Gdzie winowajca/Tom II/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Zmięszany i do najwyższego stopnia zajęty zeznaniami panny d’Arlange, pan Daburon wyszedł zwolna po schodach na korytarz sędziów śledczych, gdy w tem ujrzał przed sobą pana Tabareta. Pomimo woli uczuł jakąś radość i zawołał:
— Panie Tabaret!
Ale nasz poczciwiec, rozmachując rękami skutkiem wielkiego rozdrażnienia, nie myślał zatrzymać się i tracić drogi czas na czczej gadaninie.
— Pan sędzia daruje, — rzekł kłaniając się, — mam u siebie gości.
— Jednakże spodziewam się...
— Ach! on jest niewinny, — przerwał ojciec Tabaret. — Mam już kilka wskazówek, a przed upłynięciem trzech dni... Pan sędzia przesłucha teraz marynarza z kólcami. Ten Gevrol to tęgi chłopiec, źle go osądziłem...
I nie czekając na odpowiedź, pomknął naprzód i w jednem mgnieniu oka ujrzał się na dole. Pan Daburon zbity z tonu, szedł wolniej.
Na korytarzu, naprzeciw drzwi wiodących do jego gabinetu, na ławce dębowej siedział Albert, a przy nim stał jeden policjant.
— Zaraz pana poproszę, — rzekł sędzia do obżałowanego, otwierając drzwi.
W gabinecie Konstanty rozmawiał z jakimś krótkim człowieczkiem, którego możnaby wziąć za małego bogacza z Batignolles, gdyby nie olbrzymia szpilka, przytrzymująca krawatkę, która w nim zdradzała policyjnego ajenta.
— Otrzymałeś moje listy? — zapytał pan Daburon swojego pisarza.
— Pańskie rozkazy są spełnione, obżałowany czeka, a oto pan Marcin, który właśnie wrócił z okolicy Inwalidów.
— Tem lepiej, — zauważył sędzia z widocznem zadowoleniem.
A zwróciwszy się do ajenta, zapytał:
— Cóż panie Marcinie?
— Drabinka była.
— Dawno?
— Przed pięciu albo sześciu dniami.
— Czy jesteś pan tego pewny?
— Najpewniejszy...
— Czy ślady są widoczne?
— Tak widoczne jak nos w pośrodku twarzy, jeśli w ten sposób wolno mi mówić. Złodziej, zdaje mi się, że to sprawka złodziejska, ciągnął pan Marcin, który należał do wielkich gadateusów, — wlazł przed deszczem, a uciekł po deszczu. Pan sędzia zgadł od razu. Okoliczność tę można bardzo łatwo stwierdzić, jeśli popatrzymy na odmienne ślady nóg po obu stronach muru. Jedne są suche, drugie zabłocone. Drab musiał być zwinny, na honor! bo wlazł o własnej sile, ale wychodząc, postąpił sobie wygodniej, ponieważ postawił drabinkę, którą potem, będąc na wierzchu, na dół strącił. Przekonałem się nawet, w którem miejscu stała drabinka, ponieważ w ziemi są jeszcze dziury, a mur jest podrapany u szczytu.
— Czy już wszystko?
— Nie jeszcze, panie sędzio. U góry brakuje pięć stłuczonych butelek, któremi grzbiet muru był najeżony. Prócz tego kilka gałęzi akacji, sięgających aż na ulicę, jest połamanych. Co więcej, na szpilkach jednej gałązki, którą z ziemi podniosłem, znalazłem kawałeczek popielatej skórki, zdaje mi się z rękawiczki.
Sędzia wziął szybko ten kawałeczek.
Rzeczywiście, była to skórka z rękawiczki.
— Spodziewam się, panie Marcinie, że zarządzając poszukiwanie w ogrodzie, w domu nie obudziłeś podejrzenia.
— Próżna obawa, panie sędzio. Najpierw oglądnąłem mur od ulicy. Następnie zostawiwszy kapelusz w sklepie na rogu, poszedłem do pani margrabiny d’Arlange i powiedziałem, że jestem intendentem księżnej S*** mieszkającej w pobliżu, której wczoraj uciekła bardzo ładna i rozumna papuga, jeśli w ten sposób wolno mi mówić. Chętnie pozwoliła mi przejrzeć ogród, a że mówiłem bardzo źle o mniemanej damie, więc bez wątpienia musieli mię wszyscy wziąć za jej domownika.
— Pan jesteś człowiekiem zręcznym i przezornym, — przerwał sędzia, — jestem z pana bardzo zadowolony i nie omieszkam polecić go wyżej...
Podczas kiedy ajent, uszczęśliwiony tą pochwałą, cofał się z tylu ku drzwiom, zgięty we dwoje, sędzia zadzwonił.
Wprowadzono Alberta.
— Czy postanowiłeś pan, — zapytał sędzia bez ogródek, — powiedzieć, gdzie spędziłeś wieczór i noc z wtorku na środę?
— Jużem powiedział.
— Nie, panie, nie! Przykro mi powiedzieć panu, że kłamiesz.
Albert usłyszawszy tę obelgę, poczerwieniał jak mak, a oczy błysnęły mu gniewem.
— To, co pan robiłeś owego wieczoru wiem, ponieważ sprawiedliwość, jak to panu już mówiłem, wie wszystko, o czem potrzebuje wiedzieć.
Szukał spojrzenia Alberta, a gdy je znalazł, rzekł z naciskiem: Widziałem pannę Klarę d’Arlange.
