Gdzie winowajca/Tom II/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Albert zbudzony z ciężkiego snu surowym głosem komisarza, który rzekł: „W imię prawa aresztuję pana!“ nie mógł przez dłuższy czas odzyskać równowagi umysłu. Wszystko, cokolwiek zaszło po jego uwięzieniu, wydawało mu się niejasne, jak pośród gęstej mgły — podobne do tych scen, które przedstawiają w teatrze, po za poczwórną zasłoną z gazy.
Na zapytania odpowiadał machinalnie, nie słysząc brzmienia słów własnych. Następnie dwaj ajenci wzięli go pod ramię i sprowadzili po olbrzymich schodach pałacu. Sam nie mógłby był zejść, bo nogi drżały pod nim jak trzcina. Tylko jedna rzecz uderzyła jego umysł: głos służącego, zwiastujący atak apopleksji, który nawiedził hrabiego. Ale i o tem zapomniał.
Wrzucono go do dorożki, stojącej na dziedzińcu i posadzono na ławeczce w głębi. Dwaj ajenci usiedli na przodzie, podczas gdy trzeci zajął miejsce na koźle obok woźnicy. W drodze nie mógł sobie zdać sprawy z fatalnego położenia. Ciało przerzucało się z jednej strony na drugą, a głowa kołysała się, jak gdyby w szyi nie miał ani jednego muszkułu. Wtedy przyszła mu na myśl wdowa Lerouge. Było to na wiosnę; kwiaty rozlewały w koło woń niebiańską. Podeszła kobieta, ustrojona w biały czepiec, stała w bramie swojego ogrodu; mówiąc, miała wyraz błagalny. Hrabia słuchając. mierzył ją surowym wzrokiem, a potem wyjąwszy z sakiewki trochę złota, rzucił jej w fartuszek.
Wysadzono go z dorożki.
Ujrzawszy się w wilgotnej i ciemnej sali, w której miano uczynić zadość pierwszym formalnościom, zaczął z rozkoszą myśleć o Klarze. W pamięci stanęły mu pierwsze dnie miłości, kiedy swoją najdroższą widywał u panny de Goello. U starej panny był jeden cudowny salonik, wychodzący na ulicę, którego całe urządzenie należało do najciekawszych. Na wszystkich meblach, a nawet na kominku, stało w najrozmaitszych pozycjach kilkadziesiąt piesków wypchanych, które pannie Goello towarzyszyły za życia w podróży przez bezludny step celibatu. Ona lubiła mówić o tych wiernych towarzyszach, którzy nigdy nie zdradzają. Ileż to razy śmiał się z tych opowieści aż do łez z swoją Klarą.
W tej chwili zaczęto go przetrząsać.
Uczuwszy wzdłuż ciała cynicznie szukające ręce, przyszedł nieco do siebie, a gniew zbudził się w młodej piersi. Była to największa zniewaga!
Ale przykra operacja prędko się skończyła. Niezwłocznie potem ujrzał się na długim korytarzu, którego wszystkie okna były okratowane, usłyszał, że otworzono drzwi i uczuł, że wtrącono go do małej celi. W tyle usłyszał łoskot zaskakujących zamków i brzęk łańcuchów. Odtąd był więźniem, a wskutek wyższych poleceń więźniem dla nikogo niewidzialnym.
Wkrótce doznał błogiego wrażenia. Był sam. W uszach już nie brzmiały złowrogie głosy i nikt mu już nie zadawał natarczywych pytań. Milczenie, dające niejakie wyobrażenie o nicości, panowało do koła. Zdawało mu się, że na wieki oddzielono go od społeczeństwa i to go pocieszało. Ciało, tak samo zmęczone jak duch, nie mogło utrzymać się o własnych siłach. Właśnie spoglądał gdzieby usiąść, gdy na prawo, pod okratowanem oknem, ujrzał małe łóżko, które go ucieszyło jak tonącego deska ratunku. Rzuciwszy się na twarde posłanie, wyciągnął się z rozkoszą. Ale po ciele przebiegała zimna dreszcz. Rozwinął więc grubą kołdrę wełnianą, otulił się w nią starannie i wkrótce usnął jak kamień.
Na korytarzu, dwaj ajenci policyjni, jeden jeszcze młody a drugi szpakowaty, spoglądali od czasu do czasu przez małe okienko, znajdujące się w drzwiach więziennych. Śledzili każdy ruch nieszczęśliwego, patrząc i podsłuchując z całą gorliwością płatnych wyżłów.
— To jakiś słabeusz, — szepnął młody policjant, — nie ma silnych nerwów... Cóż pan na to, panie Balan?
— Kto wie, — odpowiedział stary ajent, — trzebaby się przekonać. Lecoq mówił mi, że to twarda sztuka.
— Patrz! nasz panicz kładzie się... Czy przypadkiem nie myśli spać?... Toby ślicznie wyglądało. Jeszczem nie widział podobnego zjawiska.
— Widać, mój przyjacielu, że miałeś do czynienia tylko z łotrami niższych stopni. Wszyscy wytrawni, a nie mało miałem ich pod moim kluczem, są w tym rodzaju...
— Słowo honoru, możnaby powiedzieć, że usnął... Ależ to pocieszne!
— Wiedz, mój kochany, — dodał poważnie stary ajent, — że nic nie ma naturalniejszego. Jestem przekonany, że od chwili, w której spełnił morderstwo, ten chłopiec nie mógł spocząć. Teraz zaś, widząc, że jego sprawka została odkrytą, zupełnie się uspokoił.
— A to żartowniś z tego pana Balan! Coś podobnego nazywać spokojem!
