, szczególnie w oczach Noela, swojego drogiego przyjaciela, a teraz wice-hrabiego de Commarin, chciał być wolnym od podejrzenia, jakoby z policją w jakichkolwiek zostawał stosunkach.
Z drugiej znowu strony pragnął się dowiedzieć, co zaszło między adwokatem a starym hrabią. Ciemność rozpostarta nad tą jedną okolicznością drażniła jego ciekawość. Wszelako rozważywszy, że zbytnia gorliwość mogłaby go łatwo zdradzić, postanowił powstrzymać język i mieć się na baczności.
Adwokat wprowadził gościa do pokoju pani Gerdy. Stan chorej zmienił się nieco od południa, ale nie można było powiedzieć, czy zmienił się na lepsze czy gorsze. Tylko to jedno biło w oczy, że ubezwładnienie nie było tak wielkie. Oczy miała zamknięte, ale od czasu do czasu drgały powieki; głowa rzucała się na poduszkach, a przez usta wyrywały się lekkie westchnienia.
— Co mówi lekarz? — zapytał Tabaret.
— Dopiero wyszedł, — odpowiedział Noel, — za chwilę wszystko się skończy.
Poczciwiec zbliżył się do łóżka na palcach i wpatrzył się w umierającą z widocznem wzruszeniem.
— Biedna kobieta! — szepnął, miłosierny Bóg wyświadcza jej łaskę, biorąc ją do siebie. Cierpi, bardzo cierpi, ale jak straszną byłaby jej boleść, gdyby się dowiedziała, że jej własny syn jęczy w więzieniu oskarżony o morderstwo.
— To też tylko to jedno, — odpowiedział Noel, — przynosi mi niejaką ulgę. Bo ja ją ciągle kocham, mój stary przyjacielu; dla mnie jest ona jeszcze matką... Był czas, żem jej złorzeczył, nawet dwa razy byłem dla niej tyranem, zdawało mi się, że ją nienawidzę, ale w chwili, kiedy mam ją na wieki utracić, zapominam o wszystkich błędach, a myślę tylko o jej tkliwości. Prawda, lepiej, że umrze. A jednak nie mogę uwierzyć i nigdy nie uwierzę, aby jej syn mógł być winnym...
— Nie wierz, nigdy nie wierz!
Pan Tabaret wypowiedział te słowa z takim zapałem, że aż Noel spojrzał nań okiem zdumionem. Ochotnik policyjny czuł, że krew uderzyła mu do głowy, więc zaczął się tłumaczyć.
— Powiedziałem: Nie wierz, — ciągnął, — ponieważ ja, dzięki mojemu niedoświadczeniu, nie mogę uwierzyć w winę tego młodzieńca. W żaden sposób nie mogę przypuścić, ażeby człowiek o tak wysokiem stanowisku mógł obmyśleć i dokonać tak haniebnej zbrodni. Nie z jednym mówiłem o tej sprawie, która w całem mieście narobiła tyle wrzawy, i wszyscy są mojego zdania. Głos powszechny za nim się oświadcza, a to już coś znaczy.
Nie daleko łóżka siedziała zakonnica i szybko robiła pończochę, przeznaczone dla biednych. Była to praca machinalna, podczas której zwykła odmawiać modlitwy. Ale od zjawienia się Tabareta tak dalece słuch natężyła, że na wieki zapomniała o swoich pacierzach. Słuchała, ale nic nie rozumiała. Jej mała główka omal że nie pękła. Co znaczy ta rozmowa? Co to za kobieta, co to za młody człowiek, który nie będąc jej synem, nazywają swoją matką — i równocześnie mówi o synu legalnym, posądzonym o morderstwo? Już między Noelem a lekarzem podchwyciła kilka frazesów tajemniczych. W jakim strasznym domu znajduje się od rana! Bała się trochę — a jej sumienie było bardzo zaniepokojone. Czy nie grzeszyła? Postanowiła zwierzyć się przed księdzem proboszczem, jak tylko przyjdzie...
— Nie, — rzekł Noel, — nie, panie Tabaret, biedny Albert nie ma opinji za sobą. We Francji inaczej się dzieje... Niech dziś wtrącą do więzienia jakiego biedaka, a chociażby całkiem był niewinnym zbrodni, którą mu zarzucają, chętnie go ukamienujemy. Natomiast całą naszą litość zachowujemy dla tego, który, chociażby najwinniejszy, staje przed sądem przysięgłych. Jak długo sąd śledczy wątpi, zwracamy się przeciw obżałowanemu; w chwili, kiedy sprawiedliwość namacalnie udowodni, że ten lub ów jest łotrem, bierzemy go w swoją opiekę. Oto opinia. Ale bądź pan pewny, że ja na nią nie zważam. Ja nią gardzę, a jeśliby Albert, czego wreszcie wcale się nie spodziewam, nie został uwolniony, ja sam, panie Tabaret, będę jego obrońcą. Mówiłem już o tem z moim ojcem, hrabią de Commarin. Ja sam będę jego adwokatem i muszę go ocalić.
Nasz poczciwiec byłby chętnie rzucił się na szyję swojemu Noelowi. Omal że nie zawołał: „My dwaj musimy go ocalić!“ ale rozwaga nakazała mu milczenie. Czy adwokat nie gardziłby nim po takiem zeznaniu? Mimo to postanowił zwierzyć się, jeśliby okoliczności tego żądały, lub gdyby sprawa Alberta pogorszyła się wobec sądu. Tymczasem poprzestał na pochwaleniu swojego przyjaciela.
— Ślicznie! moje dziecko, — zawołał, — oto mi szlachetne serce. Bałem się, aby cię nie zepsuły bogactwa i wielkość ale dzięki Bogu, mój Noel pozostaje nadal człowiekiem serca. Czuję, że będziesz takim samym, jakim cię wielbiłem na skromniejszem stanowisku. Ale powiedz mi, czy widziałeś się z hrabią, twoim ojcem?
Dopiero teraz Noel zauważał, że oczy zakonnicy zapłonęły najwyższą ciekawością. Wielomownem spojrzeniem zwrócił na nią uwagę Tabareta.
— Widziałem się z nim, — odpowiedział, — i wszystko załatwione ku mojemu zadowoleniu... Później opowiem panu szczegółowo, ale wpierw musimy się uspokoić. Przy tem łóżku nie mogę bez zarumienienia myśleć o mojem szczęściu...
Pan Tabaret musiał rad nie rad zadowolić się tą odpowiedzią.
Widząc, że dziś wieczór nie dowie się nic ważnego, oświadczył przyjacielowi, że pójdzie się położyć, bo całodzienna bieganina po mieście, bardzo go znużyła. Noel wcale go nie zatrzymywał. Oczekuje, powiedział, brata pani Gerdy, do którego już kilka razy bezskutecznie posyłał. Bardzo jest zakłopotany, dodał, bo nie wie, jak się wobec niego zachować. Czy wypada wszystko mu powiedzieć? W takim razie zwiększy się jego boleść. Z drugiej znów strony milczenie, kazałoby grać trudną komedję. Pan Tabaret był zdania, że najlepiej teraz milczeć i dopiero później wszystko wyświecić.
— Co za dzielny chłopiec ten Noel! — szeptał ojciec Tabaret, schodząc powoli do swojego apartamentu.
Już cała doba minęła, jak wyszedł z domu, spodziewał się więc gorącej walki ze swoją klucznicą. W rzeczy samej Manetta przyjęła go bardzo cierpko, oświadczając, że jeśli pan gospodarz nie zmieni trybu życia, ona poszuka sobie innego obowiązku.
Pan Tabaret wysłuchał długiego kazania ze zwieszoną głową, a kiedy skończyła, wyprowadził ją bez ceremonji z pokoju i drzwi zamknął na dwa spusty.
Jak najprędzej wypadało ułożyć nowy plan kampanji. Szybko rozebrał położenie. Czy omyliły go zarządzone poszukiwania? Nie. Czy błędne były jego prawdopodobne obliczenia? Nie. Zastanowiwszy się nad powodem zbrodni, musiał koniecznie dojść do takiego winowajcy, jakiego przepowiedział. A jednak tym winowajcą nie był obżałowany pana Daburona. Pewnik sądowy omylił go, chociaż według tego pewnika tylko Albert de Commarin mógł być winnym zbrodni.
— Oto, — myślał, — dokąd prowadzi wiara w ten bezmyślny frazes, który mówi, że sprawiedliwość nie może się omylić. Gdybym się był trzymał własnego natchnienia, byłbym lepiej zgłębił sprawę i nie byłbym się rzucił na oślep. Formułka: „Szukaj, komu zbrodnia przynosi korzyść“ — może być tak dobrze głupią jak rozumną. Spadkobiercy człowieka zabitego korzystają z morderstwa, podczas gdy samemu sprawcy dostaje się najczęściej zegarek i sakiewka. Trzy osoby były interesowane w tej sprawie: Albert, pani Gerdy i hrabia de Commarin. Jestem pewny, że Albert nie może być winnym; nie może także nią być pani Gerdy, bo wiadomość o morderstwie wdowej Lerouge pozbawiła ją zmysłów; pozostaje hrabia. Czy to on? W takim razie nie działał sam. Zapłacił jakiegoś nędznika, ale ten nędznik pochodzi z dobrego towarzystwa, bo nosi eleganckie buciki, jasne rękawiczki i pali trabukosy z cygarniczki... Ale tym elegantom brak zawsze odwagi. Robią głupstwa, oszukują, kradną, ale nie zabijają... Hrabia nie mógł tego uczynić... To człowiek rozumny; on wie, że podobne narzędzia zawsze zdradzają. Ale dla uspokojenia mojego sumienia, jeszcze raz wrócę do hrabiego.
Teraz nowa sprawa: Wdowa Lerouge, która tak chętnie mieniała dzieci, mogła była dokonać i innych niebezpiecznych poleceń. Kto może być pewnym, że nie ma jeszcze innych osób, które chciały się od niej uwolnić? Jest jakaś tajemnica, jest — ale do kata! nie mogę jej zgłębić... Tylko to zdaje się być widocznem, że nie została zabitą, aby szkodzić Noelowi. Musiała zginąć pod ciosami jakiegoś łotra, mającego takie same powody, jakie podsuwałem Albertowi. W tym kierunku muszę zarządzić nowe poszukiwania. A przedewszystkiem potrzebuję biografji tej usłużnej wdowy. Prawdopodobnie otrzymam ją jutro, bo sąd kazał już zebrać szczegóły w miejscu jej urodzenia.
Wracając do Alberta, nasz poczciwiec uważał zarzuty, świadczące przeciw niemu i rozbierał okoliczności, które za nim przemawiały.
— W rozdziele szczegółów pomyślnych, — szeptał do siebie, — widzę tylko siebie i przypadek, czyli mówiąc jaśniej, jedno zero. Co do okoliczności obciążających, te są nie wzruszone. Ale z tem wszystkiem nie traćmy nadziei. Ja sam je zebrałem, a więc wiem najlepiej, ile są warte. Bardzo wiele i zarazem nic. Albert stał się ofiarą zbiegu strasznych okoliczności, ale jedno słowo może rozwiać podejrzenia... Nie raz gorzej było. Przypominam sobie sprawę małego krawca. O godzinie piątej kupił nóż, który pokazywał sąsiadom, mówiąc: „To dla mojej żony, tej nikczemnej baby, która mnie i moje dzieci od tak dawna oszukuje.“ Wieczorem sąsiedzi słyszeli straszną kłótnię między małżonkami, krzyki, pogróżki, uderzenia — poczem wszystko ucichło. Nazajutrz krawiec znikł, a jego żona leżała zabita. W jej piersi tkwił ten sam nóż. A jednak nie mąż ją zabił, tylko zazdrosny kochanek. Po tym wypadku co teraz myśleć o zbiegu okoliczności? Prawda, że Albert nie chce wyjawić, gdzie spędził wieczór tłustego wtorku — ale to mię nie obchodzi. Ja nie potrzebuję wskazywać gdzie był, tylko udowodnić, że nie był w Jonchère. Kto wie, czy Gevrol nie jest na dobrej drodze. Boże! gdyby mu się udało. Może mię potem nazywać, jak mu się tylko będzie podobało, chętnie zniosę tę karę. Czegóż bym nie poświęcił, byle go widzieć wolnym! Połowa mojego majątku, byłaby drobną ofiarą. A gdyby mi się nie powiodło? Gdyby mi się nie udało naprawić złe, które zrobiłem?...
Tabaret zadrgał na całem ciele i rzucił się na łóżko.
Zasnął. Okropny sen trzymał go w swoich objęciach.
Zgubiony w tym bezmyślnym i spodlonym tłumie, który ciśnie się na plac de la Roquette, aby oko zabawić ostatniemi konwulsjami skazańca — był świadkiem stracenia Alberta. Widział nieszczęśliwego, z rękami związanemi na plecach, z obnażoną szyją, jak wsparty na ramieniu księdza, wchodził powoli na rusztowanie. Ujrzał go pod gilotyną, spoglądającego dumnem okiem po twarzach skamieniałych widzów. Ale nie zadługo wzrok Alberta zbiegł się z jego spojrzeniem, z rąk spadły mu sznury, wyciągnął palec, a wskazując na niego, Tabareta, wołał strasznym głosem: „Ten jest moim mordercą!“ Ze wszystkich stron wszczął się straszny krzyk, wszyscy zaczęli mu złorzeczyć. Chciał uciec, ale jego nogi były przykute do ziemi; chciał przynajmniej zamknąć oczy, ale i tego nie mógł; siła niewidzialna i nieprzezwyciężona kazała mu patrzyć. Następnie Albert zawołał jeszcze raz: „Ja jestem niewinny! winnym jest...“ Tu wymówił jakieś nazwisko, tłum zaczął je powtarzać, ale Tabaret nie mógł go usłyszeć i zapamiętać. Nakoniec głowa skazańca padła pod ciosem noża zabójczego...
Nasz poczciwiec krzyknął rozpaczliwie i zerwał się na równe nogi, a zimny pot wystąpił mu na czoło. Potrzebował dłuższego czasu, aby się przekonać, że wszystko, co słyszał i widział, było ułudą i że się znajduje u siebie, w swojej sypialni. Był to tylko sen! Ale mówią, że sny są czasem przestrogami nieba. Jego wyobraźnia była do tego stopnia uderzona, że robił nadludzkie wysilenia, aby sobie przypomnieć nazwisko winowajcy, wymienione przez Alberta. Przekonawszy się o bezskuteczności swoich usiłowań, wstał i zapalił świecę; ciemność trwożyła go, noc była przepełniona okropnemi widziadłami. O śnie mowy już być nie mogło. Pod wpływem niepokoju zaczął złorzeczyć tej namiętności, która aż dotychczas była całą jego rozkoszą. Biedna ludzkości!
Przeklinał dzień, w którym po raz pierwszy odwiedził ulicę Jerozolimską. Rzeczywiście, piękne zatrudnienie dla człowieka w tym wieku, dla obywatela Paryża, dla człowieka bogatego i poważanego przez wszystkich! Mój Boże! i on jeszcze chełpił się ze swojego zatrudnienia, ze swojego węchu i ze swojego śmiesznego przydomku... Stary głupiec! Cóż mógł zyskać, sprawując służbę zwykłego wyżła? Chyba wszystkie możebne nieprzyjemności i pogardę przyjaciół, nie mówiąc już nic o niebezpieczeństwie, jeśli bodaj w setnej części przyczynił się do zabicia człowieka niewinnego. Dla czegóż go nie wyleczyła sprawa małego krawca?!
Porównując drobne zadowolenia, zaznane w przeszłości z rozpaczą teraźniejszą, przysiągł w duszy, że nikt go już więcej nie złapie. Niech tylko Albert będzie ocalony, a natychmiast poszuka sobie mniej niebezpiecznych i powszechniej szanowanych rozrywek. Zerwie stosunki, które go wstydzą — a policja i sąd będą działały i bez niego.
Nareszcie zaświtał dzień, którego oczekiwał z gorączkową niecierpliwością.
Dla zabicia czasu zaczął ubierać się powoli i bardzo starannie, starając się zająć umysł szczegółami materjalnemi i oszukując się co do godziny. Dwadzieścia razy spojrzał na zegar, aby się przekonać, czy przypadkiem nie stanął...
Mimo tej powolności, ósma godzina jeszcze nie wybiła, gdy stanął w gabinecie sędziego, przepraszając, że w sprawie bardzo ważnej ośmiela się nadużyć jego cierpliwości.
Przepraszanie było zbyteczne. O ósmej rano nikt nie przeszkadzał panu Daburonowi. Już od dwudziestu minut był przy swojem biórku. Ze zwykłą uprzejmością przyjął naszego poczciwca, a nawet żartował trochę z swojej ostatniej egzaltacji z dnia poprzedniego.
— Co mu się stało? — pomyślał Tabaret; — czy przez noc przejrzał? A może znalazł prawdziwego winowajcę...
Swobodny ton mowy sędziego, któremu zarzucano powagę, graniczącą ze smutkiem, co raz więcej zachwycał Tabareta. Nabrawszy przeto otuchy, podjął na nowo swoją obronę. Tym razem, lubo bardzo energicznie, mówił jednakże z większym spokojem. Zwracał się do serca, przemawiał do rozumu. Lecz mimo, że wszelka wątpliwość jest bardzo zaraźliwą, nie mógł wzruszyć sędziego. Najsilniejsze jego argumenta rozbijały się o przeświadczenie, jak gałki z chleba rzucane o pancerz ze stali. I nic w tem nie było dziwnego.
Ojciec Tabaret miał na swoje rozkazy tylko zręczną teorję, słowa. Natomiast pan Daburon miał w ręku żywe świadectwa, fakta. A obrona była tego rodzaju, że wszystkie uwagi przytoczone przez poczciwca dla usprawiedliwienia Alberta, mogły bardzo łatwo zwrócić się przeciw obżałowanemu i udowodnić jego winę.
Niepowodzenie u sędziego, nie mogło zaniepokoić Tabareta, bo na podobny wynik swoich usiłowań, był z góry przygotowany.
Skończywszy obronę oświadczył, że tymczasem cofa się z zajętego stanowiska, zwłaszcza, gdy jest głęboko przekonany, że bezstronny pan sędzia, zagłębiwszy się w zawiłą sprawę Alberta, w krótce utraci to fatalne przekonanie, które i on sam, Tabaret, powziął w pierwszej chwili.
— A teraz, — dodał, — zajmę się wyszukaniem nowych wskazówek. Jesteśmy zaledwie na początku śledztwa. Nie znamy wielu rzeczy, nawet przeszłości wdowej Lerouge. Ileż to faktów można jeszcze odkryć! Czy wiemy, jakie zeznanie uczyni ów marynarz z wielkiemi kólcami, którego szuka Gevrol?
Sędzia uśmiechnął się ironicznie.
Chociaż pan Tabaret miał w tym momencie wielką chęć obić grzbiet sędziemu, przecież udawał pokornego i słodkiego. Czynił to zaś dlatego, że chciał wiedzieć dokładnie o przebiegu śledztwa, aby w razie naglącym mógł zarządzić w czas środki zaradcze. Odchodząc, prosił pana Daburona, czy nie mógłby bez świadków zabawić kilka minut w kaźni Alberta.
Sędzia odrzucił tę prośbę, oświadczając, że obżałowany musi jakiś czas pozostać odosobnionym. Jeśli powody, dla których odmawia, znikną za trzy lub cztery dni, natenczas pozwoli mu rozmówić się z Albertem.
— Pańska odmowa, — rzekł nasz poczciwiec, — jest dla mnie okrutną, wszelako rozumiejąc ją, poddaję się wyrokowi bez szemrania...
Była to jedyna skarga; niezwłocznie wyszedł z gabinetu, lękał się bowiem, że dłużej nie zdoła panować nad sobą.
Czuł, że szczęście jego byłoby niezrównane, gdyby mu się udało ocalić człowieka niewinnego, którego lekkomyślnie sam skompromitował, a tem samem gdyby mógł zemścić się na upartym Daburonie, który z ironicznym uśmiechem słuchał jego rozumnej obrony.
— Trzy albo cztery dni, — szepnął, — to trzy albo cztery wieki dla człowieka, zamkniętego w więzieniu. Dobrze mu mówić!... W tym czasie muszę wyjaśnić prawdę.
Pan Daburon spodziewał się także w trzech lub czterech dniach albo wydrzeć zeznanie z Alberta, albo co najmniej zmusić go do odstąpienia od pierwotnego systemu obrony. Przedewszystkiem potrzebował znaleźć świadka, któryby mógł zaprzysiądz, że we wtorek wieczór widział Alberta za miastem. Tego rodzaju zeznanie wydało mu się tak niezbędnem i rozstrzygającem, że niezwłocznie po wyjściu Tabareta, zwrócił w tym kierunku wszystkie swoje usiłowania.
Pięciu najzręczniejszych ajentów policyjnych wysłał do Bougival, zaopatrzywszy każdego w sporą liczbę fotografji Alberta. Obowiązkiem ich było wstąpić do każdego domu między stacją Reuil, a wioską Jonchère, szukać, dowiadywać się i śledzić. Fotografje mogły im ułatwić trudne zadanie. Mieli je pokazać wszędzie i wszystkim, a w samej wiosce Jonchère mogli ich zostawić nawet cały tuzin. Nie podobna było przypuścić, aby bądź na dworcu kolei żelaznej, bądź na gościńcu lub na drożynie, biegnącej wzdłuż Sekwany, nie zdybał nikt we wtorek tajemniczego przybysza.
Po wydaniu tych rozkazów, sędzia śledczy wrócił do gabinetu i kazał przywołać obżałowanego.
Jeszcze zrana wręczono mu dokładne sprawozdanie z ruchów i słów więźnia; ale w protokole nic nie świadczyło o winie Alberta. Wprawdzie był bardzo smutny, lecz nie złamany. Nie krzyczał, nie groził, nie złorzeczył sprawiedliwości, a nawet nie mówił o swojem nieszczęściu. Zjadłszy skromny obiad, zbliżył się do okna sali, gdzie wsparty na łokciu, przestał długą godzinę. Następnie położył się na łóżko i spał bardzo spokojnie.
— Co za żelazna organizacja! — myślał pan Daburon, gdy oskarżony wchodził do jego gabinetu.
Albert nie był w niczem podobny do nieszczęśliwego człowieka z dnia poprzedniego, który ogłuszony mnogością zarzutów, mieszał się pod natrętnemi spojrzeniami sędziego śledczego i był blizkim omdlenia. Winny czy niewinny, postanowienie jego było już niezłomne. Jego twarz nie podsuwała pod tym względem żadnej wątpliwości. W jego oczach obok zimnego postanowienia, malowała się pewna duma, którą nie jeden mógł wziąć za pogardę, duma — będąca naturalnym wynikiem uczucia, jakie w szlacheckiej piersi musiało się obudzić po doznanej zniewadze. W nim widziało się człowieka pewnego siebie, którego nieszczęście może wzruszyć, ale nie obalić.
Na widok tego zachowania się, sędzia w lot zrozumiał, że trzeba zmienić baterje. W obżałowanym przeczuł jedną z tych natur, które gwałtownemu napadowi przeciwstawiają energiczny opór — i które z politowaniem słuchają pogróżek. Widząc, że go nie przestraszy, chciał go rozczulić. Jest to taktyka pocieszna, ale prawie zawsze skuteczna, bo przecież i w teatrze robią wrażenie płaczliwe sceny. Winowajca, który nie uląkł się pogróżek, widzi się bezsilnym wobec przesadnej pobłażliwości, która o tyle bywa wielką, o ile jest nieszczerą. A udana tkliwość była sławą pana Daburona. Ileż to zeznań udało mu się wydrzeć przy pomocy kilku łez krokodylich! Nikt nie umiał tak zręcznie trącać o tajemnicze struny honoru, miłości i uczucia rodzinnego, które brzmią nawet w głębi serc najzepsutszych.
Wobec Alberta stał się słodkim i miłosiernym, współczującym żywo ogrom jego nieszczęścia. Biedny! ileż musiał wycierpieć, on, którego całe życie było dotychczas jakby jednym snem czarodziejskim! Ileż gruzów dokoła niego!... Któżby to był przeczuł wówczas, kiedy był jedyną nadzieją możnej rodziny? Odgrzebując przeszłość, sędzia zatrzymywał się przy tkliwych wspomnieniach pierwszej młodości i rozżarzał węgle wygasłych uczuć. Nadużywając wszystkich szczegółów, jakie zebrał z ostatnich lat obżałowanego, dręczył go najboleśniejszemi aluzjami o Klarze. Dla czegóż sam chce dźwigać brzemię swojego nieszczęścia — alboż nie ma istoty, któraby choć w części mogła mu je osłodzić? Dla czegóż milczy uporczywie? Czyż nie powinien starać się uspokoić tę, której życie jest złączone z jego życiem? Czegóż potrzeba, aby tego dopiąć? Jednego słowa... Wtedy, jeśli już nie całkiem wolny, byłby przynajmniej zwrócony światu, kaźnia stałaby się znośniejszą, przyjaciele nie omieszkaliby go odwiedzać, wtedy mógłby widzieć się z każdym i mówić nawet z Klarą...
To nie sędzia mówił, ale kochający ojciec, który w swojem sercu znajduje zawsze dla dziecka nieprzebrane skarby pobłażliwości.
Pan Daburon nie przestał na tej deklamacji. Na chwilę przeniósł się nawet w położenie Alberta. Cóżby był uczynił po strasznem odkryciu? Zaledwie odważył zadać sobie podobne pytanie... Rozumiał powód zabicia wdowej Lerouge, tłumaczył go i prawie usprawiedliwiał. Prawda, że to była wielka zbrodnia, ale z tem wszystkiem nie oburzała ona ani sumienia, ani rozumu. Była to jedna z tych zbrodni, o których do pewnego stopnia społeczeństwo może zapomnieć, ponieważ powód nie był hańbiącym... Gdzież trybunał, któryby nie chciał uwzględnić godziny szału? A zresztą, czyż pierwszym i właściwym winowajcą nie był sam hrabia de Commarin? Czyż to nie jego namiętność przygotowała krwawe rozwiązanie dramatu? Jego syn stał się ofiarą fatalizmu — trzeba go przeto żałować.
W takim guście pan Daburon mówił długo i szeroko, wyszukując rzeczy, mogące, według jego przekonania, najwłaściwiej rozczulić serce mordercy. Ale retoryka jego poszła na wiatr, tak samo jak przekonywająca obrona ojca Tabareta. Albert nie zdawał się być wzruszonym — a jego odpowiedzi brzmiały bardzo lakonicznie. Zaczął i zakończył twierdzeniem, że jest niewinnym...
Pozostało jeszcze jedno doświadczenie, z którem często jest połączony najpomyślniejszy skutek.
Tego samego dnia, a było to w sobotę, Albert został wprowadzony do pokoju, w którym leżał trup wdowej Lerouge. Na jego twarzy odmalowało się wrażenie, ale takie, jakie widzimy na obliczu każdego człowieka, patrzącego na osobę, zabitą przed czterma dniami skrytobójczem żelazem. Gdy jeden z obecnych policjantów zawołał:
— Ach! gdyby mogła przemówić!
Odpowiedział bez namysłu:
— Byłoby to wielkiem dla mnie szczęściem...
Od rana zabiegi sędziego okazały się bez skutku. Niepowodzenie przy tej ostatniej komedji tak go rozdrażniło, że wróciwszy w najgorszym humorze do swojego gabinetu, wydał cierpkim tonem rozkaz, aby obżałowanego natychmiast odprowadzono do kaźni.
— A przecież zmuszę go do zeznania! — mruknął i zgrzytnął zębami.
Kto wie, czy w tej chwili nie wzdychał do owych lubych narzędzi śledczych z wieków średnich, które z obżałowanego wyciskały wszystko, cokolwiek sędzia zapragnął.
— Nigdy, — myślał, — nie miałem w śledztwie człowieka tak silnego. Czegóż spodziewa się po swoim systemie upornego przeczenia? Ta wytrwałość śmieszna wobec zebranych dowodów, odbierała sędziemu władzę panowania nad sobą. Albert, przyznając się, byłby w nim znalazł współczującego przyjaciela; wypierając się, robił sobie z niego nieprzebłaganego wroga.
Zapomniawszy o pierwotnych postanowieniach i wyrzutach, które dniem przedtem robił sobie, że kazał uwięzić Alberta — pragnął teraz szybkiego rozwiązania sprawy. Zdawało mu się, iż własne jego szczęście zostało rzucone na kartę, bo w razie, gdyby Albert okazał się niewinnym, on, Daburon, byłby dla swojej lekkomyślności godnym pogardy. Rozwijał więc co raz namiętniejszą czynność, której dotychczas nie widziano u niego w żadnem innem śledztwie.
Przez całą niedzielę słuchał sprawozdań ajentów z Bougival.
Mówili, że mimo skrzętnych poszukiwań nie udało im się nic nowego odkryć. Wprawdzie miała być jakaś kobieta, która utrzymywała, że widziała mordercę uciekającego z domu wdowej Lerouge, ale nikt nie wiedział, gdzie mieszka ta kobieta, ani jak się nazywa.
Przytem wszyscy uważali za swój obowiązek oznajmić, że równocześnie toczy się drugie śledztwo. Kieruje niem pan Tabaret, który przebiega okolicę w lekkim kabriolecie. Musiał działać z piorunującą szybkością, bo wszędzie, gdziekolwiek przyszli, już przedtem go widziano. Pod swojemi rozkazami ma co najmniej tuzin ludzi, z których trzech albo czterech pochodzi z ulicy Jerozolimskiej. Każdy ajent zdybał go — z każdym mówił. Do jednego rzekł:
— Na co, do kata, pokazujesz tę fotografję? W pięciu dniach zgłosi się tysiąc świadków, z których każdy, chcąc zarobić trzy franki, przysięże, że takiego samego człowieka widział we wtorek w pobliżu mieszkania wdowej Lerouge.
Tego samego dnia zszedłszy się w jednej z kawiarń w Bougival z dwoma ajentami, wziął ich na bok i przemówił temi słowy:
— Już go mam. Widziało go kilka osób; dwaj urzędnicy od kolei żelaznej i osoba trzecia, której zeznania będą rozstrzygające, bo z nią rozmawiał. Palił cygaro.
Pan Daburon wpadł w taki gniew, że niezwłocznie pojechał do Bougival, aby przywieść do Paryża Tabareta, który bezprawnie mieszał się w zakres jego działania. Ale podróż była bezskuteczną. Tabaret, koń i owych dwunastu ludzi — wszystko znikło...

