Gdzie winowajca/Tom I/całość
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cała powieść |
| Indeks stron | |
|
GDZIE WINOWAJCA?
przez
EMILA GABORIAU.
Z francuzkiego.
TOM I.
Według pierwszego wydania.
LWÓW.
Nakład Spółki Wydawnictwa „Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów.“ Czcionkami Kornela Pillera.
1870.
|
We czwartek, dnia 6-go marca roku 1862, pięć kobiet z wioski Jonchère, przyszło do biura policji w Bougival.
Opowiadały, że od dwóch dni nikt nie widział ich sąsiadki, wdowej Lerouge, która sama jedna zamieszkiwała odosobniony domek. Nadaremnie pukano kilka razy, a że okna i drzwi były szczelnie zamknięte, więc nie można było zajrzeć do wnętrza. To milczenie, to zniknięcie zaniepokoiło wszystkich. Obawiając się zbrodni, a co najmniej wypadku, prosiły, aby „Sprawiedliwość,“ dla zaspokojenia sąsiadów, kazała otworzyć drzwi i weszła do środka.
Bougival należy do miłych miasteczek; odkrywają tam niemało przestępstw, ale zbrodnie zdarzają się bardzo rzadko. Komisarz nie chciał też z początku uczynić zadość prośbom owych kobiet. Ale one tak błagały, tak nalegały, że wreszcie zmęczony urzędnik musiał ustąpić. Posławszy po brygadjera żandarmerji i dwóch jego podwładnych, wezwał ślusarza, i na czele tej siły, otoczony sąsiadami Klaudji Lerouge, wyruszył ku wskazanemu miejscu.
Mały orszak, z żandarmami na przedzie, szedł najpierw szeroką drogą, biegnącą wzdłuż Sekwany, a następnie zwróciwszy się na prawo, dążył ścieżką poprzeczną, która z jednej strony miała mur, z drugiej głęboki rów. Uszedłszy kilkaset kroków, wszyscy zatrzymali się przed skromnym, lecz bardzo przyzwoitym domkiem. Ten dom, a właściwie ta chata, musiała zawdzięczać swoje istnienie jakiemu przekupniowi paryzkiemu, kochającemu się w pięknej naturze, bo dokoła były starannie wyniszczone wszystkie drzewa. Szerszy niż dłuższy domek, o którym mowa, składał się z parteru o dwóch pokojach i małego poddasza. Z tyłu rozprzestrzeniał się źle utrzymany ogród, a mur z nasypanych kamieni, wysoki na jeden metr, nie mógł go ochronić od napaści niegrzecznych darmojadów. Do ogrodu wiodła mała brama, opatrzona drewnianą kratą.
— To tu, rzekły kobiety.
Komisarz policji stanął. W czasie pochodu, zastęp jego znacznie się powiększył, bo każdy próżniak, jakiego zdybano w drodze, poczytywał sobie za obowiązek, przyłączyć się do przestrzegaczy publicznego porządku. Śmiało można powiedzieć, że co najmniej było czterdziestu ciekawych.
— Niech nikt nie wchodzi do ogrodu, rzekł komisarz.
A dla tem większej pewności, że rozkaz jego będzie spełniony, postawił dwóch żandarmów przy bramie; sam zaś zwrócił się ku domowi, w towarzystwie brygadjera i ślusarza.
Ołowianą gałką od laski, uderzył kilkakrotnie najpierw we drzwi, a potem kolejno we wszystkie okiennice. Po każdym uderzeniu przykładał ucho do drzewa i słuchał. Nie słysząc nic, zwrócił się do ślusarza:
— Otwórz, rzekł.
Rzemieślnik odpiął pęk żelaziwa i zaczął dobierać narzędzi. Właśnie włożył do dziurki od klucza jeden z większych wytrychów, gdy wtem głośna wrzawa wszczęła się między stojącymi próżniakami.
— Klucz, wołano, oto klucz!
W rzeczy samej, jakieś dwunastoletnie dziecię, bawiące się ze swemi rówieśnikami, znalazło w głębokim rowie, koło drogi, ogromny klucz; podniósłszy go, niosło do komisarza znaleziony skarb z miną tryumfującą.
— Daj tu chłopcze! zawołał brygadjer... zobaczymy.
Włożono klucz; rzeczywiście był od tych samych drzwi.
Komisarz i ślusarz zamienili spojrzenie smutnego przeczucia. „Źle!“ mruknął brygadjer i wszyscy weszli do domu, podczas gdy tłum, chcąc się dowiedzieć co się dzieje wewnątrz, pomimo surowych przestróg żandarmów, drżał z niecierpliwości, wrzeszczał, wdrapywał się na mur i wyciągał szyję.
Ci, którzy przeczuwali zbrodnię, bynajmniej się nie omylili; komisarz przekonał się o tem już na progu. W pierwszym pokoju wszystko mówiło żałobnym tonem o bytności zbrodniarzów. Meble, a między niemi wszystkie szafy i komody, były pootwierane. W drugiej izbie, służącej za sypialnię, bezład był jeszcze większy. Zdawało się, jak gdyby jakaś złośliwa ręka znajdowała upodobanie w wywracaniu ubogich gratów.
Nakoniec obok kominka, z twarzą w popiele, leżał trup wdowej Lerouge. Cała jedna połowa twarzy i włosy były spalone; cud prawdziwy, że ogień nie ogarnął odzieży zabitej.
— łotry! patrzcie... zawołał brygadjer żandarmerji, czyliż nie mogli ją okraść nie zabijając?
— Ale gdzie ją uderzono? zapytał komisarz, nie widzę krwi...
— Tu, tu, między ramiona, panie komisarzu, odrzekł żandarm. Dalipan, śmiałe dwa uderzenia! Założyłbym się o mój stopień, że nawet nie miała czasu krzyknąć „Ach!“
Pochylił się i ręką dotknął trupa.
— Zimna, zimna jak lód... Ale bądź co bądź, ciało nie całkiem skostniało... Nie więcej jak półtorej doby, jak ją zabito.
Tymczasem komisarz spisywał protokół na chwiejącym się stole.
— Na co przyda się gadanina, rzekł do brygadjera, tu trzeba znaleźć winnych. Niech o wszystkiem doniosą sędziemn pokoju i merowi. Prócz tego, ten list trzeba natychmiast odwieźć do Paryża, do sądu. W dwie godziny może nadjechać sędzia śledczy. Co do mnie, poprzestanę na śledztwie wstępnem.
— Czy ja sam mam odnieść list? zapytał brygadjer.
— Nie. Poszlij jednego z twoich ludzi; ty, panie brygadjerze, możesz mi być bardzo pożytecznym, bo trzeba wstrzymywać ciekawych i wyszukać świadków. Tu zostawmy wszystko jak jest, a ja urządzę się w drugim pokoju.
Jeden z żandarmów pobiegł do stacji Reuil, a komisarz rozpoczął śledztwo wstępne, przepisane prawem.
Co za jedna była ta wdowa Lerouge? zkąd pochodziła? co robiła? z czego i jak żyła? Jakie były jej zwyczaje, obyczaje, znajomości? Czy miała nieprzyjaciół, czy należała do skąpych, czy mówiono o niej, że ma pieniądze? Oto szczegóły, na które komisarz szukał odpowiedzi.
Ale mimo, że świadków było nie mało, żaden z nich nie był dobrze poinformowany. Zeznania sąsiadów, których kolejno wypytywano, były czcze, nieloiczne, niedostateczne. Nikt nie umiał coś stanowczego powiedzieć o ofierze, nie należącej do wioski Jonchère. Zresztą, przychodziło dość i takich osób, które od sędziego chciały się coś dowiedzieć. Tylko ogrodniczka, przyjaciółka wdowej Lerouge i mleczarka, u której zabita brała mleko, mogły podać kilka szczegółów, wprawdzie drobniejszych, ale za to dokładnych.
Nakoniec po trzechgodzinnem nieznośnem wypytywaniu, na które odpowiadano zwykłem: „Tak mówią,“ — po zebraniu najsprzeczniejszych świadectw i najśmieszniejszych plotek, komisarzowi policji zdawały się pewnemi tylko następujące szczegóły:
Przed dwoma laty, na początku roku 1860, wdowa Lerouge przyjechała do Bougival, na wielkim wozie, przepełnionym meblami, bielizną i sukniami. Zamieszkawszy w hotelu, oświadczyła właścicielowi, że chce się osiedlić w okolicy, i niezwłocznie zaczęła szukać odpowiedniego domku. Znalazłszy tę chatę, najęła ją bez targu za 320 franków, płatnych w ratach kwartalnych z góry, ale nie chciała podpisać całorocznego układu dzierżawy.
Wynająwszy mieszkanie, sprowadziła się tego samego dnia, i wydała około stu franków na reperacje. Była to kobieta od 54 do 55 lat, dobrze zachowana, silna i zdrowa. Nikt nie umiał powiedzieć, dla czego wybrała wioskę, w której nikogo nie znała. Myślano, że pochodzi z Normandji, bo zrana widziano ją nieraz w czepcu z bawełnianej włóczki. Mimo tego nocnego czepca, w dzień ubierała się z pewną zalotnością. Zazwyczaj nosiła bardzo piękne suknie, do koronkowego czepca przypinała śliczne wstążki, a na szyi, w uszach i na rękach miała zawsze pełno klejnotów. Zapewne musiała gdzieś mieszkać nad brzegiem morskim, bo w rozmowie wspominała ciągle o okrętach.
Nie lubiła mówić o mężu, który według jej zeznania, miał zginąć przy rozbiciu okrętu. Ale o tym smutnym wypadku, nie przytoczyła nigdy ani jednego szczegółu. Tylko raz, w przytomności trzech osób, rzekła do mleczarki: „Nie ma kobiety, któraby była tak nieszczęśliwą, jak ja w pożyciu małżeńskiem,“ innym razem mówiła: „Każda nowość bawi; nieboszczyk mój mąż kochał mię tylko rok.“ — Wdowa Lerouge uchodziła za bogatą, a przynajmiej za mającą się dobrze. Nie była skąpą. Pewnej kobiecie z Malmaison pożyczyła 60 franków nie żądając zwrotu, a jakiemuś rybakowi z Port-Marly dała 200 franków. Lubiła dobrze żyć, wydawała wiele na jadło, a wino sprowadzała w półbeczkach. Z przyjemnością podejmowała u siebie znajome kobiety, a jej obiad był zawsze wyborny. Jeśli jej mówiono, że jest bogatą, nie wypierała się. Nie raz słyszano jak mówiła: „Nie mam wielkich dochodów, ale dzięki Bogu na niczem mi nie zbywa. Gdybym chciała więcej, zarazbym miała.“
Zresztą, nie wspominała nigdy o swej przeszłości, rodzinie, lub miejscu dawnego pobytu. Należała do osób bardzo gadatliwych, a jeśli się rozterkotała, to mówiła tylko źle o swych bliźnich. Ale musiała widzieć nie mało świata, bo umiała mówić o wszystkiem. Podejrzliwa, barykadowała się u siebie jak w twierdzy. Pod wieczór nigdy nie wychodziła; wiedziano powszechnie, że przy obiedzie zawsze się upijała, poczem niezwłocznie udawała się na spoczynek. Obce osoby rzadko u niej widywano; cztery czy pięć razy odwiedziła ją jakaś dama z młodym człowiekiem, a innym razem przyjechali dwaj panowie, z których jeden był bardzo stary i dekorowany, a drugi młody. Ci dwaj przybyli w wytwornym powozie.
Wogóle, nie bardzo ją lubiano. Jej uwagi były nieraz rażące i dziwne w ustach kobiety w tym wieku. Słyszano, jak dawała pewnej dziewczynie najhaniebniejsze rady. Mimo to, jeden z rzeźników, zamieszkałych w Bougiyal, znudzony swojem rzemiosłem, nadskakiwał jej dość uporczywie. Nie chciała go, mówiąc, że dość raz pójść zamąż. Kilkakrotnie widziano u niej nieznanych mężczyzn. Najpierw młodego człowieka, który zdawał się być urzędnikiem przy kolei żelaznej, a następnie dość podeszłego w bluzie, który, wnosząc z powierzchowności, musiał być bardzo zły. Przypuszczano, że obaj byli jej kochankami.
Wypytując się, komisarz streszczał pisemnie wszystkie odpowiedzi, gdy nagle wszedł sędzia śledczy, który przyprowadził z sobą naczelnika policji i jednego z jego ajentów.
Pan Daburon, sędzia, który później ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich swoich przyjaciół i znajomych, rzucił się do gospodarstwa w chwili, gdy najpiękniejsza karjera zaczęła się doń uśmiechać, mógł wtedy liczyć lat trzydzieści ośm; był silnie zbudowany, sympatyczny, mimo powierzchownego chłodu, a na twarzy jego malowała się słodycz obok smutku.
Będąc sędzią śledczym od roku 1859, zjednał sobie w krótkim przeciągu czasu świetną reputację. Pracowity, cierpliwy i obdarzony rzadkim sprytem, z łatwością rozpatrywał się w najzawilszej sprawie, a wśród tysiąca najrozmaitszych nitek, umiał uchwycić nić przewodną. Uzbrojony w niezachwianą loikę, rozwiązywał prawie zawsze szczęśliwie owe straszne pytanie: „Gdzie jest winowajca?“ Zręczny w odkrywaniu rzeczy nieznanych, wyzyskiwał z nadzwyczajną przezornością każdy fakt, każdą okoliczność, choćby na pozór wydawały się nic nie znaczące.
Mimo tylu i tak cennych przymiotów, pan Daburon nie urodził się sędzią. Drżąc wypełniał powierzone mu obowiązki, jak gdyby sam lękał się nadzwyczajnej swojej potęgi. Nie raz, gdy tylko śmiały rzut mógł był odkryć prawdę, zabrakło mu odwagi... W sądzie mawiano o nim: „To tchórz.“ Lękliwość ta była u niego całkiem zrozumiałą, bo na samo wspomnienie błędów popełnionych przez sądy, włosy jeżyły mu się na głowie. Nie zadowalając się przekonaniem lub prawdopodobnem przypuszczeniem, pan Daburon chciał zawsze absolutnej prawdy. Dopóty nie mógł spocząć, dopóki obżałowany nie pochylił czoła przed niewątpliwym dowodem. Jeden z jego podwładnych mawiał: że Daburon nie szukał winnych, ale niewinnych.
Naczelnikiem policji, był słynny Gevrol, który z czasem będzie odgrywał wielką rolę w dramatach naszych wnuków. Niewątpliwie należy on do ludzi bardzo zręcznych, lecz brak mu wytrwałości a przytem oślepia go nieraz dziwny upór. Jeśli zgubi trop, nigdy się nie wróci i nigdy nie rozpocznie poszukiwań od początku. Zresztą, szczyci się niepospolitą odwagą i taką krwią zimną, że go nikt i nic nie zmiesza. Obdarzony siłą Herkulesa, ukrytą pod wątłą powierzchownością, nigdy nie wahał się rzucić nawet na całą zgraję złoczyńców.
Ale jego właściwością, sławą, tryumfem, była pamięć fizjognomii tak nadzwyczajna, że przechodziła granice prawdopodobieństwa. Jeśli patrzał na jaką twarz przez pięć minut, przywłaszczył ją sobie na wieki. Poznał ją wszędzie i zawsze. Miejscowość, okoliczności i najdziwaczniejsze przebrania, nie mogły go oszukać. Pochodziło to ztąd, że nie patrzał na człowieka, tylko na jego oczy. Wzrok też poznawał, nie troszcząc się o rysy.
W Poissy zrobiono niedawno następujące doświadczenie: Trzech obżałowanych ubrano w długie suknie, aby ukryć ich figurę, na twarz włożono im jednakowe maski i tak przebranych przedstawiono Gevrolowi.
Bez najmniejszego wahania poznał każdego ze swoich znajomych i kolejno wymienił ich nazwiska.
Czy tylko przypadek był mu pomocnym?
Adjutantem Gevrola był dawny złoczyńca, który pojednał się z prawem; chłop wysoki jak dąb, zręczny w swojem rzemiośle, i nie wierzący w zbytnią siłę swego naczelnika. Nazywał się Lecoą.
Komisarz policji, któremu własna odpowiedzialność zaczynała co raz więcej dokuczać, przyjął sędziego śledczego i obu ajentów, jak swoich zbawców. W krótkości przytoczył wszystkie fakta i odczytał protokół.
— Bardzoś pan dobrze zrobił, rzekł sędzia, — zasługujesz na pochwałę... szkoda tylko, żeś pan zapomniał o jednej rzeczy...
— O czem? zapytał komisarz.
— Jakiego dnia widziano po raz ostatni wdowę Lerouge i o której godzinie?
— Pamiętałem i o tem, panie sędzio. Widziano ją wieczór w tłusty wtorek, o godzinie piątej minut dwadzieścia. Wracała z Bougiyal z wielkim koszem w ręku.
— Pan komisarz jest pewnym godziny? zagadnął Gevrol.
— Najpewniejszy, i oto dla czego: świadki, których zeznania są zgodne, pani Tellier i bednarz, mieszkający w pobliżu, właśnie wysiadali z omnibusa amerykańskiego, który z Marły wyjeżdża każdej godziny, gdy ujrzeli wdowę Lerouge na drodze poprzecznej. Przyspieszywszy kroku, aby z nią pomówić, pożegnali ją dopiero przy drzwiach domu.
— A co miała w koszu? zapytał sędzia.
— Świadkowie nie wiedzą. Utrzymują tylko, że zabita miała dwie opieczętowane butelki wina i litr wódki. Uskarżając się na ból głowy, oznajmiła, że jakkolwiek było jej zwyczajem przepędzać wesoło wieczór tłustego wtorku, wszelako tym razem zamierza położyć się zaraz po objedzie.
— Doskonale! zawołał naczelnik policji, — wiem gdzie trzeba szukać.
— I cóż? wtrącił sędzia Daburon.
— Do kata! to bardzo jasne. Potrzeba wyszukać słusznego bruneta w bluzie. Wino i wódka były dla niego przeznaczone. Wdowa spodziewała się go na objad. Przyszedł, luby kochanek.
— Ależ! zawołał brygadjer widocznie rozdąsany, — Lerouge była brzydka jak noc i strasznie stara.
Gevrol spojrzał z politowaniem na zacnego żandarma.
— Wiedz, panie brygadjerze, rzekł, że kobieta mająca pieniądze, jest zawsze młoda i piękna.
— Być może, że w tem jest nieco prawdy, podchwycił sędzia śledczy, ale to mię nie uderza... Raczej należy zwrócić uwagę na własne słowa wdowej Lerouge: „Gdybym chciała więcej, miałabym.“
— Właśnie to samo zajęło i moją uwagę, — potwierdził komisarz.
Lecz Gevrol nie chciał nawet słuchać. Myśląc, że już jest na tropie, rozglądał się uważnie we wszystkich kątach pokoju. Nagle zbliżył się do komisarza.
— Zdaje mi się, zawołał, że właśnie w tłusty wtorek zmieniło się powietrze. Po czternastodniowym przymrozku, zaczął deszcz padać. O której godzinie padły pierwsze krople?
— O pół do dziesiątej, odpowiedział brygadjer. Wyszedłszy z domu, byłem już na rogu ulicy Rybackiej, gdy silny wiatr nadniósł chmury deszczowe. W dziesięć minut było na drodze wody na pół cala...
— Wybornie! krzyknął Gevrol. Jeśli więc złoczyńca przyszedł po pół do dziesiątej, musiał mieć na butach pełno błota... jeśli go nie miał, więc przyszedł wcześniej. O tem można się było bardzo łatwo przekonać, bo posadzka jest woskowana. Czy były ślady, panie komisarzu?
— Muszę przyznać, że o tem nikt z nas nie pomyślał...
— Ależ, wtrącił ajent publicznego bezpieczeństwa tonem gniewnym, to bardzo źle.
— Pozwólcie, rzekł komisarz, można się jeszcze przekonać, jeśli nie w tym, to w drugim pokoju. Tam nie robiliśmy nic... Moje ślady i ślady brygadjera dadzą się łatwo rozróżnić. Zobaczymy...
Gdy komisarz otworzył drzwi od drugiego pokoju, Gevrol wstrzymał go.
— Proszę pana sędziego, aby mi pozwolił wejść samemu, to ważne dla mnie.
— Bardzo chętnie, potwierdził pan Daburon.
Gevrol wszedł pierwszy, a wszyscy zatrzymali się na progu. Tak więc mógł jednym rzutem oka objąć całą scenę krwawej zbrodni.
Na środku stał stół o jednej nodze, pokryty obrusem cienkim i białym jak śnieg. Na nim stała piękna szklanka z ciętego kryształu, bardzo ładny nóż i talerz porcelanowy. Widziano tam także zaledwie odkorkowaną butelkę wina, oraz flaszkę wódki, z której nadpito pięć lub sześć kieliszków.
Na prawo, po obu bokach okna, stały dwie piękne komody orzechowe, z misternie wyrabianemi zamkami. Obie były próżne, bo to, co zawierały, leżało porozrzucane na posadzce. Były to wstążki, czepki, bielizna, a wszystko pomięte i porozwijane.
W głębi, tuż obok kominka, duża szafa w murze, zawierająca naczynia stołowe, stała otworem. Z drugiej strony kominka stary sekretarzyk o marmurowym wierzchu, był rozbity, połamany i przetrząśnięty w najtajniejszych schowkach. Powyciągane szufladki leżały na posadzce.
Nareszcie na lewo, łóżko było najzupełniej rozrzucone. Złoczyńca wyciągnął nawet słomę z siennika.
— Najmniejszego śladu, mruknął Gevrol zbity z tropu; musiał przyjść przed godziną dziewiątą... Teraz możemy wejść wszyscy.
Zbliżył się do trupa wdowej Lerouge, obok którego ukląkł.
— Nie ma co mówić, ciągnął, zrobiono jak należy... Morderca nie jest nowicjuszem.
Następnie rzucając na prawo i lewo badawcze spojrzenie:
— O! o! biedne stworzenie zabierało się właśnie do pracy kuchennej... Oto na ziemi ryneczka z szynką i jajami. Brutal nie był nawet na tyle cierpliwym, żeby poczekać na wieczerzę. Jegomość spieszył się, więc uderzył w próżny żołądek. Ale tem gorzej dla niego... Przy obronie nie będzie mógł powiedzieć, że wino deserowe wprowadziło go w dobry humor...
— Zdaje się nie podlegać najmniejszej wątpliwości, rzekł komisarz policji do sędziego śledczego, że kradzież była głównym powodem zbrodni.
— Bardzo być może, odpowiedział Gevrol tonem przebiegłym: pan komisarz zapewne dla tego wyprowadził ten wniosek, że na stole nie ma znaku ze sreber.
— Patrzcie! zawołał Lecoą, który przetrząsał szuflady, — oto złoto, jest 320 franków.
— Czy rzeczywiście? zapytał Gevrol nieco zdekoncertowany.
Ale wnet przyszedł do siebie i rzekł:
— Musiał je zapomnieć. Nie takie zdarzają się wypadki! Ja sam widziałem skrytobójcę, który po dokonaniu morderstwa stracił głowę i uciekł nie wziąwszy nic. Nasz panicz musiał się wzruszyć. Zresztą, kto wie, czy mu nie przeszkodzono. Może kto zapukał do drzwi. Na tę myśl sprowadza mię głównie okoliczność, że łotr zgasił świecę. Zapewne bał się, by go nie zobaczono przez szparę w okiennicy.
— Dość! — zauważył Lecoą, — to nic nie udowadnia. Może to był człowiek dbały i oszczędny.
Obaj ajenci zarządzili w całym domu nowe poszukiwania, ale najdokładniejsze śledzenie nie wprowadziło ich na żaden świeży trop, bo nawet papiery wdowej Lerouge, — jeśli miała jakie, znikły bez śladu. Nie znaleziono ani listu, ani świstka papieru — nic.
— I cóż panowie? zawołał nareszcie sędzia śledczy.
— Wszystko przetrząśnięte, panie sędzio, — odpowiedział Gevrol. — Łotr był bardzo ostrożny! Ale ja go dostanę. Jeszcze przed wieczorem wpadnie mi w ręce ze dwanaście osób. Zresztą, bądź co bądź, nie umknie... Zabrał z sobą srebra i klejnoty — zgubiony!
— Z tem wszystkiem, — wtrącił sędzia Daburon, — nie postąpiliśmy ani na krok.
— Co począć? Zrobiło się, co się mogło zrobić, mruknął Gevrol.
— Do kroćset! — krzyknął Lecoq dość głośno, — dla czego nie ma tu pana Jasnowidza?
— Ciekawym, na coby się przydał? odparł Gevrol, rzucając na podwładnego piorunujące spojrzenie.
Lecoq zwiesił głowę i nie odrzekł słowa, lecz w duszy był zadowolony, że mu się udało dokuczyć przełożonemu.
— Co to za pan Jasnowidz? — zapytał sędzia śledczy, — zdaje mi się, żem już o nim słyszał; ale nie pamiętam gdzie i kiedy.
— To twarda sztuka! zawołał Lecoq.
— To dawny urzędnik z biura zastawniczego, — dodał Gavrol, to stary bogacz, a jego właściwe nazwisko jest Tabaret. On z satysfakcji jest policjantem.
— Aby zwiększyć swoje dochody — zauważył komisarz.
— Furda! odparł Lecoq, on pewnie o tem nie myśli. Pracuje tylko dla sławy, przyczem cierpi nie raz jego własna kieszeń. Nie prawdaż piękna rozrywka! To rzadki człowiek... Pan komisarz przypomina sobie sprawę owego bankiera, która swego czasu tyle narobiła hałasu... Otóż nie kto inny, tylko Tabaret zgadł wtedy, że dama okradła się sama, co potem udowodnił... Dla jego sprytu nazwaliśmy go Jasnowidzem.
Prawda, odpowiedział Gevrol. Jemu także zawdzięcza życie ten biedny Deréme, którego posądzano o otrucie żony, kobiety nicpotem, a który był niewinny jak dziecko. Szczęście, że mu nie ucięto głowy...
— Panowie, daremnie czas tracimy, przerwał sędzia śledczy, a następnie zwracając się do ajenta Lecoq:
— Idź, rzekł i poproś pana Tabaret. Bardzo wiele o nim słyszałem; będę szczęśliwym, widząc go czynnym w tej tajemniczej sprawie.
Lecoq wybiegł; Gevrol stał ze zwieszoną głową, bardzo poniżony w swojej policyjnej ambicji.
— Pan sędzia, mówił drżącym głosem, może żądać usług od kogo mu się podoba, lecz mimo to zdaje mi się...
— Nie martw się, panie Gevrol, przerwał mu pan Daburon. Przecież znamy się od dawna, wiem ileś wart; ale niestety, dziś nie możemy się zgodzić... Nasze zapatrywania są wręcz przeciwne. Pan ciągle trzymasz się owego bruneta w bluzie, a ja jestem przekonany, żeś zboczył z prawdziwej drogi.
— Sądzę, że się nie mylę, odpowiedział naczelnik policji, i ufam, że mi się uda udowodnić... Znajdę złoczyńcę nawet na końcu świata.
— Nie żądam więcej.
— Tylko pan sędzia będzie łaskaw pozwolić, bym mu mógł dać... jakżeż to powiedzieć, żeby nie obrazić?... jedną radę...
— Mów.
— A więc proszę pana sędziego, żeby zbytecznie nie ufał panu Tabaret...
— Doprawdy? A to dla czego?
— Dla tego, że ten poczciwiec jest zanadto namiętny. On jak autor, poluje zawsze na wrażenie... A że jest pyszny jak paw, więc nieraz unosi się i odchodzi od siebie... Skoro tylko ujrzy zbrodnię, naprzykład taką jak dziś, chce w tej chwili wszystko wytłumaczyć. W rzeczy samej wymyśla natychmiast bajeczkę, stosującą się najzupełniej do położenia. Jest tak dalece próżnym, że na jednym drobiazgowym szczególe ośmiela się budować całą scenę morderstwa, jak ów mędrzec, który na jednej kosteczce buduje całe zwierzę przedpotopowe. Nie raz zgadnie, ale często grubo się omyli. To też w sprawie krawca, tego nieszczęśliwego Deréme, bez mojej pomocy...
— Dziękuję panu za ostrzeżenie, przerwał pan Daburon; nie omieszkam zeń korzystać... Ale tymczasem, panie komisarzu, musimy dowiedzieć się koniecznie, zkąd pochodziła wdowa Lerouge.
Procesja świadków, przyprowadzona przez brygadjera żandarmerji, zaczęła defilować przed sędzią śledczym.
Ale nie odkryto żadnego nowego faktu. Wdowa Lerouge musiała należeć do osób bardzo dyskretnych, kiedy mimo swej nadzwyczajnej gadatliwości, nie zwierzyła się z niczem przed swemi sąsiadkami.
Kto tylko przyszedł, miasto dokładnych szczegółów, podawał sędziemu pod rozwagę tylko swoje przekonania i osobiste poglądy. Opinia publiczna oświadczyła się za Gevrolem. Jednogłośnie uważano bruneta w bluzie za sprawcę haniebnego skrytobójstwa. Przypominano sobie jego dzikie wejrzenie, które przestraszyło całą wioskę. Nie jeden, uderzony jego podejrzaną fizjonomją, unikał go z daleka. Pewnego wieczoru groził jakiejś kobiecie, a innym razem bił dziecię na drodze. Wprawdzie nie umiano wskazać ani kobiety ani dziecka, ale to drobnostka; dość że jego brutalstwo było powszechnie znane.
Pan Daburon był już zrozpaczony, bo chaotyczne te wieści i zeznania nie mogły przyczynić się do wyjaśnienia tajemniczej sprawy, gdy w tem nadeszła pewna kupcowa z Bougival, u której zabita zwykła była zaopatrywać się w rozmaite potrzeby, i jakiś trzynastoletni chłopiec, który twierdził, że wie coś ważnego.
Kupcowa przyszła pierwsza. Słyszała ona nie raz, że wdowa Lerouge wspominała o swoim żyjącym synie.
— Czy pani dobrze pamiętasz? napierał sędzia.
— Doskonale, odparła kupcowa; wspominała nawet tego samego wieczoru, chociaż była wtedy, z przeproszeniem pańskiego honoru, trochę pijana. W moim sklepie siedziała długo, może godzinę...
— I mówiła?
— Zdaje mi się, jakbym ją jeszcze widziała, ciągnęła kupcowa; siedziała koło kontuaru i żartowała z rybakiem Husson, który to może potwierdzić, a którego ona nazywała marynarzem na słodkich wodach. Mój mąż, mówiła do mnie, był także marynarzem; nie raz całe lato spędzał w podróży, a potem przywoził mi zawsze orzechy kokosowe. Mam syna, dodała, który jest także, jak nieboszczyk jego ojciec, marynarzem na statku państwowym...
— Czy wymówiła imię swego syna?
— Tym razem nie, lecz tydzień przedtem przytoczyła jego imię... ale wtedy — z przeproszeniem pańskiego honoru, była pijana jak świnia. Mówiła, że jej syn nazywa się Jakób i że go już oddawna nie widziała.
— Czy mówiła źle o swoim mężu?
— Nigdy. Mówiła tylko, że nieboszczyk był zazdrośny i niegrzeczny, choć w gruncie dobry człowiek, i że ją strasznie męczył. Miał płytko w głowie a cobądź go gniewało. Nakoniec że był głupi, bo był zanadto poczciwy.
— Czy syn odwiedził ją od czasu jak mieszkała w Jonchère?
— Nie mówiła mi o tem.
— Czy dużo u pani wydawała?
— Jak czasem. Na miesiąc brała zwykle za sześćdziesiąt franków, czasem więcej, bo lubiła stary koniak. Płaciła zawsze gotówką...
Kupcowa, nie umiejąc więcej powiedzieć, odeszła.
Chłopczyk, który po niej wszedł do pokoju, był synem jednej z rodzin bogatszych we wiosce. Był słusznego wzrostu i jak na swój wiek, zanadto silnie zbudowany. Oko miał inteligentne, a twarz rozwiniętą i chytrą. Sędzia nie robił na nim najmniejszego wrażenia...
— I cóż nam powiesz, chłopcze? zagadał pan Daburon.
— Panie, dwa dni przedtem, w samą tłustą niedzielę, widziałem jakiegoś człowieka w bramie od ogrodu pani Lerouge.
— Mniej więcej o której godzinie?
— Bardzo wcześnie, szedłem właśnie do kościoła, aby służyć do drugiej mszy.
— Wybornie, wtrącił sędzia; a ten człowiek czy był słuszny, czarny, i czy miał na sobie bluzę?
— Nie, panie; przeciwnie, ten był niski, podsadkowaty, gruby i nie bardzo stary.
— Nie mylisz się?
— Uchowaj Boże! odrzekł chłopak. — Widziałem go z bliska, bom z nim rozmawiał.
— Opowiedz mi wszystko.
— Tak więc, panie, właśnie gdym przechodził, ujrzałem go w bramie. Miał oczy bardzo zagniewane, ach tak zagniewane, że trudno opisać. Jego twarz była czerwona, prawie fioletowa, aż do połowy czaszki, o czem nie tak trudno można się było przekonać, bo na głowie nie miał włosów...
— I on pierwszy do ciebie zagadał?
— Tak, panie. Ujrzawszy mię, krzyknął: — „Hej! malcze!“ zbliżyłem się natychmiast. — „Czy masz dobre nogi? Jam odpowiedział: Doskonałe. Wtedy wziął mię za ucho, ale tak, że mię nie bolało i rzekł: — Kiedy tak, to zrobisz mi jedną przysługę, a ja dam ci za to dziesięć su. Pobiegniesz aż do Sekwany. Nim jeszcze zdążysz do brzegu, ujrzysz wielki okręt przymocowany liną; pójdziesz na pokład i zapytasz się o właściciela Gervais. Bądź pewny, że go zastaniesz; powiedz mu, że może gotować się do odpłynięcia, bom już wszystko ukończył.“ Rzekłszy to, dał mi dziesięć su, a jam pobiegł.
— Gdyby wszyscy świadkowie byli tak mowni jak ten chłopiec, — mruknął komisarz, — toby była przyjemność...
— A teraz, — przerwał komisarz, — powiedz nam, jak się wywiązałeś z tego posłannictwa.
— Przyszedłem na pokład, panie sędzio, znalazłem człowieka, powiedziałem mu i oto wszystko.
Gevrol, który przysłuchiwał się z natężoną uwagą, szepnął do ucha sędziemu Daburon:
— Panie sędzio, czy nie mógłbym zadać kilka pytań temu urwisowi?
— I owszem.
— Powiedz mi, mój przyjacielu, — pytał ajent, — czy znałbyś tego człowieka, jeślibyś go gdzie zdybał?
— Z pewnością.
— Czy miał na sobie co uderzającego?
— Nie inaczej, twarz jak cegła..
— I to wszystko?
— Wszystko.
— Lecz musisz przecie pamiętać, jak był ubrany, czy bluzę
— Nie. Miał raczej długi surdut. Na boku były dwie duże kieszenie, a z jednej z nich wyglądała do połowy chustka w kraty.
— Jakie miał pantalony?
— Dalipan, nie pamiętam.
— A kamizelkę?
— Zaraz, zaraz, — odparł chłopiec. — Czy miał kamizelkę? Zdaje mi się że nie. Kto wie czy nie miał... Lecz nie, nie miał... Tylko na szyi miał długą chustkę, spiętą dużym pierścieniem.
— Jak widać, — zauważył Gevrol tonem zadowolenia, — ty, mój chłopcze, nie należysz do głupich, a założę się, że jeśli dobrze poszukasz, znajdziesz jeszcze nie jeden ciekawy szczegół.
Chłopiec zwiesił głowę i zamilkł. Po fałdach na młodem czole nie trudno było poznać, że wytężał całą pamięć.
— Prawda, — krzyknął, — przypomniałem sobie jeszcze jedna rzecz.
— Co?
— W uszach miał bardzo wielkie kulce.
— Brawo! — zawołał Gevrol, — oto szczegół doskonały 1 Znajdę go; pan sędzia może być spokojny.
— W rzeczy samej, zeznania tego dziecka uważam za nader ważne, — odpowiedział pan Daburon.
A zwracając się do chłopca:
— Nie mógłbyś nam powiedzieć, mój przyjacielu, — zapytał, — czem był naładowany statek?
— Nie wiem, panie.
— Czy płynął z wodą, czy w górę?
— Stał na jednem miejscu.
— Wiemy o tem, — wtrącił Gevrol, — ale pan sędzia pyta, w którą stronę był zwrócony przód okrętu. W stronę Paryża, czy Merly?
— Oba końce statku były do siebie całkiem podobne.
Naczelnik straży bezpieczeństwa zrobił znak niezadowolenia.
— Ach! — rzekł, zwracając się do chłopca, — powinieneś był zapamiętać nazwisko okrętu, przecież umiesz czytać. Powinniśmy zawsze wiedzieć, na jaki statek wchodzimy.
— Nie widziałem żadnego napisu, — odpowiedział chłopiec.
— Jeśli statek stał dłuższy czas na jednem miejscu, — zauważył pan Daburon, — musieli go widzieć mieszkańcy z Bougival.
— Pan sędzia ma słuszność, — potwierdził komisarz.
— Trafna uwaga, — dodał Gevrol. — Zresztą, marynarze wysiadają na ląd i idą do szynku. Dowiem się... A jak wyglądał ów właściciel Gervais, mój mały przyjacielu?
— Jak wszyscy marynarze w tych stronach.
Mały świadek chciał już wyjść, lecz sędzia wstrzymał go u progu.
— Nim wyjdziesz, powiedz mi, moje dziecko, czyś mówił dawniej o tem spotkaniu?
— W niedzielę, panie sędzio, wróciwszy z kościoła, opowiedziałem wszystko mojej matce, a nawet oddałem jej dziesięć su...
— I opowiedziałeś całą prawdę? — ciągnął sędzia. — Powinieneś wiedzieć, że wobec sądu nie wolno nic zataić. Sąd wszystko odkryje, a tych, którzy kłamią, surowo karze.
Mały świadek poczerwieniał na twarzy jak wiśnia i spuścił oczy...
— Widzisz, napierał pan Daburon, żeś ukrył jakiś szczegół... Alboż nie wiesz, że policja wszystko widzi?
— Przepraszam pana sędziego, — zawołał chłopiec, zachodząc się od płaczu, — przepraszam, niech mię pan sędzia nie karze, ja już tego nigdy nie zrobię.
— A więc przyznaj się, w czem nas oszukałeś?
— Dobrze, panie sędzio; nie dziesięć, ale dwadzieścia su dał mi ów człowiek. Tylko połowę oddałem mamie, a drugą połowę zostawiłem sobie na piłkę...
— Mój mały przyjacielu, — przerwał sędzia, — tym razem przebaczam. Ale niech ci to posłuży za naukę na całe życie. Odejdź, lecz pamiętaj, że prawdy nie można zataić, bo sprawiedliwość zawsze ją odkryje.
Ostatnie dwa zeznania, zebrane przez sędziego, mogły nareszcie dać niejaką nadzieję. Pośród gęstych cieni, poczęło błyskać małe światełko, jak lampa morska.
— Jeśli pan sędzia uzna za stosowne, pójdę do Bougival, rzekł Gevrol.
— Może będzie lepiej zaczekać chwilę, — odpowiedział pan Daburon. — Tego człowieka widziano w niedzielę rano. Dowiemy się, co przez cały ten dzień robiła wdowa Lerouge.
Wezwano trzy sąsiadki. Zgodnie oświadczyły, że wdowa Lerouge przeleżała w łóżku całą tłustą niedzielę. Jednej z kobiet, która pytała się co jej jest, odrzekła: „Ach! tej nocy miałam straszny wypadek.“ Do słów tych nie przywiązywano jednak wielkiego znaczenia.
— Człowiek z kulcami staje się co raz potrzebniejszy, — szepnął sędzia, gdy już kobiety odeszły. — Koniecznie musimy go odszukać. O to pan się postaraj, panie Gevrol.
— Dostanę go do ośmiu dni, — zapewnił naczelnik policji, — choćbym miał sam jeden przetrząść wszystkie statki na Sekwanie, od źródła, aż do morza. Wiem, jak się nazywa właściciel: Gervais. Urząd nawigacyjny przyjdzie mi w pomoc... — Przerwał mu Lecoq, który w tym momencie wszedł zadyszany.
— Oto pan Tabaret! — zawołał, — zdybałem go właśnie, jak wychodził. Co za człowiek! Nawet nie chciał czekać na pociąg. Dał, sam już nie wiem ile, najlepszemu dorożkarzowi, a w pięćdziesiąt minut przybyliśmy tu... Furda kolej żelazna!
W tej samej chwili pojawił się na progu człowiek, którego powierzchowność, mówiąc prawdę, bynajmniej nie zdradzała ajenta policyjnego dla sławy.
Musiał mieć lat sześćdziesiąt, ale nie uginał się pod ich brzemieniem. Mały, chudy i nieco zgarbiony, wspierał się na lasce, ozdobnej jabłkiem z kości słoniowej.
Na jego okrągłej twarzy malował się wyraz bezustannego zdziwienia, zmieszany z wyrazem niepokoju. Miał brodę bardzo krótką, ale starannie ogoloną; szerokie usta, a nos był zakrzywiony jak dziób krugulca. Jego oczy siwe, małe, oprawne w szkarłatowe powieki, nie mówiły nic, ale za to męczyły bezustanną ruchliwością. Rzadkie i gładko przeczesane włosy, okalając czoło, nie mogły dobrze ukryć wielkich uszu, odstających daleko od głowy.
Ubrany był wytwornie; bielizna zachwycała śnieżną białością, na rękach zaś miał rękawiczki jedwabne, a na nogach kamasze. Długi, ciężki złoty łańcuch, zdradzający fatalny gust, okręcał mu szyję trzy razy i spadał kaskadą do kieszonki od kamizelki.
Pan Tabaret, inaczej przezwany Jasnowidzem, skłoniwszy się na progu do samej ziemi, zapytał pokornym głosem:
— Pan sędzia śledczy raczył mię wezwać?
— Byłem na tyle śmiały, — odrzekł pan Daburon. A w głębi duszy pomyślał: Bądź co bądź, mina tego człowieka nie zapowiada nic nadzwyczajnego. Trudno, żeby mógł być zręcznym.
— Jestem na usługi sprawiedliwości, — ciągnął poczciwiec.
— Chcielibyśmy się przekonać, — mówił sędzia,. — czy będziesz pan szczęśliwszy od nas, i czy wpadniesz na trop mordercy. Zaraz panu opowiedzą sprawę.
— Już dość wiem, — przerwał pan Tabaret. — Lecoq opowiedział mi w drodze całą rzecz w głównych zarysach, a więcej nie potrzebuję.
— Mimo to, — zauważył komisarz.
— Niech mi pan sędzia ufa. Wolę zabrać się bez objaśnień, aby tem łatwiej być panem własnych wrażeń. Zapoznawszy się z zapatrywaniem drugiej osoby, pomimo woli zostajemy pod jej wpływem, tak dalece, że... Lecz dość; w moich poszukiwaniach pomoże mi tylko Lecoq.
W miarę, jak Tabaret mówił, jego małe siwe oczka zapalały się i świeciły złowrogo. Na twarzy malowała się wewnętrzna radość, a usta kurczyły się w szatańskim uśmiechu. Ciało wyprostowało się do nie poznania i lekkim krokiem wbiegł do drugiego pokoju.
Zabawił w nim prawie pół godziny, nareszcie wybiegł jak opętany. Wrócił, znów wyszedł, a potem wyskoczył do sieni. Sędzia nie mógł się powstrzymać, aby przynajmniej w duchu nie porównać go do gorliwego wyżła, wietrzącego zwierzynę. Nawet nos Tabareta rozszerzył się i naciągnął. Wybiegając i wracając, mówił głośno i robił przeróżne znaki, obarczał samego siebie najdziwniejszemi wyrzutami, wydawał głośne okrzyki; tryumfu i zachęcał do wytrwałości. Biedny Lecoq nie mógł ani na chwilę spocząć. Tabaret zażądał ćwiartki papieru i ołówka, a potem rydla. Wołał, by mu natychmiast podano gipsu, wody i butelkę oliwy.
