Gdzie winowajca/Tom II/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Noel przyrzekł uczynić wszystko, byle jak najprędzej oswobodzić Alberta.
Rzeczywiście był u kilku sędziów i umiał tak się zachować, że wszędzie odprawiono go z kwitkiem.
O godzinie czwartej przedstawił się w hotelu Commarin, aby hrabiemu złożyć sprawę z niepomyślnego rezultatu zabiegów.
— Pan hrabia wyjechał, — rzekł Dyonizy, — ale jeśli pan raczy poczekać...
— Poczekam, — odpowiedział adwokat.
— W takim razie, — podchwycił pokojowiec, — pan będzie łaskaw pójść za mną. Pan hrabia kazał pana zaprowadzić do swojego gabinetu.
Ta poufałość hrabiego, pozwoliła Noelowi zmierzyć swoją wielkość. Był już u siebie, w swoim wspaniałym pałacu, był panem, dziedzicem wielkiego imienia i fortuny. Jego wzrok zatrzymał się na drzewie genealogicznem, zawieszonem nad kominkiem. Zbliżył się i zaczął czytać.
Była to, jakby najpiękniejsza karta, wydarta ze złotej księgi szlachty francuzkiej. Znajdowały się tam wszystkie nazwiska historyczne. Dom Commarin był spokrewniony ze wszystkiemi wielkiemi domami. Dwaj jego członkowie poślubili nawet córki panujących.
Pycha nadęła serce adwokata; krew zaczęła bić szybciej, dumnie podniósł czoło i rzekł do siebie:
— Jestem wice-hrabią de Commarin!
Drzwi się rozwarły — odwrócił się — hrabia wszedł...
Już Noel kłaniał się z szacunkiem, ale skamieniał na widok wzroku swojego ojca, w którym płonęły nienawiść, gniew i pogarda.
Zimny dreszcz przebiegł mu po żyłach, zęby zadzwoniły; zrozumiał, że jest zgubiony...
— Nędzniku! — zawołał hrabia.
I bojąc się własnej gwałtowności, stary szlachcic rzucił w kąt laskę.
Nie chciał bić swojego syna; uważał, że Noel jest niegodnym tego zaszczytu.
Potem nastała chwila grobowego milczenia, która dla obu trwała wiek cały.
Jeden i drugi mieli taki natłok myśli, że aby je wytłumaczyć, potrzebaby cały tom zapisać.
Noel ośmielił się pierwszy przemówić.
— Panie, — zaczął.
— Ach! milcz przynajmniej! — krzyknął hrabia głosem stłumionym, — milcz! Czy może być, wielki Boże! żeby on był moim synem. Niestety! teraz nie mogę już wątpić... Nieszczęsny! tyś dobrze wiedział, że jesteś synem pani Gerdy. Podły! Nie tylko zamordowałeś, ale jeszcze uczyniłeś wszystko, ażeby zgubić niewinnego. Morderco! ty zabiłeś własną matkę!...
Adwokat chciał protestować.
— Zabiłeś ją! — ciągnął hrabia z wzrastającą gwałtownością, — jeśli nie trucizną, to swoją zbrodnią. Teraz wszystko rozumiem... Ona dziś rano była przy zmysłach. Ty dobrze rozumiałeś. To do ciebie było zwrócone ostatnie słowo: „Morderco!“
Powoli Noel cofnął się aż w głąb pokoju i tam stanął oparty o mur, z piersią wydętą, głową butnie do góry podniesioną, włosami rozrzuconemi, z dzikiem spojrzeniem. Konwulsyjne drżenie przebiegało go od głowy do stóp. Jego twarz zdradzała najstraszniejszą trwogę... trwogę odkrytego kryminalisty.
— Widzisz, wiem wszystko, — ciągnął hrabia, — i nie tylko ja jeden to wiem. Właśnie wydano mandat, aby cię uwięzić.
Głuchy jęk rozdarł pierś adwokata. Jego usta, które obawa śmierci zwiesiła i pobieliła, ścisnęły się kurczowo. Spiorunowany w pośrodku tryumfu, opierał się trwodze. Na hrabiego spojrzał niedowierzająco.