Wróciwszy do siebie zmęczony i w najgorszym humorze sędzia śledczy zastał na biurku depeszę od naczelnika policji; w krótkich słowach wiele w sobie mieściła:
Rouen Niedziela.
Znalazłem człowieka. Dziś wieczór jedziemy do Paryża. Świadectwo ważne.
Gevrol.

VI.

W poniedziałek zrana, o godzinie dziewiątej, pan Daburon zamierzał wyjechać do pałacu Sprawiedliwości, gdzie spodziewał się zastać Gevrola, odszukanego marynarza, a może i ojca Tabareta.
Właśnie ukończył przygotowania, gdy wszedł służący oznajmiając, że jakaś młoda dama przyszła w towarzystwie drugiej, starszej, i chce z sędzią pomówić.
Nie chcąc wymienić swojego nazwiska, oświadczyła, że uczyni to tylko wtedy, gdyby od tego zawisło widzenie się z panem Daburon.
— Proś ją, — odpowiedział sędzia.
Sądził, że musi to być jakaś kuzynka jednego z obżałowanych, których miał u siebie w śledztwie przed odkryciem zbrodni w Jonchère. W duszy przyrzekał sobie, że jak najprędzej załatwi się z nieproszonym gościem.
Stał obok kominka i szukał potrzebnego adresu w kosztownej skrzynce, wypełnionej po wierzch biletami wizytowemi. Łoskot otwierających się drzwi i szelest jedwabnej sukni, ślizgającej się po woskowanej posadzce, bynajmniej go nie rozciekawiły; nawet nie raczył odwrócić głowy.
Ale w tej samej chwili cofnął się przestraszony, jak gdyby przed sobą ujrzał straszne widziadło. Zmieszany wypuścił z rąk skrzyneczkę, która padając na marmurowy wierzch kominka, rozpękła się na dwoje.
— Klara!... — wyjąknął, — Klara!...
Była to rzeczywiście panna d’Arlange.
Ta dumna i dzika dziewica, zniżała się tak dalece, że przyszła do jego mieszkania prawie sama, albowiem guwernantka, która jej towarzyszyła, pozostała w przedpokoju. Musiała iść za popędem bardzo potężnego uczucia, kiedy zaparła się wrodzonej bojaźliwości.
Nigdy, nawet wówczas, kiedy widzieć ją, było dla niego najwyższem szczęściem, nie wydawała mu się tak zachwycającą. Jej piękność, owiana słodką melancholia, jaśniała całym blaskiem. Na twarzy malował się wyraz, którego dawniej nigdy nie dostrzegł. W oczach, którym świeżo otarte łzy nadały dziwnego blasku, pałało szlachetne postanowienie. Nie trudno było zrozumieć, że przyszła spełnić wielki obowiązek — i że z heroizmem wywiąże się z tego zadania.
Zbliżyła się spokojnie i z godnością — a potem podała rękę sędziemu, stosownie do zwyczaju angielskiego, który nie jednej kobiecie użycza nowego powabu.
— Jesteśmy zawsze przyjaciołmi, nieprawda? — zapytała z smutnym uśmiechem.
Sędzia nie miał odwagi uścisnąć rękę, którą mu Klara podała bez rękawiczki. Zaledwie dotknął się jej końcem palców, jak gdyby lękał się zbytniego wzruszenia.
— Zawsze, — odpowiedział głosem niezrozumiałym; — zawsze jestem z równem przywiązaniem.
Panna d’Arlange usiadła w tym samym fotelu, w którym przed dwoma dniami ojciec Tabaret układał uwięzienie Alberta. Pan Daburon stał opodal, wsparty łokciem o biurko.
— Czy wiesz pan po co przychodzę? — zapytała młoda dziewica.
Skinieniem głowy zrobił znak potwierdzający.
Domyślawszy się wszystkiego, pytał teraz sam siebie, azali będzie mógł oprzeć się prośbom tych drobnych usteczek.
— O tej strasznej historji, dowiedziałam się dopiero wczoraj, ciągnęła Klara, uważano za stosowne taić ją przedemną, a gdyby nie poczciwa panna Schmidt, jeszcze i teraz nie byłabym wiedziała. Jak okropną noc przepędziłam! Z początku byłam przestraszoną, ale dowiedziawszy się, że wszystko od pana zawisło, trwoga moja znikła natychmiast. Nie prawdaż, że tylko dla mnie zająłeś się pan tą sprawą? Ach! pan jesteś dobry, wiem o tem... Jakżeż wyrazić panu moją wdzięczność...
Czy mogło być większe poniżenie dla zacnego sędziego? Prawda, z początku myślał o pannie d’Arlange, ale potem!... Zwiesił głowę, chcąc uniknąć czystego i dumnego spojrzenia Klary.
— Nie dziękuj mi, pani, — szepnął, — nie mam prawa do twojej wdzięczności...
Klara sama była zanadto wzruszona, żeby mogła dostrzedz zmieszanie na twarzy sędziego. Ale drżący jego głos, zajął jej uwagę; tylko nie mogła zrozumieć powodów. Myślała, że jej obecność obudziła w nim bolesne wspomnienie, że zapewne jeszcze ją kocha i dla tego cierpi. Ta myśl zasmuciła ją i wywołała rumieniec wstydu.
— A jednak, — ciągnęła, — nie przestanę pana błogosławić. Kto wie, czy miałabym odwagę pójść do innego sędziego i mówić z nieznajomym. (więcej książek Émile Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach) Zresztą, czy inny, nie znając mię, mógłby zaufać moim słowom? Gdy tymczasem pan, jako człowiek wspaniałomyślny, uspokoisz mię i powiesz, z jakiego powodu został on uwięziony i wrzucony do kaźni...
— Niestety! — westchnął sędzia tak cicho, że Klara zaledwie go usłyszała, nie pojmując strasznego znaczenia tego wykrzyknika.
— Wobec pana, — mówiła, — nie boję się... Pan jesteś moim przyjacielem, pan mi to przyrzekłeś. Pan nie odrzucisz mojej prośby. Wypuść go na wolność. Wprawdzie nie wiem, co mu zarzucają, ale to wiem, że jest niewinnym...
Klara mówiła jak osoba pewna siebie, nie widząca dla swojego prostego i naturalnego żądania żadnych przeszkód. Formalne zapewnienie, dane przez nią, powinny było wystarczyć. Jednem słowem pan Daburon mógł wszystko naprawić. Ale on milczał. Sędzia podziwiał tę świętą nieświadomość złego, tę naiwną i czystą pewność, która o niczem nie wątpi. Prawda, że pomimowoli zraniła go z początku; lecz o tem już zapomniał.
Położenie jego było okropne. Bał się zburzyć cały gmach szczęścia tej dziewicy. Ale święty obowiązek nakazywał stanowczość.
— A gdybym pani powiedział, — zaczął po niejakim namyśle, — że pan Albert jest winnym!
Podniosła się w fotelu, protestując niemym ruchem. Sędzia jeszcze raz powtórzył:
— A gdyby pan Albert był winnym?
— Ach! panie, — przerwała Klara, pan tak nie myślisz!
— Niestety, myślę, — wyjąknął sędzia smutnym głosem, — a nawet dodam, że mam moralne przekonanie.
Klara patrzyła na Daburona z głębokiem zdumieniem. Czy on to powiedział? Czy dobrze słyszała? Czy zrozumiała? Czy mówił na serjo? Czy chciał ją tylko podrażnić? W jednem mgnieniu oka zadała sobie wszystkie te pytania, bo wszystko wydawało jej się prawdopodobniejszem, aniżeli właśnie to, co powiedział.
On zaś, niemając odwagi podnieść oczu, mówił dalej tonem szczerego współczucia:
— Bardzo nad panią boleję, ale mam straszną odwagę wyjaśnić pani prawdę. Lepiej dla ciebie, jeśli dowiesz się o wszystkiem z ust przyjaciela... A więc zbierz całą energje i przygotuj szlachetną duszę na wielkie nieszczęście. Nie, sprawiedliwość wcale się nie myli. Pan wice-hrabia de Commarin jest posądzony o morderstwo, a wszystko — rozumiesz mię, pani? — wszystko udowadnia, że jest winnym...
Pan Daburon wygłosił powoli, słowo po słowie, ten ostatni frazes, jak lekarz, który po kropli wlewa do szklanki niebezpieczne lekarstwo. Z pod oka śledził następstwa, a w każdem miejscu był gotów przerwać, jeśliby wrażenie było zanadto gwałtowne. Nie przypuszczał, by trwożliwa i tkliwa aż do zbytku, mogła bez omdlenia wysłuchać strasznego odkrycia. Spodziewał się wybuchu rozpaczy, łez, krzyków spazmatycznych. Kto wie, czy nie padnie bezprzytomna, a w takim razie będzie potrzeba wezwać pomocy panny Schmidt.
Omylił się. Klara podniosła się w milczeniu jak symbol odwagi i stałości. Płomień obrażonej dumy oblał jej jagody i osuszył łzy.
— Kłamstwo! — zawołała, — a ci, którzy to powiedzieli, skłamali. Nie, on nie jest, on nie może być mordercą! Chociażby sam przyszedł, panie sędzio, i powiedział mi: „Tak jest,“ — jabym mu nie uwierzyła i zawołała jeszcze raz: Kłamstwo!
— Jeszcze się nie przyznał, — ciągnął sędzia, — ale przyzna się... A gdyby nawet przeczył!... Więcej mamy dowodów, aniżeli potrzeba, żeby go skazać. Zarzuty, świadczące przeciw niemu są tak niemożebne do zaprzeczenia, jak niepodobna twierdzić, że teraz noc a nie dzień.
— A jednak, — przerwała panna d’Arlange głosem, w którym zagrała cała jej dusza, — ja twierdzę, ja powtarzam, że sprawiedliwość myli się tym razem. Tak, on jest niewinny! Będę tego pewną nawet wtedy, kiedy wraz z panem cały świat zwróci się przeciw niemu. Czy pan wiesz, że znam go lepiej, aniżeli on sam siebie, że moja wiara w niego jest bezwzględną, jak wiara w Boga, i że stokroć prędzej zwątpiłabym o sobie, aniżeli o nim!...
Sędzia śledczy chciał bojaźliwie zrobić jakąś uwagę, lecz Klara nie pozwoliła mu przyjść do słowa.
— Czy aby pana przekonać, potrzebuję zapomnieć, że jestem dziewczyną i że mówię nie do matki, ale do mężczyzny? Dla niego zrobię to. Już od czterech lat, mój panie, kochamy się wzajemnie. Przez cały ten czas nie ukryłam przed nim ani jednej myśli, a on nie ukrył także żadnej przedemną. Przez cztery lata nie mieliśmy żadnej tajemnicy; żył we mnie, ja zaś żyłam w nim. Tylko ja jedna mogę powiedzieć, o ile jest godnym miłości. Tylko ja jedna wiem, jak szczytną jest jego dusza, jak szlachetne są jego myśli, jak wspaniałomyślne są jego uczucia! A pan robisz z niego mordercę. A jednak i on był bardzo nieszczęśliwy, lubo cały świat zazdrościł mu świetnego losu. Jak ja — i on żył sam na świecie; ojciec nigdy go nie kochał. Wspierając się wzajemnie, spędziliśmy nie jedną gorzką chwilę. Dla czego, mój panie, powiedz mi, dla czego zrobiłeś z niego kryminalistę?...
— Ani nazwisko, ani majątek hrabi de Commarin, nie należały do niego, dowiedział się o tem nagle. Tylko pewna podeszła niewiasta mogła to powiedzieć. Aby utrzymać się na dawnem stanowisku, zabił ją...
— Jaka podłota! — zawołała młoda dziewczyna, — co za obrzydliwe i niezręczne oszczerstwo! Ja wiem o tej upadłej wielkości, sam mi to powiedział. Prawda, od trzech dni odkryte nieszczęście bardzo go przygniotło. Lecz jeśli cierpiał, to z pewnością nie przez wzgląd na siebie, ale na mnie... Rozpaczał, myśląc, że może będę smutną, dowiedziawszy się, iż nie może mi ofiarować tyle, ile wymarzyła jego miłość. Ja miałabym się smucić! Cóż mię obchodzą te wielkie nazwiska i olbrzymie fortuny! Ja im zawdzięczam tylko moje nieszczęście. Alboż kochałam go dla stanowiska? Oto com mu odpowiedziała. A on, smutny z początku, natychmiast odzyskał dawną wesołość. Dziękował mi mówiąc: „Jeśli mię kochasz, mniejsza o wszystko.“ Wtedy kłóciłam się z nim, że mógł bodaj chwilkę o mnie powątpiewać. I po tem, co między nami zaszło, miałby pójść i zabić jakąś starą niewiastę! Pan nie ośmielisz się drugi raz to powtórzyć...
Panna d’Arlange wstrzymała się z uśmiechem zwycięztwa na ustach. Uśmiech ten znaczył: „Przecież mi się udało zwyciężyć pana; co teraz odpowiesz?“
Ale sędzia śledczy rozprószył prędko czarodziejską ułudę nieszczęśliwego dziecka.
— Pani nie wiesz, — odparł, — po jakich bezdrożach tuła się nieraz rozum nawet najzacniejszego człowieka. Bóg moim świadkiem, że ani pomyślałem wątpić o prawdziwości słów pani, ale wyobraź sobie wielkość nieszczęścia, które nagle spadło na pana de Commarin. Czy jesteś pani pewną, że rozstawszy się z nią, nie uległ rozpaczy, która do ostateczności może doprowadzić? Kto wie, czy nie działał pod wpływem chwilowego szału, bez świadomości swojego czynu. Może w ten sposób trzeba zbrodnię tłumaczyć.
Twarz panny d’Arlange oblała się śmiertelną bladością i wyrażała najgłębszą trwogę. Sędzia był pewny, że powątpiewanie zagnieździło się już w jej szlachetnej i czystej wierze.
— Chyba, że stracił zmysły, — szepnęła.
— Bardzo być może, — odpowiedział sędzia, — chociaż okoliczności towarzyszące zbrodni, świadczą o roztropnem obmyśleniu. Wierz mi, pani, trzeba wątpić... Modląc się, czekaj końca tej przerażającej sprawy. Usłuchaj mojego głosu, głosu przyjaciela. Niegdyś ufałaś mi, jak córka ojcu, — sama mi to powiedziałaś: nie odrzucaj teraz moich rad. W milczeniu czekaj. Ukrywaj przed całym światem swoją słuszną boleść, bo kto wie, ażali później nie musiałabyś sobie wyrzucać, żeś ją nierozważnie zdradziła. Młoda, bez doświadczenia, przewodnika, matki, niestety! źle umieściłaś pierwsze uczucia...
— Nie, panie, nie! — wyjąkła Klara. — Ach! — dodała, — pan mówisz jak wszyscy inni, jak ten świat mądry i samolubny, którym gardzę i którego nienawidzę.
— Biedne dziecko! — ciągnął pan Daburon, nielitościwy w swojem współczuciu; — biedna dziewczyna! Oto pierwsze twoje rozczarowanie. Trudno sobie wymarzyć straszniejsze; nie każda kobieta mogłaby je znieść z równą odwagą. Ale pani jesteś młoda, pani masz siłę, twoje życie nie będzie złamane... Nie zadługo uczujesz sama wstręt do tej zbrodni... Wiem z doświadczenia, że nie ma ran, którychby czas nie zdołał zasklepić.
Klara nie słuchała sędziego; jego słowa brzmiały jej w uszach jak bezładny szum... nie pojmowała ich treści...
— Nie rozumiem pana, — przerwała, — jaką dajesz mi radę?
— Jedyną, jaką dyktuje mi rozum, a którą wysnuwam z przywiązania do pani. Mówię do ciebie jak brat tkliwy. Odwagi, Klaro, poddaj się najboleśniejszej, największej ofierze, jakiej honor może domagać się od dziewicy. Tak, opłakuj — opłakuj swoją sprofanowaną miłość, ale wyrzecz się jej na zawsze. Proś Boga, aby zesłał zapomnienie. Ten którego kochałaś, nie jest ciebie godny...
Sędzia wstrzymał się nieco strwożony. Panna d’Arlange zsiniała jak trup...
Ale chociaż ciało upadało, dusza była jeszcze dość silna.
— Przecież powiedziałeś pan przed chwilą, — szepnęła głosem obumarłym, — że zbrodnię mógł popełnić pod wpływem szaleństwa...
— Nie inaczej, to bardzo możebne.
— W takim razie, mój panie, kto nie wie co czyni, nie jest winnym.
Sędzia śledczy zapomniał o pewnych niepokojących zapytaniach, które niegdyś, po wyzdrowieniu, zadawał sobie w łóżku.
— Ani sprawiedliwość, ani społeczeństwo, — odpowiedział bez namysłu, — nie mogą tego osądzić. Tylko Bóg jeden, który czyta w naszych sercach, może rozstrzygać w rzeczach, przechodzących ludzkie pojęcie. Dla nas pan de Commarin jest zbrodniarzem. Być może, że ze względu na niektóre okoliczności, kara będzie mniej surową, ale skutek moralny pozostanie niezmienny. Być może, że go uwolnią — pragnę tego, lubo się nie spodziewam ale mimo to będzie on zawsze shańbionym. Nigdy nie oczyści się z podejrzenia, że nikczemnie krew przelał. A więc rezygnacji, panno Klaro!...
Panna d’Arlange przerwała sędziemu piorunującem spojrzeniem.
— To znaczy! — zawołała, — że pan mi radzisz, abym go opuściła w tem wielkiem nieszczęściu. Wszyscy od niego się oddalają, a pan w swojej mądrości żądasz, ażebym zrobiła jak wszyscy. Mówiono mi, że wobec nieszczęśliwego, przyjaciele tak postępują. Kobiety, nie! Kiedy już ostatni przyjaciel haniebnie uciecze, kiedy ostatni krewny cofnie się i umyje ręce, kobieta zbliży się z pomocą, ze słowami pociechy i zostanie!
Sędzia żałował, że zaszedł za daleko; szczególnie Klara budziła w nim najwyższą obawę. Chciał jej przerwać, ale daremnie.
— Mogę być bojaźliwą, — mówiła z wzrastającą energja, — ale nie będę podłą. Wybrałam Alberta dobrowolnie, cokolwiek się stanie, ja się go nie zaprę! Nie, nigdy nie powiem: „Nie znam tego człowieka. Byłby mi oddał połowę swojej świetności i swojego majątku; czy chce, czy nie chce, ja dziś biorę połowę jego hańby i nieszczęścia! Dla dwojga kochających się serc, brzemię będzie mniej ciężkie. Uderz pan! Tak się przycisnę do jego piersi, że każdy pocisk, przeciw niemu wymierzony, i mnie dosięże! Pan, który mi radzisz zapomnieć, powiedz mi, gdzie można znaleźć zapomnienie! Ja, miałabym zapomnieć! Alboż mogłabym, gdybym nawet chciała? Ale ja nie chcę. Ja go kocham; a jak nie mogę rozkazać sercu, żeby w tej chwili bić przestało, tak nie mogę zaprzeć się tego szlachetnego uczucia. Jest więźniem, posądzonym o morderstwo; niech i tak będzie — ja go kocham. Jest winnym! co mię to obchodzi? ja go kocham. Pan go zasądzisz, pan go hańbą napiętnujesz; zasądzonego i napiętnowanego hańbą, ja go jeszcze będę kochała. Wyszlesz go na galery, ja pójdę za nim, i tam, pod suknią skazańca, ja go wiecznie będę kochała! Niech runie w przepaść, ja runę za nim! Nic, nic nas nie rozłączy, nawet śmierć! Jeśli wstąpi na rusztowanie, czuję, że ten cios i mnie zabije...
Pan Daburon ukrył twarz w obu dłoniach, lękał się bowiem, ażeby Klara nie dostrzegła na jego twarzy wymownych śladów zbytniej boleści.
— Jak ona go kocha! — myślał, — jak ona go kocha!...
Jego umysł gubił się w tłoku najczarniejszych refleksji. Miliardy szpilek zazdrości raniły mu serce. Jakże byłby szczęśliwy, gdyby on był przedmiotem tej gwałtownej namiętności, która przed nim wybuchła! A on sam miał niegdyś duszę gorącą i młodą, pragnącą miłości. Kto się o to troszczył? Poważano go, ceniono, nawet bano się, ale nie kochano — i ponoćnikt już kochać go nie będzie!... Czy nie był godnym? Dlaczegóż tylu ludzi przechodzi przez świat, nie zaznawszy rozkoszy miłości, podczas gdy drudzy, a nieraz i nikczemni, posiadają tajemniczą władzę rozbudzania namiętności, zdolnej do największych ofiar? Czy kobiety nie mają rozumu?
Milczenie panny d’Arlange pojednało sędziego z rzeczywistością.
Spojrzał na nią. Złamana samą gwałtownością egzaltacji, leżała w fotelu i z taką trudnością oddychała, iż pan Daburon sądził, że się jej słabo zrobiło. Szybko wyciągnął rękę, chcąc zadzwonić i wezwać pomocy. Ale Klara w czas go zatrzymała.
— Co pan chcesz czynić? — zapytała.
— Pani jesteś cierpiącą, — szepnął, — chciałem...
— Nic mi nie jest, — odparła, — nic... Na pozór wydaję się słabą, ale wierz pan, że jestem mocną, bardzo mocną! Prawda, że tak cierpię, jak nigdy nie przypuszczałam, żeby można cierpieć. Najstraszniej to mię boli, że musiałam zaprzeć się nawet wstydu. Musisz pan być zadowolony, że rozdarłam wszystkie zasłony, że mogłeś czytać w głębi mojego serca. Ale ja tego nie żałuję, bo uczyniłam to dla niego. Tylko to sobie wyrzucam, żem się zniżyła do bronienia jego niewinności. Pańska pewność zmięszała mię... Ale on przebaczy mi obelgę, wyrządzoną jego charakterowi. Człowieka, jak on, nie można bronić; powinno się udowodnić jego niewinność. Przy pomocy Boga — udowodnię!
Panna d’ Arlange podniosła się z godnością, jak gdyby chciała odejść, ale pan Daburon zatrzymał ją ruchem ręki.
Według jego przekonania, nieszczęście biednej dziewczyny byłoby jeszcze większe, jeśliby jej pozwolił odejść pod wpływem takiej ułudy. Skoro raz odważył się zacząć, powinien teraz zdążyć do celu. W dobrej wierze wmawiał w siebie, że w ten sposób ocali Klarę, chroniąc ją na przyszłość od słusznych wyrzutów. Chirurg zacząwszy niebezpieczną operację, musi ją skończyć, albowiem w przeciwnym razie, chory rzuca się, cierpi i krzyczy.
— Bardzo mi przykro, pani... zaczął.
Klara nie pozwoliła dokończyć.
— Dość, panie sędzio, dość! Cokolwiek chcesz powiedzieć jest zbyteczne. Szanuję pańskie nieszczęśliwe przekonanie, a nawzajem żądam niejakich względów dla mojego. Gdybyś pan w rzeczy samej był moim przyjacielem, rzekłabym otwarcie: Wspieraj mię w trudnem zadaniu. Ale pan byś tego nie uczynił...
