Gdzie winowajca/Tom II/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W poniedziałek zrana, o godzinie dziewiątej, pan Daburon zamierzał wyjechać do pałacu Sprawiedliwości, gdzie spodziewał się zastać Gevrola, odszukanego marynarza, a może i ojca Tabareta.
Właśnie ukończył przygotowania, gdy wszedł służący oznajmiając, że jakaś młoda dama przyszła w towarzystwie drugiej, starszej, i chce z sędzią pomówić.
Nie chcąc wymienić swojego nazwiska, oświadczyła, że uczyni to tylko wtedy, gdyby od tego zawisło widzenie się z panem Daburon.
— Proś ją, — odpowiedział sędzia.
Sądził, że musi to być jakaś kuzynka jednego z obżałowanych, których miał u siebie w śledztwie przed odkryciem zbrodni w Jonchère. W duszy przyrzekał sobie, że jak najprędzej załatwi się z nieproszonym gościem.
Stał obok kominka i szukał potrzebnego adresu w kosztownej skrzynce, wypełnionej po wierzch biletami wizytowemi. Łoskot otwierających się drzwi i szelest jedwabnej sukni, ślizgającej się po woskowanej posadzce, bynajmniej go nie rozciekawiły; nawet nie raczył odwrócić głowy.
Ale w tej samej chwili cofnął się przestraszony, jak gdyby przed sobą ujrzał straszne widziadło. Zmieszany wypuścił z rąk skrzyneczkę, która padając na marmurowy wierzch kominka, rozpękła się na dwoje.
— Klara!... — wyjąknął, — Klara!...
Była to rzeczywiście panna d’Arlange.
Ta dumna i dzika dziewica, zniżała się tak dalece, że przyszła do jego mieszkania prawie sama, albowiem guwernantka, która jej towarzyszyła, pozostała w przedpokoju. Musiała iść za popędem bardzo potężnego uczucia, kiedy zaparła się wrodzonej bojaźliwości.
Nigdy, nawet wówczas, kiedy widzieć ją, było dla niego najwyższem szczęściem, nie wydawała mu się tak zachwycającą. Jej piękność, owiana słodką melancholia, jaśniała całym blaskiem. Na twarzy malował się wyraz, którego dawniej nigdy nie dostrzegł. W oczach, którym świeżo otarte łzy nadały dziwnego blasku, pałało szlachetne postanowienie. Nie trudno było zrozumieć, że przyszła spełnić wielki obowiązek — i że z heroizmem wywiąże się z tego zadania.
Zbliżyła się spokojnie i z godnością — a potem podała rękę sędziemu, stosownie do zwyczaju angielskiego, który nie jednej kobiecie użycza nowego powabu.
— Jesteśmy zawsze przyjaciołmi, nieprawda? — zapytała z smutnym uśmiechem.
Sędzia nie miał odwagi uścisnąć rękę, którą mu Klara podała bez rękawiczki. Zaledwie dotknął się jej końcem palców, jak gdyby lękał się zbytniego wzruszenia.
— Zawsze, — odpowiedział głosem niezrozumiałym; — zawsze jestem z równem przywiązaniem.
Panna d’Arlange usiadła w tym samym fotelu, w którym przed dwoma dniami ojciec Tabaret układał uwięzienie Alberta. Pan Daburon stał opodal, wsparty łokciem o biurko.
— Czy wiesz pan po co przychodzę? — zapytała młoda dziewica.
Skinieniem głowy zrobił znak potwierdzający.
Domyślawszy się wszystkiego, pytał teraz sam siebie, azali będzie mógł oprzeć się prośbom tych drobnych usteczek.
— O tej strasznej historji, dowiedziałam się dopiero wczoraj, ciągnęła Klara, uważano za stosowne taić ją przedemną, a gdyby nie poczciwa panna Schmidt, jeszcze i teraz nie byłabym wiedziała. Jak okropną noc przepędziłam! Z początku byłam przestraszoną, ale dowiedziawszy się, że wszystko od pana zawisło, trwoga moja znikła natychmiast. Nie prawdaż, że tylko dla mnie zająłeś się pan tą sprawą? Ach! pan jesteś dobry, wiem o tem... Jakżeż wyrazić panu moją wdzięczność...
Czy mogło być większe poniżenie dla zacnego sędziego? Prawda, z początku myślał o pannie d’Arlange, ale potem!... Zwiesił głowę, chcąc uniknąć czystego i dumnego spojrzenia Klary.
— Nie dziękuj mi, pani, — szepnął, — nie mam prawa do twojej wdzięczności...
Klara sama była zanadto wzruszona, żeby mogła dostrzedz zmieszanie na twarzy sędziego. Ale drżący jego głos, zajął jej uwagę; tylko nie mogła zrozumieć powodów. Myślała, że jej obecność obudziła w nim bolesne wspomnienie, że zapewne jeszcze ją kocha i dla tego cierpi. Ta myśl zasmuciła ją i wywołała rumieniec wstydu.
— A jednak, — ciągnęła, — nie przestanę pana błogosławić. Kto wie, czy miałabym odwagę pójść do innego sędziego i mówić z nieznajomym. (więcej książek Émile Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach) Zresztą, czy inny, nie znając mię, mógłby zaufać moim słowom? Gdy tymczasem pan, jako człowiek wspaniałomyślny, uspokoisz mię i powiesz, z jakiego powodu został on uwięziony i wrzucony do kaźni...
— Niestety! — westchnął sędzia tak cicho, że Klara zaledwie go usłyszała, nie pojmując strasznego znaczenia tego wykrzyknika.
— Wobec pana, — mówiła, — nie boję się... Pan jesteś moim przyjacielem, pan mi to przyrzekłeś. Pan nie odrzucisz mojej prośby. Wypuść go na wolność. Wprawdzie nie wiem, co mu zarzucają, ale to wiem, że jest niewinnym...