Przy tem nazwisku, rysy obżałowanego, ściągnięte silnem postanowieniem, zmiękły w mgnieniu oka. Zdawało się, że doznał najprzyjemniejszego wrażenia, jak człowiek, który cudem unika wielkiego niebezpieczeństwa.
A jednak nie odpowiedział.
— Panna d’Arlange, — ciągnął sędzia, — powiedziała mi, gdzie pan byłeś we wtorek wieczór.
Albert jeszcze się wahał.
— Nie zastawiam na pana łapkę, — dodał pan Daburon, — daję na to słowo honoru. Powiedziała mi wszystko... czy pan mię rozumiesz?
Dopiero teraz Albert zdecydował się mówić.
Jego zeznania zgadzały się najzupełniej z opowieścią Klary. Albo Albert był niewinnym, albo ona była jego wspólniczką.
A czy Klara mogła być wspólniczką w zbrodni tak haniebnej? Nie, o to nie można ją nawet posądzać.
Lecz w takim razie gdzie winowajca?
Sprawiedliwość odkrywszy raz zbrodnię, musi znaleźć sprawcę.
— Widzisz pan, — rzekł surowo sędzia do Alberta, — pan mię oszukałeś. Na kartę rzucałeś swoją głowę, a co więcej, mnie i sprawiedliwość narażałeś na popełnienie błędu do nienaprawienia. Dla czegóż nie wyjawiłeś pan natychmiast całej prawdy?
— Panie, — odparł Albert, — panna d’Arlange przyjmując projektowaną schadzkę, powierzyła mi swój honor.
— I pan byłbyś raczej zginął, aniżeli mówił o tej schadzce? — przerwał pan Daburon z niejaką ironią; — to bardzo pięknie, mój panie, tak postępowali dawni rycerze...
— Nie jestem bohaterem, panie sędzio, — rzekł zimno obżałowany. — Kłamałbym, gdybym panu powiedział, że nie liczyłem na Klarę. Czekałem aż przyjdzie. Byłem pewny, że dowiedziawszy się o mojem uwięzieniu, uczyni wszystko, aby mię ocalić. Ale bałem się; czy znajomi zechcą jej wyjawić to nieszczęście. Gdyby tak było, nie byłbym nigdy ośmielił się wyjawić jej nazwiska.
W całej tej przemowie nie było nic wyzywającego. To, co Albert mówił, myślał i czuł. Pan Daburon wyrzucał sobie ton ironiczny.
— Panie, — przemówił uprzejmie, — teraz odprowadzą cię do kaźni. Nie mogę panu jeszcze nic powiedzieć, ale odtąd nie będziesz już odosobniony. Straż będzie wobec pana zachowywała wszelkie względy, należne więźniowi, którego niewinność może się okazać prawdopodobną...
Albert skłonił się, dziękując. Policjant wszedł i wyprowadził go z gabinetu.
— Niech przywołają Geyrola, — rzekł teraz sędzia do swojego pisarza.
Naczelnik straży bezpieczeństwa poszedł był do pałacu prefektury, ale jego świadek, marynarz o wielkich kólcach, czekał na korytarzu.
Kazano mu wejść do gabinetu sędziego.
Od białych bokobrodów i włosów, odbijała jeszcze surowiej jego twarz ogorzała, pomarszczona, o którą uderzały zimne burze północne i palące wiatry podzwrotnikowe. Ręce miał szerokie, czarne, twarde od licznych brodawek — a palce tak grube, że z pewnością mógłby niemi łamać najgrubsze żelaza. U uszu w kształcie dwóch kotwic, wisiały duże kólce. Miał na sobie ubiór rybaków z Normandji, ubiór więcej wykwintny, przywdziewany w tamtych stronach tylko w dnie świąteczne.
Odźwierny musiał go prawie wtrącić do pokoju.
Ten niedźwiedź z nad brzegów morskich był strwożony jak jagnię.
Szedł powoli, kołysząc się na potężnych nogach, jak każdy marynarz, któremu zdaje się nawet na twardej ziemi, że ciągle stoi na chwiejącym się pokładzie okrętu. Dla nadania sobie powagi, miął w rękach kapelusz filcowy ozdobiony w koło ołowianemi medalionami.
Pan Daburon rzucił nań tylko jedno spojrzenie i zaraz go ocenił.
Nie można się było omylić; był to w rzeczy samej człowiek, opisany przez chłopca w Jonchère. Trudno także nie przeczuć w nim człowieka zacnego. Na twarzy malowała się szczerość i dobroć.
— Pańskie nazwisko? — zapytał sędzia śledczy.
— Piotr Lerouge.
— Czy jesteś pan krewnym Klaudji Lerouge.
— Jestem jej mężem.
Jak to? mąż ofiary żył, a policja nie wiedziała o jego istnieniu.
Oto co pomyślał pan Daburon.
Dziś, tak samo jak przed pięćdziesięciu laty, sąd nie mając w ręku niezbitych dowodów, potrzebuje jeszcze wielkiej straty czasu i pieniędzy, zanim mu się uda dostać najmniejsze wyjaśnienie.
Jeszcze w piątek pisano do Normandji o szczegóły, dotyczące pochodzenia Klaudji Lerouge; był już poniedziałek, a odpowiedź jeszcze nie nadeszła. A jednak sztuka fotograficzna istnieje, ma telegrafy elektryczne i rozporządza tysiącem innych środków, nieznanych dawniejszemi czasy.
— Wszyscy, — podchwycił sędzia, — utrzymywali, że Klaudja była wdową; nawet ona sama tak twierdziła.
— Bo w ten sposób chciała usprawiedliwić swoje postępowanie, — odrzekł marynarz. — Zresztą, prawie takeśmy się umówili. Powiedziałem jej, że więcej dla niej nie istnieję.
