Gdzie winowajca/Tom II/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Noel Gerdy, odprowadziwszy hrabiego de Commarin do powozu, który stał na bulwarze przed pałacem Sprawiedliwości, chciał natychmiast odejść. Trzymając się jedną ręką drzwiczek, skłonił się głęboko i zapytał:
— Kiedyż będzie mi wolno, mości hrabio, złożyć ci moje uszanowanie?
— Wsiądź, — rzekł starzec.
Adwokat zaczął się wymawiać. Przytaczał ważne powody. Okoliczności, mówił, nakazują mu wrócić natychmiast do domu...
— Wsiądź! — powtórzył hrabia tonem, nie znoszącym repliki.
Noel usłuchał.
— Odzyskujesz swojego ojca, — zauważył półgłosem hrabia de Commarin, — ale muszę cię ostrzedz, że równocześnie tracisz swoją wolność.
Powóz ruszył z miejsca, i dopiero teraz dostrzegł dumny hrabia, że Noel siedział skromnie na przodzie. Ta uniżoność bardzo mu się nie podobała.
— Tu, przy mnie! — zawołał, — czyś pan oszalał! Alboż nie jesteś moim synem?
Adwokat zajął miejsce obok surowego starca, robiąc się malutkim jak nigdy.
W głębokiem milczeniu minęli przestrzeń między pałacem Sprawiedliwości a domem hrabiego.
Skoro powóz zatrzymał się przed peronem, a hrabia wsparty na ramieniu Noela wchodził powoli na schody, między sługami zapanował ruch nie zwykły. Wprawdzie nie było ich wiele, może piętnastu, bo resztę wezwano do sądu, ale zaledwie hrabia i Noel znikli im z oczu, wszyscy, jakby na dane hasło, zeszli się w olbrzymim przedpokoju. Był tam ogrodnik z pomocnikami, lokaje, kucharz, kuchciki, a nawet i woźnica z dwoma parobkami. Jeden z nich poznał w Noelu gościa z minionej niedzieli, a drobnostka ta wystarczyła, aby we wszystkich obudzić najżywszą ciekawość.
Zresztą, od rana, od uwięzienia wice-hrabiego de Commarin, cały lewy brzeg Sekwany był zaalarmowany. Tysiące pogłosek krążyło, które z każdą sekundą ulegały poprawkom i dodatkom, pochodzącym bądź z niechęci ku tej rodzinie, bądź z głupoty. Nie jeden dumny magnat wysłał swojego pokojowca na zwiady do służby hrabiego, nie wstydząc się zbierać wiadomości na tej dość niehonorowej drodze. Słowem, nie wiedziano nic pewnego, a jednak wiedziano wszystko.
Kto może, niech wytłumaczy następujące zjawisko: Zbrodnia spełniona; sąd wpada na trop i natychmiast otacza się tajemniczością; policja jeszcze nic nie wie, a mimo to na ulicach powtarzają sobie najdokładniejsze szczegóły.
— Jakto, — rzekł jeden z kuchtów, — ten słuszny brunet miałby być prawdziwym synem hrabiego?
— Nie inaczej, — odparł jeden z lokajów, który hrabiemu towarzyszył do sądu; — Albert jest takim jego synem, jak ty, Janie.
— Piękna mi historja! — zawołał Jan.
— Nie raz to się zdarza, w wielkich domach, — zauważył kucharz.
— Ależ do djabła, jak to się stało?
— Zdaje się, że gdy pewnego razu nieboszczka pani hrabina wyszła na przechadzkę ze swoim sześciomiesięcznym synem, dziecko zostało skradzione przez cygankę.
— Bardzo to być może, ale co tu ma morderstwo do czynienia? Jaki powód?
— Mniejsza o powód, dosyć, że się stało! — zawołał Lubin, który w tej chwili wracał z Józefem z pałacu Sprawiedliwości. — O! ten Albert to wielki łotr! Prawdę powiedział sędzia: „Panie Lubin, bardzo mi przykro, że musiałeś służyć u takiego draba.“ Bo trzeba wam wiedzieć, — ciągnął wierny pokojowiec, — że prócz ośmdziesięcioletniej staruszki, zabił on także dziewczynę, liczącą zaledwie dwanaście lat. Biedne dziecko, mówił mi sędzia, znaleziono pocięte na drobne kawałeczki!...
— Ale z tem wszystkiem, — zauważył Józef, — okazuje się, że Albert bardzo głupi. Alboż to człowiek bogaty powinien robić takie rzeczy, kiedy mamy tylu biedaków, którzy radzi by co zarobić?
— Dosyć! — krzyknął Lubin głosem znaczącym, — zobaczycie, że wyjdzie czysty jak śnieg. Ludzie bogaci mają środki...
— Mniejsza o to, — wtrącił kucharz, — ale dałbym chętnie całą moją płacę miesięczną, gdybym teraz mógł się stać myszą aby podsłuchać, co tam hrabia mówi z tym brunetem. A gdyby który z młodszych chciał się zbliżyć do drzwi!...
Wniosek kucharza nie został przyjęty. Służba wiedziała z doświadczenia, że w ważnych wypadkach szpiegostwo było całkiem bezużyteczne.
— Hrabia de Commarin znał swoich ludzi doskonale. Jego gabinet był przeto wolny od wszelkiej niedyskrecji.
Najdelikatniejsze ucho, przyłożone do dziurki od klucza, nie mogło nic uchwycić. Jeden tylko marszałek dworu widział nie mało rzeczy, ale że hojnie płacono mu za milczenie, więc milczał.
W tej chwili, hrabia de Commarin siedział w tym samym fotelu, o który dnia poprzedniego uderzał pięściami, słuchając protestacji Alberta. Jak tylko ujrzał się w swoim powozie, stary szlachcic odzyskał dawną butę.
Jak Albert dnia poprzedniego, tak teraz Noel, odzyskawszy władzę nad sobą, stał obok hrabiego, zimny jak marmur, pełen szacunku, ale nie uniżony.
Syn i ojciec zamieniali spojrzenia, w których nie było nic sympatycznego, a tem mniej przyjaznego. Śledzili się nawzajem, jak dwaj nieprzyjaciele, którzy przed rozpoczęciem walki wlepiają w siebie wzrok badawczy...
— Panie, — rzekł nakoniec hrabia tonem surowym, — odtąd ten dom należy do ciebie. Od tej chwili jesteś wice-hrabią de Commarin, bo odzyskujesz w pełni wszystkie prawa, których byłeś pozbawiony. Ale, powstrzymaj się jeszcze z podzięką. Gdyby nie zbieg okoliczności, Albert byłby pozostał tam, gdzie go umieściłem.
