Przejdź do zawartości

Gdzie winowajca/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Gdzie winowajca
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1870
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L'affaire Lerouge
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Był to rzeczywiście hr. Commarin, albo raczej jego cień... Głowa, którą dawniej nosił butnie do góry, zwiesiła się na piersi, wzniosła postać znacznie się zgarbiła, oczy nie miały zwykłego blasku, a ręce drżały. Nieporządek w ubiorze podnosił jeszcze bardziej zmianę, która zaszła w postaci hrabiego. W jednej nocy postarzał się przynajmniej o lat dwadzieścia.
Ten silny starzec był teraz podobny do jednego z tych olbrzymich drzew, które wypróchniawszy wewnątrz, stoją tylko siłą kory. Zdawały się niewzruszone, drwiły z czasu, a tymczasem jeden silniejszy powiew wiatru, rzucił je o ziemię. Ten człowiek, który jeszcze wczoraj chlubił się dumnie, że nic go nie zdoła nagiąć, był teraz złamany. „Nazwisko, było całą jego siłą; raz poniżony, uważał się za zgubionego. W nim potargało się wszystko na raz; wszystkie podpory opuściły go w jednej chwili. Jego spojrzenie bez ognia i życia, świadczyło o grobowem osłupieniu myśli. Był takim skończonym obrazem rozpaczy, że sędzia śledczy ujrzawszy go przed sobą, uczuł zimny dreszcz. Tabaret nie mniej się przestraszył, a pisarz był także wzruszony.
— Konstanty! Idź z panem Tabaretem po wiadomości do prefektury.
Pisarz wyszedł, a za nim nasz poczciwiec, który oddalił się z wielkim żalem.
Hrabia nie widział ich wchodząc i nie spostrzegł, kiedy wyszli.
Pan Daburon podał mu krzesło; usiadł.
— Czuję się tak słabym, — rzekł, że nie mógłbym ustać na nogach.
On się tłumaczył, on, przed małym urzędnikiem! Ale już minęły te czasy, kiedy szlachta uważała się wszechwładną panią sprawiedliwości. Każdy dziś szanuje prawo i nikt nie śmie mu urągać, chociażby jego przedstawicielem i obrońcą był najmizerniejszy sędzia śledczy.
— Może pan hrabia, — rzekł sędzia, — jest teraz zanadto cierpiący, by mi mógł dać kilka wyjaśnień, których potrzebuję.
— Czuje się lepiej, — odpowiedział pan de Commarin, — dziękuję panu... Czuję się o tyle dobrze, o ile to w mocy człowieka, który doznał strasznego ciosu. Dowiedziawszy się, jaką zbrodnię zarzucają mojemu synowi i że go uwięziono, byłem spiorunowany. Mniemałem że jestem mocny, a tymczasem runąłem w proch. Służba myślała, żem umarł. Dla czego śmierć nie przyszła! Lekarz mówi, że silna konstytucja mojego ciała, zachowała mię przy życiu lecz zdaje mi się, że Bóg chce, ażebym żył i wychylił aż do dna kielich poniżenia!
Przerwał; potok łez cisnął mu się do ócz i dławił go w gardle. Sędzia śledczy stał przy biurku nieruchomo jak posąg.
Po kilku sekundach wypoczynku, hrabia uczuł ulgę, bo mówił dalej temi słowy:
— Nieszczęsny starcze! Czy nie powinieneś się był tego spodziewać? Albo to prędzej lub później wszystko się nie odkryje? Ukarano mię w tem, czem zgrzeszyłem, w mojej dumie. Uważałem się za silniejszego, niż piorun i sprowadziłem burzę na mój dom. Albert mordercą! Wice-hrabia de Commarin przed trybunałem! Ach! panie, ukarz mię najsrożej, bo to ja sam przygotowałem tę zbrodnię. Ze mną ginie piętnaście wieków najczystszej sławy! Ja zhańbiłem moje wielkie i święte imię...
Przed godziną, pan Daburon uważał postępowanie hrabiego de Commarin za nikczemne, to też przyrzekł sobie, nie szczędzić mu hańby. Był pewny, że zobaczy dumnego magnata i dla tego przysięgał, że go powali swojem szyderstwem. Kto wie, czy plebeusz, traktowany niegdyś z góry przez margrabinę d’Arlange, nie zachował w sercu kilka ziarn niechęci dla arystokracji. Już naprzód przygotował sobie surową przemowę, która miała poniżyć starego szlachcica. Ale ujrzawszy się wobec tak wielkiej skruchy, musiał swoją niechęć przemienić w litość, radząc się w duszy, jak zmniejszyć jego boleść.