W godzinę, sędzia śledczy utraciwszy cierpliwość, zapytał o rezultat poszukiwań.
— Już on na dobrej drodze, — odpowiedział brygadjer; — leżąc brzuchem w błocie, miesza gips na talerzu i mówi, że zaraz wróci, bo prawie wszystko ukończył.
W rzeczy samej ukazał się w kilka minut, rozpromieniony, tryumfujący, młodszy o lat dwadzieścia. Za nim szedł Lecoq, niosąc ostrożnie olbrzymi kosz.
— Już go mam, — rzekł do sędziego. Cała sprawa prosta i jasna jak dzień. Lecoq, postaw kosz na stole.
Gevrol wrócił także z wycieczki nie mniej uszczęśliwiony.
— Już jestem na tropie człowieka z wielkiemi kulcami, — zapewnił podniesionym głosem. — Mam także dokładne szczegóły o właścicielu Gervais.
— Mów pan, — rzekł sędzia do Tabareta.
Wezwany zaczął wyrzucać na stół wszystko, co kosz zawierał: dużą bryłę gliny garncarskiej, kilka świstków papieru i cztery kawałeczki mokrego gipsu. Stojąc przed stołem, wyglądał bardzo pociesznie, bo przypominał owych szarlatanów, którzy na publicznych miejscach wyłudzają rozmaitemi sztuczkami pieniądze od łatwowiernych widzów. Jego toaleta strasznie ucierpiała. Był powalany błotem po wierzch uszu.
— Zaczynam, — rzekł nakoniec tonem próżnym. — Motorem zbrodni, która nas zajmuje, nie była kradzież.
— Nie? przeciwnie! — mruknął Gevrol.
— Udowodnię to bardzo dokładnie, — ciągnął pan Tabaret. — Wyłuszczę także moje skromne mniemanie o powodzie zbrodni, ale później. A więc morderca przyszedł tu przed godziną dziewiątą, minut trzydzieści, czyli mówiąc inaczej, przed deszczem. Tak samo, jak pan Gevrol, nie znalazłem i ja śladów z zabłoconych butów, ale pod stołem, w miejscu, gdzie spoczywały nogi skrytobójcy, dostrzegłem za to ślad prochu. W ten sposób jesteśmy już spokojni co do godziny. Wdowa Lerouge wcale się nie spodziewała odwiedzin tej osoby. Właśnie chciała rozebrać się i zamierzała nakręcić zegar, gdy łotr przeszkodził jej, pukając do drzwi.
— Oto mi szczegóły! — wtrącił komisarz.
— Z łatwością można je stwierdzić, — ciągnął ochotnik; — spojrzyj pan na ten zegar z kukułką, stojący na sekretarzu. Jest on z tych, które idą od czternastu do piętnastu godzin; przekonałem się o tem naocznie. Nie podlega też wątpliwości, że wdowa musiała go zawsze nakręcać przed pójściem spać. Pytam teraz, dla czego zegar stanął na godzinie piątej? Oto dla tego, że właśnie zaczęła go nakręcać, gdy morderca zapukał do drzwi. Na potwierdzenie pokazuję wam krzesło, stojące obok sekretarzyka, na którem macie dokładny ślad nogi. A teraz spójrzcie na ubiór ofiary: górna część sukni już była zdjęta. Chcąc prędko otworzyć, nie wdziała stanika, tylko z największym pospiechem zarzuciła stary szal na plecy.
— Do kroćset! — zawołał brygadjer widocznie zniechęcony.
— Wdowa, — ciągnął Tabaret, — znała dobrze tego, kto pukał. Pospiech, z jakim biegła otworzyć, pozwala się tego domyślać, a następstwa jawnie to udowadniają. Mordercę wpuszczono zatem bez trudności. Człowiek ten jest jeszcze młody, wzrostu więcej jak średniego, wytwornie ubrany. Tego wieczora miał wysoki kapelusz, parasol i palił trabukosy w cygarniczce.
— Doprawdy? — zawołał Gevrol, — to za wiele!
— Za wiele, być może, — odpowiedział pan Tabaret, — ale w każdym razie mówię nagą prawdę. Może pan nie jesteś dokładnym i szczegółowym, ale ja nim jestem... Pan mówisz, że za wiele? A więc dobrze. Racz spojrzeć na te kawałki mokrego gipsu. Widzisz na nim odciski napiętków mordercy, które odbiły się koło rowu, w tem samem miejscu, gdzie znaleziono klucz? Na tym papierze obliczyłem możebny skład nogi i nie omyliłem się, bo ślad ten znalazłem potem na piasku. Przypatrz się pan: obcas wysoki, wcięcie zgrabne, cała noga mała i wązka, a but elegancki. Poszukajcie dobrze, a ślad ten znajdziecie w dwóch miejscach koło bramy i pięć razy w ogrodzie, dokąd nikt się nie trudził. Wybiegając z ogrodu, sprawca przeskoczył mur, o czem świadczy głębiej wyciśnięty ślad, a że skok cały wynosi dwa metry, więc łatwo pojąć, że morderca jest młody i zwinny.
Tabaret mówił głosem cichym ale stanowczym: jego oko spoczęło kolejno na wszystkich słuchaczach, chcąc się przekonać o wrażeniu.
— Panie Gevrol, czy może kapelusz cię dziwi? — ciągnął Tabaret, — przypatrz się doskonałemu kręgowi na marmurze sekretarzyka, który był nieco przyprószony. Czy może dziwią cię szczegóły o wzroście mordercy? Zadaj sobie nieco pracy i spojrzyj na wierzch szafy, a przekonasz się, że łotr szukał tam rękami. Musi być zatem słuszniejszy odemnie. A nie mów pan, że przystawił stołek i na nim stanął, bo w takim razie objąwszy wzrokiem cały wierzch szafy, nie byłby potrzebował dotykać się go palcami. Może pana niepokoi parasol? Ta bryłka gliny garncarskiej zachowała wybornie ślad nie tylko końca, ale i prętów parasola, a w popiele, znalazłem kawałeczek trabukosa. Czy koniuszek był zmoczony śliną? Nie. A więc ten, kto palił trabukosy, miał cygarniczkę.
Lecoq ukrywał z trudnością zapał dla opowiadającego; nie mówiąc nic, zacierał ręce z radości. Komisarz był zdumiony, a sędzia zachwycony. Natomiast twarz Gevrola znacznie się przedłużyła. Brygadjer słuchał obojętnie.
— Teraz, — ciągnął Tabaret, — zwróćcie na moje słowa całą waszą uwagę. Wiemy, że do mieszkania wszedł młody człowiek. W jaki sposób mógł usprawiedliwić swoją obecność o tej godzinie nie wiem... Zdaje się tylko być pewnem, że oświadczył wdowej Lerouge, iż nie jadł obiadu. Poczciwa kobieta była tem, uszczęśliwiona i natychmiast zajęła się przyrządzeniem wieczerzy. Wieczerza nie była dla niej. W szafce znalazłem szczątki z jej obiadu: kawałek ryby i baraniny. Lekarska obdukcja namacalnie to udowodni. Zresztą, widzicie, że na stole jest tylko jedna szklanka i jeden nóż. Ale co to za młody człowiek? Nie podlega wątpliwości, że wdowa uważała go za osobę dystyngowaną. W komodzie widziałem jeszcze dość czysty obrus. Czy go wzięła? Nie. Dla niespodziewanego gościa wyjęła najcieńszy i najbielszy ze swoich obrusów. Dla niego przeznaczyła także tę pyszną szklankę, zapewne pamiątkę, i ten nóż oprawny w kość słoniową, którym z pewnością nie posługiwała się przy każdym objedzie.
— Wszystko to dokładne, — szepnął sędzia, — bardzo dokładne.
— Mamy więc młodego człowieka, siedzącego przy stole. Rozpoczął wieczerzę od wypicia szklanki wina, gdy tymczasem wdowa zabierała się do smażenia jajecznicy. Następnie czując w sobie brak odwagi, zażądał wódki, której wychylił blisko pięć kieliszków. Po stoczeniu wewnętrznej walki, trwającej dziesięć minut — tyle czasu było potrzeba do częściowego usmażenia jaj i szynki — młody człowiek wstał, zbliżył się do wdowej, pochylonej nad ryneczką i uderzył ją po dwakroć w plecy. Ofiara nie zginęła tej samej chwili. Odwróciła się do połowy, rękoma chwytając mordercę. Wtedy on, cofnąwszy się o krok, podniósł ją i gwałtownie rzucił tam, gdzie ją teraz widzicie.
Tę krótką walkę można wyczytać z pozycji trupa. Uderzona w plecy, powinna była upaść na plecy. Morderca użył broni ostrej i cienkiej, która, o ile mi się zdaje, musiała być zrobiona ze zwykłej szpady. Ślad tej broni pozostał na sukni ofiary, o którą morderca ostrze z krwi obtarł. Sprawca nie został podrapany w palce, bo miał perłowe rękawiczki, które...
— Ależ to cały romans! — zawołał Gevrol.
— Panie naczelniku, czyś się przypatrzył paznogciom zabitej? Przypatrz się, a wtedy powiesz, czy się mylę... Za paznogciami znajdziesz kawałeczki perłowej skórki. Tak więc kobieta została zabitą. Po co przyszedł morderca? Po pieniądze, klejnoty? Nie, nie, sto razy nie! Chciał, szukał, potrzebował, tylko papierów, które wdowa przechowywała u siebie. Aby je znaleźć, poprzerzucał wszystko, porozbijał szafy i komodę, porozwijał bieliznę, połamał sekretarzyk i przetrząsł siennik. Nakoniec znalazł. A czy wiecie co zrobił z temi papierami? Spalił; lecz nie na kominku, ale w małym piecyku w pierwszym pokoju. Cel został osiągnięty. Co dalej począł? Postanowił zabrać z sobą wszystkie kosztowności, aby zmylić ślad i rzucić podejrzenie na prostych złodziejów. Pozbierawszy wszystko, zawinął w serwetę, którą musiał się posługiwać przy stole, a następnie zdmuchnąwszy świecę, wybiegł, zamknął drzwi, a klucz rzucił do rowu... Oto cały przebieg sprawy.
— Panie Tabaret, — rzekł sędzia, — pańskie śledztwo jest zadziwiające, i jestem pewny, że pan jeden ugodziłeś w prawdę.
— Hej! hej! — zawołał Lecoq, — papa Jasnowidz jest wielki jak świat!
— Piramidalny, — dorzucił ironicznie Gevrol, — sądzę tylko, że temu młodemu człowiekowi musiało być bardzo niewygodnie z pakietem w ręku, który zawinięty w białą serwetę, mógł być widzianym z bardzo daleka.
— To też nie zaniósł go o sto mil, — odparł spokojnie baret; — przyznasz pan, że aby dostać się na dworzec kolei, nie potrzebował jechać w omnibusie amerykańskim. Poszedł piechotą, drogą najkrótszą, wzdłuż rzeki. Stanąwszy nad brzegiem Sekwany, musiał najpierw rzucić pakiet w wodę... przynajmniej tak się domyślam.
— Tak pan sądzisz? — pytał Gevrol.
— Zaraz się o tem przekonamy. Wysłałem już trzech ludzi, którzy pod dozorem żandarma, przeszukają dno Sekwany, w punktach położonych najbliżej od tego miejsca. Jeśli znajdą, dam im sowite wynagrodzenie.
— Z własnej kieszeni?
— Nie inaczej, panie Gevrol, z własnej.
— Gdyby znaleziono ten pakiet! — szepnął sędzia.
Zaledwie wyrzekł te słowa, wszedł żandarm.
— Oto pieniądze i klejnoty, znalezione przez tych ludzi; — rzekł do Tabareta, podając spory pakiet, owinięty w mokrą serwetę. — Ludzie żądają sto franków, które pan im przyrzekł.
Tabaret wyjął z pugilaresa stofrankowy bilet bankowy, który wręczył żandarmowi.
— Teraz, — zapytał, — co pan sędzia myśli? — I równocześnie rzucił na Gevrola tak dumne spojrzenie, że aż złamany ajent uczuł dreszcz w nogach.
— Sądzę, że dzięki pańskiej zręczności dotrzemy, ale...
Nie dokończył. Lekarz, któremu powierzono obdukcję zabitej, wszedł do pokoju. Zeznał niezwłocznie, że wszystkie przypuszczenia Tabareta sprawdziły się najdokładniej. Według jego przekonania, zabójstwo nie odbyło się bez walki. Nawet na szyi ofiary ukazał się niebieskawy znak, spowodowany prawdopodobnie duszeniem ręki. Nareszcie zeznał, że wdowa Lerouge jadła na trzy godziny przed śmiercią.
Nie pozostawało, jak zabrać kilka rzeczy, któreby później mogły zmieszać obżałowanego. Wzięto nóż, szklankę i inne drobiazgi.
Tabaret przypatrywał się bardzo ciekawie paznogciom ofiary i z niesłychaną zręcznością udało mu się wydobyć maluczkie kawałeczki skórki, z których największy miał zaledwie dwa milimetry długości; mimo to można było rozróżnić barwę. Odciął także część sukni, w którą zabójca obtarł swoje narzędzie. Prócz pakietu znalezionego w Sekwanie, było to wszystko, co morderca po sobie zostawił.
Wprawdzie było to nic, ale i to nie miało w oczach sędziego Daburon ogromne znaczenie. Najtrudniejszą rzeczą przy tajemniczych morderstwach, jest docieczenie powodu zbrodni. Jeżeli poszukiwania wezmą błędny obrót, w dalszym toku spawy, sąd oddala się co raz więcej od prawdy.
Dzięki zręczności pana Tabareta, sędzia był już niemal przekonany o powodzie zabójstwa i dla tego spodziewał się świetnego rezultatu.
Gdy noc zapadła, władza nie miała już do czynienia we wiosce Jonchère. Gevrol, który myślał tylko o człowieku z wielkiemi kolcami, oświadczył, że zostanie w Bougival. Przyrzekł dobrze zużytkować wieczór, przetrząsając wszystkie szynki i wyszukując nowych świadków.
Gdy komisarz i wszyscy inni pożegnali sędziego, ten poprosił Tabareta, by mu zechciał towarzyszyć do Paryża.
— Z największą przyjemnością, odpowiedział poczciwiec.
Wyszli razem, a zbrodnia, którą odkryli, stała się tematem ich rozmowy.
— Czy się dowiemy o przeszłości tej kobiety? — powtarzał ojciec Tabaret. — Wszystko od tego zawisło.
— Dowiemy się, — odparł sędzia, — jeśli tylko kupcowa mówiła prawdę. Jeśli mąż wdowej Lerouge był marynarzem i jeśli syn jej, Jakób, jest na statku rządowym, to minister marynarki poinformuje nas nie zadługo. Jeszcze dziś napiszę do ministra.
Przybywszy na stację Reuil, wsiedli do wagonu. Przypadek dobrze im posłużył. Znaleźli się sami w coupé pierwszej klasy.
Ale pan Tabaret nic nie mówił. Rozmyślał, szukał, kombinował, a na jego czole można było dostrzedz całą wewnętrzną pracę. Sędzia patrzył nań ciekawie, zaintrygowany charakterem tego szczególnego człowieka, który kierowany oryginalną namiętnością, oddawał się na usługi ulicy Jerozolimskiej.
— Panie Tabaret, — zagadnął nagle, — czy oddawna poświęcasz się zawodowi policyjnemu.
— Od dziewięciu lat, panie sędzio; dziewięć lat minęło, a bardzo mię dziwi, (przepraszam za śmiałość), że pan sędzia o mnie nie słyszał...
— Z rozgłosu znam pana oddawna, — odpowiedział pan Daburon, — i tylko dlatego kazałem pana prosić do Jonchère żem słyszał wiele o jego rzadkim talencie. Ciekawym, co pana mogło rzucić na tę drogę?
— Zmartwienia, panie sędzio, opuszczenie, nudy. Ach! nie byłem ja zawsze szczęśliwy...
— Mówiono mi, żeś pan bogaty.
Tabaret westchnął boleśnie.
— Prawda, mam się nie źle, — odpowiedział po chwili, — ale nie zawsze tak było. Aż do czterdziestego piątego roku, żyłem wśród poświęceń śmiesznych i bezpotrzebnych. Miałem ojca, który zwichnął moją młodość, zatruł moje życie i zrobił ze mnie najnieszczęśliwszego z ludzi.
Pan Daburon, który pomimo woli był wszędzie sędzią śledczym, zapytał ciekawie:
— Jakto, panie Tabaret, własny ojciec był powodem pańskiego nieszczęścia?
— Niestety! panie sędzio. Jużem mu przebaczył, ale dawniej strasznie go przeklinałem. Niegdyś złorzeczyłem jego pamięci: skorom się dowiedział, że... Ależ ja mogę panu wszystko powierzyć. Miałem lat dwadzieścia pięć, a w banku zastawniczym pensję, wynoszącą dwa tysiące franków, gdy pewnego poranku mój ojciec wszedł do mnie oświadczając, że stracił cały majątek i że nie ma z czego żyć. Zdawał się rozpaczać i mówił, że sobie życie odbiorze. Jam go kochał. Rzecz naturalna, że go zacząłem pocieszać, że pięknemi barwami malowałem moje położenie i żem go błagał, aby się nie martwił, bo jak długo sił mi stanie, na niczem mu zbywać nie będzie. Natychmiast prosiłem go, aby się do mnie sprowadził. Jak się powiedziało, tak się zrobiło; a przez dwadzieścia lat dźwigałem na sobie starego...
— Jakto! Pan sobie wyrzucasz szlachetne postępowanie?
— Jeśli sobie wyrzucam, to tylko dla tego, że starzec ten zasługiwał, abym go struł chlebem, który mu podawałem...
Pan Daburon zrobił znak zdziwienia, który nie uszedł uwadze Tabareta.
— Racz pan wpierw wysłuchać, zanim mię potępisz, — ciągnął dalej tonem bolesnym. — Tak więc przez długich lat dwadzieścia, wyrzekałem się dla ojca wszelkich przyjemności. Nie było już przyjaciół ani miłostek. Nic... Wieczór, aby zwiększyć moją szczupłą pensję, chodziłem do pewnego notarjusza i kopiowałem rozmaite szpargały. Odmawiałem sobie nawet tytoniu. Trapiłem się jak nikt, bo stary skarżył się bezustannie, żałując szczęśliwej przeszłości, i miewał co raz większe wymagania, których żadną ofiarą nie mogłem zaspokoić. Bóg wie ilem wycierpiał! Nie urodziłem się, aby na świecie żyć sam jeden jak pies. Pragnąłem życia rodzinnego. Mojem snem wymarzonem było małżeństwo, w którembym znalazł miłość ukochanej kobiety i szczebiotanie drobnych istot. Lecz cóż?... Jeśli myśli te rozdzierały serce, dławiły mię i wyciskały łzy z oczu, wyrzucałem sobie brak wytrwałości w synowskiem przywiązaniu. Mawiałem do siebie: „Gdy się ma na rok tylko trzy tysiące franków i drogiego ojca, należy przytłumić tego rodzaju uczucia i zostać starym kawalerem.“ A jednak i jam znalazł anielską dziewicę! Już trzydzieści lat temu... postarzałem się jak grzyb... Nazywała się Hortenzja. Bóg wie co się z nią stało! Była piękna i biedna. Koniec końców, byłem już starcem, gdy mój ojciec umarł — ten nędznik!... ten...
— Panie Tabaret, przerwał sędzia, — panie Tabaret!
— Ależ mówiłem panu, żem mu już przebaczył. Lecz zechciej pan zrozumieć mój gniew... W dniu, w którem umarł, znalazłem w jego sekretarzyku zapis na dwadzieścia tysięcy franków renty...
— Jakto! więc był bogaty?
— Nie inaczej, bardzo bogaty, bo to jeszcze nie wszystko. W pobliżu Orleanu posiadał majątek, który wydzierżawiał za sześć tysięcy franków rocznie. Prócz tego dom, w którym mieszkałem, był także jego własnością. Mieszkaliśmy razem, a ja głupiec, osieł, bydle, płaciłem co trzy miesiące moją ratę staremu odźwiernemu.
— To za wiele! — rzekł pomimo woli pan Daburon.
— Nie prawdaż, panie? Tak samo, jakgdyby mi wykradał pieniądze z kieszeni. Na domiar szyderstwa, zostawił testament, w którym oświadczył w imię Ojca i Syna, że działając w ten sposób, miał na myśli tylko mój własny interes, bo chciał mnie przyzwyczaić do porządku, oszczędności i odwieźć od wszystkich możebnych głupstw. A ja miałem już lat czterdzieści pięć i odmawiałem sobie przez lat dwadzieścia najmniejszego wydatku! Znaczy to, że spekulował na moje dobre serce, że... Takiem postępowaniem można zabić uczucie synowskie... słowo honoru!
Jakkolwiek bardzo naturalny, gniew Tabareta był jednakże w tej chwili tak komiczny, że sędzia z trudnością mógł się powstrzymać od śmiechu, pomimo przykrego wrażenia, jakie na nim zrobiło to opowiadanie.
— Przynajmniej, — rzekł sędzia, — majątek powinien był pana pocieszyć.
— Bynajmniej, panie sędzio, majątek przyszedł za późno. Mieć chleb, gdy się już nie ma zębów, cudowna rzecz! Wiek, w którym mogłem się był ożenić, minął bezpowrotnie... Natychmiast po śmierci ojca podałem się do dymisji, aby moją posadę oddać uboższemu. W miesiąc nudziłem się na śmierć, i wtedy dla zaspokojenia uczuć, do których już nie miałem żadnego prawa, postanowiłem oddać się namiętności, nałogowi, manji... Zacząłem zbierać książki. Pan zapewne mniemasz, że do tego potrzeba wiadomości, nauki?
— Wiem, panie Tabaret, że do tego potrzeba przedewszystkiem pieniędzy. Znam znakomitego bibliofila, który z pewnością umie czytać, ale który bez najmniejszej wątpliwości nie umie podpisać swojego nazwiska.
— Bardzo być może. Co do mnie, umiem czytać, i czytałem wszystkie książki, które kupiłem. Wypada mi tu nadmienić, że zbierałem jedynie takie dzieła, które traktowały o sprawach policyjnych. Pamiętniki, sprawozdania, pamflety, mowy, listy, romanse, wszystko było dla mnie dobre, i wszystko pożerałem z gorączkową skwapliwością. Po niejakim czasie doprowadziłem do tego, że uczułem jakiś pociąg do tej tajemniczej potęgi, która w głębi ulicy Jerozolimskiej nadzoruje całe społeczeństwo, widzi wszystko, przedziera wzrokiem najgrubsze zasłony, uchyla wszelkie niebezpieczeństwa, zgaduje to, o czem jej nikt nie mówił; która zna ludzi, wartość ich sumienia, i która na swych kartonach ma spisane najstraszniejsze i najnikczemniejsze tajemnice. Czytając pamiętniki sławnych ajentów policyjnych, entuzjazmowałem się dla tych ludzi o delikatnym węchu, którzy z niezrównaną zręcznością wykrywają zbrodnie i łapią sprawców, którzy, jak dzicy Coopera, ścigają nieprzyjaciela przez dziewicze lasy Ameryki. Wkrótce zdjęła mnie chęć stać się przynajmniej jednem kółkiem w tej cudownej maszynie, aby karać zbrodnie a bronić niewinności. Zacząłem doświadczać sił swoich, a przyszłość okazała, że mam pewne zdolności do nowego rzemiosła.
— I podoba się panu ten nowy zawód?
— Zawdzięczam mu, panie sędzio, największe przyjemności. Odtąd bądź zdrowa nudo! Polowanie na rozumne stworzenia, to boska rzecz! Wzruszam ramionami, widząc, jak amator myślistwa płaci 25 franków za strzał do zająca. Śliczna zdobycz! Cóż to w porównaniu z polowaniem na człowieka! Tu potrzeba użyć wszystkich władz umysłowych, a zwycięztwo nie jest bez sławy. Zwierzyna jest tak samo zręczna jak myśliwy, a broń jest prawie jednakową. Ach, gdyby znano wszystkie wrażenia tej gry w ślepą babkę, którą widzimy między zbrodniarzem a ajentem policyjnym, każdy chciałby pójść na usługi ulicy Jerozolimskiej. Szkoda tylko, że cudowna ta sztuka zaczyna się starzeć. Piękne zbrodnie stają się co raz rzadsze. Rasę wielkich zbrodniarzy, zastapiła zgraja głupich łotrów, którzy taki ślad po sobie zostawiają, że brakuje tylko ich karty wizytowej. Nie wielka zasługa złapać jednego z tych jegomościów. Sam włazi w samotrzask. Po stwierdzeniu faktu, trzeba tylko pójść i uwięzić.
— Mimo to, zdaje mi się, przerwał pan Daburon z uśmiechem, — że nasz skrytobójca nie był zbyt niezręcznym...
— Prawda, panie sędzio, ten należy do wyjątków. To też byłbym szczęśliwy, gdybym go mógł złowić. Uczynię wszystko, a jeśli będzie potrzeba, nawet się narażę. Bo muszę się przyznać panu sędziemu, — dodał z miną nieco zakłopotaną, — że przed mymi przyjaciółmi nie chlubię się mojem rzemiosłem. Ukrywam je o ile możności najtroskliwiej. Możeby mi nie ściskali ręki tak czule, wiedząc, że Tabaret a Jasnowidz to jedno i to samo.
— Dokonana zbrodnia stała się nieznacznie tematem rozmowy. Postanowiono, aby od jutra Tabaret zamieszkał w Bougival. Potrzeba było najmniej ośm dni do przesłuchania całej okolicy. Sędzia przyrzekł ze swej strony donieść mu o toku sprawy, podawać wszystkie szczegóły i wezwać go bezzwłocznie, jak tylko władza dowie się o przeszłości wdowej Lerouge.
— Dla pana, panie Tabaret, — kończył sędzia, — jestem zawsze w domu. Jeżeli zechcesz ze mną pomówić, możesz przyjść tak dobrze w nocy jak w dzień. Wychodzę rzadko. Bez najmniejszej wątpliwości zastaniesz mię o każdej godzinie w gabinecie lub sypialni, w pałacu, przy ulicy św. Jakóba. Rozkażę służącemu, aby pana wprowadzał bez żadnych formalności.
W tej chwili pociąg stanął przed dworcem. Pan Daburon prosił Tabareta do swego powozu. Poczciwiec odmówił.
— Dziękuję za grzeczność, — odpowiedział z ukłonem. — Mieszkam ztąd o dwa kroki, na ulicy św. Łazarza.
— A więc jutro! rzekł pan Daburon.
— Jutro! — potwierdził Tabaret i dodał półgłosem: — Znajdziemy!
Dom pana Tabareta stoi w rzeczy samej o kilkaset kroków od dworca św. Łazarza. Jest to piękny i starannie utrzymywany pałac, który musi nieść bardzo piękny dochód, lubo mieszkania nie są zbyt drogie.
Nasz znajomy czuje się w nim bardzo wygodnie. Na pierwszem piętrze zajmuje obszerny apartament, z oknami na ulicę główną, w którym pokoje są dobrze rozdzielone, wygodnie umeblowane i ozdobione wielkim zbiorem książek. Tabaret wiedzie życie skromne, do zbytków bowiem nie miał się kiedy przyzwyczaić, a podeszła służąca myśli o zaspokojeniu wszystkich potrzeb domowych.
W całym domu nikt nie przypuszczał, aby właściciel miał skłonność do policyjnego zawodu. Na jego twarzy nie było ani śladu sprytu, którym musi się wyszczególniać każdy ajent bezpieczeństwa publicznego. A jeśli czasami był nadto roztargniony, brano to na karb idjotyzmu.
Lecz nie uszły uwadze jego dziwne zwyczaje. Bezustanne wycieczki z domu, otaczały go tajemniczością. Nie było młodzieńca, któryby wiódł tak nieporządne życie, jak ten starzec. Najczęściej nie przychodził na obiad, a jeśli się zjawił, to jadł co bądź. Wychodził o każdej godzinie, czy w dzień czy w nocy, nie raz wcale nie wracał, a nawet czasem nie pojawił się przez przeciąg długich tygodni. Potem odbierał dziwne wizyty: słyszano jak u bramy dzwoniono w niezwyczajny sposób i jak wchodzili ludzie z podejrzanemi twarzami.
To rozwięzłe życie zdeskredytowało go w opinji powszechnej. Każdy widział w nim strasznego lekkomyślnika, trwoniącego dochody na najohydniejsze rozrywki. Mawiano: „Czyż to nie wstyd dla człowieka w tym wieku!“ On wiedział jakie wieści krążyły i śmiał się w duchu. Mimo to, niektórzy z jego lokatorów starali się zawiązać z nim znajomość, zapraszając go na obiady. Tabaret odmawiał prawie zawsze.
Tylko u jednej osoby, mieszkającej w jego domu, czuł się jak u siebie, tak dalece, że w jej pokoju spędzał zwyczajnie więcej czasu, niż we własnym gabinecie. Była to pani Gerdy, wdowa, która od piętnastu lat zajmowała nie wielki apartament na trzeciem piętrze. Mieszkała ona ze swym synem, którego wielbiła. Imię jego Noel.
Noel liczył lat trzydzieści trzy, ale wyglądał nierównie starzej. Słuszny, dobrze zbudowany, miał rysy inteligentne i szlachetne, duże czarne oczy i czarne włosy, które spadały po obu bokach w naturalnych kędziorach. Poświęciwszy się adwokaturze, uchodził za prawnika wielkich zdolności i jednał sobie co raz szersze uznanie. Należał do ludzi pracowitych, zimnych, głęboko myślących, którzy z pewną chełpliwością lubią wskazywać na swoje poważne zasady i surowe obyczaje.
U pani Gerdy, pan Tabarat był jak u siebie. Uważał się za członka rodziny, a Noela kochał jak własnego syna. Niejednokrotnie przychodziło mu na myśl starać się o rękę tej poważnej wdowy, która mimo pięćdziesięciu lat, była jeszcze bardzo miłą, wszelako wstrzymywała go zawsze nie bojaźń przed odmową, ale przed jej następstwami. W razie odrzucenia prośby, serdeczne stosunki przyjaźni byłyby na zawsze zerwane. Ale za to, w pięknym i dobrym testamencie, złożonym u notarjusza, mianował młodego adwokata uniwersalnym spadkobiercą całego majątku, ale pod warunkiem, żeby roczna nagroda, wynosząca dwa tysiące franków, była co rok ustanowiona dla takiego ajenta policyjnego, któremu uda się wyjaśnić najzawilszą sprawę.
Chociaż do domu miał nie daleko, Tabaret szedł przecież blisko dwadzieścia minut.
Pożegnawszy się z sędzią i uchwyciwszy na nowo nić swoich rozmyślań, szedł tak nieuważnie, że przechodnie trącali go to na prawo, to na lewo; jeśli więc zrobił jeden krok naprzód, musiał potem o dwa w tył się cofnąć.
Już po raz setny powtórzył słowa wdowej Lerouge, przytoczone przez mleczarkę: „Gdybym chciała więcej, miałabym.“
— Tu się wszystko mieści, — szeptał. — Wdowa Lerouge musiała wiedzieć o jakiejś ważnej tajemnicy, którą ludzie bogaci i możni chcieli koniecznie ukryć. W tej tajemnicy mieścił się jej majątek. Skakali, jak ona im zagrała... Ale jakiej treści mogła być tajemnica, i w jaki sposób przyszła do niej? Zapewne w swej młodości służyła w jednym z najbogatszych domów. Tam musiała coś zobaczyć, podsłuchać, odkryć. Ale co? Bez najmniejszej wątpliwości kobieta musi tu odgrywać ważną rolę... Czy Lerouge ułatwiała miłostki swej pani? Dla czegóż nie? W takim razie sprawa gmatwa się... Nie tylko samą kobietę trzeba wyszukać, ale i kochanka, bo z pewnością on dopuścił się zbrodni. Jeśli się nie mylę, musi to być wielki pan. Mieszczanin byłby zapłacił morderców... Ten nie cofnął się, uderzył sam, unikając w ten sposób hańby i zdrady ze strony spólników. To jakiś rzadki chłopiec, pełen odwagi i zimnej krwi, bo znakomicie dokonał zamachu. Łotr pokierował świetnie... Bezemnie, Gevrol, wierząc w kradzież, byłby wszystko popsuł. Ale kto wie — ciągnął Tabaret — może to jeszcze nie to... musi być coś gorszego niż miłostka... Taką awanturę byłby już czas zatarł do szczętu... Po co więc zbrodni?
Pan Tabaret zbliżył się do bramy swego domu. Odźwierny, siedząc przy oknie, ujrzał twarz gospodarza oblaną światłem gazowem.
— Patrz, pan przyszedł, — rzekła odźwierna.
— Zdaje się, — zauważył mąż, — że jego księżniczka nie chciała mu dziś dać przytułku, bo wygląda bardzo zafrasowany...
— Czy to przyzwoicie, — ciągnęła odźwierna, — żeby tak nisko upaść! W pięknym stanie zostawiają go jego huryski! Pewnego poranku będziemy go musieli odprowadzić do domu obłąkanych, gdzie mu darują koszulę przymusową.
— Przypatrz mu się tylko dobrze, — przerwał odźwierny, — przypatrz mu się, jak ładnie wygląda...
Tabaret wstrzymał się na końcu wysokiej i przestronnej sieni, a zdjąwszy kapelusz, mówił głośno do siebie i rozmachiwał rękami:
— Nie, — powtarzał dość głośno, — nie, jeszczem nie dotarł do głębi... Pali mię... djabli wiedzą, kiedy to się wyjaśni.
Wszedł na schody i zadzwonił u swoich drzwi, zapomniawszy, że w kieszeni miał klucz. Klucznica otworzyła.
— To pan... o tej godzinie?...
— Co? co? — zapytał gospodarz.
— Chciałam powiedzieć, — ciągnęła służąca, — że minęło pół do dziewiątej. Sądziłam, że pan już dziś nie przyjdzie. Czy pan jadł obiad?
— Nie, jeszcze nie...
— Dzięki Bogu, że postawiłam obiad na kominku; zaraz panu podam...
Tabaret usiadł, nalał zupy na talerz, lecz zapomniawszy o klucznicy i jedzeniu, zatrzymał się olśniony jakąś myślą, z łyżką podniesioną do góry.
— Oszalał, — pomyślała Maneta; — jaki spodlony wyraz! Czy człowiek o zdrowych zmysłach może wieść takie życie?
Uderzyła go lekko po ramieniu, krzycząc do ucha, jak gdyby był głuchy.
— Pan nie je?... może pan nie głodny?...
— I owszem, i owszem, — wyjąknął Tabaret, — starając się machinalnie uwolnić od tego głosu, który nielitościwie raził słuch jego; — mam wyborny apetyt, bo od rana musiałem...
Urwał, wpatrując się w próżnię.
— Pan musiałeś? — powtórzyła Maneta.
— Do kroćset! — zawołał wznosząc do sufitu zaciśnięte pięści; — do kroćset, mam cię!...
Ruch ten był tak nagły i gwałtowny, że strwożona klucznica uznała za stosowne cofnąć się w głąb sali i zatrzymać się dopiero przy drzwiach.
— Nie inaczej, — ciągnał, — nie podlega wątpliwości... tu musi być dziecko...
Maneta szybko się zbliżyła.
— Dziecko? zapytała.
Lecz gospodarz spostrzegłszy, że służąca bawi się w szpiega, spojrzał na nią surowo, mówiąc:
— Ślicznie! co ty tu robisz? Kto cię ośmielił podchwytywać słowa, które mi się czasem wyrywają? Bądź tak dobrą i odejdź do kuchni, a nie pokazuj mi się na oczy, dopóki cię nie zawołam.
— Już zaczynam tracić cierpliwość, — myślała Maneta wychodząc szybko.
Tabaret uspokoił się zupełnie. Zimną jak lód zupę połykał pełnemi łyżkami.
— Jak to być może, — mówił do siebie, — żem na to zaraz nie wpadł? Biedna ludzkość! Mój umysł zaczyna starzeć się i nużyć. A przecież to jasne jak dzień. Okoliczności przemawiają najzupełniej.
Zadzwonił, służąca weszła.
— Pieczeń! — zawołał, — i precz mi z oczu! Nie inaczej, — ciągnął, krając prędko polędwicę; — nie inaczej, musi być dziecko... Oto cała historja: Wdowa Lerouge służyła u bardzo bogatej damy. Mąż, zapewne marynarz, odjeżdża w daleką drogę. Żona, która ma kochanka, widzi się nagle w stanie błogosławionym. Nie wiedząc co począć, zwierza się przed wdową Lerouge, i przy jej pomocy ukrywa nowonarodzone...
Zadzwonił po raz drugi.
— Maneto! desert i precz mi z oczu!
Tabaret jadł, ale co jadł, o tem z pewnością nie wiedział; był to kompot z gruszek.
— Lecz dziecko, — szeptał, — co się z dzieckiem stało? Może je zabito? Nie, bo wdowa Lerouge jako współwinna, nie byłaby więcej straszną. Kochanek chciał, aby dziecko żyło, powierzono je więc naszej wdowej, która je wychowała. Później można jej było odebrać dziecię, ale dowody jego urodzenia i istnienia zostały przy niej. Oto jak na dłoni: Ojciec, to ten pan, którego widziano w pięknym powozie; matka, to owa dama, która przyjeżdżała z pięknym młodzieńcem. Miano dużo kłopotów, więc powiedziano sobie: „Skończmy!“ Ale kto wypełnił trudne posłannictwo? Ojciec? Nie, on za stary. Do kroćset! to syn. Piękny chłopczyk chciał ocalić swą matkę. Uśmiercił wdowę i spalił dowody.
Tymczasem Maneta, z uchem przy dziurce od klucza, słuchała całą duszą. Od czasu do czasu schwyciła jakieś słowo, przekleństwo, lub łoskot uderzenia ręką o stół, ale na tem koniec.
— Zapewne jego kobiety tłuką mu się po głowie, — pomyślała złośliwie. — Chciały weń wmówić, że jest ojcem...
Była tak śmiałą, że uchyliła drzwi.
— Pan życzysz sobie kawy? — zapytała bojaźliwie.
— Nie, ale daj, — odrzekł Tabaret.
Chciał ją połknąć, lecz popiekł się tak nieznośnie, że ból pojednał go z realną rzeczywistością.
— Do kroćset! — burczał, — gorąca! Djabla sprawa! Dobrze mówią, że jestem zanadto namiętny... Ale kto z nich wszystkich, jedynie przy pomocy zwykłej loiki, byłby ułożył taką historję? Pewnie nie Gevrol, ten półgłówek! A to będzie zły, poniżony, zdruzgotany! Gdybym poszedł odwiedzić sędziego? Nie, jeszcze za prędko. Noc potrzebna do rozwiązania niektórych szczegółów, do ułożenia myśli... Lecz jeśli zostanę w domu, cała ta sprawa wzburzy mi krew w żyłach, a że jadłem za wiele, łatwo się rozchorować. Dalipan! pójdę dowiedzieć się, jak się ma pani Gerdy, bo temi dniami była cierpiącą; pogawędzę także z Noelem, to mię rozerwie.
Wstał, na ramiona zarzucił odziankę i wziął kapelusz w jedną, a laskę w drugą rękę.
— Pan wychodzi? — zapytała Maneta.
— Jak widzisz.
— Pan wróci późno?
— Bardzo być może.
— Ale pan wróci?
— Nie wiem.
W minutę pan Tabaret zadzwonił u drzwi swoich przyjaciół.
Wnętrze apartamentu pani Gerdy nie pozostawiało nic do życzenia. Miała się dobrze, a zatrudnienie Noela, który liczył rozległą klientelę, było prawdziwym majątkiem.
Pani Gerdy wiodła życie samotne; z wyjątkiem przyjaciół, których Noel zapraszał czasem na obiad, zresztą nie przyjmowała nikogo. Przez piętnaście lat, pan Tabaret widywał u niej tylko proboszcza miejscowej parafji, starego profesora Noela, i brata pani Gerdy, pensjonowanego pułkownika.
Jeśli te trzy osoby zeszły się razem, co zresztą zdarzało się rzadko, grywano w bostona. Innym razem urządzano partję pikiety. Wtedy Noel wychodził z salonu i zamykał się zaraz po obiedzie w swoim gabinecie, odosobnionym od apartamentu matki, gdzie zatapiał się w stosach najróżnorodniejszych papierów. Wiedziano, że pracował bardzo długo. Często w zimie lampa jego gasła dopiero o świcie.
Matka i syn żyli tylko jedno dla drugiego. Ktokolwiek ich znał, musiał to przyznać. Kochano, szanowano Noela za miłość, jaką czuł ku matce i za ofiary, które według ogólnego przekonania dla niej ponosił, żyjąc nie jako młodzieniec, ale jako starzec. W domu lubiano porównywać surowe postępowanie tego młodzieńca z życiem Tabareta, który mimo peruki, grał rolę niepoprawnego libertyna.
Pani Gerdy nie widziała na tym świecie nic, prócz syna. Miłość dla niego stała się u niej religją. W Noelu widziała wszystkie doskonałości, wszystkie piękności fizyczne i moralne. Zdawało jej się, że Noel jest doskonalszym od wszystkich stworzeń Boga. Gdy mówił, słuchała go w milczeniu. Każde jego słowo było dla niej rozkazem. Rady syna uważała za wyroki Opatrzności.
Starać się o dobro Noela, odgadywać jego życzenia, utrzymywać go ciągle w lubej atmosferze czułości — taki był cel jej życia. Nie dziw — była matką.
— Czy można się widzieć z panią Gerdy? — zapytał Tabaret, skoro służąca drzwi otworzyła.
I nie czekając na odpowiedź, wszedł jak człowiek, który wie, że obecność jego nie może tu być niemiłą.
Jedna tylko lampa oświecała salon, w którym nie było zwykłego porządku. Mały stolik marmurowy, stojący zawsze na środku, stoczył się w kąt. Wielki fotel pani Gerdy znajdował się przy oknie, a na dywanie leżał rozwinięty dziennik.
Ochotnik policyjny objął to wszystko jednym rzutem oka.
— Czy tu się co wydarzyło? — zapytał przerażony, zwracając się do służącej.
— Niech mię pan nie pyta... Potrwożyliśmy się okropnie, ach! jak...
— I cóż takiego? mów prędzej.
— Wiadomo panu, że blisko od miesiąca pani jest bardzo cierpiącą. Prawie nic nie je. Nawet zrana mówiła mi...
— Dobrze, dobrze, ale co wieczór?
— Po obiedzie pani przyszła do salonu jak zwyczajnie. Usiadłszy przy stoliku wzięła jeden z dzienników pana Noela. Zaledwie zaczęła czytać, krzyknęła straszliwie, przerażająco! Przybiegliśmy, zastaliśmy ją na pół umarłą na dywanie. Pan Noel wziął ją na ręce i odniósł do sypialni. Chciałam pójść po doktora, ale pan Noel powiedział, że nie potrzeba, bo wie, co jej jest...
— A jak się ma teraz?
— Przyszła do siebie. To jest zdaje mi się, że musi jej być lepiej, bo pan Noel kazał mi wyjść z pokoju. Nie dawno mówiła tak głośno, żem aż tu słyszała. Ach! panie, to dziwne...
— Co? To, co pani mówiła do pana...
— Pięknie, pięknie, rzekł Tabaret szyderczo, więc ty lubisz podsłuchiwać pode drzwiami?
— Nie, przysięgam panu, ale pani krzyczała jak opętana; mówiła...
— Córko! — rzekł poważnie Tabaret; — pode drzwiami zawsze się źle słyszy.