— Ach!... Czy wiesz pan, że stała się ofiarą haniebnej zbrodni?
— Pan naczelnik policji, który po mnie przyszedł, pierwszy mi to powiedział, — odrzekł marynarz i zmarszczył brwi. — Biedna kobieta! — dodał głosem stłumionym.
— Jakto! pan jesteś jej mężem i mówisz o niej tak obojętnie?
— Ach! panie sędzio, mógłbym ją nawet oskarżać, mam do tego wszelkie prawo. Nieboszczyk mój ojciec, który wczas ją poznał, dobrze mi mówił: „Uważaj, ona nas wszystkich shańbi!“ Miał słuszność. Przez nią byłem ścigany jak prosty złodziej, który się ukrywa, a którego szukają. Wszędzie, gdzie policja o mnie się pytała, musieli ludzie mówić: „Patrzcie, Lerouge coś zbroił!“ I oto stoję przed sądem. Ale honor rodziny Lerouge przechodzi z ojca na syna od czasu jak świat został stworzony. Niech pan sędzia zapyta we wsi, a każdy powie: „Słowo Piotra Lerouge więcej znaczy, niż weksel innego.“ Ach, to była zbłąkana kobieta... Dobrze jej przepowiedziałem, że smutny będzie jej koniec.
— Pan jej to powiedziałeś?
— Więcej jak sto razy, panie sędzio.
— A dla czego? Nabierz otuchy, mój przyjacielu, o twoim honorze nikt nie wątpi. Kiedy ostrzegałeś ją tak rozumnie.
— Już dawno temu, — odpowiedział marynarz; — pierwszy raz rzekłem jej to jeszcze przed trzydziestu laty. Ona była ambitna do krwi i szpiku, chciała się mięszać do spraw wielkich panów i to ją zgubiło. Mawiała, że za dochowanie tajemnicy można dostać złoto; ja natomiast utrzymywałem, że za to zyskuje się tylko hańba; ot i wszystko. Kto pomaga możnym do ukrycia ich podłoty, i myśli, że na tej drodze zapewni sobie szczęście, ten napełnia siennik kolcami myśląc, że na nim będzie spał spokojnie. Ale ona trzymała się własnego rozumu.
— Przecież pan byłeś jej mężem, — zauważył pan Daburon, — więc miałeś prawo rozkazywać.
Marynarz wstrząsł głową i westchnął głęboko.
— Niestety panie sędzio, ja byłem tym nieszczęśliwym, który słuchał.
Zadawać krótkie zapytania świadkowi, o którym się nie wie, jakiej doniosłości mogą być jego zeznania, znaczy czas marnie tracić. Sędziemu zdaje się, że się zbliża do istoty rzeczy, a tymczasem co raz więcej od niej się oddala. Lepiej popuścić mu wodze i spokojnie słuchać jego opowieści, poprzestając na wprowadzeniu go na główną drogę, jeśli z niej zejdzie. W ten sposób można najprędzej i najpewniej zdążyć do celu. Tej taktyki postanowił trzymać się pan Daburon, przeklinając w duszy Gevrola, który jednem słowem mógł był skrócić o połowę przesłuchanie, którego doniosłość była jeszcze dla sędziego wielką zagadką...
— W jaką więc sprawę była wmięszana pańska żona? — zapytał sędzia. — Prędzej, mój przyjacielu, opowiedz mi to szczegółowo. Tu, jak pan wiesz, trzeba powiedzieć nie tylko prawdę, ale nawet całą prawdę.
Lerouge położył swój kapelusz na krzesło, a potem zaczął naciągać palce i drapać się w głowę z całej siły. W ten sposób zwykł był zawsze rozpoczynać dłuższą orację.
— A więc, panie sędzio, — zaczął poważnie, — na św. Jana, będzie temu trzydzieści pięć lat, jak na śmierć zakochałem się w Klaudji. Do kata! Piękna to była dziewczyna, skrzętna, czysta, a głos miała jak miód słodki. Nieszczęście tylko chciało, że nie miała posagu, podczas gdy my mieliśmy się dosyć dobrze. Jej matka, wdowa od niepamiętnych czasów była — z przeproszeniem pańskiego honoru osobą bardzo płochą, a mój ojciec był zacnością żyjącą. Kiedym mu powiedział, że chcę się ożenić z Klaudją, z początku zaczął strasznie kląć, a potem wsadził mię na barkę jednego z sąsiadów i wysłał do Porto, mówiąc, że ze zmianą klimatu przyjdzie zapomnienie. Po sześciu miesiącach wróciłem suchy — jak szczypa, ale jeszcze więcej zakochany. Nie mogłem ani jeść ani pić, a Klaudja także mię kochała, bo byłem porządnym i urodziwym chłopcem. Wtedy ojciec widząc, że dalszy upór z jego strony poprowadzi mię na cmentarz za moją biedną matką, pozwolił mi popełnić kapitalne głupstwo. Ale to źle żenić się wbrew woli rodziców.
Zacny marynarz gubił się w tłoku wspomnień młodocianych. Nie było to opowiadanie, ale błąkanie się po rozmaitych bezdrożach i urwiskach.
Sędzia śledczy chciał go wprowadzić na dobrą drogę.
— Wróćmy do rzeczy, — rzekł.
