Przejdź do zawartości

Gdzie winowajca/Tom I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Gdzie winowajca
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1870
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L'affaire Lerouge
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Jedenasta godzina biła na dworcu kolei żelaznej św. Łazarza, gdy pan Tabaret, uścisnąwszy rękę Noela, wyszedł na ulicę pod wrażeniem tego, co usłyszał. Zmuszony przed chwilą do oględności, czuł się teraz szczęśliwym z odzyskania swobody. Pierwsze jego kroki były ukośne; przypominały pijaka, który wyszedłszy z dobrze ogrzanej szynkowni, czuje nagle wpływ świeżego powietrza. Był rozpromieniony, ale zarazem otumaniony tem szybkiem następstwem nieprzewidzianych wypadków, które według jego przekonania, wyjaśniały prawdę. Pomimo, że jak najprędzej chciał stanąć przed sędzią śledczym, nie wziął dorożki. Czuł potrzebę iść pieszo. Należał do tych, którym ruch nadaje sił nowych. Biegnąc, doznawał najprzyjemniejszego wrażenia, bo w jego mózgu układały się myśli, jak ziarna zboża w potrząsanym przetaku.
Wkrótce zdążył do ulicy Chaussée-d’Antin, minął bulwar, przy którym wszystkie kawiarnie jaśniały tysiącem świateł i dotarł do ulicy Richelieu. Szedł, nie zważając na świat zewnętrzny; często potykał się o płyty kamienne, wystające z trotoaru, nie raz pośliznął się na asfalcie. Jeżeli nie zbłądził, zawdzięczał tylko instynktowi, swojej stronie zwierzęcej. Jego umysł przebiegał obszerne pole prawdopodobieństw i śledził wśród grubych ciemności tajemniczą nitkę, której początek uchwycił we wiosce Jonchère.
Jak wszyscy, zostający pod wpływem gwałtownych wrażeń, tak i on mówił głośno do siebie, nie troszcząc się o niegrzeczne uszy przechodniów, mogące uchwycić nie jedno słowo, nie jeden okrzyk złowrogi. W Paryżu zdybiecie na każdym kroku ludzi odosobnionych, co w pośród tłumów, wiedzeni chwilową namiętnością, zdradzają głośno największe tajemnice i czterem wiatrom powierzają swoje skargi. Przechodnie patrzą na nich z ubolewaniem, jak na warjatów. Często zdarza się, że ciekawi idą za nimi i bawią się zbieraniem dziwacznych zwierzeń. Na tej drodze odkryto już nie jedną tajemnicę, obchodzącą powszechną uwagę.
— Co za świetne powodzenie! — mówił Tabaret do siebie. — Dobrze powiedział Gevrol, że przypadek jest najlepszym ajentem policyjnym. Ktoby przeczuł podobną historję! A jednak nie byłem dalekim od prawdy! Wietrzyłem dziecię... Ale komu mogłaby przyjść na myśl zamiana? Wszak to środek tak zwykły, że nawet dramaturdzy więcej go nie używają. Oto, co głównie świadczy o nieudolności policji... Lękają się nieprawdopodobieństwa a tymczasem właśnie nieprawdopodobieństwo jest prawdą... Wszystko jest możebne... Dzisiejszego wieczoru nie dałbym za tysiąc dukatów. Przy jednym ogniu upiekę dwie pieczenie: winnego oddam w ręce sprawiedliwości, a Noelowi pomogę odzyskać utracone imię i majątek. Ale co się z nim stanie? Będzie jak drudzy... Szczęście zawróci mu głowę. Przecież mówił już o swoich antenatach. Biedna ludzkości, jakże cię żałuję! Ale najwięcej zadziwia mię ta Gerdy. Kobieta, której byłbym oddał Boga bez spowiedzi. A gdybym jej był oddał moją rękę?... Brrr! Na tę myśl wzdrygnął się nasz poczciwiec. Widział się mężem pani Gerdy, obarczonym jej przeszłością, wmieszanym w proces skandaliczny, skompromitowanym, wyśmianym.
— Jakiż mię śmiech porywa, — ciągnął, — gdy pomyślę o Gevrolu, szukającym człowieka z wielkiemi kulcami... Toż to będzie zły!... Mniejsza o to. Jeśli mi zechce dokuczać, pan Daburon weźmie mię w swoją opiekę. Ciekawym, jakie oczy zrobi pan sędzia, skoro stanę przed nim i zawołam: „Mam go!“ Ten proces wzmoże jego sławę. Zostanie przynajmniej oficerem legii honorowej. A jeśli śpi? Zbudzę go miłą niespodzianką.
Pan Tabaret, który właśnie przechodził most św. Piotra, wstrzymał się nagle.
— A jeśli zapyta o szczegóły? Jeszcze ich nie mam... Całą sprawę znam dopiero w ogólnych zarysach. Szkoda!
I szedł mówiąc dalej:
— Słuszna uwaga, że jestem zanadto namiętny. Mając Noela w rękach, powinienem był wydobyć z niego tysiące pożytecznych drobiazgów, o których wtedy ani pomyślałem. Ja natomiast piłem jego słowa; chciałem aby wszystko skończył w dwóch wyrazach. Lecz to całkiem naturalne; biegnąc za jeleniem, nie strzelamy do zająca. Z drugiej znów strony, napierając zbytecznie na Noela, mogłem w nim obudzić podejrzenie. A gdyby, się był domyślał, że pracuję dla ulicy Jerozolimskiej? Wprawdzie mnie to nie wstydzi, owszem chełpię się tem, ale w każdym razie radbym to zachować w tajemnicy. Ludzie są tak ograniczeni, że nie mogą znieść policji, która ich broni i strzeże. A teraz powaga i spokój, bo jużeśmy przyszli.
Pan Daburon wydawszy służącemu stosowne polecenia, ułożył się do snu. Tabaret. potrzebował tylko zadzwonić u drzwi i wymienić swoje nazwisko, aby niezwłocznie być wprowadzonym do sypialni sędziego. Na widok swego ochotnika, Daburon zwrócił się żywo ku niemu.
— Czy stało się co nowego? — zapytał, — coś pan odkrył, masz jakie poszlaki?
— Więcej jak to wszystko, — odpowiedział poczciwiec, uśmiechając się z zadowoleniem.
— Tylko prędko.
— Mam winowajcę!
Tabaret musiał być zadowolonym, bo zrobił wrażenie, wielkie wrażenie! Sędzia aż podskoczył na łóżku.
— Już! czy możebne?
— Mam zaszczyt powtórzyć panu sędziemu, — odparł zapytany, — że znam sprawcę zbrodni w Jonchère.
— A ja, — rzekł sędzia, — nazywam pana najzręczniejszym ajentem wszystkich wieków i krajów. Odtąd bez pańskiego współudziału nie przedsięwezmę żadnego śledztwa.
— Pan sędzia jest bardzo łaskawy, ale ja tu mało zrobiłem... najwięcej sam przypadek...
— Pan jesteś bardzo skromny, mój panie; przypadek wspiera tylko ludzi mocnych, a głupcami gardzi. Ale proszę pana, zechciej opowiedzieć.
Wtedy z jasnością i dokładnością wielkich mówców, stary policjant opowiedział sędziemu wszystko, co słyszał od Noela. Z pamięci powtórzył listy, nie zmieniwszy w nich prawie ani jednego wyrazu.
— Listy, dodał pospiesznie, — widziałem własnemi oczyma, a nawet jeden z nich schowałem do kieszeni, abyśmy potem mogli sprawdzić pismo. Oto jest.
— Prawda, rzekł cicho sędzia, — prawda, panie Tabaret, pan odkryłeś winowajcę. Ślepy mógłby poznać. Bóg tego chciał: ze zbrodni rodzi się zbrodnia. Wielki błąd ojca zrobił z syna mordercę....
— Zamilczałem wszystkie nazwiska, — podchwycił Tabaret, — bo chciałem wpierw wiedzieć, jakie jest pańskie zdanie...
— O! pan je możesz wymienić, — przerwał sędzia z pewną żywością, — sędzia francuzki nie wzdrygnie się, chociażby przyszło najwyżej uderzyć.
— Wiem, panie sędzio, ale tym razem trzeba sięgnąć bardzo wysoko... Ojciec, który poświęcił swego legalnego syna dla dobra dziecka miłości, nazywa się hrabia Rhéteau de Commarin, a mordercą wdowej Lerouge jest wice-hrabia Albert de Commarin.
Tabaret, jak każdy zręczny artysta, rzucił te słowa z obliczoną powolnością, licząc na ogromne wrażenie. Oczekiwanie jego zostało prześcignięte.
