Gdzie winowajca/Tom I/VII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Takie to wypadki przyszły na myśl sędziemu, skoro z ust Tabareta usłyszał nazwisko hrabi de Commarin. Sądził, że czas zasypał je gruzami zapomnienia, a tymczasem wystąpiły jak litery, które skreślone tajemniczym atramentem, stają się czytelnemi, jeśli papier przyłożymy do ognia. W jednej chwili rozwinęły się przed jego oczyma i owładnęły napowrót całe jestestwo.
Przez kilka minut, dzięki cudownemu zjawisku dwoistości, patrzył na przedstawienie własnego życia. Aktor i widz zarazem, siedząc w swoim fotelu, widział się na scenie, działał i sam swoją grę osądzał.
Trzeba przyznać, że pierwsza jego myśl była ohydna, bo nienawistna, przyczem zbudziła się jeszcze haniebniejsza chęć zemsty. Przypadek oddawał w jego ręce człowieka, którego Klara kochała. Nie był to dumny szlachcic, świetny majątkiem i pochodzeniem; był to bastard, syn kurtyzanki. Aby utrzymać skradzione nazwisko, dopuścił się najohydniejszej zbrodni. On zaś, sędzia, czuł teraz dziwną rozkosz, że przeciwnika swego będzie mógł powalić mieczem sprawiedliwości. Ale to wszystko trwało tylko jedno mgnienie oka. Sumienie człowieka zacnego zbudziło się i przemówiło donośnym głosem:
Czy może być co potworniejszego, jak połączenie tych dwóch pojęć: nienawiść i sprawiedliwość? Czy może sędzia, bez pogardzania samym sobą, pomyśleć, że winowajca, znajdujący się w jego ręku, jest jego nieprzyjacielem? Czy sędzia śledczy może spełniać prawo swej nielitościwej władzy przeciw obżałowanemu, jeśli w jego sercu jest bodaj kropla żółci?
Pan Daburon powtórzył, co od roku powtarzał zawsze sobie przed rozpoczęciem nowego śledztwa:
— I ja sam omal że nie popełniłem morderstwa!
— Czy nie powinienem się teraz cofnąć, umyć ręce od wszystkiego i oddać hrabiego w ręce innych sędziów?
— Nie! — zawołał głośno, — byłoby to tchórzostwem niegodnem mojego charakteru!
Szalony pomysł wspaniałomyślności strzelił mu do głowy.
— A gdybym go ocalił? Jeśli — dla Klary — zostawiłbym mu życie i honor? Ale jak go ocalić? W takim razie trzebaby odrzucić donos Tabareta i nakazać mu milczenie. Prócz tego wypadłoby mi pójść błędną drogą i wraz z Gevrolem szukać marynarza z wielkiemi kulcami. Czy to możebne? Zresztą, oszczędzać Alberta, znaczy szkodzić prawom Noela; znaczy zapewnić bezkarność najhaniebniejszej zdradzie. Nakoniec, znaczyłoby poświęcić sprawiedliwość własnej namiętności...
Sędzia cierpiał.
— Co tu przedsięwziąć? co uczynić? Wahał się między dwoma wręcz sobie sprzecznemi postanowieniami i z jednej ostateczności wpadał w drugą. Co począć? Rozum, doznawszy tak nieprzewidzianego wstrząśnienia, daremnie szukał równowagi.
— Cofnąć się? — mówił do siebie, — a gdzież moja odwaga? Alboż nie powinienem zostać godnym obrońcą prawa, który nie wie co wpływy? Czy jestem tak słaby, że przywdziewając suknię sędziowską nie umiem zrzucić tego, co się nazywa osobistością? Alboż to nie moim obowiązkiem puścić przeszłość w niepamięć? Sumienie nakazuje mi prowadzić dalej śledztwo. Sama Klara kazałaby mi tak działać. Mogłażby kochać człowieka, skalanego podejrzeniem? Nigdy! Jeśli jest niewinnym, niech będzie ocalony; jeśli zawinił, niech ginie!
Pięknie brzmiało to rozmawianie, ale w głębi serca tysiączne obawy raniły sędziego. Potrzebował złożyć przed sobą ścisły egzamin.
