Gdzie winowajca/Tom II/całość
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cała powieść |
| Indeks stron | |
|
GDZIE WINOWAJCA?
przez
EMILA GABORIAU.
Z francuzkiego.
TOM II.
Według pierwszego wydania.
LWÓW.
Nakład Spółki Wydawnictwa „Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów.“
Czcionkami Kornela Pillera.
Główny skład w księgarni Gubrynowicza i Schmidta we Lwowie
przy placu św. Ducha l. 43.
1870.
|
Jeśli kto, zabłądziwszy w pałacu Sprawiedliwości, dostanie się aż na trzecie piętro lewego skrzydła, to minąwszy kilka mniejszych korytarzyków, wejdzie w korytarz bardzo niski, źle oświetlony wązkiemi oknami, w którym co krok ujrzy małe drzwi, jak w jednym z pomniejszych hotelów.
W korytarzu tym nie można być wesołym; każdy, kto tu zabłądzi, musi być smutny i ponury.
Dante powinien był nad schodami, wiodącemi do niego, umieścić swój napis fatalny. Od rana do wieczoru, podłoga z desek dzwoni pod ciężkiemi krokami żandarmów, którzy prowadzą obżałowanych. Dokoła widzi się same twarze posępne. Są to krewni lub przyjaciele oskarżonego, świadkowie i ajenci policyjni. W tym korytarzu, zdala od wszystkich spojrzeń, przygotowuje się dramat, który potem rozwija się i kończy w głównej sali pałacu. A jego rozwiązanie ileż razy jest krwawe!
Przez każde z tych małych drzwi, na których majaczy liczba, wchodzi się do gabinetu sędziego śledczego. Pokoje są do siebie podobne, a kto zna jeden, zna wszystkie. Chociaż nie ma w nich nic strasznego ani ponurego, przecież wszedłszy do wnętrza czujesz, że w piersi ściska się serce. Na samym wstępie owiewa cię jakiś grobowy chłód. Mury zdają się być przesiąkłe temi łzami, które tu wylano. Człowiek wzdryga się na samą myśl, ile tu świadectw wyszeptano wśród łkań i narzekań i ile tu zeznań wydarto!
W gabinecie sędziego śledczego, sprawiedliwość nie rozwija jeszcze tych sposobów, któremi otacza się później dla oddziałania na masy. Jest ona tu skromna i prawie miłosierna. Mówi do oskarżonego:
— Mam ważne powody wierzyć, żeś winny, ale udowodnij mi twoją niewinność, a natychmiast cię uwolnię.
Umeblowanie pokoju jest bardzo skromne. Jaką wartość mogą mieć zewnętrzne ozdoby dla tego, kto ściga sprawcę zbrodni, lub dla tego, kto broni swojej głowy? Biurko zawalone aktami, stół dla protokolisty, jeden fotel i kilka krzeseł, oto wszystko, co można znaleźć w każdym z tych apartamentów. Mury są pokryte zielonemi tapetami, story są zielone, a na kamiennej posadzce leży lichy dywan takiego samego koloru. Na drzwiach, wiodących do gabinetu pana Daburona była l. 15.
Już od dziewiątej godziny zrana był w gabinecie i czekał. Zrobiwszy co należało, nie stracił ani jednej minuty, bo tak samo jak Tabaret, mniemał, że szybkie działanie jest tu konieczne. Przed chwilą widział się z prokuratorem cesarskim i rozmówił się z oficerami policji sądowej.
Prócz mandatu względem uwięzienia Alberta, wystosował także kilka innych, w których wzywał jako świadków: hrabiego de Commarin, panią Gerdy, Noela i czterech służących Alberta. Przedewszystkiem chciał przesłuchać tych ludzi, zanim przystąpi do obżałowanego.
Dziesięciu ajentów czekało na jego rozkazy, a on stał w gabinecie jak dowódzca armji, który z hasłem do boju, rozsyła na wszystkie strony swoich adjutantów, spodziewając się zwycięztwa dla strategicznych kombinacji.
Nie raz, o tej samej godzinie, znajdował się w tym samym gabinecie w podobnych warunkach. Po odkryciu zbrodni sądząc, że znalazł winowajcę, dał rozkaz, aby go uwięzić. Czyż to nie było jego obowiązkiem? Ale jeszcze nigdy nie czuł takiego niepokoju, jak dziś. A jednak ileż to razy nie miał ani jednej setnej części tych poszlak, które oświecały zbrodnię w Jonchère! Powtarzał to sobie bez przerwy, a przecież nie mógł zabić obawy, budzącej się w głębi jego duszy.
Zdawało mu się, że ajenci za długo się bawią. Przyspieszonym krokiem mierzył długość gabinetu, licząc minuty i patrząc co chwila na zegarek. Jeśli na korytarzu, pustym o tej godzinie, ozwał się przypadkiem jaki głos, pomimo woli zbliżał się do drzwi i pilnie nadsłuchiwał.
Zapukano do drzwi. Był to protokolista, po którego posłał. W człowieku tym nie było nic szczególnego. Był raczej długi, niż słuszny i bardzo chudy. Ruchy miał monotonne, a na jego twarzy żółtej i pomarszczonej, nie malowało się żadne uczucie. Liczył lat trzydzieści cztery, a od trzynastu lat spisywał kolejno protokoły czterem sędziom śledczym. Należał do tych ludzi, o których pewien dowcipny prawnik powiedział raz bardzo trafnie: „Protokolista jest piórem sędziego; osobą, która jest niemą, a jednak mówi, która jest ślepą, a jednak pisze, która jest głuchą, a jednak słyszy.“ Nowo przybyły trzymał się wiernie swojego programu i nazywał się Konstanty.
Pozdrowiwszy „swojego sędziego,“ przeprosił, że się spóźnił.
— Jeszcze dziś wcześnie przyszedłeś, — odpowiedział pan Daburon, — ale to nic nie szkodzi; możemy tymczasem przygotować papiery.
W pięć minut potem, woźny, stojący przy drzwiach, wprowadził pana Noela Gerdy.
Wszedł z twarzą spokojną, jak adwokat, obznajomiony dobrze z pałacem Sprawiedliwości. Nie był podobny niczem do przyjaciela pana Tabareta. Tem mniej możnaby w nim poznać kochanka pani Julji. Był zupełnie innym, lub mówiąc dokładniej, był we właściwej roli. Noel przedstawił się jako człowiek urzędowy, którego poważali koledzy i kochali przyjaciele.
Widząc to wzorowe zachowanie się i to spokojne oblicze, nikt by był nie przypuścił, że po wieczorze obfitym w gwałtowne wzruszenia i po tajemnej wizycie u swojej kochanki, Noel spędził noc przy łożu umierającej. I jakiej umierającej! U łoża własnej matki, albo przynajmniej kobiety, która mu zastępowała miejsce rodzicielki.
Jaka różnica między nim, a sędzią.
Sędzia spędził także całą noc bezsennie, ale o tem świadczyły czerwone pręgi do koła oczu, wybladłe policzki, pomięta koszula i nie świeże mankiety. Zajęty strasznem odkryciem, zapomniał o ubiorze. Natomiast starannie ogolona broda Noela wspierała się na śnieżnej białości krawatce, kołnierz od koszuli nie miał ani jednego fałdu, a włosy i bokobrody były starannie uczesane. Powitawszy pana Daburon, wręczył mu cytację.
Pan sędzia wezwał mię, — rzekł uprzejmie, — jestem na jego rozkazy.
Sędzia znał młodego adwokata z widzenia, bo nie raz spotykał go w pałacu Sprawiedliwości. Następnie przypomniał sobie, że pana Gerdy chwalono dla jego talentów, które mu zapewniały świetną karjerę. Przyjąwszy go więc jak najgrzeczniej, prosił, aby zechciał usiąść.
Po wstępnych zapytaniach, tyczących się nazwiska, wieku, miejsca urodzenia i t. d., które protokolista starannie zapisał, sędzia zwrócił się do Noela:
— Zapewne panu powiedziano, — rzekł, — w jakiej sprawie musiałem pana zawezwać?
— Wiem, panie; w sprawie tej biednej staruszki, zamordowanej w Jonchère.
— Nie inaczej, — odrzekł pan Daburon.
A przypomniawszy sobie przyrzeczenie, dane Tabaretowi, dodał:
— Jeśli sprawiedliwość dotarła tak prędko do pana, zawdzięczamy to tylko okoliczności, że nazwisko pańskie powtarza się często w papierach wdowej Lerouge.
— Wcale mię to nie dziwi, — odpowiedział adwokat; — zajmowaliśmy się bardzo tą biedną kobietą, bo była moją mamką; wiem również, że pani Gerdy często do niej pisywała.
— Bardzo pięknie! Od pana możemy zatem spodziewać się niejakich objaśnień.
— Lękam się, panie sędzio, że będą bardzo drobiazgowe i nie zupełne. Prawie mógłbym powiedzieć, że nie mam żadnych szczegółów. Bardzo wcześnie zostałem jej odebrany; a od czasu, jak jestem mężczyzną, zajmowałem się nią bardzo mało, chyba, że niekiedy posyłałem jej zasiłki pieniężne.
— Czy pan ją nigdy nie odwiedzałeś?
— Przepraszam... Byłem u niej kilka razy, ale zawsze bardzo krótko. Pani Gerdy, która ją odwiedzała dość często, a której ona powierzała wszystkie swoje interesa, mogłaby pana sędziego lepiej w tym względzie poinformować...
— Spodziewam się, że pani Gerdy nadejdzie, — odpowiedział sędzia. — Musiała już otrzymać zawezwanie.
— Wiem o tem, ale nie będzie mogła uczynić zadość woli sądu; leży w łóżku... chora...
— Czy niebezpiecznie?
— Tak ciężko zachorowała, że niepodobna myśleć o jej świadectwie. Przyjaciel mój, doktor Hervé twierdzi, że jej choroba jest prawie do niewyleczenia. Na pozór zdaje się być zapalenie mózgu, ale w istocie jest to coś jeszcze niebezpieczniejszego. Chociażby jej przywrócono życie, nie przywrócą jej zdrowych zmysłów... Jeśli nie umrze, oszaleje...
Pan Daburon zdawał się być bardzo zakłopotany.
— To wielki kłopot, — wybąknął. — I pan sądzisz, że nic z niej nie wydobędziemy?
— O tem ani myśleć nie można. Zupełnie straciła głowę. Odchodząc, zostawiłem ją w takim stanie, że nie wiem, czy doczeka do wieczoru.
— A kiedy zachorowała?
— Wczoraj wieczór.
— Nagle?
— Tak się przynajmniej wydawało, panie sędzio, chociaż ja wiedziałem, że była cierpiącą od trzech tygodni. Wczoraj, wstawszy od obiadu, przy którym mało co jadła, wzięła dziennik, i nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, wzrok jej padł właśnie na ustęp, opisujący zbrodnię w Jonchère. W tej samej chwili krzyknęła przerażająco, a potem upadła na dywan wołając: „O nieszczęsny! nieszczęsny!“
— Nieszczęsna! chciałeś pan powiedzieć.
— Bynajmniej, panie, dobrze powtórzyłem. Widocznie ten okrzyk nie odnosił się do mojej biednej mamki.
Po tej ważnej odpowiedzi, wygłoszonej najniewinniejszym tonem, pan Daburon spojrzał na świadka. Adwokat zwiesił głowę.
— A potem? — zapytał sędzia po krótkiej pauzie, przystępując do spisania niektórych notatek.
— Te słowa były ostatnie, jakie wygłosiła pani Gerdy. Przy pomocy naszej sługi, odniosłem ją do sypialni, położyłem na łóżko i wezwałem lekarza, ale odtąd już nie odzyskała przytomności. Na domiar, lekarz...
— Dobrze! — przerwał pan Daburon. — Zostawmy to przynajmniej tymczasem. A teraz, panie Gerdy, zechciej mi otwarcie powiedzieć, czy nie znasz przyjaciół wdowej Lerouge?
— Żadnego.
— Więc nie miała przyjaciół? Dobrze. Lecz powiedz, czy nie znasz kogo, komu śmierć tej biednej staruszki mogła by obiecywać jaką korzyść?
Sędzia śledczy, zadając to zapytanie, wpatrzył się uporczywie w oczy Noela, tak, że adwokat nie mógł ani odwrócić, ani spuścić wzroku.
Noel wzdrygnął się i zdawał się mieszać. Wahał się, jak gdyby w jego piersi wszczęła się zacięta walka.
Nareszcie głosem, który mimo tych wzruszeń był dosyć silnym, odpowiedział:
— Nikogo nie znam...
— I prawdę pan powiedziałeś? — napierał sędzia, nadając swemu spojrzeniu jeszcze więcej natarczywości. — Pan nie znasz nikogo, komu ta zbrodnia mogłaby obiecywać jaką korzyść, nikogo?
— Wiem tylko to, panie sędzio, że ta śmierć szkodzi najwięcej mnie samemu...
— Przecież! — pomyślał pan Daburon; — przecież dotarliśmy do listów, bez skompromitowania biednego Tabareta. Dobrze, że nie zrobię przykrości temu zacnemu i zręcznemu człowiekowi.
— Panu szkodzi, panie adwokacie, — podchwycił sędzia; — spodziewam się, że mi zechcesz to wyjaśnić...
Zmieszanie Noela stało się jeszcze widoczniejszem.
— Wiem, panie sędzio, — odrzekł, — że przed sądem powinienem wypowiedzieć nie tylko prawdę, ale nawet całą prawdę. A jednakże są okoliczności tak delikatne, że sumienie człowieka honoru dostrzega w nich wielkie niebezpieczeństwo. Zresztą, bardzo to przykro być zmuszonym uchylać zasłony, ukrywającej pewne bolesne tajemnice, których wyjawienie może czasem...
Pan Daburon przerwał mu ruchem ręki. Smutny ton mowy Noela poruszył go do głębi. Wiedząc naprzód, co powie, cierpiał za młodego adwokata. Zwrócił się do protokolisty.
— Konstanty! — rzekł z niejakim naciskiem.
Ten nacisk musiał służyć za sygnał, ponieważ długi pisarz podniósł się machinalnie, włożył pióro za ucho i wyszedł krokiem wymierzonym.
Noel wydał się bardzo ujęty delikatnością sędziego śledczego. Na jego twarzy odbiła się najwyższa wdzięczność, a w jego spojrzeniu podzięka.
— Jakże pan łaskaw! — zawołał z trudnym do powstrzymania zapałem; — jakże panu jestem wdzięczny, za jego szlachetne względy! To, co mam powiedzieć, jest bolesnem, ale przed panem...
— Nie lękaj się, panie adwokacie, — odpowiedział sędzia, — i bądź przekonany, że z twoich zeznań zachowam tylko to, co mi się wyda niezbędnem.
— Nie jestem panem siebie, — zaczął Noel, — przebacz pan memu zmięszaniu. Jeśli wyrwie się jakie słowo, które wyda się zanadto gorzkie, przebacz pan, bo stanie się to pomimo mojej woli... Aż do tej chwili myślałem, że jestem dzieckiem miłości. Gdybym nawet niem był, nie rumieniłbym się przed nikiem. Moja historja jest krótka. Miałem szlachetną ambicję — pracowałem. Skoro się nie ma nazwiska, trzeba umieć stworzyć sobie takowe. Wiodłem życie odosobnione i surowe, jak wszyscy, którzy urodziwszy się nisko, chcą dotrzeć wysoko. Uwielbiałem tę, którą uważałem za matkę — byłem przekonany, że ona mię kocha. Plama na mojem pochodzeniu, stawała się dla mnie często powodem poniżeń — ale ja tem gardziłem... Porównując mój los z losem innych, uważałem się jeszcze za wybrańca — gdy przypadkowo wpadły mi w ręce wszystkie listy, które mój ojciec, hrabia de Commarin, pisywał do pani Gerdy, w epoce ich stosunków. Po przeczytaniu tych listów nabrałem przekonania, że nie jestem tym, za kogo się uważałem, że pani Gerdy nie jest moją matką...
I nie czekając na replikę pana Daburona, opowiedział wypadki, z któremi przed dwunastu godzinami zapoznał Tabareta.
Była to ta sama historja z temi samemi okolicznościami, to same bogactwo szczegółów dokładnych i udowadniających — ale ton był inny. O ile wieczoru dnia poprzedniego, młody adwokat był u siebie pompatycznym i gwałtownym, o tyle teraz, w gabinecie sędziego śledczego, był trzeźwym i umiarkowanym.
Można było mniemać, że zastosowywał opowieść do swoich słuchaczów, aby tem łatwiej zająć uwagę obu. Dla pana Tabareta, przesada gniewu; dla pana Daburona, człowieka inteligentnego, przesada umiarkowania.
O ile oburzał się na los niesprawiedliwy, o tyle uzbrojony w rezygnację, zdawał się uchylać czoła przed ślepym fatalizmem.
Z rzadką wymową, bogatą w doborowe wyrażenia, opisywał swój stan nazajutrz po odkryciu owych listów, swoją boleść, trwogę, swoje wątpliwości.
Dla wzmocnienia moralnego przekonania, potrzebował niezbitych świadectw. Czy mógł się ich spodziewać od pani Gerdy lub hrabiego, w których interesie leżało ukrycie prawdy? Nie. Ale liczył na świadectwo mamki, biednej kobiety, która go kochała, a która u schyłku życia byłaby z największem szczęściem zrzuciła ze swojego sumienia tak ciężkie brzemię. Mamka umarła — listy więc pozostały w jego ręku... jak niepotrzebne szpargały.
Następnie przeszedł do zeznań pani Gerdy, a wobec sędziego był tym razem dokładniejszym, niż wobec Tabareta.
— Ona, — mówił, — z początku wszystkiemu przeczyła, lecz później, przyciśnięta pytaniami, złamana jasnością sprawy, przyznała się w chwili rozpaczy, ale natychmiast oświadczyła, że dla zapewnienia synowi pięknego stanowiska, uczyni wszystko możebne. Od tej chwili, — twierdził adwokat, — datuje się początek jej choroby.
Mówiąc o swojej wizycie u wice-hrabiego de Commarin, dodał kilka nowych szczegółów, ale tak drobnych, że nikt nie został niemi dotknięty, a tem mniej Albert. Owszem, utrzymywał, że ten młodzieniec zrobił na nim jak najlepsze wrażenie. Z początku słuchał tajemnicy z pewnem niedowierzaniem, lecz zarazem z szlachetną stałością, jak człowiek zacny, kochający sprawiedliwość. Nakoniec adwokat skreślił prawie z zapałem portret tego współzawodnika, który nie zepsuty bogactwem, umiał zachować wszystkie cnoty, a od którego wyszedł bez żadnego żalu — jak od brata. Nawet wyznał, że czuje ku niemu niewytłumaczony pociąg.
Pan Daburon słuchał Noela ze skupioną uwagą, nie zdradzając swoich wrażeń słowem, ruchem, ani nawet marszczeniem brwi. Skoro skończył:
— Jakżeż, panie, — zauważył, — mogłeś pan utrzymywać, że nikt nie miał potrzeby pragnąć śmierci wdowej Lerouge?
Adwokat nic nie odpowiedział.
— Zdaje mi się, — ciągnął, — że wice-hrabia de Commarin nie może być sądownie ścigany. Pani Gerdy dostała pomieszania zmysłów, hrabia wszystkiemu zaprzeczy, a pańskie listy niczego nie udowodniają. Trzeba przyznać, że ta zbrodnia niesie szczęście temu młodemu człowiekowi, i że jej spełnienie było dla niego bardzo na czasie..
— Ach! panie — zawołał Noel, protestując z całą energja, — to przypuszczenie jest okrutne...
Sędzia wpatrzył się uporczywie w twarz adwokata. Czy mówi szczerze, lub czy może gra wspaniałomyślną komedję? Czy w rzeczy samej nie ma żadnych podejrzeń? Noel ani drgnął i prawie natychmiast ciągnął temi słowy:
— Z jakiego powodu mógł ten młody człowiek lękać się o swoje stanowisko! Nie zwróciłem ku niemu ani jednego słowa pogróżki, nawet wyrzutu. Nie przedstawiłem mu się jako człowiek, który żąda, aby mu niezwłocznie zwrócono zabrane imię i majątek. Wyłuszczyłem tylko fakta, mówiąc do Alberta: „Oto są... co pan myślisz, co postanawiasz? Bądź sam sędzią.“
— A on prosił o zwłokę?
— Tak. Nawet, że tak powiem, proponowałem mu, aby mi zechciał towarzyszyć do mamki Lerouge, której zeznania mogły usunąć wszelką wątpliwość; widocznie mię nie rozumiał... A przecież on ją znał dobrze, bo niejednokrotnie był u niej z ojcem, który, jak się później dowiedziałem, wspierał ją znacznemi datkami.
— Czy ta wspaniałomyślność nie wydawała się panu szczególną?
— Bynajmniej!
— Zechciej mi pan wytłumaczyć, dla czego wice-hrabia nie chciał uczynić zadość pańskiemu wezwaniu co do odwiedzenia tej kobiety?
— To bardzo zrozumiałe. Oświadczył mi, że przedewszystkiem chce się rozmówić ze swoim ojcem, który za kilka dni wróci do Paryża.
Prawda, a cały świat głośno to przyznaje, ma właściwy sobie akcent, który nikogo nie omyli. Pan Daburon nie wątpił już o dobrej wierze swojego świadka. Noel mówił dalej ze skromnością serca zacnego, które nigdy nie podejrzywa.
— Co do mnie, chciałem najpierw mówić z ojcem, hrabią de Commarin. Tem więcej chciałem te brudy wyprać w rodzinie, ile że pragnąłem tylko polubownego załatwienia. Z dowodami w ręku, byłbym się cofnął przed procesem.
— Jakto, pan nie chciałeś skarżyć?
— Nigdy, panie sędzio, pod żadnym warunkiem. Alboż, — dodał dumnym tonem, — aby odzyskać nazwisko, godzi się je wpierw shańbić?
Pan Daburon nie mógł utaić wrażenia szczerego podziwu.
— Oto śliczna bezinteresowność, — rzekł z uniesieniem.
— Zdaje mi się, — odpowiedział Noel, — że to całkiem naturalne. W najgorszym razie, zamierzałem nawet zostawić mój tytuł Albertowi. Prawda, że nazwisko hrabi de Commarin jest świetne, ale mam niepłonną nadzieję, że po dziesięciu latach moje będzie głośniejsze. Lecz w każdym razie byłbym żądał hojnego wynagrodzenia. Nie mając nic, musiałem często walczyć z niedostatkiem, co najwięcej szkodziło mojej karjerze. To, co pani Gerdy zawdzięczała wspaniałomyślności mojego ojca, rozeszło się prawie do szczętu. Moja edukacja kosztowała bardzo wiele i dopiero niedawno zacząłem pokrywać wydatki z dochodów mojej kancelarji. Ja i pani Gerdy żyjemy bardzo skromnie; na nieszczęście ona, jakkolwiek umiarkowana w swoich wymaganiach, nie wie co znaczą słowa: oszczędność i porządek, i niktby nie uwierzył, ile pożerało nasze domowe gospodarstwo. Koniec końców, nie mam sobie nic do wyrzucenia... W pierwszej chwili nie mogłem opanować gniewu — ale teraz nie czuję już żalu. Dowiedziawszy się o śmierci mojej mamki, wrzuciłem w wodę wszystkie moje nadzieje...
— Źle zrobisz, panie adwokacie. — wtrącił sędzia. — Teraz na mnie przyszła kolej powiedzieć: miej nadzieję! Kto wie, czy jeszcze przed wieczorem nie odzyszczesz swoich praw. Nie taję panu,, że według wszelkiego prawdopodobieństwa sprawiedliwość wpadła na trop mordercy. Wice-hrabia Albert de Commarin musi już być uwięziony.
— Jak to?! — zawołał Noel z najwyższą trwogą; — miałożby to być prawdą? A więc nie omyliłem się, tłumacząc sobie w ten sposób pańskie słowa! Mój Boże!...
— Nie inaczej, panie Gerdy. Dziękuję panu za szczere zeznania, bo one ułatwiają moje zadanie. Jutro, dziś bowiem minuty moje są policzone, urządzimy wszystko jak najlepiej... Teraz prosiłbym tylko o wręczenie mi listów, których niezbędnie potrzebuję.
— Pan sędzia otrzyma je przed upływem godziny. — odrzekł Noel.
A złożywszy sędziemu gorącą podziękę, wyszedł.
Gdyby nasz adwokat nie był tak zajęty swojemi myślami byłby na końcu korytarza ujrzał pana Tabareta, który uszczęśliwiony i rozpromieniony, jak zwiastun pomyślnych wieści, przyjechał galopem z pałacu Commarin.
Zaledwie jego doróżka zatrzymała się przed bramą pałacu Sprawiedliwości, a już stary ajent był na podwórzu i na schodach. Widząc go biegnącego na trzecie piętro, z lekkością młodego chłopca, nie byłby nikt przypuścił, że szósty krzyżyk cięży na jego biodrach. On sam nie wiedział co robi. Nie przypominał sobie, że bezsennie spędził noc, tak się czuł zdrowym, rześkim, silnym; nogi miał ze stali.
Jednem tchem przebiegł korytarz, i jak bomba wpadł do gabinetu sędziego, potrącając protokolistę, który wracał z przechadzki po sali des Pas-Perdus.
— Złapany! — wrzasnął na progu, — okuty, zapakowany, przywieziony, osadzony, ścięty! Mamy ptaszka!
Pan Tabaret, który teraz więcej niż kiedykolwiek przypominał Jasnowidza, robił takie komiczne ruchy, że aż długi pisarz uczuł uśmiech na ustach, za co kładąc się w nocy spać, gniewał się sam na siebie. Jak można było zapomnieć o minie urzędowej!
Natomiast pan Daburon, zostając świeżo pod ciężarem zeznań Noela, uczuł niechęć do tej zbytniej radości, mimo, że ona przynosiła mu pewność. Spojrzał na Tabareta, mówiąc:
— Powoli, panie, powoli... więcej umiarkowania i pamiętaj o miejscu...
W każnym innym razie, uwaga ta byłaby złamała naszego poczciwca, ale dziś był on zanadto uszczęśliwiony, by mógł o niej pomyśleć.
— Umiarkowania? — odpowiedział, — dzięki Bogu posiadam tę cnotę w wysokim stopniu. Ale w życiu nie zdarzyło mi się nic podobnego. Com zapowiedział znalazłem. Złamaną szpadę, podrapane rękawiczki koloru perłowego, cygarniczkę, wszystko. Nie zadługo przyniosą panu te rzeczy i wiele innych. Ja mam mój własny system. Oto zwycięztwo mojej metody, która Gevrola będzie dużo krwi kosztowała. Dałbym sto franków, gdybym go mógł teraz zobaczyć. Ale to trudno, mój Gevrol szuka bruneta z wielkiemi kulcami. To dzielny chłop, ten Gevrol, sławny! Ciekawym ile mu płacą rocznie za jego zręczność...
— Za pozwoleniem, panie Tabaret, — zauważył sędzia, — mówmy poważnie, jeśli łaska, i przystąpmy do rzeczy.
— Doskonale — odrzekł poczciwiec; — dla czego nie! wszak to sprawa skończona. Skoro panu przyprowadzą naszego ptaszka, zechciej mu pan pokazać kawałeczki skórki, wydarte paznogciami ofiary z jego rękawiczek, a zabijesz go na miejscu... Założę się, że wszystko wyśpiewa. Daję w zakład moją głowę, a on niech da swoją, chociaż jego djabła warta. Ale kto wie, czy nie uratuje karku! Te niedołegi, sędziowie przysięgli, gotowi mu przyznać okoliczności łagodzące. Ach! te leniuchy szkodzą sprawiedliwości. Gdyby cały świat był mojego zdania, wymierzenie kary na łotrów nie potrzebowałoby tyle czasu. Zaledwiebym go złowił, zaraz pod nóż. Oto procedura.
Pan Daburon postanowił wysłuchać całej tej powodzi słów. Lecz skoro wyobraźnia Tabareta nie miała już żadnych nowych zasobów, zaczął go wypytywać o szczegóły. Sędzia był bardzo zdziwiony, usłyszawszy, że Albert, ujrzawszy mandat, szepnął do siebie: „Jestem zgubiony!“
— Oto, — rzekł cicho, — okoliczność bardzo obciążająca.
— Bez wątpienia! — dorzucił Tabaret. — W zwykłym stanie nie byłby nigdy wyrzucił słów, które go gubią. Ale myśmy go zbudzili z najlepszego snu. Nie leżał w łóżku. Spał na dywanie. Umyślnie pozwoliłem jednemu służącemu biedz naprzód, bo wiedziałem, że przestrach sługi, przestraszy i pana. Wszystkie moje obliczenia powiodły się jak najlepiej. Ale, nie bójmy się... jeszcze on swoje słowa potrafi nie źle usprawiedliwić. Muszę dodać, że tuż przy nim znaleźliśmy na ziemi pomięty numer Gazette de France, w którym znajdował się opis morderstwa. Ponoś to po raz pierwszy ogłoszenie w dzienniku zdradza winowajcę...
— Prawda, — mruknął sędzia, który jakoś dziwnie się zamyślił; — prawda, pan jesteś człowiekiem nieocenionym. — A głośniej dodał: — mogłem się o tem przekonać, bo właśnie wyszedł ztąd pan Gerdy.
— Pan widziałeś Noela? zapytał poczciwiec.
W tej samej chwili znikło próżne zadowolenie. Chmura czarna niepokoju zaciemniła jego oblicze.
— Noel był tu! — powtórzył. I bojaźliwie zapytał: — Czy wie?
— Nie, — odpowiedział pan Daburon. — Nie potrzebowałem wspominać o panu. Zresztą, czyż panu nie przyrzekłem największą dyskrecję?
— Wyśmienicie! — krzyknął Tabaret. — A co też pan sędzia myśli o Noelu?
— Jestem przekonany, — odpowiedział sędzia, — że to zacne i szlachetne serce; natura silna i zarazem tkliwa. Uczucia, które przedemną wylewał, a o których niepodobna wątpić, objawiają niepospolitą wzniosłość duszy. Rzadko w mojem życiu zdybywałem ludzi, którzyby od pierwszego wejrzenia byli dla mnie tak sympatyczni. Pojmuję, że można być dumnym z takiego przyjaciela.
— A czyż nie mówiłem to samo panu sędziemu! Ten chłopiec robi na wszystkich najlepsze wrażenie. Co do mnie, kocham go jak własne dziecię, i w każdym razie odziedziczy po mnie cały mój majątek. Nie inaczej, wszystko mu zostawię, jak to zresztą napisałem w moim testamencie, który złożyłem u pana Baron, naszego notarjusza. Jest tam także ustęp odnoszący się do pani Gerdy, ale każę go wykreślić, o każę!
— Pani Gerdy, — wtrącił sędzia, — nie będzie wkrótce miała żadnych potrzeb.
— Ona! jakto? Czy może hrabia?
— Jest umierającą i prawdopodobnie nie przeżyje dnia, powiedział to sam adwokat Gerdy.
— Ach! mój Boże! krzyknął poczciwiec, — co pan sędzia mówi, umierająca!... Noel będzie rozpaczał... chciałem powiedzieć, co go to może obchodzić, przecież nie jest jego matką... Umierająca! Ja ją bardzo szanowałem, zanim zacząłem nią gardzić. Biedna ludzkości! Jak widzę, wszyscy winowajcy postanowili umrzeć tego samego dnia, bo zapomniałem panu sędziemu powiedzieć, że opuszczając hotel Commarin, słyszałem, jak jeden służący opowiadał drugiemu, i hrabia, dowiedziawszy się o uwięzieniu syna, został rażony apopleksją.
— Dla pana Gerdy byłby to jeden z najgorszych wypadków.
— Dla Noela?
— Liczyłem na zeznanie hrabiego, aby mu zwrócić wszystko co mu się słusznie należy. Hrabia umarł, wdowa Lerouge zginęła, pani Gerdy umierająca, albo szalona — któż więc potwierdzi, że listy mówią prawdę?
— Prawda, szepnął Tabaret, — smutna prawda! A ja tego nie wiedziałem, ja! Straszny fatalizm! Przecież się nie mylę dobrze słyszałem...
Nie dokończył. Drzwi od gabinetu otworzyły się na oścież, i na progu ukazał się hrabia de Commarin, on sam, poważny, jak jeden ze starych portretów, które wiszą na ścianach jego salonów.
Stary hrabia dal znak ręką, poczem dwaj służący, którzy podtrzymując go, towarzyszyli swojemu panu na schodach i korytarzu, natychmiast się cofnęli.
Był to rzeczywiście hr. Commarin, albo raczej jego cień... Głowa, którą dawniej nosił butnie do góry, zwiesiła się na piersi, wzniosła postać znacznie się zgarbiła, oczy nie miały zwykłego blasku, a ręce drżały. Nieporządek w ubiorze podnosił jeszcze bardziej zmianę, która zaszła w postaci hrabiego. W jednej nocy postarzał się przynajmniej o lat dwadzieścia.
Ten silny starzec był teraz podobny do jednego z tych olbrzymich drzew, które wypróchniawszy wewnątrz, stoją tylko siłą kory. Zdawały się niewzruszone, drwiły z czasu, a tymczasem jeden silniejszy powiew wiatru, rzucił je o ziemię. Ten człowiek, który jeszcze wczoraj chlubił się dumnie, że nic go nie zdoła nagiąć, był teraz złamany. „Nazwisko, było całą jego siłą; raz poniżony, uważał się za zgubionego. W nim potargało się wszystko na raz; wszystkie podpory opuściły go w jednej chwili. Jego spojrzenie bez ognia i życia, świadczyło o grobowem osłupieniu myśli. Był takim skończonym obrazem rozpaczy, że sędzia śledczy ujrzawszy go przed sobą, uczuł zimny dreszcz. Tabaret nie mniej się przestraszył, a pisarz był także wzruszony.
— Konstanty! Idź z panem Tabaretem po wiadomości do prefektury.
Pisarz wyszedł, a za nim nasz poczciwiec, który oddalił się z wielkim żalem.
Hrabia nie widział ich wchodząc i nie spostrzegł, kiedy wyszli.
Pan Daburon podał mu krzesło; usiadł.
— Czuję się tak słabym, — rzekł, że nie mógłbym ustać na nogach.
On się tłumaczył, on, przed małym urzędnikiem! Ale już minęły te czasy, kiedy szlachta uważała się wszechwładną panią sprawiedliwości. Każdy dziś szanuje prawo i nikt nie śmie mu urągać, chociażby jego przedstawicielem i obrońcą był najmizerniejszy sędzia śledczy.
— Może pan hrabia, — rzekł sędzia, — jest teraz zanadto cierpiący, by mi mógł dać kilka wyjaśnień, których potrzebuję.
— Czuje się lepiej, — odpowiedział pan de Commarin, — dziękuję panu... Czuję się o tyle dobrze, o ile to w mocy człowieka, który doznał strasznego ciosu. Dowiedziawszy się, jaką zbrodnię zarzucają mojemu synowi i że go uwięziono, byłem spiorunowany. Mniemałem że jestem mocny, a tymczasem runąłem w proch. Służba myślała, żem umarł. Dla czego śmierć nie przyszła! Lekarz mówi, że silna konstytucja mojego ciała, zachowała mię przy życiu lecz zdaje mi się, że Bóg chce, ażebym żył i wychylił aż do dna kielich poniżenia!
Przerwał; potok łez cisnął mu się do ócz i dławił go w gardle. Sędzia śledczy stał przy biurku nieruchomo jak posąg.
Po kilku sekundach wypoczynku, hrabia uczuł ulgę, bo mówił dalej temi słowy:
— Nieszczęsny starcze! Czy nie powinieneś się był tego spodziewać? Albo to prędzej lub później wszystko się nie odkryje? Ukarano mię w tem, czem zgrzeszyłem, w mojej dumie. Uważałem się za silniejszego, niż piorun i sprowadziłem burzę na mój dom. Albert mordercą! Wice-hrabia de Commarin przed trybunałem! Ach! panie, ukarz mię najsrożej, bo to ja sam przygotowałem tę zbrodnię. Ze mną ginie piętnaście wieków najczystszej sławy! Ja zhańbiłem moje wielkie i święte imię...
Przed godziną, pan Daburon uważał postępowanie hrabiego de Commarin za nikczemne, to też przyrzekł sobie, nie szczędzić mu hańby. Był pewny, że zobaczy dumnego magnata i dla tego przysięgał, że go powali swojem szyderstwem. Kto wie, czy plebeusz, traktowany niegdyś z góry przez margrabinę d’Arlange, nie zachował w sercu kilka ziarn niechęci dla arystokracji. Już naprzód przygotował sobie surową przemowę, która miała poniżyć starego szlachcica. Ale ujrzawszy się wobec tak wielkiej skruchy, musiał swoją niechęć przemienić w litość, radząc się w duszy, jak zmniejszyć jego boleść.
— Spisz pan, — ciągnął hrabia z ożywieniem, o które nie można go było posądzić przed dziesięciu minutami, — spisz pan moje zeznania, nie ujmując ani słowa. Nie potrzebuję więcej łaski. Bo i czego miałbym się obawiać? Alboż hańba nie jest już powszechną! Czy za kilka dni nie krzyknie świat cały, że ja, hrabia Rhóteau de Commarin, stanąłem przed trybunałem, aby ogłosić hańbę naszego domu! Ach! teraz wszystko stracone, nawet honor! Pisz pan — i niech cały świat wie, że ja pierwszy byłem winny!
Hrabia zatrzymał się jak dla uporządkowania swoich wspomnień. Potem zaczął głosem więcej stanowczym, który w miarę, jak mówił, stawał się co raz silniejszym.
— Dawno temu, panie sędzio, rodzice, pomimo moich próśb gorących, zmusili mię pojąć za żonę jedną z najszlachetniejszych i najczystszych dziewic. Zrobiłem ją najnieszczęśliwszą z kobiet. Nie mogłem ją kochać. Wówczas kochałem się szalenie w pewnej dziewczynie, z którą już od kilku lat zostawałem w serdecznych stosunkach. Widziałem w niej najszczytniejsze piękności duszy i ciała. Jej imię Walerja. Wszystko już we mnie obumarło, panie sędzio, a jednak to imię, skoro je wygłoszę, jeszcze mię wzrusza... Pomimo małżeństwa, nie miałem odwagi z nią zerwać. Muszę dodać, że ona żądała zerwania. Myśl stosunku z człowiekiem żonatym, obrażała jej dumę. Bez wątpienia kochała mię wtedy. Nasza znajomość trwała dalej. Kochanka i żona zostały matkami prawie w jednym czasie. Ta okoliczność zbudziła we mnie szaloną myśl, abym dla szczęścia syna miłości, poświęcił dziecko legalne. Mój projekt powierzyłem Walerji. Ku wielkiemu mojemu oburzeniu, odrzuciła go z pogardą. Ona nie chciała rozstać się z swojem dzieckiem. Zachowałem, jak na dowód mojego szaleństwa, kilka listów, które w tym czasie pisała; odczytałem je nawet tej nocy. Dla czegóż nie wysłuchałem ani jej uwag ani próśb? Bo straciłem głowę... Ona jakby przeczuwała nieszczęście, które mię dziś przygniata. Ale ja miałem nieograniczoną nad nią władzę. Przyjechawszy do Paryża oświadczyłem, że ją porzucę i wtedy ustąpiła. Jeden z moich sług i Klaudja Lerouge, mieli dokonać tej haniebnej zamiany. Tak więc syn mojej kochanki, nosi tytuł wice-hrabiego de Commarin i właśnie on został uwięziony przed godziną.
Pan Daburon nie spodziewał się tak dokładnych zeznań... W głębi duszy cieszył się, że sprawa przedstawiała się korzystnie dla młodego adwokata, który szlachetnością uczuć, pozyskał go sobie od pierwszego wejrzenia.
— A więc pan hrabia, — rzekł sędzia, — przyznaje, że pan Noel Gerdy jest synem z jego prawego małżeństwa i że tylko on jeden ma prawo nosić jego nazwisko?
— Nie przeczę, mój panie. Boże! dawniej cieszyłem się z pomyślnego wyniku moich projektów, jak z najświetniejszego zwycięztwa. Byłem tak upojony szczęściem, widząc przy sobie syna mojej drogiej Walerji, że zapomniałem o wszystkiem. Myśl, że on będzie nosił moje nazwisko i odziedziczy po mnie cały majątek, upajała mię do nie opisania. Drugiego nienawidziłem, nie mogłem nań spojrzeć. Nie przypominam sobie, czym go dwa razy uścisnął. Nie raz nawet, Walerja, które miała złote serce, robiła mi z tego powodu gorzkie wyrzuty. Hrabina de Commarin uwielbiała tego, którego uważała za swojego syna i bez przerwy chciała go mieć na swoich kolanach. Ile wycierpiałem, widząc jak ona całuje dziecię mojej kochanki, nie umiem opowiedzieć. O ile było w mojej mocy, oddalałem go od niej, a ona nie mogąc dociec, co się we mnie działo, sądziła, że z serca syna chcę wykorzenić miłość dla matki. Umarła, panie sędzio, z tą myślą, która zatruła ostatnie dni jej życia! Umarła ze zmartwienia, ale jak święta, bez szemrania, bez skargi, z przebaczeniem na ustach i w sercu!
Jakkolwiek pan Daburon nie miał wiele czasu do stracenia, jednakowoż nie chciał przerywać hrabiemu, uważając jego energię za wynik chwilowego rozgorączkowania, poczem łatwo mogło nastąpić zupełne ubezwładnienie. Milczał więc, nie pytając o szczegóły, dotyczące z bliska sprawy Alberta.
— Dla niej, — ciągnął hrabia, — nie znalazłem ani jednej łzy. Bo i czem była dla mnie? Zmartwieniem i wyrzutem... Ale sprawiedliwość boska, większa od ludzkiej, postanowiła zemścić się srodze. Pewnego dnia ostrzeżono mię, że Walerja zdradza mię od dawna. Z początku nie chciałem wierzyć; uważałem to za nie możebne, niedorzeczne. Byłbym raczej o sobie wątpił, niż o niej... Wziąłem ją z małej restauracji, gdzie za całodzienną pracę otrzymywała franka — a teraz zawdzięczała mi wszystko. Myśl, że ona mogłaby mię zdradzać, sprzeciwiała się mojemu rozumowi. Ale lubo że nie należałem do zazdrośnych, dowiadywałem się, kazałem ją strzedz, zrobiłem się prawie szpiegiem. Powiedziano prawdę. Nieszczęsna miała kochanka, a miała go od lat dziesięciu! Był to oficer od konnicy. Przychodził do niej, otaczając się zawsze wielką ostrożnością. Zazwyczaj wychodził o północy, ale czasem zostawał aż do rana... Wtedy wybiegał przed wschodem słońca. Należąc do pułku, stojącego załogą daleko od Paryża, otrzymał pozwolenie odwiedzać stolicę. Pewnego wieczoru moi szpiedzy ostrzegli mię, że jest u niej. Przybiegłem. Moja obecność wcale ją nie zmieszała. Przyjęła mię jak zwykle, rzucając mi się na szyję. Myślałem, że mię oszukano i już zamierzałem wszystko jej opowiedzieć, gdy w tem ujrzałem na fortepianie rękawiczki łosiowe, jakie noszą tylko wojskowi. Chcąc uniknąć skandalu, nie wiedząc zresztą, jak daleko mógłby mię zaprowadzić wybuch pierwszego gniewu, uciekłem nie wyrzekłszy ani słowa. Odtąd nie widziałem ją więcej. Pisała do mnie, ale nie otworzyłem listów. Chciała widzieć się ze mną, zastąpić mi drogę daremnie! Moja służba otrzymała surowe rozkazy, których święcie dopełniała.
Czy to rzeczywiście hrabia de Commarin, ten człowiek dumny, pełen pogardy dla niższych? I przed kim spowiada się z całego życia? Przed nieznajomym...
Łatwo to pojąć, jeśli się zważy, że stary szlachcic znajdował się w jednej z tych godzin rozpaczy, graniczących z szaleństwem, kiedy umysłowi brak wszelkiej refleksji, kiedy pomimo woli potrzebujemy wylania wezbranych uczuć. Czy mogło mu dziś cokolwiek zależeć na dalszem zachowywaniu tej, tak niegdyś starannie ukrywanej tajemnicy? Uwalniał się od niej jak ten biedak, który padając pod ciężkiem brzemieniem, rzuca ciężar na ziemię, nie dbając, co się z nim stanie, i czy przechodzień nie wyciągnie ku niemu łakomej ręki.
— A ja, ja tę kobietę kochałem całą moją duszą! Rozdzielając się z nią, byłem pewny, że serce wydarto mi z piersi. Gardziłem nią i równocześnie z tą samą, co dawniej namiętnością, pragnąłem wrócić do niej!... Nienawidziłem ją i kochałem. Wszędzie ścigał mię jej obraz. Po stracie tej kobiety, nigdy się już nie pocieszyłem. Ale to jeszcze nie wszystko. Na widok Alberta, budziły się we mnie straszne wątpliwości. Czy jestem jego ojcem? Wyobraź pan sobie, jakie były moje męczarnie, skorom pomyślał: „Kto wie, ażali dla szczęścia cudzego dziecka, nie poświęciłem własnego syna! Po gorącej miłości, jaką z początku czułem dla niego, nie zadługo obudził się wstręt. Ileż to razy walczyłem wtedy z szalonem postanowieniem, aby zabić tego bastarda. Później przezwyciężyłem się, ale kochać nie mogłem go więcej... Albert, panie sędzio, był najlepszym z synów; mimo to jednakże między nim a mną była przepaść obojętności, której on sobie nie mógł wytłumaczyć. Nie raz chciałem nawet udać się do trybunału, zeznać wszystko i zażądać przywrócenia mi prawego spadkobiercy — ale wzgląd na moje stanowisko, zawsze mię powstrzymywał. Bałem się jawnego skandalu. Lekałem się, aby na moje imię nie spadła hańba!...
Głos starego magnata zamarł po tych słowach. Z rozpaczą zakrył twarz rękoma. Dwie duże łzy, potoczyły się milcząco wzdłuż jego jagód i znikły bez śladu. Tymczasem otworzyły się drzwi, a w nich ukazała się głowa długiego pisarza.
Pan Daburon dał znak, aby usiadł na swojem miejscu, a zwracając się do hrabiego de Commarin:
— Hrabio, rzekł tkliwym głosem współczucia, — przed Bogiem i społeczeństwem popełniłeś wielki błąd, którego następstwa, jak widzisz, są fatalne. Obowiązkiem teraz, mości hrabio, naprawić ten błąd, o ile to w twojej mocy...
— Tego i ja pragnę, panie sędzio...
— Zapewne pan mię rozumiesz, — napierał pan Daburon.
— Najzupełniej, — odpowiedział starzec; — dobrze pana rozumiem...
— Niech pana to przynajmniej pocieszy, — dodał sędzia, — że pan Noel Gerdy jest pod każdym względem godnym stanowiska, które mu masz zwrócić. Kto wie, czy nie przekonasz się hrabio, iż charakter Noela jest właśnie dla tego tak silny, że był gdzie indziej wychowany. Nieszczęście jest najlepszym mistrzem. Ten młodzieniec ma wielkie talenta, a przytem należy do najzacniejszych z ludzi. Będziesz miał syna godnego swych przodków. Zresztą, żaden z członków twej rodziny nie ucierpi, bo pan Albert nie jest wice-hrabią de Commarin.
— Prawda! prawda, — potwierdził żywo hrabia. — Commarin, — dodał, byłby już do tej chwili umarł, a krew wszystko myje.
Te słowa starego szlachcica dały dużo do myślenia sędziemu śledczemu.
— Alboż pan hrabia, — zapytał, — jest przeświadczony o winie Alberta?
Hrabia de Commarin spojrzał na sędziego wzrokiem, w którym malowało się zdziwienie.
— W Paryżu, — odpowiedział, — jestem dopiero od wczoraj, nie wiem zatem co tu się stać mogło. Wiem tylko, że sądy nie postępują lekkomyślnie wobec ludzi, którzy zajmują takie jak Albert stanowisko. Jeśli kazaliście go uwięzić, zapewne musicie mieć nie czcze podejrzenia, ale niezbite dowody.
Pan Daburon zagryzł usta i nie mógł ukryć ruchu niezadowolenia. Minął się z rozsądkiem, bo zaczął się spieszyć. Sądził, że umysł hrabiego jest całkiem wywrócony, a tymczasem obudził w nim podejrzliwość. Podobnej niezręczności, nie naprawi cała zręczność świata. Przy końcu śledztwa, po którem sędzia wiele się spodziewa, może ona obalić wszystkie przypuszczenia. Świadek, mający się na baczności, nie jest już świadkiem, na którego można liczyć bojąc się skompromitować, oblicza doniosłość zapytań i droży się z odpowiedzią. Z drugiej znów strony, sprawiedliwość, tak samo jak policja, zwykła o wszystkiem wątpić, wszystko przypuszczać, wszystkich podejrzewać.
Aż do jakiego punktu mógł być hrabia obcym zbrodni w Jonchère? Widocznie, przed kilku dniami, jakkolwiek wątpił o pochodzeniu Alberta, byłby dołożył wszystkich starań, aby ocalić tego, kto od tylu lat nosił jego nazwisko. Przecież z własnych jego słów najlepiej się można było przekonać, że honor najwięcej go obchodził.
Alboż nie był jednym z tych ludzi, którzy mają dość siły i środków do stłumienia każdego kompromitującego świadectwa? Nareszcie, sędzia nie wiedział, o ile w tej sprawie był zaangażowany interes hrabiego de Commarin, a ta niepewność niepokoiła go do wysokiego stopnia. Ztąd jego zmieszanie.