— Rozumiem cię, hrabio, — odpowiedział Noel. — Zdaje mi się, że nigdy w życiu nie byłbym się zdecydował do przedsięwzięcia czynu, któryby mojemu synowi mógł odebrać to, co mu się prawnie należało. Ale oświadczam zarazem, że gdybym go kiedykolwiek był dokonał, później byłbym tak samo działał jak ty, hrabio. Twoje stanowisko, hrabio, jest zanadto wysokie, aby na niem można myśleć o dobrowolnym odwrocie. Stokroć lepiej znosić ukrytą niesprawiedliwość, niż narażać swoje nazwisko na złośliwe komentarze...
Ta odpowiedź przyjemnie zdziwiła hrabiego. Adwokat tłumaczył jego własne myśli. Lecz mimo to nie zdradził swojej radości, owszem, jeszcze suchszym tonem zaczął mówić:
— Do pańskiego przywiązania nie mam żadnego prawa ale za to będę żądał szacunku. Zwyczajem jest w naszej rodzinie, że syn nigdy nie przerywa ojcu, gdy ten mówi. O tem powinieneś zawsze pamiętać. Nie wolno także dzieciom sądzić rodziców, jak to przed chwilą uczyniłeś. Mój ojciec, na kilka lat przed śmiercią zupełnie zdziecinniał. Ja miałem wtedy lat czterdzieści, a jednak nie robiłem mu żadnych uwag. Wydawałem na utrzymanie domu Alberta bardzo wiele; miał osobne apartamenta, ludzi, konie, powozy a prócz tego, dawałem temu nieszczęśliwemu cztery tysiące franków miesięcznie. Teraz pragnę, abyś dom swój utrzymywał na okazalszej stopie. Zwiększam również twoją pensję o dwa tysiące franków miesięcznie. Ale równocześnie polecam ci największą ostrożność. Strzeż się, zastanawiaj się nad każdem słowem i krokiem. Czy umiesz bić się na szpady?
— Mógłbym być drugorzędnym szermierzem.
— Doskonale! Jeździsz konno?
— Nie. Ale do sześciu miesięcy albo będę jeździł jak rzadko kto, albo kark skręcę.
— Trzeba zostać jeźdźcem bez skręcenia karku. Idźmy dalej. Rzecz naturalna, że nie zamieszkasz w apartamentach Alberta. Każę je zamurować, skoro tylko będę uwolniony od wizyt ajentów policyjnych. Dzięki Bogu, pałac jest przestronny. Ludzie, konie, powozy, meble, wszystko co należało do Alberta, będzie zmienione do dwudziestu czterech godzin. Trzeba, ażeby w dniu, w którym świat cię ujrzy, powszechnie sądzono, że nowe stanowisko zajmujesz od wieków. Inny ojciec wysłałby cię na jakiś czas na dwór austryjacki albo rosyjski. Ja tego nie uczynię. Wolę głośną wrzawę spadającą nagle, aniżeli głuche szepty, przeciągające się w nieskończoność. Uprzedźmy opinię, a zobaczysz, że w ośmiu dniach będą już wyczerpane wszystkie komentarze, a powtarzanie tej historji będzie uważane za prowincjonalne. A więc do dzieła! Jeszcze dziś wieczór każę zwołać robotników. Żeby zaś rozpocząć, przedstawię ci natychmiast moich ludzi.
Chcąc uczynić, co powiedział, hrabia wyciągnął rękę ku stronie, gdzie wisiała taśma od dzwonka, ale Noel wstrzymał go za ramię.
Od początku tej pogadanki, adwokat błądził po krainach Tysiąca i Jednej nocy, z czarodziejską lampą w ręku. Cudowna rzeczywistość zaćmiewała wszystko, o czem kiedykolwiek w życiu mógł marzyć. Dotknięty laską magiczną uczuł, że w głębi jego istoty budziły się tysiączne nowe i nieznane wrażenia. Widział się w purpurze, wśród powodzi złota, na łonie szczęścia, do którego wzdychał.
Ale umiał udawać powierzchowną obojętność. Jego twarz umiała ukryć tajemnicę najgwałtowniejszych uczuć wewnętrznych. Podczas gdy wewnątrz wrzały namiętności, na pozór słuchał hrabiego spokojnie, zimno i prawie obojętnie.
— Przebacz mi, hrabio, — rzekł głosem poważnym, — jeśli nie przekraczając granic głębokiego szacunku, ośmielę się zrobić kilka uwag. Jestem wzruszony, więcej niż to mogę wyrazić, pańską grzecznością, a mimo to błagam cię, byś zechciał na później odłożyć tę manifestację. Kto wie, czy moje poglądy nie są roztropne.
Zdaje mi się, że położenie nakazuje mi największą skromność. Dobrze robi ten, kto gardzi opinią, lecz według mego przekonania, nie powinno się rzucać całemu światu rękawicy. Więcej jak pewna, że społeczeństwo będzie mię sądziło nadzwyczaj surowo. Jeśli niezwłocznie zamieszkam u ciebie, hrabio, co powiedzą? Oto, że postąpiłem jak brutalny zwycięzca, który potrąca nogą zwłoki pokonanego nieprzyjaciela. Świat będzie mię porównywał z Albertem, a porównanie wypadnie na moją niekorzyść, ponieważ głos powszechny powie, że tryumfuję w chwili, kiedy wielkie nieszczęście na nasz dom spadło.
Hrabia słuchał w milczeniu; może go uderzyła słuszność tych uwag.
Noel zrozumiał, że surowość starego szlachcica była więcej pozorna niż rzeczywista. To spostrzeżenie dodawało mu odwagi.
— Zaklinam więc pana, panie hrabio, — ciągnął adwokat, — nie żądaj, abym na razie miał cokolwiek zmienić w sposobie mojego życia. Nie pokazując się, uniemożliwię złośliwe komentarze. Zresztą i ja sam muszę oswoić się z moją nagłą zmianą. Nie chcę, aby mówiono, żem podobny do parweniusza. Nie chcę, aby moje nazwisko żenowało mię jak nowy ubiór, nie skrojony według stanu...
— Kto wie, może to i lepiej, — mruknął hrabia de Commarin.
Odwaga Noela szybko wzrastała.
