Gdzie winowajca/Tom I/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W dniu, w którym odkryto zbrodnię we wiosce Jonchère, właśnie o godzinie, kiedy Tabaret robił swoje spostrzeżenia w pokoju zabitej, Albert de Commarin wsiadł do powozu, aby się udać na dworzec kolei północnej, na spotkanie swojego ojca.
Wice-hrabia był bardzo blady. Przeciągłe rysy, zamglone oczy i wybladłe usta mówiły o wielkiem zmieszaniu, które musiały nastąpić bądź po zbytnich rozkoszach, bądź po gwałtownych cierpieniach.
Co więcej, cała służba pałacowa spostrzegła, że od pięciu dni młody pan znajdował się w niezwykłym stanie. Mówił z trudnością, jadł bardzo mało i nikogo nie przyjmował.
Pokojowiec wice-hrabiego opowiadał, że zmiana ta zaszła nagle w niedzielę rano, po wizycie niejakiego pana Gerdy, adwokata, który w bibliotece zabawił trzy godziny.
Albert, wesół jak zwykle przed zjawieniem się tej osoby, był po jej wyjściu zgnębiony i odtąd nie odzyskał dawnego humoru.
Kiedy zamierzał udać się na dworzec kolei, czuł się tak osłabionym i szedł tak powoli, że Lubin, pokojowiec, prosił go, aby został w domu. Narażać się na zimno, znaczyło popełniać wielką niedorzeczność. Lepiej byłoby położyć się do łóżka, i wypić filiżankę rumianku.
Ale hrabia de Commarin, ojciec, nie robił ustępów w kwestji obowiązków synowskich. Gotów był przebaczyć synowi największe szaleństwa, ale nie byłby przebaczył braku uszanowania. O swoim przyjeździe doniósł telegrafem na czterdzieści ośm godzin, a więc cały hotel powinien być pod bronią, nieobecność zaś Alberta byłby wziął za największą obrazę.
Wice-hrabia przechadzał się od pięciu minut po sali gościnnej, gdy dzwonek strażniczy zapowiedział przybycie pociągu. W krótce drzwi, wychodzące na peron rozwarły się na oścież i ze wszystkich stron zaczęli tłoczyć się podróżni.
Wkrótce zjawił się hrabia, a za nim służący z wspaniałem futrem na ramieniu.
Hrabia de Commarin wydawał się o dziesięć lat młodszym, niż był w rzeczywistości. Bujna broda i włosy, były zaledwie przyprószone szronem. Był słuszny i chudy, trzymał się prosto, głowę nosił do góry, ale z tem wszystkiem nie miał w sobie nic z owej niemiłej sztywności brytańskiej, którą tak podziwiają nasi młodzi panicze. Ruchy jego były szlachetne, krok pewny. Miał piękną rękę, rękę człowieka, którego antenaci umieli dzielnie uderzać szpadą. Jego twarz regularna, była prawdziwą zagadką dla tego, kto ją studjował: we wszystkich rysach przebijała się dobroć, usta wiecznie się uśmiechały, ale za to w jasnych oczach świeciła szalona duma i dzika odwaga.
W tej sprzeczności mieściła się tajemnica jego charakteru.
Jakkolwiek należał do typów na wzór margrabiny d’Arlange, mimo to nie zerwał z stuleciem, w którem żył, a przynajmniej zdawało się, że z niem idzie.
Tak samo jak margrabina, pogardzał wszystkimi, którzy nie byli szlachetnie urodzeni; tylko jego pogarda objawiała się w inny sposób. Margrabina nie taiła się ze swemi uczuciami; natomiast hrabia ukrywał je starannie pod płaszczem wygórowanej grzeczności, która właśnie dla tego, że była wygórowaną, śmiertelnie obrażała. Margrabina nie raczyła nawet spojrzeć na kupców, którzy jej przynosili rozmaite towary, a hrabia, gdy pewnego razu jakiemuś rzemieślnikowi wypadł parasol, schylił się i podniósł go uprzejmie.