— Dobrze, panie sędzio, ale aby zacząć, trzeba było zacząć od początku. Tak więc ożeniłem się. Mój ojciec wkrótce umarł. Pierwsze dwa lata zeszły wcale nie źle. Klaudja robiła ze mną wszystko co chciała. Mogła mię była związać, powieźć na targ i sprzedać jak barana, a ja nie byłbym się spostrzegł. Szkoda tylko, że była zalotna. Cokolwiek zarobiłem, a trzeba wiedzieć, że mój interes szedł wtedy bardzo dobrze, obracała na stroje. Każdej niedzieli nowe suknie, wstążki, czepki i świecidełka szatańskie, które kupcy wynaleźli na zgubę kobiet. Na chrzcie syna, któremu daliśmy na imię Jakób, bo mój ojciec tak się nazywał, musiałem wysypać uciułanych, za kawalerskich czasów, 300 dukatów, za które chciałem koniecznie kupić spory kawał gruntu, położony w samym środku naszego pola.
Pan Daburon drżał z niecierpliwości, ale co począć?
— Prędzej, panie, prędzej! — wołał ilekroć marynarz chciał się zatrzymać.
— Tak więc, — ciągnął Lerouge, — byłem dość zadowolony, gdy pewnego poranku ujrzałem w naszym domu służącego hrabi de Commarin, którego zamek leży o ćwierć mili od wioski. Nazywał się Germain. Mówiono, że był on wmięszany w sprawę biednej Tomaryny, ładnej dziewczyny z naszej wioski, która podobała się młodemu hrabiemu i która potem znikła bez śladu. Pytałem żonę, po co przyszedł ten wisus; na co odrzekła, że proponował jej, aby wzięła dziecię do karmienia. Z początku nie chciałem ani słuchać. Mieliśmy dzięki Bogu tyle, że Klaudja nie potrzebowała brać na siebie takich obowiązków. Ale w kilka dni zaczęła przytaczać rozumniejsze powody. Żal jej, — mówiła, — że była zalotną i rozrzutną. Teraz chciałaby i ona zarobić, bo wstydzi się siedzieć bezczynnie, podczas gdy ja pracuję, jak wół, od świtu do nocy. Radaby zbierać, oszczędzać, ażeby nasz mały syn nie potrzebował być marynarzem. Za wzięcie dziecka przyrzekają jej bardzo piękną pensje, tak więc odkładając trochę każdego miesiąca, będziemy mogli wkrótce odzyskać owych 300 dukatów. Mówiła, tłumaczyła, dopóki nie przekonała.
— W ośm dni potem, przynieśli jej list, w którym żądano, aby natychmiast wyjechała do Paryża po dziecko. Było to pod wieczór. „Dobrze, — rzekła, — pojadę jutro dyliżansem.“ Co do mnie, nie rzekłem ani słowa; dopiero zrana widząc, że się już przygotowała do podróży, powiedziałem, że chcę jej towarzyszyć. Zdawała się dość zadowoloną z mojej propozycji. Ucałowała mię szczerze. W Paryżu moja żona miała pójść po dziecię do niejakiej pani Gerdy, mieszkającej przy bulwarze. Porozumiałem się z Klaudją, że pójdzie sama, a ja poczekam na nią w oberży. W rzeczy samej odeszła, lecz napróżno czekałem. W godzinę wybiegłem z pokoju i zacząłem krążyć dokoła domu tej damy. Od służących i ludzi, którzy wychodzili, dowiedziałem się, że dama ta jest metresą hrabiego de Commarin. To tak mi się niepodobało, że gdyby to odemnie było zależało, bylibyśmy z pewnością wrócili bez dziecka. Jestem biednym marynarzem, i wiem, że człowiek może się zapomnieć. Ale nie mogę pojąć, jak człowiek uczciwy może wywłaszczać swoje dzieci legalne dla dziecka miłości. Cóż pan na to, panie sędzio?
Sędzia śledczy nie mógł usiedzieć w fotelu. Myślał: „Czy ten człowiek nigdy nie skończy?“
— Masz pan słuszność, — odpowiedział pan Daburon, — ale idźmy dalej; tylko prędko.
— Trzeba panu wiedzieć, — ciągnął marynarz, — że Klaudja była więcej uparta jak muł. Po sprzeczce, trwającej całe trzy dni, wymogła na mnie dwoma całusami, nowe przyzwolenie. Wtedy oświadczyła mi, że do domu nie wrócimy dyliżansem. Dama, obawiając się, aby jej małego nie zmęczyła bezustanna podróż, postanowiła odesłać nas w swoim powozie, swojemi końmi. Bo trzeba panu sędziemu wiedzieć, że hrabia utrzymywał ją na wielką stopę. Tak więc znaleźliśmy się w pysznym powozie z dziećmi, mojem i tamtem, a na koźle siedział woźnica w liberji. Moja żona omal że nie oszalała z radości. Ja sam także się cieszyłem, albowiem jadąc powoli, mogłem się przypatrzyć całej okolicy. Żona ściskała mię czule jak nigdy, a w dłoniach dzwoniła dukatami. Ja byłem głupi, jak każdy poczciwy mąż i ani zważałem na złoto, które bez mojej pracy dostało się do kieszeni żony. Moja żona widząc, żem się trochę udobruchał, postanowiła odkryć mi prawdę. „Słuchaj,“ rzekła.
Lerouge przerwał, zmieniając ton:
— Pan sędzia rozumie, — rzekł, — że to moja żona mówi.
— Rozumiem... rozumiem... tylko prędzej.