— Nie inaczej. Wierz mi, że największą karą jest bezustanna obawa; wszystko inne jest znośniejsze. Gdybyś miał dziesięć tysięcy franków renty, zaraz bym cię o tem przekonał. Rzekłbym: Jedź do Homburga i rzuć na ruletę całą swoją fortunę. Powiedziałbyś mi potem, coś wycierpiał przez czas, kiedy gałka w koło się obracała. Tego rodzaju cierpienia można tylko porównać z powolnem krajaniem mózgu, lub z laniem rozpalonego ołowiu w kość pacierzową. Męka ta jest tak straszną, że nawet wtedy, kiedy się już wszystko straci, człowiek czuje się zadowolonym, lżejszym — bo może odetchnąć... Pomimo woli wołamy: „Skończyło się!“ I chwała Bogu że się przynajmniej skończyło.
— Ślicznie, panie Balan, założyłbym się, żeś doznał tych wrażeń.
— Hej! hej! — westchnął stary policjant, — gdyby nie te wrażenia, nie stałbym teraz przy tobie i nie patrzylibyśmy obaj przez to okienko!... Ale nasz panicz usnął głęboko; nie trać go z oczu, a ja tymczasem wypalę cygaretkę na dziedzińcu.
Albert spał cztery godziny. Zbudziwszy się, uczuł się silniejszym. Od widzenia się z Noelem, nie był tak lekkim. Ale straszna była to dla niego chwila, kiedy powiódłszy okiem do kola, przypatrzył się zimno swojemu położeniu.
— Teraz, — szepnął, nie trzeba się dać zwyciężyć.
Pragnął kogo zobaczyć, rozmówić się, wytłumaczyć... Chciał nawet wołać.
— Na co się to zdało, — pomyślał, — niezadługo sami po mnie przyjdą.
Chciał popatrzyć która godzina, ale spostrzegł się dopiero teraz, że mu odebrano zegarek. Ta drobnostka srodze go zabolała. Więc obchodzono się z nim, jak z najnędzniejszym zbrodniarzem! Szukał w kieszeniach, wszystkie były próżne. Dopiero wtedy pomyślał o swojej toalecie. Stanąwszy przy posłaniu, pozapinał suknie, poprawił kołnierz od koszuli i związał rozpuszczoną krawatkę. Następnie umoczywszy w wodzie koniec chustki od nosa, przetarł oczy, by ochłodzić zbolałe powieki. Nakoniec starał się ułożyć jak najprzyzwoiciej swoje włosy i brodę. Ani się spodziewał, że dwie pary kocich oczu śledziły każde jego poruszenie.
— Wyśmienicie! — szepnął młody policjant, — nasz kogut podnosi głowę i gładzi pióra.
— Prawdę mówiłem, — zauważył pan Balan, — że się przyczaił... Do kata!... zdaje mi się, że mówił...
Obaj zamilkli, lecz nie schwycili ani jednego ruchu niewłaściwego, ani jednego słowa, które prawie zawsze wyrywają się ludziom słabym, dręczonym śmiertelną obawą. Tylko raz słowo „honor,“ wypowiedziane przez Alberta, doleciało aż do uszu obu szpiegów.
— Ci ludzie z wysoka, — mruknął pan Balan, mają z początku zawsze ten wyraz na ustach. Na niczem im nie zależy, tylko na opinji tuzina przyjaciół i stu tysięcy nieznajomych, którzy czytają Gazetę Trybunałów. O głowie myślą dopiero później...
Skoro żandarmi przyszli po Alberta, aby go odprowadzić do sędziego, zastali go siedzącego na łóżku, z łokciami opartemi o kolana, a głowę w obu dłoniach. Ujrzawszy ich, powstał i postąpił kilka kroków. Ale w gardle tak mu wyschło, że nie mógł przemówić. Zrobiwszy znak ręką, zbliżył się do małego stoliczka i duszkiem wychylił dwie szklanki wody.
— Jestem gotów! — rzekł potem.
Krokiem pewnym szedł do gabinetu pana Daburon.
Sędzia cierpiał tymczasem niesłychane katusze. Przyspieszonym krokiem biegał po pokoju, oczekując obżałowanego. Po raz setny wyrzucał sobie, że dobrowolnie wmięszał się w tę sprawę.
— Niech djabli porwą, — myślał w duszy, ten przeklęty honor, który mię skłonił do tego kroku! Na co mi się teraz przydadzą wszystkie sofizmaty. Nic na świecie nie zmieni mojego stanowiska wobec tego młodzieńca. Nienawidzę go... Jestem jego sędzią, a jednak nie podlega wątpliwości, że chciałem go zamordować. Stałem przed nim o dwa kroki — czemu nie strzeliłem? Alboż ja wiem?... Jaka siła wstrzymała mój palec, kiedy było potrzeba słabego tylko pociśnięcia, aby śmiertelny strzał pozbawił go życia? Sam nie wiem... Czemu on nie jest moim sędzią, a ja obżałowanym? Gdyby chęć podlegała karze, jak uczynek, sprawiedliwość powinnaby mi uciąć głowę. I w takich warunkach ja mam prowadzić śledztwo!...
Przechodząc koło drzwi, usłyszał na korytarzu ciężkie kroki żandarmów.
— Otóż i on, — rzekł głośno.
I szybko zdążył do fotelu, zatapiając wzrok w stosy papierów, jak gdyby chciał się ukryć.
Gdyby długi pisarz miał był oczy, byłby ujrzał że sędzia był więcej zmięszany, niż sam oskarżony. Ale on był ślepy, a w tej chwili myślał o piętnasto-centymowym wydatku, którego nie mógł stwierdzić w domowych swoich rachunkach.
Albert wszedł do gabinetu sędziego z podniesionem czołem. W rysach odbijały się ślady wielkiego znużenia i bezsennie strawionych nocy; twarz była blada, ale oczy rzucały jasne promienie.
Przedwstępne zapytania pozwoliły panu Daburon przyjść do siebie...