— Powinienem dodać, hrabio, że i ja mam nie jedną sprawę do załatwienia. Zanim zajmę się tymi, których znajdę u góry, muszę wpierw pomyśleć o tych, których zostawiam u dołu... Mam przyjaciół i klientów. Dzisiejszy wypadek wydarzył się właśnie w chwili, kiedy zacząłem zbierać owoce mojej dziesięcioletniej pracy. Dotychczas zasiewałem, teraz miało być żniwo. Moje nazwisko wypływa — już mam pewne znaczenie... Przyznaję się także bez wstydu, że wyznaję zasady, które nie koniecznie zostawałyby w harmonji z pałacem de Commarin...
— Ach! — przerwał hrabia tonem szyderczym, — pan jesteś liberalnym? To modna choroba. Albert był także bardzo liberalnym.
— Moje zasady, hrabio, — odparł żywo Noel, — są własnością wszystkich ludzi inteligentnych, pragnących wznieść się nad poziom. Lecz czy wszystkie stronnictwa nie dążą do jednego celu, do władzy? Różnią się tylko w środkach. Nie będę się dłużej zatrzymywał nad tym przedmiotem. Bądź pewnym, hrabio, że potrafię nosić godnie moje nazwisko, i że będę umiał działać, jak przystało na człowieka mojego stanowiska.
— Bardzo pięknie — zawołał hrabia de Commarin, — spodziewam się, że nie będę potrzebował żałować za Albertem.
— Przynajmniej nie stałoby się to z mojej przyczyny... Ale skoro hrabia wymówił nazwisko tego nieszczęśliwego, ośmielę się prosić, abyśmy mu chwilkę poświęcili...
Hrabia wlepił w Noela spojrzenie najgłębszego niedowierzania.
— Cóż możemy pomódz Albertowi? — zapytał.
— Jakto mości hrabio, — zawołał adwokat z ogniem, — chciałbyś go może opuścić teraz, kiedy mu nie pozostał ani jeden przyjaciel na świecie? Ależ on jest twoim synem, hrabio; on jest moim bratem, on przez trzydzieści lat nosił imię wice-hrabiego de Commarin! Wszystkie członki rodziny powinny trzymać się solidarnie. Winny czy niewinny ma prawo na nas liczyć — a my powinniśmy go wspierać.
Przemowa Noela wzruszyła hrabiego. Noel był prawdziwym jego synem.
— Czego się zatem spodziewasz? — zapytał.
— Ocalić go, jeśli jest niewinnym, a chętnie wierzę, że tak jest... Jestem adwokatem, hrabio, a więc będę jego obrońcą. Mówiono, że mam zdolności; w obronie takiej sprawy wszystko rozwinę. Tak, choćby najcięższe zarzuty świadczyły przeciw niemu, wszystko zburzę! Znajdę drogę do serca sędziów, i ocalę brata. To będzie moja ostatnia obrona.
— A jeśliby się przyznał, — zauważył hrabia, — jeśli się już przyznał?
— W takim razie, hrabio, — odpowiedział Noel głosem smutnym, — oddam mu ostatnią usługę, jakiej może żądać od brata. Podam mu środki uniknięcia spełnienia wyroku...
— Pięknie mówisz, mój panie! — zawołał hrabia, — bardzo pięknie, mój synu!
I podał Noelowi rękę, który ją uścisnął, pochylając się z pełną szacunku godnością. Adwokat wolniej odetchnął. Przecież udało mu się znaleźć drogę do serca tego dumnego pana. Widocznie zaczynał mu się podobać.
— Wróćmy do pana, — podchwycił hrabia. — Zgadzam się z uwagami, które wyłuszczyłeś. Stanie się, jak sobie życzysz. Ale uważaj to ustępstwo za wyjątek. Nie zwykłem odstępować od raz przedsięwziętego zamiaru, chociażby był zły, a nawet szkodliwy moim interesom. Ale w każdym razie powinieneś jeszcze dziś u mnie zamieszkać i być u mnie na obiedzie.
Noel był na tyle odważnym, że jeszcze raz przerwał staremu szlachcicowi.
— Panie, — rzekł, — kiedy mi rozkazałeś wsiąść do powozu, usłuchałem, bo to było moim obowiązkiem. Teraz wzywa mię inny święty obowiązek. Pani Gerdy kona w tym momencie.. Czyż wolno mi odstąpić od śmiertelnego łoża tej, która mi była matką?
— Walerja! — szepnął hrabia.
Wsparłszy łokcie o poręcze staroświeckiego fotelu, zakrył twarz rękoma; myślał o przeszłości, która stanęła przed nim w widomych kształtach.
— Wyrządziła mi wielką krzywdę, — mówił, odpowiadając na własne uwagi wewnętrzne, — złamała moje życie, ale czy mam zostać niemiłosiernym? Umiera, bo na Albercie, na jej dziecku cięży straszny zarzut! A kto sprawcą tego nieszczęścia? Ja!... Bez wątpienia, w tej stanowczej godzinie, jedno moje słowo, byłoby dla niej największą pociechą. Pójdę z tobą, mój panie.
Noel wstrząsł się, usłyszawszy niespodziewaną propozycję.
— Ach! hrabio, — zawołał żywo, — nie narażaj się, to widok okropny! rozdzierający serce. Pańskie zabiegi byłyby daremne. Być może, że pani Gerdy jeszcze żyje, ale jej rozum oddawna obumarł. Jej mózg nie mógłby wytrzymać zbyt silnego uderzenia. Nieszczęśliwa nie mogłaby pana poznać...
— A więc idź sam, — westchnał hrabia idź sam mój synu.
Słowa, „mój synu“ wyrzeczone z dziwnie tkliwym naciskiem, zabrzmiały jak czarodziejska muzyka w uszach adwokata. Ukłonił się, chcąc odejść, ale szlachcic wstrzymał go, mówiąc:
— W każdym razie będę szczęśliwym, jeżeli przyjdziesz na obiad. Jadam z uderzeniem pół do siódmej.
Zadzwonił; wszedł marszałek dworu.
— Dyonizy, — rzekł, — żaden z moich rozkazów nie tyczy się tego pana. Powiedz to ludziom. Ten pan jest u siebie.
Adwokat wyszedł. Hrabia ujrzawszy się sam, doznał niepojętej rozkoszy.
Od rana wypadki następowały z taką szybkością, że myśli hrabiego nie mogły za niemi zdążyć. Dopiero teraz począł rozważać.