Klara mówiła jak osoba pewna siebie, nie widząca dla swojego prostego i naturalnego żądania żadnych przeszkód. Formalne zapewnienie, dane przez nią, powinny było wystarczyć. Jednem słowem pan Daburon mógł wszystko naprawić. Ale on milczał. Sędzia podziwiał tę świętą nieświadomość złego, tę naiwną i czystą pewność, która o niczem nie wątpi. Prawda, że pomimowoli zraniła go z początku; lecz o tem już zapomniał.
Położenie jego było okropne. Bał się zburzyć cały gmach szczęścia tej dziewicy. Ale święty obowiązek nakazywał stanowczość.
— A gdybym pani powiedział, — zaczął po niejakim namyśle, — że pan Albert jest winnym!
Podniosła się w fotelu, protestując niemym ruchem. Sędzia jeszcze raz powtórzył:
— A gdyby pan Albert był winnym?
— Ach! panie, — przerwała Klara, pan tak nie myślisz!
— Niestety, myślę, — wyjąknął sędzia smutnym głosem, — a nawet dodam, że mam moralne przekonanie.
Klara patrzyła na Daburona z głębokiem zdumieniem. Czy on to powiedział? Czy dobrze słyszała? Czy zrozumiała? Czy mówił na serjo? Czy chciał ją tylko podrażnić? W jednem mgnieniu oka zadała sobie wszystkie te pytania, bo wszystko wydawało jej się prawdopodobniejszem, aniżeli właśnie to, co powiedział.
On zaś, niemając odwagi podnieść oczu, mówił dalej tonem szczerego współczucia:
— Bardzo nad panią boleję, ale mam straszną odwagę wyjaśnić pani prawdę. Lepiej dla ciebie, jeśli dowiesz się o wszystkiem z ust przyjaciela... A więc zbierz całą energje i przygotuj szlachetną duszę na wielkie nieszczęście. Nie, sprawiedliwość wcale się nie myli. Pan wice-hrabia de Commarin jest posądzony o morderstwo, a wszystko — rozumiesz mię, pani? — wszystko udowadnia, że jest winnym...
Pan Daburon wygłosił powoli, słowo po słowie, ten ostatni frazes, jak lekarz, który po kropli wlewa do szklanki niebezpieczne lekarstwo. Z pod oka śledził następstwa, a w każdem miejscu był gotów przerwać, jeśliby wrażenie było zanadto gwałtowne. Nie przypuszczał, by trwożliwa i tkliwa aż do zbytku, mogła bez omdlenia wysłuchać strasznego odkrycia. Spodziewał się wybuchu rozpaczy, łez, krzyków spazmatycznych. Kto wie, czy nie padnie bezprzytomna, a w takim razie będzie potrzeba wezwać pomocy panny Schmidt.
Omylił się. Klara podniosła się w milczeniu jak symbol odwagi i stałości. Płomień obrażonej dumy oblał jej jagody i osuszył łzy.
— Kłamstwo! — zawołała, — a ci, którzy to powiedzieli, skłamali. Nie, on nie jest, on nie może być mordercą! Chociażby sam przyszedł, panie sędzio, i powiedział mi: „Tak jest,“ — jabym mu nie uwierzyła i zawołała jeszcze raz: Kłamstwo!
— Jeszcze się nie przyznał, — ciągnął sędzia, — ale przyzna się... A gdyby nawet przeczył!... Więcej mamy dowodów, aniżeli potrzeba, żeby go skazać. Zarzuty, świadczące przeciw niemu są tak niemożebne do zaprzeczenia, jak niepodobna twierdzić, że teraz noc a nie dzień.
— A jednak, — przerwała panna d’Arlange głosem, w którym zagrała cała jej dusza, — ja twierdzę, ja powtarzam, że sprawiedliwość myli się tym razem. Tak, on jest niewinny! Będę tego pewną nawet wtedy, kiedy wraz z panem cały świat zwróci się przeciw niemu. Czy pan wiesz, że znam go lepiej, aniżeli on sam siebie, że moja wiara w niego jest bezwzględną, jak wiara w Boga, i że stokroć prędzej zwątpiłabym o sobie, aniżeli o nim!...
Sędzia śledczy chciał bojaźliwie zrobić jakąś uwagę, lecz Klara nie pozwoliła mu przyjść do słowa.
— Czy aby pana przekonać, potrzebuję zapomnieć, że jestem dziewczyną i że mówię nie do matki, ale do mężczyzny? Dla niego zrobię to. Już od czterech lat, mój panie, kochamy się wzajemnie. Przez cały ten czas nie ukryłam przed nim ani jednej myśli, a on nie ukrył także żadnej przedemną. Przez cztery lata nie mieliśmy żadnej tajemnicy; żył we mnie, ja zaś żyłam w nim. Tylko ja jedna mogę powiedzieć, o ile jest godnym miłości. Tylko ja jedna wiem, jak szczytną jest jego dusza, jak szlachetne są jego myśli, jak wspaniałomyślne są jego uczucia! A pan robisz z niego mordercę. A jednak i on był bardzo nieszczęśliwy, lubo cały świat zazdrościł mu świetnego losu. Jak ja — i on żył sam na świecie; ojciec nigdy go nie kochał. Wspierając się wzajemnie, spędziliśmy nie jedną gorzką chwilę. Dla czego, mój panie, powiedz mi, dla czego zrobiłeś z niego kryminalistę?...
— Ani nazwisko, ani majątek hrabi de Commarin, nie należały do niego, dowiedział się o tem nagle. Tylko pewna podeszła niewiasta mogła to powiedzieć. Aby utrzymać się na dawnem stanowisku, zabił ją...