Na szczęście jeszcze zrana przygotował sobie cały plan, więc teraz potrzebował tylko wiernie iść za nim.
— Zapewne panu wiadomo, — zaczął nadzwyczaj grzecznie, ― że do nazwiska, które pan nosisz, nie masz najmniejszego prawa.
— Wiem, panie sędzio, — odpowiedział Albert, — że jestem synem naturalnym hrabiego de Commarin. Wiem również, że mój ojciec nie mógłby się do mnie przyznać, chociażby nawet chciał tego, albowiem urodziłem się za jego małżeństwa...
— Jakie było pańskie wrażenie dowiedziawszy się o tem wszystkiem?
— Skłamałbym, panie, jeślibym powiedział, że nie zostałem najboleśniej dotknięty. Znajdując się na takiej jak ja wyżynie, nie można runąć bez wielkich cierpień. Wszelako nie myślałem nigdy zaprzeczać praw pana Noelowi Gerdy. Miałem, jak mam i teraz, stałe przedsięwzięcie zniknąć bez śladu... Oświadczyłem to panu de Commarin.
Pan Daburon spodziewał się podobnej odpowiedzi: wzmocniła ona jego podejrzenie. Alboż nie bronił się zręcznie? Teraz od sędziego zależało rozbić tę obronę, po za którą ukrył się obżałowany, jak za mur niezdobytej twierdzy.
— Przecież pan nie mogłeś zaprzeczać praw panu Gerdy. Wprawdzie za sobą miałeś ojca i matkę, ale przeciwnik mógł liczyć na świadectwo wdowej Lerouge.
— Nigdy o tem nie wątpiłem, panie sędzio.
— A jednak, — ciągnął pan Daburon, wlepiając w Alberta badawcze spojrzenie,
— sprawiedliwość przypuszcza, że aby zniszczyć jedyny dowód, pan zabiłeś wdowę Lerouge...
Ten straszny zarzut, z ogromnym wygłoszony naciskiem, nie zmienił w niczem zachowanie się Alberta. Siedział spokojnie jak dawniej, a na czole nie pojawił się ani jeden fałd gniewu lub obrazy.
— Wobec Boga, — odpowiedział, — i na wszystko, co może być najświętszem na ziemi, przysięgam ci panie sędzio, że jestem niewinnym! W tej chwili jestem więźniem, któremu nie wolno znosić się z światem zewnętrznym, który zatem znajduje się w zupełnej niemożliwości dostarczenia dowodów. Ale spodziewam się po pańskiej sumienności, że sąd udowodni moją niewinność...
— Jaki komedjant! — pomyślał sędzia, — czy podobna, aby zbrodnia dodawała tyle odwagi i siły!
Szybko zaczął przerzucać papiery, odczytując ustępy z poprzednich zeznań, które według jego przekonania, mogły zmięszać Alberta. Nagle przemówił:
— W chwili uwięzienia zawołałeś pan: „Jestem zgubiony!“ Coś pan pod tem rozumiał?
— Panie, — odpowiedział Albert, — przypominam sobie, że w rzeczy samej powiedziałem te słowa. Dowiedziawszy się, o jaką zbrodnię jestem poszlakowany, przyszedłem w tej chwili do siebie i w jednem mgnieniu oka pojąłem całą grozę mojego położenia. Zrozumiałem doniosłość oskarżenia, jego prawdopodobieństwo i trudności, z jakiemi będę miał walczyć, broniąc się przed sądem. W głębi duszy słyszałem głos: „Komuż zależało na śmierci Klaudji?“ Przeświadczenie o nieochybnem niebezpieczeństwie, wyrwało mi zatem powyższe słowa.
Tłumaczenie było świetne, możebne, a nawet bardzo prawdopodobne. Dobrze przepowiedział Tabaret, że sprawca zbrodni w Jonchère nie należy do kategorji zwykłych łotrów. Pan Daburon podziwiał przytomność umysłu Alberta i nie wyczerpane źródło jego przewrotnej wyobraźni.
— Bez wątpienia, — zagadnął sędzia, — śmierć wdowej Lerouge mogła tylko panu obiecywać wielkie korzyści. Tem śmielej możemy to twierdzić, ile że jesteśmy pewni, iż kradzież nie była powodem zabójstwa. To, co wrzucono do Sekwany, władza już znalazła. Wiemy również, że popalono wszystkie papiery. Czy kompromitowały jaką inną osobę prócz pana? Jeśli wiesz, zechciej nas objaśnić.
— Cóż mogę na to odpowiedzieć? Nic.
— Czy często odwiedzałeś pan tę kobietę?
— Byłem u niej trzy czy cztery razy, zawsze z ojcem.
— Jeden z woźniców pałacowych utrzymuje, że jeździł tam z panem przynajmniej dziesięć razy.
— Człowiek ten myli się. Zresztą, mniejsza o liczbę wizyt.
— Znasz pan miejscowość? Czy dobrze ją sobie przypominasz?
— Doskonale, panie sędzio; nieboszczka miała dwa pokoje; w drugim sypiała.
— A więc pan nie byłeś jej obcym, rozumiem... Gdybyś pan był kiedy zapukał w nocy do drzwi jej mieszkania, czy byłaby zaraz otworzyła?
— Z pewnością, panie sędzio. Moja wizyta mogła jej być tylko przyjemną.
— Pan byłeś chorym w owym dniu?
— Przynajmniej bardzo cierpiącym. Moje ciało padało pod ciężarem strasznego doświadczenia. Ale z ten wszystkiem miałem dosyć odwagi.
— Dla czego zabroniłeś swojemu pokojowcowi, aby nie szedł po lekarza?
— Panie sędzio, albo doktor mógł mię wyleczyć z mojej choroby? Czyż cała jego umiejętność mogłaby mię zrobić legalnym synem hrabiego de Commarin?
