Przejdź do zawartości

Gdzie winowajca/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Gdzie winowajca
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1870
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L'affaire Lerouge
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Jeśli kto, zabłądziwszy w pałacu Sprawiedliwości, dostanie się aż na trzecie piętro lewego skrzydła, to minąwszy kilka mniejszych korytarzyków, wejdzie w korytarz bardzo niski, źle oświetlony wązkiemi oknami, w którym co krok ujrzy małe drzwi, jak w jednym z pomniejszych hotelów.
W korytarzu tym nie można być wesołym; każdy, kto tu zabłądzi, musi być smutny i ponury.
Dante powinien był nad schodami, wiodącemi do niego, umieścić swój napis fatalny. Od rana do wieczoru, podłoga z desek dzwoni pod ciężkiemi krokami żandarmów, którzy prowadzą obżałowanych. Dokoła widzi się same twarze posępne. Są to krewni lub przyjaciele oskarżonego, świadkowie i ajenci policyjni. W tym korytarzu, zdala od wszystkich spojrzeń, przygotowuje się dramat, który potem rozwija się i kończy w głównej sali pałacu. A jego rozwiązanie ileż razy jest krwawe!
Przez każde z tych małych drzwi, na których majaczy liczba, wchodzi się do gabinetu sędziego śledczego. Pokoje są do siebie podobne, a kto zna jeden, zna wszystkie. Chociaż nie ma w nich nic strasznego ani ponurego, przecież wszedłszy do wnętrza czujesz, że w piersi ściska się serce. Na samym wstępie owiewa cię jakiś grobowy chłód. Mury zdają się być przesiąkłe temi łzami, które tu wylano. Człowiek wzdryga się na samą myśl, ile tu świadectw wyszeptano wśród łkań i narzekań i ile tu zeznań wydarto!
W gabinecie sędziego śledczego, sprawiedliwość nie rozwija jeszcze tych sposobów, któremi otacza się później dla oddziałania na masy. Jest ona tu skromna i prawie miłosierna. Mówi do oskarżonego:
— Mam ważne powody wierzyć, żeś winny, ale udowodnij mi twoją niewinność, a natychmiast cię uwolnię.
Umeblowanie pokoju jest bardzo skromne. Jaką wartość mogą mieć zewnętrzne ozdoby dla tego, kto ściga sprawcę zbrodni, lub dla tego, kto broni swojej głowy? Biurko zawalone aktami, stół dla protokolisty, jeden fotel i kilka krzeseł, oto wszystko, co można znaleźć w każdym z tych apartamentów. Mury są pokryte zielonemi tapetami, story są zielone, a na kamiennej posadzce leży lichy dywan takiego samego koloru. Na drzwiach, wiodących do gabinetu pana Daburona była l. 15.
Już od dziewiątej godziny zrana był w gabinecie i czekał. Zrobiwszy co należało, nie stracił ani jednej minuty, bo tak samo jak Tabaret, mniemał, że szybkie działanie jest tu konieczne. Przed chwilą widział się z prokuratorem cesarskim i rozmówił się z oficerami policji sądowej.
Prócz mandatu względem uwięzienia Alberta, wystosował także kilka innych, w których wzywał jako świadków: hrabiego de Commarin, panią Gerdy, Noela i czterech służących Alberta. Przedewszystkiem chciał przesłuchać tych ludzi, zanim przystąpi do obżałowanego.
Dziesięciu ajentów czekało na jego rozkazy, a on stał w gabinecie jak dowódzca armji, który z hasłem do boju, rozsyła na wszystkie strony swoich adjutantów, spodziewając się zwycięztwa dla strategicznych kombinacji.
Nie raz, o tej samej godzinie, znajdował się w tym samym gabinecie w podobnych warunkach. Po odkryciu zbrodni sądząc, że znalazł winowajcę, dał rozkaz, aby go uwięzić. Czyż to nie było jego obowiązkiem? Ale jeszcze nigdy nie czuł takiego niepokoju, jak dziś. A jednak ileż to razy nie miał ani jednej setnej części tych poszlak, które oświecały zbrodnię w Jonchère! Powtarzał to sobie bez przerwy, a przecież nie mógł zabić obawy, budzącej się w głębi jego duszy.