Pan Daburon osłupiał. Leżał nieruchomo, z oczyma rozszerzonemi ze ździwienia. Machinalnie powtarzał jak wyraz próżny treści:
— Albert de Commarin! Albert de Commarin!
— Nie inaczej, — napierał Tabaret, szlachetny wice-hrabia. Wiem, że to prawie nie do uwierzenia.
Ale spostrzegłszy zmienioną twarz sędziego, zbliżył się do łóżka nieco zatrwożony.
— Czy pan sędzia czuje się źle? — zapytał.
— Nie, — odparł pan Daburon, — nie wiedząc sam co mówi, ― czuję się bardzo dobrze... tylko nadzwyczajne zdziwienie, wzruszenie...
— Rozumiem... zauważył policjant.
— Nie prawda? pan to rozumiesz... Muszę chwilkę sam zostać. Ale nie odchodź pan, musimy pomówić obszernie o tej ważnej sprawie. Racz pan potrudzić się do mojego gabinetu — zaraz tam przyjdę.
Pan Daburon podniósł się z trudnością, a ubrawszy się na prędce w szlafrok, usiadł, albo raczej rzucił się na fotel. Na jego twarzy, którą przy pełnieniu obowiązków umiał robić nieruchomą jak marmur, malowały się okropne cierpienia, a oczy zdradzały straszną walkę wewnętrzną.
O bo nazwisko hrabi de Commarin, wygłoszone niespodziewanie, obudziło w nim najboleśniejsze wspomnienia i rozdrażniło źle zasklepioną ranę. To nazwisko przywiodło na pamięć pewien wypadek, który wydarzył mu się w jego młodości i złamał całe jego życie. Pomimo woli przeniósł się w ową epokę, jak gdyby chciał odczuć wszystkie jej boleści. Przed godziną mniemał, że epoka ta zginęła w mgłach przeszłości; jedno słowo wystarczyło, aby ją przywołać do życia. Teraz zdawało mu się, jakoby wypadek, w który był wmieszany hrabia Albert de Commarin, przydarzył się wczoraj. A jednak już dwa lata temu!
Piotr Maria Daburon, pochodził z jednej z najstarożytniejszych rodzin z Poitou. Kilku z jego antenatów pełniło najwyższe obowiązki w prowincji. Dla czego nie zostawili herbów swym potomkom? Zapewniają, że ojciec sędziego skupił do koła nieszczególnego zamku nowożytnego, posiadłości ziemskie, ocenione na milion franków. Przez matkę sędzia jest spokrewniony z całą starożytną arystokracją w Poitou, co nie mało znaczy, bo arystokracja tego miasta należy do najtradycjonalniejszych.
Zostawszy sędzią w Paryżu, znalazł natychmiast wstęp do kilku arystokratycznych salonów, które go zapoznały z resztą wielkiego świata. Ale pan Daburon nie posiadał żadnej z tych zalet, bez których nie może być mowy o prawdziwem powodzeniu w wytwornym salonie. Był zimny, poważny i bojaźliwy do zbytku. Umysł jego nie świecił elegancją i lekkością. Sędzia nie umiał mówić wiele, nie powiedziawszy nic, nie umiał kłamać, ani z wdziękiem rzucać tuziny czczych komplementów. Jak wszyscy ludzie, czujący żywo i głęboko, nie mógł natychmiast wytłumaczyć swych wrażeń. Potrzeba mu było rozmysłu, zastanowienia się nad samym sobą...
Mimo to, lubiano go dla ważniejszych przymiotów, dla szlachetności uczuć i prawości charakteru. Pod zimną powłoką, odkryto w nim serce gorące dla przyjaciół, nadzwyczajną tkliwość i prawie kobiecą delikatność. Nakoniec, jeśli w salonie, przepełnionym ludźmi obojętnymi i płaskimi, był nie raz zaćmiony, za to odnosił tryumfy w małem kółku, gdzie czuł się ogrzanym sympatyczną atmosferą.
Powoli przyzwyczaił się wychodzić często z domu. Zdaniem jego nie był to czas stracony. Rozumiał, że sędzia nie koniecznie powinien siedzieć po całych dniach w swoim gabinecie, w towarzystwie samych tylko książek prawniczych. Czuł, że człowiek przeznaczony do sądzenia ludzi, powinien ich znać jak najlepiej. Obdarzony zmysłem spostrzegawczym, śledził do koła siebie grę interesów i namiętności, ćwicząc się w rozbieraniu chaosu i chwytaniu sprężyn, nadających ruch zegarowi świata.
Nagle, jakoś w początku zimy z roku 1860 na 1861, Daburon znikł. Przyjaciele szukali go wszędzie, ale nigdzie nie znaleźli. Co się z nim stało? Zaniepokojono się, a gdy zaczęto wypytywać, doszło do powszechnej wiadomości, że Daburon spędza prawie wszystkie wieczory z margrabiną d’Arlange.
Zdziwienie było wielkie.
Ta droga markiza była, a właściwie jest, bo jeszcze żyje, okropnie zacofaną istotą, mogącą z swemi zasadami żyć swobodnie tylko w ośmnastym wieku. Prawdziwy typ z epoki Ludwika XVI. Mowa, zwyczaje, ubiór, obyczaje, słowem wszystko przypominało w niej owe czasy, które dziś znamy tylko z książek. Sama jej postać więcej o tem mówi, niż długi artykuł w piśmie historycznem, a jednogodzinna z nią rozmowa, więcej niż całe dzieło.
Urodziła się w jednem z najmniejszych księztw niemieckich, dokąd skryli się jej rodzice, oczekując ukarania i poprawy zbłąkanego ludu. Wychowała się, wzrosła na kolanach starych emigrantów, w starożytnym złoconym salonie, jak w gabinecie ciekawych zabytków. Jej umysł zbudził się na szelest przedpotopowych rozmów, a wyobraźnia zachwyciła się sądami arystokratów, przypominających pod każdym względem owych niemych, którzy pewnego razu zostali wezwani do ocenienia dzieła Felicjana Dawida. Tam przejęła się ideami, które w dzisiejszych czasach są co najmniej śmieszne...
Cesarstwo, restauracja, monarchja lipcowa, druga republika i drugie cesarstwo, przemknęły koło jej okien, których margrabina nawet z ciekawości otworzyć nie chciała, aby się przypatrzyć tym ważnym zmianom w ojczyźnie. Wszystko co się stało po roku 1789., uważała za niebyłe. Spała ciężkim snem, nie mogąc się zbudzić.
Mimo sześćdziesięciuośmiu lat z okładem, trzyma się jak dąb, bo nigdy nie chorowała. Należąc do natur żywych i czynnych aż do zmęczenia, nie może usiedzieć na jednem miejscu, chyba że jej wypadnie zagrać w pikietę, w jedyną grę ulubioną. Jada cztery razy na dzień i pije jak należy. Obok tych licznych wad, margrabina ma swoje cnoty. Nie cierpiąc maskowanych kobietek naszego wieku, mówi zawsze prawdę, bez względu, czy nią obrazi jakie drażliwe ucho, bo nienawidzi obłudy. Wierzy w Boga, ale wierzy także w pana Voltaira, z czego wynika, że jej pobożność jest bardzo zagadkową. Mimo to żyje bardzo dobrze z proboszczem swojej parafji, a w dniu, w którym go zaszczyca zaproszeniem na obiad, trzyma się przy stole przepisów kościelnych. Uważa go za podwładnego, który dbając o zdrowie jej duszy, może jej otworzyć bramy nieba...
Chociaż nie należy do złych istot, każdy ucieka od niej jak od zarazy. Boją się jej dumnego tonu i tej śmiałości, z jaką wobec złych mówi wszystko, co jej ślina na język przyniesie.
Z całej rodziny pozostała jej tylko córka po synie, zmarłym w bardzo młodym wieku.
Z olbrzymiego majątku, dzięki haniebnej administracji, pozostało jej dwadzieścia tysięcy franków renty, która to kwota zmniejsza się z każdym dniem, bo w oczach margrabiny, kapitał nie należy do rzeczy świętych — nietykalnych. Posiada także koło Inwalidów mały pałacyk, położony między wąskiem podwórzem a obszernym ogrodem, w którym mieszka z wnuczką. Z tem wszystkiem uważa się za najnieszczęśliwszą istotę i po całych dniach skarży się na biedę. Od czasu do czasu, popełniwszy jaką wielką niedorzeczność, zwierza się nawet przed przyjaciółmi, że boi się umrzeć w szpitalu.
Jeden z przyjaciół przedstawił pana Daburon margrabinie d’Arlange. Przyjaciel wprowadził go od razu w dobry humor, mówiąc:
— Chodź, pokażę ci fenomen, kobietę z tamtego świata.