— Oto, — mówił do siebie, — mój syn legalny. Jestem pewny, że to mój syn. Widzę w nim mój żyjący portret, kiedy miałem trzydzieści lat. Ten Noel to dziarski chłopiec, bardzo dziarski. Twarz sympatyczna, a przytem rozumny. Umiał być pokornym, nie poniżając się, a stanowczym bez arogancji. Szczęście nie robi na nim żadnego wrażenia. To człowiek, mający głowę na karku. Będzie dumnie nosił nowe nazwisko. A jednak nie czuję dla niego najmniejszej sympatji... zdaje mi się nawet, że żałuję Alberta. Nie umiałem go ocenić... Biedne dziecko! Popełnić nikczemną zbrodnię! Stracił rozum... Nie mogę znieść wzroku Noela... Jest zanadto jasny. Twierdzą, że jest skończony. Przynajmniej okazuje się bardzo szlachetnym... Jest słodki i stanowczy, wspaniałomyślny, bohaterski. Bez żalu chce się dla mnie poświęcić. Przebacza pani Gerdy i kocha Alberta. To prawie nie podobne do wiary... Ale dziś wszyscy młodzi ludzie są tego rodzaju. Żyjemy w nieszczęśliwych czasach! Nasi synowie rodzą się z wszystkiemi błędami ludzkiemi. Nie mają ani błędów, ani namiętności, ani uniesień swych ojców. Ci niedorośli filozofowie nie są nawet zdolni popełnić ani jednego głupstwa! Boże! Albert był także skończonym, a przecież zabił wdowę Lerouge! Co ten uczyni?... W każdym razie, dodał półgłosem, powinienem był pójść z nim do Walerji.
A chociaż od wyjścia Noela upłynęło już dobrych dziesięć minut, hrabia pobiegł do okna w nadziei, że go jeszcze ujrzy na dziedzińcu i zawoła.
Lecz adwokat był już daleko. Wyszedłszy z pałacu, wsiadł do doróżki na rogu ulicy Bourgogne i kazał się odwieźć galopem na ulicę św. Łazarza.
Stanąwszy przed bramą swojego domu, rzucił woźnicy pięciofrankówkę i w mgnieniu oka minął cztery piątra.
— Przychodził kto do mnie? — zapytał służącę.
— Nikt, — odpowiedziała.
Zdawało się, że z piersi spadł mu ciężki niepokój.
— A lekarz?
— Był dziś rano, podczas pańskiej nieobecności, — odpowiedziała służąca, — i nie wyglądał bardzo zadowolony. Teraz znów przyszedł i właśnie jest u chorej...
— Bardzo dobrze! chcę z nim pomówić. Jeśli do mnie kto przyjdzie, wprowadź go do gabinetu, oto klucz, i zaraz mię zawołaj.
Wszedłszy do pokoju pani Gerdy, Noel spostrzegł na pierwszy rzut oka, że podczas jego nieobecności, nie nastąpiło żadne polepszenie.
Chora z zamkniętemi oczyma i konwulsyjnie wykrzywioną twarzą, leżała na wznak. Każdy byłby ją wziął za umarłą, gdyby nie gwałtowne wstrząśnienia, które od czasu do czasu podrzucały jej ciało.
Ponad głową umieszczono mały przyrząd, napełniony wodą z lodem, którą kroplami spadała na jej marmurowe czoło. Cały stolik i kominek były zasypane flaszeczkami i pudełkami. W nogach łóżka, kawałek płótna, poplamionego krwią, świadczył, że lekarz szukał ratunku w pijawkach.
W głębi pokoju siedziała siostra z zakonu św. Wincentego à Paulo. Była to kobieta jeszcze młoda, blada jak chusta wisząca na jej piersiach. Twarz nieruchoma i przygasły wzrok mówiły, że zakonnica zapomniała o ciele i myśli. Suknia z grubej, ciemnopopielatej materji, układała się w ciężkie, niekształtne fałdy. Za każdym ruchem olbrzymi różaniec dzwonił jak kajdany.
W fotelu, naprzeciw łóżka chorej, siedział doktor Hervé, przypatrując się uważnie przygotowaniom siostry. Zerwał się szybko, ujrzawszy wchodzącego Noela.
— Ach! przecież jesteś! — zawołał ściskając serdecznie rękę adwokata.
— Zatrzymano mię w pałacu, — odpowiedział Noel, jak gdyby czuł potrzebę usprawiedliwienia swojej nieobecności, — a możesz sobie wyobrazić, że stałem tam jak na rozżarzonych węglach.
Nachyliwszy się do ucha lekarza, drżącym z obawy głosem zapytał:
— I cóż?
Lekarz zwiesił głowę, jak gdyby mu brakło odwagi.
— Gorzej, — odpowiedział, — od rana napady następują po sobie z zatrważającą szybkością...
Urwał. Adwokat tak go uchwycił za ramię, że omal go nie zgruchotał. Pani Gerdy poruszyła się na łóżku i wydała słabe westchnienie.
— Usłyszała cię, — szepnął Noel.
— Pragnę tego całą duszą, — odrzekł lekarz, — byłby to dobry znak. Ale musisz się mylić. Zresztą, zobaczmy...
Zbliżywszy się do łóżka pani Gerdy, wziął ją za puls, wlepiając w bladą twarz chorej badawcze spojrzenie. Potem końcem małego palca podniósł lekko jej powieki. Ukazało się oko mdłe, zagasłe, bezduszne.
— Ależ chodź, osądź sam, weź ją za rękę, przemów do niej.
Noel, drżąc jak liść, uczynił, co przyjaciel rozkazał. Zbliżywszy się tak do chorej, że prawie ustami dotykał się jej ucha, szepnął cicho:
— Moja matko, to ja, Noel, twój Noel, przemów! zrób znak! słyszysz mię matko moja?
Nic... leżała nieruchoma jak bryła lodu; na twarzy nie ukazywał się żaden ślad inteligencji.
— Widzisz, — zauważył lekarz, — dobrze mówiłem.
— Biedna kobieta! — westchnął Noel, — czy cierpi?
— W tej chwili, nie.
Zakonnica podniosła się i usiadła także przy łóżku.
— Panie doktorze, — przemówiła, — już wszystko gotowe.
— A więc, moja siostro, wezwij służącę, ażeby nam pomogła. Obłożymy chorą synopizmami.
Służąca nadbiegła. Na rękach dwóch kobiet, pani Gerdy była podobną do umarłej, którą ubierają w śmiertelną koszulę. Biedna kobieta musiała długo i bardzo wiele cierpieć, bo ciało było strasznie wyschnięte. Nawet zakonnica była wzruszoną, ona, która od kilku lat patrzyła ciągle na ludzkie cierpienia.