Zdawało mu się, że ajenci za długo się bawią. Przyspieszonym krokiem mierzył długość gabinetu, licząc minuty i patrząc co chwila na zegarek. Jeśli na korytarzu, pustym o tej godzinie, ozwał się przypadkiem jaki głos, pomimo woli zbliżał się do drzwi i pilnie nadsłuchiwał.
Zapukano do drzwi. Był to protokolista, po którego posłał. W człowieku tym nie było nic szczególnego. Był raczej długi, niż słuszny i bardzo chudy. Ruchy miał monotonne, a na jego twarzy żółtej i pomarszczonej, nie malowało się żadne uczucie. Liczył lat trzydzieści cztery, a od trzynastu lat spisywał kolejno protokoły czterem sędziom śledczym. Należał do tych ludzi, o których pewien dowcipny prawnik powiedział raz bardzo trafnie: „Protokolista jest piórem sędziego; osobą, która jest niemą, a jednak mówi, która jest ślepą, a jednak pisze, która jest głuchą, a jednak słyszy.“ Nowo przybyły trzymał się wiernie swojego programu i nazywał się Konstanty.
Pozdrowiwszy „swojego sędziego,“ przeprosił, że się spóźnił.
— Jeszcze dziś wcześnie przyszedłeś, — odpowiedział pan Daburon, — ale to nic nie szkodzi; możemy tymczasem przygotować papiery.
W pięć minut potem, woźny, stojący przy drzwiach, wprowadził pana Noela Gerdy.
Wszedł z twarzą spokojną, jak adwokat, obznajomiony dobrze z pałacem Sprawiedliwości. Nie był podobny niczem do przyjaciela pana Tabareta. Tem mniej możnaby w nim poznać kochanka pani Julji. Był zupełnie innym, lub mówiąc dokładniej, był we właściwej roli. Noel przedstawił się jako człowiek urzędowy, którego poważali koledzy i kochali przyjaciele.
Widząc to wzorowe zachowanie się i to spokojne oblicze, nikt by był nie przypuścił, że po wieczorze obfitym w gwałtowne wzruszenia i po tajemnej wizycie u swojej kochanki, Noel spędził noc przy łożu umierającej. I jakiej umierającej! U łoża własnej matki, albo przynajmniej kobiety, która mu zastępowała miejsce rodzicielki.
Jaka różnica między nim, a sędzią.
Sędzia spędził także całą noc bezsennie, ale o tem świadczyły czerwone pręgi do koła oczu, wybladłe policzki, pomięta koszula i nie świeże mankiety. Zajęty strasznem odkryciem, zapomniał o ubiorze. Natomiast starannie ogolona broda Noela wspierała się na śnieżnej białości krawatce, kołnierz od koszuli nie miał ani jednego fałdu, a włosy i bokobrody były starannie uczesane. Powitawszy pana Daburon, wręczył mu cytację.
Pan sędzia wezwał mię, — rzekł uprzejmie, — jestem na jego rozkazy.
Sędzia znał młodego adwokata z widzenia, bo nie raz spotykał go w pałacu Sprawiedliwości. Następnie przypomniał sobie, że pana Gerdy chwalono dla jego talentów, które mu zapewniały świetną karjerę. Przyjąwszy go więc jak najgrzeczniej, prosił, aby zechciał usiąść.
Po wstępnych zapytaniach, tyczących się nazwiska, wieku, miejsca urodzenia i t. d., które protokolista starannie zapisał, sędzia zwrócił się do Noela:
— Zapewne panu powiedziano, — rzekł, — w jakiej sprawie musiałem pana zawezwać?
— Wiem, panie; w sprawie tej biednej staruszki, zamordowanej w Jonchère.
— Nie inaczej, — odrzekł pan Daburon.
A przypomniawszy sobie przyrzeczenie, dane Tabaretowi, dodał:
— Jeśli sprawiedliwość dotarła tak prędko do pana, zawdzięczamy to tylko okoliczności, że nazwisko pańskie powtarza się często w papierach wdowej Lerouge.
— Wcale mię to nie dziwi, — odpowiedział adwokat; — zajmowaliśmy się bardzo tą biedną kobietą, bo była moją mamką; wiem również, że pani Gerdy często do niej pisywała.