— Spisz pan, — ciągnął hrabia z ożywieniem, o które nie można go było posądzić przed dziesięciu minutami, — spisz pan moje zeznania, nie ujmując ani słowa. Nie potrzebuję więcej łaski. Bo i czego miałbym się obawiać? Alboż hańba nie jest już powszechną! Czy za kilka dni nie krzyknie świat cały, że ja, hrabia Rhóteau de Commarin, stanąłem przed trybunałem, aby ogłosić hańbę naszego domu! Ach! teraz wszystko stracone, nawet honor! Pisz pan — i niech cały świat wie, że ja pierwszy byłem winny!
Hrabia zatrzymał się jak dla uporządkowania swoich wspomnień. Potem zaczął głosem więcej stanowczym, który w miarę, jak mówił, stawał się co raz silniejszym.
— Dawno temu, panie sędzio, rodzice, pomimo moich próśb gorących, zmusili mię pojąć za żonę jedną z najszlachetniejszych i najczystszych dziewic. Zrobiłem ją najnieszczęśliwszą z kobiet. Nie mogłem ją kochać. Wówczas kochałem się szalenie w pewnej dziewczynie, z którą już od kilku lat zostawałem w serdecznych stosunkach. Widziałem w niej najszczytniejsze piękności duszy i ciała. Jej imię Walerja. Wszystko już we mnie obumarło, panie sędzio, a jednak to imię, skoro je wygłoszę, jeszcze mię wzrusza... Pomimo małżeństwa, nie miałem odwagi z nią zerwać. Muszę dodać, że ona żądała zerwania. Myśl stosunku z człowiekiem żonatym, obrażała jej dumę. Bez wątpienia kochała mię wtedy. Nasza znajomość trwała dalej. Kochanka i żona zostały matkami prawie w jednym czasie. Ta okoliczność zbudziła we mnie szaloną myśl, abym dla szczęścia syna miłości, poświęcił dziecko legalne. Mój projekt powierzyłem Walerji. Ku wielkiemu mojemu oburzeniu, odrzuciła go z pogardą. Ona nie chciała rozstać się z swojem dzieckiem. Zachowałem, jak na dowód mojego szaleństwa, kilka listów, które w tym czasie pisała; odczytałem je nawet tej nocy. Dla czegóż nie wysłuchałem ani jej uwag ani próśb? Bo straciłem głowę... Ona jakby przeczuwała nieszczęście, które mię dziś przygniata. Ale ja miałem nieograniczoną nad nią władzę. Przyjechawszy do Paryża oświadczyłem, że ją porzucę i wtedy ustąpiła. Jeden z moich sług i Klaudja Lerouge, mieli dokonać tej haniebnej zamiany. Tak więc syn mojej kochanki, nosi tytuł wice-hrabiego de Commarin i właśnie on został uwięziony przed godziną.
Pan Daburon nie spodziewał się tak dokładnych zeznań... W głębi duszy cieszył się, że sprawa przedstawiała się korzystnie dla młodego adwokata, który szlachetnością uczuć, pozyskał go sobie od pierwszego wejrzenia.
— A więc pan hrabia, — rzekł sędzia, — przyznaje, że pan Noel Gerdy jest synem z jego prawego małżeństwa i że tylko on jeden ma prawo nosić jego nazwisko?
— Nie przeczę, mój panie. Boże! dawniej cieszyłem się z pomyślnego wyniku moich projektów, jak z najświetniejszego zwycięztwa. Byłem tak upojony szczęściem, widząc przy sobie syna mojej drogiej Walerji, że zapomniałem o wszystkiem. Myśl, że on będzie nosił moje nazwisko i odziedziczy po mnie cały majątek, upajała mię do nie opisania. Drugiego nienawidziłem, nie mogłem nań spojrzeć. Nie przypominam sobie, czym go dwa razy uścisnął. Nie raz nawet, Walerja, które miała złote serce, robiła mi z tego powodu gorzkie wyrzuty. Hrabina de Commarin uwielbiała tego, którego uważała za swojego syna i bez przerwy chciała go mieć na swoich kolanach. Ile wycierpiałem, widząc jak ona całuje dziecię mojej kochanki, nie umiem opowiedzieć. O ile było w mojej mocy, oddalałem go od niej, a ona nie mogąc dociec, co się we mnie działo, sądziła, że z serca syna chcę wykorzenić miłość dla matki. Umarła, panie sędzio, z tą myślą, która zatruła ostatnie dni jej życia! Umarła ze zmartwienia, ale jak święta, bez szemrania, bez skargi, z przebaczeniem na ustach i w sercu!
Jakkolwiek pan Daburon nie miał wiele czasu do stracenia, jednakowoż nie chciał przerywać hrabiemu, uważając jego energię za wynik chwilowego rozgorączkowania, poczem łatwo mogło nastąpić zupełne ubezwładnienie. Milczał więc, nie pytając o szczegóły, dotyczące z bliska sprawy Alberta.