Margrabina rozciekawiła sędziego pierwszego dnia, a drugim razem tak go ubawiła, że zaczął częściej bywać. Ale przestała go bawić od czasu, jak stał się codziennym gościem różowego saloniku, w którym wiódł życie czułe, szczęśliwe...
Pani d’Arlange zaszczycała go swoją przyjaźnią, unosząc się nad jego zacnością.
— Rzadki człowiek, — mawiała, — młody rabin, delikatny i tkliwy. Szkoda tylko, że nie jest urodzony. Ale cokolwiekbądź można na niego patrzyć... Jego ojciec pochodzi z tęgich ludzi, matka jest z naszych... Życząc mu dobrze, poprę go w świecie całym moim kredytem.
Największy dowód przyjaźni jaki mu składała, było, że wymawiała jego nazwisko jak wszyscy inni. Między rozmaitemi przywarami zachowała ową komiczną przesadę, która nie pozwala pamiętać nazwisk ludzi, nie należących do wyższego świata. W pierwszych tygodniach znajomości, ku wielkiemu rozweseleniu sędziego, wykręcała w tysiączne sposoby jego krótkie nazwisko. Kolejno mówiła: Taburon, Maliron, Laliron, Laridon. Ale po upływie trzech miesięcy, wymawiała już czysto Daburon, tak samo, jak gdyby nasz sędzia był księciem lub panem całej prowincji.
Czasami starała się weń wmówić, że jest szlachcicem, albo że nim przynajmniej być powinien. Jakżeż byłaby zachwyconą, gdyby do nazwiska Daburon mogła była dodać de i gdyby sędzia mógł mieć bilety wizytowe z tarczą herbową.
— Jakże to być może, — mawiała, — żeby zacni ojcowie pana mogli zapomnieć o tem, co nas różni od motłochu!
— Moi antenaci, — odpowiadał sędzia, — należąc do ludzi rozumnych, woleli być pierwszymi między mieszczaństwem, niż ostatnimi między szlachtą.
Ale zacna margrabina była innego zdania. W jej oczach między ostatnim szlachcicem a pierwszym mieszczaninem znajdowała się taka przepaść, że nawet złoto całego świata nie mogłoby ją wypełnić...
Ale ci, którzy dziwili się sędziemu, że może tak długo przesiadywać w salonie „zmartwychwstałej“ margrabiny, nie znali jej wnuczki, bo ta bardzo rzadko wychodziła. Nawet w salonie nie zawsze ją widywano, albowiem margrabina utrzymywała, że nie potrzebuje młodego szpiega, polującego na śmieszności babki...
Klara d’Arlange skończyła właśnie rok siedmnasty. Była to miła i słodka dziewczyna, zachwycająca w swojej naiwnej nieświadomości. Miała włosy popielate, bujne i cienkie, które ułożone jak od niechcenia, spadały po obu bokach szyi, doskonałej pod względem poprawności rysunku. Była smukła, a twarz jej przypominała niebiańskie postacie Guida Reni’ego. Niebieskie oczy, ocienione długiemi brwiami, ciemniejszemi niż włosy, miały dziwnie czarujący wyraz.
Było jeszcze coś tajemniczego, co tę dziewicę robiło więcej zachwycającą. Klara, bogato wyposażona od natury, otrzymała dostateczne ukształcenie, a jej zasady zgadzały się z wymaganiami świata, pośród którego żyła. W tej różnicy pojęć między nią a markizą, leżał jej nowy wdzięk. Wiadomości swoje, Klara zawdzięczała swej guwernantce, niejakiej pannie Schmidt, która urodzona po tamtej stronie Renu, była romantyczną i pozytywną, płaczliwie czułą i zarazem cnotliwą, aż do surowości. Ta zacna osoba wprowadziła Klarę z dziedziny fantazji i przesądów, w której żyła babka, podając jej w nauce ziarna zdrowego rozsądku. Uczennicy swojej odkryła wszystkie śmieszności margrabiny, które jednakże wnuczka powinna szanować...
Ilekroć Daburon wchodził do salonu margrabiny, był pewny, że zastanie pannę Klarę siedzącą obok babki, i dla tego tak często przychodził. Słuchając roztargnionem uchem tysiącznych anegdotek o emigracji, opowiadanych przez podeszłą matronę, patrzył na Klarę, jak bałwochwalca na swojego bożka. Podziwiał te długie warkocze, ten uśmiech niebiański i te oczy, które mu się wydawały najpiękniejszemi na świecie.
Niejednokrotnie, pełen zachwytu, nie wiedział gdzie się znajduje. Zapominał o margrabinie i wcale nie słyszał jej głosu. Na zapytania odpowiadał z roztargnieniem, skutkiem czego popełniał najpocieszniejsze qui pro quo za co potem bardzo zręcznie przepraszał. Lecz margrabina bynajmniej na to nie zważała. Jej zapytania były tak długie, że na odpowiedzi mało jej zależało. Mając słuchacza, była już całkiem zadowoloną, nie żądając od niego więcej, jak tylko, aby od czasu do czasu dał znak życia.
Bojaźliwość sędziego była nadzwyczajna. Klara miała temperament dziki, więc bał się z nią mówić. Przez całą zimę, sędzia nie zwrócił rozmowy więcej jak dziesięć razy bezpośrednio do młodej osoby. Słowa swoje dobrze rozważał, aby jak to mówią, nie odejść z kwitkiem.
Lecz mimo to był szczęśliwy, bo ją widział; oddychał tem samem co ona powietrzem, słyszał jej głos dźwięczny, i upajał się fijołkową wonią, którą wokół rozlewała. Przez dłuższy czas nie mógł pojąć, zkąd się bierze ta woń niebiańska; nareszcie po zwiedzeniu wszystkich magazynów z pachnidłami, znalazł ją w małym flakonie, i odtąd była jego nieodstępną towarzyszką. Przynajmniej tem chciał się Klarze przypodobać.
Przypatrując się ciągle, anielskim oczom, musiał w końcu zapoznać się z wszystkiemi ich wyrazami. Zdawało mu się, że czyta w nich każdą myśl tej, którą uwielbia, i że przez nie, jak przez otwarte okno patrzy w głąb duszy. „Dziś zadowolona,“ mawiał do siebie, i wtedy sam był wesół. Innym razem myślał: „Musiała mieć jakieś zmatwienie“ — i w tejże chwili widocznie smutniał.
Nieraz strzeliło mu do głowy prosić o rękę Klary — ale nigdy nie miał odwagi urzeczywistnić swój zamiar. Znając zasady margrabiny i wiedząc, jak jest zaślepioną w szlachectwie, był przekonany, że natychmiast usłyszy fatalne: „Nie!“ Teraźniejsze zaś szczęście, lubo przepełnione cierpieniami — ale wiadomo, że miłość karmi się łzami — była natomiast za wielkie, iżby lekkomyślnie miał je rzucać na szalę niepewnych losów.
— Raz odtrącony, — mówił do siebie, — zastanę drzwi zamknięte... A wtedy bądźcie zdrowe moje sny urocze, życie stanie się nieznośnym ciężarem!...
Z drugiej znów strony przychodziła mu na myśl bardzo słuszna uwaga, że kto inny mógłby się widywać z panną d’Arlange, pokochać ją i nareszcie otrzymać jej rękę. Zastanawiając się pilnie nad temi dwiema możliwościami, postanowił po długiem wahaniu, być stanowczym. Decyzja zapadła z początkiem wiosny.
Pewnego dnia kwietniowego, szedł do hotelu margrabiny d’Arlange, dodając sobie po drodze odwagi jak żołnierz, który za chwilę ma się rzucić na całą baterję. Co krok powtarzał: „Zwyciężyć lub zginąć!“
Margrabina, która po drugiem śniadaniu wychodziła na przechadzkę, wróciła właśnie do domu. Była strasznie zła i krzyczała jak opętana. Oto co się stało:
Margrabina poleciła wykończyć, swojemu sąsiadowi, który był malarzem, kilka obrazów. Malarz oddawszy pracę, nie otrzymał zapłaty, i napróżno przychodził po nią od dziesięciu miesięcy. Zmęczony ciągiem bieganiem, oskarżył potężną panię d’Arlange przed sędzią pokoju. Wezwanie do sądu, oburzyło margrabinę, ale nie wspominając o niem nikomu, postanowiła prosić w trybunale, aby krnąbrnemu malarzowi, który ośmielił się ją skarżyć, dobrze uszu natarto. Łatwo się domyśleć, jaki był rezultat tego pięknego projektu. Sędzia pokoju kazał margrabinę wyrzucić ze swojego gabinetu. Ztąd cały gniew.