Pochodziło to ztąd, że margrabina żyła z zawiązanemi oczyma i zatkanemi uszami, podczas gdy hrabia widział bardzo wiele i pilnie się przysłuchiwał. Ona była ograniczoną i bez krzty zdrowego zmysłu; hrabia zaś miał otwarty umysł, obszerne poglądy i pewne zasady. Ale z tem wszystkiem nie w jednej rzeczy godzili się oboje najzupełniej. Słowem, hrabia był doskonałym portretem pewnej części społeczeństwa, podczas gdy margrabina była tylko śmieszną karykaturą.
Trzeba dodać, że wobec równych sobie, hrabia de Commarin pozbywał się przygnębiającej grzeczności. Wtedy odzyskiwał właściwy swój charakter wyniosły, otwarty, szczery. W swoim domu był despotą.
Ujrzawszy ojca, Albert pobiegł szybko ku niemu. Uścisnęli sobie dłonie, ucałowali się ceremonialnie, i w jednej minucie wyczerpali całą frazeologię, używaną w takich spotkaniach. Po przywitaniu hrabia dostrzegł, że twarz syna była widocznie zmienioną.
— Czyś cierpiący, wice-hrabio? — zapytał.
— Nie, hrabio, — odpowiedział Albert lakonicznie.
Hrabia wyrzucił jedno: „Ach!“ któremu towarzyszyło pewne poruszenie głową, co u niego była oznaką najzupełniejszego niedowierzenia, a potem zwrócił się do służącego, wydając mu krótko rozmaite polecenia.
— A teraz, — ciągnął wracając do syna, — jedźmy do domu. Radbym jak najprędzej być u siebie, a przedewszystkiem chciałbym co zjeść, bo od rana nie miałem nic w ustach, prócz filiżanki haniebnego bulionu.
Hrabia de-Commarin przyjechał do Paryża w najgorszym humorze. Jego podróż do Austrji nie przyniosła owoców, jakich się spodziewał. Na domiar wstąpiwszy do jednego z najstarszych przyjaciół, poróżnił się z nim w rozmowie do tego stopnia, że rozjechali się nie podawszy sobie ręki.
Zaledwie ujrzał się na miękkich poduszkach powozu, który pędził jak strzała, hrabia czuł się zmuszonym ulżyć swemu sercu.
— Poróżniłem się z księciem de Sairmeuse, — rzekł do syna.
— Zdaje mi się, hrabio, — odpowiedział Albert bez cienia szyderstwa, — że zawsze wam się to zdarza, jeśli dłużej jak godzinę musicie sam na sam pozostać.
— Prawda, ale tym razem sprzeczka była stanowczą... Przepędziłem cztery dni u niego i od rana do wieczora byłem wciąż zirytowany. Teraz, nie mam już dla niego żadnego szacunku.
Sairmeuse, wice-hrabio, sprzedaje Goudresy, jedną z najpiękniejszych posiadłości północnej Francji. Wycina lasy, licytuje zamek, mieszkanie prawdziwie książęce, z którego będzie niezadługo fabryka cukru. A za pieniądze kupuje akcje, obligacje, dla zwiększenia majątku.
— I to jest powód poróżnienia? — zapytał Albert nie bardzo zdziwiony.
— Bez wątpienia. Alboż nie dostateczny?
— Przecież wiesz, hrabio, że książę ma liczną rodzinę i że nie jest bogaty.
— To nie usprawiedliwia! — podchwycił hrabia. — W takim razie żyje się z ziemi na własnej ziemi; w zimie chodzi się w butach po kolana, tylko najstarszemu synowi daje się wykształcenie i nie sprzedaje się rodzinnego majątku. Od przyjaciół powinniśmy umieć wysłuchać prawdę, chociażby była najprzykrzejszą. Powiedziałem księciu com myślał: Szlachcic, który sprzedaje swoją ziemię, zdradza swoją ojczyznę.
— Ależ, hrabio! — zauważył Albert chcąc protestować.