— Słyszano, żeś pan mówił od rzeczy. W domu nie chciałeś się niczem zająć. Zniszczyłeś papiery, korespondencje...
— Zamierzałem opuścić pałac mojego ojca; to postanowienie powinno wszystko wytłumaczyć.
Na zapytania sędziego, Albert odpowiadał żywo, bez zmięszania, tonem stanowczym. Głos wcale nie drżał; nie było w nim najmniejszego wzruszenia.
Pan Daburon uważał za stosowne przerwać śledztwo. Wobec tak silnego przeciwnika, wypadało obrać inną drogę. Poruszanie szczegółów było wielką niedorzecznością, bo to ani trwożyło, ani mięszało obżałowanego.
— Panie! — zawołał nagle sędzia, — zechciej mi dokładnie opowiedzieć, a proszę cię o to usilnie, jak spędziłeś wieczór minionego wtorku od godziny szóstej do północy.
Po raz pierwszy Albert wydawał się zmięszanym. Jego spojrzenie, które aż do tej chwili spoczywało na twarzy sędziego, padło na kolana...
— We wtorek wieczór... — wyjąknął, powtarzając kilka razy te słowa, jak gdyby chciał zyskać na czasie.
— Mam go! — pomyślał pan Daburon, który dopiero teraz uczuł prawdziwe zadowolenie. A głośno dodał: — Tak, od godziny szóstej do północy?
— Przyznam się sędziemu, — odpowiedział Albert, — że trudno mi zaspokoić jego ciekawość... pamięć mię zawodzi...
— Ach! nie mów pan tego, — przerwał sędzia. — Gdybym pana zapytał, coś robił przed trzema miesiącami o tej lub owej godzinie, pojmowałbym pańskie wahanie. Ale ja się pytam o wtorek, a dziś mamy dopiero piątek. Zresztą, ten dzień był ostatnim karnawału, był to tłusty wtorek. Ta okoliczność powinna przyjść w pomoc pańskiej pamięci.
— Tego wieczoru nie byłem w domu, — szepnął Albert.
— Dobrze, — ciągnął sędzia, — ale zechciej się pan jaśniej tłumaczyć. Gdzieś pan jadł obiad?
— W domu, jak zwyczajnie.
— Przepraszam, nie jak zwyczajnie. Przy końcu objadu wychyliłeś butelkę starego Bordeaux. Zapewne potrzebowałeś pan rozdrażnienia dla dalszych zamiarów...
— Nie miałem żadnych zamiarów, — odparł obżałowany z widoczną niestanowczością.
— Pan się mylisz. Dwaj młodzi ludzie przyszli pana odwiedzić i zabrać z sobą; powiedziałeś im, że masz ważną schadzkę.
— Chciałem tylko pozbyć się grzecznie ich natrętnej obecności...
— Czemu?
— Czy pan tego nie rozumiesz? Byłem zdecydowany, ale nie pocieszony. Przyzwyczajałem się sam do przyjęcia okropnego ciosu. Alboż w wielkich przejściach życia nie szukamy samotności?
— Sąd przypuszcza, że chciałeś zostać sam, aby potem udać się do Jonchère. Tego samego dnia powiedziałeś pan do siebie: „Ona się nie oprze.“ O kim pan mówiłeś?
— O osobie, do której pisałem wieczorem dnia poprzedniego, a która mi odpowiedziała dopiero we wtorek. Musiałem to powiedzieć wówczas, kiedy mi wręczono list od niej...
— A więc ten list był od kobiety?
— Tak.
— Cóż pan z nim zrobiłeś?
— Zaraz go spaliłem.
— Ta ostrożność daje do myślenia, żeś go pan uważał za kompromitujący.
— Bynajmniej, panie sędzio; była w nim mowa tylko o stosunkach sercowych.
Ten list musiał być zapewne od panny d’Arlange. Pan Daburon był tego pewny. Lecz czy powinien był pytać dalej i narazić się na wygłoszenie nazwiska Klary, tak strasznego dla niego?
Ośmielił się, ale zarazem tak się pochylił nad biurkiem, że obżałowany nie mógł widzieć jego twarzy.
— Od kogo pochodził ten list? — zapytał.—
Od pewnej osoby, której nazwiska nie wymienię.
— Panie! — rzekł surowo sędzia, podnosząc głowę, — nie ukrywam, że pańskie położenie jest fatalne. Nie obciążaj go pan bardziej karygodnemi wykrętami. Tu, przed sądem, powinieneś pan wszystko powiedzieć!
— O moich sprawach będę chętnie mówił, ale o cudzych nigdy!
Albert wypowiedział te słowa sucho i dobitnie. Był odurzony nadzwyczajną szybkością tego drażliwego śledztwa, które nie pozwalało mu nawet odetchnąć. Zapytania sędziego padały szybciej na jego głowę, niż uderzenia młota na rozpalone żelazo.
Ten pierwszy objaw oporu, zaniepokoił pana Daburon. Przytem dziwił się, dla czego przepowiednie Tabareta nie sprawdzają się i w drugiej części. Jasnowidz utrzymywał, że obżałowany przedłoży najzupełniejsze alibi, a tymczasem tego alibi jeszcze nie było. Dla czego? Co myśli ten zręczny winowajca? Jaką broń ukrywa pod płaszczem? Zapewne ma w pogotowiu jakąś broń nieprzewidzianą i może niezwalczoną.
— Powoli, — myślał sędzia, — jeszczem go nie wyłapał.
I żywo zaczął:
— Idźmy dalej. Coś pan robił po objedzie?
— Wyszedłem.
— Nie zaraz. Wypiwszy wino, wypaliłeś cygaro w sali jadalnej, co wszystkich uderzyło. Jakie cygara palisz pan najczęściej?