Pan de Commarin nie zwracając uwagi na Noela, zbliżył się do biurka i otworzył szufladkę.
— Powinienem, rzekł, oddać cię natychmiast w ręce kata. Ale niestety nie zapomniałem, że jestem twoim nieszczęśliwym ojcem. Usiądź, spisz i podpisz spowiedź swojej zbrodni. Potem znajdziesz broń w tej szufladzie. Oby ci Bóg przebaczył!...
Stary szlachcic postąpił naprzód, chcąc wyjść; adwokat wstrzymał go gwałtownym ruchem lewej ręki; prawą zaś dobył rewolweru na sześć strzałów i przemówił głosem stanowczym:
— Pańska broń jest zbyteczna... lecz ja nie chcę zabić się... przynajmniej nie w tej chwili...
— Ach! krzyknął hrabia de Commarin tonem najwyższej pogardy, — on się boi... Podły!
— Nie, mój panie, nie! Ale ja odbiorę sobie życie dopiero wtedy, gdy się już naocznie przekonam, że wszystkie wyjścia są zamknięte, że nie mogę się ocalić.
— Nędzniku! — wołał hrabia gorąco, — czy więc potrzeba, aby ja sam!...
Rzucił się ku broni, ale Noel zatrzymał go silnem tupnięciem nogi.
— Posłuchaj mię, panie, — rzekł adwokat tym głosem krótkim i dobitnym, który jest wynikiem nieuchronnego niebezpieczeństwa; — nie traćmy drogiego czasu na czczej gadaninie. Popełniłem zbrodnię, wiem o tem, i nie myślę się usprawiedliwiać. Ale kto ją przygotował, jeśli nie pan? Teraz jesteś tak łaskaw, że mi robisz podarunek z nabitego pistoletu. Dziękuję! odrzucam tę łaskę. Ta wspaniałomyślność nie może mię ująć. Przede wszystkiem chcesz uniknąć skandalu mojego procesu i hańby, którą by się okryło twoje imię.
Hrabia chciał odpowiedzieć.
— Nie potrzeba! — przerwał Noel tonem rozkazującym. — Ja nie chcę się zabić. Chcę uratować moją głowę, jeśli możebne... Podaj mi środki, ażebym mógł uciec, a ja przysięgam ci w zamian, że żywego nie dostaną mię w ręce. Powtarzam: podaj mi środki, bo nie mam dwudziestu franków w kieszeni. Moich ostatnich tysiąc franków uleciało w dniu... pan mię rozumiesz. W domu nie mam nawet za co pochować umarłą matkę. A więc pieniędzy!
— Nigdy!
— W takim razie oddam się sam, a wtedy zobaczysz, co się stanie z nazwiskiem, które jest tak drogiem dla ciebie.
Hrabia upojony gniewem, chciał znowu broń uchwycić. Noel zbliżył się do niego.
— Bez walki, — rzekł zimno, — ja jestem silniejszy.
Mówiąc o sądzie, skandalu, hańbie, adwokat dotknął strony najdrażliwszej.
Przez chwilę, między szacunkiem dla swego nazwiska a palącą chęcią ukarania nędznika, hrabia nie wiedział co począć.
Nareszcie szlachetne uczucie odniosło zwycięztwo.
— Skończmy, — przemówił głosem drżącym, w którym przebijała się najstraszliwsza pogarda, — skończmy tę haniebną rozmowę... Ile żądasz?
— Daj mi pan wszystko, co masz u siebie, tylko prędko.
W sobotę hrabia ściągnął od swojego bankiera pewną kwotę na umeblowanie apartamentów dla tego, którego uważał za swojego syna legalnego.
— Mam ośmdziesiąt tysięcy franków, — odpowiedział.
— To mało! — zawołał adwokat, — ale daj pan i to. Przestrzegam pana, że liczyłem co najmniej na pół miliona. Jeśli uda mi się wymknąć, natenczas miej na moje rozkazy pozostałych 420.000 franków. Czy przyrzekasz pan dać tę sumę na moje pierwsze wezwanie? Będę umiał zgłosić się do pana, nie ryzykując swojej osoby. Tylko pod tym warunkiem nie będziesz pan więcej o mnie słyszał.