— Jaka podłota! — zawołała młoda dziewczyna, — co za obrzydliwe i niezręczne oszczerstwo! Ja wiem o tej upadłej wielkości, sam mi to powiedział. Prawda, od trzech dni odkryte nieszczęście bardzo go przygniotło. Lecz jeśli cierpiał, to z pewnością nie przez wzgląd na siebie, ale na mnie... Rozpaczał, myśląc, że może będę smutną, dowiedziawszy się, iż nie może mi ofiarować tyle, ile wymarzyła jego miłość. Ja miałabym się smucić! Cóż mię obchodzą te wielkie nazwiska i olbrzymie fortuny! Ja im zawdzięczam tylko moje nieszczęście. Alboż kochałam go dla stanowiska? Oto com mu odpowiedziała. A on, smutny z początku, natychmiast odzyskał dawną wesołość. Dziękował mi mówiąc: „Jeśli mię kochasz, mniejsza o wszystko.“ Wtedy kłóciłam się z nim, że mógł bodaj chwilkę o mnie powątpiewać. I po tem, co między nami zaszło, miałby pójść i zabić jakąś starą niewiastę! Pan nie ośmielisz się drugi raz to powtórzyć...
Panna d’Arlange wstrzymała się z uśmiechem zwycięztwa na ustach. Uśmiech ten znaczył: „Przecież mi się udało zwyciężyć pana; co teraz odpowiesz?“
Ale sędzia śledczy rozprószył prędko czarodziejską ułudę nieszczęśliwego dziecka.
— Pani nie wiesz, — odparł, — po jakich bezdrożach tuła się nieraz rozum nawet najzacniejszego człowieka. Bóg moim świadkiem, że ani pomyślałem wątpić o prawdziwości słów pani, ale wyobraź sobie wielkość nieszczęścia, które nagle spadło na pana de Commarin. Czy jesteś pani pewną, że rozstawszy się z nią, nie uległ rozpaczy, która do ostateczności może doprowadzić? Kto wie, czy nie działał pod wpływem chwilowego szału, bez świadomości swojego czynu. Może w ten sposób trzeba zbrodnię tłumaczyć.
Twarz panny d’Arlange oblała się śmiertelną bladością i wyrażała najgłębszą trwogę. Sędzia był pewny, że powątpiewanie zagnieździło się już w jej szlachetnej i czystej wierze.
— Chyba, że stracił zmysły, — szepnęła.
— Bardzo być może, — odpowiedział sędzia, — chociaż okoliczności towarzyszące zbrodni, świadczą o roztropnem obmyśleniu. Wierz mi, pani, trzeba wątpić... Modląc się, czekaj końca tej przerażającej sprawy. Usłuchaj mojego głosu, głosu przyjaciela. Niegdyś ufałaś mi, jak córka ojcu, — sama mi to powiedziałaś: nie odrzucaj teraz moich rad. W milczeniu czekaj. Ukrywaj przed całym światem swoją słuszną boleść, bo kto wie, ażali później nie musiałabyś sobie wyrzucać, żeś ją nierozważnie zdradziła. Młoda, bez doświadczenia, przewodnika, matki, niestety! źle umieściłaś pierwsze uczucia...
— Nie, panie, nie! — wyjąkła Klara. — Ach! — dodała, — pan mówisz jak wszyscy inni, jak ten świat mądry i samolubny, którym gardzę i którego nienawidzę.
— Biedne dziecko! — ciągnął pan Daburon, nielitościwy w swojem współczuciu; — biedna dziewczyna! Oto pierwsze twoje rozczarowanie. Trudno sobie wymarzyć straszniejsze; nie każda kobieta mogłaby je znieść z równą odwagą. Ale pani jesteś młoda, pani masz siłę, twoje życie nie będzie złamane... Nie zadługo uczujesz sama wstręt do tej zbrodni... Wiem z doświadczenia, że nie ma ran, którychby czas nie zdołał zasklepić.
Klara nie słuchała sędziego; jego słowa brzmiały jej w uszach jak bezładny szum... nie pojmowała ich treści...
— Nie rozumiem pana, — przerwała, — jaką dajesz mi radę?
— Jedyną, jaką dyktuje mi rozum, a którą wysnuwam z przywiązania do pani. Mówię do ciebie jak brat tkliwy. Odwagi, Klaro, poddaj się najboleśniejszej, największej ofierze, jakiej honor może domagać się od dziewicy. Tak, opłakuj — opłakuj swoją sprofanowaną miłość, ale wyrzecz się jej na zawsze. Proś Boga, aby zesłał zapomnienie. Ten którego kochałaś, nie jest ciebie godny...
Sędzia wstrzymał się nieco strwożony. Panna d’Arlange zsiniała jak trup...
Ale chociaż ciało upadało, dusza była jeszcze dość silna.
— Przecież powiedziałeś pan przed chwilą, — szepnęła głosem obumarłym, — że zbrodnię mógł popełnić pod wpływem szaleństwa...
— Nie inaczej, to bardzo możebne.
— W takim razie, mój panie, kto nie wie co czyni, nie jest winnym.
Sędzia śledczy zapomniał o pewnych niepokojących zapytaniach, które niegdyś, po wyzdrowieniu, zadawał sobie w łóżku.
— Ani sprawiedliwość, ani społeczeństwo, — odpowiedział bez namysłu, — nie mogą tego osądzić. Tylko Bóg jeden, który czyta w naszych sercach, może rozstrzygać w rzeczach, przechodzących ludzkie pojęcie. Dla nas pan de Commarin jest zbrodniarzem. Być może, że ze względu na niektóre okoliczności, kara będzie mniej surową, ale skutek moralny pozostanie niezmienny. Być może, że go uwolnią — pragnę tego, lubo się nie spodziewam ale mimo to będzie on zawsze shańbionym. Nigdy nie oczyści się z podejrzenia, że nikczemnie krew przelał. A więc rezygnacji, panno Klaro!...
Panna d’Arlange przerwała sędziemu piorunującem spojrzeniem.
— To znaczy! — zawołała, — że pan mi radzisz, abym go opuściła w tem wielkiem nieszczęściu. Wszyscy od niego się oddalają, a pan w swojej mądrości żądasz, ażebym zrobiła jak wszyscy. Mówiono mi, że wobec nieszczęśliwego, przyjaciele tak postępują. Kobiety, nie! Kiedy już ostatni przyjaciel haniebnie uciecze, kiedy ostatni krewny cofnie się i umyje ręce, kobieta zbliży się z pomocą, ze słowami pociechy i zostanie!