— Bardzo pięknie! Od pana możemy zatem spodziewać się niejakich objaśnień.
— Lękam się, panie sędzio, że będą bardzo drobiazgowe i nie zupełne. Prawie mógłbym powiedzieć, że nie mam żadnych szczegółów. Bardzo wcześnie zostałem jej odebrany; a od czasu, jak jestem mężczyzną, zajmowałem się nią bardzo mało, chyba, że niekiedy posyłałem jej zasiłki pieniężne.
— Czy pan ją nigdy nie odwiedzałeś?
— Przepraszam... Byłem u niej kilka razy, ale zawsze bardzo krótko. Pani Gerdy, która ją odwiedzała dość często, a której ona powierzała wszystkie swoje interesa, mogłaby pana sędziego lepiej w tym względzie poinformować...
— Spodziewam się, że pani Gerdy nadejdzie, — odpowiedział sędzia. — Musiała już otrzymać zawezwanie.
— Wiem o tem, ale nie będzie mogła uczynić zadość woli sądu; leży w łóżku... chora...
— Czy niebezpiecznie?
— Tak ciężko zachorowała, że niepodobna myśleć o jej świadectwie. Przyjaciel mój, doktor Hervé twierdzi, że jej choroba jest prawie do niewyleczenia. Na pozór zdaje się być zapalenie mózgu, ale w istocie jest to coś jeszcze niebezpieczniejszego. Chociażby jej przywrócono życie, nie przywrócą jej zdrowych zmysłów... Jeśli nie umrze, oszaleje...
Pan Daburon zdawał się być bardzo zakłopotany.
— To wielki kłopot, — wybąknął. — I pan sądzisz, że nic z niej nie wydobędziemy?
— O tem ani myśleć nie można. Zupełnie straciła głowę. Odchodząc, zostawiłem ją w takim stanie, że nie wiem, czy doczeka do wieczoru.
— A kiedy zachorowała?
— Wczoraj wieczór.
— Nagle?
— Tak się przynajmniej wydawało, panie sędzio, chociaż ja wiedziałem, że była cierpiącą od trzech tygodni. Wczoraj, wstawszy od obiadu, przy którym mało co jadła, wzięła dziennik, i nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, wzrok jej padł właśnie na ustęp, opisujący zbrodnię w Jonchère. W tej samej chwili krzyknęła przerażająco, a potem upadła na dywan wołając: „O nieszczęsny! nieszczęsny!“
— Nieszczęsna! chciałeś pan powiedzieć.
— Bynajmniej, panie, dobrze powtórzyłem. Widocznie ten okrzyk nie odnosił się do mojej biednej mamki.
Po tej ważnej odpowiedzi, wygłoszonej najniewinniejszym tonem, pan Daburon spojrzał na świadka. Adwokat zwiesił głowę.
— A potem? — zapytał sędzia po krótkiej pauzie, przystępując do spisania niektórych notatek.
— Te słowa były ostatnie, jakie wygłosiła pani Gerdy. Przy pomocy naszej sługi, odniosłem ją do sypialni, położyłem na łóżko i wezwałem lekarza, ale odtąd już nie odzyskała przytomności. Na domiar, lekarz...
— Dobrze! — przerwał pan Daburon. — Zostawmy to przynajmniej tymczasem. A teraz, panie Gerdy, zechciej mi otwarcie powiedzieć, czy nie znasz przyjaciół wdowej Lerouge?
— Żadnego.
— Więc nie miała przyjaciół? Dobrze. Lecz powiedz, czy nie znasz kogo, komu śmierć tej biednej staruszki mogła by obiecywać jaką korzyść?
Sędzia śledczy, zadając to zapytanie, wpatrzył się uporczywie w oczy Noela, tak, że adwokat nie mógł ani odwrócić, ani spuścić wzroku.
Noel wzdrygnął się i zdawał się mieszać. Wahał się, jak gdyby w jego piersi wszczęła się zacięta walka.
Nareszcie głosem, który mimo tych wzruszeń był dosyć silnym, odpowiedział:
— Nikogo nie znam...