W odpowiedź, hrabia otworzył małą szafeczkę w murze, a wyjąwszy wiązankę biletów bankowych, rzucił ją do nóg Noelowi.
Błyskawica szalonego gniewu zajaśniała w oczach adwokata; o krok zbliżył się do swojego ojca.
— Nie draźń mię! — krzyknął, grożąc ręką, — ludzie nie mający nic do stracenia jak ja, są niebezpieczni. Mogę się oddać...
Mimo to schylił się i podniósł pieniądze.
— Czy dajesz mi pan słowo, że przyszlesz resztę?
— Daję.
— A więc bądź zdrów!... Nie lękaj się; dochowam układu; żywego nigdy mię nie dostaną. Bądź zdrów, mój ojcze! W tem wszystkiem ty jeden jesteś prawdziwym winowajcą, tylko ty jeden powinieneś być ukarany. „Niebo nie jest sprawiedliwe. Przeklinam cię!
Gdy w godzinę później, służący wszedł do gabinetu hrabiego, ujrzał go leżącego na ziemi, z twarzą do dywanu, prawie bez życia.
Tymczasem Noel, wybiegłszy z hotelu Commarin, zwrócił się ku ulicy de l’Université, zataczając się jak pijany.
Zdawało mu się, że kamienny trotuar chwieje się pod jego krokami i że wszystko wkoło wiruje.
Usta miał spieczone, oczy krwią zabiegłe, pierś rozdartą.
Ale równocześnie, dziwne zjawisko! czuł niepojętą ulgę, prawie był szczęśliwy.
A więc już wszystko się ukończyło, wszystko! Precz z bezustanną trwogą, z szalonemi cierpieniami, precz z udawaniem, z walką! Odtąd nie potrzebuję się niczego obawiać. Po odegraniu strasznej roli, mógł zrzucić maskę i odetchnąć swobodnie.
Niepokonane osłabienie nastąpiło po dzikiej egzaltacji, którą, uniesiony cynicznym bezwstydem, zachowywał przez cały czas rozmowy z hrabią. Wszystkie struny jego organizacji, naprężone od tygodnia do najwyższego stopnia, rozprzęgły się i opadły. Ustała gorączka, która go przez ośm dni galwanizowała, skutkiem czego, uczuł natarczywą potrzebę spoczynku. Dokoła widział bezdenną próżnię — duszę opanowała obojętność bez granic.
W tej chwili był podobny do owych podróżnych, którzy uległszy na pokładzie morskiej chorobie, nie doznają żadnych wrażeń, patrząc obojętnym okiem nawet na nieuchronne niebezpieczeństwo.
Gdyby w tem momencie chciano go uwięzić, nie byłby się ani bronił, ani uciekał — ani byłby pomyślał o głowie.
Była nawet chwila, że pomyślał, czy nie lepiej byłoby pójść i oddać się w ręce władzy, aby mieć spokój, aby się uwolnić od ostatnich obaw.
Ale wrodzona energja sprzeciwiła się temu postępowaniu. Przyszła reakcja, galwanizując napowrót duszę i ciało. Pojął, jak fatalne jest jego położenie i jak wielkie niebezpieczeństwo, a w ciemnej oddali, jak bezdenną otchłań przy blasku piorunu, ujrzał hańbiące rusztowanie.
— Trzeba bronić życia? — pomyślał. — Ale jak?
Zimny dreszcz, który mordercom odbiera resztki zdrowego rozumu, przebiegł go od stóp do głowy. Spojrzał dokoła i zdawało mu się, że kilka przechodniów patrzy nań ciekawie. Trwoga wzmogła się...
Począł biedz w kierunku dzielnicy Łacinników, bez myśli, bez celu, aby biedz, byle się oddalić, jak Zbrodnia, którą artysta przedstawił uciekającą przed pletniami Furji.
Nie omieszkał zwolnić kroku, olśniony myślą, że właśnie ten pospiech, może w przechodniach obudzić podejrzenie.
Był przekonany, że wszystko w nim zdradza mordercę; pogardę i grozę czytał na wszystkich twarzach, a podejrzenie we wszystkich oczach.