Tymczasem Noel zbliżył się do okna i o szyby oparł rozognione czoło. O czem myślał w chwili, kiedy o dwa kroki umierała ta, która mu dała tyle dowodów macierzyńskiej czułości i szczerego przywiązania? Czy ją żałował? A kto wie, czy może nie myślał o świetnej egzystencji, która czekała go tam, po drugiej stronie Sekwany, na dzielnicy St. Germain? Odwrócił się nagle, usłyszawszy nad uchem głos swojego przyjaciela.
— Już skończone, — rzekł lekarz, — ciekawym, jaki skutek zrobią synopizma. Jeśli je uczuje, będzie dobry znak, w przeciwnym razie przystawimy bańki.
— A jeśli i te nie pomogą?
Lekarz odpowiedział wzruszeniem ramion, co świadczyło o zupełnej rezygnacji.
— Rozumiem twoje milczenie, Hervé, — ciągnął adwokat, — niestety powiedziałeś mi tej nocy, że zgubiona...
— Prawda, że umiejętność tak twierdzi, ale mimo to jeszcze nie rozpaczam. Przed rokiem brat przyrodni jednego z moich kolegów, wyszedł z takiej samej choroby. Nawet gorzej z nim było.
— Najbardziej to mię boli, — odrzekł Noel, — że bezustannie leży bez pamięci. Miałażby umrzeć nie odzyskawszy ani na chwilę przytomności? Czy mnie nie pozna, i nie przemówi do mnie ani jednego słowa?
— Kto wie! Ta choroba, mój bracie, jest niedocieczoną. Każdej sekundy mogą się zmienić jej objawy, w miarę, na jaką część mózgu uderza zapalenie. Dziś jest wycieńczona, bezduszna, a jutro może wpaść w konwulsje, w straszny szał.
— I przemówiłaby wtedy?
— Bez najmniejszej wątpliwości; ale to nie rozstrzygałoby jeszcze o życiu lub śmierci.
— I... odzyskałaby rozum?
— Kto wie, — odpowiedział lekarz, wpatrując się uporczywie w swojego przyjaciela. — Ale dla czego pytasz mię o to?
— Ach! mój drogi Hervé! potrzebuję jednego słowa, tylko jednego słowa z ust pani Gerdy.
— Dla swojej sprawy, nieprawda? Niestety w tym względzie nie mogę ci nic powiedzieć, nic przyrzec. W każdym jednak razie nie wydalaj się z domu. Chora może odzyskać przytomność, ale to będzie trwało tylko jedno mgnienie oka. Staraj się więc, skorzystać z dogodnej sposobności. Tymczasem, bądź zdrów. Mam jeszcze trzy wizyty do zrobienia.
Noel odprowadził swojego przyjaciela. U progu zapytał skwapliwie:
— Kiedy przyjdziesz?
— Dziś wieczór, o dziewiątej. Przez ten czas nic nie rób. Wszystko zależy od zakonnicy. Na szczęście znalazłem ci prawdziwą perłę. Znam ją oddawna.
— A więc to ty przyprowadziłeś tę mniszkę?
— Ja, bez twojego zezwolenia. Może się gniewasz?
— Bynajmniej. Tylko przyznam się...
— Jakto? czy może twoje polityczne zasady wzbraniają ci powierzyć chorą matkę opiece zakonnicy? Do kata!
— Ależ, mój kochany Hervé...
— Dobrze, domyślam się, co mi chcesz powiedzieć: Że te bogobojne siostrzyczki są niebezpieczne, że niejednokrotnie spełniają delikatne misje. Prawda, i ja sam, mając bogatego wuja, po którym spodziewałbym się spadku, nie wpuściłbym doń żadnej z tych niewiniątek. Ale ty, czego możesz się obawiać? Siostry miłosierdzia umieją najlepiej pielęgnować chorych, i daj Boże, ażebyś i ty miał jedną z nich przy swojem łożu śmiertelnem. A teraz bądź zdrów, bo muszę się spieszyć.
I lekarz zapomniawszy o swojej powadze, zbiegł szybko po schodach; Noel zaś wrócił do apartamentu pani Gerdy z zachmurzonem czołem.
Na progu sypialni mniszka oczekiwała powrotu adwokata.
— Panie, — rzekła, — panie!
— Czego sobie życzysz, moja siostro?
— Służąca mówiła, ażebym do pana udała się po pieniądze; ona już nie ma ani grosza; nawet ostatnie lekarstwa musiała wziąć na kredyt w aptece.
— Daruj mi siostro, — przerwał Noel tonem widocznie zmieszanym; — daruj siostro, że nie wyprzedziłem twojego żądania; od rana tracę głowę...
Rzekłszy to, wyjął z pugilaresu stufrankowy bilet, i położył na kominku.
— Dzięki panie, — szepnęła siostra, — będę zapisywała wszystkie wydatki. My zawsze tak robimy, — dodała, — to wygodniej dla rodziny. Zwykle jesteśmy bardzo zmartwieni widząc, że ci, których kochamy, mogą nas porzucić! To też i pan może nawet nie pomyślał o pomocy religijnej dla tej biednej damy. Na pańskiem miejscu, posłałabym bezzwłocznie po księdza.
— Teraz, moja siostro? Alboż nie widzisz, w jakim stanie ona się znajduje? Prawie umarła... Przecież widziałaś, siostro, że nawet nie usłyszała mojego głosu.
— Ale bądź co bądź, — podchwyciła mniszka, — powinieneś pan spełnić swój obowiązek. Prawda, że panu nie odpowiedziała, ale czy jesteś pan pewny, że nie odpowie księdzu? Jak widzę, pan nie znasz potęgi ostatnich Sakramentów. Widziano konających, którzy odzyskiwali całą przytomność, aby dopełnić aktu świętej Spowiedzi i przyjąć ciało naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Słyszałam nie raz, jak członkowie rodziny mówili, że nie chcą przestraszać chorej osoby i że sam widok kapłana, może przyspieszyć chwilę skonu. Smutny to błąd! Ksiądz nie przestrasza, owszem, uspokaja duszę, przygotowując ją na daleką wędrówkę. On przemawia w imię Boga miłosierdzia, który zstąpił na ziemię, ażeby zbawić, a nie zgubić. Mogłabym panu przytoczyć nie jeden wypadek, w którym umierający odzyskał zdrowie przez dotknięcie się świętego Oleju.
Dobra siostra mówiła głosem przygasłym, jak jej wzrok. Ale serce nie odbijało się w słowach, które wygłaszała. Był to rodzaj na pamięć wyuczonej lekcji.