Widocznie Klara czyniła wszystko, byle rozdrażnić sędziego. Jej namiętność wysławiała się tak samo, jak logika pana Tabareta. Kobiety ani rozbierają, ani rozumują; one czują i wierzą. W tem też leży ich wyższość. W oczach Klary pan Daburon był jej nieprzyjacielem, bo nie czuł jak ona.
Sędzia śledczy zrozumiał obelgę. Dręczony wyrzutami sumienia z jednej, a przekonaniem z drugiej strony, obsaczony przez obowiązek i namiętność — nie mógł teraz nic obmyśleć, nic postanowić. Szamotał się od trzech dni, jak dziecię, upierające się przy niedorzecznem żądaniu. Ale czemu upierał się przy twierdzeniu, że Albert jest winnym? On, który tak miłosiernym okazywał się dla każdego obżałowanego, nie chciał przypuścić możliwej pomyłki wobec tego jednego...
— Gdybyś pani znała dowody, które mam w ręku, — rzekł tonem zimnym, świadczącym o niezłomnem postanowieniu, — rozstałabyś się z resztą nadziei.
— Mów pan! — napierała Klara.
— Pani chcesz tego? Niech się stanie. Jeśli pani żądasz, rozbiorę szczegółowo wszystkie zarzuty, znajdujące się w posiadaniu sądu, bo pani wiesz, że nie od dziś do ciebie należę... Ale na co nam drobiazgów! Jest dowód jeden, najważniejszy, który sam może rozstrzygnąć. Morderstwo zostało dokonane w tłusty wtorek wieczór, a oskarżony nie umie powiedzieć, jak i gdzie spędził ten wieczór. A jednak wyszedł z domu, wrócił zaś dopiero o drugiej po północy. Ubiór był na nim podarty i powalany, a rękawiczki podrapane.
— Dosyć, panie sędzio, dosyć! — zawołała Klara, której oczy zajaśniały nagle najżywszą radością. — Pan mówisz że to był wieczór w tłusty wtorek?
— Tak, pani.
— Ach! ja byłam pewna, — wołała tonem zwycięzcy, — ja przecież panu mówiłam, że on jest niewinny!
Złożyła ręce a po ruchu ust można było poznać, że się modli.
Wyraz najżywszej ufności, ozdobił jej piękne oblicze. Przepełnione szczęściem serce, składało Bogu gorącą podziękę.
Sędzia był zbity z tropu. Z gorączkową niecierpliwością oczekiwał wyjaśnień.
— A więc? — zapytał bojaźliwie.
— Panie, — odpowiedziała Klara, — jeśli to największy dowód, to mogę pana zapewnić, że nie jest on żadnym dowodem. Albert spędził ów wieczór u mnie...
— U pani? — wyjąknął sędzia.
Pan Daburon był ogłuszony. Czy to we śnie, czy na jawie? Ramiona opadły mu bezładnie.
— Jakto! — mówił z wzrastającym niepokojem, — jakto, wicehrabia był u pani?... Zapewne musieli go widzieć słudzy, babka, guwernantka; zapewne z nim mówili!
— Nie, panie. Był i wyszedł, ale nikt go nie widział. Chciał być sam ze mną.
— Ach! — wtrącił sędzia i wolniej odetchnął.
Okrzyk ten tak się miał tłumaczyć: „Wszystko rozumiem; ale tego już za wiele. Chce go ratować kosztem własnej reputacji. Biedna dziewczyna!“
To „Ach!“ zrozumiała inaczej panna d’Arlange. Myślała, że pan Daburon dziwi się, iż ona ośmieliła się dać schadzkę Albertowi.
— Pańskie zdziwienie jest obelżywe, — rzekła.
— Pani!...
— Córka takich jak ja rodziców, może przyjmować narzeczonego bez niebezpieczeństwa i z pewnością nie będzie się potrzebowała rumienić...
Mówiła to, a równocześnie poczerwieniała ze wstydu, boleści i gniewu. Zaczęła nienawidzieć Daburona.
— Bynajmniej nie miałem obraźliwych myśli, jakie mi pani podsuwasz, — odpowiedział sędzia. — Pytałem się tylko, dla czego pan de Commarin, któremu bliski ślub pozwalał przychodzić otwarcie o każdej godzinie, uznał za stosowne widzieć się z panią pokryjomu?... Pytam się także, jakim sposobem mógł na tej schadzce podrzeć na sobie suknie?...
— To znaczy, panie sędzio, — podchwyciła Klara z goryczą, że pan wątpisz o prawdzie słów moich.
— Są okoliczności, pani...
— Pan mię posądzasz o kłamstwo, pan!... Bądź pan pewny, że gdybyśmy byli winnymi, nie zniżylibyśmy się aż do usprawiedliwienia. Mybyśmy pewnie ani prosili, ani żebrali łaski!
Dumny i uszczypliwy ton panny d’Arlange, musiał obrazić sędziego. Jak ona go traktuje! A wszystko to dla tego, że nie chciał się dać oszukać.
— Przedewszystkiem, — odpowiedział poważnie, — jestem sędzią i mam obowiązek do spełnienia. Popełniono zbrodnię; zbieg okoliczności mówi, że pan Albert de Commarin jest winowajcą, więc każę go więzić. Wypytuję go i we własnych jego słowach widzę obciążające szczegóły. Pani twierdzisz, że one są fałszywe — ale to nie wystarcza. Jak długo przemawiałaś do mnie jak do przyjaciela, bolałem i współczułem. Teraz mówisz do sędziego, a ten sędzia odpowiada: Udowodnij!
— Moje słowo, panie...
— Udowodnij!
Panna d’ Arlange podniosła się zwolna, patrząc na sędziego wzrokiem zdziwienia i podejrzliwości.
— Czy byłbyś pan może szczęśliwym, — zapytała podniesionym głosem, — gdyby Albert był w rzeczy samej winnym? Czy pragniesz go skazać? Czy może pan nienawidzisz tego nieszczęśliwego, którego los spoczywa w twoim ręku? Omal że nie odpowiem potwierdzająco... Możesz pan ręczyć za swoją bezstronność? Czy dawne wspomnienia nie odgrywają tu żadnej roli? Czy może on być pewny, że pan, uzbrojony w nielitościwe prawo, nie ścigasz w nim współzawodnika?
— Tego za wiele! — mruknął sędzia, — za wiele!
— Czy wiesz pan, — ciągnęła Klara zimno, — że nasze położenie jest wyjątkowe i niebezpieczne? Pewnego dnia, dobrze to pamiętam, pan wynurzyłeś mi swoją miłość. Zdawało mi się, że to uczucie było szczere i głębokie; byłam wzruszoną. Musiałam je odrzucić, ponieważ kochałam innego; bolałam nad panem. Teraz ten drugi jest posądzony o popełnienie morderstwa, a pan jesteś jego sędzią. Ja zaś staję między wami, prosząc pana za tamtym. Przyjąć sąd nad nim, znaczy stać się wszystkiem dla niego, a tymczasem możnaby powiedzieć, że pan jesteś przeciw niemu...
Każde słowo Klary padało na serce pana Daburon, jak uderzenia ręką na jego twarz.
— Czy to ona mówi? Zkąd się u niej wzięła ta nagła odwaga i kto ją nauczył dobierać wyrazów, raniących jego serce?
— Pani, — rzekł, — boleść sprowadza cię z drogi rozważnego sądu. Tylko pani mogę to przebaczyć co usłyszałem. Twoja nieświadomość rzeczy robi cię niesprawiedliwą; pani się mylisz. Mnie przekonać, to nic — trzeba przekonać także i innych. Że ja pani wierzę, to całkiem naturalne — przecież znam panią. Ale czy drudzy uwierzą opowiadaniu prawdziwemu, według mnie, bardzo prawdziwemu — lecz dla nich nieprawdopodobnemu?
Łzy cisnęły się Klarze do oczu.
— Jeśli niesprawiedliwie obraziłam cię, panie, — rzekła głosem drżącym, — przebacz mi!... Nieszczęście robi mię złą.
— Pani nie możesz mię obrazić, — odparł sędzia, — przecież mówiłem, że należę do pani...
— Jeśli tak, to pomóż mi udowodnić, że to co mówię, jest szczerą prawdą. Wszystko panu opowiem.
Pan Daburon był głęboko przekonany, że Klara chce podejść jego dobrą wiarę. Mimo to jej pewność dziwiła go do najwyższego stopnia. Sam siebie pytał, jaką też bajkę mogła sobie ułożyć?
— Panie, — zaczęła Klara, — pan wiesz, jakie trudności stały na drodze mojemu związkowi z Albertem. Pan de Commarin nie chciał uznać mię za synowę, bo jestem biedną, bo nic nie mam. Albert walczył przez pięć lat, zanim udało mu się złamać upór ojca. Dwa razy hrabia ustąpił i dwa razy cofał dane słowo, mówiąc, że przyrzeczenie wydarto mu podstępem. Nakoniec będzie temu miesiąc, dobrowolnie dał przyrzeczenie. Tymczasem jego wahanie, powolność i obelżywe zrywania, obraziły śmiertelnie moją babkę. Pan znasz jej drażliwy charakter; muszę jednakże przyznać, że tym razem miała słuszność. Jakkolwiek dzień ślubu był już oznaczony, margrabina oświadczyła, że nie chce siebie i swoją wnuczkę skompromitować, albowiem hrabia mógłby z czasem powiedzieć, że nam wyświadczył łaskę. Po długich prośbach z mojej strony, ustąpiła nareszcie pod warunkiem, żeby aż do ogłoszenia ostatniej zapowiedzi, Albert spędzał u nas tylko dwie godziny na dzień, i to zaraz po objedzie, w jej obecności. Tego postanowienia nie mogliśmy już zniweczyć. Takie było położenie, gdy w niedzielę zrana przyniesiono mi bilet od Alberta. Donosił w nim, że sprawy pierwszorzędnej doniosłości nie pozwalają mu przyjść do nas. Co go mogło wstrzymać? Przeczuwałam jakieś nieszczęście. Nazajutrz oczekiwałam go z niecierpliwością, z obawą, ale zamiast Alberta przyszedł jego pokojowiec, z listem dla mnie, adresowanym do panny Schmidt. W tym liście Albert zaklinał mię, ażebym mu wyznaczyła schadzkę. Potrzebuje, twierdził, rozmówić się ze mną obszernie, ze mną samą i to jak najprędzej. Nasza przyszłość, dodał, zawisła od tego widzenia się... Pozwolił mi wybrać dzień i godzinę, prosząc tylko, ażebym się przed nikiem nie zwierzała. Nie wahałam się ani chwilę. Odpowiedziałam mu, że we wtorek wieczór, oczekuję go przy małej furtce ogrodowej, wiodącej na bezludną ulicę. Aby mię ostrzedz o swojem przybyciu, powinien zapukać do furtki, z uderzeniem dziewiątej na zegarze domu Inwalidów. Wiedziałam, że moja babka sprosiła na ten wieczór dość liczne grono przyjaciół; spodziewałam się, że zmyślając ból głowy, będę mogła wyjść z salonu i odzyskać wolność. Wiedziałam także, że margrabina d’Arlange zatrzyma przy sobie pannę Schmidt...
— Przepraszam panią, — przerwał nagle pan Daburon, — którego dnia pisałaś pani do pana Alberta?
— We wtorek.
— Możesz pani oznaczyć godzinę?
— Prawdopodobnie wysłałam list między drugą a trzecią z południa.
— Dziękuję pani. Słucham.
— Moje obliczenia, — ciągnęła Klara, — wcale mię nie zawiodły. Na kilka minut przed godziną dziewiątą byłam już wolną, więc szybko pobiegłam w umówione miejsce. Udało mi się znaleźć klucz od małej furtki, zaczęłam go próbować. Niestety! daremnie starałam się ją otworzyć, zamek zardzewiał, napróżno wytężałam wszystkie siły. Byłam w rozpaczy, słysząc, że na Inwalidach bije już dziewiąta. Po trzeciem uderzeniu, Albert zapukał. Natychmiast powiedziałam mu o niefortunnym wypadku i rzuciłam klucz przez mur, ażeby próbował z drugiej strony. I jego usiłowania były bezskuteczne. Zaczęłam go prosić o odroczenie schadzki do jutra. Odpowiedział, że to niemożebne, ponieważ tajemnica, którą ma mi wyjawić, nie cierpi zwłoki. Od trzech dni nosi się z nią i to go unieszczęśliwia. Jak pan łatwo możesz się domyśleć, rozmawialiśmy przez furtkę. Nakoniec oświadczył, że przelezie mur. Bojąc się jakiego wypadku, błagałam, by tego nie czynił. Pan wiesz, że mur jest bardzo wysoki i że jego wierzch jest najeżony kawałkami szkła potłuczonego, a prócz tego gałęzie rosnących w pobliżu akacyj, tworzą nad nim rodzaj żywopłotu. Ale on począł żartować z mojej obawy i rzekł, że tylko wyraźny zakaz z mojej strony może go wstrzymać od tego postanowienia. Nie miałam odwagi powiedzieć „nie.“ Na szczęście Albert jest bardzo zgrabny, więc bez wypadku znalazł się w ogrodzie. To, co mi miał powiedzieć, panie sędzio, odnosiło się do katastrofy, która go spotkała. Siedzieliśmy na małej ławeczce, pan wiesz, na tej samej, która znajduje się tuż koło gaiku; następnie, gdy deszcz zaczął padać, schroniliśmy się do altany. Po północy Albert odszedł spokojny i prawie wesół. Na ulicę dostał się w ten sam sposób, tylko z mniejszem niebezpieczeństwem, albowiem zmusiłam go do użycia ogrodowej drabinki, którą potem, gdy już był na drugiej stronie, położyłam wzdłuż, muru...
Ta opowieść, wygłoszona tonem prostym i naturalnym, zmięszała pana Daburona. Co o tem myśleć?
— Pani, — zapytał, — czy w chwili, kiedy pan Albert przełaził mur, deszcz już padał?
— Nie jeszcze. Pierwsze krople upadły, gdyśmy usiedli na ławce; przypominam to sobie bardzo dobrze, bo gdy rozprzestrzenił parasol, pomyślałam o Pawle i Wirginji.
— Pozwól pani... niezwłocznie będę na jej rozkazy...
Usiadł przy biurku i z największą szybkością napisał dwa listy.
W pierwszym rozkazywał, ażeby Albert był niezwłocznie przyprowadzony do pałacu Sprawiedliwości, do jego gabinetu.
W drugim polecał ajentom, ażeby natychmiast udali się na dzielnicę St. Germain, do pałacu d’Arlange, dla przekonania się, czy na murze znajdują się jakie ślady. Tłumaczył, że przez mur ktoś przełaził dwa razy, przed i po deszczu, skutkiem czego ślady powinne być odmienne. Zarazem polecał ajentom jak największą przezorność.
Zaledwie skończył, zadzwonił na służącego, który wszedł.
— Oto, — rzekł, — dwa listy, które wręczysz Konstantemu, mojemu pisarzowi. Poprosisz go, ażeby je odczytał — i natychmiast, rozumiesz? natychmiast kazał spełnić zawarte w nich rozkazy. Spiesz się, weź dorożkę, tylko prędko! Ach! jeszcze słowo... W razie, gdyby Konstanty nie był w moim gabinecie, poszlij po niego. A teraz na jednej nodze.
Pan Daburon wrócił do Klary.
— Czy przypadkiem nie zachowałaś pani listu, w którym pan Albert prosił cię o schadzkę?
— Owszem, panie sędzio, muszę go nawet mieć przy sobie.
Powstała, a poszukawszy w kieszeni, wyjęła pomięty papier.
— Oto jest.
Sędzia wziął papier. Podejrzenie szeptało mu złośliwie: Ten list kompromitujący znajduje się w sam raz w kieszeni Klary... Dziewczęta nie zwykły nosić przy sobie tego rodzaju biletów. Jednym rzutem oka odczytał list cały.
— Bez daty, — szepnął, bez pieczątki, bez niczego...
Klara nie słyszała; w tej chwili łamała sobie głowę nad pytaniem, jak udowodnić tę schadzkę.
— Panie! — zawołała nagle, — nie raz się zdarza, że gdy pragniemy być sami, właśnie ktoś nas widzi. Błagam pana, poszlij, po całą służbę mojej babki, wypytaj wszystkich kolejno, a kto wie, czy przez którego z nich Albert nie był widzianym.
— Wypytywać służbę!... Jakto?...
— Pan się boisz, żebym się nie skompromitowała? Mniejsza o to, byle on był wolny.
Pan Daburon musiał ją podziwiać.
Jakie szczytne przywiązanie tego dziewczęcia! Mniejsza czy mówi prawdę, czy zmyśla. Tylko on mógł ocenić gwałt, jaki sobie od godziny zadawała, on, który tak dobrze znał jej charakter.
— To jeszcze nie wszystko, — dodała; — klucz od małej furtki, który rzuciłam Albertowi, został u niego. Musiał go gdzieś schować. Jeśli go znajdziecie w jego mieszkaniu, będzie to dowodem, że Albert był w moim ogrodzie.
— Wydam stosowne rozkazy.
— Jest jeszcze jeden sposób, — podchwyciła Klara, — podczas gdy ja tu jestem, każ pan obejrzeć mur.
— Rozkazałem w jednym z tych listów, które wziął służący.
Klara powstała rozpromieniona i po drugi raz podała rękę sędziemu.
— Ach! dzięki! dzięki! — zawołała — stokrotne dzięki! Teraz widzę, że pan jesteś z nami. Ale jeszcze jedna myśl... Mój list z wtorku, Albert musi mieć u siebie.
— Nie ma, pani; spalił go...
Oczy Klary powlokły się chmurą — cofnęła się o krok.
Zdawało się jej, że w odpowiedzi sędziego przebijała się ironja. Ale posądzenie było niesłuszne. Sędzia pamiętał, że we wtorek po południu Albert rzucił w płomień na kominku list, który zapewne pochodził od narzeczonej. A więc do niej stosowały się słowa: „Nie zdoła mi się oprzeć.“ Sędzia widział teraz jasno.
— Czy przyznasz pani, pytał pan Daburon, — że wice-hrabia de Commarin, zamiast opowiedzieć nagą prawdę, starał się wprowadzić w błąd sprawiedliwość, przez co mnie samego naraził na największe nieprzyjemności...
— Zdaje mi się, panie sędzio, że człowiek honorowy nie może bez wyraźnego upoważnienia wyjawić, iż z młodą dziewczyną miał tajemniczą schadzkę. Prędzej można narazić swoje życie, niż honor tej, która mu zaufała. Ale bądź pan pewny, że Albert liczył na mnie...
Tłumaczeniu panny d’Arlange nie można było nic zarzucić.
— Sprawa jeszcze nie skończona, — podchwycił sędzia; — wszystko co z ust pani usłyszałem, będziesz pani musiała, powtórzyć w pałacu Sprawiedliwości, w moim gabinecie. Mój pisarz skreśli te zeznania, a pani je podpiszesz. Może z trudnością przyjdzie to pani uczynić, ale taka formalność jest niezbędną.
— Ach! panie, rozkazowi poddaję się z największą przyjemnością. Co może być dla mnie przykrem na myśl, że jemu tem służę? Alboż nie byłam na wszystko przygotowaną? Gdyby go byli powlekli do sali sędziów przysięgłych i tam byłabym chętnie poszła. Tak, byłabym poszła, i tam, wobec wszystkich, byłabym głośno zeznała prawdę. Bez wątpienia, — dodała smutnym tonem, — obecni patrzyliby na mnie jak na bohaterkę z romansu, ale co mię obchodzi opinja, nagana, albo pochwała świata, gdy jestem pewną, że on mię kocha?
Powstała, poprawiając zarzutkę i wstążki u kapelusza.
— Czy potrzebuję, — zapytała, — czekać przybycia ludzi, którzy poszli mur oglądnąć?
— To zbyteczne...
— W takim razie, rzekła Klara słodkim głosem, — nie pozostaje mi już nic, jak tylko prosić pana, — tu złożyła ręce, błagać pana, — oczy łzami jej zaszły, — ażebyś jak najprędzej wypuścił Alberta z więzienia.
— Zwrócę mu wolność, jak tylko będę mógł: daje pani na to moje słowo.
— Ach! jeszcze dziś, drogi panie Daburon, dziś, proszę pana — zaraz... Kiedy jest niewinnym, uczuj litość, przecież pan jesteś naszym przyjacielem. Czy chcesz, bym ci padła do nóg?
Sędzia szybko wyciągnął ramiona, aby ją wstrzymać.
Czuł dławienie — okropnie cierpiał.
Ach! jak zazdrościł losu swojemu więźniowi.
— To, o co mię pani prosisz, jest nie możebne do wykonania, — rzekł głosem przygasłym, — nie możebne, na honor!... Ach! gdyby to zawisło tylko odemnie!... nie mógłbym, chociażby nawet był winnym, oprzeć się łzom i prośbom pani.
Panna d’Arlange, tak silna przez cały czas, nie mogła wstrzymać się od głośnego łkania.
— Mój Boże! — zawołała, — on jęczy w więzieniu, a ja jestem wolną i nie mogę mu pomódz! Mój Boże! jakże ja cierpię!... Wielki Boże! naucz mię tej mowy, która porusza serca ludzkie! Komuż mam upaść do nóg, aby uzyskać łaskę?!
Wstrzymała się, zdziwiona własnemi słowy.
— Mówiłam o łasce? — podchwyciła dumnie, — on nie potrzebuje łaski! Dla czegóż jestem słabą kobietą? Czy nie znajdę człowieka, któryby mię chciał wesprzeć? Tak! — zawołała po chwili namysłu, — jest jeden człowiek, który powinien ratować Alberta, bo przecież on wtrącił go w tę przepaść, jest hrabia de Commarin! Jest jego ojcem, a opuścił go! A więc dobrze, pójdę do niego i przypomnę mu, że ma syna!...
Sędzia chciał ją wyprowadzić do przedpokoju, ale ona już wyszła z panną Schmidt.
Pan Daburon na pół obumarły, runął na fotel. W jego oczach perliły się łzy gorące.
— Oto kobieta! — szeptał do siebie. — Ach! mój wybór nie był pospolity. Od pierwszej chwili przeczuwałem w niej wszystkie wielkości...
Nigdy ją tak nie kochał i czuł, że nigdy go tak nie bolało, iż nie był kochany.
Ale pośród tych rozmyślań, podejrzenie ostre jak strzała, przeszyło jego mózg.
— Czy Klara mówiła prawdę? Czy tylko nie odegrała roli, której oddawna wyuczyła się na pamięć? Nie, z pewnością nie!
Ale kto wie, czy nie nadużyto jej dobrej wiary, czy ją samą nie oszukano?
W takim razie przepowiednie Tabareta sprawdziłyby się do ostatniej głoski.
Tabaret mówił: „Przygotuj się pan na niezachwiane alibi.“
Jak teraz zdemaskować kłamcę, którego Klara wspiera w dobrej wierze?
Jak rozbić zręcznie obmyślany plan, według którego obżałowany mógł bez mieszania się spokojnie oczekiwać przewidzianego rezultatu?
A jeśli opowieść Klary jest w rzeczy samej prawdziwą, jeśli Albert jest niewinnym!...
Sędzia gubił się w najrozmaitszych przypuszczeniach, z których każde było prawdopodobne, nie mogąc sam ułożyć żadnego projektu.
Powstał.
— A teraz, — rzekł głośno, — jak gdyby dla dodania sobie odwagi, — jedźmy do pałacu Sprawiedliwości, tam wszystko się wyjaśni...