— Dla niej, — ciągnął hrabia, — nie znalazłem ani jednej łzy. Bo i czem była dla mnie? Zmartwieniem i wyrzutem... Ale sprawiedliwość boska, większa od ludzkiej, postanowiła zemścić się srodze. Pewnego dnia ostrzeżono mię, że Walerja zdradza mię od dawna. Z początku nie chciałem wierzyć; uważałem to za nie możebne, niedorzeczne. Byłbym raczej o sobie wątpił, niż o niej... Wziąłem ją z małej restauracji, gdzie za całodzienną pracę otrzymywała franka — a teraz zawdzięczała mi wszystko. Myśl, że ona mogłaby mię zdradzać, sprzeciwiała się mojemu rozumowi. Ale lubo że nie należałem do zazdrośnych, dowiadywałem się, kazałem ją strzedz, zrobiłem się prawie szpiegiem. Powiedziano prawdę. Nieszczęsna miała kochanka, a miała go od lat dziesięciu! Był to oficer od konnicy. Przychodził do niej, otaczając się zawsze wielką ostrożnością. Zazwyczaj wychodził o północy, ale czasem zostawał aż do rana... Wtedy wybiegał przed wschodem słońca. Należąc do pułku, stojącego załogą daleko od Paryża, otrzymał pozwolenie odwiedzać stolicę. Pewnego wieczoru moi szpiedzy ostrzegli mię, że jest u niej. Przybiegłem. Moja obecność wcale ją nie zmieszała. Przyjęła mię jak zwykle, rzucając mi się na szyję. Myślałem, że mię oszukano i już zamierzałem wszystko jej opowiedzieć, gdy w tem ujrzałem na fortepianie rękawiczki łosiowe, jakie noszą tylko wojskowi. Chcąc uniknąć skandalu, nie wiedząc zresztą, jak daleko mógłby mię zaprowadzić wybuch pierwszego gniewu, uciekłem nie wyrzekłszy ani słowa. Odtąd nie widziałem ją więcej. Pisała do mnie, ale nie otworzyłem listów. Chciała widzieć się ze mną, zastąpić mi drogę daremnie! Moja służba otrzymała surowe rozkazy, których święcie dopełniała.
Czy to rzeczywiście hrabia de Commarin, ten człowiek dumny, pełen pogardy dla niższych? I przed kim spowiada się z całego życia? Przed nieznajomym...
Łatwo to pojąć, jeśli się zważy, że stary szlachcic znajdował się w jednej z tych godzin rozpaczy, graniczących z szaleństwem, kiedy umysłowi brak wszelkiej refleksji, kiedy pomimo woli potrzebujemy wylania wezbranych uczuć. Czy mogło mu dziś cokolwiek zależeć na dalszem zachowywaniu tej, tak niegdyś starannie ukrywanej tajemnicy? Uwalniał się od niej jak ten biedak, który padając pod ciężkiem brzemieniem, rzuca ciężar na ziemię, nie dbając, co się z nim stanie, i czy przechodzień nie wyciągnie ku niemu łakomej ręki.
— A ja, ja tę kobietę kochałem całą moją duszą! Rozdzielając się z nią, byłem pewny, że serce wydarto mi z piersi. Gardziłem nią i równocześnie z tą samą, co dawniej namiętnością, pragnąłem wrócić do niej!... Nienawidziłem ją i kochałem. Wszędzie ścigał mię jej obraz. Po stracie tej kobiety, nigdy się już nie pocieszyłem. Ale to jeszcze nie wszystko. Na widok Alberta, budziły się we mnie straszne wątpliwości. Czy jestem jego ojcem? Wyobraź pan sobie, jakie były moje męczarnie, skorom pomyślał: „Kto wie, ażali dla szczęścia cudzego dziecka, nie poświęciłem własnego syna! Po gorącej miłości, jaką z początku czułem dla niego, nie zadługo obudził się wstręt. Ileż to razy walczyłem wtedy z szalonem postanowieniem, aby zabić tego bastarda. Później przezwyciężyłem się, ale kochać nie mogłem go więcej... Albert, panie sędzio, był najlepszym z synów; mimo to jednakże między nim a mną była przepaść obojętności, której on sobie nie mógł wytłumaczyć. Nie raz chciałem nawet udać się do trybunału, zeznać wszystko i zażądać przywrócenia mi prawego spadkobiercy — ale wzgląd na moje stanowisko, zawsze mię powstrzymywał. Bałem się jawnego skandalu. Lekałem się, aby na moje imię nie spadła hańba!...
Głos starego magnata zamarł po tych słowach. Z rozpaczą zakrył twarz rękoma. Dwie duże łzy, potoczyły się milcząco wzdłuż jego jagód i znikły bez śladu. Tymczasem otworzyły się drzwi, a w nich ukazała się głowa długiego pisarza.
Pan Daburon dał znak, aby usiadł na swojem miejscu, a zwracając się do hrabiego de Commarin:
— Hrabio, rzekł tkliwym głosem współczucia, — przed Bogiem i społeczeństwem popełniłeś wielki błąd, którego następstwa, jak widzisz, są fatalne. Obowiązkiem teraz, mości hrabio, naprawić ten błąd, o ile to w twojej mocy...