— Powiedziałem zdradza, — ciągnął hrabia z wzrastającą gwałtownością, — i nie cofam tego słowa. Pamiętaj dobrze wice-hrabio, że potęga spoczywa zawsze w ręku bogatego, a bogatym jest ten, kto ma ziemię. Rozumieli to dobrze ludzie z roku 1793. Rujnując szlachtę, prędzej ją złamali, niż znosząc tytuły i herby. Książę pieszo i bez lokajów, jest człowiekiem jak każdy inny. Minister lipcowy, który rzekł do mieszczan: „Wzbogacajcie się!“ nie był głupi — bo dawał im tajemniczą formułę władzy. Mieszczaństwo nie zrozumiawszy go, rzuciło się do spekulacji. Dziś są bogaci, ale w co? w papiery, zyskane na giełdzie — w łachmany. Mieszczanin woli papier, przynoszący ośm procent, niż winnicę lub lasy, z których dostajemy zaledwie trzy od sta. Wieśniak nie jest tak ograniczony. Jeśli ma tylko pół morga ziemi, stara się usilnie, aby jak najprędzej mógł zwiększyć swoją posiadłość przez nowe zakupno. Za jego przykładem powinna iść szlachta.
W tej chwili powóz zatrzymał się na dziedzińcu. Hrabia wysiadł pierwszy, i wsparty na ramieniu swojego syna, zwrócił się ku schodom. W wielkim przedsionku, cała służba pałacowa stała w pełnym ubiorze, tworząc długi szpaler. Hrabia przelotnie spojrzał na wszystkich, jak porucznik na żołnierzy przed paradą. Zdawał się być zadowolonym z ich postawy. Po chwili wszedł do swoich apartamentów, położonych na pierwszem piętrze, po nad salonami, przeznaczonemi na wielkie uroczystości.
Nigdy i nigdzie dom nie był lepiej urządzony, bo hrabia de Commarin miał majątek, którym mógł zaćmić nie jednego z udzielnych książąt niemieckich.
Wiedziano, że hrabia przepędził cały dzień w wagonie; musiał być głodny, więc jak najprędzej kucharze przygotowali wyśmienity obiad. Wszyscy, począwszy od marszałka dworu, a skończywszy na ostatnim pachołku, mieli żywo w pamięci: „że służący powinien nie tylko spełniać, ale zgadywać rozkazy.“
Właśnie hrabia kończył zmianę toalety podróżnej na domową, gdy marszałek dworu zjawił się w jedwabnych pończochach, oświadczając, że podano do stołu. Hrabia de Commarin zbiegł szybko po schodach i na progu sali jadalnej zszedł się z Albertem.
Piękna to sala, przestronna, wysoka i wspaniała w swojej prostocie. Każdy z czterech kredensów, które ją zdobią, mieści w sobie krocie najkosztowniejszych naczyń. Ile tam było cudownych fajansów, a ile porcelan, mogących obudzić zazdrość nawet w królu saskim!
Nakrycie stołu, stojącego w pośrodku, przy którym usiedli hrabia i Albert, odpowiadało w zupełności temu wspaniałemu zbytkowi. Stół uginał się pod ciężarem sreber i kryształów.
Hrabia był sławnym pasibrzuchem. Niejednokrotnie chełpił się tym olbrzymim apetytem, który dla każdego biedaka byłby prawdziwym nieszczęściem. Lubił wspominać o wielkich ludziach, których brzuchy unieśmiertelniła historja. Karol V. spożywał góry mięsiwa. Ludwik XIV. zjadał przy objedzie za sześć osób. Hrabia utrzymywał nawet przy stole, że ludzi można ocenić w miarę ich siły trawienia, poczem przyrównywał ich do lampy, która przyjmując wiele oleju, wydaje wiele światła...
Pierwsze dwadzieścia minut przeszło w milczeniu. Hrabia de Commarin jadł ze spokojnem sumieniem, nie widząc, lub nie chcąc widzieć, że Albert nie dotknął się ani jednego półmiska. Ale przy deserze wrócił zły humor. Stary szlachcic przypomniał sobie, że w pół godziny po przyjeździe otrzymał dość nie miły list, o którym chciał pomówić.