Pan Daburon zastał ją w buduarze, na pół rozebraną, z rozpuszczonemi włosami, czerwieńszą niż piwonja, otoczoną resztkami kryształów i porcelany, które w pierwszej chwili wpadły jej w rękę. Na domiar złego, Klara wyszła z guwernantką na przechadzkę. Jedna z panien służących, zlewała margrabinę najrozmaitszemi wodami, mogącemi uspokoić jej rozdrażnione nerwy.
Sędziego przyjęła jak wysłannika Trójcy przenajświętszej. W niespełna pół godziny, z rozmaitemi wykrzyknikami i przekleństwami, opowiedziała mu całą swoją odysseę.
— Wyobraź sobie sędzio moje oburzenie! — wołała. — To musi być jakiś zagorzały Jakóbin, jeden z tych łotrów, których ojcowie zbroczyli swoje ręce krwią nieszczęśliwego króla! O! tak, tak mój przyjacielu! Na twojej twarzy czytam także zdziwienie i oburzenie. On przyznał słuszność temu bezwstydnikowi, któremu żyć pozwoliłam, dając mu robotę! A skorom zaczęła robić mu surowe wyrzuty, jak to zresztą było moim obowiązkiem, kazał mię wypędzić... Wypędzić — mnie!...
Przy tem bolesnem wspomnieniu, pogroziła zaciśniętemi pięśćmi. Gwałtownym ruchem wytrąciła z ręki pokojowej orzeźwiający flakonik, który daleko przy drzwiach, rozprysł się na posadzce.
— Głupia niezręczna! obrzydła! — krzyknęła margrabina.
Pan Daburon, odurzony z początku, chciał powoli uspokoić gniew pani d’Arlange. Ale mu nie pozwoliła przyjść do słowa.
— Szczęście, żeś pan u mnie. Pan mi pomożesz, jestem tego pewną. Wiem, że natychmiast pójdziesz, gdzie tylko potrzeba, i że dzięki swojemu stanowisku i znajomościom, postarasz się, aby jeszcze dziś zostali wrzuceni do więzienia ten nikczemnik, malarz i ten łotr sędzia! Niech wiedzą, jak się powinno obchodzić z osobą mojego stanu.
Po tem niespodziewanem żądaniu, sędzia nie ośmielił się nawet uśmiechnąć. Już nie raz słyszał gorsze rzeczy z ust markizy, a mimo to nigdy z niej nie szydził, bo czyż nie była babką Klary? Przez wzgląd na to jedno, cenił ją i poważał. Błogosławił ją w jej wnuczce, jak nieraz przechodzień błogosławi Boga w małym kwiateczku nad strumykiem.
Gniew sędziwej matrony był straszny i długi. Nawet jak gniew Achillesa mógł trwać przez dziesięć rozdziałów. Jednakże po dwóch godzinach, jeśli już nie całkiem, to przynajmniej znacznie się uspokoiła. Ułożono jej włosy i poprawiono ubiór.
Zwyciężona samą gwałtownością wybuchu, siedziała nieruchoma w fotelu. Ten świetny skutek, który szczególnie zachwycał pannę służącą, był dziełem sędziego. Aby go osiągnąć, użył całej swej zręczności i rozwinął tak anielską cierpliwość, że w końcu musiał odnieść zwycięztwo. Tryumf jego był tem więcej zasłużony, ile że sędzia przyszedł wcale nieprzygotowany na tego rodzaju scenę. Ten śmieszny wypadek krzyżował jego plany. Chociażby nawet miał szczerą chęć mówić we własnej sprawie, okoliczności nakazywały mu milczeć. Rad nie rad musiał poddać się srogiemu losowi.
Ale za to mówił o innych rzeczach. Zaczął od Rewolucji, której błędy potępiał, żałując, że ludzie ze wszech miar zacni, potracili przez nią życie, stanowisko i majątek. Od podłego Marata, zszedł nieznacznie na tego łotra, sędziego pokoju. Energicznemi nemi słowy karcił postępowanie butnego urzędnika — i donośnym głosem ganił tego oszusta, malarza. Lecz z tem wszystkiem mniemał, że najlepiej będzie, jeżeli margrabina uniesie się wspaniałomyślnością i nie każe ich więzić. Na zakończenie ośmielił się nadmienić, że byłoby może najroztropniej i najszlachetniej, jeśliby margrabina zechciała zapłacić.
— Zapłacić! — krzyknęła, — aby te draby drwili potem ze mnie?! Dodawać im odwagi naganną słabością! Przenigdy! Zresztą, aby zapłacić, trzeba mieć pieniądze, a ja ich nie mam...
— Ach! — wtrącił sędzia, — tylko 87 franków.
— Więc pan myślisz, że to nic! — odpowiedziała margrabina. — Pięknie mówisz, panie sędzio. Widać, że masz pieniądze. Pańscy rodzice powstali z niczego, a Rewolucja przeleciała o tysiąc sążni ponad ich głowami. Zresztą, kto wie, czy nie przyniosła im korzyści! Natomiast rodzinie d’Arlange wszystko zabrała. A cóż mi zrobią, jeśli nie zapłacę?
— Bardzo wiele rzeczy, pani margrabino. Zniszczą panią kosztami procesu. Najpierw otrzymasz pani wyrok, a potem przyjdą woźni i zaczną grabić.
— Boże! — zawołała matrona! — czy Rewolucja jeszcze się nie skończyła? Jakżeś pan szczęśliwy, że pochodzisz z ludu, pan! Widzę, że trzeba będzie zapłacić, a jak to boleśnie dla mnie, która nie mam ani grosza, która dla wnuczki muszę tak wielkie ponosić ofiary!
Sędzia znał margrabinę na wskróś. Słowo „ofiary,“ zdziwiło go do tego stopnia, że pomimowoli powtórzył półgłosem:
— Ofiary?...
— Nie inaczej, — podchwyciła pani d’Arlange. — Alboż bez niej odmawiałabym sobie wszystkiego, jak to dziś czynię, ssąc własne palce? Gdybym jej nie miała, zastawiłabym zaraz wszystkie srebra i miałabym z czego żyć. Lecz dziś tego nie uczynię! Dzięki Bogu, wiem, jakie są obowiązki matki; wnuczce muszę wszystko zostawić.
To przywiązanie wydało się sędziemu tak szczytnem, że nie wiedzał co odpowiedzieć.
— Ach! ta droga dziewczyna strasznie mię męczy, — ciagnęła margrabina. Wiedz, panie Daburon, że dostaję zawrotu głowy, myśląc o jej przyszłości...
Sędzia śledczy zarumienił się z radości. Widocznie los zaczął mu sprzyjać.
— Zdaje mi się, że przyszłość panny Klary nie powinna niepokoić panią margrabinę.
— Przeciwnie, i bardzo. Ona jest trochę kapryśna, a mężczyźni są dziś tak wybredni! Prócz tego przywiązują się tylko do pieniędzy. Nie znam ani jednego, któryby chciał wziąć pannę d’Arlange, z jej pięknemi oczyma i ruchami, zamiast posagu...
— Sądzę, że margrabina bardzo przesadza, — wtrącił bojaźliwie pan Daburon.
— Bynajmniej! Ufaj pan memu doświadczeniu, które jest nierównie starsze niż twoje. Z drugiej znów strony boję się zięcia, aby nie żądał odemnie rachunków... To okropne! Biedna Klara, ma dobre serce, ale będzie musiała wstąpić do klasztoru.
Pan Daburou zrozumiał, że nadeszła chwila stanowcza, że trzeba zacząć mówić. Zebrawszy zatem całą odwagę, jak jeździec, który osadzając konia, chce go tem zmusić do przeskoczenia szerokiego rowu, zaczął głosem dość pewnym:
— Pani margrabino... wiem o partji dla panny Klary... Znam zacnego człowieka, który ją kocha, i który uczyniłby wszystko na świecie, byle ją zrobić szczęśliwa...
— Pytanie, — przerwała margrabina d’Arlange.
— Człowiek, o którym mówię, — ciągnął sędzia, — jest jeszcze młody i bogaty. Uważałby się za najszczęśliwszego, biorąc pannę Klarę bez posagu. Nie tylko, żeby od pani nie żądał rachunków, lecz jeszcze błagałby panią, byś dowolnie rozporządzała swojem mieniem.
— Do kata! Jak widzę, pan nie jesteś głupi! — zawołała stara dama.
— Jeśli pani nie wystarczy, zięć zapisze osobną rentę na pokrycie niedoboru....
— Ach! duszno mi, — przerwała margrabina. — Jakto! pan znasz takiego człowieka i jeszcze mi o nim nie mówiłeś!... Trzeba go było przedstawić...
— Nie śmiałem, pani, bałem się...