Służąca zmieszana i zarumieniona chciała się tłumaczyć.
— Dość, dość, — przerwał Tabaret. — Idź do swego zatrudnienia. Nie chcę przeszkadzać panu Noelowi; poczekam tu.
I zadowolony z małej nauczki, którą dał słudze, podniósł dziennik, usiadł koło kominka, postawił obok siebie lampę, i zaczął czytać. W minutę rzucił się na fotelu i z trudnością powstrzymał okrzyk zdziwienia, z którem połączyła się jakaś nieokreślona trwoga. Oto co między rozmaitościami wpadło mu w oczy:
„Okropna zbrodnia przejęła grozą małą wioszczynę Jonchère. Biedna wdowa, nazwiskiem Lerouge, którą powszechnie szanowano i którą cała wioska kochała, została zamordowana we własnym domu. Sąd, ostrzeżony w czas, udał się natychmiast na miejsce czynu, a wszystko pozwala przypuszczać, że policja jest już na tropie sprawcy tego nikczemnego skrytobójstwa.“
— Do kroćset! — mruknął Tabaret, — czy może pani Gerdy...
Myśl ta przeleciała jak błyskawica i zgasła. Usiadł znów na dawnem miejscu zawstydzony, wzruszając ramionami i mrucząc:
— Do pioruna! ta sprawa robi mię co raz głupszym. Myślę tylko o wdowej Lerouge i wszędzie ją widzę.
Mimo to niewytłumaczona ciekawość kazała mu przejrzeć cały dziennik. Lecz prócz tych kilku wierszy nie znalazł nic, coby mogło usprawiedliwić zemdlenie, krzyk, a nawet najmniejsze wzruszenie.
— Dziwna to jednak okoliczność, — pomyślał niepoprawny policjant.
Dopiero teraz spostrzegł, że dziennik był nieco naddarty u dołu ręką konwulsyjną. Mimowolnie powtórzył:
— To dziwne!...
W tej chwili, drzwi wiodące z salonu do sypialni pani Gerdy rozwarły się i Noel ukazał się na progu.
Bez wątpienia wypadek, który się przydarzył matce, nie mało go wzruszył; był bardzo blady, a wyraz jego twarzy zazwyczaj tak spokojny, zdradzał wielką irytację. Zdawał się niezadowolonym ujrzawszy Tabareta.
— Ach! drogi Noelu, — zawołał gość, — uspokój moją trwogę, jak się ma matka?
— Pani Gerdy ma się bardzo dobrze.
— Pani Gerdy! — powtórzył Tabaret tonem zdziwionym. — Widać, — ciągnął patrząc na Noela, — żeś się pan szalenie przestraszył.
— W rzeczy samej, — odpowiedział adwokat siadając, — doznałem przykrego wstrząśnienia.
Widocznie Noel wytężał wszystkie siły, aby spokojnie słuchać Tabareta i odpowiadać na jego pytania. Tabaret, zajęty własnym niepokojem, nic nie widział.
— Przynajmniej powiedz mi, moje dziecko, jak to się stało.
Młody człowiek zawahał się, jakby się radził sam siebie. Zapewne nie będąc przygotowanym na to natarczywe pytanie, nie wiedział jaką dać odpowiedź.
— Pani Gerdy przestraszyła się okropnie, wyczytawszy w dzienniku, że pewna kobieta, którą kochała, została zamordowaną.
— Tak?! — zawołał Tabaret.
Nasz poczciwiec do tego stopnia był zdziwiony, że omal nie zdradził swego policyjnego zawodu. Jeszcze trochę, a byłby zawołał: „Jakto pańska matka znała wdowę Lerouge?“ Na szczęście wstrzymał się. Ale z nierównie większą trudnością ukrył radość, iż bez kłopotów udało mu się wpaść na trop tej zawiłej sprawy.
— Była to, — ciągnął Noel, — niewolnica pani Gerdy. Była jej oddana duszą i ciałem, byłaby się w ogień rzuciła na jedno skinienie jej ręki...
— A więc ty, mój drogi przyjacielu, znałeś tę zacną kobietę?
— Nie widziałem ją już od dawna, — odpowiedział Noel głosem, w którym przebijała się głęboka boleść, — ale znałem ją bardzo dobrze. Muszę się nawet przyznać, żem ją kochał; ona była moją mamką...
— Ona!... ta kobieta! — wyjąknął Tabaret.
Tym razem myślał, że oszaleje. Wdowa Lerouge mamką Noela! Widocznie sama Opatrzność wybrała go za narzędzie i wiodła za rękę. A więc miał się dowiedzieć o wszystkich szczegółach, o odkryciu których wątpił jeszcze przed pół godziną. Na przeciw Noela siedział niemy, zmieszany. Ale zrozumiał, że jeśli nie ma się skompromitować, powinien przemówić.
— To wielkie nieszczęście. — rzekł po chwili.
— Nie wiem jak dla pani Gerdy, — odpowiedział Noel głosem wzruszonym, — ale dla mnie bardzo wielkie. Broń, którą zabito tę kobietę, przeszyła na wskróś moje serce... Ta śmierć, panie Tabaret, niszczy wszystkie moje marzenia przeszłości i obala uprawnione nadzieje. Miałem się pomścić za srogie katusze, a ta śmierć łamie broń w moich rękach i rzuca mię na pastwę niemożliwości!... Ach! jak jestem nieszczęśliwy!
— Pan nieszczęśliwy?! — zawołał Tabaret, dziwnie wzruszony boleścią ukochanego Noela, — na litość boską! co się panu stało?
— Cierpię, — ciągnął adwokat, — najsroższe katusze, bo nietylko niesprawiedliwość nie zostanie usuniętą, lecz jeszcze nie mogąc bronić się, jestem narażony na ohydne oszczerstwo. Powiedzą o mn!e, że byłem artystą w szalbierstwie, dumnym intrygantem bez czci i wiary!
Tabaret nie wiedział co myśleć. Między honorem Noela a zbrodnią w Jonchère nie mógł się dopatrzyć najmniejszego łącznika. Tysiące sprzecznych myśli krzyżowało się w jego mózgu.
— Dziecko moje, — rzekł czule, — nie rozpaczaj. Czyż oszczerstwo mogłoby ciebie dosięgnąć?! Odwagi, do kroćset! alboż nie masz przyjaciół? Czyż nie jestem przy tobie? Zaufaj mi przedmiot twego zmartwienia, a zobaczymy, ażali nam obu sam djabeł podoła!
Adwokat zerwał się, trącony nagłem postanowieniem.
— A więc dobrze, dowiesz się pan o wszystkiem. W rzeczy samej już mi za ciężko dźwigać bez współudziału tak wielkie brzemię. Rola, którą sobie narzuciłem, gniewa mię, bo jest mnie niegodną. Potrzebuję przyjaciela, który by mię pocieszył. Potrzebuję doradcy, którego głos mógłby mi dodać odwagi, zwłaszcza, że we własnych sprawach jest się najgorszym sędzią — a ta zbrodnia wtrąca mię w odchłań niestanowczości...
— Przecież pan wiesz, — odpowiedział spokojnie Tabaret, — że kocham cię, jak własne dziecko. Rozporządzaj mną bez wahania.
— A więc, — zaczął adwokat. — Lecz nie! nie tu... Nie chcę, aby nas kto podsłuchiwał; przejdźmy do mojego pokoju.
Skoro Noel i Tabaret, zamknąwszy główne drzwi z wszelką ostrożnością, usiedli na przeciwko siebie w gabinecie adwokata, nasz poczciwiec uczuł pewien niepokój.
— A gdyby pańska matka miała jaką potrzebę? — rzekł po chwili.
— Jeśli pani Gerdy zadzwoni, — odpowiedział młody człowiek suchym tonem, — służąca jest na jej rozkazy.
Ta obojętność i ten chłód zmieszały do reszty Tabareta, który od tylu lat był przyzwyczajony do serdecznych stosunków między matką a synem.
— Zlituj się, Noelu, — przemówił głosem błagalnym, — i nie poddawaj się chwilowemu rozdrażnieniu. Jak widzę, miałeś z matką jakąś sprzeczkę, ale jutro o niej zapomnisz. Porzuć więc ten przykry ton, którego używasz mówiąc o niej. Dla czego nazywasz ją panią Gerdy? Taka przesada jest niegodną ciebie...
— Dla czego? — rzekł adwokat głosem stłumionym; — dla czego!...
Wstał z fotelu, przeszedł się wzdłuż pokoju, a potem usiadłszy znowu naprzeciwko Tabareta, rzekł:
— Dla tego, panie Tabaret, że pani Gerdy nie jest moją matką...
Ten frazes padł jak piorun na głowę starego ajenta. Zdawało mu się, że utraci zmysły.
— Ależ, — zaczął tym tonem, którego używamy do odtrącenia rzeczy niemożebnych, — czy pomyślałeś, mój synu, o tem coś powiedział? Jestże to prawdopodobne?
— O! prawda, że to nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe... Od lat trzydziestu trzech, to jest od dnia, w którym na świat przyszedłem, ta kobieta grała na korzyść swojego syna tajemniczą i ohydną komedję, a jam na tem cierpiał!...
— Mój przyjacielu... — chciał zacząć Tabaret, który w tem wyznaniu widział z daleka powód zabicia wdowej Lerouge.
Ale Noel nie słuchał. Ten młodzieniec taki niegdyś zimny, poważny i zamknięty w sobie, nie mógł teraz opanować swego gniewu. Słysząc własne słowa ożywiał się i prawie odchodził od siebie.
— Czy jest na świecie człowiek, — mówił głosem urywanym, — któregoby tak okrutnie oszukano i tak nikczemnie wyszydzono?... A ja, jam kochał tę kobietę! Ja jej składałem dowody prawdziwie synowskiego przywiązania, jam jej poświęcił moją młodość!... Jej nikczemność datuje się od chwili, gdy po raz pierwszy wzięła mię na kolana. (Więcej książek Émile Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach) Do dnia dzisiejszego grała wybornie swoją podłą rolę... Jej miłość dla mnie, obłuda! jej przywiązanie, fałsz! jej pieszczoty, kłamstwo! A jam ją wielbił!... Ach! gdybym mógł odebrać wszystkie te całusy, które jej dawałem za całusy judaszowe! A na co ta haniebna obłuda, po co tyle trosk, tyle dwójznaczności? Aby mię tem łatwiej zdradzić, aby mię okraść, aby swemu bastardowi oddać wszystko, do czego tylko ja miałem prawo: moje imię, wielkie imię, mój majątek, olbrzymi majątek!...
— Nie mogę wytrzymać, — pomyślał Tabaret. — Potem rzekł głośno:
— Wszystko, co mi mówisz, drogi Noelu, jest ważne, bardzo ważne. Trzeba przypuścić, że pani Gerdy ma odwagę i zręczność, przechodzące siły kobiety. Musiał ją ktoś wspierać, zachęcać, skłaniać... Jak się nazywają jej sojusznicy? Nie mogła działać-sama... Może jej mąż...
— Jej mąż! — przerwał adwokat z gorzkim uśmiechem. — A więc i pan myślałeś że ona wdowa?... Nie, ona nie miała męża; nieboszczyk Gerdy nigdy nie istniał. Ja byłem bastardem, panie Tabaret, synem dziewczyny Gerdy i niewiadomego ojca...
— Panie! — krzyknął nasz poczciwiec, — czy może dlatego nie mogło przyjść do skutku przed czterma laty pańskie małżeństwo z panną Levernois?
— Nie z innych powodów, mój stary przyjacielu. A iluż to nieszczęść byłbym uniknął, gdybym się był ożenił z dziewczyną, którą kochałem. Ale wówczas nie chciałem robić przykrości tej, którą uważałem za swoją matkę. Płakała, rozpaczała, a ja głupi, jam ją pocieszał, jam osuszał jej łzy, jam ją usprawiedliwiał w moich własnych oczach! Nie, ona nie miała męża... Alboż kobieta, jak ona, może mieć męża? Ona była kochanką mojego ojca, a w dniu, w którym mu się sprzykrzyła, rzucił jej trzy tysiące franków jako nagrodę za dawne przyjemności.
Bez wątpienia, Noel byłby prowadził dalej te piorunujące oskarżenia. Ale Tabaret wstrzymał go. Ajent był już przekonany, że mająca nastąpić opowieść, będzie najzupełniej podobną do tej, którą sobie ułożył, a chęć przekonania się o swoim talencie jasnowidzenia była tak wielką, że nawet nie miał czasu ubolewać nad nieszczęśliwym Noelem.
— Kochane dziecię, — rzekł, — nie idźmy za daleko. Żądasz odemnie rady? Może tylko ja jeden mogę ci dać dobrą. A więc przystąpmy do rzeczy. Od kogo dowiedziałeś się o tej intrydze? Masz dowody? gdzie one są?
Stanowczy ton ajenta powinien był zwrócić uwagę Noela. Ale on był zanadto zajęty własnemi myślami. Nie miał czasu rozważać. Odrzekł zatem:
— Wiem o tem od trzech tygodni. Odkrycie zawdzięczam przypadkowi. Mam ważne dowody moralne, ale moralne nic nie znaczą... Jedno słowo wdowej Lerouge, tylko jedno jej słowo, mogłoby z nich zrobić dowód niezbity. Tego słowa nie wyrzecze, bo ją zabito; ale jam je słyszał z jej własnych ust... Teraz, pani Gerdy będzie wszystkiemu przeczyła, znam ją... Gdyby jej nawet głowę na kloc położono, powie, że nieprawda... Mój ojciec obróci się także przeciwko mnie... Wiem, że chociaż mam dowody, zbrodnia w Jonchère uniemożliwia ich zastosowanie.
— Wytłómacz mi wszystko, — zagadał Tabaret po chwili namysłu, — wszystko, rozumiesz? Starcy są nie raz dobrymi doradcami. Zobaczymy co wypadnie uczynić.
— Trzy tygodnie temu, — zaczął Noel, — jak szukając za niektóremi dokumentami, otworzyłem stary sekretarzyk pani Gerdy. Pomimo woli wysunąłem jedną z kryjówek: na prawo i lewo posypały się papiery, między któremi uderzył mię pakiet listów. Wiedziony niewytłómaczonem przeczuciem i nieprzezwyciężoną ciekawością, zacząłem czytać pierwszy list, który mi wpadł w rękę...
— Źle zrobiłeś, — zauważył Tabaret.
— Być może, ale stało się... Odczytawszy dziesięć wierszy, byłem już święcie przekonany, że ta korespondencja pochodziła od mojego ojca, którego nazwisko, pomimo usilnych próśb moich, pani Gerdy zawsze przedemną ukrywała. Możesz pan sobie wyobrazić, jak byłem wzruszony. Wziąłem pakiet, a zamknąwszy się w mojej sypialni, odczytałem z gorączkową skwapliwością wszystkie listy.
— Za co Bóg ciężko cię skarał, mój drogi synu.
— Prawda, ale na mojem miejscu czy ktokolwiek byłby inaczej uczynił? Te listy zajęły całą moją uwagę i one przekonały mię o prawdzie tego, com panu przed chwilą opowiedział...
— Czyś je pan przynajmniej zachował?
— Mam wszystkie, panie Tabaret, — odpowiedział Noel, — i aby pana lepiej zapoznać z mojem położeniem, zaraz je odczytam.
Adwokat otworzył biurko i z niedostrzeżonej kryjówki wyjął wiązankę listów.
— Pojmujesz, mój przyjacielu, — rzekł Noel, — że nie potrzebujemy zatrzymywać się przy szczegółach drobiazgowych, bo nam głównie idzie o istotę rzeczy.
Tabaret rozparł się w fotelu, pożerany gorączką ciekawości. Na jego twarzy i w oczach malowała się najnamiętniejsza niecierpliwość.
Po długiem szukaniu, adwokat wyjął jeden list i zaczął czytać głosem, który starał się zrobić spokojnym, lecz który mimo tych usiłowań, drżał od czasu do czasu:
— Walerja, — wtrącił Noel, — to pani Gerdy.
— Wiem, wiem — odparł Tabaret, — nie przerywaj sobie.
Noel zaczął więc:
„Dzień dzisiejszy jest dla mnie szczęśliwym dniem. Zrana otrzynałem drogi list, który okryłem pocałunkami. Odczytawszy go, omal nie umarłem z radości. A więc tyś się nie myliła, droga przyjaciółko. Bóg błogosławi naszej miłości będziemy mieli syna! Moja ukochana Walerja obdarzy mię synem, który będzie jej obrazem. Ach! dla czegoż jesteśmy rozdzieleni? Nigdy jeszcze nie przeklinalem tak strasznie tego nieznośnego związku, który przez rodzinę został mi narzucony. Pomimo woli nienawidzę tę kobietę, która nosi moje imię, a która stała się ofiarą barbarzyństwa naszych rodziców. A jakby na domiar zlego, ona także zrobi mię ojcem. Ach! mój Boże! jakaż przyszłość będzie tych dzieci? Pierwszy, syn tej, którą kocham, nie będzie miał ani ojca, ani rodziny, ani nawet nazwiska, podczas gdy drugi, syn znienawidzonej żony, będzie bogaty, otoczony zaszczytami, szlachetny i szczęśliwy. Nie mogę znieść tej strasznej niesprawiedliwości. Cóżbym nie uczynił, aby ją zmienić? Nie wiem jeszcze jak postąpię, ale to pewna, że wszystko naprawię, bo najukochańsze moje dziecię musi być najszczęśliwsze.“
— Zkąd jest pisany ten list? — zapytał Tabaret.
— Patrz pan, — odpowiedział Noel.
Tabaret zbliżywszy się, czytał: „Wenecja, grudzień 1828.“
Łatwo pojąć, rzekł adwokat, jak ważnym jest ten pierwszy list. On jest jakby wyjaśnieniem wydarzeń, które później zaszły. Mój ojciec, ożeniony wbrew własnej woli, uwielbia kochankę, a nienawidzi swoją żonę. Obie znajdują się równocześnie w stanie błogosławionym, a ojciec jest natchniony dla obu synów dwoma sprzecznemi uczuciami. W ostatnich wierszach przebija się nawet myśl, którą później urzeczywistnił, wbrew wszelkim prawom boskim i ludzkim.
Chciał rozwinąć cały obraz oskarżenia, ale Tabaret przerwał mu, mówiąc:
— Nie potrzeba tego wyłuszczać. Dzięki Bogu to, coś odczytał, jest dość wyraźne. Wprawdzie nie o wiele jestem bieglejszy w tego rodzaju sprawach jak każdy sędzia przysięgły, ale bądź co bądź, wybornie rozumiem.
— Opuszczam kilka listów, ciągnął Noel, — bo nie mają zbyt wielkiego znaczenia i zatrzymuję się przy tych słowach:
„Stan hrabiny staje się z każdym dniem poważniejszy. Nieszczęśliwa żona! Nienawidzę ją, a jednak boleję nad nią! Zdaje się odgadywać powód mojego smutku i obojętnego postępowania. Bezustanną słodyczą i bojaźliwą rezygnacją chciałaby mój gniew przebłagać. Biedna ofiara! Kto wie, czy i ona, zanim ją poprowadzono do ołtarza, nie oddała komu innemu swego serca... Nasze losy są równe. Wiem, że w twej niewyczerpanej dobroci przebaczysz mi moją litość.“
— To była moja matka, — przerwał adwokat drżącym ze wzruszenia głosem. Święta istota!... — I rzekłszy to, przesunął dłoń po oczach, jakby dla otarcia łez, a potem dodał: — Umarła!
Pomimo gorączkowej niecierpliwości, Tabaret nie śmiał przemówić słowa. Czuł on żywo głęboką boleść swego młodego przyjaciela. Po długiem milczeniu, Noel podniósł głowę i znowu zaczął:
— We wszystkich listach, które następują, widzę ślady niespokojności mego ojca o los dziecka miłości. Pomijam je milczeniem. Lecz oto, co mię uderza w liście, pisanym z Rzymu pod dniem 5. marca 1829. „Mój syn, nasz syn! Oto co mię najwięcej dręczy. Jakżeż mu zapewnić przyszłość, o której marzę dla niego? W duszy wyobrażam sobie, że po matce odziedziczy piękność, wdzięki i rozum, a po ojcu odwagę, szlachetność i uczucia wysokiej rasy. Co się stanie z drugim? Nienawiść wyradza tylko potwory...“
— Potwór, to ja! — zawołał adwokat z szyderczym uśmiechem, który daremnie starał się przytłumić. — Potwór, to ja... podczas gdy drugi... Ale zostawmy ten wstęp okrutnego czynu. Dotychczas chciałem pana tylko przekonać o ślepej namiętności mojego ojca; teraz kończmy. Oto krótki, ale stanowczy bilecik:
„Donieś mi jak najdokładniej o dniu, w którym zostaniesz matką. Błagam cię o to. Oczekuję twej odpowiedzi z niecierpliwością, którą łatwo zrozumiesz wiedząc, jakie mam zamiary co do naszego dziecka.“
— Nie wiem, — przerwał Noel, — czy pani Gerdy zrozumiała; w każdym jednak razie zdaje się być pewnem, że musiała natychmiast odpowiedzieć, bo oto co pisze mój ojciec w pięć dni po owym bilecie:
„Twoja odpowiedź, o najdroższa, najzupełniej mię zadowalnia. Mój zamiar jest już możebnym do urzeczywistnienia. Zaczynam być spokojniejszy i pewniejszy. Nasz syn będzie nosił moje nazwisko — bo na zawsze przy mnie zostanie. Wychowam go u siebie, w moim pałacu, pod moim wzrokiem, na moich kolanach, w moich uściskach. Będęż miał na tyle siły, aby nie umrzeć z przesytu szczęścia? Jutro jadę do Neapolu, ale cokolwiekbądź, w uroczystej godzinie będę w Paryżu... Moja obecność zdwoi twoją odwagę, a potęga mojej miłości, zmniejszy twoje cierpienia.“
— Przepraszam, że przerywam, — rzekł Tabaret, — ale czy nie mógłbyś mi powiedzieć, co za ważny powód wstrzymywał pańskiego ojca za granicą?
— Mój ojciec, stary przyjacielu, — odpowiedział adwokat, — był pomimo młodego wieku, jednym z powierników Karola X. i miał wówczas do spełnienia bardzo ważną misję na dworach włoskich. Mój ojciec nazywa się hrabia Rhéteau de Commarin.
— Do kata! — mruknął Tabaret, a pomiędzy zębami, jakby dla łatwiejszego zapamiętania wymienionego nazwiska, powtórzył kilka razy: Rhéteau de Commarin.
Noel milczał. Zdawało się, jak gdyby ten młody człowiek był teraz złamany. Jednakże po krótkiej pauzie odzyskał znów dawną odwagę i rzekł cichym głosem:
— A więc, w połowie maja mój ojciec znajdował się w Neapolu. W tem to mieście człowiek jak on rozumny, dyplomata, szlachetnie urodzony, nie mogąc opanować strasznej namiętności, ośmielił się powierzyć papierowi najpotworniejszy z projektów. Słuchaj pan:
„Niniejszy list wręczy ci Germain, mój stary sługa. Wysyłam go do Normandji, aby spełnił jedno z najdelikatniejszych posłannictw. Jestto jeden z tych sług, którym można najzupełniej zaufać.
„Nadeszła już chwila, że mogę ci odsłonić projekta, tyczące się przyszłości naszego syna. Najpóźniej w trzy tygodnie przyjadę do Paryża. Jeżeli mnie nie mylą dokładne obliczenia, ty i hrabina powijecie w jednym czasie. Trzy lub cztery dni zwłoki nic nie znaczą... Oto com postanowił:
„Obie istoty będą powierzone dwom mamkom z N., gdzie leżą prawie wszystkie moje dobra. Jedna z tych kobiet, za którą Germain ręczy, a do której właśnie go posłałem, będzie z nami w porozumieniu. Tej to powiernicy będzie oddany nasz syn, droga Walerjo. Obie mamki opuszczą Paryż w jednym dniu. Germain będzie towarzyszył tej, której zostanie powierzony syn hrabiny. Przypadek, wprzód obmyślany, zmusi obie kobiety przepędzić noc w drodze. Drugi wypadek urządzony przez mojego sługę, zmusi je przenocować w jednej i tej samej oberży, w wspólnym pokoju.
„W nocy nasza mamka zamieni dzieci w kołyskach.
„Wszystko przewidziałem — i bądź pewną, że tajemnica nie wyjdzie na jaw. Germain, będąc w Paryżu, ma kupić dla dwóch dzieci jednakową bieliznę. Wspieraj go twemi radami.
„Serce macierzyńskie, moja słodka Walerjo, zakrwawi się może na myśl, że będziesz pozbawioną niewinnych pieszczot własnego dziecięcia. Ale pocieszysz się, wiedząc, że naszemu synowi zgotuję los świetny. Co do drugiego dziecka, znając twe szlachetne serce, jestem przekonany, że będziesz je kochała. Czyż tem nie złożysz dowodu, że mię kochasz? Zresztą będzie szczęśliwy. Nie wiedząc o niczem, nie będzie niczego żałował, a to, co majątek może dać na świecie, będzie miał.
„Nie mów, że moje przedsięwzięcie jest karygodne. Nie, nie, moja najdroższa, nie! Ale żeby nasz mozolnie obmyślany plan mógł się udać, potrzebujemy pomocy Opatrzności. Trudności są wielkie, prawie nieprzezwyciężone... Jeżeli więc pomyślny skutek uwieńczy nasze zamysły, będziemy mieli do podziękowania tylko niebu. Ufam.“
— Tegom się właśnie spodziewał, — mruknął Tabaret.
— Nieszczęsny! — zawołał Noel, — ośmielił się nawet wzywać Opatrzności! Potrzebował wzywać Boga za pomocnika.
— Ale, — wtrącił nasz ajent, — jak pańska matka... przepraszam, chciałem powiedzieć: pani Gerdy, przyjęła tę propozycję?
— Zdaje się, że z początku ją odrzucała, bo oto krótki bilecik hrabiego, w którym jej proponował... Ach! ta kobieta!...
— Powoli, — rzekł słodko Tabaret, — powoli moje dziecię; starajmy się nie być zanadto niesprawiedliwymi... Pan przypisujesz wszystko złe pani Gerdy. Zdaniem mojem, raczej hrabia zasługuje na twój gniew.
— Prawda, — przerwał Noel z niejaką gwałtownością; — prawda, hrabia jest winny, bardzo winny! On jest sprawcą nikczemnego czynu, ale mimo to nie czuję do niego nienawiści. Popełnił zbrodnię, nie przeczę, lecz usprawiedliwia go jedna rzecz, namiętność!... Zresztą, mój ojciec nie oszukiwał mnie, jak ta podła kobieta przez lat trzydzieści! Pan de Commarin został przytem tak boleśnie ukarany, że teraz mogę mu tylko przebaczyć i boleć nad nim...
— Ach, więc on został ukarany? — podchwycił Tabaret.
„Germain doniósł mi o przybyciu mamki twojego syna, naszego syna. Dziś przyjdzie ona do ciebie. Możemy na nią liczyć, bo hojne wynagrodzenie ręczy za jej dyskrecję. Jednakże nic jej nie mów. Dano jej do zrozumienia, że ty o niczem nie wiesz. Chcę być sam odpowiedzialnym za to, co się stanie. To nierównie mądrzej. Ta kobieta jest z N... Urodziła się w moim majątku i poniekąd należy do mojego domu. Jej mąż jest dzielnym i zręcznym marynarzem; nazywa się Lerouge. Odwagi, najdroższa! Żądam od ciebie największej ofiary, jakiej może żądać kochanek od matki. Nie wątpię, że same niebo nas wspiera. Odtąd wszystko zależy od naszej zręczności i roztropności; — to znaczy, że plan powiedzie się wybornie.“
— Przynajmniej w jednym punkcie pan Tabaret czuł się zadowolonym; przeszłość wdowej Lerouge leżała jak na dłoni
. Pomimo woli wyjęknął: „Nareszcie!“ co jednak uszło uwadze Noela. — Ten bilet, — rzekł adwokat, — zamyka korespondencję hrabiego.
— Jakto? — zapytał wolontarjusz policyjny, — nic już więcej nie masz?
— Mam jeszcze dziesięć wierszy, skreślonych w kilka lat później, które mają także swoje znaczenie, lecz one stanowią tylko dowód moralny.
— Co za szkoda! — szepnął Tabaret.
Noel położył na stół listy, które trzymał w ręku, a odwróciwszy się do swego starego przyjaciela, wpatrywał się weń uporczywie.
— Przypuść pan, — mówił powoli, kładąc szczególny nacisk na każde słowo, — przypuść pan, że wszystkie moje wiadomości kończą się w tem miejscu. Przypuść pan dalej, że w sprawie tej nie wiem więcej od pana. Jakie jest twoje zdanie?
Tabaret zwlókł kilka minut odpowiedź. Zastanawiał się nad możliwościami wypływającemi z listów hrabiego de Commarin.
— Co do mnie, — rzekł nakoniec, — sumienie mówi mi, że pan nie jesteś synem pani Gerdy.
— I pan masz słuszność, — podchwycił adwokat namiętnie. — Łatwo pan pojmujesz, że pierwszą moją myślą było odwiedzić wdowę Lerouge. Ona mię kochała, ta biedna kobieta, bo mię karmiła własnem mlekiem; ona bolała nad niesprawiedliwością, jaką mi wyrządzono. Czy mam dodać, że zbrodnia, do której rękę przyłożyła, dręczyła ją, i że wyrzuty sumienia były za ciężkie na jej starość? Widziałem ją, pytałem, wszystko wyznała. Plan hrabiego, cudownie obmyślony, udał się bez trudności. W trzy dni po mojem narodzeniu, zbrodnia została spełnioną. Ja, biedne i niewinne dziecię, byłem zdradzony, wydziedziczony, odarty, przez mojego naturalnego obrońcę, przez mego własnego ojca! Biedna Klaudja! Przyrzekła mi swoje świadectwo w dniu, w którym bym zechciał upomnieć się o wydarte prawa!
— A tymczasem poszła ze świata, niosąc do grobu tajemnicę wyszeptał Tabaret tonem nieudanego żalu.
— Ale, — odpowiedział Noel, — nie tracę jeszcze nadziei. Klaudja miała kilka listów, wystosowanych do niej bądź przez hrabiego, bądź przez panią Gerdy — listów nierozważnych, dowodnych. Bezwątpienia, władza je znajdzie. One rozstrzygną. Te listy miałem w moich rękach, wszystkie odczytałem. Klaudja chciała mi je koniecznie oddać; czemuż ich nie wziąłem!
Nie! z tej strony nie było nadziei; Tabaret wiedział o tem najlepiej.
Nie podlega wątpliwości, że właśnie po te listy morderca przyszedł do Jonchère. Znalazłszy, spalił je wraz z innemi papierami, w małym piecyku. Stary ajent policyjny zaczął pojmować.
— Z tem wszystkiem, — zagadnął Tabaret, — znając pańskie stosunki, jak moje własne, zdaje mi się, że hrabia nie dotrzymał wspaniałej obietnicy majątkowej, którą dał pani Gerdy dla jej nowego syna.
— Wcale nie dotrzymał, mój stary przyjacielu.
— To najhaniebniejsze ze wszystkiego! — zawołał nasz poczciwiec.
— Nie osądzaj źle mojego ojca, — odparł poważnie Noel. — Stosunek z panią Gerdy trwał jeszcze bardzo długo. Przypominam sobie, że jakiś mężczyzna dumnej powierzchowności, odwiedzał mię czasem w kolegjum. Nie mógł to być kto inny, tylko hrabia. Ale zerwanie musiało nastąpić...
— Zwyczajnie jak u wielkich panów, — zaszydził Tabaret.
— Nie wyrokuj porywczo, — przerwał adwokat; — hrabia Commarin miał słuszność. Kochanka oszukiwała go; dowiedział się o tem, poczem nastąpiło zerwanie. Owych dziesięć wierszy, o których panu wspomniałem, były wówczas napisane...
Noel szukał długo między papierami rozrzuconemi na stole; nareszcie znalazł list, więcej pożółkły i pomięty niż inne. Snać musiano go niejednokrotnie czytać i składać. Nawet same pismo było więcej zatarte.
— Pani Gerdy, — rzekł adwokat tonem gorzkim, — nie jest więcej uwielbianą Walerją.
Czytał:
„Okrutny przyjaciel, jak każdy przyjaciel prawdziwy, otworzył mi oczy. Wątpiłem. Strzeżono panią, a dziś niestety, nie mogę już wątpić. Ty, pani Walerjo, której poświęciłem więcej jak życie, oszukujesz mię i to nie od dziś. Nieszczęsny! nie wiem nawet, ażali jestem ojcem twojego dziecka.“
— Ależ ten bilet! — zawołał Tabaret, — jest dowodem, niezapartym dowodem! Czyż hrabiego mogła obchodzić wątpliwość co do pochodzenia syna pani Gerdy, gdyby był nie poświęcił swego własnego syna dla syna miłości? Prawdę powiedziałeś, panie Noel, Bóg ciężko go skarał.
— Pani Gerdy, — podchwycił Noel, — chciała się usprawiedliwić. Pisywała do hrabiego, ale on poodsyłał listy nie naruszywszy nawet pieczęci. Chciała się z nim widzieć, ale ją nie przypuszczono do niego. Nakoniec zaniechała tych bezskutecznych usiłowań. A gdy intendent hrabiego wręczył jej dla mnie zapis na 15.000 franków renty, zrozumiała, że wszystko było skończone. Syn zajął moje miejsce, a matka mnie niszczyła.
Potrójne lekkie zapukanie do drzwi, przerwało Noelowi.
— Kto tam? — zapytał, nie wstając z miejsca.
— Panie, — ozwał się za drzwiami głos służącej; — pani chce z panem pomówić.
Adwokat zdawał się wahać.
— Idź, moje dziecię, — radził Tabaret, — bądź litościwszym... wszak to obowiązkiem każdego człowieka.
Noel powstał z widoczną niechęcią i przeszedł do sypialni pani Gerdy.
— Biedny chłopiec, — pomyślał Tabaret pozostawszy sam; — co za fatalne odkrycie... Jak on musi cierpieć! Taki dziarski młodzieniec, takie szlachetne serce! W swojej czystej zacności nie przypuszcza nawet, kto zadał cios tej biednej kobiecie. Na szczęście widzę za dwóch, i podczas gdy on rozpacza, jestem pewny, że mu wymierzę sprawiedliwość. Mój Boże! dziecko zgadłoby, czyja ręka popełniła zbrodnię. Ale jak się to stało? Ach! gdybym jeden z tych listów przynajmniej przez jedną dobę mógł mieć u siebie! Źle... musi wiedzieć, ile ich jest... A jeśli go poproszę, aby mi dał?... Wtedy zdradziłbym moje stosunki z prefekturą. Najlepiej wezmę jeden, mniejsza który, jedynie aby porównać pismo.
Zaledwie Tabaret ukrył jeden z listów w głębokościach swojej kieszeni, Noel wrócił od pani Gerdy.
Był to jeden z tych ludzi o ostro markowanych charakterach, którzy dadzą się raczej złamać niż ugiąć. Duszę miał silną, umiejącą pod płaszczem powierzchownej obojętności ukrywać najboleśniejsze wrażenia. Gdy wszedł, nikt by nie poznał, co mogło zajść między nim a panią Gerdy. Był zimny i całkiem spokojny, jak wówczas, gdy jego klienci męczyli go najrozmaitszemi żalami.
— I cóż! — zapytał Tabaret, — jakże się ma?
— Gorzej, — odparł Noel. — Teraz jest w gorączce i nie wie co mówi. Obarczała mię najstraszliwszemi zarzutami, mówiąc, żem najgorszy z ludzi! Zdaje mi się, że straci zmysły.
— Można się mylić, — szepnął Tabaret, — i dlatego radziłbym wezwać lekarza.
— Właśniem po niego posłał.
Adwokat usiadł przed biurkiem i podług daty zaczął składać porozrzucane listy. Widocznie niechciał nawiązywać przerwanej pogadanki, ale innego zdania był pan Tabaret.
— Im więcej myślę, kochany Noelu, o twojej historji, tem więcej mię zadziwia. Mówiąc prawdę, nie wiem, cobym uczynił, będąc na twojem miejscu.
— Prawda, stary przyjacielu, — rzekł smutno adwokat, — to może zmieszać większe doświadczenie, niż twoje.
Stary policjant ukrył z trudnością chytry uśmiech, który mu wystąpił na usta.
— Przyznaję się w pokorze, — odpowiedział z miną głupowatą, — ale pan, cóżeś pan uczynił? Zapewne żądałeś najpierw wyjaśnień od pani Gerdy.
Noel wstrząsł się, czego jednak nie dostrzegł Tabaret, cały zajęty swojem pytaniem.
— Rzeczywiście, tak zacząłem.
— I cóż panu powiedziała?
— Cóż mi mogła powiedzieć?
— Jakto! nie starała się nawet usprawiedliwić?
— Owszem, chciała dokazać tego, co niemożebne. Chciała mi wyjaśnić tę korespondencję; mówiła mi... Alboż ja wiem, co mi mówiła? Kłamstwa, niedorzeczności, podłoty!
Adwokat pozbierał listy nie dostrzegłszy kradzieży. Starannie je związał i schował napowrót do kryjówki w sekretarzyku.
— Prawda, — ciągnął, chodząc szybkim krokiem po pokoju, jakby chciał uspokoić wewnętrzny gniew; — prawda, zaczęła mi wyjaśniać. Ale czy to mogło być możebne, wobec dowodów, które posiadam? Na samą myśl, że jej ukochany syn mógłby być zmuszony zwrócić to, co mi skradł, serce jej pękało. A ja, głupi, tchórz, podły, ja w pierwszej chwili nie chciałem jej nawet wspomnieć o tem odkryciu. Mówiłem do siebie: „Trzeba jej przebaczyć, ona mię kochała...“ Kochała... nie! Ona byłaby dopuściła, żebym doznawał najstraszliwszych cierpień, byle tylko ani jeden włos nie spadł z głowy jej syna!
— Zapewne musiała ostrzedz hrabiego, — zauważył Tabaret, — snując dalszy wątek swych przypuszczeń.
— Bardzo być może. Ale jej zabiegi były bezskuteczne, bo hrabiego nie ma od miesiąca w Paryżu. Wróci dopiero z końcem tego tygodnia.
— Jak pan wiesz o tem?
— Chciałem się widzieć z hrabią, moim ojcem, rozmówić się z nim...
— Pan?
— Tak jest, ja. Sądzisz pan więc, że zaprzepaszczę własne prawa, że odarty, zdradzony, oszukany, nie podniosę głosu? Jakież względy mogłyby mię zmusić do milczenia, kogoż mam oszczędzać? Mam prawo za sobą, a więc muszę z niego zrobić użytek. Cóż pan w tem widzi dziwnego?
— Z pewnością nic, mój przyjacielu. A więc pan poszedłeś do hrabiego de Commarin?
— Ach, nie postanowiłem tego w pierwszej chwili, — odpowiedział zapytany. — Moje odkrycie odebrało mi przytomność. Potrzebowałem czasu do namysłu. Tysiące sprzecznych uczuć targało moje serce. Chciałem i niechciałem, gniew oślepił mię, nie miałem odwagi; byłem chwiejny, zbłąkany. Wrzawa, jaka w świecie mogłaby się wszcząć na wieść o tej sprawie, trwożyła mię. Ale bądź co bądź, pragnąłem mego nazwiska. Jednakże w wilję dnia, w którym je miałem odzyskać, nie chciałem go splamić. Szukałem sposobu, w jaki by można załatwić wszystko bez skandalu.
— Cóż się więc stało?
— Zdecydowałem się po czternastu dniach walki i niepokoju, po czternastu dniach rozpaczy. Ach! ileż ja wycierpiałem w tym czasie! porzuciłem moje interesa, zerwałem z pracą. Zmęczony całodziennemi wycieczkami. szukałem we śnie spoczynku. Próżne usiłowania! Od czasu jak znalazłem te listy, nie mogłem przespać ani godziny.
Od czasu do czasu Tabaret spoglądał ukradkiem na zegarek.
— Pan sędzia śledczy musi już spać, — pomyślał.
— Nareszcie pewnego poranku, — ciągnął Noel, — po bezsennie strawionej nocy, powiedziałem sobie, że raz trzeba wszystko skończyć. Znajdowałem się w położeniu owych zrozpaczonych szulerów, którzy straciwszy cały majątek, rzucają na sukno ostatni pieniądz. Przezwyciężyłem bicie serca, posłałem po doróżkę i kazałem się zawieźć do hotelu Commarin.
Staremu policjantowi wyrwało się westchnienie zadowolenia.
— Wspaniały to hotel na dzielnicy St. Germain, mój stary przyjacielu, istny pałac, godny księcia mającego dwadzieścia milionów rocznego dochodu. Wchodzi się najpierw na obszerne podwórze. Na prawo i na lewo znajdują się stajnie i wozownie, a w nich dwadzieścia koni najszlachetniejszej rasy, powozy i karety. W głębi wznosi się fasada pałacu, majestatyczna i poważna o olbrzymich oknach i balkonach na marmurowych kolumnach. W tyle rozpościera się wielki ogród, chciałem powiedzieć park, w którym rosną najstarsze drzewa, jakiemi Paryż może się poszczycić.
Ten opis nudził niezmiernie pana Tabareta. Ale co począć, jak tu naglić? Jedno niewłaściwie wyrzeczone słowo, mogło w Noelu obudzić podejrzliwość i przekonać go, że mówi nie do przyjaciela, ale do współpracownika słynnego w całej Francji Gevrola.
— A więc panu pozwolono obejrzeć hotel? — zapytał.
— Nie, obejrzałem go na własną rękę. Od czasu, jakem się dowiedział, że jestem jedynym spadkobiercą hrabiego Rhéteau de Commarin, zapoznałem się dobrze z moją nową rodziną. Studjowałem jej historję i bijografję; szlachetna to historja! Wieczór, z głową rozognioną, krążyłem do koła mieszkania mych ojców. Ach! pan nie pojmujesz moich wrażeń. W tym oto domu, mawiałem do siebie, przyszedłem na świat, tam powinienem był być wychowany, tam miałem wzróść, tam dziś panować! Trawiły mię te niesłychane gorycze, od których umierają wygnańcy.
Z mojem smutnem i biednem życiem, porównywałem świetny los dziecka miłości, a wtedy krew zmieszana z żółcią zalewała mi serce i tumaniła głowę. Opanowywała mię szalona chęć wyłamać drzwi, wpaść do wielkiego salonu i zawołać do uzurpatora: „Precz ztąd, bastardzie, precz! ja tu jestem panem!“ Od tego kroku powstrzymywała mię jedynie pewność, że mogę odzyskać moje prawo skoro tylko zechcę. O! ja znam mieszkanie moich antenatów! Kocham się w tych starożytnych rzeźbach, w tych olbrzymich drzewach, nawet w tych kamieniach na dziedzińcu, których dotykała się stopa mojej matki. Kocham wszystko, nawet herby zawieszone nad główną bramą, bo one są dumnem szyderstwem z głupich zasad niwelatorów naszej epoki!
Ten ostatni frazes był w takiej sprzeczności ze zwykłemi zasadami adwokata, że aż Tabaret odwrócił głowę, aby ukryć uśmiech szyderczy.
— Biedna ludzkość! pomyślał, już mówi jak wielki pan.
— Gdym przybył, — ciągną! Noel, — szwajcar w okazałej liberji stał w bramie. Spytałem o hrabiego Commarin’a. Szwajcar odpowiedział, że hrabia wojażuje, ale że wice-hrabia jest w domu. Na razie to mię nieco zmieszało, ale żem już zrobił krok stanowczy, więc oświadczyłem bez wahania, iż w nieobecności ojca pragnę pomówić z synem. Szwajcar patrzył na mnie przez kilka minut. Widząc, żem wysiadł z dorożki, uważał za konieczne przypatrzeć się dobrze mojej osobie. Zapewne rozważał, czy jestem godny stanąć przed takim magnatem, jak jego pan.