VII.

Wizyta Klary zdziwiła pana Daburona.
Pan de Commarin zdziwił się jeszcze bardziej, skoro służący, wszedłszy do pokoju i nachyliwszy się do jego ucha, oznajmił, że panna d’Arlange pragnie pomówić chwilkę z panem hrabią.
Pan Daburon wypuścił z ręki kosztowną skrzyneczkę; pan de Commarin, który był właśnie przy stole, upuścił nóż na talerz.
I tak samo jak sędzia, powtórzył:
— Klara! Wahał się, ażali ma ją przyjąć, bo przewidywał scenę bolesną...
Ku niemu nie musiała czuć żadnego, albo przynajmniej bardzo małe przywiązanie, bo przecież on odtrącał ją od lat tylu. Po co teraz przyszła? Zapewne chciała się wywiedzieć o losie Alberta. Co odpowiedzieć?
Prawdopodobnie dostanie ataku nerwowego, co dla żołądka po jedzeniu może być bardzo niebezpiecznem, bo utrudni siłę trawienia...
Jednakowoż pomyślawszy, jak wielką boleść przejść musiała, postanowił być miłosierniejszym.
Powiedział sobie, że byłoby niegodnem jego charakteru, gdyby tę, która miała być jego córką, wice-hrabiną de Commarin, odtrącił od swojego progu.
Wydał przeto rozkaz, aby ją poproszono do małego salonu na dole, dokąd zaraz przyjdzie.
Rzeczywiście, w kilka sekund wstał od stołu, apetyt bowiem opuścił go na samą wiadomość o tej wizycie. Przygotował się na najgorsze.
Jak tylko wszedł, Klara powitała go tym pełnym godności ukłonem, którego nauczyła się od babki, markizy d’Arlange.
— Panie hrabio... — zaczęła.
— Biedne dziecię, zapewne przyszłaś, ażeby się dowiedzieć o tym nieszczęśliwym?
Temi słowy przerwał Klarze, chcąc szybkiem zdążeniem do celu skrócić niemiłe odwiedziny.
— Nie, panie hrabio, — odpowiedziała dziewica, — raczej chcę panu podać nowe szczegóły. Czy pan wiesz, że on jest niewinny?
Hrabia wpatrywał się w nią uporczywie w przekonaniu, że boleść pomieszała jej zmysły. Ale w takim razie warjacja jej była bardzo spokojną.
— Nigdy o tem nie wątpiłam, — ciągnęła Klara, — ale teraz mam niezbite dowody.
— Czy dobrze pomyślałaś, moje biedne dziecię, nad tem co mówisz? — pytał hrabia, którego wzrok zdradzał niedowierzanie.
Panna d’Arlange zrozumiała, jakie myśli może mieć stary szlachcic.
— Wszystko co mówię, — odparła spokojnie, — jest szczerą prawdą i nie trudną do stwierdzenia. Właśnie przychodzę od sędziego śledczego, pana Daburen, który należy do przyjaciół mojej babki, a potem, co mu wyjawiłam, jest już przekonany, że na Albercie nie cięży żadna wina.
— Klaro! czy on ci to powiedział? — zawołał hrabia. — Moje dziecię, czy jesteś tego pewną, czy się nie mylisz?
— Nie, nie mylę się, panie hrabio. Wyjawiłam mu jedną rzecz, o której nikt nie wiedział, a o której Albert, jako człowiek honoru, nie mógł także mówić. Powiedziałam mu, że Albert spędził ze mną, w ogrodzie mojej babki cały ów wieczór, kiedy zbrodnia została popełnioną. Żądał odemnie schadzki...
— Ale twoje słowo nie wystarcza.
— Są dowody, a sprawiedliwość już je ma w ręku.
— Czy możebne! Wielki Boże! — zawołał hrabia, odchodząc od przytomności.
— Ach, panie hrabio! — zauważyła panna d’Arlange z goryczą, — pan jesteś jak sędzia, wierzyłeś w niemożliwe. Pan jesteś jego ojcem, a jednak podejrzywałeś! A więc pan go nie znałeś! Pan opuściłeś syna, nie starając się go bronić! Ach! ja się nie wahałam, nie!
Łatwo wierzymy w to, czego całą duszą pragniemy. Pan de Commarin nie był trudnym do przekonania. Nie rozmyślając, nie rozprawiając, uwierzył twierdzeniom Klary. Podzielał jej pewność nie pytając się, ażali postępował roztropnie.
W pierwszej chwili był tak ogłuszony pewnością sędziego, że pomimo woli powiedział sobie, iż nieprawdopodobieństwo jest prawdą — i pochylił czoło. Jedno słowo młodego dziewczęcia, naprowadziło go na inną drogę. Albert niewinny! Ta myśl zstąpiła na jego serce, jak rosa niebiańska.
W Klarze widział wysłannika szczęścia i nadziei.
Dopiero od trzech dni zmierzył wielkość swojego uczucia dla Alberta. Kochał go szczerze, ponieważ nigdy, pomimo strasznego podejrzenia co do prawdziwości swojego ojcowstwa, nie byłby się pojednał z myślą, że go będzie musiał oddalić od siebie.
Od trzech dni, wspomnienie zbrodni, zarzuconej temu nieszczęśliwemu i myśl kary, która Alberta czekała, zabijały go fizycznie i moralnie. A on jest niewinny!
Nie będzie już hańby, ani procesu skandalicznego, ani błota na tarczy herbowej; nazwisko Commarin nie będzie już wygłaszane przed trybunałem.
— W takim razie, panno Klaro, — rzekł hrabia, — powinni go zaraz uwolnić.
— Niestety! hrabio, daremnie błagałam, ażeby mu natychmiast zwrócono wolność. Nie prawdaż, że to słuszne, bardzo słuszne, kiedy jest niewinny? Ale sędzia odpowiedział, że to nie możliwe, bo on sam nie jest wszechwładnym i że los Alberta zawisł od wielu osób. Otrzymawszy taką odprawę, postanowiłam przyjść tu i prosić pana o pomoc.
— Czy jest co w mojej mocy?
— Przynajmniej zdaje mi się... Ja jestem biedną dziewczyną i nie znam nikogo. Nie wiem co potrzeba zrobić, ażeby go wyrwać z tego więzienia. A jednak musi być jakiś sposób. Przecież sprawiedliwość jest na prawdzie opartą. Czy pan nie użyjesz wszelkich środków możliwych, pan, który jesteś jego ojcem?
— Tak, tak, zrobię wszystko, — odparł żywo pan de Commarin, — tak, i to natychmiast.
Od uwięzienia Alberta, hrabia był pogrążony w czarnem osłupieniu. W swojej boleści głębokiej, nie widząc do koła siebie nic, prócz gruzów i nieszczęść, nie zrobił żadnego wysilenia, ażeby odzyskać jasność myśli. Ten człowiek, niegdyś tak ruchliwy i czynny, osłupiał jak dziecko. Lubował się w tym stanie paraliżu mózgowego, który nie pozwalał mu czuć wielkości nieszczęścia. Głos Klary zabrzmiał w jego uszach, jak trąba archanioła w dzień zmartwychwstania. Straszna noc uleciała, na widnokręgu ujrzał pierwszy blask poranny — odzyskał energię młodzieńczą.
— Chodźmy, — rzekł.
Ale niezwłocznie jego rozpromienione oblicze okryło się chmurą smutku, zmięszaną z gniewem.
— Ale gdzie pójdziemy? — pytał z pochyloną głową. — Gdzie? W jakie drzwi możemy na pewne zapukać? Dawniej byłbym poszedł do króla. Ale dziś!... Nawet sam wasz cesarz nie mógłby pogwałcić prawa. Odpowiedziałby mi, ażebym czekał na orzeczenie panów sędziów, i że nic nie może. Czekać!... A mój syn liczy minuty ze śmiertelnym niepokojem! Bez wątpienia, uzyskamy sprawiedliwość, lecz żeby do niej szybko zdążyć, potrzeba być panem sztuki, której uczą w nowoczesnych szkołach.
— Ale bądź co bądź, starajmy się, panie hrabio... — napierała Klara, — chodźmy do sądów, do jenerałów, ministrów, wszędzie! Tylko chodź ze mną, a ja będę mówiła, ja — i przekonasz się, że zwyciężymy.
Hrabia wziął w swoje dłonie drobne rączki Klary, ściskając je z ojcowską tkliwością.
— Cudowne dziecię! — zawołał z uniesieniem, — ty jesteś szlachetną i odważną! Klaro! dobra krew nie może zwieść. O! ty będziesz moją córką, i wy będziecie szczęśliwi, Albert i ty... Ale rozważ, że nie możemy rzucać się na oślep. Aby wiedzieć, do kogo właściwie mamy się udać, potrzebujemy przewodnika, adwokata, przyjaciela... Ach! — zawołał radośnie, — wygraliśmy! Noel!...
Klara podniosła ze zdziwieniem swoje piękne oczy na hrabiego.
— To mój syn, — odpowiedział pan de Commarin, widocznie zmięszany, mój drugi syn, brat Alberta. Najzacniejszy i najszlachetniejszy młodzieniec, dodał, przypomniawszy sobie szczęśliwie frazes pana Daburona. Jest adwokatem, pałac Sprawiedliwości zna wyśmienicie, więc on nas poprowadzi.
To imię Noel, rzucone pośród rozmowy czarującej nadzieją, zaniepokoiło Klarę.
Hrabia spostrzegł tę zmianę.
— Nie trwoż się, drogie dziecię, — ciągnął, Noel jest dobry i powiem ci więcej, on kocha Alberta. Nie potrząsaj głową, mała sceptyczko, Noel pierwszy mi powiedział, że nie wierzy w winę Alberta. Oświadczył mi, że dołoży wszelkich starań, aby rozchwiać błąd fatalny i że będzie jego adwokatem.
Ale te słowa nie uspokoiły młodą dziewicę. Mówiła do siebie: „Co dla Alberta uczynił ten Noel?“ Mimo to nie dała żadnej odpowiedzi.
— Poszlemy po niego, — mówił dalej pan de Commarin, — w tej chwili jest przy matce Alberta, która go wychowała. Ona właśnie kona...
— Matka Alberta?
— Tak, moje dziecię. Albert wytłumaczy ci tę zagadkę. Ale czas spieszy. Lecz zdaje mi się...
Wstrzymał się nagle. Pomyślał, że zamiast posyłać po Noela, byłoby może lepiej odwiedzić go u pani Gerdy. Tak więc zobaczy i Walerję, a od tak dawna chciał się z nią widzieć!
Są postanowienia, do których serce zmierza, a których jednakowoż radzibyśmy uniknąć, ponieważ wstrzymują nas tysiączne względy delikatne i rozważne.
Chcemy, pożądamy, pragniemy, a jednak walczymy, ścieramy się i opieramy. Ale niech się tylko zdarzy dobra sposobność, a nieomieszkamy z niej korzystać. Wtedy wobec nas samych mamy wymówkę.
W ten sposób ustępując prądowi namiętności, możemy sobie powiedzieć: „Nie ja tego chciałem, ale los.“
— Może byłoby lepiej, — zauważył hrabia, — gdybyśmy pojechali do Noela.
— A więc jedźmy.
— Ale, moje drogie dziecię, — rzekł wahając się hrabia, — nie wiem czy mogę, czy powinienem wziąć ciebie. Względy...
— Ach! panie hrabio, mniejsza o względy towarzyskie! — odparła żywo Klara. — Z tobą i dla niego pójdę nawet do piekła! Alboż nie potrzeba moich wyjaśnień? Zechciej pan tylko ostrzedz moją babkę przez pannę Schmidt, która tu będzie czekała naszego powrotu. Jestem na rozkazy, panie hrabio.
— Niech się stanie!
Pan de Commarin zadzwonił i krzyknął.
— Konie!
Na schodach podał ramię Klarze.
— Zrobiłaś mię młodszym o lat dwadzieścia, — mówił uprzejmie, — muszę zatem grać rolę człowieka młodego, bo tobie to zawdzięczam.
A gdy wsiedli do powozu, zawołał:
— Ulica św. Łazarza, tylko prędko!
Jeśli hrabia, wsiadając do powozu, wydał rozkaz: „Prędko!“ przechodnie powinni się mieć na baczności. Woźnica był bardzo zręczny — w oznaczonem miejscu stanęli bez przypadku.
— Wywiedziawszy się u odźwiernego, hrabia i Klara skierowali kroki ku apartamentom pani Gerdy.
Hrabia szedł powoli, trzymając się ręką poręcza i zatrzymując się co chwila dla nabrania oddechu. Za chwilę zobaczy Walerję! Wzruszenie ściskało mu serce.
— Czy jest pan Noel Gerdy? — zapytał służącę.
Adwokat właśnie co wyszedł. Nie wiedziano dokąd się udał, ale odchodząc, powiedział, że wróci najpóźniej za pół godziny.
— A więc poczekamy na niego, — rzekł hrabia.
Postąpił naprzód z Klarą, a służąca usunęła się na bok pokornie.
Wprawdzie Noel zakazał wpuszczać kogokolwiek, ale postać hrabi de Commarin była jedną z tych, które sługom każą zapomnąć o wszystkich zakazach.
W salonie, dokąd służąca wprowadziła Klarę i hrabiego, znajdowało się kilka osób.
Był tu proboszcz miejscowej parafji, lekarz i jakiś człowiek wysokiego wzrostu, oficer legji honorowej, w którym postawa i zachowanie się, zdradzały starego żołnierza.
Stojąc przy kominku, rozmawiali; zjawienie się nowo przybyłych, nie mało ich zdziwiło.
Odpowiedziawszy ukłonem na pozdrowienie pana de Commarin i Klary, rozmawiali się i radzili spojrzeniem.
Chwila wahania się była krótka.
Wojskowy przysunął fotel pannie d’Arlange.
Hrabia zrozumiał, że jego obecność była nie na rękę. Nie miał tyle odwagi, ażeby się przedstawić i wytłumaczyć swoją wizytę.
— Przepraszam panów, — rzekł nareszcie, — że jestem niegrzecznym. Nie myślałem, że nim będę pytając o pana Noela Gerdy, z którym koniecznie muszę się widzieć. Jestem hrabią de Commarin.
Usłyszawszy to nazwisko, stary żołnierz puścił fotel, który jeszcze trzymał i podniósł się w całej postawie. Błyskawica gniewu zajaśniała w jego oczach, a na ustach osiadł wyraz pogróżki. Chciał coś przemówić, ale się wstrzymał i z pochyloną głową odszedł ku oknu.
Ani hrabia, ani obaj drudzy panowie nie zauważali tych rozmaitych ruchów. Ale nie uszły one uwadze Klary.
Podczas gdy panna d’Arlange siadała na pozór spokojnie, hrabia dość zakłopotany swojem położeniem, zbliżywszy się do księdza, zapytał cichym głosem:
— W jakim stanie, księże proboszczu, znajduje się pani Gerdy?
Lekarz, który miał słuch delikatny, usłyszał zapytanie i szybko się zbliżył.
Uważał się za szczęśliwego, że może pomówić i zawrzeć znajomość z osobistością tak głośną i prawie znakomitą, jak hrabia de Commarin.
— Według wszelkiego prawdopodobieństwa, panie hrabio, — odrzekł wyręczając księdza, — nie przeżyje dnia.
Hrabia zbliżył rękę do czoła, jak gdyby go co zabolało. Wahał się z nowem zapytaniem.
Ale po dłuższym przeciągu grobowego milczenia, zdecydował się znowu zapytać:
— Czy odzyskała przytomność?
— Nie, mości hrabio. Od wczorajszego wieczoru zachodzą w niej wielkie zmiany. Przez całą noc było bardzo źle, miała częste napady szaleństwa. Przed godziną odzyskała nieco przytomność, więc niezwłocznie posłaliśmy po księdza proboszcza.
— Niestety za późno! — odrzekł kapłan, wielkie nieszczęście! Straciła głowę... Biedna kobieta! Znam ją od lat dziesięciu, przynajmniej raz na tydzień przyjmowała mię w swoim domu, trudno sobie wyobrazić szlachetniejszą osobę.
— Musi okrutnie cierpieć, — wtrącił lekarz.
Prawie natychmiast i jakby na potwierdzenie słów lekarza, z drugiego pokoju doleciały stłumione krzyki.
— Czy panowie słyszycie? — zawołał hrabia i zadrżał na całem ciele.
Klara nic nie rozumiała z tej sceny zagadkowej. Złowrogie przeczucia ściskały jej serce, czuła, że atmosfera nieszczęścia w okół ją oblała. Niewytłumaczona trwoga ogarnęła jej duszę. Powstawszy, zbliżyła się do hrabiego.
— Zapewne musi tam leżeć... — mówił dalej pan de Commarin, wskazując palcem na sypialnię, od której drzwi były otworzone...
— Tam, panie hrabio, — odrzekł surowym głosem stary żołnierz, zbliżając się do stojącej grupy.
W każdym innym razie, hrabia byłby zauważył ton tego starca. Ale teraz ani spojrzał na niego. Był nieczułym na wszystko. Alboż nie znajdował się od niej o dwa kroki? Jego myśli pożerał czas ubiegły. Zdawało mu się, że wczoraj widział i mówił z nią po raz ostatni.
— Radbym ją zobaczyć, — przemówił prawie trwożliwie.
— To niemożebne! — odparł wojskowy.
— Dla czego? — wyjąknął hrabia.
— Przynajmniej, panie de Commarin, — podchwycił żołnierz, — pozwól jej spokojnie umrzeć...
Hrabia cofnął się, jak gdyby przed pogróżką. Jego wzrok zbiegł się ze spojrzeniem starego żołnierza; spuścił oczy jak winowajca przed swoim sędzią.
— Ależ nic nie szkodzi, — przemówił lekarz, który udawał, że nic nie widzi, — pan hrabia może wejść do pani Gerdy... Prawdopodobnie nie pozna go — a gdyby nawet...
— Ach! ona nikogo nie poznaje, — odrzekł ksiądz, — mówiłem do niej, wziąłem ją za rękę, nic nie czuła.
Wojskowy długo rozważał.
— Wejdź pan, — rzekł nareszcie, — może sam Bóg tego chce...
Hrabia czuł się tak osłabionym, że lekarz chciał mu podać ramię. Odsunął go zlekka. Tuż za nim wszedł ksiądz i lekarz; stary żołnierz i Klara zatrzymali się u progu, naprzeciw łóżka.
Hrabia postąpił kilka kroków, ale musiał się wstrzymać. Chciał, ale nie mógł podejść dalej.
Ta konająca byłaż to Walerja?
Napróżno grzebał w wspomnieniach młodości; nic w tych wynędzniałych rysach, w tej boleścią wykrzywionej twarzy, nie przypominało pięknej, uwielbianej Walerji! Nie poznał ją...
Ale ona poznała go, albo raczej przeczuła. Zgalwanizowana siłą nadziemską, podniosła się, odsłaniając wychudłe piersi i ramiona. Gwałtownym ruchem ręki, odrzuciła zimny okład, opasujący czoło i usiadła na poduszkach.
— Gwido! — zawołała, — Gwido!
Hrabia uczuł zimny dreszcz w sercu. Stał więcej nieruchomo niż ci nieszczęśliwi, którzy według podania ludowego, rażeni piorunem, stoją prosto i dopiero za dotknięciem ręki padają i w proch się rozsypują.
Nie mógł dostrzedz tego, co widzieli obecni: zmiany na obliczu chorej. Jej rysy wyłagodniały, niebiańska radość rozlała się po całej twarzy, a zapadłe oczy jaśniały wyrazem nieskończonej czułości.
— Gwido! — przemówiła głosem upajającej słodyczy, — więc przecie! przyszedłeś! Ach! mój Boże! od jak dawna ciebie oczekuję!... Ty nie wiesz, ilem wycierpiała. Byłabym dawno umarła, gdyby nie nadzieja, że cię ujrzę. Ona dodawała mi siły... Trzymano cię zdala odemnie! Kto? Czy ciągle twoi rodzice? Jacy to źli ludzie! Więc ty im nie powiedziałeś, że tu, na ziemi, nikt ciebie tak jak ja nie kocha? Ale nie, to nie to, przypominam sobie... Alboż nie widziałam, w jakim gniewie wyszedłeś? Twoi przyjaciele chcieli cię odemnie oderwać; powiedzieli ci, że cię zdradzam... Komuż zrobiłam co złego, żeby mieć takich nieprzyjaciół! Ach! moje szczęście obudzało zazdrość... Myśmy byli tak szczęśliwi! Ale ty nie wierzysz w to haniebne oszczerstwo, ty niem gardzisz, bo przyszedłeś!...
Zakonnica, która widząc, że wszyscy wchodzą do sypialni konającej, powstała, patrzyła teraz zdumionemi oczyma.
— Ja miałabym cię zdradzać! — ciągnęła umierająca, — tylko szalony mógłby w to uwierzyć. Alboż nie byłam twoją własnością, cząstką twojej istoty? Dla mnie ty byłeś i jesteś wszystkiem. Czyż nie należałam do ciebie od pierwszego dnia? Gwido! Czy ty to pamiętasz? Pracowałam w fabryce koronek i nie miałam z czego żyć; ty mi powiedziałeś, że czynisz swoją powinność i że nie jesteś bogatym. Wierzyłam, że poświęcasz się, zabezpieczając mi byt. Ty sam chciałeś urządzić nasze maluczkie mieszkanie przy bulwarze Św. Michała. Czy pamiętasz owe piękne tapety, któreśmy własnemi naklejali rękami?
Ale ty zataiłeś prawdę! Ty nie byłeś biednym studentem. Pewnego dnia, odnosząc robotę, ujrzałam cię w świetnym powozie, a w tyle siedzieli lokaje w złotej liberji. Nie chciałam wierzyć własnym oczom. Ale wieczór wyjawiłeś sam tajemnicę, że byłeś szlachetnie urodzonym i niezmiernie bogatym. Ach! mój najdroższy! Na co mi to wyjawiłeś?
Czy była przy zmysłach, czy mówiła w gorączce?
Perliste łzy spływały po zmarszczonych jagodach pana de Commarin, a lekarz i proboszcz byli głęboko wzruszeni widokiem tego bolejącego starca, który płakał jak dziecko.
Jeszcze dnia poprzedniego hrabia wierzył, że serce jego na wieki obumarło — a tymczasem potrzeba było tylko tego głosu przenikliwego, aby mu zwrócić dawną tkliwość młodzieńczą. A jednak, ile lat upłynęło od tego czasu!...
— Wtedy, — ciągnęła pani Gerdy, — potrzeba było opuścić bulwar Św. Michała. Chciałeś tego; usłuchałam mimo złego przeczucia. Mówiłeś, że jeśli chcę ci się podobać, muszę być podobną do wielkiej damy. Dałeś mi metrów, bo byłam biedną, nieuczoną dziewczyną i zaledwie umiałam podpisać swoje nazwisko. Ach! Gwido, czemu nie byłeś biednym studentem? Od dnia, w którym dowiedziałam się, że jesteś bogatym, straciłam dawne zaufanie, wesołość i nietroskę o jutro. Gdybyś mię był posądził o chciwość! Gdybyś był przypuścił, że twój majątek robi na mnie wrażenie! Ludzie jak ty miljonowi, muszą być bardzo nieszczęśliwi! Wiem, że wszystkim niedowierzają. Nie raz im się zdaje, że nie ich samych, ale ich pieniądze kochamy. Ta straszna wątpliwość robi ich podejrzliwymi, zazdrosnymi i okrutnymi. Ach! mój jedyny przyjacielu, czemu porzuciliśmy nasze lube mieszkanko? Tam byliśmy tak szczęśliwi!... Alboż nie wiedziałeś, że szczęście gniewa i rani ludzi? Ach! myśmy powinni byli ukrywać naszą miłość jak zbrodnię. Chciałeś mię podnieść, a tymczasem poniżyłeś; byłeś dumnym z naszej miłości i głośno o niej mówiłeś. Napróżno błagałam cię o litość, aby zostać nieznaną w ukryciu.
Wkrótce dowiedziało się całe miasto, że byłam twoją kochanką. Cały świat mówił o twojej rozrzutności dla mnie. Ach! jakże się wstydziłam tego zbytku, którym mię otaczałeś. Byłeś zadowolony, że moja piękność stała się głośną; ja zaś płakałam gorzko, bo moja hańba była także głośną. Mówiono o mnie jak o jednej z tych kobiet, które rujnują magnatów. Alboż nie czytywałam mojego nazwiska w dziennikach! Ożeniłeś się... i o tem dowiedziałam się dopiero z dzienników. Nieszczęsna! powinnam cię była opuścić; niestety! nie miałam odwagi i siły...
Nikczemnie postanowiłam zostać twoją kochanką, chociaż ty do innej już należałeś. Nie raz, po okropnem nieszczęściu, pytałam się miłościwego Boga, za jaką zbrodnię tak srodze mię pokarał... O! zbrodnia była wielka: Ja byłam twoją kochanką, a twoja żona umarła. Widziałam ją tylko raz, przelotnie... Patrzyła na ciebie. Z jej spojrzenia wyczytałem, że cię kocha jak ja, Gwido! A nasza miłość ją zabiła...
Zatrzymała się wycieńczona; z przytomnych nie ośmielił się nikt podnieść głosu. Słuchali z religijnem skupieniem, z gorączkowem wzruszeniem — czekali.
Panna d’Arlange nie mogąc ustać na nogach, zsunęła się na kolana i konwulsyjnie przyciskała chusteczkę do ust, dla stłumienia łkań. Przecież ta kobieta jest matką Alberta!... Tylko zacna mniszka wcale nie była wzruszona; nie raz, — mówiła do siebie, — widziałam gorsze napady szaleństwa. Nic, zgoła nic nie rozumiała z tej sceny.
— Ci ludzie potracili głowy, — pomyślała, — że słuchają gorączkowych narzekań warjatki.
Zdawało jej się, że powinna mieć rozum za wszystkich. Zbliżywszy się do łoża, chciała nakryć chorą.
— Niech się pani nakryje, — rzekła dość rozkazująco, — nie trudno przeziębić się i dostać kataru.
— Siostro! — zawołał równocześnie lekarz i ksiądz.
— Do kroćset piorunów! — krzyknął stary żołnierz, — daj jej pokój, niech mówi.
— Któż więc, — ciągnęła chora, nieczuła na wszystko, co się do koła niej działo, — któż więc mógł ci powiedzieć, że ja ciebie zdradzałam? Ach! podli! Szpiegowano mię, nieprawdaż? Odkryto, że często odwiedzał mię jakiś oficer. Prawda! ale ten oficer, to mój brat, mój drogi Ludwik! Widząc, że w domu nie ma dostatków, zaciągnął się do wojska w ośmnastym roku życia. Niezadługo został oficerem, kapitanem, dowódzcą szwadronu. On mię zawsze kochał; gdyby on był w Paryżu, nie byłabym upadła. Ale matka umarła, a ja ujrzałam się sama w pośrodku tego olbrzymiego miasta. Był podoficerem gdy się dowiedział, że mam kochanka. Sądziłam, że się do mnie nie przyzna. A jednak on mi przebaczył, mówiąc, że błąd, jak mój, może być przebłagany tylko stałością. Widzisz, drogi przyjacielu, on więcej dbał o twoje szczęście, niż ty sam. Odwiedzał mię, ale ukradkiem. Cóżby powiedziano o oficerze, który ma siostrę, utrzymywaną przez hrabiego? Ja go postawiłam w tę fatalną pozycję, więc nawet nie mogłam wymienić jego nazwiska. Aby go nie widziano, przedsiębrałam największe środki ostrożności. A tymczasem co się stało! Zacząłeś powątpiewać o mojej cnocie... Skoro się dowiedział o tej haniebnej intrydze, chciał pod wpływem ślepego gniewu wyzwać cię na pojedynek. I wtedy musiałam mu udowodnić, że mu nawet nie wolno bronić mojej cnoty. Nieszczęsna! jak drogo opłaciłam tych kilka lat kradzionego szczęścia! Ale ty przyszedłeś wszystko już zapomniałam. Bo ty mi wierzysz, nieprawdaż, Gwido? Napiszę do Ludwika... On zaraz przyjdzie i potwierdzi, że nie kłamię, ty mu uwierzysz, jemu, żołnierzowi!..
— Na mój honor, — przerwał były oficer, — wszystko, co moja siostra powiedziała, jest prawdą!
Konająca nic nie słyszała — głosem przygasłym mówiła dalej:
— Jakżem szczęśliwa, widząc cię przy sobie! Czuje, że żyję. Omal, że nie zachorowałam... Nie muszę być teraz piękną, ale mniejsza o to — ucałuj mię!
Już wyciągnęła ramię, ale w tem zatrzymała się, jakby pod wpływem nowego wrażenia.
— Lecz pod jednym warunkiem, Gwido. Ty mi pozostawisz moje dziecię. Ach! błagam cię, zaklinam, nie bierz mi go, nie! Co stanie się z matką, gdy jej zabiorą ukochane dziecię? Domagasz się go odemnie, aby mu dać świetne imię i olbrzymią fortunę; nie! Ty mówisz, że ta ofiara będzie szczęściem dla niego; nie! Moje dziecko należy do mnie, ono przy mnie zostanie. Cała ziemia nie ma tyle zaszczytów i bogactw, aby mogła nagrodzić matkę, czuwającą nad kolebką swojego niemowlęcia. W zamian chcesz mi dać dziecię tamtej... przenigdy! Jakto! ta kobieta miałaby do swego łona przyciskać mojego syna? To niemożebne! Weźcie odemnie to obce dziecię, ja się go boję — zwróćcie mi moje! Nieszczęsny! nie upieraj się, nie groź mi opuszczeniem, raczej umrę, a nie ustąpię! Gwido, porzuć ten zamysł fatalny, bo sama myśl jest zbrodnią!... Jakto! ani moje prośby, ani łzy, nic cię nie wzruszy?... A więc dobrze, Bóg nas ukarze!... Przyjdzie dzień, kiedy nasze dzieci zażądają od nas rachunku. Zaczną nam złorzeczyć. Gwido! czy nie widzisz przyszłości? Widzę jak mój syn, uniesiony słusznym gniewem, zwraca się przeciw mnie. Co on mówi... wielki Boże! Ach! te listy, te listy, to drogie wspomnienie naszej miłości! Mój syn! grozi mię, bije! Mnie!... Ratunku, ratunku!... Syn uderzył matkę!... Nie mówcie to nikomu — błagam! Boże! jak ja cierpię!... A jednak on wie, że jestem jego matką, a udaje, że nie wierzy. Panie! za wiele bólu. Gwido! przebacz!... O mój jedyny przyjacielu! Nie mam siły aby się oprzeć, ani odwagi, żeby usłuchać...
W tej chwili drzwi, wiodące do sieni, szybko się rozwarły, i Noel blady jak zwykle, ale spokojny i poważny, zjawił się w sypialni.
Konająca ujrzawszy go, doznała jakby elektrycznego wstrząśnienia.
Rzuciła się konwulsyjnie na łożu, oczy wybiegły z oprawy, włosy zjeżyły się nad czołem.
Na pół się podniosła, a potem wyciągnąwszy chude ramię w kierunku, gdzie stał Noel, zawołała głosem silnym: — Morderca!...
Padła na wznak. Wszyscy przybiegli do łoża — umarła!...
Do koła zaległo grobowe milczenie.
Taki jest majestat śmierci, że wobec niej najsilniejsi i najwięksi sceptycy, pokornie chylą czoła.
Zresztą, wszyscy obecni byli głęboko wzruszeni tą rozdzielającą sceną, tą najwyższą spowiedzią, wydartą szaleństwem i boleścią.
Ale słowo: „Morderca,“ ostatnie pani Gerdy, nikogo nie zdziwiło.
Wszyscy, z wyjątkiem zakonnicy, wiedzieli, jaki zarzut cięży na Albercie.
Do niego więc stosowało się przekleństwo tej matki nieszczęśliwej...
Noel zdawał się rozpaczać. Padłszy na kolana u łoża tej, która mu zastępowała matkę, uchwycił jedną jej rękę i kurczowo przycisnął do ust swoich.
— Umarła — jęczał, — już umarła!...
Tuż przy nim uklękli ksiądz i zakonnica i półgłosem zaczęli odmawiać modlitwy za umarłych.
Dla duszy, która uleciała, błagali Boga o pokój i miłosierdzie.
Prosili o trochę szczęścia w niebie dla tej, która tyle wycierpiała na ziemi.
W fotelu, z głową w tył rzuconą, hrabia de Commarin był więcej żółty i bezduszny, niż umarła kochanka.
Klara i lekarz patrzyli nań z nietajoną obawą.
Potrzeba było rozerwać krawatkę i rozpiąć kołnierz u koszuli, bo byłby się udusił.
Przy pomocy starego żołnierza, którego nabrzmiałe oczy i usta świadczyły o powstrzymywanym bolu, przysunięto fotel hrabiego do okna, aby mógł wolniej odetchnąć. Jeszcze przed trzema dniami, scena ta byłaby go zabiła.
Ale serce twardnieje w boleści, jak ręce w robocie.
— Łzy ocaliły go, — rzekł lekarz cicho do Klary.
W rzeczy samej, pan de Commarin odzyskiwał powoli zmysły, a z jasnością myśli, wracała władza nad cierpieniem...
Wzrok hrabiego padł na łoże, na którem spoczywały zwłoki Walerji. Więc to wszystko, co po niej pozostało... Dusza, ta dusza wierna i tkliwa, już uleciała!
Mój Boże! czemu ta nieszczęśliwa nie miała jeszcze choćby jednego dnia, jednej godziny życia i przytomności! Z jakim żalem byłby się jej rzucił do nóg, błagając o łaskę i przebaczenie, z jaką rozkoszą byłby wyznał, że brzydzi się swojem postępowaniem! Dopiero dziś pojął, jak bezdenną była miłość tego anioła! Ogłuszony jednem podejrzeniem, nie starając się przekonać, ani chcąc ją wysłuchać, obarczył ją najzimniejszą pogardą. Czemu się z nią nie widział? Byłby sobie zaoszczędził dwadzieścia lat powątpiewania, co do pochodzenia Alberta. Miasto żyć w odosobnieniu, mógł być zadowolony i szczęśliwy.
I przypomniał sobie śmierć hrabiny. Ona także go kochała aż do śmierci.
Żadnej nie zrozumiał, obie zabił.
Godzina pokuty nadeszła, a on nie mógł powiedzieć: „Panie! kara jest zanadto surowa!“
A jednak straszna kara! Ileż nieszczęść od pięciu dni!...
— Prawda, — szeptał, — prawda, ona mi to przepowiadała... Czemu nie usłuchałem?...
Brat pani Gerdy wzruszył się na widok tego złamanego starca.
Podał mu rękę.
— Panie de Commarin, — rzekł głosem poważnym i smutnym, — już dawno moja siostra przebaczyła, jeśli zresztą kiedykolwiek czuła żal do pana... dziś ja panu przebaczam.
— Dzięki! panie, — jęknął hrabia, — dzięki!... — I dodał: — Jaka śmierć, wielki Boże!
— Prawda, — szepnęła Klara, — wydała ostatnie tchnienie w przekonaniu, że jej syn popełnił zbrodnię. I niepodobieństwem było ją przekonać...
— Przynajmniej, — zawołał hrabia, — jej syn musi być wolny, aby jej mógł oddać ostatnią usługę; tak, musi być... Noel!
Adwokat usłyszał te słowa i zbliżywszy się do ojca, natychmiast odpowiedział:
— Przyrzekłem ci, mój ojcze, że go ocalę.
Po raz pierwszy panna d’Arlange spojrzała zbliska na Noela; ich spojrzenia zbiegły się razem; mimo woli nie mogła ukryć ruchu odrazy...
— Albert jest już ocalony! — rzekła dumnie. — Teraz żądamy tylko, aby jak najprędzej wymierzono mu sprawiedliwość, aby niezwłocznie wypuszczono go na wolność. Sędzia wie całą prawdę.
— Jaką prawdę? — zapytał adwokat.
— Że Albert spędził u mnie ów wieczór, kiedy popełniono morderstwo.
Noel spojrzał na nią ze zdziwieniem; takie dziwne wyznanie, wygłoszone przez takie usta, mogło każdego zdziwić.
Ona natomiast rzuciła na niego dumne spojrzenie.
— Nazywam się Klara d’Arlange, — rzekła.
Wtedy pan de Commarin opowiedział w krótkości wszystkie szczegóły, podane przez Klarę.
Kiedy skończył:
— Panie, — odrzekł Noel, — pan pojmujesz, jak przykre jest teraz moje położenie... jutro...
— Jutro! — przerwał hrabia z niechęcią, — pan, jak widzę, chcesz odłożyć do jutra! Honor nakazuje, mój panie, abyśmy działali jeszcze dziś, natychmiast! U łoża tej kobiety nie potrzebujesz odmawiać pacierzy. Największą oddasz jej usługę, uwalniając jej syna.
Noel skłonił się głęboko.
— Słyszeć pańską wolę, — rzekł, — znaczy usłuchać. Spieszę. Dziś, w pałacu, będę miał zaszczyt złożyć panu sprawę z poczynionych kroków. Może nawet, będę mógł przyprowadzić Alberta.
I rzekłszy to, ucałował po raz ostatni umarłą, a potem wyszedł.
Wkrótce odjechali hrabia i Klara.
Brat nieboszczki udał się do władzy, aby donieść o śmierci siostry.
W pokoju została sama zakonnica.


VIII.