— Tylko prędko... jak się nazywa ten zięć cudowny, gdzie się ukrywa?
Sędzia czuł, że mu się serce ściska. Całe swoje szczęście rzucał na szalę jednego słowa. Nakoniec, jak gdyby to, co miał powiedzieć, było największą niedorzecznością, wyjąknął trwożliwie:
— To ja, margrabino...
Głos jego, spojrzenie, a nawet ruchy były błagalne. Zląkł się własnej odwagi i czuł się odurzony, że mógł przezwyciężyć dotychczasową bojaźliwość. Omal, że nie padł do nóg markizie.
Natomiast ona, ta zarozumiała dama, śmiała się do łez, a wzruszając ramionami, powtarzała głośno:
— Ten kochany Daburon staje się co raz śmieszniejszym! Umrę ze śmiechu... Czy on żartuje ten biedny Daburon?
Ale nagle, wśród największego wybuchu wesołości, wstrzymała się i przybrała minę poważną.
— Czy pan to mówisz na serjo?
— Powiedziałem prawdę, — szepnął sędzia.
— A więc pan jesteś bardzo bogaty? — pytała markiza.
— Po mojej matce, — odparł Daburon, — mam około dwadzieścia tysięcy franków rocznego dochodu. Jeden z moich wujów, umierając zeszłego roku, zostawił mi przeszło pięćdziesiąt tysięcy dukatów. Mój ojciec ma blisko miljon. Jeśli zażądam połowy, zaraz mi ją da; dla szczęścia syna oddałby nawet cały majątek, poprzestając sam na administracji.
Pani d’Arlange dała znak sędziemu, aby zamilkł, poczem zasłoniwszy sobie twarz rękoma, dumała przez pięć minut z pochyloną głową. Nareszcie podnosząc głowę, rzekła:
— Posłuchaj mię pan. Gdybyś tę propozycję ośmielił się był uczynić ojcu Klary, byłby cię z pewnością kazał za drzwi wyrzucić. I jabym powinna tak samo postąpić, ale nie mam odwagi. Jestem stara i opuszczona, jestem biedna, a wnuczka mię niepokoi... Oto moja obrona. Wszakże pod żadnym warunkiem nie pozwoliłabym mówić Klarze o tem haniebnem małżeństwie. Z mojej strony mogę tylko pozwolić panu starać się o względy panny d’Arlange. Niech ona się zdecyduje. Jeśli ona chętnie powie „dobrze“ — ja nie powiem „nie.“
Pan Daburon uniesiony szczęściem, chciał ucałować ręce margrabiny. Uważał ją za najlepszą i najzacniejszą z kobiet, nie zastanawiając się nad tem, jak łatwo złamał jej dumną duszę. Odchodził od siebie, tracił przytomność.
— Pozwól, pozwól, — wtrąciła matrona, — pańska sprawa jeszcze nie skończona. Pańska matka była z dobrej rodziny, szkoda tylko, że tak źle zamąż poszła, ale pański ojciec nazywa się Daburon. To nazwisko, moje dziecię, jest haniebnie śmieszne. Czy myślisz pan, że to łatwo połączyć z Daburonami panienkę, która aż do ośmnastego roku życia miała zaszczyt nazywać się d’Arlange?
Te uwagi nie zdawały się zajmować umysł sędziego.
— Ale bądź co bądź, — ciągnęła margrabina, — twój ojciec miał pannę Cottevis, a ty będziesz mieć pannę d’Arlange. Może, dzięki tym mezaliansom, rodzina Daburon z czasem się uszlachetni. Ostatnia przestroga: Klara wydaje ci się bojaźliwą, słodką, posłuszną?... Wybij to sobie z głowy. Pomimo, że ma minę świętej, jest dumną i upartą, jak nieboszczyk markiz, jej ojciec. Oto com ci miała oznajmić, a dobra przestroga znaczy więcej, niż dwie złe. Ale nie mówmy już o tem. Prawie zaczynam ci życzyć, byś wyszedł zwycięzko...


∗             ∗

Scena ta, stała żywo w pamięci sędziego. Chociaż od tego dnia tyle miesięcy upłynęło, jednakże teraz, siedząc u siebie, w swoim fotelu, zdawało mu się, że słyszy głos markizy i jej słowa, życzące zwycięztwa.


∗             ∗

Z podniesioną głową wyszedł z tego samego hotelu, do którego wchodził z sercem ścieśnionem i obawą. Pierś oddychała swobodnie, myśl bujała szeroko i daleko. Jakżeż czuł się szczęśliwym! Niebo wydało mu się piękniejszem, słońce jaśniejszem! On, ten poważny urzędnik, chciał nawet zatrzymać pierwszego lepszego przechodnia, przycisnąć go do piersi i zawołać na cały głos:
— Czy pan wiesz — margrabina zezwala!
Idąc, mniemał, że ziemia usuwa się z pod jego nóg, że jest za mały, by mógł udźwignąć tyle szczęścia, i że jest tak lekki, iż lada powiew wiatru uniesie go ku gwiazdom. Ileż to w jednej chwili zbudował zamków na lodzie! Już podał się do dymisji, już postawił nad brzegami Loiry, w pobliżu Tours, wspaniałą willę — a w niej widział swoją żonę, siedzącą wśród kwiatów, pod cieniem rozłożystych drzew, z uśmiechem na ustach... A ten dom jak był umeblowany! Jakie tam kobierce, a jakie obrazy! W cudowną skrzyneczkę chciał schować tę perłę, którą niezadługo miał dostać w posiadanie. A łudząc się temi nadziejami, nie widział ani jednej chmurki na widnokręgu swojego szczęścia; a przeczucie nie odezwało się ani raz złowieszczo: „Nie wszystko skończone!“
Od tego dnia, pan Daburon stał się jeszcze częstszym gościem margrabiny. Mówiąc jaśniej, w jej salonie spędzał swoje życie.
Trzymając się ciągle w pewnem oddaleniu od Klary, starał się jednakże pozyskać jej względy. Prawdziwa miłość bywa bardzo zręczną. Po niejakim czasie przezwyciężył wrodzoną bojaźliwość, mówił wiele i widocznie ją zajmował. Gorliwie zbierał wszystkie nowe wiadomości, a po nocach ślęczał nad książkami, aby się przekonać, które z nich będzie mógł odczytać swojej ulubionej. Powoli, dzięki tej wytrwałości, obłaskawiał — że tak powiemy — dziką dziewicę. Doszedł, że go już nie wita tą miną chmurną i zimną, która dawniej była jej właściwą, i czuł, że z każdym dniem zyskuje na zaufaniu. Wprawdzie rumieniła się jeszcze, mówiąc do niego, ale za to niejednokrotnie pierwsza wszczynała rozmowę. Czasem pytała go o coś. Naprzykład słyszała o jakiemś nowem dziele dramatycznem. Natychmiast pan Daburon spieszył na przedstawienie, a potem nadsyłał jej listownie najdokładniejsze sprawozdanie. Wszakże to znaczyło pisać do Klary! Kilkakrotnie powierzała mu drobne sprawunki. Wtedy czuł się tak wielkim i szczęśliwym, że bez wątpienia nie byłby się zamienił ze stanowiskiem ambasadora moskiewskiego. Czy może być co przyjemniejszego, jak biegać dla niej?
Pewnego porankaośmielił się przynieść wspaniały bukiet. Wprawdzie przyjęła go z niejakiem zdziwieniem, lecz zarazem prosiła, by tego więcej nie czynił.
Do ócz cisnęły mu się łzy... Opuścił ją zrozpaczony, najnieszczęśliwszy z ludzi.
— Nie kocha mię, — myślał, — ona mię nigdy nie będzie kochała!
Ale w trzy dni po tem bolesnem zajściu, Klara widząc, że sędzia jest bardzo zmartwiony, poprosiła, by jej zechciał przynieść kilka kwiatów, które wówczas były bardzo w modzie. Przysłał ich tyle, że można było ubrać cały pokój.
— Będzie mię kochała! — mówił pełen zachwytu.
Te małe zdarzenia nie mąciły harmonji przy zielonym stoliku. Gra zdawała się coraz więcej zajmować młodą dziewicę. Prawie zawsze stawała w obronie sędziego przeciw margrabinie. Wprawdzie nie znała reguł, ale jeśli babka zanadto gwałtownie uderzała na swojego przeciwnika, Klara wołała na pół ze śmiechem, a na pół poważnie:
— Okradają cię, panie Daburon, widocznie okradają!
Sędzia pozwoliłby sobie zabrać cały majątek, byle mógł zawsze słyszeć ten srebrzysty głosik, przemawiający doń słowami, w których widocznie przebijało się zajęcie jego osobą.
Było to w lecie.