Sędzia żałował, że zaszedł za daleko; szczególnie Klara budziła w nim najwyższą obawę. Chciał jej przerwać, ale daremnie.
— Mogę być bojaźliwą, — mówiła z wzrastającą energja, — ale nie będę podłą. Wybrałam Alberta dobrowolnie, cokolwiek się stanie, ja się go nie zaprę! Nie, nigdy nie powiem: „Nie znam tego człowieka. Byłby mi oddał połowę swojej świetności i swojego majątku; czy chce, czy nie chce, ja dziś biorę połowę jego hańby i nieszczęścia! Dla dwojga kochających się serc, brzemię będzie mniej ciężkie. Uderz pan! Tak się przycisnę do jego piersi, że każdy pocisk, przeciw niemu wymierzony, i mnie dosięże! Pan, który mi radzisz zapomnieć, powiedz mi, gdzie można znaleźć zapomnienie! Ja, miałabym zapomnieć! Alboż mogłabym, gdybym nawet chciała? Ale ja nie chcę. Ja go kocham; a jak nie mogę rozkazać sercu, żeby w tej chwili bić przestało, tak nie mogę zaprzeć się tego szlachetnego uczucia. Jest więźniem, posądzonym o morderstwo; niech i tak będzie — ja go kocham. Jest winnym! co mię to obchodzi? ja go kocham. Pan go zasądzisz, pan go hańbą napiętnujesz; zasądzonego i napiętnowanego hańbą, ja go jeszcze będę kochała. Wyszlesz go na galery, ja pójdę za nim, i tam, pod suknią skazańca, ja go wiecznie będę kochała! Niech runie w przepaść, ja runę za nim! Nic, nic nas nie rozłączy, nawet śmierć! Jeśli wstąpi na rusztowanie, czuję, że ten cios i mnie zabije...
Pan Daburon ukrył twarz w obu dłoniach, lękał się bowiem, ażeby Klara nie dostrzegła na jego twarzy wymownych śladów zbytniej boleści.
— Jak ona go kocha! — myślał, — jak ona go kocha!...
Jego umysł gubił się w tłoku najczarniejszych refleksji. Miliardy szpilek zazdrości raniły mu serce. Jakże byłby szczęśliwy, gdyby on był przedmiotem tej gwałtownej namiętności, która przed nim wybuchła! A on sam miał niegdyś duszę gorącą i młodą, pragnącą miłości. Kto się o to troszczył? Poważano go, ceniono, nawet bano się, ale nie kochano — i ponoćnikt już kochać go nie będzie!... Czy nie był godnym? Dlaczegóż tylu ludzi przechodzi przez świat, nie zaznawszy rozkoszy miłości, podczas gdy drudzy, a nieraz i nikczemni, posiadają tajemniczą władzę rozbudzania namiętności, zdolnej do największych ofiar? Czy kobiety nie mają rozumu?
Milczenie panny d’Arlange pojednało sędziego z rzeczywistością.
Spojrzał na nią. Złamana samą gwałtownością egzaltacji, leżała w fotelu i z taką trudnością oddychała, iż pan Daburon sądził, że się jej słabo zrobiło. Szybko wyciągnął rękę, chcąc zadzwonić i wezwać pomocy. Ale Klara w czas go zatrzymała.
— Co pan chcesz czynić? — zapytała.
— Pani jesteś cierpiącą, — szepnął, — chciałem...
— Nic mi nie jest, — odparła, — nic... Na pozór wydaję się słabą, ale wierz pan, że jestem mocną, bardzo mocną! Prawda, że tak cierpię, jak nigdy nie przypuszczałam, żeby można cierpieć. Najstraszniej to mię boli, że musiałam zaprzeć się nawet wstydu. Musisz pan być zadowolony, że rozdarłam wszystkie zasłony, że mogłeś czytać w głębi mojego serca. Ale ja tego nie żałuję, bo uczyniłam to dla niego. Tylko to sobie wyrzucam, żem się zniżyła do bronienia jego niewinności. Pańska pewność zmięszała mię... Ale on przebaczy mi obelgę, wyrządzoną jego charakterowi. Człowieka, jak on, nie można bronić; powinno się udowodnić jego niewinność. Przy pomocy Boga — udowodnię!
Panna d’ Arlange podniosła się z godnością, jak gdyby chciała odejść, ale pan Daburon zatrzymał ją ruchem ręki.
Według jego przekonania, nieszczęście biednej dziewczyny byłoby jeszcze większe, jeśliby jej pozwolił odejść pod wpływem takiej ułudy. Skoro raz odważył się zacząć, powinien teraz zdążyć do celu. W dobrej wierze wmawiał w siebie, że w ten sposób ocali Klarę, chroniąc ją na przyszłość od słusznych wyrzutów. Chirurg zacząwszy niebezpieczną operację, musi ją skończyć, albowiem w przeciwnym razie, chory rzuca się, cierpi i krzyczy.
— Bardzo mi przykro, pani... zaczął.
Klara nie pozwoliła dokończyć.
— Dość, panie sędzio, dość! Cokolwiek chcesz powiedzieć jest zbyteczne. Szanuję pańskie nieszczęśliwe przekonanie, a nawzajem żądam niejakich względów dla mojego. Gdybyś pan w rzeczy samej był moim przyjacielem, rzekłabym otwarcie: Wspieraj mię w trudnem zadaniu. Ale pan byś tego nie uczynił...
Widocznie Klara czyniła wszystko, byle rozdrażnić sędziego. Jej namiętność wysławiała się tak samo, jak logika pana Tabareta. Kobiety ani rozbierają, ani rozumują; one czują i wierzą. W tem też leży ich wyższość. W oczach Klary pan Daburon był jej nieprzyjacielem, bo nie czuł jak ona.