— I prawdę pan powiedziałeś? — napierał sędzia, nadając swemu spojrzeniu jeszcze więcej natarczywości. — Pan nie znasz nikogo, komu ta zbrodnia mogłaby obiecywać jaką korzyść, nikogo?
— Wiem tylko to, panie sędzio, że ta śmierć szkodzi najwięcej mnie samemu...
— Przecież! — pomyślał pan Daburon; — przecież dotarliśmy do listów, bez skompromitowania biednego Tabareta. Dobrze, że nie zrobię przykrości temu zacnemu i zręcznemu człowiekowi.
— Panu szkodzi, panie adwokacie, — podchwycił sędzia; — spodziewam się, że mi zechcesz to wyjaśnić...
Zmieszanie Noela stało się jeszcze widoczniejszem.
— Wiem, panie sędzio, — odrzekł, — że przed sądem powinienem wypowiedzieć nie tylko prawdę, ale nawet całą prawdę. A jednakże są okoliczności tak delikatne, że sumienie człowieka honoru dostrzega w nich wielkie niebezpieczeństwo. Zresztą, bardzo to przykro być zmuszonym uchylać zasłony, ukrywającej pewne bolesne tajemnice, których wyjawienie może czasem...
Pan Daburon przerwał mu ruchem ręki. Smutny ton mowy Noela poruszył go do głębi. Wiedząc naprzód, co powie, cierpiał za młodego adwokata. Zwrócił się do protokolisty.
— Konstanty! — rzekł z niejakim naciskiem.
Ten nacisk musiał służyć za sygnał, ponieważ długi pisarz podniósł się machinalnie, włożył pióro za ucho i wyszedł krokiem wymierzonym.
Noel wydał się bardzo ujęty delikatnością sędziego śledczego. Na jego twarzy odbiła się najwyższa wdzięczność, a w jego spojrzeniu podzięka.
— Jakże pan łaskaw! — zawołał z trudnym do powstrzymania zapałem; — jakże panu jestem wdzięczny, za jego szlachetne względy! To, co mam powiedzieć, jest bolesnem, ale przed panem...
— Nie lękaj się, panie adwokacie, — odpowiedział sędzia, — i bądź przekonany, że z twoich zeznań zachowam tylko to, co mi się wyda niezbędnem.
— Nie jestem panem siebie, — zaczął Noel, — przebacz pan memu zmięszaniu. Jeśli wyrwie się jakie słowo, które wyda się zanadto gorzkie, przebacz pan, bo stanie się to pomimo mojej woli... Aż do tej chwili myślałem, że jestem dzieckiem miłości. Gdybym nawet niem był, nie rumieniłbym się przed nikiem. Moja historja jest krótka. Miałem szlachetną ambicję — pracowałem. Skoro się nie ma nazwiska, trzeba umieć stworzyć sobie takowe. Wiodłem życie odosobnione i surowe, jak wszyscy, którzy urodziwszy się nisko, chcą dotrzeć wysoko. Uwielbiałem tę, którą uważałem za matkę — byłem przekonany, że ona mię kocha. Plama na mojem pochodzeniu, stawała się dla mnie często powodem poniżeń — ale ja tem gardziłem... Porównując mój los z losem innych, uważałem się jeszcze za wybrańca — gdy przypadkowo wpadły mi w ręce wszystkie listy, które mój ojciec, hrabia de Commarin, pisywał do pani Gerdy, w epoce ich stosunków. Po przeczytaniu tych listów nabrałem przekonania, że nie jestem tym, za kogo się uważałem, że pani Gerdy nie jest moją matką...
I nie czekając na replikę pana Daburona, opowiedział wypadki, z któremi przed dwunastu godzinami zapoznał Tabareta.
Była to ta sama historja z temi samemi okolicznościami, to same bogactwo szczegółów dokładnych i udowadniających — ale ton był inny. O ile wieczoru dnia poprzedniego, młody adwokat był u siebie pompatycznym i gwałtownym, o tyle teraz, w gabinecie sędziego śledczego, był trzeźwym i umiarkowanym.
Można było mniemać, że zastosowywał opowieść do swoich słuchaczów, aby tem łatwiej zająć uwagę obu. Dla pana Tabareta, przesada gniewu; dla pana Daburona, człowieka inteligentnego, przesada umiarkowania.