Sędzia zaczął mówić margrabinie o spełnieniu swoich nadziei.
— Pozwól, — odrzekła matrona, — przecież pamiętasz, cośmy zgodnie uchwalili... Ani słowa. Sumienie i tak mi już wyrzuca, że przyłożyłam rękę do ohydnego dzieła. Co to za śliczna rzecz pomyśleć, że moja wnuczka będzie się nazywała panią Daburon! Trzeba napisać do króla, aby ci zmienił nazwisko. Tak, tak, mój drogi.
Gdyby też sędzia, ten badacz surowy, ten bystry spostrzegacz, chciał był także badać charakter Klary! Kto wie, czy to studjum nie byłoby go w czas ostrzegło. Ale choćby był pomyślał o badaniu, nie byłby tego uskutecznił, bo przy Klarze nie miał siły nad sobą.
Mimo to jednakże, dostrzegł nieraz dziwne zmiany w jej humorze. Jednego dnia okazywała się bezmyślną i wesołą jak dziecko, a potem przez długie tygodnie była smutna i złamana. Widząc ja pewnego poranku bardzo smutną, a było to właśnie po jakimś balu, na którym była z babką, sędzia ośmielił się spytać o powód.
— Ach! — odrzekła z głębokiem westchnieniem, — to moja tajemnica. Taka tajemnica, że nawet moja babka o niej nie wie.
Pan Daburon spojrzał na nią badawczo. Zdawało mu się, że dostrzegł łzę na jej długich jedwabnych rzęsach.
— Być może, — ciągnęła, — że kiedyś zwierzę się panu... Może tego zajdzie potrzeba...
Sędzia był głuchy i ślepy.
— Ja mam także tajemnicę, — odpowiedział po chwili, — i ja radbym ją powierzyć sercu pani...
Wracając do domu, mówił do siebie stanowczym tonem: „Jutro wszystko jej wynurzę!“ Był to już pono pięćdziesiąty piąty dzień, w którym mówił odważnie: „Jutro!“
Nad Paryżem osiadał wieczór sierpniowy; przez cały dzień trwała spieka dusząca; nad wieczorem wszczął się wiatr, wszystko zapowiadało nadciągającą burzę.
Pan Daburon siedział z Klarą w głębi ogrodu, pod baldachimem roślin egzotycznych. Oboje napawali się niebiańską wonią oddychających kwiatów. Sędzia czuł się tak szczęśliwym, że się nawet ośmielił wziąć za rękę młodą dziewicę. Stało się to po raz pierwszy...
— Pani, — wyjąknął. — Klaro...
Spojrzała na niego wzrokiem zdziwionym.
— Przebacz mi pani, — ciągnął, — przebacz! Zanim ośmieliłem się podnieść oczy na ciebie, zwracałem się wpierw do markizy. Czy mię nie rozumiesz? Jedno słowo z ust pani, stanowić będzie o mojem szczęściu... Pani, Klaro! nie odtrącaj mię... ja cię kocham!...
Podczas gdy sędzia mówił, panna d’Arlange patrzyła nań wzrokiem, w którym przebijała się wątpliwość, ażali sędzia jest przy zmysłach. Lecz po słowach: „Ja cię kocham!“ wypowiedzianych z drżeniem najwyższej namiętności, szybko wyrwała rękę, wstrzymując się od głośnego okrzyku.
— Pan, — szepnęła, — pan?...
Pan Daburon nie mógł znaleźć słowa odpowiedzi. Złowrogie przeczucie ścisnęło mu serce żelaznemi kleszczami. Jeszcze większa była boleść jego, skoro ujrzał Klarę zalewającą się gorzkiemi łzami.
Ukryła twarz w obie dłonie, powtarzając:
— Jakżem nieszczęśliwa! bardzo nieszczęśliwa!...
— Nieszczęśliwa! pani, — zawołał sędzia, — i przezemnie? Klaro, pani jesteś okrutną! Przez miłosierdzie boże! cóżem zrobił? Co się stało? mów pani! Raczej śmierć, niż ta obawa, która mi serce rozdziera!
I rzekłszy to, padł na kolana, starając się ująć jej białą rączkę. Ale Klara odsunęła go słodkim ruchem.
— Pozwól mi pan płakać, — przemówiła, — ja bardzo cierpię... Pan mię będziesz nienawidził, wiem o tem. Kto wie, może będziesz mną nawet gardził, a jednak przysięgam na Boga, wszystko, coś mi pan powiedział, było dla mnie tajemnicą — nawet nie przeczuwałam...
Pan Daburon ciągle klęczał, oczekując przebaczenia.
— Pan, — ciągnęła Klara, — możesz teraz przypuszczać haniebną zalotność... Widzę to i wszystko rozumiem... Alboż bez głębokiej miłości mężczyzna może być tem, czem pan byłeś dla mnie? Niestety! byłam niedoświadczonem dzieckiem, zanadto ufałam szczęściu, że mogę mieć przyjaciela! Czyż nie jestem dziś sama na świecie, opuszczona jak na pustyni? Nierozważna i szalona, jam panu oddała moje serce bez namysłu, jak najlepszemu i najpobłażliwszemu z ojców!
Te ostatnie słowa odsłoniły nieszczęśliwemu sędziemu całą wielkość jego błędu. Jak młot stalowy, tak jedno słowo, pokruszyło w drobne kawałki kruchy budynek jego nadziei. Podniósł się zwolna i tonem mimowolnej wymówki powtórzył:
— Ojciec!
Panna d’Arlange pojęła, jak wielką boleść sprawiła sędziemu, jak głęboko raniła tego człowieka, którego miłości nie mogła objąć oczyma swej duszy.
— Tak, — mówiła dalej, — kochałam pana jak ojca, jak brata, jak całą rodzinę, której już nie mam. Widząc, jak poważny, surowy człowiek, staje się dla mnie dobrym i powolnym, dziękowałam Bogu, że mi zesłał opiekuna, który miał mi zastąpić tych, co pomarli.
Pan Daburon nie mógł wstrzymać się od głośnego płaczu; serce pękało w jego piersi.
— Jedno słowo, — ciągnęła Klara, — jedno słowo Byłoby mię oświeciło. Pan go nie wyrzekłeś... To też z tem większą ufnością szukałam u pana podpory, jak dziecko u swojej matki! Z jakąż to wewnętrzną radością mawiałam do siebie: „Jestem pewną przywiązania, znalazłam serce, które mię zrozumie!“ Ach! Dlaczego moje zaufanie nie było jeszcze większe? Dla czego miałam przed panem tajemnicę? Mogłam była uniknąć tego strasznego wieczoru. Powinnam była wyznać, że nie jestem już wolną, że nie należę do siebie, że dobrowolnie i chętnie oddałam już serce drugiemu...
Bujać w sferach niebiańskich, a potem nagle runąć na ziemię! Któż opisze boleść sędziego?
— Lepiej było wyznać, — odpowiedział; — ale nie... Ja twemu milczeniu, Klaro, zawdzięczam sześć miesięcy rozkosznych marzeń, sześć miesięcy snów czarodziejskich. Niech to będzie mojem szczęściem na tym świecie.
Konająca zorza zachodnia, pozwoliła sędziemu przypatrzeć się pannie d’Arlange. Jej niebiańska twarz była blada i nieruchoma jak marmur. Perliste łzy spadały w milczeniu wzdłuż jagód. Pan Daburon wierzył, że widzi przed sobą posąg płaczący.
— A więc pani innego kochasz, innego! A babka nie wie o tem. Klaro, tyś nie mogła wybrać jak człowieka godnego siebie; dla czegóż więc nie bywa u markizy?
— Są trudności, — szepnęła Klara, — trudności, które może nigdy nie będą usunięte. Ale kobieta, jak ja, może kochać tylko raz w życiu. Albo będzie żoną kochanka, albo poświęci się Bogu!
— Trudności, — zauważył Daburon głosem stłumionym. — Pani kochasz młodego człowieka, on wie o tem, i jeszcze są trudności?...
— Ja jestem biedną, — odparła panna d’Arlange, — a jego rodzina niezmiernie bogatą. Jego ojciec jest surowy, nieugięty.
— Jego ojciec! — zawołał sędzia z goryczą, której nie mógł ukryć, — jego ojciec, jego rodzina! I to go powstrzymuje? Ty jesteś biedna, on bogaty, i to stoi na przeszkodzie?! I on wie, że go kochasz?... Ach! czemuż nie jestem na jego miejscu: Gdyby wtedy cały świat sprzysiągł się przeciw szczęściu mojemu, poniósłbym dla takiej miłości wszystkie ofiary. Zresztą, czyż mogły by być jakiekolwiek ofiary? Alboż ofiara, która dziś zdaje się największą, nie jest wtedy niezmierną rozkoszą? Cierpieć, walczyć, nawet czekać, ufać zawsze i poświęcać się bez granic oto prawdziwa miłość.