— Alboż ja nienawidzę jeszcze tego człowieka? Nie!... Jeśli Klara przeniosła go nade mnie, którego on nie znał, to jużciż nie on, ale ona zawiniła. Mój gniew był tylko chwilowem szaleństwem. Dowiodę tego. Chcę, ażeby we mnie znalazł nie sędziego, lecz opiekuna. Jeśli nie jest winnym, będzie miał na rozkazy, dla udowodnienia swojej cnoty, cały ten straszny zastęp ajentów, którym posiłkuje się trybunał. Mogę być sędzią... Bóg, który czyta w głębi mojej duszy, widzi, że zanadto kocham Klarę, bym mógł źle życzyć jej kochankowi!
Urwawszy w tem miejscu, Daburon zaczął liczyć czas ubiegły. Było już około trzeciej godziny zrana.
— Ach, mój Boże! — zawołał przestraszony, — Tabaret czeka tak długo!.. Zapewne musiał zasnąć!
Ale Tabaret nie spał, bo i jemu czas przeleciał bardzo szybko. Dziesięć minut wystarczyło, aby rozpatrzyć się dokładnie w gabinecie, który był obszerny i surowo-wspaniały, harmoniujący najzupełniej ze stanowiskiem i wielkim majątkiem sędziego. Uzbrojony w świecznik, stawał kolejno przed każdym z sześciu obrazów wielkich mistrzów, które wisiały na ścianach, przypatrywał się niektórym brązom i rzucił spojrzenie znawcy na piękną bibliotekę. Potem wziąwszy w rękę jeden z dzienników wieczornych, zbliżył się do kominka i utonął w fotelu.
Jeszcze nie odczytał pierwszego artykułu, traktującego o sprawie rzymskiej, gdy władze umysłowe, nie mogąc znieść polityki, uniosły go do Jonchère, do domu wdowej Lerouge. Jak dziecię, które tysiąc razy stawia i burzy pałace z kart, tak i on mięszał i napowrót podchwytywał szereg swoich wywodów i rozumowań. W rzeczy samej, dla niego nie było w całej tej sprawie nic tajemniczego. Zdawało mu się, że wie wszystko, od A aż do Z. Wiedział, czego się ma trzymać, a pan Daburon podzielał także jego zdanie. Ale mimo to, jak wielkie jeszcze trudności! Przecież między sędzią śledczym a obżałowanym, znajduje się trybunał najwyższy, rozstrzygający, władza sumienna, sąd przysięgłych. A sędziowie przysięgli, nie poprzestają na samem przekonaniu moralnem. Największe prawdopodobieństwa są dla nich niczem, bo oni potrzebują dowodów niezbitych, namacalnych. To też w miarę, jak za wzrostem cywilizacji, utrwala się coraz bardziej potrzeba bezwzględnej sprawiedliwości, sędziowie przysięgli stają się bojaźliwszymi i więcej chwiejnymi. Z największą przykrością dźwigają brzemię swojej odpowiedzialności. Każdy z nich wchodząc do sali obrad boi się, aby kiedyś nie doznał gorzkich wyrzutów sumienia. Za wypuszczenie na wolność jednego niewinnego, jest gotów ułaskawić trzydziestu zbrodniarzy. Sąd przysięgłych powinien zatem otrzymać dowody niezbite, jasne, których dostarczanie należy do sędziego śledczego.
Na samą myśl, że morderca mógłby się wymknąć z rąk sprawiedliwości, Tabaret uczuł, że wszystka krew uderza mu do głowy. Zdawało mu się, że same takie przypuszczenie wyrządza mu wielką krzywdę. Według jego przekonania, potworność taka mogłaby nastąpić dopiero wtedy, gdyby śledztwo było niedołężnie prowadzone, gdyby ajenci nie rozwinęli należytej gorliwości, lub gdyby sędzia okazał się niezdolnym albo słabym.
— Ja, — rzekł do siebie z pewną dumą, — nie okazałbym się nigdy słabym! Po stwierdzeniu każdej zbrodni, można zawsze schwytać i ukarać winowajcę, chyba że nim jest warjat, który nie może być odpowiedzialnym za swoje uczynki. Chętnie strawiłbym całe życie na wyszukaniu zbrodniarza, i raczej zginąłbym, a nie dałbym się przezwyciężyć przeciwnościom, jak to nie raz zdarzyło się temu głupcowi, Gevrolowi...