O ile oburzał się na los niesprawiedliwy, o tyle uzbrojony w rezygnację, zdawał się uchylać czoła przed ślepym fatalizmem.
Z rzadką wymową, bogatą w doborowe wyrażenia, opisywał swój stan nazajutrz po odkryciu owych listów, swoją boleść, trwogę, swoje wątpliwości.
Dla wzmocnienia moralnego przekonania, potrzebował niezbitych świadectw. Czy mógł się ich spodziewać od pani Gerdy lub hrabiego, w których interesie leżało ukrycie prawdy? Nie. Ale liczył na świadectwo mamki, biednej kobiety, która go kochała, a która u schyłku życia byłaby z największem szczęściem zrzuciła ze swojego sumienia tak ciężkie brzemię. Mamka umarła — listy więc pozostały w jego ręku... jak niepotrzebne szpargały.
Następnie przeszedł do zeznań pani Gerdy, a wobec sędziego był tym razem dokładniejszym, niż wobec Tabareta.
— Ona, — mówił, — z początku wszystkiemu przeczyła, lecz później, przyciśnięta pytaniami, złamana jasnością sprawy, przyznała się w chwili rozpaczy, ale natychmiast oświadczyła, że dla zapewnienia synowi pięknego stanowiska, uczyni wszystko możebne. Od tej chwili, — twierdził adwokat, — datuje się początek jej choroby.
Mówiąc o swojej wizycie u wice-hrabiego de Commarin, dodał kilka nowych szczegółów, ale tak drobnych, że nikt nie został niemi dotknięty, a tem mniej Albert. Owszem, utrzymywał, że ten młodzieniec zrobił na nim jak najlepsze wrażenie. Z początku słuchał tajemnicy z pewnem niedowierzaniem, lecz zarazem z szlachetną stałością, jak człowiek zacny, kochający sprawiedliwość. Nakoniec adwokat skreślił prawie z zapałem portret tego współzawodnika, który nie zepsuty bogactwem, umiał zachować wszystkie cnoty, a od którego wyszedł bez żadnego żalu — jak od brata. Nawet wyznał, że czuje ku niemu niewytłumaczony pociąg.
Pan Daburon słuchał Noela ze skupioną uwagą, nie zdradzając swoich wrażeń słowem, ruchem, ani nawet marszczeniem brwi. Skoro skończył:
— Jakżeż, panie, — zauważył, — mogłeś pan utrzymywać, że nikt nie miał potrzeby pragnąć śmierci wdowej Lerouge?
Adwokat nic nie odpowiedział.
— Zdaje mi się, — ciągnął, — że wice-hrabia de Commarin nie może być sądownie ścigany. Pani Gerdy dostała pomieszania zmysłów, hrabia wszystkiemu zaprzeczy, a pańskie listy niczego nie udowodniają. Trzeba przyznać, że ta zbrodnia niesie szczęście temu młodemu człowiekowi, i że jej spełnienie było dla niego bardzo na czasie..
— Ach! panie — zawołał Noel, protestując z całą energja, — to przypuszczenie jest okrutne...
Sędzia wpatrzył się uporczywie w twarz adwokata. Czy mówi szczerze, lub czy może gra wspaniałomyślną komedję? Czy w rzeczy samej nie ma żadnych podejrzeń? Noel ani drgnął i prawie natychmiast ciągnął temi słowy:
— Z jakiego powodu mógł ten młody człowiek lękać się o swoje stanowisko! Nie zwróciłem ku niemu ani jednego słowa pogróżki, nawet wyrzutu. Nie przedstawiłem mu się jako człowiek, który żąda, aby mu niezwłocznie zwrócono zabrane imię i majątek. Wyłuszczyłem tylko fakta, mówiąc do Alberta: „Oto są... co pan myślisz, co postanawiasz? Bądź sam sędzią.“
— A on prosił o zwłokę?
— Tak. Nawet, że tak powiem, proponowałem mu, aby mi zechciał towarzyszyć do mamki Lerouge, której zeznania mogły usunąć wszelką wątpliwość; widocznie mię nie rozumiał... A przecież on ją znał dobrze, bo niejednokrotnie był u niej z ojcem, który, jak się później dowiedziałem, wspierał ją znacznemi datkami.