— Panie, — zaczął głosem pewniejszym, — kiedy dowiedziałeś się o odkryciu swojej tajemnicy?
— Wczoraj wieczór; powiedział mi Albert. O tej smutnej historji mówił w taki sposób, że teraz nie mogę sam pojąć... Chyba że...
Hrabia zatrzymał się, jak gdyby rozum jego był uderzony nieprawdopodobieństwem własnego przypuszczenia.
— Chyba, że?... — pytał chciwie sędzia śledczy.
— Panie, — rzekł hrabia, unikając bezpośrednio odpowiedzi, — gdyby Albert nie był winnym, byłby bohaterem.
— Tak! — zawołał żywo sędzia, — więc pan masz powody wierzyć w jego niewinność?
Szyderstwo pana Daburona odbiło się tak dobrze w tonie jego słów, że hrabia de Commarin mógł i musiał je wziąć za bolesną obrazę. Wstrząsł się, do żywego dotknięty, a odwracając głowę, rzekł:
— Tak samo, jak przed chwilą nie byłem świadkiem obciążającym, tak teraz nie jestem uniewinniającym. Staram się oświecić sąd, bo tak mi nakazuje obowiązek i oto wszystko.
— Dobrze idzie, — pomyślał pan Daburon, — strasznie go zabolało... Czy wiecznie będę same błędy popełniał?
— Oto fakta, — ciągnął hrabia. — Wczoraj wieczór, opowiedziawszy mi o tych przeklętych listach, Albert żądał odemnie wyświecenia prawdy, bo jeszcze wątpił. Winienem tu dodać, że pani Gerdy nie miała w ręku całej mojej korespondencji. Wtedy wszczęła się między mną a synem nader żywa dyskusja. Oświadczył mi, iż postanowił ustąpić miejsca Noelowi. Ja natomiast utrzymywałem, że trzeba wytrwać i raczej upaść, aniżeli dać się nagiąć. Albert sprzeciwiał się temu z całą namiętnością. Wszystkie moje usiłowania, aby go sprowadzić z obranej drogi, okazały się bezskuteczne. Napróżno potrącałem o najtkliwsze struny jego serca. Odpowiedział stanowczo, że cofa się nawet w brew mojej woli i dodał, że jeśli tylko zapewnię mu skromne utrzymanie, będzie się uważał za całkiem zaspokojonego. Użyłem jeszcze jednego środka, mówiąc, że nierozważny krok z jego strony, może łatwo uniemożliwić małżeństwo, do którego od dwóch lat wzdycha, lecz Albert odparł, że jest pewnym swojej oblubienicy, panny d’Arlange.
Nazwisko to padło jak piorun w uszy sędziego śledczego. Rzucił się na fotelu. Czując, że poczerwieniał na twarzy, wziął dla ukrycia zmięszania, pierwsze lepsze akta, które mu wpadły w rękę i podniósł je do oczu, jak gdyby chciał przeczytać jakie pismo niewyraźne.
Zaczynał pojmować, że zadanie, którego się podjął, było bardzo trudne do spełnienia. Czuł, że miesza się jak dziecko, że nie jest panem siebie i że umysł jego nie ma zwykłej przenikliwości. W głębi duszy przyznawał, że był zdolny popełnić największe błędy. Lecz czemu podjął się tego śledztwa? Czy mógł być pewnym, że okaże się sędzią bezstronnym?
Chętnie byłby odłożył na później dalszy ciąg zeznań hrabiego, ale czy mógł? Sumienie sędziego śledczego wołało, że byłaby to nowa niezręczność. Uchwycił więc na nowo wątek bolesnych wypytywań.
— Panie, — rzekł, — uczucia, objawione przez wice-hrabiego, są bez wątpienia bardzo piękne, ale czy panu nie mówił o wdowej Lerouge?
— Owszem, — odparł hrabia, — wspominał...
— Powinien był panu powiedzieć, że świadectwo tej kobiety uniemożliwi walkę z panem Noelem Gerdy.
— Właśnie, panie sędzio, ta okoliczność zmuszała go głównie do odrzucenia mojego żądania.
— Pan hrabia zechce mi dokładnie opowiedzieć wszystko, co zaszło między nim a wice-hrabią. Proszę więc przypomnieć sobie nawet najdrobniejsze szczegóły, i staraj się pan przytoczyć o ile możności najdokładniej jego słowa.
Hrabia de Commarin mógł uczynić zadość wezwaniu bez natężenia umysłu. Od kilku minut zbawienna reakcja odbyła się w całej jego osobie. Krew, rozdrażniona natarczywością wypytywań, odzyskała dawny bieg. Mózg wrócił do zwykłej równowagi. Scena z wieczoru dnia poprzedniego, stała mu w najdrobniejszych szczegółach żywo w pamięci. W uszach brzmiały mu jeszcze stanowcze słowa Alberta i widział jego twarz pełną wyrazu.
W miarę jak postępował w swem opowiadaniu, żywem i dokładnem, przekonanie pana Daburon stawało się co raz trwalszem. Właśnie to, nad czem dzień przedtem hrabia się unosił, sędzia uważał za okoliczność, świadczącą przeciw Albertowi.
— Jaka straszna komedja! — myślał Daburon. — Tabaret widział za nas obu. Z niepospolitą odwagą młody ten człowiek łączy szatańską zręczność. Sam geniusz zbrodni musiał go natchnąć... Będzie prawdziwy cud, jeśli go zdemaskujemy. Jak doskonale wszystko przewidział i przygotował! Jak cudownie jest obmyślana ta scena z ojcem, aby zrzucić z siebie nawet cień podejrzenia! Nie ma ani jednego słowa, któreby nie zdradzało ukrytego zamiaru, na któremby nie można zbudować podejrzenia. Jaka skończoność w wykończeniu! Wszystko mamy, nawet duet z ukochaną kobietą. Czy w rzeczy samej ostrzegł Klarę? Bardzo być może... Mógłbym się dowiedzieć, ale trzeba by ją widzieć, mówić z nią... Biedne dziecko Kochać takiego człowieka! Ależ cały jego plan bije w oczy. Ta rozmowa z hrabią jest kotwicą ratunku. Nie szkodząc jego prawom, pozwala mu zyskać na czasie. Widocznie chciał rozwiązanie sprawy przewlec w nieskończoność, a potem byłby oświadczył, że tylko zmuszony czyni zadość woli ojca. Ustępstwo byłby sobie poczytywał nawet za zasługę, i kto wie, czy za powolność wobec ojca nie żądałby jeszcze osobnego wynagrodzenia. A jeśliby Noel zechciał był nowy szturm przypuścić, ujrzałby się wobec hrabiego, który przecząc wszystkiemu, byłby go kazał wyrzucić jak podłego oszusta.
Rzecz dziwna, a jednak dająca się wytłumaczyć, że hrabia skończywszy opowiadanie, przyszedł do tych samych wyników, co sędzia śledczy. Przypomniał sobie doskonale, że w gniewie rzekł był do syna: „Tak pięknych rzeczy nie zwykło się robić dla samej przyjemności.“ Ta szczytna bezinteresowność była teraz jasną.
— Dziękuje hrabiemu, — rzekł pan Daburon. — Nie mogę panu jeszcze nie pewnego powiedzieć, ale w każdym razie sąd ma powody mniemać, że wice-hrabia Albert, w scenie, którą słyszałem, odegrał rolę skończonego komedjanta.
— I dobrze wyuczył się roli, — szepnął hrabia, — bo mię oszukał.
W tej chwili wszedł Noel.
Adwokat ukłonił się staremu szlachcicowi, który powstawszy, cofnął się w głąb pokoju.
— Panie, — rzekł Noel cichym głosem do sędziego, — wszystkie listy znajdują się w tej tece. Proszę pana zechcieć mię jak najprędzej uwolnić, ponieważ stan pani Gerdy staje się co raz więcej zatrważającym.
Noel wygłaszając ostatnie słowa, podniósł nieco głos, tak, że hrabia musiał je usłyszeć. Szlachcic wzdrygnął się i tylko z największem wysileniem udało mu się powstrzymać zapytanie, które już miał na ustach.
— Jednakże pozwolisz kochany adwokacie, — rzekł sędzia uprzejmie, — że cię chwilkę zatrzymam.
Pan Daburon powstał z fotelu, a ująwszy Noela za ramię, powiódł go do hrabiego.
— Panie hrabio de Commarin, — rzekł, — mam zaszczyt przedstawić hrabiemu pana Noela Gerdy.
Prawdopodobnie, hrabia de Commarin, spodziewał się czegoś podobnego, bo na jego obliczu nie drgnął ani jeden muszkuł; stał nieruchomo. Noel zaś, był jak człowiek, który nagle uczuje uderzenie młota w czaszkę; nie mogąc utrzymać się na nogach, musiał oprzeć się o najbliżej stojące krzesło. Następnie obaj, syn i ojciec stanęli naprzeciw siebie, pozornie pogrążeni w zadumie, a w rzeczywistości śledzący się nawzajem, bo każdy z nich chciał uchwycić bodaj cząstkę myśli drugiego.
Pan Daburon spodziewał się innego rezultatu. Sądził, że hrabia otworzy ramiona, Noel rzuci mu się w objęcia i że pojednanie ojca z synem będzie dokonane. Chłód jednego, zmieszanie drugiego, rozczarowało go najzupełniej. Uznał przeto za konieczne, przystąpić inaczej do dzieła.
— Panie hrabio, — rzekł tonem wyrzutu, — przecież przed chwilą przyznałeś, że pan Gerdy jest twoim prawym synem?
Hrabia de Commarin nie odpowiadał; można było sądzić, że nie słyszał, tak był nieruchomy. Natomiast Noel, zebrawszy całą odwagę, ośmieli się zabrać głos pierwszy.
— Panie, — wyjąknął, — nie chciałem...
— Możesz pan powiedzieć: mój ojcze, — przerwał dumny starzec tonem, w którym nie było nic czułego.
Następnie zwrócił się do sędziego.
— Czy mogę być panu jeszcze potrzebnym? — zapytał.
— Wypada panu tylko, — odrzekł pan Daburon, — wysłuchać odczytania swoich zeznań i podpisać. Dalej, Konstanty, — dodał.
Długi pisarz zaczął czytać protokół. Akt ten odbył się bardzo prędko. Noel słuchał z natężoną uwagą, dowiedział się bowiem o rzeczach, które dla niego miały niesłychaną doniosłość. Nakoniec Konstanty wygłosił słowa: Na potwierdzenie czego i t. d., któremi we Francji kończą się wszystkie protokoła.
Wręczył pióro hrabiemu, który podpisał swoje nazwisko bez wahania, nie robiąc przytem żadnych uwag.
Wtedy stary szlachcic odwrócił się do Noela.
— Nie jestem silny, — rzekł, — potrzeba zatem, mój synu, — słowa te wymówił z pewnym naciskiem, — ażebyś pomógł swojemu ojcu zejść do powozu.
Młody adwokat zbliżył się szybko. Twarz jego była rozpromieniona. Uprzejmie podał ramię hrabiemu. Skoro już wyszli, pan Daburon nie mógł powstrzymać ciekawości. Przybiegłszy do drzwi, nieco je uchylił, a cofnąwszy korpus, aby nie był widzianym, wyciągnął szyję i w głąb korytarza rzucił badawcze spojrzenie. Noel i hrabia byli zaledwie w połowie. Szli bardzo powoli.
Hrabia de Commarin z trudnością wlókł nogi za sobą; adwokat szedł drobnym krokiem, głowę nachylił ku starcowi, a każdy jego ruch świadczył o nadzwyczajnej grzeczności. Sędzia stał tak długo przy drzwiach, dopóki nie znikli na skręcie korytarza. Potem cofnął się, a usiadłszy w swoim fotelu, westchnął głęboko.
— Przynajmniej, — pomyślał, — zrobię jednego szczęśliwym. Dzień nie przejdzie całkiem źle.
Ale nie miał czasu puścić wolny bieg myślom; godziny uciekały. Uważał za konieczne przesłuchać jak najprędzej Alberta, a prócz tego trzeba było spisać świadectwa kilku służących z pałacu Commarin, i wysłuchać sprawozdania komisarza, który przedsięwziął uwięzienie.
Służących, którzy już oddawna czekali, wprowadzano kolejno. Wprawdzie nie umieli nic stanowczego powiedzieć, a jednakże ich zeznania były nowemi zarzutami. Każdy odchodził z przekonaniem, że ich pan był winnym.
Zachowanie się Alberta od początku złowrogiego tygodnia, najmniejsze jego słowo i najmniej znaczące ruchy, przytaczano z rzadką dokładnością, objaśniano, tłumaczono.
Człowiek żyjący w pośrodku trzydziestu służących, jest jak owad, w przeźroczystem naczyniu pod okiem gorliwego naturalisty. Żaden z jego czynów nie ujdzie uwadze tych płatnych szpiegów, a zaledwie ma jaką tajemnicę, już się jej domyślają. Od rana do wieczoru trzydzieści par oczu śledzi ciekawie najmniej znaczące zmiany jego twarzy.
Sędzia śledczy otrzymał zatem nie mało szczegółów, które na pozór były niczem, ale z których najmniejszy mógł przy ostatecznej rozprawie rozstrzygać o życiu lub śmierci. Kombinując zeznania, łącząc takowe i porządkując, pan Daburon mógł od niedzieli iść krok w krok za wice-hrabią Albertem.
W niedzielę więc, niezwłocznie po odejściu Noela, wice-hrabia zawezwał pokojowca i rzekł, że aż do nowego rozkazu jest niewidzialnym dla nikogo. Jeśliby się kto o niego pytał, słudzy mieli powiedzieć, że pan wyjechał na wieś.
Od tej chwili spostrzegli wszyscy, że „coś się działo,“ bo pan Albert był bardzo zmięszany.
Przez cały dzień nie wychodził z biblioteki i tam jadł obiad. Wieczorem uwolnił wszystkich służących, mówiąc: „Idźcie się zabawić!“ Wyraźnie zakazał wchodzić do biblioteki, chyba, że zadzwoni.
Nazajutrz, w poniedziałek, nie wstał, jak zwykle, wcześnie, ale dopiero około południa. Uskarżał się na gwałtowny ból głowy i nudności. Mimo to wypił filiżankę herbaty. Chciał wyjechać, ale natychmiast polecił wyprządz konie. Lubin, jego pokojowiec, słyszał, jak zawołał: „Nie podobna wahać się!“ a w kilka minut: „Trzeba raz skończyć!“ Wkrótce potem zaczął coś pisać.
Lubin nosił jeden list do panny d’Arlange, który miał wręczyć albo jej samej, albo nauczycielce, pannie Schmidt.
Drugi list, z dwoma tysiącami franków, został powierzony Józefowi, aby odniósł go do klubu. Józef nie przypomina sobie nazwiska osoby, która list odebrała, ale to dobrze pamiętał, że ów pan nie miał tytułu.
Wieczorem Albert prawie nie nie jadł i zamknął się u siebie.
Nazajutrz wstał dodnia; był to wtorek. Błądził po pałacu, jak dusza w czyśćcu, albo jak człowiek, oczekujący niecierpliwie rzeczy, która nie nadchodzi.
Gdy wszedł do ogrodu, ogrodnik zapytał go o zdanie względem rysunku pewnego gazonu. Odpowiedział krótko: „Zapytasz o to hrabiego.“
Około pierwszej z południa, zszedł do stajni i pieścił się z Normą, swojem ukochanem źrebięciem. Głaszcząc, ją rzekł: „Biedne zwierzę! Moja biedna stara!“ O godzinie trzeciej, numerowany komisjoner przyszedł z listem.
Wice-hrabia, który wtedy znajdował się na dole, chwycił list i szybko go otworzył. Dwaj pokojowce wyraźnie słyszeli jak zawołał: „Nie zdoła się oprzeć!“ Przyszedłszy na górę, spalił list na kominku w przedpokoju.
Zaledwie usiadł do stołu o godzinie szóstej, dwaj jego przyjaciele, pan de Courtivois i markiz de Chouzé, nie zważając na ostrzeżenie lokajów, dostali się aż do niego. Ta wizyta do reszty go zmięszała.
Ci panowie chcieli koniecznie wziąć go na zabawę, ale on odmówił, twierdząc, że ma schadzkę w bardzo ważnej sprawie. Jadł nieco więcej, niż dni poprzednich. Zażądał nawet butelkę Chiteau-Laffitte, którą do dna wychylił. Pijąc kawę, palił cygaro w sali jadalnej, co sprzeciwiało się zwyczajom, praktykowanym w pałacu.
Według Józefa i dwóch lokajów, o godzinie pół do ósmej, zaś według zeznań Lubina, dopiero o ósmej, wice-hrabia wyszedł pieszo, z parasolem w ręku. Wrócił dopiero o drugiej po północy, a służącemu, który nań czekał, kazał wyjść natychmiast z pokoju.
W środę, wszedłszy do sypialni wice-hrabiego, służący był uderzony opłakanym stanem, w jakim znajdowały się suknie jego pana. Były mokre i pobłocone, a pantalony podarte. Ośmielił się zrobić uwagę, na co Albert odpowiedział głosem piorunującym: „Rzuć to gdzie bądź!“ Tego dnia był już swobodniejszym. Przy śniadaniu, a jadł z wielkim apetytem, marszałek dworu widział go nawet wesołym. Całe popołudnie spędził w bibliotece gdzie popalił stosy papierów.
We czwartek wydawał się znowu bardzo cierpiącym. Prawie nie miał siły wyjechać na spotkanie hrabiego. Wieczór, po scenie ze swoim ojcem, wrócił do siebie bardzo złamany. Lubin chciał pójść po lekarza, ale zabronił mu mówiąc, że nie chce, aby ktokolwiek wiedział o jego niedyspozycji.
Oto jest dokładna treść dwunastu dużych stronic, które spisał długi protokolista nie odwróciwszy ani razu głowy, aby przypatrzyć się galonowanym lokajom, którzy zmieniali się jeden po drugim.
Wszystkie te świadectwa, pan Daburon umiał zebrać w niespełna dwóch godzinach.
Jakkolwiek przeświadczeni o ważności swoich zeznań, wszyscy lokaje mieli język bardzo długi. Rozgadawszy się raz, nie podobna ich było wstrzymać. A przecież ze wszystkiego, co mówili, jasno wypływało, że Albert był dobrym panem, wspaniałomyślnym i grzecznym wobec swoich ludzi. Szczególna to rzecz, prawie nie podobna do wiary! Znalazło się kilku, którzy obojętnie mówili o tym okropnym wypadku. Dwaj byli bardzo smutni. Lubin, który doznawał łask wyjątkowych, nie należał do tych drugich.
Przyszła kolej na komisarza policji. We dwóch słowach złożył sprawozdanie z uwięzienia, które Tabaret już opowiedział. Nie omieszkał zwrócić uwagę sędziego na okrzyk Alberta: „Jestem zgubiony!“ co według jego przekonania, było dostatecznem przyznaniem się do winy. Następnie złożył wszystkie przedmioty, zabrane u wice-hrabiego de Commarin. Sędzia śledczy porównał je uważnie z rzeczami, przywiezionemi z mieszkania wdowej Lerouge.
Wieczór zbliżał się szybkim krokiem, a obżałowany nie był jeszcze przesłuchany. Lecz co mogło wstrzymywać pana Daburona od spełnienia tego obowiązku? W rękach miał dziesięć razy więcej dowodów, niż potrzebował, aby wysłać dziesięciu zbrodniarzy na plac stracenia. Albert nie mógł myśleć o uwolnieniu, chyba, że zbrodnię popełnił pod wpływem szaleństwa. A jednak, w chwili tak stanowczej, sędzia czuł brak odwagi. Czy jego wola osłabła?
W czas przypomniał sobie, że od wieczoru dnia poprzedniego nic nie jadł, posłał więc po butelkę wina i kilka biszkoptów. Nie pokarmu potrzebował sędzia ale energji. Wychylając szklankę, myśli jego ułożyły się w następujący frazes: „A więc mam stanąć przed wice-hrabią de Commarin!“
W każdym innym wypadku byłby się śmiał z tej uwagi; teraz jednakże widział w niej ostrzeżenie Opatrzności.
— Niech się stanie, — rzekł do siebie, — spełnię ten puchar.
I nie zapuszczając się w dalsze refleksje, kazał wprowadzić wice-hrabiego Alberta de Commarin.
Albert zbudzony z ciężkiego snu surowym głosem komisarza, który rzekł: „W imię prawa aresztuję pana!“ nie mógł przez dłuższy czas odzyskać równowagi umysłu. Wszystko, cokolwiek zaszło po jego uwięzieniu, wydawało mu się niejasne, jak pośród gęstej mgły — podobne do tych scen, które przedstawiają w teatrze, po za poczwórną zasłoną z gazy.
Na zapytania odpowiadał machinalnie, nie słysząc brzmienia słów własnych. Następnie dwaj ajenci wzięli go pod ramię i sprowadzili po olbrzymich schodach pałacu. Sam nie mógłby był zejść, bo nogi drżały pod nim jak trzcina. Tylko jedna rzecz uderzyła jego umysł: głos służącego, zwiastujący atak apopleksji, który nawiedził hrabiego. Ale i o tem zapomniał.
Wrzucono go do dorożki, stojącej na dziedzińcu i posadzono na ławeczce w głębi. Dwaj ajenci usiedli na przodzie, podczas gdy trzeci zajął miejsce na koźle obok woźnicy. W drodze nie mógł sobie zdać sprawy z fatalnego położenia. Ciało przerzucało się z jednej strony na drugą, a głowa kołysała się, jak gdyby w szyi nie miał ani jednego muszkułu. Wtedy przyszła mu na myśl wdowa Lerouge. Było to na wiosnę; kwiaty rozlewały w koło woń niebiańską. Podeszła kobieta, ustrojona w biały czepiec, stała w bramie swojego ogrodu; mówiąc, miała wyraz błagalny. Hrabia słuchając. mierzył ją surowym wzrokiem, a potem wyjąwszy z sakiewki trochę złota, rzucił jej w fartuszek.
Wysadzono go z dorożki.
Ujrzawszy się w wilgotnej i ciemnej sali, w której miano uczynić zadość pierwszym formalnościom, zaczął z rozkoszą myśleć o Klarze. W pamięci stanęły mu pierwsze dnie miłości, kiedy swoją najdroższą widywał u panny de Goello. U starej panny był jeden cudowny salonik, wychodzący na ulicę, którego całe urządzenie należało do najciekawszych. Na wszystkich meblach, a nawet na kominku, stało w najrozmaitszych pozycjach kilkadziesiąt piesków wypchanych, które pannie Goello towarzyszyły za życia w podróży przez bezludny step celibatu. Ona lubiła mówić o tych wiernych towarzyszach, którzy nigdy nie zdradzają. Ileż to razy śmiał się z tych opowieści aż do łez z swoją Klarą.
W tej chwili zaczęto go przetrząsać.
Uczuwszy wzdłuż ciała cynicznie szukające ręce, przyszedł nieco do siebie, a gniew zbudził się w młodej piersi. Była to największa zniewaga!
Ale przykra operacja prędko się skończyła. Niezwłocznie potem ujrzał się na długim korytarzu, którego wszystkie okna były okratowane, usłyszał, że otworzono drzwi i uczuł, że wtrącono go do małej celi. W tyle usłyszał łoskot zaskakujących zamków i brzęk łańcuchów. Odtąd był więźniem, a wskutek wyższych poleceń więźniem dla nikogo niewidzialnym.
Wkrótce doznał błogiego wrażenia. Był sam. W uszach już nie brzmiały złowrogie głosy i nikt mu już nie zadawał natarczywych pytań. Milczenie, dające niejakie wyobrażenie o nicości, panowało do koła. Zdawało mu się, że na wieki oddzielono go od społeczeństwa i to go pocieszało. Ciało, tak samo zmęczone jak duch, nie mogło utrzymać się o własnych siłach. Właśnie spoglądał gdzieby usiąść, gdy na prawo, pod okratowanem oknem, ujrzał małe łóżko, które go ucieszyło jak tonącego deska ratunku. Rzuciwszy się na twarde posłanie, wyciągnął się z rozkoszą. Ale po ciele przebiegała zimna dreszcz. Rozwinął więc grubą kołdrę wełnianą, otulił się w nią starannie i wkrótce usnął jak kamień.
Na korytarzu, dwaj ajenci policyjni, jeden jeszcze młody a drugi szpakowaty, spoglądali od czasu do czasu przez małe okienko, znajdujące się w drzwiach więziennych. Śledzili każdy ruch nieszczęśliwego, patrząc i podsłuchując z całą gorliwością płatnych wyżłów.
— To jakiś słabeusz, — szepnął młody policjant, — nie ma silnych nerwów... Cóż pan na to, panie Balan?
— Kto wie, — odpowiedział stary ajent, — trzebaby się przekonać. Lecoq mówił mi, że to twarda sztuka.
— Patrz! nasz panicz kładzie się... Czy przypadkiem nie myśli spać?... Toby ślicznie wyglądało. Jeszczem nie widział podobnego zjawiska.
— Widać, mój przyjacielu, że miałeś do czynienia tylko z łotrami niższych stopni. Wszyscy wytrawni, a nie mało miałem ich pod moim kluczem, są w tym rodzaju...
— Słowo honoru, możnaby powiedzieć, że usnął... Ależ to pocieszne!
— Wiedz, mój kochany, — dodał poważnie stary ajent, — że nic nie ma naturalniejszego. Jestem przekonany, że od chwili, w której spełnił morderstwo, ten chłopiec nie mógł spocząć. Teraz zaś, widząc, że jego sprawka została odkrytą, zupełnie się uspokoił.
— A to żartowniś z tego pana Balan! Coś podobnego nazywać spokojem!
— Nie inaczej. Wierz mi, że największą karą jest bezustanna obawa; wszystko inne jest znośniejsze. Gdybyś miał dziesięć tysięcy franków renty, zaraz bym cię o tem przekonał. Rzekłbym: Jedź do Homburga i rzuć na ruletę całą swoją fortunę. Powiedziałbyś mi potem, coś wycierpiał przez czas, kiedy gałka w koło się obracała. Tego rodzaju cierpienia można tylko porównać z powolnem krajaniem mózgu, lub z laniem rozpalonego ołowiu w kość pacierzową. Męka ta jest tak straszną, że nawet wtedy, kiedy się już wszystko straci, człowiek czuje się zadowolonym, lżejszym — bo może odetchnąć... Pomimo woli wołamy: „Skończyło się!“ I chwała Bogu że się przynajmniej skończyło.
— Ślicznie, panie Balan, założyłbym się, żeś doznał tych wrażeń.
— Hej! hej! — westchnął stary policjant, — gdyby nie te wrażenia, nie stałbym teraz przy tobie i nie patrzylibyśmy obaj przez to okienko!... Ale nasz panicz usnął głęboko; nie trać go z oczu, a ja tymczasem wypalę cygaretkę na dziedzińcu.
Albert spał cztery godziny. Zbudziwszy się, uczuł się silniejszym. Od widzenia się z Noelem, nie był tak lekkim. Ale straszna była to dla niego chwila, kiedy powiódłszy okiem do kola, przypatrzył się zimno swojemu położeniu.
— Teraz, — szepnął, nie trzeba się dać zwyciężyć.
Pragnął kogo zobaczyć, rozmówić się, wytłumaczyć... Chciał nawet wołać.
— Na co się to zdało, — pomyślał, — niezadługo sami po mnie przyjdą.
Chciał popatrzyć która godzina, ale spostrzegł się dopiero teraz, że mu odebrano zegarek. Ta drobnostka srodze go zabolała. Więc obchodzono się z nim, jak z najnędzniejszym zbrodniarzem! Szukał w kieszeniach, wszystkie były próżne. Dopiero wtedy pomyślał o swojej toalecie. Stanąwszy przy posłaniu, pozapinał suknie, poprawił kołnierz od koszuli i związał rozpuszczoną krawatkę. Następnie umoczywszy w wodzie koniec chustki od nosa, przetarł oczy, by ochłodzić zbolałe powieki. Nakoniec starał się ułożyć jak najprzyzwoiciej swoje włosy i brodę. Ani się spodziewał, że dwie pary kocich oczu śledziły każde jego poruszenie.
— Wyśmienicie! — szepnął młody policjant, — nasz kogut podnosi głowę i gładzi pióra.
— Prawdę mówiłem, — zauważył pan Balan, — że się przyczaił... Do kata!... zdaje mi się, że mówił...
Obaj zamilkli, lecz nie schwycili ani jednego ruchu niewłaściwego, ani jednego słowa, które prawie zawsze wyrywają się ludziom słabym, dręczonym śmiertelną obawą. Tylko raz słowo „honor,“ wypowiedziane przez Alberta, doleciało aż do uszu obu szpiegów.
— Ci ludzie z wysoka, — mruknął pan Balan, mają z początku zawsze ten wyraz na ustach. Na niczem im nie zależy, tylko na opinji tuzina przyjaciół i stu tysięcy nieznajomych, którzy czytają Gazetę Trybunałów. O głowie myślą dopiero później...
Skoro żandarmi przyszli po Alberta, aby go odprowadzić do sędziego, zastali go siedzącego na łóżku, z łokciami opartemi o kolana, a głowę w obu dłoniach. Ujrzawszy ich, powstał i postąpił kilka kroków. Ale w gardle tak mu wyschło, że nie mógł przemówić. Zrobiwszy znak ręką, zbliżył się do małego stoliczka i duszkiem wychylił dwie szklanki wody.
— Jestem gotów! — rzekł potem.
Krokiem pewnym szedł do gabinetu pana Daburon.
Sędzia cierpiał tymczasem niesłychane katusze. Przyspieszonym krokiem biegał po pokoju, oczekując obżałowanego. Po raz setny wyrzucał sobie, że dobrowolnie wmięszał się w tę sprawę.
— Niech djabli porwą, — myślał w duszy, ten przeklęty honor, który mię skłonił do tego kroku! Na co mi się teraz przydadzą wszystkie sofizmaty. Nic na świecie nie zmieni mojego stanowiska wobec tego młodzieńca. Nienawidzę go... Jestem jego sędzią, a jednak nie podlega wątpliwości, że chciałem go zamordować. Stałem przed nim o dwa kroki — czemu nie strzeliłem? Alboż ja wiem?... Jaka siła wstrzymała mój palec, kiedy było potrzeba słabego tylko pociśnięcia, aby śmiertelny strzał pozbawił go życia? Sam nie wiem... Czemu on nie jest moim sędzią, a ja obżałowanym? Gdyby chęć podlegała karze, jak uczynek, sprawiedliwość powinnaby mi uciąć głowę. I w takich warunkach ja mam prowadzić śledztwo!...
Przechodząc koło drzwi, usłyszał na korytarzu ciężkie kroki żandarmów.
— Otóż i on, — rzekł głośno.
I szybko zdążył do fotelu, zatapiając wzrok w stosy papierów, jak gdyby chciał się ukryć.
Gdyby długi pisarz miał był oczy, byłby ujrzał że sędzia był więcej zmięszany, niż sam oskarżony. Ale on był ślepy, a w tej chwili myślał o piętnasto-centymowym wydatku, którego nie mógł stwierdzić w domowych swoich rachunkach.
Albert wszedł do gabinetu sędziego z podniesionem czołem. W rysach odbijały się ślady wielkiego znużenia i bezsennie strawionych nocy; twarz była blada, ale oczy rzucały jasne promienie.
Przedwstępne zapytania pozwoliły panu Daburon przyjść do siebie...
Na szczęście jeszcze zrana przygotował sobie cały plan, więc teraz potrzebował tylko wiernie iść za nim.
— Zapewne panu wiadomo, — zaczął nadzwyczaj grzecznie, ― że do nazwiska, które pan nosisz, nie masz najmniejszego prawa.
— Wiem, panie sędzio, — odpowiedział Albert, — że jestem synem naturalnym hrabiego de Commarin. Wiem również, że mój ojciec nie mógłby się do mnie przyznać, chociażby nawet chciał tego, albowiem urodziłem się za jego małżeństwa...
— Jakie było pańskie wrażenie dowiedziawszy się o tem wszystkiem?
— Skłamałbym, panie, jeślibym powiedział, że nie zostałem najboleśniej dotknięty. Znajdując się na takiej jak ja wyżynie, nie można runąć bez wielkich cierpień. Wszelako nie myślałem nigdy zaprzeczać praw pana Noelowi Gerdy. Miałem, jak mam i teraz, stałe przedsięwzięcie zniknąć bez śladu... Oświadczyłem to panu de Commarin.
Pan Daburon spodziewał się podobnej odpowiedzi: wzmocniła ona jego podejrzenie. Alboż nie bronił się zręcznie? Teraz od sędziego zależało rozbić tę obronę, po za którą ukrył się obżałowany, jak za mur niezdobytej twierdzy.
— Przecież pan nie mogłeś zaprzeczać praw panu Gerdy. Wprawdzie za sobą miałeś ojca i matkę, ale przeciwnik mógł liczyć na świadectwo wdowej Lerouge.
— Nigdy o tem nie wątpiłem, panie sędzio.
— A jednak, — ciągnął pan Daburon, wlepiając w Alberta badawcze spojrzenie,
— sprawiedliwość przypuszcza, że aby zniszczyć jedyny dowód, pan zabiłeś wdowę Lerouge...
Ten straszny zarzut, z ogromnym wygłoszony naciskiem, nie zmienił w niczem zachowanie się Alberta. Siedział spokojnie jak dawniej, a na czole nie pojawił się ani jeden fałd gniewu lub obrazy.
— Wobec Boga, — odpowiedział, — i na wszystko, co może być najświętszem na ziemi, przysięgam ci panie sędzio, że jestem niewinnym! W tej chwili jestem więźniem, któremu nie wolno znosić się z światem zewnętrznym, który zatem znajduje się w zupełnej niemożliwości dostarczenia dowodów. Ale spodziewam się po pańskiej sumienności, że sąd udowodni moją niewinność...
— Jaki komedjant! — pomyślał sędzia, — czy podobna, aby zbrodnia dodawała tyle odwagi i siły!
Szybko zaczął przerzucać papiery, odczytując ustępy z poprzednich zeznań, które według jego przekonania, mogły zmięszać Alberta. Nagle przemówił:
— W chwili uwięzienia zawołałeś pan: „Jestem zgubiony!“ Coś pan pod tem rozumiał?
— Panie, — odpowiedział Albert, — przypominam sobie, że w rzeczy samej powiedziałem te słowa. Dowiedziawszy się, o jaką zbrodnię jestem poszlakowany, przyszedłem w tej chwili do siebie i w jednem mgnieniu oka pojąłem całą grozę mojego położenia. Zrozumiałem doniosłość oskarżenia, jego prawdopodobieństwo i trudności, z jakiemi będę miał walczyć, broniąc się przed sądem. W głębi duszy słyszałem głos: „Komuż zależało na śmierci Klaudji?“ Przeświadczenie o nieochybnem niebezpieczeństwie, wyrwało mi zatem powyższe słowa.
Tłumaczenie było świetne, możebne, a nawet bardzo prawdopodobne. Dobrze przepowiedział Tabaret, że sprawca zbrodni w Jonchère nie należy do kategorji zwykłych łotrów. Pan Daburon podziwiał przytomność umysłu Alberta i nie wyczerpane źródło jego przewrotnej wyobraźni.
— Bez wątpienia, — zagadnął sędzia, — śmierć wdowej Lerouge mogła tylko panu obiecywać wielkie korzyści. Tem śmielej możemy to twierdzić, ile że jesteśmy pewni, iż kradzież nie była powodem zabójstwa. To, co wrzucono do Sekwany, władza już znalazła. Wiemy również, że popalono wszystkie papiery. Czy kompromitowały jaką inną osobę prócz pana? Jeśli wiesz, zechciej nas objaśnić.
— Cóż mogę na to odpowiedzieć? Nic.
— Czy często odwiedzałeś pan tę kobietę?
— Byłem u niej trzy czy cztery razy, zawsze z ojcem.
— Jeden z woźniców pałacowych utrzymuje, że jeździł tam z panem przynajmniej dziesięć razy.
— Człowiek ten myli się. Zresztą, mniejsza o liczbę wizyt.
— Znasz pan miejscowość? Czy dobrze ją sobie przypominasz?
— Doskonale, panie sędzio; nieboszczka miała dwa pokoje; w drugim sypiała.
— A więc pan nie byłeś jej obcym, rozumiem... Gdybyś pan był kiedy zapukał w nocy do drzwi jej mieszkania, czy byłaby zaraz otworzyła?
— Z pewnością, panie sędzio. Moja wizyta mogła jej być tylko przyjemną.
— Pan byłeś chorym w owym dniu?
— Przynajmniej bardzo cierpiącym. Moje ciało padało pod ciężarem strasznego doświadczenia. Ale z ten wszystkiem miałem dosyć odwagi.
— Dla czego zabroniłeś swojemu pokojowcowi, aby nie szedł po lekarza?
— Panie sędzio, albo doktor mógł mię wyleczyć z mojej choroby? Czyż cała jego umiejętność mogłaby mię zrobić legalnym synem hrabiego de Commarin?
— Słyszano, żeś pan mówił od rzeczy. W domu nie chciałeś się niczem zająć. Zniszczyłeś papiery, korespondencje...
— Zamierzałem opuścić pałac mojego ojca; to postanowienie powinno wszystko wytłumaczyć.
Na zapytania sędziego, Albert odpowiadał żywo, bez zmięszania, tonem stanowczym. Głos wcale nie drżał; nie było w nim najmniejszego wzruszenia.
Pan Daburon uważał za stosowne przerwać śledztwo. Wobec tak silnego przeciwnika, wypadało obrać inną drogę. Poruszanie szczegółów było wielką niedorzecznością, bo to ani trwożyło, ani mięszało obżałowanego.
— Panie! — zawołał nagle sędzia, — zechciej mi dokładnie opowiedzieć, a proszę cię o to usilnie, jak spędziłeś wieczór minionego wtorku od godziny szóstej do północy.
Po raz pierwszy Albert wydawał się zmięszanym. Jego spojrzenie, które aż do tej chwili spoczywało na twarzy sędziego, padło na kolana...
— We wtorek wieczór... — wyjąknął, powtarzając kilka razy te słowa, jak gdyby chciał zyskać na czasie.
— Mam go! — pomyślał pan Daburon, który dopiero teraz uczuł prawdziwe zadowolenie. A głośno dodał: — Tak, od godziny szóstej do północy?
— Przyznam się sędziemu, — odpowiedział Albert, — że trudno mi zaspokoić jego ciekawość... pamięć mię zawodzi...
— Ach! nie mów pan tego, — przerwał sędzia. — Gdybym pana zapytał, coś robił przed trzema miesiącami o tej lub owej godzinie, pojmowałbym pańskie wahanie. Ale ja się pytam o wtorek, a dziś mamy dopiero piątek. Zresztą, ten dzień był ostatnim karnawału, był to tłusty wtorek. Ta okoliczność powinna przyjść w pomoc pańskiej pamięci.
— Tego wieczoru nie byłem w domu, — szepnął Albert.
— Dobrze, — ciągnął sędzia, — ale zechciej się pan jaśniej tłumaczyć. Gdzieś pan jadł obiad?
— W domu, jak zwyczajnie.
— Przepraszam, nie jak zwyczajnie. Przy końcu objadu wychyliłeś butelkę starego Bordeaux. Zapewne potrzebowałeś pan rozdrażnienia dla dalszych zamiarów...
— Nie miałem żadnych zamiarów, — odparł obżałowany z widoczną niestanowczością.
— Pan się mylisz. Dwaj młodzi ludzie przyszli pana odwiedzić i zabrać z sobą; powiedziałeś im, że masz ważną schadzkę.
— Chciałem tylko pozbyć się grzecznie ich natrętnej obecności...
— Czemu?
— Czy pan tego nie rozumiesz? Byłem zdecydowany, ale nie pocieszony. Przyzwyczajałem się sam do przyjęcia okropnego ciosu. Alboż w wielkich przejściach życia nie szukamy samotności?
— Sąd przypuszcza, że chciałeś zostać sam, aby potem udać się do Jonchère. Tego samego dnia powiedziałeś pan do siebie: „Ona się nie oprze.“ O kim pan mówiłeś?
— O osobie, do której pisałem wieczorem dnia poprzedniego, a która mi odpowiedziała dopiero we wtorek. Musiałem to powiedzieć wówczas, kiedy mi wręczono list od niej...
— A więc ten list był od kobiety?
— Tak.
— Cóż pan z nim zrobiłeś?
— Zaraz go spaliłem.
— Ta ostrożność daje do myślenia, żeś go pan uważał za kompromitujący.
— Bynajmniej, panie sędzio; była w nim mowa tylko o stosunkach sercowych.
Ten list musiał być zapewne od panny d’Arlange. Pan Daburon był tego pewny. Lecz czy powinien był pytać dalej i narazić się na wygłoszenie nazwiska Klary, tak strasznego dla niego?
Ośmielił się, ale zarazem tak się pochylił nad biurkiem, że obżałowany nie mógł widzieć jego twarzy.
— Od kogo pochodził ten list? — zapytał.—
Od pewnej osoby, której nazwiska nie wymienię.
— Panie! — rzekł surowo sędzia, podnosząc głowę, — nie ukrywam, że pańskie położenie jest fatalne. Nie obciążaj go pan bardziej karygodnemi wykrętami. Tu, przed sądem, powinieneś pan wszystko powiedzieć!
— O moich sprawach będę chętnie mówił, ale o cudzych nigdy!
Albert wypowiedział te słowa sucho i dobitnie. Był odurzony nadzwyczajną szybkością tego drażliwego śledztwa, które nie pozwalało mu nawet odetchnąć. Zapytania sędziego padały szybciej na jego głowę, niż uderzenia młota na rozpalone żelazo.
Ten pierwszy objaw oporu, zaniepokoił pana Daburon. Przytem dziwił się, dla czego przepowiednie Tabareta nie sprawdzają się i w drugiej części. Jasnowidz utrzymywał, że obżałowany przedłoży najzupełniejsze alibi, a tymczasem tego alibi jeszcze nie było. Dla czego? Co myśli ten zręczny winowajca? Jaką broń ukrywa pod płaszczem? Zapewne ma w pogotowiu jakąś broń nieprzewidzianą i może niezwalczoną.
— Powoli, — myślał sędzia, — jeszczem go nie wyłapał.
I żywo zaczął:
— Idźmy dalej. Coś pan robił po objedzie?
— Wyszedłem.
— Nie zaraz. Wypiwszy wino, wypaliłeś cygaro w sali jadalnej, co wszystkich uderzyło. Jakie cygara palisz pan najczęściej?
— Trabukosy.
— I zapewne używasz cygarniczki, aby uniknąć nieprzyjemnego smaku?
— Tak, panie, odpowiedział Albert, — nadzwyczaj zdziwiony tym szeregiem zapytań.
— O której godzinie wyszedłeś pan z domu?
— Około ósmej.
— Miałeś pan parasol?
— Miałem.
— Gdzieś pan poszedł?
— Na przechadzkę.
— Sam, bez celu, cały wieczór?
— Tak, panie sędzio.
— A więc powiedz mi pan dokładnie, którędy chodziłeś?
— Przepraszam, panie sędzio, ale to bardzo trudno. Wyszedłem, aby wyjść, aby w ruchu zapomnieć o boleści, która mię od trzech dni przygniatała. Nie wiem, czy pan rozumiesz moje ówczesne położenie: nie miałem głowy na karku. Szedłem na chybi-trafi, wzdłuż bulwarów, błądziłem po ulicach.
— Wszystko to wydaje mi się nieprawdopodobnem, — przerwał sędzia.
Pan Daburon powinien był jednakowoż wiedzieć, że to było dość możebne. Czy on sam nie spędził raz całej nocy na błądzeniu po ulicach Paryża? Co byłby odpowiedział temu, kto nazajutrz zrana ośmieliłby się go był zapytać o przyczynę tej tajemniczej przechadzki? Nie wiem... Ale on o tem zapomniał. Rozpocząwszy śledztwo, stał się sędzią. Zacięta walka z obżałowanym drażniąc nerwy, obudziła w nim namiętność strasznego rzemiosła...
Był podobny do mistrza szermierki, który ćwicząc się z najlepszym przyjacielem, upaja się powoli pobrzękiem morderczej broni, a potem rozogniony, rzuca się i zabija przeciwnika.
— A zatem, — ciągnął pan Daburon, — nie zdybałeś pan nikogo, ktoby dziś mógł tu zeznać, że widział cię ówczesnej nocy? Z nikiem nie mówiłeś? Nie wstąpiłeś pan nigdzie, ani do kawiarni, ani do teatru, ani nawet do sklepu z tytoniem, aby się zaopatrzyć w ulubione trabukosy?
— Nigdzie nie wstąpiłem.
— To bardzo źle, panie, bardzo źle, bo muszę panu oznajmić, że właśnie tego wieczoru, we wtorek, między godziną ósmą a północą, wdowa Lerouge została zamordowaną. Sąd stwierdził czas i wszystkie inne okoliczności. Jeszcze raz wzywam pana, abyś dla własnego dobra wszystko rozważył i zaapelował do swojej pamięci.
Przytoczenie dnia i godziny zbrodni, zdawało się mieszać Alberta. Rozpaczliwie podniósł rękę do czoła. Mimo to odpowiedział spokojnie:
— Chociaż jestem bardzo nieszczęśliwy, panie sędzio, wszelako nie mam nic więcej do powiedzenia.
Zdziwienie pana Daburon było głębokie. Jak to! gdzie owe oczekiwane alibi? Nic! Przecież to nie mogło nazywać się łapką ani systemem obrony. Gdzież się więc podział ten człowiek silny, przezorny? Widocznie schwytano go z nienacka. Nie przypuszczał, ażeby sąd mógł dotrzeć aż do niego.
Sędzia podniósł powoli wszystkie przedmioty przekonywujące, znalezione u Alberta i złożył je na wierzchu aktów.
— Przystąpimy teraz, — rzekł, — do stwierdzenia poszlak, świadczących przeciw panu. Czy rzeczy, które pan widzisz, były jego własnością?
— Tak, panie sędzio; wszystko to do mnie należało.
— Doskonale. Przypatrzmy się najpierw tej szpadzie. Kto ją złamał?
— Ja, panie, ćwicząc się z panem Cortivois, który może to poświadczyć.
— Przesłuchamy go. A co się stało z odłamanym końcem?
— Nie wiem. Co do tego, trzebaby się zapytać mojego pokojowca, Lubina.
— Jużem to uczynił. Lubin zeznał, że tego końca nie mógł nigdzie odszukać. Zwracam pańską uwagę, że ofiara padła pod uderzeniem zaostrzonego końca szpady. Udowadnia to kawałek materji, w który morderca obtarł broń swoją.
— Proszę pana sędziego, aby w tym względzie kazał zarządzić najskrzętniejsze poszukiwania. Nie podobna, aby nie znaleziono drugiej połowy szpady.
— Wydam stosowne rozkazy. A teraz spojrzyj pan na ten papier. Na nim znajduje się dokładny rysunek nogi zabójcy. Stawiam teraz je ten z pańskich bucików, i oto podeszew jest tej samej wielkości. Ten kawałek gipsu zgadza się najzupełniej z obcasami u pańskiego obuwia. W błocie koło domu, znaleźliśmy odcisk obcasów...
Albert śledził z uderzającą ciekawością wszystkie ruchy sędziego. Nie trudno było poznać, że walczył z wzrastającą obawą. Czy opanowała go ta trwoga, która odbiera kryminalistom resztki przytomności na widok przedmiotów zbrodni?
Na wszystkie uwagi sędziego odpowiadał głosem stłumionym:
— Prawda, święta prawda.
— W rzeczy samej, — ciągnął pan Daburou; — ale zechciej pan wysłuchać do końca. Winowajca miał parasol. Koniec parasola, wraz z ozdobą przy materji, odbiły się w glinie. Oto wierny rysunek. A teraz przypatrz się pan swojemu parasolowi. Czy dokładne podobieństwo?
— Takich parasolów, — zauważył Albert, jest tysiące.
— Być może pomińmy więc ten dowód. Widzisz pan ten koniuszek cygara, znaleziony w mieszkaniu zabitej? Powiedz mi teraz, jak się mogło nazywać cygaro i jak było palone?
— To trabukos, a palono go w cygarniczce.
— Podobnej do tych, — nacierał sędzia, pokazując rozmaite cygarniczki z bursztynu i morskiej piany, znalezione na kominku w bibliotece.
— Prawda! — szepnął Albert, — to istny fatalizm, straszne podobieństwo!
— Cierpliwości to jeszcze nie wszystko. Zabójca wdowej Lerouge miał rękawiczki. Ofiara dostawszy cios śmiertelny, uchwyciła się konwulsyjnie rąk swojego oprawcy, skutkiem czego za jej paznogciami pozostały kawałeczki zdartej skórki. Wydobyto te szczątki i oto są. Nie prawdaż, że są jasno-perłowego koloru? A teraz przypatrzmy się rękawiczkom, które pan miałeś we wtorek wieczór. Nie prawdaż, że są także perłowe, a przytem podrapane? Porównaj pan te kawałeczki ze swojemi rękawiczkami. Nie jest że ten sam kolor, ta sama skórka?
Albert nie mógł zaprzeczać, ani się wykręcać. Tożsamość biła w oczy. Fakt stał jasny jak słońce. Pan Daburon, jakkolwiek zdawał się być zajęty przedmiotami, rozłożonemi na stole, nie tracił jednakże z oka twarzy obżałowanego. Albert skamieniał. Zimny pot wystąpił mu na czoło i w kroplach spływał po jagodach.