— Ale jakie dowody, — myślał dalej, — przedłożymy tym przeklętym sędziom przysięgłym? Te leniuchy nie chcą sobie suszyć głowy, oni żądają, aby im położono wszystko jak na talerzu. Jak tu zmusić do zeznań człowieka silnego, którego zasłania wysokie stanowisko, i który bez wątpienia przedsięwziął wszelkie środki ostrożności? Jaką tu przygotować łapkę?
Ochotnik policyjny zamyślił się tak głęboko, że nawet nie usłyszał, jak drzwi wiodące do gabinetu nagle się otworzyły i nie dostrzegł, że sędzia stanął tuż przy jego fotelu. Aby go wyrwać z objęć kombinacji, potrzeba aż było głosu pana Daburon, którego słowa drżały jak liście.
— Daruj, panie Tabaret, żeś tak długo na mnie czekał.
Nasz poczciwiec zerwał się jak oparzony i skłonił się do kolan sędziego.
— Doprawdy, panie, miałem tyle do myślenia, żem się wcale nie nudził. Pan Daburon przeszedłszy pokój, usiadł naprzeciwko swojego ajenta, obok stolika, na którym leżał stos dokumentów, odnoszących się do zbrodni. Zdawało się, że był bardzo znużony.
— Długo, — rzekł po chwili, — zastanawiałem się nad tym wypadkiem.
— I ja także! — przerwał Tabaret. — Właśnie gdy pan sędzia wyszedł, myślałem o możliwem zachowaniu się Commarina w chwili uwięzienia. Według mnie, nie ma nic ważniejszego. Czy się uniesie? Może będzie starał się przestraszyć ajentów, a może zechce uciec? To jest zwykła taktyka złapanych kryminalistów.
Ale mnie się zdaje, że Commarin będzie spokojny i zimny. Ostrożność, z jaką popełnił zbrodnię, każę mi tak mniemać. Zobaczy pan, że zachowa się dumnie, że będzie mówił, iż stał się ofiarą jakiegoś qui pro quo, że nareszcie zechce natychmiast widzieć się z sędzią śledczym, aby niby to wszystko wyjaśnić...
Nasz poczciwiec mówił tak płynnie i zdradzał taką wiarę we własne słowa, że pomimo woli pan Daburon musiał się uśmiechnąć.
— Jeszcześmy daleko od uwięzienia, — rzekł z przekąsem.
— Przeciwnie! może to nastąpić za kilka godzin, — przerwał żywo Tabaret. — Przypuszczam, że ze świtem wyszle pan sędzia ajentów, ażeby aresztowali młodego Commarina.
Sędzia drgnął jak chory, który widzi chirurga, rozkładającego na stole narzędzia, potrzebne do operacji. Chwila działania zbliżała się szybkim krokiem.
— Jak widzę, pan już jesteś gotów, — rzekł po krótkim namyśle, — ale czy zastanowiłeś się nad rozmaitemi trudnościami?
— Jakie trudności?! Alboż nie jest winnym? Ośmielę się zapytać pana sędziego: kto popełnił tę zbrodnię jeśli nie on? Kto potrzebował zabić wdowę Lerouge, zniszczyć jej papiery, listy i uniemożliwić jej zeznania? Nikt, tylko on. Mój Noel, który jest głupi, jak każdy człowiek uczciwy, przestrzegł go; więc działał.
— Prawda, ale...
Tabaret spojrzał na sędziego wzrokiem zdumionym.
— Czy pan sędzia ciągle myśli o trudnościach? — zapytał ze złośliwym uśmiechem.
— Ach, bez wątpienia! — odparł Daburon, — ta sprawa jest jedną z tych, które wymagają największej przezorności. W tego rodzaju wypadkach można uderzyć tylko na pewne, a my dotychczas mamy zaledwie podejrzenia... A gdybyśmy się omylili! Niestety! sprawiedliwość nie może nigdy dostatecznie naprawić krzywdy, którą wyrządzi. Chociażby się przyznała do błędu, chociażby to nawet ogłosiła — daremnie! Opinia głupia, niedorzeczna, nie przebacza nigdy człowiekowi, na którego padło podejrzenie.