— Czy ta wspaniałomyślność nie wydawała się panu szczególną?
— Bynajmniej!
— Zechciej mi pan wytłumaczyć, dla czego wice-hrabia nie chciał uczynić zadość pańskiemu wezwaniu co do odwiedzenia tej kobiety?
— To bardzo zrozumiałe. Oświadczył mi, że przedewszystkiem chce się rozmówić ze swoim ojcem, który za kilka dni wróci do Paryża.
Prawda, a cały świat głośno to przyznaje, ma właściwy sobie akcent, który nikogo nie omyli. Pan Daburon nie wątpił już o dobrej wierze swojego świadka. Noel mówił dalej ze skromnością serca zacnego, które nigdy nie podejrzywa.
— Co do mnie, chciałem najpierw mówić z ojcem, hrabią de Commarin. Tem więcej chciałem te brudy wyprać w rodzinie, ile że pragnąłem tylko polubownego załatwienia. Z dowodami w ręku, byłbym się cofnął przed procesem.
— Jakto, pan nie chciałeś skarżyć?
— Nigdy, panie sędzio, pod żadnym warunkiem. Alboż, — dodał dumnym tonem, — aby odzyskać nazwisko, godzi się je wpierw shańbić?
Pan Daburon nie mógł utaić wrażenia szczerego podziwu.
— Oto śliczna bezinteresowność, — rzekł z uniesieniem.
— Zdaje mi się, — odpowiedział Noel, — że to całkiem naturalne. W najgorszym razie, zamierzałem nawet zostawić mój tytuł Albertowi. Prawda, że nazwisko hrabi de Commarin jest świetne, ale mam niepłonną nadzieję, że po dziesięciu latach moje będzie głośniejsze. Lecz w każdym razie byłbym żądał hojnego wynagrodzenia. Nie mając nic, musiałem często walczyć z niedostatkiem, co najwięcej szkodziło mojej karjerze. To, co pani Gerdy zawdzięczała wspaniałomyślności mojego ojca, rozeszło się prawie do szczętu. Moja edukacja kosztowała bardzo wiele i dopiero niedawno zacząłem pokrywać wydatki z dochodów mojej kancelarji. Ja i pani Gerdy żyjemy bardzo skromnie; na nieszczęście ona, jakkolwiek umiarkowana w swoich wymaganiach, nie wie co znaczą słowa: oszczędność i porządek, i niktby nie uwierzył, ile pożerało nasze domowe gospodarstwo. Koniec końców, nie mam sobie nic do wyrzucenia... W pierwszej chwili nie mogłem opanować gniewu — ale teraz nie czuję już żalu. Dowiedziawszy się o śmierci mojej mamki, wrzuciłem w wodę wszystkie moje nadzieje...
— Źle zrobisz, panie adwokacie. — wtrącił sędzia. — Teraz na mnie przyszła kolej powiedzieć: miej nadzieję! Kto wie, czy jeszcze przed wieczorem nie odzyszczesz swoich praw. Nie taję panu,, że według wszelkiego prawdopodobieństwa sprawiedliwość wpadła na trop mordercy. Wice-hrabia Albert de Commarin musi już być uwięziony.
— Jak to?! — zawołał Noel z najwyższą trwogą; — miałożby to być prawdą? A więc nie omyliłem się, tłumacząc sobie w ten sposób pańskie słowa! Mój Boże!...
— Nie inaczej, panie Gerdy. Dziękuję panu za szczere zeznania, bo one ułatwiają moje zadanie. Jutro, dziś bowiem minuty moje są policzone, urządzimy wszystko jak najlepiej... Teraz prosiłbym tylko o wręczenie mi listów, których niezbędnie potrzebuję.
— Pan sędzia otrzyma je przed upływem godziny. — odrzekł Noel.
A złożywszy sędziemu gorącą podziękę, wyszedł.
Gdyby nasz adwokat nie był tak zajęty swojemi myślami byłby na końcu korytarza ujrzał pana Tabareta, który uszczęśliwiony i rozpromieniony, jak zwiastun pomyślnych wieści, przyjechał galopem z pałacu Commarin.