— Rzekła więc potrząsając kieszenią: „Słuchaj, mój mężu, będziemy mieli jeszcze więcej, a oto dla czego: Pan hrabia, który równocześnie z tem dzieckiem miłości ma syna legalnego, chce, aby syn kochanki nosił jego nazwisko. Dzięki Bogu nie trudno to zrobić. W drodze, zajedziemy do oberży, w której będziemy nocowali, Germain i mamka z dzieckiem legalnem. Umyślnie będziemy spały w jednym pokoju, a w nocy ja mam zamieniać dzieci, które jednakowo są ubrane. Pan hrabia daje za to ośm tysięcy franków z góry i tysiąc franków pensji do końca życia.
— I pan! — zawołał sędzia śledczy, — pan, który mienisz się człowiekiem honoru, mogłeś zezwolić na spełnienie takiej zbrodni, kiedy potrzeba było tylko jednego słowa, ażeby unicestwić cały zamach!
— Panie, łaski! — błagał Lerouge, — panie, pozwól, niech skończę!
— Dobrze, mów.
— Z początku nie miałem siły przemówić, bo gniew dławił mię w gardle. Musiałem strasznie wyglądać. Ale Klaudja, która umiała mię szanować kiedy się uniosłem, parsknęła głośnym śmiechem i tem mię zmięszała. „Jaki ty głupi, rzekła, wysłuchaj mię wpierw, a potem się gniewaj. To tylko hrabia, rozumiesz? chce mieć u siebie dziecko miłości, to tylko hrabia płaci za zamianę. Jego kochanka, a matka tego chłopca, nie chce o tem ani słyszeć. Jeśli na pozór zdawała się zgadzać z tym zamiarem, to dla tego, że nie chciała poróżnić się ze swoim kochankiem i że miała swój plan. Wzięła mię na bok, do swojego pokoju, a kazawszy mi zaprzysiądz tajemnicę na krucyfiks, powiedziała, że nie może wyrzec się swojego dziecka i zastąpić je innem. Następnie oświadczyła, że jeśli przyrzeknę nie dochować zamiany, nie mówiąc nic hrabiemu, ona da mi natychmiast dziesięć tysięcy franków i zabezpieczy mi taką samą rentę jak hrabia. Dodała przytem, że o prawdzie łatwo się przekona, ponieważ swojego syna oznaczyła niezatartym znakiem. Nie pokazała mi tego znaku, a chociaż długo szukałam, nigdzie nie mogłam go znaleźć. Rozumiesz teraz? Tak więc powiem hrabiemu, że dokonałam zamiany, z dwóch stron wezmę pieniądze — i nasz Jakób będzie bogaty. Pocałuj teraz twoją żonę, która ma więcej sprytu niż ty, ośle!“ Oto, panie sędzio, słowo w w słowo, co mi powiedziała Klaudja.
Marynarz wyjął z olbrzymiej kieszeni chustkę w niebieskie kraty i począł ucierać nos, że aż szyby w oknach zadzwoniły. Był to jego sposób wynurzania żalu. Zawsze tak płakał. Pan Daburon stał zmięszany.
Od początku tej nieszczęśliwej sprawy, wpadał ze zdziwienia w zdziwienie. Zaledwie zwrócił całą swoją uwagę na jeden punkt, a już musiał kierować ją na wręcz przeciwny.
Czuł, że stoi na fałszywej drodze. Co może znaczyć ten nowy i tak ważny szczegół? Co się stanie?...
Chciał jak najprędzej dowiedzieć się o wszystkiem, a tymczasem Lerouge opowiadał powoli, grzebiąc z trudnością w dawnych wspomnieniach; cieniutkiej trzymał się nici, więc najmniejsze zmięszanie mogło powikłać ciekawe zeznanie.
— To, co Klaudja zamierzała uczynić, było haniebnem, a ja jestem człowiekiem uczciwym. Ale ona robiła ze mną co chciała. W tej chwili mogła mię przekonać, że to, co było czarne jak smoła, jest bielsze od śniegu. Co dziwnego, kochałem!... Udowodniła mi jasno, że nikomu nie wyrządzimy szkody, a Jakóbowi zapewnimy przyszłość. Nad wieczorem przyjechaliśmy do jakiejś wioski, a woźnica zatrzymując się przed oberżą, rzekł, że tu przenocujemy. Wszedłszy, kogo widzę? Tego łotra, Germaina, a obok niego mamkę z niemowlęciem u piersi, które tak samo było ubrane jak nasze, że mię aż strach zdjął... I oni jechali w powozie hrabiego. Mimo woli obudziło się we mnie podejrzenie. A kto mię zapewni, że Klaudja nie ułożyła drugiej historji, ażeby mię uspokoić? Ona wszystko może. Przystawszy na jedno złe, nie chciałem gorszego. Postanowiłem zatem nie stracić z oka powierzonego nam dziecka i przysiągłem sobie, w głębi duszy, że nikt mię nie oszuka. W rzeczy samej, przez cały wieczór trzymała go na kolanach, a dla tem większej pewności, obwiązałem mu do koła ręki moją chustkę od nosa. Ach! zamach był wyśmienicie obmyślany. Po wieczerzy zaczęto mówić o spoczynku, przyczem dowiedziałem się, że w całej oberży są tylko dwa pokoje, a w każdym z nich po dwa łóżka. Oberżysta oznajmił, że obie mamki będą spały z dziećmi w jednym, a ja i