Tabaret słuchał tych uwag, wydając ciężkie westchnienia. Tak płaskie refleksje nie byłyby go nigdy odstraszyły.
— Nasze podejrzenia są uzasadnione, — ciągnął sędzia, — chętnie to przyznaję. Ale gdyby w dalszym ciągu sprawy okazały się fałszywe? W takim razie nasza zbytnia gorliwość stałaby się dla tego młodzieńca wielkiem nieszczęściem. A przytem jaka wrzawa, jaki skandal! Pan nie zastanawiasz się, jaką hańbę przynosi władzy każdy krok nierozważny, jak uwłacza sprawiedliwości i jak podkopuje powagę sądu!...
Rzekłszy to, wsparł się na obu łokciach i długo rozważał.
— Nie ma widoków, — pomyślał Tabaret, — widzę, że mam do czynienia z tchórzem. Gdy trzeba działać — on mówi; gdy wypada podpisać rozkaz — on stawia teorje. Jest formalnie odurzony mojem odkryciem i dla tego boi się... Biegnąc tu, byłem przekonany, że będzie zachwycony, uszczęśliwiony. Małe rybki łowiłby chętnie, ale wielkich boi się; radby je wypuścić... O sędziowie!
— Może, — rzekł pan Daburon podniesionym głosem, — byłoby lepiej wpierw kazać go tylko strzedz, a dopiero potem wydać mandat względem uwięzienia.
— W takim razie wszystko stracone! — krzyknął Tabaret.
— Jak to?
— Przecież pan sędzia wie, że znajdujemy się wobec bardzo dobrze obmyślanej i zręcznie dokonanej zbrodni. Tylko cudem wpadliśmy na jej trop. Jeśli mu pozwolimy odetchnąć, z pewnością uciecze.
Miasto odpowiedzi, sędzia zwiesił głowę, jakby w znak potwierdzenia.
— Nie podlega wątpliwości, — ciągnął Tabaret, — że nasz przeciwnik jest człowiekiem pierwszorzędnej siły, o zadziwiającej zimnej krwi i zręczny jak kot dziki. Ten łotr musiał wszystko obliczyć i przewidzieć, aż do nieprawdopodobnego podejrzenia, padającego na niego samego. O! z pewnością tak obmyślił... Jeśli pan sędzia poprzestanie na rozkazie strzeżenia ptaszka, wyleci nam z klatki. Stanąwszy przed sądem, będzie udawał spokojnego jak święty Jan Chrzciciel i zrobi taką minę, jaką widzimy na twarzach pojedynkarzy, pociągniętych do odpowiedzialności. Potem udowodni, że wieczór i noc z wtorku na środę, przepędził w towarzystwie najpoważniejszych osobistości. Objad jadł z hrabią Machin, grał z margrabią Chasse, był na wieczerzy z księciem X., a baronowa R... i hrabina Y... nie straciły go ani na chwilę z oka. Nakoniec, wszyscy odegrają tak dobrze swoją rolę, że radzi nie radzi będziemy musieli otworzyć mu bramę i jeszcze przeprosić na schodach. Tylko w jeden sposób można go przekonać, a ten mieści się w tych słowach: zmieszajmy go szybkością!... Trzeba wpaść do niego jak piorun, uwięzić przy zbudzeniu, zabrać z sobą zmieszanego i natychmiast przesłuchać. Tylko na tej drodze możemy się coś dowiedzieć. Ach! czemuż nie jestem sędzią śledczym przynajmniej jeden dzień!
Tabaret przerwał, myśląc, czy przypadkiem nie ubliżył sędziemu. Ale pan Daburon nie miał wcale miny obrażonej.
— Mów pan dalej, — rzekł sędzia głosem, dodającym otuchy, — mów pan...
— A więc, — zaczął znowu policjant, — przypuśćmy, że jestem sędzią śledczym. — Natychmiast każę złapać mojego panicza, a we dwadzieścia minut, mam go w swoim gabinecie. Nie lubiąc bawić się w gadaninę, przystępuję natychmiast do rzeczy.