Sędzia śledczy zrozumiał obelgę. Dręczony wyrzutami sumienia z jednej, a przekonaniem z drugiej strony, obsaczony przez obowiązek i namiętność — nie mógł teraz nic obmyśleć, nic postanowić. Szamotał się od trzech dni, jak dziecię, upierające się przy niedorzecznem żądaniu. Ale czemu upierał się przy twierdzeniu, że Albert jest winnym? On, który tak miłosiernym okazywał się dla każdego obżałowanego, nie chciał przypuścić możliwej pomyłki wobec tego jednego...
— Gdybyś pani znała dowody, które mam w ręku, — rzekł tonem zimnym, świadczącym o niezłomnem postanowieniu, — rozstałabyś się z resztą nadziei.
— Mów pan! — napierała Klara.
— Pani chcesz tego? Niech się stanie. Jeśli pani żądasz, rozbiorę szczegółowo wszystkie zarzuty, znajdujące się w posiadaniu sądu, bo pani wiesz, że nie od dziś do ciebie należę... Ale na co nam drobiazgów! Jest dowód jeden, najważniejszy, który sam może rozstrzygnąć. Morderstwo zostało dokonane w tłusty wtorek wieczór, a oskarżony nie umie powiedzieć, jak i gdzie spędził ten wieczór. A jednak wyszedł z domu, wrócił zaś dopiero o drugiej po północy. Ubiór był na nim podarty i powalany, a rękawiczki podrapane.
— Dosyć, panie sędzio, dosyć! — zawołała Klara, której oczy zajaśniały nagle najżywszą radością. — Pan mówisz że to był wieczór w tłusty wtorek?
— Tak, pani.
— Ach! ja byłam pewna, — wołała tonem zwycięzcy, — ja przecież panu mówiłam, że on jest niewinny!
Złożyła ręce a po ruchu ust można było poznać, że się modli.
Wyraz najżywszej ufności, ozdobił jej piękne oblicze. Przepełnione szczęściem serce, składało Bogu gorącą podziękę.
Sędzia był zbity z tropu. Z gorączkową niecierpliwością oczekiwał wyjaśnień.
— A więc? — zapytał bojaźliwie.
— Panie, — odpowiedziała Klara, — jeśli to największy dowód, to mogę pana zapewnić, że nie jest on żadnym dowodem. Albert spędził ów wieczór u mnie...
— U pani? — wyjąknął sędzia.
Pan Daburon był ogłuszony. Czy to we śnie, czy na jawie? Ramiona opadły mu bezładnie.
— Jakto! — mówił z wzrastającym niepokojem, — jakto, wicehrabia był u pani?... Zapewne musieli go widzieć słudzy, babka, guwernantka; zapewne z nim mówili!
— Nie, panie. Był i wyszedł, ale nikt go nie widział. Chciał być sam ze mną.
— Ach! — wtrącił sędzia i wolniej odetchnął.
Okrzyk ten tak się miał tłumaczyć: „Wszystko rozumiem; ale tego już za wiele. Chce go ratować kosztem własnej reputacji. Biedna dziewczyna!“
To „Ach!“ zrozumiała inaczej panna d’Arlange. Myślała, że pan Daburon dziwi się, iż ona ośmieliła się dać schadzkę Albertowi.
— Pańskie zdziwienie jest obelżywe, — rzekła.
— Pani!...
— Córka takich jak ja rodziców, może przyjmować narzeczonego bez niebezpieczeństwa i z pewnością nie będzie się potrzebowała rumienić...
Mówiła to, a równocześnie poczerwieniała ze wstydu, boleści i gniewu. Zaczęła nienawidzieć Daburona.
— Bynajmniej nie miałem obraźliwych myśli, jakie mi pani podsuwasz, — odpowiedział sędzia. — Pytałem się tylko, dla czego pan de Commarin, któremu bliski ślub pozwalał przychodzić otwarcie o każdej godzinie, uznał za stosowne widzieć się z panią pokryjomu?... Pytam się także, jakim sposobem mógł na tej schadzce podrzeć na sobie suknie?...
— To znaczy, panie sędzio, — podchwyciła Klara z goryczą, że pan wątpisz o prawdzie słów moich.
— Są okoliczności, pani...
— Pan mię posądzasz o kłamstwo, pan!... Bądź pan pewny, że gdybyśmy byli winnymi, nie zniżylibyśmy się aż do usprawiedliwienia. Mybyśmy pewnie ani prosili, ani żebrali łaski!
Dumny i uszczypliwy ton panny d’Arlange, musiał obrazić sędziego. Jak ona go traktuje! A wszystko to dla tego, że nie chciał się dać oszukać.
— Przedewszystkiem, — odpowiedział poważnie, — jestem sędzią i mam obowiązek do spełnienia. Popełniono zbrodnię; zbieg okoliczności mówi, że pan Albert de Commarin jest winowajcą, więc każę go więzić. Wypytuję go i we własnych jego słowach widzę obciążające szczegóły. Pani twierdzisz, że one są fałszywe — ale to nie wystarcza. Jak długo przemawiałaś do mnie jak do przyjaciela, bolałem i współczułem. Teraz mówisz do sędziego, a ten sędzia odpowiada: Udowodnij!
— Moje słowo, panie...
— Udowodnij!
Panna d’ Arlange podniosła się zwolna, patrząc na sędziego wzrokiem zdziwienia i podejrzliwości.
— Czy byłbyś pan może szczęśliwym, — zapytała podniesionym głosem, — gdyby Albert był w rzeczy samej winnym? Czy pragniesz go skazać? Czy może pan nienawidzisz tego nieszczęśliwego, którego los spoczywa w twoim ręku? Omal że nie odpowiem potwierdzająco... Możesz pan ręczyć za swoją bezstronność? Czy dawne wspomnienia nie odgrywają tu żadnej roli? Czy może on być pewny, że pan, uzbrojony w nielitościwe prawo, nie ścigasz w nim współzawodnika?