Zaledwie jego doróżka zatrzymała się przed bramą pałacu Sprawiedliwości, a już stary ajent był na podwórzu i na schodach. Widząc go biegnącego na trzecie piętro, z lekkością młodego chłopca, nie byłby nikt przypuścił, że szósty krzyżyk cięży na jego biodrach. On sam nie wiedział co robi. Nie przypominał sobie, że bezsennie spędził noc, tak się czuł zdrowym, rześkim, silnym; nogi miał ze stali.
Jednem tchem przebiegł korytarz, i jak bomba wpadł do gabinetu sędziego, potrącając protokolistę, który wracał z przechadzki po sali des Pas-Perdus.
— Złapany! — wrzasnął na progu, — okuty, zapakowany, przywieziony, osadzony, ścięty! Mamy ptaszka!
Pan Tabaret, który teraz więcej niż kiedykolwiek przypominał Jasnowidza, robił takie komiczne ruchy, że aż długi pisarz uczuł uśmiech na ustach, za co kładąc się w nocy spać, gniewał się sam na siebie. Jak można było zapomnieć o minie urzędowej!
Natomiast pan Daburon, zostając świeżo pod ciężarem zeznań Noela, uczuł niechęć do tej zbytniej radości, mimo, że ona przynosiła mu pewność. Spojrzał na Tabareta, mówiąc:
— Powoli, panie, powoli... więcej umiarkowania i pamiętaj o miejscu...
W każnym innym razie, uwaga ta byłaby złamała naszego poczciwca, ale dziś był on zanadto uszczęśliwiony, by mógł o niej pomyśleć.
— Umiarkowania? — odpowiedział, — dzięki Bogu posiadam tę cnotę w wysokim stopniu. Ale w życiu nie zdarzyło mi się nic podobnego. Com zapowiedział znalazłem. Złamaną szpadę, podrapane rękawiczki koloru perłowego, cygarniczkę, wszystko. Nie zadługo przyniosą panu te rzeczy i wiele innych. Ja mam mój własny system. Oto zwycięztwo mojej metody, która Gevrola będzie dużo krwi kosztowała. Dałbym sto franków, gdybym go mógł teraz zobaczyć. Ale to trudno, mój Gevrol szuka bruneta z wielkiemi kulcami. To dzielny chłop, ten Gevrol, sławny! Ciekawym ile mu płacą rocznie za jego zręczność...
— Za pozwoleniem, panie Tabaret, — zauważył sędzia, — mówmy poważnie, jeśli łaska, i przystąpmy do rzeczy.
— Doskonale — odrzekł poczciwiec; — dla czego nie! wszak to sprawa skończona. Skoro panu przyprowadzą naszego ptaszka, zechciej mu pan pokazać kawałeczki skórki, wydarte paznogciami ofiary z jego rękawiczek, a zabijesz go na miejscu... Założę się, że wszystko wyśpiewa. Daję w zakład moją głowę, a on niech da swoją, chociaż jego djabła warta. Ale kto wie, czy nie uratuje karku! Te niedołegi, sędziowie przysięgli, gotowi mu przyznać okoliczności łagodzące. Ach! te leniuchy szkodzą sprawiedliwości. Gdyby cały świat był mojego zdania, wymierzenie kary na łotrów nie potrzebowałoby tyle czasu. Zaledwiebym go złowił, zaraz pod nóż. Oto procedura.
Pan Daburon postanowił wysłuchać całej tej powodzi słów. Lecz skoro wyobraźnia Tabareta nie miała już żadnych nowych zasobów, zaczął go wypytywać o szczegóły. Sędzia był bardzo zdziwiony, usłyszawszy, że Albert, ujrzawszy mandat, szepnął do siebie: „Jestem zgubiony!“
— Oto, — rzekł cicho, — okoliczność bardzo obciążająca.