Noel nie słuchał — jego duch był daleko.
— Pańska droga matka, — ciągnęła dalej, — ta poczciwa dama, którą pan tak kochasz, musi być wierną swojej religji. Czy chcesz pan narazić jej duszę? Ach! gdyby mogła przemówić wśród tych mąk okropnych!...
Adwokat przygotował odpowiedź, ale w tym momencie weszła służąca z zawiadomieniem, że jakiś pan, który nie chce wymienić swojego nazwiska, przyszedł w ważnym interesie.
— Idę, — odpowiedział żywo.
— Co pan postanowił? — napierała zakonnica.
— Zostawiam ci zupełną wolność, kochana siostro; rób co uważasz za stosowne.
Poczciwa siostra zaczęła dziękować, ale napróżno. — Noel był już za drzwiami i niemal w tej samej chwili usłyszała jego głos w przedpokoju. Mówił:
— Ach! pan Clergeot, byłem już pewny, że pana więcej nie zobaczę...
Gość, który czekał na adwokata, jest osobistością, znaną dobrze na ulicy św. Łazarza, na rogu ulicy Provance i wzdłuż bulwarów, od drogi des Martyrs aż do dawnej barjery Clichy.
Pan Clergeot nie jest lichwiarzem. Ale że ma dużo pieniędzy i należy do ludzi grzecznych, więc pożycza swoim przyjaciołom, a w nagrodę za usługę, raczy przyjmować procenta, które czasem dochodzą do pięciuset od sta.
Rzadki człowiek! Jego zacność jest powszechnie znaną i cenioną. Jeszcze żadnego dłużnika nie wsadził do kozy; woli ścigać go bez wytchnienia, chociażby przez lat dziesięć i wydrzeć mu dług do grosza.
Zapewne mieszka w górze, przy ulicy de la Victoire. Chociaż nie ma sklepu, sprzedaje wszystko, co jest możebnem do sprzedania, a czasem zbywa i takie rzeczy, które prawo nie uważa za towar. Zawsze, aby zrobić usługę bliźniemu. Niekiedy utrzymuje, że nie jest bogatym. Być może. Jest figurą dziwną, więcej chciwą i szalenie dumną. Łatwy do ułożenia się z człowiekiem, który mu się podoba, nie pożyczyłby ani złamanego szeląga temu, kto na nim nie miłe zrobił wrażenie.
Jego ulubiona klientela składała się z dam, należących do pół-świata, artystek, artystów i tych śmiałków, którzy rzucają się w objęcia niewdzięcznych zawodów, jak medycyna lub adwokatura.
Kobietom pożycza à conto ich piękności teraźniejszej, mężczyznom à conto talentów przyszłości. Krucha rękojmia! Jego węch rzadko go zawodzi. Piękna dziewczyna, której Clergeot umeblował mieszkanie, zajdzie daleko. Artysta zadłużony u Clergeota, może być pewny, że nie jeden fejleton podniesie gorąco jego zdolności.
Pani Julja zapoznała swojego kochanka z tą zacną osobistością.
Noel wiedząc, do jakiego stopnia pan Clergeot jest wymagającym pod względem towarzyskiej grzeczności, podał mu krzesło i zapytał o zdrowie. Clergeot wyczerpał prędko wszystkie szczegóły. Zęby jeszcze zdrowe — ale wzrok słabnieje. Nogi wypowiadają służbę, a słuch tępi się z każdą godziną. Wyczerpawszy cały rozdział ludzkich dolegliwości, rzekł temi słowy:
— Pan wie, po co przyszedłem. Pańskie weksle upływają z dniem dzisiejszym, a djabelnie potrzebuję pieniędzy. Jeden na dziesięć, drugi na siedm, a trzeci na pięć tysięcy franków, razem dwadzieścia dwa tysiące.
— Pan Clergeot, — odpowiedział Noel, — lubi żartować...
— Bynajmniej! — odparł lichwiarz. — Wcale nie żartuję.
— Zdaje mi się, że przeciwnie. Przed ośmiu dniami pisałem panu, że nie będę mógł dotrzymać terminu, bo potrzebuję pieniędzy.
— Otrzymałem ten list.
— No, i cóż?
— Nie odpowiadając przypuszczałem, żeś pan zrozumiał, iż nie mogę uczynić zadość pańskiemu żądaniu. Zresztą byłem pewny, że pan znajdziesz tę bagatelę...
Noel machnął ręką z widocznem niezadowoleniem.
— A jednak nie mogłem. Teraz rób pan co ci się podoba nie mam złamanego szeląga.
— Do kata!... Czy pan zapomniałeś, że już cztery razy przedłużałem termin na wekslach?
— Zdaje mi się, że odsetki były w czas i hojnie zapłacone...
Clergeot nie lubił mówić o odsetkach, które pobierał. Sądził, że to mu ubliża. To też suchym tonem odpowiedział:
— Wcale się nie uskarżam. Chciałem tylko zwrócić pańską uwagę na drobną okoliczność, że już za długo wodzisz mię za nos. Gdybym był pański podpis puścił w obieg, do tej chwili byłoby już wszystko zapłacone.
— Bynajmniej!
— Być może! W każdym jednak razie byłbyś się pan starał uniknąć procesu. Ale pan powiedziałeś sobie: Clergeot jest dobrym człowiekiem. Prawda. Lecz bądź co bądź, jestem nim tylko pod pewnemi warunkami. A teraz oświadczam panu, że dziś potrzebuję koniecznie pieniędzy. Ko-nie-cznie, — dodał, — kładąc szczególny nacisk na ten złowrogi wyraz.
Straszny ton lichwiarza żywo zaniepokoił adwokata.
— Czy mam panu powtórzyć? — rzekł, — że nie mam ani grosza, a-ni gro-sza.
— Doprawdy! — podchwycił lichwiarz, — to dosyć smutno. Jak widzę, będę musiał moje papiery oddać woźnemu.
— A to na co? Pomówmy otwarcie. Czy sądzisz, panie Clergeot, że za pośrednictwem woźnych zwiększysz swoje dochody? Czy koszta sądowe, które będę musiał ponieść, wejdą do pańskiej kieszeni? A jeśli otrzymasz wyrok na mnie, co się stanie? W domu nic mi nie zabierzesz, bo wszystko jest zapisane na nazwisko pani Gerdy.
— Wiem o tem. A zresztą nawet zupełna wyprzedaż tych gratów nie pokryłaby moich pretensji.