— Tego i ja pragnę, panie sędzio...
— Zapewne pan mię rozumiesz, — napierał pan Daburon.
— Najzupełniej, — odpowiedział starzec; — dobrze pana rozumiem...
— Niech pana to przynajmniej pocieszy, — dodał sędzia, — że pan Noel Gerdy jest pod każdym względem godnym stanowiska, które mu masz zwrócić. Kto wie, czy nie przekonasz się hrabio, iż charakter Noela jest właśnie dla tego tak silny, że był gdzie indziej wychowany. Nieszczęście jest najlepszym mistrzem. Ten młodzieniec ma wielkie talenta, a przytem należy do najzacniejszych z ludzi. Będziesz miał syna godnego swych przodków. Zresztą, żaden z członków twej rodziny nie ucierpi, bo pan Albert nie jest wice-hrabią de Commarin.
— Prawda! prawda, — potwierdził żywo hrabia. — Commarin, — dodał, byłby już do tej chwili umarł, a krew wszystko myje.
Te słowa starego szlachcica dały dużo do myślenia sędziemu śledczemu.
— Alboż pan hrabia, — zapytał, — jest przeświadczony o winie Alberta?
Hrabia de Commarin spojrzał na sędziego wzrokiem, w którym malowało się zdziwienie.
— W Paryżu, — odpowiedział, — jestem dopiero od wczoraj, nie wiem zatem co tu się stać mogło. Wiem tylko, że sądy nie postępują lekkomyślnie wobec ludzi, którzy zajmują takie jak Albert stanowisko. Jeśli kazaliście go uwięzić, zapewne musicie mieć nie czcze podejrzenia, ale niezbite dowody.
Pan Daburon zagryzł usta i nie mógł ukryć ruchu niezadowolenia. Minął się z rozsądkiem, bo zaczął się spieszyć. Sądził, że umysł hrabiego jest całkiem wywrócony, a tymczasem obudził w nim podejrzliwość. Podobnej niezręczności, nie naprawi cała zręczność świata. Przy końcu śledztwa, po którem sędzia wiele się spodziewa, może ona obalić wszystkie przypuszczenia. Świadek, mający się na baczności, nie jest już świadkiem, na którego można liczyć bojąc się skompromitować, oblicza doniosłość zapytań i droży się z odpowiedzią. Z drugiej znów strony, sprawiedliwość, tak samo jak policja, zwykła o wszystkiem wątpić, wszystko przypuszczać, wszystkich podejrzewać.
Aż do jakiego punktu mógł być hrabia obcym zbrodni w Jonchère? Widocznie, przed kilku dniami, jakkolwiek wątpił o pochodzeniu Alberta, byłby dołożył wszystkich starań, aby ocalić tego, kto od tylu lat nosił jego nazwisko. Przecież z własnych jego słów najlepiej się można było przekonać, że honor najwięcej go obchodził.
Alboż nie był jednym z tych ludzi, którzy mają dość siły i środków do stłumienia każdego kompromitującego świadectwa? Nareszcie, sędzia nie wiedział, o ile w tej sprawie był zaangażowany interes hrabiego de Commarin, a ta niepewność niepokoiła go do wysokiego stopnia. Ztąd jego zmieszanie.
— Panie, — zaczął głosem pewniejszym, — kiedy dowiedziałeś się o odkryciu swojej tajemnicy?
— Wczoraj wieczór; powiedział mi Albert. O tej smutnej historji mówił w taki sposób, że teraz nie mogę sam pojąć... Chyba że...
Hrabia zatrzymał się, jak gdyby rozum jego był uderzony nieprawdopodobieństwem własnego przypuszczenia.
— Chyba, że?... — pytał chciwie sędzia śledczy.
— Panie, — rzekł hrabia, unikając bezpośrednio odpowiedzi, — gdyby Albert nie był winnym, byłby bohaterem.
— Tak! — zawołał żywo sędzia, — więc pan masz powody wierzyć w jego niewinność?
Szyderstwo pana Daburona odbiło się tak dobrze w tonie jego słów, że hrabia de Commarin mógł i musiał je wziąć za bolesną obrazę. Wstrząsł się, do żywego dotknięty, a odwracając głowę, rzekł:
— Tak samo, jak przed chwilą nie byłem świadkiem obciążającym, tak teraz nie jestem uniewinniającym. Staram się oświecić sąd, bo tak mi nakazuje obowiązek i oto wszystko.
— Dobrze idzie, — pomyślał pan Daburon, — strasznie go zabolało... Czy wiecznie będę same błędy popełniał?