Szedł dalej, powtarzając machinalnie:
— Trzeba coś zrobić.
Ale w strasznej agitacji nie był zdolny nic widzieć, nic rozważyć, nic postanowić.
Był blisko Odeonu, gdy wtem nowa refleksja rozjaśniła szybko, jak błyskawica, ciemności jego mózgu.
Pomyślał, że bez najmniejszej wątpliwości policja mu si go szukać, że jego rysopis znajduje się już we wszystkich rękach, że zatem jego broda i biała krawatka, mogą go najłatwiej zdradzić. Przechodząc koło fryzjerskiego sklepu, zbliżył się aż do drzwi, ale kiedy chciał ująć za klamkę, cofnął się przestraszony.
Czy nie zwróci to uwagi, że chce ogolić brodę? A gdyby go zapytano o powód?
Poszedł dalej.
Ujrzał nowy sklep, ale te same uwagi i tu nie pozwoliły mu wstąpić.
Powoli zrobiła się noc, a w miarę jak się wzmagała ciemność, Noel odzyskiwał pewność i wrodzoną odwagę.
Po tem olbrzymiem rozbiciu w przystani, zaczęła wypływać nadzieja. Bo i dla czego nie miałby się ocalić?
Nie mało mamy podobnych przykładów. Wynosi się za granicę, zmienia nazwisko, obleka się w skórę innego człowieka.
Miał pieniądze, a to najważniejsze.
Człowiek w jego położeniu, w pośrodku Paryża, mający ośmdziesiąt tysięcy franków w kieszeni, jest głupcem, jeżeli da się złapać.
A zresztą, gdyby wszystkie te pieniądze zaraz dać potrzeba, to czyż nie był pewny, że na pierwsze skinienie otrzyma sześć razy tyle?
Już myślał jak się przebrać i ku której granicy zwrócić swoje kroki, gdy wspomnienie o Julji, podobne do rozpalonego żelaza, przeszyło jego serce.
Jakto! miał odjechać bez niej, w przekonaniu że ją nigdy nie zobaczy!
Jakto! on ma uciekać, ścigany przez wszystkie policje cywilizowanego świata, tropiony jak dzikie zwierzę, a ona spokojnie będzie siedziała w Paryżu! Czy to możebne! A dla kogoż popełnił zbrodnię? Dla niej. Ktoby był z niej korzystał? Ona. A więc czy Julja nie powinna przy nim wytrwać do końca?
— Ona mię nie kocha, — myślał adwokat, — nigdy mię nie kochała... będzie szczęśliwą, nie widząc mię więcej przy sobie. Nie będzie mię żałowała, bo na co się jej przyda próżny worek i sprzęt niepotrzebny. Julja jest mądrą, umiała sobie uskładać mały mająteczek. Odarłszy mię, znajdzie sobie innego kochanka, zapomni mnie i będzie szczęśliwą, podczas gdy ja!... Ach! sam pojadę...
Głos rozumu wołał: — „Niebaczny! chcesz uciekać z kobietą, z kobietą piękną, aby tem łatwiej zwrócić na siebie uwagę. To uniemożliwi twoją ucieczkę, to cię zgubi!“
— Mniejsza o to! — odpowiadała namiętność, — albo się ocalimy, albo razem zginiemy. Chociaż ona mię nie kocha, ja ją kocham! Ja bez niej żyć nie mogę! Pójdzie ze mną, albo...
Ale w jaki sposób zobaczyć się z Julją, mówić z nią, nakłonić?
Pójść do niej, znaczy bardzo się narazić. Być może, że policja tam już była.
— Nie, — pomyślał Noel, — nikt nie wie, że ona jest moją kochanką, dowiedzą się o tem dopiero we dwa albo trzy dni, — a zresztą pisać, to jeszcze niebezpieczniej.
Zbliżył się do stojącej opodal dorożki i cichutko powiedział woźnicy numer fatalnego domu, przy ulicy Provence.
Wyciągnięty na poduszkach dorożki, kołysany jednostajnym ruchem, Noel nie myślał o przyszłości, nawet nie pytał co ma powiedzieć Julji. Nie. Mimo woli przebiegał wypadki, które przygotowały i rozwiązały katastrofę, jak człowiek, który umierając, przypatruje się dramatowi, albo komedji minionego życia.