— A więc chyba zamierzasz wsadzić mię do Clichy. Ostrzegam cię, że byłaby to bardzo zła spekulacja. Utraciłbym stanowisko, a nie mając więcej zatrudnienia, nie mógłbym potem zapłacić.
— Piękna mowa! — zawołał szlachetny lichwiarz, — i pan to nazywasz otwartością! Gdybym był o połowę tak zły, jak pan sądzisz, miałbym...
— Skończmy! — przerwał Noel. — Powiedziałem, że nie mam pieniędzy, a od pani Gerdy nie mogę żądać...
Ironiczny uśmiech ukazał się na ustach Clergeota.
— Nie opłaciłoby się pukać do tych drzwi, — odpowiedział po chwili, — już nie od dziś worek mamy dobrodziejki jest próżny... a w razie, gdyby zacna dama umarła, mówiono mi, że jest niebezpiecznie chora, nie dałby nikt dziesięciu luidorów za cały po niej spadek.
Adwokat poczerwieniał z gniewu, jego oczy rzucały pioruny; mimo to nie wyrzekł słowa.
— Wszyscy o tem wiedzą, — ciągnął spokojnie Clergeot. — Przecież pan przyznasz, że na niepewne nikt dziś nie daje pieniędzy... Ostatnie akcje mamy dobrodziejki zostały sprzedane w październiku roku zeszłego. Ach! ulica Provence drogo kosztuje! Zrobiłem rachunek, mam go u siebie. Julja jest młodą kobieciną, prawda; jej podobnej nigdzie pan nie znajdziesz, przyznaję; ale z tem wszystkiem jest bardzo drogą. Nawet jest djabelnie drogą!
Noel wściekał się słysząc, w jaki sposób wysławia się ta zacna osobistość o jego Julji. Ale co odpowiedzieć? Zresztą, każdy człowiek ma swoje błędy, a Clergeot należy do tych, którzy nie lubią kobiet; może dla tego, że dzięki swojemu zatrudnieniu, nie miał sposobności poznać kobiet szlachetnych.
— Zanadto się pan awanturujesz, — ciągnął lichwiarz, nie zważając na niechęć swego klienta, — i nie pierwszy raz to mówię. Ale co począć? Straciłeś głowę przy tej kobiecie. Wobec niej byłeś zawsze słabym. Źleś robił. Jeśli ładna kobieta zapragnie czegoś, trzeba tak postępować, ażeby długo pragnęła. W ten sposób będzie miała umysł zajęty i nie pomyśli o innych głupstwach. Cztery zachcianki dobrze pokierowane, powinny trwać przez cały rok. Wiem, że ma ładne oczy, mogące wzbudzić kolki nawet w świętym z kamienia, ale do kroćset! trzeba także mieć rozum. Nie wiem, czy w całym Paryżu jest dziesięć kobiet, któreby żyły na takiej stopie. Czy pan sądzisz, że za to cię więcej kocha? Bynajmniej! Jak tylko zobaczy, żeś zrujnowany, osadzi cię na koszu!
Noel przyjmował wymowne słowa bankiera z taką samą rezygnacją, z jaką człowiek nie mający parasola, przyjmuje na głowę strugi deszczu ulewnego.
— Dokąd pan zmierzasz? — zapytał nareszcie.
— Tylko do wekslów, których nie chcę przedłużyć. Czy pan rozumiesz? Jeszcze raz powtarzam, że dziś muszę dostać dwadzieścia dwa tysiące franków. W przeciwnym razie każę pana uwięzić, ale nie tu, bo toby głupio wyglądało, tylko w mieszkaniu twojego aniołka, który pewnie nie będzie z tego zadowolonym. Nie marszcz pan brwi, na nic się to nie zdało, raczej poszukaj pieniędzy.
— Ale Julja jest u siebie, pan nie masz prawa...
— Doprawdy? Zobaczymy... Ale bądź co bądź, ja potrzebuję pieniędzy, więc muszę być zapłacony. Na nową zwłokę nie mogę przystać, bo przed trzema miesiącami zużytkowałeś ostatnie zasoby. Pan znajdujesz się w rozpaczliwem położeniu. Łóżko, na którem leży twoja konająca matka, spaliłbyś chętnie, byle ogrzać nogi swojej kochance. Gdzieś pan dostał owych dziesięć tysięcy franków, które jej wręczyłeś wczoraj wieczór? Kto wie, co jesteś gotów uczynić, byle mieć pieniądze. Chęć zatrzymania ją przy sobie dwa tygodnie, trzy dni, dzień, może pana daleko zaprowadzić. Otwórz pan oczy. Ja znam się doskonale na takich namiętnościach. Jeśli nie rozstaniesz się z Julją, jesteś zgubiony. Posłuchaj dobrej rady, którą daję gratis: nie prawdaż, że prędzej czy później będziesz ją musiał porzucić? Uczyń to jeszcze dziś.
Jak widać, zacny pan Clergeot umie swoim klientom mówić prawdę w oczy. Jeśli ich to gniewa, tem gorzej dla nich; jego sumienie jest zawsze spokojne. On należy do ludzi, którzy nie pochwalają szalonych wybryków.
Ale Noel nie mógł dłużej znosić; zły humor musiał wybuchnąć.
— Dosyć, dosyć! — zawołał tonem stanowczym. — Rób pan jak i co ci się podoba. Uwolnij mię od tych uwag, bo ja wolę głos woźnego. Być może, że byłem lekkomyślny, ale poprawię się i to tak, że się aż zdziwisz. Tak, panie Clergeot, jeśli zechcę, nie dwadzieścia dwa, ale sto tysięcy franków będę miał jutro zrana; potrzebuję tylko zażądać. Ale ja tego nie uczynię. Moje wydatki, lubo wbrew pańskiej woli, pozostaną nadal w tajemnicy. Nie chcę, ażeby mówiono, że jestem w krytycznem położeniu. Z miłości dla pana nie popsuję moich zamiarów i to w dniu, w którym jestem bliskim ich urzeczywistnienia.
— Nadyma się, — pomyślał lichwiarz, — nie całkiem jeszcze upadł...
— Teraz, — ciągnął adwokat, — możesz woźnemu oddać swoje łachmany. Niech mię ściga. Tylko mój portier będzie o tem wiedział. Do ośmiu dni zawezwą mię do trybunału handlowego, gdzie zażądam dwudziestu pięciu dni zwłoki, których sąd nie odmawia żadnemu dłużnikowi. Dwadzieścia pięć dni a ośm, robią na całym świecie trzydzieści trzy dni. Właśnie tego czasu potrzebuję. Zastanówmy się; albo pan przyjmiesz weksel na dwadzieścia cztery tysiące franków, płatny po sześciu tygodniach, albo udasz się do woźnego. Jestem na pańskie usługi.