— Dopiero godzina jak przyjechałem, — rzekł do syna, — a już otrzymałem nowe kazanie od hrabi Broisnay.
— Dużo pisze, — zauważył Albert.
— Za wiele... Rozlewa się jak woda. Znów plany, projekta, nadzieje, prawdziwe dzieciństwa. On jest gotów bronić na raz dwanaście najrozmaitszych polityk. Słowo honoru, stracił zmysły. Zdaje im się, że zdołają świat wywrócić do góry nogami, szkoda tylko, że jeszcze nie znaleźli punktu oparcia... Ja ich kocham, ale mimo to strasznie mię śmieszą.
I w dziesięciu minutach hrabia obmówił wszystkich swoich serdecznych przyjaciół, nie dostrzegając, że większa połowa ich śmieszności była i jego własnością. Podano kawę. Hrabia dał znak służącemu, ażeby wyszedł.
— Nasza arystokracja, — ciągnął wpadając w inny przedmiot, — widocznie karłowacieje. Możnaby ją ocalić, lecz tylko na jednej drodze: Trzeba uchwalić ustawę, wprowadzającą majoraty.
— Taka ustawa, hrabio, jest dziś niemożliwą...
— Tak sądzisz? — pytał hrabia de Commarin; — czy może chciałbyś przeciw niej wystąpić?
Albert wiedział z doświadczenia, jak drażliwą jest ta kwestja dla jego ojca, więc milczeniem zbył zapytanie.
— Przypuśćmy, — podchwycił hrabia, — że marzę o rzeczach niemożliwych; w takim razie niech sama szlachta spełni swój obowiązek, któremu powinni się poddać młodsi członkowie wszystkich większych rodzin. Niech przez pięć generacji zostawiają ojcowiznę w rękach najstarszych synów, zadawalając się drobną rentą. W ten sposób można odtworzyć olbrzymie fortuny. Wtedy każdy dom byłby państwem, bo, że tak powiem, miałby swój testament polityczny, przekazany przez swoich najstarszych ojców.
— Na nieszczęście, — wtrącił wice-hrabia, — dziś czasy się zmieniły a o takiej rezygnacji nie można już mówić.
— Wiem o tem, mój panie, — podchwycił żywo hrabia, — wiem o tem bardzo dobrze, bo mam tego dowód w moim własnym domu. Ja, twój ojciec, prosiłem cię, zaklinałem, abyś nie myślał o wnuczce tej starej warjatki, markizy d’Arlange, a na co się to wszystko zdało? Na nic. Ja po trzechletniej walce musiałem ustąpić...
— Mój ojcze, — chciał zacząć Albert.
— Dobrze, dobrze, — przerwał hrabia; — masz już moje słowo, więc rzecz skończona. Ale pamiętaj com ci powiedział. Ty zadajesz śmiertelny cios naszej familji. Ty sam będziesz jeszcze jednym z największych właścicieli we Francji, ale miej czworo dzieci, a każde z nich zaledwie będzie bogate; jeśli zaś potem każde z tych dzieci obdarzy cię licznemi wnukami, ty sam będziesz patrzył na nędzę najmłodszego swego potomstwa.
— Ojciec wszystko widzi w czarnych kolorach...
— Bez wątpienia, bo to mój obowiązek. Tylko w ten sposób można uniknąć rozczarowań. Mówiłeś mi o szczęściu przyszłego życia! Biedny chłopcze! Prawdziwy szlachcic myśli przedewszystkiem o swojem nazwisku. Panna d’Arlange jest bardzo piękną i miłą osobą, lecz nie ma ani grosza. Ja ci natomiast wybrałem bogatą dziedziczkę...
— Którą nie mógłbym kochać...
— Piękna uwaga! Przecież miała ci wnieść cztery miljony, a takiego posagu nie dają dziś królowie swoim córkom. A cóż dopiero mówić o nadziejach...
Pogadanka na ten temat byłaby się przewlokła w nieskończoność, gdyby nie wice-hrabia, którego myśli w innych bujały sferach; tylko od czasu do czasu, aby nie grać roli całkiem niemego powiernika, wyjąknął jakieś urwane zdanie.