Zrujnowany, bez środków, był gotów przedsięwziąć wszystko, byle dostać pieniędzy, których potrzebował do utrzymania przy sobie pani Julji. Właśnie w tym czasie przypadek zrobił go panem nie tylko listów hrabiego de Commarin, które odczytali Albert i Tabaret, ale i tych, w których hrabia dziękował pani Gerdy za szczęśliwie dokonaną zamianę.
Ten skarb uszczęśliwił go do najwyższego stopnia.
Sądził, że jest legalnym synem hrabiego. Ale wkrótce rozczarowała go matka, pokazując mu kilkanaście listów wdowej Lerouge, wyświecających prawdę i zwracając jego uwagę na bliznę na ramieniu, zadaną nożem męża Klaudji.
Ale człowiek topiąc się, chwyta się brzytwy; Noel postanowił bądź co bądź spożytkować te listy.
Z początku chciał wymódz na matce, ażeby za dokonaną zamianę, w co hrabia wierzył, zażądała od niego sowitego wynagrodzenia. Pani Gerdy odrzuciła tę propozycję z najwyższem oburzeniem. Wtedy adwokat wyspowiadał jej wszystkie swoje szaleństwa, przedstawił w rażącej nagości całą swoją ruinę finansową i zaklinał matkę, ażeby zażądała pomocy od pana de Commarin. Również i to odrzuciła, a jego proźby i groźby rozbiły się o jej niezachwiane postanowienie. Przez piętnaście dni między synem a matką toczyła się straszna walka, w której adwokat został pokonany.
Wtedy to postanowił zabić Klaudję.
Nieszczęśliwa Lerouge nie była wobec pani Gerdy szczerszą, jak wobec innych. Noel wierzył, że była wdową. Po zniszczeniu jej świadectwa, czego mógł się obawiać?
Chyba pani Gerdy i hrabiego.
Tych wcale się nie lękał.
Pani Gerdy mógł zawsze odpowiedzieć: „Moje imię zabrał mi twój syn, a więc czernisz mię rozmyślnie, aby on nie utracił majątku i wysokiego stanowiska.“ Ale co zrobić z Klaudją?
Po długiem namyśle, adwokat ułożył plan szatański.
Spalił wszystkie udowadniające listy hrabiego, a zostawił tylko te, które pozwalały domyślać się zamiany.
Zachowaną korespondencję pokazał Albertowi w nadziei, że jeśli sąd po zabiciu Klaudji uchwyci nić intrygi, niewątpliwie zwróci się przeciw temu, komu śmierć tej kobiety mogła przynieść korzyść. Lecz nie czynił tego w zamiarze, ażeby na Alberta miała spaść cała odpowiedzialność za zbrodnię. Była to tylko prosta ostrożność. Postanowił działać w ten sposób, iżby policja daremnie czas traciła na szukaniu wymarzonego winowajcy.
Nie myślał także zająć miejsce wice-hrabiego de Commarin.
Jego plan był jasny: po dokonanej zbrodni będzie czekał; sprawa przeciągnie się w nieskończoność; ludzie zaczną głośno o niej mówić, hrabia zechce ją skończyć, więc da mu tyle, ile zażąda...
Że matka będzie milczała, o tem był pewny. Matka nie wyda syna, chociażby największym był zbrodniarzem.
Po ułożeniu planu, postanowił rozpocząć działanie w tłusty wtorek.
Aby nic nie zaniedbać, poszedł tego wieczoru z Julją do teatru, a ztamtąd na bal do Opery.
Na przypadek nieszczęścia, chciał mieć niezbite alibi.
Zgubienie palta zaniepokoiło go w pierwszej chwili. Rozważywszy, przyszedł jednak do siebie, mówiąc:
— Kto się o tem dowie?
Wszystko poszło wedle obliczeń; po dokonanej zbrodni wiedział, że pomyślne rozwiązanie ułożonej sprawy, jest już tylko kwestją czasu...