— Oto fakta, — ciągnął hrabia. — Wczoraj wieczór, opowiedziawszy mi o tych przeklętych listach, Albert żądał odemnie wyświecenia prawdy, bo jeszcze wątpił. Winienem tu dodać, że pani Gerdy nie miała w ręku całej mojej korespondencji. Wtedy wszczęła się między mną a synem nader żywa dyskusja. Oświadczył mi, iż postanowił ustąpić miejsca Noelowi. Ja natomiast utrzymywałem, że trzeba wytrwać i raczej upaść, aniżeli dać się nagiąć. Albert sprzeciwiał się temu z całą namiętnością. Wszystkie moje usiłowania, aby go sprowadzić z obranej drogi, okazały się bezskuteczne. Napróżno potrącałem o najtkliwsze struny jego serca. Odpowiedział stanowczo, że cofa się nawet w brew mojej woli i dodał, że jeśli tylko zapewnię mu skromne utrzymanie, będzie się uważał za całkiem zaspokojonego. Użyłem jeszcze jednego środka, mówiąc, że nierozważny krok z jego strony, może łatwo uniemożliwić małżeństwo, do którego od dwóch lat wzdycha, lecz Albert odparł, że jest pewnym swojej oblubienicy, panny d’Arlange.
Nazwisko to padło jak piorun w uszy sędziego śledczego. Rzucił się na fotelu. Czując, że poczerwieniał na twarzy, wziął dla ukrycia zmięszania, pierwsze lepsze akta, które mu wpadły w rękę i podniósł je do oczu, jak gdyby chciał przeczytać jakie pismo niewyraźne.
Zaczynał pojmować, że zadanie, którego się podjął, było bardzo trudne do spełnienia. Czuł, że miesza się jak dziecko, że nie jest panem siebie i że umysł jego nie ma zwykłej przenikliwości. W głębi duszy przyznawał, że był zdolny popełnić największe błędy. Lecz czemu podjął się tego śledztwa? Czy mógł być pewnym, że okaże się sędzią bezstronnym?
Chętnie byłby odłożył na później dalszy ciąg zeznań hrabiego, ale czy mógł? Sumienie sędziego śledczego wołało, że byłaby to nowa niezręczność. Uchwycił więc na nowo wątek bolesnych wypytywań.
— Panie, — rzekł, — uczucia, objawione przez wice-hrabiego, są bez wątpienia bardzo piękne, ale czy panu nie mówił o wdowej Lerouge?
— Owszem, — odparł hrabia, — wspominał...
— Powinien był panu powiedzieć, że świadectwo tej kobiety uniemożliwi walkę z panem Noelem Gerdy.
— Właśnie, panie sędzio, ta okoliczność zmuszała go głównie do odrzucenia mojego żądania.
— Pan hrabia zechce mi dokładnie opowiedzieć wszystko, co zaszło między nim a wice-hrabią. Proszę więc przypomnieć sobie nawet najdrobniejsze szczegóły, i staraj się pan przytoczyć o ile możności najdokładniej jego słowa.
Hrabia de Commarin mógł uczynić zadość wezwaniu bez natężenia umysłu. Od kilku minut zbawienna reakcja odbyła się w całej jego osobie. Krew, rozdrażniona natarczywością wypytywań, odzyskała dawny bieg. Mózg wrócił do zwykłej równowagi. Scena z wieczoru dnia poprzedniego, stała mu w najdrobniejszych szczegółach żywo w pamięci. W uszach brzmiały mu jeszcze stanowcze słowa Alberta i widział jego twarz pełną wyrazu.
W miarę jak postępował w swem opowiadaniu, żywem i dokładnem, przekonanie pana Daburon stawało się co raz trwalszem. Właśnie to, nad czem dzień przedtem hrabia się unosił, sędzia uważał za okoliczność, świadczącą przeciw Albertowi.
— Jaka straszna komedja! — myślał Daburon. — Tabaret widział za nas obu. Z niepospolitą odwagą młody ten człowiek łączy szatańską zręczność. Sam geniusz zbrodni musiał go natchnąć... Będzie prawdziwy cud, jeśli go zdemaskujemy. Jak doskonale wszystko przewidział i przygotował! Jak cudownie jest obmyślana ta scena z ojcem, aby zrzucić z siebie nawet cień podejrzenia! Nie ma ani jednego słowa, któreby nie zdradzało ukrytego zamiaru, na któremby nie można zbudować podejrzenia. Jaka skończoność w wykończeniu! Wszystko mamy, nawet duet z ukochaną kobietą. Czy w rzeczy samej ostrzegł Klarę? Bardzo być może... Mógłbym się dowiedzieć, ale trzeba by ją widzieć, mówić z nią... Biedne dziecko Kochać takiego człowieka! Ależ cały jego plan bije w oczy. Ta rozmowa z hrabią jest kotwicą ratunku. Nie szkodząc jego prawom, pozwala mu zyskać na czasie. Widocznie chciał rozwiązanie sprawy przewlec w nieskończoność, a potem byłby oświadczył, że tylko zmuszony czyni zadość woli ojca. Ustępstwo byłby sobie poczytywał nawet za zasługę, i kto wie, czy za powolność wobec ojca nie żądałby jeszcze osobnego wynagrodzenia. A jeśliby Noel zechciał był nowy szturm przypuścić, ujrzałby się wobec hrabiego, który przecząc wszystkiemu, byłby go kazał wyrzucić jak podłego oszusta.