— Lecz bądź co bądź, mówiłeś z nim? — przerwał Tabaret.
— Jakto? pan myślisz że natychmiast, odpowiedział Noel gorzkim tonem. Egzamin był długi, ale na szczęście wypadł dla mnie korzystnie; biała krawatka i czarny ubiór zrobiły dobre wrażenie. Szwajcar powierzył mię strzelcowi w pióropuszu, a ten przeszedłszy podwórze, wprowadził mię do wspaniałego przedpokoju, gdzie ziewało trzech czy czterech lokajów. Jeden z tych panów poprosił mię bym za nim poszedł.
Minął ze mną przepyszne schody, po których możnaby wyjechać powozem, dalej długą galerję obrazów, potem minęliśmy kilkanaście dużych i tajemniczo milczących apartamentów, w których meble lśniły od złota i drogich materji, a nareszcie oddał mię pokojowcowi pana Alberta. To jest imię syna pani Gerdy, czyli mówiąc jaśniej, moje imię właściwe.
— Rozumiem, rozumiem.
— U bramy przeszedłem egzamin zewnętrzny, teraz trzeba było poddać się wewnętrznemu, to jest odpowiadać na zapytania. Pokojowiec chciał koniecznie wiedzieć kto jestem, co robię, po co przyszedłem i wiele innych rzeczy. Odpowiedziałem krótko, że nie będąc znany wice-hrabiemu, nadużyję jego cierpliwości, w sprawie bardzo ważnej, tylko przez pięć minut. Pokojowiec wyszedł, poprosiwszy mię przedtem bym zechciał usiąść i zaczekać. Czekałem już więcej jak kwadrans, gdy chłopiec wrócił oświadczając, że jego pan raczył przyjąć łaskawie moją prośbę...
Nie trudno pojąć, że całe to przyjęcie ciężyło na sercu naszemu adwokatowi. Nie mógł przebaczyć Albertowi jego lokajów i pokojowców. Tabaret dziwił się, że Noel może mówić z podobną goryczą o rzeczach tak zwyczajnych.
— Co za drobiazgowość, pomyślał, u człowieka wyższych zdolności!
— Wprowadzono mię, ciągnął Noel, do małego i skromnie umeblowanego salonu, którego wszystkie ściany były ozdobione najrozmaitszą bronią. Są tam zabytki z wszystkich wieków i krajów. Nigdy w życiu nie widziałem na tak małej przestrzeni tyle strzelb, pistoletów, pałaszów, szpad i jataganów. Zdawało mi się, żem wszedł do arsenału nauczyciela szermierki.
Broń, którą morderca zabił wdowę Lerouge, przyszła w tej chwili na myśl Tabaretowi.
— Gdym wszedł, ciągnął Noel, ujrzałem wice-hrabiego wyciągniętego na dywanie. Miał na sobie aksamitne ubranie, a na szyi ogromną chustkę jedwabną. Nie uczułem odrazy, bo ten młodzieniec nic mi złego nie zrobił, bo nawet nie wiedział o zbrodni naszego ojca... Słuszny, pięknie zbudowany. Albert nosi godnie nazwisko, do którego nie ma prawa. Ze wzrostu i twarzy byłby może do mnie podobny, gdyby nie nosił całej brody. Ale przynajmniej o pięć lat młodziej wygląda odemnie. Łatwo to zrozumieć. Nie pracował, nie walczył, nie cierpiał... Należy on do tych wybrańców, którzy wsparci o miękkie wezgłowia ekwipażów, lecą przez życie, nie czując najmniejszego wstrząśnienia. Ujrzawszy mię, powstał i przywitał bardzo uprzejmie.
— Musiało to pana szalenie wzruszyć, przerwał Tabaret.
— Nieco mniej, aniżeli czuje się w tej chwili. Dwutygodniowe przygotowania mogły zapobiedz wzruszeniom. Nie czekając na zapytanie, które czytałem na jego ustach, przystąpiłem do rzeczy: „Panie, rzekłem, pan mię nie znasz, ale moja osoba to rzecz najmniejsza. Przychodzę w sprawie smutnej i ważnej, tyczącej się honoru nazwiska, które pan nosisz.“ Prawdopodobnie nie wierzył, albowiem tonem, w którym przebijała się niecierpliwość, zapytał: „Czy to długa historja? Odpowiedziałem lakonicznie: „Dosyć długa.“
— Błagam cię, — z nadzwyczajną uwagą, — przerwał Tabaret, który przysłuchiwał się nie opuść ani jednego szczegółu. To bardzo ważne, pan przecie rozumiesz...
— Wice-hrabia, ciągnął Noel, zdawał się być żywo zmięszany. Przykro mi, rzekł, ale nie jestem panem mego czasu. Właśnie o tej godzinie mam się widzieć z moją narzeczoną, panną d’Arlange. Czy nie moglibyśmy odroczyć tę pogadankę?“
— Wybornie! druga kobieta! pomyślał Tabaret.
— Odpowiedziałem Albertowi, że nasza rozmowa nie cierpi zwłoki, lecz skorom dostrzegł, że w odpowiedź chce mię za drzwi wyprosić, niezwłocznie wyjąłem z kieszeni korespondencję hrabiego, i wręczyłem mu jeden z listów. Gdy ujrzał pismo swego ojca stał się grzeczniejszym, a oświadczywszy następnie, że zaraz będzie na moje rozkazy, usiadł przy biórku, napisał krótki bilecik, a potem przywoławszy pokojowca dał mu mówiąc, aby z nim poszedł do markizy d’Arlange. Po wyjściu służącego poprosił mię do drugiego pokoju, do swojej biblioteki.
— Tylko jedno słowo, — wtrącił Tabaret, — czy zmieszał się ujrzawszy listy?
— Bynajmniej. Zamknąwszy starannie drzwi, wskazał mi fotel, usiadł obok i rzekł: „Teraz, panie, racz się wytłumaczyć.“ Jeszcze w przedpokoju miałem czas przygotować się na to rendez-vous. Postanowiłem przystąpić bezzwłocznie do istoty rzeczy. „Panie, zacząłem, moja misja jest bardzo przykrą. Mam panu odkryć rzeczy nieprawdopodobne. Proszę cię tylko, panie, nie odpowiadaj tak długo dopóki nie odczytasz tych oto listów. Zaklinam cię także, panie hrabio, nie myśl o środkach gwałtownych, bo one na nic się nie zdadzą.“ Spojrzał na mnie, wzrokiem nadzwyczaj zdziwionym i odpowiedział: — Mów pan, mogę wszystko usłyszeć.“ Wstałem: — „Panie, rzekłem, wiedz, że nie jesteś legalnym synem hrabi de Commarin. Ta korespondencja udowodni to panu. Legalne dziecię żyje i właśnie ono przysłało mię do ciebie.“ Mówiąc wlepiłem wzrok w jego oczy i dostrzegłem w nich błysk szalonego gniewu. Przypuszczałem w pierwszej chwili, że rzuci się na mnie aby mię udusić. Wszelako prędko przyszedł do siebie. — „Te listy? zapytał suchym tonem. Wręczyłem mu wszystkie.
— Jakto zawołał Tabaret, te listy... o nierozważny!...
— Dlaczego?
— A gdyby on naprzykład... no, rozumiesz?
Adwokat położył rękę na ramieniu swego przyjaciela.
— Ja tam byłem, odrzekł głosem stłumionym — i zaręczam, że nie było żadnego niebezpieczeństwa.
Twarz Noela była w tej chwili tak dziką, że Tabaret uczuł prawie trwogę i cofnął się o krok.
— Byłby go zabił! pomyślał.
Adwokat opowiadał dalej:
— To, com dziś wobec ciebie zrobił, mój stary przyjacielu, uczyniłem także wobec Alberta. Oświadczywszy mu z góry, że nie potrzebuje odczytywać wszystkich listów, a jest ich sto pięćdziesiąt, dodałem, że wystarczy przejrzenie tych, które są oznaczone krzyżem, i zastanowienie się nad ustępami, podkreślonemi czerwonym ołówkiem. Chciałem skrócić jego męczarnie. Albert siedział przed małym stoliczkiem, zanadto słabym by się na nim można oprzeć, ja zaś stałem przy kominku, na którym płonął ogień. Śledziłem najmniejsze ruchy i studjowałem każdy wyraz jego twarzy. Nie! w życiu mojem nie widziałem nic podobnego, i nie zapomnę o tem chociażbym żył nawet tysiąc lat. W pięciu minutach zmienił się tak bardzo, że własny jego pokojowiec byłby go nie poznał. Wydobył chustkę z kieszeni i od czasu do czasu przykładał ją do ust. Blednął mi w oczach, a usta jego były białe jak chustka, którą trzymał. Grube krople potu wystąpiły na czoło, oczy zaś były zamglone, bezduszne. Zresztą ani jednego wykrzyknika, ani jednego słowa, westchnienia, gestu, nic! Była nawet chwila, że taka opanowała mię litość, iż chciałem wydrzeć mu listy, wrzucić w ogień, chwycić go w ramiona i zawołać:
„Tyś moim bratem, zapomnijmy o wszystkiem, zostańmy na dawnych miejscach i kochajmy się jak bracia!“
Tabaret uchwycił rękę Noela i serdecznie ją uścisnął.
— Brawo zawołał, poznaję po tem mego szlachetnego chłopca!
— Nie uczyniłem tego, mój stary przyjacielu, bom sobie pomyślał: „Czy po spaleniu listów uzna mię jeszcze za swojego brata?“
— Słuszna uwaga.
— Czytanie skończyło się w pół godziny. — Wice-hrabia podniósł się i stanął twarz w twarz przedemną. — „Masz słuszność, panie, rzekł spokojnie, jeśli te listy są od mojego ojca, jak o tem nie wątpię, wszystko zdaje się udowadniać, że nie jestem synem hrabiny de Commarin.“ Milczałem. — „Ale, ciągnął, dotychczas są to tylko błahe przypuszczenia. Czy masz pan jeszcze inne dowody? Rzecz zrozumiała, że byłem przygotowany na tego rodzaju zapytanie. — „Germain, odrzekłem, może poświadczyć.“ Na to odpowiedział, że Germain umarł już dawno. Wtedy mówiłem mu o mamce, wdowej Lerouge. Wytłumaczyłem mu, jak łatwo można się z nią widzieć i rozmówić. Dodałem, że wdowa mieszka we wiosce Jonchère koło Bougival.
— A cóż on na to? — zapytał niecierpliwie ochotnik policyjny.
— Z początku milczał i zdawał się rozważać. Potem nagle uderzył się w czoło mówiąc:
— „Znam ją, znam! Trzy razy byłem u niej z moim ojcem i przy mnie wręczył jej hrabia znaczną kwotę.“ Zwróciłem uwagę Alberta na tę okoliczność, jako na jeden z nowych dowodów. Nie odpowiedziawszy ani słowa, zaczął przyspieszonym krokiem chodzić po pokoju. Nareszcie wrócił do mnie: „Panie, rzekł, znasz pan
legalnego syna hrabiego de Commarin?“ Odrzekłem: „Ja nim jestem.“ Pochylił głowę i szepnął: „Wątpiłem.“ Potem wziął mię za rękę i dodał: „Mój bracie, spodziewam się ojca za ośm lub dziesięć dni. Zezwól na tę zwłokę. Niezwłocznie po jego powrocie, rozmówię się z nim, a daję ci słowo honoru, że sprawiedliwość będzie ci wymierzoną. Weź te listy i zostaw mię samego. Jestem jakby piorunem rażony... W jednej chwili tracę wszystko wielkie imię, które zawsze godnie nosiłem, wysokie stanowisko, olbrzymi majątek i więcej niż to wszystko... kobietę, która mi jest droższą nad życie. Prawda, że w nagrodę znajdę matkę. Pocieszymy się nawzajem. Ja zaś, mój panie, dołożę starań, aby matka o tobie zapomniała, bo kochając cię, będzie cię musiała opłakiwać.“
— Czy rzeczywiście to powiedział?
— Prawie słowo w słowo.
— Łotr! — szepnął Tabaret.
— Co pan mówisz? — podchwycił Noel.
— Mówię to dzielny młodzieniec, — odpowiedział policjant, — i byłbym szczęśliwy, gdybym go mógł poznać...
— Nie pokazałem mu listu, zrywającego stosunek z panią Gerdy, — dodał Noel; — lepiej niech nie wie o postępowaniu swej matki. Wołałem wyrzec się tego dowodu, niż sprawić mu nową boleść.
— A teraz?
— Co począć? Czekam na przyjazd hrabiego. Od jego zeznań zawisło dalsze moje postępowanie. Jutro pójdę do sądu i poproszę, ażeby mi pozwolono wejrzeć w papiery Klaudji. Jeśli te listy znajdą się, jestem ocalony; w przeciwnym razie... Ale powtarzam ci, stary przyjacielu, od chwili jakem się dowiedział o tem morderstwie, nie wiem co począć. Kto mi poradzi?
— Najmniejsza rada, wymaga dłuższego namysłu, — odrzekł policjant, który już myślał o odwrocie. — Mój Boże! jak przykre życie wiodłeś do tej chwili!...
— Straszne! A dodaj jeszcze ciągłe kłopoty pieniężne.
— Jakto? pan, który tak mało wydajesz?
— Mam pewne obowiązki. Czyż wolno mi naruszyć majątek, który administruję? Anim pomyślał o tem.
— Dobrze robisz, bardzo dobrze... Nadzwyczaj jestem szczęśliwy, żeś mi o tem wspomniał. Zrobisz mi jedną przysługę?
— Z przyjemnością. Jaką?
— Wyobraź sobie, mam w sekretarzyku 12. do 15. tysięcy franków, które mię niesłychanie żenują. Jestem stary, nie mam odwagi, gdyby o tem wiedziano... rozumiesz?
— Bałbym się, — zauważył adwokat.
— A więc jutro przyniosę ci te pieniądze.
Przypomniawszy sobie jednak, że oddany na usługi pana Daburon, może nie będzie wolny kiedy zechce:
— Nie, nie jutro, — rzekł, jeszcze dziś wieczór. Te djabelskie pieniądze nie zostaną dłużej w moim pokoju.
Wybiegł z gabinetu i niezwłocznie wrócił z piętnastu biletami w ręku.
— Jeżeli to nie wystarczy, — rzekł wręczając je Noelowi, — znajdę więcej.
— W każdym razie, — zauważył adwokat, — dam panu rewers.
— Rewers?! dość będzie czasu jutro.
— A jeśli umrę tej nocy?
— Nie boję się, — odpowiedział Tabaret, któremu w tym momencie przyszedł na myśl testament; — zawsze coś po tobie odziedziczę... Dobranoc. Prosiłeś mię o dobrą radę, potrzebuję więc namyśleć się w nocy, bo teraz moja mózgownica w wielkim nieporządku. Nawet wyjdę na chwilę. Gdybym się teraz położył, mógłbym dostać gorączki. Tymczasem moje dziecko cierpliwości i odwagi. Kto wie, czy już teraz Opatrzność dla ciebie nie pracuje.
Wyszedł, a Noel zostawił na wpół otworzone drzwi, słuchając szelestu kroków, który gubił się na schodach. Niezadługo wołanie: „Portier!“ i zatrzaśnięcie bramy przekonały go, że pan Tabaret był już na ulicy.
Czekał jeszcze kilka sekund, a potem włożywszy do kieszeni dwa pakieciki, które wyjął z komody, tudzież pieniądze otrzymane od swojego starego przyjaciela, zgasił lampę i wymknął się z gabinetu, zamknąwszy drzwi na dwa spusty. Na korytarzu przystanął. Wytężał słuch, jakby chciał się przekonać, czy nie dolecą do niego westchnienia pani Gerdy. Nie usłyszawszy nic, zszedł na palcach. W kilka minut był na ulicy.
Do mieszkania pani Gerdy, należał na dole lokal, który dawniej służył za wozownię. Miejsce to możnaby nazwać muzeum starożytności, tyle tam było starych gratów. Meble, zużyte naczynia i wiele innych rzeczy leżało w największym nieładzie. W zimie składano tu także drzewo i węgiel.
Ta stara wozownia miała drzwi, wychodzące na ulicę, o których od dawna zapomniano. Od kilku lat Noel kazał drzwi naprawić i opatrzyć dobrym zamkiem. Tędy mógł zatem wchodzić i wychodzić o każdej godzinie, unikając kontroli odźwiernego, a tem samem całego domu.
Właśnie przez te drzwi wyszedł teraz na ulicę. Ostrożność z jaką otwierał i zamykał, była zadziwiającą.
Ujrzawszy się za domem, stanął nieruchomo na trotuarze, jak gdyby wahałsię co do wyboru drogi. Następnie pobiegł w kierunku dworca kolei żelaznej, gdy wtem nadjechała dorożka. Dał znak woźnicy, który w mgnieniu oka podjechał pod kamienicę.
— Ulica Faubourg-Montmartre, na rogu ulicy Provence! — zawołał wsiadając, — tylko prędko! We wskazanem miejscu adwokat wysiadł i wręczył dorożkarzowi należytość. Gdy dorożka odjechała już o kilkaset kroków, Noel pobiegł w głąb ulicy Provence i we dwie minuty zadzwonił u bramy jednego z najpiękniejszych domów. Bramę niezwłocznie otworzono.
Gdy Noel przechodził koło okna odźwiernego, ten pozdrowił go tym na pół uniżonym a na pół przyjacielskim uśmiechem, który odźwierni paryzcy mają zawsze na rozkazy dla hojnych lokatorów.
Na drugiem piętrze, adwokat wstrzymał się, wyjął klucz z kieszeni i do środkowego apartamentu wszedł jak do siebie. Ale na zgrzyt klucza w zamku, młoda, wcale ładna i o zuchwałem oku pokojówka stanęła przed wchodzącym.
— Ach! to pan! — zawołała.
Okrzyk wyrwał się w czas i był na szczęście dość głośny, aby mógł być słyszanym nawet w ostatnim pokoju i służyć w razie potrzeby za sygnał. Zdawało się, jakgdyby te słowa znaczyły: „Baczność!“ Ale Noel nic nie zauważył.
— Pani u siebie? — zapytał.
— Jest, i bardzo gniewa się na pana. Dziś rano chciała posłać do pana. Mówiła nawet, że sama pójdzie. Z trudnością udało mi się ją przekonać, że nie powinna sprzeciwiać się pańskim rozkazom...
— Bardzo dobrze, — odpowiedział adwokat.
— Pani jest w fajczarni, — ciągnęła pokojówka, — właśnie przygotowuje herbatę; czy i pan pozwoli filiżankę?
— Dobrze, — odrzekł. — Poświeć mi, Karolciu.
Minął najpierw wspaniały pokój jadalny, następnie okazale złocony salon w stylu Ludwika XIV. i wszedł do fajczarni.
Był to pokój obszerny i uderzająco wysoki. Widząc się w nim, możnaby sądzić, że jest się o trzy tysiące mil od Paryża, u jednego z najbogatszych poddanych Syna Nieba. Meble, kobierce, porcelany, obrazy, wszystko pochodziło widocznie z prostej linji od Hong-Kong albo Sang-Hai.
Drogocenna, jedwabna materja, w dziwnie oryginalne wzory, zdobiąc mury, opadała w fałdach nade drzwiami. Kobierzec, utkany z taką zręcznością, o jakiej Europejczycy nawet wyobrażenia nie mają, był zasiany kwiatami i owocami, które świeżością barw, mogłyby zwieźć nawet pszczołę. Na jedwabiu, osłaniającym sufit, jakiś artysta z Pekingu, wymalował kilkadziesiąt fantastycznych ptaków, rozprzestrzeniających na błękitnem tle purpurowe i złote skrzydła.
Skrzynie z potwornemi wiekami, meble o kapryśnych i niekształtnych formach, stoły, a na nich wazy porcelanowe i komody z kosztownego drzewa, wypełniały każdy kąt salonu. Wogóle, wszystko, co się tu znajdowało, było ciekawe i drogie; zacząwszy od pręcika z kości słoniowej, który w Chinach służy zamaiast naszego grabka przy obiedzie, a skończywszy na filiżankach, na których porcelana była cienka jak powłoka bańki mydlanej. Prawdziwe cuda z państwa Kien-Lung!...
Gdy Noel wszedł, w fajczarni leżała na dywanie jakaś kobieta i paliła cygaretkę. Pomimo niesłychanego gorąca, harmoniującego zresztą z całem umeblowaniem, osoba ta była otulona szalem kaszmirowym. Wprawdzie była mała — ale tylko kobiety niskie mogą w sobie połączyć wszystkie doskonałości. Kobiety, więcej niż średniego wzrostu, są próbką, lub błędem natury. Choćby były najpiękniejsze, zawsze mają jakiś błąd, jak dzieło rzeźbiarza, który bez należytych studjów, przystępuje od razu do wielkiej skulptury.
Była niska, ale jej szyja, ramiona i ręce, były jak utoczone. Ręce o kształtnych paluszkach i różowych paznogciach, równały się najpiękniejszym klejnotom. Nogi, ubrane w trzewiczki z cienkiego jak pajęczyna jedwabiu, to prawdziwy cud! Była to jedna z tych nóżek, za któremi przepadają artyści, chcąc ich użyć za wzór do swoich dzieł nieśmiertelnych.
Nie była ładna, a tem mniej piękna, ale jej twarz należała do tych, które uderzają nas zawsze i wszędzie — o których nie można zapomnieć. Czoło miała za wysokie, a usta może za szerokie; brwi były jakby oznaczone atramentem z Chiny, tylko pędzel musiał za długo spoczywać nad okiem, bo jeśli na chwilkę o brwiach zapomniała, twarz jej przybierała wyraz surowy. W zamian jednostajna cera była błado-złota, czarne, namiętne oczy miały olbrzymią potęgę magnetyczną, zęby błyszczały jak perły, a bujne, czarne włosy, okalały drobną główkę, rzucając ciemno-niebieski odblask.
Ujrzawszy Noela, który właśnie otworzył drzwi jedwabiem obite, podniosła się na pół, wspierając się na łokciu.
— Przecież widzę pana, — zaczęła tonem kwaśnym, — to bardzo szczęśliwie...
Adwokat nie mógł odetchnąć w tej temperaturze podzwrotnikowej.
— Co za gorąco! — zawołał, — można się udusić.
— Tak pan sądzisz? — podchwyciła młoda kobieta, — a ja drżę z zimna. Prawda, że czuję się bardzo cierpiącą. Mam ataki nerwowe... Oczekuję pana od wczoraj...
— W żaden sposób nie mogłem przyjść, — odrzekł Noel, — nie mogłem!
— A przecież pan wiedziałeś, — ciągnęła dama, — że dziś miałam wiele do płacenia. Kupcy przychodzili jeden po drugim, a tu ani szeląga w kieszeni. Przyniesiono mi rachunek za powozy — nie ma pieniędzy. Ten stary wisus Clergeot, u którego nabyłam bagatelkę za 3.000 franków, wrzeszczał, że aż dom chodził. Jakże to miło!
Noel zwiesił głowę, jak student, którego pan nauczyciel karci w poniedziałek, że w niedzielę nie zrobił co do niego należało.
— Przecież to tylko jeden dzień zwłoki, — wyjąknął.
— To nic w pańskich oczach, nieprawda?? — odparła młoda kobieta. — Człowiek, dbający o swoją reputację, mój drogi kawalerze, nie zważa, czy go skarżą dłużnicy, ale natomiast poczytuje sobie za obowiązek przestrzegać, aby to samo nie spotkało jego metresę. Za cóż więc chcesz pan, żebym uchodziła? Czy nie wiesz, że tylko wtedy mię szanują, gdy płacę? W dniu, w którym przestanę płacić, dobranoc...
— Kochana Julciu, — wtrącił słodko adwokat.
Przerwała mu nagle:
— Jak to, to kochana Julcia, droga Julcia, a za drzwiami... Czy widząc się za tym domem, pomyślałeś kiedy bodaj chwilę o twojej Julci?
— Jakżeś niesprawiedliwa! — odpowiedział Noel. — Albo nie jesteś pewna, że myślę tylko o tobie czyż ci tego nie udowodniłem tysiące razy? Natychmiast się przekonam.
Z kieszeni wyjął pakiet, a rozwinąwszy go, ukazał śliczne aksamitne pudełeczko.
— Oto, — rzekł, — bransoletka, którą przed ośmiu dniami uwielbiałaś u Beaugrana.
Pani Julja, nie wstając z dywanu, wyciągnęła rękę, aby wziąć pudełko, otworzyła je z największą w świecie obojętnością, a rzuciwszy do wnętrza tylko jedno spojrzenie, zawołała:
— Ach!
— Nie prawdaż, że ta sama? — zapytał Noel.
— Prawda, ale u złotnika wydawała mi się nierównie piękniejszą.
Zamknąwszy pudełko, rzuciła je na stolik o kręconych nóżkach, stojący tuż przy niej.
— Źle dziś idzie, — rzekł adwokat smutnym tonem.
— Dlaczego?
— Bo jak widzę, bransoletka nie zrobiła żadnego wrażenia.
— Ale przeciwnie... bardzo ładna... zresztą, uzupełnia mi drugi tuzin.
Teraz na Noela przyszła kolej zawołać:
— Ach!
A widząc, że Julja milczy, dodał:
— Nie sądzę, by ci się podobała.
— Znowu ten sam, — zawołała dama, — znów powie, że jestem niewdzięczną. Jeśli mi przyniesiesz podarunek, choćby najmniejszy, powinnam go natychmiast zapłacić gotówką: krzyczeć z radości i rzucić się do nóg twoich, nazywając cię wielkim i wspaniałomyślnym panem. Nieprawdaż, że tego się żąda?
Noel nie mógł ukryć ruchu zniecierpliwienia, który Julja dostrzegła a który ją zachwycił.
— Czy to wystarczy? — ciągnęła. — Czy chcesz, ażebym zawołała Karolcię i kazała jej podziwiać tę bransoletkę, pomnik twojej wspaniałomyślności! Czy chcesz, bym przywołała odźwiernego wraz z moją kucharką i oświadczyła im, o ile jestem szczęśliwą, posiadając tak szlachetnego kochanka?
Adwokat wzruszył ramionami jak filozof, którego nie mogą obrazić żarty dziecka.
— Na co się przydadzą te ucinki? — rzekł po chwili. — Jeśli masz co do mnie, powiedz raczej poważnie i bezzwłocznie.
— A więc dobrze, mówmy poważnie, — odpowiedziała Julja. — Powiem ci zatem, że lepiej było zapomnieć, o tej bransoletce, a przynieść wczoraj wieczór lub dziś rano owych ośm tysięcy franków, których tak potrzebuję.
— Nie mogłem przyjść.
— A więc trzeba było przysłać. Alboż to na rogu ulic nie ma komisjonerów?
— Jeślim ani nie przyniósł, ani nie przysłał, to znakiem, że ich nie miałem. Długo szukałem, zanim znalazłem, a jeśli mam powiedzieć prawdę, przyrzeczono mi pieniądze dopiero na jutro. Że je dziś posiadam, zawdzięczam li ślepemu przypadkowi, o którym przed godziną ani pomyślałem... Wierzaj mi Julciu, przypadek ten gotów mię nawet skompromitować.
— Biedny chłopiec! — zawołała Julja tonem ironicznego współczucia. — I pan ośmielasz się mówić mi w oczy, że z trudnością przychodzi ci dostać dziesięć tysięcy franków, pan!
— Tak, ja.
Młoda kobieta spojrzała na kochanka i parsknęła śmiechem.
— Pysznie wyglądasz w tej roli człowieka biednego.
— To nie jest rola...
— Co mówisz? mój drogi... To miłe zeznanie jest dopiero wstępem. Jutro powiesz, że ci bardzo przykro, a pojutrze... Skąpstwo wzięło górę nad tobą. Dawniej nie posiadałeś tej cnoty. Czy nie żal ci przypadkiem pieniędzy, któreś na mnie wydał?
— Niebaczna! — szepnął Noel rozdrażniony.
— Rzeczywiście, — ciągnęła dama, — żałuję cię, ach, jak!... Nieszczęśliwy kochanek! Gdybym też ogłosiła składkę na ciebie? Na twojem miejscu wpisałabym się do biura dobroczynności.
Noelowi brakło cierpliwości, pomimo że przyrzekł sobie przetrwać spokojnie całą burzę.
— Ty się śmiejesz?! — zawołał, — a więc dowiedz się Juljo, że wyczerpałem wszystkie moje zasoby, że jestem zrujnowany!... Dziś pozostaje mi tylko przemysł...
— Oko młodej kobiety błysnęło; — spojrzała czule na kochanka.
— Ach! gdyby to było prawda, mój stary lisie, ach! gdybym ci mogła uwierzyć!
Adwokat uczuł to spojrzenie w najgłębszych tajnikach serca.
— Uwierzyła, — pomyślał, — i jest zachwycona. Ona mię nienawidzi.
Mylił się. Myśl, że mógł się znaleźć młodzieniec, który z zimną krwią zrujnował się dla jej miłości, nie zdradziwszy tego ani jedną skargą — unosiła ją w czarującą krainę zachwytu. W tej chwili zdawało jej się, że może uwielbiać tego biedaka, którego przedtem nienawidziła mimo jego pieniędzy i dumy. Ale wyraz jej oczu wnet się zmienił.
— Jakaż ja głupia, — krzyknęła, — żem uwierzyła i rozczuliła się... Powiedz to innej! Dziś wszyscy mężczyźni liczą się jak lichwiarze, dający na zastawy. Dziś rujnują się tylko głupcy i namiętni starcy. Tymczasem ty jesteś zanadto zimny, zanadto poważny, zanadto surowy, a przede wszystkiem zanadto silny.
— Ale z tobą nie zawsze... — wtrącił Noel.
— Dość, dość, ty wiesz dobrze, co czynisz. Zamiast serca, masz podwójne zero, jak na rulecie w Homburgu. Biorąc mię, powiedziałeś sobie opłacę własną namiętność. I dotrzymałeś słowa. Pieniędzy źle nie umieściłeś, bo w odsetkach otrzymywałeś przyjemność. Wiem, że jesteś zdolny popełniać wszelkie niedorzeczności na świecie, byle nie kosztowały więcej jak cztery tysiące franków na miesiąc. Gdyby potrzeba dać pięć franków więcej, zabrałbyś serce i kapelusz i poniósłbyś je gdzieindziej. Rozumiem.
— Prawda, — odpowiedział zimno adwokat, — umiem liczyć i to mię przekonało, gdzie i jak poszedł mój majątek.
— Wiesz, doprawdy? — szydziła Julja.
— I mogę ci to udowodnić, moja duszko. Z początku byłaś mało wymagającą. Ale apetyt wzmaga się przy jedzeniu. Zachciało ci się zbytków, miałaś je; okazałe meble, masz; mieszkanie w jednym z najpiękniejszych domów, toaletę kosztowną wszystko dałem. A nie mówię tu o tysiącach kaprysów. Nie liczę ani gabinetu chińskiego, ani dwóch tuzinów branzoletek. Wszystko razem wynosi cztery kraćstotysięcy franków.
— Czyś tylko pewny?
— Jak każdy kto je miał, a teraz nie ma.
— Okrągłych czterystatysięcy franków, czy przypadkiem nie ma centymów?
— Nie.
— A więc mój drogi...
W tej chwili weszła pokojowa z herbatą i przerwała ten miłośny duet, w którym Noel odśpiewał arię bardzo smutną. Adwokat zamilkł przez wzgląd na obecność służącej. Julja milczała przez wzgląd na swojego kochanka, bo wobec Karolci nie miała tajemnic. Subretka ta służyła u niej od trzech lat. W dobroci serca była gotowa poświęcić dla niej wszystko, nawet kochanka, który bądź co bądź bardzo drogo kosztował.
Pani Julja Chaffour była Paryżanką. Urodziła się około roku 1839, w okolicy przedmieścia Montmartre, z zupełnie nieznajomego ojca. Wiek dziecięcy przebiegł w rozmaitych niedostatkach. Jadała źle, najczęściej owoce z suchym chlebem, to też jej żołądek był bardzo strawny. W dwunastym roku życia była sucha jak szczypa, zielona jak jabłko w czerwcu, a obdarta jak święty Łazarz.
O moralności nie miała żadnego wyobrażenia. W jej oczach cały świat był zaludniony przez ludzi zacnych, żyjących jak jej pani matka i jak przyjaciele i przyjaciółki pani matki. Nie lękała się ani Boga, ani djabła, ale strasznie bała się miejskich sierżantów. Przejmował ją także strach na wspomnienie o tych tajemniczych i okrutnych osobach, które mieszkają w pobliżu pałacu Sprawiedliwości i lubią dokuczać młodym dziewczętom.
Że jej piękność nie rokowała żadnych nadziei, więc ją umieszczono w jednym z mniejszych magazynów, gdzie ją wziął w swoją protekcję pewien podeszły i szacunku godny jegomość, dawny znajomy pani matki. Starzec przezorny i roztropny jak wszyscy starcy, wiedział, że aby zebrać, trzeba wpierw zasiać. Najpierw chciał swej protegowanej nadać trochę ogłady. W tym celu przyjął metrów, nauczyciela muzyki i nauczyciela tańców, którzy w niespełna trzech miesiącach nauczyli ją pisać, nieco grać na fortepianie i jako tako tańczyć.
Starzec dał jej wszystko, z wyjątkiem kochanka. Znalazła go więc sama, artystę, który wykradł ją od starca, mającego jej przekazać połowę swego majątku, to jest nic. W trzy miesiące, czując się już nasyconą, opuściła gniazdo pierwszej miłości z całą swoją garderobą, zawiniętą w bawełnianą chustkę od nosa.
Przez cztery lata, które nastąpiły, żyła mało życiem realnem, lecz za to nierównie więcej ową nadzieją, która nigdy nie opuszcza młodą kobietę, wiedzącą o piękności swych oczu. Od czasu do czasu albo nikła bez śladu, albo pływała po wierzchu. Po dwakroć szczęście w rękawiczkach pukało do drzwi jej mieszkania, ale Julja nie była jeszcze na tyle doświadczoną, by je mogła uchwycić za połę paletota i na długo zatrzymać.
Właśnie występowała i wcale nie źle odgrywała swoje role w jednym z pomniejszych teatrzyków, gdy Noel dziwnym przypadkiem zdybał ją, poznał, pokochał i nakoniec zrobił swoją metresą.
Adwokat, jak mawiała, z początku wcale jej się podobał. Ale po kilku miesiącach znudził ją niesłychanie. Nie mogła znieść jego manier słodkich i grzecznych, właściwych ludziom światowym, tej głębokiej pogardy, którą czuł dla wszystkiego, co było nikczemne lub obłudne, a przedewszystkiem tej żelaznej cierpliwości, którą nic wzruszyć nie mogło. Nie mogła mu także darować, że nigdy nie chciał ją wprowadzić w owe sfery, gdzie panuje uciecha bez przesądów. Aby się rozerwać, zaczęła trwonić pieniądze. A w miarę, jak wzrastały jej kaprysy a poświęcenia kochanka, wzmagała się jej niechęć ku niemu.
Robiła go najnieszczęśliwszym z ludzi i pomiatała nim jak psem. Nie wypływało to jednakowoż ze złej natury, tylko z zasady. Była głęboko przekonaną, że mężczyzna dopiero wtedy kocha kobietę, gdy ta dobrze mu dokucza.
Julja nie była złą — i uważała się za godną litości. Marzyła zawsze o jakiejś miłości, którą czuła w głębi serca, ale której nie umiała określić. Wiedziała dobrze, że wszyscy kochankowie uważali ją za przedmiot zbytkowy, za zabawkę, a że nie mogła znieść pogardy, więc ze złości omal nie oszalała. Wymarzyła sobie mężczyznę, któryby do niej przywiązał się całem jestestwem, któryby dla niej wiele poświęcał, któryby do niej się zniżył, a nie takiego, do któregoby ona podnosić się musiała. Rozpaczała, że nie mogła znaleźć takiego kochanka.
Szaleństwa Noela przyjmowała z zimną obojętnością; zawsze uważała go za bardzo bogatego, i — rzecz godna zastanowienia — mimo wrodzonej chciwości, nie dbała o pieniądze. Może Noel byłby ją sobie zjednał, odsłaniając jej nagą prawdę, ale że adwokat będąc delikatnym, nie chciał jej dać uczuć całego ogromu swojego poświęcenia, więc tracił ją i tym razem.
On wielbił Julję. Aż do dnia, w którym ją poznał, żył jak mędrzec. Pierwsza ta namiętność zajęła całe jego jestestwo, a z pożaru ocalił tylko pozory. Mury stały, ale wnętrze domu było spalone do szczętu. I bohaterowie mają słabe strony: Achilles zginął przez piętę, najzręczniejsi rycerze padają pod ciosami nieprzyjaciół, jeśli piersi nie okryją stalowym pancerzem, — słabą stroną Noela była Julja. Ten wzór młodzieńca, ten adwokat o niesplamionej reputacji, ten surowy moralista, poświęcał dla niej nie tylko swoją fortunę, ale i majątek pani Gerdy.
Julję kochał szalenie, bez rozwagi, bez granic, z zamkniętemi oczyma. Po za nią nie widział nic. W jej buduarze zrzucał zwykłą maskę i stawał się innym człowiekiem. Tak mu dobrze było bez odwagi i siły wobec niej jednej, że mu nigdy przez myśl nie przeszło walczyć z tą słabostką. Jeśli czasem chciał się sprzeciwić jej nierozważnym kaprysom, naginała go jak latorośl. Pod czarownem spojrzeniem tej kobiety, postanowienia jego topniały prędzej, niż śnieg pod promieniem słońca. Męczyła go, ale miała dość siły, aby jednym uśmiechem zatrzeć wspomnienia doznanych nieprzyjemności, a jednym całusem osuszyć łzy.
W chwilach jaśniejszych wracał rozum; wtedy mawiał da siebie: „Ona mię nie kocha, ona ze mnie szydzi!“ Ale wiara tak głębokie w jego serce zapuściła korzenie, że nie mógł jej wyrwać. Nie raz miał powody wątpić o wierności swej metresy, lecz nigdy nie miał odwagi powiedzieć jej to bez ogródek. „Jeśli się nie mylę, trzeba ją opuścić...“ Myślał i na tem kończył. Okropną wątpliwość przenosił nad straszniejszą pewność.
Obecność pokojowej, która do ustawienia filiżanek i nalania herbaty potrzebowała nie mało czasu, pozwoliła Noelowi przyjść do siebie. Spojrzał na Julję, a jego gniew uleciał bez śladu. Nawet chciał już zapytać, czy nie był zanadto niegrzecznym.
Po wyjściu Karolci, usiadł na dywanie, tuż przy kochance, a rozwarłszy ramiona, chciał ją objąć za szyję.
— No, no, — zaczął tonem pieszczotliwym, przestań być złą. Jeślim zawinił, jużeś mię surowo ukarała. Zawrzyjmy pokój, i ucałuj mię...
Odtrąciła go, mówiąc sucho:
— Daj mi pokój. Ileż razy mam ci powtarzać, że dzisiaj jestem bardzo cierpiącą.
— Ty cierpisz, droga przyjaciółko? — pytał adwokat — może chcesz bym wezwał lekarza?
— Za wiele zachodu. Znam moją słabość... nazywa się znudzeniem. Ty zaś nie jesteś takim lekarzem, jakiego mi potrzeba.
Noel powstał z miną człowieka, któremu brakło odwagi i usiadł po drugiej stronie stołu, naprzeciw swej kochanki. Rezygnacja jego świadczyła, że oddawna przyzwyczaił się do scen podobnych. Julja dręczyła go, ale on wracał zawsze, jak ten mały pies, który po całych dniach ruszając na próżno ogonem, wzdycha do chwili, kiedy jego pieszczoty będą przyjemne. I Noel uchodził za człowieka surowego, popędliwego, kapryśnego!...
— Już od kilku miesięcy — rzekł, — powtarzasz mi jedną i tę samą piosenkę, że cię nudzę. Cóżem ci uczynił?
— Nic.
— A więc w takim razie?
— Moje życie jest tylko przeciagłem ziewaniem, — odpowiedziała młoda kobieta, — ale nie moja w tem wina. Czy sądzisz, że to bardzo przyjemnie być twoją metresą? Przypatrz się z bliska sam sobie. Czy jest na świecie człowiek tak smutny, niespokojny, podejrzliwy i zazdrośny jak ty?
— Każde twoje przyjęcie, — wtrącił nieśmiało Noel, — może zabić wesołość i oziębić wylanie serca... Kto kocha, musi się lękać...
— Ślicznie! ale w takim razie powinno się szukać kobiety wyłącznie dla siebie, a znalazłszy, powinno się ją zamknąć w piwnicy i wyprowadzać tylko raz na dzień, po objedzie, przy deserze, razem z szampanem... Śliczna zabawka!
— Lepiej byłbym zrobił, gdybym był wcale nie przyszedł, szepnął adwokat.
— Piękne widoki! Byłabym siedziała sama z memi cygaretami i jakim nudnym romansem. Sądzisz więc, że siedzieć cały dzień w domu, nazywa się istnieć, żyć?...
— Tak żyją wszystkie zacne kobiety, odparł sucho adwokat.
— Dziękuję! Bynajmniej im nie zazdroszczę. Na szczęście nie należę do kobiet zacnych, i przyznam ci się, że nie mogę dłużej siedzieć zamknięta jak Turczynka i mieć za jedyną rozrywkę twoją twarz zasępioną.
— A więc tyś zamknięta, ty!
— Jużciż że ja, — ciągnęła Julja z wzrastającą cierpkością. — Albo chociaż raz przyprowadziłeś do mnie którego z swych przyjaciół? Nie, mój pan ukrywa mnie... Kiedyż to wziąłeś mię pod ramię i poprowadził na przechadzkę? Nigdy! Godność szanownego pana wielceby ucierpiała, jeśliby go ujrzano w mojem towarzystwie. Mam karetę, ileż to razy w niej jeździłeś? Jeśli czasem się zdarzyło, natychmiast opuszczałeś firanki. Wyjeżdżam sama; przechadzam się sama...
— Zawsze jedne wyrzuty, — przerwał Noel, którego złośliwość kobiety zaczynała co raz więcej drażnić. — Albo to potrzebuję ci powtarzać dla czego tak jest?...
— Wiem, wiem, — mówiła dalej młoda kobieta, — że wstydzisz się mojej osoby. A jednak znam większych ludzi, którzy pokazują wszystkim swoje metresy. Pan drży o to znakomite nazwisko Gerdy, podczas gdy synowie najznakomitszych rodzin afiszują się z daleko gorszemi kobietami...
Noel ku wielkiej radości pani Chaffour, nie był już panem siebie...
— Dość wyrzutów! — zawołał wstając. — Ukrywam nasze stosunki, bo muszę. Dla czego żalisz się? Dałem ci wolność, a tak wybornie umiesz z niej korzystać, że każdy twój czyn uchodzi mej uwadze. Przeklinasz próżnię, którą zrobiłem do koła ciebie... Czyjaż w tem wina? Mogęż tu sprowadzić moich przyjaciół, ja, który żyję tak skromnie? Ujrzawszy twój zbytek, ten jawny dowód mego szaleństwa, zapytaliby się natychmiast, zkąd wziąłem tyle pieniędzy? Mogę mieć metresę, ale nie wolno mi wyrzucać za okno pieniądze, które do mnie nie należą. Gdyby jutro dowiedziano się, że ja ciebie utrzymuję, moja przyszłość byłaby zgubiona! Jakiż to klient chciałby powierzyć swoje sprawy człowiekowi, który rujnuje się dla kobiety, głośnej w całym Paryżu? Nie jestem wielkim panem, nie mam do stracenia ani wielkiego imienia historycznego, ani miljonowej fortuny. Jestem Noel Gerdy, adwokat, a moja reputacja jest wszystkiem, co posiadam. Muszę ją utrzymać, bo inaczej zginę!...