Germain w drugim pokoju. Czy pan sędzia rozumie? Byłem wściekły, zwłaszcza, że uważałem, iż przez cały wieczór moja żona wymieniała z Germainem wieloznaczące znaki... Rozkazowi temu nie chciałem się poddać; mówiłem, że będąc bardzo zazdrosnym nie dopuszczę, ażeby moja żona spała w innym pokoju. Bądź co bądź, musi zostać przy mnie. Obca mamka ułożyła się do snu pierwsza, a my zaś poszliśmy za nią dopiero w pół godziny. Klaudja położyła się z dzieckiem miłości i Jakóbkiem, a ja nie rozbierając się, usiadłem przy łóżku na krześle. Zgasiwszy świecę, czekałem dopóki kobiety nie usną; co do mnie, nie myślałem o śnie, ale o tem, co mi mówił ojciec na kilka dni przed ślubem. Około północy słyszę, że Klaudja rusza się na posłaniu. Wstrzymuję oddech. Wstała. Czy chciała zamienić dzieci? Dziś wiem, że nie, ale wtedy myślałem inaczej. Zdjęty trwogą i gniewem, chwytam ją za ramię i zaczynam przeklinać głośno jak na moim okręcie. W mgnieniu oka robi się niesłychana wrzawa. Śpiąca mamka budzi się i woła, że ją duszą. Germain wpada ze świecą w ręku. Ujrzawszy go, straciłem resztę władzy nad sobą. Nie wiedząc sam co czynię, wyciągnąłem z kieszeni mój nóż kataloński i przebiłem nim na wylot ramię powierzonego nam dziecka, wołając na cały głos: „W ten sposób nie zamienią go bez mojej wiedzy; naznaczyłem go na całe życie!“
Lerouge nie mógł dłużej mówić. Grube krople potu wystąpiły mu na czoło, a spływając wzdłuż jagód, gubiły się w głębokich i gęstych zmarszczkach oblicza. Wahał się, ale rozkazujące spojrzenie sędziego, zmusiło go do pospiechu, jak ostra pletnia zmusza do pracy wycieńczonego murzyna.
— Rana malca była okropna, — ciągnął marynarz; — krew lała się strumieniem, mógł na nią umrzeć. Ale ja o tem nie myślałem. Zajmowałem się tylko przyszłością, tem, co mogło nastąpić. Niezwłocznie oświadczyłem, że własnoręcznie opiszę całe zdarzenie i że wszyscy się podpiszemy. Jak się powiedziało, tak się zrobiło. Jak nas było czworo, każde z nas umiało pisać. Germain nie mógł się sprzeciwiać, bo w moim ręku błyszczał nóż zabójczy. Podpisał się pierwszy, błagając mię tylko, ażebym hrabiemu nic nie mówił, a drugą mamkę zaklinał, żeby także milczała.
— A czy masz pan ten akt ważny? — zapytał pan Daburon.
— Mam, panie sędzio; ten pan z policji, przed którym wszystko zeznałem, powiedział mi, żebym go wziął z sobą; wydobyłem go więc z ukrycia i mam przy sobie.
— Daj go pan.
Lerouge dobył olbrzymiego pargaminowego pugilaresu i wydobył zeń pożółkły i starannie opieczętowany papier.
— Oto jest. Od tej przeklętej nocy nie otworzyłem papieru.
W rzeczy samej, sędzia otwierając ujrzał, że piasek, którym pismo było zasypane, opadł na suknie.
Był to treściwy opis, opowiedziany przez starego marynarza. Cztery podpisy znajdowały się u dołu.
— Co się stało, — mówił sędzia do siebie, — ze świadkami, podpisanymi na tem oświadczeniu?
Lerouge myślał, że zapytanie zostało do niego skierowane.
— Germain umarł, — odpowiedział, — mówiono mi, że się utopił na jakiejś wycieczce. Klaudja zamordowana, ale druga mamka jeszcze żyje. Wiem nawet, że wspominała o tej sprawie swojemu mężowi, bo i mnie doszły słuchy. Nazywa się Brosette i mieszka we wiosce hrabi de Commarin.
— A co potem? — pytał sędzia, zanotowawszy nazwisko i miejsce pobytu tej kobiety.
— Nazajutrz Klaudji udało się udobruchać mię i wymódz na mnie przysięgę, że będę milczał. Dziecko było tylko trochę chore, ale na ramieniu pozostała szeroka blizna.
— Czy pani Gerdy, została uwiadomioną o tem, co zaszło?
— Zdaje mi się, że nie, panie sędzio; zresztą nie wiem.
— Jakto, pan nie wiesz!
— Przysięgam panu sędziemu, że nie wiem, zresztą to pozostaje w związku z tem, co nastąpiło.
— Co więc nastąpiło?
Marynarz zawahał się.
— Bo... proszę pana sędziego... to moja rzecz...
— Mój przyjacielu, — przerwał sędzia, — ty jesteś zacnym człowiekiem, chętnie temu wierzę, nawet jestem tego pewny. Ale raz w życiu zbłąkany przez złą żonę, stałeś się współwinnym karygodnego czynu. Napraw błąd, mówiąc szczerze. Wszystko co się tu mówi, a bezpośrednio nie odnosi się do zbrodni, pozostanie w tajemnicy; ja sam wkrótce o tem zapomnę. Nie lękaj się więc niczego, a jeżeli czujesz upokorzenie, to przyznaj sam, że jest to poniekąd kara za przeszłość.