Ten brak opozycji, drażnił hrabiego nie równie więcej, niż uparte sprzeciwianie się jego zasadom. To też postanowił dokuczyć synowi. Taką miał taktykę. Ale napróżno rzucał słowa wyzywające i złośliwe przycinki. Albert był obojętny. Wkrótce tak go to wzburzyło, że podchwytując jakąś lakoniczną odpowiedź, zawołał gniewnie:
— Do kroćset! syn mojego intendenta mówiłby rozumniej od ciebie! Jaką krew masz w swoich żyłach? Jesteś zanadto gminny na wice-hrabiego de Commarin!
Są chwile, kiedy najmniejsza rozmowa staje się dokuczliwą. Od godziny, słuchając ojca i odpowiadając na jego zapytania, Albert znosił najstraszliwsze męczarnie. Ale teraz opuściła go cierpliwość, w którą się był uzbroił.
— Prawdę powiedziałeś, hrabio, — rzekł ironicznie, — ja jestem gminny i ponoś nie bez powodu...
Wzrok wice-hrabiego, towarzyszący tym słowom, był tak wymowny i jasny, że hrabia zerwał się na równe nogi, pytając drżącym głosem:
— Co to znaczy, wice-hrabio?
Albert żałował, że mu się wymknął ten frazes. Ale zaszedł już daleko, by mógł się cofnąć.
— Panie, — odpowiedział z niejakiem zakłopotaniem, — mam z tobą pomówić o rzeczach nader ważnych. Honor mój, twój i naszego domu, jest bardzo zagrożony. Mam cię zapytać o pewne wyjaśnienia... odkładałem to do jutra, nie chcąc cię niepokoić pierwszego dnia po długiem niewidzeniu. Ale ty, hrabio, żądasz tego...
Hrabia słuchał swego syna z obawą źle ukrytą. Można było przypuścić, że odgadł i zląkł się własnej przenikliwości.
— Wierz mi, hrabio, — ciągnął Albert, szukając słów stosownych, — że w żadnym razie nie obarczę cię wyrzutami. Twoja dobroć dla mnie...
To było już za wiele dla hrabiego de Commarin.
— Dość! — przerwał nagle. — Fakta, bez frazesów!
Albert wahał się z odpowiedzią. Pytał sam siebie: jak i gdzie zacząć?
— Panie, — rzekł nakoniec, — w twojej nieobecności, odczytałem całą twoją korespondencję z panią Walerją Gerdy... Całą... — dodał, kładąc szczególny nacisk na to pełne znaczenia słowo.
Hrabia nie pozwolił dokończyć synowi. Rzucił się tak gwałtownie, jak gdyby go wąż ukąsił — aż krzesło, na którem siedział, potoczyło się o cztery kroki.
— Ani słowa więcej! — krzyknął strasznym głosem; — ani sylaby, zabraniam ci!
Ale zapewne musiał się wstydzić tego pierwszego oburzenia, bo wkrótce odzyskał dawną krew zimną. Podniósł nawet krzesło z widocznym spokojem i przystawił je do stołu.
— Niechże kto twierdzi, że nie ma przeczucia! — mówił tonem, który starał się zrobić lekkim i żartobliwym. — Przed dwiema godzinami, ujrzawszy na dworcu kolei twoją twarz bladą, domyśliłem się niemiłej przygody. Zgadłem natychmiast, żeś się musiał dowiedzieć o tej historji; przeczułem, byłem tego pewny...
Przez chwilę zapanowało grobowe milczenie. Widocznie obaj przeciwnicy gotowali się do zaciętej walki. Obaj unikali swego wzroku, jak gdyby nie chcieli w nim dostrzedz zbyt wymownych dowodów. Usłyszawszy szelest w przedpokoju, hrabia zbliżył się do Alberta.
— Powiedziałeś, wice-hrabio, że to rzecz honoru... a więc chodź za mną.
Zadzwonił, wszedł pokojowiec.
— Wiedz, — rzekł do niego, — że ani wice-hrabia ani ja, nie przyjmujemy dziś nikogo.