Jego ręce drżały jak liście. Zdławionym głosem powtarzał:
— To okropne! okropne!
— Nakoniec, — ciągnął nieubłagany sędzia, — oto pantalony, które miałeś na sobie ówczesnego wieczoru. Widocznie były zmoczonej a obok błota, są na nich także ślady gliny. Patrz pan, tu. Prócz tego są rozdarte na kolanie. Być może, żeś pan chodził na przechadzkę, nie wiedząc sam, kędy idziesz, ale niepodobieństwem przypuścić, abyś nie wiedział, gdzie rozdarłeś pantalony i kto ci podrapał rękawiczki.
Gdzież odwaga, mogąca wytrzymać podobny atak!...
Stałość i energia Alberta wyczerpały się do dna. Dostał zawrotu głowy. Całym ciężarem runął na najbliżej stojące krzesło wołając:
— Oszaleję!
— Czy przyznajesz, — napierał sędzia, którego wzrok był w tej chwili nieznośnie uporczywym, — że tylko pan jeden mogłeś zabić wdowę Lerouge?
— Przyznaję, — zaprotestował Albert, — że stałem się ofiarą strasznego fatalizmu, który pozbawia mię rozumu. Jestem niewinnym.
— A więc zechciej mi pan powiedzieć, gdzie spędziłeś wieczór we wtorek?
— Ach! mój panie, — zawołał obżałowany, — potrzebaby... Ale natychmiast przychodząc do siebie, dodał cicho: „Odpowiedziałem, jakem mógł.“
Pan Daburon powstał, przystępując do ostatniego ataku.
— A więc kolej na mnie, — rzekł z niejakiem szyderstwem, — przyjść w pomoc pańskiej słabej pamięci. We wtorek, o godzinie ósmej wieczór, po wypiciu wina dla dodania sobie odwagi, wyszedłeś pan ze swojego domu. O ósmej, minut trzydzieści pięć, wsiadłeś do wagonu na dworcu św. Łazarza; o dziewiątej wysiadłeś na stacji w Reuil i t. d.
I przywłaszczając sobie myśli starego Tabareta, sędzia śledczy powtórzył słowo w słowo tyradę, którą nasz znajomy zaimprowizował ubiegłej nocy.
Mówiąc zaś, podziwiał przenikliwość starego ajenta. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek w życiu wymowa jego robiła takie wrażenie. Albert był teraz podobny do człowieka, który staczając się w głąb przepaści, widzi, że wszystkie podpory pękają pod ciężarem jego ciała, i który w śmiertelnej drodze czuje wszystkie uderzenia o skaliste ściany bezdennej otchłani.
— A teraz, — kończył sędzia, — usłuchaj pan mojej roztropnej rady. Nie upieraj się przy systemie przeczenia, bo to do niczego nie prowadzi. Poddaj się... Sąd, bądź pan pewny, wie wszystko, co powinien wiedzieć... Wierz mi; staraj się zasłużyć na łagodność trybunału, wstępując na drogę szczerych zeznań.
Pan Daburon nie przypuszczał, aby jego obżałowany chciał jeszcze przeczyć. Spodziewał się, że mu się rzuci do nóg, błagając łaski. Lecz omylił się...
Jakkolwiek złamanie Alberta było wielkie, przecież znalazł w sobie tyle siły, że mógł jeszcze raz powstać i zaprotestować:
— Masz pan słuszność, — rzekł głosem smutnym, ale stanowczym, — wszystko sprzysięgło się, aby udowodnić, że jestem winnym. Na pańskiem miejscu mówiłbym tak samo. A jednak przysięgam, że jestem niewinny.
— Doprawdy? Na serjo! — zawołał sędzia.
— Jestem niewinny, — przerwał Albert — i powtarzam to, lubo wiem, że nie zmienię pańskiego przekonania. Tak, wszystko sprzysięgło się na moją zgubę, wszystko, nawet moje zachowanie się wobec pana. Prawda, brakło mi odwagi, słysząc o fatalnym zbiegu okoliczności. Jestem zgubionym, ponieważ nie jestem w możności udowodnić moją niewinność. Ale bądź co bądź jeszcze nie rozpaczam. Mój honor i życie są w ręku Boga. W tej nawet chwili, kiedy pan masz mię za zgubionego, jestem pewny, że otrzymam hojne zadosyćuczynienie. Oczekuję go z ufnością.
— Coś pan chciał przez to powiedzieć? — przerwał sędzia.
— Nic więcej jak to com powiedział.
— A więc pan ciągle przeczysz?
— Jestem niewinny.
— Ależ to szaleństwo!
— Jestem niewinny.
— Dobrze, — wtrącił pan Daburon, — na dziś dosyć. Zaraz będzie panu odczytany protokół, poczem wrócisz do więzienia. Powtarzam panu jeszcze raz: rozważ. Być może, że spokój nocy lepiej pana usposobi: jeślibyś zechciał mówić ze mną, powiedz tylko dozorcy przy drzwiach, a o każdej chwili jestem na twoje rozkazy. Wydam stosowne polecenia. Konstanty! czytaj.
Po odejściu Alberta w towarzystwie żandarmów, pan Daburon rzeki półgłosem:
— A to uparty łotr!
Bez wątpienia, nie potrzebował już wątpić. W jego oczach Albert był zabójcą, lubo sam się nie przyznał. Chociażby się upierał przy systemie zaprzeczeń, sędzia był pewny, że obżałowany ze względu na doniosłość poszlak, nie może być uwolniony, ale musi stanąć przed sądem przysięgłych. I byłby się założył nawet o własną głowę, że na wszystkie zapytania sąd przysięgłych odpowie potwierdzająco.
A mimo to, oddany sam sobie, pan Daburon nie czuł tego wewnętrznego zadowolenia, które budziło się w nim zawsze, ilekroć dobrze prowadzone śledztwo postawiło „zbrodniarza“ na tym punkcie, na jakim widział Alberta. Coś się w nim oburzało. Na dnie sumienia niepojęty niepokój drażnił go i kąsał. Zwyciężył, a jednak ten tryumf, zostawił po sobie tylko smutek, przesycenie, niechęć...
— Coś mię ostrzegało, — mówił do siebie, — że nie powinienem był podjąć się tej sprawy. Zostałem ukarany za niewysłuchanie głosu wewnętrznego. Trzeba się było cofnąć. Wice-hrabia de Commarin byłby i bez mojego współudziału uwięziony, zamknięty, wyłapany, sądzony i prawdopodobnie skazany. A wtedy, obcy sprawie, mogłem wrócić do Klary. Jej boleść musi być straszną! Będąc jej przyjacielem, mogłem wespół z nią płakać, zmieszać jej łzy z mojemi i uspokoić jej cierpienia. Z czasem byłaby się pocieszyła, a może nawet i zapomniała... Chcąc nie chcąc, musiałaby dla mnie czuć wdzięczność — i kto wie... Gdy tymczasem teraz, cokolwiek nastąpi, będę dla niej zawsze człowiekiem, budzącym odrazę. Nie zniesie mojego widoku. Na wieki zostanę dla niej zabójcą jej kochanka. Własnemi rękoma wykopałem między nią a sobą jedną z tych przepaści, których wieki nie wypełnią. Tracę ją po raz drugi skutkiem błędu, wielkiego błędu!...
Nieszczęśliwy sędzia robił sobie co raz przykrzejsze wyrzuty. Prawie rozpaczał. Nigdy jeszcze nie nienawidził do tego stopnia Alberta, tego nikczemnika, który splamiwszy się morderstwem, niweczył jego szczęście. A potem jak strasznie przeklinał Tabareta! Sam nie byłby się tak prędko zdecydował. Byłby czekał, rozważał i bez najmniejszej wątpliwości byłby usłuchał uwag, które teraz sobie robił. Tabaret natomiast, uniesiony głupią namiętnością, opanował go i pociągnął w przepaść.
Jak gdyby umyślnie pan Tabaret zjawił się w gabinecie sędziego. Dowiedziawszy się o skończeniu śledztwa, wszedł z rozwartemi nozdrzami i ciekawie migocącemi oczyma, nadęty błogą nadzieją, że wszystkie jego przepowiednie musiały sprawdzić się ad jotam.
— Cóż odpowiedział? — zapytał, zanim jeszcze zamknął drzwi za sobą.
— Widocznie winny, — odparł sędzia tonem niegrzecznym, który mu nie był właściwym. Tabaret osłupiał. On, który spodziewał się pochwał, doczekał się natomiast cierpkiego przyjęcia. To niesłychane!
— Chciałem, —rzekł skromnie, — dowiedzieć się od pana sędziego, ażali nie potrzeba jakich nowych poszukiwań dla obalenia alibi, które obżałowany przedłożył.
— On nie ma żadnego alibi, — odparł sucho pan Daburon.
— Jakto — zawołał nas poczciwiec, — on nie ma a... Jakiż ja głupi! Pan sędzia musiał go dobrze przyprzeć, więc wszystko wyznał...
— Nie! — zauważył niecierpliwie sędzia, — nic nie zeznał. Zgadza się, że dowody są pewne; nie może wykazać, gdzie spędził wieczór tłustego wtorku, ale z tem wszystkiem twierdzi, że jest niewinnym!
Na środku pokoju, nasz poczciwiec z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonemi oczyma, stał w tak pociesznej postawie, że pomimo gniewu, pan Daburon nie mógł wstrzymać się od śmiechu, a nawet Konstanty komicznie twarz wykrzywił, co u niego było oznaką wesołości.
— Nie ma alibi! — powtórzył Tabaret, — nic... to taki ptaszek? Tego nie można pojąć. Nie ma alibi! W takim razie musielibyśmy się omylić. Albert jest niewinny. To może nie on... Nie, to nie on!...
Sędzia śledczy sądził, że stary ajent dowiedział się o rezultacie przesłuchania Alberta u handlarza win, na rogu ulicy, albo że mózg wywrócił mu się w głowie do góry nogami.
— Niestety, — rzekł, — o omyłce nie może tu być mowy. Prawie już udowodnione, że Albert de Commarin jest mordercą. Zresztą, jeśli pan chcesz, możesz zażądać protokołu i podczas gdy ja będę układał papiery, odczytasz go od początku do końca.
— Doskonale! — odpowiedział Tabaret, i z gorączkową skwapliwością zbliżył się do stolika Konstantego.
Usiadłszy przy nim, wsparł się na obu łokciach i w jednem mgnieniu oka, pożarł cały protokół. Skończywszy, powstał blady z wykrzywioną twarzą.
— Panie. — przemówił do sędziego głosem stłumionym, — mimo woli stałem się sprawcą okropnego nieszczęścia. Ten człowiek jest niewinny.
— Doprawdy? doprawdy? — bąknął pan Daburon, układając dalej papiery; — jak widzę, kochany pan Tabaret stracił głowę.
— Nie inaczej, po tem co odczytałem, mogę panu powiedzieć: Wstrzymaj śledztwo, bo inaczej do licznych błędów, popełnionych przez sądy, dorzucimy błąd straszny, wołający o pomstę do nieba! Przypatrz się pan z zimną krwią całemu przebiegowi śledztwa. Nie ma odpowiedzi, któraby nie uniewinniała tego nieszczęśliwego, nie ma słowa, któreby nie świadczyło o prawdzie. I on jest zamknięty, on?!
— I zostanie, — przerwał sędzia. — I pan mówisz w ten sposób, pan, który zeszłej nocy, podczas gdy ja się wahałem, dodawałeś mi odwagi i zachęcałeś do stanowczości?
— Słuszne wymówki, ale niech mi wolno będzie zrobić jedną uwagę. Morderca, który tak zręcznie dokonał zamachu, że nawet sam Gevrol nie mógł się połapać, musiał sobie przygotować świetne alibi. Albert nie ma żadnego, a więc jest niewinnym.
Pan Daburon przypatrywał się z ciekawością staremu ajentowi. Skoro skończył rzekł:
— Poczciwy panie Tabaret, pan popełniasz tylko jeden błąd. Grzeszysz zbytkiem subtelności. Zanadto łatwowiernie przypisujesz drugiemu tę przebiegliwość, którą się sam wyszczególniasz. Nasz człowiek nie rozważył, bo nie przypuszczał, aby podejrzenie mogło paść aż na niego...
— Nie, panie sędzio, tysiąc razy nie! Mój winowajca, ten, którego jeszcze nie mamy, bałby się wszystkiego. A zresztą, czy Albert chce się bronić? Nie. Jest złamany, bo widzi straszny zbieg okoliczności, które zdają się go potępiać bez apelacji. Czy stara się uniewinnić? Nie. Odpowiada lakonicznie: „Jestem niewinny!“ Panie sędzio, mnie przejmuje obawa.
— A ja natomiast jestem całkiem spokojny. Mam dosyć dowodów.
— Niestety! panie sędzio, to jeszcze nie dowody! Takich dowodów znajdujesz nie mało przeciw każdemu, kogo uwięzisz. Przytaczano ich dosyć na niekorzyść wszystkich niewinnych, których dotychczas skazano. Piękne dowody!... Nie równie lepsze miałem w procesie Kaisera, tego biednego krawca, a przecież...
— Jeżeli nie on, który miał w tem swój interes, — przerwał sędzia z wzrastającą niecierpliwością, — odebrał życie wdowej Lerouge, to któż to uczynił?
— Może ojciec — hrabia de Commarin!
— Nie, mój ptaszek jest młody.
Pan Daburon ułożył już papiery i gotował się do wyjścia. Wziąwszy kapelusz, zwrócił się jeszcze raz do Tabareta.
— Do widzenia, panie Tabaret, — rzekł uprzejmie. — Jutro pomówimy obszerniej o tem wszystkiem, dziś umieram ze znużenia. Konstanty, — dodał, — powiedz dozorcy, aby mię natychmiast uwiadomił, jeśliby obżałowany chciał ze mną mówić.
Chciał wyjść, ale Tabaret zamknął mu drogę.
— Panie sędzio, — zawołał, — przez miłosierdzie Boże! wysłuchaj mię. On jest niewinny, przysięgam panu! Pomóż mi odszukać winowajcę. Pomyśl pan o wyrzutach sumienia, jeślibyśmy temu nieszczęśliwemu ucięli głowę...
Ale sędzia nie chciał słuchać; odsunąwszy Tabareta, wyszedł na korytarz.
Wtedy poczciwiec zwrócił się do Konstantego. Chciał go przekonać, udowodnić... Daremne zabiegi! Długi pisarz zbierał swoja rupiecie, myśląc o zupie, która wystygła.
Wyszedłszy za drzwi, nasz poczciwiec ujrzał się sam jeden w ciemnym i bezludnym korytarzu. Cały pałac był milczący; ajent sądził, że go wrzucono do olbrzymiego grobu. W największej rozpaczy zaczął całemi garściami wyrywać sobie z głowy siwe włosy.
— Nieszczęsny! — wołał, — Albert jest niewinny! A kto, jeśli nie ja, wtrącił go w tę przepaść? To ja, stary warjat, wlałem w umysł sędziego przekonanie, którego teraz nie mogę wykorzenić. On jest niewinny... O! jakże musi cierpieć! A gdyby sobie odebrał życie? Ileż to razy ludzie, których fałszywie oskarżono, zabijali się z rozpaczy w więzieniu? Biedna ludzkości! Ale ja go nie opuszczę. Zgubiłem go — muszę go ocalić! Potrzebuję winowajcę, znajdę go... Sowicie wynagrodzi mój błąd, rozbójnik!
Noel Gerdy, odprowadziwszy hrabiego de Commarin do powozu, który stał na bulwarze przed pałacem Sprawiedliwości, chciał natychmiast odejść. Trzymając się jedną ręką drzwiczek, skłonił się głęboko i zapytał:
— Kiedyż będzie mi wolno, mości hrabio, złożyć ci moje uszanowanie?
— Wsiądź, — rzekł starzec.
Adwokat zaczął się wymawiać. Przytaczał ważne powody. Okoliczności, mówił, nakazują mu wrócić natychmiast do domu...
— Wsiądź! — powtórzył hrabia tonem, nie znoszącym repliki.
Noel usłuchał.
— Odzyskujesz swojego ojca, — zauważył półgłosem hrabia de Commarin, — ale muszę cię ostrzedz, że równocześnie tracisz swoją wolność.
Powóz ruszył z miejsca, i dopiero teraz dostrzegł dumny hrabia, że Noel siedział skromnie na przodzie. Ta uniżoność bardzo mu się nie podobała.
— Tu, przy mnie! — zawołał, — czyś pan oszalał! Alboż nie jesteś moim synem?
Adwokat zajął miejsce obok surowego starca, robiąc się malutkim jak nigdy.
W głębokiem milczeniu minęli przestrzeń między pałacem Sprawiedliwości a domem hrabiego.
Skoro powóz zatrzymał się przed peronem, a hrabia wsparty na ramieniu Noela wchodził powoli na schody, między sługami zapanował ruch nie zwykły. Wprawdzie nie było ich wiele, może piętnastu, bo resztę wezwano do sądu, ale zaledwie hrabia i Noel znikli im z oczu, wszyscy, jakby na dane hasło, zeszli się w olbrzymim przedpokoju. Był tam ogrodnik z pomocnikami, lokaje, kucharz, kuchciki, a nawet i woźnica z dwoma parobkami. Jeden z nich poznał w Noelu gościa z minionej niedzieli, a drobnostka ta wystarczyła, aby we wszystkich obudzić najżywszą ciekawość.
Zresztą, od rana, od uwięzienia wice-hrabiego de Commarin, cały lewy brzeg Sekwany był zaalarmowany. Tysiące pogłosek krążyło, które z każdą sekundą ulegały poprawkom i dodatkom, pochodzącym bądź z niechęci ku tej rodzinie, bądź z głupoty. Nie jeden dumny magnat wysłał swojego pokojowca na zwiady do służby hrabiego, nie wstydząc się zbierać wiadomości na tej dość niehonorowej drodze. Słowem, nie wiedziano nic pewnego, a jednak wiedziano wszystko.
Kto może, niech wytłumaczy następujące zjawisko: Zbrodnia spełniona; sąd wpada na trop i natychmiast otacza się tajemniczością; policja jeszcze nic nie wie, a mimo to na ulicach powtarzają sobie najdokładniejsze szczegóły.
— Jakto, — rzekł jeden z kuchtów, — ten słuszny brunet miałby być prawdziwym synem hrabiego?
— Nie inaczej, — odparł jeden z lokajów, który hrabiemu towarzyszył do sądu; — Albert jest takim jego synem, jak ty, Janie.
— Piękna mi historja! — zawołał Jan.
— Nie raz to się zdarza, w wielkich domach, — zauważył kucharz.
— Ależ do djabła, jak to się stało?
— Zdaje się, że gdy pewnego razu nieboszczka pani hrabina wyszła na przechadzkę ze swoim sześciomiesięcznym synem, dziecko zostało skradzione przez cygankę.
— Bardzo to być może, ale co tu ma morderstwo do czynienia? Jaki powód?
— Mniejsza o powód, dosyć, że się stało! — zawołał Lubin, który w tej chwili wracał z Józefem z pałacu Sprawiedliwości. — O! ten Albert to wielki łotr! Prawdę powiedział sędzia: „Panie Lubin, bardzo mi przykro, że musiałeś służyć u takiego draba.“ Bo trzeba wam wiedzieć, — ciągnął wierny pokojowiec, — że prócz ośmdziesięcioletniej staruszki, zabił on także dziewczynę, liczącą zaledwie dwanaście lat. Biedne dziecko, mówił mi sędzia, znaleziono pocięte na drobne kawałeczki!...
— Ale z tem wszystkiem, — zauważył Józef, — okazuje się, że Albert bardzo głupi. Alboż to człowiek bogaty powinien robić takie rzeczy, kiedy mamy tylu biedaków, którzy radzi by co zarobić?
— Dosyć! — krzyknął Lubin głosem znaczącym, — zobaczycie, że wyjdzie czysty jak śnieg. Ludzie bogaci mają środki...
— Mniejsza o to, — wtrącił kucharz, — ale dałbym chętnie całą moją płacę miesięczną, gdybym teraz mógł się stać myszą aby podsłuchać, co tam hrabia mówi z tym brunetem. A gdyby który z młodszych chciał się zbliżyć do drzwi!...
Wniosek kucharza nie został przyjęty. Służba wiedziała z doświadczenia, że w ważnych wypadkach szpiegostwo było całkiem bezużyteczne.
— Hrabia de Commarin znał swoich ludzi doskonale. Jego gabinet był przeto wolny od wszelkiej niedyskrecji.
Najdelikatniejsze ucho, przyłożone do dziurki od klucza, nie mogło nic uchwycić. Jeden tylko marszałek dworu widział nie mało rzeczy, ale że hojnie płacono mu za milczenie, więc milczał.
W tej chwili, hrabia de Commarin siedział w tym samym fotelu, o który dnia poprzedniego uderzał pięściami, słuchając protestacji Alberta. Jak tylko ujrzał się w swoim powozie, stary szlachcic odzyskał dawną butę.
Jak Albert dnia poprzedniego, tak teraz Noel, odzyskawszy władzę nad sobą, stał obok hrabiego, zimny jak marmur, pełen szacunku, ale nie uniżony.
Syn i ojciec zamieniali spojrzenia, w których nie było nic sympatycznego, a tem mniej przyjaznego. Śledzili się nawzajem, jak dwaj nieprzyjaciele, którzy przed rozpoczęciem walki wlepiają w siebie wzrok badawczy...
— Panie, — rzekł nakoniec hrabia tonem surowym, — odtąd ten dom należy do ciebie. Od tej chwili jesteś wice-hrabią de Commarin, bo odzyskujesz w pełni wszystkie prawa, których byłeś pozbawiony. Ale, powstrzymaj się jeszcze z podzięką. Gdyby nie zbieg okoliczności, Albert byłby pozostał tam, gdzie go umieściłem.
— Rozumiem cię, hrabio, — odpowiedział Noel. — Zdaje mi się, że nigdy w życiu nie byłbym się zdecydował do przedsięwzięcia czynu, któryby mojemu synowi mógł odebrać to, co mu się prawnie należało. Ale oświadczam zarazem, że gdybym go kiedykolwiek był dokonał, później byłbym tak samo działał jak ty, hrabio. Twoje stanowisko, hrabio, jest zanadto wysokie, aby na niem można myśleć o dobrowolnym odwrocie. Stokroć lepiej znosić ukrytą niesprawiedliwość, niż narażać swoje nazwisko na złośliwe komentarze...
Ta odpowiedź przyjemnie zdziwiła hrabiego. Adwokat tłumaczył jego własne myśli. Lecz mimo to nie zdradził swojej radości, owszem, jeszcze suchszym tonem zaczął mówić:
— Do pańskiego przywiązania nie mam żadnego prawa ale za to będę żądał szacunku. Zwyczajem jest w naszej rodzinie, że syn nigdy nie przerywa ojcu, gdy ten mówi. O tem powinieneś zawsze pamiętać. Nie wolno także dzieciom sądzić rodziców, jak to przed chwilą uczyniłeś. Mój ojciec, na kilka lat przed śmiercią zupełnie zdziecinniał. Ja miałem wtedy lat czterdzieści, a jednak nie robiłem mu żadnych uwag. Wydawałem na utrzymanie domu Alberta bardzo wiele; miał osobne apartamenta, ludzi, konie, powozy a prócz tego, dawałem temu nieszczęśliwemu cztery tysiące franków miesięcznie. Teraz pragnę, abyś dom swój utrzymywał na okazalszej stopie. Zwiększam również twoją pensję o dwa tysiące franków miesięcznie. Ale równocześnie polecam ci największą ostrożność. Strzeż się, zastanawiaj się nad każdem słowem i krokiem. Czy umiesz bić się na szpady?
— Mógłbym być drugorzędnym szermierzem.
— Doskonale! Jeździsz konno?
— Nie. Ale do sześciu miesięcy albo będę jeździł jak rzadko kto, albo kark skręcę.
— Trzeba zostać jeźdźcem bez skręcenia karku. Idźmy dalej. Rzecz naturalna, że nie zamieszkasz w apartamentach Alberta. Każę je zamurować, skoro tylko będę uwolniony od wizyt ajentów policyjnych. Dzięki Bogu, pałac jest przestronny. Ludzie, konie, powozy, meble, wszystko co należało do Alberta, będzie zmienione do dwudziestu czterech godzin. Trzeba, ażeby w dniu, w którym świat cię ujrzy, powszechnie sądzono, że nowe stanowisko zajmujesz od wieków. Inny ojciec wysłałby cię na jakiś czas na dwór austryjacki albo rosyjski. Ja tego nie uczynię. Wolę głośną wrzawę spadającą nagle, aniżeli głuche szepty, przeciągające się w nieskończoność. Uprzedźmy opinię, a zobaczysz, że w ośmiu dniach będą już wyczerpane wszystkie komentarze, a powtarzanie tej historji będzie uważane za prowincjonalne. A więc do dzieła! Jeszcze dziś wieczór każę zwołać robotników. Żeby zaś rozpocząć, przedstawię ci natychmiast moich ludzi.
Chcąc uczynić, co powiedział, hrabia wyciągnął rękę ku stronie, gdzie wisiała taśma od dzwonka, ale Noel wstrzymał go za ramię.
Od początku tej pogadanki, adwokat błądził po krainach Tysiąca i Jednej nocy, z czarodziejską lampą w ręku. Cudowna rzeczywistość zaćmiewała wszystko, o czem kiedykolwiek w życiu mógł marzyć. Dotknięty laską magiczną uczuł, że w głębi jego istoty budziły się tysiączne nowe i nieznane wrażenia. Widział się w purpurze, wśród powodzi złota, na łonie szczęścia, do którego wzdychał.
Ale umiał udawać powierzchowną obojętność. Jego twarz umiała ukryć tajemnicę najgwałtowniejszych uczuć wewnętrznych. Podczas gdy wewnątrz wrzały namiętności, na pozór słuchał hrabiego spokojnie, zimno i prawie obojętnie.
— Przebacz mi, hrabio, — rzekł głosem poważnym, — jeśli nie przekraczając granic głębokiego szacunku, ośmielę się zrobić kilka uwag. Jestem wzruszony, więcej niż to mogę wyrazić, pańską grzecznością, a mimo to błagam cię, byś zechciał na później odłożyć tę manifestację. Kto wie, czy moje poglądy nie są roztropne.
Zdaje mi się, że położenie nakazuje mi największą skromność. Dobrze robi ten, kto gardzi opinią, lecz według mego przekonania, nie powinno się rzucać całemu światu rękawicy. Więcej jak pewna, że społeczeństwo będzie mię sądziło nadzwyczaj surowo. Jeśli niezwłocznie zamieszkam u ciebie, hrabio, co powiedzą? Oto, że postąpiłem jak brutalny zwycięzca, który potrąca nogą zwłoki pokonanego nieprzyjaciela. Świat będzie mię porównywał z Albertem, a porównanie wypadnie na moją niekorzyść, ponieważ głos powszechny powie, że tryumfuję w chwili, kiedy wielkie nieszczęście na nasz dom spadło.
Hrabia słuchał w milczeniu; może go uderzyła słuszność tych uwag.
Noel zrozumiał, że surowość starego szlachcica była więcej pozorna niż rzeczywista. To spostrzeżenie dodawało mu odwagi.
— Zaklinam więc pana, panie hrabio, — ciągnął adwokat, — nie żądaj, abym na razie miał cokolwiek zmienić w sposobie mojego życia. Nie pokazując się, uniemożliwię złośliwe komentarze. Zresztą i ja sam muszę oswoić się z moją nagłą zmianą. Nie chcę, aby mówiono, żem podobny do parweniusza. Nie chcę, aby moje nazwisko żenowało mię jak nowy ubiór, nie skrojony według stanu...
— Kto wie, może to i lepiej, — mruknął hrabia de Commarin.
Odwaga Noela szybko wzrastała.
— Powinienem dodać, hrabio, że i ja mam nie jedną sprawę do załatwienia. Zanim zajmę się tymi, których znajdę u góry, muszę wpierw pomyśleć o tych, których zostawiam u dołu... Mam przyjaciół i klientów. Dzisiejszy wypadek wydarzył się właśnie w chwili, kiedy zacząłem zbierać owoce mojej dziesięcioletniej pracy. Dotychczas zasiewałem, teraz miało być żniwo. Moje nazwisko wypływa — już mam pewne znaczenie... Przyznaję się także bez wstydu, że wyznaję zasady, które nie koniecznie zostawałyby w harmonji z pałacem de Commarin...
— Ach! — przerwał hrabia tonem szyderczym, — pan jesteś liberalnym? To modna choroba. Albert był także bardzo liberalnym.
— Moje zasady, hrabio, — odparł żywo Noel, — są własnością wszystkich ludzi inteligentnych, pragnących wznieść się nad poziom. Lecz czy wszystkie stronnictwa nie dążą do jednego celu, do władzy? Różnią się tylko w środkach. Nie będę się dłużej zatrzymywał nad tym przedmiotem. Bądź pewnym, hrabio, że potrafię nosić godnie moje nazwisko, i że będę umiał działać, jak przystało na człowieka mojego stanowiska.
— Bardzo pięknie — zawołał hrabia de Commarin, — spodziewam się, że nie będę potrzebował żałować za Albertem.
— Przynajmniej nie stałoby się to z mojej przyczyny... Ale skoro hrabia wymówił nazwisko tego nieszczęśliwego, ośmielę się prosić, abyśmy mu chwilkę poświęcili...
Hrabia wlepił w Noela spojrzenie najgłębszego niedowierzania.
— Cóż możemy pomódz Albertowi? — zapytał.
— Jakto mości hrabio, — zawołał adwokat z ogniem, — chciałbyś go może opuścić teraz, kiedy mu nie pozostał ani jeden przyjaciel na świecie? Ależ on jest twoim synem, hrabio; on jest moim bratem, on przez trzydzieści lat nosił imię wice-hrabiego de Commarin! Wszystkie członki rodziny powinny trzymać się solidarnie. Winny czy niewinny ma prawo na nas liczyć — a my powinniśmy go wspierać.
Przemowa Noela wzruszyła hrabiego. Noel był prawdziwym jego synem.
— Czego się zatem spodziewasz? — zapytał.
— Ocalić go, jeśli jest niewinnym, a chętnie wierzę, że tak jest... Jestem adwokatem, hrabio, a więc będę jego obrońcą. Mówiono, że mam zdolności; w obronie takiej sprawy wszystko rozwinę. Tak, choćby najcięższe zarzuty świadczyły przeciw niemu, wszystko zburzę! Znajdę drogę do serca sędziów, i ocalę brata. To będzie moja ostatnia obrona.
— A jeśliby się przyznał, — zauważył hrabia, — jeśli się już przyznał?
— W takim razie, hrabio, — odpowiedział Noel głosem smutnym, — oddam mu ostatnią usługę, jakiej może żądać od brata. Podam mu środki uniknięcia spełnienia wyroku...
— Pięknie mówisz, mój panie! — zawołał hrabia, — bardzo pięknie, mój synu!
I podał Noelowi rękę, który ją uścisnął, pochylając się z pełną szacunku godnością. Adwokat wolniej odetchnął. Przecież udało mu się znaleźć drogę do serca tego dumnego pana. Widocznie zaczynał mu się podobać.
— Wróćmy do pana, — podchwycił hrabia. — Zgadzam się z uwagami, które wyłuszczyłeś. Stanie się, jak sobie życzysz. Ale uważaj to ustępstwo za wyjątek. Nie zwykłem odstępować od raz przedsięwziętego zamiaru, chociażby był zły, a nawet szkodliwy moim interesom. Ale w każdym razie powinieneś jeszcze dziś u mnie zamieszkać i być u mnie na obiedzie.
Noel był na tyle odważnym, że jeszcze raz przerwał staremu szlachcicowi.
— Panie, — rzekł, — kiedy mi rozkazałeś wsiąść do powozu, usłuchałem, bo to było moim obowiązkiem. Teraz wzywa mię inny święty obowiązek. Pani Gerdy kona w tym momencie.. Czyż wolno mi odstąpić od śmiertelnego łoża tej, która mi była matką?
— Walerja! — szepnął hrabia.
Wsparłszy łokcie o poręcze staroświeckiego fotelu, zakrył twarz rękoma; myślał o przeszłości, która stanęła przed nim w widomych kształtach.
— Wyrządziła mi wielką krzywdę, — mówił, odpowiadając na własne uwagi wewnętrzne, — złamała moje życie, ale czy mam zostać niemiłosiernym? Umiera, bo na Albercie, na jej dziecku cięży straszny zarzut! A kto sprawcą tego nieszczęścia? Ja!... Bez wątpienia, w tej stanowczej godzinie, jedno moje słowo, byłoby dla niej największą pociechą. Pójdę z tobą, mój panie.
Noel wstrząsł się, usłyszawszy niespodziewaną propozycję.
— Ach! hrabio, — zawołał żywo, — nie narażaj się, to widok okropny! rozdzierający serce. Pańskie zabiegi byłyby daremne. Być może, że pani Gerdy jeszcze żyje, ale jej rozum oddawna obumarł. Jej mózg nie mógłby wytrzymać zbyt silnego uderzenia. Nieszczęśliwa nie mogłaby pana poznać...
— A więc idź sam, — westchnał hrabia idź sam mój synu.
Słowa, „mój synu“ wyrzeczone z dziwnie tkliwym naciskiem, zabrzmiały jak czarodziejska muzyka w uszach adwokata. Ukłonił się, chcąc odejść, ale szlachcic wstrzymał go, mówiąc:
— W każdym razie będę szczęśliwym, jeżeli przyjdziesz na obiad. Jadam z uderzeniem pół do siódmej.
Zadzwonił; wszedł marszałek dworu.
— Dyonizy, — rzekł, — żaden z moich rozkazów nie tyczy się tego pana. Powiedz to ludziom. Ten pan jest u siebie.
Adwokat wyszedł. Hrabia ujrzawszy się sam, doznał niepojętej rozkoszy.
Od rana wypadki następowały z taką szybkością, że myśli hrabiego nie mogły za niemi zdążyć. Dopiero teraz począł rozważać.
— Oto, — mówił do siebie, — mój syn legalny. Jestem pewny, że to mój syn. Widzę w nim mój żyjący portret, kiedy miałem trzydzieści lat. Ten Noel to dziarski chłopiec, bardzo dziarski. Twarz sympatyczna, a przytem rozumny. Umiał być pokornym, nie poniżając się, a stanowczym bez arogancji. Szczęście nie robi na nim żadnego wrażenia. To człowiek, mający głowę na karku. Będzie dumnie nosił nowe nazwisko. A jednak nie czuję dla niego najmniejszej sympatji... zdaje mi się nawet, że żałuję Alberta. Nie umiałem go ocenić... Biedne dziecko! Popełnić nikczemną zbrodnię! Stracił rozum... Nie mogę znieść wzroku Noela... Jest zanadto jasny. Twierdzą, że jest skończony. Przynajmniej okazuje się bardzo szlachetnym... Jest słodki i stanowczy, wspaniałomyślny, bohaterski. Bez żalu chce się dla mnie poświęcić. Przebacza pani Gerdy i kocha Alberta. To prawie nie podobne do wiary... Ale dziś wszyscy młodzi ludzie są tego rodzaju. Żyjemy w nieszczęśliwych czasach! Nasi synowie rodzą się z wszystkiemi błędami ludzkiemi. Nie mają ani błędów, ani namiętności, ani uniesień swych ojców. Ci niedorośli filozofowie nie są nawet zdolni popełnić ani jednego głupstwa! Boże! Albert był także skończonym, a przecież zabił wdowę Lerouge! Co ten uczyni?... W każdym razie, dodał półgłosem, powinienem był pójść z nim do Walerji.
A chociaż od wyjścia Noela upłynęło już dobrych dziesięć minut, hrabia pobiegł do okna w nadziei, że go jeszcze ujrzy na dziedzińcu i zawoła.
Lecz adwokat był już daleko. Wyszedłszy z pałacu, wsiadł do doróżki na rogu ulicy Bourgogne i kazał się odwieźć galopem na ulicę św. Łazarza.
Stanąwszy przed bramą swojego domu, rzucił woźnicy pięciofrankówkę i w mgnieniu oka minął cztery piątra.
— Przychodził kto do mnie? — zapytał służącę.
— Nikt, — odpowiedziała.
Zdawało się, że z piersi spadł mu ciężki niepokój.
— A lekarz?
— Był dziś rano, podczas pańskiej nieobecności, — odpowiedziała służąca, — i nie wyglądał bardzo zadowolony. Teraz znów przyszedł i właśnie jest u chorej...
— Bardzo dobrze! chcę z nim pomówić. Jeśli do mnie kto przyjdzie, wprowadź go do gabinetu, oto klucz, i zaraz mię zawołaj.
Wszedłszy do pokoju pani Gerdy, Noel spostrzegł na pierwszy rzut oka, że podczas jego nieobecności, nie nastąpiło żadne polepszenie.
Chora z zamkniętemi oczyma i konwulsyjnie wykrzywioną twarzą, leżała na wznak. Każdy byłby ją wziął za umarłą, gdyby nie gwałtowne wstrząśnienia, które od czasu do czasu podrzucały jej ciało.
Ponad głową umieszczono mały przyrząd, napełniony wodą z lodem, którą kroplami spadała na jej marmurowe czoło. Cały stolik i kominek były zasypane flaszeczkami i pudełkami. W nogach łóżka, kawałek płótna, poplamionego krwią, świadczył, że lekarz szukał ratunku w pijawkach.
W głębi pokoju siedziała siostra z zakonu św. Wincentego à Paulo. Była to kobieta jeszcze młoda, blada jak chusta wisząca na jej piersiach. Twarz nieruchoma i przygasły wzrok mówiły, że zakonnica zapomniała o ciele i myśli. Suknia z grubej, ciemnopopielatej materji, układała się w ciężkie, niekształtne fałdy. Za każdym ruchem olbrzymi różaniec dzwonił jak kajdany.
W fotelu, naprzeciw łóżka chorej, siedział doktor Hervé, przypatrując się uważnie przygotowaniom siostry. Zerwał się szybko, ujrzawszy wchodzącego Noela.
— Ach! przecież jesteś! — zawołał ściskając serdecznie rękę adwokata.
— Zatrzymano mię w pałacu, — odpowiedział Noel, jak gdyby czuł potrzebę usprawiedliwienia swojej nieobecności, — a możesz sobie wyobrazić, że stałem tam jak na rozżarzonych węglach.
Nachyliwszy się do ucha lekarza, drżącym z obawy głosem zapytał:
— I cóż?
Lekarz zwiesił głowę, jak gdyby mu brakło odwagi.
— Gorzej, — odpowiedział, — od rana napady następują po sobie z zatrważającą szybkością...
Urwał. Adwokat tak go uchwycił za ramię, że omal go nie zgruchotał. Pani Gerdy poruszyła się na łóżku i wydała słabe westchnienie.
— Usłyszała cię, — szepnął Noel.
— Pragnę tego całą duszą, — odrzekł lekarz, — byłby to dobry znak. Ale musisz się mylić. Zresztą, zobaczmy...
Zbliżywszy się do łóżka pani Gerdy, wziął ją za puls, wlepiając w bladą twarz chorej badawcze spojrzenie. Potem końcem małego palca podniósł lekko jej powieki. Ukazało się oko mdłe, zagasłe, bezduszne.
— Ależ chodź, osądź sam, weź ją za rękę, przemów do niej.
Noel, drżąc jak liść, uczynił, co przyjaciel rozkazał. Zbliżywszy się tak do chorej, że prawie ustami dotykał się jej ucha, szepnął cicho:
— Moja matko, to ja, Noel, twój Noel, przemów! zrób znak! słyszysz mię matko moja?
Nic... leżała nieruchoma jak bryła lodu; na twarzy nie ukazywał się żaden ślad inteligencji.
— Widzisz, — zauważył lekarz, — dobrze mówiłem.
— Biedna kobieta! — westchnął Noel, — czy cierpi?
— W tej chwili, nie.
Zakonnica podniosła się i usiadła także przy łóżku.
— Panie doktorze, — przemówiła, — już wszystko gotowe.
— A więc, moja siostro, wezwij służącę, ażeby nam pomogła. Obłożymy chorą synopizmami.
Służąca nadbiegła. Na rękach dwóch kobiet, pani Gerdy była podobną do umarłej, którą ubierają w śmiertelną koszulę. Biedna kobieta musiała długo i bardzo wiele cierpieć, bo ciało było strasznie wyschnięte. Nawet zakonnica była wzruszoną, ona, która od kilku lat patrzyła ciągle na ludzkie cierpienia.
Tymczasem Noel zbliżył się do okna i o szyby oparł rozognione czoło. O czem myślał w chwili, kiedy o dwa kroki umierała ta, która mu dała tyle dowodów macierzyńskiej czułości i szczerego przywiązania? Czy ją żałował? A kto wie, czy może nie myślał o świetnej egzystencji, która czekała go tam, po drugiej stronie Sekwany, na dzielnicy St. Germain? Odwrócił się nagle, usłyszawszy nad uchem głos swojego przyjaciela.
— Już skończone, — rzekł lekarz, — ciekawym, jaki skutek zrobią synopizma. Jeśli je uczuje, będzie dobry znak, w przeciwnym razie przystawimy bańki.
— A jeśli i te nie pomogą?
Lekarz odpowiedział wzruszeniem ramion, co świadczyło o zupełnej rezygnacji.
— Rozumiem twoje milczenie, Hervé, — ciągnął adwokat, — niestety powiedziałeś mi tej nocy, że zgubiona...
— Prawda, że umiejętność tak twierdzi, ale mimo to jeszcze nie rozpaczam. Przed rokiem brat przyrodni jednego z moich kolegów, wyszedł z takiej samej choroby. Nawet gorzej z nim było.
— Najbardziej to mię boli, — odrzekł Noel, — że bezustannie leży bez pamięci. Miałażby umrzeć nie odzyskawszy ani na chwilę przytomności? Czy mnie nie pozna, i nie przemówi do mnie ani jednego słowa?
— Kto wie! Ta choroba, mój bracie, jest niedocieczoną. Każdej sekundy mogą się zmienić jej objawy, w miarę, na jaką część mózgu uderza zapalenie. Dziś jest wycieńczona, bezduszna, a jutro może wpaść w konwulsje, w straszny szał.
— I przemówiłaby wtedy?
— Bez najmniejszej wątpliwości; ale to nie rozstrzygałoby jeszcze o życiu lub śmierci.
— I... odzyskałaby rozum?
— Kto wie, — odpowiedział lekarz, wpatrując się uporczywie w swojego przyjaciela. — Ale dla czego pytasz mię o to?
— Ach! mój drogi Hervé! potrzebuję jednego słowa, tylko jednego słowa z ust pani Gerdy.
— Dla swojej sprawy, nieprawda? Niestety w tym względzie nie mogę ci nic powiedzieć, nic przyrzec. W każdym jednak razie nie wydalaj się z domu. Chora może odzyskać przytomność, ale to będzie trwało tylko jedno mgnienie oka. Staraj się więc, skorzystać z dogodnej sposobności. Tymczasem, bądź zdrów. Mam jeszcze trzy wizyty do zrobienia.
Noel odprowadził swojego przyjaciela. U progu zapytał skwapliwie:
— Kiedy przyjdziesz?
— Dziś wieczór, o dziewiątej. Przez ten czas nic nie rób. Wszystko zależy od zakonnicy. Na szczęście znalazłem ci prawdziwą perłę. Znam ją oddawna.
— A więc to ty przyprowadziłeś tę mniszkę?
— Ja, bez twojego zezwolenia. Może się gniewasz?
— Bynajmniej. Tylko przyznam się...
— Jakto? czy może twoje polityczne zasady wzbraniają ci powierzyć chorą matkę opiece zakonnicy? Do kata!
— Ależ, mój kochany Hervé...
— Dobrze, domyślam się, co mi chcesz powiedzieć: Że te bogobojne siostrzyczki są niebezpieczne, że niejednokrotnie spełniają delikatne misje. Prawda, i ja sam, mając bogatego wuja, po którym spodziewałbym się spadku, nie wpuściłbym doń żadnej z tych niewiniątek. Ale ty, czego możesz się obawiać? Siostry miłosierdzia umieją najlepiej pielęgnować chorych, i daj Boże, ażebyś i ty miał jedną z nich przy swojem łożu śmiertelnem. A teraz bądź zdrów, bo muszę się spieszyć.
I lekarz zapomniawszy o swojej powadze, zbiegł szybko po schodach; Noel zaś wrócił do apartamentu pani Gerdy z zachmurzonem czołem.
Na progu sypialni mniszka oczekiwała powrotu adwokata.
— Panie, — rzekła, — panie!
— Czego sobie życzysz, moja siostro?
— Służąca mówiła, ażebym do pana udała się po pieniądze; ona już nie ma ani grosza; nawet ostatnie lekarstwa musiała wziąć na kredyt w aptece.
— Daruj mi siostro, — przerwał Noel tonem widocznie zmieszanym; — daruj siostro, że nie wyprzedziłem twojego żądania; od rana tracę głowę...
Rzekłszy to, wyjął z pugilaresu stufrankowy bilet, i położył na kominku.
— Dzięki panie, — szepnęła siostra, — będę zapisywała wszystkie wydatki. My zawsze tak robimy, — dodała, — to wygodniej dla rodziny. Zwykle jesteśmy bardzo zmartwieni widząc, że ci, których kochamy, mogą nas porzucić! To też i pan może nawet nie pomyślał o pomocy religijnej dla tej biednej damy. Na pańskiem miejscu, posłałabym bezzwłocznie po księdza.
— Teraz, moja siostro? Alboż nie widzisz, w jakim stanie ona się znajduje? Prawie umarła... Przecież widziałaś, siostro, że nawet nie usłyszała mojego głosu.
— Ale bądź co bądź, — podchwyciła mniszka, — powinieneś pan spełnić swój obowiązek. Prawda, że panu nie odpowiedziała, ale czy jesteś pan pewny, że nie odpowie księdzu? Jak widzę, pan nie znasz potęgi ostatnich Sakramentów. Widziano konających, którzy odzyskiwali całą przytomność, aby dopełnić aktu świętej Spowiedzi i przyjąć ciało naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Słyszałam nie raz, jak członkowie rodziny mówili, że nie chcą przestraszać chorej osoby i że sam widok kapłana, może przyspieszyć chwilę skonu. Smutny to błąd! Ksiądz nie przestrasza, owszem, uspokaja duszę, przygotowując ją na daleką wędrówkę. On przemawia w imię Boga miłosierdzia, który zstąpił na ziemię, ażeby zbawić, a nie zgubić. Mogłabym panu przytoczyć nie jeden wypadek, w którym umierający odzyskał zdrowie przez dotknięcie się świętego Oleju.
Dobra siostra mówiła głosem przygasłym, jak jej wzrok. Ale serce nie odbijało się w słowach, które wygłaszała. Był to rodzaj na pamięć wyuczonej lekcji.
Noel nie słuchał — jego duch był daleko.
— Pańska droga matka, — ciągnęła dalej, — ta poczciwa dama, którą pan tak kochasz, musi być wierną swojej religji. Czy chcesz pan narazić jej duszę? Ach! gdyby mogła przemówić wśród tych mąk okropnych!...
Adwokat przygotował odpowiedź, ale w tym momencie weszła służąca z zawiadomieniem, że jakiś pan, który nie chce wymienić swojego nazwiska, przyszedł w ważnym interesie.
— Idę, — odpowiedział żywo.
— Co pan postanowił? — napierała zakonnica.
— Zostawiam ci zupełną wolność, kochana siostro; rób co uważasz za stosowne.
Poczciwa siostra zaczęła dziękować, ale napróżno. — Noel był już za drzwiami i niemal w tej samej chwili usłyszała jego głos w przedpokoju. Mówił:
— Ach! pan Clergeot, byłem już pewny, że pana więcej nie zobaczę...
Gość, który czekał na adwokata, jest osobistością, znaną dobrze na ulicy św. Łazarza, na rogu ulicy Provance i wzdłuż bulwarów, od drogi des Martyrs aż do dawnej barjery Clichy.
Pan Clergeot nie jest lichwiarzem. Ale że ma dużo pieniędzy i należy do ludzi grzecznych, więc pożycza swoim przyjaciołom, a w nagrodę za usługę, raczy przyjmować procenta, które czasem dochodzą do pięciuset od sta.
Rzadki człowiek! Jego zacność jest powszechnie znaną i cenioną. Jeszcze żadnego dłużnika nie wsadził do kozy; woli ścigać go bez wytchnienia, chociażby przez lat dziesięć i wydrzeć mu dług do grosza.
Zapewne mieszka w górze, przy ulicy de la Victoire. Chociaż nie ma sklepu, sprzedaje wszystko, co jest możebnem do sprzedania, a czasem zbywa i takie rzeczy, które prawo nie uważa za towar. Zawsze, aby zrobić usługę bliźniemu. Niekiedy utrzymuje, że nie jest bogatym. Być może. Jest figurą dziwną, więcej chciwą i szalenie dumną. Łatwy do ułożenia się z człowiekiem, który mu się podoba, nie pożyczyłby ani złamanego szeląga temu, kto na nim nie miłe zrobił wrażenie.
Jego ulubiona klientela składała się z dam, należących do pół-świata, artystek, artystów i tych śmiałków, którzy rzucają się w objęcia niewdzięcznych zawodów, jak medycyna lub adwokatura.
Kobietom pożycza à conto ich piękności teraźniejszej, mężczyznom à conto talentów przyszłości. Krucha rękojmia! Jego węch rzadko go zawodzi. Piękna dziewczyna, której Clergeot umeblował mieszkanie, zajdzie daleko. Artysta zadłużony u Clergeota, może być pewny, że nie jeden fejleton podniesie gorąco jego zdolności.