Gdy wiadomość o popełnionem morderstwie wpadła w oczy pani Gerdy, nieszczęśliwa kobieta zgadła od razu, kto był jego sprawcą, a w pierwszem uniesieniu boleści oświadczyła, że niezwłocznie wyda go sama w ręce sprawiedliwości.
Noel bał się. Straszna choroba powaliła jego matkę, jedno jej słowo mogło go zgubić. Obdarzony niepospolitą odwagą, grał jednakowoż rolę z całą dokładnością.
Skierować uwagę policji na Alberta, znaczyło zapewnić sobie bezkarność, znaczyło osięgnąć, po przewidzianem i bardzo możliwem rozwiązaniu, majątek i imię hrabiego de Commarin.
Okoliczności i trwoga potęgowały jego odwagę i zręczność.
W sam czas zjawił się ojciec Tabaret.
Noel wiedział, że Tabaret ma stosunki z policją, więc zrozumiał, że poczciwiec będzie tu najlepszym powiernikiem.
Jak długo żyła pani Gerdy, Noel drżał. Kiedy oddała ducha, uważał się za ocalonego; chociażby nie wiedzieć jak szukał, nie widział trudności — tryumfował.
A tymczasem, kiedy miał dotrzeć do kresu, wszystko zostało odkryte. Jakim sposobem? Przez kogo? Jaki fatalizm przywołał do życia tajemnicę, którą uważał umarłą z panią Gerdy?
Ale kto pyta, lecąc w przepaść, jaki kamień usunął mu się z pod stopy!...
Dorożka zatrzymała się na ulicy Provence.
Noel wychylił głowę, śledząc przyległe gmachy i sień w domu kochanki.
Nie ujrzawszy nic podejrzanego, zapłacił woźnicy i jednym skokiem dostał się na trotuar. Szybciej niż strzała biegł po schodach na drugie piętro.
Na widok adwokata, Karolcia krzyknęła z radości.
— To pan! — wołała, — ach! żeby pan wiedział, z jaką niecierpliwością pani pana oczekiwała! Była bardzo niespokojna...
Julja oczekiwała? Julja niespokojna?
Adwokat nie miał odwagi i czasu zapytać. Zdawało mu się, że dotknąwszy stopą tego mieszkania, odzyskał napowrót całą krew zimną. Zmierzył swoją lekkomyślność, rozumiał wagę każdej minuty...
— Jeśli zadzwonią, — rzekł do Karoliny, — nie otwieraj. Chociażby nie wiedzieć co mówili i robili, nie otwieraj!
Na głos Noela, przybiegła pani Julja. On ją przemocą wtrącił do salonu, a wszedłszy za nią, zamknął drzwi za sobą.
Dopiero teraz młoda kobieta mogła się przypatrzyć twarzy swojego kochanka.
Tak był zmieniony, że nie mogła powstrzymać się od okrzyku:
— Co się stało?
Noel nie odpowiedział; zbliżył się do niej i wziął ją za rękę.
— Juljo, — zapytał głosem przygasłym, wlepiając w jej oczy płomieniste spojrzenie, — Juljo, bądź szczerą, czy ty mię kochasz?
Odgadła, czuła, że stało się coś nadzwyczajnego; oddychała powietrzem nieszczęścia, a mimo to chciała jeszcze pofiglować.
— Niedobry, — odpowiedziała, — zasłużyłeś...
— Dosyć! — krzyknął Noel i uderzył nogą w posadzkę z niesłychaną gwałtownością. — Odpowiedz, ciągnął, ściskając kurczowo drobne ręce swojej kochanki, odpowiedz, czy kochasz mnie, czy nie?
— Kocham, — wyjąkła, — albo nie wiesz o tem, czemu się pytasz?
Tysiąc razy drażniła gniew swojego kochanka, aby, doprowadziwszy go do ostateczności, ugłaskać potem jednem słowem — ale jeszcze nigdy nie widziała Noela w takim stanie.
— Czemu się pytam? — odparł adwokat, puszczając ręce kochanki, czemu? — Bo jeżeli mię kochasz, musisz mi tego złożyć dowody. Jeśli mię kochasz, musisz natychmiast iść za mną, wszystko porzucić, uciekać ze mną, czas nagli...