Julja, która doskonale znała swego Noela, spostrzegła w tej chwili, że kochanek zaszedł za daleko. Postanowiła więc zaraz go ugłaskać.
— No, no, mój przyjacielu, rzekła czule, nie chciałam zrobić ci przykrości. Wybacz mi... dziś jestem bardzo nerwową.
Ta prosta zmiana zachwyciła adwokata i prawie całkiem uspokoiła...
— Tak jesteś niesprawiedliwą, że czasem omal nie oszaleję. Zarzucasz mi zbytek powagi, a przed czterdziestuośmiu godzinami pogrzebaliśmy karnawał jak dwoje szaleńców. W tłusty wtorek częstowałem jak student. Poszliśmy do teatru, potem aby cię zaprowadzić na bal do wielkiej opery, przywdziałem domino, a przy końcu zaprosiłem dwóch przyjaciół na wieczerzę...
— Rzeczywiście, bardzo było wesoło! — odpowiedziała młoda kobieta z naiwnym uśmiechem.
— I mnie się zdaje.
— Szkoda tylko, że w teatrze nie byliśmy razem... Ja na górze, a ty na dole... Na balu byleś zły jak sto djabłów. Przy objedzie twoi przyjaciele byli znużeni, a więc mało mowni. W skutek twego nakazu musiałam udawać, że cię prawie nie znam... Piłeś, piłeś i końca temu nie było.
— Mówmy o czem innem, — przerwał Noel.
Przeszedł się raz przez pokój, a potem patrząc na zegarek:
— Niezadługo pierwsza, — rzekł, — muszę cię pożegnać.
— Jakto, nie zostaniesz?
— Nie, z największą przykrością... moja matka jest niebezpiecznie chora.
Wyjął i zaczął przeliczać na stole bilety bankowe, które otrzymał od Tabareta.
— Julciu, mówił pieszczotliwie, — oto nie ośm, lecz nawet dziesięć tysięcy. Nie zobaczysz mię przez kilka dni.
— Opuszczasz Paryż?
— Nie, ale będę zajęty sprawą, która dla mnie ma niezmierne znaczenie. O! tak, niezmierne! Jeśli się uda, filutko, nasze szczęście jest zapewnione... wtedy przekonasz się, że cię kocham.
— Ach, mój drogi Noelu, powiedz mi co to za sprawa?
— Nie mogę.
— Błagam cię, — prosiła młoda kobieta, wieszając się na szyi kochanka i podnosząc się na paluszkach, jakby chciała zbliżyć się do ust jego.
Adwokat pocałował ja... zdawało się, że się waha.
— Nie, rzekł nareszcie, nie mogę... Pocóż cię draźnić niepewną radością? A teraz, moja kochana, słuchaj mię uważnie. Cokolwiek się stanie, rozumiesz? pod żadnym pozorem nie przychodź, jak to dziś chciałaś niebaczna uczynić, ani nie pisuj do mnie. Sprzeciwiając się mej woli, możebyś mię przyprawiła o niepowetowaną stratę. Jeśliby ci się co zdarzyło, przyszlij mi natychmiast tego starego Clergeota. Muszę go pojutrze zobaczyć, bo ma moje weksle.
Julja cofnęła się, grożąc Noelowi niemym znakiem.
— Nic mi nie powiesz? — napierała.
— Nic dziś, ale niezadługo; — odpowiedział adwokat, którego mięszało spojrzenie metresy.
— Same tajemnice! — zawołała Julja, rozgniewana bezskutecznością swoich zabiegów.
— To już ostatnia tajemnica, przysięgam!
— Chłopcze, — mówiła młoda kobieta, — ty coś przedemną taisz... Wiesz, że cię znam... od kilku dni masz coś, jesteś całkiem zmieniony...
— Zapewniam cię...
— Nie, nie zapewniaj, bo ci nie uwierzę. Tylko — ostrzegam cię — bez złośliwych żartów, bo należę do kobiet, które umieją mścić się...
Adwokat był widocznie zakłopotany.
— Sprawa, o której mówiłem, — wyjąknął po chwili, — może tak dobrze udać się jak i zawieść...
— Dość! — przerwała Julja. — Uczynię zadość twej woli, przyrzekam. Pocałuj mię, muszę się położyć.
Zaledwie drzwi zamknęły się za Noelem, a już służąca siedziała na dywanie obok swej pani. Gdyby adwokat stał przy drzwiach, mógłby był dosłyszeć słowa Julji:
— Dalipan, nie cierpię go... Moje dziecko, co za dziwny człowiek! Ach! gdybym go się nie bała, zobaczyłby, co jestem w stanie uczynić... Ale on gotów by mię zabić!...
Służąca starała się wziąć Noela w obronę, lecz daremnie; młoda kobieta nie słuchając, mruczała:
— Dla czego przychodzi tak rzadko, co knuje? Ośmiodniowe zaćmienie, to zadługo... Czy przypadkiem nie myśli żenić się? Ach! gdybym wiedziała!... Nudzisz mię, mój luby, i pewnego poranku pewnie cię opuszczę, ale nie chcę, żebyś ty pierwszy to uczynił... Gdyby się ożenił?... Jabym tego nie zniosła!... Zaczętoby się wypytywać...
Lecz Noel nie słuchał pode drzwiami. Jak strzała biegł ulicą Provence, dotarł do ulicy Saint-Lazar i wszedł do swego domu przez tę samą furtkę w ścianie wozowni.
Dopiero od pięciu minut był w swoim gabinecie, gdy ktoś do drzwi zapukał.
— Panie! — mówiła służąca, — na litość Boską! odezwij się pan.
Otworzył drzwi, pytając niecierpliwie:
— Co znów nowego?
— Panie, — wyjąkała służąca zalewając się łzami, — już trzy razy pukałam, a pan się nie odezwał. Błagam pana... chodź... pani umiera... boję się...
Adwokat przeszedł za służącą aż do pokoju pani Gerdy. Musiał ją znaleźć bardzo zmienioną, bo mimo woli zrobił ruch przerażenia.
Chora rzucała się na łóżku. Widok był okropny! Twarz jej powlokła się trupią bladością, jakby w niej nie było ani jednej kropli krwi, a złowrogo błyszczące oczy zdawały się być zasypane drobnym proszkiem. Rozpuszczone warkocze spływały po jagodach i ramionach, nadając całemu obliczu wyraz przerażający. Od czasu do czasu wydawała jęk, a potem mówiła coś niezrozumiałego. Niekiedy silniejszy atak boleści wyrywał z jej piersi okrzyk: „Ach! jak ja cierpię!...“ Nie poznała Noela...
— Widzisz pan, rzekła sługa.
— Prawda... ktoby był przypuścił, że jej cierpienia będą tak szybko wzrastały? Prędko pobiegnij do doktora Hervé’go; niech wstanie i natychmiast tu przyjdzie.. Powiedz, żeś przyszła w mojem imieniu.
I usiadł w fotelu naprzeciw chorej.
Doktor Hervé należał do przyjaciół Noela, był jego kolegą szkolnym i towarzyszem z Quartier Latin. Historja doktora Hervé jest kopią historji wszystkich tych młodych ludzi, którzy bez majątku, stosunków, protekcji, ośmielają się poświęcić najtrudniejszemu zawodowi, który w Paryżu prawie żadnych nie ma widoków. Człowiek zasługujący ze wszech miar na uznanie i znający swoją wartość, Hervé powiedział sobie po skończeniu nauk: Nie, nie pójdę wegetować na wsi lub w małem miasteczku, zostanę w Paryżu, będę znakomitością, dobije się stopnia dyrektora szpitalu i dostanę krzyż legji honorowej.
Aby należycie przedstawić się światu, nasz przyszły Akademik zadłużył się na jakie dwadzieścia tysięcy franków. Wypadało nająć przyzwoite mieszkanie i stosownie je umeblować, co w Paryżu drogo kosztuje.
Od tego czasu uzbrojony w niezachwianą cierpliwość i silną wolę, walczy i czeka. Ale czy łatwo czekać w pewnych warunkach?... Aby to pojąć, trzeba samemu przejść bolesną szkołę życia. Umrzeć z głodu w czarnem ubraniu z uśmiechem na ustach!... Wydoskonalone cywilizacje wynalazły te męczarnie, które z pewnością są nierównie boleśniejsze, niż wszelkie katusze zadawane przez dzikich... Lekarz, rozpoczynający swoją karjerę, musi zacząć od biednych, którzy nie mogą płacić. Przytem chory jest niewdzięczny. Przychodząc do zdrowia, przyciska lekarza do piersi i nazywa go swoim zbawcą. Wyzdrowiawszy zupełnie, zapomina o wszystkiem — wdzięczności i honorarjum.
Po siedmiu bohatersko przebytych latach, Hervé ujrzał nareszcie, że klientela zaczyna się skupiać. W tym czasie napisał kilka broszur, bez intryg otrzymał medal i to zwróciło na niego uwagę.
Ale to już nie ów dziarski chłopiec, pełen nadziei i wiary! Wprawdzie jeszcze gorliwiej niż dawniej chce dobić się stanowiska, ale przyszłe powodzenie już go nie bawi. Wszystkie weselsze myśli o szczęśliwej przyszłości zabił w dniach, w których nie miał co jeść. Choćby z czasem majątek jego był największy, już on będzie tylko odwetem za przeszłość. W trzydziestym piątym roku życia czuje się zniechęconym, a pod maską ogólnej uprzejmości, ukrywa ogólną pogardę. Swoją przenikliwość, która nie mało mu szkodziła, bo świat nie lubi ludzi o bystrym umyśle, osłania teraz szatą jowialnej lekkości i słodyczy. A mimo to jest dobrym i wiernym przyjacielem.
Zaledwie wszedł na pół ubrany, bo widać bardzo się spieszył, pierwsze jego słowo, zwrócone do Noela, brzmiało:
— Co nowego?
Noel uścisnął mu rękę w milczeniu, a w odpowiedź wskazał na łóżko.
Doktor uchwycił lampę, zbliżył się do chorej, wziął ją za puls i niemal w tej samej chwili wrócił do przyjaciela.
— Co się stało? — zapytał bez namysłu, — muszę wiedzieć.
Adwokat wzdrygnął się na to zapytanie.
— Wiedzieć... co? wyjąknął.
— Wszystko! — powtórzył Hervé. — Mam do czynienia z chorobą mózgową... Nie mylę się. Nie jest to zwykła choroba, zwana zapaleniem mózgu. Co ją mogło spowodować? Zapewne gwałtowne wrażenie duszy, nadzwyczajna boleść, nieprzewidziany wypadek...
Noel przerwał swemu przyjacielowi ruchem ręki i powiódł go w głąb pokoju.
— Nie mylisz się, mój przyjacielu, — rzekł cichym głosem, — pani Gerdy miała śmiertelne zmartwienie... Pożerają ją przerażające myśli. Posłuchaj, Hervé... chcę powierzyć twojemu honorowi i przyjaźni, która nas obu łączy, naszą domową tajemnicę. Pani Gerdy nie jest moją matką.. odarła mię dla swojego syna z nazwiska i imienia. Przed trzema tygodniami odkryłem tę haniebną zdradę... Wie o tem, następstwa ją przestraszają i od tego czasu niknie w oczach...
Adwokat spodziewał się okrzyków i zapytań ze strony swego przyjaciela. Ale lekarz wysłuchał całej opowieści z niewzruszonym spokojem, uważając ją za niezbędną dla zrozumienia stanu chorej.
— Trzy tygodnie, — szepnął, — teraz wszystko jasne. Czy cierpiała przez ten czas?
— Skarżyła się ustawicznie na straszny ból głowy i w uszach, ale przypisywała to migrenie. Lecz powiedz mi otwarcie, Herve, czy to choroba niebezpieczna?
— Tak niebezpieczna, mój przyjacielu, że cała medycyna wylicza bardzo mało wypadków wyzdrowienia.
— Ach! mój Boże!
— Żądałeś prawdy, więc powiedziałem... Uczyniłem to zaś dla tego, że nie jest twoją matką... Nie łudźmy się; tylko cud może ją zbawić. Ale cudu możemy spodziewać się, możemy go nawet przygotować. A teraz do dzieła!
Jedenasta godzina biła na dworcu kolei żelaznej św. Łazarza, gdy pan Tabaret, uścisnąwszy rękę Noela, wyszedł na ulicę pod wrażeniem tego, co usłyszał. Zmuszony przed chwilą do oględności, czuł się teraz szczęśliwym z odzyskania swobody. Pierwsze jego kroki były ukośne; przypominały pijaka, który wyszedłszy z dobrze ogrzanej szynkowni, czuje nagle wpływ świeżego powietrza. Był rozpromieniony, ale zarazem otumaniony tem szybkiem następstwem nieprzewidzianych wypadków, które według jego przekonania, wyjaśniały prawdę. Pomimo, że jak najprędzej chciał stanąć przed sędzią śledczym, nie wziął dorożki. Czuł potrzebę iść pieszo. Należał do tych, którym ruch nadaje sił nowych. Biegnąc, doznawał najprzyjemniejszego wrażenia, bo w jego mózgu układały się myśli, jak ziarna zboża w potrząsanym przetaku.
Wkrótce zdążył do ulicy Chaussée-d’Antin, minął bulwar, przy którym wszystkie kawiarnie jaśniały tysiącem świateł i dotarł do ulicy Richelieu. Szedł, nie zważając na świat zewnętrzny; często potykał się o płyty kamienne, wystające z trotoaru, nie raz pośliznął się na asfalcie. Jeżeli nie zbłądził, zawdzięczał tylko instynktowi, swojej stronie zwierzęcej. Jego umysł przebiegał obszerne pole prawdopodobieństw i śledził wśród grubych ciemności tajemniczą nitkę, której początek uchwycił we wiosce Jonchère.
Jak wszyscy, zostający pod wpływem gwałtownych wrażeń, tak i on mówił głośno do siebie, nie troszcząc się o niegrzeczne uszy przechodniów, mogące uchwycić nie jedno słowo, nie jeden okrzyk złowrogi. W Paryżu zdybiecie na każdym kroku ludzi odosobnionych, co w pośród tłumów, wiedzeni chwilową namiętnością, zdradzają głośno największe tajemnice i czterem wiatrom powierzają swoje skargi. Przechodnie patrzą na nich z ubolewaniem, jak na warjatów. Często zdarza się, że ciekawi idą za nimi i bawią się zbieraniem dziwacznych zwierzeń. Na tej drodze odkryto już nie jedną tajemnicę, obchodzącą powszechną uwagę.
— Co za świetne powodzenie! — mówił Tabaret do siebie. — Dobrze powiedział Gevrol, że przypadek jest najlepszym ajentem policyjnym. Ktoby przeczuł podobną historję! A jednak nie byłem dalekim od prawdy! Wietrzyłem dziecię... Ale komu mogłaby przyjść na myśl zamiana? Wszak to środek tak zwykły, że nawet dramaturdzy więcej go nie używają. Oto, co głównie świadczy o nieudolności policji... Lękają się nieprawdopodobieństwa a tymczasem właśnie nieprawdopodobieństwo jest prawdą... Wszystko jest możebne... Dzisiejszego wieczoru nie dałbym za tysiąc dukatów. Przy jednym ogniu upiekę dwie pieczenie: winnego oddam w ręce sprawiedliwości, a Noelowi pomogę odzyskać utracone imię i majątek. Ale co się z nim stanie? Będzie jak drudzy... Szczęście zawróci mu głowę. Przecież mówił już o swoich antenatach. Biedna ludzkości, jakże cię żałuję! Ale najwięcej zadziwia mię ta Gerdy. Kobieta, której byłbym oddał Boga bez spowiedzi. A gdybym jej był oddał moją rękę?... Brrr! Na tę myśl wzdrygnął się nasz poczciwiec. Widział się mężem pani Gerdy, obarczonym jej przeszłością, wmieszanym w proces skandaliczny, skompromitowanym, wyśmianym.
— Jakiż mię śmiech porywa, — ciągnął, — gdy pomyślę o Gevrolu, szukającym człowieka z wielkiemi kulcami... Toż to będzie zły!... Mniejsza o to. Jeśli mi zechce dokuczać, pan Daburon weźmie mię w swoją opiekę. Ciekawym, jakie oczy zrobi pan sędzia, skoro stanę przed nim i zawołam: „Mam go!“ Ten proces wzmoże jego sławę. Zostanie przynajmniej oficerem legii honorowej. A jeśli śpi? Zbudzę go miłą niespodzianką.
Pan Tabaret, który właśnie przechodził most św. Piotra, wstrzymał się nagle.
— A jeśli zapyta o szczegóły? Jeszcze ich nie mam... Całą sprawę znam dopiero w ogólnych zarysach. Szkoda!
I szedł mówiąc dalej:
— Słuszna uwaga, że jestem zanadto namiętny. Mając Noela w rękach, powinienem był wydobyć z niego tysiące pożytecznych drobiazgów, o których wtedy ani pomyślałem. Ja natomiast piłem jego słowa; chciałem aby wszystko skończył w dwóch wyrazach. Lecz to całkiem naturalne; biegnąc za jeleniem, nie strzelamy do zająca. Z drugiej znów strony, napierając zbytecznie na Noela, mogłem w nim obudzić podejrzenie. A gdyby, się był domyślał, że pracuję dla ulicy Jerozolimskiej? Wprawdzie mnie to nie wstydzi, owszem chełpię się tem, ale w każdym razie radbym to zachować w tajemnicy. Ludzie są tak ograniczeni, że nie mogą znieść policji, która ich broni i strzeże. A teraz powaga i spokój, bo jużeśmy przyszli.
Pan Daburon wydawszy służącemu stosowne polecenia, ułożył się do snu. Tabaret. potrzebował tylko zadzwonić u drzwi i wymienić swoje nazwisko, aby niezwłocznie być wprowadzonym do sypialni sędziego. Na widok swego ochotnika, Daburon zwrócił się żywo ku niemu.
— Czy stało się co nowego? — zapytał, — coś pan odkrył, masz jakie poszlaki?
— Więcej jak to wszystko, — odpowiedział poczciwiec, uśmiechając się z zadowoleniem.
— Tylko prędko.
— Mam winowajcę!
Tabaret musiał być zadowolonym, bo zrobił wrażenie, wielkie wrażenie! Sędzia aż podskoczył na łóżku.
— Już! czy możebne?
— Mam zaszczyt powtórzyć panu sędziemu, — odparł zapytany, — że znam sprawcę zbrodni w Jonchère.
— A ja, — rzekł sędzia, — nazywam pana najzręczniejszym ajentem wszystkich wieków i krajów. Odtąd bez pańskiego współudziału nie przedsięwezmę żadnego śledztwa.
— Pan sędzia jest bardzo łaskawy, ale ja tu mało zrobiłem... najwięcej sam przypadek...
— Pan jesteś bardzo skromny, mój panie; przypadek wspiera tylko ludzi mocnych, a głupcami gardzi. Ale proszę pana, zechciej opowiedzieć.
Wtedy z jasnością i dokładnością wielkich mówców, stary policjant opowiedział sędziemu wszystko, co słyszał od Noela. Z pamięci powtórzył listy, nie zmieniwszy w nich prawie ani jednego wyrazu.
— Listy, dodał pospiesznie, — widziałem własnemi oczyma, a nawet jeden z nich schowałem do kieszeni, abyśmy potem mogli sprawdzić pismo. Oto jest.
— Prawda, rzekł cicho sędzia, — prawda, panie Tabaret, pan odkryłeś winowajcę. Ślepy mógłby poznać. Bóg tego chciał: ze zbrodni rodzi się zbrodnia. Wielki błąd ojca zrobił z syna mordercę....
— Zamilczałem wszystkie nazwiska, — podchwycił Tabaret, — bo chciałem wpierw wiedzieć, jakie jest pańskie zdanie...
— O! pan je możesz wymienić, — przerwał sędzia z pewną żywością, — sędzia francuzki nie wzdrygnie się, chociażby przyszło najwyżej uderzyć.
— Wiem, panie sędzio, ale tym razem trzeba sięgnąć bardzo wysoko... Ojciec, który poświęcił swego legalnego syna dla dobra dziecka miłości, nazywa się hrabia Rhéteau de Commarin, a mordercą wdowej Lerouge jest wice-hrabia Albert de Commarin.
Tabaret, jak każdy zręczny artysta, rzucił te słowa z obliczoną powolnością, licząc na ogromne wrażenie. Oczekiwanie jego zostało prześcignięte.
Pan Daburon osłupiał. Leżał nieruchomo, z oczyma rozszerzonemi ze ździwienia. Machinalnie powtarzał jak wyraz próżny treści:
— Albert de Commarin! Albert de Commarin!
— Nie inaczej, — napierał Tabaret, szlachetny wice-hrabia. Wiem, że to prawie nie do uwierzenia.
Ale spostrzegłszy zmienioną twarz sędziego, zbliżył się do łóżka nieco zatrwożony.
— Czy pan sędzia czuje się źle? — zapytał.
— Nie, — odparł pan Daburon, — nie wiedząc sam co mówi, ― czuję się bardzo dobrze... tylko nadzwyczajne zdziwienie, wzruszenie...
— Rozumiem... zauważył policjant.
— Nie prawda? pan to rozumiesz... Muszę chwilkę sam zostać. Ale nie odchodź pan, musimy pomówić obszernie o tej ważnej sprawie. Racz pan potrudzić się do mojego gabinetu — zaraz tam przyjdę.
Pan Daburon podniósł się z trudnością, a ubrawszy się na prędce w szlafrok, usiadł, albo raczej rzucił się na fotel. Na jego twarzy, którą przy pełnieniu obowiązków umiał robić nieruchomą jak marmur, malowały się okropne cierpienia, a oczy zdradzały straszną walkę wewnętrzną.
O bo nazwisko hrabi de Commarin, wygłoszone niespodziewanie, obudziło w nim najboleśniejsze wspomnienia i rozdrażniło źle zasklepioną ranę. To nazwisko przywiodło na pamięć pewien wypadek, który wydarzył mu się w jego młodości i złamał całe jego życie. Pomimo woli przeniósł się w ową epokę, jak gdyby chciał odczuć wszystkie jej boleści. Przed godziną mniemał, że epoka ta zginęła w mgłach przeszłości; jedno słowo wystarczyło, aby ją przywołać do życia. Teraz zdawało mu się, jakoby wypadek, w który był wmieszany hrabia Albert de Commarin, przydarzył się wczoraj. A jednak już dwa lata temu!
Piotr Maria Daburon, pochodził z jednej z najstarożytniejszych rodzin z Poitou. Kilku z jego antenatów pełniło najwyższe obowiązki w prowincji. Dla czego nie zostawili herbów swym potomkom? Zapewniają, że ojciec sędziego skupił do koła nieszczególnego zamku nowożytnego, posiadłości ziemskie, ocenione na milion franków. Przez matkę sędzia jest spokrewniony z całą starożytną arystokracją w Poitou, co nie mało znaczy, bo arystokracja tego miasta należy do najtradycjonalniejszych.
Zostawszy sędzią w Paryżu, znalazł natychmiast wstęp do kilku arystokratycznych salonów, które go zapoznały z resztą wielkiego świata. Ale pan Daburon nie posiadał żadnej z tych zalet, bez których nie może być mowy o prawdziwem powodzeniu w wytwornym salonie. Był zimny, poważny i bojaźliwy do zbytku. Umysł jego nie świecił elegancją i lekkością. Sędzia nie umiał mówić wiele, nie powiedziawszy nic, nie umiał kłamać, ani z wdziękiem rzucać tuziny czczych komplementów. Jak wszyscy ludzie, czujący żywo i głęboko, nie mógł natychmiast wytłumaczyć swych wrażeń. Potrzeba mu było rozmysłu, zastanowienia się nad samym sobą...
Mimo to, lubiano go dla ważniejszych przymiotów, dla szlachetności uczuć i prawości charakteru. Pod zimną powłoką, odkryto w nim serce gorące dla przyjaciół, nadzwyczajną tkliwość i prawie kobiecą delikatność. Nakoniec, jeśli w salonie, przepełnionym ludźmi obojętnymi i płaskimi, był nie raz zaćmiony, za to odnosił tryumfy w małem kółku, gdzie czuł się ogrzanym sympatyczną atmosferą.
Powoli przyzwyczaił się wychodzić często z domu. Zdaniem jego nie był to czas stracony. Rozumiał, że sędzia nie koniecznie powinien siedzieć po całych dniach w swoim gabinecie, w towarzystwie samych tylko książek prawniczych. Czuł, że człowiek przeznaczony do sądzenia ludzi, powinien ich znać jak najlepiej. Obdarzony zmysłem spostrzegawczym, śledził do koła siebie grę interesów i namiętności, ćwicząc się w rozbieraniu chaosu i chwytaniu sprężyn, nadających ruch zegarowi świata.
Nagle, jakoś w początku zimy z roku 1860 na 1861, Daburon znikł. Przyjaciele szukali go wszędzie, ale nigdzie nie znaleźli. Co się z nim stało? Zaniepokojono się, a gdy zaczęto wypytywać, doszło do powszechnej wiadomości, że Daburon spędza prawie wszystkie wieczory z margrabiną d’Arlange.
Zdziwienie było wielkie.
Ta droga markiza była, a właściwie jest, bo jeszcze żyje, okropnie zacofaną istotą, mogącą z swemi zasadami żyć swobodnie tylko w ośmnastym wieku. Prawdziwy typ z epoki Ludwika XVI. Mowa, zwyczaje, ubiór, obyczaje, słowem wszystko przypominało w niej owe czasy, które dziś znamy tylko z książek. Sama jej postać więcej o tem mówi, niż długi artykuł w piśmie historycznem, a jednogodzinna z nią rozmowa, więcej niż całe dzieło.
Urodziła się w jednem z najmniejszych księztw niemieckich, dokąd skryli się jej rodzice, oczekując ukarania i poprawy zbłąkanego ludu. Wychowała się, wzrosła na kolanach starych emigrantów, w starożytnym złoconym salonie, jak w gabinecie ciekawych zabytków. Jej umysł zbudził się na szelest przedpotopowych rozmów, a wyobraźnia zachwyciła się sądami arystokratów, przypominających pod każdym względem owych niemych, którzy pewnego razu zostali wezwani do ocenienia dzieła Felicjana Dawida. Tam przejęła się ideami, które w dzisiejszych czasach są co najmniej śmieszne...
Cesarstwo, restauracja, monarchja lipcowa, druga republika i drugie cesarstwo, przemknęły koło jej okien, których margrabina nawet z ciekawości otworzyć nie chciała, aby się przypatrzyć tym ważnym zmianom w ojczyźnie. Wszystko co się stało po roku 1789., uważała za niebyłe. Spała ciężkim snem, nie mogąc się zbudzić.
Mimo sześćdziesięciuośmiu lat z okładem, trzyma się jak dąb, bo nigdy nie chorowała. Należąc do natur żywych i czynnych aż do zmęczenia, nie może usiedzieć na jednem miejscu, chyba że jej wypadnie zagrać w pikietę, w jedyną grę ulubioną. Jada cztery razy na dzień i pije jak należy. Obok tych licznych wad, margrabina ma swoje cnoty. Nie cierpiąc maskowanych kobietek naszego wieku, mówi zawsze prawdę, bez względu, czy nią obrazi jakie drażliwe ucho, bo nienawidzi obłudy. Wierzy w Boga, ale wierzy także w pana Voltaira, z czego wynika, że jej pobożność jest bardzo zagadkową. Mimo to żyje bardzo dobrze z proboszczem swojej parafji, a w dniu, w którym go zaszczyca zaproszeniem na obiad, trzyma się przy stole przepisów kościelnych. Uważa go za podwładnego, który dbając o zdrowie jej duszy, może jej otworzyć bramy nieba...
Chociaż nie należy do złych istot, każdy ucieka od niej jak od zarazy. Boją się jej dumnego tonu i tej śmiałości, z jaką wobec złych mówi wszystko, co jej ślina na język przyniesie.
Z całej rodziny pozostała jej tylko córka po synie, zmarłym w bardzo młodym wieku.
Z olbrzymiego majątku, dzięki haniebnej administracji, pozostało jej dwadzieścia tysięcy franków renty, która to kwota zmniejsza się z każdym dniem, bo w oczach margrabiny, kapitał nie należy do rzeczy świętych — nietykalnych. Posiada także koło Inwalidów mały pałacyk, położony między wąskiem podwórzem a obszernym ogrodem, w którym mieszka z wnuczką. Z tem wszystkiem uważa się za najnieszczęśliwszą istotę i po całych dniach skarży się na biedę. Od czasu do czasu, popełniwszy jaką wielką niedorzeczność, zwierza się nawet przed przyjaciółmi, że boi się umrzeć w szpitalu.
Jeden z przyjaciół przedstawił pana Daburon margrabinie d’Arlange. Przyjaciel wprowadził go od razu w dobry humor, mówiąc:
— Chodź, pokażę ci fenomen, kobietę z tamtego świata.
Margrabina rozciekawiła sędziego pierwszego dnia, a drugim razem tak go ubawiła, że zaczął częściej bywać. Ale przestała go bawić od czasu, jak stał się codziennym gościem różowego saloniku, w którym wiódł życie czułe, szczęśliwe...
Pani d’Arlange zaszczycała go swoją przyjaźnią, unosząc się nad jego zacnością.
— Rzadki człowiek, — mawiała, — młody rabin, delikatny i tkliwy. Szkoda tylko, że nie jest urodzony. Ale cokolwiekbądź można na niego patrzyć... Jego ojciec pochodzi z tęgich ludzi, matka jest z naszych... Życząc mu dobrze, poprę go w świecie całym moim kredytem.
Największy dowód przyjaźni jaki mu składała, było, że wymawiała jego nazwisko jak wszyscy inni. Między rozmaitemi przywarami zachowała ową komiczną przesadę, która nie pozwala pamiętać nazwisk ludzi, nie należących do wyższego świata. W pierwszych tygodniach znajomości, ku wielkiemu rozweseleniu sędziego, wykręcała w tysiączne sposoby jego krótkie nazwisko. Kolejno mówiła: Taburon, Maliron, Laliron, Laridon. Ale po upływie trzech miesięcy, wymawiała już czysto Daburon, tak samo, jak gdyby nasz sędzia był księciem lub panem całej prowincji.
Czasami starała się weń wmówić, że jest szlachcicem, albo że nim przynajmniej być powinien. Jakżeż byłaby zachwyconą, gdyby do nazwiska Daburon mogła była dodać de i gdyby sędzia mógł mieć bilety wizytowe z tarczą herbową.
— Jakże to być może, — mawiała, — żeby zacni ojcowie pana mogli zapomnieć o tem, co nas różni od motłochu!
— Moi antenaci, — odpowiadał sędzia, — należąc do ludzi rozumnych, woleli być pierwszymi między mieszczaństwem, niż ostatnimi między szlachtą.
Ale zacna margrabina była innego zdania. W jej oczach między ostatnim szlachcicem a pierwszym mieszczaninem znajdowała się taka przepaść, że nawet złoto całego świata nie mogłoby ją wypełnić...
Ale ci, którzy dziwili się sędziemu, że może tak długo przesiadywać w salonie „zmartwychwstałej“ margrabiny, nie znali jej wnuczki, bo ta bardzo rzadko wychodziła. Nawet w salonie nie zawsze ją widywano, albowiem margrabina utrzymywała, że nie potrzebuje młodego szpiega, polującego na śmieszności babki...
Klara d’Arlange skończyła właśnie rok siedmnasty. Była to miła i słodka dziewczyna, zachwycająca w swojej naiwnej nieświadomości. Miała włosy popielate, bujne i cienkie, które ułożone jak od niechcenia, spadały po obu bokach szyi, doskonałej pod względem poprawności rysunku. Była smukła, a twarz jej przypominała niebiańskie postacie Guida Reni’ego. Niebieskie oczy, ocienione długiemi brwiami, ciemniejszemi niż włosy, miały dziwnie czarujący wyraz.
Było jeszcze coś tajemniczego, co tę dziewicę robiło więcej zachwycającą. Klara, bogato wyposażona od natury, otrzymała dostateczne ukształcenie, a jej zasady zgadzały się z wymaganiami świata, pośród którego żyła. W tej różnicy pojęć między nią a markizą, leżał jej nowy wdzięk. Wiadomości swoje, Klara zawdzięczała swej guwernantce, niejakiej pannie Schmidt, która urodzona po tamtej stronie Renu, była romantyczną i pozytywną, płaczliwie czułą i zarazem cnotliwą, aż do surowości. Ta zacna osoba wprowadziła Klarę z dziedziny fantazji i przesądów, w której żyła babka, podając jej w nauce ziarna zdrowego rozsądku. Uczennicy swojej odkryła wszystkie śmieszności margrabiny, które jednakże wnuczka powinna szanować...
Ilekroć Daburon wchodził do salonu margrabiny, był pewny, że zastanie pannę Klarę siedzącą obok babki, i dla tego tak często przychodził. Słuchając roztargnionem uchem tysiącznych anegdotek o emigracji, opowiadanych przez podeszłą matronę, patrzył na Klarę, jak bałwochwalca na swojego bożka. Podziwiał te długie warkocze, ten uśmiech niebiański i te oczy, które mu się wydawały najpiękniejszemi na świecie.
Niejednokrotnie, pełen zachwytu, nie wiedział gdzie się znajduje. Zapominał o margrabinie i wcale nie słyszał jej głosu. Na zapytania odpowiadał z roztargnieniem, skutkiem czego popełniał najpocieszniejsze qui pro quo za co potem bardzo zręcznie przepraszał. Lecz margrabina bynajmniej na to nie zważała. Jej zapytania były tak długie, że na odpowiedzi mało jej zależało. Mając słuchacza, była już całkiem zadowoloną, nie żądając od niego więcej, jak tylko, aby od czasu do czasu dał znak życia.
Bojaźliwość sędziego była nadzwyczajna. Klara miała temperament dziki, więc bał się z nią mówić. Przez całą zimę, sędzia nie zwrócił rozmowy więcej jak dziesięć razy bezpośrednio do młodej osoby. Słowa swoje dobrze rozważał, aby jak to mówią, nie odejść z kwitkiem.
Lecz mimo to był szczęśliwy, bo ją widział; oddychał tem samem co ona powietrzem, słyszał jej głos dźwięczny, i upajał się fijołkową wonią, którą wokół rozlewała. Przez dłuższy czas nie mógł pojąć, zkąd się bierze ta woń niebiańska; nareszcie po zwiedzeniu wszystkich magazynów z pachnidłami, znalazł ją w małym flakonie, i odtąd była jego nieodstępną towarzyszką. Przynajmniej tem chciał się Klarze przypodobać.
Przypatrując się ciągle, anielskim oczom, musiał w końcu zapoznać się z wszystkiemi ich wyrazami. Zdawało mu się, że czyta w nich każdą myśl tej, którą uwielbia, i że przez nie, jak przez otwarte okno patrzy w głąb duszy. „Dziś zadowolona,“ mawiał do siebie, i wtedy sam był wesół. Innym razem myślał: „Musiała mieć jakieś zmatwienie“ — i w tejże chwili widocznie smutniał.
Nieraz strzeliło mu do głowy prosić o rękę Klary — ale nigdy nie miał odwagi urzeczywistnić swój zamiar. Znając zasady margrabiny i wiedząc, jak jest zaślepioną w szlachectwie, był przekonany, że natychmiast usłyszy fatalne: „Nie!“ Teraźniejsze zaś szczęście, lubo przepełnione cierpieniami — ale wiadomo, że miłość karmi się łzami — była natomiast za wielkie, iżby lekkomyślnie miał je rzucać na szalę niepewnych losów.
— Raz odtrącony, — mówił do siebie, — zastanę drzwi zamknięte... A wtedy bądźcie zdrowe moje sny urocze, życie stanie się nieznośnym ciężarem!...
Z drugiej znów strony przychodziła mu na myśl bardzo słuszna uwaga, że kto inny mógłby się widywać z panną d’Arlange, pokochać ją i nareszcie otrzymać jej rękę. Zastanawiając się pilnie nad temi dwiema możliwościami, postanowił po długiem wahaniu, być stanowczym. Decyzja zapadła z początkiem wiosny.
Pewnego dnia kwietniowego, szedł do hotelu margrabiny d’Arlange, dodając sobie po drodze odwagi jak żołnierz, który za chwilę ma się rzucić na całą baterję. Co krok powtarzał: „Zwyciężyć lub zginąć!“
Margrabina, która po drugiem śniadaniu wychodziła na przechadzkę, wróciła właśnie do domu. Była strasznie zła i krzyczała jak opętana. Oto co się stało:
Margrabina poleciła wykończyć, swojemu sąsiadowi, który był malarzem, kilka obrazów. Malarz oddawszy pracę, nie otrzymał zapłaty, i napróżno przychodził po nią od dziesięciu miesięcy. Zmęczony ciągiem bieganiem, oskarżył potężną panię d’Arlange przed sędzią pokoju. Wezwanie do sądu, oburzyło margrabinę, ale nie wspominając o niem nikomu, postanowiła prosić w trybunale, aby krnąbrnemu malarzowi, który ośmielił się ją skarżyć, dobrze uszu natarto. Łatwo się domyśleć, jaki był rezultat tego pięknego projektu. Sędzia pokoju kazał margrabinę wyrzucić ze swojego gabinetu. Ztąd cały gniew.
Pan Daburon zastał ją w buduarze, na pół rozebraną, z rozpuszczonemi włosami, czerwieńszą niż piwonja, otoczoną resztkami kryształów i porcelany, które w pierwszej chwili wpadły jej w rękę. Na domiar złego, Klara wyszła z guwernantką na przechadzkę. Jedna z panien służących, zlewała margrabinę najrozmaitszemi wodami, mogącemi uspokoić jej rozdrażnione nerwy.
Sędziego przyjęła jak wysłannika Trójcy przenajświętszej. W niespełna pół godziny, z rozmaitemi wykrzyknikami i przekleństwami, opowiedziała mu całą swoją odysseę.
— Wyobraź sobie sędzio moje oburzenie! — wołała. — To musi być jakiś zagorzały Jakóbin, jeden z tych łotrów, których ojcowie zbroczyli swoje ręce krwią nieszczęśliwego króla! O! tak, tak mój przyjacielu! Na twojej twarzy czytam także zdziwienie i oburzenie. On przyznał słuszność temu bezwstydnikowi, któremu żyć pozwoliłam, dając mu robotę! A skorom zaczęła robić mu surowe wyrzuty, jak to zresztą było moim obowiązkiem, kazał mię wypędzić... Wypędzić — mnie!...
Przy tem bolesnem wspomnieniu, pogroziła zaciśniętemi pięśćmi. Gwałtownym ruchem wytrąciła z ręki pokojowej orzeźwiający flakonik, który daleko przy drzwiach, rozprysł się na posadzce.
— Głupia niezręczna! obrzydła! — krzyknęła margrabina.
Pan Daburon, odurzony z początku, chciał powoli uspokoić gniew pani d’Arlange. Ale mu nie pozwoliła przyjść do słowa.
— Szczęście, żeś pan u mnie. Pan mi pomożesz, jestem tego pewną. Wiem, że natychmiast pójdziesz, gdzie tylko potrzeba, i że dzięki swojemu stanowisku i znajomościom, postarasz się, aby jeszcze dziś zostali wrzuceni do więzienia ten nikczemnik, malarz i ten łotr sędzia! Niech wiedzą, jak się powinno obchodzić z osobą mojego stanu.
Po tem niespodziewanem żądaniu, sędzia nie ośmielił się nawet uśmiechnąć. Już nie raz słyszał gorsze rzeczy z ust markizy, a mimo to nigdy z niej nie szydził, bo czyż nie była babką Klary? Przez wzgląd na to jedno, cenił ją i poważał. Błogosławił ją w jej wnuczce, jak nieraz przechodzień błogosławi Boga w małym kwiateczku nad strumykiem.
Gniew sędziwej matrony był straszny i długi. Nawet jak gniew Achillesa mógł trwać przez dziesięć rozdziałów. Jednakże po dwóch godzinach, jeśli już nie całkiem, to przynajmniej znacznie się uspokoiła. Ułożono jej włosy i poprawiono ubiór.
Zwyciężona samą gwałtownością wybuchu, siedziała nieruchoma w fotelu. Ten świetny skutek, który szczególnie zachwycał pannę służącą, był dziełem sędziego. Aby go osiągnąć, użył całej swej zręczności i rozwinął tak anielską cierpliwość, że w końcu musiał odnieść zwycięztwo. Tryumf jego był tem więcej zasłużony, ile że sędzia przyszedł wcale nieprzygotowany na tego rodzaju scenę. Ten śmieszny wypadek krzyżował jego plany. Chociażby nawet miał szczerą chęć mówić we własnej sprawie, okoliczności nakazywały mu milczeć. Rad nie rad musiał poddać się srogiemu losowi.
Ale za to mówił o innych rzeczach. Zaczął od Rewolucji, której błędy potępiał, żałując, że ludzie ze wszech miar zacni, potracili przez nią życie, stanowisko i majątek. Od podłego Marata, zszedł nieznacznie na tego łotra, sędziego pokoju. Energicznemi nemi słowy karcił postępowanie butnego urzędnika — i donośnym głosem ganił tego oszusta, malarza. Lecz z tem wszystkiem mniemał, że najlepiej będzie, jeżeli margrabina uniesie się wspaniałomyślnością i nie każe ich więzić. Na zakończenie ośmielił się nadmienić, że byłoby może najroztropniej i najszlachetniej, jeśliby margrabina zechciała zapłacić.
— Zapłacić! — krzyknęła, — aby te draby drwili potem ze mnie?! Dodawać im odwagi naganną słabością! Przenigdy! Zresztą, aby zapłacić, trzeba mieć pieniądze, a ja ich nie mam...
— Ach! — wtrącił sędzia, — tylko 87 franków.
— Więc pan myślisz, że to nic! — odpowiedziała margrabina. — Pięknie mówisz, panie sędzio. Widać, że masz pieniądze. Pańscy rodzice powstali z niczego, a Rewolucja przeleciała o tysiąc sążni ponad ich głowami. Zresztą, kto wie, czy nie przyniosła im korzyści! Natomiast rodzinie d’Arlange wszystko zabrała. A cóż mi zrobią, jeśli nie zapłacę?
— Bardzo wiele rzeczy, pani margrabino. Zniszczą panią kosztami procesu. Najpierw otrzymasz pani wyrok, a potem przyjdą woźni i zaczną grabić.
— Boże! — zawołała matrona! — czy Rewolucja jeszcze się nie skończyła? Jakżeś pan szczęśliwy, że pochodzisz z ludu, pan! Widzę, że trzeba będzie zapłacić, a jak to boleśnie dla mnie, która nie mam ani grosza, która dla wnuczki muszę tak wielkie ponosić ofiary!
Sędzia znał margrabinę na wskróś. Słowo „ofiary,“ zdziwiło go do tego stopnia, że pomimowoli powtórzył półgłosem:
— Ofiary?...
— Nie inaczej, — podchwyciła pani d’Arlange. — Alboż bez niej odmawiałabym sobie wszystkiego, jak to dziś czynię, ssąc własne palce? Gdybym jej nie miała, zastawiłabym zaraz wszystkie srebra i miałabym z czego żyć. Lecz dziś tego nie uczynię! Dzięki Bogu, wiem, jakie są obowiązki matki; wnuczce muszę wszystko zostawić.
To przywiązanie wydało się sędziemu tak szczytnem, że nie wiedzał co odpowiedzieć.
— Ach! ta droga dziewczyna strasznie mię męczy, — ciagnęła margrabina. Wiedz, panie Daburon, że dostaję zawrotu głowy, myśląc o jej przyszłości...
Sędzia śledczy zarumienił się z radości. Widocznie los zaczął mu sprzyjać.
— Zdaje mi się, że przyszłość panny Klary nie powinna niepokoić panią margrabinę.