— A po sześciu tygodniach będziesz w takiem samem jak dziś położeniu. A czterdzieści pięć dni z Julją kosztują...
— Panie Clergeot, — odparł Noel, — jeszcze przed upłynięciem tego terminu moja pozycja całkiem się zmieni. Lecz dosyć tego, — dodał, powstając szybko, — moje chwile są policzone...
— Tylko minutkę! — przerwał słodkim głosem bankier. — Powiedziałeś pan dwadzieścia cztery tysiące franków w czterdziestu pięciu dniach?
— Tak. Zdaje mi się, że to robi siedmdziesiąt pięć od sta. Wcale przyzwoity procent.
— Mniejsza o procent, — odparł Clergoet, — tylko...
Spojrzał ukosem na Noela, pocierając prawą ręką podbródek, co u niego świadczyło zawsze o ciężkiej pracy mózgowej.
— Tylko, — ciągnął, — chciałem się dowiedzieć, na co pan liczysz.
— Tego panu nie powiem. Niezadługo dowiesz się o tem jak wszyscy inni...
— Już wiem! — krzyknął Clergeot, — wiem!... Pan się żenisz. Do kata! znalazłeś bogatą pannę. Pańska mała Juleczka mówiła mi nieco dzisiaj zrana. Ach! pan się żenisz! Czy piękna? Mniejsza o to. Ma pełny worek, nie prawdaż? Pan masz rozum, więc nie wziąłbyś żony bez pieniędzy.
— Tego nie powiedziałem...
— Dobrze, dobrze, udawaj niedoświadczonego — my się zawsze domyślimy. Jednakże malutka przestroga: działaj ostrożnie, bo twoja mała kobietka zaczyna przeczuwać. Strzeż się również, aby przyszły teść nie dowiedział się o twojem położeniu majątkowem, bo z pewnością nie dałby ci córki... Żeń się i postępuj roztropnie. A teraz napisz pan weksel na dwadzieścia cztery tysiące franków. W poniedziałek przyniosę panu dawne weksle, a ten wezmę.
— Jakto? pan ich nie masz przy sobie?
— Nie mam. Muszę wyznać prawdę, że przeczuwając iż wyjdę z próżnemi rękoma, oddałem je z innemi papierami panu woźnemu. Ale z tem wszystkiem śpij pan spokojnie, masz moje słowo.
Pan Clergeot chciał już wyjść, ale przy drzwiach nagle się odwrócił.
— Zapomniałem dodać, — rzekł, — że powinieneś pan napisać weksel na dwadzieścia sześć tysięcy. Pańska kobiecina zażądała odemnie kilku szmat, które przyrzekłem odnieść jej jutro rano; w ten sposób będą już zapłacone.
Adwokat chciał protestować. Wprawdzie nie odmawiał zapłaty, ale w każdym razie sądził, że Julja nie może robić zakupna na własną rękę. Nie chciał dopuścić, ażeby tak dowolnie szafowano jego szkatułą.
— Żarty! — zauważył lichwiarz, wzruszając ramionami. — Czy chcesz pan poróżnić się z taką istotą dla nędznych dwóch tysięcy? Jeszcze nie tyle będzie kosztowała. Bądź pan pewny, że zje cały posag żony. A jeśli przed ślubem będziesz potrzebował pieniędzy, pomówimy u notarjusza... Chcę tylko zapewnienia. Tymczasem do widzenia. W poniedziałek, nie prawdaż?
Noel stał chwilkę słuchając, czy lichwiarz zbiegł po schodach.
— Łotr! — zawołał, — nędznik, złodziej, stary oszust! I on chciał mię ścigać sądownie! Piękną opinię miałby o mnie hrabia, gdyby się o tem dowiedział!... Nikczemny lichwiarz!... Lękam się chwili, w której będę zmuszony powtórzyć mu to wszystko.
A złorzecząc dalej swojemu bankierowi, adwokat spojrzał na zegarek.
— Już pół do szóstej, — szepnął.
Jego niestanowczość była wielka. Czy iść na obiad do ojca? Czy mógł opuścić panią Gerdy? Obiad w pałacu Commarin nęcił go jak syrena, ale z drugiej strony, czy godzi się odejść od łoża konającej?...
— Nie inaczej, — szepnął półgłosem, — muszę pozostać.
Usiadł przy biórku i na prędce skreślił do ojca list przepraszający. Pani Gerdy, mówił w nim, może w każdej chwili oddać Bogu ducha, obowiązkiem przeto jego zostać przy umierającej, aby usłyszeć jej ostatnie westchnienie...
W chwili, gdy służącej wręczył list, która miała go powierzyć komisjonerowi, nowa myśl strzeliła mu do głowy.
— Czy brat pani Gerdy wie, że siostra zachorowała niebezpiecznie? — zapytał głosem drżącym.
— Nie wiem, — odpowiedziała służąca, — nikt mię do niego nie posyłał.
— Jakto, niebaczna! w mojej nieobecności nie uznałaś za stosowne ostrzedz brata! Spiesz do niego, niech natychmiast przyjdzie.
Uspokoiwszy się nieco, Noel usiadł w pokoju chorej. Lampa płonęła w kącie na małym stoliku, a siostra zakonna krzątała się jak u siebie, porządkując porozrzucane rzeczy. Na jej twarzy malowało się zadowolenie, które nie uszło uwadze Noela.
— Czy jest jaki promyk nadziei, moja siostro? — zapytał.
— Być może, — odpowiedziała zakonnica. — Ksiądz proboszcz przyszedł sam, ale pańska droga matka nie poznała go; powróci... Jeszcze nie wszystko; po wyjściu księdza proboszcza, synapizma co raz lepiej skutkują, skóra wszędzie się nadyma; jestem pewną, że je czuje...
— Oby cię Bóg wysłuchał, moja siostro!
— Będę go jeszcze prosiła. Najważniejszem jest to, aby chora nie była ani na minutę sama. Porozumiałam się z służącą. Skoro lekarz przyjdzie, położę się spać, a ona będzie siedziała aż do północy. Potem ja ją zastąpię...
— Możesz dłużej odpocząć, moja droga siostro, — odpowiedział Noel głosem smutnym. — Teraz na mnie kolej; z największą przyjemnością spędzę całą noc bezsennie...