Rzecz dziwna, a jednak dająca się wytłumaczyć, że hrabia skończywszy opowiadanie, przyszedł do tych samych wyników, co sędzia śledczy. Przypomniał sobie doskonale, że w gniewie rzekł był do syna: „Tak pięknych rzeczy nie zwykło się robić dla samej przyjemności.“ Ta szczytna bezinteresowność była teraz jasną.
— Dziękuje hrabiemu, — rzekł pan Daburon. — Nie mogę panu jeszcze nie pewnego powiedzieć, ale w każdym razie sąd ma powody mniemać, że wice-hrabia Albert, w scenie, którą słyszałem, odegrał rolę skończonego komedjanta.
— I dobrze wyuczył się roli, — szepnął hrabia, — bo mię oszukał.
W tej chwili wszedł Noel.
Adwokat ukłonił się staremu szlachcicowi, który powstawszy, cofnął się w głąb pokoju.
— Panie, — rzekł Noel cichym głosem do sędziego, — wszystkie listy znajdują się w tej tece. Proszę pana zechcieć mię jak najprędzej uwolnić, ponieważ stan pani Gerdy staje się co raz więcej zatrważającym.
Noel wygłaszając ostatnie słowa, podniósł nieco głos, tak, że hrabia musiał je usłyszeć. Szlachcic wzdrygnął się i tylko z największem wysileniem udało mu się powstrzymać zapytanie, które już miał na ustach.
— Jednakże pozwolisz kochany adwokacie, — rzekł sędzia uprzejmie, — że cię chwilkę zatrzymam.
Pan Daburon powstał z fotelu, a ująwszy Noela za ramię, powiódł go do hrabiego.
— Panie hrabio de Commarin, — rzekł, — mam zaszczyt przedstawić hrabiemu pana Noela Gerdy.
Prawdopodobnie, hrabia de Commarin, spodziewał się czegoś podobnego, bo na jego obliczu nie drgnął ani jeden muszkuł; stał nieruchomo. Noel zaś, był jak człowiek, który nagle uczuje uderzenie młota w czaszkę; nie mogąc utrzymać się na nogach, musiał oprzeć się o najbliżej stojące krzesło. Następnie obaj, syn i ojciec stanęli naprzeciw siebie, pozornie pogrążeni w zadumie, a w rzeczywistości śledzący się nawzajem, bo każdy z nich chciał uchwycić bodaj cząstkę myśli drugiego.
Pan Daburon spodziewał się innego rezultatu. Sądził, że hrabia otworzy ramiona, Noel rzuci mu się w objęcia i że pojednanie ojca z synem będzie dokonane. Chłód jednego, zmieszanie drugiego, rozczarowało go najzupełniej. Uznał przeto za konieczne, przystąpić inaczej do dzieła.
— Panie hrabio, — rzekł tonem wyrzutu, — przecież przed chwilą przyznałeś, że pan Gerdy jest twoim prawym synem?
Hrabia de Commarin nie odpowiadał; można było sądzić, że nie słyszał, tak był nieruchomy. Natomiast Noel, zebrawszy całą odwagę, ośmieli się zabrać głos pierwszy.
— Panie, — wyjąknął, — nie chciałem...
— Możesz pan powiedzieć: mój ojcze, — przerwał dumny starzec tonem, w którym nie było nic czułego.
Następnie zwrócił się do sędziego.
— Czy mogę być panu jeszcze potrzebnym? — zapytał.
— Wypada panu tylko, — odrzekł pan Daburon, — wysłuchać odczytania swoich zeznań i podpisać. Dalej, Konstanty, — dodał.
Długi pisarz zaczął czytać protokół. Akt ten odbył się bardzo prędko. Noel słuchał z natężoną uwagą, dowiedział się bowiem o rzeczach, które dla niego miały niesłychaną doniosłość. Nakoniec Konstanty wygłosił słowa: Na potwierdzenie czego i t. d., któremi we Francji kończą się wszystkie protokoła.
Wręczył pióro hrabiemu, który podpisał swoje nazwisko bez wahania, nie robiąc przytem żadnych uwag.
Wtedy stary szlachcic odwrócił się do Noela.
— Nie jestem silny, — rzekł, — potrzeba zatem, mój synu, — słowa te wymówił z pewnym naciskiem, — ażebyś pomógł swojemu ojcu zejść do powozu.