— Przeciwnie, i bardzo. Ona jest trochę kapryśna, a mężczyźni są dziś tak wybredni! Prócz tego przywiązują się tylko do pieniędzy. Nie znam ani jednego, któryby chciał wziąć pannę d’Arlange, z jej pięknemi oczyma i ruchami, zamiast posagu...
— Sądzę, że margrabina bardzo przesadza, — wtrącił bojaźliwie pan Daburon.
— Bynajmniej! Ufaj pan memu doświadczeniu, które jest nierównie starsze niż twoje. Z drugiej znów strony boję się zięcia, aby nie żądał odemnie rachunków... To okropne! Biedna Klara, ma dobre serce, ale będzie musiała wstąpić do klasztoru.
Pan Daburou zrozumiał, że nadeszła chwila stanowcza, że trzeba zacząć mówić. Zebrawszy zatem całą odwagę, jak jeździec, który osadzając konia, chce go tem zmusić do przeskoczenia szerokiego rowu, zaczął głosem dość pewnym:
— Pani margrabino... wiem o partji dla panny Klary... Znam zacnego człowieka, który ją kocha, i który uczyniłby wszystko na świecie, byle ją zrobić szczęśliwa...
— Pytanie, — przerwała margrabina d’Arlange.
— Człowiek, o którym mówię, — ciągnął sędzia, — jest jeszcze młody i bogaty. Uważałby się za najszczęśliwszego, biorąc pannę Klarę bez posagu. Nie tylko, żeby od pani nie żądał rachunków, lecz jeszcze błagałby panią, byś dowolnie rozporządzała swojem mieniem.
— Do kata! Jak widzę, pan nie jesteś głupi! — zawołała stara dama.
— Jeśli pani nie wystarczy, zięć zapisze osobną rentę na pokrycie niedoboru....
— Ach! duszno mi, — przerwała margrabina. — Jakto! pan znasz takiego człowieka i jeszcze mi o nim nie mówiłeś!... Trzeba go było przedstawić...
— Nie śmiałem, pani, bałem się...
— Tylko prędko... jak się nazywa ten zięć cudowny, gdzie się ukrywa?
Sędzia czuł, że mu się serce ściska. Całe swoje szczęście rzucał na szalę jednego słowa. Nakoniec, jak gdyby to, co miał powiedzieć, było największą niedorzecznością, wyjąknął trwożliwie:
— To ja, margrabino...
Głos jego, spojrzenie, a nawet ruchy były błagalne. Zląkł się własnej odwagi i czuł się odurzony, że mógł przezwyciężyć dotychczasową bojaźliwość. Omal, że nie padł do nóg markizie.
Natomiast ona, ta zarozumiała dama, śmiała się do łez, a wzruszając ramionami, powtarzała głośno:
— Ten kochany Daburon staje się co raz śmieszniejszym! Umrę ze śmiechu... Czy on żartuje ten biedny Daburon?
Ale nagle, wśród największego wybuchu wesołości, wstrzymała się i przybrała minę poważną.
— Czy pan to mówisz na serjo?
— Powiedziałem prawdę, — szepnął sędzia.
— A więc pan jesteś bardzo bogaty? — pytała markiza.
— Po mojej matce, — odparł Daburon, — mam około dwadzieścia tysięcy franków rocznego dochodu. Jeden z moich wujów, umierając zeszłego roku, zostawił mi przeszło pięćdziesiąt tysięcy dukatów. Mój ojciec ma blisko miljon. Jeśli zażądam połowy, zaraz mi ją da; dla szczęścia syna oddałby nawet cały majątek, poprzestając sam na administracji.
Pani d’Arlange dała znak sędziemu, aby zamilkł, poczem zasłoniwszy sobie twarz rękoma, dumała przez pięć minut z pochyloną głową. Nareszcie podnosząc głowę, rzekła:
— Posłuchaj mię pan. Gdybyś tę propozycję ośmielił się był uczynić ojcu Klary, byłby cię z pewnością kazał za drzwi wyrzucić. I jabym powinna tak samo postąpić, ale nie mam odwagi. Jestem stara i opuszczona, jestem biedna, a wnuczka mię niepokoi... Oto moja obrona. Wszakże pod żadnym warunkiem nie pozwoliłabym mówić Klarze o tem haniebnem małżeństwie. Z mojej strony mogę tylko pozwolić panu starać się o względy panny d’Arlange. Niech ona się zdecyduje. Jeśli ona chętnie powie „dobrze“ — ja nie powiem „nie.“
Pan Daburon uniesiony szczęściem, chciał ucałować ręce margrabiny. Uważał ją za najlepszą i najzacniejszą z kobiet, nie zastanawiając się nad tem, jak łatwo złamał jej dumną duszę. Odchodził od siebie, tracił przytomność.
— Pozwól, pozwól, — wtrąciła matrona, — pańska sprawa jeszcze nie skończona. Pańska matka była z dobrej rodziny, szkoda tylko, że tak źle zamąż poszła, ale pański ojciec nazywa się Daburon. To nazwisko, moje dziecię, jest haniebnie śmieszne. Czy myślisz pan, że to łatwo połączyć z Daburonami panienkę, która aż do ośmnastego roku życia miała zaszczyt nazywać się d’Arlange?
Te uwagi nie zdawały się zajmować umysł sędziego.
— Ale bądź co bądź, — ciągnęła margrabina, — twój ojciec miał pannę Cottevis, a ty będziesz mieć pannę d’Arlange. Może, dzięki tym mezaliansom, rodzina Daburon z czasem się uszlachetni. Ostatnia przestroga: Klara wydaje ci się bojaźliwą, słodką, posłuszną?... Wybij to sobie z głowy. Pomimo, że ma minę świętej, jest dumną i upartą, jak nieboszczyk markiz, jej ojciec. Oto com ci miała oznajmić, a dobra przestroga znaczy więcej, niż dwie złe. Ale nie mówmy już o tem. Prawie zaczynam ci życzyć, byś wyszedł zwycięzko...
∗
∗ ∗ |
Scena ta, stała żywo w pamięci sędziego. Chociaż od tego dnia tyle miesięcy upłynęło, jednakże teraz, siedząc u siebie, w swoim fotelu, zdawało mu się, że słyszy głos markizy i jej słowa, życzące zwycięztwa.
∗
∗ ∗ |
Z podniesioną głową wyszedł z tego samego hotelu, do którego wchodził z sercem ścieśnionem i obawą. Pierś oddychała swobodnie, myśl bujała szeroko i daleko. Jakżeż czuł się szczęśliwym! Niebo wydało mu się piękniejszem, słońce jaśniejszem! On, ten poważny urzędnik, chciał nawet zatrzymać pierwszego lepszego przechodnia, przycisnąć go do piersi i zawołać na cały głos:
— Czy pan wiesz — margrabina zezwala!
Idąc, mniemał, że ziemia usuwa się z pod jego nóg, że jest za mały, by mógł udźwignąć tyle szczęścia, i że jest tak lekki, iż lada powiew wiatru uniesie go ku gwiazdom. Ileż to w jednej chwili zbudował zamków na lodzie! Już podał się do dymisji, już postawił nad brzegami Loiry, w pobliżu Tours, wspaniałą willę — a w niej widział swoją żonę, siedzącą wśród kwiatów, pod cieniem rozłożystych drzew, z uśmiechem na ustach... A ten dom jak był umeblowany! Jakie tam kobierce, a jakie obrazy! W cudowną skrzyneczkę chciał schować tę perłę, którą niezadługo miał dostać w posiadanie. A łudząc się temi nadziejami, nie widział ani jednej chmurki na widnokręgu swojego szczęścia; a przeczucie nie odezwało się ani raz złowieszczo: „Nie wszystko skończone!“
Od tego dnia, pan Daburon stał się jeszcze częstszym gościem margrabiny. Mówiąc jaśniej, w jej salonie spędzał swoje życie.
Trzymając się ciągle w pewnem oddaleniu od Klary, starał się jednakże pozyskać jej względy. Prawdziwa miłość bywa bardzo zręczną. Po niejakim czasie przezwyciężył wrodzoną bojaźliwość, mówił wiele i widocznie ją zajmował. Gorliwie zbierał wszystkie nowe wiadomości, a po nocach ślęczał nad książkami, aby się przekonać, które z nich będzie mógł odczytać swojej ulubionej. Powoli, dzięki tej wytrwałości, obłaskawiał — że tak powiemy — dziką dziewicę. Doszedł, że go już nie wita tą miną chmurną i zimną, która dawniej była jej właściwą, i czuł, że z każdym dniem zyskuje na zaufaniu. Wprawdzie rumieniła się jeszcze, mówiąc do niego, ale za to niejednokrotnie pierwsza wszczynała rozmowę. Czasem pytała go o coś. Naprzykład słyszała o jakiemś nowem dziele dramatycznem. Natychmiast pan Daburon spieszył na przedstawienie, a potem nadsyłał jej listownie najdokładniejsze sprawozdanie. Wszakże to znaczyło pisać do Klary! Kilkakrotnie powierzała mu drobne sprawunki. Wtedy czuł się tak wielkim i szczęśliwym, że bez wątpienia nie byłby się zamienił ze stanowiskiem ambasadora moskiewskiego. Czy może być co przyjemniejszego, jak biegać dla niej?
Pewnego porankaośmielił się przynieść wspaniały bukiet. Wprawdzie przyjęła go z niejakiem zdziwieniem, lecz zarazem prosiła, by tego więcej nie czynił.
Do ócz cisnęły mu się łzy... Opuścił ją zrozpaczony, najnieszczęśliwszy z ludzi.
— Nie kocha mię, — myślał, — ona mię nigdy nie będzie kochała!
Ale w trzy dni po tem bolesnem zajściu, Klara widząc, że sędzia jest bardzo zmartwiony, poprosiła, by jej zechciał przynieść kilka kwiatów, które wówczas były bardzo w modzie. Przysłał ich tyle, że można było ubrać cały pokój.
— Będzie mię kochała! — mówił pełen zachwytu.
Te małe zdarzenia nie mąciły harmonji przy zielonym stoliku. Gra zdawała się coraz więcej zajmować młodą dziewicę. Prawie zawsze stawała w obronie sędziego przeciw margrabinie. Wprawdzie nie znała reguł, ale jeśli babka zanadto gwałtownie uderzała na swojego przeciwnika, Klara wołała na pół ze śmiechem, a na pół poważnie:
— Okradają cię, panie Daburon, widocznie okradają!
Sędzia pozwoliłby sobie zabrać cały majątek, byle mógł zawsze słyszeć ten srebrzysty głosik, przemawiający doń słowami, w których widocznie przebijało się zajęcie jego osobą.
Było to w lecie.
Sędzia zaczął mówić margrabinie o spełnieniu swoich nadziei.
— Pozwól, — odrzekła matrona, — przecież pamiętasz, cośmy zgodnie uchwalili... Ani słowa. Sumienie i tak mi już wyrzuca, że przyłożyłam rękę do ohydnego dzieła. Co to za śliczna rzecz pomyśleć, że moja wnuczka będzie się nazywała panią Daburon! Trzeba napisać do króla, aby ci zmienił nazwisko. Tak, tak, mój drogi.
Gdyby też sędzia, ten badacz surowy, ten bystry spostrzegacz, chciał był także badać charakter Klary! Kto wie, czy to studjum nie byłoby go w czas ostrzegło. Ale choćby był pomyślał o badaniu, nie byłby tego uskutecznił, bo przy Klarze nie miał siły nad sobą.
Mimo to jednakże, dostrzegł nieraz dziwne zmiany w jej humorze. Jednego dnia okazywała się bezmyślną i wesołą jak dziecko, a potem przez długie tygodnie była smutna i złamana. Widząc ja pewnego poranku bardzo smutną, a było to właśnie po jakimś balu, na którym była z babką, sędzia ośmielił się spytać o powód.
— Ach! — odrzekła z głębokiem westchnieniem, — to moja tajemnica. Taka tajemnica, że nawet moja babka o niej nie wie.
Pan Daburon spojrzał na nią badawczo. Zdawało mu się, że dostrzegł łzę na jej długich jedwabnych rzęsach.
— Być może, — ciągnęła, — że kiedyś zwierzę się panu... Może tego zajdzie potrzeba...
Sędzia był głuchy i ślepy.
— Ja mam także tajemnicę, — odpowiedział po chwili, — i ja radbym ją powierzyć sercu pani...
Wracając do domu, mówił do siebie stanowczym tonem: „Jutro wszystko jej wynurzę!“ Był to już pono pięćdziesiąty piąty dzień, w którym mówił odważnie: „Jutro!“
Nad Paryżem osiadał wieczór sierpniowy; przez cały dzień trwała spieka dusząca; nad wieczorem wszczął się wiatr, wszystko zapowiadało nadciągającą burzę.
Pan Daburon siedział z Klarą w głębi ogrodu, pod baldachimem roślin egzotycznych. Oboje napawali się niebiańską wonią oddychających kwiatów. Sędzia czuł się tak szczęśliwym, że się nawet ośmielił wziąć za rękę młodą dziewicę. Stało się to po raz pierwszy...
— Pani, — wyjąknął. — Klaro...
Spojrzała na niego wzrokiem zdziwionym.
— Przebacz mi pani, — ciągnął, — przebacz! Zanim ośmieliłem się podnieść oczy na ciebie, zwracałem się wpierw do markizy. Czy mię nie rozumiesz? Jedno słowo z ust pani, stanowić będzie o mojem szczęściu... Pani, Klaro! nie odtrącaj mię... ja cię kocham!...
Podczas gdy sędzia mówił, panna d’Arlange patrzyła nań wzrokiem, w którym przebijała się wątpliwość, ażali sędzia jest przy zmysłach. Lecz po słowach: „Ja cię kocham!“ wypowiedzianych z drżeniem najwyższej namiętności, szybko wyrwała rękę, wstrzymując się od głośnego okrzyku.
— Pan, — szepnęła, — pan?...
Pan Daburon nie mógł znaleźć słowa odpowiedzi. Złowrogie przeczucie ścisnęło mu serce żelaznemi kleszczami. Jeszcze większa była boleść jego, skoro ujrzał Klarę zalewającą się gorzkiemi łzami.
Ukryła twarz w obie dłonie, powtarzając:
— Jakżem nieszczęśliwa! bardzo nieszczęśliwa!...
— Nieszczęśliwa! pani, — zawołał sędzia, — i przezemnie? Klaro, pani jesteś okrutną! Przez miłosierdzie boże! cóżem zrobił? Co się stało? mów pani! Raczej śmierć, niż ta obawa, która mi serce rozdziera!
I rzekłszy to, padł na kolana, starając się ująć jej białą rączkę. Ale Klara odsunęła go słodkim ruchem.
— Pozwól mi pan płakać, — przemówiła, — ja bardzo cierpię... Pan mię będziesz nienawidził, wiem o tem. Kto wie, może będziesz mną nawet gardził, a jednak przysięgam na Boga, wszystko, coś mi pan powiedział, było dla mnie tajemnicą — nawet nie przeczuwałam...
Pan Daburon ciągle klęczał, oczekując przebaczenia.
— Pan, — ciągnęła Klara, — możesz teraz przypuszczać haniebną zalotność... Widzę to i wszystko rozumiem... Alboż bez głębokiej miłości mężczyzna może być tem, czem pan byłeś dla mnie? Niestety! byłam niedoświadczonem dzieckiem, zanadto ufałam szczęściu, że mogę mieć przyjaciela! Czyż nie jestem dziś sama na świecie, opuszczona jak na pustyni? Nierozważna i szalona, jam panu oddała moje serce bez namysłu, jak najlepszemu i najpobłażliwszemu z ojców!
Te ostatnie słowa odsłoniły nieszczęśliwemu sędziemu całą wielkość jego błędu. Jak młot stalowy, tak jedno słowo, pokruszyło w drobne kawałki kruchy budynek jego nadziei. Podniósł się zwolna i tonem mimowolnej wymówki powtórzył:
— Ojciec!
Panna d’Arlange pojęła, jak wielką boleść sprawiła sędziemu, jak głęboko raniła tego człowieka, którego miłości nie mogła objąć oczyma swej duszy.
— Tak, — mówiła dalej, — kochałam pana jak ojca, jak brata, jak całą rodzinę, której już nie mam. Widząc, jak poważny, surowy człowiek, staje się dla mnie dobrym i powolnym, dziękowałam Bogu, że mi zesłał opiekuna, który miał mi zastąpić tych, co pomarli.
Pan Daburon nie mógł wstrzymać się od głośnego płaczu; serce pękało w jego piersi.
— Jedno słowo, — ciągnęła Klara, — jedno słowo Byłoby mię oświeciło. Pan go nie wyrzekłeś... To też z tem większą ufnością szukałam u pana podpory, jak dziecko u swojej matki! Z jakąż to wewnętrzną radością mawiałam do siebie: „Jestem pewną przywiązania, znalazłam serce, które mię zrozumie!“ Ach! Dlaczego moje zaufanie nie było jeszcze większe? Dla czego miałam przed panem tajemnicę? Mogłam była uniknąć tego strasznego wieczoru. Powinnam była wyznać, że nie jestem już wolną, że nie należę do siebie, że dobrowolnie i chętnie oddałam już serce drugiemu...
Bujać w sferach niebiańskich, a potem nagle runąć na ziemię! Któż opisze boleść sędziego?
— Lepiej było wyznać, — odpowiedział; — ale nie... Ja twemu milczeniu, Klaro, zawdzięczam sześć miesięcy rozkosznych marzeń, sześć miesięcy snów czarodziejskich. Niech to będzie mojem szczęściem na tym świecie.
Konająca zorza zachodnia, pozwoliła sędziemu przypatrzeć się pannie d’Arlange. Jej niebiańska twarz była blada i nieruchoma jak marmur. Perliste łzy spadały w milczeniu wzdłuż jagód. Pan Daburon wierzył, że widzi przed sobą posąg płaczący.
— A więc pani innego kochasz, innego! A babka nie wie o tem. Klaro, tyś nie mogła wybrać jak człowieka godnego siebie; dla czegóż więc nie bywa u markizy?
— Są trudności, — szepnęła Klara, — trudności, które może nigdy nie będą usunięte. Ale kobieta, jak ja, może kochać tylko raz w życiu. Albo będzie żoną kochanka, albo poświęci się Bogu!
— Trudności, — zauważył Daburon głosem stłumionym. — Pani kochasz młodego człowieka, on wie o tem, i jeszcze są trudności?...
— Ja jestem biedną, — odparła panna d’Arlange, — a jego rodzina niezmiernie bogatą. Jego ojciec jest surowy, nieugięty.
— Jego ojciec! — zawołał sędzia z goryczą, której nie mógł ukryć, — jego ojciec, jego rodzina! I to go powstrzymuje? Ty jesteś biedna, on bogaty, i to stoi na przeszkodzie?! I on wie, że go kochasz?... Ach! czemuż nie jestem na jego miejscu: Gdyby wtedy cały świat sprzysiągł się przeciw szczęściu mojemu, poniósłbym dla takiej miłości wszystkie ofiary. Zresztą, czyż mogły by być jakiekolwiek ofiary? Alboż ofiara, która dziś zdaje się największą, nie jest wtedy niezmierną rozkoszą? Cierpieć, walczyć, nawet czekać, ufać zawsze i poświęcać się bez granic oto prawdziwa miłość.
— To też ja tak kocham, — odpowiedziała dobrodusznie panna d’Arlange.
Te słowa spiorunowały sędziego. Zrozumiał je zupełnie. Wszystko skończyło się dla niego bez nadziei. Ale że znajdował straszną rozkosz w dręczeniu samego siebie, więc pytał dalej:
— W jaki sposób mogłaś go poznać, mówić z nim, gdzie, kiedy? Przecież pani margrabina nikogo nie przyjmuje?
— Teraz muszę panu wszystko powiedzieć, — rzekła Klara z godnością. — Pierwszy raz widziałam go u przyjaciółki mojej babki, a jego kuzynki, u starej panny de Goello. Tam mówiliśmy z sobą, tam jeszcze go widuję...
— Ach! — zawołał Daburon, oświecony w jednej chwili: — teraz rozumiem... Ilekroć miałaś iść do panny de Goello, byłaś weselszą jak zwykle a nie raz wracałaś smutna...
— Bom wiedziała, ile trudności ma do przełamania.
— A więc jego rodzina, — rzekł sędzia tonem surowym, — musi być bardzo świetna, kiedy odrzuca związek z domem d’Arlange.
— Byłabym panu wszystko powiedziała bez zapytania, — odpowiedziała Klara, — nawet jego nazwisko. Nazywa się Albert de Commarin.
W tej chwili zbliżyła się poważna margrabina.
— Sędzio niegrzeczny, — przemówiła głosem ochrypłym, — czy zrobimy partję pikiety?
Daburon powstał, odpowiadając bezmyślnie:
— Chętnie.
Klara powstrzymała go za ramię.
— Nie prosiłam jeszcze o tajemnicę, — szepnęła.
— Ach! pani, — odparł sędzia, urażony tem powątpiewaniem.
— Wiem, — odparła Klara, — że mogę liczyć na pana. Ale bądź co bądź, mój spokój zginął...
Pan Daburon spojrzał na nią wzrokiem zdziwienia; widocznie chciał coś zapytać.
— Ja, biedna, niedoświadczona dziewczyna, — dodała po chwili, — nie mogłam dostrzedz tego, co widziała moja babka. Boli mię, że postępuję wbrew jej woli, bo zapewne życzyła sobie tego związku.
Sędzia opowiedział pokrótce swoją rozmowę z margrabiną, pomijając uważnie kwestję pieniężną, która tak stanowczy wpływ wywarła na jej usposobienie.
— Prawdę powiedziałam, — dodała Klara, — że teraz trzeba wziąć rozbrat z dotychczasową spokojnością. Babka dowiedziawszy się o mojej odmowie, wpadnie w gniew...
— Źle mnie pani znasz, — przerwał Daburon. — Nie powiem nic pani margrabinie, cofnę się i wszystko będzie skończone. Prawdopodobnie pomyśli, że rozważyłem...
— Ach! pan jesteś dobry i wspaniałomyślny!... Wiedziałam to...
— Oddalę się, — mówił dalej sędzia, — a pani zapomniesz nawet nazwisko człowieka, którego życie zostało złamane.
— Czy pan tak myślisz, jak mówisz?
— Prawda... nie mogąc być kochanym, niech że przynajmniej zostanę twoim przyjacielem najwierniejszym.
Klara usłyszawszy te słowa, ujęła sędziego czule za rękę.
— Anielskie słowa, — rzekła, — pan będziesz moim przyjacielem! Rzućmy zasłonę zapomnienia na to, co się stało, zapomnijmy o tem, coś mi pan wyjawił — i bądź odtąd jak dawniej najlepszym i najpobłażliwszym z braci.
Noc już zapadła, więc nie mogła go dojrzeć; ale domyśliła się, że musiał płakać, bo zwlekał odpowiedź.
— Czy możebne, — wyjąknął nareszcie, — ażebyś odemnie mogła tego żądać! Możesz mi mówić o zapomnieniu? Pani masz siłę zapomnieć! Ale ja? Czy pani nie widzisz, że cię kocham tysiąc razy bardziej, niż ty kochasz...
Wstrzymał się, nie mogąc wymówić nazwiska Commarin; potem z trudnością dodał:
— I wiecznie będę cię kochał...
Wyszedłszy z altany, znajdowali się już niedaleko werandy.
— Pozwolisz pani, — zaczął sędzia, — bym cię mógł teraz pożegnać. Odtąd bardzo rzadko będziesz mię widywała. Czasami ośmielę się odwiedzić margrabinę, bo nie chcę, aby mówiono o zupełnem zerwaniu stosunków...
Jego głos tak drżał, że zaledwie można go było zrozumieć.
— Cokolwiek nastąpi, — dodał, — pamiętaj pani, że na świecie jest jeden nieszczęśliwy, który wyłącznie do ciebie należy. Jeśli kiedy będziesz potrzebowała dowodów przyjaźni, przyjdź do mnie, przyjdź do swego przyjaciela. A teraz dosyć narzekań... ja mam odwagę! Klaro! pani... po raz ostatni bądź zdrowa!
I ona była nie mniej wzruszona. Instynktowo zbliżyła swoją główkę do Daburona, a on dotknął się ustami czoła tej, którą tak kochał.
Wsparta na jego ramieniu, weszła do buduaru margrabiny, która niecierpliwie rzucała kartami, wołając:
— Prędzej, prędzej! sędzio niepoprawny!
Ale Daburon nie był panem siebie. W obumarłych rękach nie byłby utrzymał kart. Wyjąknął kilka słów wymówki, wspomniał o nagłych interesach, o obowiązkach, które ma wypełnić, o chwilowem cierpieniu i wyszedł dotykając się muru rękami. Jego odejście rozgniewało starą szulerkę. Zwróciwszy się do wnuczki, która swoje zmieszanie starała się ukryć w głębi buduaru, zapytała tonem wyrzutu:
— Co się dziś stało temu Daburonowi?
— Nie wiem, — odpowiedziała Klara.
— Zdaje mi się, — ciągnęła markiza, — że ten mały sędzia zanadto się wyemancypował, bo zawsze sobie pozwala niegrzeczności. Trzeba mu dać poznać, kim jest, bo gotów się uważać za równego z nami...
Klara chciała usprawiedliwić sędziego, mówiąc, że cały wieczór był bardzo zmieniony, że skarżył się na ból głowy, że zatem musiał być chory.
— A chociażby i tak było, —krzyknęła obrażona dama, — to czyż wolno mu opuszczać nasze towarzystwo? Zdaje mi się, żem ci już opowiadała historją o naszym wuju, księciu Saint-Huruge. Wybrany przez króla do partji pikiety po polowaniu, grał wesoło cały wieczór i przegrał kilka tysięcy. Wszyscy obecni podziwiali jego dobry humor. Dopiero nazajutrz dowiedziano się, że książę na polowaniu spadł z konia i złamał sobie żebro. A jednak nie wymówił się od gry. Gdyby nawet sędzia był chory, powinien był zostać z nami. Albo i to nie zaszczyt dla niego grać ze mną?... Lecz on zdrów, jak ja. W tem musi być coś innego...
Pan Daburon, wyszedłszy z hotelu d’Arlange, nie poszedł do siebie. Całą noc błąkał się bez celu, szukając trochę chłodu na rozpaloną głowę, nieco spokoju dla pękającego serca.
— Szalony! — mówił do siebie, — szalony sędzia, że pomyślał, iż ona może go kochać! Jakżeż mogłem kiedykolwiek marzyć o posiadaniu tyle wdzięku, szlachetności i piękna! Jak była dziś piękną z tem łzami zalanem obliczem! Możnaż sobie wyobrazić coś równie anielskiego? Jak szczytny wyraz miały jej oczy, gdy o nim mówiła! Ona go kocha... A mnie, mnie kocha, jak ojca — przecież sama powiedziała — jak ojca! Zresztą, czy mogło być inaczej?
Młoda dziewczyna nie przywiąże się uczuciem kochanki do sędziego, którego twarz zawsze smutna i ponura, jak czarny ubiór, który nosi. Nie byłoby zbrodnią chcieć połączyć tyle dziewiczej czystości z moją pogardy godną umiejętnością? Ona jest młodą, jak niewinność, ja zaś stary, jak grzech...
Biedny sędzia dręczył się niezmiernie. Rozumiał Klarę i usprawiedliwiał ją przed sobą. Wyrzucał sobie, że okazał przed nią za wiele boleści, czem musiał jej sprawić przykrość. Nie mógł sobie przebaczyć, że ośmielił się mówić jej o swojej miłości. Czyż nie mógł się był domyśleć, że go odtrąci i że odtąd będzie musiał wieść życie samotne?...
— Ona, mówił po chwili, wymarzyła sobie kochanka, hojnie wyposażonego w najszczytniejsze przymioty, a ja... ja mam do czynienia tylko ze zbrodniarzami; w mojem biurze niemo i posępnie, jak w duszy tych ludzi, których mam sądzić! Sędzia, tak jak ksiądz, powinien skazać się na wieczną samotność i bezżeństwo. Obaj wiedzą wszystko, bo wszystko słyszeli... Ubiór ich prawie jednaki. Lecz podczas gdy ksiądz w fałdach swojej szaty nosi pociechę, sędzia nosi przerażenie. Pierwszy jest przebaczeniem, drugi karą. Takim ja jestem... podczas gdy tamten... tamten...
Nieszczęsny człowiek biegł dalej wzdłuż Sekwany. Głowę miał odkrytą, oczy zbłąkane. Chcąc wolniej oddychać, rozerwał krawatkę i rzucił ją na igraszkę wiatrom. Przechodnie zatrzymywali się i patrzyli nań z politowaniem, jak na człowieka pozbawionego zmysłów. Koło Grenelle kilku miejskich sierżantów chciało go zatrzymać. Odtrąciwszy ich, machinalnie rzucił im bilet wizytowy. Odczytawszy, rozstąpili się myśląc, że pan sędzia pijany.
Gniew, szalony gniew, wypędził z serca pierwszą rezygnację. Z początku kiełkował, ale wkrótce stał się jeszcze większym, niż miłość dla Klary. W tej chwili, ten szlachetny i zacny człowiek, ten poważny sędzia, zaczął myśleć o zemście... Zrozumiał nienawiść, która uzbraja rękę w skrytobójcze żelazo, która radzi zabić współzawodnika. Właśnie teraz miał u siebie w śledztwie jakąś młodą dziewczynę złego prowadzenia, która z zazdrości zamordowała jedną z swych towarzyszek. Powody zbrodni stanęły mu żywo przed oczyma, postanowił więc o ile możności zmniejszyć jej winę przed wyrokującym trybunałem.
On sam zamierzał popełnić zbrodnię. W chwili namiętnego szału, przyrzekł sobie, że zabije Alberta de Commarin.
Przez całą noc wmawiał w siebie potrzebę tego czynu i usprawiedliwiał w duszy zemstę, którą nazywał słuszną. O godzinie szóstej zrana ujrzał się w jednej z alei lasku bulońskiego, w pobliżu jeziora. Doszedłszy do bramy Maillot, wziął dorożkę i kazał się odwieść do siebie.
W domu ubrał się starannie, jak wtedy, gdy wychodził do pani d’Arlange i natychmiast poszedł do rusznikarza, kupił rewolwer, kazał go nabić w swoich oczach i schował do kieszeni. Następnie pobiegł do osób, od których spodziewał się dowiedzieć, do jakiego klubu należy wice-hrabia Albert de Commarin. Nigdzie nie spostrzeżono dziwnej zmiany w umyśle sędziego, wszyscy uważali jego mowę za naturalną. Po południu znalazł jednego ze swoich przyjaciół, który przyrzekł wprowadzić go osobiście do żądanego klubu. Daburon szedł uszczęśliwiony za swoim przewodnikiem. W drodze ściskał kurczowo drzewce rewolweru, myśląc tylko o morderstwie i o środkach aby nie chybić.
— Z tego będzie, — mówił do siebie, okropny skandal, — szczególnie jeśli nie zdążę palnąć sobie w łeb! Schwycą mię, wrzucą do więzienia, postawią przed sądem przysięgłych. Nazwisko moje będzie zhańbione. Mniejsza o to! Klara mię nie kocha, co mię reszta obchodzi! Mój ojciec umrze z boleści... ale ja muszę się zemścić!
Przyszedłszy do klubu, przyjaciel wskazał mu smagłego młodzieńca, o dumnej powierzchowności, który wsparty na obu łokciach, czytał dziennik. Był to Commarin. Daburon szedł do niego, ale jeszcze nie dobył rewolweru. Lecz, zbliżywszy się na dwa łokcie, stracił odwagę. Odwrócił się szybko i począł uciekać ku wielkiemu zdziwieniu swego przyjaciela, który żadną miarą nie mógł sobie zdać sprawy z tej sceny komicznej. Albert de Commarin nie był nigdy tak bliskim śmierci.
Wybiegłszy na ulicę, sędzia czuł, że ziemia z pod nóg mu ucieka. Wszystko wirowało do koła niego. Chciał krzyczeć, nie mógł. Rękoma rozmachiwał w powietrzu, zataczał się co krok, nareszcie padł na trotoar jak kłoda. Przechodnie i miejscy sierżanci podnieśli go z ziemi. Znalazłszy w jednej z kieszeń adres, odnieśli go do domu. Gdy odzyskał zmysły, ujrzał się w łóżku, a u nóg swoich strapionego ojca.
— Co się stało?
Powiedziano mu, z pominięciem wszystkiego, co choremu jakąkolwiek mogło sprawić przykrość, że zwalony gwałtowną gorączką, leżał przez sześć tygodni między życiem a śmiercią. Lekarze oświadczyli, że teraz już ocalony, że niezadługo przyjdzie do siebie i odzyszcze zdrowie. Pięciominutowa rozmowa wycieńczyła jego siły. — Zamknąwszy oczy, chciał pozbierać myśli, które rozpierzchły się jak liście, pozrywane burzą jesienną. Przeszłość wydała mu się ciemną, tylko to, co się odnosiło do panny d’Arlange, było jasne, o widomych kształtach. Wszystkie jej czynności widział jakby na wspaniale oświetlonym obrazie. Wzdrygnął się, a na czoło wystąpił pot zimny...
Omal że się nie stał mordercą!
A na dowód, że w rzeczy samej odzyskał zmysły, zaczął się zastanawiać nad jednym z pytań prawa kryminalnego:
Po dokonaniu morderstwa, czy byłbym skazany? Bez wątpienia. A czy byłbym odpowiedzialnym? Nie... W jakim stanie znajdowałem się przed spełnieniem zbrodni? Któż na to odpowie... Dla czego wszyscy sędziowie nie przeszli takiej jak ja katastrofy? Ale któżby mi uwierzył, gdybym zaczął opowiadać wszystko, com doświadczył!
W kilka dni opowiedział ojcu całe zajście, ale ten wzruszył litościwie ramionami, mówiąc, że to wspomnienie z czasów choroby. Następnie zaczął go pocieszać, oddając na jego rozkazy cały swój majątek i proponując mu małżeństwo z pewną bardzo bogatą sąsiadką, która go obdarzy pięknemi i zdrowemi dziećmi. Wkrótce potem stary Daburon odjechał do siebie, bo gospodarstwo zaczęło cierpieć w jego nieobecności.
We dwa miesiące sędzia śledczy wrócił do dawnego życia i dawnych zatrudnień. Ale, niestety, już nie pracował jak dawniej; teraz pracował jak ciało bez duszy. Czuł, że w głębi jego jestestwa coś się potargało. Pewnego razu poszedł odwiedzić starą margrabinę. Ujrzawszy go krzyknęła z przestrachu. Wzięła go za istotę z tamtego świata, tak się zmienił od ostatniej wizyty. Że zaś bała się strachów, więc mimo woli wskazała mu drzwi...
Klara była także chorą przez cały tydzień.
— Jak on mię kochał! — mówiła do siebie, — omal że nie umarł. Czy Albert umie tak kochać?
Bała się odpowiedzieć. Chciała go pocieszyć, mówić z nim... Ale sędzia nie pokazał się więcej.
Pan Daburon nie należał jednak do ludzi, którzy padają bez walki. Chciał się rozerwać. Znalazł przesyt, ale nie znalazł zapomnienia. Jeżeli czasem przyszła mu chęć rzucić się w objęcia rozkoszy, anielska postać Klary zatrzymywała go na dobrej drodze. Wtedy zamykał się w swoim gabinecie i z całą gorliwością oddawał się żmudnej pracy. Niejednokrotnie dawał sobie słowo, że nie będzie myślał o Klarze, tak samo jak suchotnik przyrzeka sobie, że więcej ani pomyśli o swojej chorobie. Koledzy mawiali, że Daburon chce zostać wielkim człowiekiem, bo ciągle pracuje, ale on ani pomyślał o przyszłości.
Po niejakim czasie znalazł, jeśli już nie spokój, to przynajmniej pewne odurzenie, które zawsze następuje po wielkich katastrofach. Zapomnienie obiecywało wyleczyć go do reszty...
Takie to wypadki przyszły na myśl sędziemu, skoro z ust Tabareta usłyszał nazwisko hrabi de Commarin. Sądził, że czas zasypał je gruzami zapomnienia, a tymczasem wystąpiły jak litery, które skreślone tajemniczym atramentem, stają się czytelnemi, jeśli papier przyłożymy do ognia. W jednej chwili rozwinęły się przed jego oczyma i owładnęły napowrót całe jestestwo.
Przez kilka minut, dzięki cudownemu zjawisku dwoistości, patrzył na przedstawienie własnego życia. Aktor i widz zarazem, siedząc w swoim fotelu, widział się na scenie, działał i sam swoją grę osądzał.
Trzeba przyznać, że pierwsza jego myśl była ohydna, bo nienawistna, przyczem zbudziła się jeszcze haniebniejsza chęć zemsty. Przypadek oddawał w jego ręce człowieka, którego Klara kochała. Nie był to dumny szlachcic, świetny majątkiem i pochodzeniem; był to bastard, syn kurtyzanki. Aby utrzymać skradzione nazwisko, dopuścił się najohydniejszej zbrodni. On zaś, sędzia, czuł teraz dziwną rozkosz, że przeciwnika swego będzie mógł powalić mieczem sprawiedliwości. Ale to wszystko trwało tylko jedno mgnienie oka. Sumienie człowieka zacnego zbudziło się i przemówiło donośnym głosem:
Czy może być co potworniejszego, jak połączenie tych dwóch pojęć: nienawiść i sprawiedliwość? Czy może sędzia, bez pogardzania samym sobą, pomyśleć, że winowajca, znajdujący się w jego ręku, jest jego nieprzyjacielem? Czy sędzia śledczy może spełniać prawo swej nielitościwej władzy przeciw obżałowanemu, jeśli w jego sercu jest bodaj kropla żółci?
Pan Daburon powtórzył, co od roku powtarzał zawsze sobie przed rozpoczęciem nowego śledztwa:
— I ja sam omal że nie popełniłem morderstwa!
— Czy nie powinienem się teraz cofnąć, umyć ręce od wszystkiego i oddać hrabiego w ręce innych sędziów?
— Nie! — zawołał głośno, — byłoby to tchórzostwem niegodnem mojego charakteru!
Szalony pomysł wspaniałomyślności strzelił mu do głowy.
— A gdybym go ocalił? Jeśli — dla Klary — zostawiłbym mu życie i honor? Ale jak go ocalić? W takim razie trzebaby odrzucić donos Tabareta i nakazać mu milczenie. Prócz tego wypadłoby mi pójść błędną drogą i wraz z Gevrolem szukać marynarza z wielkiemi kulcami. Czy to możebne? Zresztą, oszczędzać Alberta, znaczy szkodzić prawom Noela; znaczy zapewnić bezkarność najhaniebniejszej zdradzie. Nakoniec, znaczyłoby poświęcić sprawiedliwość własnej namiętności...
Sędzia cierpiał.
— Co tu przedsięwziąć? co uczynić? Wahał się między dwoma wręcz sobie sprzecznemi postanowieniami i z jednej ostateczności wpadał w drugą. Co począć? Rozum, doznawszy tak nieprzewidzianego wstrząśnienia, daremnie szukał równowagi.
— Cofnąć się? — mówił do siebie, — a gdzież moja odwaga? Alboż nie powinienem zostać godnym obrońcą prawa, który nie wie co wpływy? Czy jestem tak słaby, że przywdziewając suknię sędziowską nie umiem zrzucić tego, co się nazywa osobistością? Alboż to nie moim obowiązkiem puścić przeszłość w niepamięć? Sumienie nakazuje mi prowadzić dalej śledztwo. Sama Klara kazałaby mi tak działać. Mogłażby kochać człowieka, skalanego podejrzeniem? Nigdy! Jeśli jest niewinnym, niech będzie ocalony; jeśli zawinił, niech ginie!
Pięknie brzmiało to rozmawianie, ale w głębi serca tysiączne obawy raniły sędziego. Potrzebował złożyć przed sobą ścisły egzamin.
— Alboż ja nienawidzę jeszcze tego człowieka? Nie!... Jeśli Klara przeniosła go nade mnie, którego on nie znał, to jużciż nie on, ale ona zawiniła. Mój gniew był tylko chwilowem szaleństwem. Dowiodę tego. Chcę, ażeby we mnie znalazł nie sędziego, lecz opiekuna. Jeśli nie jest winnym, będzie miał na rozkazy, dla udowodnienia swojej cnoty, cały ten straszny zastęp ajentów, którym posiłkuje się trybunał. Mogę być sędzią... Bóg, który czyta w głębi mojej duszy, widzi, że zanadto kocham Klarę, bym mógł źle życzyć jej kochankowi!
Urwawszy w tem miejscu, Daburon zaczął liczyć czas ubiegły. Było już około trzeciej godziny zrana.
— Ach, mój Boże! — zawołał przestraszony, — Tabaret czeka tak długo!.. Zapewne musiał zasnąć!
Ale Tabaret nie spał, bo i jemu czas przeleciał bardzo szybko. Dziesięć minut wystarczyło, aby rozpatrzyć się dokładnie w gabinecie, który był obszerny i surowo-wspaniały, harmoniujący najzupełniej ze stanowiskiem i wielkim majątkiem sędziego. Uzbrojony w świecznik, stawał kolejno przed każdym z sześciu obrazów wielkich mistrzów, które wisiały na ścianach, przypatrywał się niektórym brązom i rzucił spojrzenie znawcy na piękną bibliotekę. Potem wziąwszy w rękę jeden z dzienników wieczornych, zbliżył się do kominka i utonął w fotelu.
Jeszcze nie odczytał pierwszego artykułu, traktującego o sprawie rzymskiej, gdy władze umysłowe, nie mogąc znieść polityki, uniosły go do Jonchère, do domu wdowej Lerouge. Jak dziecię, które tysiąc razy stawia i burzy pałace z kart, tak i on mięszał i napowrót podchwytywał szereg swoich wywodów i rozumowań. W rzeczy samej, dla niego nie było w całej tej sprawie nic tajemniczego. Zdawało mu się, że wie wszystko, od A aż do Z. Wiedział, czego się ma trzymać, a pan Daburon podzielał także jego zdanie. Ale mimo to, jak wielkie jeszcze trudności! Przecież między sędzią śledczym a obżałowanym, znajduje się trybunał najwyższy, rozstrzygający, władza sumienna, sąd przysięgłych. A sędziowie przysięgli, nie poprzestają na samem przekonaniu moralnem. Największe prawdopodobieństwa są dla nich niczem, bo oni potrzebują dowodów niezbitych, namacalnych. To też w miarę, jak za wzrostem cywilizacji, utrwala się coraz bardziej potrzeba bezwzględnej sprawiedliwości, sędziowie przysięgli stają się bojaźliwszymi i więcej chwiejnymi. Z największą przykrością dźwigają brzemię swojej odpowiedzialności. Każdy z nich wchodząc do sali obrad boi się, aby kiedyś nie doznał gorzkich wyrzutów sumienia. Za wypuszczenie na wolność jednego niewinnego, jest gotów ułaskawić trzydziestu zbrodniarzy. Sąd przysięgłych powinien zatem otrzymać dowody niezbite, jasne, których dostarczanie należy do sędziego śledczego.
Na samą myśl, że morderca mógłby się wymknąć z rąk sprawiedliwości, Tabaret uczuł, że wszystka krew uderza mu do głowy. Zdawało mu się, że same takie przypuszczenie wyrządza mu wielką krzywdę. Według jego przekonania, potworność taka mogłaby nastąpić dopiero wtedy, gdyby śledztwo było niedołężnie prowadzone, gdyby ajenci nie rozwinęli należytej gorliwości, lub gdyby sędzia okazał się niezdolnym albo słabym.
— Ja, — rzekł do siebie z pewną dumą, — nie okazałbym się nigdy słabym! Po stwierdzeniu każdej zbrodni, można zawsze schwytać i ukarać winowajcę, chyba że nim jest warjat, który nie może być odpowiedzialnym za swoje uczynki. Chętnie strawiłbym całe życie na wyszukaniu zbrodniarza, i raczej zginąłbym, a nie dałbym się przezwyciężyć przeciwnościom, jak to nie raz zdarzyło się temu głupcowi, Gevrolowi...