— Trabukosy.
— I zapewne używasz cygarniczki, aby uniknąć nieprzyjemnego smaku?
— Tak, panie, odpowiedział Albert, — nadzwyczaj zdziwiony tym szeregiem zapytań.
— O której godzinie wyszedłeś pan z domu?
— Około ósmej.
— Miałeś pan parasol?
— Miałem.
— Gdzieś pan poszedł?
— Na przechadzkę.
— Sam, bez celu, cały wieczór?
— Tak, panie sędzio.
— A więc powiedz mi pan dokładnie, którędy chodziłeś?
— Przepraszam, panie sędzio, ale to bardzo trudno. Wyszedłem, aby wyjść, aby w ruchu zapomnieć o boleści, która mię od trzech dni przygniatała. Nie wiem, czy pan rozumiesz moje ówczesne położenie: nie miałem głowy na karku. Szedłem na chybi-trafi, wzdłuż bulwarów, błądziłem po ulicach.
— Wszystko to wydaje mi się nieprawdopodobnem, — przerwał sędzia.
Pan Daburon powinien był jednakowoż wiedzieć, że to było dość możebne. Czy on sam nie spędził raz całej nocy na błądzeniu po ulicach Paryża? Co byłby odpowiedział temu, kto nazajutrz zrana ośmieliłby się go był zapytać o przyczynę tej tajemniczej przechadzki? Nie wiem... Ale on o tem zapomniał. Rozpocząwszy śledztwo, stał się sędzią. Zacięta walka z obżałowanym drażniąc nerwy, obudziła w nim namiętność strasznego rzemiosła...
Był podobny do mistrza szermierki, który ćwicząc się z najlepszym przyjacielem, upaja się powoli pobrzękiem morderczej broni, a potem rozogniony, rzuca się i zabija przeciwnika.
— A zatem, — ciągnął pan Daburon, — nie zdybałeś pan nikogo, ktoby dziś mógł tu zeznać, że widział cię ówczesnej nocy? Z nikiem nie mówiłeś? Nie wstąpiłeś pan nigdzie, ani do kawiarni, ani do teatru, ani nawet do sklepu z tytoniem, aby się zaopatrzyć w ulubione trabukosy?
— Nigdzie nie wstąpiłem.
— To bardzo źle, panie, bardzo źle, bo muszę panu oznajmić, że właśnie tego wieczoru, we wtorek, między godziną ósmą a północą, wdowa Lerouge została zamordowaną. Sąd stwierdził czas i wszystkie inne okoliczności. Jeszcze raz wzywam pana, abyś dla własnego dobra wszystko rozważył i zaapelował do swojej pamięci.
Przytoczenie dnia i godziny zbrodni, zdawało się mieszać Alberta. Rozpaczliwie podniósł rękę do czoła. Mimo to odpowiedział spokojnie:
— Chociaż jestem bardzo nieszczęśliwy, panie sędzio, wszelako nie mam nic więcej do powiedzenia.
Zdziwienie pana Daburon było głębokie. Jak to! gdzie owe oczekiwane alibi? Nic! Przecież to nie mogło nazywać się łapką ani systemem obrony. Gdzież się więc podział ten człowiek silny, przezorny? Widocznie schwytano go z nienacka. Nie przypuszczał, ażeby sąd mógł dotrzeć aż do niego.
Sędzia podniósł powoli wszystkie przedmioty przekonywujące, znalezione u Alberta i złożył je na wierzchu aktów.
— Przystąpimy teraz, — rzekł, — do stwierdzenia poszlak, świadczących przeciw panu. Czy rzeczy, które pan widzisz, były jego własnością?
— Tak, panie sędzio; wszystko to do mnie należało.
— Doskonale. Przypatrzmy się najpierw tej szpadzie. Kto ją złamał?
— Ja, panie, ćwicząc się z panem Cortivois, który może to poświadczyć.
— Przesłuchamy go. A co się stało z odłamanym końcem?
— Nie wiem. Co do tego, trzebaby się zapytać mojego pokojowca, Lubina.
— Jużem to uczynił. Lubin zeznał, że tego końca nie mógł nigdzie odszukać. Zwracam pańską uwagę, że ofiara padła pod uderzeniem zaostrzonego końca szpady. Udowadnia to kawałek materji, w który morderca obtarł broń swoją.
— Proszę pana sędziego, aby w tym względzie kazał zarządzić najskrzętniejsze poszukiwania. Nie podobna, aby nie znaleziono drugiej połowy szpady.
— Wydam stosowne rozkazy. A teraz spojrzyj pan na ten papier. Na nim znajduje się dokładny rysunek nogi zabójcy. Stawiam teraz je ten z pańskich bucików, i oto podeszew jest tej samej wielkości. Ten kawałek gipsu zgadza się najzupełniej z obcasami u pańskiego obuwia. W błocie koło domu, znaleźliśmy odcisk obcasów...
Albert śledził z uderzającą ciekawością wszystkie ruchy sędziego. Nie trudno było poznać, że walczył z wzrastającą obawą. Czy opanowała go ta trwoga, która odbiera kryminalistom resztki przytomności na widok przedmiotów zbrodni?
Na wszystkie uwagi sędziego odpowiadał głosem stłumionym:
— Prawda, święta prawda.
— W rzeczy samej, — ciągnął pan Daburou; — ale zechciej pan wysłuchać do końca. Winowajca miał parasol. Koniec parasola, wraz z ozdobą przy materji, odbiły się w glinie. Oto wierny rysunek. A teraz przypatrz się pan swojemu parasolowi. Czy dokładne podobieństwo?
— Takich parasolów, — zauważył Albert, jest tysiące.