Młody adwokat zbliżył się szybko. Twarz jego była rozpromieniona. Uprzejmie podał ramię hrabiemu. Skoro już wyszli, pan Daburon nie mógł powstrzymać ciekawości. Przybiegłszy do drzwi, nieco je uchylił, a cofnąwszy korpus, aby nie był widzianym, wyciągnął szyję i w głąb korytarza rzucił badawcze spojrzenie. Noel i hrabia byli zaledwie w połowie. Szli bardzo powoli.
Hrabia de Commarin z trudnością wlókł nogi za sobą; adwokat szedł drobnym krokiem, głowę nachylił ku starcowi, a każdy jego ruch świadczył o nadzwyczajnej grzeczności. Sędzia stał tak długo przy drzwiach, dopóki nie znikli na skręcie korytarza. Potem cofnął się, a usiadłszy w swoim fotelu, westchnął głęboko.
— Przynajmniej, — pomyślał, — zrobię jednego szczęśliwym. Dzień nie przejdzie całkiem źle.
Ale nie miał czasu puścić wolny bieg myślom; godziny uciekały. Uważał za konieczne przesłuchać jak najprędzej Alberta, a prócz tego trzeba było spisać świadectwa kilku służących z pałacu Commarin, i wysłuchać sprawozdania komisarza, który przedsięwziął uwięzienie.
Służących, którzy już oddawna czekali, wprowadzano kolejno. Wprawdzie nie umieli nic stanowczego powiedzieć, a jednakże ich zeznania były nowemi zarzutami. Każdy odchodził z przekonaniem, że ich pan był winnym.
Zachowanie się Alberta od początku złowrogiego tygodnia, najmniejsze jego słowo i najmniej znaczące ruchy, przytaczano z rzadką dokładnością, objaśniano, tłumaczono.
Człowiek żyjący w pośrodku trzydziestu służących, jest jak owad, w przeźroczystem naczyniu pod okiem gorliwego naturalisty. Żaden z jego czynów nie ujdzie uwadze tych płatnych szpiegów, a zaledwie ma jaką tajemnicę, już się jej domyślają. Od rana do wieczoru trzydzieści par oczu śledzi ciekawie najmniej znaczące zmiany jego twarzy.
Sędzia śledczy otrzymał zatem nie mało szczegółów, które na pozór były niczem, ale z których najmniejszy mógł przy ostatecznej rozprawie rozstrzygać o życiu lub śmierci. Kombinując zeznania, łącząc takowe i porządkując, pan Daburon mógł od niedzieli iść krok w krok za wice-hrabią Albertem.
W niedzielę więc, niezwłocznie po odejściu Noela, wice-hrabia zawezwał pokojowca i rzekł, że aż do nowego rozkazu jest niewidzialnym dla nikogo. Jeśliby się kto o niego pytał, słudzy mieli powiedzieć, że pan wyjechał na wieś.
Od tej chwili spostrzegli wszyscy, że „coś się działo,“ bo pan Albert był bardzo zmięszany.
Przez cały dzień nie wychodził z biblioteki i tam jadł obiad. Wieczorem uwolnił wszystkich służących, mówiąc: „Idźcie się zabawić!“ Wyraźnie zakazał wchodzić do biblioteki, chyba, że zadzwoni.
Nazajutrz, w poniedziałek, nie wstał, jak zwykle, wcześnie, ale dopiero około południa. Uskarżał się na gwałtowny ból głowy i nudności. Mimo to wypił filiżankę herbaty. Chciał wyjechać, ale natychmiast polecił wyprządz konie. Lubin, jego pokojowiec, słyszał, jak zawołał: „Nie podobna wahać się!“ a w kilka minut: „Trzeba raz skończyć!“ Wkrótce potem zaczął coś pisać.
Lubin nosił jeden list do panny d’Arlange, który miał wręczyć albo jej samej, albo nauczycielce, pannie Schmidt.
Drugi list, z dwoma tysiącami franków, został powierzony Józefowi, aby odniósł go do klubu. Józef nie przypomina sobie nazwiska osoby, która list odebrała, ale to dobrze pamiętał, że ów pan nie miał tytułu.
Wieczorem Albert prawie nie nie jadł i zamknął się u siebie.
Nazajutrz wstał dodnia; był to wtorek. Błądził po pałacu, jak dusza w czyśćcu, albo jak człowiek, oczekujący niecierpliwie rzeczy, która nie nadchodzi.
Gdy wszedł do ogrodu, ogrodnik zapytał go o zdanie względem rysunku pewnego gazonu. Odpowiedział krótko: „Zapytasz o to hrabiego.“
Około pierwszej z południa, zszedł do stajni i pieścił się z Normą, swojem ukochanem źrebięciem. Głaszcząc, ją rzekł: „Biedne zwierzę! Moja biedna stara!“ O godzinie trzeciej, numerowany komisjoner przyszedł z listem.