Młoda kobieta była na prawdę strwożona.
— Cóż się więc stało, mój Boże!
— Nic. Wiedz Juljo, zanadto cię kochałem. W dniu, kiedy mi zabrakło pieniędzy dla ciebie, na twoje zbytki, na twoje zachcianki, straciłem głowę. Aby dostać pieniędzy, ja... ja popełniłem zbrodnię... czy teraz mię rozumiesz?
Zdumienie rozszerzyło oczy Julji — wątpiła.
— Zbrodnię, ty! — wyjąkła.
— Tak, ja! Chcesz może wiedzieć co zrobiłem? Zabiłem, zamordowałem! Dla ciebie...
Zapewne adwokat był przekonany, że Julja usłyszawszy te słowa, cofnie się z przerażeniem. Oczekiwał objawu tej trwogi, która nas owłada na widok mordercy; więc już naprzód był na nią przygotowany. Myślał, że najpierw zacznie uciekać. Może zechce zrobić jaką scenę, dostanie ataku nerwowego, będzie krzyczała, błagała ratunku, pomocy... Omylił się.
Jednym skokiem Julja była przy nim, tuląc się do jego piersi, obwijając białemi ramionami jego szyję i całując go do uduszenia, jak go jeszcze nigdy nie całowała.
— Kocham cię, — wołała, — kocham! Tyś dla mnie źle zrobił, ty!... bo mię kochałeś. Ty masz serce, ja ciebie nie znałam...
Widać, że tylko kosztem cudzego życia można było panią Julje natchnąć miłością, ale Noel nie miał czasu o tem myśleć.
Miał chwilę nieokreślonej rozkoszy; myślał, że jeszcze nic nie stracone.
Mimo to uwolnił się od uścisków swojej kochanki.
— Uciekajmy! — zawołał, — największe nieszczęście, że nie wiem, zkąd grozi niebezpieczeństwo. Jakim sposobem mogli odkryć prawdę, to jeszcze dla mnie tajemnicą..
Julja przypomniała sobie niepokojącą wizytę z przedpołudnia; wszystko zrozumiała...
— Nieszczęsna! — zawołała, załamując ręce z rozpaczą, — to ja go wydałam! We wtorek... nieprawda?
— Tak, we wtorek.
— Ach! nie podejrzywając, powiedziałam wszystko twojemu przyjacielowi, o którym mniemałam, że został przez ciebie przysłany...
— Staremu Tabaretowi?
— Tak, dziś przed południem.
— A więc uciekajmy! — krzyknął Noel, — uciekajmy! prawdziwy cud że ich jeszcze nie ma.
Ujął ją za ramię, chcąc pociągnąć za sobą, ale ona się wyrwała:
— Puść mię, mam trochę złota, klejnotów, muszę je wziąć.
Nie potrzeba, zostaw wszystko, mam majątek. Juljo, uciekajmy!...
Ale ona otworzyła już komodę i z największym, pospiechem wrzucała do torby podróżnej wszystko, co jakąkolwiek miało wartość.
— Ach! ty mię gubisz, — powtarzał Noel, — ty mię gubisz!
Mówił to, ale jego serce doznawało dziwnej rozkoszy.
— Jakie szczytne przywiązanie, — mówił do siebie, — ona mię szczerze kocha... dla mnie wyrzeka się bez wahania życia szczęśliwego; poświęca mi wszystko!...
Julja skończyła przygotowania z największym pospiechem; zawiązywała kapelusz, gdy w tem dał się słyszeć głos dzwonka:
— Oni! — krzyknął Noel i zadrżał na całem ciele.
Młoda kobieta i jej kochanek stali nieruchomo jak dwa posągi, z kroplistym potem na czole, z rozszerzonemi oczyma, z natężonym słuchem.
Wkrótce dało się słyszeć drugie dzwonienie, potem trzecie.
Karolina weszła na palcach.
— Jest ich kilku, — rzekła cichutko, — słyszałam, że się naradzali.
Po dzwonieniu, zaczęto pukać. Jeden głos doleciał aż do salonu; wyraźnie można było rozróżnić wyrazy: „W imię prawa!“
— Nie ma już nadziei! — szepnął Noel.