— Bez wątpienia! — dorzucił Tabaret. — W zwykłym stanie nie byłby nigdy wyrzucił słów, które go gubią. Ale myśmy go zbudzili z najlepszego snu. Nie leżał w łóżku. Spał na dywanie. Umyślnie pozwoliłem jednemu służącemu biedz naprzód, bo wiedziałem, że przestrach sługi, przestraszy i pana. Wszystkie moje obliczenia powiodły się jak najlepiej. Ale, nie bójmy się... jeszcze on swoje słowa potrafi nie źle usprawiedliwić. Muszę dodać, że tuż przy nim znaleźliśmy na ziemi pomięty numer Gazette de France, w którym znajdował się opis morderstwa. Ponoś to po raz pierwszy ogłoszenie w dzienniku zdradza winowajcę...
— Prawda, — mruknął sędzia, który jakoś dziwnie się zamyślił; — prawda, pan jesteś człowiekiem nieocenionym. — A głośniej dodał: — mogłem się o tem przekonać, bo właśnie wyszedł ztąd pan Gerdy.
— Pan widziałeś Noela? zapytał poczciwiec.
W tej samej chwili znikło próżne zadowolenie. Chmura czarna niepokoju zaciemniła jego oblicze.
— Noel był tu! — powtórzył. I bojaźliwie zapytał: — Czy wie?
— Nie, — odpowiedział pan Daburon. — Nie potrzebowałem wspominać o panu. Zresztą, czyż panu nie przyrzekłem największą dyskrecję?
— Wyśmienicie! — krzyknął Tabaret. — A co też pan sędzia myśli o Noelu?
— Jestem przekonany, — odpowiedział sędzia, — że to zacne i szlachetne serce; natura silna i zarazem tkliwa. Uczucia, które przedemną wylewał, a o których niepodobna wątpić, objawiają niepospolitą wzniosłość duszy. Rzadko w mojem życiu zdybywałem ludzi, którzyby od pierwszego wejrzenia byli dla mnie tak sympatyczni. Pojmuję, że można być dumnym z takiego przyjaciela.
— A czyż nie mówiłem to samo panu sędziemu! Ten chłopiec robi na wszystkich najlepsze wrażenie. Co do mnie, kocham go jak własne dziecię, i w każdym razie odziedziczy po mnie cały mój majątek. Nie inaczej, wszystko mu zostawię, jak to zresztą napisałem w moim testamencie, który złożyłem u pana Baron, naszego notarjusza. Jest tam także ustęp odnoszący się do pani Gerdy, ale każę go wykreślić, o każę!
— Pani Gerdy, — wtrącił sędzia, — nie będzie wkrótce miała żadnych potrzeb.
— Ona! jakto? Czy może hrabia?
— Jest umierającą i prawdopodobnie nie przeżyje dnia, powiedział to sam adwokat Gerdy.
— Ach! mój Boże! krzyknął poczciwiec, — co pan sędzia mówi, umierająca!... Noel będzie rozpaczał... chciałem powiedzieć, co go to może obchodzić, przecież nie jest jego matką... Umierająca! Ja ją bardzo szanowałem, zanim zacząłem nią gardzić. Biedna ludzkości! Jak widzę, wszyscy winowajcy postanowili umrzeć tego samego dnia, bo zapomniałem panu sędziemu powiedzieć, że opuszczając hotel Commarin, słyszałem, jak jeden służący opowiadał drugiemu, i hrabia, dowiedziawszy się o uwięzieniu syna, został rażony apopleksją.
— Dla pana Gerdy byłby to jeden z najgorszych wypadków.
— Dla Noela?
— Liczyłem na zeznanie hrabiego, aby mu zwrócić wszystko co mu się słusznie należy. Hrabia umarł, wdowa Lerouge zginęła, pani Gerdy umierająca, albo szalona — któż więc potwierdzi, że listy mówią prawdę?
— Prawda, szepnął Tabaret, — smutna prawda! A ja tego nie wiedziałem, ja! Straszny fatalizm! Przecież się nie mylę dobrze słyszałem...
Nie dokończył. Drzwi od gabinetu otworzyły się na oścież, i na progu ukazał się hrabia de Commarin, on sam, poważny, jak jeden ze starych portretów, które wiszą na ścianach jego salonów.
Stary hrabia dal znak ręką, poczem dwaj służący, którzy podtrzymując go, towarzyszyli swojemu panu na schodach i korytarzu, natychmiast się cofnęli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.