Wice-hrabia, który wtedy znajdował się na dole, chwycił list i szybko go otworzył. Dwaj pokojowce wyraźnie słyszeli jak zawołał: „Nie zdoła się oprzeć!“ Przyszedłszy na górę, spalił list na kominku w przedpokoju.
Zaledwie usiadł do stołu o godzinie szóstej, dwaj jego przyjaciele, pan de Courtivois i markiz de Chouzé, nie zważając na ostrzeżenie lokajów, dostali się aż do niego. Ta wizyta do reszty go zmięszała.
Ci panowie chcieli koniecznie wziąć go na zabawę, ale on odmówił, twierdząc, że ma schadzkę w bardzo ważnej sprawie. Jadł nieco więcej, niż dni poprzednich. Zażądał nawet butelkę Chiteau-Laffitte, którą do dna wychylił. Pijąc kawę, palił cygaro w sali jadalnej, co sprzeciwiało się zwyczajom, praktykowanym w pałacu.
Według Józefa i dwóch lokajów, o godzinie pół do ósmej, zaś według zeznań Lubina, dopiero o ósmej, wice-hrabia wyszedł pieszo, z parasolem w ręku. Wrócił dopiero o drugiej po północy, a służącemu, który nań czekał, kazał wyjść natychmiast z pokoju.
W środę, wszedłszy do sypialni wice-hrabiego, służący był uderzony opłakanym stanem, w jakim znajdowały się suknie jego pana. Były mokre i pobłocone, a pantalony podarte. Ośmielił się zrobić uwagę, na co Albert odpowiedział głosem piorunującym: „Rzuć to gdzie bądź!“ Tego dnia był już swobodniejszym. Przy śniadaniu, a jadł z wielkim apetytem, marszałek dworu widział go nawet wesołym. Całe popołudnie spędził w bibliotece gdzie popalił stosy papierów.
We czwartek wydawał się znowu bardzo cierpiącym. Prawie nie miał siły wyjechać na spotkanie hrabiego. Wieczór, po scenie ze swoim ojcem, wrócił do siebie bardzo złamany. Lubin chciał pójść po lekarza, ale zabronił mu mówiąc, że nie chce, aby ktokolwiek wiedział o jego niedyspozycji.
Oto jest dokładna treść dwunastu dużych stronic, które spisał długi protokolista nie odwróciwszy ani razu głowy, aby przypatrzyć się galonowanym lokajom, którzy zmieniali się jeden po drugim.
Wszystkie te świadectwa, pan Daburon umiał zebrać w niespełna dwóch godzinach.
Jakkolwiek przeświadczeni o ważności swoich zeznań, wszyscy lokaje mieli język bardzo długi. Rozgadawszy się raz, nie podobna ich było wstrzymać. A przecież ze wszystkiego, co mówili, jasno wypływało, że Albert był dobrym panem, wspaniałomyślnym i grzecznym wobec swoich ludzi. Szczególna to rzecz, prawie nie podobna do wiary! Znalazło się kilku, którzy obojętnie mówili o tym okropnym wypadku. Dwaj byli bardzo smutni. Lubin, który doznawał łask wyjątkowych, nie należał do tych drugich.
Przyszła kolej na komisarza policji. We dwóch słowach złożył sprawozdanie z uwięzienia, które Tabaret już opowiedział. Nie omieszkał zwrócić uwagę sędziego na okrzyk Alberta: „Jestem zgubiony!“ co według jego przekonania, było dostatecznem przyznaniem się do winy. Następnie złożył wszystkie przedmioty, zabrane u wice-hrabiego de Commarin. Sędzia śledczy porównał je uważnie z rzeczami, przywiezionemi z mieszkania wdowej Lerouge.
Wieczór zbliżał się szybkim krokiem, a obżałowany nie był jeszcze przesłuchany. Lecz co mogło wstrzymywać pana Daburona od spełnienia tego obowiązku? W rękach miał dziesięć razy więcej dowodów, niż potrzebował, aby wysłać dziesięciu zbrodniarzy na plac stracenia. Albert nie mógł myśleć o uwolnieniu, chyba, że zbrodnię popełnił pod wpływem szaleństwa. A jednak, w chwili tak stanowczej, sędzia czuł brak odwagi. Czy jego wola osłabła?
W czas przypomniał sobie, że od wieczoru dnia poprzedniego nic nie jadł, posłał więc po butelkę wina i kilka biszkoptów. Nie pokarmu potrzebował sędzia ale energji. Wychylając szklankę, myśli jego ułożyły się w następujący frazes: „A więc mam stanąć przed wice-hrabią de Commarin!“
W każdym innym wypadku byłby się śmiał z tej uwagi; teraz jednakże widział w niej ostrzeżenie Opatrzności.
— Niech się stanie, — rzekł do siebie, — spełnię ten puchar.
I nie zapuszczając się w dalsze refleksje, kazał wprowadzić wice-hrabiego Alberta de Commarin.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.