Pani Julja zapoznała swojego kochanka z tą zacną osobistością.
Noel wiedząc, do jakiego stopnia pan Clergeot jest wymagającym pod względem towarzyskiej grzeczności, podał mu krzesło i zapytał o zdrowie. Clergeot wyczerpał prędko wszystkie szczegóły. Zęby jeszcze zdrowe — ale wzrok słabnieje. Nogi wypowiadają służbę, a słuch tępi się z każdą godziną. Wyczerpawszy cały rozdział ludzkich dolegliwości, rzekł temi słowy:
— Pan wie, po co przyszedłem. Pańskie weksle upływają z dniem dzisiejszym, a djabelnie potrzebuję pieniędzy. Jeden na dziesięć, drugi na siedm, a trzeci na pięć tysięcy franków, razem dwadzieścia dwa tysiące.
— Pan Clergeot, — odpowiedział Noel, — lubi żartować...
— Bynajmniej! — odparł lichwiarz. — Wcale nie żartuję.
— Zdaje mi się, że przeciwnie. Przed ośmiu dniami pisałem panu, że nie będę mógł dotrzymać terminu, bo potrzebuję pieniędzy.
— Otrzymałem ten list.
— No, i cóż?
— Nie odpowiadając przypuszczałem, żeś pan zrozumiał, iż nie mogę uczynić zadość pańskiemu żądaniu. Zresztą byłem pewny, że pan znajdziesz tę bagatelę...
Noel machnął ręką z widocznem niezadowoleniem.
— A jednak nie mogłem. Teraz rób pan co ci się podoba nie mam złamanego szeląga.
— Do kata!... Czy pan zapomniałeś, że już cztery razy przedłużałem termin na wekslach?
— Zdaje mi się, że odsetki były w czas i hojnie zapłacone...
Clergeot nie lubił mówić o odsetkach, które pobierał. Sądził, że to mu ubliża. To też suchym tonem odpowiedział:
— Wcale się nie uskarżam. Chciałem tylko zwrócić pańską uwagę na drobną okoliczność, że już za długo wodzisz mię za nos. Gdybym był pański podpis puścił w obieg, do tej chwili byłoby już wszystko zapłacone.
— Bynajmniej!
— Być może! W każdym jednak razie byłbyś się pan starał uniknąć procesu. Ale pan powiedziałeś sobie: Clergeot jest dobrym człowiekiem. Prawda. Lecz bądź co bądź, jestem nim tylko pod pewnemi warunkami. A teraz oświadczam panu, że dziś potrzebuję koniecznie pieniędzy. Ko-nie-cznie, — dodał, — kładąc szczególny nacisk na ten złowrogi wyraz.
Straszny ton lichwiarza żywo zaniepokoił adwokata.
— Czy mam panu powtórzyć? — rzekł, — że nie mam ani grosza, a-ni gro-sza.
— Doprawdy! — podchwycił lichwiarz, — to dosyć smutno. Jak widzę, będę musiał moje papiery oddać woźnemu.
— A to na co? Pomówmy otwarcie. Czy sądzisz, panie Clergeot, że za pośrednictwem woźnych zwiększysz swoje dochody? Czy koszta sądowe, które będę musiał ponieść, wejdą do pańskiej kieszeni? A jeśli otrzymasz wyrok na mnie, co się stanie? W domu nic mi nie zabierzesz, bo wszystko jest zapisane na nazwisko pani Gerdy.
— Wiem o tem. A zresztą nawet zupełna wyprzedaż tych gratów nie pokryłaby moich pretensji.
— A więc chyba zamierzasz wsadzić mię do Clichy. Ostrzegam cię, że byłaby to bardzo zła spekulacja. Utraciłbym stanowisko, a nie mając więcej zatrudnienia, nie mógłbym potem zapłacić.
— Piękna mowa! — zawołał szlachetny lichwiarz, — i pan to nazywasz otwartością! Gdybym był o połowę tak zły, jak pan sądzisz, miałbym...
— Skończmy! — przerwał Noel. — Powiedziałem, że nie mam pieniędzy, a od pani Gerdy nie mogę żądać...
Ironiczny uśmiech ukazał się na ustach Clergeota.
— Nie opłaciłoby się pukać do tych drzwi, — odpowiedział po chwili, — już nie od dziś worek mamy dobrodziejki jest próżny... a w razie, gdyby zacna dama umarła, mówiono mi, że jest niebezpiecznie chora, nie dałby nikt dziesięciu luidorów za cały po niej spadek.
Adwokat poczerwieniał z gniewu, jego oczy rzucały pioruny; mimo to nie wyrzekł słowa.
— Wszyscy o tem wiedzą, — ciągnął spokojnie Clergeot. — Przecież pan przyznasz, że na niepewne nikt dziś nie daje pieniędzy... Ostatnie akcje mamy dobrodziejki zostały sprzedane w październiku roku zeszłego. Ach! ulica Provence drogo kosztuje! Zrobiłem rachunek, mam go u siebie. Julja jest młodą kobieciną, prawda; jej podobnej nigdzie pan nie znajdziesz, przyznaję; ale z tem wszystkiem jest bardzo drogą. Nawet jest djabelnie drogą!
Noel wściekał się słysząc, w jaki sposób wysławia się ta zacna osobistość o jego Julji. Ale co odpowiedzieć? Zresztą, każdy człowiek ma swoje błędy, a Clergeot należy do tych, którzy nie lubią kobiet; może dla tego, że dzięki swojemu zatrudnieniu, nie miał sposobności poznać kobiet szlachetnych.
— Zanadto się pan awanturujesz, — ciągnął lichwiarz, nie zważając na niechęć swego klienta, — i nie pierwszy raz to mówię. Ale co począć? Straciłeś głowę przy tej kobiecie. Wobec niej byłeś zawsze słabym. Źleś robił. Jeśli ładna kobieta zapragnie czegoś, trzeba tak postępować, ażeby długo pragnęła. W ten sposób będzie miała umysł zajęty i nie pomyśli o innych głupstwach. Cztery zachcianki dobrze pokierowane, powinny trwać przez cały rok. Wiem, że ma ładne oczy, mogące wzbudzić kolki nawet w świętym z kamienia, ale do kroćset! trzeba także mieć rozum. Nie wiem, czy w całym Paryżu jest dziesięć kobiet, któreby żyły na takiej stopie. Czy pan sądzisz, że za to cię więcej kocha? Bynajmniej! Jak tylko zobaczy, żeś zrujnowany, osadzi cię na koszu!
Noel przyjmował wymowne słowa bankiera z taką samą rezygnacją, z jaką człowiek nie mający parasola, przyjmuje na głowę strugi deszczu ulewnego.
— Dokąd pan zmierzasz? — zapytał nareszcie.
— Tylko do wekslów, których nie chcę przedłużyć. Czy pan rozumiesz? Jeszcze raz powtarzam, że dziś muszę dostać dwadzieścia dwa tysiące franków. W przeciwnym razie każę pana uwięzić, ale nie tu, bo toby głupio wyglądało, tylko w mieszkaniu twojego aniołka, który pewnie nie będzie z tego zadowolonym. Nie marszcz pan brwi, na nic się to nie zdało, raczej poszukaj pieniędzy.
— Ale Julja jest u siebie, pan nie masz prawa...
— Doprawdy? Zobaczymy... Ale bądź co bądź, ja potrzebuję pieniędzy, więc muszę być zapłacony. Na nową zwłokę nie mogę przystać, bo przed trzema miesiącami zużytkowałeś ostatnie zasoby. Pan znajdujesz się w rozpaczliwem położeniu. Łóżko, na którem leży twoja konająca matka, spaliłbyś chętnie, byle ogrzać nogi swojej kochance. Gdzieś pan dostał owych dziesięć tysięcy franków, które jej wręczyłeś wczoraj wieczór? Kto wie, co jesteś gotów uczynić, byle mieć pieniądze. Chęć zatrzymania ją przy sobie dwa tygodnie, trzy dni, dzień, może pana daleko zaprowadzić. Otwórz pan oczy. Ja znam się doskonale na takich namiętnościach. Jeśli nie rozstaniesz się z Julją, jesteś zgubiony. Posłuchaj dobrej rady, którą daję gratis: nie prawdaż, że prędzej czy później będziesz ją musiał porzucić? Uczyń to jeszcze dziś.
Jak widać, zacny pan Clergeot umie swoim klientom mówić prawdę w oczy. Jeśli ich to gniewa, tem gorzej dla nich; jego sumienie jest zawsze spokojne. On należy do ludzi, którzy nie pochwalają szalonych wybryków.
Ale Noel nie mógł dłużej znosić; zły humor musiał wybuchnąć.
— Dosyć, dosyć! — zawołał tonem stanowczym. — Rób pan jak i co ci się podoba. Uwolnij mię od tych uwag, bo ja wolę głos woźnego. Być może, że byłem lekkomyślny, ale poprawię się i to tak, że się aż zdziwisz. Tak, panie Clergeot, jeśli zechcę, nie dwadzieścia dwa, ale sto tysięcy franków będę miał jutro zrana; potrzebuję tylko zażądać. Ale ja tego nie uczynię. Moje wydatki, lubo wbrew pańskiej woli, pozostaną nadal w tajemnicy. Nie chcę, ażeby mówiono, że jestem w krytycznem położeniu. Z miłości dla pana nie popsuję moich zamiarów i to w dniu, w którym jestem bliskim ich urzeczywistnienia.
— Nadyma się, — pomyślał lichwiarz, — nie całkiem jeszcze upadł...
— Teraz, — ciągnął adwokat, — możesz woźnemu oddać swoje łachmany. Niech mię ściga. Tylko mój portier będzie o tem wiedział. Do ośmiu dni zawezwą mię do trybunału handlowego, gdzie zażądam dwudziestu pięciu dni zwłoki, których sąd nie odmawia żadnemu dłużnikowi. Dwadzieścia pięć dni a ośm, robią na całym świecie trzydzieści trzy dni. Właśnie tego czasu potrzebuję. Zastanówmy się; albo pan przyjmiesz weksel na dwadzieścia cztery tysiące franków, płatny po sześciu tygodniach, albo udasz się do woźnego. Jestem na pańskie usługi.
— A po sześciu tygodniach będziesz w takiem samem jak dziś położeniu. A czterdzieści pięć dni z Julją kosztują...
— Panie Clergeot, — odparł Noel, — jeszcze przed upłynięciem tego terminu moja pozycja całkiem się zmieni. Lecz dosyć tego, — dodał, powstając szybko, — moje chwile są policzone...
— Tylko minutkę! — przerwał słodkim głosem bankier. — Powiedziałeś pan dwadzieścia cztery tysiące franków w czterdziestu pięciu dniach?
— Tak. Zdaje mi się, że to robi siedmdziesiąt pięć od sta. Wcale przyzwoity procent.
— Mniejsza o procent, — odparł Clergoet, — tylko...
Spojrzał ukosem na Noela, pocierając prawą ręką podbródek, co u niego świadczyło zawsze o ciężkiej pracy mózgowej.
— Tylko, — ciągnął, — chciałem się dowiedzieć, na co pan liczysz.
— Tego panu nie powiem. Niezadługo dowiesz się o tem jak wszyscy inni...
— Już wiem! — krzyknął Clergeot, — wiem!... Pan się żenisz. Do kata! znalazłeś bogatą pannę. Pańska mała Juleczka mówiła mi nieco dzisiaj zrana. Ach! pan się żenisz! Czy piękna? Mniejsza o to. Ma pełny worek, nie prawdaż? Pan masz rozum, więc nie wziąłbyś żony bez pieniędzy.
— Tego nie powiedziałem...
— Dobrze, dobrze, udawaj niedoświadczonego — my się zawsze domyślimy. Jednakże malutka przestroga: działaj ostrożnie, bo twoja mała kobietka zaczyna przeczuwać. Strzeż się również, aby przyszły teść nie dowiedział się o twojem położeniu majątkowem, bo z pewnością nie dałby ci córki... Żeń się i postępuj roztropnie. A teraz napisz pan weksel na dwadzieścia cztery tysiące franków. W poniedziałek przyniosę panu dawne weksle, a ten wezmę.
— Jakto? pan ich nie masz przy sobie?
— Nie mam. Muszę wyznać prawdę, że przeczuwając iż wyjdę z próżnemi rękoma, oddałem je z innemi papierami panu woźnemu. Ale z tem wszystkiem śpij pan spokojnie, masz moje słowo.
Pan Clergeot chciał już wyjść, ale przy drzwiach nagle się odwrócił.
— Zapomniałem dodać, — rzekł, — że powinieneś pan napisać weksel na dwadzieścia sześć tysięcy. Pańska kobiecina zażądała odemnie kilku szmat, które przyrzekłem odnieść jej jutro rano; w ten sposób będą już zapłacone.
Adwokat chciał protestować. Wprawdzie nie odmawiał zapłaty, ale w każdym razie sądził, że Julja nie może robić zakupna na własną rękę. Nie chciał dopuścić, ażeby tak dowolnie szafowano jego szkatułą.
— Żarty! — zauważył lichwiarz, wzruszając ramionami. — Czy chcesz pan poróżnić się z taką istotą dla nędznych dwóch tysięcy? Jeszcze nie tyle będzie kosztowała. Bądź pan pewny, że zje cały posag żony. A jeśli przed ślubem będziesz potrzebował pieniędzy, pomówimy u notarjusza... Chcę tylko zapewnienia. Tymczasem do widzenia. W poniedziałek, nie prawdaż?
Noel stał chwilkę słuchając, czy lichwiarz zbiegł po schodach.
— Łotr! — zawołał, — nędznik, złodziej, stary oszust! I on chciał mię ścigać sądownie! Piękną opinię miałby o mnie hrabia, gdyby się o tem dowiedział!... Nikczemny lichwiarz!... Lękam się chwili, w której będę zmuszony powtórzyć mu to wszystko.
A złorzecząc dalej swojemu bankierowi, adwokat spojrzał na zegarek.
— Już pół do szóstej, — szepnął.
Jego niestanowczość była wielka. Czy iść na obiad do ojca? Czy mógł opuścić panią Gerdy? Obiad w pałacu Commarin nęcił go jak syrena, ale z drugiej strony, czy godzi się odejść od łoża konającej?...
— Nie inaczej, — szepnął półgłosem, — muszę pozostać.
Usiadł przy biórku i na prędce skreślił do ojca list przepraszający. Pani Gerdy, mówił w nim, może w każdej chwili oddać Bogu ducha, obowiązkiem przeto jego zostać przy umierającej, aby usłyszeć jej ostatnie westchnienie...
W chwili, gdy służącej wręczył list, która miała go powierzyć komisjonerowi, nowa myśl strzeliła mu do głowy.
— Czy brat pani Gerdy wie, że siostra zachorowała niebezpiecznie? — zapytał głosem drżącym.
— Nie wiem, — odpowiedziała służąca, — nikt mię do niego nie posyłał.
— Jakto, niebaczna! w mojej nieobecności nie uznałaś za stosowne ostrzedz brata! Spiesz do niego, niech natychmiast przyjdzie.
Uspokoiwszy się nieco, Noel usiadł w pokoju chorej. Lampa płonęła w kącie na małym stoliku, a siostra zakonna krzątała się jak u siebie, porządkując porozrzucane rzeczy. Na jej twarzy malowało się zadowolenie, które nie uszło uwadze Noela.
— Czy jest jaki promyk nadziei, moja siostro? — zapytał.
— Być może, — odpowiedziała zakonnica. — Ksiądz proboszcz przyszedł sam, ale pańska droga matka nie poznała go; powróci... Jeszcze nie wszystko; po wyjściu księdza proboszcza, synapizma co raz lepiej skutkują, skóra wszędzie się nadyma; jestem pewną, że je czuje...
— Oby cię Bóg wysłuchał, moja siostro!
— Będę go jeszcze prosiła. Najważniejszem jest to, aby chora nie była ani na minutę sama. Porozumiałam się z służącą. Skoro lekarz przyjdzie, położę się spać, a ona będzie siedziała aż do północy. Potem ja ją zastąpię...
— Możesz dłużej odpocząć, moja droga siostro, — odpowiedział Noel głosem smutnym. — Teraz na mnie kolej; z największą przyjemnością spędzę całą noc bezsennie...
Chociaż sędzia, znużony całodziennem wypytywaniem świadków i obżałowanego, odprawił z kwitkiem ojca Tabareta, tenże nie uważał bitwy za przegraną. Nasz poczciwiec był uparty jak muł; było to jego błędem albo zaletą.
Po zbytniej rozpaczy, której ulegał na korytarzu, nastąpiło wkrótce niezłomne postanowienie, będące entuzjazmem niebezpieczeństwa. Uczucie obowiązku wzięło nad nim górę. Czy godzi się tracić odwagę w chwili, kiedy życie człowieka wisi na włosku? Bezczynność byłaby zbrodnią! On sam wtrącił niewinnego w bezdenną przepaść, a więc on sam powinien go ocalić, chociażby cały świat odmówił mu swojej pomocy.
Ojciec Tabaret, tak samo jak sędzia, upadał ze znużenia. Dostawszy się na świeże powietrze, uczuł, że mu sił zabrakło. Wrażenia dnia zabiły w nim głód, mimo, że od dwudziestu czterech godzin nie miał w ustach ani kropli wody. Wstąpiwszy do jednej z najbliższych restauracji, kazał sobie podać obiad.
W miarę jak jadł, wzmagały się w nim nieznacznie odwaga i ufność. Stosowna była teraz chwila zawołać: „Biedna ludzkości!“ Ale nasz poczciwiec nie tracił nadziei. Miałażby go zdradzić zwykła przenikliwość? Nie, nigdy! Albo nie miał jeszcze dosyć czasu przed sobą? A w miesiącu czego nie dokaże człowiek zręczny! Żałował tylko, że nie podobna było ostrzedz Alberta, iż znalazł się człowiek, który dla niego pracuje.
W innym humorze wstał od stołu; szybko jak kot, przebiegł długą przestrzeń, dzielącą go od św. Łazarza. Gdy portier otwierał mu drzwi wchodowe, na zegarze kolejowym biła dziewiąta.
Powoli szedł na czwarte piętro, aby od sługi dowiedzieć się o stanie zdrowia dawnej przyjaciółki, którą niegdyś nazywał jedyną kobietą. Noel otworzył mu sam, Noel, który obudziwszy w swojem sercu wspomnienia przeszłości, był bardzo smutny i blady, jak gdyby ta, przy której siedział, była rzeczywiście jego matką...
Skutkiem zbiegu okoliczności nieprzewidzianych, pan Tabaret musiał wstąpić na pięć minut, chociaż wizyta u pani Gerdy robiła na nim przykre wrażenie. Czuł bardzo dobrze, że widząc się wobec adwokata, mimo woli powinien mówić o zabitej Lerouge. Ale jak tu mówić, aby się nie zdradzić? Jedno słowo mogło odkryć rolę, jaką odgrywał w tym smutnym wypadku. Tymczasem, szczególnie w oczach Noela, swojego drogiego przyjaciela, a teraz wice-hrabiego de Commarin, chciał być wolnym od podejrzenia, jakoby z policją w jakichkolwiek zostawał stosunkach.
Z drugiej znowu strony pragnął się dowiedzieć, co zaszło między adwokatem a starym hrabią. Ciemność rozpostarta nad tą jedną okolicznością drażniła jego ciekawość. Wszelako rozważywszy, że zbytnia gorliwość mogłaby go łatwo zdradzić, postanowił powstrzymać język i mieć się na baczności.
Adwokat wprowadził gościa do pokoju pani Gerdy. Stan chorej zmienił się nieco od południa, ale nie można było powiedzieć, czy zmienił się na lepsze czy gorsze. Tylko to jedno biło w oczy, że ubezwładnienie nie było tak wielkie. Oczy miała zamknięte, ale od czasu do czasu drgały powieki; głowa rzucała się na poduszkach, a przez usta wyrywały się lekkie westchnienia.
— Co mówi lekarz? — zapytał Tabaret.
— Dopiero wyszedł, — odpowiedział Noel, — za chwilę wszystko się skończy.
Poczciwiec zbliżył się do łóżka na palcach i wpatrzył się w umierającą z widocznem wzruszeniem.
— Biedna kobieta! — szepnął, miłosierny Bóg wyświadcza jej łaskę, biorąc ją do siebie. Cierpi, bardzo cierpi, ale jak straszną byłaby jej boleść, gdyby się dowiedziała, że jej własny syn jęczy w więzieniu oskarżony o morderstwo.
— To też tylko to jedno, — odpowiedział Noel, — przynosi mi niejaką ulgę. Bo ja ją ciągle kocham, mój stary przyjacielu; dla mnie jest ona jeszcze matką... Był czas, żem jej złorzeczył, nawet dwa razy byłem dla niej tyranem, zdawało mi się, że ją nienawidzę, ale w chwili, kiedy mam ją na wieki utracić, zapominam o wszystkich błędach, a myślę tylko o jej tkliwości. Prawda, lepiej, że umrze. A jednak nie mogę uwierzyć i nigdy nie uwierzę, aby jej syn mógł być winnym...
— Nie wierz, nigdy nie wierz!
Pan Tabaret wypowiedział te słowa z takim zapałem, że aż Noel spojrzał nań okiem zdumionem. Ochotnik policyjny czuł, że krew uderzyła mu do głowy, więc zaczął się tłumaczyć.
— Powiedziałem: Nie wierz, — ciągnął, — ponieważ ja, dzięki mojemu niedoświadczeniu, nie mogę uwierzyć w winę tego młodzieńca. W żaden sposób nie mogę przypuścić, ażeby człowiek o tak wysokiem stanowisku mógł obmyśleć i dokonać tak haniebnej zbrodni. Nie z jednym mówiłem o tej sprawie, która w całem mieście narobiła tyle wrzawy, i wszyscy są mojego zdania. Głos powszechny za nim się oświadcza, a to już coś znaczy.
Nie daleko łóżka siedziała zakonnica i szybko robiła pończochę, przeznaczone dla biednych. Była to praca machinalna, podczas której zwykła odmawiać modlitwy. Ale od zjawienia się Tabareta tak dalece słuch natężyła, że na wieki zapomniała o swoich pacierzach. Słuchała, ale nic nie rozumiała. Jej mała główka omal że nie pękła. Co znaczy ta rozmowa? Co to za kobieta, co to za młody człowiek, który nie będąc jej synem, nazywają swoją matką — i równocześnie mówi o synu legalnym, posądzonym o morderstwo? Już między Noelem a lekarzem podchwyciła kilka frazesów tajemniczych. W jakim strasznym domu znajduje się od rana! Bała się trochę — a jej sumienie było bardzo zaniepokojone. Czy nie grzeszyła? Postanowiła zwierzyć się przed księdzem proboszczem, jak tylko przyjdzie...
— Nie, — rzekł Noel, — nie, panie Tabaret, biedny Albert nie ma opinji za sobą. We Francji inaczej się dzieje... Niech dziś wtrącą do więzienia jakiego biedaka, a chociażby całkiem był niewinnym zbrodni, którą mu zarzucają, chętnie go ukamienujemy. Natomiast całą naszą litość zachowujemy dla tego, który, chociażby najwinniejszy, staje przed sądem przysięgłych. Jak długo sąd śledczy wątpi, zwracamy się przeciw obżałowanemu; w chwili, kiedy sprawiedliwość namacalnie udowodni, że ten lub ów jest łotrem, bierzemy go w swoją opiekę. Oto opinia. Ale bądź pan pewny, że ja na nią nie zważam. Ja nią gardzę, a jeśliby Albert, czego wreszcie wcale się nie spodziewam, nie został uwolniony, ja sam, panie Tabaret, będę jego obrońcą. Mówiłem już o tem z moim ojcem, hrabią de Commarin. Ja sam będę jego adwokatem i muszę go ocalić.
Nasz poczciwiec byłby chętnie rzucił się na szyję swojemu Noelowi. Omal że nie zawołał: „My dwaj musimy go ocalić!“ ale rozwaga nakazała mu milczenie. Czy adwokat nie gardziłby nim po takiem zeznaniu? Mimo to postanowił zwierzyć się, jeśliby okoliczności tego żądały, lub gdyby sprawa Alberta pogorszyła się wobec sądu. Tymczasem poprzestał na pochwaleniu swojego przyjaciela.
— Ślicznie! moje dziecko, — zawołał, — oto mi szlachetne serce. Bałem się, aby cię nie zepsuły bogactwa i wielkość ale dzięki Bogu, mój Noel pozostaje nadal człowiekiem serca. Czuję, że będziesz takim samym, jakim cię wielbiłem na skromniejszem stanowisku. Ale powiedz mi, czy widziałeś się z hrabią, twoim ojcem?
Dopiero teraz Noel zauważał, że oczy zakonnicy zapłonęły najwyższą ciekawością. Wielomownem spojrzeniem zwrócił na nią uwagę Tabareta.
— Widziałem się z nim, — odpowiedział, — i wszystko załatwione ku mojemu zadowoleniu... Później opowiem panu szczegółowo, ale wpierw musimy się uspokoić. Przy tem łóżku nie mogę bez zarumienienia myśleć o mojem szczęściu...
Pan Tabaret musiał rad nie rad zadowolić się tą odpowiedzią.
Widząc, że dziś wieczór nie dowie się nic ważnego, oświadczył przyjacielowi, że pójdzie się położyć, bo całodzienna bieganina po mieście, bardzo go znużyła. Noel wcale go nie zatrzymywał. Oczekuje, powiedział, brata pani Gerdy, do którego już kilka razy bezskutecznie posyłał. Bardzo jest zakłopotany, dodał, bo nie wie, jak się wobec niego zachować. Czy wypada wszystko mu powiedzieć? W takim razie zwiększy się jego boleść. Z drugiej znów strony milczenie, kazałoby grać trudną komedję. Pan Tabaret był zdania, że najlepiej teraz milczeć i dopiero później wszystko wyświecić.
— Co za dzielny chłopiec ten Noel! — szeptał ojciec Tabaret, schodząc powoli do swojego apartamentu.
Już cała doba minęła, jak wyszedł z domu, spodziewał się więc gorącej walki ze swoją klucznicą. W rzeczy samej Manetta przyjęła go bardzo cierpko, oświadczając, że jeśli pan gospodarz nie zmieni trybu życia, ona poszuka sobie innego obowiązku.
Pan Tabaret wysłuchał długiego kazania ze zwieszoną głową, a kiedy skończyła, wyprowadził ją bez ceremonji z pokoju i drzwi zamknął na dwa spusty.
Jak najprędzej wypadało ułożyć nowy plan kampanji. Szybko rozebrał położenie. Czy omyliły go zarządzone poszukiwania? Nie. Czy błędne były jego prawdopodobne obliczenia? Nie. Zastanowiwszy się nad powodem zbrodni, musiał koniecznie dojść do takiego winowajcy, jakiego przepowiedział. A jednak tym winowajcą nie był obżałowany pana Daburona. Pewnik sądowy omylił go, chociaż według tego pewnika tylko Albert de Commarin mógł być winnym zbrodni.
— Oto, — myślał, — dokąd prowadzi wiara w ten bezmyślny frazes, który mówi, że sprawiedliwość nie może się omylić. Gdybym się był trzymał własnego natchnienia, byłbym lepiej zgłębił sprawę i nie byłbym się rzucił na oślep. Formułka: „Szukaj, komu zbrodnia przynosi korzyść“ — może być tak dobrze głupią jak rozumną. Spadkobiercy człowieka zabitego korzystają z morderstwa, podczas gdy samemu sprawcy dostaje się najczęściej zegarek i sakiewka. Trzy osoby były interesowane w tej sprawie: Albert, pani Gerdy i hrabia de Commarin. Jestem pewny, że Albert nie może być winnym; nie może także nią być pani Gerdy, bo wiadomość o morderstwie wdowej Lerouge pozbawiła ją zmysłów; pozostaje hrabia. Czy to on? W takim razie nie działał sam. Zapłacił jakiegoś nędznika, ale ten nędznik pochodzi z dobrego towarzystwa, bo nosi eleganckie buciki, jasne rękawiczki i pali trabukosy z cygarniczki... Ale tym elegantom brak zawsze odwagi. Robią głupstwa, oszukują, kradną, ale nie zabijają... Hrabia nie mógł tego uczynić... To człowiek rozumny; on wie, że podobne narzędzia zawsze zdradzają. Ale dla uspokojenia mojego sumienia, jeszcze raz wrócę do hrabiego.
Teraz nowa sprawa: Wdowa Lerouge, która tak chętnie mieniała dzieci, mogła była dokonać i innych niebezpiecznych poleceń. Kto może być pewnym, że nie ma jeszcze innych osób, które chciały się od niej uwolnić? Jest jakaś tajemnica, jest — ale do kata! nie mogę jej zgłębić... Tylko to zdaje się być widocznem, że nie została zabitą, aby szkodzić Noelowi. Musiała zginąć pod ciosami jakiegoś łotra, mającego takie same powody, jakie podsuwałem Albertowi. W tym kierunku muszę zarządzić nowe poszukiwania. A przedewszystkiem potrzebuję biografji tej usłużnej wdowy. Prawdopodobnie otrzymam ją jutro, bo sąd kazał już zebrać szczegóły w miejscu jej urodzenia.
Wracając do Alberta, nasz poczciwiec uważał zarzuty, świadczące przeciw niemu i rozbierał okoliczności, które za nim przemawiały.
— W rozdziele szczegółów pomyślnych, — szeptał do siebie, — widzę tylko siebie i przypadek, czyli mówiąc jaśniej, jedno zero. Co do okoliczności obciążających, te są nie wzruszone. Ale z tem wszystkiem nie traćmy nadziei. Ja sam je zebrałem, a więc wiem najlepiej, ile są warte. Bardzo wiele i zarazem nic. Albert stał się ofiarą zbiegu strasznych okoliczności, ale jedno słowo może rozwiać podejrzenia... Nie raz gorzej było. Przypominam sobie sprawę małego krawca. O godzinie piątej kupił nóż, który pokazywał sąsiadom, mówiąc: „To dla mojej żony, tej nikczemnej baby, która mnie i moje dzieci od tak dawna oszukuje.“ Wieczorem sąsiedzi słyszeli straszną kłótnię między małżonkami, krzyki, pogróżki, uderzenia — poczem wszystko ucichło. Nazajutrz krawiec znikł, a jego żona leżała zabita. W jej piersi tkwił ten sam nóż. A jednak nie mąż ją zabił, tylko zazdrosny kochanek. Po tym wypadku co teraz myśleć o zbiegu okoliczności? Prawda, że Albert nie chce wyjawić, gdzie spędził wieczór tłustego wtorku — ale to mię nie obchodzi. Ja nie potrzebuję wskazywać gdzie był, tylko udowodnić, że nie był w Jonchère. Kto wie, czy Gevrol nie jest na dobrej drodze. Boże! gdyby mu się udało. Może mię potem nazywać, jak mu się tylko będzie podobało, chętnie zniosę tę karę. Czegóż bym nie poświęcił, byle go widzieć wolnym! Połowa mojego majątku, byłaby drobną ofiarą. A gdyby mi się nie powiodło? Gdyby mi się nie udało naprawić złe, które zrobiłem?...
Tabaret zadrgał na całem ciele i rzucił się na łóżko.
Zasnął. Okropny sen trzymał go w swoich objęciach.
Zgubiony w tym bezmyślnym i spodlonym tłumie, który ciśnie się na plac de la Roquette, aby oko zabawić ostatniemi konwulsjami skazańca — był świadkiem stracenia Alberta. Widział nieszczęśliwego, z rękami związanemi na plecach, z obnażoną szyją, jak wsparty na ramieniu księdza, wchodził powoli na rusztowanie.
Ujrzał go pod gilotyną, spoglądającego dumnem okiem po twarzach skamieniałych widzów. Ale nie zadługo wzrok Alberta zbiegł się z jego spojrzeniem, z rąk spadły mu sznury, wyciągnął palec, a wskazując na niego, Tabareta, wołał strasznym głosem: „Ten jest moim mordercą!“ Ze wszystkich stron wszczął się straszny krzyk, wszyscy zaczęli mu złorzeczyć. Chciał uciec, ale jego nogi były przykute do ziemi; chciał przynajmniej zamknąć oczy, ale i tego nie mógł; siła niewidzialna i nieprzezwyciężona kazała mu patrzyć. Następnie Albert zawołał jeszcze raz: „Ja jestem niewinny! winnym jest...“ Tu wymówił jakieś nazwisko, tłum zaczął je powtarzać, ale Tabaret nie mógł go usłyszeć i zapamiętać. Nakoniec głowa skazańca padła pod ciosem noża zabójczego...
Nasz poczciwiec krzyknął rozpaczliwie i zerwał się na równe nogi, a zimny pot wystąpił mu na czoło. Potrzebował dłuższego czasu, aby się przekonać, że wszystko, co słyszał i widział, było ułudą i że się znajduje u siebie, w swojej sypialni. Był to tylko sen! Ale mówią, że sny są czasem przestrogami nieba. Jego wyobraźnia była do tego stopnia uderzona, że robił nadludzkie wysilenia, aby sobie przypomnieć nazwisko winowajcy, wymienione przez Alberta. Przekonawszy się o bezskuteczności swoich usiłowań, wstał i zapalił świecę; ciemność trwożyła go, noc była przepełniona okropnemi widziadłami. O śnie mowy już być nie mogło. Pod wpływem niepokoju zaczął złorzeczyć tej namiętności, która aż dotychczas była całą jego rozkoszą. Biedna ludzkości!
Przeklinał dzień, w którym po raz pierwszy odwiedził ulicę Jerozolimską. Rzeczywiście, piękne zatrudnienie dla człowieka w tym wieku, dla obywatela Paryża, dla człowieka bogatego i poważanego przez wszystkich! Mój Boże! i on jeszcze chełpił się ze swojego zatrudnienia, ze swojego węchu i ze swojego śmiesznego przydomku... Stary głupiec! Cóż mógł zyskać, sprawując służbę zwykłego wyżła? Chyba wszystkie możebne nieprzyjemności i pogardę przyjaciół, nie mówiąc już nic o niebezpieczeństwie, jeśli bodaj w setnej części przyczynił się do zabicia człowieka niewinnego. Dla czegóż go nie wyleczyła sprawa małego krawca?!
Porównując drobne zadowolenia, zaznane w przeszłości z rozpaczą teraźniejszą, przysiągł w duszy, że nikt go już więcej nie złapie. Niech tylko Albert będzie ocalony, a natychmiast poszuka sobie mniej niebezpiecznych i powszechniej szanowanych rozrywek. Zerwie stosunki, które go wstydzą — a policja i sąd będą działały i bez niego.
Nareszcie zaświtał dzień, którego oczekiwał z gorączkową niecierpliwością.
Dla zabicia czasu zaczął ubierać się powoli i bardzo starannie, starając się zająć umysł szczegółami materjalnemi i oszukując się co do godziny. Dwadzieścia razy spojrzał na zegar, aby się przekonać, czy przypadkiem nie stanął...
Mimo tej powolności, ósma godzina jeszcze nie wybiła, gdy stanął w gabinecie sędziego, przepraszając, że w sprawie bardzo ważnej ośmiela się nadużyć jego cierpliwości.
Przepraszanie było zbyteczne. O ósmej rano nikt nie przeszkadzał panu Daburonowi. Już od dwudziestu minut był przy swojem biórku. Ze zwykłą uprzejmością przyjął naszego poczciwca, a nawet żartował trochę z swojej ostatniej egzaltacji z dnia poprzedniego.
— Co mu się stało? — pomyślał Tabaret; — czy przez noc przejrzał? A może znalazł prawdziwego winowajcę...
Swobodny ton mowy sędziego, któremu zarzucano powagę, graniczącą ze smutkiem, co raz więcej zachwycał Tabareta. Nabrawszy przeto otuchy, podjął na nowo swoją obronę. Tym razem, lubo bardzo energicznie, mówił jednakże z większym spokojem. Zwracał się do serca, przemawiał do rozumu. Lecz mimo, że wszelka wątpliwość jest bardzo zaraźliwą, nie mógł wzruszyć sędziego. Najsilniejsze jego argumenta rozbijały się o przeświadczenie, jak gałki z chleba rzucane o pancerz ze stali. I nic w tem nie było dziwnego.
Ojciec Tabaret miał na swoje rozkazy tylko zręczną teorję, słowa. Natomiast pan Daburon miał w ręku żywe świadectwa, fakta. A obrona była tego rodzaju, że wszystkie uwagi przytoczone przez poczciwca dla usprawiedliwienia Alberta, mogły bardzo łatwo zwrócić się przeciw obżałowanemu i udowodnić jego winę.
Niepowodzenie u sędziego, nie mogło zaniepokoić Tabareta, bo na podobny wynik swoich usiłowań, był z góry przygotowany.
Skończywszy obronę oświadczył, że tymczasem cofa się z zajętego stanowiska, zwłaszcza, gdy jest głęboko przekonany, że bezstronny pan sędzia, zagłębiwszy się w zawiłą sprawę Alberta, w krótce utraci to fatalne przekonanie, które i on sam, Tabaret, powziął w pierwszej chwili.
— A teraz, — dodał, — zajmę się wyszukaniem nowych wskazówek. Jesteśmy zaledwie na początku śledztwa. Nie znamy wielu rzeczy, nawet przeszłości wdowej Lerouge. Ileż to faktów można jeszcze odkryć! Czy wiemy, jakie zeznanie uczyni ów marynarz z wielkiemi kólcami, którego szuka Gevrol?
Sędzia uśmiechnął się ironicznie.
Chociaż pan Tabaret miał w tym momencie wielką chęć obić grzbiet sędziemu, przecież udawał pokornego i słodkiego. Czynił to zaś dlatego, że chciał wiedzieć dokładnie o przebiegu śledztwa, aby w razie naglącym mógł zarządzić w czas środki zaradcze. Odchodząc, prosił pana Daburona, czy nie mógłby bez świadków zabawić kilka minut w kaźni Alberta.
Sędzia odrzucił tę prośbę, oświadczając, że obżałowany musi jakiś czas pozostać odosobnionym. Jeśli powody, dla których odmawia, znikną za trzy lub cztery dni, natenczas pozwoli mu rozmówić się z Albertem.
— Pańska odmowa, — rzekł nasz poczciwiec, — jest dla mnie okrutną, wszelako rozumiejąc ją, poddaję się wyrokowi bez szemrania...
Była to jedyna skarga; niezwłocznie wyszedł z gabinetu, lękał się bowiem, że dłużej nie zdoła panować nad sobą.
Czuł, że szczęście jego byłoby niezrównane, gdyby mu się udało ocalić człowieka niewinnego, którego lekkomyślnie sam skompromitował, a tem samem gdyby mógł zemścić się na upartym Daburonie, który z ironicznym uśmiechem słuchał jego rozumnej obrony.
— Trzy albo cztery dni, — szepnął, — to trzy albo cztery wieki dla człowieka, zamkniętego w więzieniu. Dobrze mu mówić!... W tym czasie muszę wyjaśnić prawdę.
Pan Daburon spodziewał się także w trzech lub czterech dniach albo wydrzeć zeznanie z Alberta, albo co najmniej zmusić go do odstąpienia od pierwotnego systemu obrony. Przedewszystkiem potrzebował znaleźć świadka, któryby mógł zaprzysiądz, że we wtorek wieczór widział Alberta za miastem. Tego rodzaju zeznanie wydało mu się tak niezbędnem i rozstrzygającem, że niezwłocznie po wyjściu Tabareta, zwrócił w tym kierunku wszystkie swoje usiłowania.
Pięciu najzręczniejszych ajentów policyjnych wysłał do Bougival, zaopatrzywszy każdego w sporą liczbę fotografji Alberta. Obowiązkiem ich było wstąpić do każdego domu między stacją Reuil, a wioską Jonchère, szukać, dowiadywać się i śledzić. Fotografje mogły im ułatwić trudne zadanie. Mieli je pokazać wszędzie i wszystkim, a w samej wiosce Jonchère mogli ich zostawić nawet cały tuzin. Nie podobna było przypuścić, aby bądź na dworcu kolei żelaznej, bądź na gościńcu lub na drożynie, biegnącej wzdłuż Sekwany, nie zdybał nikt we wtorek tajemniczego przybysza.
Po wydaniu tych rozkazów, sędzia śledczy wrócił do gabinetu i kazał przywołać obżałowanego.
Jeszcze zrana wręczono mu dokładne sprawozdanie z ruchów i słów więźnia; ale w protokole nic nie świadczyło o winie Alberta. Wprawdzie był bardzo smutny, lecz nie złamany. Nie krzyczał, nie groził, nie złorzeczył sprawiedliwości, a nawet nie mówił o swojem nieszczęściu. Zjadłszy skromny obiad, zbliżył się do okna sali, gdzie wsparty na łokciu, przestał długą godzinę. Następnie położył się na łóżko i spał bardzo spokojnie.
— Co za żelazna organizacja! — myślał pan Daburon, gdy oskarżony wchodził do jego gabinetu.
Albert nie był w niczem podobny do nieszczęśliwego człowieka z dnia poprzedniego, który ogłuszony mnogością zarzutów, mieszał się pod natrętnemi spojrzeniami sędziego śledczego i był blizkim omdlenia. Winny czy niewinny, postanowienie jego było już niezłomne. Jego twarz nie podsuwała pod tym względem żadnej wątpliwości. W jego oczach obok zimnego postanowienia, malowała się pewna duma, którą nie jeden mógł wziąć za pogardę, duma — będąca naturalnym wynikiem uczucia, jakie w szlacheckiej piersi musiało się obudzić po doznanej zniewadze. W nim widziało się człowieka pewnego siebie, którego nieszczęście może wzruszyć, ale nie obalić.
Na widok tego zachowania się, sędzia w lot zrozumiał, że trzeba zmienić baterje. W obżałowanym przeczuł jedną z tych natur, które gwałtownemu napadowi przeciwstawiają energiczny opór — i które z politowaniem słuchają pogróżek. Widząc, że go nie przestraszy, chciał go rozczulić. Jest to taktyka pocieszna, ale prawie zawsze skuteczna, bo przecież i w teatrze robią wrażenie płaczliwe sceny. Winowajca, który nie uląkł się pogróżek, widzi się bezsilnym wobec przesadnej pobłażliwości, która o tyle bywa wielką, o ile jest nieszczerą. A udana tkliwość była sławą pana Daburona. Ileż to zeznań udało mu się wydrzeć przy pomocy kilku łez krokodylich! Nikt nie umiał tak zręcznie trącać o tajemnicze struny honoru, miłości i uczucia rodzinnego, które brzmią nawet w głębi serc najzepsutszych.
Wobec Alberta stał się słodkim i miłosiernym, współczującym żywo ogrom jego nieszczęścia. Biedny! ileż musiał wycierpieć, on, którego całe życie było dotychczas jakby jednym snem czarodziejskim! Ileż gruzów dokoła niego!... Któżby to był przeczuł wówczas, kiedy był jedyną nadzieją możnej rodziny? Odgrzebując przeszłość, sędzia zatrzymywał się przy tkliwych wspomnieniach pierwszej młodości i rozżarzał węgle wygasłych uczuć. Nadużywając wszystkich szczegółów, jakie zebrał z ostatnich lat obżałowanego, dręczył go najboleśniejszemi aluzjami o Klarze. Dla czegóż sam chce dźwigać brzemię swojego nieszczęścia — alboż nie ma istoty, któraby choć w części mogła mu je osłodzić? Dla czegóż milczy uporczywie? Czyż nie powinien starać się uspokoić tę, której życie jest złączone z jego życiem? Czegóż potrzeba, aby tego dopiąć? Jednego słowa... Wtedy, jeśli już nie całkiem wolny, byłby przynajmniej zwrócony światu, kaźnia stałaby się znośniejszą, przyjaciele nie omieszkaliby go odwiedzać, wtedy mógłby widzieć się z każdym i mówić nawet z Klarą...
To nie sędzia mówił, ale kochający ojciec, który w swojem sercu znajduje zawsze dla dziecka nieprzebrane skarby pobłażliwości.
Pan Daburon nie przestał na tej deklamacji. Na chwilę przeniósł się nawet w położenie Alberta. Cóżby był uczynił po strasznem odkryciu? Zaledwie odważył zadać sobie podobne pytanie... Rozumiał powód zabicia wdowej Lerouge, tłumaczył go i prawie usprawiedliwiał. Prawda, że to była wielka zbrodnia, ale z tem wszystkiem nie oburzała ona ani sumienia, ani rozumu. Była to jedna z tych zbrodni, o których do pewnego stopnia społeczeństwo może zapomnieć, ponieważ powód nie był hańbiącym... Gdzież trybunał, któryby nie chciał uwzględnić godziny szału? A zresztą, czyż pierwszym i właściwym winowajcą nie był sam hrabia de Commarin? Czyż to nie jego namiętność przygotowała krwawe rozwiązanie dramatu? Jego syn stał się ofiarą fatalizmu — trzeba go przeto żałować.
W takim guście pan Daburon mówił długo i szeroko, wyszukując rzeczy, mogące, według jego przekonania, najwłaściwiej rozczulić serce mordercy. Ale retoryka jego poszła na wiatr, tak samo jak przekonywająca obrona ojca Tabareta. Albert nie zdawał się być wzruszonym — a jego odpowiedzi brzmiały bardzo lakonicznie. Zaczął i zakończył twierdzeniem, że jest niewinnym...
Pozostało jeszcze jedno doświadczenie, z którem często jest połączony najpomyślniejszy skutek.
Tego samego dnia, a było to w sobotę, Albert został wprowadzony do pokoju, w którym leżał trup wdowej Lerouge. Na jego twarzy odmalowało się wrażenie, ale takie, jakie widzimy na obliczu każdego człowieka, patrzącego na osobę, zabitą przed czterma dniami skrytobójczem żelazem. Gdy jeden z obecnych policjantów zawołał:
— Ach! gdyby mogła przemówić!
Odpowiedział bez namysłu:
— Byłoby to wielkiem dla mnie szczęściem...
Od rana zabiegi sędziego okazały się bez skutku. Niepowodzenie przy tej ostatniej komedji tak go rozdrażniło, że wróciwszy w najgorszym humorze do swojego gabinetu, wydał cierpkim tonem rozkaz, aby obżałowanego natychmiast odprowadzono do kaźni.
— A przecież zmuszę go do zeznania! — mruknął i zgrzytnął zębami.
Kto wie, czy w tej chwili nie wzdychał do owych lubych narzędzi śledczych z wieków średnich, które z obżałowanego wyciskały wszystko, cokolwiek sędzia zapragnął.
— Nigdy, — myślał, — nie miałem w śledztwie człowieka tak silnego. Czegóż spodziewa się po swoim systemie upornego przeczenia? Ta wytrwałość śmieszna wobec zebranych dowodów, odbierała sędziemu władzę panowania nad sobą. Albert, przyznając się, byłby w nim znalazł współczującego przyjaciela; wypierając się, robił sobie z niego nieprzebłaganego wroga.
Zapomniawszy o pierwotnych postanowieniach i wyrzutach, które dniem przedtem robił sobie, że kazał uwięzić Alberta — pragnął teraz szybkiego rozwiązania sprawy. Zdawało mu się, iż własne jego szczęście zostało rzucone na kartę, bo w razie, gdyby Albert okazał się niewinnym, on, Daburon, byłby dla swojej lekkomyślności godnym pogardy. Rozwijał więc co raz namiętniejszą czynność, której dotychczas nie widziano u niego w żadnem innem śledztwie.
Przez całą niedzielę słuchał sprawozdań ajentów z Bougival.
Mówili, że mimo skrzętnych poszukiwań nie udało im się nic nowego odkryć. Wprawdzie miała być jakaś kobieta, która utrzymywała, że widziała mordercę uciekającego z domu wdowej Lerouge, ale nikt nie wiedział, gdzie mieszka ta kobieta, ani jak się nazywa.
Przytem wszyscy uważali za swój obowiązek oznajmić, że równocześnie toczy się drugie śledztwo. Kieruje niem pan Tabaret, który przebiega okolicę w lekkim kabriolecie. Musiał działać z piorunującą szybkością, bo wszędzie, gdziekolwiek przyszli, już przedtem go widziano. Pod swojemi rozkazami ma co najmniej tuzin ludzi, z których trzech albo czterech pochodzi z ulicy Jerozolimskiej. Każdy ajent zdybał go — z każdym mówił. Do jednego rzekł:
— Na co, do kata, pokazujesz tę fotografję? W pięciu dniach zgłosi się tysiąc świadków, z których każdy, chcąc zarobić trzy franki, przysięże, że takiego samego człowieka widział we wtorek w pobliżu mieszkania wdowej Lerouge.
Tego samego dnia zszedłszy się w jednej z kawiarń w Bougival z dwoma ajentami, wziął ich na bok i przemówił temi słowy:
— Już go mam. Widziało go kilka osób; dwaj urzędnicy od kolei żelaznej i osoba trzecia, której zeznania będą rozstrzygające, bo z nią rozmawiał. Palił cygaro.
Pan Daburon wpadł w taki gniew, że niezwłocznie pojechał do Bougival, aby przywieść do Paryża Tabareta, który bezprawnie mieszał się w zakres jego działania. Ale podróż była bezskuteczną. Tabaret, koń i owych dwunastu ludzi — wszystko znikło...
W poniedziałek zrana, o godzinie dziewiątej, pan Daburon zamierzał wyjechać do pałacu Sprawiedliwości, gdzie spodziewał się zastać Gevrola, odszukanego marynarza, a może i ojca Tabareta.