— To też ja tak kocham, — odpowiedziała dobrodusznie panna d’Arlange.
Te słowa spiorunowały sędziego. Zrozumiał je zupełnie. Wszystko skończyło się dla niego bez nadziei. Ale że znajdował straszną rozkosz w dręczeniu samego siebie, więc pytał dalej:
— W jaki sposób mogłaś go poznać, mówić z nim, gdzie, kiedy? Przecież pani margrabina nikogo nie przyjmuje?
— Teraz muszę panu wszystko powiedzieć, — rzekła Klara z godnością. — Pierwszy raz widziałam go u przyjaciółki mojej babki, a jego kuzynki, u starej panny de Goello. Tam mówiliśmy z sobą, tam jeszcze go widuję...
— Ach! — zawołał Daburon, oświecony w jednej chwili: — teraz rozumiem... Ilekroć miałaś iść do panny de Goello, byłaś weselszą jak zwykle a nie raz wracałaś smutna...
— Bom wiedziała, ile trudności ma do przełamania.
— A więc jego rodzina, — rzekł sędzia tonem surowym, — musi być bardzo świetna, kiedy odrzuca związek z domem d’Arlange.
— Byłabym panu wszystko powiedziała bez zapytania, — odpowiedziała Klara, — nawet jego nazwisko. Nazywa się Albert de Commarin.
W tej chwili zbliżyła się poważna margrabina.
— Sędzio niegrzeczny, — przemówiła głosem ochrypłym, — czy zrobimy partję pikiety?
Daburon powstał, odpowiadając bezmyślnie:
— Chętnie.
Klara powstrzymała go za ramię.
— Nie prosiłam jeszcze o tajemnicę, — szepnęła.
— Ach! pani, — odparł sędzia, urażony tem powątpiewaniem.
— Wiem, — odparła Klara, — że mogę liczyć na pana. Ale bądź co bądź, mój spokój zginął...
Pan Daburon spojrzał na nią wzrokiem zdziwienia; widocznie chciał coś zapytać.
— Ja, biedna, niedoświadczona dziewczyna, — dodała po chwili, — nie mogłam dostrzedz tego, co widziała moja babka. Boli mię, że postępuję wbrew jej woli, bo zapewne życzyła sobie tego związku.
Sędzia opowiedział pokrótce swoją rozmowę z margrabiną, pomijając uważnie kwestję pieniężną, która tak stanowczy wpływ wywarła na jej usposobienie.
— Prawdę powiedziałam, — dodała Klara, — że teraz trzeba wziąć rozbrat z dotychczasową spokojnością. Babka dowiedziawszy się o mojej odmowie, wpadnie w gniew...
— Źle mnie pani znasz, — przerwał Daburon. — Nie powiem nic pani margrabinie, cofnę się i wszystko będzie skończone. Prawdopodobnie pomyśli, że rozważyłem...
— Ach! pan jesteś dobry i wspaniałomyślny!... Wiedziałam to...
— Oddalę się, — mówił dalej sędzia, — a pani zapomniesz nawet nazwisko człowieka, którego życie zostało złamane.
— Czy pan tak myślisz, jak mówisz?
— Prawda... nie mogąc być kochanym, niech że przynajmniej zostanę twoim przyjacielem najwierniejszym.
Klara usłyszawszy te słowa, ujęła sędziego czule za rękę.
— Anielskie słowa, — rzekła, — pan będziesz moim przyjacielem! Rzućmy zasłonę zapomnienia na to, co się stało, zapomnijmy o tem, coś mi pan wyjawił — i bądź odtąd jak dawniej najlepszym i najpobłażliwszym z braci.
Noc już zapadła, więc nie mogła go dojrzeć; ale domyśliła się, że musiał płakać, bo zwlekał odpowiedź.
— Czy możebne, — wyjąknął nareszcie, — ażebyś odemnie mogła tego żądać! Możesz mi mówić o zapomnieniu? Pani masz siłę zapomnieć! Ale ja? Czy pani nie widzisz, że cię kocham tysiąc razy bardziej, niż ty kochasz...
Wstrzymał się, nie mogąc wymówić nazwiska Commarin; potem z trudnością dodał:
— I wiecznie będę cię kochał...
Wyszedłszy z altany, znajdowali się już niedaleko werandy.
— Pozwolisz pani, — zaczął sędzia, — bym cię mógł teraz pożegnać. Odtąd bardzo rzadko będziesz mię widywała. Czasami ośmielę się odwiedzić margrabinę, bo nie chcę, aby mówiono o zupełnem zerwaniu stosunków...
Jego głos tak drżał, że zaledwie można go było zrozumieć.
— Cokolwiek nastąpi, — dodał, — pamiętaj pani, że na świecie jest jeden nieszczęśliwy, który wyłącznie do ciebie należy. Jeśli kiedy będziesz potrzebowała dowodów przyjaźni, przyjdź do mnie, przyjdź do swego przyjaciela. A teraz dosyć narzekań... ja mam odwagę! Klaro! pani... po raz ostatni bądź zdrowa!
I ona była nie mniej wzruszona. Instynktowo zbliżyła swoją główkę do Daburona, a on dotknął się ustami czoła tej, którą tak kochał.
Wsparta na jego ramieniu, weszła do buduaru margrabiny, która niecierpliwie rzucała kartami, wołając:
— Prędzej, prędzej! sędzio niepoprawny!
Ale Daburon nie był panem siebie. W obumarłych rękach nie byłby utrzymał kart. Wyjąknął kilka słów wymówki, wspomniał o nagłych interesach, o obowiązkach, które ma wypełnić, o chwilowem cierpieniu i wyszedł dotykając się muru rękami. Jego odejście rozgniewało starą szulerkę. Zwróciwszy się do wnuczki, która swoje zmieszanie starała się ukryć w głębi buduaru, zapytała tonem wyrzutu:
— Co się dziś stało temu Daburonowi?
— Nie wiem, — odpowiedziała Klara.
— Zdaje mi się, — ciągnęła markiza, — że ten mały sędzia zanadto się wyemancypował, bo zawsze sobie pozwala niegrzeczności. Trzeba mu dać poznać, kim jest, bo gotów się uważać za równego z nami...
Klara chciała usprawiedliwić sędziego, mówiąc, że cały wieczór był bardzo zmieniony, że skarżył się na ból głowy, że zatem musiał być chory.
— A chociażby i tak było, —krzyknęła obrażona dama, — to czyż wolno mu opuszczać nasze towarzystwo? Zdaje mi się, żem ci już opowiadała historją o naszym wuju, księciu Saint-Huruge. Wybrany przez króla do partji pikiety po polowaniu, grał wesoło cały wieczór i przegrał kilka tysięcy. Wszyscy obecni podziwiali jego dobry humor. Dopiero nazajutrz dowiedziano się, że książę na polowaniu spadł z konia i złamał sobie żebro. A jednak nie wymówił się od gry. Gdyby nawet sędzia był chory, powinien był zostać z nami. Albo i to nie zaszczyt dla niego grać ze mną?... Lecz on zdrów, jak ja. W tem musi być coś innego...
Pan Daburon, wyszedłszy z hotelu d’Arlange, nie poszedł do siebie. Całą noc błąkał się bez celu, szukając trochę chłodu na rozpaloną głowę, nieco spokoju dla pękającego serca.
— Szalony! — mówił do siebie, — szalony sędzia, że pomyślał, iż ona może go kochać! Jakżeż mogłem kiedykolwiek marzyć o posiadaniu tyle wdzięku, szlachetności i piękna! Jak była dziś piękną z tem łzami zalanem obliczem! Możnaż sobie wyobrazić coś równie anielskiego? Jak szczytny wyraz miały jej oczy, gdy o nim mówiła! Ona go kocha... A mnie, mnie kocha, jak ojca — przecież sama powiedziała — jak ojca! Zresztą, czy mogło być inaczej?
Młoda dziewczyna nie przywiąże się uczuciem kochanki do sędziego, którego twarz zawsze smutna i ponura, jak czarny ubiór, który nosi. Nie byłoby zbrodnią chcieć połączyć tyle dziewiczej czystości z moją pogardy godną umiejętnością? Ona jest młodą, jak niewinność, ja zaś stary, jak grzech...
Biedny sędzia dręczył się niezmiernie. Rozumiał Klarę i usprawiedliwiał ją przed sobą. Wyrzucał sobie, że okazał przed nią za wiele boleści, czem musiał jej sprawić przykrość. Nie mógł sobie przebaczyć, że ośmielił się mówić jej o swojej miłości. Czyż nie mógł się był domyśleć, że go odtrąci i że odtąd będzie musiał wieść życie samotne?...