— Być może pomińmy więc ten dowód. Widzisz pan ten koniuszek cygara, znaleziony w mieszkaniu zabitej? Powiedz mi teraz, jak się mogło nazywać cygaro i jak było palone?
— To trabukos, a palono go w cygarniczce.
— Podobnej do tych, — nacierał sędzia, pokazując rozmaite cygarniczki z bursztynu i morskiej piany, znalezione na kominku w bibliotece.
— Prawda! — szepnął Albert, — to istny fatalizm, straszne podobieństwo!
— Cierpliwości to jeszcze nie wszystko. Zabójca wdowej Lerouge miał rękawiczki. Ofiara dostawszy cios śmiertelny, uchwyciła się konwulsyjnie rąk swojego oprawcy, skutkiem czego za jej paznogciami pozostały kawałeczki zdartej skórki. Wydobyto te szczątki i oto są. Nie prawdaż, że są jasno-perłowego koloru? A teraz przypatrzmy się rękawiczkom, które pan miałeś we wtorek wieczór. Nie prawdaż, że są także perłowe, a przytem podrapane? Porównaj pan te kawałeczki ze swojemi rękawiczkami. Nie jest że ten sam kolor, ta sama skórka?
Albert nie mógł zaprzeczać, ani się wykręcać. Tożsamość biła w oczy. Fakt stał jasny jak słońce. Pan Daburon, jakkolwiek zdawał się być zajęty przedmiotami, rozłożonemi na stole, nie tracił jednakże z oka twarzy obżałowanego. Albert skamieniał. Zimny pot wystąpił mu na czoło i w kroplach spływał po jagodach.
Jego ręce drżały jak liście. Zdławionym głosem powtarzał:
— To okropne! okropne!
— Nakoniec, — ciągnął nieubłagany sędzia, — oto pantalony, które miałeś na sobie ówczesnego wieczoru. Widocznie były zmoczonej a obok błota, są na nich także ślady gliny. Patrz pan, tu. Prócz tego są rozdarte na kolanie. Być może, żeś pan chodził na przechadzkę, nie wiedząc sam, kędy idziesz, ale niepodobieństwem przypuścić, abyś nie wiedział, gdzie rozdarłeś pantalony i kto ci podrapał rękawiczki.
Gdzież odwaga, mogąca wytrzymać podobny atak!...
Stałość i energia Alberta wyczerpały się do dna. Dostał zawrotu głowy. Całym ciężarem runął na najbliżej stojące krzesło wołając:
— Oszaleję!
— Czy przyznajesz, — napierał sędzia, którego wzrok był w tej chwili nieznośnie uporczywym, — że tylko pan jeden mogłeś zabić wdowę Lerouge?
— Przyznaję, — zaprotestował Albert, — że stałem się ofiarą strasznego fatalizmu, który pozbawia mię rozumu. Jestem niewinnym.
— A więc zechciej mi pan powiedzieć, gdzie spędziłeś wieczór we wtorek?
— Ach! mój panie, — zawołał obżałowany, — potrzebaby... Ale natychmiast przychodząc do siebie, dodał cicho: „Odpowiedziałem, jakem mógł.“
Pan Daburon powstał, przystępując do ostatniego ataku.
— A więc kolej na mnie, — rzekł z niejakiem szyderstwem, — przyjść w pomoc pańskiej słabej pamięci. We wtorek, o godzinie ósmej wieczór, po wypiciu wina dla dodania sobie odwagi, wyszedłeś pan ze swojego domu. O ósmej, minut trzydzieści pięć, wsiadłeś do wagonu na dworcu św. Łazarza; o dziewiątej wysiadłeś na stacji w Reuil i t. d.
I przywłaszczając sobie myśli starego Tabareta, sędzia śledczy powtórzył słowo w słowo tyradę, którą nasz znajomy zaimprowizował ubiegłej nocy.
Mówiąc zaś, podziwiał przenikliwość starego ajenta. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek w życiu wymowa jego robiła takie wrażenie. Albert był teraz podobny do człowieka, który staczając się w głąb przepaści, widzi, że wszystkie podpory pękają pod ciężarem jego ciała, i który w śmiertelnej drodze czuje wszystkie uderzenia o skaliste ściany bezdennej otchłani.
— A teraz, — kończył sędzia, — usłuchaj pan mojej roztropnej rady. Nie upieraj się przy systemie przeczenia, bo to do niczego nie prowadzi. Poddaj się... Sąd, bądź pan pewny, wie wszystko, co powinien wiedzieć... Wierz mi; staraj się zasłużyć na łagodność trybunału, wstępując na drogę szczerych zeznań.
Pan Daburon nie przypuszczał, aby jego obżałowany chciał jeszcze przeczyć. Spodziewał się, że mu się rzuci do nóg, błagając łaski. Lecz omylił się...
Jakkolwiek złamanie Alberta było wielkie, przecież znalazł w sobie tyle siły, że mógł jeszcze raz powstać i zaprotestować:
— Masz pan słuszność, — rzekł głosem smutnym, ale stanowczym, — wszystko sprzysięgło się, aby udowodnić, że jestem winnym. Na pańskiem miejscu mówiłbym tak samo. A jednak przysięgam, że jestem niewinny.
— Doprawdy? Na serjo! — zawołał sędzia.
— Jestem niewinny, — przerwał Albert — i powtarzam to, lubo wiem, że nie zmienię pańskiego przekonania. Tak, wszystko sprzysięgło się na moją zgubę, wszystko, nawet moje zachowanie się wobec pana. Prawda, brakło mi odwagi, słysząc o fatalnym zbiegu okoliczności. Jestem zgubionym, ponieważ nie jestem w możności udowodnić moją niewinność. Ale bądź co bądź jeszcze nie rozpaczam. Mój honor i życie są w ręku Boga. W tej nawet chwili, kiedy pan masz mię za zgubionego, jestem pewny, że otrzymam hojne zadosyćuczynienie. Oczekuję go z ufnością.