Właśnie ukończył przygotowania, gdy wszedł służący oznajmiając, że jakaś młoda dama przyszła w towarzystwie drugiej, starszej, i chce z sędzią pomówić.
Nie chcąc wymienić swojego nazwiska, oświadczyła, że uczyni to tylko wtedy, gdyby od tego zawisło widzenie się z panem Daburon.
— Proś ją, — odpowiedział sędzia.
Sądził, że musi to być jakaś kuzynka jednego z obżałowanych, których miał u siebie w śledztwie przed odkryciem zbrodni w Jonchère. W duszy przyrzekał sobie, że jak najprędzej załatwi się z nieproszonym gościem.
Stał obok kominka i szukał potrzebnego adresu w kosztownej skrzynce, wypełnionej po wierzch biletami wizytowemi. Łoskot otwierających się drzwi i szelest jedwabnej sukni, ślizgającej się po woskowanej posadzce, bynajmniej go nie rozciekawiły; nawet nie raczył odwrócić głowy.
Ale w tej samej chwili cofnął się przestraszony, jak gdyby przed sobą ujrzał straszne widziadło. Zmieszany wypuścił z rąk skrzyneczkę, która padając na marmurowy wierzch kominka, rozpękła się na dwoje.
— Klara!... — wyjąknął, — Klara!...
Była to rzeczywiście panna d’Arlange.
Ta dumna i dzika dziewica, zniżała się tak dalece, że przyszła do jego mieszkania prawie sama, albowiem guwernantka, która jej towarzyszyła, pozostała w przedpokoju. Musiała iść za popędem bardzo potężnego uczucia, kiedy zaparła się wrodzonej bojaźliwości.
Nigdy, nawet wówczas, kiedy widzieć ją, było dla niego najwyższem szczęściem, nie wydawała mu się tak zachwycającą. Jej piękność, owiana słodką melancholia, jaśniała całym blaskiem. Na twarzy malował się wyraz, którego dawniej nigdy nie dostrzegł. W oczach, którym świeżo otarte łzy nadały dziwnego blasku, pałało szlachetne postanowienie. Nie trudno było zrozumieć, że przyszła spełnić wielki obowiązek — i że z heroizmem wywiąże się z tego zadania.
Zbliżyła się spokojnie i z godnością — a potem podała rękę sędziemu, stosownie do zwyczaju angielskiego, który nie jednej kobiecie użycza nowego powabu.
— Jesteśmy zawsze przyjaciołmi, nieprawda? — zapytała z smutnym uśmiechem.
Sędzia nie miał odwagi uścisnąć rękę, którą mu Klara podała bez rękawiczki. Zaledwie dotknął się jej końcem palców, jak gdyby lękał się zbytniego wzruszenia.
— Zawsze, — odpowiedział głosem niezrozumiałym; — zawsze jestem z równem przywiązaniem.
Panna d’Arlange usiadła w tym samym fotelu, w którym przed dwoma dniami ojciec Tabaret układał uwięzienie Alberta. Pan Daburon stał opodal, wsparty łokciem o biurko.
— Czy wiesz pan po co przychodzę? — zapytała młoda dziewica.
Skinieniem głowy zrobił znak potwierdzający.
Domyślawszy się wszystkiego, pytał teraz sam siebie, azali będzie mógł oprzeć się prośbom tych drobnych usteczek.
— O tej strasznej historji, dowiedziałam się dopiero wczoraj, ciągnęła Klara, uważano za stosowne taić ją przedemną, a gdyby nie poczciwa panna Schmidt, jeszcze i teraz nie byłabym wiedziała. Jak okropną noc przepędziłam! Z początku byłam przestraszoną, ale dowiedziawszy się, że wszystko od pana zawisło, trwoga moja znikła natychmiast. Nie prawdaż, że tylko dla mnie zająłeś się pan tą sprawą? Ach! pan jesteś dobry, wiem o tem... Jakżeż wyrazić panu moją wdzięczność...
Czy mogło być większe poniżenie dla zacnego sędziego? Prawda, z początku myślał o pannie d’Arlange, ale potem!... Zwiesił głowę, chcąc uniknąć czystego i dumnego spojrzenia Klary.
— Nie dziękuj mi, pani, — szepnął, — nie mam prawa do twojej wdzięczności...
Klara sama była zanadto wzruszona, żeby mogła dostrzedz zmieszanie na twarzy sędziego. Ale drżący jego głos, zajął jej uwagę; tylko nie mogła zrozumieć powodów. Myślała, że jej obecność obudziła w nim bolesne wspomnienie, że zapewne jeszcze ją kocha i dla tego cierpi. Ta myśl zasmuciła ją i wywołała rumieniec wstydu.
— A jednak, — ciągnęła, — nie przestanę pana błogosławić. Kto wie, czy miałabym odwagę pójść do innego sędziego i mówić z nieznajomym. (więcej książek Émile Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach) Zresztą, czy inny, nie znając mię, mógłby zaufać moim słowom? Gdy tymczasem pan, jako człowiek wspaniałomyślny, uspokoisz mię i powiesz, z jakiego powodu został on uwięziony i wrzucony do kaźni...
— Niestety! — westchnął sędzia tak cicho, że Klara zaledwie go usłyszała, nie pojmując strasznego znaczenia tego wykrzyknika.
— Wobec pana, — mówiła, — nie boję się... Pan jesteś moim przyjacielem, pan mi to przyrzekłeś. Pan nie odrzucisz mojej prośby. Wypuść go na wolność. Wprawdzie nie wiem, co mu zarzucają, ale to wiem, że jest niewinnym...
Klara mówiła jak osoba pewna siebie, nie widząca dla swojego prostego i naturalnego żądania żadnych przeszkód. Formalne zapewnienie, dane przez nią, powinny było wystarczyć. Jednem słowem pan Daburon mógł wszystko naprawić. Ale on milczał. Sędzia podziwiał tę świętą nieświadomość złego, tę naiwną i czystą pewność, która o niczem nie wątpi. Prawda, że pomimowoli zraniła go z początku; lecz o tem już zapomniał.
Położenie jego było okropne. Bał się zburzyć cały gmach szczęścia tej dziewicy. Ale święty obowiązek nakazywał stanowczość.
— A gdybym pani powiedział, — zaczął po niejakim namyśle, — że pan Albert jest winnym!
Podniosła się w fotelu, protestując niemym ruchem. Sędzia jeszcze raz powtórzył:
— A gdyby pan Albert był winnym?
— Ach! panie, — przerwała Klara, pan tak nie myślisz!
— Niestety, myślę, — wyjąknął sędzia smutnym głosem, — a nawet dodam, że mam moralne przekonanie.
Klara patrzyła na Daburona z głębokiem zdumieniem. Czy on to powiedział? Czy dobrze słyszała? Czy zrozumiała? Czy mówił na serjo? Czy chciał ją tylko podrażnić? W jednem mgnieniu oka zadała sobie wszystkie te pytania, bo wszystko wydawało jej się prawdopodobniejszem, aniżeli właśnie to, co powiedział.
On zaś, niemając odwagi podnieść oczu, mówił dalej tonem szczerego współczucia:
— Bardzo nad panią boleję, ale mam straszną odwagę wyjaśnić pani prawdę. Lepiej dla ciebie, jeśli dowiesz się o wszystkiem z ust przyjaciela... A więc zbierz całą energje i przygotuj szlachetną duszę na wielkie nieszczęście. Nie, sprawiedliwość wcale się nie myli. Pan wice-hrabia de Commarin jest posądzony o morderstwo, a wszystko — rozumiesz mię, pani? — wszystko udowadnia, że jest winnym...
Pan Daburon wygłosił powoli, słowo po słowie, ten ostatni frazes, jak lekarz, który po kropli wlewa do szklanki niebezpieczne lekarstwo. Z pod oka śledził następstwa, a w każdem miejscu był gotów przerwać, jeśliby wrażenie było zanadto gwałtowne. Nie przypuszczał, by trwożliwa i tkliwa aż do zbytku, mogła bez omdlenia wysłuchać strasznego odkrycia. Spodziewał się wybuchu rozpaczy, łez, krzyków spazmatycznych. Kto wie, czy nie padnie bezprzytomna, a w takim razie będzie potrzeba wezwać pomocy panny Schmidt.
Omylił się. Klara podniosła się w milczeniu jak symbol odwagi i stałości. Płomień obrażonej dumy oblał jej jagody i osuszył łzy.
— Kłamstwo! — zawołała, — a ci, którzy to powiedzieli, skłamali. Nie, on nie jest, on nie może być mordercą! Chociażby sam przyszedł, panie sędzio, i powiedział mi: „Tak jest,“ — jabym mu nie uwierzyła i zawołała jeszcze raz: Kłamstwo!
— Jeszcze się nie przyznał, — ciągnął sędzia, — ale przyzna się... A gdyby nawet przeczył!... Więcej mamy dowodów, aniżeli potrzeba, żeby go skazać. Zarzuty, świadczące przeciw niemu są tak niemożebne do zaprzeczenia, jak niepodobna twierdzić, że teraz noc a nie dzień.
— A jednak, — przerwała panna d’Arlange głosem, w którym zagrała cała jej dusza, — ja twierdzę, ja powtarzam, że sprawiedliwość myli się tym razem. Tak, on jest niewinny! Będę tego pewną nawet wtedy, kiedy wraz z panem cały świat zwróci się przeciw niemu. Czy pan wiesz, że znam go lepiej, aniżeli on sam siebie, że moja wiara w niego jest bezwzględną, jak wiara w Boga, i że stokroć prędzej zwątpiłabym o sobie, aniżeli o nim!...
Sędzia śledczy chciał bojaźliwie zrobić jakąś uwagę, lecz Klara nie pozwoliła mu przyjść do słowa.
— Czy aby pana przekonać, potrzebuję zapomnieć, że jestem dziewczyną i że mówię nie do matki, ale do mężczyzny? Dla niego zrobię to. Już od czterech lat, mój panie, kochamy się wzajemnie. Przez cały ten czas nie ukryłam przed nim ani jednej myśli, a on nie ukrył także żadnej przedemną. Przez cztery lata nie mieliśmy żadnej tajemnicy; żył we mnie, ja zaś żyłam w nim. Tylko ja jedna mogę powiedzieć, o ile jest godnym miłości. Tylko ja jedna wiem, jak szczytną jest jego dusza, jak szlachetne są jego myśli, jak wspaniałomyślne są jego uczucia! A pan robisz z niego mordercę. A jednak i on był bardzo nieszczęśliwy, lubo cały świat zazdrościł mu świetnego losu. Jak ja — i on żył sam na świecie; ojciec nigdy go nie kochał. Wspierając się wzajemnie, spędziliśmy nie jedną gorzką chwilę. Dla czego, mój panie, powiedz mi, dla czego zrobiłeś z niego kryminalistę?...
— Ani nazwisko, ani majątek hrabi de Commarin, nie należały do niego, dowiedział się o tem nagle. Tylko pewna podeszła niewiasta mogła to powiedzieć. Aby utrzymać się na dawnem stanowisku, zabił ją...
— Jaka podłota! — zawołała młoda dziewczyna, — co za obrzydliwe i niezręczne oszczerstwo! Ja wiem o tej upadłej wielkości, sam mi to powiedział. Prawda, od trzech dni odkryte nieszczęście bardzo go przygniotło. Lecz jeśli cierpiał, to z pewnością nie przez wzgląd na siebie, ale na mnie... Rozpaczał, myśląc, że może będę smutną, dowiedziawszy się, iż nie może mi ofiarować tyle, ile wymarzyła jego miłość. Ja miałabym się smucić! Cóż mię obchodzą te wielkie nazwiska i olbrzymie fortuny! Ja im zawdzięczam tylko moje nieszczęście. Alboż kochałam go dla stanowiska? Oto com mu odpowiedziała. A on, smutny z początku, natychmiast odzyskał dawną wesołość. Dziękował mi mówiąc: „Jeśli mię kochasz, mniejsza o wszystko.“ Wtedy kłóciłam się z nim, że mógł bodaj chwilkę o mnie powątpiewać. I po tem, co między nami zaszło, miałby pójść i zabić jakąś starą niewiastę! Pan nie ośmielisz się drugi raz to powtórzyć...
Panna d’Arlange wstrzymała się z uśmiechem zwycięztwa na ustach. Uśmiech ten znaczył: „Przecież mi się udało zwyciężyć pana; co teraz odpowiesz?“
Ale sędzia śledczy rozprószył prędko czarodziejską ułudę nieszczęśliwego dziecka.
— Pani nie wiesz, — odparł, — po jakich bezdrożach tuła się nieraz rozum nawet najzacniejszego człowieka. Bóg moim świadkiem, że ani pomyślałem wątpić o prawdziwości słów pani, ale wyobraź sobie wielkość nieszczęścia, które nagle spadło na pana de Commarin. Czy jesteś pani pewną, że rozstawszy się z nią, nie uległ rozpaczy, która do ostateczności może doprowadzić? Kto wie, czy nie działał pod wpływem chwilowego szału, bez świadomości swojego czynu. Może w ten sposób trzeba zbrodnię tłumaczyć.
Twarz panny d’Arlange oblała się śmiertelną bladością i wyrażała najgłębszą trwogę. Sędzia był pewny, że powątpiewanie zagnieździło się już w jej szlachetnej i czystej wierze.
— Chyba, że stracił zmysły, — szepnęła.
— Bardzo być może, — odpowiedział sędzia, — chociaż okoliczności towarzyszące zbrodni, świadczą o roztropnem obmyśleniu. Wierz mi, pani, trzeba wątpić... Modląc się, czekaj końca tej przerażającej sprawy. Usłuchaj mojego głosu, głosu przyjaciela. Niegdyś ufałaś mi, jak córka ojcu, — sama mi to powiedziałaś: nie odrzucaj teraz moich rad. W milczeniu czekaj. Ukrywaj przed całym światem swoją słuszną boleść, bo kto wie, ażali później nie musiałabyś sobie wyrzucać, żeś ją nierozważnie zdradziła. Młoda, bez doświadczenia, przewodnika, matki, niestety! źle umieściłaś pierwsze uczucia...
— Nie, panie, nie! — wyjąkła Klara. — Ach! — dodała, — pan mówisz jak wszyscy inni, jak ten świat mądry i samolubny, którym gardzę i którego nienawidzę.
— Biedne dziecko! — ciągnął pan Daburon, nielitościwy w swojem współczuciu; — biedna dziewczyna! Oto pierwsze twoje rozczarowanie. Trudno sobie wymarzyć straszniejsze; nie każda kobieta mogłaby je znieść z równą odwagą. Ale pani jesteś młoda, pani masz siłę, twoje życie nie będzie złamane... Nie zadługo uczujesz sama wstręt do tej zbrodni... Wiem z doświadczenia, że nie ma ran, którychby czas nie zdołał zasklepić.
Klara nie słuchała sędziego; jego słowa brzmiały jej w uszach jak bezładny szum... nie pojmowała ich treści...
— Nie rozumiem pana, — przerwała, — jaką dajesz mi radę?
— Jedyną, jaką dyktuje mi rozum, a którą wysnuwam z przywiązania do pani. Mówię do ciebie jak brat tkliwy. Odwagi, Klaro, poddaj się najboleśniejszej, największej ofierze, jakiej honor może domagać się od dziewicy. Tak, opłakuj — opłakuj swoją sprofanowaną miłość, ale wyrzecz się jej na zawsze. Proś Boga, aby zesłał zapomnienie. Ten którego kochałaś, nie jest ciebie godny...
Sędzia wstrzymał się nieco strwożony. Panna d’Arlange zsiniała jak trup...
Ale chociaż ciało upadało, dusza była jeszcze dość silna.
— Przecież powiedziałeś pan przed chwilą, — szepnęła głosem obumarłym, — że zbrodnię mógł popełnić pod wpływem szaleństwa...
— Nie inaczej, to bardzo możebne.
— W takim razie, mój panie, kto nie wie co czyni, nie jest winnym.
Sędzia śledczy zapomniał o pewnych niepokojących zapytaniach, które niegdyś, po wyzdrowieniu, zadawał sobie w łóżku.
— Ani sprawiedliwość, ani społeczeństwo, — odpowiedział bez namysłu, — nie mogą tego osądzić. Tylko Bóg jeden, który czyta w naszych sercach, może rozstrzygać w rzeczach, przechodzących ludzkie pojęcie. Dla nas pan de Commarin jest zbrodniarzem. Być może, że ze względu na niektóre okoliczności, kara będzie mniej surową, ale skutek moralny pozostanie niezmienny. Być może, że go uwolnią — pragnę tego, lubo się nie spodziewam ale mimo to będzie on zawsze shańbionym. Nigdy nie oczyści się z podejrzenia, że nikczemnie krew przelał. A więc rezygnacji, panno Klaro!...
Panna d’Arlange przerwała sędziemu piorunującem spojrzeniem.
— To znaczy! — zawołała, — że pan mi radzisz, abym go opuściła w tem wielkiem nieszczęściu. Wszyscy od niego się oddalają, a pan w swojej mądrości żądasz, ażebym zrobiła jak wszyscy. Mówiono mi, że wobec nieszczęśliwego, przyjaciele tak postępują. Kobiety, nie! Kiedy już ostatni przyjaciel haniebnie uciecze, kiedy ostatni krewny cofnie się i umyje ręce, kobieta zbliży się z pomocą, ze słowami pociechy i zostanie!
Sędzia żałował, że zaszedł za daleko; szczególnie Klara budziła w nim najwyższą obawę. Chciał jej przerwać, ale daremnie.
— Mogę być bojaźliwą, — mówiła z wzrastającą energja, — ale nie będę podłą. Wybrałam Alberta dobrowolnie, cokolwiek się stanie, ja się go nie zaprę! Nie, nigdy nie powiem: „Nie znam tego człowieka. Byłby mi oddał połowę swojej świetności i swojego majątku; czy chce, czy nie chce, ja dziś biorę połowę jego hańby i nieszczęścia! Dla dwojga kochających się serc, brzemię będzie mniej ciężkie. Uderz pan! Tak się przycisnę do jego piersi, że każdy pocisk, przeciw niemu wymierzony, i mnie dosięże! Pan, który mi radzisz zapomnieć, powiedz mi, gdzie można znaleźć zapomnienie! Ja, miałabym zapomnieć! Alboż mogłabym, gdybym nawet chciała? Ale ja nie chcę. Ja go kocham; a jak nie mogę rozkazać sercu, żeby w tej chwili bić przestało, tak nie mogę zaprzeć się tego szlachetnego uczucia. Jest więźniem, posądzonym o morderstwo; niech i tak będzie — ja go kocham. Jest winnym! co mię to obchodzi? ja go kocham. Pan go zasądzisz, pan go hańbą napiętnujesz; zasądzonego i napiętnowanego hańbą, ja go jeszcze będę kochała. Wyszlesz go na galery, ja pójdę za nim, i tam, pod suknią skazańca, ja go wiecznie będę kochała! Niech runie w przepaść, ja runę za nim! Nic, nic nas nie rozłączy, nawet śmierć! Jeśli wstąpi na rusztowanie, czuję, że ten cios i mnie zabije...
Pan Daburon ukrył twarz w obu dłoniach, lękał się bowiem, ażeby Klara nie dostrzegła na jego twarzy wymownych śladów zbytniej boleści.
— Jak ona go kocha! — myślał, — jak ona go kocha!...
Jego umysł gubił się w tłoku najczarniejszych refleksji. Miliardy szpilek zazdrości raniły mu serce. Jakże byłby szczęśliwy, gdyby on był przedmiotem tej gwałtownej namiętności, która przed nim wybuchła! A on sam miał niegdyś duszę gorącą i młodą, pragnącą miłości. Kto się o to troszczył? Poważano go, ceniono, nawet bano się, ale nie kochano — i ponoćnikt już kochać go nie będzie!... Czy nie był godnym? Dlaczegóż tylu ludzi przechodzi przez świat, nie zaznawszy rozkoszy miłości, podczas gdy drudzy, a nieraz i nikczemni, posiadają tajemniczą władzę rozbudzania namiętności, zdolnej do największych ofiar? Czy kobiety nie mają rozumu?
Milczenie panny d’Arlange pojednało sędziego z rzeczywistością.
Spojrzał na nią. Złamana samą gwałtownością egzaltacji, leżała w fotelu i z taką trudnością oddychała, iż pan Daburon sądził, że się jej słabo zrobiło. Szybko wyciągnął rękę, chcąc zadzwonić i wezwać pomocy. Ale Klara w czas go zatrzymała.
— Co pan chcesz czynić? — zapytała.
— Pani jesteś cierpiącą, — szepnął, — chciałem...
— Nic mi nie jest, — odparła, — nic... Na pozór wydaję się słabą, ale wierz pan, że jestem mocną, bardzo mocną! Prawda, że tak cierpię, jak nigdy nie przypuszczałam, żeby można cierpieć. Najstraszniej to mię boli, że musiałam zaprzeć się nawet wstydu. Musisz pan być zadowolony, że rozdarłam wszystkie zasłony, że mogłeś czytać w głębi mojego serca. Ale ja tego nie żałuję, bo uczyniłam to dla niego. Tylko to sobie wyrzucam, żem się zniżyła do bronienia jego niewinności. Pańska pewność zmięszała mię... Ale on przebaczy mi obelgę, wyrządzoną jego charakterowi. Człowieka, jak on, nie można bronić; powinno się udowodnić jego niewinność. Przy pomocy Boga — udowodnię!
Panna d’ Arlange podniosła się z godnością, jak gdyby chciała odejść, ale pan Daburon zatrzymał ją ruchem ręki.
Według jego przekonania, nieszczęście biednej dziewczyny byłoby jeszcze większe, jeśliby jej pozwolił odejść pod wpływem takiej ułudy. Skoro raz odważył się zacząć, powinien teraz zdążyć do celu. W dobrej wierze wmawiał w siebie, że w ten sposób ocali Klarę, chroniąc ją na przyszłość od słusznych wyrzutów. Chirurg zacząwszy niebezpieczną operację, musi ją skończyć, albowiem w przeciwnym razie, chory rzuca się, cierpi i krzyczy.
— Bardzo mi przykro, pani... zaczął.
Klara nie pozwoliła dokończyć.
— Dość, panie sędzio, dość! Cokolwiek chcesz powiedzieć jest zbyteczne. Szanuję pańskie nieszczęśliwe przekonanie, a nawzajem żądam niejakich względów dla mojego. Gdybyś pan w rzeczy samej był moim przyjacielem, rzekłabym otwarcie: Wspieraj mię w trudnem zadaniu. Ale pan byś tego nie uczynił...
Widocznie Klara czyniła wszystko, byle rozdrażnić sędziego. Jej namiętność wysławiała się tak samo, jak logika pana Tabareta. Kobiety ani rozbierają, ani rozumują; one czują i wierzą. W tem też leży ich wyższość. W oczach Klary pan Daburon był jej nieprzyjacielem, bo nie czuł jak ona.
Sędzia śledczy zrozumiał obelgę. Dręczony wyrzutami sumienia z jednej, a przekonaniem z drugiej strony, obsaczony przez obowiązek i namiętność — nie mógł teraz nic obmyśleć, nic postanowić. Szamotał się od trzech dni, jak dziecię, upierające się przy niedorzecznem żądaniu. Ale czemu upierał się przy twierdzeniu, że Albert jest winnym? On, który tak miłosiernym okazywał się dla każdego obżałowanego, nie chciał przypuścić możliwej pomyłki wobec tego jednego...
— Gdybyś pani znała dowody, które mam w ręku, — rzekł tonem zimnym, świadczącym o niezłomnem postanowieniu, — rozstałabyś się z resztą nadziei.
— Mów pan! — napierała Klara.
— Pani chcesz tego? Niech się stanie. Jeśli pani żądasz, rozbiorę szczegółowo wszystkie zarzuty, znajdujące się w posiadaniu sądu, bo pani wiesz, że nie od dziś do ciebie należę... Ale na co nam drobiazgów! Jest dowód jeden, najważniejszy, który sam może rozstrzygnąć. Morderstwo zostało dokonane w tłusty wtorek wieczór, a oskarżony nie umie powiedzieć, jak i gdzie spędził ten wieczór. A jednak wyszedł z domu, wrócił zaś dopiero o drugiej po północy. Ubiór był na nim podarty i powalany, a rękawiczki podrapane.
— Dosyć, panie sędzio, dosyć! — zawołała Klara, której oczy zajaśniały nagle najżywszą radością. — Pan mówisz że to był wieczór w tłusty wtorek?
— Tak, pani.
— Ach! ja byłam pewna, — wołała tonem zwycięzcy, — ja przecież panu mówiłam, że on jest niewinny!
Złożyła ręce a po ruchu ust można było poznać, że się modli.
Wyraz najżywszej ufności, ozdobił jej piękne oblicze. Przepełnione szczęściem serce, składało Bogu gorącą podziękę.
Sędzia był zbity z tropu. Z gorączkową niecierpliwością oczekiwał wyjaśnień.
— A więc? — zapytał bojaźliwie.
— Panie, — odpowiedziała Klara, — jeśli to największy dowód, to mogę pana zapewnić, że nie jest on żadnym dowodem. Albert spędził ów wieczór u mnie...
— U pani? — wyjąknął sędzia.
Pan Daburon był ogłuszony. Czy to we śnie, czy na jawie? Ramiona opadły mu bezładnie.
— Jakto! — mówił z wzrastającym niepokojem, — jakto, wicehrabia był u pani?... Zapewne musieli go widzieć słudzy, babka, guwernantka; zapewne z nim mówili!
— Nie, panie. Był i wyszedł, ale nikt go nie widział. Chciał być sam ze mną.
— Ach! — wtrącił sędzia i wolniej odetchnął.
Okrzyk ten tak się miał tłumaczyć: „Wszystko rozumiem; ale tego już za wiele. Chce go ratować kosztem własnej reputacji. Biedna dziewczyna!“
To „Ach!“ zrozumiała inaczej panna d’Arlange. Myślała, że pan Daburon dziwi się, iż ona ośmieliła się dać schadzkę Albertowi.
— Pańskie zdziwienie jest obelżywe, — rzekła.
— Pani!...
— Córka takich jak ja rodziców, może przyjmować narzeczonego bez niebezpieczeństwa i z pewnością nie będzie się potrzebowała rumienić...
Mówiła to, a równocześnie poczerwieniała ze wstydu, boleści i gniewu. Zaczęła nienawidzieć Daburona.
— Bynajmniej nie miałem obraźliwych myśli, jakie mi pani podsuwasz, — odpowiedział sędzia. — Pytałem się tylko, dla czego pan de Commarin, któremu bliski ślub pozwalał przychodzić otwarcie o każdej godzinie, uznał za stosowne widzieć się z panią pokryjomu?... Pytam się także, jakim sposobem mógł na tej schadzce podrzeć na sobie suknie?...
— To znaczy, panie sędzio, — podchwyciła Klara z goryczą, że pan wątpisz o prawdzie słów moich.
— Są okoliczności, pani...
— Pan mię posądzasz o kłamstwo, pan!... Bądź pan pewny, że gdybyśmy byli winnymi, nie zniżylibyśmy się aż do usprawiedliwienia. Mybyśmy pewnie ani prosili, ani żebrali łaski!
Dumny i uszczypliwy ton panny d’Arlange, musiał obrazić sędziego. Jak ona go traktuje! A wszystko to dla tego, że nie chciał się dać oszukać.
— Przedewszystkiem, — odpowiedział poważnie, — jestem sędzią i mam obowiązek do spełnienia. Popełniono zbrodnię; zbieg okoliczności mówi, że pan Albert de Commarin jest winowajcą, więc każę go więzić. Wypytuję go i we własnych jego słowach widzę obciążające szczegóły. Pani twierdzisz, że one są fałszywe — ale to nie wystarcza. Jak długo przemawiałaś do mnie jak do przyjaciela, bolałem i współczułem. Teraz mówisz do sędziego, a ten sędzia odpowiada: Udowodnij!
— Moje słowo, panie...
— Udowodnij!
Panna d’ Arlange podniosła się zwolna, patrząc na sędziego wzrokiem zdziwienia i podejrzliwości.
— Czy byłbyś pan może szczęśliwym, — zapytała podniesionym głosem, — gdyby Albert był w rzeczy samej winnym? Czy pragniesz go skazać? Czy może pan nienawidzisz tego nieszczęśliwego, którego los spoczywa w twoim ręku? Omal że nie odpowiem potwierdzająco... Możesz pan ręczyć za swoją bezstronność? Czy dawne wspomnienia nie odgrywają tu żadnej roli? Czy może on być pewny, że pan, uzbrojony w nielitościwe prawo, nie ścigasz w nim współzawodnika?
— Tego za wiele! — mruknął sędzia, — za wiele!
— Czy wiesz pan, — ciągnęła Klara zimno, — że nasze położenie jest wyjątkowe i niebezpieczne? Pewnego dnia, dobrze to pamiętam, pan wynurzyłeś mi swoją miłość. Zdawało mi się, że to uczucie było szczere i głębokie; byłam wzruszoną. Musiałam je odrzucić, ponieważ kochałam innego; bolałam nad panem. Teraz ten drugi jest posądzony o popełnienie morderstwa, a pan jesteś jego sędzią. Ja zaś staję między wami, prosząc pana za tamtym. Przyjąć sąd nad nim, znaczy stać się wszystkiem dla niego, a tymczasem możnaby powiedzieć, że pan jesteś przeciw niemu...
Każde słowo Klary padało na serce pana Daburon, jak uderzenia ręką na jego twarz.
— Czy to ona mówi? Zkąd się u niej wzięła ta nagła odwaga i kto ją nauczył dobierać wyrazów, raniących jego serce?
— Pani, — rzekł, — boleść sprowadza cię z drogi rozważnego sądu. Tylko pani mogę to przebaczyć co usłyszałem. Twoja nieświadomość rzeczy robi cię niesprawiedliwą; pani się mylisz. Mnie przekonać, to nic — trzeba przekonać także i innych. Że ja pani wierzę, to całkiem naturalne — przecież znam panią. Ale czy drudzy uwierzą opowiadaniu prawdziwemu, według mnie, bardzo prawdziwemu — lecz dla nich nieprawdopodobnemu?
Łzy cisnęły się Klarze do oczu.
— Jeśli niesprawiedliwie obraziłam cię, panie, — rzekła głosem drżącym, — przebacz mi!... Nieszczęście robi mię złą.
— Pani nie możesz mię obrazić, — odparł sędzia, — przecież mówiłem, że należę do pani...
— Jeśli tak, to pomóż mi udowodnić, że to co mówię, jest szczerą prawdą. Wszystko panu opowiem.
Pan Daburon był głęboko przekonany, że Klara chce podejść jego dobrą wiarę. Mimo to jej pewność dziwiła go do najwyższego stopnia. Sam siebie pytał, jaką też bajkę mogła sobie ułożyć?
— Panie, — zaczęła Klara, — pan wiesz, jakie trudności stały na drodze mojemu związkowi z Albertem. Pan de Commarin nie chciał uznać mię za synowę, bo jestem biedną, bo nic nie mam. Albert walczył przez pięć lat, zanim udało mu się złamać upór ojca. Dwa razy hrabia ustąpił i dwa razy cofał dane słowo, mówiąc, że przyrzeczenie wydarto mu podstępem. Nakoniec będzie temu miesiąc, dobrowolnie dał przyrzeczenie. Tymczasem jego wahanie, powolność i obelżywe zrywania, obraziły śmiertelnie moją babkę. Pan znasz jej drażliwy charakter; muszę jednakże przyznać, że tym razem miała słuszność. Jakkolwiek dzień ślubu był już oznaczony, margrabina oświadczyła, że nie chce siebie i swoją wnuczkę skompromitować, albowiem hrabia mógłby z czasem powiedzieć, że nam wyświadczył łaskę. Po długich prośbach z mojej strony, ustąpiła nareszcie pod warunkiem, żeby aż do ogłoszenia ostatniej zapowiedzi, Albert spędzał u nas tylko dwie godziny na dzień, i to zaraz po objedzie, w jej obecności. Tego postanowienia nie mogliśmy już zniweczyć. Takie było położenie, gdy w niedzielę zrana przyniesiono mi bilet od Alberta. Donosił w nim, że sprawy pierwszorzędnej doniosłości nie pozwalają mu przyjść do nas. Co go mogło wstrzymać? Przeczuwałam jakieś nieszczęście. Nazajutrz oczekiwałam go z niecierpliwością, z obawą, ale zamiast Alberta przyszedł jego pokojowiec, z listem dla mnie, adresowanym do panny Schmidt. W tym liście Albert zaklinał mię, ażebym mu wyznaczyła schadzkę. Potrzebuje, twierdził, rozmówić się ze mną obszernie, ze mną samą i to jak najprędzej. Nasza przyszłość, dodał, zawisła od tego widzenia się... Pozwolił mi wybrać dzień i godzinę, prosząc tylko, ażebym się przed nikiem nie zwierzała. Nie wahałam się ani chwilę. Odpowiedziałam mu, że we wtorek wieczór, oczekuję go przy małej furtce ogrodowej, wiodącej na bezludną ulicę. Aby mię ostrzedz o swojem przybyciu, powinien zapukać do furtki, z uderzeniem dziewiątej na zegarze domu Inwalidów. Wiedziałam, że moja babka sprosiła na ten wieczór dość liczne grono przyjaciół; spodziewałam się, że zmyślając ból głowy, będę mogła wyjść z salonu i odzyskać wolność. Wiedziałam także, że margrabina d’Arlange zatrzyma przy sobie pannę Schmidt...
— Przepraszam panią, — przerwał nagle pan Daburon, — którego dnia pisałaś pani do pana Alberta?
— We wtorek.
— Możesz pani oznaczyć godzinę?
— Prawdopodobnie wysłałam list między drugą a trzecią z południa.
— Dziękuję pani. Słucham.
— Moje obliczenia, — ciągnęła Klara, — wcale mię nie zawiodły. Na kilka minut przed godziną dziewiątą byłam już wolną, więc szybko pobiegłam w umówione miejsce. Udało mi się znaleźć klucz od małej furtki, zaczęłam go próbować. Niestety! daremnie starałam się ją otworzyć, zamek zardzewiał, napróżno wytężałam wszystkie siły. Byłam w rozpaczy, słysząc, że na Inwalidach bije już dziewiąta. Po trzeciem uderzeniu, Albert zapukał. Natychmiast powiedziałam mu o niefortunnym wypadku i rzuciłam klucz przez mur, ażeby próbował z drugiej strony. I jego usiłowania były bezskuteczne. Zaczęłam go prosić o odroczenie schadzki do jutra. Odpowiedział, że to niemożebne, ponieważ tajemnica, którą ma mi wyjawić, nie cierpi zwłoki. Od trzech dni nosi się z nią i to go unieszczęśliwia. Jak pan łatwo możesz się domyśleć, rozmawialiśmy przez furtkę. Nakoniec oświadczył, że przelezie mur. Bojąc się jakiego wypadku, błagałam, by tego nie czynił. Pan wiesz, że mur jest bardzo wysoki i że jego wierzch jest najeżony kawałkami szkła potłuczonego, a prócz tego gałęzie rosnących w pobliżu akacyj, tworzą nad nim rodzaj żywopłotu. Ale on począł żartować z mojej obawy i rzekł, że tylko wyraźny zakaz z mojej strony może go wstrzymać od tego postanowienia. Nie miałam odwagi powiedzieć „nie.“ Na szczęście Albert jest bardzo zgrabny, więc bez wypadku znalazł się w ogrodzie. To, co mi miał powiedzieć, panie sędzio, odnosiło się do katastrofy, która go spotkała. Siedzieliśmy na małej ławeczce, pan wiesz, na tej samej, która znajduje się tuż koło gaiku; następnie, gdy deszcz zaczął padać, schroniliśmy się do altany. Po północy Albert odszedł spokojny i prawie wesół. Na ulicę dostał się w ten sam sposób, tylko z mniejszem niebezpieczeństwem, albowiem zmusiłam go do użycia ogrodowej drabinki, którą potem, gdy już był na drugiej stronie, położyłam wzdłuż, muru...
Ta opowieść, wygłoszona tonem prostym i naturalnym, zmięszała pana Daburona. Co o tem myśleć?
— Pani, — zapytał, — czy w chwili, kiedy pan Albert przełaził mur, deszcz już padał?
— Nie jeszcze. Pierwsze krople upadły, gdyśmy usiedli na ławce; przypominam to sobie bardzo dobrze, bo gdy rozprzestrzenił parasol, pomyślałam o Pawle i Wirginji.
— Pozwól pani... niezwłocznie będę na jej rozkazy...
Usiadł przy biurku i z największą szybkością napisał dwa listy.
W pierwszym rozkazywał, ażeby Albert był niezwłocznie przyprowadzony do pałacu Sprawiedliwości, do jego gabinetu.
W drugim polecał ajentom, ażeby natychmiast udali się na dzielnicę St. Germain, do pałacu d’Arlange, dla przekonania się, czy na murze znajdują się jakie ślady. Tłumaczył, że przez mur ktoś przełaził dwa razy, przed i po deszczu, skutkiem czego ślady powinne być odmienne. Zarazem polecał ajentom jak największą przezorność.
Zaledwie skończył, zadzwonił na służącego, który wszedł.
— Oto, — rzekł, — dwa listy, które wręczysz Konstantemu, mojemu pisarzowi. Poprosisz go, ażeby je odczytał — i natychmiast, rozumiesz? natychmiast kazał spełnić zawarte w nich rozkazy. Spiesz się, weź dorożkę, tylko prędko! Ach! jeszcze słowo... W razie, gdyby Konstanty nie był w moim gabinecie, poszlij po niego. A teraz na jednej nodze.
Pan Daburon wrócił do Klary.
— Czy przypadkiem nie zachowałaś pani listu, w którym pan Albert prosił cię o schadzkę?
— Owszem, panie sędzio, muszę go nawet mieć przy sobie.
Powstała, a poszukawszy w kieszeni, wyjęła pomięty papier.
— Oto jest.
Sędzia wziął papier. Podejrzenie szeptało mu złośliwie: Ten list kompromitujący znajduje się w sam raz w kieszeni Klary... Dziewczęta nie zwykły nosić przy sobie tego rodzaju biletów. Jednym rzutem oka odczytał list cały.
— Bez daty, — szepnął, bez pieczątki, bez niczego...
Klara nie słyszała; w tej chwili łamała sobie głowę nad pytaniem, jak udowodnić tę schadzkę.
— Panie! — zawołała nagle, — nie raz się zdarza, że gdy pragniemy być sami, właśnie ktoś nas widzi. Błagam pana, poszlij, po całą służbę mojej babki, wypytaj wszystkich kolejno, a kto wie, czy przez którego z nich Albert nie był widzianym.
— Wypytywać służbę!... Jakto?...
— Pan się boisz, żebym się nie skompromitowała? Mniejsza o to, byle on był wolny.
Pan Daburon musiał ją podziwiać.
Jakie szczytne przywiązanie tego dziewczęcia! Mniejsza czy mówi prawdę, czy zmyśla. Tylko on mógł ocenić gwałt, jaki sobie od godziny zadawała, on, który tak dobrze znał jej charakter.
— To jeszcze nie wszystko, — dodała; — klucz od małej furtki, który rzuciłam Albertowi, został u niego. Musiał go gdzieś schować. Jeśli go znajdziecie w jego mieszkaniu, będzie to dowodem, że Albert był w moim ogrodzie.
— Wydam stosowne rozkazy.
— Jest jeszcze jeden sposób, — podchwyciła Klara, — podczas gdy ja tu jestem, każ pan obejrzeć mur.
— Rozkazałem w jednym z tych listów, które wziął służący.
Klara powstała rozpromieniona i po drugi raz podała rękę sędziemu.
— Ach! dzięki! dzięki! — zawołała — stokrotne dzięki! Teraz widzę, że pan jesteś z nami. Ale jeszcze jedna myśl... Mój list z wtorku, Albert musi mieć u siebie.
— Nie ma, pani; spalił go...
Oczy Klary powlokły się chmurą — cofnęła się o krok.
Zdawało się jej, że w odpowiedzi sędziego przebijała się ironja. Ale posądzenie było niesłuszne. Sędzia pamiętał, że we wtorek po południu Albert rzucił w płomień na kominku list, który zapewne pochodził od narzeczonej. A więc do niej stosowały się słowa: „Nie zdoła mi się oprzeć.“ Sędzia widział teraz jasno.
— Czy przyznasz pani, pytał pan Daburon, — że wice-hrabia de Commarin, zamiast opowiedzieć nagą prawdę, starał się wprowadzić w błąd sprawiedliwość, przez co mnie samego naraził na największe nieprzyjemności...
— Zdaje mi się, panie sędzio, że człowiek honorowy nie może bez wyraźnego upoważnienia wyjawić, iż z młodą dziewczyną miał tajemniczą schadzkę. Prędzej można narazić swoje życie, niż honor tej, która mu zaufała. Ale bądź pan pewny, że Albert liczył na mnie...
Tłumaczeniu panny d’Arlange nie można było nic zarzucić.
— Sprawa jeszcze nie skończona, — podchwycił sędzia; — wszystko co z ust pani usłyszałem, będziesz pani musiała, powtórzyć w pałacu Sprawiedliwości, w moim gabinecie. Mój pisarz skreśli te zeznania, a pani je podpiszesz. Może z trudnością przyjdzie to pani uczynić, ale taka formalność jest niezbędną.
— Ach! panie, rozkazowi poddaję się z największą przyjemnością. Co może być dla mnie przykrem na myśl, że jemu tem służę? Alboż nie byłam na wszystko przygotowaną? Gdyby go byli powlekli do sali sędziów przysięgłych i tam byłabym chętnie poszła. Tak, byłabym poszła, i tam, wobec wszystkich, byłabym głośno zeznała prawdę. Bez wątpienia, — dodała smutnym tonem, — obecni patrzyliby na mnie jak na bohaterkę z romansu, ale co mię obchodzi opinja, nagana, albo pochwała świata, gdy jestem pewną, że on mię kocha?
Powstała, poprawiając zarzutkę i wstążki u kapelusza.
— Czy potrzebuję, — zapytała, — czekać przybycia ludzi, którzy poszli mur oglądnąć?
— To zbyteczne...
— W takim razie, rzekła Klara słodkim głosem, — nie pozostaje mi już nic, jak tylko prosić pana, — tu złożyła ręce, błagać pana, — oczy łzami jej zaszły, — ażebyś jak najprędzej wypuścił Alberta z więzienia.
— Zwrócę mu wolność, jak tylko będę mógł: daje pani na to moje słowo.
— Ach! jeszcze dziś, drogi panie Daburon, dziś, proszę pana — zaraz... Kiedy jest niewinnym, uczuj litość, przecież pan jesteś naszym przyjacielem. Czy chcesz, bym ci padła do nóg?
Sędzia szybko wyciągnął ramiona, aby ją wstrzymać.
Czuł dławienie — okropnie cierpiał.
Ach! jak zazdrościł losu swojemu więźniowi.
— To, o co mię pani prosisz, jest nie możebne do wykonania, — rzekł głosem przygasłym, — nie możebne, na honor!... Ach! gdyby to zawisło tylko odemnie!... nie mógłbym, chociażby nawet był winnym, oprzeć się łzom i prośbom pani.
Panna d’Arlange, tak silna przez cały czas, nie mogła wstrzymać się od głośnego łkania.
— Mój Boże! — zawołała, — on jęczy w więzieniu, a ja jestem wolną i nie mogę mu pomódz! Mój Boże! jakże ja cierpię!... Wielki Boże! naucz mię tej mowy, która porusza serca ludzkie! Komuż mam upaść do nóg, aby uzyskać łaskę?!
Wstrzymała się, zdziwiona własnemi słowy.
— Mówiłam o łasce? — podchwyciła dumnie, — on nie potrzebuje łaski! Dla czegóż jestem słabą kobietą? Czy nie znajdę człowieka, któryby mię chciał wesprzeć? Tak! — zawołała po chwili namysłu, — jest jeden człowiek, który powinien ratować Alberta, bo przecież on wtrącił go w tę przepaść, jest hrabia de Commarin! Jest jego ojcem, a opuścił go! A więc dobrze, pójdę do niego i przypomnę mu, że ma syna!...
Sędzia chciał ją wyprowadzić do przedpokoju, ale ona już wyszła z panną Schmidt.
Pan Daburon na pół obumarły, runął na fotel. W jego oczach perliły się łzy gorące.
— Oto kobieta! — szeptał do siebie. — Ach! mój wybór nie był pospolity. Od pierwszej chwili przeczuwałem w niej wszystkie wielkości...
Nigdy ją tak nie kochał i czuł, że nigdy go tak nie bolało, iż nie był kochany.
Ale pośród tych rozmyślań, podejrzenie ostre jak strzała, przeszyło jego mózg.
— Czy Klara mówiła prawdę? Czy tylko nie odegrała roli, której oddawna wyuczyła się na pamięć? Nie, z pewnością nie!
Ale kto wie, czy nie nadużyto jej dobrej wiary, czy ją samą nie oszukano?
W takim razie przepowiednie Tabareta sprawdziłyby się do ostatniej głoski.
Tabaret mówił: „Przygotuj się pan na niezachwiane alibi.“
Jak teraz zdemaskować kłamcę, którego Klara wspiera w dobrej wierze?
Jak rozbić zręcznie obmyślany plan, według którego obżałowany mógł bez mieszania się spokojnie oczekiwać przewidzianego rezultatu?
A jeśli opowieść Klary jest w rzeczy samej prawdziwą, jeśli Albert jest niewinnym!...
Sędzia gubił się w najrozmaitszych przypuszczeniach, z których każde było prawdopodobne, nie mogąc sam ułożyć żadnego projektu.
Powstał.
— A teraz, — rzekł głośno, — jak gdyby dla dodania sobie odwagi, — jedźmy do pałacu Sprawiedliwości, tam wszystko się wyjaśni...
Wizyta Klary zdziwiła pana Daburona.
Pan de Commarin zdziwił się jeszcze bardziej, skoro służący, wszedłszy do pokoju i nachyliwszy się do jego ucha, oznajmił, że panna d’Arlange pragnie pomówić chwilkę z panem hrabią.
Pan Daburon wypuścił z ręki kosztowną skrzyneczkę; pan de Commarin, który był właśnie przy stole, upuścił nóż na talerz.
I tak samo jak sędzia, powtórzył:
— Klara! Wahał się, ażali ma ją przyjąć, bo przewidywał scenę bolesną...
Ku niemu nie musiała czuć żadnego, albo przynajmniej bardzo małe przywiązanie, bo przecież on odtrącał ją od lat tylu. Po co teraz przyszła? Zapewne chciała się wywiedzieć o losie Alberta. Co odpowiedzieć?
Prawdopodobnie dostanie ataku nerwowego, co dla żołądka po jedzeniu może być bardzo niebezpiecznem, bo utrudni siłę trawienia...
Jednakowoż pomyślawszy, jak wielką boleść przejść musiała, postanowił być miłosierniejszym.
Powiedział sobie, że byłoby niegodnem jego charakteru, gdyby tę, która miała być jego córką, wice-hrabiną de Commarin, odtrącił od swojego progu.
Wydał przeto rozkaz, aby ją poproszono do małego salonu na dole, dokąd zaraz przyjdzie.
Rzeczywiście, w kilka sekund wstał od stołu, apetyt bowiem opuścił go na samą wiadomość o tej wizycie. Przygotował się na najgorsze.
Jak tylko wszedł, Klara powitała go tym pełnym godności ukłonem, którego nauczyła się od babki, markizy d’Arlange.
— Panie hrabio... — zaczęła.
— Biedne dziecię, zapewne przyszłaś, ażeby się dowiedzieć o tym nieszczęśliwym?
Temi słowy przerwał Klarze, chcąc szybkiem zdążeniem do celu skrócić niemiłe odwiedziny.
— Nie, panie hrabio, — odpowiedziała dziewica, — raczej chcę panu podać nowe szczegóły. Czy pan wiesz, że on jest niewinny?
Hrabia wpatrywał się w nią uporczywie w przekonaniu, że boleść pomieszała jej zmysły. Ale w takim razie warjacja jej była bardzo spokojną.
— Nigdy o tem nie wątpiłam, — ciągnęła Klara, — ale teraz mam niezbite dowody.
— Czy dobrze pomyślałaś, moje biedne dziecię, nad tem co mówisz? — pytał hrabia, którego wzrok zdradzał niedowierzanie.
Panna d’Arlange zrozumiała, jakie myśli może mieć stary szlachcic.
— Wszystko co mówię, — odparła spokojnie, — jest szczerą prawdą i nie trudną do stwierdzenia. Właśnie przychodzę od sędziego śledczego, pana Daburen, który należy do przyjaciół mojej babki, a potem, co mu wyjawiłam, jest już przekonany, że na Albercie nie cięży żadna wina.
— Klaro! czy on ci to powiedział? — zawołał hrabia. — Moje dziecię, czy jesteś tego pewną, czy się nie mylisz?
— Nie, nie mylę się, panie hrabio. Wyjawiłam mu jedną rzecz, o której nikt nie wiedział, a o której Albert, jako człowiek honoru, nie mógł także mówić. Powiedziałam mu, że Albert spędził ze mną, w ogrodzie mojej babki cały ów wieczór, kiedy zbrodnia została popełnioną. Żądał odemnie schadzki...
— Ale twoje słowo nie wystarcza.
— Są dowody, a sprawiedliwość już je ma w ręku.
— Czy możebne! Wielki Boże! — zawołał hrabia, odchodząc od przytomności.