Na samym wstępie, przygniatam go brzemieniem mojej pewności. Udowadniam mu, że wiem wszystko, a udowadniam tak dokładnie i jasno, że nieborak czuje się zmuszonym wyśpiewać całą prawdę. Moje słowa brzmią: Mój panie, jak widzę przynosisz alibi. Mówisz, że cię widziało sto osób. I to ładnie. Ale z tem wszystkiem oto coś pan uczynił: O godzinie ósmej, minut dwadzieścia, wymknąłeś się ukradkiem. O godzinie ósmej minut trzydzieści pięć wyjechałeś koleją z dworca św. Łazarza. O dziewiątej wysiadłeś na stacji w Reuil i niezwłocznie skierowałeś swoje kroki ku wiosce Jonchère. O dziewiątej minut piętnaście, zapukałeś do drzwi mieszkania wdowej Lerouge, która ci otworzyła, a od której zażądałeś potem wieczerzę i kieliszek wódki. O dziewiątej minut dwadzieścia pięć, wbiłeś jej w łopatkę kawałek dobrze wyostrzonej szpady, poczem przetrząsłeś cały dom i spaliłeś wiadome papiery. Dokonawszy tego, zawinąłeś w serwetę wszystkie kosztowności, aby na złodziejów rzucić podejrzenie i wybiegłeś, zamknąwszy drzwi na dwa spusty. Zbliżywszy się do Sekwany, wrzuciłeś pakiet w wodę, dotarłeś do stacji pieszo, a o godzinie jedenastej pojawiłeś się znów w dawnym humorze. Ślicznie odegrałeś swoją rolę. Szkoda tylko, żeś zapomniał o dwóch ajentach. Jeden z nich nazywa się żartobliwie Jasnowidz, a drugim jest Przypadek. Ci dwaj zdradzili pana. Zresztą, źleś pan także zrobił, że tego dnia miałeś na nogach eleganckie buciki, jasno-popielate rękawiczki, kapelusz jedwabny i parasol. Teraz przyznaj się, bo to droga najkrótsza, a za to pozwolę ci palić w więzieniu te same wyśmienite trabukosy, z tej samej cygarniczki...
Tabaret wzrósł o dwa cale, tak wielkim był w tej chwili jego zapał. Patrzył na sędziego, jak gdyby na jego ustach chciał dostrzedz uśmiech potwierdzający.
— Nie inaczej, — ciągnął, — powiedziałbym mu to i ani słowa więcej. A jeśli tylko ten człowiek nie jest tysiąc razy przezorniejszym niż mogę przypuścić, jeśli nie jest z brązu, marmuru lub ze stali, bez najmniejszej wątpliwości ujrzałbym go u moich nóg, i otrzymałbym zupełne zeznanie...
— A jeśliby w rzeczy samej był z brązu? — przerwał Daburon: — jeśliby nie upadł do pańskich nóg? Cóżbyś wtedy uczynił?
To nagle zapytanie zmięszało widocznie naszego poczciwca.
— Do kata! — wyjąknął, — nie wiem... zobaczyłbym... starałbym się... ale on by się przyznał!
Po dość długiem milczeniu, pan Daburon wziął pióro i na prędce skreślił kilka wierszy.
— Poddaję się, — rzekł, — pan Albert de Commarin będzie uwięziony, to już postanowione. Ale formalności wymagają dłuższego czasu. Zanim przesłucham obżałowanego, muszę wpierw rozmówić się z jego ojcem, hrabią de Commarin i z tym młodym adwokatem, pańskim przyjacielem, Noelem Gerdy. Listy, które posiada, są tu niezbędne.
Na wspomnienie nazwiska Gerdy, twarz Tabareta zachmurzyła się i zdradzała najżywszą obawę.
— Do kroćset! — zawołał, — oto czegom się najwięcej lękał...
— Czego?