— Tego za wiele! — mruknął sędzia, — za wiele!
— Czy wiesz pan, — ciągnęła Klara zimno, — że nasze położenie jest wyjątkowe i niebezpieczne? Pewnego dnia, dobrze to pamiętam, pan wynurzyłeś mi swoją miłość. Zdawało mi się, że to uczucie było szczere i głębokie; byłam wzruszoną. Musiałam je odrzucić, ponieważ kochałam innego; bolałam nad panem. Teraz ten drugi jest posądzony o popełnienie morderstwa, a pan jesteś jego sędzią. Ja zaś staję między wami, prosząc pana za tamtym. Przyjąć sąd nad nim, znaczy stać się wszystkiem dla niego, a tymczasem możnaby powiedzieć, że pan jesteś przeciw niemu...
Każde słowo Klary padało na serce pana Daburon, jak uderzenia ręką na jego twarz.
— Czy to ona mówi? Zkąd się u niej wzięła ta nagła odwaga i kto ją nauczył dobierać wyrazów, raniących jego serce?
— Pani, — rzekł, — boleść sprowadza cię z drogi rozważnego sądu. Tylko pani mogę to przebaczyć co usłyszałem. Twoja nieświadomość rzeczy robi cię niesprawiedliwą; pani się mylisz. Mnie przekonać, to nic — trzeba przekonać także i innych. Że ja pani wierzę, to całkiem naturalne — przecież znam panią. Ale czy drudzy uwierzą opowiadaniu prawdziwemu, według mnie, bardzo prawdziwemu — lecz dla nich nieprawdopodobnemu?
Łzy cisnęły się Klarze do oczu.
— Jeśli niesprawiedliwie obraziłam cię, panie, — rzekła głosem drżącym, — przebacz mi!... Nieszczęście robi mię złą.
— Pani nie możesz mię obrazić, — odparł sędzia, — przecież mówiłem, że należę do pani...
— Jeśli tak, to pomóż mi udowodnić, że to co mówię, jest szczerą prawdą. Wszystko panu opowiem.
Pan Daburon był głęboko przekonany, że Klara chce podejść jego dobrą wiarę. Mimo to jej pewność dziwiła go do najwyższego stopnia. Sam siebie pytał, jaką też bajkę mogła sobie ułożyć?
— Panie, — zaczęła Klara, — pan wiesz, jakie trudności stały na drodze mojemu związkowi z Albertem. Pan de Commarin nie chciał uznać mię za synowę, bo jestem biedną, bo nic nie mam. Albert walczył przez pięć lat, zanim udało mu się złamać upór ojca. Dwa razy hrabia ustąpił i dwa razy cofał dane słowo, mówiąc, że przyrzeczenie wydarto mu podstępem. Nakoniec będzie temu miesiąc, dobrowolnie dał przyrzeczenie. Tymczasem jego wahanie, powolność i obelżywe zrywania, obraziły śmiertelnie moją babkę. Pan znasz jej drażliwy charakter; muszę jednakże przyznać, że tym razem miała słuszność. Jakkolwiek dzień ślubu był już oznaczony, margrabina oświadczyła, że nie chce siebie i swoją wnuczkę skompromitować, albowiem hrabia mógłby z czasem powiedzieć, że nam wyświadczył łaskę. Po długich prośbach z mojej strony, ustąpiła nareszcie pod warunkiem, żeby aż do ogłoszenia ostatniej zapowiedzi, Albert spędzał u nas tylko dwie godziny na dzień, i to zaraz po objedzie, w jej obecności. Tego postanowienia nie mogliśmy już zniweczyć. Takie było położenie, gdy w niedzielę zrana przyniesiono mi bilet od Alberta. Donosił w nim, że sprawy pierwszorzędnej doniosłości nie pozwalają mu przyjść do nas. Co go mogło wstrzymać? Przeczuwałam jakieś nieszczęście. Nazajutrz oczekiwałam go z niecierpliwością, z obawą, ale zamiast Alberta przyszedł jego pokojowiec, z listem dla mnie, adresowanym do panny Schmidt. W tym liście Albert zaklinał mię, ażebym mu wyznaczyła schadzkę. Potrzebuje, twierdził, rozmówić się ze mną obszernie, ze mną samą i to jak najprędzej. Nasza przyszłość, dodał, zawisła od tego widzenia się... Pozwolił mi wybrać dzień i godzinę, prosząc tylko, ażebym się przed nikiem nie zwierzała. Nie wahałam się ani chwilę. Odpowiedziałam mu, że we wtorek wieczór, oczekuję go przy małej furtce ogrodowej, wiodącej na bezludną ulicę. Aby mię ostrzedz o swojem przybyciu, powinien zapukać do furtki, z uderzeniem dziewiątej na zegarze domu Inwalidów. Wiedziałam, że moja babka sprosiła na ten wieczór dość liczne grono przyjaciół; spodziewałam się, że zmyślając ból głowy, będę mogła wyjść z salonu i odzyskać wolność. Wiedziałam także, że margrabina d’Arlange zatrzyma przy sobie pannę Schmidt...
— Przepraszam panią, — przerwał nagle pan Daburon, — którego dnia pisałaś pani do pana Alberta?
— We wtorek.
— Możesz pani oznaczyć godzinę?
— Prawdopodobnie wysłałam list między drugą a trzecią z południa.
— Dziękuję pani. Słucham.