— Ach, panie hrabio! — zauważyła panna d’Arlange z goryczą, — pan jesteś jak sędzia, wierzyłeś w niemożliwe. Pan jesteś jego ojcem, a jednak podejrzywałeś! A więc pan go nie znałeś! Pan opuściłeś syna, nie starając się go bronić! Ach! ja się nie wahałam, nie!
Łatwo wierzymy w to, czego całą duszą pragniemy. Pan de Commarin nie był trudnym do przekonania. Nie rozmyślając, nie rozprawiając, uwierzył twierdzeniom Klary. Podzielał jej pewność nie pytając się, ażali postępował roztropnie.
W pierwszej chwili był tak ogłuszony pewnością sędziego, że pomimo woli powiedział sobie, iż nieprawdopodobieństwo jest prawdą — i pochylił czoło. Jedno słowo młodego dziewczęcia, naprowadziło go na inną drogę. Albert niewinny! Ta myśl zstąpiła na jego serce, jak rosa niebiańska.
W Klarze widział wysłannika szczęścia i nadziei.
Dopiero od trzech dni zmierzył wielkość swojego uczucia dla Alberta. Kochał go szczerze, ponieważ nigdy, pomimo strasznego podejrzenia co do prawdziwości swojego ojcowstwa, nie byłby się pojednał z myślą, że go będzie musiał oddalić od siebie.
Od trzech dni, wspomnienie zbrodni, zarzuconej temu nieszczęśliwemu i myśl kary, która Alberta czekała, zabijały go fizycznie i moralnie. A on jest niewinny!
Nie będzie już hańby, ani procesu skandalicznego, ani błota na tarczy herbowej; nazwisko Commarin nie będzie już wygłaszane przed trybunałem.
— W takim razie, panno Klaro, — rzekł hrabia, — powinni go zaraz uwolnić.
— Niestety! hrabio, daremnie błagałam, ażeby mu natychmiast zwrócono wolność. Nie prawdaż, że to słuszne, bardzo słuszne, kiedy jest niewinny? Ale sędzia odpowiedział, że to nie możliwe, bo on sam nie jest wszechwładnym i że los Alberta zawisł od wielu osób. Otrzymawszy taką odprawę, postanowiłam przyjść tu i prosić pana o pomoc.
— Czy jest co w mojej mocy?
— Przynajmniej zdaje mi się... Ja jestem biedną dziewczyną i nie znam nikogo. Nie wiem co potrzeba zrobić, ażeby go wyrwać z tego więzienia. A jednak musi być jakiś sposób. Przecież sprawiedliwość jest na prawdzie opartą. Czy pan nie użyjesz wszelkich środków możliwych, pan, który jesteś jego ojcem?
— Tak, tak, zrobię wszystko, — odparł żywo pan de Commarin, — tak, i to natychmiast.
Od uwięzienia Alberta, hrabia był pogrążony w czarnem osłupieniu. W swojej boleści głębokiej, nie widząc do koła siebie nic, prócz gruzów i nieszczęść, nie zrobił żadnego wysilenia, ażeby odzyskać jasność myśli. Ten człowiek, niegdyś tak ruchliwy i czynny, osłupiał jak dziecko. Lubował się w tym stanie paraliżu mózgowego, który nie pozwalał mu czuć wielkości nieszczęścia. Głos Klary zabrzmiał w jego uszach, jak trąba archanioła w dzień zmartwychwstania. Straszna noc uleciała, na widnokręgu ujrzał pierwszy blask poranny — odzyskał energię młodzieńczą.
— Chodźmy, — rzekł.
Ale niezwłocznie jego rozpromienione oblicze okryło się chmurą smutku, zmięszaną z gniewem.
— Ale gdzie pójdziemy? — pytał z pochyloną głową. — Gdzie? W jakie drzwi możemy na pewne zapukać? Dawniej byłbym poszedł do króla. Ale dziś!... Nawet sam wasz cesarz nie mógłby pogwałcić prawa. Odpowiedziałby mi, ażebym czekał na orzeczenie panów sędziów, i że nic nie może. Czekać!... A mój syn liczy minuty ze śmiertelnym niepokojem! Bez wątpienia, uzyskamy sprawiedliwość, lecz żeby do niej szybko zdążyć, potrzeba być panem sztuki, której uczą w nowoczesnych szkołach.
— Ale bądź co bądź, starajmy się, panie hrabio... — napierała Klara, — chodźmy do sądów, do jenerałów, ministrów, wszędzie! Tylko chodź ze mną, a ja będę mówiła, ja — i przekonasz się, że zwyciężymy.
Hrabia wziął w swoje dłonie drobne rączki Klary, ściskając je z ojcowską tkliwością.
— Cudowne dziecię! — zawołał z uniesieniem, — ty jesteś szlachetną i odważną! Klaro! dobra krew nie może zwieść. O! ty będziesz moją córką, i wy będziecie szczęśliwi, Albert i ty... Ale rozważ, że nie możemy rzucać się na oślep. Aby wiedzieć, do kogo właściwie mamy się udać, potrzebujemy przewodnika, adwokata, przyjaciela... Ach! — zawołał radośnie, — wygraliśmy! Noel!...
Klara podniosła ze zdziwieniem swoje piękne oczy na hrabiego.
— To mój syn, — odpowiedział pan de Commarin, widocznie zmięszany, mój drugi syn, brat Alberta. Najzacniejszy i najszlachetniejszy młodzieniec, dodał, przypomniawszy sobie szczęśliwie frazes pana Daburona. Jest adwokatem, pałac Sprawiedliwości zna wyśmienicie, więc on nas poprowadzi.
To imię Noel, rzucone pośród rozmowy czarującej nadzieją, zaniepokoiło Klarę.
Hrabia spostrzegł tę zmianę.
— Nie trwoż się, drogie dziecię, — ciągnął, Noel jest dobry i powiem ci więcej, on kocha Alberta. Nie potrząsaj głową, mała sceptyczko, Noel pierwszy mi powiedział, że nie wierzy w winę Alberta. Oświadczył mi, że dołoży wszelkich starań, aby rozchwiać błąd fatalny i że będzie jego adwokatem.
Ale te słowa nie uspokoiły młodą dziewicę. Mówiła do siebie: „Co dla Alberta uczynił ten Noel?“ Mimo to nie dała żadnej odpowiedzi.
— Poszlemy po niego, — mówił dalej pan de Commarin, — w tej chwili jest przy matce Alberta, która go wychowała. Ona właśnie kona...
— Matka Alberta?
— Tak, moje dziecię. Albert wytłumaczy ci tę zagadkę. Ale czas spieszy. Lecz zdaje mi się...
Wstrzymał się nagle. Pomyślał, że zamiast posyłać po Noela, byłoby może lepiej odwiedzić go u pani Gerdy. Tak więc zobaczy i Walerję, a od tak dawna chciał się z nią widzieć!
Są postanowienia, do których serce zmierza, a których jednakowoż radzibyśmy uniknąć, ponieważ wstrzymują nas tysiączne względy delikatne i rozważne.
Chcemy, pożądamy, pragniemy, a jednak walczymy, ścieramy się i opieramy. Ale niech się tylko zdarzy dobra sposobność, a nieomieszkamy z niej korzystać. Wtedy wobec nas samych mamy wymówkę.
W ten sposób ustępując prądowi namiętności, możemy sobie powiedzieć: „Nie ja tego chciałem, ale los.“
— Może byłoby lepiej, — zauważył hrabia, — gdybyśmy pojechali do Noela.
— A więc jedźmy.
— Ale, moje drogie dziecię, — rzekł wahając się hrabia, — nie wiem czy mogę, czy powinienem wziąć ciebie. Względy...
— Ach! panie hrabio, mniejsza o względy towarzyskie! — odparła żywo Klara. — Z tobą i dla niego pójdę nawet do piekła! Alboż nie potrzeba moich wyjaśnień? Zechciej pan tylko ostrzedz moją babkę przez pannę Schmidt, która tu będzie czekała naszego powrotu. Jestem na rozkazy, panie hrabio.
— Niech się stanie!
Pan de Commarin zadzwonił i krzyknął.
— Konie!
Na schodach podał ramię Klarze.
— Zrobiłaś mię młodszym o lat dwadzieścia, — mówił uprzejmie, — muszę zatem grać rolę człowieka młodego, bo tobie to zawdzięczam.
A gdy wsiedli do powozu, zawołał:
— Ulica św. Łazarza, tylko prędko!
Jeśli hrabia, wsiadając do powozu, wydał rozkaz: „Prędko!“ przechodnie powinni się mieć na baczności. Woźnica był bardzo zręczny — w oznaczonem miejscu stanęli bez przypadku.
— Wywiedziawszy się u odźwiernego, hrabia i Klara skierowali kroki ku apartamentom pani Gerdy.
Hrabia szedł powoli, trzymając się ręką poręcza i zatrzymując się co chwila dla nabrania oddechu. Za chwilę zobaczy Walerję! Wzruszenie ściskało mu serce.
— Czy jest pan Noel Gerdy? — zapytał służącę.
Adwokat właśnie co wyszedł. Nie wiedziano dokąd się udał, ale odchodząc, powiedział, że wróci najpóźniej za pół godziny.
— A więc poczekamy na niego, — rzekł hrabia.
Postąpił naprzód z Klarą, a służąca usunęła się na bok pokornie.
Wprawdzie Noel zakazał wpuszczać kogokolwiek, ale postać hrabi de Commarin była jedną z tych, które sługom każą zapomnąć o wszystkich zakazach.
W salonie, dokąd służąca wprowadziła Klarę i hrabiego, znajdowało się kilka osób.
Był tu proboszcz miejscowej parafji, lekarz i jakiś człowiek wysokiego wzrostu, oficer legji honorowej, w którym postawa i zachowanie się, zdradzały starego żołnierza.
Stojąc przy kominku, rozmawiali; zjawienie się nowo przybyłych, nie mało ich zdziwiło.
Odpowiedziawszy ukłonem na pozdrowienie pana de Commarin i Klary, rozmawiali się i radzili spojrzeniem.
Chwila wahania się była krótka.
Wojskowy przysunął fotel pannie d’Arlange.
Hrabia zrozumiał, że jego obecność była nie na rękę. Nie miał tyle odwagi, ażeby się przedstawić i wytłumaczyć swoją wizytę.
— Przepraszam panów, — rzekł nareszcie, — że jestem niegrzecznym. Nie myślałem, że nim będę pytając o pana Noela Gerdy, z którym koniecznie muszę się widzieć. Jestem hrabią de Commarin.
Usłyszawszy to nazwisko, stary żołnierz puścił fotel, który jeszcze trzymał i podniósł się w całej postawie. Błyskawica gniewu zajaśniała w jego oczach, a na ustach osiadł wyraz pogróżki. Chciał coś przemówić, ale się wstrzymał i z pochyloną głową odszedł ku oknu.
Ani hrabia, ani obaj drudzy panowie nie zauważali tych rozmaitych ruchów. Ale nie uszły one uwadze Klary.
Podczas gdy panna d’Arlange siadała na pozór spokojnie, hrabia dość zakłopotany swojem położeniem, zbliżywszy się do księdza, zapytał cichym głosem:
— W jakim stanie, księże proboszczu, znajduje się pani Gerdy?
Lekarz, który miał słuch delikatny, usłyszał zapytanie i szybko się zbliżył.
Uważał się za szczęśliwego, że może pomówić i zawrzeć znajomość z osobistością tak głośną i prawie znakomitą, jak hrabia de Commarin.
— Według wszelkiego prawdopodobieństwa, panie hrabio, — odrzekł wyręczając księdza, — nie przeżyje dnia.
Hrabia zbliżył rękę do czoła, jak gdyby go co zabolało. Wahał się z nowem zapytaniem.
Ale po dłuższym przeciągu grobowego milczenia, zdecydował się znowu zapytać:
— Czy odzyskała przytomność?
— Nie, mości hrabio. Od wczorajszego wieczoru zachodzą w niej wielkie zmiany. Przez całą noc było bardzo źle, miała częste napady szaleństwa. Przed godziną odzyskała nieco przytomność, więc niezwłocznie posłaliśmy po księdza proboszcza.
— Niestety za późno! — odrzekł kapłan, wielkie nieszczęście! Straciła głowę... Biedna kobieta! Znam ją od lat dziesięciu, przynajmniej raz na tydzień przyjmowała mię w swoim domu, trudno sobie wyobrazić szlachetniejszą osobę.
— Musi okrutnie cierpieć, — wtrącił lekarz.
Prawie natychmiast i jakby na potwierdzenie słów lekarza, z drugiego pokoju doleciały stłumione krzyki.
— Czy panowie słyszycie? — zawołał hrabia i zadrżał na całem ciele.
Klara nic nie rozumiała z tej sceny zagadkowej. Złowrogie przeczucia ściskały jej serce, czuła, że atmosfera nieszczęścia w okół ją oblała. Niewytłumaczona trwoga ogarnęła jej duszę. Powstawszy, zbliżyła się do hrabiego.
— Zapewne musi tam leżeć... — mówił dalej pan de Commarin, wskazując palcem na sypialnię, od której drzwi były otworzone...
— Tam, panie hrabio, — odrzekł surowym głosem stary żołnierz, zbliżając się do stojącej grupy.
W każdym innym razie, hrabia byłby zauważył ton tego starca. Ale teraz ani spojrzał na niego. Był nieczułym na wszystko. Alboż nie znajdował się od niej o dwa kroki? Jego myśli pożerał czas ubiegły. Zdawało mu się, że wczoraj widział i mówił z nią po raz ostatni.
— Radbym ją zobaczyć, — przemówił prawie trwożliwie.
— To niemożebne! — odparł wojskowy.
— Dla czego? — wyjąknął hrabia.
— Przynajmniej, panie de Commarin, — podchwycił żołnierz, — pozwól jej spokojnie umrzeć...
Hrabia cofnął się, jak gdyby przed pogróżką. Jego wzrok zbiegł się ze spojrzeniem starego żołnierza; spuścił oczy jak winowajca przed swoim sędzią.
— Ależ nic nie szkodzi, — przemówił lekarz, który udawał, że nic nie widzi, — pan hrabia może wejść do pani Gerdy... Prawdopodobnie nie pozna go — a gdyby nawet...
— Ach! ona nikogo nie poznaje, — odrzekł ksiądz, — mówiłem do niej, wziąłem ją za rękę, nic nie czuła.
Wojskowy długo rozważał.
— Wejdź pan, — rzekł nareszcie, — może sam Bóg tego chce...
Hrabia czuł się tak osłabionym, że lekarz chciał mu podać ramię. Odsunął go zlekka. Tuż za nim wszedł ksiądz i lekarz; stary żołnierz i Klara zatrzymali się u progu, naprzeciw łóżka.
Hrabia postąpił kilka kroków, ale musiał się wstrzymać. Chciał, ale nie mógł podejść dalej.
Ta konająca byłaż to Walerja?
Napróżno grzebał w wspomnieniach młodości; nic w tych wynędzniałych rysach, w tej boleścią wykrzywionej twarzy, nie przypominało pięknej, uwielbianej Walerji! Nie poznał ją...
Ale ona poznała go, albo raczej przeczuła. Zgalwanizowana siłą nadziemską, podniosła się, odsłaniając wychudłe piersi i ramiona. Gwałtownym ruchem ręki, odrzuciła zimny okład, opasujący czoło i usiadła na poduszkach.
— Gwido! — zawołała, — Gwido!
Hrabia uczuł zimny dreszcz w sercu. Stał więcej nieruchomo niż ci nieszczęśliwi, którzy według podania ludowego, rażeni piorunem, stoją prosto i dopiero za dotknięciem ręki padają i w proch się rozsypują.
Nie mógł dostrzedz tego, co widzieli obecni: zmiany na obliczu chorej. Jej rysy wyłagodniały, niebiańska radość rozlała się po całej twarzy, a zapadłe oczy jaśniały wyrazem nieskończonej czułości.
— Gwido! — przemówiła głosem upajającej słodyczy, — więc przecie! przyszedłeś! Ach! mój Boże! od jak dawna ciebie oczekuję!... Ty nie wiesz, ilem wycierpiała. Byłabym dawno umarła, gdyby nie nadzieja, że cię ujrzę. Ona dodawała mi siły... Trzymano cię zdala odemnie! Kto? Czy ciągle twoi rodzice? Jacy to źli ludzie! Więc ty im nie powiedziałeś, że tu, na ziemi, nikt ciebie tak jak ja nie kocha? Ale nie, to nie to, przypominam sobie... Alboż nie widziałam, w jakim gniewie wyszedłeś? Twoi przyjaciele chcieli cię odemnie oderwać; powiedzieli ci, że cię zdradzam... Komuż zrobiłam co złego, żeby mieć takich nieprzyjaciół! Ach! moje szczęście obudzało zazdrość... Myśmy byli tak szczęśliwi! Ale ty nie wierzysz w to haniebne oszczerstwo, ty niem gardzisz, bo przyszedłeś!...
Zakonnica, która widząc, że wszyscy wchodzą do sypialni konającej, powstała, patrzyła teraz zdumionemi oczyma.
— Ja miałabym cię zdradzać! — ciągnęła umierająca, — tylko szalony mógłby w to uwierzyć. Alboż nie byłam twoją własnością, cząstką twojej istoty? Dla mnie ty byłeś i jesteś wszystkiem. Czyż nie należałam do ciebie od pierwszego dnia? Gwido! Czy ty to pamiętasz? Pracowałam w fabryce koronek i nie miałam z czego żyć; ty mi powiedziałeś, że czynisz swoją powinność i że nie jesteś bogatym. Wierzyłam, że poświęcasz się, zabezpieczając mi byt. Ty sam chciałeś urządzić nasze maluczkie mieszkanie przy bulwarze Św. Michała. Czy pamiętasz owe piękne tapety, któreśmy własnemi naklejali rękami?
Ale ty zataiłeś prawdę! Ty nie byłeś biednym studentem. Pewnego dnia, odnosząc robotę, ujrzałam cię w świetnym powozie, a w tyle siedzieli lokaje w złotej liberji. Nie chciałam wierzyć własnym oczom. Ale wieczór wyjawiłeś sam tajemnicę, że byłeś szlachetnie urodzonym i niezmiernie bogatym. Ach! mój najdroższy! Na co mi to wyjawiłeś?
Czy była przy zmysłach, czy mówiła w gorączce?
Perliste łzy spływały po zmarszczonych jagodach pana de Commarin, a lekarz i proboszcz byli głęboko wzruszeni widokiem tego bolejącego starca, który płakał jak dziecko.
Jeszcze dnia poprzedniego hrabia wierzył, że serce jego na wieki obumarło — a tymczasem potrzeba było tylko tego głosu przenikliwego, aby mu zwrócić dawną tkliwość młodzieńczą. A jednak, ile lat upłynęło od tego czasu!...
— Wtedy, — ciągnęła pani Gerdy, — potrzeba było opuścić bulwar Św. Michała. Chciałeś tego; usłuchałam mimo złego przeczucia. Mówiłeś, że jeśli chcę ci się podobać, muszę być podobną do wielkiej damy. Dałeś mi metrów, bo byłam biedną, nieuczoną dziewczyną i zaledwie umiałam podpisać swoje nazwisko. Ach! Gwido, czemu nie byłeś biednym studentem? Od dnia, w którym dowiedziałam się, że jesteś bogatym, straciłam dawne zaufanie, wesołość i nietroskę o jutro. Gdybyś mię był posądził o chciwość! Gdybyś był przypuścił, że twój majątek robi na mnie wrażenie! Ludzie jak ty miljonowi, muszą być bardzo nieszczęśliwi! Wiem, że wszystkim niedowierzają. Nie raz im się zdaje, że nie ich samych, ale ich pieniądze kochamy. Ta straszna wątpliwość robi ich podejrzliwymi, zazdrosnymi i okrutnymi. Ach! mój jedyny przyjacielu, czemu porzuciliśmy nasze lube mieszkanko? Tam byliśmy tak szczęśliwi!... Alboż nie wiedziałeś, że szczęście gniewa i rani ludzi? Ach! myśmy powinni byli ukrywać naszą miłość jak zbrodnię. Chciałeś mię podnieść, a tymczasem poniżyłeś; byłeś dumnym z naszej miłości i głośno o niej mówiłeś. Napróżno błagałam cię o litość, aby zostać nieznaną w ukryciu.
Wkrótce dowiedziało się całe miasto, że byłam twoją kochanką. Cały świat mówił o twojej rozrzutności dla mnie. Ach! jakże się wstydziłam tego zbytku, którym mię otaczałeś. Byłeś zadowolony, że moja piękność stała się głośną; ja zaś płakałam gorzko, bo moja hańba była także głośną. Mówiono o mnie jak o jednej z tych kobiet, które rujnują magnatów. Alboż nie czytywałam mojego nazwiska w dziennikach! Ożeniłeś się... i o tem dowiedziałam się dopiero z dzienników. Nieszczęsna! powinnam cię była opuścić; niestety! nie miałam odwagi i siły...
Nikczemnie postanowiłam zostać twoją kochanką, chociaż ty do innej już należałeś. Nie raz, po okropnem nieszczęściu, pytałam się miłościwego Boga, za jaką zbrodnię tak srodze mię pokarał... O! zbrodnia była wielka: Ja byłam twoją kochanką, a twoja żona umarła. Widziałam ją tylko raz, przelotnie... Patrzyła na ciebie. Z jej spojrzenia wyczytałem, że cię kocha jak ja, Gwido! A nasza miłość ją zabiła...
Zatrzymała się wycieńczona; z przytomnych nie ośmielił się nikt podnieść głosu. Słuchali z religijnem skupieniem, z gorączkowem wzruszeniem — czekali.
Panna d’Arlange nie mogąc ustać na nogach, zsunęła się na kolana i konwulsyjnie przyciskała chusteczkę do ust, dla stłumienia łkań. Przecież ta kobieta jest matką Alberta!... Tylko zacna mniszka wcale nie była wzruszona; nie raz, — mówiła do siebie, — widziałam gorsze napady szaleństwa. Nic, zgoła nic nie rozumiała z tej sceny.
— Ci ludzie potracili głowy, — pomyślała, — że słuchają gorączkowych narzekań warjatki.
Zdawało jej się, że powinna mieć rozum za wszystkich. Zbliżywszy się do łoża, chciała nakryć chorą.
— Niech się pani nakryje, — rzekła dość rozkazująco, — nie trudno przeziębić się i dostać kataru.
— Siostro! — zawołał równocześnie lekarz i ksiądz.
— Do kroćset piorunów! — krzyknął stary żołnierz, — daj jej pokój, niech mówi.
— Któż więc, — ciągnęła chora, nieczuła na wszystko, co się do koła niej działo, — któż więc mógł ci powiedzieć, że ja ciebie zdradzałam? Ach! podli! Szpiegowano mię, nieprawdaż? Odkryto, że często odwiedzał mię jakiś oficer. Prawda! ale ten oficer, to mój brat, mój drogi Ludwik! Widząc, że w domu nie ma dostatków, zaciągnął się do wojska w ośmnastym roku życia. Niezadługo został oficerem, kapitanem, dowódzcą szwadronu. On mię zawsze kochał; gdyby on był w Paryżu, nie byłabym upadła. Ale matka umarła, a ja ujrzałam się sama w pośrodku tego olbrzymiego miasta. Był podoficerem gdy się dowiedział, że mam kochanka. Sądziłam, że się do mnie nie przyzna. A jednak on mi przebaczył, mówiąc, że błąd, jak mój, może być przebłagany tylko stałością. Widzisz, drogi przyjacielu, on więcej dbał o twoje szczęście, niż ty sam. Odwiedzał mię, ale ukradkiem. Cóżby powiedziano o oficerze, który ma siostrę, utrzymywaną przez hrabiego? Ja go postawiłam w tę fatalną pozycję, więc nawet nie mogłam wymienić jego nazwiska. Aby go nie widziano, przedsiębrałam największe środki ostrożności. A tymczasem co się stało! Zacząłeś powątpiewać o mojej cnocie... Skoro się dowiedział o tej haniebnej intrydze, chciał pod wpływem ślepego gniewu wyzwać cię na pojedynek. I wtedy musiałam mu udowodnić, że mu nawet nie wolno bronić mojej cnoty. Nieszczęsna! jak drogo opłaciłam tych kilka lat kradzionego szczęścia! Ale ty przyszedłeś wszystko już zapomniałam. Bo ty mi wierzysz, nieprawdaż, Gwido? Napiszę do Ludwika... On zaraz przyjdzie i potwierdzi, że nie kłamię, ty mu uwierzysz, jemu, żołnierzowi!..
— Na mój honor, — przerwał były oficer, — wszystko, co moja siostra powiedziała, jest prawdą!
Konająca nic nie słyszała — głosem przygasłym mówiła dalej:
— Jakżem szczęśliwa, widząc cię przy sobie! Czuje, że żyję. Omal, że nie zachorowałam... Nie muszę być teraz piękną, ale mniejsza o to — ucałuj mię!
Już wyciągnęła ramię, ale w tem zatrzymała się, jakby pod wpływem nowego wrażenia.
— Lecz pod jednym warunkiem, Gwido. Ty mi pozostawisz moje dziecię. Ach! błagam cię, zaklinam, nie bierz mi go, nie! Co stanie się z matką, gdy jej zabiorą ukochane dziecię? Domagasz się go odemnie, aby mu dać świetne imię i olbrzymią fortunę; nie! Ty mówisz, że ta ofiara będzie szczęściem dla niego; nie! Moje dziecko należy do mnie, ono przy mnie zostanie. Cała ziemia nie ma tyle zaszczytów i bogactw, aby mogła nagrodzić matkę, czuwającą nad kolebką swojego niemowlęcia. W zamian chcesz mi dać dziecię tamtej... przenigdy! Jakto! ta kobieta miałaby do swego łona przyciskać mojego syna? To niemożebne! Weźcie odemnie to obce dziecię, ja się go boję — zwróćcie mi moje! Nieszczęsny! nie upieraj się, nie groź mi opuszczeniem, raczej umrę, a nie ustąpię! Gwido, porzuć ten zamysł fatalny, bo sama myśl jest zbrodnią!... Jakto! ani moje prośby, ani łzy, nic cię nie wzruszy?... A więc dobrze, Bóg nas ukarze!... Przyjdzie dzień, kiedy nasze dzieci zażądają od nas rachunku. Zaczną nam złorzeczyć. Gwido! czy nie widzisz przyszłości? Widzę jak mój syn, uniesiony słusznym gniewem, zwraca się przeciw mnie. Co on mówi... wielki Boże! Ach! te listy, te listy, to drogie wspomnienie naszej miłości! Mój syn! grozi mię, bije! Mnie!... Ratunku, ratunku!... Syn uderzył matkę!... Nie mówcie to nikomu — błagam! Boże! jak ja cierpię!... A jednak on wie, że jestem jego matką, a udaje, że nie wierzy. Panie! za wiele bólu. Gwido! przebacz!... O mój jedyny przyjacielu! Nie mam siły aby się oprzeć, ani odwagi, żeby usłuchać...
W tej chwili drzwi, wiodące do sieni, szybko się rozwarły, i Noel blady jak zwykle, ale spokojny i poważny, zjawił się w sypialni.
Konająca ujrzawszy go, doznała jakby elektrycznego wstrząśnienia.
Rzuciła się konwulsyjnie na łożu, oczy wybiegły z oprawy, włosy zjeżyły się nad czołem.
Na pół się podniosła, a potem wyciągnąwszy chude ramię w kierunku, gdzie stał Noel, zawołała głosem silnym:
— Morderca!...
Padła na wznak. Wszyscy przybiegli do łoża — umarła!...
Do koła zaległo grobowe milczenie.
Taki jest majestat śmierci, że wobec niej najsilniejsi i najwięksi sceptycy, pokornie chylą czoła.
Zresztą, wszyscy obecni byli głęboko wzruszeni tą rozdzielającą sceną, tą najwyższą spowiedzią, wydartą szaleństwem i boleścią.
Ale słowo: „Morderca,“ ostatnie pani Gerdy, nikogo nie zdziwiło.
Wszyscy, z wyjątkiem zakonnicy, wiedzieli, jaki zarzut cięży na Albercie.
Do niego więc stosowało się przekleństwo tej matki nieszczęśliwej...
Noel zdawał się rozpaczać. Padłszy na kolana u łoża tej, która mu zastępowała matkę, uchwycił jedną jej rękę i kurczowo przycisnął do ust swoich.
— Umarła — jęczał, — już umarła!...
Tuż przy nim uklękli ksiądz i zakonnica i półgłosem zaczęli odmawiać modlitwy za umarłych.
Dla duszy, która uleciała, błagali Boga o pokój i miłosierdzie.
Prosili o trochę szczęścia w niebie dla tej, która tyle wycierpiała na ziemi.
W fotelu, z głową w tył rzuconą, hrabia de Commarin był więcej żółty i bezduszny, niż umarła kochanka.
Klara i lekarz patrzyli nań z nietajoną obawą.
Potrzeba było rozerwać krawatkę i rozpiąć kołnierz u koszuli, bo byłby się udusił.
Przy pomocy starego żołnierza, którego nabrzmiałe oczy i usta świadczyły o powstrzymywanym bolu, przysunięto fotel hrabiego do okna, aby mógł wolniej odetchnąć. Jeszcze przed trzema dniami, scena ta byłaby go zabiła.
Ale serce twardnieje w boleści, jak ręce w robocie.
— Łzy ocaliły go, — rzekł lekarz cicho do Klary.
W rzeczy samej, pan de Commarin odzyskiwał powoli zmysły, a z jasnością myśli, wracała władza nad cierpieniem...
Wzrok hrabiego padł na łoże, na którem spoczywały zwłoki Walerji. Więc to wszystko, co po niej pozostało... Dusza, ta dusza wierna i tkliwa, już uleciała!
Mój Boże! czemu ta nieszczęśliwa nie miała jeszcze choćby jednego dnia, jednej godziny życia i przytomności! Z jakim żalem byłby się jej rzucił do nóg, błagając o łaskę i przebaczenie, z jaką rozkoszą byłby wyznał, że brzydzi się swojem postępowaniem! Dopiero dziś pojął, jak bezdenną była miłość tego anioła! Ogłuszony jednem podejrzeniem, nie starając się przekonać, ani chcąc ją wysłuchać, obarczył ją najzimniejszą pogardą. Czemu się z nią nie widział? Byłby sobie zaoszczędził dwadzieścia lat powątpiewania, co do pochodzenia Alberta. Miasto żyć w odosobnieniu, mógł być zadowolony i szczęśliwy.
I przypomniał sobie śmierć hrabiny. Ona także go kochała aż do śmierci.
Żadnej nie zrozumiał, obie zabił.
Godzina pokuty nadeszła, a on nie mógł powiedzieć: „Panie! kara jest zanadto surowa!“
A jednak straszna kara! Ileż nieszczęść od pięciu dni!...
— Prawda, — szeptał, — prawda, ona mi to przepowiadała... Czemu nie usłuchałem?...
Brat pani Gerdy wzruszył się na widok tego złamanego starca.
Podał mu rękę.
— Panie de Commarin, — rzekł głosem poważnym i smutnym, — już dawno moja siostra przebaczyła, jeśli zresztą kiedykolwiek czuła żal do pana... dziś ja panu przebaczam.
— Dzięki! panie, — jęknął hrabia, — dzięki!... — I dodał: — Jaka śmierć, wielki Boże!
— Prawda, — szepnęła Klara, — wydała ostatnie tchnienie w przekonaniu, że jej syn popełnił zbrodnię. I niepodobieństwem było ją przekonać...
— Przynajmniej, — zawołał hrabia, — jej syn musi być wolny, aby jej mógł oddać ostatnią usługę; tak, musi być... Noel!
Adwokat usłyszał te słowa i zbliżywszy się do ojca, natychmiast odpowiedział:
— Przyrzekłem ci, mój ojcze, że go ocalę.
Po raz pierwszy panna d’Arlange spojrzała zbliska na Noela; ich spojrzenia zbiegły się razem; mimo woli nie mogła ukryć ruchu odrazy...
— Albert jest już ocalony! — rzekła dumnie. — Teraz żądamy tylko, aby jak najprędzej wymierzono mu sprawiedliwość, aby niezwłocznie wypuszczono go na wolność. Sędzia wie całą prawdę.
— Jaką prawdę? — zapytał adwokat.
— Że Albert spędził u mnie ów wieczór, kiedy popełniono morderstwo.
Noel spojrzał na nią ze zdziwieniem; takie dziwne wyznanie, wygłoszone przez takie usta, mogło każdego zdziwić.
Ona natomiast rzuciła na niego dumne spojrzenie.
— Nazywam się Klara d’Arlange, — rzekła.
Wtedy pan de Commarin opowiedział w krótkości wszystkie szczegóły, podane przez Klarę.
Kiedy skończył:
— Panie, — odrzekł Noel, — pan pojmujesz, jak przykre jest teraz moje położenie... jutro...
— Jutro! — przerwał hrabia z niechęcią, — pan, jak widzę, chcesz odłożyć do jutra! Honor nakazuje, mój panie, abyśmy działali jeszcze dziś, natychmiast! U łoża tej kobiety nie potrzebujesz odmawiać pacierzy. Największą oddasz jej usługę, uwalniając jej syna.
Noel skłonił się głęboko.
— Słyszeć pańską wolę, — rzekł, — znaczy usłuchać. Spieszę. Dziś, w pałacu, będę miał zaszczyt złożyć panu sprawę z poczynionych kroków. Może nawet, będę mógł przyprowadzić Alberta.
I rzekłszy to, ucałował po raz ostatni umarłą, a potem wyszedł.
Wkrótce odjechali hrabia i Klara.
Brat nieboszczki udał się do władzy, aby donieść o śmierci siostry.
W pokoju została sama zakonnica.
Zmięszany i do najwyższego stopnia zajęty zeznaniami panny d’Arlange, pan Daburon wyszedł zwolna po schodach na korytarz sędziów śledczych, gdy w tem ujrzał przed sobą pana Tabareta. Pomimo woli uczuł jakąś radość i zawołał:
— Panie Tabaret!
Ale nasz poczciwiec, rozmachując rękami skutkiem wielkiego rozdrażnienia, nie myślał zatrzymać się i tracić drogi czas na czczej gadaninie.
— Pan sędzia daruje, — rzekł kłaniając się, — mam u siebie gości.
— Jednakże spodziewam się...
— Ach! on jest niewinny, — przerwał ojciec Tabaret. — Mam już kilka wskazówek, a przed upłynięciem trzech dni... Pan sędzia przesłucha teraz marynarza z kólcami. Ten Gevrol to tęgi chłopiec, źle go osądziłem...
I nie czekając na odpowiedź, pomknął naprzód i w jednem mgnieniu oka ujrzał się na dole. Pan Daburon zbity z tonu, szedł wolniej.
Na korytarzu, naprzeciw drzwi wiodących do jego gabinetu, na ławce dębowej siedział Albert, a przy nim stał jeden policjant.
— Zaraz pana poproszę, — rzekł sędzia do obżałowanego, otwierając drzwi.
W gabinecie Konstanty rozmawiał z jakimś krótkim człowieczkiem, którego możnaby wziąć za małego bogacza z Batignolles, gdyby nie olbrzymia szpilka, przytrzymująca krawatkę, która w nim zdradzała policyjnego ajenta.
— Otrzymałeś moje listy? — zapytał pan Daburon swojego pisarza.
— Pańskie rozkazy są spełnione, obżałowany czeka, a oto pan Marcin, który właśnie wrócił z okolicy Inwalidów.
— Tem lepiej, — zauważył sędzia z widocznem zadowoleniem.
A zwróciwszy się do ajenta, zapytał:
— Cóż panie Marcinie?
— Drabinka była.
— Dawno?
— Przed pięciu albo sześciu dniami.
— Czy jesteś pan tego pewny?
— Najpewniejszy...
— Czy ślady są widoczne?
— Tak widoczne jak nos w pośrodku twarzy, jeśli w ten sposób wolno mi mówić. Złodziej, zdaje mi się, że to sprawka złodziejska, ciągnął pan Marcin, który należał do wielkich gadateusów, — wlazł przed deszczem, a uciekł po deszczu. Pan sędzia zgadł od razu. Okoliczność tę można bardzo łatwo stwierdzić, jeśli popatrzymy na odmienne ślady nóg po obu stronach muru. Jedne są suche, drugie zabłocone. Drab musiał być zwinny, na honor! bo wlazł o własnej sile, ale wychodząc, postąpił sobie wygodniej, ponieważ postawił drabinkę, którą potem, będąc na wierzchu, na dół strącił. Przekonałem się nawet, w którem miejscu stała drabinka, ponieważ w ziemi są jeszcze dziury, a mur jest podrapany u szczytu.
— Czy już wszystko?
— Nie jeszcze, panie sędzio. U góry brakuje pięć stłuczonych butelek, któremi grzbiet muru był najeżony. Prócz tego kilka gałęzi akacji, sięgających aż na ulicę, jest połamanych. Co więcej, na szpilkach jednej gałązki, którą z ziemi podniosłem, znalazłem kawałeczek popielatej skórki, zdaje mi się z rękawiczki.
Sędzia wziął szybko ten kawałeczek.
Rzeczywiście, była to skórka z rękawiczki.
— Spodziewam się, panie Marcinie, że zarządzając poszukiwanie w ogrodzie, w domu nie obudziłeś podejrzenia.
— Próżna obawa, panie sędzio. Najpierw oglądnąłem mur od ulicy. Następnie zostawiwszy kapelusz w sklepie na rogu, poszedłem do pani margrabiny d’Arlange i powiedziałem, że jestem intendentem księżnej S*** mieszkającej w pobliżu, której wczoraj uciekła bardzo ładna i rozumna papuga, jeśli w ten sposób wolno mi mówić. Chętnie pozwoliła mi przejrzeć ogród, a że mówiłem bardzo źle o mniemanej damie, więc bez wątpienia musieli mię wszyscy wziąć za jej domownika.
— Pan jesteś człowiekiem zręcznym i przezornym, — przerwał sędzia, — jestem z pana bardzo zadowolony i nie omieszkam polecić go wyżej...
Podczas kiedy ajent, uszczęśliwiony tą pochwałą, cofał się z tylu ku drzwiom, zgięty we dwoje, sędzia zadzwonił.
Wprowadzono Alberta.
— Czy postanowiłeś pan, — zapytał sędzia bez ogródek, — powiedzieć, gdzie spędziłeś wieczór i noc z wtorku na środę?
— Jużem powiedział.
— Nie, panie, nie! Przykro mi powiedzieć panu, że kłamiesz.
Albert usłyszawszy tę obelgę, poczerwieniał jak mak, a oczy błysnęły mu gniewem.
— To, co pan robiłeś owego wieczoru wiem, ponieważ sprawiedliwość, jak to panu już mówiłem, wie wszystko, o czem potrzebuje wiedzieć.
Szukał spojrzenia Alberta, a gdy je znalazł, rzekł z naciskiem: Widziałem pannę Klarę d’Arlange.
Przy tem nazwisku, rysy obżałowanego, ściągnięte silnem postanowieniem, zmiękły w mgnieniu oka. Zdawało się, że doznał najprzyjemniejszego wrażenia, jak człowiek, który cudem unika wielkiego niebezpieczeństwa.
A jednak nie odpowiedział.
— Panna d’Arlange, — ciągnął sędzia, — powiedziała mi, gdzie pan byłeś we wtorek wieczór.
Albert jeszcze się wahał.
— Nie zastawiam na pana łapkę, — dodał pan Daburon, — daję na to słowo honoru. Powiedziała mi wszystko... czy pan mię rozumiesz?
Dopiero teraz Albert zdecydował się mówić.
Jego zeznania zgadzały się najzupełniej z opowieścią Klary. Albo Albert był niewinnym, albo ona była jego wspólniczką.
A czy Klara mogła być wspólniczką w zbrodni tak haniebnej? Nie, o to nie można ją nawet posądzać.
Lecz w takim razie gdzie winowajca?
Sprawiedliwość odkrywszy raz zbrodnię, musi znaleźć sprawcę.
— Widzisz pan, — rzekł surowo sędzia do Alberta, — pan mię oszukałeś. Na kartę rzucałeś swoją głowę, a co więcej, mnie i sprawiedliwość narażałeś na popełnienie błędu do nienaprawienia. Dla czegóż nie wyjawiłeś pan natychmiast całej prawdy?
— Panie, — odparł Albert, — panna d’Arlange przyjmując projektowaną schadzkę, powierzyła mi swój honor.
— I pan byłbyś raczej zginął, aniżeli mówił o tej schadzce? — przerwał pan Daburon z niejaką ironią; — to bardzo pięknie, mój panie, tak postępowali dawni rycerze...
— Nie jestem bohaterem, panie sędzio, — rzekł zimno obżałowany. — Kłamałbym, gdybym panu powiedział, że nie liczyłem na Klarę. Czekałem aż przyjdzie. Byłem pewny, że dowiedziawszy się o mojem uwięzieniu, uczyni wszystko, aby mię ocalić. Ale bałem się; czy znajomi zechcą jej wyjawić to nieszczęście. Gdyby tak było, nie byłbym nigdy ośmielił się wyjawić jej nazwiska.
W całej tej przemowie nie było nic wyzywającego. To, co Albert mówił, myślał i czuł. Pan Daburon wyrzucał sobie ton ironiczny.
— Panie, — przemówił uprzejmie, — teraz odprowadzą cię do kaźni. Nie mogę panu jeszcze nic powiedzieć, ale odtąd nie będziesz już odosobniony. Straż będzie wobec pana zachowywała wszelkie względy, należne więźniowi, którego niewinność może się okazać prawdopodobną...
Albert skłonił się, dziękując. Policjant wszedł i wyprowadził go z gabinetu.
— Niech przywołają Geyrola, — rzekł teraz sędzia do swojego pisarza.
Naczelnik straży bezpieczeństwa poszedł był do pałacu prefektury, ale jego świadek, marynarz o wielkich kólcach, czekał na korytarzu.
Kazano mu wejść do gabinetu sędziego.
Od białych bokobrodów i włosów, odbijała jeszcze surowiej jego twarz ogorzała, pomarszczona, o którą uderzały zimne burze północne i palące wiatry podzwrotnikowe. Ręce miał szerokie, czarne, twarde od licznych brodawek — a palce tak grube, że z pewnością mógłby niemi łamać najgrubsze żelaza. U uszu w kształcie dwóch kotwic, wisiały duże kólce. Miał na sobie ubiór rybaków z Normandji, ubiór więcej wykwintny, przywdziewany w tamtych stronach tylko w dnie świąteczne.
Odźwierny musiał go prawie wtrącić do pokoju.
Ten niedźwiedź z nad brzegów morskich był strwożony jak jagnię.
Szedł powoli, kołysząc się na potężnych nogach, jak każdy marynarz, któremu zdaje się nawet na twardej ziemi, że ciągle stoi na chwiejącym się pokładzie okrętu. Dla nadania sobie powagi, miął w rękach kapelusz filcowy ozdobiony w koło ołowianemi medalionami.
Pan Daburon rzucił nań tylko jedno spojrzenie i zaraz go ocenił.
Nie można się było omylić; był to w rzeczy samej człowiek, opisany przez chłopca w Jonchère. Trudno także nie przeczuć w nim człowieka zacnego. Na twarzy malowała się szczerość i dobroć.
— Pańskie nazwisko? — zapytał sędzia śledczy.
— Piotr Lerouge.
— Czy jesteś pan krewnym Klaudji Lerouge.
— Jestem jej mężem.
Jak to? mąż ofiary żył, a policja nie wiedziała o jego istnieniu.
Oto co pomyślał pan Daburon.
Dziś, tak samo jak przed pięćdziesięciu laty, sąd nie mając w ręku niezbitych dowodów, potrzebuje jeszcze wielkiej straty czasu i pieniędzy, zanim mu się uda dostać najmniejsze wyjaśnienie.
Jeszcze w piątek pisano do Normandji o szczegóły, dotyczące pochodzenia Klaudji Lerouge; był już poniedziałek, a odpowiedź jeszcze nie nadeszła. A jednak sztuka fotograficzna istnieje, ma telegrafy elektryczne i rozporządza tysiącem innych środków, nieznanych dawniejszemi czasy.
— Wszyscy, — podchwycił sędzia, — utrzymywali, że Klaudja była wdową; nawet ona sama tak twierdziła.
— Bo w ten sposób chciała usprawiedliwić swoje postępowanie, — odrzekł marynarz. — Zresztą, prawie takeśmy się umówili. Powiedziałem jej, że więcej dla niej nie istnieję.
— Ach!... Czy wiesz pan, że stała się ofiarą haniebnej zbrodni?
— Pan naczelnik policji, który po mnie przyszedł, pierwszy mi to powiedział, — odrzekł marynarz i zmarszczył brwi. — Biedna kobieta! — dodał głosem stłumionym.
— Jakto! pan jesteś jej mężem i mówisz o niej tak obojętnie?
— Ach! panie sędzio, mógłbym ją nawet oskarżać, mam do tego wszelkie prawo. Nieboszczyk mój ojciec, który wczas ją poznał, dobrze mi mówił: „Uważaj, ona nas wszystkich shańbi!“ Miał słuszność. Przez nią byłem ścigany jak prosty złodziej, który się ukrywa, a którego szukają. Wszędzie, gdzie policja o mnie się pytała, musieli ludzie mówić: „Patrzcie, Lerouge coś zbroił!“ I oto stoję przed sądem. Ale honor rodziny Lerouge przechodzi z ojca na syna od czasu jak świat został stworzony. Niech pan sędzia zapyta we wsi, a każdy powie: „Słowo Piotra Lerouge więcej znaczy, niż weksel innego.“ Ach, to była zbłąkana kobieta... Dobrze jej przepowiedziałem, że smutny będzie jej koniec.
— Pan jej to powiedziałeś?
— Więcej jak sto razy, panie sędzio.
— A dla czego? Nabierz otuchy, mój przyjacielu, o twoim honorze nikt nie wątpi. Kiedy ostrzegałeś ją tak rozumnie.
— Już dawno temu, — odpowiedział marynarz; — pierwszy raz rzekłem jej to jeszcze przed trzydziestu laty. Ona była ambitna do krwi i szpiku, chciała się mięszać do spraw wielkich panów i to ją zgubiło. Mawiała, że za dochowanie tajemnicy można dostać złoto; ja natomiast utrzymywałem, że za to zyskuje się tylko hańba; ot i wszystko. Kto pomaga możnym do ukrycia ich podłoty, i myśli, że na tej drodze zapewni sobie szczęście, ten napełnia siennik kolcami myśląc, że na nim będzie spał spokojnie. Ale ona trzymała się własnego rozumu.
— Przecież pan byłeś jej mężem, — zauważył pan Daburon, — więc miałeś prawo rozkazywać.
Marynarz wstrząsł głową i westchnął głęboko.
— Niestety panie sędzio, ja byłem tym nieszczęśliwym, który słuchał.
Zadawać krótkie zapytania świadkowi, o którym się nie wie, jakiej doniosłości mogą być jego zeznania, znaczy czas marnie tracić. Sędziemu zdaje się, że się zbliża do istoty rzeczy, a tymczasem co raz więcej od niej się oddala. Lepiej popuścić mu wodze i spokojnie słuchać jego opowieści, poprzestając na wprowadzeniu go na główną drogę, jeśli z niej zejdzie. W ten sposób można najprędzej i najpewniej zdążyć do celu. Tej taktyki postanowił trzymać się pan Daburon, przeklinając w duszy Gevrola, który jednem słowem mógł był skrócić o połowę przesłuchanie, którego doniosłość była jeszcze dla sędziego wielką zagadką...
— W jaką więc sprawę była wmięszana pańska żona? — zapytał sędzia. — Prędzej, mój przyjacielu, opowiedz mi to szczegółowo. Tu, jak pan wiesz, trzeba powiedzieć nie tylko prawdę, ale nawet całą prawdę.
Lerouge położył swój kapelusz na krzesło, a potem zaczął naciągać palce i drapać się w głowę z całej siły. W ten sposób zwykł był zawsze rozpoczynać dłuższą orację.
— A więc, panie sędzio, — zaczął poważnie, — na św. Jana, będzie temu trzydzieści pięć lat, jak na śmierć zakochałem się w Klaudji. Do kata! Piękna to była dziewczyna, skrzętna, czysta, a głos miała jak miód słodki. Nieszczęście tylko chciało, że nie miała posagu, podczas gdy my mieliśmy się dosyć dobrze. Jej matka, wdowa od niepamiętnych czasów była — z przeproszeniem pańskiego honoru osobą bardzo płochą, a mój ojciec był zacnością żyjącą. Kiedym mu powiedział, że chcę się ożenić z Klaudją, z początku zaczął strasznie kląć, a potem wsadził mię na barkę jednego z sąsiadów i wysłał do Porto, mówiąc, że ze zmianą klimatu przyjdzie zapomnienie. Po sześciu miesiącach wróciłem suchy — jak szczypa, ale jeszcze więcej zakochany. Nie mogłem ani jeść ani pić, a Klaudja także mię kochała, bo byłem porządnym i urodziwym chłopcem. Wtedy ojciec widząc, że dalszy upór z jego strony poprowadzi mię na cmentarz za moją biedną matką, pozwolił mi popełnić kapitalne głupstwo. Ale to źle żenić się wbrew woli rodziców.
Zacny marynarz gubił się w tłoku wspomnień młodocianych. Nie było to opowiadanie, ale błąkanie się po rozmaitych bezdrożach i urwiskach.
Sędzia śledczy chciał go wprowadzić na dobrą drogę.
— Wróćmy do rzeczy, — rzekł.