— Potrzeby listów Noela. Rzecz naturalna, że się domyśli, kto wprowadził sąd na trop zbrodni. Tom zabrnął po uszy! Przecież będzie mi zawdzięczał odzyskanie praw utraconych... nieprawdaż? Ale czy pan sądzi, że mi będzie wdzięcznym? Bynajmniej! będzie mną pogardzał. Jak skoro się dowie, że Tabaret kapitalista i Tabaret ajent, są jedną i tą samą osobą, będzie odemnie uciekał, jak od zapowietrzonego. Biedna ludzkości! Nie minie tydzień, a najstarsi moi przyjaciele nie podadzą mi ręki!.. Jak gdyby to było hańbą służyć sprawiedliwości... Będę zmuszonym zmienić mieszkanie, wynieść się z dawnej dzielnicy, przybrać inne nazwisko.
Tabaret wygłosił te słowa głosem płaczliwym; boleść jego była ogromna. Sędzia uczuł litość.
— Nie martw się, kochany panie Tabaret, — rzekł po chwili, — wprawdzie nie będę kłamał, ale z tem wszystkiem tak poprowadzę sprawę, że twój syn przybrany, twój Benjaminek, nie nabierze najmniejszego podejrzenia. Dam mu do zrozumienia, że dowiedziałem się o nim z papierów znalezionych u wdowej Lerouge.
Tabaret uścisnął z uniesieniem rękę sędziego i przyłożył ją do ust swoich.
— Dzięki! panie, — zawołał, — stokrotne dzięki!... Pan jesteś wielki, pan jesteś... A ja, który przed chwilą... lecz dość! Jeśli pan sędzia pozwoli, będę przy uwięzieniu ptaszka; przy rewizji mógłbym być nawet pomocnym...
— Właśnie chciałem pana o to prosić, — odpowiedział sędzia.
Lampy pobladły, powała stawała się bielszą, zaczęło świtać. Z oddali dolatywał już turkot wózków porannych. Paryż wstawał do pracy i uciech.
— Nie mam czasu do stracenia, — ciągnął pan Daburon, — mogę wszystko należycie przygotować. Przedewszystkiem muszę się widzieć z prokuratorem cesarskim; jeśli śpi, każę go zbudzić. Od niego udam się prosto do pałacu Sprawiedliwości, gdzie stanę przed godziną ósmą. Chciałbym, panie Tabaret, mieć cię tam na moje rozkazy.
Właśnie nasz poczciwiec kłaniał się nisko i dziękował, gdy wszedł służący.
— Oto, panie, — rzekł do swego chlebodawcy, — ważny list, który przyniósł jakiś żandarm z Bougival. Oczekuje odpowiedzi w przedpokoju.
— Bardzo dobrze, — odpowiedział pan Daburon, — zapytaj go, czy czego nie potrzebuje, a w każdym razie daj mu szklankę wina...
Niezwłocznie rozerwał kopertę.
— Patrzcie! — zawołał, — list od Gevrola... I czytał:
„Panie sędzio śledczy!“
„Mam zaszczyt oznajmić panu sędziemu, że już jestem na tropie człowieka o dużych kulcach. Dowiedziałem się o nim w pewnym szynku, gdzie zastałem nie mało opojów. Nasz panicz był w tym szynku w niedzielę zrana, właśnie gdy wyszedł z domu wdowej Lerouge. Kupił i zapłacił dwie litry wina. Następnie uderzywszy się w czoło, rzekł: „Stary głupcze! zapomniałem, że jutro uroczystość na statku.“ Po tych słowach wziął jeszcze trzy litry. Szukałem w almanachu, statek powinien się“ nazywać: Saint-Marin. Dowiedziałem się także, że na pokładzie miał zboże. Niezwłocznie napisałem do prefektury, aby przetrząśnięto wszystkie statki w Paryżu i Rouheu. Być może, że poszukiwania nie będą bezowocne. Mam zaszczyt...“
— Biedny Gevrol! — zawołał Tabaret, śmiejąc się na cały głos; — zaczyna ostrzyć pałasz, gdy bitwa już wygrana. Czy pan sędzia nie każę wstrzymać tych poszukiwań?
— Bynajmniej! — odpowiedział pan Daburon, — zapomnieć o najmniejszej rzeczy, jest nie raz wielkim błędem. A kto wie, jakie światło może rzucić ten nieznajomy na całą sprawę?