— Moje obliczenia, — ciągnęła Klara, — wcale mię nie zawiodły. Na kilka minut przed godziną dziewiątą byłam już wolną, więc szybko pobiegłam w umówione miejsce. Udało mi się znaleźć klucz od małej furtki, zaczęłam go próbować. Niestety! daremnie starałam się ją otworzyć, zamek zardzewiał, napróżno wytężałam wszystkie siły. Byłam w rozpaczy, słysząc, że na Inwalidach bije już dziewiąta. Po trzeciem uderzeniu, Albert zapukał. Natychmiast powiedziałam mu o niefortunnym wypadku i rzuciłam klucz przez mur, ażeby próbował z drugiej strony. I jego usiłowania były bezskuteczne. Zaczęłam go prosić o odroczenie schadzki do jutra. Odpowiedział, że to niemożebne, ponieważ tajemnica, którą ma mi wyjawić, nie cierpi zwłoki. Od trzech dni nosi się z nią i to go unieszczęśliwia. Jak pan łatwo możesz się domyśleć, rozmawialiśmy przez furtkę. Nakoniec oświadczył, że przelezie mur. Bojąc się jakiego wypadku, błagałam, by tego nie czynił. Pan wiesz, że mur jest bardzo wysoki i że jego wierzch jest najeżony kawałkami szkła potłuczonego, a prócz tego gałęzie rosnących w pobliżu akacyj, tworzą nad nim rodzaj żywopłotu. Ale on począł żartować z mojej obawy i rzekł, że tylko wyraźny zakaz z mojej strony może go wstrzymać od tego postanowienia. Nie miałam odwagi powiedzieć „nie.“ Na szczęście Albert jest bardzo zgrabny, więc bez wypadku znalazł się w ogrodzie. To, co mi miał powiedzieć, panie sędzio, odnosiło się do katastrofy, która go spotkała. Siedzieliśmy na małej ławeczce, pan wiesz, na tej samej, która znajduje się tuż koło gaiku; następnie, gdy deszcz zaczął padać, schroniliśmy się do altany. Po północy Albert odszedł spokojny i prawie wesół. Na ulicę dostał się w ten sam sposób, tylko z mniejszem niebezpieczeństwem, albowiem zmusiłam go do użycia ogrodowej drabinki, którą potem, gdy już był na drugiej stronie, położyłam wzdłuż, muru...
Ta opowieść, wygłoszona tonem prostym i naturalnym, zmięszała pana Daburona. Co o tem myśleć?
— Pani, — zapytał, — czy w chwili, kiedy pan Albert przełaził mur, deszcz już padał?
— Nie jeszcze. Pierwsze krople upadły, gdyśmy usiedli na ławce; przypominam to sobie bardzo dobrze, bo gdy rozprzestrzenił parasol, pomyślałam o Pawle i Wirginji.
— Pozwól pani... niezwłocznie będę na jej rozkazy...
Usiadł przy biurku i z największą szybkością napisał dwa listy.
W pierwszym rozkazywał, ażeby Albert był niezwłocznie przyprowadzony do pałacu Sprawiedliwości, do jego gabinetu.
W drugim polecał ajentom, ażeby natychmiast udali się na dzielnicę St. Germain, do pałacu d’Arlange, dla przekonania się, czy na murze znajdują się jakie ślady. Tłumaczył, że przez mur ktoś przełaził dwa razy, przed i po deszczu, skutkiem czego ślady powinne być odmienne. Zarazem polecał ajentom jak największą przezorność.
Zaledwie skończył, zadzwonił na służącego, który wszedł.
— Oto, — rzekł, — dwa listy, które wręczysz Konstantemu, mojemu pisarzowi. Poprosisz go, ażeby je odczytał — i natychmiast, rozumiesz? natychmiast kazał spełnić zawarte w nich rozkazy. Spiesz się, weź dorożkę, tylko prędko! Ach! jeszcze słowo... W razie, gdyby Konstanty nie był w moim gabinecie, poszlij po niego. A teraz na jednej nodze.
Pan Daburon wrócił do Klary.
— Czy przypadkiem nie zachowałaś pani listu, w którym pan Albert prosił cię o schadzkę?
— Owszem, panie sędzio, muszę go nawet mieć przy sobie.
Powstała, a poszukawszy w kieszeni, wyjęła pomięty papier.
— Oto jest.
Sędzia wziął papier. Podejrzenie szeptało mu złośliwie: Ten list kompromitujący znajduje się w sam raz w kieszeni Klary... Dziewczęta nie zwykły nosić przy sobie tego rodzaju biletów. Jednym rzutem oka odczytał list cały.
— Bez daty, — szepnął, bez pieczątki, bez niczego...
Klara nie słyszała; w tej chwili łamała sobie głowę nad pytaniem, jak udowodnić tę schadzkę.
— Panie! — zawołała nagle, — nie raz się zdarza, że gdy pragniemy być sami, właśnie ktoś nas widzi. Błagam pana, poszlij, po całą służbę mojej babki, wypytaj wszystkich kolejno, a kto wie, czy przez którego z nich Albert nie był widzianym.
— Wypytywać służbę!... Jakto?...
— Pan się boisz, żebym się nie skompromitowała? Mniejsza o to, byle on był wolny.
Pan Daburon musiał ją podziwiać.
Jakie szczytne przywiązanie tego dziewczęcia! Mniejsza czy mówi prawdę, czy zmyśla. Tylko on mógł ocenić gwałt, jaki sobie od godziny zadawała, on, który tak dobrze znał jej charakter.
— To jeszcze nie wszystko, — dodała; — klucz od małej furtki, który rzuciłam Albertowi, został u niego. Musiał go gdzieś schować. Jeśli go znajdziecie w jego mieszkaniu, będzie to dowodem, że Albert był w moim ogrodzie.
— Wydam stosowne rozkazy.
— Jest jeszcze jeden sposób, — podchwyciła Klara, — podczas gdy ja tu jestem, każ pan obejrzeć mur.
— Rozkazałem w jednym z tych listów, które wziął służący.
Klara powstała rozpromieniona i po drugi raz podała rękę sędziemu.
— Ach! dzięki! dzięki! — zawołała — stokrotne dzięki! Teraz widzę, że pan jesteś z nami. Ale jeszcze jedna myśl... Mój list z wtorku, Albert musi mieć u siebie.
— Nie ma, pani; spalił go...
Oczy Klary powlokły się chmurą — cofnęła się o krok.