— Dobrze, panie sędzio, ale aby zacząć, trzeba było zacząć od początku. Tak więc ożeniłem się. Mój ojciec wkrótce umarł. Pierwsze dwa lata zeszły wcale nie źle. Klaudja robiła ze mną wszystko co chciała. Mogła mię była związać, powieźć na targ i sprzedać jak barana, a ja nie byłbym się spostrzegł. Szkoda tylko, że była zalotna. Cokolwiek zarobiłem, a trzeba wiedzieć, że mój interes szedł wtedy bardzo dobrze, obracała na stroje. Każdej niedzieli nowe suknie, wstążki, czepki i świecidełka szatańskie, które kupcy wynaleźli na zgubę kobiet. Na chrzcie syna, któremu daliśmy na imię Jakób, bo mój ojciec tak się nazywał, musiałem wysypać uciułanych, za kawalerskich czasów, 300 dukatów, za które chciałem koniecznie kupić spory kawał gruntu, położony w samym środku naszego pola.
Pan Daburon drżał z niecierpliwości, ale co począć?
— Prędzej, panie, prędzej! — wołał ilekroć marynarz chciał się zatrzymać.
— Tak więc, — ciągnął Lerouge, — byłem dość zadowolony, gdy pewnego poranku ujrzałem w naszym domu służącego hrabi de Commarin, którego zamek leży o ćwierć mili od wioski. Nazywał się Germain. Mówiono, że był on wmięszany w sprawę biednej Tomaryny, ładnej dziewczyny z naszej wioski, która podobała się młodemu hrabiemu i która potem znikła bez śladu. Pytałem żonę, po co przyszedł ten wisus; na co odrzekła, że proponował jej, aby wzięła dziecię do karmienia. Z początku nie chciałem ani słuchać. Mieliśmy dzięki Bogu tyle, że Klaudja nie potrzebowała brać na siebie takich obowiązków. Ale w kilka dni zaczęła przytaczać rozumniejsze powody. Żal jej, — mówiła, — że była zalotną i rozrzutną. Teraz chciałaby i ona zarobić, bo wstydzi się siedzieć bezczynnie, podczas gdy ja pracuję, jak wół, od świtu do nocy. Radaby zbierać, oszczędzać, ażeby nasz mały syn nie potrzebował być marynarzem. Za wzięcie dziecka przyrzekają jej bardzo piękną pensje, tak więc odkładając trochę każdego miesiąca, będziemy mogli wkrótce odzyskać owych 300 dukatów. Mówiła, tłumaczyła, dopóki nie przekonała.
— W ośm dni potem, przynieśli jej list, w którym żądano, aby natychmiast wyjechała do Paryża po dziecko. Było to pod wieczór. „Dobrze, — rzekła, — pojadę jutro dyliżansem.“ Co do mnie, nie rzekłem ani słowa; dopiero zrana widząc, że się już przygotowała do podróży, powiedziałem, że chcę jej towarzyszyć. Zdawała się dość zadowoloną z mojej propozycji. Ucałowała mię szczerze. W Paryżu moja żona miała pójść po dziecię do niejakiej pani Gerdy, mieszkającej przy bulwarze. Porozumiałem się z Klaudją, że pójdzie sama, a ja poczekam na nią w oberży. W rzeczy samej odeszła, lecz napróżno czekałem. W godzinę wybiegłem z pokoju i zacząłem krążyć dokoła domu tej damy. Od służących i ludzi, którzy wychodzili, dowiedziałem się, że dama ta jest metresą hrabiego de Commarin. To tak mi się niepodobało, że gdyby to odemnie było zależało, bylibyśmy z pewnością wrócili bez dziecka. Jestem biednym marynarzem, i wiem, że człowiek może się zapomnieć. Ale nie mogę pojąć, jak człowiek uczciwy może wywłaszczać swoje dzieci legalne dla dziecka miłości. Cóż pan na to, panie sędzio?
Sędzia śledczy nie mógł usiedzieć w fotelu. Myślał: „Czy ten człowiek nigdy nie skończy?“
— Masz pan słuszność, — odpowiedział pan Daburon, — ale idźmy dalej; tylko prędko.
— Trzeba panu wiedzieć, — ciągnął marynarz, — że Klaudja była więcej uparta jak muł. Po sprzeczce, trwającej całe trzy dni, wymogła na mnie dwoma całusami, nowe przyzwolenie. Wtedy oświadczyła mi, że do domu nie wrócimy dyliżansem. Dama, obawiając się, aby jej małego nie zmęczyła bezustanna podróż, postanowiła odesłać nas w swoim powozie, swojemi końmi. Bo trzeba panu sędziemu wiedzieć, że hrabia utrzymywał ją na wielką stopę. Tak więc znaleźliśmy się w pysznym powozie z dziećmi, mojem i tamtem, a na koźle siedział woźnica w liberji. Moja żona omal że nie oszalała z radości. Ja sam także się cieszyłem, albowiem jadąc powoli, mogłem się przypatrzyć całej okolicy. Żona ściskała mię czule jak nigdy, a w dłoniach dzwoniła dukatami. Ja byłem głupi, jak każdy poczciwy mąż i ani zważałem na złoto, które bez mojej pracy dostało się do kieszeni żony. Moja żona widząc, żem się trochę udobruchał, postanowiła odkryć mi prawdę. „Słuchaj,“ rzekła.
Lerouge przerwał, zmieniając ton:
— Pan sędzia rozumie, — rzekł, — że to moja żona mówi.
— Rozumiem... rozumiem... tylko prędzej.
— Rzekła więc potrząsając kieszenią: „Słuchaj, mój mężu, będziemy mieli jeszcze więcej, a oto dla czego: Pan hrabia, który równocześnie z tem dzieckiem miłości ma syna legalnego, chce, aby syn kochanki nosił jego nazwisko. Dzięki Bogu nie trudno to zrobić. W drodze, zajedziemy do oberży, w której będziemy nocowali, Germain i mamka z dzieckiem legalnem. Umyślnie będziemy spały w jednym pokoju, a w nocy ja mam zamieniać dzieci, które jednakowo są ubrane. Pan hrabia daje za to ośm tysięcy franków z góry i tysiąc franków pensji do końca życia.
— I pan! — zawołał sędzia śledczy, — pan, który mienisz się człowiekiem honoru, mogłeś zezwolić na spełnienie takiej zbrodni, kiedy potrzeba było tylko jednego słowa, ażeby unicestwić cały zamach!
— Panie, łaski! — błagał Lerouge, — panie, pozwól, niech skończę!
— Dobrze, mów.
— Z początku nie miałem siły przemówić, bo gniew dławił mię w gardle. Musiałem strasznie wyglądać. Ale Klaudja, która umiała mię szanować kiedy się uniosłem, parsknęła głośnym śmiechem i tem mię zmięszała. „Jaki ty głupi, rzekła, wysłuchaj mię wpierw, a potem się gniewaj. To tylko hrabia, rozumiesz? chce mieć u siebie dziecko miłości, to tylko hrabia płaci za zamianę. Jego kochanka, a matka tego chłopca, nie chce o tem ani słyszeć. Jeśli na pozór zdawała się zgadzać z tym zamiarem, to dla tego, że nie chciała poróżnić się ze swoim kochankiem i że miała swój plan. Wzięła mię na bok, do swojego pokoju, a kazawszy mi zaprzysiądz tajemnicę na krucyfiks, powiedziała, że nie może wyrzec się swojego dziecka i zastąpić je innem. Następnie oświadczyła, że jeśli przyrzeknę nie dochować zamiany, nie mówiąc nic hrabiemu, ona da mi natychmiast dziesięć tysięcy franków i zabezpieczy mi taką samą rentę jak hrabia. Dodała przytem, że o prawdzie łatwo się przekona, ponieważ swojego syna oznaczyła niezatartym znakiem. Nie pokazała mi tego znaku, a chociaż długo szukałam, nigdzie nie mogłam go znaleźć. Rozumiesz teraz? Tak więc powiem hrabiemu, że dokonałam zamiany, z dwóch stron wezmę pieniądze — i nasz Jakób będzie bogaty. Pocałuj teraz twoją żonę, która ma więcej sprytu niż ty, ośle!“ Oto, panie sędzio, słowo w w słowo, co mi powiedziała Klaudja.
Marynarz wyjął z olbrzymiej kieszeni chustkę w niebieskie kraty i począł ucierać nos, że aż szyby w oknach zadzwoniły. Był to jego sposób wynurzania żalu. Zawsze tak płakał. Pan Daburon stał zmięszany.
Od początku tej nieszczęśliwej sprawy, wpadał ze zdziwienia w zdziwienie. Zaledwie zwrócił całą swoją uwagę na jeden punkt, a już musiał kierować ją na wręcz przeciwny.
Czuł, że stoi na fałszywej drodze. Co może znaczyć ten nowy i tak ważny szczegół? Co się stanie?...
Chciał jak najprędzej dowiedzieć się o wszystkiem, a tymczasem Lerouge opowiadał powoli, grzebiąc z trudnością w dawnych wspomnieniach; cieniutkiej trzymał się nici, więc najmniejsze zmięszanie mogło powikłać ciekawe zeznanie.
— To, co Klaudja zamierzała uczynić, było haniebnem, a ja jestem człowiekiem uczciwym. Ale ona robiła ze mną co chciała. W tej chwili mogła mię przekonać, że to, co było czarne jak smoła, jest bielsze od śniegu. Co dziwnego, kochałem!... Udowodniła mi jasno, że nikomu nie wyrządzimy szkody, a Jakóbowi zapewnimy przyszłość. Nad wieczorem przyjechaliśmy do jakiejś wioski, a woźnica zatrzymując się przed oberżą, rzekł, że tu przenocujemy. Wszedłszy, kogo widzę? Tego łotra, Germaina, a obok niego mamkę z niemowlęciem u piersi, które tak samo było ubrane jak nasze, że mię aż strach zdjął... I oni jechali w powozie hrabiego. Mimo woli obudziło się we mnie podejrzenie. A kto mię zapewni, że Klaudja nie ułożyła drugiej historji, ażeby mię uspokoić? Ona wszystko może. Przystawszy na jedno złe, nie chciałem gorszego. Postanowiłem zatem nie stracić z oka powierzonego nam dziecka i przysiągłem sobie, w głębi duszy, że nikt mię nie oszuka. W rzeczy samej, przez cały wieczór trzymała go na kolanach, a dla tem większej pewności, obwiązałem mu do koła ręki moją chustkę od nosa. Ach! zamach był wyśmienicie obmyślany. Po wieczerzy zaczęto mówić o spoczynku, przyczem dowiedziałem się, że w całej oberży są tylko dwa pokoje, a w każdym z nich po dwa łóżka. Oberżysta oznajmił, że obie mamki będą spały z dziećmi w jednym, a ja i Germain w drugim pokoju. Czy pan sędzia rozumie? Byłem wściekły, zwłaszcza, że uważałem, iż przez cały wieczór moja żona wymieniała z Germainem wieloznaczące znaki... Rozkazowi temu nie chciałem się poddać; mówiłem, że będąc bardzo zazdrosnym nie dopuszczę, ażeby moja żona spała w innym pokoju. Bądź co bądź, musi zostać przy mnie. Obca mamka ułożyła się do snu pierwsza, a my zaś poszliśmy za nią dopiero w pół godziny. Klaudja położyła się z dzieckiem miłości i Jakóbkiem, a ja nie rozbierając się, usiadłem przy łóżku na krześle. Zgasiwszy świecę, czekałem dopóki kobiety nie usną; co do mnie, nie myślałem o śnie, ale o tem, co mi mówił ojciec na kilka dni przed ślubem. Około północy słyszę, że Klaudja rusza się na posłaniu. Wstrzymuję oddech. Wstała. Czy chciała zamienić dzieci? Dziś wiem, że nie, ale wtedy myślałem inaczej. Zdjęty trwogą i gniewem, chwytam ją za ramię i zaczynam przeklinać głośno jak na moim okręcie. W mgnieniu oka robi się niesłychana wrzawa. Śpiąca mamka budzi się i woła, że ją duszą. Germain wpada ze świecą w ręku. Ujrzawszy go, straciłem resztę władzy nad sobą. Nie wiedząc sam co czynię, wyciągnąłem z kieszeni mój nóż kataloński i przebiłem nim na wylot ramię powierzonego nam dziecka, wołając na cały głos: „W ten sposób nie zamienią go bez mojej wiedzy; naznaczyłem go na całe życie!“
Lerouge nie mógł dłużej mówić. Grube krople potu wystąpiły mu na czoło, a spływając wzdłuż jagód, gubiły się w głębokich i gęstych zmarszczkach oblicza. Wahał się, ale rozkazujące spojrzenie sędziego, zmusiło go do pospiechu, jak ostra pletnia zmusza do pracy wycieńczonego murzyna.
— Rana malca była okropna, — ciągnął marynarz; — krew lała się strumieniem, mógł na nią umrzeć. Ale ja o tem nie myślałem. Zajmowałem się tylko przyszłością, tem, co mogło nastąpić. Niezwłocznie oświadczyłem, że własnoręcznie opiszę całe zdarzenie i że wszyscy się podpiszemy. Jak się powiedziało, tak się zrobiło. Jak nas było czworo, każde z nas umiało pisać. Germain nie mógł się sprzeciwiać, bo w moim ręku błyszczał nóż zabójczy. Podpisał się pierwszy, błagając mię tylko, ażebym hrabiemu nic nie mówił, a drugą mamkę zaklinał, żeby także milczała.
— A czy masz pan ten akt ważny? — zapytał pan Daburon.
— Mam, panie sędzio; ten pan z policji, przed którym wszystko zeznałem, powiedział mi, żebym go wziął z sobą; wydobyłem go więc z ukrycia i mam przy sobie.
— Daj go pan.
Lerouge dobył olbrzymiego pargaminowego pugilaresu i wydobył zeń pożółkły i starannie opieczętowany papier.
— Oto jest. Od tej przeklętej nocy nie otworzyłem papieru.
W rzeczy samej, sędzia otwierając ujrzał, że piasek, którym pismo było zasypane, opadł na suknie.
Był to treściwy opis, opowiedziany przez starego marynarza. Cztery podpisy znajdowały się u dołu.
— Co się stało, — mówił sędzia do siebie, — ze świadkami, podpisanymi na tem oświadczeniu?
Lerouge myślał, że zapytanie zostało do niego skierowane.
— Germain umarł, — odpowiedział, — mówiono mi, że się utopił na jakiejś wycieczce. Klaudja zamordowana, ale druga mamka jeszcze żyje. Wiem nawet, że wspominała o tej sprawie swojemu mężowi, bo i mnie doszły słuchy. Nazywa się Brosette i mieszka we wiosce hrabi de Commarin.
— A co potem? — pytał sędzia, zanotowawszy nazwisko i miejsce pobytu tej kobiety.
— Nazajutrz Klaudji udało się udobruchać mię i wymódz na mnie przysięgę, że będę milczał. Dziecko było tylko trochę chore, ale na ramieniu pozostała szeroka blizna.
— Czy pani Gerdy, została uwiadomioną o tem, co zaszło?
— Zdaje mi się, że nie, panie sędzio; zresztą nie wiem.
— Jakto, pan nie wiesz!
— Przysięgam panu sędziemu, że nie wiem, zresztą to pozostaje w związku z tem, co nastąpiło.
— Co więc nastąpiło?
Marynarz zawahał się.
— Bo... proszę pana sędziego... to moja rzecz...
— Mój przyjacielu, — przerwał sędzia, — ty jesteś zacnym człowiekiem, chętnie temu wierzę, nawet jestem tego pewny. Ale raz w życiu zbłąkany przez złą żonę, stałeś się współwinnym karygodnego czynu. Napraw błąd, mówiąc szczerze. Wszystko co się tu mówi, a bezpośrednio nie odnosi się do zbrodni, pozostanie w tajemnicy; ja sam wkrótce o tem zapomnę. Nie lękaj się więc niczego, a jeżeli czujesz upokorzenie, to przyznaj sam, że jest to poniekąd kara za przeszłość.
— Niestety! — panie sędzio, — odrzekł marynarz, — ja już nie od dziś ukarany, a kara moja nie dziś się zaczęła. Pieniądze źle nabyte nie przyniosły korzyści. Wróciwszy do domu, kupiłem pożądane pole, a zapłaciłem drożej, aniżeli było warte. W dniu, kiedy przechadzając się po nim, mówiłem do siebie: „Należy do mnie,“ byłem ostatni raz zadowolony. Klaudja była zalotną, ale to nie wszystko... miała ona gorsze wady. Na widok pieniędzy wybuchły one jak płomień. Zawsze lubiła dużo jeść, ale z przeproszeniem pańskiego honoru, odtąd żarła jak świnia. Uczty odbywały się u nas bezustannie. Jak tylko wypłynąłem z domu, spraszała do siebie najgorszą hołotę ze wsi i upijała się tak, że traciła zmysły. W tym czasie, raz, kiedy ona myślała, że znajduję się w Rouen, wpadam nagle do domu. Wchodzę i zastaje ją z mężczyzną. I to z jakim mężczyzną, panie sędzio! Największym wisusem z całej wsi, opojem, brzydkim, obrzydliwym. Powinienem go był zabić, bo wszystkie po temu miałem prawo, ale że był zanadto podły, więc uczułem litość. Uchwyciwszy go za kołnierz, wyrzuciłem go za okno, nie otwierając. Nie wzięli go djabli. Wtedy rzuciłem się na żonę, a kiedy przestałem bić, ona leżała jak martwa.
Lerouge mówił co raz ciszej, a od czasu do czasu przyciskał do oczu pięści zaciśnięte.
— Przebaczyłem, — ciągnął, — ale mąż, który bił żonę, a potem przebaczył, jest zgubiony. Od tego czasu postępowała ostrożniej, zrobiła się obłudną i oto cala korzyść. A gdy pani Gerdy odebrała swojego malca, Klaudję nie można już było powstrzymać. Z kochaną swoją matunią, którą wzięliśmy do siebie, aby dozierała Jakóba, uknuła na mnie spisek i najhaniebniej oszukiwała mię przez cały rok. Ja, głupi, myślałem, że weszła na drogę poprawy, a ona tymczasem wiodła straszne życie. Mój dom stał się jaskinią łotrów i złodziei, w moim domu upijała się największa hołota. Żona sprowadzała beczkami wino i wódkę, a kiedy ja męczyłem się na morzu, u mnie taczano się w błocie. Skoro zabrakło pieniędzy, natychmiast pisała do hrabiego, albo jego kochanki i orgje rozpoczynały się na nowo. Nie raz obudzały się we mnie rozmaite podejrzenia; wtedy katowałem ją niesłychanie, ale potem znowu przebaczałem, jak nikczemnik, jak głupiec. Straszne to było życie. We wsi wszyscy ludzie zaczęli mną gardzić; uważano mię za wspólnika żony... Tymczasem ona płaciła swoim kochankom. Każdy pytał, zkąd w moim domu, mimo że interesa nie bardzo dobrze idą, bierze się taki dostatek. Aby mię odróżnić od mojego brata stryjecznego, dano mi pogardliwe przezwisko. Jaka hańba, panie sędzio! A ja nic nie wiedziałem o tych skandalach, na honor! nic... Szczęście, że mój ojciec spoczywał już w grobie...
Pan Daburon uczuł litość.
— Uspokój się, mój przyjacielu, — rzekł łagodnie, — przyjdź do siebie.
— Nie, panie sędzio, wolę prędzej skończyć. Znalazł się człowiek, który był na tyle miłosiernym, że mię ostrzegł. Był to proboszcz miejscowy. Nie namyślałem się długo, poszedłem niezwłocznie dopewnego prawnika, aby się poradzić, co w podobnym wypadku może uczynić każdy mąż zacny. Odpowiedział mi, że nie ma ratunku. Pieniąc się, znaczy publicznie shańbić się, a separacja na nic się nie zdała. Żona może robić z nazwiskiem męża, co jej się tylko podoba. Może je splamić, zbezcześcić, bo jest jej własnością. Dowiedziawszy się o tem, postanowiłem działać na własną rękę. Tego samego dnia sprzedałem fatalne pole, a pieniądze oddałem Klaudji, nie chcąc jeść chleba sromoty. Następnie kazałem spisać akt, na mocy którego małe nasze mienie powierzyłem w administrację Klaudji, ale pod warunkiem, że jej nie wolno ani sprzedać, ani długów zaciągać, a nakoniec oświadczyłem jej listownie, że może z sobą robić co się jej podoba, albowiem odtąd więcej mię nie zobaczy. Jeśli chce, może nawet mówić, że jest wdową. W nocy odjechałem z synem.
— A po pańskim odjeździe co się stało z żoną?
— Nie wiem, panie sędzio. Słyszałem tylko, że w rok po mnie wyniosła się także z wioski.
— Czy nigdy ją potem nie widziałeś?
— Nigdy.
— A przecież byłeś u niej na trzy dni przed zbrodnią.
— Prawda, panie sędzio, ale tego wymagały interesa. Daremnie ją szukałem, nikt nie umiał powiedzieć, co się z nią stało. Na szczęście mój notarjusz otrzymał adres pani Gerdy, od której dowiedział się w drodze listownej, że Klaudja mieszka w włości Jonchère. Byłem właśnie w Rouen; ojciec Gervais, mój stary przyjaciel, zaproponował mi, że mię odwiezie do Paryża na swoim statku, na co chętnie przystałem. Ach! panie sędzio! jaki przestrach, skoro wszedłem do pokoju tej nieszczęśliwej?! W pierwszej chwili nie poznała mię. Zapewne musiała wierzyć, że już nie żyję. Gdym powiedział kto jestem, padła na wznak. Nieszczęsna! wcale się nie odmieniła. Przy niej stała szklanka i butelka z wódką.
— Z tego wszystkiego nie mogę się dowiedzieć, po co pan poszedłeś do swojej żony.
— To dla Jakóba, panie sędzio... Z malca zrobił się mężczyzna, chciał się więc ożenić. Do tego trzeba było przyzwolenia matki. Przyniosłem więc do Klaudji akt notarjalny, który podpisała. Oto jest.
Pan Daburon wziął rzeczony akt i zdawało się, że uważnie go czyta. Po chwili zaś zapytał:
— Jak się panu zdaje, kto mógł zabić twoją żonę?
Lerouge nie odpowiedział.
— Czy pan nikogo nie podejrzywa? — zapytał sędzia.
— Do kata! panie sędzio, — odpowiedział marynarz — cóż ja panu mogę powiedzieć? Myślałem, że Klaudja zmęczyła ludzi, których od tak dawna obdzierała, albo, że zostawszy sama, za wiele mówiła...
Po spisaniu zeznań, kompletnych pod każdym względem, pan Daburon pożegnał marynarza, oświadczając, żeby zaczekał na Gevrola, który odprowadzi go do hotelu, gdzie zatrzyma się aż do dalszych rozkazów sądu.
— Wydatki zostaną panu zwrócone, — dodał.
Zaledwie Lerouge wyszedł za drzwi, w gabinecie sędziego śledczego zaszedł wypadek ważny, cudowny, niesłychany, pierwszy w swoim rodzaju.
Konstanty, poważny, nieruchomy, nieczuły, — głucho-niemy Konstanty podniósł się i przemówił!
Nie pytany, przerwał piętnastoletnie milczenie i zapomniał się do tego stopnia, że aż ośmielił się zrobić własną uwagę.
Rzekł:
— Oto, panie sędzio, zadziwiająca sprawa!
— Rzeczywiście zadziwiająca, — myślał pan Daburon, — mogąca w jednej chwili zburzyć wszystkie obliczenia.
Dla czego on, sędzia, działał z takim pożałowania godnym pospiechem? Czemu nie czekał na ujęcie nitek tego zawikłanego zamachu i na wszystkie zeznania niezbędnych świadków? Nie jeden posądza sąd o powolność, ale właśnie w tej powolności leży jego siła i pewność, równająca się prawie nieomylności.
Nie raz, kiedy rozwiązanie zagadki staje się niemożliwem, ni ztąd ni z owąd zjawia się jakaś osobistość i jednem słowem kończy żmudną pracę.
Pan Daburon, najmędrszy z ludzi, uważał za całkiem prostą, najzawilszą sprawę. W zbrodni tajemniczej, wymagającej największej przezorności, postępował jak w każdej zbrodni rażącej. Dla czego? Ponieważ jego własne wspomnienia nie pozwoliły mu wpierw rozważyć i osądzić, a dopiero potem postanowić. Z jednej strony bał się okazać słabym, a z drugiej strony nie chciał być gwałtownym. Ufając swojemu przekonaniu, unosił się nierozważnie. A jednak ileż to razy mawiał do siebie: „Co jest naszym obowiązkiem? Ach, kto jasno nie widzi, gdzie się zaczyna jego obowiązek, ten z pewnością wejdzie na drogę błędną.“
Pan Daburon, uspokoiwszy się znacznie, zaczął trzeźwiej rozważać. Na szczęście nie zaszło jeszcze nic takiego, czego nie możnaby naprawić. Tylko przypadek wstrzymał go od ostatecznego uderzenia. W tym momencie przyrzekł sobie nawet, że to śledztwo będzie ostatniem w jego życiu. Odtąd jego zawód przejmował go grozą. Przytem widzenie się z Klarą rozdrażniło na nowo, źle zasklepione rany w sercu, a krew ciekła z nich obficiej jak dawniej. Przyznawał w głębi duszy, że życie jego było złamane, skończone. Każdy człowiek może to sobie powiedzieć, dla którego wszystkie kobiety są niczem, z wyjątkiem jednej, za którą napróżno wzdycha.
Zanadto religijny, żeby mógł pomyśleć o samobójstwie, pytał się bojaźliwie, co się stanie później, gdy już zrzuci suknię sędziowską.
Potem wracał do toczącej się sprawy. W każdym razie, winny czy niewinny, Albert był zawsze wice-hrabia de Commarin, legalnym synem hrabiego. Ale czy jest winny? Widocznie nie.
— Zdaje mi się! — zawołał nagle sędzia, — że przedewszystkiem trzeba się widzieć z panem de Commarin. Konstanty! poszlij po hrabiego; niech natychmiast przyjedzie. Jeśli go nie zastaną w domu, niech go poszukają.
Dla pana Daburona nadeszła przykra chwila. Czuł się zmuszonym powiedzieć dumnemu starcowi: „Panie, twoim synem legalnym nie jest ten, którego ci przedstawiłem, ale drugi.“ Jakie położenie! nie tylko bolesne, ale nawet śmieszne.
Przed Noelem trzeba również wyznać prawdę i z wyżyny, na której się go umieściło, zrzucić go na ziemię. Jakie rozczarowanie! Ale bez wątpienia hrabia o nim nie zapomni, przecież nie mało mu zawdzięcza...
— Teraz, — szepnął sędzia, — gdzie winowajca?
Przez mózg przeleciała mu myśl, którą z początku uznał za nieprawdopodobną. Odrzucił ją, ale po chwili znowu ją podjął. Obracał ją ze wszystkich stron, uważnie się jej przypatrywał. Właśnie grzebał w niej co raz uważniej, gdy wtem wszedł hrabia de Commarin.
Wysłaniec sędziego spotkał go przed pałacem, właśnie, kiedy wysiadł z powozu, wracając z Klarą od pani Gerdy.
Ojciec Tabaret nie tylko mówił, ale i działał.
Opuszczony przez sędziego śledczego i zostawiony swoim własnym siłom, nie tracąc drogiego czasu, rzucił się niezwłocznie do dzieła i odtąd ani spoczął.
Opowieść o jednokonnym kabriolecie, była prawdziwą.
— Dzięki znacznym kwotom pieniężnym, nasz poczciwiec zrekrutował blisko tuzin dymisjonowanych urzędników policyjnych i drabów bez zatrudnienia i na czele tych zacnych sprzymierzeńców, w towarzystwie swojego alter ego, pana Lecoq, udał się do Bougival.
Najstaranniej przetrząsł całą okolicę, dom w dom, a to z uporem i cierpliwością człowieka, pragnącego w wozie śmiecia znaleźć igłę.
Usiłowania nie były całkiem bezowocne.
Po trzechdniowych poszukiwaniach, oto co zebrał:
Morderca nie wysiadł na stacji kolei w Reuil, jak to czynią wszyscy jadący do Bougival, Jonchère i Marly. Dojechał on aż do Chatou.
Tabaret sądził, że był to człowiek jeszcze młody, brunet, o gęstych i czarnych bokobrodach; na sobie miał palto, a w ręku parasol. Tak go przynajmniej opisywali urzędnicy kolejowi.
Podróżny ten, przybywszy pociągiem, który wyjeżdża z Paryża o godzinie ósmej, minut 35 wieczór, zdawał się nie mieć wiele czasu do stracenia.
Wyszedłszy z dworca kolei żelaznej, pobiegł przyspieszonym krokiem drogą wiodącą do Bougival. Na szosie widzieli go dwaj mężczyźni z Marly i jedna kobieta z Malmaison. Wszystkich uderzył jego pospiech. Przez całą drogę palił cygaro.
Na moście w Bougival, łączącym oba brzegi Sekwany, przypatrzono mu się jeszcze lepiej. Na rzeczonym moście, płaci pięć centymów każdy przechodzień, a domniemywany morderca albo nie wiedział, albo zapomniał o tej okoliczności. Biegł prędko, nie zważając na nikogo, co widząc dozorca mostu, przyspieszył kroku i zawołał, aby mu zapłacił.
Drobna ta przeszkoda widocznie go zmięszała; nie rzekłszy słowa, rzucił srebrną półfrankówkę i ani zapytał o należących mu się czterdzieści pięć centymów.
Jeszcze nie wszystko.
Kontrolor na stacji w Reuil przypomniał sobie wybornie, że o kwadrans na jedenastą, jakiś podróżny zmięszany i tak zadyszany, że zaledwie można go było zrozumieć, zażądał biletu drugiej klasy do Paryża.
Szczegóły co do fizjonomji tego wojażera, zgadzały się najzupełniej z portretem, opisanym przez urzędników z Chatou i dozorcę mostu.
Nakoniec nasz poczciwiec był na tropie osoby, która najprawdopodobniej znajdowała się w tym samym wagonie, co nieznajomy. Był nią pewien rzeźnik z Asnières, do którego niezwłocznie napisał, prosząc go o chwilkę rozmowy.
Taki był bilans ojca Tabareta, gdy w poniedziałek zrana zjawił się w pałacu Sprawiedliwości dla wywiedzenia się, czy szczegóły dotyczące pochodzenia zabitej, nadeszły już do sądu.
Nie znalazł wprawdzie upragnionych osób, ale za to na korytarzu zastał Gevrola z marynarzem.
Naczelnik bezpieczeństwa publicznego tryumfował, a tryumfował bezwstydnie... Jak tylko ujrzał Tabareta, zawołał:
— I cóż wielki Jasnowidzu, co tam nowego? Czy od ostatniej naszej rozmowy kazałeś pan uciąć głowę jakiemu łotrowi? Ach! stary lisie, wiem, że radbyś teraz być na mojem miejscu.
Boże jak nasz poczciwiec zmienił się od dwóch dni.
Przeświadczenie o popełnionym błędzie zrobiło go pokornym i słodkim. Złośliwe żarty, które dawniej odbierały mu władzę panowania nad sobą, nie mogły go teraz obrazić. Zamiast się żachnąć, spuścił nos tak nisko, że się aż sam Gevrol zdziwił.
— Śmiej się ze mnie, mój dobry panie Gevrol, — odpowiedział półgłosem, — śmiej się do syta, wiem, że na to zasłużyłem.
— Ach! tak... więc dokonałeś pan nowego arcydzieła!... Bardzo pięknie.
Ojciec Tabaret potrząsł boleśnie głową.
— Oddałem niewinnego, — rzekł, — a teraz sąd nie chce mi go zwrócić.
Gevrol był zachwycony; z prawdziwą przyjemnością zacierał ręce...
— To bardzo pięknie, — mówił z szyderczym uśmiechem, — to bardzo zręcznie. Wyłapać winnych, do kata! to niewdzięczne rzemiosło. Ale dać zamknąć niewinnego, do pioruna! to szczyt artyzmu. Ojcze Jasnowidzu, jesteś olbrzymem! Padam do nóżek...
I równocześnie uchylił ironicznie kapelusza.
— Nie dręcz mię, — blagał nasz poczciwiec. — Co chcesz, mimo siwych włosów, jestem jeszcze bardzo młody w moim zawodzie. że ślepy wypadek pomógł mi trzy, czy cztery razy, więc chodziłem nadęty jak głupi paw. Zobaczyłem za późno, że nie jestem tym, za kogo się uważałem; ja jestem prostym nowicjuszem, podczas gdy pan, panie Gevrol, jesteś skończonym mistrzem. Ale zamiast szydzić ze mnie, błagam cię, zlituj się i zechciej mię wesprzeć swoją mądrą radą. Sam, bez pańskiej pomocy nigdy nie wybrnę...
Jak niegdyś Tabaret, tak teraz Gevrol, urósł o dwa cale.
Pokora Tabareta, którego w głębi duszy bardzo poważał, połechtała rozkosznie jego ambicję policyjną. Postanowił okazać się więcej ludzkim.
— Zdaje mi się, — rzekł tonem protekcyjnym, — że idzie tu o sprawę wdowej Lerouge.
— Nie inaczej, kochany Gevrolku, chciałem działać bez pana i djabelnie na tem wyszedłem.
Stary lis, Tabaret, przybrał teraz minę braciszka, którego przeor zastał w piątek nad tłustą szynką; ale w duszy śmiał się i cieszył.
— Poczekaj stary drabie, — myślał, — niezadługo będziesz tak tańczył, jak ja zagram.
Gevrol skrobał się w nos i mruczał dwójznacznie: „Hm! hm!“
Udawał, że się waha, a tymczasem lubował się w rozkoszy, jaką mu sprawiało zmieszanie Tabareta.
— Dobrze, ojcze Jasnowidzu, — zagadał po chwili, — dobry ze mnie chłopiec, więc chętnie ci pomogę. Ale dziś nie mam czasu. Potrzebują mię w sądzie. Przyjdź pan do mnie jutro rano, pogawędzimy. Jednakże przed rozejściem się zaświecę panu latarnię, która wskaże prawdziwą drogę. Czy wiesz pan kto jest ów świadek, którego z sobą przyprowadziłem?
— Powiedz, kochany, drogi Gevrolu.
— Jest to mąż ofiary z Jonchère.
— Nie możebne!... — zauważył ojciec Tabaret zdumiony. A rozważywszy: — Pan chyba ze mnie żartujesz, — dodał.
— Bynajmniej, słowo honoru. Zapytaj go o nazwisko, a powie ci, że się nazywa Piotr Lerouge.
— Więc ona nie była wdową?
— Chciała nią być...
— Ach!... — szepnął poczciwiec, — a czy umie on co powiedzieć?
W dwudziestu zdaniach naczelnik policji opowiedział swojemu koledze ochotnikowi wszystko, o czem sędzia śledczy dowiedział się z ust męża nieboszczki.
— I cóż pan na to? — zapytał, skończywszy opowieść.
— Co ja na to? — wyjąknął Tabaret, którego twarz zdradzała najwyższe zdziwienie, graniczące z zupełnem ogłupieniem, — co ja na to? Nic... Zdaje mi się... ale nic, nic mi się nie zdaje...
I w tej samej chwili wyprostowawszy się, uderzył się pięścią w czoło.
— Ach! mój rzeźnik! — zawołał, — do jutra panie Gevrol.
— Zabiłem go... — pomyślał naczelnik policji.
Ale nasz poczciwiec był przy zdrowych zmysłach; tylko nagle przypomniał sobie rzeźnika z Asnières, którego prosił, ażeby przyszedł do jego mieszkania.
Na schodach spotkał się z panem Daburon; zaledwie raczył się ukłonić. Wkrótce ujrzał się na bulwarze, biegnąc drobnym krokiem, jak kot wychudły.
— Tam pogawędzimy, — mówił do siebie; — mój Noel stał się znowu dawnym Noelkiem. Zapewne nie będzie się cieszył, on którego wielkie nazwisko tak uszczęśliwiało. Ale mniejsza o to... Jeśli zechce, mogę go adoptować. Wprawdzie Tabaret nie brzmi tak pięknie jak Commarin, ale w każdym razie nie brzydkie to nazwisko. Ale historja Gevrola nie zmienia w niczem ani położenia Alberta, ani mojego przekonania. Jest synem legalnym, tem lepiej dla niego! To nie przemawiałoby za jego niewinnością, gdybym o niej wątpił. Widocznie tak samo jak ojciec, nie wiedział nic o tych zadziwiających okolicznościach. Musiał, tak dobrze jak hrabia, wierzyć w zamianę. Ale pani Gerdy nie mogła wątpić, że Noel jest jej synem... Odebrawszy go, musiała sprawdzić swój znak... Kiedy Noel znalazł listy hrabiego, matka musiała mu zaraz wytłumaczyć...
Ojciec Tabaret wstrzymał się tak nagle, jak gdyby przed sobą ujrzał na drodze bezdenną przepaść.
— Przestraszył się własnej konkluzji, która mówiła: W takim razie Noel zamordował wdowę Lerouge, aby uniemożliwić zeznanie, że zamiana nie nastąpiła... Tylko Noel potrzebował spalić listy i papiery, świadczące na jego niekorzyść!...
Ale przejęty grozą, odtrącił to prawdopodobieństwo, jak każdy człowiek zacny odrzuca haniebną myśl, która przypadkowo wdarła się w jego umysł.
— Stary ośle! — zawołał idąc dalej przyspieszonym krokiem, — oto naturalne następstwo ohydnego rzemiosła, w którem rozkoszowałeś! Podejrzewać Noela, moje dziecię, mojego uniwersalnego spadkobiercę, tę cnotę i honor wcielony! Noela, którego w dziesięcioletniem prawie bezustannem pożyciu nauczyłem się kochać, poważać i wielbić, za którego byłbym zawsze ręczył, jak za siebie! Aby módz przelać krew, trzeba być człowiekiem namiętnym, a Noel miał tylko dwie namiętności, swoją matkę i pracę. Czy godzi się kalać podejrzeniem ten szlachetny charakter!... Stary ośle, powinieneś sobie kazać odliczyć pięćdziesiąt kijów. Stary ośle! czy mało ci tego błędu, który dopiero popełniłeś? Kiedy będziesz oględniejszym?...
Tak rozważał, starając się całkiem uspokoić, ale w duszy głos szatański ciągle mu podszeptywał: A gdyby to był Noel?
Ojciec Tabaret przyszedł na ulicę św. Łazarza.
Przed bramą jego domu stał elegancki powozik. Koń był prześliczny. Pomimo woli, stanął.
— Śliczne zwierzątko, — rzekł do siebie, — moi lokatorowie mają znajomości w wyższym świecie.
Mieli także i w niższym, bo zaledwie przestał mówić, w bramie ujrzał wychodzącego Clergeota, zacnego pana Clergeota, którego obecność w domu zapowiadała ruinę, jak odwiedziny służby karawanowej zapowiadają śmierć...
Stary wolontarjusz policyjny, który miał stosunki z całym światem, znał wyśmienicie szlachetnego bankiera. Nawet dawniej, kiedy skupywał książki, odwiedzał często jego magazyn. Zatrzymał go.
— Stary krokodylu, — rzekł, ty tu!... Masz więc stosunki w moim domu?
— Zdaje się, odparł sucho Clergeot, który nie cierpiał poufałości.
— Patrzcie! patrzcie! wtrącił Tabaret.
A trącony ciekawością, zrozumiałą u właściciela domu, który powinien wiedzieć, kto z jego lokatorów znajduje się w opłakanem położeniu finansowem, dodał:
— Kogoż do kata, zamierzasz pan zrujnować?
— Ja nikogo nie rujnuję, — odpowiedział Clergeot tonem obrażonej godności. — Czy możesz się pan na mnie uskarżać? Nie myślę... Zresztą, jeśli pan chcesz, możesz pomówić z młodym adwokatem, z którym mam interesa, a dowiesz się, czy żałuje znajomości ze mną...
Tabaret doznał niemiłego wrażenia.
Jak to! Noel, ten mądry Noel, miałby być klientem Clergeota! Coby to mogło znaczyć? Ale może nie ma w tem nic złego! Mimo to piętnaście tysięcy franków z czwartku, przyszło mu na myśl.
— Wiem, — rzekł po chwili, chcąc się o wszystkiem dowiedzieć, — wiem, że pan Gerdy lubi putać.
Clergeot był na tyle delikatny, że zawsze bronił swoich klientów.
— To nie on sam puta, — zauważył, — to jego droga kobietka. Chociaż mała jak mój palec, zjadłaby djabła z rogami i pazurami.
Jakto! Noel utrzymuje kobietę, którą sam Clergeot, ten wielbiciel dam z pół-świata, nazywa rozrzutną? To wyjawienie, uczynione w tej chwili, dotknęło najboleśniej naszego poczciwca. Mimo to udawał obojętnego. Jeden ruch, jedno spojrzenie, mogło obudzić w lichwiarzu podejrzenie i zamknąć mu usta.
— Wiemy o tem, — podchwycił tonem spokojnym. — Nic dziwnego, młodość musi wyszumieć!... Ale jak pan sądzisz, ile go też rocznie może kosztować ten mały ptaszek?
— Nie wiem, słowo honoru. Najgorzej zrobił, że jej nie wyznaczył pewnej kwoty. Według mojego obliczenia, przez cztery lata, jak ją utrzymuje, musiała połknąć pół miljona franków.
Cztery lata! pół miljona!
Te słowa, te cyfry, padły jak piorun na mózg ojca Tabareta.
W takim razie Noel był zupełnie zrujnowany. A wtedy...
— To wiele, — rzekł, — zachowując przy nadludzkiem wysileniu pozorną obojętność, — to nawet bardzo wiele. Ale bądź co bądź, pan Gerdy ma środki.
— On? — przerwał lichwiarz, wzruszając ramionami. — Nie wierz pan w to, — dodał, gryząc paznogieć u małego palca. — Jest czysty jak łza... Ale chociażby panu winien był tysiące, nie obawiaj się... to sprytna sztuczka. Żeni się... Ja sam przedłużyłem mu termin na 26.000 franków. Do widzenia, panie Tabaret.
Lichwiarz odszedł wolnym krokiem, a nasz poczciwiec stał na trotuarze.
Czuł coś na kształt olbrzymiej boleści, jaka przenika serce ojca na wiadomość, że jego syn ukochany jest może największym łotrem.
A jednak tak wierzył w Noela, że zmuszał swój rozum do odtrącenia złowrogich podejrzeń, które się w nim zagnieździły. Bo kto wie, czy ten lichwiarz nie oczernił adwokata?
Ludzie pożyczający na sto od sta, są zdolni do wszystkiego. Widocznie przesadził cyfrę szaleństw swojego klienta.
A gdyby nawet! Ileż to ludzi popełniało dla kobiet największe niedorzeczności, nie przestając być szlachetnymi!
Chciał wejść.
Jedwab, koronki i aksamity zatarasowały mu drogę.
Właśnie wychodziła prześliczna brunetka.
Lekko, jak ptaszek, wskoczyła do stojącego powoziku.
Ojciec Tabaret był wielkim wielbicielem płci pięknej; młoda kobieta była czarująca, ale teraz tak był zajęty, że nie miał czasu na nią spojrzeć.
Wszedłszy, zastał odźwiernego w sieni, z czapką w ręku, jak czułem okiem przypatrywał się luidorowi.
— Ach! panie gospodarzu, — rzekł portjer, — jaka piękna i wspaniałomyślna dama!... Co za szkoda, żeś pan pierwiej nie przyszedł!
— Jaka dama?... Dla czego?
— Ta dystyngowana dama, która właśnie odjechała. Była tu, aby się wywiedzieć o panu Gerdy. Dała mi dwadzieścia franków za to tylko, bym jej odpowiadał na zapytania. Zdaje się, że pan Gerdy myśli się żenić. Była strasznie zła. Cudowne stworzenie! Zaczynam podejrzywać, czy to nie jego metresa. Wiem teraz, czemu tak często wychodził...
— Pan Gerdy?
— Tak, panie gospodarzu. Jeszcze panu o tem nie mówiłem, bo wiedziałem, że chciał swoje wycieczki zachować w tajemnicy. W nocy nigdy mu nie otwierałem, nigdy! Wychodził przez małe drzwi od wozowni. Myślałem sobie: Zapewne nie chce mię budzić, to bardzo delikatnie...
Odźwierny mówił, patrząc ciągle na luidora. A kiedy podniósł oczy, ażeby spojrzeć na swojego chlebodawcę, ojciec Tabaret był już daleko.
— Patrzcie, już poleciał za tą czarowną spódniczką! O! stary libertyn! czy on się nigdy nie opamięta?!
Odźwierny wcale się nie mylił. Tabaret pobiegł za błękitnym powozikiem.
Pomyślawszy: „Ta powie mi wszystko“ — wyskoczył jak opętany na ulicę.
Był największy czas; powóz skręcał na inną ulicę.
— Na Boga! — jęknął, — tracę ją z oczu, a jednak prawda jest tam...
Znajdował się w stanie tego nerwowego rozdrażnienia, które wyradza cuda.
Minąwszy róg ulicy św. Łazarza, dobiegł szybko jak dwudziestoletni młodzieniec do ulicy Hayre, gdzie błękitny powozik zatrzymał się na szczęście wśród tłumu ekwipażów.
— Dostanę ją! — rzekł z tryumfem.
Jego oko błądziło do koła — nigdzie ani jednej dorożki.
Chętnie jak Ryszard III. byłby zawołał: „Cały mój majątek za jedną dorożkę!“
Błękitny powozik przebił się na drugą stronę i jak kula potoczył się w kierunku ulicy Tronchet. Tabaret biegł co raz szybciej.
Biegnąc środkiem ulicy i szukając dorożki, myślał w duszy:
— Na łowy, stary ośle, na łowy! Kto nie ma głowy, powinien mieć przynajmniej dobre nogi. Ach! stary ośle, czemu nie zapytałeś Clergeota o adres tej kobiety? Prędzej, stary, prędzej! Kiedy chciałem zostać psem gończym, to niechżeż umiem ścigać jak pies.
Był zaledwie w połowie ulicy Tronchet, a nie mógł dalej; czuł, że nogi wypowiadają posłuszeństwo, a przeklęty powozik był już w pobliżu Magdaleny.
Szczęście! odkryta dorożka nadjechała z tyłu. Zrobił znak więcej rozpaczliwy, aniżeli ten, kto się topi. Woźnica zobaczył. Zebrawszy wszystkie siły, skoczył do dorożki, nie stając nawet na stopniu.
— Dalej! — zawołał, — za niebieskim powozem, dwadzieścia franków!
— Rozumiem! — odpowiedział woźnica, przymrużając lewe oko.
I silnem uderzeniem batoga, dodał otuchy chudemu rumakowi, mrucząc pod nosem:
— Jakiś zazdrośnik pędzi za swoją żoną. Hej! rozumiem... hej! stary!...
Pan Tabaret był nowo narodzony. Na bulwarze wsparł się ręką o kozioł, mówiąc do woźnicy:
— Nie widzę błękitnego powoziku.
— Ach, ja go widzę, mój obywatelu; ale tamten koń lepszy.
— Twój powinien iść raźniej; powiedziałem dwadzieścia, dam czterdzieści franków.
Woźnica zaczął silniej bić swojego konia, myśląc w duszy:
— Nie ma co mówić, trzeba dopędzić. Za dwadzieścia franków nie byłoby się udało, ja lubię kobiety, zawsze staję w ich obronie. Ale, do kata! dwa luidory.. Czy wolno być zazdrośnym, skoro się jest tak brzydkim?...
Ojciec Tabaret starał się napróżno zająć swój umysł rzeczami obojętnemi. Nie chciał wyrokować, zanim nie zobaczy tej kobiety, nie rozmówi się i zręcznie ją nie wysonduje.
Wiedział, że jednem słowem mogła zgubić, albo ocalić kochanka.
— Jakto! zgubić Noela... Ale niech i tak będzie.
Myśl, że Noel mógłby być mordercą, męczyła go i brzęczała w jego mózgu, jak mucha, która sto razy wraca i uderza o szybę, albo tak długo krąży do koła zapalonej świecy, dopóki się nie spali.
Właśnie minęli Chaussee d’Antin; błękitny powozik był zaledwie o trzydzieści kroków. Woźnica zwrócił się do Tabareta.
— Panie, nasz powóz zatrzymuje się.
— Zatrzymaj się także i nie trać go z oczu.
Ojciec Tabaret wychylił się z dorożki.
Młoda kobieta wysiadłszy z powozu i przebiegłszy trotuar, weszła do magazynu, w którym sprzedają kaszmiry i koronki.
— Oto, którędy idą tysiączki, — myślał nasz poczciwiec. — Pół miljona w czterech latach! Co te istoty robią z pieniądzmi? Czy jedzą złoto? Dla zaspokojenia zachcianek, topią całe fortuny. Muszą mieć jakieś talenta, bo mężczyzna, dostawszy się raz w ich łapkę, poświęci wszystko, a nigdy ich nie porzuci.
Dorożka ruszyła, ale wnet się zatrzymała.
Powozik podjechał i stanął przed innym magazynem.
— Ta kreatura chce zakupić cały Paryż, — mówił Tabaret z wzrastającym gniewem. — Tak, to ona uwiodła Noela, to ona skłoniła go do popełnienia zbrodni. W tej chwili puszcza w obieg moich szesnaście tysięcy franków. Na ile dni wystarczą? Zapewne, aby dostać pieniędzy, Noel zabił wdowę Lerouge. Ach! w tym razie byłby ostatnim, najnędzniejszym z ludzi!... Jaki obłudnik!... A gdybym teraz umarł z gniewu, on zostałby moim spadkobiercą. Strach pomyśleć! Przecież wyraźnie napisałem: „Przekazuję mojemu synowi, Noelowi Gerdy.“ Gdyby ten chłopiec był winnym, nie byłoby dość surowej kary na niego!... Czy ta kobieta nigdy nie wyjdzie?