— Kto wie! — krzyknęła Julja, — a schody poboczne?
— Bądź spokojną i o nich nie zapomnieli.
Julja stała blada, spiorunowana.
W przedpokoju dały się już słyszeć kroki ciężkie, umyślnie tłumione.
— Musimy znaleźć sposób! — krzyknęła z szalonym gniewem.
— Znajdziemy, — odparł Noel, nadeszła chwila odwagi... Dałem słowo. Wyłamują zamek... Zamknij wszystkie drzwi, niech je wyłamią, przynajmniej zyszczę na czasie!...
Julja i Karolina rzuciły się ku drzwiom. Wtedy Noel, wsparłszy się o kominek salonu, dobył z kieszeni rewolweru i przyłożył go do piersi.
Ale Julja dostrzegłszy ten ruch, rzuciła się ku niemu z całą gwałtownością i konwulsyjnem szarpnięciem ręki, zniżyła broń zabójczą. Strzał padł, a kula przeszyła Noelowi środek wnętrzności. Okropnie krzyknął.
Zachwiał się, ale nie upadł; ręką wsparł się o mały stolik, a z rany krew ciekła strumieniem. Julja uchwyciła się kurczowo jego ramienia, starając się wyrwać mu rewolwer.
— Ty się nie zabijesz! — krzyczała, — nie chcę, ty jesteś moim, ja cię kocham! Niech wejdą... Co ci to szkodzi? Jeśli cię wrzucą do więzienia, potrafię cię ocalić. Przekupimy dozorców. Oboje będziemy żyli szczęśliwie; mniejsza o to gdzie, w Ameryce, nikt nas nie będzie znał...
Drzwi wchodowe pękły; teraz wysadzano drzwi od salonu.
— Skończmy! — jęknął Noel, — nie mogą mię dostać żywego.
I z największem wysileniem, szydząc ze strasznej boleści, odtrącił Julję, która padła na dywan koło kanapy.
Następnie przytknąwszy rewolwer w miejscu, gdzie słyszał bicie serca, spuścił kurek i runął na posadzkę.
Czas był wielki, policja wchodziła.
Ajenci sądzili, że Noel, zanim sobie życie odebrał, zabił wpierw kochankę.
Są ludzie, którzy ten świat lubią opuszczać w towarzystwie. Alboż nie słyszano dwóch strzałów?
Ale Julja zerwała się z dywanu.
— Lekarza! — wołała, — lekarza, on nie mógł umrzeć!...
Jeden z ajentów wybiegł, podczas gdy drudzy, pod przewodnictwem ojca Tabareta, złożyli adwokata na łóżku Julji.
— Szkoda, że się zabił, — szeptał nasz poczciwiec, — którego gniew uleciał wobec krwawego widowiska; — kochałem go jak własnego syna, a jego nazwisko jest jeszcze w moim testamencie.
Tabaret przerwał. Noel jęknął i otworzył oczy.
— Widzicie, on będzie żył! — krzyknęła Julja.
Adwokat potrząsł głową, a potem zaczął rzucać się na łóżku i niby czegoś szukać w bocznej kieszeni surduta i pod poduszką. Udało mu się nawet obrócić twarzą do muru, a potem odwrócić.
Następnie głosem przygasłym wyjąknął kilka słów.
— Jestem mordercą... spiszcie, podpiszę, to uszczęśliwi Alberta, winienem mu to zadosyćuczynienie...
Podczas kiedy pisano, przyciągnął głowę Julji aż do ust.
— Mój majątek jest pod poduszką, — szepnął, — weź go.
Krew wybuchła mu przez usta, myślano że kona.
Mimo to mógł jeszcze podpisać swoje oświadczenie i zaszydzić z Tabareta.
— Więc nasz ojczulo miewa z policją konszachty! Jak to miło łapać własnych przyjaciół!... Miałem ładną rolę, ale z trzema kobietami w grze musi się zawsze stracić.
Zaczął konać, a gdy lekarz nadszedł, mógł już tylko stwierdzić śmierć pana Noela Gerdy, adwokata.