— Ale jakie dowody, — myślał dalej, — przedłożymy tym przeklętym sędziom przysięgłym? Te leniuchy nie chcą sobie suszyć głowy, oni żądają, aby im położono wszystko jak na talerzu. Jak tu zmusić do zeznań człowieka silnego, którego zasłania wysokie stanowisko, i który bez wątpienia przedsięwziął wszelkie środki ostrożności? Jaką tu przygotować łapkę?
Ochotnik policyjny zamyślił się tak głęboko, że nawet nie usłyszał, jak drzwi wiodące do gabinetu nagle się otworzyły i nie dostrzegł, że sędzia stanął tuż przy jego fotelu. Aby go wyrwać z objęć kombinacji, potrzeba aż było głosu pana Daburon, którego słowa drżały jak liście.
— Daruj, panie Tabaret, żeś tak długo na mnie czekał.
Nasz poczciwiec zerwał się jak oparzony i skłonił się do kolan sędziego.
— Doprawdy, panie, miałem tyle do myślenia, żem się wcale nie nudził. Pan Daburon przeszedłszy pokój, usiadł naprzeciwko swojego ajenta, obok stolika, na którym leżał stos dokumentów, odnoszących się do zbrodni. Zdawało się, że był bardzo znużony.
— Długo, — rzekł po chwili, — zastanawiałem się nad tym wypadkiem.
— I ja także! — przerwał Tabaret. — Właśnie gdy pan sędzia wyszedł, myślałem o możliwem zachowaniu się Commarina w chwili uwięzienia. Według mnie, nie ma nic ważniejszego. Czy się uniesie? Może będzie starał się przestraszyć ajentów, a może zechce uciec? To jest zwykła taktyka złapanych kryminalistów.
Ale mnie się zdaje, że Commarin będzie spokojny i zimny. Ostrożność, z jaką popełnił zbrodnię, każę mi tak mniemać. Zobaczy pan, że zachowa się dumnie, że będzie mówił, iż stał się ofiarą jakiegoś qui pro quo, że nareszcie zechce natychmiast widzieć się z sędzią śledczym, aby niby to wszystko wyjaśnić...
Nasz poczciwiec mówił tak płynnie i zdradzał taką wiarę we własne słowa, że pomimo woli pan Daburon musiał się uśmiechnąć.
— Jeszcześmy daleko od uwięzienia, — rzekł z przekąsem.
— Przeciwnie! może to nastąpić za kilka godzin, — przerwał żywo Tabaret. — Przypuszczam, że ze świtem wyszle pan sędzia ajentów, ażeby aresztowali młodego Commarina.
Sędzia drgnął jak chory, który widzi chirurga, rozkładającego na stole narzędzia, potrzebne do operacji. Chwila działania zbliżała się szybkim krokiem.
— Jak widzę, pan już jesteś gotów, — rzekł po krótkim namyśle, — ale czy zastanowiłeś się nad rozmaitemi trudnościami?
— Jakie trudności?! Alboż nie jest winnym? Ośmielę się zapytać pana sędziego: kto popełnił tę zbrodnię jeśli nie on? Kto potrzebował zabić wdowę Lerouge, zniszczyć jej papiery, listy i uniemożliwić jej zeznania? Nikt, tylko on. Mój Noel, który jest głupi, jak każdy człowiek uczciwy, przestrzegł go; więc działał.
— Prawda, ale...
Tabaret spojrzał na sędziego wzrokiem zdumionym.
— Czy pan sędzia ciągle myśli o trudnościach? — zapytał ze złośliwym uśmiechem.
— Ach, bez wątpienia! — odparł Daburon, — ta sprawa jest jedną z tych, które wymagają największej przezorności. W tego rodzaju wypadkach można uderzyć tylko na pewne, a my dotychczas mamy zaledwie podejrzenia... A gdybyśmy się omylili! Niestety! sprawiedliwość nie może nigdy dostatecznie naprawić krzywdy, którą wyrządzi. Chociażby się przyznała do błędu, chociażby to nawet ogłosiła — daremnie! Opinia głupia, niedorzeczna, nie przebacza nigdy człowiekowi, na którego padło podejrzenie.
Tabaret słuchał tych uwag, wydając ciężkie westchnienia. Tak płaskie refleksje nie byłyby go nigdy odstraszyły.
— Nasze podejrzenia są uzasadnione, — ciągnął sędzia, — chętnie to przyznaję. Ale gdyby w dalszym ciągu sprawy okazały się fałszywe? W takim razie nasza zbytnia gorliwość stałaby się dla tego młodzieńca wielkiem nieszczęściem. A przytem jaka wrzawa, jaki skandal! Pan nie zastanawiasz się, jaką hańbę przynosi władzy każdy krok nierozważny, jak uwłacza sprawiedliwości i jak podkopuje powagę sądu!...
Rzekłszy to, wsparł się na obu łokciach i długo rozważał.
— Nie ma widoków, — pomyślał Tabaret, — widzę, że mam do czynienia z tchórzem. Gdy trzeba działać — on mówi; gdy wypada podpisać rozkaz — on stawia teorje. Jest formalnie odurzony mojem odkryciem i dla tego boi się... Biegnąc tu, byłem przekonany, że będzie zachwycony, uszczęśliwiony. Małe rybki łowiłby chętnie, ale wielkich boi się; radby je wypuścić... O sędziowie!
— Może, — rzekł pan Daburon podniesionym głosem, — byłoby lepiej wpierw kazać go tylko strzedz, a dopiero potem wydać mandat względem uwięzienia.
— W takim razie wszystko stracone! — krzyknął Tabaret.
— Jak to?
— Przecież pan sędzia wie, że znajdujemy się wobec bardzo dobrze obmyślanej i zręcznie dokonanej zbrodni. Tylko cudem wpadliśmy na jej trop. Jeśli mu pozwolimy odetchnąć, z pewnością uciecze.
Miasto odpowiedzi, sędzia zwiesił głowę, jakby w znak potwierdzenia.
— Nie podlega wątpliwości, — ciągnął Tabaret, — że nasz przeciwnik jest człowiekiem pierwszorzędnej siły, o zadziwiającej zimnej krwi i zręczny jak kot dziki. Ten łotr musiał wszystko obliczyć i przewidzieć, aż do nieprawdopodobnego podejrzenia, padającego na niego samego. O! z pewnością tak obmyślił... Jeśli pan sędzia poprzestanie na rozkazie strzeżenia ptaszka, wyleci nam z klatki. Stanąwszy przed sądem, będzie udawał spokojnego jak święty Jan Chrzciciel i zrobi taką minę, jaką widzimy na twarzach pojedynkarzy, pociągniętych do odpowiedzialności. Potem udowodni, że wieczór i noc z wtorku na środę, przepędził w towarzystwie najpoważniejszych osobistości. Objad jadł z hrabią Machin, grał z margrabią Chasse, był na wieczerzy z księciem X., a baronowa R... i hrabina Y... nie straciły go ani na chwilę z oka. Nakoniec, wszyscy odegrają tak dobrze swoją rolę, że radzi nie radzi będziemy musieli otworzyć mu bramę i jeszcze przeprosić na schodach. Tylko w jeden sposób można go przekonać, a ten mieści się w tych słowach: zmieszajmy go szybkością!... Trzeba wpaść do niego jak piorun, uwięzić przy zbudzeniu, zabrać z sobą zmieszanego i natychmiast przesłuchać. Tylko na tej drodze możemy się coś dowiedzieć. Ach! czemuż nie jestem sędzią śledczym przynajmniej jeden dzień!
Tabaret przerwał, myśląc, czy przypadkiem nie ubliżył sędziemu. Ale pan Daburon nie miał wcale miny obrażonej.
— Mów pan dalej, — rzekł sędzia głosem, dodającym otuchy, — mów pan...
— A więc, — zaczął znowu policjant, — przypuśćmy, że jestem sędzią śledczym. — Natychmiast każę złapać mojego panicza, a we dwadzieścia minut, mam go w swoim gabinecie. Nie lubiąc bawić się w gadaninę, przystępuję natychmiast do rzeczy.
Na samym wstępie, przygniatam go brzemieniem mojej pewności. Udowadniam mu, że wiem wszystko, a udowadniam tak dokładnie i jasno, że nieborak czuje się zmuszonym wyśpiewać całą prawdę. Moje słowa brzmią: Mój panie, jak widzę przynosisz alibi. Mówisz, że cię widziało sto osób. I to ładnie. Ale z tem wszystkiem oto coś pan uczynił: O godzinie ósmej, minut dwadzieścia, wymknąłeś się ukradkiem. O godzinie ósmej minut trzydzieści pięć wyjechałeś koleją z dworca św. Łazarza. O dziewiątej wysiadłeś na stacji w Reuil i niezwłocznie skierowałeś swoje kroki ku wiosce Jonchère. O dziewiątej minut piętnaście, zapukałeś do drzwi mieszkania wdowej Lerouge, która ci otworzyła, a od której zażądałeś potem wieczerzę i kieliszek wódki. O dziewiątej minut dwadzieścia pięć, wbiłeś jej w łopatkę kawałek dobrze wyostrzonej szpady, poczem przetrząsłeś cały dom i spaliłeś wiadome papiery. Dokonawszy tego, zawinąłeś w serwetę wszystkie kosztowności, aby na złodziejów rzucić podejrzenie i wybiegłeś, zamknąwszy drzwi na dwa spusty. Zbliżywszy się do Sekwany, wrzuciłeś pakiet w wodę, dotarłeś do stacji pieszo, a o godzinie jedenastej pojawiłeś się znów w dawnym humorze. Ślicznie odegrałeś swoją rolę. Szkoda tylko, żeś zapomniał o dwóch ajentach. Jeden z nich nazywa się żartobliwie Jasnowidz, a drugim jest Przypadek. Ci dwaj zdradzili pana. Zresztą, źleś pan także zrobił, że tego dnia miałeś na nogach eleganckie buciki, jasno-popielate rękawiczki, kapelusz jedwabny i parasol. Teraz przyznaj się, bo to droga najkrótsza, a za to pozwolę ci palić w więzieniu te same wyśmienite trabukosy, z tej samej cygarniczki...
Tabaret wzrósł o dwa cale, tak wielkim był w tej chwili jego zapał. Patrzył na sędziego, jak gdyby na jego ustach chciał dostrzedz uśmiech potwierdzający.
— Nie inaczej, — ciągnął, — powiedziałbym mu to i ani słowa więcej. A jeśli tylko ten człowiek nie jest tysiąc razy przezorniejszym niż mogę przypuścić, jeśli nie jest z brązu, marmuru lub ze stali, bez najmniejszej wątpliwości ujrzałbym go u moich nóg, i otrzymałbym zupełne zeznanie...
— A jeśliby w rzeczy samej był z brązu? — przerwał Daburon: — jeśliby nie upadł do pańskich nóg? Cóżbyś wtedy uczynił?
To nagle zapytanie zmięszało widocznie naszego poczciwca.
— Do kata! — wyjąknął, — nie wiem... zobaczyłbym... starałbym się... ale on by się przyznał!
Po dość długiem milczeniu, pan Daburon wziął pióro i na prędce skreślił kilka wierszy.
— Poddaję się, — rzekł, — pan Albert de Commarin będzie uwięziony, to już postanowione. Ale formalności wymagają dłuższego czasu. Zanim przesłucham obżałowanego, muszę wpierw rozmówić się z jego ojcem, hrabią de Commarin i z tym młodym adwokatem, pańskim przyjacielem, Noelem Gerdy. Listy, które posiada, są tu niezbędne.
Na wspomnienie nazwiska Gerdy, twarz Tabareta zachmurzyła się i zdradzała najżywszą obawę.
— Do kroćset! — zawołał, — oto czegom się najwięcej lękał...
— Czego?
— Potrzeby listów Noela. Rzecz naturalna, że się domyśli, kto wprowadził sąd na trop zbrodni. Tom zabrnął po uszy! Przecież będzie mi zawdzięczał odzyskanie praw utraconych... nieprawdaż? Ale czy pan sądzi, że mi będzie wdzięcznym? Bynajmniej! będzie mną pogardzał. Jak skoro się dowie, że Tabaret kapitalista i Tabaret ajent, są jedną i tą samą osobą, będzie odemnie uciekał, jak od zapowietrzonego. Biedna ludzkości! Nie minie tydzień, a najstarsi moi przyjaciele nie podadzą mi ręki!.. Jak gdyby to było hańbą służyć sprawiedliwości... Będę zmuszonym zmienić mieszkanie, wynieść się z dawnej dzielnicy, przybrać inne nazwisko.
Tabaret wygłosił te słowa głosem płaczliwym; boleść jego była ogromna. Sędzia uczuł litość.
— Nie martw się, kochany panie Tabaret, — rzekł po chwili, — wprawdzie nie będę kłamał, ale z tem wszystkiem tak poprowadzę sprawę, że twój syn przybrany, twój Benjaminek, nie nabierze najmniejszego podejrzenia. Dam mu do zrozumienia, że dowiedziałem się o nim z papierów znalezionych u wdowej Lerouge.
Tabaret uścisnął z uniesieniem rękę sędziego i przyłożył ją do ust swoich.
— Dzięki! panie, — zawołał, — stokrotne dzięki!... Pan jesteś wielki, pan jesteś... A ja, który przed chwilą... lecz dość! Jeśli pan sędzia pozwoli, będę przy uwięzieniu ptaszka; przy rewizji mógłbym być nawet pomocnym...
— Właśnie chciałem pana o to prosić, — odpowiedział sędzia.
Lampy pobladły, powała stawała się bielszą, zaczęło świtać. Z oddali dolatywał już turkot wózków porannych. Paryż wstawał do pracy i uciech.
— Nie mam czasu do stracenia, — ciągnął pan Daburon, — mogę wszystko należycie przygotować. Przedewszystkiem muszę się widzieć z prokuratorem cesarskim; jeśli śpi, każę go zbudzić. Od niego udam się prosto do pałacu Sprawiedliwości, gdzie stanę przed godziną ósmą. Chciałbym, panie Tabaret, mieć cię tam na moje rozkazy.
Właśnie nasz poczciwiec kłaniał się nisko i dziękował, gdy wszedł służący.
— Oto, panie, — rzekł do swego chlebodawcy, — ważny list, który przyniósł jakiś żandarm z Bougival. Oczekuje odpowiedzi w przedpokoju.
— Bardzo dobrze, — odpowiedział pan Daburon, — zapytaj go, czy czego nie potrzebuje, a w każdym razie daj mu szklankę wina...
Niezwłocznie rozerwał kopertę.
— Patrzcie! — zawołał, — list od Gevrola... I czytał:
„Panie sędzio śledczy!“
„Mam zaszczyt oznajmić panu sędziemu, że już jestem na tropie człowieka o dużych kulcach. Dowiedziałem się o nim w pewnym szynku, gdzie zastałem nie mało opojów. Nasz panicz był w tym szynku w niedzielę zrana, właśnie gdy wyszedł z domu wdowej Lerouge. Kupił i zapłacił dwie litry wina. Następnie uderzywszy się w czoło, rzekł: „Stary głupcze! zapomniałem, że jutro uroczystość na statku.“ Po tych słowach wziął jeszcze trzy litry. Szukałem w almanachu, statek powinien się“ nazywać: Saint-Marin. Dowiedziałem się także, że na pokładzie miał zboże. Niezwłocznie napisałem do prefektury, aby przetrząśnięto wszystkie statki w Paryżu i Rouheu. Być może, że poszukiwania nie będą bezowocne. Mam zaszczyt...“
— Biedny Gevrol! — zawołał Tabaret, śmiejąc się na cały głos; — zaczyna ostrzyć pałasz, gdy bitwa już wygrana. Czy pan sędzia nie każę wstrzymać tych poszukiwań?
— Bynajmniej! — odpowiedział pan Daburon, — zapomnieć o najmniejszej rzeczy, jest nie raz wielkim błędem. A kto wie, jakie światło może rzucić ten nieznajomy na całą sprawę?
W dniu, w którym odkryto zbrodnię we wiosce Jonchère, właśnie o godzinie, kiedy Tabaret robił swoje spostrzeżenia w pokoju zabitej, Albert de Commarin wsiadł do powozu, aby się udać na dworzec kolei północnej, na spotkanie swojego ojca.
Wice-hrabia był bardzo blady. Przeciągłe rysy, zamglone oczy i wybladłe usta mówiły o wielkiem zmieszaniu, które musiały nastąpić bądź po zbytnich rozkoszach, bądź po gwałtownych cierpieniach.
Co więcej, cała służba pałacowa spostrzegła, że od pięciu dni młody pan znajdował się w niezwykłym stanie. Mówił z trudnością, jadł bardzo mało i nikogo nie przyjmował.
Pokojowiec wice-hrabiego opowiadał, że zmiana ta zaszła nagle w niedzielę rano, po wizycie niejakiego pana Gerdy, adwokata, który w bibliotece zabawił trzy godziny.
Albert, wesół jak zwykle przed zjawieniem się tej osoby, był po jej wyjściu zgnębiony i odtąd nie odzyskał dawnego humoru.
Kiedy zamierzał udać się na dworzec kolei, czuł się tak osłabionym i szedł tak powoli, że Lubin, pokojowiec, prosił go, aby został w domu. Narażać się na zimno, znaczyło popełniać wielką niedorzeczność. Lepiej byłoby położyć się do łóżka, i wypić filiżankę rumianku.
Ale hrabia de Commarin, ojciec, nie robił ustępów w kwestji obowiązków synowskich. Gotów był przebaczyć synowi największe szaleństwa, ale nie byłby przebaczył braku uszanowania. O swoim przyjeździe doniósł telegrafem na czterdzieści ośm godzin, a więc cały hotel powinien być pod bronią, nieobecność zaś Alberta byłby wziął za największą obrazę.
Wice-hrabia przechadzał się od pięciu minut po sali gościnnej, gdy dzwonek strażniczy zapowiedział przybycie pociągu. W krótce drzwi, wychodzące na peron rozwarły się na oścież i ze wszystkich stron zaczęli tłoczyć się podróżni.
Wkrótce zjawił się hrabia, a za nim służący z wspaniałem futrem na ramieniu.
Hrabia de Commarin wydawał się o dziesięć lat młodszym, niż był w rzeczywistości. Bujna broda i włosy, były zaledwie przyprószone szronem. Był słuszny i chudy, trzymał się prosto, głowę nosił do góry, ale z tem wszystkiem nie miał w sobie nic z owej niemiłej sztywności brytańskiej, którą tak podziwiają nasi młodzi panicze. Ruchy jego były szlachetne, krok pewny. Miał piękną rękę, rękę człowieka, którego antenaci umieli dzielnie uderzać szpadą. Jego twarz regularna, była prawdziwą zagadką dla tego, kto ją studjował: we wszystkich rysach przebijała się dobroć, usta wiecznie się uśmiechały, ale za to w jasnych oczach świeciła szalona duma i dzika odwaga.
W tej sprzeczności mieściła się tajemnica jego charakteru.
Jakkolwiek należał do typów na wzór margrabiny d’Arlange, mimo to nie zerwał z stuleciem, w którem żył, a przynajmniej zdawało się, że z niem idzie.
Tak samo jak margrabina, pogardzał wszystkimi, którzy nie byli szlachetnie urodzeni; tylko jego pogarda objawiała się w inny sposób. Margrabina nie taiła się ze swemi uczuciami; natomiast hrabia ukrywał je starannie pod płaszczem wygórowanej grzeczności, która właśnie dla tego, że była wygórowaną, śmiertelnie obrażała. Margrabina nie raczyła nawet spojrzeć na kupców, którzy jej przynosili rozmaite towary, a hrabia, gdy pewnego razu jakiemuś rzemieślnikowi wypadł parasol, schylił się i podniósł go uprzejmie.
Pochodziło to ztąd, że margrabina żyła z zawiązanemi oczyma i zatkanemi uszami, podczas gdy hrabia widział bardzo wiele i pilnie się przysłuchiwał. Ona była ograniczoną i bez krzty zdrowego zmysłu; hrabia zaś miał otwarty umysł, obszerne poglądy i pewne zasady. Ale z tem wszystkiem nie w jednej rzeczy godzili się oboje najzupełniej. Słowem, hrabia był doskonałym portretem pewnej części społeczeństwa, podczas gdy margrabina była tylko śmieszną karykaturą.
Trzeba dodać, że wobec równych sobie, hrabia de Commarin pozbywał się przygnębiającej grzeczności. Wtedy odzyskiwał właściwy swój charakter wyniosły, otwarty, szczery. W swoim domu był despotą.
Ujrzawszy ojca, Albert pobiegł szybko ku niemu. Uścisnęli sobie dłonie, ucałowali się ceremonialnie, i w jednej minucie wyczerpali całą frazeologię, używaną w takich spotkaniach. Po przywitaniu hrabia dostrzegł, że twarz syna była widocznie zmienioną.
— Czyś cierpiący, wice-hrabio? — zapytał.
— Nie, hrabio, — odpowiedział Albert lakonicznie.
Hrabia wyrzucił jedno: „Ach!“ któremu towarzyszyło pewne poruszenie głową, co u niego była oznaką najzupełniejszego niedowierzenia, a potem zwrócił się do służącego, wydając mu krótko rozmaite polecenia.
— A teraz, — ciągnął wracając do syna, — jedźmy do domu. Radbym jak najprędzej być u siebie, a przedewszystkiem chciałbym co zjeść, bo od rana nie miałem nic w ustach, prócz filiżanki haniebnego bulionu.
Hrabia de-Commarin przyjechał do Paryża w najgorszym humorze. Jego podróż do Austrji nie przyniosła owoców, jakich się spodziewał. Na domiar wstąpiwszy do jednego z najstarszych przyjaciół, poróżnił się z nim w rozmowie do tego stopnia, że rozjechali się nie podawszy sobie ręki.
Zaledwie ujrzał się na miękkich poduszkach powozu, który pędził jak strzała, hrabia czuł się zmuszonym ulżyć swemu sercu.
— Poróżniłem się z księciem de Sairmeuse, — rzekł do syna.
— Zdaje mi się, hrabio, — odpowiedział Albert bez cienia szyderstwa, — że zawsze wam się to zdarza, jeśli dłużej jak godzinę musicie sam na sam pozostać.
— Prawda, ale tym razem sprzeczka była stanowczą... Przepędziłem cztery dni u niego i od rana do wieczora byłem wciąż zirytowany. Teraz, nie mam już dla niego żadnego szacunku.
Sairmeuse, wice-hrabio, sprzedaje Goudresy, jedną z najpiękniejszych posiadłości północnej Francji. Wycina lasy, licytuje zamek, mieszkanie prawdziwie książęce, z którego będzie niezadługo fabryka cukru. A za pieniądze kupuje akcje, obligacje, dla zwiększenia majątku.
— I to jest powód poróżnienia? — zapytał Albert nie bardzo zdziwiony.
— Bez wątpienia. Alboż nie dostateczny?
— Przecież wiesz, hrabio, że książę ma liczną rodzinę i że nie jest bogaty.
— To nie usprawiedliwia! — podchwycił hrabia. — W takim razie żyje się z ziemi na własnej ziemi; w zimie chodzi się w butach po kolana, tylko najstarszemu synowi daje się wykształcenie i nie sprzedaje się rodzinnego majątku. Od przyjaciół powinniśmy umieć wysłuchać prawdę, chociażby była najprzykrzejszą. Powiedziałem księciu com myślał: Szlachcic, który sprzedaje swoją ziemię, zdradza swoją ojczyznę.
— Ależ, hrabio! — zauważył Albert chcąc protestować.
— Powiedziałem zdradza, — ciągnął hrabia z wzrastającą gwałtownością, — i nie cofam tego słowa. Pamiętaj dobrze wice-hrabio, że potęga spoczywa zawsze w ręku bogatego, a bogatym jest ten, kto ma ziemię. Rozumieli to dobrze ludzie z roku 1793. Rujnując szlachtę, prędzej ją złamali, niż znosząc tytuły i herby. Książę pieszo i bez lokajów, jest człowiekiem jak każdy inny. Minister lipcowy, który rzekł do mieszczan: „Wzbogacajcie się!“ nie był głupi — bo dawał im tajemniczą formułę władzy. Mieszczaństwo nie zrozumiawszy go, rzuciło się do spekulacji. Dziś są bogaci, ale w co? w papiery, zyskane na giełdzie — w łachmany. Mieszczanin woli papier, przynoszący ośm procent, niż winnicę lub lasy, z których dostajemy zaledwie trzy od sta. Wieśniak nie jest tak ograniczony. Jeśli ma tylko pół morga ziemi, stara się usilnie, aby jak najprędzej mógł zwiększyć swoją posiadłość przez nowe zakupno. Za jego przykładem powinna iść szlachta.
W tej chwili powóz zatrzymał się na dziedzińcu. Hrabia wysiadł pierwszy, i wsparty na ramieniu swojego syna, zwrócił się ku schodom. W wielkim przedsionku, cała służba pałacowa stała w pełnym ubiorze, tworząc długi szpaler. Hrabia przelotnie spojrzał na wszystkich, jak porucznik na żołnierzy przed paradą. Zdawał się być zadowolonym z ich postawy. Po chwili wszedł do swoich apartamentów, położonych na pierwszem piętrze, po nad salonami, przeznaczonemi na wielkie uroczystości.
Nigdy i nigdzie dom nie był lepiej urządzony, bo hrabia de Commarin miał majątek, którym mógł zaćmić nie jednego z udzielnych książąt niemieckich.
Wiedziano, że hrabia przepędził cały dzień w wagonie; musiał być głodny, więc jak najprędzej kucharze przygotowali wyśmienity obiad. Wszyscy, począwszy od marszałka dworu, a skończywszy na ostatnim pachołku, mieli żywo w pamięci: „że służący powinien nie tylko spełniać, ale zgadywać rozkazy.“
Właśnie hrabia kończył zmianę toalety podróżnej na domową, gdy marszałek dworu zjawił się w jedwabnych pończochach, oświadczając, że podano do stołu. Hrabia de Commarin zbiegł szybko po schodach i na progu sali jadalnej zszedł się z Albertem.
Piękna to sala, przestronna, wysoka i wspaniała w swojej prostocie. Każdy z czterech kredensów, które ją zdobią, mieści w sobie krocie najkosztowniejszych naczyń. Ile tam było cudownych fajansów, a ile porcelan, mogących obudzić zazdrość nawet w królu saskim!
Nakrycie stołu, stojącego w pośrodku, przy którym usiedli hrabia i Albert, odpowiadało w zupełności temu wspaniałemu zbytkowi. Stół uginał się pod ciężarem sreber i kryształów.
Hrabia był sławnym pasibrzuchem. Niejednokrotnie chełpił się tym olbrzymim apetytem, który dla każdego biedaka byłby prawdziwym nieszczęściem. Lubił wspominać o wielkich ludziach, których brzuchy unieśmiertelniła historja. Karol V. spożywał góry mięsiwa. Ludwik XIV. zjadał przy objedzie za sześć osób. Hrabia utrzymywał nawet przy stole, że ludzi można ocenić w miarę ich siły trawienia, poczem przyrównywał ich do lampy, która przyjmując wiele oleju, wydaje wiele światła...
Pierwsze dwadzieścia minut przeszło w milczeniu. Hrabia de Commarin jadł ze spokojnem sumieniem, nie widząc, lub nie chcąc widzieć, że Albert nie dotknął się ani jednego półmiska. Ale przy deserze wrócił zły humor. Stary szlachcic przypomniał sobie, że w pół godziny po przyjeździe otrzymał dość nie miły list, o którym chciał pomówić.
— Dopiero godzina jak przyjechałem, — rzekł do syna, — a już otrzymałem nowe kazanie od hrabi Broisnay.
— Dużo pisze, — zauważył Albert.
— Za wiele... Rozlewa się jak woda. Znów plany, projekta, nadzieje, prawdziwe dzieciństwa. On jest gotów bronić na raz dwanaście najrozmaitszych polityk. Słowo honoru, stracił zmysły. Zdaje im się, że zdołają świat wywrócić do góry nogami, szkoda tylko, że jeszcze nie znaleźli punktu oparcia... Ja ich kocham, ale mimo to strasznie mię śmieszą.
I w dziesięciu minutach hrabia obmówił wszystkich swoich serdecznych przyjaciół, nie dostrzegając, że większa połowa ich śmieszności była i jego własnością. Podano kawę. Hrabia dał znak służącemu, ażeby wyszedł.
— Nasza arystokracja, — ciągnął wpadając w inny przedmiot, — widocznie karłowacieje. Możnaby ją ocalić, lecz tylko na jednej drodze: Trzeba uchwalić ustawę, wprowadzającą majoraty.
— Taka ustawa, hrabio, jest dziś niemożliwą...
— Tak sądzisz? — pytał hrabia de Commarin; — czy może chciałbyś przeciw niej wystąpić?
Albert wiedział z doświadczenia, jak drażliwą jest ta kwestja dla jego ojca, więc milczeniem zbył zapytanie.
— Przypuśćmy, — podchwycił hrabia, — że marzę o rzeczach niemożliwych; w takim razie niech sama szlachta spełni swój obowiązek, któremu powinni się poddać młodsi członkowie wszystkich większych rodzin. Niech przez pięć generacji zostawiają ojcowiznę w rękach najstarszych synów, zadawalając się drobną rentą. W ten sposób można odtworzyć olbrzymie fortuny. Wtedy każdy dom byłby państwem, bo, że tak powiem, miałby swój testament polityczny, przekazany przez swoich najstarszych ojców.
— Na nieszczęście, — wtrącił wice-hrabia, — dziś czasy się zmieniły a o takiej rezygnacji nie można już mówić.
— Wiem o tem, mój panie, — podchwycił żywo hrabia, — wiem o tem bardzo dobrze, bo mam tego dowód w moim własnym domu. Ja, twój ojciec, prosiłem cię, zaklinałem, abyś nie myślał o wnuczce tej starej warjatki, markizy d’Arlange, a na co się to wszystko zdało? Na nic. Ja po trzechletniej walce musiałem ustąpić...
— Mój ojcze, — chciał zacząć Albert.
— Dobrze, dobrze, — przerwał hrabia; — masz już moje słowo, więc rzecz skończona. Ale pamiętaj com ci powiedział. Ty zadajesz śmiertelny cios naszej familji. Ty sam będziesz jeszcze jednym z największych właścicieli we Francji, ale miej czworo dzieci, a każde z nich zaledwie będzie bogate; jeśli zaś potem każde z tych dzieci obdarzy cię licznemi wnukami, ty sam będziesz patrzył na nędzę najmłodszego swego potomstwa.
— Ojciec wszystko widzi w czarnych kolorach...
— Bez wątpienia, bo to mój obowiązek. Tylko w ten sposób można uniknąć rozczarowań. Mówiłeś mi o szczęściu przyszłego życia! Biedny chłopcze! Prawdziwy szlachcic myśli przedewszystkiem o swojem nazwisku. Panna d’Arlange jest bardzo piękną i miłą osobą, lecz nie ma ani grosza. Ja ci natomiast wybrałem bogatą dziedziczkę...
— Którą nie mógłbym kochać...
— Piękna uwaga! Przecież miała ci wnieść cztery miljony, a takiego posagu nie dają dziś królowie swoim córkom. A cóż dopiero mówić o nadziejach...
Pogadanka na ten temat byłaby się przewlokła w nieskończoność, gdyby nie wice-hrabia, którego myśli w innych bujały sferach; tylko od czasu do czasu, aby nie grać roli całkiem niemego powiernika, wyjąknął jakieś urwane zdanie.
Ten brak opozycji, drażnił hrabiego nie równie więcej, niż uparte sprzeciwianie się jego zasadom. To też postanowił dokuczyć synowi. Taką miał taktykę. Ale napróżno rzucał słowa wyzywające i złośliwe przycinki. Albert był obojętny. Wkrótce tak go to wzburzyło, że podchwytując jakąś lakoniczną odpowiedź, zawołał gniewnie:
— Do kroćset! syn mojego intendenta mówiłby rozumniej od ciebie! Jaką krew masz w swoich żyłach? Jesteś zanadto gminny na wice-hrabiego de Commarin!
Są chwile, kiedy najmniejsza rozmowa staje się dokuczliwą. Od godziny, słuchając ojca i odpowiadając na jego zapytania, Albert znosił najstraszliwsze męczarnie. Ale teraz opuściła go cierpliwość, w którą się był uzbroił.
— Prawdę powiedziałeś, hrabio, — rzekł ironicznie, — ja jestem gminny i ponoś nie bez powodu...
Wzrok wice-hrabiego, towarzyszący tym słowom, był tak wymowny i jasny, że hrabia zerwał się na równe nogi, pytając drżącym głosem:
— Co to znaczy, wice-hrabio?
Albert żałował, że mu się wymknął ten frazes. Ale zaszedł już daleko, by mógł się cofnąć.
— Panie, — odpowiedział z niejakiem zakłopotaniem, — mam z tobą pomówić o rzeczach nader ważnych. Honor mój, twój i naszego domu, jest bardzo zagrożony. Mam cię zapytać o pewne wyjaśnienia... odkładałem to do jutra, nie chcąc cię niepokoić pierwszego dnia po długiem niewidzeniu. Ale ty, hrabio, żądasz tego...
Hrabia słuchał swego syna z obawą źle ukrytą. Można było przypuścić, że odgadł i zląkł się własnej przenikliwości.
— Wierz mi, hrabio, — ciągnął Albert, szukając słów stosownych, — że w żadnym razie nie obarczę cię wyrzutami. Twoja dobroć dla mnie...
To było już za wiele dla hrabiego de Commarin.
— Dość! — przerwał nagle. — Fakta, bez frazesów!
Albert wahał się z odpowiedzią. Pytał sam siebie: jak i gdzie zacząć?
— Panie, — rzekł nakoniec, — w twojej nieobecności, odczytałem całą twoją korespondencję z panią Walerją Gerdy... Całą... — dodał, kładąc szczególny nacisk na to pełne znaczenia słowo.
Hrabia nie pozwolił dokończyć synowi. Rzucił się tak gwałtownie, jak gdyby go wąż ukąsił — aż krzesło, na którem siedział, potoczyło się o cztery kroki.
— Ani słowa więcej! — krzyknął strasznym głosem; — ani sylaby, zabraniam ci!
Ale zapewne musiał się wstydzić tego pierwszego oburzenia, bo wkrótce odzyskał dawną krew zimną. Podniósł nawet krzesło z widocznym spokojem i przystawił je do stołu.
— Niechże kto twierdzi, że nie ma przeczucia! — mówił tonem, który starał się zrobić lekkim i żartobliwym. — Przed dwiema godzinami, ujrzawszy na dworcu kolei twoją twarz bladą, domyśliłem się niemiłej przygody. Zgadłem natychmiast, żeś się musiał dowiedzieć o tej historji; przeczułem, byłem tego pewny...
Przez chwilę zapanowało grobowe milczenie. Widocznie obaj przeciwnicy gotowali się do zaciętej walki. Obaj unikali swego wzroku, jak gdyby nie chcieli w nim dostrzedz zbyt wymownych dowodów. Usłyszawszy szelest w przedpokoju, hrabia zbliżył się do Alberta.
— Powiedziałeś, wice-hrabio, że to rzecz honoru... a więc chodź za mną.
Zadzwonił, wszedł pokojowiec.
— Wiedz, — rzekł do niego, — że ani wice-hrabia ani ja, nie przyjmujemy dziś nikogo.
Odkrycie, które nastąpiło, nierównie więcej zgniewało, niż zdziwiło hrabiego de Commarin.
Czy potrzeba dodać, że od dwudziestu lat obawiał się odsłonięcia prawdy!
Wiedział, że nie ma tajemnicy, chociażby najlepiej ukrytej, któraby się nie mogła przedrzeć na światło dzienne, a jego tajemnicę posiadały do tej chwili trzy żyjące osoby!
Nie zapomniał także, że popełnił wielką niedorzeczność, powierzając swoją tajemnicę gadatliwemu papierowi. Przecież są rzeczy, o których nie wolno pisać...
Jakim sposobem, on, rozumny dyplomata, polityk wytrawny i ostrożny, mógł zrobić coś podobnego! Dla czegóż napisawszy, dopuścił, aby ta korespondencja została na świecie? Dla czegóż nie zniszczył dowodów, które każdej chwili mogły się przeciw niemu obrócić? Można to wytłumaczyć tylko szaloną namiętnością, to jest ślepą, głuchą i graniczącą z pomieszaniem zdrowych zmysłów.
Prawdziwa namiętność tak ufa w trwałość, że zaledwie uczuje się zadowoloną, a już wierzy w wieczność swojego istnienia. Zajęta teraźniejszością, ani pomyśli o przyszłości.
Zresztą, gdzież człowiek, któryby mógł ustrzedz się ukochanej przez siebie kobiety? Zawsze zakochany Samson powierzy swoje włosy nożycom Delili.
Jak długo kochał Walerję, nie żądał od ubóstwionej zwrotu swoich listów.
Gdyby mu nawet myśl podobna strzeliła kiedy do głowy, byłby ją odrzucił, aby nie obrazić anioła.
A czy miał powód wątpić o dyskrecji kochanki? Żadnego... Wiedział, że jej własny interes nakazywał zniszczyć ślady ubiegłych wypadków. Alboż to nie ona korzystała z haniebnego czynu? Alboż to nie jej syn odebrał drugiemu majątek i imię?
Gdy w ośm lat później, hrabia, sądząc się zdradzonym, zerwał węzły, które go tak długo uszczęśliwiały, zaczął myśleć o odzyskaniu smutnej korespondencji. Ale nie wiedział, jak do tego przystąpić. Tysiączne powody wstrzymywały go od stanowczego kroku.
Głównie pod żadnym warunkiem nie chciał widzieć się z tą, którą niegdyś tak kochał. Nie czuł się dość silnym, by mógł powstrzymać się od wybuchów gniewu, lub okazać się obojętnym na łzy, które z pewnością byłaby przed nim wylała. Czy mógł oprzeć się błagającemu spojrzeniu tych pięknych oczu, które przez tyle lat były panami jego duszy?
Zobaczyć kochankę swojej młodości, znaczyło przebaczyć, a zanadto były obrażone honor i miłość, aby mógł pomyśleć o cofnięciu się z obecnej drogi.
Z drugiej znów strony, zwierzenie się przed trzecią osobą, było wręcz niemożliwe. Wstrzymał się zatem od wszystkich kroków, zwlekając postanowienie z dnia na dzień.
— Zobaczę ją, — mawiał do siebie, — ale dopiero wtedy, gdy z mojego serca tak ją już wyrwę, że powrót stanie się niepodobny. Nie chcę, aby ją cieszyła moja boleść.
Tak schodziły miesiące i lata — dopóki sam nie przyznał, że teraz już za późno.
Rzeczywiście, są wspomnienia, których nie powinno się obudzać. Są okoliczności, kiedy niesłuszne podejrzenie staje się najniezręczniejszą prowokacją.
Zmusić uzbrojonego, aby oddał broń, nie znaczy to zmuszać go do odporu? Po tak długim czasie, przyjść i domagać się zwrotu listów, równało się wydaniu wojny. Zresztą, czy jeszcze są te listy? Kto mógł zaręczyć, że ich nie zniszczyła sama pani Gerdy, pojmując, że ich istnienie było ciągiem niebezpieczeństwem, podczas gdy ich usunięcie, zapewniało imię i majątek jedynemu jej synowi?
Hrabia de Commarin nie należał do ludzi, lubiących się łudzić, wszelako widząc się w rozpaczliwem położeniu, postanowił zdać się na łaskę wypadku, a na starość zostawił tylko jedne drzwi otwarte, przez które wchodzi gość nieproszony: Nieszczęście!
Od dwudziestu lat nie minął ani jeden dzień, żeby nie złorzeczył swej ślepej namiętności. Mimo usilnych starań nie mógł zapomnieć o niebezpieczeństwie, wiszącem nad jego głową na słabej nici jak miecz Damoklesa. Dziś urwała się nitka.
Tysiące razy przypuszczając możliwość katastrofy, pytał sam siebie, jak odbić ten pocisk? Często myślał: „Co wypadnie uczynić, gdy już wszystko będzie odkryte?“
Nie mało miał planów, ale wszystkie odrzucił. Pocieszał się tysiącznemi pomysłami, a tymczasem gdy strzał padł z zasadzki, ujrzał się bez obrony...
Hrabia usiadł w wygodnym fotelu, właśnie pod obrazem przedstawiającym drzewo genealogiczne starożytnej rodziny Rhéteau de Commarin, a syn stanął przed nim, w postawie pełnej szacunku.
Stary szlachcic nie zdradzał niepokoju, który go pożerał. Nie wydawał się ani rozdrażnionym, ani złamanym. Tylko oczy wyrażały większą butę, niż zwyczajnie, pewność, która drwi z trudności i niewzruszoną siłę woli.
— Teraz, wice-hrabio, — zaczął stanowczym głosem, — wytłumacz się... Nie będę ci mówił o położeniu ojca, który musi rumienić się wobec syna... Powinieneś go zrozumieć i żałować... Oszczędzajmy się nawzajem i staraj się zachować spokojność. Powiedz mi, od kogo dowiedziałeś się o mojej korespondencji?
Albert, który od trzech dni oczekiwał tej pogadanki z zabijającą niecierpliwością, miał czas zebrać się i przygotować do walki. Zmieszanie, które go owładnęło po pierwszych słowach, ustąpiło miejsca dumnej stanowczości. Opowiedział wszystko jasno i dokładnie, nie gubiąc się w szczegółach, które w ważnych sprawach niecierpliwią i męczą słuchacza.
— Hrabio, — zaczął, — w niedzielę przed południem przyszedł do mnie jakiś młody człowiek, a mówiąc, że mi ma wyjawić rzecz wielkiej doniosłości, prosił o sekret. Przyjąłem go. On to wyjawił mi, że niestety jestem tylko dzieckiem miłości, które zostało podsunięte na miejsce legalnego syna hrabiny de Commarin.
— I nie kazałeś wyrzucić tego bezwstydnika! — zawołał hrabia.
— Nie, hrabio. W pierwszej chwili uniosłem się gniewem, ale on wręczył mi paczkę listów, prosząc, bym wpierw zechciał odczytać, zanim będę mówił...
— Ach! — krzyknął hrabia de Commarin, — trzeba je było wrzucić w ogień, przecież na kominku musiał być ogień... Jakto! miałeś je w swoich rękach i one jeszcze istnieją? Co za szkoda, że mnie wtedy nie było!...
— Hrabio! — przerwał Albert tonem wyrzutu.
A przypomniawszy sobie, że Noel stanął plecyma do kominka, dodał spokojniej.
— Myśl ta przyszła mi w pierwszej chwili, ale nie była możliwą do urzeczywistnienia. Zresztą, na pierwszy rzut oka poznałem twoje pismo, hrabio. Wziąłem przeto listy i wszystkie odczytałem.
— A potem?
— Potem zwróciłem nieznajomemu całą korespondencję, prosząc o ośmiodniową zwłokę. Nie, aby się namyśleć, bo tego nie potrzebowałem, ale żeby się rozmówić z tobą, panie hrabio... Dziś pytam cię, ojcze, czy zamiana ta przyszła w rzeczy samej do skutku?
— Bez wątpienia, — odpowiedział hrabia z gwałtownością. — Zresztą, powinieneś o tem być przekonany, bo czytałeś listy, pisane do pani Gerdy, twojej matki...
Chociaż Albert był przygotowany na tę odpowiedź, uczuł przecież, że nogi pod nim zadrżały. Są nieszczęścia tak wielkie, że aby w nie uwierzyć, trzeba je kilka razy usłyszeć. Ale ta słabość trwała u Alberta tylko jedno mgnienie oka.