Zmięszany i do najwyższego stopnia zajęty zeznaniami panny d’Arlange, pan Daburon wyszedł zwolna po schodach na korytarz sędziów śledczych, gdy w tem ujrzał przed sobą pana Tabareta. Pomimo woli uczuł jakąś radość i zawołał:
— Panie Tabaret!
Ale nasz poczciwiec, rozmachując rękami skutkiem wielkiego rozdrażnienia, nie myślał zatrzymać się i tracić drogi czas na czczej gadaninie.
— Pan sędzia daruje, — rzekł kłaniając się, — mam u siebie gości.
— Jednakże spodziewam się...
— Ach! on jest niewinny, — przerwał ojciec Tabaret. — Mam już kilka wskazówek, a przed upłynięciem trzech dni... Pan sędzia przesłucha teraz marynarza z kólcami. Ten Gevrol to tęgi chłopiec, źle go osądziłem...
I nie czekając na odpowiedź, pomknął naprzód i w jednem mgnieniu oka ujrzał się na dole. Pan Daburon zbity z tonu, szedł wolniej.
Na korytarzu, naprzeciw drzwi wiodących do jego gabinetu, na ławce dębowej siedział Albert, a przy nim stał jeden policjant.
— Zaraz pana poproszę, — rzekł sędzia do obżałowanego, otwierając drzwi.
W gabinecie Konstanty rozmawiał z jakimś krótkim człowieczkiem, którego możnaby wziąć za małego bogacza z Batignolles, gdyby nie olbrzymia szpilka, przytrzymująca krawatkę, która w nim zdradzała policyjnego ajenta.
— Otrzymałeś moje listy? — zapytał pan Daburon swojego pisarza.
— Pańskie rozkazy są spełnione, obżałowany czeka, a oto pan Marcin, który właśnie wrócił z okolicy Inwalidów.
— Tem lepiej, — zauważył sędzia z widocznem zadowoleniem.
A zwróciwszy się do ajenta, zapytał:
— Cóż panie Marcinie?
— Drabinka była.
— Dawno?
— Przed pięciu albo sześciu dniami.
— Czy jesteś pan tego pewny?
— Najpewniejszy...
— Czy ślady są widoczne?
— Tak widoczne jak nos w pośrodku twarzy, jeśli w ten sposób wolno mi mówić. Złodziej, zdaje mi się, że to sprawka złodziejska, ciągnął pan Marcin, który należał do wielkich gadateusów, — wlazł przed deszczem, a uciekł po deszczu. Pan sędzia zgadł od razu. Okoliczność tę można bardzo łatwo stwierdzić, jeśli popatrzymy na odmienne ślady nóg po obu stronach muru. Jedne są suche, drugie zabłocone. Drab musiał być zwinny, na honor! bo wlazł o własnej sile, ale wychodząc, postąpił sobie wygodniej, ponieważ postawił drabinkę, którą potem, będąc na wierzchu, na dół strącił. Przekonałem się nawet, w którem miejscu stała drabinka, ponieważ w ziemi są jeszcze dziury, a mur jest podrapany u szczytu.
— Czy już wszystko?
— Nie jeszcze, panie sędzio. U góry brakuje pięć stłuczonych butelek, któremi grzbiet muru był najeżony. Prócz tego kilka gałęzi akacji, sięgających aż na ulicę, jest połamanych. Co więcej, na szpilkach jednej gałązki, którą z ziemi podniosłem, znalazłem kawałeczek popielatej skórki, zdaje mi się z rękawiczki.
Sędzia wziął szybko ten kawałeczek.
Rzeczywiście, była to skórka z rękawiczki.
— Spodziewam się, panie Marcinie, że zarządzając poszukiwanie w ogrodzie, w domu nie obudziłeś podejrzenia.
— Próżna obawa, panie sędzio. Najpierw oglądnąłem mur od ulicy. Następnie zostawiwszy kapelusz w sklepie na rogu, poszedłem do pani margrabiny d’Arlange i powiedziałem, że jestem intendentem księżnej S*** mieszkającej w pobliżu, której wczoraj uciekła bardzo ładna i rozumna papuga, jeśli w ten sposób wolno mi mówić. Chętnie pozwoliła mi przejrzeć ogród, a że mówiłem bardzo źle o mniemanej damie, więc bez wątpienia musieli mię wszyscy wziąć za jej domownika.
— Pan jesteś człowiekiem zręcznym i przezornym, — przerwał sędzia, — jestem z pana bardzo zadowolony i nie omieszkam polecić go wyżej...
Podczas kiedy ajent, uszczęśliwiony tą pochwałą, cofał się z tylu ku drzwiom, zgięty we dwoje, sędzia zadzwonił.
Wprowadzono Alberta.
— Czy postanowiłeś pan, — zapytał sędzia bez ogródek, — powiedzieć, gdzie spędziłeś wieczór i noc z wtorku na środę?
— Jużem powiedział.
— Nie, panie, nie! Przykro mi powiedzieć panu, że kłamiesz.
Albert usłyszawszy tę obelgę, poczerwieniał jak mak, a oczy błysnęły mu gniewem.
— To, co pan robiłeś owego wieczoru wiem, ponieważ sprawiedliwość, jak to panu już mówiłem, wie wszystko, o czem potrzebuje wiedzieć.
Szukał spojrzenia Alberta, a gdy je znalazł, rzekł z naciskiem: Widziałem pannę Klarę d’Arlange.
Przy tem nazwisku, rysy obżałowanego, ściągnięte silnem postanowieniem, zmiękły w mgnieniu oka. Zdawało się, że doznał najprzyjemniejszego wrażenia, jak człowiek, który cudem unika wielkiego niebezpieczeństwa.
A jednak nie odpowiedział.
— Panna d’Arlange, — ciągnął sędzia, — powiedziała mi, gdzie pan byłeś we wtorek wieczór.
Albert jeszcze się wahał.
— Nie zastawiam na pana łapkę, — dodał pan Daburon, — daję na to słowo honoru. Powiedziała mi wszystko... czy pan mię rozumiesz?
Dopiero teraz Albert zdecydował się mówić.
Jego zeznania zgadzały się najzupełniej z opowieścią Klary. Albo Albert był niewinnym, albo ona była jego wspólniczką.
A czy Klara mogła być wspólniczką w zbrodni tak haniebnej? Nie, o to nie można ją nawet posądzać.
Lecz w takim razie gdzie winowajca?
Sprawiedliwość odkrywszy raz zbrodnię, musi znaleźć sprawcę.
— Widzisz pan, — rzekł surowo sędzia do Alberta, — pan mię oszukałeś. Na kartę rzucałeś swoją głowę, a co więcej, mnie i sprawiedliwość narażałeś na popełnienie błędu do nienaprawienia. Dla czegóż nie wyjawiłeś pan natychmiast całej prawdy?
— Panie, — odparł Albert, — panna d’Arlange przyjmując projektowaną schadzkę, powierzyła mi swój honor.
— I pan byłbyś raczej zginął, aniżeli mówił o tej schadzce? — przerwał pan Daburon z niejaką ironią; — to bardzo pięknie, mój panie, tak postępowali dawni rycerze...
— Nie jestem bohaterem, panie sędzio, — rzekł zimno obżałowany. — Kłamałbym, gdybym panu powiedział, że nie liczyłem na Klarę. Czekałem aż przyjdzie. Byłem pewny, że dowiedziawszy się o mojem uwięzieniu, uczyni wszystko, aby mię ocalić. Ale bałem się; czy znajomi zechcą jej wyjawić to nieszczęście. Gdyby tak było, nie byłbym nigdy ośmielił się wyjawić jej nazwiska.
W całej tej przemowie nie było nic wyzywającego. To, co Albert mówił, myślał i czuł. Pan Daburon wyrzucał sobie ton ironiczny.
— Panie, — przemówił uprzejmie, — teraz odprowadzą cię do kaźni. Nie mogę panu jeszcze nic powiedzieć, ale odtąd nie będziesz już odosobniony. Straż będzie wobec pana zachowywała wszelkie względy, należne więźniowi, którego niewinność może się okazać prawdopodobną...
Albert skłonił się, dziękując. Policjant wszedł i wyprowadził go z gabinetu.
— Niech przywołają Geyrola, — rzekł teraz sędzia do swojego pisarza.
Naczelnik straży bezpieczeństwa poszedł był do pałacu prefektury, ale jego świadek, marynarz o wielkich kólcach, czekał na korytarzu.
Kazano mu wejść do gabinetu sędziego.
Od białych bokobrodów i włosów, odbijała jeszcze surowiej jego twarz ogorzała, pomarszczona, o którą uderzały zimne burze północne i palące wiatry podzwrotnikowe. Ręce miał szerokie, czarne, twarde od licznych brodawek — a palce tak grube, że z pewnością mógłby niemi łamać najgrubsze żelaza. U uszu w kształcie dwóch kotwic, wisiały duże kólce. Miał na sobie ubiór rybaków z Normandji, ubiór więcej wykwintny, przywdziewany w tamtych stronach tylko w dnie świąteczne.
Odźwierny musiał go prawie wtrącić do pokoju.
Ten niedźwiedź z nad brzegów morskich był strwożony jak jagnię.
Szedł powoli, kołysząc się na potężnych nogach, jak każdy marynarz, któremu zdaje się nawet na twardej ziemi, że ciągle stoi na chwiejącym się pokładzie okrętu. Dla nadania sobie powagi, miął w rękach kapelusz filcowy ozdobiony w koło ołowianemi medalionami.
Pan Daburon rzucił nań tylko jedno spojrzenie i zaraz go ocenił.
Nie można się było omylić; był to w rzeczy samej człowiek, opisany przez chłopca w Jonchère. Trudno także nie przeczuć w nim człowieka zacnego. Na twarzy malowała się szczerość i dobroć.
— Pańskie nazwisko? — zapytał sędzia śledczy.
— Piotr Lerouge.
— Czy jesteś pan krewnym Klaudji Lerouge.
— Jestem jej mężem.
Jak to? mąż ofiary żył, a policja nie wiedziała o jego istnieniu.
Oto co pomyślał pan Daburon.
Dziś, tak samo jak przed pięćdziesięciu laty, sąd nie mając w ręku niezbitych dowodów, potrzebuje jeszcze wielkiej straty czasu i pieniędzy, zanim mu się uda dostać najmniejsze wyjaśnienie.
Jeszcze w piątek pisano do Normandji o szczegóły, dotyczące pochodzenia Klaudji Lerouge; był już poniedziałek, a odpowiedź jeszcze nie nadeszła. A jednak sztuka fotograficzna istnieje, ma telegrafy elektryczne i rozporządza tysiącem innych środków, nieznanych dawniejszemi czasy.
— Wszyscy, — podchwycił sędzia, — utrzymywali, że Klaudja była wdową; nawet ona sama tak twierdziła.
— Bo w ten sposób chciała usprawiedliwić swoje postępowanie, — odrzekł marynarz. — Zresztą, prawie takeśmy się umówili. Powiedziałem jej, że więcej dla niej nie istnieję.
— Ach!... Czy wiesz pan, że stała się ofiarą haniebnej zbrodni?
— Pan naczelnik policji, który po mnie przyszedł, pierwszy mi to powiedział, — odrzekł marynarz i zmarszczył brwi. — Biedna kobieta! — dodał głosem stłumionym.
— Jakto! pan jesteś jej mężem i mówisz o niej tak obojętnie?
— Ach! panie sędzio, mógłbym ją nawet oskarżać, mam do tego wszelkie prawo. Nieboszczyk mój ojciec, który wczas ją poznał, dobrze mi mówił: „Uważaj, ona nas wszystkich shańbi!“ Miał słuszność. Przez nią byłem ścigany jak prosty złodziej, który się ukrywa, a którego szukają. Wszędzie, gdzie policja o mnie się pytała, musieli ludzie mówić: „Patrzcie, Lerouge coś zbroił!“ I oto stoję przed sądem. Ale honor rodziny Lerouge przechodzi z ojca na syna od czasu jak świat został stworzony. Niech pan sędzia zapyta we wsi, a każdy powie: „Słowo Piotra Lerouge więcej znaczy, niż weksel innego.“ Ach, to była zbłąkana kobieta... Dobrze jej przepowiedziałem, że smutny będzie jej koniec.
— Pan jej to powiedziałeś?
— Więcej jak sto razy, panie sędzio.
— A dla czego? Nabierz otuchy, mój przyjacielu, o twoim honorze nikt nie wątpi. Kiedy ostrzegałeś ją tak rozumnie.
— Już dawno temu, — odpowiedział marynarz; — pierwszy raz rzekłem jej to jeszcze przed trzydziestu laty. Ona była ambitna do krwi i szpiku, chciała się mięszać do spraw wielkich panów i to ją zgubiło. Mawiała, że za dochowanie tajemnicy można dostać złoto; ja natomiast utrzymywałem, że za to zyskuje się tylko hańba; ot i wszystko. Kto pomaga możnym do ukrycia ich podłoty, i myśli, że na tej drodze zapewni sobie szczęście, ten napełnia siennik kolcami myśląc, że na nim będzie spał spokojnie. Ale ona trzymała się własnego rozumu.
— Przecież pan byłeś jej mężem, — zauważył pan Daburon, — więc miałeś prawo rozkazywać.
Marynarz wstrząsł głową i westchnął głęboko.
— Niestety panie sędzio, ja byłem tym nieszczęśliwym, który słuchał.
Zadawać krótkie zapytania świadkowi, o którym się nie wie, jakiej doniosłości mogą być jego zeznania, znaczy czas marnie tracić. Sędziemu zdaje się, że się zbliża do istoty rzeczy, a tymczasem co raz więcej od niej się oddala. Lepiej popuścić mu wodze i spokojnie słuchać jego opowieści, poprzestając na wprowadzeniu go na główną drogę, jeśli z niej zejdzie. W ten sposób można najprędzej i najpewniej zdążyć do celu. Tej taktyki postanowił trzymać się pan Daburon, przeklinając w duszy Gevrola, który jednem słowem mógł był skrócić o połowę przesłuchanie, którego doniosłość była jeszcze dla sędziego wielką zagadką...
— W jaką więc sprawę była wmięszana pańska żona? — zapytał sędzia. — Prędzej, mój przyjacielu, opowiedz mi to szczegółowo. Tu, jak pan wiesz, trzeba powiedzieć nie tylko prawdę, ale nawet całą prawdę.
Lerouge położył swój kapelusz na krzesło, a potem zaczął naciągać palce i drapać się w głowę z całej siły. W ten sposób zwykł był zawsze rozpoczynać dłuższą orację.
— A więc, panie sędzio, — zaczął poważnie, — na św. Jana, będzie temu trzydzieści pięć lat, jak na śmierć zakochałem się w Klaudji. Do kata! Piękna to była dziewczyna, skrzętna, czysta, a głos miała jak miód słodki. Nieszczęście tylko chciało, że nie miała posagu, podczas gdy my mieliśmy się dosyć dobrze. Jej matka, wdowa od niepamiętnych czasów była — z przeproszeniem pańskiego honoru osobą bardzo płochą, a mój ojciec był zacnością żyjącą. Kiedym mu powiedział, że chcę się ożenić z Klaudją, z początku zaczął strasznie kląć, a potem wsadził mię na barkę jednego z sąsiadów i wysłał do Porto, mówiąc, że ze zmianą klimatu przyjdzie zapomnienie. Po sześciu miesiącach wróciłem suchy — jak szczypa, ale jeszcze więcej zakochany. Nie mogłem ani jeść ani pić, a Klaudja także mię kochała, bo byłem porządnym i urodziwym chłopcem. Wtedy ojciec widząc, że dalszy upór z jego strony poprowadzi mię na cmentarz za moją biedną matką, pozwolił mi popełnić kapitalne głupstwo. Ale to źle żenić się wbrew woli rodziców.
Zacny marynarz gubił się w tłoku wspomnień młodocianych. Nie było to opowiadanie, ale błąkanie się po rozmaitych bezdrożach i urwiskach.
Sędzia śledczy chciał go wprowadzić na dobrą drogę.
— Wróćmy do rzeczy, — rzekł.
— Dobrze, panie sędzio, ale aby zacząć, trzeba było zacząć od początku. Tak więc ożeniłem się. Mój ojciec wkrótce umarł. Pierwsze dwa lata zeszły wcale nie źle. Klaudja robiła ze mną wszystko co chciała. Mogła mię była związać, powieźć na targ i sprzedać jak barana, a ja nie byłbym się spostrzegł. Szkoda tylko, że była zalotna. Cokolwiek zarobiłem, a trzeba wiedzieć, że mój interes szedł wtedy bardzo dobrze, obracała na stroje. Każdej niedzieli nowe suknie, wstążki, czepki i świecidełka szatańskie, które kupcy wynaleźli na zgubę kobiet. Na chrzcie syna, któremu daliśmy na imię Jakób, bo mój ojciec tak się nazywał, musiałem wysypać uciułanych, za kawalerskich czasów, 300 dukatów, za które chciałem koniecznie kupić spory kawał gruntu, położony w samym środku naszego pola.
Pan Daburon drżał z niecierpliwości, ale co począć?
— Prędzej, panie, prędzej! — wołał ilekroć marynarz chciał się zatrzymać.
— Tak więc, — ciągnął Lerouge, — byłem dość zadowolony, gdy pewnego poranku ujrzałem w naszym domu służącego hrabi de Commarin, którego zamek leży o ćwierć mili od wioski. Nazywał się Germain. Mówiono, że był on wmięszany w sprawę biednej Tomaryny, ładnej dziewczyny z naszej wioski, która podobała się młodemu hrabiemu i która potem znikła bez śladu. Pytałem żonę, po co przyszedł ten wisus; na co odrzekła, że proponował jej, aby wzięła dziecię do karmienia. Z początku nie chciałem ani słuchać. Mieliśmy dzięki Bogu tyle, że Klaudja nie potrzebowała brać na siebie takich obowiązków. Ale w kilka dni zaczęła przytaczać rozumniejsze powody. Żal jej, — mówiła, — że była zalotną i rozrzutną. Teraz chciałaby i ona zarobić, bo wstydzi się siedzieć bezczynnie, podczas gdy ja pracuję, jak wół, od świtu do nocy. Radaby zbierać, oszczędzać, ażeby nasz mały syn nie potrzebował być marynarzem. Za wzięcie dziecka przyrzekają jej bardzo piękną pensje, tak więc odkładając trochę każdego miesiąca, będziemy mogli wkrótce odzyskać owych 300 dukatów. Mówiła, tłumaczyła, dopóki nie przekonała.
— W ośm dni potem, przynieśli jej list, w którym żądano, aby natychmiast wyjechała do Paryża po dziecko. Było to pod wieczór. „Dobrze, — rzekła, — pojadę jutro dyliżansem.“ Co do mnie, nie rzekłem ani słowa; dopiero zrana widząc, że się już przygotowała do podróży, powiedziałem, że chcę jej towarzyszyć. Zdawała się dość zadowoloną z mojej propozycji. Ucałowała mię szczerze. W Paryżu moja żona miała pójść po dziecię do niejakiej pani Gerdy, mieszkającej przy bulwarze. Porozumiałem się z Klaudją, że pójdzie sama, a ja poczekam na nią w oberży. W rzeczy samej odeszła, lecz napróżno czekałem. W godzinę wybiegłem z pokoju i zacząłem krążyć dokoła domu tej damy. Od służących i ludzi, którzy wychodzili, dowiedziałem się, że dama ta jest metresą hrabiego de Commarin. To tak mi się niepodobało, że gdyby to odemnie było zależało, bylibyśmy z pewnością wrócili bez dziecka. Jestem biednym marynarzem, i wiem, że człowiek może się zapomnieć. Ale nie mogę pojąć, jak człowiek uczciwy może wywłaszczać swoje dzieci legalne dla dziecka miłości. Cóż pan na to, panie sędzio?
Sędzia śledczy nie mógł usiedzieć w fotelu. Myślał: „Czy ten człowiek nigdy nie skończy?“
— Masz pan słuszność, — odpowiedział pan Daburon, — ale idźmy dalej; tylko prędko.
— Trzeba panu wiedzieć, — ciągnął marynarz, — że Klaudja była więcej uparta jak muł. Po sprzeczce, trwającej całe trzy dni, wymogła na mnie dwoma całusami, nowe przyzwolenie. Wtedy oświadczyła mi, że do domu nie wrócimy dyliżansem. Dama, obawiając się, aby jej małego nie zmęczyła bezustanna podróż, postanowiła odesłać nas w swoim powozie, swojemi końmi. Bo trzeba panu sędziemu wiedzieć, że hrabia utrzymywał ją na wielką stopę. Tak więc znaleźliśmy się w pysznym powozie z dziećmi, mojem i tamtem, a na koźle siedział woźnica w liberji. Moja żona omal że nie oszalała z radości. Ja sam także się cieszyłem, albowiem jadąc powoli, mogłem się przypatrzyć całej okolicy. Żona ściskała mię czule jak nigdy, a w dłoniach dzwoniła dukatami. Ja byłem głupi, jak każdy poczciwy mąż i ani zważałem na złoto, które bez mojej pracy dostało się do kieszeni żony. Moja żona widząc, żem się trochę udobruchał, postanowiła odkryć mi prawdę. „Słuchaj,“ rzekła.
Lerouge przerwał, zmieniając ton:
— Pan sędzia rozumie, — rzekł, — że to moja żona mówi.
— Rozumiem... rozumiem... tylko prędzej.
— Rzekła więc potrząsając kieszenią: „Słuchaj, mój mężu, będziemy mieli jeszcze więcej, a oto dla czego: Pan hrabia, który równocześnie z tem dzieckiem miłości ma syna legalnego, chce, aby syn kochanki nosił jego nazwisko. Dzięki Bogu nie trudno to zrobić. W drodze, zajedziemy do oberży, w której będziemy nocowali, Germain i mamka z dzieckiem legalnem. Umyślnie będziemy spały w jednym pokoju, a w nocy ja mam zamieniać dzieci, które jednakowo są ubrane. Pan hrabia daje za to ośm tysięcy franków z góry i tysiąc franków pensji do końca życia.