— Ona, mówił po chwili, wymarzyła sobie kochanka, hojnie wyposażonego w najszczytniejsze przymioty, a ja... ja mam do czynienia tylko ze zbrodniarzami; w mojem biurze niemo i posępnie, jak w duszy tych ludzi, których mam sądzić! Sędzia, tak jak ksiądz, powinien skazać się na wieczną samotność i bezżeństwo. Obaj wiedzą wszystko, bo wszystko słyszeli... Ubiór ich prawie jednaki. Lecz podczas gdy ksiądz w fałdach swojej szaty nosi pociechę, sędzia nosi przerażenie. Pierwszy jest przebaczeniem, drugi karą. Takim ja jestem... podczas gdy tamten... tamten...
Nieszczęsny człowiek biegł dalej wzdłuż Sekwany. Głowę miał odkrytą, oczy zbłąkane. Chcąc wolniej oddychać, rozerwał krawatkę i rzucił ją na igraszkę wiatrom. Przechodnie zatrzymywali się i patrzyli nań z politowaniem, jak na człowieka pozbawionego zmysłów. Koło Grenelle kilku miejskich sierżantów chciało go zatrzymać. Odtrąciwszy ich, machinalnie rzucił im bilet wizytowy. Odczytawszy, rozstąpili się myśląc, że pan sędzia pijany.
Gniew, szalony gniew, wypędził z serca pierwszą rezygnację. Z początku kiełkował, ale wkrótce stał się jeszcze większym, niż miłość dla Klary. W tej chwili, ten szlachetny i zacny człowiek, ten poważny sędzia, zaczął myśleć o zemście... Zrozumiał nienawiść, która uzbraja rękę w skrytobójcze żelazo, która radzi zabić współzawodnika. Właśnie teraz miał u siebie w śledztwie jakąś młodą dziewczynę złego prowadzenia, która z zazdrości zamordowała jedną z swych towarzyszek. Powody zbrodni stanęły mu żywo przed oczyma, postanowił więc o ile możności zmniejszyć jej winę przed wyrokującym trybunałem.
On sam zamierzał popełnić zbrodnię. W chwili namiętnego szału, przyrzekł sobie, że zabije Alberta de Commarin.
Przez całą noc wmawiał w siebie potrzebę tego czynu i usprawiedliwiał w duszy zemstę, którą nazywał słuszną. O godzinie szóstej zrana ujrzał się w jednej z alei lasku bulońskiego, w pobliżu jeziora. Doszedłszy do bramy Maillot, wziął dorożkę i kazał się odwieść do siebie.
W domu ubrał się starannie, jak wtedy, gdy wychodził do pani d’Arlange i natychmiast poszedł do rusznikarza, kupił rewolwer, kazał go nabić w swoich oczach i schował do kieszeni. Następnie pobiegł do osób, od których spodziewał się dowiedzieć, do jakiego klubu należy wice-hrabia Albert de Commarin. Nigdzie nie spostrzeżono dziwnej zmiany w umyśle sędziego, wszyscy uważali jego mowę za naturalną. Po południu znalazł jednego ze swoich przyjaciół, który przyrzekł wprowadzić go osobiście do żądanego klubu. Daburon szedł uszczęśliwiony za swoim przewodnikiem. W drodze ściskał kurczowo drzewce rewolweru, myśląc tylko o morderstwie i o środkach aby nie chybić.
— Z tego będzie, — mówił do siebie, okropny skandal, — szczególnie jeśli nie zdążę palnąć sobie w łeb! Schwycą mię, wrzucą do więzienia, postawią przed sądem przysięgłych. Nazwisko moje będzie zhańbione. Mniejsza o to! Klara mię nie kocha, co mię reszta obchodzi! Mój ojciec umrze z boleści... ale ja muszę się zemścić!
Przyszedłszy do klubu, przyjaciel wskazał mu smagłego młodzieńca, o dumnej powierzchowności, który wsparty na obu łokciach, czytał dziennik. Był to Commarin. Daburon szedł do niego, ale jeszcze nie dobył rewolweru. Lecz, zbliżywszy się na dwa łokcie, stracił odwagę. Odwrócił się szybko i począł uciekać ku wielkiemu zdziwieniu swego przyjaciela, który żadną miarą nie mógł sobie zdać sprawy z tej sceny komicznej. Albert de Commarin nie był nigdy tak bliskim śmierci.
Wybiegłszy na ulicę, sędzia czuł, że ziemia z pod nóg mu ucieka. Wszystko wirowało do koła niego. Chciał krzyczeć, nie mógł. Rękoma rozmachiwał w powietrzu, zataczał się co krok, nareszcie padł na trotoar jak kłoda. Przechodnie i miejscy sierżanci podnieśli go z ziemi. Znalazłszy w jednej z kieszeń adres, odnieśli go do domu. Gdy odzyskał zmysły, ujrzał się w łóżku, a u nóg swoich strapionego ojca.
— Co się stało?
Powiedziano mu, z pominięciem wszystkiego, co choremu jakąkolwiek mogło sprawić przykrość, że zwalony gwałtowną gorączką, leżał przez sześć tygodni między życiem a śmiercią. Lekarze oświadczyli, że teraz już ocalony, że niezadługo przyjdzie do siebie i odzyszcze zdrowie. Pięciominutowa rozmowa wycieńczyła jego siły. — Zamknąwszy oczy, chciał pozbierać myśli, które rozpierzchły się jak liście, pozrywane burzą jesienną. Przeszłość wydała mu się ciemną, tylko to, co się odnosiło do panny d’Arlange, było jasne, o widomych kształtach. Wszystkie jej czynności widział jakby na wspaniale oświetlonym obrazie. Wzdrygnął się, a na czoło wystąpił pot zimny...
Omal że się nie stał mordercą!
A na dowód, że w rzeczy samej odzyskał zmysły, zaczął się zastanawiać nad jednym z pytań prawa kryminalnego:
Po dokonaniu morderstwa, czy byłbym skazany? Bez wątpienia. A czy byłbym odpowiedzialnym? Nie... W jakim stanie znajdowałem się przed spełnieniem zbrodni? Któż na to odpowie... Dla czego wszyscy sędziowie nie przeszli takiej jak ja katastrofy? Ale któżby mi uwierzył, gdybym zaczął opowiadać wszystko, com doświadczył!
W kilka dni opowiedział ojcu całe zajście, ale ten wzruszył litościwie ramionami, mówiąc, że to wspomnienie z czasów choroby. Następnie zaczął go pocieszać, oddając na jego rozkazy cały swój majątek i proponując mu małżeństwo z pewną bardzo bogatą sąsiadką, która go obdarzy pięknemi i zdrowemi dziećmi. Wkrótce potem stary Daburon odjechał do siebie, bo gospodarstwo zaczęło cierpieć w jego nieobecności.
We dwa miesiące sędzia śledczy wrócił do dawnego życia i dawnych zatrudnień. Ale, niestety, już nie pracował jak dawniej; teraz pracował jak ciało bez duszy. Czuł, że w głębi jego jestestwa coś się potargało. Pewnego razu poszedł odwiedzić starą margrabinę. Ujrzawszy go krzyknęła z przestrachu. Wzięła go za istotę z tamtego świata, tak się zmienił od ostatniej wizyty. Że zaś bała się strachów, więc mimo woli wskazała mu drzwi...
Klara była także chorą przez cały tydzień.
— Jak on mię kochał! — mówiła do siebie, — omal że nie umarł. Czy Albert umie tak kochać?
Bała się odpowiedzieć. Chciała go pocieszyć, mówić z nim... Ale sędzia nie pokazał się więcej.
Pan Daburon nie należał jednak do ludzi, którzy padają bez walki. Chciał się rozerwać. Znalazł przesyt, ale nie znalazł zapomnienia. Jeżeli czasem przyszła mu chęć rzucić się w objęcia rozkoszy, anielska postać Klary zatrzymywała go na dobrej drodze. Wtedy zamykał się w swoim gabinecie i z całą gorliwością oddawał się żmudnej pracy. Niejednokrotnie dawał sobie słowo, że nie będzie myślał o Klarze, tak samo jak suchotnik przyrzeka sobie, że więcej ani pomyśli o swojej chorobie. Koledzy mawiali, że Daburon chce zostać wielkim człowiekiem, bo ciągle pracuje, ale on ani pomyślał o przyszłości.
Po niejakim czasie znalazł, jeśli już nie spokój, to przynajmniej pewne odurzenie, które zawsze następuje po wielkich katastrofach. Zapomnienie obiecywało wyleczyć go do reszty...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.