— Niestety! — panie sędzio, — odrzekł marynarz, — ja już nie od dziś ukarany, a kara moja nie dziś się zaczęła. Pieniądze źle nabyte nie przyniosły korzyści. Wróciwszy do domu, kupiłem pożądane pole, a zapłaciłem drożej, aniżeli było warte. W dniu, kiedy przechadzając się po nim, mówiłem do siebie: „Należy do mnie,“ byłem ostatni raz zadowolony. Klaudja była zalotną, ale to nie wszystko... miała ona gorsze wady. Na widok pieniędzy wybuchły one jak płomień. Zawsze lubiła dużo jeść, ale z przeproszeniem pańskiego honoru, odtąd żarła jak świnia. Uczty odbywały się u nas bezustannie. Jak tylko wypłynąłem z domu, spraszała do siebie najgorszą hołotę ze wsi i upijała się tak, że traciła zmysły. W tym czasie, raz, kiedy ona myślała, że znajduję się w Rouen, wpadam nagle do domu. Wchodzę i zastaje ją z mężczyzną. I to z jakim mężczyzną, panie sędzio! Największym wisusem z całej wsi, opojem, brzydkim, obrzydliwym. Powinienem go był zabić, bo wszystkie po temu miałem prawo, ale że był zanadto podły, więc uczułem litość. Uchwyciwszy go za kołnierz, wyrzuciłem go za okno, nie otwierając. Nie wzięli go djabli. Wtedy rzuciłem się na żonę, a kiedy przestałem bić, ona leżała jak martwa.
Lerouge mówił co raz ciszej, a od czasu do czasu przyciskał do oczu pięści zaciśnięte.
— Przebaczyłem, — ciągnął, — ale mąż, który bił żonę, a potem przebaczył, jest zgubiony. Od tego czasu postępowała ostrożniej, zrobiła się obłudną i oto cala korzyść. A gdy pani Gerdy odebrała swojego malca, Klaudję nie można już było powstrzymać. Z kochaną swoją matunią, którą wzięliśmy do siebie, aby dozierała Jakóba, uknuła na mnie spisek i najhaniebniej oszukiwała mię przez cały rok. Ja, głupi, myślałem, że weszła na drogę poprawy, a ona tymczasem wiodła straszne życie. Mój dom stał się jaskinią łotrów i złodziei, w moim domu upijała się największa hołota. Żona sprowadzała beczkami wino i wódkę, a kiedy ja męczyłem się na morzu, u mnie taczano się w błocie. Skoro zabrakło pieniędzy, natychmiast pisała do hrabiego, albo jego kochanki i orgje rozpoczynały się na nowo. Nie raz obudzały się we mnie rozmaite podejrzenia; wtedy katowałem ją niesłychanie, ale potem znowu przebaczałem, jak nikczemnik, jak głupiec. Straszne to było życie. We wsi wszyscy ludzie zaczęli mną gardzić; uważano mię za wspólnika żony... Tymczasem ona płaciła swoim kochankom. Każdy pytał, zkąd w moim domu, mimo że interesa nie bardzo dobrze idą, bierze się taki dostatek. Aby mię odróżnić od mojego brata stryjecznego, dano mi pogardliwe przezwisko. Jaka hańba, panie sędzio! A ja nic nie wiedziałem o tych skandalach, na honor! nic... Szczęście, że mój ojciec spoczywał już w grobie...
Pan Daburon uczuł litość.
— Uspokój się, mój przyjacielu, — rzekł łagodnie, — przyjdź do siebie.
— Nie, panie sędzio, wolę prędzej skończyć. Znalazł się człowiek, który był na tyle miłosiernym, że mię ostrzegł. Był to proboszcz miejscowy. Nie namyślałem się długo, poszedłem niezwłocznie dopewnego prawnika, aby się poradzić, co w podobnym wypadku może uczynić każdy mąż zacny. Odpowiedział mi, że nie ma ratunku. Pieniąc się, znaczy publicznie shańbić się, a separacja na nic się nie zdała. Żona może robić z nazwiskiem męża, co jej się tylko podoba. Może je splamić, zbezcześcić, bo jest jej własnością. Dowiedziawszy się o tem, postanowiłem działać na własną rękę. Tego samego dnia sprzedałem fatalne pole, a pieniądze oddałem Klaudji, nie chcąc jeść chleba sromoty. Następnie kazałem spisać akt, na mocy którego małe nasze mienie powierzyłem w administrację Klaudji, ale pod warunkiem, że jej nie wolno ani sprzedać, ani długów zaciągać, a nakoniec oświadczyłem jej listownie, że może z sobą robić co się jej podoba, albowiem odtąd więcej mię nie zobaczy. Jeśli chce, może nawet mówić, że jest wdową. W nocy odjechałem z synem.
— A po pańskim odjeździe co się stało z żoną?
— Nie wiem, panie sędzio. Słyszałem tylko, że w rok po mnie wyniosła się także z wioski.
— Czy nigdy ją potem nie widziałeś?
— Nigdy.
— A przecież byłeś u niej na trzy dni przed zbrodnią.
— Prawda, panie sędzio, ale tego wymagały interesa. Daremnie ją szukałem, nikt nie umiał powiedzieć, co się z nią stało. Na szczęście mój notarjusz otrzymał adres pani Gerdy, od której dowiedział się w drodze listownej, że Klaudja mieszka w włości Jonchère. Byłem właśnie w Rouen; ojciec Gervais, mój stary przyjaciel, zaproponował mi, że mię odwiezie do Paryża na swoim statku, na co chętnie przystałem. Ach! panie sędzio! jaki przestrach, skoro wszedłem do pokoju tej nieszczęśliwej?! W pierwszej chwili nie poznała mię. Zapewne musiała wierzyć, że już nie żyję. Gdym powiedział kto jestem, padła na wznak. Nieszczęsna! wcale się nie odmieniła. Przy niej stała szklanka i butelka z wódką.
— Z tego wszystkiego nie mogę się dowiedzieć, po co pan poszedłeś do swojej żony.