— I pan! — zawołał sędzia śledczy, — pan, który mienisz się człowiekiem honoru, mogłeś zezwolić na spełnienie takiej zbrodni, kiedy potrzeba było tylko jednego słowa, ażeby unicestwić cały zamach!
— Panie, łaski! — błagał Lerouge, — panie, pozwól, niech skończę!
— Dobrze, mów.
— Z początku nie miałem siły przemówić, bo gniew dławił mię w gardle. Musiałem strasznie wyglądać. Ale Klaudja, która umiała mię szanować kiedy się uniosłem, parsknęła głośnym śmiechem i tem mię zmięszała. „Jaki ty głupi, rzekła, wysłuchaj mię wpierw, a potem się gniewaj. To tylko hrabia, rozumiesz? chce mieć u siebie dziecko miłości, to tylko hrabia płaci za zamianę. Jego kochanka, a matka tego chłopca, nie chce o tem ani słyszeć. Jeśli na pozór zdawała się zgadzać z tym zamiarem, to dla tego, że nie chciała poróżnić się ze swoim kochankiem i że miała swój plan. Wzięła mię na bok, do swojego pokoju, a kazawszy mi zaprzysiądz tajemnicę na krucyfiks, powiedziała, że nie może wyrzec się swojego dziecka i zastąpić je innem. Następnie oświadczyła, że jeśli przyrzeknę nie dochować zamiany, nie mówiąc nic hrabiemu, ona da mi natychmiast dziesięć tysięcy franków i zabezpieczy mi taką samą rentę jak hrabia. Dodała przytem, że o prawdzie łatwo się przekona, ponieważ swojego syna oznaczyła niezatartym znakiem. Nie pokazała mi tego znaku, a chociaż długo szukałam, nigdzie nie mogłam go znaleźć. Rozumiesz teraz? Tak więc powiem hrabiemu, że dokonałam zamiany, z dwóch stron wezmę pieniądze — i nasz Jakób będzie bogaty. Pocałuj teraz twoją żonę, która ma więcej sprytu niż ty, ośle!“ Oto, panie sędzio, słowo w w słowo, co mi powiedziała Klaudja.
Marynarz wyjął z olbrzymiej kieszeni chustkę w niebieskie kraty i począł ucierać nos, że aż szyby w oknach zadzwoniły. Był to jego sposób wynurzania żalu. Zawsze tak płakał. Pan Daburon stał zmięszany.
Od początku tej nieszczęśliwej sprawy, wpadał ze zdziwienia w zdziwienie. Zaledwie zwrócił całą swoją uwagę na jeden punkt, a już musiał kierować ją na wręcz przeciwny.
Czuł, że stoi na fałszywej drodze. Co może znaczyć ten nowy i tak ważny szczegół? Co się stanie?...
Chciał jak najprędzej dowiedzieć się o wszystkiem, a tymczasem Lerouge opowiadał powoli, grzebiąc z trudnością w dawnych wspomnieniach; cieniutkiej trzymał się nici, więc najmniejsze zmięszanie mogło powikłać ciekawe zeznanie.
— To, co Klaudja zamierzała uczynić, było haniebnem, a ja jestem człowiekiem uczciwym. Ale ona robiła ze mną co chciała. W tej chwili mogła mię przekonać, że to, co było czarne jak smoła, jest bielsze od śniegu. Co dziwnego, kochałem!... Udowodniła mi jasno, że nikomu nie wyrządzimy szkody, a Jakóbowi zapewnimy przyszłość. Nad wieczorem przyjechaliśmy do jakiejś wioski, a woźnica zatrzymując się przed oberżą, rzekł, że tu przenocujemy. Wszedłszy, kogo widzę? Tego łotra, Germaina, a obok niego mamkę z niemowlęciem u piersi, które tak samo było ubrane jak nasze, że mię aż strach zdjął... I oni jechali w powozie hrabiego. Mimo woli obudziło się we mnie podejrzenie. A kto mię zapewni, że Klaudja nie ułożyła drugiej historji, ażeby mię uspokoić? Ona wszystko może. Przystawszy na jedno złe, nie chciałem gorszego. Postanowiłem zatem nie stracić z oka powierzonego nam dziecka i przysiągłem sobie, w głębi duszy, że nikt mię nie oszuka. W rzeczy samej, przez cały wieczór trzymała go na kolanach, a dla tem większej pewności, obwiązałem mu do koła ręki moją chustkę od nosa. Ach! zamach był wyśmienicie obmyślany. Po wieczerzy zaczęto mówić o spoczynku, przyczem dowiedziałem się, że w całej oberży są tylko dwa pokoje, a w każdym z nich po dwa łóżka. Oberżysta oznajmił, że obie mamki będą spały z dziećmi w jednym, a ja i Germain w drugim pokoju. Czy pan sędzia rozumie? Byłem wściekły, zwłaszcza, że uważałem, iż przez cały wieczór moja żona wymieniała z Germainem wieloznaczące znaki... Rozkazowi temu nie chciałem się poddać; mówiłem, że będąc bardzo zazdrosnym nie dopuszczę, ażeby moja żona spała w innym pokoju. Bądź co bądź, musi zostać przy mnie. Obca mamka ułożyła się do snu pierwsza, a my zaś poszliśmy za nią dopiero w pół godziny. Klaudja położyła się z dzieckiem miłości i Jakóbkiem, a ja nie rozbierając się, usiadłem przy łóżku na krześle. Zgasiwszy świecę, czekałem dopóki kobiety nie usną; co do mnie, nie myślałem o śnie, ale o tem, co mi mówił ojciec na kilka dni przed ślubem. Około północy słyszę, że Klaudja rusza się na posłaniu. Wstrzymuję oddech. Wstała. Czy chciała zamienić dzieci? Dziś wiem, że nie, ale wtedy myślałem inaczej. Zdjęty trwogą i gniewem, chwytam ją za ramię i zaczynam przeklinać głośno jak na moim okręcie. W mgnieniu oka robi się niesłychana wrzawa. Śpiąca mamka budzi się i woła, że ją duszą. Germain wpada ze świecą w ręku. Ujrzawszy go, straciłem resztę władzy nad sobą. Nie wiedząc sam co czynię, wyciągnąłem z kieszeni mój nóż kataloński i przebiłem nim na wylot ramię powierzonego nam dziecka, wołając na cały głos: „W ten sposób nie zamienią go bez mojej wiedzy; naznaczyłem go na całe życie!“
Lerouge nie mógł dłużej mówić. Grube krople potu wystąpiły mu na czoło, a spływając wzdłuż jagód, gubiły się w głębokich i gęstych zmarszczkach oblicza. Wahał się, ale rozkazujące spojrzenie sędziego, zmusiło go do pospiechu, jak ostra pletnia zmusza do pracy wycieńczonego murzyna.
— Rana malca była okropna, — ciągnął marynarz; — krew lała się strumieniem, mógł na nią umrzeć. Ale ja o tem nie myślałem. Zajmowałem się tylko przyszłością, tem, co mogło nastąpić. Niezwłocznie oświadczyłem, że własnoręcznie opiszę całe zdarzenie i że wszyscy się podpiszemy. Jak się powiedziało, tak się zrobiło. Jak nas było czworo, każde z nas umiało pisać. Germain nie mógł się sprzeciwiać, bo w moim ręku błyszczał nóż zabójczy. Podpisał się pierwszy, błagając mię tylko, ażebym hrabiemu nic nie mówił, a drugą mamkę zaklinał, żeby także milczała.
— A czy masz pan ten akt ważny? — zapytał pan Daburon.
— Mam, panie sędzio; ten pan z policji, przed którym wszystko zeznałem, powiedział mi, żebym go wziął z sobą; wydobyłem go więc z ukrycia i mam przy sobie.
— Daj go pan.
Lerouge dobył olbrzymiego pargaminowego pugilaresu i wydobył zeń pożółkły i starannie opieczętowany papier.
— Oto jest. Od tej przeklętej nocy nie otworzyłem papieru.
W rzeczy samej, sędzia otwierając ujrzał, że piasek, którym pismo było zasypane, opadł na suknie.
Był to treściwy opis, opowiedziany przez starego marynarza. Cztery podpisy znajdowały się u dołu.
— Co się stało, — mówił sędzia do siebie, — ze świadkami, podpisanymi na tem oświadczeniu?
Lerouge myślał, że zapytanie zostało do niego skierowane.
— Germain umarł, — odpowiedział, — mówiono mi, że się utopił na jakiejś wycieczce. Klaudja zamordowana, ale druga mamka jeszcze żyje. Wiem nawet, że wspominała o tej sprawie swojemu mężowi, bo i mnie doszły słuchy. Nazywa się Brosette i mieszka we wiosce hrabi de Commarin.
— A co potem? — pytał sędzia, zanotowawszy nazwisko i miejsce pobytu tej kobiety.
— Nazajutrz Klaudji udało się udobruchać mię i wymódz na mnie przysięgę, że będę milczał. Dziecko było tylko trochę chore, ale na ramieniu pozostała szeroka blizna.
— Czy pani Gerdy, została uwiadomioną o tem, co zaszło?
— Zdaje mi się, że nie, panie sędzio; zresztą nie wiem.
— Jakto, pan nie wiesz!
— Przysięgam panu sędziemu, że nie wiem, zresztą to pozostaje w związku z tem, co nastąpiło.
— Co więc nastąpiło?
Marynarz zawahał się.
— Bo... proszę pana sędziego... to moja rzecz...
— Mój przyjacielu, — przerwał sędzia, — ty jesteś zacnym człowiekiem, chętnie temu wierzę, nawet jestem tego pewny. Ale raz w życiu zbłąkany przez złą żonę, stałeś się współwinnym karygodnego czynu. Napraw błąd, mówiąc szczerze. Wszystko co się tu mówi, a bezpośrednio nie odnosi się do zbrodni, pozostanie w tajemnicy; ja sam wkrótce o tem zapomnę. Nie lękaj się więc niczego, a jeżeli czujesz upokorzenie, to przyznaj sam, że jest to poniekąd kara za przeszłość.
— Niestety! — panie sędzio, — odrzekł marynarz, — ja już nie od dziś ukarany, a kara moja nie dziś się zaczęła. Pieniądze źle nabyte nie przyniosły korzyści. Wróciwszy do domu, kupiłem pożądane pole, a zapłaciłem drożej, aniżeli było warte. W dniu, kiedy przechadzając się po nim, mówiłem do siebie: „Należy do mnie,“ byłem ostatni raz zadowolony. Klaudja była zalotną, ale to nie wszystko... miała ona gorsze wady. Na widok pieniędzy wybuchły one jak płomień. Zawsze lubiła dużo jeść, ale z przeproszeniem pańskiego honoru, odtąd żarła jak świnia. Uczty odbywały się u nas bezustannie. Jak tylko wypłynąłem z domu, spraszała do siebie najgorszą hołotę ze wsi i upijała się tak, że traciła zmysły. W tym czasie, raz, kiedy ona myślała, że znajduję się w Rouen, wpadam nagle do domu. Wchodzę i zastaje ją z mężczyzną. I to z jakim mężczyzną, panie sędzio! Największym wisusem z całej wsi, opojem, brzydkim, obrzydliwym. Powinienem go był zabić, bo wszystkie po temu miałem prawo, ale że był zanadto podły, więc uczułem litość. Uchwyciwszy go za kołnierz, wyrzuciłem go za okno, nie otwierając. Nie wzięli go djabli. Wtedy rzuciłem się na żonę, a kiedy przestałem bić, ona leżała jak martwa.
Lerouge mówił co raz ciszej, a od czasu do czasu przyciskał do oczu pięści zaciśnięte.
— Przebaczyłem, — ciągnął, — ale mąż, który bił żonę, a potem przebaczył, jest zgubiony. Od tego czasu postępowała ostrożniej, zrobiła się obłudną i oto cala korzyść. A gdy pani Gerdy odebrała swojego malca, Klaudję nie można już było powstrzymać. Z kochaną swoją matunią, którą wzięliśmy do siebie, aby dozierała Jakóba, uknuła na mnie spisek i najhaniebniej oszukiwała mię przez cały rok. Ja, głupi, myślałem, że weszła na drogę poprawy, a ona tymczasem wiodła straszne życie. Mój dom stał się jaskinią łotrów i złodziei, w moim domu upijała się największa hołota. Żona sprowadzała beczkami wino i wódkę, a kiedy ja męczyłem się na morzu, u mnie taczano się w błocie. Skoro zabrakło pieniędzy, natychmiast pisała do hrabiego, albo jego kochanki i orgje rozpoczynały się na nowo. Nie raz obudzały się we mnie rozmaite podejrzenia; wtedy katowałem ją niesłychanie, ale potem znowu przebaczałem, jak nikczemnik, jak głupiec. Straszne to było życie. We wsi wszyscy ludzie zaczęli mną gardzić; uważano mię za wspólnika żony... Tymczasem ona płaciła swoim kochankom. Każdy pytał, zkąd w moim domu, mimo że interesa nie bardzo dobrze idą, bierze się taki dostatek. Aby mię odróżnić od mojego brata stryjecznego, dano mi pogardliwe przezwisko. Jaka hańba, panie sędzio! A ja nic nie wiedziałem o tych skandalach, na honor! nic... Szczęście, że mój ojciec spoczywał już w grobie...
Pan Daburon uczuł litość.
— Uspokój się, mój przyjacielu, — rzekł łagodnie, — przyjdź do siebie.
— Nie, panie sędzio, wolę prędzej skończyć. Znalazł się człowiek, który był na tyle miłosiernym, że mię ostrzegł. Był to proboszcz miejscowy. Nie namyślałem się długo, poszedłem niezwłocznie dopewnego prawnika, aby się poradzić, co w podobnym wypadku może uczynić każdy mąż zacny. Odpowiedział mi, że nie ma ratunku. Pieniąc się, znaczy publicznie shańbić się, a separacja na nic się nie zdała. Żona może robić z nazwiskiem męża, co jej się tylko podoba. Może je splamić, zbezcześcić, bo jest jej własnością. Dowiedziawszy się o tem, postanowiłem działać na własną rękę. Tego samego dnia sprzedałem fatalne pole, a pieniądze oddałem Klaudji, nie chcąc jeść chleba sromoty. Następnie kazałem spisać akt, na mocy którego małe nasze mienie powierzyłem w administrację Klaudji, ale pod warunkiem, że jej nie wolno ani sprzedać, ani długów zaciągać, a nakoniec oświadczyłem jej listownie, że może z sobą robić co się jej podoba, albowiem odtąd więcej mię nie zobaczy. Jeśli chce, może nawet mówić, że jest wdową. W nocy odjechałem z synem.
— A po pańskim odjeździe co się stało z żoną?
— Nie wiem, panie sędzio. Słyszałem tylko, że w rok po mnie wyniosła się także z wioski.
— Czy nigdy ją potem nie widziałeś?
— Nigdy.
— A przecież byłeś u niej na trzy dni przed zbrodnią.
— Prawda, panie sędzio, ale tego wymagały interesa. Daremnie ją szukałem, nikt nie umiał powiedzieć, co się z nią stało. Na szczęście mój notarjusz otrzymał adres pani Gerdy, od której dowiedział się w drodze listownej, że Klaudja mieszka w włości Jonchère. Byłem właśnie w Rouen; ojciec Gervais, mój stary przyjaciel, zaproponował mi, że mię odwiezie do Paryża na swoim statku, na co chętnie przystałem. Ach! panie sędzio! jaki przestrach, skoro wszedłem do pokoju tej nieszczęśliwej?! W pierwszej chwili nie poznała mię. Zapewne musiała wierzyć, że już nie żyję. Gdym powiedział kto jestem, padła na wznak. Nieszczęsna! wcale się nie odmieniła. Przy niej stała szklanka i butelka z wódką.
— Z tego wszystkiego nie mogę się dowiedzieć, po co pan poszedłeś do swojej żony.
— To dla Jakóba, panie sędzio... Z malca zrobił się mężczyzna, chciał się więc ożenić. Do tego trzeba było przyzwolenia matki. Przyniosłem więc do Klaudji akt notarjalny, który podpisała. Oto jest.
Pan Daburon wziął rzeczony akt i zdawało się, że uważnie go czyta. Po chwili zaś zapytał:
— Jak się panu zdaje, kto mógł zabić twoją żonę?
Lerouge nie odpowiedział.
— Czy pan nikogo nie podejrzywa? — zapytał sędzia.
— Do kata! panie sędzio, — odpowiedział marynarz — cóż ja panu mogę powiedzieć? Myślałem, że Klaudja zmęczyła ludzi, których od tak dawna obdzierała, albo, że zostawszy sama, za wiele mówiła...
Po spisaniu zeznań, kompletnych pod każdym względem, pan Daburon pożegnał marynarza, oświadczając, żeby zaczekał na Gevrola, który odprowadzi go do hotelu, gdzie zatrzyma się aż do dalszych rozkazów sądu.
— Wydatki zostaną panu zwrócone, — dodał.
Zaledwie Lerouge wyszedł za drzwi, w gabinecie sędziego śledczego zaszedł wypadek ważny, cudowny, niesłychany, pierwszy w swoim rodzaju.
Konstanty, poważny, nieruchomy, nieczuły, — głucho-niemy Konstanty podniósł się i przemówił!
Nie pytany, przerwał piętnastoletnie milczenie i zapomniał się do tego stopnia, że aż ośmielił się zrobić własną uwagę.
Rzekł:
— Oto, panie sędzio, zadziwiająca sprawa!
— Rzeczywiście zadziwiająca, — myślał pan Daburon, — mogąca w jednej chwili zburzyć wszystkie obliczenia.
Dla czego on, sędzia, działał z takim pożałowania godnym pospiechem? Czemu nie czekał na ujęcie nitek tego zawikłanego zamachu i na wszystkie zeznania niezbędnych świadków? Nie jeden posądza sąd o powolność, ale właśnie w tej powolności leży jego siła i pewność, równająca się prawie nieomylności.
Nie raz, kiedy rozwiązanie zagadki staje się niemożliwem, ni ztąd ni z owąd zjawia się jakaś osobistość i jednem słowem kończy żmudną pracę.
Pan Daburon, najmędrszy z ludzi, uważał za całkiem prostą, najzawilszą sprawę. W zbrodni tajemniczej, wymagającej największej przezorności, postępował jak w każdej zbrodni rażącej. Dla czego? Ponieważ jego własne wspomnienia nie pozwoliły mu wpierw rozważyć i osądzić, a dopiero potem postanowić. Z jednej strony bał się okazać słabym, a z drugiej strony nie chciał być gwałtownym. Ufając swojemu przekonaniu, unosił się nierozważnie. A jednak ileż to razy mawiał do siebie: „Co jest naszym obowiązkiem? Ach, kto jasno nie widzi, gdzie się zaczyna jego obowiązek, ten z pewnością wejdzie na drogę błędną.“
Pan Daburon, uspokoiwszy się znacznie, zaczął trzeźwiej rozważać. Na szczęście nie zaszło jeszcze nic takiego, czego nie możnaby naprawić. Tylko przypadek wstrzymał go od ostatecznego uderzenia. W tym momencie przyrzekł sobie nawet, że to śledztwo będzie ostatniem w jego życiu. Odtąd jego zawód przejmował go grozą. Przytem widzenie się z Klarą rozdrażniło na nowo, źle zasklepione rany w sercu, a krew ciekła z nich obficiej jak dawniej. Przyznawał w głębi duszy, że życie jego było złamane, skończone. Każdy człowiek może to sobie powiedzieć, dla którego wszystkie kobiety są niczem, z wyjątkiem jednej, za którą napróżno wzdycha.
Zanadto religijny, żeby mógł pomyśleć o samobójstwie, pytał się bojaźliwie, co się stanie później, gdy już zrzuci suknię sędziowską.
Potem wracał do toczącej się sprawy. W każdym razie, winny czy niewinny, Albert był zawsze wice-hrabia de Commarin, legalnym synem hrabiego. Ale czy jest winny? Widocznie nie.
— Zdaje mi się! — zawołał nagle sędzia, — że przedewszystkiem trzeba się widzieć z panem de Commarin. Konstanty! poszlij po hrabiego; niech natychmiast przyjedzie. Jeśli go nie zastaną w domu, niech go poszukają.
Dla pana Daburona nadeszła przykra chwila. Czuł się zmuszonym powiedzieć dumnemu starcowi: „Panie, twoim synem legalnym nie jest ten, którego ci przedstawiłem, ale drugi.“ Jakie położenie! nie tylko bolesne, ale nawet śmieszne.
Przed Noelem trzeba również wyznać prawdę i z wyżyny, na której się go umieściło, zrzucić go na ziemię. Jakie rozczarowanie! Ale bez wątpienia hrabia o nim nie zapomni, przecież nie mało mu zawdzięcza...
— Teraz, — szepnął sędzia, — gdzie winowajca?
Przez mózg przeleciała mu myśl, którą z początku uznał za nieprawdopodobną. Odrzucił ją, ale po chwili znowu ją podjął. Obracał ją ze wszystkich stron, uważnie się jej przypatrywał. Właśnie grzebał w niej co raz uważniej, gdy wtem wszedł hrabia de Commarin.
Wysłaniec sędziego spotkał go przed pałacem, właśnie, kiedy wysiadł z powozu, wracając z Klarą od pani Gerdy.