— Coś pan chciał przez to powiedzieć? — przerwał sędzia.
— Nic więcej jak to com powiedział.
— A więc pan ciągle przeczysz?
— Jestem niewinny.
— Ależ to szaleństwo!
— Jestem niewinny.
— Dobrze, — wtrącił pan Daburon, — na dziś dosyć. Zaraz będzie panu odczytany protokół, poczem wrócisz do więzienia. Powtarzam panu jeszcze raz: rozważ. Być może, że spokój nocy lepiej pana usposobi: jeślibyś zechciał mówić ze mną, powiedz tylko dozorcy przy drzwiach, a o każdej chwili jestem na twoje rozkazy. Wydam stosowne polecenia. Konstanty! czytaj.
Po odejściu Alberta w towarzystwie żandarmów, pan Daburon rzeki półgłosem:
— A to uparty łotr!
Bez wątpienia, nie potrzebował już wątpić. W jego oczach Albert był zabójcą, lubo sam się nie przyznał. Chociażby się upierał przy systemie zaprzeczeń, sędzia był pewny, że obżałowany ze względu na doniosłość poszlak, nie może być uwolniony, ale musi stanąć przed sądem przysięgłych. I byłby się założył nawet o własną głowę, że na wszystkie zapytania sąd przysięgłych odpowie potwierdzająco.
A mimo to, oddany sam sobie, pan Daburon nie czuł tego wewnętrznego zadowolenia, które budziło się w nim zawsze, ilekroć dobrze prowadzone śledztwo postawiło „zbrodniarza“ na tym punkcie, na jakim widział Alberta. Coś się w nim oburzało. Na dnie sumienia niepojęty niepokój drażnił go i kąsał. Zwyciężył, a jednak ten tryumf, zostawił po sobie tylko smutek, przesycenie, niechęć...
— Coś mię ostrzegało, — mówił do siebie, — że nie powinienem był podjąć się tej sprawy. Zostałem ukarany za niewysłuchanie głosu wewnętrznego. Trzeba się było cofnąć. Wice-hrabia de Commarin byłby i bez mojego współudziału uwięziony, zamknięty, wyłapany, sądzony i prawdopodobnie skazany. A wtedy, obcy sprawie, mogłem wrócić do Klary. Jej boleść musi być straszną! Będąc jej przyjacielem, mogłem wespół z nią płakać, zmieszać jej łzy z mojemi i uspokoić jej cierpienia. Z czasem byłaby się pocieszyła, a może nawet i zapomniała... Chcąc nie chcąc, musiałaby dla mnie czuć wdzięczność — i kto wie... Gdy tymczasem teraz, cokolwiek nastąpi, będę dla niej zawsze człowiekiem, budzącym odrazę. Nie zniesie mojego widoku. Na wieki zostanę dla niej zabójcą jej kochanka. Własnemi rękoma wykopałem między nią a sobą jedną z tych przepaści, których wieki nie wypełnią. Tracę ją po raz drugi skutkiem błędu, wielkiego błędu!...
Nieszczęśliwy sędzia robił sobie co raz przykrzejsze wyrzuty. Prawie rozpaczał. Nigdy jeszcze nie nienawidził do tego stopnia Alberta, tego nikczemnika, który splamiwszy się morderstwem, niweczył jego szczęście. A potem jak strasznie przeklinał Tabareta! Sam nie byłby się tak prędko zdecydował. Byłby czekał, rozważał i bez najmniejszej wątpliwości byłby usłuchał uwag, które teraz sobie robił. Tabaret natomiast, uniesiony głupią namiętnością, opanował go i pociągnął w przepaść.
Jak gdyby umyślnie pan Tabaret zjawił się w gabinecie sędziego. Dowiedziawszy się o skończeniu śledztwa, wszedł z rozwartemi nozdrzami i ciekawie migocącemi oczyma, nadęty błogą nadzieją, że wszystkie jego przepowiednie musiały sprawdzić się ad jotam.
— Cóż odpowiedział? — zapytał, zanim jeszcze zamknął drzwi za sobą.
— Widocznie winny, — odparł sędzia tonem niegrzecznym, który mu nie był właściwym. Tabaret osłupiał. On, który spodziewał się pochwał, doczekał się natomiast cierpkiego przyjęcia. To niesłychane!
— Chciałem, —rzekł skromnie, — dowiedzieć się od pana sędziego, ażali nie potrzeba jakich nowych poszukiwań dla obalenia alibi, które obżałowany przedłożył.
— On nie ma żadnego alibi, — odparł sucho pan Daburon.
— Jakto — zawołał nas poczciwiec, — on nie ma a... Jakiż ja głupi! Pan sędzia musiał go dobrze przyprzeć, więc wszystko wyznał...
— Nie! — zauważył niecierpliwie sędzia, — nic nie zeznał. Zgadza się, że dowody są pewne; nie może wykazać, gdzie spędził wieczór tłustego wtorku, ale z tem wszystkiem twierdzi, że jest niewinnym!
Na środku pokoju, nasz poczciwiec z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonemi oczyma, stał w tak pociesznej postawie, że pomimo gniewu, pan Daburon nie mógł wstrzymać się od śmiechu, a nawet Konstanty komicznie twarz wykrzywił, co u niego było oznaką wesołości.
— Nie ma alibi! — powtórzył Tabaret, — nic... to taki ptaszek? Tego nie można pojąć. Nie ma alibi! W takim razie musielibyśmy się omylić. Albert jest niewinny. To może nie on... Nie, to nie on!...
Sędzia śledczy sądził, że stary ajent dowiedział się o rezultacie przesłuchania Alberta u handlarza win, na rogu ulicy, albo że mózg wywrócił mu się w głowie do góry nogami.