— Przebacz mi, hrabio, dotychczas miałem przekonanie, ale nie pewność. Wszystkie twoje listy świadczą o twoich zamiarach, opisują twój plan, ale żaden z nich nie wspomina, czy projekt udał się w całości...
Hrabia spojrzał na Alberta ze zdumieniem.
Jeszcze miał w pamięci wszystkie swoje listy i wiedział, że niejednokrotnie pisał do Walerji o powodzeniu, dziękując jej za poddanie się jego woli.
— Czy nie odczytałeś wszystkich listów? — zagadał po chwili.
— Owszem, przytem z największą uwagą. Mogę cię zapewnić, hrabio, że w ostatnim liście donosisz pani Gerdy o przyjeździe mamki, Klaudji Lerouge, która miała dokonać zamiany. Więcej nie wiem...
— A więc nie ma dowodów materjalnych! — szepnął hrabia. — Można powziąć jakiś zamiar, długo się z nim nosić, a porzucić go w ostatniej chwili. Często to się zdarza...
Wyrzucał sobie, że zanadto prędko dał odpowiedź. Albert miał z początku podejrzenie, teraz miał już pewność. Jaka niezręczność!
— Nie podlega wątpliwości, — myślał hrabia, — że Walerja zniszczyła listy ostatnie, najniebezpieczniejsze, ale dla czegoż zostawiła poprzednie, mogące nas dostatecznie skompromitować, a zostawiwszy, czemu je wydała?
Albert stał ciągle nieruchomo i milcząco, oczekując słów hrabiego. Jak będą brzmiały? Jego los rozstrzygał się w umyśle starca.
— Może umarła! — rzekł głośno hrabia de Commarin.
A na samą myśl, że może Walerja w rzeczy samej umarła, uczuł drżenie w całem ciele. Jego serce, mimo dwudziestoletniego rozdzielenia, ścisnęło się kurczowo, tak głębokie korzenie zapuściła w niem pierwsza miłość. Złorzeczył jej — ale teraz przebaczył. Prawda, że go zdradziła, ale przecież tylko jej jednej, zawdzięczał najpiękniejsze dni szczęścia. Czyż nie była całą poezją jego młodości? Czy miał potem chociażby jedną godzinę radości, rozkoszy, albo zapomnienia? Jego serce było jak waza, która raz napełniona wonnemi kroplami, zachowuje zapach na wieki.
— Biedna kobieta! — szepnął półgłosem.
Westchnął głęboko. Trzy lub cztery razy jego powieki drgnęły, jak gdyby na nich gorąca łza osiadła. Albert patrzał na ojca z niespokojną ciekawością. Po raz pierwszy widział na jego twarzy inne wzruszenie, niż uczucie ambicji zwyciężającej, albo zwyciężonej. Ale hrabia de Commarin nie należał do ludzi, którzy mogą się długo rozczulać.
— Nie powiedziałeś mi, wice-hrabio, kto przysłał tego złowrogiego posłańca.
— Przyszedł w swojem własnem imieniu, nie chcąc, jak twierdził, mięszać nikogo w tę smutną sprawę. Młody ten człowiek był właśnie twój syn legalny, którego miejsce bezprawnie zająłem; pan Noel Gerdy...
— Prawda! — przerwał hrabia półgłosem, — Noel, to jego imię, przypominam sobie... — i z widocznem wahaniem się dodał: — Czy mówił ci o swojej matce? o twojej matce?
— Bardzo mało, hrabio. Nadmienił tylko, że przyszedł bez jej wiedzy, i że nadzwyczajny wypadek powierzył mu tajemnicę, którą mi wyjawił.
Hrabia de Commarin nic nie odpowiedział. Zresztą, co miał odpowiedzieć? Rozmyślał. Stanowcza chwila nadeszła, a on tymczasem chciałby ją zwlec o całą wieczność.
— Ależ, wice-hrabio, — rzekł nareszcie tonem pieszczotliwym, który zdziwił Alberta, — czemu stoisz? Usiądź przy mnie — pogawędźmy... Połączmy nasze usiłowania, dla uniknięcia, jeżeli tylko można, tego wielkiego nieszczęścia. Mów do mnie szczerze, jak syn do ojca. Czy pomyślałeś, co czynić wypada? Czyś co postanowił?
— Zdaje mi się, hrabio, że nie można się wahać.
— Jak to rozumiesz?
— Mój obowiązek, ojcze, jest według mego przekonania, bardzo jasny. Wobec syna legalnego powinienem cofnąć się bez skargi, jeśli już nie bez żalu. Niech przyjdzie... Jestem gotów zwrócić wszystko, co mu pomimo woli zabrałem, miłość ojca, imię i majątek...
Stary szlachcic, usłyszawszy tę pełną godności odpowiedź, nie mógł dłużej zachować spokoju, który z początku zalecał synowi. Twarz jego oblała się purpurą i gwałtownem uderzeniem pięści wywrócił stolik mahoniowy. On, ten wyrachowany w swoich słowach dyplomata, zaczął wyrzucać przekleństwa, do których nie przyznałby się najstarszy kapral od huzarów.
— A ja, mój panie, oświadczam ci, że to, o czem myślisz, nigdy się nie stanie. Nie, nie stanie się, przysięgam! Co się stało, dobrze się stało. Chociażby Bóg wie co nastąpiło, rozumiesz mię wice-hrabio, rzeczy zostaną jak są, bo ja tak chcę! Jesteś wice-hrabią de Commarin, zostaniesz wice-hrabią de Commarin, a choćby nawet wbrew twojej woli, jeśli ci się to podoba. Będziesz nim aż do swojej śmierci, a przynajmniej mojej. Bo jak długo Opatrzność życia mi dozwoli, szalony twój zamiar pewnie się nie spełni!
— Ależ z tem wszystkiem, — wtrącił bojaźliwie Albert.
— Nie przerywaj! — zawołał hrabia. — To za wiele... Alboż nie wiem, jakie mogą być twoje uwagi? Chciałeś mi powiedzieć, nieprawdaż, że to rażąca niesprawiedliwość, haniebne wywłaszczenie. Być może, i przyznaję się, że mię to boli. Czy sądzisz, że dopiero dziś wyrzucam sobie fatalne obłędy młodości? Już od dwudziestu lat żałuję mojego syna prawego, już od dwudziestu lat złorzeczę podstępowi, którego stał się ofiarą. A mimo to umiałem ukrywać smutek i gorzkie wyrzuty, które jak szpilki kłuły mię we śnie na łożu. W jednej chwili twoja głupia rezygnacja zadałaby kłam moim cierpieniom. Nie! nie zezwolę na to...
Hrabia wyczytał odpowiedź na ustach syna; piorunującem spojrzeniem zmusił go do milczenia.
— Czy sądzisz, — ciągnął, — że nie opłakiwałem prawego syna, który musi walczyć z niedostatkiem? Czy sądzisz, że wyrządzone złe, nie chciałem nigdy naprawić? Były chwile, mój panie, że z największą chęcią byłbym oddał połowę majątku, za jeden uścisk tego dziecka, którego matkę za późno nauczyłem się cenić. Ale obawa, żeby to nieszkodziło tobie, wice-hrabio, zawsze mię powstrzymywała. Poświęciłem się temu wielkiemu nazwisku, które noszę. Otrzymałem je bez plamy od moich ojców, a więc bez plamy muszę je przekazać mojemu synowi. Twoje pierwsze postanowienie było dobre, szlachetne, rycerskie, ale trzeba o niem zapomnieć. Rozważ tylko, jak wielki byłby skandal, gdyby świat dowiedział się o tej tajemnicy? Nie przeczuwasz, z jaką radością powitaliby tę wiadomość nasi nieprzyjaciele, ten tłum dorobkiewiczów, który nas otacza... Drżę na samo przypuszczenie, jaką hańbą i śmiesznością okryłoby się nasze nazwisko. Już nie jeden herb jest obryzgany błotem, nie chcę tych plam na mojej tarczy!...
Hrabia de Commarin zamilkł na kilka chwil, lecz Albert nie ośmielił się zabrać głosu; tak od dzieciństwa przywykł szanować wolę strasznego arystokraty.
— Nadaremnie szukam, — zaczął znowu hrabia, — nie widzę żadnego wyjścia... Czy mogę wyprzeć się ciebie i natomiast uznać Noela za mojego syna? Nie... Bez trybunałów nie można dokonać takiej zamiany. Jeśli kto nazywa się bodaj jeden dzień hrabią de Commarin, nie może się zbłaźnić! Moralność nie jest równa dla wszystkich, bo nie wszyscy mają te same obowiązki. W naszem położeniu, błędy są niemożebne do poprawienia. A więc uzbrój się w odwagę i okaż się godnym nazwiska, które nosisz. Burza zbliża się, a więc z podniesioną głową czekajmy na jej spotkanie!...
Bierne zachowanie się Alberta, drażniło co raz bardziej hrabiego. Powziąwszy raz niezachwiane postanowienie, wice-hrabia słuchał kazania o obowiązkach, ale snać inne miał o nich przekonanie, bo na jego twarzy nie odbiło się żadne wrażenie. Hrabia zrozumiał, że go nie może złamać.
— Co chcesz odpowiedzieć? — zapytał.
— Zdaje mi się, że hrabia nie pomyślał o niebezpieczeństwach, które ja przewiduję. Są rzeczy, które oburzają sumienie...
— Doprawdy! — przerwał hrabia szyderczo, — twoje sumienie oburza się! Złą sobie obrało chwilę... Za późno się ozwało. Jak długo spodziewałeś się po mnie odziedziczyć świetne imię i tuzin miljonów, sumienie twoje milczało; dziś oburza się, bo żądam od ciebie, abyś wziął na swoje biodra część brzemienia, które mię przygniata. To za wiele mój synu! Dzieci, wice-hrabio, odpowiadają za czyny ojców. Chcąc nie chcąc, będziesz moim spólnikiem chcąc nie chcąc musisz w części przyjąć odpowiedzialność za błąd, który popełniłem. Tak być musi, ja tak chcę!
— Ależ, hrabio, — zawołał Albert, — przecież jam nie zawinił! Nie mnie powinieneś przekonywać, ale Noela Gerdy.
— Noela? — zapytał hrabia.
— Twojego syna prawego... Tak do mnie mówisz, jak gdyby wynik tej smutnej sprawy zawisł wyłącznie od mojej woli. Czy sądzisz, hrabio, że pan Gerdy zechce milczeć? A jeśli zabierze głos, to z pewnością nie usłucha uwag, które przedemną wyłuszczasz.
— Nie lękam się tego chłopca.
— To bardzo źle, hrabio; wybacz mojej śmiałości. Chociażby ten człowiek miał tak wyniosłą duszę, iżby nie pragnął ani twojego nazwiska ani majątku, to jednak w sercu swojem nazbierał dosyć żółci, która go zachęci do zemsty, czyli mówiąc jaśniej, do odzyskania praw utraconych.
— Nie ma dowodów.
— Ma twoje listy, hrabio.
— Nie są rozstrzygające; sam to mówiłeś.
— Prawda, hrabio, a mimo to one mię przekonały, mnie, któremu takie przekonanie mogło tylko szkodzić. Zresztą, jeśli będzie potrzebował świadków, pewnie ich znajdzie...
— Gdzież ci świadkowie, wice-hrabio? Zapewne tylko ty jeden.
— I ty, mości hrabio. W dniu, w którym on zachce, ty sam nas zdradzisz. Bo jeśli cię wezwie przed trybunał i tam każe zaprzysiądz prawdę — cóż wtedy powiesz?
Czoło hrabiego de Commarin pokryło się na to naturalne przypuszczenie czarnemi chmurami. Widocznie układał się z honorem, najwyższym swoim panem.
— Ocalę nazwisko moich przodków, — rzekł nareszcie.
— Kosztem fałszywej przysięgi, — odpowiedział Albert, — ojcze, ja w to nigdy nie uwierzę. Ale przypuśćmy i ten czyn. Wówczas Noel zaapeluje do pani Gerdy.
— Ach! ja ręcze za nią, — zawołał hrabia. — Jej własny interes robi ją naszą sprzymierzeńczynią. W razie potrzeby pomówię z nią... Tak,— dodał z pewnem wysileniem, — pójdę do niej, rozmówię się — i bądź spokojny, że nas nie zdradzi...
— A Klaudja, — ciągnął młody człowiek, — czy i ta będzie milczała?
— Za pieniądze... a dam jej ile zechce.
— I ty ufasz, mój ojcze, zapłaconemu milczeniu, jak gdyby można przypuścić, że kupione sumienie jest szlachetne! Kto się tobie zaprzeda, może jutro sprzedać się innemu. Pewna suma zamknie jej usta, większa napowrót je otworzy.
— Będę umiał wzbudzić w niej obawę.
— Zapomniałeś, mój ojcze, że Klaudja Lorouge była mamką Gerdy’ego, że go kocha, że zatem jego szczęście bardzo ją obchodzi. Kto wie, czy sobie nie zapewnił jej pomocy. Ona mieszka koło Bougival; przypominam sobie, żem z tobą do niej jeździł. Noel musiał się zapewne często z nią widywać, i bardzo być może, że ona pierwsza wprowadziła go na trop twojej korespondencji. Mówił mi o niej, jak o osobie, na którą może liczyć. Prawie mi proponował, abym pojechał do niej i przekonał się o prawdziwości jego twierdzeń.
— Boże! — zawołał hrabia, — czemu Klaudja nie umarła, zamiast mojego wiernego Germaina!
— Widzisz hrabio, — kończył Albert, — jedna Klaudja Lerouge może unicestwić wszystkie twoje zamysły.
— Nie! — krzyknął hrabia de Commarin, — znajdę środki!
Uparty szlachcic nie chciał poddać się przeciwnościom, których blask zupełnie go oślepił. Od godziny plótł brednie, a plótł w dobrej wierze. Pycha krwi paraliżowała w nim władzę zdrowego zmysłu. Samo przypuszczenie, że mógłby się przyznać do porażki, wydawało mu się obraźliwem i niegodnem jego charakteru. Nie przypominał sobie, ażali w całem biegu życia zdarzyło mu się natrafić na nieprzełamaną trudność lub nieprzebytą zaporę. Był podobnym do owych herkulesów, którzy nie znając granic swojej siły, myślą, że gdyby tylko przyszła im fantazja, mogliby wywracać góry i wyrywać skały.
Miał także wszystkie błędy ludzi wyobraźni, którzy sądzą w dobrej wierze, że dość jest chcieć, aby coś wymarzonego zamienić na rzeczywistość.
Albert przerwał tym razem milczenie, które mogło trwać w nieskończoność.
— O ile mi się zdaje, hrabio, przedewszystkiem obawiasz się wywleczenia na widok publiczny tej smutnej historji. Możliwy skandal przestrasza cię i w rozpacz wtrąca. A czy nie wiesz, że krzyk dopiero wtedy będzie wielki, gdy zaślepieni uporem staniemy do walki? Niech jutro rozpocznie się nasz proces, a w czterech dniach będzie o nim mówiła i pisała cała Europa. Dzienniki nie będą także szczędziły komentarzów. Gdybyśmy chociaż byli pewni, że zwyciężymy! Ale my przegramy, musimy przegrać, mój ojcze. Co wtedy będzie? Jakiem szyderstwem otoczy nas opinja publiczna?...
— Zdaje mi się, — przerwał hrabia, — że aby tak mówić trzeba nie mieć dla mnie ani szacunku, ani uczucia.
— Najświętszy obowiązek nakazuje mi zwrócić twoją uwagę, ojcze, na wszystkie niebezpieczeństwa, których się boję, a których jeszcze możemy uniknąć. Noel Gerdy jest twoim prawym synem, uznaj go więc za takiego, przyjm jego sprawiedliwe żądania. Niech przyjdzie. Bez wrzawy możemy załatwić całe sprawę. Łatwo możemy zrzucić odpowiedzialność na mamkę, na Klaudję Lerouge. A wtedy kto zabroni nowemu wice-hrabiemu de Commarin wyjechać z Paryża i zgubić się na jakiś czas? Może podróżować po Europie przez pięć lub sześć lat, a gdy wróci, wszystko pójdzie w niepamięć i nikt już o mnie nie wspomni...
Pan de Commaria nie słuchał; on rozważał.
— Ale zamiast tego wszystkiego wice-hrabio, — rzekł stanowczym głosem, — można się ułożyć. Te listy można wykupić. Czego pragnie ten młody człowiek? Stanowiska i majątku. Zapewnię mu jedno i drugie. Będzie tak bogatym, jak tylko zechce. Dam miljon, jeśli potrzeba, dwa — trzy — nawet połowę mojego majątku. Pieniędzmi, wice-hrabio, wielkiemi pieniędzmi...
— Nie obrażaj go, hrabio, przecież on jest twoim synem.
— Prawda a jednak radbym, żeby go teraz djabli porwali! Lecz bądź co bądź muszę z nim zawiązać układy. Dam mu do zrozumienia, że lemiesz nie może mierzyć się z orężem; on to zrozumie!
Hrabia mówiąc, pocierał czoło ręką. Myśl o układach zachwyciła go. Tysiączne uwagi utwierdzały go coraz mocniej w przekonaniu, że musi wyjść zwycięzko. Tak więc odzyszcze utracony spokój.
Ale syn nie podzielał tych pięknych nadziei.
— Może będziesz się gniewał, hrabio, — rzekł smutnym tonem, — jeśli cię pozbawię tej ostatniej iluzji, ale muszę... Nie marz o polubownem załatwieniu, bo przebudzenie może być bardzo gorzkie. Widziałem pana Gerdy i bądź pewny, mój ojcze, że nie należy on do ludzi, których można przestraszyć. To natura energiczna, odważna. Syn godny takiego, jak ty ojca, a jego wzrok, podobnie jak twój, mówi o woli żelaznej, która da się złamać, ale nigdy nagiąć. Jeszcze słyszę jego głos stanowczy i widzę tajemniczy blask jego oczu. Nie, on nie przystanie na układ. Chce odzyskać wszystko, albo nic, a nikt nie powie, że żąda za wiele. Jeśli się oprzesz, mości hrabio, uderzy na nas z całą zaciętością i nic go nie wstrzyma. A dopóki albo nie odniesie zupełnego zwycięztwa, albo nie dozna stanowczej porażki, pewnie się nie cofnie!
Przyzwyczajony do ślepego posłuszeństwa swojego syna, stary szlachcic zdziwił się, usłyszawszy tę mowę.
— Jak daleko chcesz zajść? — zapytał.
— Przebacz mi, ojcze, ale gardziłbym sobą całe życie, jeślibym nie uchronił twojej starości od największych nieszczęść. Twoje nazwisko nie należy już do mnie — ja odzyszczę moje. Jestem synem twojej miłości, a więc ustąpię miejsca synowi prawemu. Pozwól mi cofnąć się w przekonaniu, że dobrowolnie i w sposób honorowy spełniłem mój obowiązek i nie dopuszczaj, aby mię ztąd haniebnie wypędzono na podstawie sądowego wyroku.
— Jakto! — zawołał hrabia z oburzeniem, — opuszczasz mię, nie chcesz mię wspierać, zwracasz się przeciw swojemu ojcu i uznajesz prawa drugiego wbrew mojej woli?
Albert zrobił znak potwierdzający. Ślicznie teraz wyglądał, z tą twarzą rozjaśnioną szlachetnem uczuciem i silnem postanowieniem.
— Moje postanowienie jest niezłomne, — odpowiedział, — nigdy nie zezwolę, aby twój syn, hrabio, był odarty...
— Nieszczęsny! — zawołał pan de Commarin; — synu niewdzięczny!...
Jego gniew był tak wielki, że nie mogąc go wyrazić w obelgach, chwycił się innej broni — szyderstwa.
— Ależ nie, — mówił dalej, — ty jesteś wielki, szlachetny, wspaniałomyślny! Bardzo po rycersku postępujesz wice-hrabio... chciałem powiedzieć: kochany panie Gerdy... Wyglądasz jak jeden z mężów, opisanych przez Plutarcha. A więc wyrzekasz się mojego nazwiska, majątku — i odchodzisz z Bogiem... Zapewne na progu mego pałacu otrzepiesz proch z obuwia, a potem rzucisz się w świat. Szkoda tylko, że na samym wstępie nowej karjery, znajdziesz do przezwyciężenia jedną trudność: jak będziesz żył mój stoiczny filozofie? Panie Gerdy, bo inaczej nie mogę cię już nazywać, czy zaoszczędziłeś dużo z tych czterech tysięcy franków, które miesięcznie dawałem ci na pomadę do wąsów? Możeś wygrał na giełdzie! To co innego... A więc moje imię tak cię już zmęczyło swojem brzemieniem, że jak najprędzej chciałbyś się go pozbyć! Błoto wygląda w twoich oczach bardzo ponętnie, kiedy pragniesz wyskoczyć z powozu. Zresztą, może cię nuży towarzystwo z moimi przodkami, których widzisz na każdej ścianie, może chciałbyś znaleźć sobie równych...
— Już i tak jestem dosyć nieszczęśliwy, — odpowiedział Albert, wysłuchawszy całego szeregu obelg, — a ty, hrabio, obarczasz mię...
— Ty, nieszczęśliwy? A kto tu zawinił? Lecz wracam do mojego pytania: Jak i z czego będziesz żył?
— Nie jestem marzycielem, lubo takim chcesz mię przedstawić, mości hrabio. Muszę się przyznać, że co do przyszłości, liczyłem ojcze na twoją dobroć. Jesteś tak bogatym, że pięćset tysięcy franków nie uszczupliłoby twojego majątku, a z odsetek od tej sumy, żyłbym spokojnie, jeśli już nie bardzo szczęśliwie.
— A gdybym ci odmówił tych pieniędzy?
— Zanadto dobrze znam cię, panie hrabio, abym nie miał wiedzieć, że tego pewniebyś nie uczynił. Będąc sprawiedliwym, nie dopuściłbyś nigdy, abym pokutował za błąd, który nie popełniłem... Oddany sam sobie, miałbym już do tej chwili przyzwoite stanowisko. Dziś za późno myśleć o niem. A jednakże w razie naglącej potrzeby, starałbym się usilnie...
— Wyśmienicie! — przerwał hrabia, — co raz lepiej! Jeszcze żaden bohater z romansu nie przemawiał tym tonem. Co za charakter! Wszak to Rzymianin czystej krwi... Nie, to Spartanin! Zdaje mi się, że żyję w starożytności. Ale z tem wszystkiem powiedz, czego się spodziewasz po tej zadziwiającej bezinteresowności?
— Niczego, hrabio.
Hrabia wzruszył ramionami i spojrzał ironicznie na syna.
— To chuda nagroda, — zauważył. — Czy sądzisz, że dam temu wiarę? Nie, wice-hrabio, tak pięknych rzeczy nie robi się daremnie. Musisz zatem mieć jakieś powody, których nie mogę dociec...
— Powody już wyłuszczyłem.
— A więc dobrowolnie wyrzekasz się wszystkiego. Porzucasz nawet zamiar zaślubienia pannę Klarę d’Arlauge. Zapominasz o małżeństwie, o którem mimo moich próśb usilnych nie mogłeś zapomnieć przez dwa lata.
— Nie, hrabio. Widziałem się z panną Klarą i opisałem jej moje okrutne położenie. Cokolwiek się stanie, ona będzie moją żoną. To mi poprzysięgła!
— I myślisz, że markiza d’ Arlange wyda swoją wnuczkę za pana Gerdy?
— Spodziewam się tego, hrabio. Margrabina jest tak przywiązaną do szlachectwa, że przeniesie dziecię miłości szlachcica, nad syna jakiego zacnego fabrykanta. Lecz w razie odmowy, postanowiliśmy czekać jej śmierci.
Spokojny ton mowy Alberta, unosił co raz bardziej pana de Commarin.
— I to miałby być mój syn! — krzyknął, — nigdy! Jaką krew masz w żyłach? Tylko twoja zacna matka mogłaby to powiedzieć, jeśli zresztą sama wie...
— Panie! — przerwał Albert groźnym tonem, — obliczaj swoje słowa! Jest moją matką — i to wystarcza. Ja jestem jej synem, a nie sędzią. Nikt wobec mnie nie śmie jej ubliżyć, bo, mości hrabio, ja nie pozwalam! Nie zniosę tego od nikogo, a więc i od ciebie, mój panie!
Hrabia napróżno robił bohaterskie wysilenia, aby w gniewie nie przekroczyć pewnych granic; ale zachowanie się Alberta pozbawiło go zmysłów. Jakto! On śmiał mu grozić!
Starzec zerwał się z fotelu i szedł prosto do syna, jak gdyby go chciał uderzyć.
— Precz mi z oczu! — krzyknął piorunującym głosem, — precz! Idź do swego pokoju i nie wychodź, dopóki nie zawołam. Jutro powiem ci, jaka jest moja wola.
Albert ukłonił się z szacunkiem, ale nie spuścił wzroku i powoli zdążył do drzwi. Już otworzył, ale pan de Commarin opamiętał się, jak wszystkie natury gwałtowne.
— Albercie, — rzekł, — posłuchaj mię...
Młody człowiek odwrócił się, dziwnie zmieszany tą nagłą zmianą.
— Nie wyjdziesz, — mówił hrabia, — dopóki ci nie powiem co myślę. Jesteś człowiekiem, mogącym godnie nosić wielkie nazwisko. Mogę się gniewać na ciebie — ale muszę cię szanować. Jesteś dzielnym chłopcem. Albercie, podaj mi rękę.
Słodka to była chwila dla tych dwóch arystokratów, którym życie spływało dotychczas według przepisów surowej etykiety. Hrabia był dumny ze swojego syna, bo w nim widział samego siebie. Długo spoczywały ich ręce w serdecznym uścisku i ani jeden ani drugi nie miał odwagi przerwać milczenia.
Nareszcie pan de Commarin usiadł znów w fotelu, pod drzewem genealogicznem.
— Bądź tak dobry, Albercie i zostaw mię samego. Muszę rozważyć wszystko i przygotować się na straszny cios...
A skoro młodzieniec zamknął już drzwi, dodał, jak gdyby chciał odpowiedzieć na zapytanie, wyrywające się z głębi serca:
— Jeśli on mię opuści, do którego przywiązałem wszystkie moje nadzieje, Boże! co się ze mną stanie... A jaki będzie drugi?
Na twarzy Alberta, gdy wychodził z salonu, pozostały ślady gwałtownych wzruszeń. Słudzy, obok których przeszedł, patrzyli nań z tem większą ciekawością, ile że pode drzwiami słyszeli przedtem wybuchy sprzeczki.
— Hrabia, — rzekł stary lokaj, który od lat trzydziestu służył w domu, — wyprawił znów młodemu panu przykrą scenę. — Że ten staruch nie może się raz opamiętać.
— Przewidywałem to jeszcze przy objedzie, — dodał jeden z pokojowców, — pan hrabia nie chciał mówić przy służbie, tylko strasznie zawracał oczyma.
— Co do kata! mogło zajść między nimi.
— Bóg to raczy wiedzieć. Pewnie jakieś glupstwo, nic ważnego. Pan Dyonizy, przed którym się nie ukrywają, mówił mi, że nie raz gryzą się jak psy, o rzeczy, których on nawet nie rozumie.
— — Ach! zawołał jakiś chłopiec, którego przyzwyczajano do usługi pokojowej. — gdybym był na miejscu naszego panicza, natychmiast podziękowałbym panu hrabiemu za służbę.
— Józefie, przyjacielu, wtrącił inny, jakiś ty głupi. Ty mógłbyś to uczynić, bo umiesz na chleb zarobić; ale gdyby wice-hrabia ujrzał się sam w pośrodku Paryża, ciekawym, do czegoby się wziął temi białemi rączkami.
— Bagatela, — odparł Józef, — przecież na niego przypada majątek po matce, która była z Normandji.
— Ale cokolwiekbądż, — wtrącił inny sługus, — nie wiem, za co pan hrabia może się gniewać na syna, który pod każdym względem jest wzorem młodzieży. Innych to ma chłopców margrabia de Courtivois, u którego dwa lata służyłem. Starszy, który tu czasem przychodzi, bo żyje w przyjaźni z panem wice-hrabią, jest na pieniądze prawdziwą studnią bez dna. Prędzej puści z dymem tysiąc franków, niż Józef fajkę tytoniu.
— Chociaż margrabia nie jest bogaty, — dodał inny lokaj, — bo cóż może mieć? Najwięcej lichych sześćdziesiąt tysięcy franków rocznego dochodu. Z tego też powodu ma co dzień nowe nieprzyjemności ze swoim synem. Chłopiec wynajmuje mieszkanie w mieście, noce przepędza przy kieliszku lub zielonym stoliku, włóczy się z aktorkami i wiedzie takie życie, że często nawet policja musi się mieszać. Ileż to razy musiałem go wnieść na rękach do pokoju, bo sam byłby pewnie drzwi nie znalazł...
— Do kroćset! — zawołał Józef z zapałem, — w tym domu musiało ci być bardzo dobrze.
— Jak czasem. Jeśli wygrał, chętnie rzucił luidora, ale to rzadko się zdarzało, bo najczęściej przegrywał. Trzeba mu oddać tę sprawiedliwość, że miewał wyśmienite cygara. Ale w każdym razie to wisus, podczas gdy pan wice-hrabia jest zacnym młodzieńcem. Prawda, że się rozgniewa, jeśli usługa nie jest dość szybką, lecz za to z ludźmi nie obchodzi się po grubiańsku. Przytem należy do osób zawsze wspaniałomyślnych, a to pewniejsze. Jeszcze raz powtarzam, że pan hrabia źle robi, bo jego syn jest lepszym, niż wielu innych w jego wieku.
Taki był sąd służby. Sąd towarzystwa był może mniej przychylny.
Wice-hrabia de Commarin nie należał do ludzi próżnych, starających się o powszechne względy. Mądrze ten postępuje, kto z pewnem niedowierzaniem spogląda na ulubieńców towarzystwa. Przypatrzywszy się im z bliska, można się nie raz przekonać, że reputację zawdzięczają swojej głupocie i że cała ich zasługa polega na smutnej bezbarwności. Tylko przyzwoita głupota, nie zaćmiewająca nikogo i mierność, nie stająca na przeszkodzie niczyjej próżności, mają przywilej podobać się ogólnie i robić wrażenie.
Znajdują się osoby o rysach codziennych, o których mówimy na pierwszy rzut oka: „Znam gdzieś tę twarz.“ O wielu ludziach można to samo powiedzieć pod względem moralnym. Gdy mówią, zdaje nam się, żeśmy ich już słyszeli i że ich myśli umiemy na pamięć. Ci ludzie są wszędzie chętnie widziani, bo nie mają w sobie nic szczególnego, a szczególność, zwłaszcza w klasach wyższych, gniewa i obraża. Świat nienawidzi wszystkich, którzy się wyróżniają.
Albert wyszczególniał się, więc nie mało o nim mówiono i rozmaicie go osądzano. Zarzucano mu rzeczy najsprzeczniejsze i najrozmaitsze błędy. Mówiono naprzykład, że w stosunku do swojego urodzenia i stanowiska, ma zanadto liberalne zasady i równocześnie uskarżano się na jego arystokratyczną złośliwość. — Zarzucano mu, że z dziwną, a czasem nawet obrażającą lekkością traktuje najpoważniejsze kwestje, podczas gdy z drugiej strony ganiono jego przesadną powagę. Wszyscy jednakże zgadzali się w nienawiści, jaką ku niemu czuli, oraz zazdrościli mu i bali się go jak ognia.
W salonie pojawiał się z głową podniesioną i pewnem siebie spojrzeniem. Zmuszony przez stosunki ojca do robienia częstych wizyt, nie znajdował na wielkim świecie żadnych przyjemności, i był na tyle nieostrożnym, że nawet się z tem nie taił. Może mu się sprzykrzyła ta uprzedzająca grzeczność, którą otaczano potomka jednej z najświetniejszych i najbogatszych rodzin francuzkich. Posiadając wszystko, czem człowiek może świecić, gardził tą bronią, uważając ją za niegodną swojego charakteru. Straszny człowiek! Nie wiedziano nawet, czy miał jakie awantury miłośne!
Matki, chlubiące się córkami na wydaniu, broniły go dawniej z rzadką zaciętością, ale od czasu, jak stosunek z panną d’Arlange przeszedł do ogólnej wiadomości, zwróciły się i one przeciw niemu.
W klubie żartowano z jego mądrości. Ale z tem wszystkiem miał i on swoje napady szaleństwa, chociaż nienawidził tego, co świat zwykł nazywać swoją rozkoszą. Szlachetny zawód libertyna, wydawał mu się nużącym i nieznośnym. Nie znajdował najmniejszej przyjemności trawić noce przy zielonym stoliku, ani szukał towarzystwa tych kobiet, które w Paryżu robią reputację swoim kochankom. Mawiał, że mężczyzna, nadskakujący podobnym kobietom, staje się śmiesznym. Nakoniec liczni jego przyjaciele napróżno starali się obudzić w nim namiętność do koni wyścigowych.
Że zaś bezczynność ciężyła mu na sercu, więc w pracy zaczął szukać treści do życia. Później zamierzał wziąć udział w sprawach publicznych, a że nie jednokrotnie miał sposobność przypatrzyć się własnemi oczyma, jak śmiesznie wyglądają ci ludzie, którzy bez należytych zasobów docierają do władzy, więc nie chciał być do nich podobnym. Nie mało zajmował się polityką, co wkrótce stało się powodem bezustannych sprzeczek z panem ojcem. Samo słowo „liberał,“ odbierało hrabiemu przytomność, a od czasu, jak syn ogłosił kilka artykułów w Revue des Deux Mondes, rozpacz jego była jeszcze większą, bo już nie bez podstawy posądzał Alberta o ten haniebny liberalizm.
Mimo zasad postępowych, wice-hrabia nosił godnie swoje nazwisko. Najszlachetniej wydawał pieniądze, które mu ojciec wyznaczał, a nie raz wydał nawet więcej. Jego apartamenta były urządzone wspaniale, jak przystało na młodego magnata. Biblioteka nie pozostawiała nic do życzenia, a konie i ekwipaże należały do pierwszych w Paryżu. Ubiegano się o zaproszenia na łowy, które z końcem października, urządzał każdego roku w Commarin, majątku ślicznym, otoczonym odwiecznemi lasami.
Miłość Alberta dla panny d’Arlange, miłość głęboka i rozważna, oddaliła go jeszcze więcej od tych lubych przyjaciół, którzy w próżniaczem życiu widzą całe szczęście. Szlachetne przywiązanie jest zawsze zbawiennem. Walcząc z oporem ojca, znalazł w tej namiętności źródło najżywszych i najgwałtowniejszych wzruszeń. Od tego czasu nie wiedział co nuda.
Wszystkie jego myśli zestrzeliły się w jeden kierunek, wszystkie jego czynności skupiły się około jednego celu. Alboż to człowiek staje i rozgląda się w koło, jeśli wie, że na końcu drogi czeka go gorąco upragniona nagroda? Przysiągł sobie, że nie poślubi inną, tylko Klarę; z początku ojciec ani słyszeć nie chciał o tem małżeństwie, ale po trzech latach wytrwałej walki, Albert odniósł zwycięztwo, bo hrabia musiał się zgodzić. I właśnie, kiedy szczęście zaczęło najponętniej uśmiechać się ku niemu, właśnie wtedy zjawił się Noel, straszny jak fatalizm, z nielitościwemi listami w ręku!
Ku Klarze zwróciły się jego myśli, gdy rozstawszy się z hrabią de Commarin, szedł z wolna po schodach, wiodących do jego apartamentów. Co ona teraz robi? Zapewne myśli o nim... Ona wie, że albo dziś wieczór, albo najpóźniej jutro nastąpi rozstrzygnięcie. Zapewne musi się modlić...
W tej chwili Albert był złamany. Okrutnie cierpiał. Czuł zawrót, głowa omal że się nie rozpękła. Zadzwonił i zażądał herbaty.
ł — Pan wice-hrabia źle robi, że nie posyła po doktora, — rzekł do niego pokojowiec, — powinienem być nieposłusznym i pójść sam...
— Na nic się nie zdało, — odpowiedział Albert, smutno wstrząsając głową; — na moją chorobę doktor nie znajdzie lekarstwa.
Skoro służący był już przy drzwiach, dodał:
— Lubinie! nie mów nikomu że jestem cierpiący... Jeśli będę się czuł gorzej, zadzwonię.
Albert potrzebował grobowego milczenia. Teraz nie mógłby nikogo widzieć, słuchać i odpowiadać na zapytania. Po strasznej scenie z ojcem, nie mógł marzyć o spoczynku. Otworzywszy jedno z okien, wsparł się o balustradę.
Czas był śliczny, księżyc świecił wspaniale. O tej godzinie w słodkim i drżącym blasku nocy, ogrody pałacu wydawały się nieskończone. Niewzruszone korony olbrzymich drzew, rzucały majestatyczny cień na okoliczne domy, a w starannie wysypanych piaskiem alejach, błyszczały szczątki muszel i drobne kawałeczki szkła i porcelany. Na prawo, w oświetlonym jeszcze lamusie, słychać było głosy licznej służby, a w stajniach rżały konie i dzwoniły łańcuchami, na których były przypięte do kamiennych żłobów.
Albert miał teraz przed oczyma zupełny obraz swojej wspaniałej egzystencji. Westchnął głęboko.
— Czy wszystko trzeba stracić? — szepnął. — Gdybym tylko sam jeden miał wyrzec się tej świetności, mniej czułbym się nieszczęśliwym... Ale Klara! Czy nie marzyłem dla niej zawsze o tem życiu wyjątkowem, które jest nie możebne bez olbrzymiego majątku?...
Na wieży kościoła św. Klotyldy zegar wydzwonił północ... Wstrząsł się, było mu zimno. Zamknąwszy okno, usiadł przy kominku, na którym rozniecił silniejszy płomień. W nadziei, że ulży swoim myślom, wziął jeden z dzienników wieczornych, w którym znajdował się właśnie opis zbrodni w Jonchère, ale nie mógł czytać, bo wiersze i litery skakały przed jego oczyma. Potem chciał pisać do Klary. Usiadłszy przy stole, zaczął: „Moja droga Klaro...“ Nie podobna mu było postąpić bodaj o jedno słowo; rozpalony mózg nie mógł podać ani jednego zdania.
Nad ranem zmęczenie odniosło zwycięztwo. Sen schwycił go na dywanie, na który się rzucił. Ciężki to był sen, brzemienny w najdziwaczniejsze widziadła...
O godzinie pół do dziewiątej zrana, zerwał go na nogi łoskot otwierających się drzwi. Jeden ze służących wpadł tak zadyszany, że zaledwie mógł z siebie wydać jaki głos.
— Panie! — krzyknął, — panie wice-hrabio! prędko, uciekaj, skryj się, ratuj się! oto...
Komisarz policji przystrojony w urzędową szarfę, stanął we drzwiach, wiodących do biblioteki. Otaczało go kilku ludzi, między którymi znajdował się skulony we dwoje nasz znajomy — Tabaret.
Komisarz zbliżył się do Alberta.
— Czy pan, — zapytał, —jesteś Guy-Louis-Maria-Albert Rhéteau de Commarin?
— Ja.
Komisarz wyciągnął rękę i rzekł uroczystym głosem:
— Panie Commarin, w imię prawa aresztuję cię.
— Mnie panie, mnie?...
Albert wyrwany nagle z ciężkiego snu, zdawał się nie rozumieć całej sceny. Widocznie pytał sam siebie:
— Czym się obudził? Ażali nie okropna gorączka trzyma mię w swoich objęciach?
Mimo woli spojrzał na komisarza policji, a potem na wszystkich obecnych i na Tabareta, który stał przed nim jak wyrok śmierci.
— Oto mandat, — dodał komisarz, rozwijając papier.
Albert rzucił machinalnie wzrok na ten dokument.
— Klaudja zamordowana! — zawołał.
I cicho, jednakże tak, że go mogli usłyszeć komisarz, jeden ajent i Tabaret, wyszepnął:
— Jestem zgubiony!
Podczas gdy komisarz wypełniał formalności zbiorowego przesłuchania, które następuje niezwłocznie po każdem uwięzieniu, ajenci rozbiegli się po pokojach i starannie zaczęli wszystko przetrząsać. Otrzymali rozkaz słuchania poleceń Tabareta, który im przewodniczył. Powyciągano szuflady i schowki, a nawet popsuto meble. Zabrano wielką ilość przedmiotów, należących do użytku wice-hrabiego, listy, rękopismy i inne drobiazgi. Ale z prawdziwą przyjemnością pan Tabaret znalazł kilka rzeczy, które w protokole zostały dokładnie opisane:
I. W przedpokoju, ozdobionym rozmaitą bronią, za dywanem, złamaną szpadę. Broń ta ma szczególną rączkę. Znajduje się na niej korona hrabiego, z początkowemi literami A. C. Szpada jest złamana na pół, a końca nie odszukano. Pan Commarin zapytany, nie umiał odpowiedzieć, co się stało z tym końcem.
II. W gabinecie, służącym za garderobę: pantalony z czarnego sukna, jeszcze mokre, na których są ślady błota, lub właściwie ziemi. Z jednej strony znajduje się na nich ślad zielony, jak od wilgoci. Pantalony są w kilku miejscach rozdarte, mianowicie na prawem kolanie. Rzeczone pantalony nie wisiały w szafie, tylko leżały ukryte między dwiema skrzyniami, napełnionemi różnemi sukniami.
III. W kieszeni opisanych pantalonów, znaleziono parę rękawiczek, perłowego koloru. Jedna rękawiczka ma plamę zieloną, od rośliny, lub wilgoci. Końce palców są popsute jak przez tarcie. Na wierzchu rękawiczek można dostrzedz zadraśnięcia, jak gdyby od paznogciów.
IV. Dwie pary bucików, z których jedna, jakkolwiek wyczyszczona, jeszcze wilgotna, oraz świeżo zmoczony parasol, którego koniec jest zawalany białem błotem.
V. W bibliotece paczka cygarów, zwanych trabucos, a na kominku rozmaite cygarniczki z bursztynu, lub morskiej piany.
Po zanotowaniu tego ostatniego szczegółu, Tabaret zbliżył się do komisarza policji.
— Mam wszystko, czego tylko mogłem pragnąć, rzekł mu do ucha.
— Co do mnie, już skończyłem, — odpowiedział komisarz. Biedny chłopiec, nie umie się trzymać. Słyszałeś pan? zdradził się od razu... Po tem co zaszło, można powiedzieć, że nie przyzwyczajony do tego rodzaju wizyt...
— W dzień, — podchwycił ajent, lecz bardzo cicho, — nie byłby tak niemy. Ale zrana, nagle zbudzony!... Porządnych ludzi trzeba witać na czczo...
— Przesłuchałem trzech czy czterech służących. Ich zeznania są szczególne...
— Bardzo dobrze! zobaczymy. Ja tymczasem pobiegnę do pana sędziego, który czeka jak na szpilkach.
Albert zaczął powoli wychodzić z osłupienia, w jakie wtrąciło go zjawienie się komisarza policji.
— Panie, — zapytał, — czy w twojej przytomności będę mógł pomówić z hrabią de Commarin? Jestem ofiarą błędu, który nie zadługo zostanie wyjaśniony...
— Same błędy! — mruknął Tabaret.
— Żadną miarą nie mogę uczynić zadość pańskiemu żądaniu, — odrzekł komisarz. — Rozkazy moje są w tym względzie stanowcze i surowe. Odtąd nie możesz pan z nikiem mówić. Na dole czeka dorożka; zechciej pan zejść...
W przedpokoju Albert dostrzegł zamieszanie między sługami. Wyglądali, jak gdyby wszyscy potracili głowy. Pan Dyonizy wydawał rozkazy głosem urywanym i donośnym. Nakoniec zdawało się Albertowi, iż usłyszał, że hrabia padł rażony apopleksją.
Prawie wywleczono go do dorożki, która odjechała kłusem. Na przodzie druga unosiła pana Tabareta.