IX.

Ojciec Tabaret nie tylko mówił, ale i działał.
Opuszczony przez sędziego śledczego i zostawiony swoim własnym siłom, nie tracąc drogiego czasu, rzucił się niezwłocznie do dzieła i odtąd ani spoczął.
Opowieść o jednokonnym kabriolecie, była prawdziwą.
— Dzięki znacznym kwotom pieniężnym, nasz poczciwiec zrekrutował blisko tuzin dymisjonowanych urzędników policyjnych i drabów bez zatrudnienia i na czele tych zacnych sprzymierzeńców, w towarzystwie swojego alter ego, pana Lecoq, udał się do Bougival.
Najstaranniej przetrząsł całą okolicę, dom w dom, a to z uporem i cierpliwością człowieka, pragnącego w wozie śmiecia znaleźć igłę.
Usiłowania nie były całkiem bezowocne.
Po trzechdniowych poszukiwaniach, oto co zebrał:
Morderca nie wysiadł na stacji kolei w Reuil, jak to czynią wszyscy jadący do Bougival, Jonchère i Marly. Dojechał on aż do Chatou.
Tabaret sądził, że był to człowiek jeszcze młody, brunet, o gęstych i czarnych bokobrodach; na sobie miał palto, a w ręku parasol. Tak go przynajmniej opisywali urzędnicy kolejowi.
Podróżny ten, przybywszy pociągiem, który wyjeżdża z Paryża o godzinie ósmej, minut 35 wieczór, zdawał się nie mieć wiele czasu do stracenia.
Wyszedłszy z dworca kolei żelaznej, pobiegł przyspieszonym krokiem drogą wiodącą do Bougival. Na szosie widzieli go dwaj mężczyźni z Marly i jedna kobieta z Malmaison. Wszystkich uderzył jego pospiech. Przez całą drogę palił cygaro.
Na moście w Bougival, łączącym oba brzegi Sekwany, przypatrzono mu się jeszcze lepiej. Na rzeczonym moście, płaci pięć centymów każdy przechodzień, a domniemywany morderca albo nie wiedział, albo zapomniał o tej okoliczności. Biegł prędko, nie zważając na nikogo, co widząc dozorca mostu, przyspieszył kroku i zawołał, aby mu zapłacił.
Drobna ta przeszkoda widocznie go zmięszała; nie rzekłszy słowa, rzucił srebrną półfrankówkę i ani zapytał o należących mu się czterdzieści pięć centymów.
Jeszcze nie wszystko.
Kontrolor na stacji w Reuil przypomniał sobie wybornie, że o kwadrans na jedenastą, jakiś podróżny zmięszany i tak zadyszany, że zaledwie można go było zrozumieć, zażądał biletu drugiej klasy do Paryża.
Szczegóły co do fizjonomji tego wojażera, zgadzały się najzupełniej z portretem, opisanym przez urzędników z Chatou i dozorcę mostu.
Nakoniec nasz poczciwiec był na tropie osoby, która najprawdopodobniej znajdowała się w tym samym wagonie, co nieznajomy. Był nią pewien rzeźnik z Asnières, do którego niezwłocznie napisał, prosząc go o chwilkę rozmowy.
Taki był bilans ojca Tabareta, gdy w poniedziałek zrana zjawił się w pałacu Sprawiedliwości dla wywiedzenia się, czy szczegóły dotyczące pochodzenia zabitej, nadeszły już do sądu.
Nie znalazł wprawdzie upragnionych osób, ale za to na korytarzu zastał Gevrola z marynarzem.
Naczelnik bezpieczeństwa publicznego tryumfował, a tryumfował bezwstydnie... Jak tylko ujrzał Tabareta, zawołał:
— I cóż wielki Jasnowidzu, co tam nowego? Czy od ostatniej naszej rozmowy kazałeś pan uciąć głowę jakiemu łotrowi? Ach! stary lisie, wiem, że radbyś teraz być na mojem miejscu.
Boże jak nasz poczciwiec zmienił się od dwóch dni.
Przeświadczenie o popełnionym błędzie zrobiło go pokornym i słodkim. Złośliwe żarty, które dawniej odbierały mu władzę panowania nad sobą, nie mogły go teraz obrazić. Zamiast się żachnąć, spuścił nos tak nisko, że się aż sam Gevrol zdziwił.
— Śmiej się ze mnie, mój dobry panie Gevrol, — odpowiedział półgłosem, — śmiej się do syta, wiem, że na to zasłużyłem.
— Ach! tak... więc dokonałeś pan nowego arcydzieła!... Bardzo pięknie.
Ojciec Tabaret potrząsł boleśnie głową.
— Oddałem niewinnego, — rzekł, — a teraz sąd nie chce mi go zwrócić.
Gevrol był zachwycony; z prawdziwą przyjemnością zacierał ręce...
— To bardzo pięknie, — mówił z szyderczym uśmiechem, — to bardzo zręcznie. Wyłapać winnych, do kata! to niewdzięczne rzemiosło. Ale dać zamknąć niewinnego, do pioruna! to szczyt artyzmu. Ojcze Jasnowidzu, jesteś olbrzymem! Padam do nóżek...
I równocześnie uchylił ironicznie kapelusza.
— Nie dręcz mię, — blagał nasz poczciwiec. — Co chcesz, mimo siwych włosów, jestem jeszcze bardzo młody w moim zawodzie. że ślepy wypadek pomógł mi trzy, czy cztery razy, więc chodziłem nadęty jak głupi paw. Zobaczyłem za późno, że nie jestem tym, za kogo się uważałem; ja jestem prostym nowicjuszem, podczas gdy pan, panie Gevrol, jesteś skończonym mistrzem. Ale zamiast szydzić ze mnie, błagam cię, zlituj się i zechciej mię wesprzeć swoją mądrą radą. Sam, bez pańskiej pomocy nigdy nie wybrnę...
Jak niegdyś Tabaret, tak teraz Gevrol, urósł o dwa cale.
Pokora Tabareta, którego w głębi duszy bardzo poważał, połechtała rozkosznie jego ambicję policyjną. Postanowił okazać się więcej ludzkim.
— Zdaje mi się, — rzekł tonem protekcyjnym, — że idzie tu o sprawę wdowej Lerouge.
— Nie inaczej, kochany Gevrolku, chciałem działać bez pana i djabelnie na tem wyszedłem.
Stary lis, Tabaret, przybrał teraz minę braciszka, którego przeor zastał w piątek nad tłustą szynką; ale w duszy śmiał się i cieszył.
— Poczekaj stary drabie, — myślał, — niezadługo będziesz tak tańczył, jak ja zagram.
Gevrol skrobał się w nos i mruczał dwójznacznie: „Hm! hm!“
Udawał, że się waha, a tymczasem lubował się w rozkoszy, jaką mu sprawiało zmieszanie Tabareta.
— Dobrze, ojcze Jasnowidzu, — zagadał po chwili, — dobry ze mnie chłopiec, więc chętnie ci pomogę. Ale dziś nie mam czasu. Potrzebują mię w sądzie. Przyjdź pan do mnie jutro rano, pogawędzimy. Jednakże przed rozejściem się zaświecę panu latarnię, która wskaże prawdziwą drogę. Czy wiesz pan kto jest ów świadek, którego z sobą przyprowadziłem?
— Powiedz, kochany, drogi Gevrolu.
— Jest to mąż ofiary z Jonchère.
— Nie możebne!... — zauważył ojciec Tabaret zdumiony. A rozważywszy: — Pan chyba ze mnie żartujesz, — dodał.
— Bynajmniej, słowo honoru. Zapytaj go o nazwisko, a powie ci, że się nazywa Piotr Lerouge.
— Więc ona nie była wdową?
— Chciała nią być...
— Ach!... — szepnął poczciwiec, — a czy umie on co powiedzieć?
W dwudziestu zdaniach naczelnik policji opowiedział swojemu koledze ochotnikowi wszystko, o czem sędzia śledczy dowiedział się z ust męża nieboszczki.
— I cóż pan na to? — zapytał, skończywszy opowieść.
— Co ja na to? — wyjąknął Tabaret, którego twarz zdradzała najwyższe zdziwienie, graniczące z zupełnem ogłupieniem, — co ja na to? Nic... Zdaje mi się... ale nic, nic mi się nie zdaje...
I w tej samej chwili wyprostowawszy się, uderzył się pięścią w czoło.
— Ach! mój rzeźnik! — zawołał, — do jutra panie Gevrol.
— Zabiłem go... — pomyślał naczelnik policji.
Ale nasz poczciwiec był przy zdrowych zmysłach; tylko nagle przypomniał sobie rzeźnika z Asnières, którego prosił, ażeby przyszedł do jego mieszkania.
Na schodach spotkał się z panem Daburon; zaledwie raczył się ukłonić. Wkrótce ujrzał się na bulwarze, biegnąc drobnym krokiem, jak kot wychudły.
— Tam pogawędzimy, — mówił do siebie; — mój Noel stał się znowu dawnym Noelkiem. Zapewne nie będzie się cieszył, on którego wielkie nazwisko tak uszczęśliwiało. Ale mniejsza o to... Jeśli zechce, mogę go adoptować. Wprawdzie Tabaret nie brzmi tak pięknie jak Commarin, ale w każdym razie nie brzydkie to nazwisko. Ale historja Gevrola nie zmienia w niczem ani położenia Alberta, ani mojego przekonania. Jest synem legalnym, tem lepiej dla niego! To nie przemawiałoby za jego niewinnością, gdybym o niej wątpił. Widocznie tak samo jak ojciec, nie wiedział nic o tych zadziwiających okolicznościach. Musiał, tak dobrze jak hrabia, wierzyć w zamianę. Ale pani Gerdy nie mogła wątpić, że Noel jest jej synem... Odebrawszy go, musiała sprawdzić swój znak... Kiedy Noel znalazł listy hrabiego, matka musiała mu zaraz wytłumaczyć...
Ojciec Tabaret wstrzymał się tak nagle, jak gdyby przed sobą ujrzał na drodze bezdenną przepaść.
— Przestraszył się własnej konkluzji, która mówiła: W takim razie Noel zamordował wdowę Lerouge, aby uniemożliwić zeznanie, że zamiana nie nastąpiła... Tylko Noel potrzebował spalić listy i papiery, świadczące na jego niekorzyść!...
Ale przejęty grozą, odtrącił to prawdopodobieństwo, jak każdy człowiek zacny odrzuca haniebną myśl, która przypadkowo wdarła się w jego umysł.
— Stary ośle! — zawołał idąc dalej przyspieszonym krokiem, — oto naturalne następstwo ohydnego rzemiosła, w którem rozkoszowałeś! Podejrzewać Noela, moje dziecię, mojego uniwersalnego spadkobiercę, tę cnotę i honor wcielony! Noela, którego w dziesięcioletniem prawie bezustannem pożyciu nauczyłem się kochać, poważać i wielbić, za którego byłbym zawsze ręczył, jak za siebie! Aby módz przelać krew, trzeba być człowiekiem namiętnym, a Noel miał tylko dwie namiętności, swoją matkę i pracę. Czy godzi się kalać podejrzeniem ten szlachetny charakter!... Stary ośle, powinieneś sobie kazać odliczyć pięćdziesiąt kijów. Stary ośle! czy mało ci tego błędu, który dopiero popełniłeś? Kiedy będziesz oględniejszym?...
Tak rozważał, starając się całkiem uspokoić, ale w duszy głos szatański ciągle mu podszeptywał: A gdyby to był Noel?
Ojciec Tabaret przyszedł na ulicę św. Łazarza.
Przed bramą jego domu stał elegancki powozik. Koń był prześliczny. Pomimo woli, stanął.
— Śliczne zwierzątko, — rzekł do siebie, — moi lokatorowie mają znajomości w wyższym świecie.
Mieli także i w niższym, bo zaledwie przestał mówić, w bramie ujrzał wychodzącego Clergeota, zacnego pana Clergeota, którego obecność w domu zapowiadała ruinę, jak odwiedziny służby karawanowej zapowiadają śmierć...
Stary wolontarjusz policyjny, który miał stosunki z całym światem, znał wyśmienicie szlachetnego bankiera. Nawet dawniej, kiedy skupywał książki, odwiedzał często jego magazyn. Zatrzymał go.
— Stary krokodylu, — rzekł, ty tu!... Masz więc stosunki w moim domu?
— Zdaje się, odparł sucho Clergeot, który nie cierpiał poufałości.
— Patrzcie! patrzcie! wtrącił Tabaret.
A trącony ciekawością, zrozumiałą u właściciela domu, który powinien wiedzieć, kto z jego lokatorów znajduje się w opłakanem położeniu finansowem, dodał:
— Kogoż do kata, zamierzasz pan zrujnować?
— Ja nikogo nie rujnuję, — odpowiedział Clergeot tonem obrażonej godności. — Czy możesz się pan na mnie uskarżać? Nie myślę... Zresztą, jeśli pan chcesz, możesz pomówić z młodym adwokatem, z którym mam interesa, a dowiesz się, czy żałuje znajomości ze mną...
Tabaret doznał niemiłego wrażenia.
Jak to! Noel, ten mądry Noel, miałby być klientem Clergeota! Coby to mogło znaczyć? Ale może nie ma w tem nic złego! Mimo to piętnaście tysięcy franków z czwartku, przyszło mu na myśl.
— Wiem, — rzekł po chwili, chcąc się o wszystkiem dowiedzieć, — wiem, że pan Gerdy lubi putać.
Clergeot był na tyle delikatny, że zawsze bronił swoich klientów.
— To nie on sam puta, — zauważył, — to jego droga kobietka. Chociaż mała jak mój palec, zjadłaby djabła z rogami i pazurami.
Jakto! Noel utrzymuje kobietę, którą sam Clergeot, ten wielbiciel dam z pół-świata, nazywa rozrzutną? To wyjawienie, uczynione w tej chwili, dotknęło najboleśniej naszego poczciwca. Mimo to udawał obojętnego. Jeden ruch, jedno spojrzenie, mogło obudzić w lichwiarzu podejrzenie i zamknąć mu usta.
— Wiemy o tem, — podchwycił tonem spokojnym. — Nic dziwnego, młodość musi wyszumieć!... Ale jak pan sądzisz, ile go też rocznie może kosztować ten mały ptaszek?
— Nie wiem, słowo honoru. Najgorzej zrobił, że jej nie wyznaczył pewnej kwoty. Według mojego obliczenia, przez cztery lata, jak ją utrzymuje, musiała połknąć pół miljona franków.
Cztery lata! pół miljona!
Te słowa, te cyfry, padły jak piorun na mózg ojca Tabareta.
W takim razie Noel był zupełnie zrujnowany. A wtedy...
— To wiele, — rzekł, — zachowując przy nadludzkiem wysileniu pozorną obojętność, — to nawet bardzo wiele. Ale bądź co bądź, pan Gerdy ma środki.
— On? — przerwał lichwiarz, wzruszając ramionami. — Nie wierz pan w to, — dodał, gryząc paznogieć u małego palca. — Jest czysty jak łza... Ale chociażby panu winien był tysiące, nie obawiaj się... to sprytna sztuczka. Żeni się... Ja sam przedłużyłem mu termin na 26.000 franków. Do widzenia, panie Tabaret.
Lichwiarz odszedł wolnym krokiem, a nasz poczciwiec stał na trotuarze.
Czuł coś na kształt olbrzymiej boleści, jaka przenika serce ojca na wiadomość, że jego syn ukochany jest może największym łotrem.
A jednak tak wierzył w Noela, że zmuszał swój rozum do odtrącenia złowrogich podejrzeń, które się w nim zagnieździły. Bo kto wie, czy ten lichwiarz nie oczernił adwokata?
Ludzie pożyczający na sto od sta, są zdolni do wszystkiego. Widocznie przesadził cyfrę szaleństw swojego klienta.
A gdyby nawet! Ileż to ludzi popełniało dla kobiet największe niedorzeczności, nie przestając być szlachetnymi!
Chciał wejść.
Jedwab, koronki i aksamity zatarasowały mu drogę.
Właśnie wychodziła prześliczna brunetka.
Lekko, jak ptaszek, wskoczyła do stojącego powoziku.
Ojciec Tabaret był wielkim wielbicielem płci pięknej; młoda kobieta była czarująca, ale teraz tak był zajęty, że nie miał czasu na nią spojrzeć.
Wszedłszy, zastał odźwiernego w sieni, z czapką w ręku, jak czułem okiem przypatrywał się luidorowi.
— Ach! panie gospodarzu, — rzekł portjer, — jaka piękna i wspaniałomyślna dama!... Co za szkoda, żeś pan pierwiej nie przyszedł!
— Jaka dama?... Dla czego?
— Ta dystyngowana dama, która właśnie odjechała. Była tu, aby się wywiedzieć o panu Gerdy. Dała mi dwadzieścia franków za to tylko, bym jej odpowiadał na zapytania. Zdaje się, że pan Gerdy myśli się żenić. Była strasznie zła. Cudowne stworzenie! Zaczynam podejrzywać, czy to nie jego metresa. Wiem teraz, czemu tak często wychodził...
— Pan Gerdy?
— Tak, panie gospodarzu. Jeszcze panu o tem nie mówiłem, bo wiedziałem, że chciał swoje wycieczki zachować w tajemnicy. W nocy nigdy mu nie otwierałem, nigdy! Wychodził przez małe drzwi od wozowni. Myślałem sobie: Zapewne nie chce mię budzić, to bardzo delikatnie...
Odźwierny mówił, patrząc ciągle na luidora. A kiedy podniósł oczy, ażeby spojrzeć na swojego chlebodawcę, ojciec Tabaret był już daleko.
— Patrzcie, już poleciał za tą czarowną spódniczką! O! stary libertyn! czy on się nigdy nie opamięta?!
Odźwierny wcale się nie mylił. Tabaret pobiegł za błękitnym powozikiem.
Pomyślawszy: „Ta powie mi wszystko“ — wyskoczył jak opętany na ulicę.
Był największy czas; powóz skręcał na inną ulicę.
— Na Boga! — jęknął, — tracę ją z oczu, a jednak prawda jest tam...
Znajdował się w stanie tego nerwowego rozdrażnienia, które wyradza cuda.
Minąwszy róg ulicy św. Łazarza, dobiegł szybko jak dwudziestoletni młodzieniec do ulicy Hayre, gdzie błękitny powozik zatrzymał się na szczęście wśród tłumu ekwipażów.
— Dostanę ją! — rzekł z tryumfem.
Jego oko błądziło do koła — nigdzie ani jednej dorożki.
Chętnie jak Ryszard III. byłby zawołał: „Cały mój majątek za jedną dorożkę!“
Błękitny powozik przebił się na drugą stronę i jak kula potoczył się w kierunku ulicy Tronchet. Tabaret biegł co raz szybciej.
Biegnąc środkiem ulicy i szukając dorożki, myślał w duszy:
— Na łowy, stary ośle, na łowy! Kto nie ma głowy, powinien mieć przynajmniej dobre nogi. Ach! stary ośle, czemu nie zapytałeś Clergeota o adres tej kobiety? Prędzej, stary, prędzej! Kiedy chciałem zostać psem gończym, to niechżeż umiem ścigać jak pies.
Był zaledwie w połowie ulicy Tronchet, a nie mógł dalej; czuł, że nogi wypowiadają posłuszeństwo, a przeklęty powozik był już w pobliżu Magdaleny.
Szczęście! odkryta dorożka nadjechała z tyłu. Zrobił znak więcej rozpaczliwy, aniżeli ten, kto się topi. Woźnica zobaczył. Zebrawszy wszystkie siły, skoczył do dorożki, nie stając nawet na stopniu.
— Dalej! — zawołał, — za niebieskim powozem, dwadzieścia franków!
— Rozumiem! — odpowiedział woźnica, przymrużając lewe oko.
I silnem uderzeniem batoga, dodał otuchy chudemu rumakowi, mrucząc pod nosem:
— Jakiś zazdrośnik pędzi za swoją żoną. Hej! rozumiem... hej! stary!...
Pan Tabaret był nowo narodzony. Na bulwarze wsparł się ręką o kozioł, mówiąc do woźnicy:
— Nie widzę błękitnego powoziku.
— Ach, ja go widzę, mój obywatelu; ale tamten koń lepszy.
— Twój powinien iść raźniej; powiedziałem dwadzieścia, dam czterdzieści franków.
Woźnica zaczął silniej bić swojego konia, myśląc w duszy:
— Nie ma co mówić, trzeba dopędzić. Za dwadzieścia franków nie byłoby się udało, ja lubię kobiety, zawsze staję w ich obronie. Ale, do kata! dwa luidory.. Czy wolno być zazdrośnym, skoro się jest tak brzydkim?...
Ojciec Tabaret starał się napróżno zająć swój umysł rzeczami obojętnemi. Nie chciał wyrokować, zanim nie zobaczy tej kobiety, nie rozmówi się i zręcznie ją nie wysonduje.
Wiedział, że jednem słowem mogła zgubić, albo ocalić kochanka.
— Jakto! zgubić Noela... Ale niech i tak będzie.
Myśl, że Noel mógłby być mordercą, męczyła go i brzęczała w jego mózgu, jak mucha, która sto razy wraca i uderza o szybę, albo tak długo krąży do koła zapalonej świecy, dopóki się nie spali.
Właśnie minęli Chaussee d’Antin; błękitny powozik był zaledwie o trzydzieści kroków. Woźnica zwrócił się do Tabareta.
— Panie, nasz powóz zatrzymuje się.
— Zatrzymaj się także i nie trać go z oczu.
Ojciec Tabaret wychylił się z dorożki.
Młoda kobieta wysiadłszy z powozu i przebiegłszy trotuar, weszła do magazynu, w którym sprzedają kaszmiry i koronki.
— Oto, którędy idą tysiączki, — myślał nasz poczciwiec. — Pół miljona w czterech latach! Co te istoty robią z pieniądzmi? Czy jedzą złoto? Dla zaspokojenia zachcianek, topią całe fortuny. Muszą mieć jakieś talenta, bo mężczyzna, dostawszy się raz w ich łapkę, poświęci wszystko, a nigdy ich nie porzuci.
Dorożka ruszyła, ale wnet się zatrzymała.
Powozik podjechał i stanął przed innym magazynem.
— Ta kreatura chce zakupić cały Paryż, — mówił Tabaret z wzrastającym gniewem. — Tak, to ona uwiodła Noela, to ona skłoniła go do popełnienia zbrodni. W tej chwili puszcza w obieg moich szesnaście tysięcy franków. Na ile dni wystarczą? Zapewne, aby dostać pieniędzy, Noel zabił wdowę Lerouge. Ach! w tym razie byłby ostatnim, najnędzniejszym z ludzi!... Jaki obłudnik!... A gdybym teraz umarł z gniewu, on zostałby moim spadkobiercą. Strach pomyśleć! Przecież wyraźnie napisałem: „Przekazuję mojemu synowi, Noelowi Gerdy.“ Gdyby ten chłopiec był winnym, nie byłoby dość surowej kary na niego!... Czy ta kobieta nigdy nie wyjdzie?
Ta kobieta wcale się nie spieszyła. Czas był piękny, jej toaleta była prześliczna — więc chciała się pokazać. Odwiedziła jeszcze kilka magazynów, a na ostatek wstąpiła do cukierni, gdzie zabawiła blisko kwadrans.
Nasz poczciwiec rozgorączkowany niecierpliwością, siedział w dorożce jak na szpilkach. Chciał wyskoczyć, uchwycić ją za ramię i zawołać:
— Nieszczęsna! wracaj, wracaj do siebie! Co ty tu robisz? Czy nie wiesz, że właśnie teraz, twój kochanek, ten, którego zrujnowałaś, jest podejrzany o morderstwo? Wracaj więc, bo chcę dowiedzieć się od ciebie, ażali on jest winny lub niewinny. Wszak ty mi powiesz — ani wątpię o tem... Przygotuję łapkę, pewnie się nie wymkniesz. Wracaj więc, bo niepokój zabije mię na ulicy.
Niebieski powozik ruszył z miejsca, minął ulicę Faubourg-Montmartre, zwrócił się w ulicę Provence, wysadził piękną kobietkę przed jej bramą i pomknął dalej.
— Więc ona tu mieszka, — rzekł Tabaret i westchnął lekko, jakby mu młyński kamień spad! z piersi.
Wysiadłszy z dorożki, wręczył woźnicy przyrzeczone dwa luidory, prosząc, aby się zatrzymał i szybko, jak kot, ruszył w ślad za młodą kobietą.
— To jakiś cierpliwy obywatel, — pomyślał woźnica — ale ta młoda brunetka, to smaczny kąsek.
Nasz poczciwiec otworzył drzwi od loży odźwiernego.
— Nazwisko tej damy co weszła? — zapytał.
Odźwierny nie miał wcale chęci odpowiedzieć.
— Jej nazwisko! — krzyknął stary policjant.
Ton był tak krótki i rozkazujący, że odźwierny musiał się skruszyć.
— Pani Julja Chaffour, — odrzekł.
— Na którem piętrze?
— Na drugiem; drzwi prosto.
W kilka sekund nasz poczciwiec czekał już w salonie pani Julji. — Pani rozbiera się, odpowiedziała mu pokojowa, — ale zaraz przyjdzie.
Ojciec Tabaret był zdumiony zbytkiem w salonie. Nie byłby nigdy przypuścił, że znajduje się w mieszkaniu, tego rodzaju kobiety. Wszystko tu było gustowne, eleganckie. Wytrawny policjant, rozumiejący się na wielu rzeczach, osądził w mgnieniu oka, że urządzenie tego salonu, musiało wiele kosztować. Nie przesadzając, sam kominek wart był co najmniej sześćdziesiąt tysięcy franków.
— Clergeot, — pomyślał, — mówił prawdę...
Zjawienie się Julji nie pozwoliło dłużej rozmyślać.
Miała na sobie szeroki czarny szarafanik, obszyty szerokiemi koronkami. Cudowne jej włosy, nieco zburzone kapeluszem, spadały w kędziorach po alabastrowej szyi. Olśniła Tabareta. Zrozumiał wszystkie szaleństwa....
— Chciałeś pan ze mną mówić? — zapytała, — kłaniając się wdzięcznie.
— Pani, — odrzekł ojciec Tabaret, — jestem przyjacielem Noela, jego najlepszym przyjacielem, mogę panią zapewnić, że...
— Niech pan raczy usiąść, — przerwała młoda kobieta.
Podczas gdy Tabaret przystawiał sobie fotel, ona usiadła na kanapie i końcem drobnej nóżki zaczęła potrącać koronkę u sukni.
— Przychodzę do pani w sprawie ważnej. Obecność pani u pana Gerdy...
— Jakto! — zawołała Julja, — już wie o mojej wizycie? Na honor! doskonałą ma policję!
— Moje drogie dziecko... — zaczął po ojcowsku Tabaret.
— Dobrze, wiem już po co pan przyszedłeś! Noel prosił pana, abyś mię skarcił. Zabronił mi przychodzić do siebie — ja nie mogłam się wstrzymać. Ale nakoniec to się musi sprzykrzyć. Komu mógłby się podobać kochanek jak rebus, człowiek, o którym nic się nie wie, logogryf w czarnym fraku i białej krawatce, istota smutna i tajemnicza!...
— Pani postąpiłaś nieroztropnie...
— Dla czego? Czy może dla tego że się żeni?
— A jeśli tak nie jest?
— Ja wiem, mój panie, że tak jest. Powiedział to staremu Clergeotowi, który mi to później powtórzył. Ale bądź co bądź, musi się nosić z jakimś ukrytym planem; od miesiąca stał się innym człowiekiem; tak się zmienił, że nie mogę go poznać.
Ojciec Tabaret pragnął przedewszystkiem dowiedzieć się, gdzie Noel był we wtorek wieczór. Dla niego było to najważniejszem. Pani Julja, ani o tem wątpił, mogła go w tym względzie oświecić. Nie trudno także zrozumieć, że do salonu wszedł z planem dobrze obmyślanym. Żywość młodej kobiety z początku nieco go zmięszała; ale mimo to postanowił iść naprzód, ufając przypadkowi rozmowy.
— Czy pani chciałabyś uniemożliwić małżeństwo Noela?
— Jego małżeństwo! — zawołała Julja, śmiejąc się z całego serca, — ach! biedny chłopiec! jeśli nie znajdzie innych przeszkód, może być pewny, że się ożeni. Niech się żeni ten drogi Noel jak najprędzej i obym więcej o nim nie słyszała.
— Więc pani go nie kochasz? — zapytał nasz poczciwiec, trochę zdziwiony tą lubą otwartością.
— Posłuchaj mię pan... Kochałam wiele, ale wszystko się sprzykrzy. Od czterech lat, ja, która przepadam za przyjemnościami, wiodę życie ohydne. Jeśli Noel mię nie opuści, ja go porzucę. Kochanek, który mnie się wstydzi i gardzi mną, nie jest wart mojego uczucia.
— Nie zdaje mi się, żeby panią gardził... — odparł pan Tabaret, rzucając w okół wielce znaczące spojrzenie.
— Pan chciałeś powiedzieć, — rzekła dama powstając, — że dużo na mnie wydaje. Prawda. Mówi, że się dla mnie zrujnował; to bardzo możebne. Ale co mię to obchodzi? Ja nie jestem kobietą interesowną... Wołałabym mniej pieniędzy, a więcej uznania. Gniew i bezczynność kazały mi szaleć. Pan Gerdy uważa mię jak zwykłą zalotnicę, więc postępuję jak zalotnica. Nie jesteśmy sobie nic dłużni.
— Przecież pani wiesz, że on ciebie uwielbia.
— On! Ależ zapewniam pana, że się mnie wstydzi. Ukrywa mię jak chorobę tajemniczą... Pan jesteś pierwszym z jego przyjaciół, z którym mówię. Zapytaj go pan, czy kiedykolwiek ze mną wyszedł! Zdawałoby się, że moja obecność może kogo hańbić. Naprzykład, nie dawniej jak zeszłego wtorku, poszliśmy do teatru. Wynajął całą lożę. Czy myślisz pan że został przy mnie? Bynajmniej! Mój pan wymknął się cichaczem i nie wrócił cały wieczór.
— Jakto! więc pani byłaś zmuszoną sama powrócić?
— Nie. Przy końcu przedstawienia, około północy, mój pan raczył się zjawić. Mieliśmy pójść na bal do Opery, a ztamtąd na kolację. Ach! jak było wesoło. Na balu mój pan nie ośmielił się podnieść kapuzy, ani zrzucić maski. Przy kolacji musiałam, przez wzgląd na jego przyjaciół, zachowywać się wobec niego jak wobec całkiem obcej osoby.
A więc Noel przygotował sobie alibi!
Gdyby Julja była mniej, uniesiona, byłaby z pewnością zamilkła, widząc, do jakiego stopnia zmieniła się twarz Tabareta. Pożółkł jak pargamin i drżał jak liść.
— Mimo to, — podchwycił, robiąc nadludzkie wysilenia, ażeby kilka słów wyjąknąć, — mimo to kolacja zeszła wesoło...
— Wesoło! — powtórzyła młoda kobieta, wzruszając pogardliwie ramionami, — jak widzę, pan nie znasz swojego przyjaciela. Jeśli go kiedy zaprosisz na objad, nie daj mu dużo pić. Przy drugiej butelce do tego stopnia stracił głowę, że zgubił wszystko co miał: paltot, parasol, pugilares, cygarniczkę...
Ojciec Tabaret nie mógł dosłuchać, zerwał się na równe nogi, podnosząc rękę groźnie:
— Nędzniku! — krzyknął, — podły! łotrze!... To on, mam go!...
Wyskoczył z salonu, a Julja tak się przestraszyła, że natychmiast zawołała służące.
— Moje, dziecko, rzekła, — zrobiłam coś strasznego... Zapewne wygadałam jakieś nieszczęście, odgaduję to, czuję... Ten stary drab nie jest przyjacielem Noela, przyszedł by mię wysondować i udało mu się najzupełniej... Nie podejrzywając, mówiłam przeciw Noelowi. Co teraz począć? Daremnie suszę głowę, ale w każdym razie trzeba go ostrzedz. Napiszę do niego kilka słów, a ty idź tymczasem po komisjonera.
Wsiadłszy do dorożki, ojciec Tabaret galopował do prefektury policji. Noel mordercą! Jego nienawiść była bez granic, jak niegdyś jego przyjaźń. Więc taki nędznik, najpodlejszy z kryminalistów, mógł go oszukiwać przez tak długie lata! Czuł niesłychane pragnienie zemsty; pytał, jaka kara mogłaby dorównać tej niesłychanej zbrodni?
— Bo nie tylko zamordował Klaudję, — szeptał do siebie, — ale zrobił wszystko, ażeby zgubić niewinnego. A kto nie przyzna, że i jego biedna matka poszła przezeń ze świata!...
Począł żałować zniesienia tortur, wyrafinowanych katuszy średnich wieków, palenia na stosie, łamania kołem. Gilotyna kończy tak prędko, że zbrodniarz zaledwie czuje chłód stali, przecinającej muskuły. Taka śmierć jest niczem dla podobnych opryszków.
Aby zmniejszyć wrażenie śmierci, zrobiono zabawkę. To niegodne naszego wieku!
Tak myślał nasz poczciwiec, a tylko ta jedna pewność, że będzie mógł zmieszać Noela, wydać w ręce sprawiedliwości i zemścić się, pocieszała go i dodawała odwagi.
— Najprawdopodobniej, — myślał, — Noel zostawił w wagonie swoje rzeczy. Spieszył się... Czy je znaleziono? Ale jeśli poszedł i odebrał je pod obcem nazwiskiem, nie widzę więcej dowodów... Świadectwo tej pani Chaffour nic nie znaczy. Widząc w niebezpieczeństwie swojego kochanka, wszystko odwoła; powie, że Noel wyszedł z loży po godzinie dziesiątej.
W pośrodku ulicy Richelieu, ojciec Tabaret uczuł niesłychany zawrót głowy.
— Apopleksja... — pomyślał, — jeśli umrę... Noel wymknie się i będzie moim spadkobiercą. Stary ośle! czemu nie nosisz przy sobie testamentu, aby go zniszczyć, kiedy potrzeba?
O dwadzieścia kroków dalej, ujrzawszy godło chirurga, kazał woźnicy zatrzymać się, a sam wbiegł do domu...
— Upuść mi pan krwi! — zawołał do lekarza.
Chirurg chciał zrobić jakąś uwagę, ale nasz poczciwiec zrzucił już surdut i odkrył rękę.
— Upuść pan krwi! — zawołał, — czy chcesz mię zabić?
Lekarz zdecydował się, a pan Tabaret wyszedł lżejszy i odważniejszy.
W godzinę, z niezbędnem pełnomocnictwem w ręku i w towarzystwie oficera pokoju, szukał w biurze „zgubionych rzeczy na kolei żelaznej“ — przedmiotów wskazanych przez Julję.
— Poszukiwania przyniosły skutek, jakiego się spodziewał.
Wkrótce dowiedział się, że w tłusty wtorek wieczór, w wagonie drugiej klasy, przy pociągu 1. 45. znaleziono paltot i parasol.
Pokazano mu te przedmioty; poznał, że były własnością Noela...
W lewej kieszeni paltotu znajdowała się para rękawiczek koloru perłowego, bardzo podarta i podrapana, tudzież bilet powrotny z Chatou, który nie był użyty.
Podejrzenie Tabareta zrodziło się i przybrało wybitniejsze kształty w chwili, kiedy Clergeot zaczął mu wyliczać szaleństwa Noela. Później, dzięki rozmaitym okolicznościom, stało się jeszcze silniejszem. U Julji był już przekonany, a teraz przeświadczony.
Mimo to, mając w ręku niezbite dowody, skamieniał jak posąg boleści. Ale prędko przyszedł do siebie.
— Naprzód! — zawołał, dodając sobie odwagi, — teraz trzeba ptaszka złowić!
I nie tracąc czasu, kazał się odwieźć do pałacu Sprawiedliwości, gdzie spodziewał się zastać sędziego śledczego.
Mimo spóźnionej godziny, pan Daburon w rzeczy samej nie wyszedł jeszcze z gabinetu.
Właśnie rozmawiał z hrabią de Commarin, opowiadając mu zeznania Piotra Lerouge, którego hrabia uważał od dawna za nieboszczyka.
Pan Tabaret wpadł jak bomba, zanadto zmieszany, aby mógł dostrzedz obecność obcej osoby.
— Panie zawołał, dławiąc się wściekłą złością, — panie mamy już prawdziwego winowajcę! to on, to mój syn przybrany, mój spadkobierca, to Noel!
— Noel!... — powtórzył pan Daburon, powstając. A ciszej — dodał: — Odgadłem.
— Ach! jak najprędzej potrzebuję mandatu, — ciągnął nasz poczciwiec; — jeśli stracimy jedną minutę, wymknie się nam przez palce! Wie, że jest zdradzony; jego kochanka musiała go ostrzedz... Spieszmy się, panie sędzio, spieszmy się!
Pan Daburon otworzył usta, chcąc zapytać o wyjaśnienie, ale stary policjant mówił dalej:
— Jeszcze nie wszystko; niewinny Albert jęczy w więzieniu.
— Zaraz będzie wolny, — odrzekł sędzia. — Zanim pan przyszedłeś, poczyniłem w tej mierze potrzebne kroki. Myślmy o drugim.
Żaden z mówiących nie dostrzegł zniknięcia hrabiego de Commarin.
Usłyszawszy imię Noela, wymknął się cicho na korytarz i przy pomocy sług, zbiegł szybko po schodach.


X.