Ta kobieta wcale się nie spieszyła. Czas był piękny, jej toaleta była prześliczna — więc chciała się pokazać. Odwiedziła jeszcze kilka magazynów, a na ostatek wstąpiła do cukierni, gdzie zabawiła blisko kwadrans.
Nasz poczciwiec rozgorączkowany niecierpliwością, siedział w dorożce jak na szpilkach. Chciał wyskoczyć, uchwycić ją za ramię i zawołać:
— Nieszczęsna! wracaj, wracaj do siebie! Co ty tu robisz? Czy nie wiesz, że właśnie teraz, twój kochanek, ten, którego zrujnowałaś, jest podejrzany o morderstwo? Wracaj więc, bo chcę dowiedzieć się od ciebie, ażali on jest winny lub niewinny. Wszak ty mi powiesz — ani wątpię o tem... Przygotuję łapkę, pewnie się nie wymkniesz. Wracaj więc, bo niepokój zabije mię na ulicy.
Niebieski powozik ruszył z miejsca, minął ulicę Faubourg-Montmartre, zwrócił się w ulicę Provence, wysadził piękną kobietkę przed jej bramą i pomknął dalej.
— Więc ona tu mieszka, — rzekł Tabaret i westchnął lekko, jakby mu młyński kamień spad! z piersi.
Wysiadłszy z dorożki, wręczył woźnicy przyrzeczone dwa luidory, prosząc, aby się zatrzymał i szybko, jak kot, ruszył w ślad za młodą kobietą.
— To jakiś cierpliwy obywatel, — pomyślał woźnica — ale ta młoda brunetka, to smaczny kąsek.
Nasz poczciwiec otworzył drzwi od loży odźwiernego.
— Nazwisko tej damy co weszła? — zapytał.
Odźwierny nie miał wcale chęci odpowiedzieć.
— Jej nazwisko! — krzyknął stary policjant.
Ton był tak krótki i rozkazujący, że odźwierny musiał się skruszyć.
— Pani Julja Chaffour, — odrzekł.
— Na którem piętrze?
— Na drugiem; drzwi prosto.
W kilka sekund nasz poczciwiec czekał już w salonie pani Julji. — Pani rozbiera się, odpowiedziała mu pokojowa, — ale zaraz przyjdzie.
Ojciec Tabaret był zdumiony zbytkiem w salonie. Nie byłby nigdy przypuścił, że znajduje się w mieszkaniu, tego rodzaju kobiety. Wszystko tu było gustowne, eleganckie. Wytrawny policjant, rozumiejący się na wielu rzeczach, osądził w mgnieniu oka, że urządzenie tego salonu, musiało wiele kosztować. Nie przesadzając, sam kominek wart był co najmniej sześćdziesiąt tysięcy franków.
— Clergeot, — pomyślał, — mówił prawdę...
Zjawienie się Julji nie pozwoliło dłużej rozmyślać.
Miała na sobie szeroki czarny szarafanik, obszyty szerokiemi koronkami. Cudowne jej włosy, nieco zburzone kapeluszem, spadały w kędziorach po alabastrowej szyi. Olśniła Tabareta. Zrozumiał wszystkie szaleństwa....
— Chciałeś pan ze mną mówić? — zapytała, — kłaniając się wdzięcznie.
— Pani, — odrzekł ojciec Tabaret, — jestem przyjacielem Noela, jego najlepszym przyjacielem, mogę panią zapewnić, że...
— Niech pan raczy usiąść, — przerwała młoda kobieta.
Podczas gdy Tabaret przystawiał sobie fotel, ona usiadła na kanapie i końcem drobnej nóżki zaczęła potrącać koronkę u sukni.
— Przychodzę do pani w sprawie ważnej. Obecność pani u pana Gerdy...
— Jakto! — zawołała Julja, — już wie o mojej wizycie? Na honor! doskonałą ma policję!
— Moje drogie dziecko... — zaczął po ojcowsku Tabaret.
— Dobrze, wiem już po co pan przyszedłeś! Noel prosił pana, abyś mię skarcił. Zabronił mi przychodzić do siebie — ja nie mogłam się wstrzymać. Ale nakoniec to się musi sprzykrzyć. Komu mógłby się podobać kochanek jak rebus, człowiek, o którym nic się nie wie, logogryf w czarnym fraku i białej krawatce, istota smutna i tajemnicza!...
— Pani postąpiłaś nieroztropnie...
— Dla czego? Czy może dla tego że się żeni?
— A jeśli tak nie jest?
— Ja wiem, mój panie, że tak jest. Powiedział to staremu Clergeotowi, który mi to później powtórzył. Ale bądź co bądź, musi się nosić z jakimś ukrytym planem; od miesiąca stał się innym człowiekiem; tak się zmienił, że nie mogę go poznać.
Ojciec Tabaret pragnął przedewszystkiem dowiedzieć się, gdzie Noel był we wtorek wieczór. Dla niego było to najważniejszem. Pani Julja, ani o tem wątpił, mogła go w tym względzie oświecić. Nie trudno także zrozumieć, że do salonu wszedł z planem dobrze obmyślanym. Żywość młodej kobiety z początku nieco go zmięszała; ale mimo to postanowił iść naprzód, ufając przypadkowi rozmowy.
— Czy pani chciałabyś uniemożliwić małżeństwo Noela?
— Jego małżeństwo! — zawołała Julja, śmiejąc się z całego serca, — ach! biedny chłopiec! jeśli nie znajdzie innych przeszkód, może być pewny, że się ożeni. Niech się żeni ten drogi Noel jak najprędzej i obym więcej o nim nie słyszała.
— Więc pani go nie kochasz? — zapytał nasz poczciwiec, trochę zdziwiony tą lubą otwartością.
— Posłuchaj mię pan... Kochałam wiele, ale wszystko się sprzykrzy. Od czterech lat, ja, która przepadam za przyjemnościami, wiodę życie ohydne. Jeśli Noel mię nie opuści, ja go porzucę. Kochanek, który mnie się wstydzi i gardzi mną, nie jest wart mojego uczucia.
— Nie zdaje mi się, żeby panią gardził... — odparł pan Tabaret, rzucając w okół wielce znaczące spojrzenie.
— Pan chciałeś powiedzieć, — rzekła dama powstając, — że dużo na mnie wydaje. Prawda. Mówi, że się dla mnie zrujnował; to bardzo możebne. Ale co mię to obchodzi? Ja nie jestem kobietą interesowną... Wołałabym mniej pieniędzy, a więcej uznania. Gniew i bezczynność kazały mi szaleć. Pan Gerdy uważa mię jak zwykłą zalotnicę, więc postępuję jak zalotnica. Nie jesteśmy sobie nic dłużni.
— Przecież pani wiesz, że on ciebie uwielbia.
— On! Ależ zapewniam pana, że się mnie wstydzi. Ukrywa mię jak chorobę tajemniczą... Pan jesteś pierwszym z jego przyjaciół, z którym mówię. Zapytaj go pan, czy kiedykolwiek ze mną wyszedł! Zdawałoby się, że moja obecność może kogo hańbić. Naprzykład, nie dawniej jak zeszłego wtorku, poszliśmy do teatru. Wynajął całą lożę. Czy myślisz pan że został przy mnie? Bynajmniej! Mój pan wymknął się cichaczem i nie wrócił cały wieczór.
— Jakto! więc pani byłaś zmuszoną sama powrócić?
— Nie. Przy końcu przedstawienia, około północy, mój pan raczył się zjawić. Mieliśmy pójść na bal do Opery, a ztamtąd na kolację. Ach! jak było wesoło. Na balu mój pan nie ośmielił się podnieść kapuzy, ani zrzucić maski. Przy kolacji musiałam, przez wzgląd na jego przyjaciół, zachowywać się wobec niego jak wobec całkiem obcej osoby.
A więc Noel przygotował sobie alibi!
Gdyby Julja była mniej, uniesiona, byłaby z pewnością zamilkła, widząc, do jakiego stopnia zmieniła się twarz Tabareta. Pożółkł jak pargamin i drżał jak liść.
— Mimo to, — podchwycił, robiąc nadludzkie wysilenia, ażeby kilka słów wyjąknąć, — mimo to kolacja zeszła wesoło...
— Wesoło! — powtórzyła młoda kobieta, wzruszając pogardliwie ramionami, — jak widzę, pan nie znasz swojego przyjaciela. Jeśli go kiedy zaprosisz na objad, nie daj mu dużo pić. Przy drugiej butelce do tego stopnia stracił głowę, że zgubił wszystko co miał: paltot, parasol, pugilares, cygarniczkę...
Ojciec Tabaret nie mógł dosłuchać, zerwał się na równe nogi, podnosząc rękę groźnie:
— Nędzniku! — krzyknął, — podły! łotrze!... To on, mam go!...
Wyskoczył z salonu, a Julja tak się przestraszyła, że natychmiast zawołała służące.
— Moje, dziecko, rzekła, — zrobiłam coś strasznego... Zapewne wygadałam jakieś nieszczęście, odgaduję to, czuję... Ten stary drab nie jest przyjacielem Noela, przyszedł by mię wysondować i udało mu się najzupełniej... Nie podejrzywając, mówiłam przeciw Noelowi. Co teraz począć? Daremnie suszę głowę, ale w każdym razie trzeba go ostrzedz. Napiszę do niego kilka słów, a ty idź tymczasem po komisjonera.
Wsiadłszy do dorożki, ojciec Tabaret galopował do prefektury policji. Noel mordercą! Jego nienawiść była bez granic, jak niegdyś jego przyjaźń. Więc taki nędznik, najpodlejszy z kryminalistów, mógł go oszukiwać przez tak długie lata! Czuł niesłychane pragnienie zemsty; pytał, jaka kara mogłaby dorównać tej niesłychanej zbrodni?
— Bo nie tylko zamordował Klaudję, — szeptał do siebie, — ale zrobił wszystko, ażeby zgubić niewinnego. A kto nie przyzna, że i jego biedna matka poszła przezeń ze świata!...
Począł żałować zniesienia tortur, wyrafinowanych katuszy średnich wieków, palenia na stosie, łamania kołem. Gilotyna kończy tak prędko, że zbrodniarz zaledwie czuje chłód stali, przecinającej muskuły. Taka śmierć jest niczem dla podobnych opryszków.
Aby zmniejszyć wrażenie śmierci, zrobiono zabawkę. To niegodne naszego wieku!
Tak myślał nasz poczciwiec, a tylko ta jedna pewność, że będzie mógł zmieszać Noela, wydać w ręce sprawiedliwości i zemścić się, pocieszała go i dodawała odwagi.
— Najprawdopodobniej, — myślał, — Noel zostawił w wagonie swoje rzeczy. Spieszył się... Czy je znaleziono? Ale jeśli poszedł i odebrał je pod obcem nazwiskiem, nie widzę więcej dowodów... Świadectwo tej pani Chaffour nic nie znaczy. Widząc w niebezpieczeństwie swojego kochanka, wszystko odwoła; powie, że Noel wyszedł z loży po godzinie dziesiątej.
W pośrodku ulicy Richelieu, ojciec Tabaret uczuł niesłychany zawrót głowy.
— Apopleksja... — pomyślał, — jeśli umrę... Noel wymknie się i będzie moim spadkobiercą. Stary ośle! czemu nie nosisz przy sobie testamentu, aby go zniszczyć, kiedy potrzeba?
O dwadzieścia kroków dalej, ujrzawszy godło chirurga, kazał woźnicy zatrzymać się, a sam wbiegł do domu...
— Upuść mi pan krwi! — zawołał do lekarza.
Chirurg chciał zrobić jakąś uwagę, ale nasz poczciwiec zrzucił już surdut i odkrył rękę.
— Upuść pan krwi! — zawołał, — czy chcesz mię zabić?
Lekarz zdecydował się, a pan Tabaret wyszedł lżejszy i odważniejszy.
W godzinę, z niezbędnem pełnomocnictwem w ręku i w towarzystwie oficera pokoju, szukał w biurze „zgubionych rzeczy na kolei żelaznej“ — przedmiotów wskazanych przez Julję.
— Poszukiwania przyniosły skutek, jakiego się spodziewał.
Wkrótce dowiedział się, że w tłusty wtorek wieczór, w wagonie drugiej klasy, przy pociągu 1. 45. znaleziono paltot i parasol.
Pokazano mu te przedmioty; poznał, że były własnością Noela...
W lewej kieszeni paltotu znajdowała się para rękawiczek koloru perłowego, bardzo podarta i podrapana, tudzież bilet powrotny z Chatou, który nie był użyty.
Podejrzenie Tabareta zrodziło się i przybrało wybitniejsze kształty w chwili, kiedy Clergeot zaczął mu wyliczać szaleństwa Noela. Później, dzięki rozmaitym okolicznościom, stało się jeszcze silniejszem. U Julji był już przekonany, a teraz przeświadczony.
Mimo to, mając w ręku niezbite dowody, skamieniał jak posąg boleści. Ale prędko przyszedł do siebie.
— Naprzód! — zawołał, dodając sobie odwagi, — teraz trzeba ptaszka złowić!
I nie tracąc czasu, kazał się odwieźć do pałacu Sprawiedliwości, gdzie spodziewał się zastać sędziego śledczego.
Mimo spóźnionej godziny, pan Daburon w rzeczy samej nie wyszedł jeszcze z gabinetu.
Właśnie rozmawiał z hrabią de Commarin, opowiadając mu zeznania Piotra Lerouge, którego hrabia uważał od dawna za nieboszczyka.
Pan Tabaret wpadł jak bomba, zanadto zmieszany, aby mógł dostrzedz obecność obcej osoby.
— Panie zawołał, dławiąc się wściekłą złością, — panie mamy już prawdziwego winowajcę! to on, to mój syn przybrany, mój spadkobierca, to Noel!
— Noel!... — powtórzył pan Daburon, powstając. A ciszej — dodał: — Odgadłem.
— Ach! jak najprędzej potrzebuję mandatu, — ciągnął nasz poczciwiec; — jeśli stracimy jedną minutę, wymknie się nam przez palce! Wie, że jest zdradzony; jego kochanka musiała go ostrzedz... Spieszmy się, panie sędzio, spieszmy się!
Pan Daburon otworzył usta, chcąc zapytać o wyjaśnienie, ale stary policjant mówił dalej:
— Jeszcze nie wszystko; niewinny Albert jęczy w więzieniu.
— Zaraz będzie wolny, — odrzekł sędzia. — Zanim pan przyszedłeś, poczyniłem w tej mierze potrzebne kroki. Myślmy o drugim.
Żaden z mówiących nie dostrzegł zniknięcia hrabiego de Commarin.
Usłyszawszy imię Noela, wymknął się cicho na korytarz i przy pomocy sług, zbiegł szybko po schodach.
Noel przyrzekł uczynić wszystko, byle jak najprędzej oswobodzić Alberta.
Rzeczywiście był u kilku sędziów i umiał tak się zachować, że wszędzie odprawiono go z kwitkiem.
O godzinie czwartej przedstawił się w hotelu Commarin, aby hrabiemu złożyć sprawę z niepomyślnego rezultatu zabiegów.
— Pan hrabia wyjechał, — rzekł Dyonizy, — ale jeśli pan raczy poczekać...
— Poczekam, — odpowiedział adwokat.
— W takim razie, — podchwycił pokojowiec, — pan będzie łaskaw pójść za mną. Pan hrabia kazał pana zaprowadzić do swojego gabinetu.
Ta poufałość hrabiego, pozwoliła Noelowi zmierzyć swoją wielkość. Był już u siebie, w swoim wspaniałym pałacu, był panem, dziedzicem wielkiego imienia i fortuny. Jego wzrok zatrzymał się na drzewie genealogicznem, zawieszonem nad kominkiem. Zbliżył się i zaczął czytać.
Była to, jakby najpiękniejsza karta, wydarta ze złotej księgi szlachty francuzkiej. Znajdowały się tam wszystkie nazwiska historyczne. Dom Commarin był spokrewniony ze wszystkiemi wielkiemi domami. Dwaj jego członkowie poślubili nawet córki panujących.
Pycha nadęła serce adwokata; krew zaczęła bić szybciej, dumnie podniósł czoło i rzekł do siebie:
— Jestem wice-hrabią de Commarin!
Drzwi się rozwarły — odwrócił się — hrabia wszedł...
Już Noel kłaniał się z szacunkiem, ale skamieniał na widok wzroku swojego ojca, w którym płonęły nienawiść, gniew i pogarda.
Zimny dreszcz przebiegł mu po żyłach, zęby zadzwoniły; zrozumiał, że jest zgubiony...
— Nędzniku! — zawołał hrabia.
I bojąc się własnej gwałtowności, stary szlachcic rzucił w kąt laskę.
Nie chciał bić swojego syna; uważał, że Noel jest niegodnym tego zaszczytu.
Potem nastała chwila grobowego milczenia, która dla obu trwała wiek cały.
Jeden i drugi mieli taki natłok myśli, że aby je wytłumaczyć, potrzebaby cały tom zapisać.
Noel ośmielił się pierwszy przemówić.
— Panie, — zaczął.
— Ach! milcz przynajmniej! — krzyknął hrabia głosem stłumionym, — milcz! Czy może być, wielki Boże! żeby on był moim synem. Niestety! teraz nie mogę już wątpić... Nieszczęsny! tyś dobrze wiedział, że jesteś synem pani Gerdy. Podły! Nie tylko zamordowałeś, ale jeszcze uczyniłeś wszystko, ażeby zgubić niewinnego. Morderco! ty zabiłeś własną matkę!...
Adwokat chciał protestować.
— Zabiłeś ją! — ciągnął hrabia z wzrastającą gwałtownością, — jeśli nie trucizną, to swoją zbrodnią. Teraz wszystko rozumiem... Ona dziś rano była przy zmysłach. Ty dobrze rozumiałeś. To do ciebie było zwrócone ostatnie słowo: „Morderco!“
Powoli Noel cofnął się aż w głąb pokoju i tam stanął oparty o mur, z piersią wydętą, głową butnie do góry podniesioną, włosami rozrzuconemi, z dzikiem spojrzeniem. Konwulsyjne drżenie przebiegało go od głowy do stóp. Jego twarz zdradzała najstraszniejszą trwogę... trwogę odkrytego kryminalisty.
— Widzisz, wiem wszystko, — ciągnął hrabia, — i nie tylko ja jeden to wiem. Właśnie wydano mandat, aby cię uwięzić.
Głuchy jęk rozdarł pierś adwokata. Jego usta, które obawa śmierci zwiesiła i pobieliła, ścisnęły się kurczowo. Spiorunowany w pośrodku tryumfu, opierał się trwodze. Na hrabiego spojrzał niedowierzająco.
Pan de Commarin nie zwracając uwagi na Noela, zbliżył się do biurka i otworzył szufladkę.
— Powinienem, rzekł, oddać cię natychmiast w ręce kata. Ale niestety nie zapomniałem, że jestem twoim nieszczęśliwym ojcem. Usiądź, spisz i podpisz spowiedź swojej zbrodni. Potem znajdziesz broń w tej szufladzie. Oby ci Bóg przebaczył!...
Stary szlachcic postąpił naprzód, chcąc wyjść; adwokat wstrzymał go gwałtownym ruchem lewej ręki; prawą zaś dobył rewolweru na sześć strzałów i przemówił głosem stanowczym:
— Pańska broń jest zbyteczna... lecz ja nie chcę zabić się... przynajmniej nie w tej chwili...
— Ach! krzyknął hrabia de Commarin tonem najwyższej pogardy, — on się boi... Podły!
— Nie, mój panie, nie! Ale ja odbiorę sobie życie dopiero wtedy, gdy się już naocznie przekonam, że wszystkie wyjścia są zamknięte, że nie mogę się ocalić.
— Nędzniku! — wołał hrabia gorąco, — czy więc potrzeba, aby ja sam!...
Rzucił się ku broni, ale Noel zatrzymał go silnem tupnięciem nogi.
— Posłuchaj mię, panie, — rzekł adwokat tym głosem krótkim i dobitnym, który jest wynikiem nieuchronnego niebezpieczeństwa; — nie traćmy drogiego czasu na czczej gadaninie. Popełniłem zbrodnię, wiem o tem, i nie myślę się usprawiedliwiać. Ale kto ją przygotował, jeśli nie pan? Teraz jesteś tak łaskaw, że mi robisz podarunek z nabitego pistoletu. Dziękuję! odrzucam tę łaskę. Ta wspaniałomyślność nie może mię ująć. Przede wszystkiem chcesz uniknąć skandalu mojego procesu i hańby, którą by się okryło twoje imię.
Hrabia chciał odpowiedzieć.
— Nie potrzeba! — przerwał Noel tonem rozkazującym. — Ja nie chcę się zabić. Chcę uratować moją głowę, jeśli możebne... Podaj mi środki, ażebym mógł uciec, a ja przysięgam ci w zamian, że żywego nie dostaną mię w ręce. Powtarzam: podaj mi środki, bo nie mam dwudziestu franków w kieszeni. Moich ostatnich tysiąc franków uleciało w dniu... pan mię rozumiesz. W domu nie mam nawet za co pochować umarłą matkę. A więc pieniędzy!
— Nigdy!
— W takim razie oddam się sam, a wtedy zobaczysz, co się stanie z nazwiskiem, które jest tak drogiem dla ciebie.
Hrabia upojony gniewem, chciał znowu broń uchwycić. Noel zbliżył się do niego.
— Bez walki, — rzekł zimno, — ja jestem silniejszy.
Mówiąc o sądzie, skandalu, hańbie, adwokat dotknął strony najdrażliwszej.
Przez chwilę, między szacunkiem dla swego nazwiska a palącą chęcią ukarania nędznika, hrabia nie wiedział co począć.
Nareszcie szlachetne uczucie odniosło zwycięztwo.
— Skończmy, — przemówił głosem drżącym, w którym przebijała się najstraszliwsza pogarda, — skończmy tę haniebną rozmowę... Ile żądasz?
— Daj mi pan wszystko, co masz u siebie, tylko prędko.
W sobotę hrabia ściągnął od swojego bankiera pewną kwotę na umeblowanie apartamentów dla tego, którego uważał za swojego syna legalnego.
— Mam ośmdziesiąt tysięcy franków, — odpowiedział.
— To mało! — zawołał adwokat, — ale daj pan i to. Przestrzegam pana, że liczyłem co najmniej na pół miliona. Jeśli uda mi się wymknąć, natenczas miej na moje rozkazy pozostałych 420.000 franków. Czy przyrzekasz pan dać tę sumę na moje pierwsze wezwanie? Będę umiał zgłosić się do pana, nie ryzykując swojej osoby. Tylko pod tym warunkiem nie będziesz pan więcej o mnie słyszał.
W odpowiedź, hrabia otworzył małą szafeczkę w murze, a wyjąwszy wiązankę biletów bankowych, rzucił ją do nóg Noelowi.
Błyskawica szalonego gniewu zajaśniała w oczach adwokata; o krok zbliżył się do swojego ojca.
— Nie draźń mię! — krzyknął, grożąc ręką, — ludzie nie mający nic do stracenia jak ja, są niebezpieczni. Mogę się oddać...
Mimo to schylił się i podniósł pieniądze.
— Czy dajesz mi pan słowo, że przyszlesz resztę?
— Daję.
— A więc bądź zdrów!... Nie lękaj się; dochowam układu; żywego nigdy mię nie dostaną. Bądź zdrów, mój ojcze! W tem wszystkiem ty jeden jesteś prawdziwym winowajcą, tylko ty jeden powinieneś być ukarany. „Niebo nie jest sprawiedliwe. Przeklinam cię!
Gdy w godzinę później, służący wszedł do gabinetu hrabiego, ujrzał go leżącego na ziemi, z twarzą do dywanu, prawie bez życia.
Tymczasem Noel, wybiegłszy z hotelu Commarin, zwrócił się ku ulicy de l’Université, zataczając się jak pijany.
Zdawało mu się, że kamienny trotuar chwieje się pod jego krokami i że wszystko wkoło wiruje.
Usta miał spieczone, oczy krwią zabiegłe, pierś rozdartą.
Ale równocześnie, dziwne zjawisko! czuł niepojętą ulgę, prawie był szczęśliwy.
A więc już wszystko się ukończyło, wszystko! Precz z bezustanną trwogą, z szalonemi cierpieniami, precz z udawaniem, z walką! Odtąd nie potrzebuję się niczego obawiać. Po odegraniu strasznej roli, mógł zrzucić maskę i odetchnąć swobodnie.
Niepokonane osłabienie nastąpiło po dzikiej egzaltacji, którą, uniesiony cynicznym bezwstydem, zachowywał przez cały czas rozmowy z hrabią. Wszystkie struny jego organizacji, naprężone od tygodnia do najwyższego stopnia, rozprzęgły się i opadły. Ustała gorączka, która go przez ośm dni galwanizowała, skutkiem czego, uczuł natarczywą potrzebę spoczynku. Dokoła widział bezdenną próżnię — duszę opanowała obojętność bez granic.
W tej chwili był podobny do owych podróżnych, którzy uległszy na pokładzie morskiej chorobie, nie doznają żadnych wrażeń, patrząc obojętnym okiem nawet na nieuchronne niebezpieczeństwo.
Gdyby w tem momencie chciano go uwięzić, nie byłby się ani bronił, ani uciekał — ani byłby pomyślał o głowie.
Była nawet chwila, że pomyślał, czy nie lepiej byłoby pójść i oddać się w ręce władzy, aby mieć spokój, aby się uwolnić od ostatnich obaw.
Ale wrodzona energja sprzeciwiła się temu postępowaniu. Przyszła reakcja, galwanizując napowrót duszę i ciało. Pojął, jak fatalne jest jego położenie i jak wielkie niebezpieczeństwo, a w ciemnej oddali, jak bezdenną otchłań przy blasku piorunu, ujrzał hańbiące rusztowanie.
— Trzeba bronić życia? — pomyślał. — Ale jak?
Zimny dreszcz, który mordercom odbiera resztki zdrowego rozumu, przebiegł go od stóp do głowy. Spojrzał dokoła i zdawało mu się, że kilka przechodniów patrzy nań ciekawie. Trwoga wzmogła się...
Począł biedz w kierunku dzielnicy Łacinników, bez myśli, bez celu, aby biedz, byle się oddalić, jak Zbrodnia, którą artysta przedstawił uciekającą przed pletniami Furji.
Nie omieszkał zwolnić kroku, olśniony myślą, że właśnie ten pospiech, może w przechodniach obudzić podejrzenie.
Był przekonany, że wszystko w nim zdradza mordercę; pogardę i grozę czytał na wszystkich twarzach, a podejrzenie we wszystkich oczach.
Szedł dalej, powtarzając machinalnie:
— Trzeba coś zrobić.
Ale w strasznej agitacji nie był zdolny nic widzieć, nic rozważyć, nic postanowić.
Był blisko Odeonu, gdy wtem nowa refleksja rozjaśniła szybko, jak błyskawica, ciemności jego mózgu.
Pomyślał, że bez najmniejszej wątpliwości policja mu si go szukać, że jego rysopis znajduje się już we wszystkich rękach, że zatem jego broda i biała krawatka, mogą go najłatwiej zdradzić. Przechodząc koło fryzjerskiego sklepu, zbliżył się aż do drzwi, ale kiedy chciał ująć za klamkę, cofnął się przestraszony.
Czy nie zwróci to uwagi, że chce ogolić brodę? A gdyby go zapytano o powód?
Poszedł dalej.
Ujrzał nowy sklep, ale te same uwagi i tu nie pozwoliły mu wstąpić.
Powoli zrobiła się noc, a w miarę jak się wzmagała ciemność, Noel odzyskiwał pewność i wrodzoną odwagę.
Po tem olbrzymiem rozbiciu w przystani, zaczęła wypływać nadzieja. Bo i dla czego nie miałby się ocalić?
Nie mało mamy podobnych przykładów. Wynosi się za granicę, zmienia nazwisko, obleka się w skórę innego człowieka.
Miał pieniądze, a to najważniejsze.
Człowiek w jego położeniu, w pośrodku Paryża, mający ośmdziesiąt tysięcy franków w kieszeni, jest głupcem, jeżeli da się złapać.
A zresztą, gdyby wszystkie te pieniądze zaraz dać potrzeba, to czyż nie był pewny, że na pierwsze skinienie otrzyma sześć razy tyle?
Już myślał jak się przebrać i ku której granicy zwrócić swoje kroki, gdy wspomnienie o Julji, podobne do rozpalonego żelaza, przeszyło jego serce.
Jakto! miał odjechać bez niej, w przekonaniu że ją nigdy nie zobaczy!
Jakto! on ma uciekać, ścigany przez wszystkie policje cywilizowanego świata, tropiony jak dzikie zwierzę, a ona spokojnie będzie siedziała w Paryżu! Czy to możebne! A dla kogoż popełnił zbrodnię? Dla niej. Ktoby był z niej korzystał? Ona. A więc czy Julja nie powinna przy nim wytrwać do końca?
— Ona mię nie kocha, — myślał adwokat, — nigdy mię nie kochała... będzie szczęśliwą, nie widząc mię więcej przy sobie. Nie będzie mię żałowała, bo na co się jej przyda próżny worek i sprzęt niepotrzebny. Julja jest mądrą, umiała sobie uskładać mały mająteczek. Odarłszy mię, znajdzie sobie innego kochanka, zapomni mnie i będzie szczęśliwą, podczas gdy ja!... Ach! sam pojadę...
Głos rozumu wołał: — „Niebaczny! chcesz uciekać z kobietą, z kobietą piękną, aby tem łatwiej zwrócić na siebie uwagę. To uniemożliwi twoją ucieczkę, to cię zgubi!“
— Mniejsza o to! — odpowiadała namiętność, — albo się ocalimy, albo razem zginiemy. Chociaż ona mię nie kocha, ja ją kocham! Ja bez niej żyć nie mogę! Pójdzie ze mną, albo...
Ale w jaki sposób zobaczyć się z Julją, mówić z nią, nakłonić?
Pójść do niej, znaczy bardzo się narazić. Być może, że policja tam już była.
— Nie, — pomyślał Noel, — nikt nie wie, że ona jest moją kochanką, dowiedzą się o tem dopiero we dwa albo trzy dni, — a zresztą pisać, to jeszcze niebezpieczniej.
Zbliżył się do stojącej opodal dorożki i cichutko powiedział woźnicy numer fatalnego domu, przy ulicy Provence.
Wyciągnięty na poduszkach dorożki, kołysany jednostajnym ruchem, Noel nie myślał o przyszłości, nawet nie pytał co ma powiedzieć Julji. Nie. Mimo woli przebiegał wypadki, które przygotowały i rozwiązały katastrofę, jak człowiek, który umierając, przypatruje się dramatowi, albo komedji minionego życia.
Zrujnowany, bez środków, był gotów przedsięwziąć wszystko, byle dostać pieniędzy, których potrzebował do utrzymania przy sobie pani Julji. Właśnie w tym czasie przypadek zrobił go panem nie tylko listów hrabiego de Commarin, które odczytali Albert i Tabaret, ale i tych, w których hrabia dziękował pani Gerdy za szczęśliwie dokonaną zamianę.
Ten skarb uszczęśliwił go do najwyższego stopnia.
Sądził, że jest legalnym synem hrabiego. Ale wkrótce rozczarowała go matka, pokazując mu kilkanaście listów wdowej Lerouge, wyświecających prawdę i zwracając jego uwagę na bliznę na ramieniu, zadaną nożem męża Klaudji.
Ale człowiek topiąc się, chwyta się brzytwy; Noel postanowił bądź co bądź spożytkować te listy.
Z początku chciał wymódz na matce, ażeby za dokonaną zamianę, w co hrabia wierzył, zażądała od niego sowitego wynagrodzenia. Pani Gerdy odrzuciła tę propozycję z najwyższem oburzeniem. Wtedy adwokat wyspowiadał jej wszystkie swoje szaleństwa, przedstawił w rażącej nagości całą swoją ruinę finansową i zaklinał matkę, ażeby zażądała pomocy od pana de Commarin. Również i to odrzuciła, a jego proźby i groźby rozbiły się o jej niezachwiane postanowienie. Przez piętnaście dni między synem a matką toczyła się straszna walka, w której adwokat został pokonany.
Wtedy to postanowił zabić Klaudję.
Nieszczęśliwa Lerouge nie była wobec pani Gerdy szczerszą, jak wobec innych. Noel wierzył, że była wdową. Po zniszczeniu jej świadectwa, czego mógł się obawiać?
Chyba pani Gerdy i hrabiego.
Tych wcale się nie lękał.
Pani Gerdy mógł zawsze odpowiedzieć: „Moje imię zabrał mi twój syn, a więc czernisz mię rozmyślnie, aby on nie utracił majątku i wysokiego stanowiska.“ Ale co zrobić z Klaudją?
Po długiem namyśle, adwokat ułożył plan szatański.
Spalił wszystkie udowadniające listy hrabiego, a zostawił tylko te, które pozwalały domyślać się zamiany.
Zachowaną korespondencję pokazał Albertowi w nadziei, że jeśli sąd po zabiciu Klaudji uchwyci nić intrygi, niewątpliwie zwróci się przeciw temu, komu śmierć tej kobiety mogła przynieść korzyść. Lecz nie czynił tego w zamiarze, ażeby na Alberta miała spaść cała odpowiedzialność za zbrodnię. Była to tylko prosta ostrożność. Postanowił działać w ten sposób, iżby policja daremnie czas traciła na szukaniu wymarzonego winowajcy.
Nie myślał także zająć miejsce wice-hrabiego de Commarin.
Jego plan był jasny: po dokonanej zbrodni będzie czekał; sprawa przeciągnie się w nieskończoność; ludzie zaczną głośno o niej mówić, hrabia zechce ją skończyć, więc da mu tyle, ile zażąda...
Że matka będzie milczała, o tem był pewny. Matka nie wyda syna, chociażby największym był zbrodniarzem.
Po ułożeniu planu, postanowił rozpocząć działanie w tłusty wtorek.
Aby nic nie zaniedbać, poszedł tego wieczoru z Julją do teatru, a ztamtąd na bal do Opery.
Na przypadek nieszczęścia, chciał mieć niezbite alibi.
Zgubienie palta zaniepokoiło go w pierwszej chwili. Rozważywszy, przyszedł jednak do siebie, mówiąc:
— Kto się o tem dowie?
Wszystko poszło wedle obliczeń; po dokonanej zbrodni wiedział, że pomyślne rozwiązanie ułożonej sprawy, jest już tylko kwestją czasu...
Gdy wiadomość o popełnionem morderstwie wpadła w oczy pani Gerdy, nieszczęśliwa kobieta zgadła od razu, kto był jego sprawcą, a w pierwszem uniesieniu boleści oświadczyła, że niezwłocznie wyda go sama w ręce sprawiedliwości.
Noel bał się. Straszna choroba powaliła jego matkę, jedno jej słowo mogło go zgubić. Obdarzony niepospolitą odwagą, grał jednakowoż rolę z całą dokładnością.
Skierować uwagę policji na Alberta, znaczyło zapewnić sobie bezkarność, znaczyło osięgnąć, po przewidzianem i bardzo możliwem rozwiązaniu, majątek i imię hrabiego de Commarin.
Okoliczności i trwoga potęgowały jego odwagę i zręczność.
W sam czas zjawił się ojciec Tabaret.
Noel wiedział, że Tabaret ma stosunki z policją, więc zrozumiał, że poczciwiec będzie tu najlepszym powiernikiem.
Jak długo żyła pani Gerdy, Noel drżał. Kiedy oddała ducha, uważał się za ocalonego; chociażby nie wiedzieć jak szukał, nie widział trudności — tryumfował.
A tymczasem, kiedy miał dotrzeć do kresu, wszystko zostało odkryte. Jakim sposobem? Przez kogo? Jaki fatalizm przywołał do życia tajemnicę, którą uważał umarłą z panią Gerdy?
Ale kto pyta, lecąc w przepaść, jaki kamień usunął mu się z pod stopy!...
Dorożka zatrzymała się na ulicy Provence.
Noel wychylił głowę, śledząc przyległe gmachy i sień w domu kochanki.
Nie ujrzawszy nic podejrzanego, zapłacił woźnicy i jednym skokiem dostał się na trotuar. Szybciej niż strzała biegł po schodach na drugie piętro.
Na widok adwokata, Karolcia krzyknęła z radości.
— To pan! — wołała, — ach! żeby pan wiedział, z jaką niecierpliwością pani pana oczekiwała! Była bardzo niespokojna...
Julja oczekiwała? Julja niespokojna?
Adwokat nie miał odwagi i czasu zapytać. Zdawało mu się, że dotknąwszy stopą tego mieszkania, odzyskał napowrót całą krew zimną. Zmierzył swoją lekkomyślność, rozumiał wagę każdej minuty...
— Jeśli zadzwonią, — rzekł do Karoliny, — nie otwieraj. Chociażby nie wiedzieć co mówili i robili, nie otwieraj!
Na głos Noela, przybiegła pani Julja. On ją przemocą wtrącił do salonu, a wszedłszy za nią, zamknął drzwi za sobą.
Dopiero teraz młoda kobieta mogła się przypatrzyć twarzy swojego kochanka.
Tak był zmieniony, że nie mogła powstrzymać się od okrzyku:
— Co się stało?
Noel nie odpowiedział; zbliżył się do niej i wziął ją za rękę.
— Juljo, — zapytał głosem przygasłym, wlepiając w jej oczy płomieniste spojrzenie, — Juljo, bądź szczerą, czy ty mię kochasz?
Odgadła, czuła, że stało się coś nadzwyczajnego; oddychała powietrzem nieszczęścia, a mimo to chciała jeszcze pofiglować.
— Niedobry, — odpowiedziała, — zasłużyłeś...
— Dosyć! — krzyknął Noel i uderzył nogą w posadzkę z niesłychaną gwałtownością. — Odpowiedz, ciągnął, ściskając kurczowo drobne ręce swojej kochanki, odpowiedz, czy kochasz mnie, czy nie?
— Kocham, — wyjąkła, — albo nie wiesz o tem, czemu się pytasz?
Tysiąc razy drażniła gniew swojego kochanka, aby, doprowadziwszy go do ostateczności, ugłaskać potem jednem słowem — ale jeszcze nigdy nie widziała Noela w takim stanie.
— Czemu się pytam? — odparł adwokat, puszczając ręce kochanki, czemu? — Bo jeżeli mię kochasz, musisz mi tego złożyć dowody. Jeśli mię kochasz, musisz natychmiast iść za mną, wszystko porzucić, uciekać ze mną, czas nagli...
Młoda kobieta była na prawdę strwożona.
— Cóż się więc stało, mój Boże!
— Nic. Wiedz Juljo, zanadto cię kochałem. W dniu, kiedy mi zabrakło pieniędzy dla ciebie, na twoje zbytki, na twoje zachcianki, straciłem głowę. Aby dostać pieniędzy, ja... ja popełniłem zbrodnię... czy teraz mię rozumiesz?
Zdumienie rozszerzyło oczy Julji — wątpiła.
— Zbrodnię, ty! — wyjąkła.
— Tak, ja! Chcesz może wiedzieć co zrobiłem? Zabiłem, zamordowałem! Dla ciebie...
Zapewne adwokat był przekonany, że Julja usłyszawszy te słowa, cofnie się z przerażeniem. Oczekiwał objawu tej trwogi, która nas owłada na widok mordercy; więc już naprzód był na nią przygotowany. Myślał, że najpierw zacznie uciekać. Może zechce zrobić jaką scenę, dostanie ataku nerwowego, będzie krzyczała, błagała ratunku, pomocy... Omylił się.
Jednym skokiem Julja była przy nim, tuląc się do jego piersi, obwijając białemi ramionami jego szyję i całując go do uduszenia, jak go jeszcze nigdy nie całowała.
— Kocham cię, — wołała, — kocham! Tyś dla mnie źle zrobił, ty!... bo mię kochałeś. Ty masz serce, ja ciebie nie znałam...
Widać, że tylko kosztem cudzego życia można było panią Julje natchnąć miłością, ale Noel nie miał czasu o tem myśleć.
Miał chwilę nieokreślonej rozkoszy; myślał, że jeszcze nic nie stracone.
Mimo to uwolnił się od uścisków swojej kochanki.
— Uciekajmy! — zawołał, — największe nieszczęście, że nie wiem, zkąd grozi niebezpieczeństwo. Jakim sposobem mogli odkryć prawdę, to jeszcze dla mnie tajemnicą..
Julja przypomniała sobie niepokojącą wizytę z przedpołudnia; wszystko zrozumiała...
— Nieszczęsna! — zawołała, załamując ręce z rozpaczą, — to ja go wydałam! We wtorek... nieprawda?
— Tak, we wtorek.
— Ach! nie podejrzywając, powiedziałam wszystko twojemu przyjacielowi, o którym mniemałam, że został przez ciebie przysłany...
— Staremu Tabaretowi?
— Tak, dziś przed południem.
— A więc uciekajmy! — krzyknął Noel, — uciekajmy! prawdziwy cud że ich jeszcze nie ma.
Ujął ją za ramię, chcąc pociągnąć za sobą, ale ona się wyrwała:
— Puść mię, mam trochę złota, klejnotów, muszę je wziąć.
Nie potrzeba, zostaw wszystko, mam majątek. Juljo, uciekajmy!...
Ale ona otworzyła już komodę i z największym, pospiechem wrzucała do torby podróżnej wszystko, co jakąkolwiek miało wartość.
— Ach! ty mię gubisz, — powtarzał Noel, — ty mię gubisz!
Mówił to, ale jego serce doznawało dziwnej rozkoszy.
— Jakie szczytne przywiązanie, — mówił do siebie, — ona mię szczerze kocha... dla mnie wyrzeka się bez wahania życia szczęśliwego; poświęca mi wszystko!...
Julja skończyła przygotowania z największym pospiechem; zawiązywała kapelusz, gdy w tem dał się słyszeć głos dzwonka:
— Oni! — krzyknął Noel i zadrżał na całem ciele.
Młoda kobieta i jej kochanek stali nieruchomo jak dwa posągi, z kroplistym potem na czole, z rozszerzonemi oczyma, z natężonym słuchem.
Wkrótce dało się słyszeć drugie dzwonienie, potem trzecie.
Karolina weszła na palcach.
— Jest ich kilku, — rzekła cichutko, — słyszałam, że się naradzali.
Po dzwonieniu, zaczęto pukać. Jeden głos doleciał aż do salonu; wyraźnie można było rozróżnić wyrazy: „W imię prawa!“
— Nie ma już nadziei! — szepnął Noel.
— Kto wie! — krzyknęła Julja, — a schody poboczne?
— Bądź spokojną i o nich nie zapomnieli.
Julja stała blada, spiorunowana.
W przedpokoju dały się już słyszeć kroki ciężkie, umyślnie tłumione.
— Musimy znaleźć sposób! — krzyknęła z szalonym gniewem.
— Znajdziemy, — odparł Noel, nadeszła chwila odwagi... Dałem słowo. Wyłamują zamek... Zamknij wszystkie drzwi, niech je wyłamią, przynajmniej zyszczę na czasie!...
Julja i Karolina rzuciły się ku drzwiom. Wtedy Noel, wsparłszy się o kominek salonu, dobył z kieszeni rewolweru i przyłożył go do piersi.
Ale Julja dostrzegłszy ten ruch, rzuciła się ku niemu z całą gwałtownością i konwulsyjnem szarpnięciem ręki, zniżyła broń zabójczą. Strzał padł, a kula przeszyła Noelowi środek wnętrzności. Okropnie krzyknął.
Zachwiał się, ale nie upadł; ręką wsparł się o mały stolik, a z rany krew ciekła strumieniem. Julja uchwyciła się kurczowo jego ramienia, starając się wyrwać mu rewolwer.
— Ty się nie zabijesz! — krzyczała, — nie chcę, ty jesteś moim, ja cię kocham! Niech wejdą... Co ci to szkodzi? Jeśli cię wrzucą do więzienia, potrafię cię ocalić. Przekupimy dozorców. Oboje będziemy żyli szczęśliwie; mniejsza o to gdzie, w Ameryce, nikt nas nie będzie znał...
Drzwi wchodowe pękły; teraz wysadzano drzwi od salonu.
— Skończmy! — jęknął Noel, — nie mogą mię dostać żywego.
I z największem wysileniem, szydząc ze strasznej boleści, odtrącił Julję, która padła na dywan koło kanapy.
Następnie przytknąwszy rewolwer w miejscu, gdzie słyszał bicie serca, spuścił kurek i runął na posadzkę.
Czas był wielki, policja wchodziła.
Ajenci sądzili, że Noel, zanim sobie życie odebrał, zabił wpierw kochankę.
Są ludzie, którzy ten świat lubią opuszczać w towarzystwie. Alboż nie słyszano dwóch strzałów?
Ale Julja zerwała się z dywanu.
— Lekarza! — wołała, — lekarza, on nie mógł umrzeć!...
Jeden z ajentów wybiegł, podczas gdy drudzy, pod przewodnictwem ojca Tabareta, złożyli adwokata na łóżku Julji.
— Szkoda, że się zabił, — szeptał nasz poczciwiec, — którego gniew uleciał wobec krwawego widowiska; — kochałem go jak własnego syna, a jego nazwisko jest jeszcze w moim testamencie.
Tabaret przerwał. Noel jęknął i otworzył oczy.
— Widzicie, on będzie żył! — krzyknęła Julja.
Adwokat potrząsł głową, a potem zaczął rzucać się na łóżku i niby czegoś szukać w bocznej kieszeni surduta i pod poduszką. Udało mu się nawet obrócić twarzą do muru, a potem odwrócić.
Następnie głosem przygasłym wyjąknął kilka słów.
— Jestem mordercą... spiszcie, podpiszę, to uszczęśliwi Alberta, winienem mu to zadosyćuczynienie...
Podczas kiedy pisano, przyciągnął głowę Julji aż do ust.
— Mój majątek jest pod poduszką, — szepnął, — weź go.
Krew wybuchła mu przez usta, myślano że kona.
Mimo to mógł jeszcze podpisać swoje oświadczenie i zaszydzić z Tabareta.
— Więc nasz ojczulo miewa z policją konszachty! Jak to miło łapać własnych przyjaciół!... Miałem ładną rolę, ale z trzema kobietami w grze musi się zawsze stracić.
Zaczął konać, a gdy lekarz nadszedł, mógł już tylko stwierdzić śmierć pana Noela Gerdy, adwokata.
— Ślub, — mówiła, — odbył się w naszym majątku w Normandji, bez doboszów i trębaczy. Mój zięć chciał tego, za co go dobrze skarciłam. Jawność pogardy, której stał się był ofiarą, domagała się hucznego wesela. Takie było moje przekonanie, wcale się z niem nie taiłam. Ale chłopiec jest tak samo uparty jak ojciec... A moja wnuczka słuchając naprzód męża, sprzymierzyła się z nim przeciw biednej babce. Zresztą, mniejsza o to... Ciekawam, czy nawet za pieniądze znalazłby się dziś człowiek, któryby chciał wyznać, że kiedykolwiek wątpił o niewinności Alberta. Zostawiłam nowożeńców w najwyższem szczęściu. Niech żyją szczęśliwie i niech mają dużo dzieci. Nie potrzebują myśleć o mamkach i posagach. Bo trzeba wam wiedzieć, pierwszy raz w życiu i bez wątpienia po raz ostatni, pan de Commarin zachował się jak anioł. Cały majątek oddał synowi, słowem wszystko. Teraz będzie mieszkał na wsi. Ale nie zdaje mi się, żeby biedny starzec miał od pewnego ataku zdrową głowę... Bądź co bądź, los mojej wnuczki jest już zapewniony. Nie uwierzycie, ile mię to trwożyło i jak — oszczędnie jestem teraz żyć przymuszona... Ale ja gardzę rodzicami, którzy dla dobra dzieci cofają się przed ofiarami pieniężnemi.
Ale margrabina zapomniała dodać, że na ośm dni przed „ślubem,“ Albert oczyścił jej dosyć kłopotliwe położenie i zabezpieczył piękny dochód.
Od tego czasu pożyczyła od zięcia tylko dziewięć tysięcy franków; ale za to zbiera się wyjawić mu temi dniami, o ile jest umęczoną przez dostarczyciela mebli, swoją szwaczkę, dwóch właścicieli magazynów z sukniami i kilku innych kupców.
A jednak! zacna to kobieta; nigdy źle nie mówi o swoim zięciu.
Otrzymawszy dymisję, o którą sam prosił, pan Daburon zamieszkał w Poitou i znalazł spokój; zapomnienie przyjdzie. Sąsiedzi nie tracą nadziei, że z czasem przecież go ożenią.
Pani Julja całkiem się już pocieszyła. Ośmdziesiąt tysięcy franków, schowanych przez Noela pod poduszkę, nie zginęły, ale już nie wiele z nich zostało. Niezadługo doniosą o wyprzedaży bogatych mebli.
Sam tylko pan Tabaret dobrze pamięta.
Wierząc dawniej w nieomylność sądów, widzi teraz wszędzie same błędy sądowe.
Stary ajent policyjny wątpi o istnieniu zbrodni i utrzymuje, że dowód ze zbiegu okoliczności, nic nie znaczy. Podpisawszy prośbę względem zniesienia kary śmierci, organizuje teraz towarzystwo, mające wspierać na przyszłość biednych i niewinnie obżałowanych.