— Niestety, — rzekł, — o omyłce nie może tu być mowy. Prawie już udowodnione, że Albert de Commarin jest mordercą. Zresztą, jeśli pan chcesz, możesz zażądać protokołu i podczas gdy ja będę układał papiery, odczytasz go od początku do końca.
— Doskonale! — odpowiedział Tabaret, i z gorączkową skwapliwością zbliżył się do stolika Konstantego.
Usiadłszy przy nim, wsparł się na obu łokciach i w jednem mgnieniu oka, pożarł cały protokół. Skończywszy, powstał blady z wykrzywioną twarzą.
— Panie. — przemówił do sędziego głosem stłumionym, — mimo woli stałem się sprawcą okropnego nieszczęścia. Ten człowiek jest niewinny.
— Doprawdy? doprawdy? — bąknął pan Daburon, układając dalej papiery; — jak widzę, kochany pan Tabaret stracił głowę.
— Nie inaczej, po tem co odczytałem, mogę panu powiedzieć: Wstrzymaj śledztwo, bo inaczej do licznych błędów, popełnionych przez sądy, dorzucimy błąd straszny, wołający o pomstę do nieba! Przypatrz się pan z zimną krwią całemu przebiegowi śledztwa. Nie ma odpowiedzi, któraby nie uniewinniała tego nieszczęśliwego, nie ma słowa, któreby nie świadczyło o prawdzie. I on jest zamknięty, on?!
— I zostanie, — przerwał sędzia. — I pan mówisz w ten sposób, pan, który zeszłej nocy, podczas gdy ja się wahałem, dodawałeś mi odwagi i zachęcałeś do stanowczości?
— Słuszne wymówki, ale niech mi wolno będzie zrobić jedną uwagę. Morderca, który tak zręcznie dokonał zamachu, że nawet sam Gevrol nie mógł się połapać, musiał sobie przygotować świetne alibi. Albert nie ma żadnego, a więc jest niewinnym.
Pan Daburon przypatrywał się z ciekawością staremu ajentowi. Skoro skończył rzekł:
— Poczciwy panie Tabaret, pan popełniasz tylko jeden błąd. Grzeszysz zbytkiem subtelności. Zanadto łatwowiernie przypisujesz drugiemu tę przebiegliwość, którą się sam wyszczególniasz. Nasz człowiek nie rozważył, bo nie przypuszczał, aby podejrzenie mogło paść aż na niego...
— Nie, panie sędzio, tysiąc razy nie! Mój winowajca, ten, którego jeszcze nie mamy, bałby się wszystkiego. A zresztą, czy Albert chce się bronić? Nie. Jest złamany, bo widzi straszny zbieg okoliczności, które zdają się go potępiać bez apelacji. Czy stara się uniewinnić? Nie. Odpowiada lakonicznie: „Jestem niewinny!“ Panie sędzio, mnie przejmuje obawa.
— A ja natomiast jestem całkiem spokojny. Mam dosyć dowodów.
— Niestety! panie sędzio, to jeszcze nie dowody! Takich dowodów znajdujesz nie mało przeciw każdemu, kogo uwięzisz. Przytaczano ich dosyć na niekorzyść wszystkich niewinnych, których dotychczas skazano. Piękne dowody!... Nie równie lepsze miałem w procesie Kaisera, tego biednego krawca, a przecież...
— Jeżeli nie on, który miał w tem swój interes, — przerwał sędzia z wzrastającą niecierpliwością, — odebrał życie wdowej Lerouge, to któż to uczynił?
— Może ojciec — hrabia de Commarin!
— Nie, mój ptaszek jest młody.
Pan Daburon ułożył już papiery i gotował się do wyjścia. Wziąwszy kapelusz, zwrócił się jeszcze raz do Tabareta.
— Do widzenia, panie Tabaret, — rzekł uprzejmie. — Jutro pomówimy obszerniej o tem wszystkiem, dziś umieram ze znużenia. Konstanty, — dodał, — powiedz dozorcy, aby mię natychmiast uwiadomił, jeśliby obżałowany chciał ze mną mówić.
Chciał wyjść, ale Tabaret zamknął mu drogę.
— Panie sędzio, — zawołał, — przez miłosierdzie Boże! wysłuchaj mię. On jest niewinny, przysięgam panu! Pomóż mi odszukać winowajcę. Pomyśl pan o wyrzutach sumienia, jeślibyśmy temu nieszczęśliwemu ucięli głowę...
Ale sędzia nie chciał słuchać; odsunąwszy Tabareta, wyszedł na korytarz.
Wtedy poczciwiec zwrócił się do Konstantego. Chciał go przekonać, udowodnić... Daremne zabiegi! Długi pisarz zbierał swoja rupiecie, myśląc o zupie, która wystygła.
Wyszedłszy za drzwi, nasz poczciwiec ujrzał się sam jeden w ciemnym i bezludnym korytarzu. Cały pałac był milczący; ajent sądził, że go wrzucono do olbrzymiego grobu. W największej rozpaczy zaczął całemi garściami wyrywać sobie z głowy siwe włosy.
— Nieszczęsny! — wołał, — Albert jest niewinny! A kto, jeśli nie ja, wtrącił go w tę przepaść? To ja, stary warjat, wlałem w umysł sędziego przekonanie, którego teraz nie mogę wykorzenić. On jest niewinny... O! jakże musi cierpieć! A gdyby sobie odebrał życie? Ileż to razy ludzie, których fałszywie oskarżono, zabijali się z rozpaczy w więzieniu? Biedna ludzkości! Ale ja go nie opuszczę. Zgubiłem go — muszę go ocalić! Potrzebuję winowajcę, znajdę go... Sowicie wynagrodzi mój błąd, rozbójnik!