Zdawało się jej, że w odpowiedzi sędziego przebijała się ironja. Ale posądzenie było niesłuszne. Sędzia pamiętał, że we wtorek po południu Albert rzucił w płomień na kominku list, który zapewne pochodził od narzeczonej. A więc do niej stosowały się słowa: „Nie zdoła mi się oprzeć.“ Sędzia widział teraz jasno.
— Czy przyznasz pani, pytał pan Daburon, — że wice-hrabia de Commarin, zamiast opowiedzieć nagą prawdę, starał się wprowadzić w błąd sprawiedliwość, przez co mnie samego naraził na największe nieprzyjemności...
— Zdaje mi się, panie sędzio, że człowiek honorowy nie może bez wyraźnego upoważnienia wyjawić, iż z młodą dziewczyną miał tajemniczą schadzkę. Prędzej można narazić swoje życie, niż honor tej, która mu zaufała. Ale bądź pan pewny, że Albert liczył na mnie...
Tłumaczeniu panny d’Arlange nie można było nic zarzucić.
— Sprawa jeszcze nie skończona, — podchwycił sędzia; — wszystko co z ust pani usłyszałem, będziesz pani musiała, powtórzyć w pałacu Sprawiedliwości, w moim gabinecie. Mój pisarz skreśli te zeznania, a pani je podpiszesz. Może z trudnością przyjdzie to pani uczynić, ale taka formalność jest niezbędną.
— Ach! panie, rozkazowi poddaję się z największą przyjemnością. Co może być dla mnie przykrem na myśl, że jemu tem służę? Alboż nie byłam na wszystko przygotowaną? Gdyby go byli powlekli do sali sędziów przysięgłych i tam byłabym chętnie poszła. Tak, byłabym poszła, i tam, wobec wszystkich, byłabym głośno zeznała prawdę. Bez wątpienia, — dodała smutnym tonem, — obecni patrzyliby na mnie jak na bohaterkę z romansu, ale co mię obchodzi opinja, nagana, albo pochwała świata, gdy jestem pewną, że on mię kocha?
Powstała, poprawiając zarzutkę i wstążki u kapelusza.
— Czy potrzebuję, — zapytała, — czekać przybycia ludzi, którzy poszli mur oglądnąć?
— To zbyteczne...
— W takim razie, rzekła Klara słodkim głosem, — nie pozostaje mi już nic, jak tylko prosić pana, — tu złożyła ręce, błagać pana, — oczy łzami jej zaszły, — ażebyś jak najprędzej wypuścił Alberta z więzienia.
— Zwrócę mu wolność, jak tylko będę mógł: daje pani na to moje słowo.
— Ach! jeszcze dziś, drogi panie Daburon, dziś, proszę pana — zaraz... Kiedy jest niewinnym, uczuj litość, przecież pan jesteś naszym przyjacielem. Czy chcesz, bym ci padła do nóg?
Sędzia szybko wyciągnął ramiona, aby ją wstrzymać.
Czuł dławienie — okropnie cierpiał.
Ach! jak zazdrościł losu swojemu więźniowi.
— To, o co mię pani prosisz, jest nie możebne do wykonania, — rzekł głosem przygasłym, — nie możebne, na honor!... Ach! gdyby to zawisło tylko odemnie!... nie mógłbym, chociażby nawet był winnym, oprzeć się łzom i prośbom pani.
Panna d’Arlange, tak silna przez cały czas, nie mogła wstrzymać się od głośnego łkania.
— Mój Boże! — zawołała, — on jęczy w więzieniu, a ja jestem wolną i nie mogę mu pomódz! Mój Boże! jakże ja cierpię!... Wielki Boże! naucz mię tej mowy, która porusza serca ludzkie! Komuż mam upaść do nóg, aby uzyskać łaskę?!
Wstrzymała się, zdziwiona własnemi słowy.
— Mówiłam o łasce? — podchwyciła dumnie, — on nie potrzebuje łaski! Dla czegóż jestem słabą kobietą? Czy nie znajdę człowieka, któryby mię chciał wesprzeć? Tak! — zawołała po chwili namysłu, — jest jeden człowiek, który powinien ratować Alberta, bo przecież on wtrącił go w tę przepaść, jest hrabia de Commarin! Jest jego ojcem, a opuścił go! A więc dobrze, pójdę do niego i przypomnę mu, że ma syna!...
Sędzia chciał ją wyprowadzić do przedpokoju, ale ona już wyszła z panną Schmidt.
Pan Daburon na pół obumarły, runął na fotel. W jego oczach perliły się łzy gorące.
— Oto kobieta! — szeptał do siebie. — Ach! mój wybór nie był pospolity. Od pierwszej chwili przeczuwałem w niej wszystkie wielkości...
Nigdy ją tak nie kochał i czuł, że nigdy go tak nie bolało, iż nie był kochany.
Ale pośród tych rozmyślań, podejrzenie ostre jak strzała, przeszyło jego mózg.
— Czy Klara mówiła prawdę? Czy tylko nie odegrała roli, której oddawna wyuczyła się na pamięć? Nie, z pewnością nie!
Ale kto wie, czy nie nadużyto jej dobrej wiary, czy ją samą nie oszukano?
W takim razie przepowiednie Tabareta sprawdziłyby się do ostatniej głoski.
Tabaret mówił: „Przygotuj się pan na niezachwiane alibi.“
Jak teraz zdemaskować kłamcę, którego Klara wspiera w dobrej wierze?
Jak rozbić zręcznie obmyślany plan, według którego obżałowany mógł bez mieszania się spokojnie oczekiwać przewidzianego rezultatu?
A jeśli opowieść Klary jest w rzeczy samej prawdziwą, jeśli Albert jest niewinnym!...
Sędzia gubił się w najrozmaitszych przypuszczeniach, z których każde było prawdopodobne, nie mogąc sam ułożyć żadnego projektu.
Powstał.
— A teraz, — rzekł głośno, — jak gdyby dla dodania sobie odwagi, — jedźmy do pałacu Sprawiedliwości, tam wszystko się wyjaśni...