Noel przyrzekł uczynić wszystko, byle jak najprędzej oswobodzić Alberta.
Rzeczywiście był u kilku sędziów i umiał tak się zachować, że wszędzie odprawiono go z kwitkiem.
O godzinie czwartej przedstawił się w hotelu Commarin, aby hrabiemu złożyć sprawę z niepomyślnego rezultatu zabiegów.
— Pan hrabia wyjechał, — rzekł Dyonizy, — ale jeśli pan raczy poczekać...
— Poczekam, — odpowiedział adwokat.
— W takim razie, — podchwycił pokojowiec, — pan będzie łaskaw pójść za mną. Pan hrabia kazał pana zaprowadzić do swojego gabinetu.
Ta poufałość hrabiego, pozwoliła Noelowi zmierzyć swoją wielkość. Był już u siebie, w swoim wspaniałym pałacu, był panem, dziedzicem wielkiego imienia i fortuny. Jego wzrok zatrzymał się na drzewie genealogicznem, zawieszonem nad kominkiem. Zbliżył się i zaczął czytać.
Była to, jakby najpiękniejsza karta, wydarta ze złotej księgi szlachty francuzkiej. Znajdowały się tam wszystkie nazwiska historyczne. Dom Commarin był spokrewniony ze wszystkiemi wielkiemi domami. Dwaj jego członkowie poślubili nawet córki panujących.
Pycha nadęła serce adwokata; krew zaczęła bić szybciej, dumnie podniósł czoło i rzekł do siebie:
— Jestem wice-hrabią de Commarin!
Drzwi się rozwarły — odwrócił się — hrabia wszedł...
Już Noel kłaniał się z szacunkiem, ale skamieniał na widok wzroku swojego ojca, w którym płonęły nienawiść, gniew i pogarda.
Zimny dreszcz przebiegł mu po żyłach, zęby zadzwoniły; zrozumiał, że jest zgubiony...
— Nędzniku! — zawołał hrabia.
I bojąc się własnej gwałtowności, stary szlachcic rzucił w kąt laskę.
Nie chciał bić swojego syna; uważał, że Noel jest niegodnym tego zaszczytu.
Potem nastała chwila grobowego milczenia, która dla obu trwała wiek cały.
Jeden i drugi mieli taki natłok myśli, że aby je wytłumaczyć, potrzebaby cały tom zapisać.
Noel ośmielił się pierwszy przemówić.
— Panie, — zaczął.
— Ach! milcz przynajmniej! — krzyknął hrabia głosem stłumionym, — milcz! Czy może być, wielki Boże! żeby on był moim synem. Niestety! teraz nie mogę już wątpić... Nieszczęsny! tyś dobrze wiedział, że jesteś synem pani Gerdy. Podły! Nie tylko zamordowałeś, ale jeszcze uczyniłeś wszystko, ażeby zgubić niewinnego. Morderco! ty zabiłeś własną matkę!...
Adwokat chciał protestować.
— Zabiłeś ją! — ciągnął hrabia z wzrastającą gwałtownością, — jeśli nie trucizną, to swoją zbrodnią. Teraz wszystko rozumiem... Ona dziś rano była przy zmysłach. Ty dobrze rozumiałeś. To do ciebie było zwrócone ostatnie słowo: „Morderco!“
Powoli Noel cofnął się aż w głąb pokoju i tam stanął oparty o mur, z piersią wydętą, głową butnie do góry podniesioną, włosami rozrzuconemi, z dzikiem spojrzeniem. Konwulsyjne drżenie przebiegało go od głowy do stóp. Jego twarz zdradzała najstraszniejszą trwogę... trwogę odkrytego kryminalisty.
— Widzisz, wiem wszystko, — ciągnął hrabia, — i nie tylko ja jeden to wiem. Właśnie wydano mandat, aby cię uwięzić.
Głuchy jęk rozdarł pierś adwokata. Jego usta, które obawa śmierci zwiesiła i pobieliła, ścisnęły się kurczowo. Spiorunowany w pośrodku tryumfu, opierał się trwodze. Na hrabiego spojrzał niedowierzająco.
Pan de Commarin nie zwracając uwagi na Noela, zbliżył się do biurka i otworzył szufladkę.
— Powinienem, rzekł, oddać cię natychmiast w ręce kata. Ale niestety nie zapomniałem, że jestem twoim nieszczęśliwym ojcem. Usiądź, spisz i podpisz spowiedź swojej zbrodni. Potem znajdziesz broń w tej szufladzie. Oby ci Bóg przebaczył!...
Stary szlachcic postąpił naprzód, chcąc wyjść; adwokat wstrzymał go gwałtownym ruchem lewej ręki; prawą zaś dobył rewolweru na sześć strzałów i przemówił głosem stanowczym:
— Pańska broń jest zbyteczna... lecz ja nie chcę zabić się... przynajmniej nie w tej chwili...
— Ach! krzyknął hrabia de Commarin tonem najwyższej pogardy, — on się boi... Podły!
— Nie, mój panie, nie! Ale ja odbiorę sobie życie dopiero wtedy, gdy się już naocznie przekonam, że wszystkie wyjścia są zamknięte, że nie mogę się ocalić.
— Nędzniku! — wołał hrabia gorąco, — czy więc potrzeba, aby ja sam!...
Rzucił się ku broni, ale Noel zatrzymał go silnem tupnięciem nogi.
— Posłuchaj mię, panie, — rzekł adwokat tym głosem krótkim i dobitnym, który jest wynikiem nieuchronnego niebezpieczeństwa; — nie traćmy drogiego czasu na czczej gadaninie. Popełniłem zbrodnię, wiem o tem, i nie myślę się usprawiedliwiać. Ale kto ją przygotował, jeśli nie pan? Teraz jesteś tak łaskaw, że mi robisz podarunek z nabitego pistoletu. Dziękuję! odrzucam tę łaskę. Ta wspaniałomyślność nie może mię ująć. Przede wszystkiem chcesz uniknąć skandalu mojego procesu i hańby, którą by się okryło twoje imię.
Hrabia chciał odpowiedzieć.
— Nie potrzeba! — przerwał Noel tonem rozkazującym. — Ja nie chcę się zabić. Chcę uratować moją głowę, jeśli możebne... Podaj mi środki, ażebym mógł uciec, a ja przysięgam ci w zamian, że żywego nie dostaną mię w ręce. Powtarzam: podaj mi środki, bo nie mam dwudziestu franków w kieszeni. Moich ostatnich tysiąc franków uleciało w dniu... pan mię rozumiesz. W domu nie mam nawet za co pochować umarłą matkę. A więc pieniędzy!
— Nigdy!
— W takim razie oddam się sam, a wtedy zobaczysz, co się stanie z nazwiskiem, które jest tak drogiem dla ciebie.
Hrabia upojony gniewem, chciał znowu broń uchwycić. Noel zbliżył się do niego.
— Bez walki, — rzekł zimno, — ja jestem silniejszy.
Mówiąc o sądzie, skandalu, hańbie, adwokat dotknął strony najdrażliwszej.
Przez chwilę, między szacunkiem dla swego nazwiska a palącą chęcią ukarania nędznika, hrabia nie wiedział co począć.
Nareszcie szlachetne uczucie odniosło zwycięztwo.
— Skończmy, — przemówił głosem drżącym, w którym przebijała się najstraszliwsza pogarda, — skończmy tę haniebną rozmowę... Ile żądasz?
— Daj mi pan wszystko, co masz u siebie, tylko prędko.
W sobotę hrabia ściągnął od swojego bankiera pewną kwotę na umeblowanie apartamentów dla tego, którego uważał za swojego syna legalnego.
— Mam ośmdziesiąt tysięcy franków, — odpowiedział.
— To mało! — zawołał adwokat, — ale daj pan i to. Przestrzegam pana, że liczyłem co najmniej na pół miliona. Jeśli uda mi się wymknąć, natenczas miej na moje rozkazy pozostałych 420.000 franków. Czy przyrzekasz pan dać tę sumę na moje pierwsze wezwanie? Będę umiał zgłosić się do pana, nie ryzykując swojej osoby. Tylko pod tym warunkiem nie będziesz pan więcej o mnie słyszał.
W odpowiedź, hrabia otworzył małą szafeczkę w murze, a wyjąwszy wiązankę biletów bankowych, rzucił ją do nóg Noelowi.
Błyskawica szalonego gniewu zajaśniała w oczach adwokata; o krok zbliżył się do swojego ojca.
— Nie draźń mię! — krzyknął, grożąc ręką, — ludzie nie mający nic do stracenia jak ja, są niebezpieczni. Mogę się oddać...
Mimo to schylił się i podniósł pieniądze.
— Czy dajesz mi pan słowo, że przyszlesz resztę?
— Daję.
— A więc bądź zdrów!... Nie lękaj się; dochowam układu; żywego nigdy mię nie dostaną. Bądź zdrów, mój ojcze! W tem wszystkiem ty jeden jesteś prawdziwym winowajcą, tylko ty jeden powinieneś być ukarany. „Niebo nie jest sprawiedliwe. Przeklinam cię!
Gdy w godzinę później, służący wszedł do gabinetu hrabiego, ujrzał go leżącego na ziemi, z twarzą do dywanu, prawie bez życia.
Tymczasem Noel, wybiegłszy z hotelu Commarin, zwrócił się ku ulicy de l’Université, zataczając się jak pijany.
Zdawało mu się, że kamienny trotuar chwieje się pod jego krokami i że wszystko wkoło wiruje.
Usta miał spieczone, oczy krwią zabiegłe, pierś rozdartą.
Ale równocześnie, dziwne zjawisko! czuł niepojętą ulgę, prawie był szczęśliwy.
A więc już wszystko się ukończyło, wszystko! Precz z bezustanną trwogą, z szalonemi cierpieniami, precz z udawaniem, z walką! Odtąd nie potrzebuję się niczego obawiać. Po odegraniu strasznej roli, mógł zrzucić maskę i odetchnąć swobodnie.
Niepokonane osłabienie nastąpiło po dzikiej egzaltacji, którą, uniesiony cynicznym bezwstydem, zachowywał przez cały czas rozmowy z hrabią. Wszystkie struny jego organizacji, naprężone od tygodnia do najwyższego stopnia, rozprzęgły się i opadły. Ustała gorączka, która go przez ośm dni galwanizowała, skutkiem czego, uczuł natarczywą potrzebę spoczynku. Dokoła widział bezdenną próżnię — duszę opanowała obojętność bez granic.
W tej chwili był podobny do owych podróżnych, którzy uległszy na pokładzie morskiej chorobie, nie doznają żadnych wrażeń, patrząc obojętnym okiem nawet na nieuchronne niebezpieczeństwo.
Gdyby w tem momencie chciano go uwięzić, nie byłby się ani bronił, ani uciekał — ani byłby pomyślał o głowie.
Była nawet chwila, że pomyślał, czy nie lepiej byłoby pójść i oddać się w ręce władzy, aby mieć spokój, aby się uwolnić od ostatnich obaw.
Ale wrodzona energja sprzeciwiła się temu postępowaniu. Przyszła reakcja, galwanizując napowrót duszę i ciało. Pojął, jak fatalne jest jego położenie i jak wielkie niebezpieczeństwo, a w ciemnej oddali, jak bezdenną otchłań przy blasku piorunu, ujrzał hańbiące rusztowanie.
— Trzeba bronić życia? — pomyślał. — Ale jak?
Zimny dreszcz, który mordercom odbiera resztki zdrowego rozumu, przebiegł go od stóp do głowy. Spojrzał dokoła i zdawało mu się, że kilka przechodniów patrzy nań ciekawie. Trwoga wzmogła się...
Począł biedz w kierunku dzielnicy Łacinników, bez myśli, bez celu, aby biedz, byle się oddalić, jak Zbrodnia, którą artysta przedstawił uciekającą przed pletniami Furji.
Nie omieszkał zwolnić kroku, olśniony myślą, że właśnie ten pospiech, może w przechodniach obudzić podejrzenie.
Był przekonany, że wszystko w nim zdradza mordercę; pogardę i grozę czytał na wszystkich twarzach, a podejrzenie we wszystkich oczach.
Szedł dalej, powtarzając machinalnie:
— Trzeba coś zrobić.
Ale w strasznej agitacji nie był zdolny nic widzieć, nic rozważyć, nic postanowić.
Był blisko Odeonu, gdy wtem nowa refleksja rozjaśniła szybko, jak błyskawica, ciemności jego mózgu.
Pomyślał, że bez najmniejszej wątpliwości policja mu si go szukać, że jego rysopis znajduje się już we wszystkich rękach, że zatem jego broda i biała krawatka, mogą go najłatwiej zdradzić. Przechodząc koło fryzjerskiego sklepu, zbliżył się aż do drzwi, ale kiedy chciał ująć za klamkę, cofnął się przestraszony.
Czy nie zwróci to uwagi, że chce ogolić brodę? A gdyby go zapytano o powód?
Poszedł dalej.
Ujrzał nowy sklep, ale te same uwagi i tu nie pozwoliły mu wstąpić.
Powoli zrobiła się noc, a w miarę jak się wzmagała ciemność, Noel odzyskiwał pewność i wrodzoną odwagę.
Po tem olbrzymiem rozbiciu w przystani, zaczęła wypływać nadzieja. Bo i dla czego nie miałby się ocalić?
Nie mało mamy podobnych przykładów. Wynosi się za granicę, zmienia nazwisko, obleka się w skórę innego człowieka.
Miał pieniądze, a to najważniejsze.
Człowiek w jego położeniu, w pośrodku Paryża, mający ośmdziesiąt tysięcy franków w kieszeni, jest głupcem, jeżeli da się złapać.
A zresztą, gdyby wszystkie te pieniądze zaraz dać potrzeba, to czyż nie był pewny, że na pierwsze skinienie otrzyma sześć razy tyle?
Już myślał jak się przebrać i ku której granicy zwrócić swoje kroki, gdy wspomnienie o Julji, podobne do rozpalonego żelaza, przeszyło jego serce.
Jakto! miał odjechać bez niej, w przekonaniu że ją nigdy nie zobaczy!
Jakto! on ma uciekać, ścigany przez wszystkie policje cywilizowanego świata, tropiony jak dzikie zwierzę, a ona spokojnie będzie siedziała w Paryżu! Czy to możebne! A dla kogoż popełnił zbrodnię? Dla niej. Ktoby był z niej korzystał? Ona. A więc czy Julja nie powinna przy nim wytrwać do końca?
— Ona mię nie kocha, — myślał adwokat, — nigdy mię nie kochała... będzie szczęśliwą, nie widząc mię więcej przy sobie. Nie będzie mię żałowała, bo na co się jej przyda próżny worek i sprzęt niepotrzebny. Julja jest mądrą, umiała sobie uskładać mały mająteczek. Odarłszy mię, znajdzie sobie innego kochanka, zapomni mnie i będzie szczęśliwą, podczas gdy ja!... Ach! sam pojadę...
Głos rozumu wołał: — „Niebaczny! chcesz uciekać z kobietą, z kobietą piękną, aby tem łatwiej zwrócić na siebie uwagę. To uniemożliwi twoją ucieczkę, to cię zgubi!“
— Mniejsza o to! — odpowiadała namiętność, — albo się ocalimy, albo razem zginiemy. Chociaż ona mię nie kocha, ja ją kocham! Ja bez niej żyć nie mogę! Pójdzie ze mną, albo...
Ale w jaki sposób zobaczyć się z Julją, mówić z nią, nakłonić?
Pójść do niej, znaczy bardzo się narazić. Być może, że policja tam już była.
— Nie, — pomyślał Noel, — nikt nie wie, że ona jest moją kochanką, dowiedzą się o tem dopiero we dwa albo trzy dni, — a zresztą pisać, to jeszcze niebezpieczniej.
Zbliżył się do stojącej opodal dorożki i cichutko powiedział woźnicy numer fatalnego domu, przy ulicy Provence.
Wyciągnięty na poduszkach dorożki, kołysany jednostajnym ruchem, Noel nie myślał o przyszłości, nawet nie pytał co ma powiedzieć Julji. Nie. Mimo woli przebiegał wypadki, które przygotowały i rozwiązały katastrofę, jak człowiek, który umierając, przypatruje się dramatowi, albo komedji minionego życia.
Zrujnowany, bez środków, był gotów przedsięwziąć wszystko, byle dostać pieniędzy, których potrzebował do utrzymania przy sobie pani Julji. Właśnie w tym czasie przypadek zrobił go panem nie tylko listów hrabiego de Commarin, które odczytali Albert i Tabaret, ale i tych, w których hrabia dziękował pani Gerdy za szczęśliwie dokonaną zamianę.
Ten skarb uszczęśliwił go do najwyższego stopnia.
Sądził, że jest legalnym synem hrabiego. Ale wkrótce rozczarowała go matka, pokazując mu kilkanaście listów wdowej Lerouge, wyświecających prawdę i zwracając jego uwagę na bliznę na ramieniu, zadaną nożem męża Klaudji.
Ale człowiek topiąc się, chwyta się brzytwy; Noel postanowił bądź co bądź spożytkować te listy.
Z początku chciał wymódz na matce, ażeby za dokonaną zamianę, w co hrabia wierzył, zażądała od niego sowitego wynagrodzenia. Pani Gerdy odrzuciła tę propozycję z najwyższem oburzeniem. Wtedy adwokat wyspowiadał jej wszystkie swoje szaleństwa, przedstawił w rażącej nagości całą swoją ruinę finansową i zaklinał matkę, ażeby zażądała pomocy od pana de Commarin. Również i to odrzuciła, a jego proźby i groźby rozbiły się o jej niezachwiane postanowienie. Przez piętnaście dni między synem a matką toczyła się straszna walka, w której adwokat został pokonany.
Wtedy to postanowił zabić Klaudję.
Nieszczęśliwa Lerouge nie była wobec pani Gerdy szczerszą, jak wobec innych. Noel wierzył, że była wdową. Po zniszczeniu jej świadectwa, czego mógł się obawiać?
Chyba pani Gerdy i hrabiego.
Tych wcale się nie lękał.
Pani Gerdy mógł zawsze odpowiedzieć: „Moje imię zabrał mi twój syn, a więc czernisz mię rozmyślnie, aby on nie utracił majątku i wysokiego stanowiska.“ Ale co zrobić z Klaudją?
Po długiem namyśle, adwokat ułożył plan szatański.
Spalił wszystkie udowadniające listy hrabiego, a zostawił tylko te, które pozwalały domyślać się zamiany.
Zachowaną korespondencję pokazał Albertowi w nadziei, że jeśli sąd po zabiciu Klaudji uchwyci nić intrygi, niewątpliwie zwróci się przeciw temu, komu śmierć tej kobiety mogła przynieść korzyść. Lecz nie czynił tego w zamiarze, ażeby na Alberta miała spaść cała odpowiedzialność za zbrodnię. Była to tylko prosta ostrożność. Postanowił działać w ten sposób, iżby policja daremnie czas traciła na szukaniu wymarzonego winowajcy.
Nie myślał także zająć miejsce wice-hrabiego de Commarin.
Jego plan był jasny: po dokonanej zbrodni będzie czekał; sprawa przeciągnie się w nieskończoność; ludzie zaczną głośno o niej mówić, hrabia zechce ją skończyć, więc da mu tyle, ile zażąda...
Że matka będzie milczała, o tem był pewny. Matka nie wyda syna, chociażby największym był zbrodniarzem.
Po ułożeniu planu, postanowił rozpocząć działanie w tłusty wtorek.
Aby nic nie zaniedbać, poszedł tego wieczoru z Julją do teatru, a ztamtąd na bal do Opery.
Na przypadek nieszczęścia, chciał mieć niezbite alibi.
Zgubienie palta zaniepokoiło go w pierwszej chwili. Rozważywszy, przyszedł jednak do siebie, mówiąc:
— Kto się o tem dowie?
Wszystko poszło wedle obliczeń; po dokonanej zbrodni wiedział, że pomyślne rozwiązanie ułożonej sprawy, jest już tylko kwestją czasu...
Gdy wiadomość o popełnionem morderstwie wpadła w oczy pani Gerdy, nieszczęśliwa kobieta zgadła od razu, kto był jego sprawcą, a w pierwszem uniesieniu boleści oświadczyła, że niezwłocznie wyda go sama w ręce sprawiedliwości.
Noel bał się. Straszna choroba powaliła jego matkę, jedno jej słowo mogło go zgubić. Obdarzony niepospolitą odwagą, grał jednakowoż rolę z całą dokładnością.
Skierować uwagę policji na Alberta, znaczyło zapewnić sobie bezkarność, znaczyło osięgnąć, po przewidzianem i bardzo możliwem rozwiązaniu, majątek i imię hrabiego de Commarin.
Okoliczności i trwoga potęgowały jego odwagę i zręczność.
W sam czas zjawił się ojciec Tabaret.
Noel wiedział, że Tabaret ma stosunki z policją, więc zrozumiał, że poczciwiec będzie tu najlepszym powiernikiem.
Jak długo żyła pani Gerdy, Noel drżał. Kiedy oddała ducha, uważał się za ocalonego; chociażby nie wiedzieć jak szukał, nie widział trudności — tryumfował.
A tymczasem, kiedy miał dotrzeć do kresu, wszystko zostało odkryte. Jakim sposobem? Przez kogo? Jaki fatalizm przywołał do życia tajemnicę, którą uważał umarłą z panią Gerdy?
Ale kto pyta, lecąc w przepaść, jaki kamień usunął mu się z pod stopy!...
Dorożka zatrzymała się na ulicy Provence.
Noel wychylił głowę, śledząc przyległe gmachy i sień w domu kochanki.
Nie ujrzawszy nic podejrzanego, zapłacił woźnicy i jednym skokiem dostał się na trotuar. Szybciej niż strzała biegł po schodach na drugie piętro.
Na widok adwokata, Karolcia krzyknęła z radości.
— To pan! — wołała, — ach! żeby pan wiedział, z jaką niecierpliwością pani pana oczekiwała! Była bardzo niespokojna...
Julja oczekiwała? Julja niespokojna?
Adwokat nie miał odwagi i czasu zapytać. Zdawało mu się, że dotknąwszy stopą tego mieszkania, odzyskał napowrót całą krew zimną. Zmierzył swoją lekkomyślność, rozumiał wagę każdej minuty...
— Jeśli zadzwonią, — rzekł do Karoliny, — nie otwieraj. Chociażby nie wiedzieć co mówili i robili, nie otwieraj!
Na głos Noela, przybiegła pani Julja. On ją przemocą wtrącił do salonu, a wszedłszy za nią, zamknął drzwi za sobą.
Dopiero teraz młoda kobieta mogła się przypatrzyć twarzy swojego kochanka.
Tak był zmieniony, że nie mogła powstrzymać się od okrzyku:
— Co się stało?
Noel nie odpowiedział; zbliżył się do niej i wziął ją za rękę.
— Juljo, — zapytał głosem przygasłym, wlepiając w jej oczy płomieniste spojrzenie, — Juljo, bądź szczerą, czy ty mię kochasz?
Odgadła, czuła, że stało się coś nadzwyczajnego; oddychała powietrzem nieszczęścia, a mimo to chciała jeszcze pofiglować.
— Niedobry, — odpowiedziała, — zasłużyłeś...
— Dosyć! — krzyknął Noel i uderzył nogą w posadzkę z niesłychaną gwałtownością. — Odpowiedz, ciągnął, ściskając kurczowo drobne ręce swojej kochanki, odpowiedz, czy kochasz mnie, czy nie?
— Kocham, — wyjąkła, — albo nie wiesz o tem, czemu się pytasz?
Tysiąc razy drażniła gniew swojego kochanka, aby, doprowadziwszy go do ostateczności, ugłaskać potem jednem słowem — ale jeszcze nigdy nie widziała Noela w takim stanie.
— Czemu się pytam? — odparł adwokat, puszczając ręce kochanki, czemu? — Bo jeżeli mię kochasz, musisz mi tego złożyć dowody. Jeśli mię kochasz, musisz natychmiast iść za mną, wszystko porzucić, uciekać ze mną, czas nagli...
Młoda kobieta była na prawdę strwożona.
— Cóż się więc stało, mój Boże!
— Nic. Wiedz Juljo, zanadto cię kochałem. W dniu, kiedy mi zabrakło pieniędzy dla ciebie, na twoje zbytki, na twoje zachcianki, straciłem głowę. Aby dostać pieniędzy, ja... ja popełniłem zbrodnię... czy teraz mię rozumiesz?
Zdumienie rozszerzyło oczy Julji — wątpiła.
— Zbrodnię, ty! — wyjąkła.
— Tak, ja! Chcesz może wiedzieć co zrobiłem? Zabiłem, zamordowałem! Dla ciebie...
Zapewne adwokat był przekonany, że Julja usłyszawszy te słowa, cofnie się z przerażeniem. Oczekiwał objawu tej trwogi, która nas owłada na widok mordercy; więc już naprzód był na nią przygotowany. Myślał, że najpierw zacznie uciekać. Może zechce zrobić jaką scenę, dostanie ataku nerwowego, będzie krzyczała, błagała ratunku, pomocy... Omylił się.
Jednym skokiem Julja była przy nim, tuląc się do jego piersi, obwijając białemi ramionami jego szyję i całując go do uduszenia, jak go jeszcze nigdy nie całowała.
— Kocham cię, — wołała, — kocham! Tyś dla mnie źle zrobił, ty!... bo mię kochałeś. Ty masz serce, ja ciebie nie znałam...
Widać, że tylko kosztem cudzego życia można było panią Julje natchnąć miłością, ale Noel nie miał czasu o tem myśleć.
Miał chwilę nieokreślonej rozkoszy; myślał, że jeszcze nic nie stracone.
Mimo to uwolnił się od uścisków swojej kochanki.
— Uciekajmy! — zawołał, — największe nieszczęście, że nie wiem, zkąd grozi niebezpieczeństwo. Jakim sposobem mogli odkryć prawdę, to jeszcze dla mnie tajemnicą..
Julja przypomniała sobie niepokojącą wizytę z przedpołudnia; wszystko zrozumiała...
— Nieszczęsna! — zawołała, załamując ręce z rozpaczą, — to ja go wydałam! We wtorek... nieprawda?
— Tak, we wtorek.
— Ach! nie podejrzywając, powiedziałam wszystko twojemu przyjacielowi, o którym mniemałam, że został przez ciebie przysłany...
— Staremu Tabaretowi?
— Tak, dziś przed południem.
— A więc uciekajmy! — krzyknął Noel, — uciekajmy! prawdziwy cud że ich jeszcze nie ma.
Ujął ją za ramię, chcąc pociągnąć za sobą, ale ona się wyrwała:
— Puść mię, mam trochę złota, klejnotów, muszę je wziąć.
Nie potrzeba, zostaw wszystko, mam majątek. Juljo, uciekajmy!...
Ale ona otworzyła już komodę i z największym, pospiechem wrzucała do torby podróżnej wszystko, co jakąkolwiek miało wartość.
— Ach! ty mię gubisz, — powtarzał Noel, — ty mię gubisz!
Mówił to, ale jego serce doznawało dziwnej rozkoszy.
— Jakie szczytne przywiązanie, — mówił do siebie, — ona mię szczerze kocha... dla mnie wyrzeka się bez wahania życia szczęśliwego; poświęca mi wszystko!...
Julja skończyła przygotowania z największym pospiechem; zawiązywała kapelusz, gdy w tem dał się słyszeć głos dzwonka:
— Oni! — krzyknął Noel i zadrżał na całem ciele.
Młoda kobieta i jej kochanek stali nieruchomo jak dwa posągi, z kroplistym potem na czole, z rozszerzonemi oczyma, z natężonym słuchem.
Wkrótce dało się słyszeć drugie dzwonienie, potem trzecie.
Karolina weszła na palcach.
— Jest ich kilku, — rzekła cichutko, — słyszałam, że się naradzali.
Po dzwonieniu, zaczęto pukać. Jeden głos doleciał aż do salonu; wyraźnie można było rozróżnić wyrazy: „W imię prawa!“
— Nie ma już nadziei! — szepnął Noel.
— Kto wie! — krzyknęła Julja, — a schody poboczne?
— Bądź spokojną i o nich nie zapomnieli.
Julja stała blada, spiorunowana.
W przedpokoju dały się już słyszeć kroki ciężkie, umyślnie tłumione.
— Musimy znaleźć sposób! — krzyknęła z szalonym gniewem.
— Znajdziemy, — odparł Noel, nadeszła chwila odwagi... Dałem słowo. Wyłamują zamek... Zamknij wszystkie drzwi, niech je wyłamią, przynajmniej zyszczę na czasie!...
Julja i Karolina rzuciły się ku drzwiom. Wtedy Noel, wsparłszy się o kominek salonu, dobył z kieszeni rewolweru i przyłożył go do piersi.
Ale Julja dostrzegłszy ten ruch, rzuciła się ku niemu z całą gwałtownością i konwulsyjnem szarpnięciem ręki, zniżyła broń zabójczą. Strzał padł, a kula przeszyła Noelowi środek wnętrzności. Okropnie krzyknął.
Zachwiał się, ale nie upadł; ręką wsparł się o mały stolik, a z rany krew ciekła strumieniem. Julja uchwyciła się kurczowo jego ramienia, starając się wyrwać mu rewolwer.
— Ty się nie zabijesz! — krzyczała, — nie chcę, ty jesteś moim, ja cię kocham! Niech wejdą... Co ci to szkodzi? Jeśli cię wrzucą do więzienia, potrafię cię ocalić. Przekupimy dozorców. Oboje będziemy żyli szczęśliwie; mniejsza o to gdzie, w Ameryce, nikt nas nie będzie znał...
Drzwi wchodowe pękły; teraz wysadzano drzwi od salonu.
— Skończmy! — jęknął Noel, — nie mogą mię dostać żywego.
I z największem wysileniem, szydząc ze strasznej boleści, odtrącił Julję, która padła na dywan koło kanapy.
Następnie przytknąwszy rewolwer w miejscu, gdzie słyszał bicie serca, spuścił kurek i runął na posadzkę.
Czas był wielki, policja wchodziła.
Ajenci sądzili, że Noel, zanim sobie życie odebrał, zabił wpierw kochankę.
Są ludzie, którzy ten świat lubią opuszczać w towarzystwie. Alboż nie słyszano dwóch strzałów?
Ale Julja zerwała się z dywanu.
— Lekarza! — wołała, — lekarza, on nie mógł umrzeć!...
Jeden z ajentów wybiegł, podczas gdy drudzy, pod przewodnictwem ojca Tabareta, złożyli adwokata na łóżku Julji.
— Szkoda, że się zabił, — szeptał nasz poczciwiec, — którego gniew uleciał wobec krwawego widowiska; — kochałem go jak własnego syna, a jego nazwisko jest jeszcze w moim testamencie.
Tabaret przerwał. Noel jęknął i otworzył oczy.
— Widzicie, on będzie żył! — krzyknęła Julja.
Adwokat potrząsł głową, a potem zaczął rzucać się na łóżku i niby czegoś szukać w bocznej kieszeni surduta i pod poduszką. Udało mu się nawet obrócić twarzą do muru, a potem odwrócić.
Następnie głosem przygasłym wyjąknął kilka słów.
— Jestem mordercą... spiszcie, podpiszę, to uszczęśliwi Alberta, winienem mu to zadosyćuczynienie...
Podczas kiedy pisano, przyciągnął głowę Julji aż do ust.
— Mój majątek jest pod poduszką, — szepnął, — weź go.
Krew wybuchła mu przez usta, myślano że kona.
Mimo to mógł jeszcze podpisać swoje oświadczenie i zaszydzić z Tabareta.
— Więc nasz ojczulo miewa z policją konszachty! Jak to miło łapać własnych przyjaciół!... Miałem ładną rolę, ale z trzema kobietami w grze musi się zawsze stracić.
Zaczął konać, a gdy lekarz nadszedł, mógł już tylko stwierdzić śmierć pana Noela Gerdy, adwokata.


Zakończenie.

W kilka miesięcy, pewnego wieczoru letniego, u starej panny de Goello, pani margrabina d’Arlange, młodsza o lat dziesięć, opowiadała przyjaciołom szczegóły małżeństwa swojej wnuczki, Klary, która poszła za wice-hrabiego Alberta de Commarin.

— Ślub, — mówiła, — odbył się w naszym majątku w Normandji, bez doboszów i trębaczy. Mój zięć chciał tego, za co go dobrze skarciłam. Jawność pogardy, której stał się był ofiarą, domagała się hucznego wesela. Takie było moje przekonanie, wcale się z niem nie taiłam. Ale chłopiec jest tak samo uparty jak ojciec... A moja wnuczka słuchając naprzód męża, sprzymierzyła się z nim przeciw biednej babce. Zresztą, mniejsza o to... Ciekawam, czy nawet za pieniądze znalazłby się dziś człowiek, któryby chciał wyznać, że kiedykolwiek wątpił o niewinności Alberta. Zostawiłam nowożeńców w najwyższem szczęściu. Niech żyją szczęśliwie i niech mają dużo dzieci. Nie potrzebują myśleć o mamkach i posagach. Bo trzeba wam wiedzieć, pierwszy raz w życiu i bez wątpienia po raz ostatni, pan de Commarin zachował się jak anioł. Cały majątek oddał synowi, słowem wszystko. Teraz będzie mieszkał na wsi. Ale nie zdaje mi się, żeby biedny starzec miał od pewnego ataku zdrową głowę... Bądź co bądź, los mojej wnuczki jest już zapewniony. Nie uwierzycie, ile mię to trwożyło i jak — oszczędnie jestem teraz żyć przymuszona... Ale ja gardzę rodzicami, którzy dla dobra dzieci cofają się przed ofiarami pieniężnemi.
Ale margrabina zapomniała dodać, że na ośm dni przed „ślubem,“ Albert oczyścił jej dosyć kłopotliwe położenie i zabezpieczył piękny dochód.
Od tego czasu pożyczyła od zięcia tylko dziewięć tysięcy franków; ale za to zbiera się wyjawić mu temi dniami, o ile jest umęczoną przez dostarczyciela mebli, swoją szwaczkę, dwóch właścicieli magazynów z sukniami i kilku innych kupców.
A jednak! zacna to kobieta; nigdy źle nie mówi o swoim zięciu.
Otrzymawszy dymisję, o którą sam prosił, pan Daburon zamieszkał w Poitou i znalazł spokój; zapomnienie przyjdzie. Sąsiedzi nie tracą nadziei, że z czasem przecież go ożenią.
Pani Julja całkiem się już pocieszyła. Ośmdziesiąt tysięcy franków, schowanych przez Noela pod poduszkę, nie zginęły, ale już nie wiele z nich zostało. Niezadługo doniosą o wyprzedaży bogatych mebli.
Sam tylko pan Tabaret dobrze pamięta.
Wierząc dawniej w nieomylność sądów, widzi teraz wszędzie same błędy sądowe.
Stary ajent policyjny wątpi o istnieniu zbrodni i utrzymuje, że dowód ze zbiegu okoliczności, nic nie znaczy. Podpisawszy prośbę względem zniesienia kary śmierci, organizuje teraz towarzystwo, mające wspierać na przyszłość biednych i niewinnie obżałowanych.

Koniec tomu drugiego i ostatniego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.