— To dla Jakóba, panie sędzio... Z malca zrobił się mężczyzna, chciał się więc ożenić. Do tego trzeba było przyzwolenia matki. Przyniosłem więc do Klaudji akt notarjalny, który podpisała. Oto jest.
Pan Daburon wziął rzeczony akt i zdawało się, że uważnie go czyta. Po chwili zaś zapytał:
— Jak się panu zdaje, kto mógł zabić twoją żonę?
Lerouge nie odpowiedział.
— Czy pan nikogo nie podejrzywa? — zapytał sędzia.
— Do kata! panie sędzio, — odpowiedział marynarz — cóż ja panu mogę powiedzieć? Myślałem, że Klaudja zmęczyła ludzi, których od tak dawna obdzierała, albo, że zostawszy sama, za wiele mówiła...
Po spisaniu zeznań, kompletnych pod każdym względem, pan Daburon pożegnał marynarza, oświadczając, żeby zaczekał na Gevrola, który odprowadzi go do hotelu, gdzie zatrzyma się aż do dalszych rozkazów sądu.
— Wydatki zostaną panu zwrócone, — dodał.
Zaledwie Lerouge wyszedł za drzwi, w gabinecie sędziego śledczego zaszedł wypadek ważny, cudowny, niesłychany, pierwszy w swoim rodzaju.
Konstanty, poważny, nieruchomy, nieczuły, — głucho-niemy Konstanty podniósł się i przemówił!
Nie pytany, przerwał piętnastoletnie milczenie i zapomniał się do tego stopnia, że aż ośmielił się zrobić własną uwagę.
Rzekł:
— Oto, panie sędzio, zadziwiająca sprawa!
— Rzeczywiście zadziwiająca, — myślał pan Daburon, — mogąca w jednej chwili zburzyć wszystkie obliczenia.
Dla czego on, sędzia, działał z takim pożałowania godnym pospiechem? Czemu nie czekał na ujęcie nitek tego zawikłanego zamachu i na wszystkie zeznania niezbędnych świadków? Nie jeden posądza sąd o powolność, ale właśnie w tej powolności leży jego siła i pewność, równająca się prawie nieomylności.
Nie raz, kiedy rozwiązanie zagadki staje się niemożliwem, ni ztąd ni z owąd zjawia się jakaś osobistość i jednem słowem kończy żmudną pracę.
Pan Daburon, najmędrszy z ludzi, uważał za całkiem prostą, najzawilszą sprawę. W zbrodni tajemniczej, wymagającej największej przezorności, postępował jak w każdej zbrodni rażącej. Dla czego? Ponieważ jego własne wspomnienia nie pozwoliły mu wpierw rozważyć i osądzić, a dopiero potem postanowić. Z jednej strony bał się okazać słabym, a z drugiej strony nie chciał być gwałtownym. Ufając swojemu przekonaniu, unosił się nierozważnie. A jednak ileż to razy mawiał do siebie: „Co jest naszym obowiązkiem? Ach, kto jasno nie widzi, gdzie się zaczyna jego obowiązek, ten z pewnością wejdzie na drogę błędną.“
Pan Daburon, uspokoiwszy się znacznie, zaczął trzeźwiej rozważać. Na szczęście nie zaszło jeszcze nic takiego, czego nie możnaby naprawić. Tylko przypadek wstrzymał go od ostatecznego uderzenia. W tym momencie przyrzekł sobie nawet, że to śledztwo będzie ostatniem w jego życiu. Odtąd jego zawód przejmował go grozą. Przytem widzenie się z Klarą rozdrażniło na nowo, źle zasklepione rany w sercu, a krew ciekła z nich obficiej jak dawniej. Przyznawał w głębi duszy, że życie jego było złamane, skończone. Każdy człowiek może to sobie powiedzieć, dla którego wszystkie kobiety są niczem, z wyjątkiem jednej, za którą napróżno wzdycha.
Zanadto religijny, żeby mógł pomyśleć o samobójstwie, pytał się bojaźliwie, co się stanie później, gdy już zrzuci suknię sędziowską.
Potem wracał do toczącej się sprawy. W każdym razie, winny czy niewinny, Albert był zawsze wice-hrabia de Commarin, legalnym synem hrabiego. Ale czy jest winny? Widocznie nie.
— Zdaje mi się! — zawołał nagle sędzia, — że przedewszystkiem trzeba się widzieć z panem de Commarin. Konstanty! poszlij po hrabiego; niech natychmiast przyjedzie. Jeśli go nie zastaną w domu, niech go poszukają.
Dla pana Daburona nadeszła przykra chwila. Czuł się zmuszonym powiedzieć dumnemu starcowi: „Panie, twoim synem legalnym nie jest ten, którego ci przedstawiłem, ale drugi.“ Jakie położenie! nie tylko bolesne, ale nawet śmieszne.
Przed Noelem trzeba również wyznać prawdę i z wyżyny, na której się go umieściło, zrzucić go na ziemię. Jakie rozczarowanie! Ale bez wątpienia hrabia o nim nie zapomni, przecież nie mało mu zawdzięcza...
— Teraz, — szepnął sędzia, — gdzie winowajca?
Przez mózg przeleciała mu myśl, którą z początku uznał za nieprawdopodobną. Odrzucił ją, ale po chwili znowu ją podjął. Obracał ją ze wszystkich stron, uważnie się jej przypatrywał. Właśnie grzebał w niej co raz uważniej, gdy wtem wszedł hrabia de Commarin.
Wysłaniec sędziego spotkał go przed pałacem, właśnie, kiedy wysiadł z powozu, wracając z Klarą od pani Gerdy.